WyBudzeni

KOMUNIKATY i INFORMACJE => Pieniądze, banki i korporacje => Pieniądze => : Ardek (Mon) 19.05.2014, 13:01:34

: Pieniądze- Atlas Zbuntowany
: Ardek (Mon) 19.05.2014, 13:01:34
Pieniądze- Atlas Zbuntowany

Atlas zbuntowany Money (20:33)
https://www.youtube.com/watch?v=TBDPXgKYxpM

— A zatem sądzi pan, że pieniądze są źródłem zła? — spytał Francisco d'Anconia. — A czy zapytał pan kiedykolwiek, co jest źródłem pieniędzy? Pieniądze są narzędziem wymiany, która nie może istnieć, jeśli nie istnieje produkcja towarów i ludzie, którzy je produkują. Pieniądze są materialną formą zasady mówiącej, że ludzie, którzy chcą załatwiać ze sobą interesy, muszą to robić w formie handlu, płacąc wartością za wartość. Pieniądze nie są narzędziem sępów, którzy żądają pańskiego produktu w zamian za łzy, ani grabieżców, którzy zabierają go panu siłą. Istnienie pieniędzy jest możliwe tylko dzięki ludziom, którzy produkują. Czy to właśnie nazywa pan złem? Akceptując pieniądze jako zapłatę za swój wysiłek, robi pan to jedynie w przekonaniu, że zamieni je na produkt wysiłku innych. To nie sępy ani grabieżcy nadają pieniądzom wartość. Ani ocean łez, ani wszystkie karabiny świata nie mogą przekształcić tych kawałków papieru w pańskim portfelu w chleb, którego będzie pan potrzebował, by przeżyć jutrzejszy dzień. Te kawałki papieru, który powinien być złotem, są manifestem honoru — pańskiego roszczenia wobec energii producentów. Pański portfel jest manifestem nadziei, że gdzieś w otaczającym świecie są ludzie, którzy nie zdradzą zasady moralnej leżącej u podłoża pieniądza. Czy to właśnie nazywa pan złem?
Czy kiedykolwiek szukał pan źródła produkcji? Proszę spojrzeć na generator energii elektrycznej i ośmielić się sobie powiedzieć, że został stworzony wysiłkiem mięśni bezmózgich dzikusów. Proszę spróbować zasiać ziarno pszenicy, nie mając wiedzy, którą pozostawili panu jej odkrywcy. Proszę spróbować uzyskać pożywienie wyłącznie za pomocą fizycznego ruchu — a dowie się pan, że to umysł ludzki leży u podłoża wszystkich wytwarzanych dóbr i całego bogactwa, jakie kiedykolwiek istniało na ziemi.
Pan jednak mówi, że pieniądze robią silni kosztem słabych? Jaką siłę ma pan na myśli? Nie jest to siła mięśni ani karabinów. Bogactwo jest produktem zdolności człowieka do myślenia. A zatem czy pieniądze robi człowiek, który wynajduje silnik, kosztem tych, którzy go nie wynaleźli? Czy robią je ludzie inteligentni kosztem głupich? Zdolni kosztem niekompetentnych? Ambitni kosztem leniwych? Pieniądze są tworzone — zanim będzie można je zagrabić lub wyłudzić — wysiłkiem każdego uczciwego człowieka, wysiłkiem na miarę jego zdolności. Człowiek uczciwy to taki, który wie, że nie może skonsumować więcej, niż wytworzył.
Handel na podstawie pieniędzy jest kodeksem ludzi dobrej woli. U podłoża pieniędzy leży aksjomat, że każdy człowiek jest właścicielem swojego umysłu i wysiłku. Pieniądze nie pozwalają, by o wartości pańskiego wysiłku stanowiła jakakolwiek siła poza dobrowolnym wyborem człowieka, który pragnie wymienić na niego swój wysiłek. Pieniądze pozwalają panu otrzymać za swoje towary i swoją pracę tyle, ile są one warte dla ludzi, którzy je kupują, ale nie więcej. Pieniądze nie pozwalają na żadne transakcje z wyjątkiem tych, które obie strony dobrowolnie uznają za korzystne. Pieniądze wymagają od pana uznania faktu, że ludzie muszą pracować na własną korzyść, nie zaś niekorzyść, na własny zysk, a nie stratę — uznania, że nie są zwierzętami pociągowymi, zrodzonymi po to, by dźwigać brzemię pańskiego nieszczęścia — że musi im pan oferować wartości, nie rany — że tym, co łączy ludzi, nie jest wymiana cierpienia, lecz dóbr. Pieniądze wymagają, aby sprzedawał pan nie swoją słabość głupocie ludzi, lecz swój talent ich rozsądkowi; żądają, by kupował pan nie najlichsze, co mogą zaoferować, ale najlepsze, co potrafią znaleźć pańskie pieniądze. A kiedy ludzie żyją dzięki wymianie — mając za arbitra rozsądek, nie siłę — wygrywa najlepszy produkt, najlepsze wykonanie, ludzie o najlepszej zdolności oceny i największym talencie — a stopień produktywności człowieka jest zarazem stopniem jego nagrody. Taki jest kodeks życia, którego narzędziem i symbolem jest pieniądz. Czy to właśnie nazywa pan złem?
Pieniądz jednak jest tylko narzędziem. Zabierze pana, dokąd pan zechce, ale nie zastąpi pana w fotelu kierowcy. Da panu środki do zaspokojenia pańskich pragnień, ale nie dostarczy tych pragnień. Pieniądz jest plagą ludzi, którzy usiłują odwrócić zasadę przyczyny i skutku — ludzi, którzy chcą zastąpić umysł grabieniem jego produktów.
Pieniądze nie kupią szczęścia człowiekowi, który nie ma pojęcia, czego chce: pieniądze nie zapewnią mu systemu wartości, jeśli nie wie, co jest dla niego wartością, ani nie dostarczą mu celu, jeśli się nie zdecydował, ku czemu zmierzać. Pieniądze nie kupią inteligencji głupcowi, podziwu — tchórzowi, szacunku — nieudacznikowi. Człowiek usiłujący kupić mózgi tych, którzy go przewyższają, aby mu służyły, zastępując ocenę pieniędzmi, ostatecznie pada ofiarą gorszych od siebie. Ludzie inteligentni go opuszczają, ale oszuści zlatują się do niego, zwabieni zasadą, której nie odkrył: że nikt nie może być wart mniej niż jego pieniądze. Czy z tego powodu nazywa je pan złem?
Tylko człowiek, który nie potrzebuje bogactwa — człowiek, który zbiłby własną fortunę niezależnie od tego, gdzie by zaczął — nadaje się do tego, by je dziedziczyć. Jeśli dziedzic jest równy swoim pieniądzom, służą mu; jeśli nie, niszczą go. Pan jednak przygląda mu się i krzyczy, że to pieniądze go zepsuły. Czyżby? A może to on zepsuł swoje pieniądze? Proszę nie zazdrościć bezwartościowemu dziedzicowi; jego bogactwo nie należy do pana i nie wykorzystałby go pan lepiej. Proszę nie myśleć, że powinno zostać rozdane pomiędzy was; obciążanie świata pięćdziesięcioma pasożytami, zamiast jednego nie przywróci martwej cnoty, jaką była jego fortuna. Pieniądze są żywą siłą, która, pozbawiona korzeni, obumiera. Nie będą służyły umysłowi, który nie potrafi im dorównać. Czy z tego powodu nazywa je pan złem?
Pieniądze są środkiem przetrwania. Werdykt, który pan wydaje o swoim źródle utrzymania, wydaje pan o swoim życiu. Jeśli źródło jest zatrute, potępił pan swoje własne życie. Czy zdobył pan te pieniądze podstępem? Hołubiąc ludzkie występki i ludzką głupotę? Zaspokajając potrzeby durniów w nadziei, że uzyska pan więcej, niż na to zasługują pańskie umiejętności? Obniżając swoje kryteria? Wykonując pogardzaną przez siebie pracę dla pogardzanych przez siebie kupców? Jeśli tak, pańskie pieniądze nie dadzą panu ani grama szczęścia. Wszystkie rzeczy, jakie pan kupi, będą dla pana nie hołdem, lecz wymówką; nie osiągnięciem, lecz wspomnieniem wstydu. Będzie pan krzyczał, że pieniądze są złem. Są złem, bo nie zastąpią panu szacunku dla samego sobie? Złem, bo nie pozwalają się cieszyć własnym zepsuciem? Czy to pieniądze, czy właśnie ten fakt jest źródłem pańskiej nienawiści?
Pieniądze zawsze pozostaną skutkiem i nie dadzą się zmusić do zastąpienia pana w roli przyczyny. Pieniądze są produktem cnoty, ale nie uczynią pana cnotliwym i nie odkupią pańskich występków. Pieniądze nie dadzą panu tego, co niezasłużone, ani w postaci materialnej, ani duchowej. Czy to pieniądze, czy właśnie ten fakt jest źródłem pańskiej nienawiści?
A może mówił pan, że to miłość do pieniędzy leży u podstaw zła? Aby coś kochać, trzeba znać i kochać jego istotę. Kochać pieniądze, to rozumieć i kochać fakt, iż są one wcieleniem najwspanialszej siły wewnątrz człowieka i kluczem uniwersalnym do wymiany jego wysiłku na wysiłek najlepszych spośród ludzi. To człowiek, który sprzedałby duszę za pięć centów, najgłośniej obwieszcza swoją nienawiść do pieniędzy — i ma powody, by ich nienawidzić. Miłośnicy pieniędzy chcą na nie pracować. Wiedzą, że potrafią na nie zasłużyć.
Proszę pozwolić udzielić sobie wskazówki co do charakterów ludzkich: człowiek, który potępia pieniądze, zdobył je w sposób nieuczciwy; ten, który je szanuje, zarobił je.
Proszę uciekać co sił w nogach przed każdym, kto panu mówi, że pieniądze są złem. To zdanie jest dzwonkiem trędowatego, zawieszonym na szyi zbliżającego się grabieżcy. Dopóki ludzie żyją razem na ziemi i potrzebują środków, by prowadzić ze sobą interesy, jedyne, co będzie mogło zastąpić pieniądze, jeśli z nich zrezygnują, to będzie lufa karabinu.
Ale zarobienie i utrzymanie pieniędzy wymaga od pana praktykowania najwyższych cnót. Ludzie, którzy nie mają odwagi, dumy ani szacunku dla samych siebie, nie mają też moralnego poczucia swojego prawa do pieniędzy i nie są gotowi bronić ich tak, jak bronią życia; ludzie, którzy przepraszają za swoje bogactwo, niedługo pozostaną bogaci. Są naturalną przynętą dla zastępów grabieżców, którzy przez całe wieki kryją się pod ziemią, ale wypełzają natychmiast, gdy tylko poczują człowieka, który ich błaga o przebaczenie grzechu posiadania bogactwa. Pospieszą uwolnić go od tego grzechu — i, jak na to zasługuje, od życia.
Nastanie wtedy czas ludzi dwulicowych — autostopowiczów cnoty, żyjących dzięki sile, ale liczących na to, że ci, którzy żyją dzięki wymianie, nadadzą wartość ich zagrabionym pieniądzom. W społeczeństwie moralnym są oni przestępcami i wydaje się statuty mające na celu obronę przed nimi. Ale kiedy społeczeństwo przyznaje słuszność przestępcom, a prawa grabieżcom — ludziom, którzy używają siły do zagarniania bogactwa bezbronnych ofiar — pieniądze stają się mścicielem swego stwórcy. Owi grabieżcy wierzą, że ograbianie rozbrojonych ludzi jest bezpieczne, skoro już udało im się przeforsować ustawę nakazującą ich rozbrojenie. Ale ich łup staje się magnesem dla innych łupieżców, zabierających im go w ten sam sposób, w jaki ci go zdobyli. Wtedy wygrywają nie ci, którzy potrafią najlepiej wytwarzać, lecz ci najbardziej bezwzględnie brutalni. Kiedy kryterium stanowi siła, morderca wygrywa z kieszonkowcem. A wtedy społeczeństwo znika pośród ruin i rzezi.
Chce pan wiedzieć, czy nadchodzi ten dzień? Proszę obserwować pieniądze. Pieniądze są barometrem cnoty społeczeństwa. Kiedy zobaczy pan, że handel odbywa się nie dzięki przyzwoleniu, lecz pod przymusem — kiedy zobaczy pan, że aby wytwarzać, potrzebuje pan zezwolenia ludzi, którzy nic nie wytwarzają — kiedy zobaczy pan, że pieniądze płyną do tych, którzy nie handlują towarami, lecz przysługami — kiedy zobaczy pan, że ludzie bogacą się dzięki łapówkom i pociąganiu za sznurki, nie zaś dzięki pracy, a pańskie prawa nie chronią pana przed nimi, lecz ich przed panem — kiedy zobaczy pan, że nagradza się zepsucie, a uczciwość zmienia się w poświęcenie — może pan być pewien, że społeczeństwo jest skazane. Pieniądze są zbyt szlachetnym środkiem, by konkurować z karabinami i pertraktować z brutalnością. Nie pozwolą przetrwać krajowi w połowie złożonemu z należnych prawnie dóbr, a w połowie z łupów. Kiedykolwiek pojawiają się wśród ludzi niszczyciele, zaczynają od niszczenia pieniędzy, bo to one są ochroną człowieka i bazą moralnej egzystencji. Niszczyciele zabierają złoto i dają jego właścicielom w zamian plik fałszywych papierów. To zabija obiektywne kryteria i oddaje ludzi w arbitralną władzę arbitralnych decydentów o wartościach. Złoto było wartością obiektywną, ekwiwalentem wyprodukowanego bogactwa. Papier jest kredytem na nieistniejące bogactwo, wspartym przez karabin wycelowany w tych, którzy mają je wyprodukować. Papier jest czekiem wystawionym przez grabieżców działających w świetle prawa w ciężar konta, które nie należy do nich: cnoty ofiar. Proszę czekać dnia, w którym czek zostanie zwrócony z napisem „debet". Kiedy środki przetrwania stają się złem, nie może pan oczekiwać, że ludzie pozostaną dobrzy. Że pozostaną moralni i poświęcą swoje życie, by stać się paszą niemoralnych. Że będą produkować, kiedy karze się produkcję i nagradza grabież. Niech pan nie pyta: „Kto niszczy świat?" Pan to robi. Stoi pan wśród największych osiągnięć największej cywilizacji produkcyjnej, zastanawiając się, dlaczego rozpada się ona wokół pana w proch, a zarazem potępiając jego siłę napędową — pieniądz. Patrzy pan na pieniądze tak, jak patrzyli na nie dzicy, i zastanawia się, dlaczego pod pańskie miasta podpełza dżungla. Na przestrzeni historii rodzaju ludzkiego pieniądze zawsze przejmowali tacy czy inni grabieżcy, których nazwiska się zmieniały, ale metody pozostawały takie same: siłą odbierać bogactwo i pętać, poniżać, zniesławiać, pozbawiać honoru producentów. To zdanie o pieniądzach, które są złem, tak lekkomyślnie przez pana wypowiadane, pochodzi z czasów, kiedy bogactwo wytwarzane było rękoma niewolników — niewolników powtarzających ruchy odkryte kiedyś przez czyjś umysł i od wieków nie ulepszane. Dopóki produkcją rządziła siła, a bogactwo zdobywano podbojem, niewiele można było osiągnąć. A jednak przez wszystkie te wieki stagnacji i głodu ludzie sławili grabieżców jako arystokratów miecza, arystokratów z urodzenia i z urzędu, gardzili zaś producentami jako niewolnikami, handlarzami, kupcami — przemysłowcami.
Ku chwale ludzkości zaistniał, po raz pierwszy i jedyny w historii, kraj pieniądza — i nie istnieje wyższy, bardziej uświęcony hołd, który mógłbym ofiarować Ameryce, gdyż znaczy to: kraj rozsądku, sprawiedliwości, wolności, produkcji i osiągnięć. Po raz pierwszy ludzki umysł i pieniądze były wolne i nie istniały fortuny pochodzące z podboju, lecz jedynie te pochodzące z pracy, a zamiast ludzi miecza i niewolników pojawił się prawdziwy twórca bogactwa, największy robotnik, najwyższy typ istoty ludzkiej — człowiek zawdzięczający wszystko sobie — amerykański przemysłowiec.
Jeśli mnie pan poprosi, abym wymienił najlepszą cechę Amerykanów, wybiorę — bo w niej zawiera się wszystko inne — fakt, iż to oni stworzyli wyrażenie „robić pieniądze". Żaden inny język ani naród nie używał wcześniej tego określenia; ludzie zawsze myśleli o bogactwie jako o czymś statycznym — czymś, co można odebrać, wybłagać, odziedziczyć, podzielić, zagrabić lub otrzymać w formie przysługi. Amerykanie pierwsi zrozumieli, że bogactwo trzeba stworzyć. W słowach „robić pieniądze" zawiera się kwintesencja ludzkiej moralności.
A jednak właśnie za te słowa Amerykanie zostali potępieni przez zgniłe kultury kontynentów rządzonych przez grabieżców. Teraz credo grabieżców doprowadziło was do tego, że uważacie swoje najwspanialsze osiągnięcia za piętno, swoje bogactwo za winę, swoich najwspanialszych ludzi, przemysłowców, za czarne owce, a swoje wspaniałe fabryki za produkt i własność pracy mięśni, pracy poganianych batem niewolników, jak egipskie piramidy. Zepsuty dureń, który twierdzi, że nie widzi różnicy między siłą dolara a siłą bata, powinien poznać tę różnicę na własnej skórze — i myślę, że tak się stanie.
Dopóki, i jeśli, nie odkryjecie, że pieniądze leżą u źródła wszelkiego dobra, sami się domagacie własnego zniszczenia. Kiedy pieniądze przestają być narzędziem, za pomocą którego ludzie załatwiają sprawy, wtedy za narzędzie zaczynają im służyć inni ludzie. Krew, baty, karabiny — albo dolary. Niech pan wybiera — wyjście jest tylko jedno, a czas ucieka.
Francisco ani razu nie spojrzał na Reardena, kiedy mówił, ale gdy tylko skończył, jego oczy powędrowały prosto ku twarzy tamtego. Rearden stał bez ruchu, nie widząc pośród poruszających się wokół postaci i twarzy nikogo z wyjątkiem Francisca d'Anconia.
Niektórzy spośród słuchaczy teraz pospiesznie się oddalali, inni zaś mówili: „To straszne!", „To nieprawda!", „Jakież to podłe i samolubne!" — głośno, a zarazem ostrożnie, jakby chcieli, by usłyszeli ich sąsiedzi, ale nie Francisco.
— Senor d'Anconia — zadeklarowała kobieta z kolczykami — nie zgadzam się z panem!
— Jeśli potrafi pani obalić choć jedno zdanie, które wypowiedziałem, madame, wysłucham pani z wdzięcznością.
— Och, nie potrafię panu odpowiedzieć. Nie mam żadnych odpowiedzi, mój umysł nie działa w ten sposób, ale ponieważ nie czuję, że ma pan rację, wiem, że jej pan nie ma.
— Skąd pani to wie?
— Czuję to. Nie kieruję się głową, lecz sercem. Być może jest pan dobrym logikiem, ale nie ma pan serca.
— Kiedy wokół nas ludzie zaczną umierać z głodu, madame, nie będą mieli żadnego pożytku z pani serca. I jestem wystarczająco pozbawiony serca, żeby powiedzieć, że kiedy będzie pani krzyczeć: „Nie wiedziałam o tym!", nie otrzyma pani przebaczenia.