WyBudzeni

KOMUNIKATY i INFORMACJE => Świat, jakiego nie znamy => Biologia i przyroda => : BladyMamut (Wed) 29.04.2015, 22:31:20

: Jak w prosty sposób zwalczyć komary i meszki
: BladyMamut (Wed) 29.04.2015, 22:31:20
Jak w prosty sposób zwalczyć komary i meszki

Czy Gazeta Wyborcza stała się zakładniczką i orędowniczką śmierci wielu milionów niewinnych ludzi na świecie poprzez manipulowanie umieszczanymi w niej artykułami przez znaną dziennikarkę? Jaki to ma związek z komarami, dowiecie się z tego rozdziału.
Gdybyście życie komarów prześledzili tak jak ja, zapewne też wpadli byście na ten pomysł.
Na malarię i choroby wynikłe z ukąszeń komarów rocznie umiera na świecie od dwóch do pięciu milionów ludzi, w tym w znacznej większości dzieci. Nie prowadzi się jednak statystyk zgonów osób, które zmarły na inne choroby w wyniku osłabienia organizmu po ukąszeniu komarów lub meszek. Gdyby takie statystyki prowadzono to liczba ofiar była by zastraszająca. Jako porównanie, w wypadkach komunikacyjnych na całym świecie rocznie ginie milion dwieście tysięcy ludzi.
Po przeczytaniu tego rozdziału sami zastanówcie się dlaczego proste w użytkowaniu i skuteczne metody są zwalczane od chwili ich opublikowania? Czy aby nie dlatego, że mogły by zagrozić krociowym zyskom płynącym z tych globalnych ludzkich nieszczęść? Czy Gazeta Wyborcza stała się narzędziem w ręku dziennikarki i pośrednim wykonawcą corocznych wyroków śmierci na milionach niczemu niewinnych ludzi? Oceńcie to państwo sami.
 
Krótka historia w jaki sposób doszedłem do tytułowego pomysłu, w którym jak zwykle sprawdziło się znane powiedzenie „potrzeba jest matką wynalazku”.
 
W 1995 roku jesienią zakupiłem działkę o pow. 1,5ha z małym domkiem położoną w lesie na przedmieściach Chrzanowa i od razu tam zamieszkałem. Działkę porastały trawy i otaczały wysokie lasy. Wokół niej płynęła rzeka. Dla każdego mieszczucha, który tak jak ja mieszkał w zatrutym Zabrzu, byłby to wymarzony teren. Marzyło mi się, że w spokoju, oddychając czystym zdrowym powietrzem, będę mógł mieszkać i pracować.
Gdy nadeszła wiosna natychmiast rozpocząłem budowę dużego domu oraz zakładu. Nadszedł maj, a wraz z nim pokazały się chmary komarów. O możliwości takiej sytuacji nie pomyślałem zakupując tą działkę. Okazało się, że tereny te były niegdyś mokradłami, zatem przez całe lato fruwała tam ogromna ilość komarów. Jak zapewne postąpił by każdy człowiek, tak i ja zacząłem szukać skutecznego sposobu na ich zwalczenie. Przeczytałem wiele artykułów i publikacji naukowych na temat zwalczania komarów, jednak żaden nie był na tyle skuteczny, żebym mógł spać bez bzykania i gryzienia. Niedostatek snu zniechęcał mnie do działań gospodarczych.
Pewnego pogodnego wieczoru wyszedłem na polanę i zauważyłem rój komarów unoszących się w jednym miejscu w kształcie komina. Zjawisko to zauważałem od dziecka ponieważ wyrastałem w małym miasteczku Pionki, tuż przy lesie w puszczy Kozienickiej. Ponadto w pobliżu był staw w którym pływałem wraz z innymi dziećmi. Przypomniałem sobie, że nad szuwarami tego stawu było najwięcej takich rojowisk, jednak nigdy nad tym zjawiskiem się nie zastanawiałem. Zapewne każdy z czytelników tej książki widział takie roje komarów. Gdy stanąłem tuż obok tego roju, komary nie uciekały lecz dalej szybowały, więc uderzyłem w ten rój ręką. Komary zamiast rozpierzchnąć się tylko przemieściły się o kilkadziesiąt centymetrów dalej. Klasnąłem więc w nie dłońmi, rozgniatając kilka z nich. Pomimo to komary nie uciekały jak to robią pojedyncze osobniki gdy czują zagrożenie dla swego życia lecz znowuż przemieściły się trochę dalej. W wyniku tych moich doświadczeń zadałem sobie pytanie, jaki instynkt w przyrodzie góruje nad instynktem ochrony własnego życia? Odpowiedź jest oczywista – instynkt przetrwania gatunku. Mały mózg owadzi nie jest w stanie analizować zbyt skomplikowanych sygnałów – dlatego życiem owadów sterują te najprostsze: rodzaj oświetlenia i kierunek z którego światło dochodzi, ciepło, siła wiatru, wilgotność powietrza, a także (a może nawet przede wszystkim) specyficzne dla ich rozrodu substancje zapachowe – feromony. Jak już wspomniałem, poszukując sposobu na zwalczanie komarów przeczytałem wiele publikacji naukowych o zachowaniach nie tylko komarów ale także i innych owadów. Zauważając zjawisko komarowego roju kominowego natychmiast przypomniał mi się opis doświadczeń pewnego biologa o nazwisku Fabre’ar, który dowiódł, że samice motyli mimo swej niedużej wielkości potrafią swym zapachem wabić samce z odległości 8 km! Pomyślałem więc, że te roje to zapewne nic innego jak roje godowe. Samice wytwarzając w nich feromony wabią samce, przygotowując się w ten sposób do kopulacji. Wysnułem ten wniosek dlatego, gdyż co pewien czas dwa komary spadały na ziemię i chyba w celach odbycia kopulacji. Podobnie działo się nad wodą, zauważyłem, że działo się tak tylko nad wodami stojącymi. Przyjrzałem się więc uważniej miejscom na ziemi, w którym tworzyły się te fruwające roje i zauważyłem, że w miejscach tych z jednej strony tworzył się półcień, a druga strona była nagrzewana przez słońce. Dzięki kolejnemu zbiegowi okoliczności, a zwłaszcza temu, że latałem na paralotniach, zrozumiałem dlaczego komary te unoszą się w jednym miejscu. Po prostu w miejscach tych dzięki różnicy temperatur miejsca nagrzewającego się względem zimniejszego osłoniętego od słońca tworzy się niewielki ruch wirowy wznoszącego się powietrza. Tak samo działo się nad wodami stojącymi. Komary chętnie szybują w takich prądach wznoszących bo aby swobodnie szybować nie muszą wydawać z siebie dużej ilości energii. Zjawisko to znane jest lotniarzom jak i osobom latającym na szybowcach. Pomyślałem więc, że należało by zatem opracować jakiś sposób, i „oszukać” owady, aby swój wirujący komin utworzyły nad śmiertelną dla nich pułapką. Zacząłem więc myśleć w jaki by tu sposób sztucznie stworzyć takie zjawisko. Musiało by ono jednak znacznie silniej na nie oddziaływać niż te naturalne, bo wtedy komarzyce chętniej będą tworzyły roje feromonowe. Uznałem więc, że zamiast odstraszać komary lepiej by było je przywiabiać i spowodować aby same się unicestwiały. Wówczas uznawałem taki pomysł za „marzenie ściętej głowy”, no bo przecież problem z komarami istnieje od tysięcy lat i nie takie tęgie głowy naukowe nad tym pracowały, a pomimo to nikt nie znalazł na komary skutecznego sposobu. Przez rok uparcie zgłębiałem ten temat, aż w końcu stopniowo dopracowałem go do perfekcji. Moje marzenia o przesypianiu nocek bez bzykania i gryzienia przeszły me najśmielsze oczekiwania…
Głównie skupiałem się nad środowiskiem wodnym, jako, że utworzenie małych zbiorników wody w dowolnym miejscu nie stanowi większego problemu, a ponadto woda po nagrzaniu dłużej utrzymuje temperaturę. Zauważyłem, że komary chętniej fruwają, a nawet lądują na wodzie, której powierzchnia jest zagęszczona, a nad nią unosi się delikatny zapaszek gnijących roślin. Zapytałem więc chemików jakie związki chemiczne wydobywają się z tych roślin i co zagęszcza powierzchnię stawów. Odpowiedzieli mi, że są to węglowodory wielołańcuchowe. Natychmiast zacząłem poszukiwać związków płynnych, w których znajdowała by się duża ilość węglowodorów wielołańcuchowych. Z analizy mojej wynikało, że związki te powinny mieć odpowiednio gęstą konsystencję, nie mogły być nadmiernie gęste, ani też nadmiernie rzadkie. Powinny mieć też dużą lepkość. Warunki te były niezbędne aby komary lądując na tym płynie oblepiały się i topiły, a nie pływały. Po wielu próbach na kilku związkach chemicznych, dość dobrymi okazały się związki ropopochodne. Jednak najlepszym był nieodsiarczony olej napędowy, miał on bowiem najlepszą lepkość jak i gęstość, a nadto był dostępny na stacjach paliwowych w każdym mieście. Ponadto jego zapach najbardziej przypomina zgniłe liście, a wystawiony na słońce bardzo powoli odparowuje. Jak się potem okazało kilka litrów oleju wystarcza na cały sezon letni. Okazało się jednak, że musiałem rozwiązać kolejny problem. Chciałem aby do tej pułapki wpadały nie tylko komary szybujące w rojach godowych lecz przede wszystkim już zapłodnione komarzyce, w organizmach których znajdują się dojrzałe jajeczka gotowe do złożenia. Zauważyłem, że zapłodnione już komarzyce nie dołączają bowiem do szybującego roju lecz poszukują ofiary, z organizmu której mogą napić się krwi. Krew ta jest niezbędna do rozwoju jajeczek w ich organizmach. Wiadomo, że samce komarów nie są szkodliwe, gdyż nie gryzą. Podczas kopulacji ułamuje się im prącie, które od tej pory służy komarzycy jako zatyczka przed wylaniem się spermy, a następnie samiec po pewnym czasie zdycha. Komarzyce w czasie jednego roku kilkakrotnie składają jajeczka spożytkowując do ich zapłodnienia tylko część spermy jaką wstrzykuje jej samiec. Przeczytałem, że komarzyca, w zależności od warunków panujących w danym roku kilkakrotnie składa od około dwudziestu do dwustu jajeczek. Uznałem więc, że jeśli komarzyca taka zostanie unicestwiona już podczas pierwszego składania jajeczek, wówczas topiąc się nie tylko ich nie złoży, ale również nie złoży ich w kolejnych okresach. Ponadto komarzyce doskonale wyczuwają środowisko wodne i szukają takich miejsc aby złożone jajeczka mogły się wykluć, a wyklute z nich larwy mogły dotrwać do przeobrażenia się w komary. Musiałem zatem zmylić ich instynkt, po to aby pułapkę uznały za idealne miejsce do złożenia jaj, a taką jest zbiornik z odpowiednią ilością wody i odpowiednio spreparowanych warunków, w których komarzyce najchętniej składają jaja.
Nie będę w szczegółach opisywał kolejnych moich rozważań ponieważ powstała by z nich gruba książka, która stała by się mało ciekawa. Przystępuję więc do finału, dzięki któremu każdy z was może pozbyć się problemu z komarami.
Zakupiłem odpowiednią dwustu litrową beczkę metalową, którą zmodyfikowałem tak aby spełniała opracowane przeze mnie funkcje. Do beczki tej wlałem odpowiednią, wynikającą z moich doświadczeń ilość wody, to jest 4/5 jej pojemności, by następnie wystawić ją na słońce i zagrzać. Ilość wody w beczce jest istotna, ponieważ nagrzewana przez słońce woda rozszerza się, beczka może więc pęknąć. Ponadto pomiędzy lustrem wody, a górnym dnem tworzy się ciśnienie nagrzanego powietrza, które częściowo izoluje wodę i zabezpiecza przed szybkim wystygnięciem. Następnie beczkę tą ustawiłem po stronie południowo zachodniej w taki sposób, aby słońce ją jak najdłużej nagrzewało. Pod beczkę włożyłem płytę twardego styropianu, po to aby nagrzana w beczce woda wraz z zachodem słońca nie ostygła zbyt szybko. Dobrze jest gdy w miejscu tym nie ma ciągłych silnych wiatrów, czyli nie ma tzw. naturalnych przeciągów, dlatego aby wiatr zbyt szybko nie wychłodził beczki, a ponadto wiadomo, że komary nie wychodzą ze swych kryjówek gdy wieją zbyt silne wiatry. Na wierzch szczelnie zamkniętej beczki wlałem około 3 litrów oleju napędowego. Najlepiej gdy olej ten nie jest odsiarczony. W oleju nieodsiarczonym znajdują się związki chemiczne, które w znacznym stopniu potęgują zwabianie komarów. Olej odsiarczony też działa ale znacznie słabiej. Natomiast nie nadaje się do tego olej napędowy z dodatkami podnoszącymi jego wartość energetyczną podczas spalania. Wiadomo, że komary wyfruwają ze swych kryjówek zazwyczaj pod wieczór. Wtedy szukają najlepszych miejsc do odbycia godów. Po zachodzie słońca, nagrzana beczka z wodą oddaje temperaturę i tworzy doskonały wir wznoszących prądów powietrza, gdyż z jednej strony jest cieplejsza, a z drugiej chłodniejsza. Ponadto technologiczne zgrubienia na beczce również wzmacniają te wiry. Aby można było ocenić ilość utopionych komarów na beczkę położyłem gęste sito z tworzywa o oczkach 0,5 mm, w taki sposób, aby w każdej chwili można je było podnieść bez rozlewania ropy.
W końcu przyszedł dzień próby. Beczkę wystawiłem około godz. 11,00 i wlałem na nią olej napędowy. Olej ten zakupiłem na stacji paliwowej. Dzięki temu, że olej wlany na beczkę nie był zanieczyszczony mogłem obserwować czy coś do niej wlatuje. Już po godzinie zauważyłem coś na dnie. Podniosłem sito i patrzę, a tu na dnie leży spora ilość meszek… Tego zupełnie się nie spodziewałem. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że przecież komary gryzły nas wieczorem, a w dzień meszki. Ponieważ sąsiadka hodowała krowę, a tuż obok płynęła rzeka, więc to z kolei było idealnym środowiskiem dla rozwoju meszek. Krowa była ich żywicielką, a rzeka miejscem składania jaj. Z przeczytanych publikacji dowiedziałem się, że meszki pikują do wody i składają jajeczka przyklejając je do kamieni leżących na dnie, zatem efekt wyłapania meszek był zjawiskiem ubocznym, o którym wcześniej nie pomyślałem. Wieczorem utwierdziłem się w słuszności moich rozważań co do zwyczajów komarów gdy nad beczką zaczęły tworzyć się roje komarów, a co jakiś czas w kierunku płynu leciały dwa komary, wlatywały do niego obklejały się i zanim znieruchomiały przepływały maleńki odcinek opadając na dno.
Gdy rano wstałem i poszedłem sprawdzić miejsce pułapki, okazało się, że ilość utopionych komarów była tak duża, iż wylewały się one poprzez rant beczki na ziemię. Kolejne dni zaowocowały podobnym zjawiskiem, lecz z każdym dniem topiło się coraz mniej komarów. Zauważyłem również, że fruwało ich też coraz mniej. Zauważyłem też, że znikały komary, które wylewały się na ziemię. Ponieważ obok zrobiłem skalniak, na którym wygrzewały się jaszczurki, doszedłem więc do wniosku, że to one je zjadały i zapewne bez skutków ubocznych dla swego zdrowia. Spostrzegłem, że zjadały je także sroki. Wiadomo, że stworzenia żyjące na wolności w naturalnym środowisku nigdy nie będą jadły coś co by im zaszkodziło. Ucieszyłem się, gdyż przy okazji okazało się, że metoda ta jest ekologiczna i bardzo tania, ponieważ beczkę jak i sito można używać przez wiele lat. Jedynym negatywnym skutkiem ubocznym, jak zauważyłem było to, że wyniosły się z mojej posesji nietoperze, dla których jak wiadomo komary są pożywieniem. Zauważyłem też inny negatywny skutek, który szybko rozwiązałem. Gdy zaczął padać deszcz, woda leciała też na beczkę, a ponieważ ropa jest lżejsza od wody, zatem ropa wylewała się na ziemię. Szybko więc wyciąłem z blachy pokrywę szerszą od beczki i jej ranty zagoiłem w dół aby nie zdmuchnął jej silniejszy wiatr. Gdy było pochmurno, pokrywą tą przykrywałem beczkę dzięki czemu woda spływała na ziemię. Pomimo to, czasami nie zakryłem beczki i część oleju wyciekła na ziemię. Po kilku takich wyciekach oleju zwiędła trawa, ale tylko bezpośrednio przy beczce. Natychmiast więc pod beczkę podłożyłem kawałek grubej folii, a beczkę, w jej dolnej części opasałem miękką pianką poliuretanową i zamocowałem aby nie spadała. Zrobiłem tak dlatego, gdyż ropa jest gęstsza od wody, zatem jeśli zdarzyło się, że olej wyciekł to woda przepływała przez gąbkę i wysączała się, a ropa pozostawała w porach gąbki. Wówczas wykręcałem tą ropę do misy, a następnie oddzielałem od wody i ponownie wlewałem olej na beczkę, tą samą gąbkę też ponownie zakładałem na beczkę. W ten sposób zaoszczędziłem ropę gdyż nie musiałem jej kupować i dolewać jej do beczki po każdym deszczu. W następnym roku gdy przestawiłem beczkę w inne miejsce to w poprzednim miejscu gdzie była zwiędnięta trawa, ponownie ona odrosła i stała się znacznie bujniejsza.
Po kilku latach obserwacji komarów zauważyłem trzy zależności zachowywania się komarów. Pierwsza zależność to młode komary, które tworzyły roje kominowe w celach godowych, co opisałem powyżej. Druga zależność to zapłodnione komarzyce, które już napiły się krwi, a w ich organizmach rozwijały się jajeczka i one przylatywały nad beczkę by złożyć w niej jaja gdzie się topiły. Trzecia to komarzyce już zapłodnione, które jeszcze nie napiły się krwi i te obojętnie przelatywały nad beczką.
 
Tak się złożyło, że przyjechała do mnie pani Irena Jarocka z Kanady. Wyjechała tam jako młoda dziewczyna i wyszła za mąż za Kanadyjczyka, który potem był doradcą kilku kolejnych ministrów finansów. Gdy siedzieliśmy na tarasie i zbliżał się wieczór, wówczas powiedziała do mnie; choć idziemy do domu bo zaraz wyjdą komary, a ja jestem mocno uczulona na toksyny wprowadzane do organizmu przez ich ukąszenie. Wtedy powiedziałem, że nie ma się czego obawiać ponieważ komarów tu nie ma i opowiedziałem jej w jaki sposób się ich pozbyłem. Wtedy powiedziała do mnie; słuchaj, z tego można zrobić dobry interes. Następnie opowiedziała mi, że jej mąż grywa w golfa z bardzo bogatymi biznesmenami z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Gdy przychodzi wieczór muszą uciekać do domów ponieważ w rejonie Wankuwer gdzie mieszkamy są ogromne plagi komarów i meszek. Przedstawię im tą metodę i może będzie z tego dobry interes. Już po dwóch tygodniach od powrotu do Kanady zadzwoniła do mnie i przedstawiła mi gotowy projekt wykorzystania mojej metody, opracowany przez biznesmena ze Stanów Zjednoczonych oraz pracownika Światowej Organizacji Zdrowia. Zaproponował on następujący plan. Po udokumentowaniu skuteczności działania mojej metody w Brazylii przez Instytut w Rio de Janeiro, który między innymi zajmuje się problemami komarów, biznesmen ten sfinansuje to przedsięwzięcie w następujący sposób. Skontaktuje się on z odpowiednimi osobami we wszystkich krajach, zwłaszcza tych, które borykają się z problemami chorobowymi wynikającymi z ukąszeń komarów i meszek. Wyliczył, że łącznie kraje te złożyły by kwotę jednego miliarda trzystu milionów dolarów. On w ramach rekompensaty kosztów  jakie poniesie, otrzymał by trzysta milinów dolarów. Z kwoty tej ja otrzymał bym pięćdziesiąt milionów dolarów za prawo wyłączności do tej metody na całym świecie, a pozostałą kwotę przeznaczył by on na cele charytatywne w celu ochrony zdrowia dla ubogich krajów. Podkreślił, że on nie chce dla siebie dużego zysku, wystarczy mu zwrot poniesionych kosztów oraz fakt, że cały świat otrzyma skuteczną metodę walki z chorobami, które pochłaniają tak dużo ludzi, a zwłaszcza dzieci. Natomiast ten pozostały miliard dolarów otrzymała by do swej dyspozycji WHO, którą to kwotę przeznaczyła by na pomoc zdrowotną dla krajów afrykańskich. Zwróćcie państwo uwagę, że ludzie bogaci tacy jak np. William Gates i ten biznesmen potrafią wykorzystywać pieniądze dla dobra innych. Bardzo się ucieszyłem z tej propozycji ponieważ dzięki tak dużej kwocie mógłbym zrealizować wiele moich pomysłów, które mogły by przynieść korzyści wielu ludziom.
Nadszedł czas wyjazdu do Brazylii. Aby nie być uzależnionym w Brazylii od innych osób, wziąłem ze sobą z Polski tłumacza, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego z Krakowa. Wyjazd ten od samego początku był pechowy. Zamieszkaliśmy w zarezerwowanym dla nas hotelu w Rio de Janeiro przy plaży naprzeciwko Copa Cabana. W godzinach popołudniowych zadzwoniła do nas wspomniana pani Irena Jarocka z informacją, że utknęli w San Paolo, ponieważ ich bagaże pomyłkowo wysłano do innego kraju i muszą na nie czekać trzy dni. W bagażu tym mieli pismo z WHO do dyrektorki Isntytutu w Rio de Janeiro, który zajmował się komarami, a nie mogli się do niej zgłosić bez tego pisma. Pomyślałem, że skoro tak, to mam trzy dni czasu aby sprawdzić czy ta metoda zadziała na brazylijskie komary. Wypożyczyłem busa i pojechałem na złomowisko gdzie zakupiłem beczkę oraz olej napędowy na stacji paliw. Pozostałe akcesoria jak sito i pokrywę przywiozłem ze sobą. Zakupiłem mapę okolicy i pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów poza miasto nad jezioro. Tam w szuwarach postawiłem beczkę i czekałem. Już po krótkim czasie zlatywały się komary i zaczęły kołować nad beczką, a następnie po krótkim czasie zaczęły do niej wpadać. Doświadczenie to powtórzyliśmy w dniu następnym. Zwróciłem się wówczas do żony; „no to mamy pięćdziesiąt milionów”…. Wróciliśmy do hotelu i czekaliśmy, a w międzyczasie mając samochód zaczęliśmy zwiedzać Rio i okolice. Po powrocie wyciągaliśmy nawzajem z ciała sporo kleszczy, które wbiły się nam w ciało. Był to 1994 rok, a wówczas nikt nie wiedział o boreliozie. Po trzech dniach z rana przyleciały pozostałe trzy osoby wraz z panią Ireną Jarocką, które z polecenia wspomnianego biznesmena mieli nadzorować skuteczność mojej metody. Podkreślę, że ani pani Irena Jarocka, ani pozostałe osoby nie wiedziały co powoduje, że komary i meszki same wlatują do płynu i topią się. Poinformowałem ich, że w międzyczasie sprawdziłem tą metodę, i że działa tak samo jak w Polsce. Natychmiast zadzwonili oni do dyrektorki Instytutu i od razu pojechaliśmy do tego Instytutu. Podczas rozmowy, którą prowadziliśmy na placu, powątpiewałem aby w tym dniu komary wyszły ze swoich kryjówek. Dyrektorka zapytała po czym tak sądzę. Odpowiedziałem, że po pogodzie, na co ona spojrzała w niebo i powiedziała; proszę pana ja już dwadzieścia lat zajmuję się komarami i niech się pan nie martwi, komary będą, oby pan je tylko wyłapał. Zwątpiłem więc i umówiliśmy się na godzinę 13,00 na placu Instytutu. Pojechaliśmy z żoną wypożyczonym busem, a oni służbowym samochodem. Pojechaliśmy do części puszczy, która była odgrodzona ponieważ ta część była terenem doświadczalnym i służyła naukowcom do ich badań oddalona od Rio de Janeiro o sto kilometrów. Gdy zajechaliśmy na miejsce, zauważyłem, że poniżej płynął mały strumyk, zacząłem więc przygotowywać beczkę i akcesoria, a wszyscy pozostali  obserwowali moje przygotowania, lecz bardzo krótko, ponieważ zaczęły ich gryźć meszki. Stwierdzili więc, że idą do budynku by tam się przed nimi schować. Powiedziałem im, aby przyszli za godzinę to meszek już nie będzie. Po godzinie przyszli i zaczęli się rozglądać za meszkami, a ponieważ nikogo żadna nie ugryzła zapytali się; co zrobiłeś z tymi meszkami? Wówczas podniosłem do góry sito i pokazałem im utopione meszki. Zapytali; jak ich tam wrzuciłeś? Odpowiedziałem, że same tam wleciały i pobieżnie je policzyliśmy, co nam zajęło sporo czasu. Instytut ten stosował metodę chwytania komarów wystawiając wieczorem lampę elektryczną, skonstruowaną w taki sposób, iż komary mogły do niej wejść, a nie mogły wyjść. Wtedy zliczali ilość złapanych komarów i w zależności od ich ilości przekazywano polecenie prywatnej firmie, która z samolotów rozsypywała związki chemiczne na ogromną połać Brazylii. W miejscu gdzie wystawiłem pułapkę czekaliśmy do rana, ja z żoną w samochodzie, a oni poszli spać do wspomnianego domu. Rano oni zliczyli złapane przez siebie komary i było ich tylko cztery. Ja natomiast zliczyłem je w ich obecności i było ich dwieście cztery. Była to jednak bardzo znikoma ilość aby było się czym pochwalić. Natychmiast im przypomniałem, że mówiłem im wczoraj, iż komarów nie będzie, kto miał więc rację? Wróciliśmy do Rio de Janeiro i umówiliśmy się na wyjazd na następny dzień. Jednak i wtedy powiedziałem, że w następnym dniu komary też nie wyjdą ze swych kryjówek. Powiedziałem, że ja obserwowałem komary z konieczności własnej potrzeby, a oni z racji obowiązku, dlatego ja poczyniłem więcej spostrzeżeń o życiu i zwyczajach komarów. Okazało się, że ponownie miałem rację. Tym razem zaczął padać bardzo ulewny deszcz i padał tak przez siedem dni. Pracownicy Instytutu powiedzieli, że nie pamiętają tak obwitych opadów. Po siedmiu dniach wraz dyrektorką Instytutu pojechaliśmy do slumsów w Rio de Janeiro, w których mieszkało około sto sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Dyrektorka wzięła słoik i kilkakrotnie zaczerpywała do niego i wylewała cuchnącą ciecz płynącą w rowach kanalizacyjnych, która spływała z tysięcy domków, zbudowanych na palach, przeważnie z różnego rodzaju sklejek i kartonów. Okropnie to wyglądało, filmy które pokazują takie slumsy nie odzwierciedlają tego nawet w części w porównaniu do rzeczywistości. Po obejrzeniu tej cieczy stwierdziła, że larwy są w takim stadium, że dopiero za około miesiąc wylęgną się z nich komary. Natomiast nie ma sensu ponownie jechać do puszczy gdyż z doświadczenia wie, że te ulewne deszcze spłukały jaja z liści i unicestwiły większość komarów, więc zaproponowała ponowne doświadczenia za miesiąc. Nikt z nas nie mógł pozostać w Brazylii tak długo, zatem rozjechaliśmy się do swoich krajów.
Po powrocie okazało się, że pani Irenie Jarockiej wytworzył się na wątrobie guz nowotworowy, a mnie w lewym płucu także wyrósł ogromny guz. Ponieważ powietrze wciągałem do płuc króciutkimi oddechami, lekarz wysłał mnie bym wykonał sobie prześwietlenie płuc tomografem komputerowym. Gdy wykonałem TK okazało się, że guz objął płuco na 1/3 wysokości na niemal całej jego szerokości. Siedmiu lekarzy, w tym trzech profesorów do których chodziłem na konsultację, do każdego osobno i w innym dniu wydało jednakowy werdykt, należy usunąć całe płuco. (Jeden z tych profesorów był dyrektorem kliniki płuc w Warszawie. Po latach był on w grupie konsultantów, którzy zalecili profesorowi Relidze usunięcie części płuca zaatakowanego przez nowotwór.) Twierdzili, że jeśli nie poddam się tej amputacji to nastąpi przerzut do prawego płuca i umrę. Nie poddałem się ich wyrokom i sam swoimi bezinwazyjnymi metodami pozbyłem się tego guza, choć przyznam, że z powodu ogromnych dolegliwości jakie miałem, kilkakrotnie zastanawiałem się nad usunięciem płuca. Co miesiąc robiłem zdjęcie na TK w tym samym miejscu i u tych samych lekarzy, które wykazywały zmniejszanie się guza, aż w końcu jego zanik. Ze szczegółami oraz ze zdjęciami można zapoznać się w rozdziale pt. „Lekarze to czy mordercy?”. Zanim się wyleczyliśmy, biznesmen ten stracił już zainteresowanie moją metodą.
Kolejny raz próbowałem wdrożyć moją metodę wychwytywania komarów w Brazylii w 1996 roku. Po kampanii prezydenckiej, w której byłem jednym z kandydatów na Prezydenta Polski, zgłosił się do mnie ówczesny redaktor czasopisma pt. „Za Miedzą”. Ponieważ był on bardzo aktywny w umacnianiu stosunków biznesowo-gospodarczych pomiędzy Polską i Brazylią, zatem otrzymał tytuł honorowego konsula Brazylii. Powiedział mi on, że organizuje wyjazdy biznesmenów z Polski do Brazylii więc i mnie zaproponował wyjazd. Oczywiście natychmiast się zgodziłem. Zorganizował on wiele ciekawych i wartościowych spotkań z biznesmenami jak i znanymi w Brazylii osobami. Opiszę tylko te, które mają związek z tą książką. Pierwsze spotkanie odbyło się w restauracji w San Paolo z Gubernatorem stanu, jeśli dobrze pamiętam był to Gubernator stanu Brasil. Ponieważ siedziałem tuż obok Gubernatora i tłumacza, miałem więc okazję dłużej z nim porozmawiać. Opowiedziałem mu o opracowanym przeze mnie sposobie niszczenia komarów oraz o metodzie leczenia opracowaną przeze mnie metodą wzmacniania komunikacji komórkowych. Bardzo się tym zainteresował i natychmiast zadzwonił do Ministra Zdrowia oraz Ministra Rolnictwa umawiając mnie z nimi na spotkanie. Poprosiłem aby na spotkanie z Ministrem Zdrowia zaproszono także lekarza który biegle mówi po polsku, ponieważ lekarzowi temu nie będą obce terminy jakimi się będę posługiwał i poprawnie je przetłumaczy. Zanim ustalono termin spotkania z Ministrem Zdrowia, najpierw wraz z całą grupą spotkaliśmy się z Ministrem Rolnictwa. Skrótowo opowiedziałem mu o sposobie niszczenia komarów oraz poinformowałem go, że metodę tą sprawdzili już pracownicy Instytutu z Rio de Janeiro w 1994 roku. Zainteresował się tym ponieważ jak mi powiedział przystępują do wycinki dużej połaci puszczy z przeznaczeniem na pola ryżowe, a w takiej sytuacji zawsze występuje duża ilość chorób pochodzenia malarycznego. Poprosił mnie abym wysłał mu moją propozycję na piśmie. Gdy wróciłem do Polski natychmiast dałem tą treść tłumaczowi języka angielskiego i wysłałem mu pismo faksem, a oryginał pocztą. Gdy przez pół roku nie otrzymałem odpowiedzi, wówczas zadzwoniłem do mężczyzny, który mieszkał w Brazylii oraz był pochodzenia polskiego i uczestniczył w spotkaniach, a który dał mi swój nr telefonu. Powiedział mi on, że próbę zainteresowania się moją metodą zablokowała firma, która ma wyłączność na zwalczanie komarów poprzez wysypywanie nad Brazylią z samolotów związków chemicznych.
Po tym spotkaniu zawieziono mnie do profesora, który miał własną dużą klinikę okulistyczną w Brazylii. Na spotkaniu wręczył mi książkę, którą napisał o chorobach oczu. Podczas rozmowy zorientowałem się, że profesor ten chciał sprawdzić czy to o czym będę rozmawiał z ministrem jest warte jego czasu. Profesor ten uznał moje opracowania za wartościowe, zatem w następnym dniu zawieziono mnie do państwowej kliniki gdzie miał przyjechać minister zdrowia. Minister na spotkanie nie mógł przyjechać więc wysłał swojego sekretarza oraz dwóch lekarzy. Na spotkanie ze mną przyszli także wszyscy lekarze tej kliniki. Najpierw skrótowo opowiedziałem im o komunikacjach komórkowych i na czym oparłem moje spostrzeżenia. Następnie zaproponowałem wszystkim lekarzom aby wykonali pod moim nadzorem autodiagnozę, a ja im powiem na co chorują. Byli tym zaciekawieni, zatem zrobili to z ochotą. (Autodiagnoza to taki sposób sprowokowania organizmu, w którym on sam wskazuje miejsca chorobowo zmienione, a zatem są to najbardziej prawidłowe wskazania.) Wynikami autodiagnozy byli bardzo zaskoczeni. Niektórzy stwierdzili, iż podejrzewali u siebie zupełnie inną chorobę, teraz jednak przekonali się, że nie mieli racji. Po tym spotkaniu tych dwóch lekarzy, których oddelegowano na spotkanie ze mną przyjechało do mnie na dalszą rozmowę do miejsca naszego noclegu. Wcześnie rano mieliśmy wylot do rejonu największego skupiska polonii brazylijskiej, więc nie mogłem umówić się gdzie indziej. Rozmawialiśmy do godziny trzeciej nad ranem. Podczas spotkania lekarze ci powiedzieli mi, że są właścicielami sieci ponad trzydziestu tysięcy sklepów medycznych na terenie Brazylii i krajów Ameryki Łacińskiej i chcą podpisać ze mną kontrakt na wyłączność sprzedaży moich produktów w tych krajach na okres pięciu lat. Powiedziałem im, że chętnie podpiszę taki kontrakt, chciałbym aby jednak wpisali do niego ilość towaru jaki zobowiązują się kupować. Powiedzieli, że będą brali taką ilość jaka znajdzie nabywców, a będą chcieli sprzedawać jak najwięcej i trudno jest im przewidzieć ile sprzedadzą. Wziąłem więc od nich umowę aby ją w Polsce przetłumaczyć, zapoznać się z treścią i podpisać egzemplarze w dwóch językach. Nie miałem wtedy pojęcia, że lekarze ci chcieli podpisać kontrakt po to aby zablokować sprzedaż mojego produktu na terenie krajów Ameryki Łacińskiej. Gdy otrzymali egzemplarz umowy nigdy się do mnie nie odezwali, ani też nie odpowiadali no moje pisma. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że w systemie kapitalistycznym tak się postępuje, jeśli chce się zablokować konkurencyjny produkt, to mami się jego producenta, podpisuje umowę wyłączności, a w ogóle nie kupuje się towaru. Producent nie może szukać innego kontrahenta gdyż z racji prawa umowa opiewa na pięć lat. Dlaczego tak postąpiono dowiedziałem się dopiero po kilku latach od Żyda, który na spotkaniach bardzo wiele mówił mi o nieuczciwych grach w biznesie. Polacy, jak się przekonałem byli wówczas, a po części jeszcze niektórzy są „ naiwnymi prawiczkami”.
Tak szczegółowy opis jest istotny po to aby każdy czytelnik tej książki zrozumiał, że w tym środowisku liczy się biznes i zysk z chorób, a nie skuteczna pomoc chorym. Zapamiętajcie raz na zawsze, że każdy z was będzie na tyle zdrowy na ile sam zadba o swoje zdrowie.
Po powrocie z Brazylii chciałem ponownie spróbować rozpowszechnić tą metodę zwalczania komarów w Polsce, prezentując ją na swojej posesji na której ją opracowałem. Wysłałem więc zaproszenia do redakcji wielu mediów; radia, prasy i telewizji. Na konferencję przyjechało sześciu dziennikarzy, jedną była dziennikarka reprezentująca Gazetę Wyborczą Mariola Marklowska. Opowiedziałem dziennikarzom o tej metodzie i jak ona działa nie zdradzając wówczas istotnych szczegółów tak jak opisuję to w tym rozdziale. Zaprezentowałem też beczkę, którą można było obserwować jak wpadają do niej komary. Komarów w tym miejscu było już niewiele, a te pojedyncze, które się pokazywały to komary, które przyleciały zwabione zapachem ropy. Podczas spotkania powiedziałem, że pułapka ta działa na odległość do dwustu metrów, co jest zależne od ukształtowania terenu i usytuowania zabudowań. Pułapka była ustawiona z jednej strony ciągu budynków, zatem z drugiej ich strony już nie mogła wabić komarów. Po konferencji dziennikarze poszli do sąsiadów z drugiej strony budynków zapytać czy na ich posesji są komary, co sąsiedzi ci potwierdzili, że wieczorami są ich całe chmary. To, jak już się zapewne zorientowaliście z opisu tej metody, było zupełnie zrozumiałe. Podczas rozmowy na tarasie z dziennikarzami, na rękę dziennikarki Gazety Wyborczej usiadł komar, którego zabiła. Dziennikarze widzieli też jak dwa komary wleciały prosto do płynu z beczką topiąc się w nim. Już po trzech dniach w Gazecie Wyborczej na niemal całej pierwszej stronie ukazał się artykuł z ogromnym tytułem „CHCIAŁ BYĆ PREZYDENTEM ZOSTAŁ ZABÓJCĄ KOMARÓW”. W dwa tygodnie potem ukazał się ten sam artykuł na całej pierwszej stronie w „AGORZE”, a po pewnym czasie został powtórzony. W artykule tym nie pozostawiono na mnie przysłowiowej suchej nitki. Zrobiono ze mnie maniaka i tak ośmieszono, że nawet ja sam się z tego śmiałem, dopiero potem oburzyłem się kłamstwami i manipulacjami tej dziennikarki.
Zdziwicie się państwo dlaczego dziennikarka ta upodobała sobie mnie w szkalowaniu. Historia sięga wielu lat wstecz. W mediach szeroko prezentowałem opracowane przeze mnie biostymulatory, głównie w postaci moich płatnych reklam. Z innych rozdziałów tej książki dowiecie się, że zadaniem biostymulatorów było ekranowanie sygnałów emitowanych z zakończeń nerwów czuciowych stóp (receptory). O ich pozytywnych efektach umieściła artykuł ówczesna „Gazeta Robotnicza” napisany przez lekarkę z Kielc Barbarę Grabowską. Lekarka ta na przykładzie swojego męża oraz kilku lekarzy udowodniła skuteczność moich biostymulatorów. Jej mężowi amputowano nogę i po czasie trzeba było amputować drugą, a dzięki biostymulatorom uratowano mu ją przed amputacją, jak również po kilku dniach zniknęły mu fantomowe bóle jakie występowały w amputowanej nodze. Po tym artykule zaczęły się zjadliwe artkuły wspomnianej dziennikarki z Gazety Wyborczej.
Pewnego razu będąc w Kielcach, doktor Barbara Grabowska powiedziała do mnie; powiem panu kto to jest ta dziennikarka i dlaczego tak pana zwalcza. Otóż była ona narzeczoną mojego brata. Długo ze sobą chodzili lecz nie umieli się porozumieć, więc zerwał z nią. Nie znalazła sobie partnera i została starą panną. Teraz gdy przeczytała moją opinię o pana biostymulatorach postanowiła się zemścić. Ponadto dziennikarka ta ma jakieś skoligacenie z Pionkami, miejscowością w której pan się urodził. Już dobrze nie pamiętam, ale jakieś osoby rodzinnie z nią skoligacone miały duże pretensje do pana siostry, która w Pionkach była pielęgniarką. Nie pamiętam dobrze o co im chodziło, ale ktoś tam zmarł po podanym przez nią zastrzyku. Zapewne to też miało wpływ na szukanie na panu zemsty.
Wtedy dopiero zrozumiałem, że Gazeta Wyborcza stała się swego rodzaju zakładniczką w rękach tej dziennikarki i poprzez nią postanowiła się ona mścić i zrekompensować sobie swoje panieńskie niepowodzenie oraz zastarzałe konflikty. Nie interesowały ją zgony milionów niczemu niewinnych ludzi. Widzicie w jaki sposób dziennikarka ta upodliła Gazetę Wyborczą, zapewne wbrew woli wydawcy tej gazety.

Kazimierz Piotrowicz

http://www.kazimierzpiotrowicz.pl/?p=602

Jak pozbyć się mszyc w ogrodzie

Choć temat ten odbiega od sposobów leczenia jakie opracowałem, to publikuję go dlatego aby wskazać na logikę którą posługuję się w obserwowaniu otaczających nas zjawisk. Wskazuję tym w jaki sposób, nie tylko naukowcy, ale także wszyscy ludzie powinni się kierować poszukując rozwiązań w ułatwianiu sobie i innym codziennego życia.
Pięć lat temu w ogrodzie przydomowym obsadziłem płoty zimozielonymi bluszczami hedera helix. Niestety, okazało się, że doskonale rozmnażają się na nich mszyce, które opanowywały także inne kwiaty. Co gorsze mszyce chroniły mrówki przed biedronkami, które chętnie je zjadają, ponieważ spijają wydzielany przez mszyce płyn, który działa na mrówki jak narkotyk. Przez pięć lat tępiłem mszyce znanymi metodami oprysków. Niewiele to dawało, ponieważ krótko po opryskach mszyce rozmnażały się w innych miejscach.
W moich przemyśleniach (podobnie jak w poszukiwaniu zwalczania komarów) doszedłem do wniosku, że najlepiej by było aby wykorzystać zjawisko na które reagują wszelkie owady czując zagrożenie życia. Takim sposobem okazał się ogień. Wiadomo, że gdy płoną lasy, wszystkie stworzenia wyczuwają to z daleka i jak najszybciej uciekają.
Zerwałem zatem kilka gałązek pnączy opanowanych przez mszyce i wrzuciłem je do paleniska na ogrodzie. Pod te gałązki włożyłem inne świeże gałązki które zanim się zapalą wydzielają dużą ilość dymu. Upłynął pewien czas zanim gałązki te zajął ogień. I co się okazało? Na drugi dzień spoglądam na pnącza i okazuje się, że nigdzie nie ma na nich mszyc! Upłynęło już całe lato i nadal nie zauważyłem mszyc. Wyniosły się też biedronki, ponieważ zniknął ich ulubiony pokarm.
Gdybym mszyce wrzucił do płonącego ognia, natychmiast by spłonęły i nie zdążyły ostrzec inne gniazda mszyc. Natomiast wydzielający się dym spowodował, że miały one czas wysłać sygnały ostrzegawcze innym mszycom.

Kazimierz Piotrowicz

http://www.kazimierzpiotrowicz.pl/?p=595