WyBudzeni

KOMUNIKATY i INFORMACJE => Świat, jakiego nie znamy => Ekologia => : BladyMamut (Thu) 30.04.2015, 22:22:19

: Siódmy kontynent [ze śmieci]
: BladyMamut (Thu) 30.04.2015, 22:22:19
Śmieciowy siódmy kontynent

Francuscy naukowcy wyruszają na północny Atlantyk badać gigantyczną połać plastikowych odpadów - pisze Krzysztof Kowalski.

(http://i.imgur.com/V7w0SGsm.jpg)

Plastikowe odpady nie ulegają rozkładowi, wiatr i fale rozdrabniają je, tworząc zawiesinę niestrawną dla morskich organizmów
Źródło: AFP

Uczeni wyruszą 5 maja z francuskiego portu Tuluza i wezmą kurs na Morze Sargassowe. Wyprawę przygotował francuski instytut oceanologiczny IFREMER przy pomocy Europejskiej Agencji Kosmicznej, Centre National d'Etudes Spatiales oraz CNRS (Centre National de la Recherche Scientifique). Pięcioosobową wyprawą kieruje Patrick Deixonne.
Naukowcy popłyną jachtem „Elan". Jednostka ma 14,6 m długości, 4,18 m szerokości, 2,4 m zanurzenia i 100 mkw. powierzchni żagli.
Model wzbogacony
Gromadzone informacje będą przekazywane do laboratorium Mercator Ocean w Ramonville-Saint-Agne koło Tuluzy. Laboratorium sporządza numeryczne modele oceanu między innymi na podstawie danych satelitarnych o ruchach powierzchni, zasoleniu, temperaturze, prądach.
Zaletą tych modeli jest to, że obejmują ogromne połacie oceaniczne. Teraz dojdzie do nich nowy element – dane o śmieciach. Ocean Atlantycki zostanie podzielony na sześciany z oznaczonym poziomem nasycenia śmieciami. Model umożliwi śledzenie trasy, jaką poruszają się odpady w ciągu dziewięciu lat, przechodząc z sześcianu do sześcianu, wytypowane zostaną te, w których śmiecie osadzają się najintensywniej. W 2025 roku badacze sprawdzą, w jakiej mierze precyzyjny jest ten model.
- Plastik tworzy najpierw gigantyczny wir, który okrąża Ocean Atlantycki. Następnie porywają go mniejsze wiry, ale także duże, o obwodzie tysięcy kilometrów; właśnie w tych mniejszych wirach koncentracja śmieci jest największa– wyjaśnia Edmee Durand z Mercator Ocean.
To już druga wyprawa francuskich naukowców na „siódmy kontynent". Równo przed rokiem Patrick Deixonne kierował wyprawą na północny Pacyfik.
Doktor Francois Galgani z IFREMER obliczył, że średnia koncentracja odpadów w oceanach sięga 5 kg na km kw. Aż 80 proc. tych odpadów pochodzi z lądu, reszta to śmiecie wrzucane lub spadające do wody ze statków, wśród których jest około 10 tys. kontenerów rocznie.
Niestrawna zupa
– Oceany stały się śmietnikami naszej cywilizacji. Na Ziemi rocznie powstaje prawie 300 mln ton różnego rodzaju plastikowych opakowań i wyrobów, z czego 10 proc. trafia do oceanów. Prądy oceaniczne unoszą te zanieczyszczenia daleko od wybrzeży. Po drodze większe fragmenty plastiku dzielą się na mniejsze. W rezultacie powstaje plastikowa zupa, o której mieszkańcy lądów nie mają pojęcia. Już teraz zagraża ona 250 morskim gatunkom – ostrzega Charles Moore, założyciel Algalita Marine Research Institute.
Ten czarny obraz oparty jest na naukowych obserwacjach. Około 90 proc. „siódmego kontynentu" to plastik, który się nie rozkłada, lecz rozdrabnia na pył tworzący w wodzie zawiesinę. Na otwartym oceanie większość tej zawiesiny unosi się pod powierzchnią, na głębokości do 30 m. Zarówno pył, jak i większe fragmenty plastiku są niestrawne, blokują układ pokarmowy zwierząt, powodując co roku śmierć około miliona ptaków oraz 100 tys. morskich ssaków.
Naukowcy wrzucą do oceanu dryfujące boje, które będą automatycznie przekazywały przez satelity informacje o prądach w strefie zaśmiecenia. Badacze będą także pobierali próbki planktonu za pomocą specjalnych sit o oczkach średnicy 300 mikrometrów.
Nieproszeni goście
Podobnie jak podczas poprzedniej ekspedycji na Pacyfik za jachtem holowana będzie boja zbudowana w Ecole d'Ingenieur ICAM (Institut Catholique d'Arts et Metiers Paris). Umożliwi ona pomiary parametrów wody– temperaturę, zasolenie, nasycenie związkami chemicznymi itp. Pomiary będą dokonywane na różnych głębokościach.
„Siódmy kontynent" na Pacyfiku zajmuje powierzchnię 3,4 mln km kw., czyli dziesięć razy większą niż terytorium Polski. Utworzyły go prądy oceaniczne między Kalifornią a Hawajami. Jak duży jest śmieciowy obszar na Atlantyku, spróbuje określić ekspedycja Patricka Deixonne'a. Według wstępnych szacunków 1000 ton plastiku rozciąga się tam na powierzchni wielkości Europy.
Jak niebezpieczne są takie twory, świadczy śmieciowa wyspa utworzona przez tsunami, które spustoszyło japońskie miasto Fukushima. Wyspa dotarła do Kanady, przemieściły się na niej 52 gatunki niewystępujące wcześniej w Ameryce. Takie migracje stwarzają zagrożenie ekologiczne i epidemiologiczne.

Rzeczpospolita

Zrodlo: http://www.rp.pl/artykul/1102483.html?print=tak&p=0


Z "toksycznym potworem" do wód USA przybędą nieproszeni goście

Ogromna "śmieciowa wyspa", której powierzchnia jest dwukrotnie większa od powierzchni naszego kraju, płynie w kierunku Stanów Zjednoczonych. Jak wynika z szacunków ekspertów, niesie ona ze sobą ponad milion ton odpadów, ale nie tylko - wraz z nią do wód USA mogą przybyć zwierzęta, które mogą zagrozić lokalnemu ekosystemowi.

Ponad dwa lata po trzęsieniu ziemi i tsunami, które zniszczyły japońską elektrownię Fukushima, w stronę Stanów Zjednoczonych dryfuje potężna ilość śmieci, które powstały w tamtym kataklizmie. Niektóre z amerykańskich mediów nazywają to zjawisko "toksycznym potworem".

Jak dwie Polski

"Śmieciowa wyspa", której masę szacuje się na ponad milion ton, ma wielkość stanu Teksas (jest ponad dwa razy większa od Polski). Są w niej fragmenty budynków, łodzi, mebli, urządzenia elektryczne i wszystko to, co spłynęło do oceanu po tsunami z 11 marca 2011.
Odpady płyną przez Pacyfik i znajdują się obecnie między Hawajami, a Kalifornią. Są obawy, że zawarte w nich toksyczne substancje mogą mieć katastrofalne skutki dla kalifornijskiej fauny i flory.

Do wybrzeży dobił 60-metrowy statek

Od miesięcy do wybrzeży USA i Kanady płyną mniejsze ilości śmieci. Pojawiły się na plażach w stanów: Alaska, Oregon, Kalifornia i Waszyngton. W marcu 2012 roku do wybrzeży Ameryki Północnej dotarł z Japonii opuszczony statek rybacki długości 60 metrów. Jednostkę tę zatopiła w pobliżu Alaski straż przybrzeżna USA. Tej zimy na amerykańskie wybrzeże trafi znacznie więcej dryfujących śmieci, które zostaną zepchnięte przez sztormy. Odpadki będą zresztą napływały przez cały następny rok, jak podaje "Le Figaro".

5 mln ton śmieci w Pacyfiku

Z danych japońskich wynika, że w wyniku katastrofy z 2011 roku do oceanu mogło spłynąć ok. 5 milionów ton najrozmaitszych śmieci. Około 70 proc. zatonęło u wybrzeży Japonii, ale reszta zaczęła dryfować po Pacyfiku.

51. stan Ameryki

Przemieszczanie się ogromnej śmieciowej wyspy uważnie śledzi Amerykańska Narodowa Służba Oceaniczna i Meteorologiczna (NOAA). Naukowcy opracowują symulacje komputerowe, starając się przewidzieć, w jakim kierunku i jak szybko śmieci te będą się przemieszczać za sprawą prądów morskich i wiatru.
Amerykańskie media nazywają śmieciową wyspę "51. stanem Ameryki".
NOAA prognozuje jednak, że śmieci nie dotrą do amerykańskich wybrzeży jako pływająca, dość zwarta wyspa, ponieważ prądy i sztormy rozrzucą je po oceanie i do USA będą docierały kolejne fale śmieci. Strefa, na której rozciągają się te fale odpadków, liczy około 2 tys. km wybrzeża i sięga obecnie od Hawajów do Kalifornii.

Ze śmieciami płyną zwierzęta

Amerykańska telewizja Fox News zwróciła uwagę na jeszcze jedno zagrożenie - wraz ze śmieciami z Japonii do USA płyną zwierzęta, dla których Ameryka Północna nie jest naturalnym środowiskiem. John Chapman z Uniwersytetu Oregonu, który badał to zjawisko, mówi o ponad 160 gatunkach takich zwierząt i wskazuje, że mogą one stanowić zagrożenie dla amerykańskiej fauny. - Myśleliśmy, że organizmy żywe z Japonii nie mogą przedostać się przez Pacyfik. Myliliśmy się, i to bardzo - powiedział.
Jak pisze "Le Figaro", wśród morskich stworzeń, które dryfują do Ameryki, wyróżniono już między innymi: ostrygi, ślimaki, obunogi oraz rozgwiazdy, kraby, ukwiały, gąbki, osłonice i meduzy. NOAA apeluje do Amerykanów, by zgłaszali wszelkie takie znaleziska, aby agencja mogła określić, jakie gatunki docierają do USA i gdzie trafiają, żeby ewentualnie zapobiec ich inwazji.

"Dryfujący siódmy kontynent"

Wyspy śmieci formują się na skutek działania wirów wodnych, które wyłapują odpadki i tworzą - jak pisze "Le Figaro" - wielkie strefy śmietnisk. Takie skupiska zostały zaobserwowane po raz pierwszy w 1997 roku i tworzą one coś na kształt "dryfującego siódmego kontynentu". Jest to rodzaj "zupy z plastiku" - wyjaśnia "Le Figaro".

Zrodlo: http://tvnmeteo.tvn24.pl/informacje-pogoda/swiat,27/z-toksycznym-potworem-do-wod-usa-przybeda-nieproszeni-goscie,105182,1,0.html

Wyspa śmieci zbliża się do Kalifornii. Jest tak wielka, że widać ją z kosmosu
(http://i.imgur.com/ramSbF4l.jpg)

Zrodlo: http://tvnmeteo.tvn24.pl/informacje-pogoda/swiat,27/wyspa-smieci-zbliza-sie-do-kalifornii-jest-tak-wielka-ze-widac-ja-z-kosmosu,104722,1,0.html


Śmieci biorą i dają życie

(http://i.imgur.com/AAldO1jm.jpg)
Wielka Pacyficzna Plama Śmieci waży 3,5 mln ton i wciąż się powiększa. Na oceanach jest już pięć takich ona (Fot. BE&W)

Na unoszących się w oceanach milionach ton plastikowych odpadków rozkwitło życie, choć nie do końca takie, jakiego byśmy sobie życzyli.

Ile mamy kontynentów na Ziemi? Sześć, jeśli Eurazję liczyć jako jeden? A może osiem lub więcej? Nie, to nie szkolne żarty. Na oceanach wyrosły nam kontynenty sklecone z milionów ton poszatkowanego na drobne plastiku. Jeden z nich, dryfujący po Pacyfiku między Ameryką Północną a Azją, jest większy od Indii i zyskał miano Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. Niedawno odkryto w nich zupełnie nowe formy życia i bioróżnorodność większą niż w otaczających je wodach.

Powstanie pływających po oceanie łach śmieci przewidzieli naukowcy z amerykańskiej Narodowej Administracji ds. Oceanów i Atmosfery (NOAA) już w 1988 roku, którzy obserwowali odpadki pchane przez prądy oceaniczne w okolicy Alaski. Największy śmieciowy kontynent dryfujący w północnych rejonach Oceanu Spokojnego został po raz pierwszy dostrzeżony w 1998 roku.

Great Pacific Garbage Patch
https://www.youtube.com/watch?v=Nh6lkv1udb0
Nakrętki w żołądku

- Oceany stały się śmietnikami naszej cywilizacji. Na Ziemi co roku powstaje 260 mln ton różnego rodzaju plastikowych opakowań i wyrobów, z czego blisko 10 proc. trafia do oceanów - twierdzi Charles Moore, oceanograf, który jako pierwszy zwrócił uwagę na to zjawisko. - Prądy oceaniczne unoszą te zanieczyszczenia daleko od wybrzeży. Po drodze większe fragmenty plastiku dzielą się na mniejsze. W rezultacie powstaje plastikowa zupa, o której mieszkańcy lądów nie mają pojęcia. Już teraz zagraża ona 250 morskim gatunkom - dodaje Moore.

Masę zmacerowanego plastiku, starych opon, puszek, sieci i wszelkich innych odpadków, które unoszą się na powierzchni tylko północnego Pacyfiku, ocenia się na około 100 mln ton. Sama Wielka Pacyficzna Plama Śmieci waży blisko 3,5 mln ton i wciąż rośnie. A takich plam śmieciowych na oceanach jest już pięć. Wszystkie pokrywają się z umiejscowieniem głównych wirów oceanicznych powstałych na skutek działania prądów morskich wspomaganych wiatrem i siłą Coriolisa. Największą z plam formują: Prąd Północnopacyficzny od północy, Prąd Kalifornijski od wschodu, Prąd Północnorównikowy od południa i Prąd Kuro Siwo od zachodu.

Plastikowa zupa składa się w 80-90 proc. z tworzyw sztucznych - polietylenu i polipropylenu, z których robi się butelki PET i torby foliowe. Ulegają one fotodegradacji, a więc rozkładają się pod wpływem światła słonecznego. Ci, którzy właśnie odetchnęli z ulgą, nie mogą niestety spać spokojnie, bo plastik ten nie rozkłada się całkowicie, tylko dzieli się na drobniejsze fragmenty i tworzy wstrętną, unoszącą się w wodzie zawiesinę.

- Kiedy pobieraliśmy próbki z Pacyfiku między Hawajami a Kalifornią, do naszych sit trafiało pięciokrotnie więcej plastikowych odpadków niż planktonu. Inwazja plastiku przybiera tam makabryczne rozmiary - stwierdził Patrick Deixonne po powrocie z wyprawy badawczej o nazwie Siódmy Kontynent, która badała śmieciowy kontynent na Pacyfiku w maju i czerwcu tego roku. Deixonne po raz pierwszy natknął się na śmieciową zupę w 1999 roku, kiedy samotnie żeglował przez Ocean Spokojny.

Widział setki martwych ptaków, których układy pokarmowe były zatkane plastikową breją i zakrętkami od butelek mylonymi często z pożywieniem. Podobnie jest z żółwiami i wydrami morskimi, które dodatkowo zaplątują się w nylonowe sieci spajające plastikowe łachy. Giną w nich również foki. Naukowcy wykryli też plastik w żołądkach ryb.

Wszystkie żyjące na wyspach Midway albatrosy ciemnolice, które zostały przebadane przez naukowców, miały w żołądkach plastikowe śmieci. Co gorsza, ptaki te karmią plastikiem swoje pisklęta, przez co jedna trzecia z nich umiera. Dzieje się to w rejonie drugiej ogromnej plamy śmieci na Pacyfiku rozciągającej się między Hawajami a Japonią.

Wedle ostrożnych szacunków plastik przynosi co roku męczarnie i śmierć ponad milionowi morskich ptaków i ponad 100 tys. ssaków.

Tworzywa sztuczne, mimo że same w sobie nietoksyczne, mogą zwierać szkodliwe dla zdrowia dodatki, jak środki zmiękczające, w tym ftalany. Użycie ftalanu di(2-etyloheksylowego) do produkcji zabawek z PCW zostało zakazane w obrębie Unii Europejskiej, ale wciąż ma miejsce w innych krajach. Obostrzeniami w UE objęte zostały również plastikowe butelki dla dzieci zawierające utwardzający bisfenol A - w niektórych badaniach wykazano jego działanie rakotwórcze. Wątpliwości dotyczą również m.in. wpływu alkilofenoli odgrywających rolę plastyfikatorów i stabilizatorów UV w tworzywach sztucznych. Ta lista może być dużo dłuższa.

Ocean of Garbage
https://www.youtube.com/watch?v=IbGDNpRTKxg

Życie kwitnie w plastisferach

Jednak kiedy jednym stworzeniom plastik masowo odbiera życie, innym w paradoksalny sposób je niesie. Okazuje się, że na plastikowej brei rozkwitają kolonie bakterii, okrzemków czy promienic. Część z nich może nawet rozkładać plastik

Rozległe badania nad tym plastikowym ekosystemem od 2011 roku prowadzą naukowcy z Woods Hole w amerykańskim stanie Massachusetts. Zespołem kieruje prof. Eric R. Zettler z Sea Education Association (SEA), a partnerują mu Tracy Mincer ze słynnego Woods Hole Oceanographic Institution (WHOI) i Linda Amaral-Zettler z Marine Biological Laboratory (MBL). Z ich analiz wynika, że zadziwiająco wiele gatunków kocha unoszący się w oceanach plastik. Okazało się też, że ludzkość odniosła w tym przypadku bardzo specyficzny sukces ekologiczny: udało się nam stworzyć zupełnie nowe ekosystemy, które badacze nazwali plastisferami. Ich zasięg nie ogranicza się do ciepłych wód oceanicznych.

- Ponieważ drobnoustroje żyją we wszystkich środowiskach morskich na Ziemi, podejrzewam, że organizmy charakterystyczne dla plastisfery mogą rozwijać się nie tylko w wodach tropikalnych, ale też w morzach chłodniejszych, włączając w to Bałtyk - powiedział "Gazecie" kierujący badaniami prof. Eric R. Zettler z SEA. - Organizmy zamieszkujące każde ze środowisk będą się od siebie różnić w zależności od tego, co zdoła wyrosnąć w danych warunkach. Właśnie to zagadnienie obecnie badamy, porównując organizmy z różnych obszarów oceanów - od tropikalnych po umiarkowane.

Na początek za cel analiz naukowcy z Woods Hole obrali łachy śmieci dryfujące na północnym Atlantyku. Znajduje się tam jeden z pięciu głównych wirów oceanicznych obejmujący zasięgiem Morze Sargassowe. To dość nietypowe morze, bo nie sąsiaduje z żadnym lądem, a z oceanu wyodrębniają je prądy oceaniczne: Zatokowy (Golfsztrom), Północnoatlantycki, Kanaryjski i Północnorównikowy. Pomiędzy nimi znajduje się 6-7 mln km kw. bardzo ciepłej (28 st. C) spokojnej, niemal nieruchomej wody, z rzadka burzonej silniejszymi wiatrami. To stwarza idealne warunki dla rozwoju glonów, w szczególności brunatnic, które utrzymują się przy powierzchni wody. A to sprzyja gromadzeniu się ogromnych ilości śmieci, na których bujnie rozwija się niekoniecznie przyjazne nam życie, które - jak się okazało - jest o wiele bardziej zróżnicowane, niż to o istniejące w otaczających wodach.

- Nie interesuje nas wyłącznie to, jakie organizmy się tam lęgną, ale raczej to, jaką rolę plastik odgrywa w tym ekosystemie, jak go zmienia i jaki jest ostateczny los drobin tworzyw sztucznych w oceanie: czy toną i opadają na dno? Czy są trawione? A jeśli tak, to jaki wpływ wywierają? - powiedziała Linda Amaral-Zettler z MBL. Dodała, że badaczy interesowało zwłaszcza to, czy i w jaki sposób śmieci ułatwiają mikroorganizmom, a w szczególności patogenom podróże przez ocean. Wyniki okazały się zaskakujące.

Bakterie na styropianie

Naukowcy przebadali próbki pod mikroskopem elektronowym, zsekwencjonowali też DNA organizmów żyjących na plastiku. Odkryli w ten sposób ponad tysiąc różnych typów komórek bakterii, w tym wiele takich, które nie były dotąd znane nauce! Najliczniej pojawiały się tam bakterie z rodzaju Pelagibacter. Znaleziono tam też promienice, orzęski, bruzdnice, okrzemki, zielenice, brunatnice, krasnorosty, protisty i grzyby. Okazało się, że bakterie wolą osiedlać się raczej na styropianie, podczas gdy okrzemki preferują plastik o chropowatej powierzchni.

Fot. Wikipedia Zespół prof. Zettlera zidentyfikował samowystarczalne sieci pokarmowe składające się z bakterii autotroficznych (samożywnych, pozyskujących energię z fotosyntezy), roślin i glonów. Na nich żerowały z kolei zwierzęta i bakterie heterotroficzne, na które polowały wyspecjalizowane drapieżniki. Badacze odkryli tam również symbionty. Cały ten bogaty ekosystem zasiedlał drobiny plastiku niewiele większe niż główka od szpilki. Świat ten narodził się w ciągu ostatnich 60 lat wraz z eksplozją popularności plastiku.

- Organizmy zamieszkujące plastisferę były odmienne od tych żyjących w otaczających wodach, co wskazuje na to, że plastikowe odpadki odgrywają rolę "mikrobiologicznych raf" - stwierdziła Tracy Mincer z WHOI. - Takie środowisko życia promuje określone drobnoustroje, które je z powodzeniem zasiedlają.

Są to inne mikroorganizmy niż te, które zasiedlają dryfujące po powierzchni odpadki pochodzenia naturalnego, takie jak pióra, drewno czy mikroglony. Plastik oferuje stworzeniom zupełnie odmienne warunki życia - przede wszystkim nie ulega tak szybkiej degradacji, dryfuje po oceanie przez dziesiątki lat, co szczątkom organicznym się nie zdarza.

Kawałki tworzyw sztucznych odgrywają więc rolę promów oceanicznych dla wszelkiej maści stworzeń, w tym groźnych dla nas drobnoustrojów chorobotwórczych czy szkodliwych gatunków glonów mogących wywoływać toksyczne zakwity, zwłaszcza bruzdnic. W jednej z analizowanych próbek naukowcy odkryli przedstawicieli rodzaju Vibrio - tego samego, do którego należą przecinkowce cholery. Według innych badań tego typu bakterie były jednymi z najliczniejszych w plastisferze.

Co ciekawe jednak, w tym żyjącym na naszych śmieciach mikrobiologicznym tyglu naukowcy z Woods Hole odkryli dowody na to, że niektóre drobnoustroje mogą odgrywać istotną rolę w rozkładaniu tworzyw sztucznych. Zauważyli mikroskopijnej wielkości ubytki i pęknięcia na powierzchni plastiku, które - jak podejrzewają - są zasługą osadzonych na nich mikroorganizmów. A to może oznaczać, że istnieją drobnoustroje zdolne do rozkładania węglowodorów, z których zbudowane są tworzywa sztuczne. To dopiero byłoby odkrycie!

- Byliśmy naprawdę zaskoczeni, kiedy po raz pierwszy zauważyliśmy te powtarzające się ubytki, zwłaszcza że znajdowały się na wielu różnych rodzajach plastiku - powiedział prof. Zettler. - Teraz zamierzamy się dowiedzieć, które mikroorganizmy są za to odpowiedzialne i jak to robią. Do tego jednak niezbędne są kolejne badania polegające na sekwencjonowaniu ich genomów, a to potrwa.

Może więc plastisfery są w pokrętny sposób nadzieją ludzkości?

Zrodlo: http://wyborcza.pl/piatekekstra/1,134666,15082315,Smieci_biora_i_daja_zycie.html


Moze pomysl podlapie firma w rodzaju Monsanto i zacznie wszczepiac DNA tych organizmow roslinom? - BladyMamut
: Odp: Siódmy kontynent [ze śmieci]
: BladyMamut (Wed) 07.10.2015, 17:37:43
Despotyzm obrazu

Autor: Dmitry Orlov (ClubOrlov (http://cluborlov.blogspot.co.uk/))

Niewiele ludzi dostrzega, że współczesna kultura nurtu głównego, podporządkowana agresywnej konsumpcji i niepohamowanemu wzrostowi, jest toksyczna na każdym poziomie – fizycznym, emocjonalnym, kulturalnym – i przyspiesza na drodze ku nieuchronnej kolizji z wyczerpaniem zasobów, zaburzeniami klimatycznymi oraz dewastacją środowiska naturalnego. Przynależąc do małej społeczności, która pragnie zmienić tę dominującą kulturę, chcemy w porę wyskoczyć lub ze względu na możliwy brak niezbędnej odwagi liczymy, że szczęśliwie zostaniemy wyrzuceni na bezpieczny grunt.

Rzeczywiste znaczenie tej postawy jest mgliste, a najlepsze, co większość z nas jest w stanie zrobić to skromna demonstracja osobistej cnoty – utylizacja plastikowych opakowań, jazda rowerem zamiast autem, podróżowanie pociągiem zamiast samolotem, niepozorna hodowla własnej żywności, zdrowe odżywianie, inwestowanie w energię odnawialną itd. Są to wizytówki, dzięki którym się rozpoznajemy. W jaki sposób te osobiste cnoty są definiowane pozostaje kwestią indywidualnego gustu: niektórzy uważają, że prowadzenie auta z silnikiem hybrydowym w zupełności wystarczy, natomiast inni eliminują samochody ze swojego życia całkowicie. Przedsięwzięcie niektórych najwyraźniej niezbędnych kroków, takich jak radzenie sobie bez produkowanych z ropy plastików oraz innych materiałów syntetycznych, zdaje się wykraczać poza możliwości nas wszystkich.

Taka postawa zdaje się uchodzić za dogmat wiary: jeżeli zrobimy dostatecznie dużo podobnych rzeczy, bez względu na ich charakter, wówczas problem, bez względu na to jakim akurat jest i jakkolwiek go sobie zdefiniujemy, będzie w stosownym czasie rozwiązany, a cywilizowane życie potoczy się tak, jak dotychczas. Nie dalej jak wczoraj towarzyska pogawędka poobiednia zahaczyła z lekka o temat energii – o to jak Brytyjczykom fartownie udało się znaleźć węgiel, kiedy zaczęło wyczerpywać się drewno, a potem szczęśliwie odkryli ropę i gaz zanim wyczerpał się węgiel. A teraz, kiedy praktycznie zużyli już złoża ropy i gazu naturalnego, “będzie mnóstwo złóż odnawialnych, by zasilić wszystko!” Dla tych z nas, którzy mają niezbędną wiedzę techniczną i rozumieją o jakich fizycznych ilościach energii mówimy, podobne twierdzenie jest niedorzeczne, ale wiedziałem, że wyrażenie sprzeciwu byłoby nieroztropne.

Zaniechałem komentarza, bo zdaję sobie sprawę, że wymogiem kultury jest prezentowanie image’u / wizerunku bezgranicznego optymizmu i niezachwianej wiary w naszą technologiczną potęgę. Okazanie postawy mniej entuzjastycznej automatycznie otrzymuje etykietę defetystycznej, fatalistycznej i pozbawionej wyobraźni. Nadmienię, że słowo to nie oznacza aktywnej pracy intelektu, tylko pasywną, dobrowolną akceptację zestawu powszechnych wyobrażeń lub obrazów. Najważniejszymi obrazami składającymi się na tę sztuczną rzeczywistość, znajdującymi się w sercu tej sfery wymuszonej fikcji, są te, które przynajmniej na swej powierzchni odnoszą się do osobistej godności i fizycznego komfortu.

Od czasu do czasu mam okazję obserwować zderzenie dwóch konkurujących obrazów: osobistej cnoty (jazda na rowerze) oraz osobistej godności i komfortu (jazda samochodem). Jestem całorocznym rowerzystą w mieście położonym na północy, gdzie temperatury okazjonalnie spadają poniżej zera i gdzie często prószy śnieg. To liberalne miasto, co oznacza, że wielu ludzi podziela poczucie osobistej cnoty, które łączy się z oznakami eko-przyjaznego zachowania, jak chociażby idea dojeżdżania do miejsca pracy rowerem – oczywiście sami wzięliby pod uwagę podobne rozwiązanie pod warunkiem, że dystans byłby krótki, a pogoda idealna. Jednakże całkiem spora ich liczba pragnie doświadczyć tej cnoty w sposób pośredni i widząc mnie przyodzianego w odpowiedni strój, z kaskiem na głowie, zagaja w windzie, w drodze do pracy, zwłaszcza kiedy jest upalnie lub zimno, kiedy pada lub prószy. Często zapytują jak chronię stopy przed odmrożeniem (zakładam bawełniane skarpety) lub jak unikam poślizgu na lodzie (używam opon z kolcami) albo jak pokonuję strome wzniesienia (mocno naciskam na pedały).

Moje odpowiedzi, chociaż udzielam ich ochoczo, spotykają się niezmiennie z cichym rozczarowaniem – zapytanie dlaczego tak się dzieje jest intrygujące. Być może ma to związek z tym, że jazda rowerem nie jest w moim przypadku kwestią osobistej cnoty, ale sposobem na przemieszczanie się z miejsca na miejsce z maksymalną przyjemnością i minimalnym zamieszaniem i rozdrażnieniem. Robię to z pełną osobistą godnością i fizycznym komfortem, ponieważ to w jaki sposób ich doświadczam opiera się na mojej dyspozycji emocjonalnej (która zazwyczaj jest pogodna) i fizycznej wygodzie (która w moim przypadku oznacza zdrową dozę bólu i przynosi skutek w postaci dobrego zdrowia i samopoczucia). Podejrzewam, że godność i komfort moich uzależnionych od samochodów rozmówców z windy nie mają swojego podłoża w osobistym doświadczeniu, ale są powiązane z innymi atawistycznymi impulsami, które znajdują swój pełny wyraz w obrazie / wizerunku automobilu. Są zażenowani, iż został pokonany przez prymitywne, bezsilnikowe, dwukołowe ustrojstwo.

Możliwe jest wzniesienie całej góry racjonalnych, logicznych, policzalnych argumentów przeciwko samochodom, na korzyść rowerów. Najbardziej pocieszna linia analizy wymaga obliczenia ich względnych, efektywnych prędkości. Najpierw obliczamy całkowity koszt posiadania auta zawierający cenę zakupu, koszty spłaty, koszty utrzymania, rejestracji, opłat drogowych, mandatów itd. Następnie włączamy wszystkie koszty zewnętrzne: budowę i naprawy dróg, szkody zdrowotne w skutek zanieczyszczenia wody i powietrza, utratę produktywności z powodu śmierci i kalectwa spowodowanych wypadkami, koszty sądowe i budżet armii pozwalający wyposażyć walczące o paliwo wojsko.

Teraz weźmy przeciętny dochód kierowcy, przepracowane godziny i ustalmy ile godzin pracy potrzeba, by pokryć te wszystkie koszty. Dodajmy do tego czas poświęcony na jazdę. Następnie weźmy liczbę przejechanych kilometrów i  podzielmy ją przez całkowitą liczbę godzin poświęconych na jazdę i zarabianie pieniędzy na utrzymanie auta. Zamiast podać wynik zachęcam do samodzielnego odrobienia pracy domowej, ale mogę powiedzieć, że rezultat tego ćwiczenia jest zawsze taki sam: rower jest szybszy od samochodu i w zależności od osobistych założeń jazda samochodem jest wolniejsza od chodzenia.

Następna pocieszna linia analizy dotyczy tematu bezpieczeństwa publicznego. Istnieją ogólne praktyczne ograniczenia określające jak długo może potrwać nasza codzienna podróż; zazwyczaj nie przekracza godziny w każdą stronę, bez względu na przejechany dystans, czy zastosowany środek transportu. Dlatego właściwa statystyka bezpieczeństwa wciąż dotyczy wypadków śmiertelnych i wymagających hospitalizacji, ale przypadających raczej na jednostkę czasową, nie zaś na jednostkę odległości. I tutaj, jak się okazuje, rowery są bezpieczniejsze od samochodów, nawet na zatłoczonych miejskich obszarach pozbawionych ścieżek i pasów rowerowych. I chociaż zdrowie każdego z nas odczuwa skutki wdychania zanieczyszczanego spalinami powietrza, codzienne ćwiczenie pedałowania w pewnym stopniu je łagodzi, i tym samym bardziej pogłębia przepaść pomiędzy rowerem i autem.

Zatem z punktu widzenia bezpieczeństwa publicznego także wygrywają rowery. Podobne typy analizy mogą być zastosowane wobec pociągów, ryksz, czy motolotni z podobnym rezultatem. Krótko mówiąc pozbawionym sensu jest szukanie racjonalnego wyjaśnienia dlaczego ludzie wolą samochody, bezsensowne jest nawet myślenie o samochodach, jako pojazdach wypełniających potrzebę transportową. Ich komfort i wygoda są niczym innym jak kulturowo skonstruowanym mirażem. Najwyższa pora byśmy zaakceptowali fakt, że ich podstawową funkcją jest zaspokojenie bardzo silnych pierwotnych popędów.

Pod względem anatomicznym automobil wyraźnie przypomina swojego praprzodka – pewnego czworonożnego przeżuwacza z rodziny koni, skrzyżowanego z wózkiem. Po drodze pozyskał pewne drapieżne geny, co nadało mu raczej zawzięte usposobienie i wyrazowi jego „twarzy” często złośliwy aspekt (światła plus kratka ochronna). Ma parę oczu (światła przednie), cztery “kończyny” (koła). Lubi poruszać się w stadach, ale opiera się nadmiernym ograniczeniom zarówno pod względem kierunku, jak i prędkości. Odpowiada na sygnały nożne przesyłane ostrogami (pedał gazu) i ręczne przekazywane za pośrednictwem cugli (kierownica).

Występuje wielka różnorodność jego ras, większość z nich jest ceniona za umiejętność szybkiego poruszania się, chociaż sporadycznie ją wykorzystuje. Ich główną funkcją jest użyczenie pewnego poczucia szlachetnego dowartościowania swoim posiadaczom, poprzez nadanie kierowcy wyglądu ‘dżentelmena na wierzchowcu’, a pasażerowi prezencji ‘damy w karecie’. Tak jak w przypadku koni ich często przemożna potrzeba uwolnienia wzdęć nawet w najmniejszym stopniu nie degraduje owego poczucia uszlachetnienia.

Drugorzędna funkcja samochodu pozwala właścicielowi mieć władzę nad życiem i śmiercią. Gdyby auto było rozpatrywane wyłącznie z perspektywy bezpieczeństwa publicznego, jego prywatne posiadanie zostałoby zabronione dawno temu. Tym, co faktycznie czyni samochód tak ponętnym, a jego wizerunek w wyobraźni opinii publicznej tak sugestywnym, jest to, że stanowi “naturalnie niebezpieczny instrument”, jak to ujął pewien prawnik. W odróżnieniu od konia, który ma parę oczu oraz mózg i pozostawiony samemu sobie ominie przeszkody, samochód z radością się zderzy; wymaga nieustannej czujności.

Ten trywialny, ale aktywny nadzór, który w celu uniknięcia śmierci lub poważnych obrażeń musi być utrzymany w każdym momencie, jest jednocześnie intensywnie nudny i ekscytujący. Iggy Pop kiedyś uchwycił ducha tej sprzeczności: “W samochodzie śmierci czujemy, że żyjemy!” W społeczeństwie uzależnionym od samochodów miliony ludzi w każdym momencie są aktywnie zaangażowane w akt unikania natychmiastowej śmierci. W odpowiednim czasie auta i rzeź jaką powodują będą uważane za żywioł naturalny.

Okresowo słyszy się o planach stworzenia “inteligentnych autostrad” i patrząc poza oczywistą sugestię, że obecnie autostrady są w rzeczy samej “głupie”, oczywistym staje się i to, że poruszające się po nich samochody także są “głupie”. Automobil przeprojektowany wyłącznie z myślą o transporcie wyglądałby inaczej.

Trzy koła wystarczą w zupełności, cztery to już nadmiar, czego dowodzą liczne przykłady, od aut wyścigowych napędzanych bateriami słonecznymi począwszy, a na pojeździe Demaxian Buckminstera Fullera skończywszy. Koło prowadzące, przednie i środkowe, służyłoby do kierowania, a poza tym byłoby zaprojektowane, by poruszać się w koleinie eliminując potrzebę kierowania za wyjątkiem manewrowania. Zaczepy z przodu i z tyłu pozwoliłyby autom połączyć się w pociąg, by poprawić wydajność. Kiedy auto nie byłoby podczepione z przodu prosty czujnik podczerwieni regulowałby prędkość, ażeby zachować odpowiednią przerwę na wyhamowanie. Minimalna i maksymalna prędkość byłaby oznaczona kodem kreskowym na chodniku i samochód dostosowywałby się do ograniczeń automatycznie. Przyczepny silnik obniżałby się na przednie koło przy wykorzystaniu podnośnika windowego i ‘wskakiwałby’ na miejsce za pomocą odpowiedniej klamry – ułatwiłoby to jego przegląd i wymianę. Dno samochodu byłoby wodoodporne, koło prowadzące miałoby z boków wiosła pozwalające na przeprawę wodną. W celu optymalnego przechowywania auto obracałoby się wzdłuż osi i stało pionowo spoczywając na krótkiej stopce.

Jednakże takie ćwiczenia projektowe są daremne: są racjonalnym podejściem do irracjonalnego zestawu wymagań. Głupie samochody oraz ludzie dla których i przez których są projektowane pozostaną z nami przez jakiś czas. Ich obraz jest trwale odciskany w wyobraźni społecznej, ilekroć mali chłopcy przesuwają po podłodze bawialni swoje małe zabawki pomrukując: “Wruuum! Wruuum!”

Przyczyną upadku naszych obecnych systemów komunikacji publicznej jest to, że są zaprojektowane wyłącznie z myślą o transporcie i bezpieczeństwie publicznym i nie są w stanie zaspokoić pierwotnych popędów swoich użytkowników. Stosując się do wizerunku bezpiecznej i niezawodnej służby publicznej nie potrafią zapewnić dreszczyku zwycięstwa i agonii porażki, a nieusatysfakcjonowany pasażer musi godzić się z niecierpliwością, niepewnością i nudą.

„Odpowiednio” zaprojektowany tramwaj byłby całkowicie pozbawiony drzwi lub wyposażony w takie, które zamykają się zdecydowanie, z dużym impetem po nieodwołalnym ostrzeżeniu. Nie zatrzymywałby się na przystankach tylko zwalniał na tyle, by pozwolić pasażerom na wskok i wyskok. Byłby wyposażony w pokłady biegowe i zewnętrzne poręcze; pozwalałyby one pasażerom-gapowiczom demonstrować akrobatyczne umiejętności podczas jazdy na zewnątrz, dzięki której zaoszczędziliby na koszcie zakupu biletu jednorazowego.

Aby wyeliminować ingerencję prawników wymogiem koniecznym byłoby podpisane przez  wszystkich pasażerów zrzeczenia od roszczeń, zwalniającego przewoźnika od wszelkiej odpowiedzialności; do zasad ruchu drogowego wprowadzonoby poprawki, aby dać tramwajom prawo absolutnego pierwszeństwa bez względu na okoliczności, a pozostałym uczestnikom ruchu automatycznie przypisać winę za ewentualną kolizję. Przody tramwajowe mogłyby zostać przyozdobione pługami, by umożliwić posłanie na stronę każdego blokującego tory obiektu, redukując tym samym liczbę powypadkowych opóźnień. Nieunikniona rzeź zapewniłaby nieprzerwany potok lekcji bezpieczeństwa publicznego udzielanych przez tabloidy.

Taki system nie tylko byłby tani i skuteczny w obsłudze, ale w odpowiednim czasie wychowałby niebywale zwinną i czujną brać pasażerską, której codzienne popisy odwagi i odporności fizycznej wytworzyłoby prawdziwy duch koleżeństwa, którego próżno by szukać pośród dzisiejszych, wyczerpanych i rozpieszczonych użytkowników transportu publicznego. Oczywiście taka forma usługi byłaby niemożliwa, ponieważ pozostawałaby w sprzeczności z wizerunkiem, który komunikacja publiczna winna odzwierciedlać: wizerunkiem publicznej uczynności służącej młodym, starym, biednym i schorowanym; w skrócie – czymś powołanym do istnienia na pożytek kilkorga nieboraków, którzy nie potrafią prowadzić auta.

Wzrasta liczba miejsc, w których transport publiczny staje się zbędny z uwagi na przypadłość znaną jako “rozrost przedmieścia”; sprzyja ono przede wszystkim uzależnianiu od samochodu. Powodem owego rozrostu jest domek na przedmieściach; podobnie jak błędem byłoby postrzeganie auta jako formy transportu – błędem jest postrzeganie domu na przedmieściach wyłącznie jako formy zakwaterowania. I chociaż zapewnia on zestaw nowoczesnych wygód, musi być zgodny z określonym wizerunkiem i podobnie jak w przypadku samochodu przekonamy się, że to wizerunek najlepiej wyjaśnia jego typową lokalizację i formę.

Powszechnym nieporozumieniem jest przekonanie, że główną funkcją domu na przedmieściach jest zapewnienie schronienia, tymczasem w dość oczywisty sposób chodzi tu o zapewnienie miejsca do parkowania. W społeczeństwie zależnym od samochodu dostęp kontrolowany jest przez ograniczanie i nadzór zdolności do parkowania. Parkowanie publiczne jest zawsze ograniczone i często niedostępne, a parkowanie pół-publiczne – w domach towarowych, galeriach, biurowcach i innych prywatnych instytucjach – dozwolone jest wyłącznie tym, którzy chcą wydać pieniądze lub mają do sfinalizowania jakąś transakcję. Chociaż samochód postuluje wolność ruchu, jest to wolność przemieszczania się publicznymi drogami pomiędzy miejscami, w których kierowca nie jest wolny, lecz musi wypełnić konkretną społeczną funkcję: pracowanie, robienie zakupów lub wykonanie innej usankcjonowanej społecznie czynności. Nawet jeżeli pragniesz na chwilę uciec od despotycznych ograniczeń społeczeństwa i spędzić trochę czasu na łonie natury, odkryjesz, że w społeczeństwie zależnym od samochodu nawet w obrębie obszaru dzikiej przyrody obowiązują godziny otwarcia, a parkingi zamykają tuż przed zmrokiem.

Krótko mówiąc jedyną wolnością, jaką oferuje samochód jest wolność jazdy tam i z powrotem pomiędzy miejscami, gdzie nie jest się wolnym, a jedynym wyjątkiem od tej zasady jest własny podjazd. Żaden porządny dom na przedmieściach nie może się bez niego obejść: to twoja prywatna autostrada, która prowadzi do twojego prywatnego domu. Ten obraz dyktuje, by odcinek ten został kosztownie i niepotrzebnie utwardzony, nie jakimiś tam płytami – przypominałby wówczas chodnik – ale asfaltem. Podjazdy na przedmieściach nie są utwardzane na pożytek aut, które radzą sobie na drogach piaszczystych, i z pewnością nie z myślą o pojazdach terenowych, lecz po to, by zaspokoić pewien przyrodzony napęd w kierowcach: przemożne pragnienie posiadania kawałka drogi.

W swojej symbolicznej funkcji dom na przedmieściach służy jako ostateczne miejsce odpoczynku u kresu długiej jazdy do domu. Spokój i cisza uznawane są za jego najbardziej zasadnicze cechy; chociaż ostentacyjną jest troska o bezpieczeństwo, jej źródłem jest irracjonalna potrzeba spokoju absolutnego. Gdyby rezydent przedmieścia miał zamienić samochód i dom na mieszkanie w obrębie miasta, zwiększone ryzyko padnięcia ofiarą brutalnego przestępstwa byłoby więcej niż zrównoważone przez zmniejszone ryzyko poniesienia śmierci w wypadku samochodowym; zatem wybór z punktu widzenia bezpieczeństwa nie jest racjonalny.

Prawdziwa troska nie dotyczy bezpieczeństwa tylko ucieleśnienia abstrakcyjnego obrazu spokoju. Przepisy strefowe i zarządzenia ograniczają hałaśliwe hobby i odchylenia od standardów społeczności, bowiem profanacją jest zakłócenie uświęconej drzemki człowieka przedmieścia. Idealne przedmieście znaczy niezmącony ciąg trawników przyciętych z precyzją manicure, nakrapianych neoklasycznymi rzeźbami; każda nieco odmienna, lecz zasadniczo taka sama. Jest to nieodzowna dekoracja cmentarna: dom jest de facto kryptą rodzinną. Nic dziwnego: ostatnim miejscem docelowym na trasie samochodu-śmierci jest dom-śmierci.

Wszystkie pozostałe funkcje domu-śmierci, poza jedną, są zbędne skoro ludzie mogą jeść, spać i uprawiać seks w swoich autach. W miarę jak samochody rozrastają się gabarytowo, a dojazdy stają się dłuższe, coraz więcej bytowania odbywa się wewnątrz auta, a grobowy kwaterunek używany jest tylko do rozpakowania fast-foodowej przekąski, schłodzenia piwa i zaśnięcia przed ekranem telewizora. Jednakże dom-śmierci ma jedno pomieszczenie, które ma znaczenie zasadnicze, bowiem zapewnia serwis pozostający poza możliwościami samochodu. Jest to łazienka – zawiera prysznic i oczywiście toaletę. I to nie byle jaką toaletę: nocnik lub wiadro wiórów po prostu nie wystarczyłoby. Nie, nie – musi to być najbardziej wymyślne urządzenie, które pozwala użytkownikowi: wypróżnić się bezpośrednio do baseniku wody pitnej (który wedle gustu może zostać zdezynfekowany), a następnie spuścić zawartość kolejną hojną porcją wody pitnej. Jakże osobliwe jest to, że pozostałe mięsożerne zwierzęta instynktownie zakopują swoje odchody, ażeby zapobiec rozprzestrzenianiu chorób – zwierzę homo sapiens uparcie miesza swoje fekalia z tym, co pije! Przeróżne kosztowne zabiegi, żaden z nich nie jest w pełni skuteczny, są niezbędne do utrzymania wody pitnej i ścieków osobno.

Jeżeli przemożna potrzeba wypróżniania się do pitnej wody zdaje się być irracjonalna, to czym jest podstawowy jej cel, czyli wyparcie się faktu, że ciało wydziela nieprzyjemną woń? Toaleta ze spłuczką jest narzędziem służącym do wypierania się tego, że ciało cuchnie wewnątrz; prysznic, z pomocą wymuszonych dziennych ablucji i chemicznych dezodorantów, pełni tę samą rolę wobec powłoki zewnętrznej. Potrzeba wypierania się, że ludzie pachną tak, jak ludzie jest bardzo dziwna, ponieważ ci sami ludzie chętnie tolerują zapachy swoich kotów i psów, które kąpią się z rzadka i pachną dokładnie tak, jak powinny. Prawda wygląda tak, że ludzie wydzielają zapach, nie gorszy niż koty, czy psy, a okazy zdrowsze zazwyczaj pachną dobrze, chociaż dieta oparta na pożywieniu typu junk (śmieci) czyni woń wyjątkowo nieprzyjemną. Oczywiste rodzi się podejrzenie, że ludzie, którzy prowadzą swoje samochody-śmierci i mieszkają w domach-śmierci, zażywają codziennej kąpieli, ponieważ czują przymus prezentowania pozbawionej odorów fasady ze względu na strach, że może z nich emanować podświadomy fetor śmierci, od którego spowijającej obecności nie potrafią się uwolnić.

Współczesna kultura zdominowana przez nad-konsumpcję i nieposkromiony wzrost, którą tak bardzo chcielibyśmy zmienić, żeby ocalić siebie, naszą planetę lub cząstkę obojga, nie jest i nigdy nie była racjonalną propozycją. Jest to realizacja mrocznych, nieracjonalnych, autodestrukcyjnych popędów, które zostały w nas zaprogramowane na skutek pewnego ewolucyjnego wypadku, a które znalazły swój pełny wyraz dzięki dostępowi do taniej i obfitej energii.

Apele o odwołanie się do racjonalności lub tzw. zdrowego rozsądku są daremne, ponieważ siłą motywującą jest zestaw niezatartych, niezmiennych obrazów, które są odciskane na prostych umysłach w okresie dzieciństwa. Łatwo jest te obrazy ośmieszyć i chociaż drwina może być sugestywna skuteczność jej oddziaływania ogranicza się do tych, którzy posiadają zdolność jej zrozumienia. Voltaire dokonał dość gruntownej analizy kościoła katolickiego, a mimo to księża wciąż są dzisiaj z nami – mogą błogosławić co popadnie i molestować ministrantów, ponieważ przeciętnemu wierzącemu Voltaire nigdy do niczego nie był potrzebny.

O wiele bardziej obiecującym podejściem jest tworzenie nowych obrazów o wielkiej uwodzicielskiej sile, dostatecznie prostych, by zrobić wrażenie na prostym umyśle. Jest to jednak obszar niebezpiecznej polityki i rewolucyjnej zmiany: ścieżka najeżona niezamierzonymi konsekwencjami, której należy unikać. Jedynym co pozostaje jest możliwość podjęcia osobistego wysiłku, by uwolnić się od despotyzmu obrazu / wizerunku.

Jeżeli chodzi o resztę konsumentów kupionych obrazami śmierci, godności i komfortu, możemy być pewni, że tzw. wolny rynek sprosta ich potrzebom. Ci z głębokimi kieszeniami otrzymają prawdziwie luksusową śmierć, w której znajdzie się miejsce na osobiste muzeum transportu oraz bibliotekę pośród zaaranżowanej zieleni francuskiego ogrodu, natomiast tych po stronie przeciwnej będzie stać jedynie na śmierć w brązowym kartonie; czyż nie jest to kwintesencja konsumenckiego wyboru? Miejmy nadzieję, że ich kultura śmierci umrze razem z nimi i że dojdzie do tego na długo zanim staniemy się zagrożonym gatunkiem.

Tłumaczenie: exignorant

Zrodlo: https://exignorant.wordpress.com/2010/09/26/despotyzm-obrazu-wizerunku-czesc-1/