Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Aktualności: Małe zmiany w przywilejach użytkowników <CZYTAJ> Nie możesz się zalogować? Wyczyść w przeglądarce ciasteczka i aktywne zalogowania (wszystkie).
W razie czego jesteśmy na FB(link). Pozdrawiamy Ekipa

Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Banki i korporacje / Odp: Byłam bankowym trolem
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Nie) 30.07.2017, 15:46:55 »
Wywiad z profesjonalnym trollem: Kogo obchodzi konsument? Produkt mu się do gardła wciska jak pokarm gęsiom na hodowli.


GM: Czym się w takim razie zajmuje twoja agencja?
ON : Moją pracę nazywam „budowaniem przewagi komunikacyjnej w sieci” – sam to zdanie wymyśliłem, prawda, że dobre?
GM: Jak budujesz tę przewagę?
ON : To zależy.
GM: Od czego?
ON: Od potrzeb agencji/klienta. Zlecenia dostaję głównie od agencji, które prowadzą działania na rzecz klienta.
GM: Czyli robisz tak zwaną szeptankę? Pozytywne opinie o marce?
ON, A skąd, to jest amatorka, którą widać na kilometr. Zabawa dla pracowników na darmowym stażu.
GM: To co robisz?
ON : Potrafię zmienić odbiór i wydźwięk artykułów, jakie pojawiają się w sieci o danej marce.
GM: Czy najlepszą obroną (budowaniem przewagi) jest atak na konkurenta?
ON : Też.
GM : Czy to są twoje metody, czy bezpośrednie zlecenia od Agencji?
ON : Agencja nie narzuca mi stylu pracy, oni mają konkretny problem np: „konkurencyjna marka puściła akcję kontentową i błyszczy w sieci – klient jest zaniepokojony, że nasze działania nie są tak efektywne”
GM: Co wtedy robisz?
ON : Niweluję wpływ tych artykułów na internautów.
GM : Czy możesz wreszcie odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę robisz?
ON : Opiszę to na wymyślonym przykładzie. Weźmy więc dla przykładu firmę technologiczną, aby było to bliższe tematyce Antyweb. Załóżmy, że marka X promuje swój nowy telefon w sieci – kasa płynie również na content marketing. Sponsoraki lecą na lewo i prawo. Wtedy do akcji wkraczamy my. Zasada jest taka, aby zasiać jak najwięcej wątpliwości wśród czytelników – wątpliwości odnośnie rzetelności tekstów, samego sprzętu, firmy itp.
GM: Jak „siejesz wątpliwości”?
ON: To jest bardzo proste – nie potrzeba do tego psychologa. Wystarczy znaleźć, co było nie tak w produktach tej firmy i zasugerować, że może być podobnie, a autor tekstu nawet się o tym nie zająknął. Podważam też rzetelność tekstów wrzucając linki do materiałów krytykujących produkt czy poprzednie produkty (zawsze się coś w sieci znajdzie).
Oczywiście działania nie mogę być powtarzalne – w innym medium pojawia się więc były użytkownik danego produktu (lub poprzedniego od tej firmy), opowiadający historię z życia wziętą. Produkt był uszkodzony, firma nie pomogła, a na forach czytał, że taką mają praktykę.
Jeśli w sieci leci akcja contentowa to każdemu medium, które nie ma informacji o reklamie można zarzucić, że robią sponsoraki. Nawet jak nie robią – bo przecież nie każde medium jest w mediaplanie każdej marki – to i tak znajdzie się banda dzieciaków, która temat pociągnie dalej. Można więc atakować zarówno sam produkt jak również medium. Niektóre mają tak złą renomę, że bez wysiłku udaje się z rozmowy o produkcie zbudować rozmowę o jakości treści czy amatorszczyźnie autora.
Ważne jest w tym wszystkim, aby nasze wpisy były pierwsze – pierwszych 5 nieprzychylnych komentarzy buduje nastawianie innych do tekstu i bardzo rzadko dalej toczy się rzeczowa dyskusja.
GM: To nie brzmi jak specjalnie wyrafinowana akcja
ON: Poczekaj poczekaj, to dopiero początek.
GM : Co jest więc dalej?
ON : W pracy pomaga nam szeptanka od konkurencji. Z każdą akcją contentową pewnie leci jakiś drobny budżet na komentarze, lajki, suby itp. My więc tę szeptankę konkurencji ujawniamy. A to na Facebooka coś wrzucimy, a to przygotujemy przepiękny opis na Wykop, a to znajdziemy gości, którzy są wkurzeni, że nie dostali budżetu z tej akcji i dopuścimy ich do otwartej krytyki tej akcji (bloger, czasem youtuber).
Generalnie ludzie łykają takie „aferki” jak pelikany. Wystarczy, że zaczynasz krytykować duże firmy i podważać „wiarygodność”, a zawsze zlecą się „janusze” i inni, którzy wierzą we wszystko, co jest napisane w internecie.
Ludzi, którzy rozumieją zasady funkcjonowania reklamy w internecie jest bardzo mało, a jeszcze mniej jest tych, którzy rozumieją, co to jest szeptanka i potrafią odróżnić prawdziwy komentarz od lewizny.
GM : O tych wszystkich działaniach wie klient?
ON : A skąd, czasem nawet agencja nie jest świadoma do końca co i jak robimy.
GM : Jaki ma być efekt twoich działań?
ON : W przykładzie, który ci podałem? Co najmniej „średni” odbiór w sieci materiałów konkurencyjnej firmy. Agencja wtedy od razu leci do klienta pokazać, że wprawdzie konkurencja zrobiła dużą akcję, ale odbiór jej jest przeciętny i jest dużo głosów krytycznych.
GM : Agencja po przeciwnej stronie nie reaguje? Chyba znają się na takich metodach?
ON : Czasem reaguje, a czasem po prostu nie orientuje się o co chodzi. Całą sztuką jest tak przeprowadzić działania, aby nie były one do siebie podobne i nie powielały tych samych krytykujących argumentów. W każdym medium robimy więc inne rzeczy.
GM : Wszyscy oszukują konsumentów w tej branży?
ON : A kogo obchodzi konsument? Produkt trzeba im do gardła wciskać jak pokarm gęsiom na sztucznej hodowli. Czy ktoś normalny dziś wierzy w reklamy? W cudowne proszki, w dobre piwo od koncernów? Nie, kupują je natomiast setki tysięcy, jak nie miliony, ludzi. Dlaczego kupują? Ogranicza im się wybór poprzez reklamy, wciska się im to czego nie potrzebują, tworzy sztuczne potrzeby i pakuje się potem w te zaschnięte gardło cokolwiek, co klient rozpozna – a to z reklamy, a to z akcji w sieci. Łykają wszystko jak leci.
GM : Brzmi jak strategia z Biedronki, a nie dobry marketing?
ON : Żartujesz?
GM : Nie.
ON : Widać, że jesteś amatorem teoretykiem, który naczytał się książek o dobrych praktykach marketingu. Podpowiem tylko – to tak w Polsce nie działa. Liczy się efekt, a metoda jest mało ważna. Dlatego z jednej strony dostaniesz piękne reklamy o zaufaniu do marki, a z drugiej strony telefon od call center, gdzie wciska się ludziom wszystko, od darmowych badań lekarskich po superatrakcyjne ubezpieczenia. Oczywiście nikt nie kłamie, po prostu nie do końca mówi się o wszystkim, co jest związane z ofertą. I na koniec dnia, podsumowując efekty wszystkich działań, liczy się liczba sprzedanych produktów, wciśniętych umów czy sprzedanych kursów. Z nagród za dobrą kampanię marketingową cieszy się tylko agencja. Klient ma to w d…
GM : Brzmi to tak, jakbyś pracował kiedyś po stronie klienta.
ON : Bo pracowałem.
GM : I takie miałeś podejście do marketingu?
ON : Nadal nie rozumiesz, marketing czy reklama to tylko narzędzie do osiągnięcia celu, jakim jest generowanie zysku. Na prezentacjach marketingowych można sobie bajdurzyć o wizerunku marki czy jej wartościach. Potem jednak przechodzi się do tabel z liczbami sprzedaży. Jak jest sukces, to nikogo nie interesuje jak był osiągnięty (o ile zgodnie z prawem i bez przegięć)
GM : Wracając do twojej „agencji”, nie boisz się, że kiedyś przesadzisz?
ON : I co się stanie? Widziałem już przypadki, w których agencja przepraszała za swoje działania lub działania podmiotu z nimi związanego. Na końcu zawsze znajdzie się jakiś stażysta, na którego zrzuca się winę i tyle. Ile razy przy ujawnieniu szeptanek dana firma komentowała sytuację? Ktoś się przyznaje do winy? Komuś zależy na tym, aby takie sprawy do końca wyjaśniać? Przecież to internet.
GM : W swojej pracy współpracujesz z jakimiś mediami?
ON : Nie, nie ma takiej potrzeby – działam w miarę niezależnie od wszystkich.
GM : Dlaczego?
ON : Głupie pytanie, jak opisałem powyżej moja praca raczej powinna być poza pierwszym, a nawet drugim planem. Im mniej się o niej wie, tym lepiej.
GM : Wspomniałeś o Wykopie?
ON : To tylko narzędzie – bardzo dobre i duże – dzieciakami manipuluje się łatwo. Natomiast tam już rozgrywane są gry na innym poziomie – polityka.
GM: Podasz jakiś przykład?
ON : Nie będę tutaj nic konkretnego wskazywał – nie moja branża, nie moje zabawki. Każdy, kto zna ten serwis widzi jakich materiałów i poglądów jest tam najwięcej. Przypadek?
GM : Unikasz konkretów i przykładów – dlaczego zgodziłeś się na rozmowę ze mną?
ON : Taki kaprys miałem, nudzi mi się powoli ta zabawa. Zarabiam również w inny sposób i możliwe, że zamknę część „agencji” zajmującej się dbałością o wizerunek – lol.
GM : To co będziesz robił?
ON : Coś innego – nie interesuj się. [śmiech]
GM: Czy miałeś jakieś akcje, które się nie udały?
ON : Oczywiście – na stronach i w serwisach z dobrą moderacją, czasem tak bywało. Jest to jednak rzadkość, bo w 90% olewa się komentarze i cieszy się, że jest ich tak dużo.
GM: Da się na tym, co robisz, dobrze zarobić?
ON : Średnio. Agencje mają coraz mniej pieniędzy – coraz mniej chcą wydawać na takie działania, bo same się boją wpadek. Wolą kupić jakąś pozytywną szeptankę w agencjach studenckich, gdzie za komentarz płaci się grosze i idzie na ilość. Mój kunszt jest doceniany przez nielicznych. [śmiech]
GM : To dobrze.
ON : Co dobrze?
GM : No, że będzie coraz mniej takich agencji jak twoja.
ON : Nadal nic nie rozumiesz, takie działania nie znikną, będą tylko bardziej prostackie. W necie mamy coraz więcej baranów, nie trzeba już stosować wyrafinowanych zagrywek. Zobacz, co się dzieje, gdy ktoś wrzuca na FB fake’ową akcję z rozdawaniem telefonów – to przykład zbiorowej inteligencji. Trudno już nawet mówić o manipulacji, skoro zanika w ludziach funkcja samodzielnego myślenia.
GM : Smutne.
ON : Prawdziwe

Źródło: http://antyweb.pl/wywiad-profesjonalny-troll/
2
Cała Polska / Spotkanie, rozmowy, zlot?
« Ostatnia wiadomość wysłana przez elwis33 dnia (Pon) 29.05.2017, 12:30:28 »
Wakacje już wkrótce, może jakieś wspólne spotkanie, albo grupowe rozmowy on line, a jak więcej osób się znajdzie to zlot?  Co wy na to? Zaprasza do wysyłania informacji na priv lub pisania tutaj.
3
Szczepienia / Odp: Dlaczego ludzie wybierają nieszczepienie?
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Sob) 22.04.2017, 16:59:00 »
(Nie)świadoma zgoda. Część 1. Kilka faktów, których rodzice nie wiedzą o szczepionce MMR (odra, świnka, różyczka)

ouise Kuo Habakus, autorka książki „Epidemia szczepionek” („Vaccine Epidemic”), założycielka i dyrektor organizacji Nieustraszeni Rodzice (FearlessParents.org), zrzeszającej osoby pokrzywdzone przez szczepionki, oraz Centrum Praw Jednostki (Center for Personal Rights) zabiera głos w sprawie niebezpiecznych tendencji, które pojawiają się w związku ze szczepieniami.

Jestem zaniepokojona narodową nagonką, która charakteryzuje cztery „konie pociągowe” histerii szczepionkowej, używane przez tak zwanych „racjonalistów”: Strach, Gniew, Obwinianie, Nienawiść.
• Niezaszczepieni muszą zostać złapani i ukarani.
• Odra jest śmiertelna.
• Potrzebujemy prawa federalnego zmuszającego
   do obowiązkowych szczepionek przeciw odrze.
• Nie powinno się robić wyjątku dla nikogo.
Nie ma żadnego mainstreamowego źródła informacji, które nie wpadłoby w ten ton narracji. Kierujemy małą porcję drogocennych argumentów, będących przejawem naukowego, czy też raczej analitycznego myślenia, do grupy dziennikarzy śledczych, reporterów zajmujących się kwestiami zdrowia, zaprawionych w boju autorów tekstów oraz popularnych blogerów, którzy twierdzą, że przyoblekli się w pelerynę nowoczesnej nauki. Umożliwią one prowadzenie odpowiedzialnej, wyważonej dyskusji. Pozostaną na świetle dziennym niezależnie od tego, czy mainstreamowe dziennikarstwo stanie kiedyś na wysokości zadania, czy nie.

Jednak w międzyczasie tym, co mnie najbardziej trapi, jest fakt, jak niewiele rodzice wiedzą o kombinacji zawartej w szczepionce MMR. Martwię się o ich wybór oparty na wiedzy.

W części pierwszej tego artykułu odnoszę się do bezpieczeństwa tej szczepionki jako takiej. W części drugiej zbadamy, co dzieje się z jej producentem, firmą Merck.


Część pierwsza. Bezpieczeństwo szczepionki MMR

Dokumentacja reakcji ubocznych po szczepieniu

Zacznijmy od podstaw:
– Ulotki do szczepionki MMR, która znajduje się wewnątrz opakowania.
– Ulotki do szczepionki MMRV / ProQuad.
– Zaobserwowanej częstotliwości reakcji niepożądanych po szczepionce – dane o szczepionce MMR pochodzące ze Światowej Organizacji Zdrowia.
– Dane z bazy VAERS.
– Tabela Uszkodzeń Poszczepiennych (Vaccine Injury Table) federalnego Programu Odszkodowań Powikłań Poszczepiennych (Vaccine Injury Compensation Program).
– Różowa Księga (The Pink Book): Podręcznik CDC, rozdział 12 (odra).
– Kwestia tego, czy szczepionka przeciw odrze może spowodować obrażenia i śmierć. Dane z Narodowego Centrum Informacji o Szczepionkach (National Vaccine Information Center).


Odra może przedostać się przez komórki układu nerwowego do twojego mózgu.

Wirus odry może występować w postaci trzech różnych postaci infekcji centralnego układu nerwowego. Wiemy, że wirus odry może rozprzestrzeniać się w komórkach układu nerwowego i wniknąć do mózgu. Jest to tzw. „transport aksonalny” i odbywa się to dokładnie tak szybko, jak sugeruje to sformułowanie.

Jednakże, o czym publika już powszechnie nie wie, nie odnosi się to tylko do naturalnego sposobu przekazywania infekcji, jak się nam implikuje. Otóż szczepienia potrafią w identyczny sposób przenosić odrę do móżgu. Oto fragment z badania opublikowanego w czasopiśmie naukowm Aktualne Tematy w Mikrobiologii i Immunologii (Current Topics in Microbiology and Immunology):
Atenuowane szczepy wirusów szczepionkowych mogą dostać się do mózgu pod warunkiem zaistnienia osłabionej odporności.

Wstrzyknięcie szczepionki MMR może doprowadzić do tego, że żywe wirusy odry podrzucą twojemu mózgowi neurologiczną bombę.

Instrukcja firmy Merk przyznaje, że szczepionki mogą spowodować uszkodzenie mózgu.

Encefalopatia to zapalenie mózgu, które następuje, kiedy wirus w bezpośredni sposób infekuje mózg, a także wtedy, kiedy wirus, szczepionka czy cokolwiek innego powoduje stan zapalny. Może być w to zaangażowany również rdzeń kręgowy, co skutkuje chorobą nazywaną zapaleniem mózgu i rdzenia kręgowego (encephalomyelitis).

Problemem jest to, że nie wiemy tak dużo, jak powinniśmy wiedzieć, biorąc pod uwagę sposób, w jaki dzisiaj szczepimy dzieci. Poniższe naukowe podsumowanie z 2012 roku, pochodzące z czasopisma „Progress on Health Sciences” zawiera podobne spostrzeżenie odnośnie do neurologicznych efektów ubocznych, będących następstwem szczepienia:
W niniejszym badaniu badane były wirusy odry, lecz w warunkach programu immunizacji dzieci również otrzymują szczepienia z licznymi dawkami kilku komponentów wirusowych. Co wtedy nastąpi w mózgu dziecka? Obecnie nie są prowadzone badania w tym zakresie.
Stara nauka?

Kiedy przechodzimy do wyboru opartego na informacji w zakresie szczepionki MMR, dobrym początkiem będzie ulotka z opakowania.

Jeden z moich kolegów obliczył średnią datę publikacji każdego szczegółu naukowego, zawartego w ulotce, i otrzymał rok... 1982. Z grubsza mówiąc 33 lata temu – a niektóre badania są jeszcze starsze. Czy nie wywołuje to twojego zaciekawienia?

Jak duży zakres obecnej polityki szczepień oparty jest na przestarzałej wiedzy?
Kto jest odpowiedzialny za aktualizację tej wiedzy? Za prace badawczo rozwojowe?

Jeśli duża liczba rodziców samodzielnie dokonuje takich analiz i wzywa do tego, by odbyło się więcej badań nad bezpieczeństwem szczepionek, czy nie jest to właśnie naukowe podejście?

Kim zatem są wątpiący przeciwnicy nauki?


Wiedza sprzed miesiąca

Poniższe nowe badanie Bezpieczeństwo zawierającej odrę szczepionki u jednorocznych dzieci (Safety of Measles-Containing Vaccines in 1-Year-Old Children) zostało cicho opublikowane w wersji internetowej czasopisma Pediatrics, wydawanego przez Amerykańską Akademię Pediatrii (American Academy of Pediatrics). Oto link do streszczenia oraz pełnej treści badania.

Artykuł porównuje podawanie szczepionki MMRV (ProQuad) ze szczepionką MMR + oddzielnie Varicella (Varivax). Autorzy przyznają, że wystąpiło więcej drgawek gorączkowych u dzieci, którzy otrzymali szczepionkę MMRV w postaci pojedynczej dawki w porównaniu do tych, którzy otrzymali szczepionkę MMR oraz oddzielnie szczepionkę Varicella, choć obie dawki podano tego samego dnia.

Jest to znaczące spostrzeżenie.

Oddzielenie wstrzyknięcia szczepień nie jest tu jedyną zmienną. W istocie oddzielenie podania szczepionek może wcale nie być istotną zmienną, kiedy obie grupy otrzymują cztery infekcje szczepionkowe tego samego dnia. Nie powinno mieć znaczenia, w które konkretnie miejsce na ciele wstrzykujesz szczepionkowe wirusy, kiedy wszystkie szczepy wirusów szczepionkowych wywołują systemową infekcję, która obejmuje całe ciało, prawda?

Zatem dlaczego występuje różnica w skutkach zdrowotnych (np. drgawki i prawdopodobnie inne następstwa)?


Szczepionki nie są takie same

Szczepionka MMRV zawiera prawie dziesięciokrotnie większe stężenie wirusa ospy wietrznej (varicella) niż kombinacja MMR + V (dane dostępne w ulotkach szczepionek). Grupa, która otrzymała szczepionkę MMRV, otrzymała większą dawkę wirusów. To łączna dawka zawarta w szczepionce jest czynnikiem, który spowodował problem. Jeśli szczepionka MMR i oddzielnie podana szczepionka przeciw ospie wietrznej jest bezpieczniejsza niż kombajn MMRV, to na podobnej zasadzie można argumentować, że oddzielne podanie składników M (measles – odra) + M (mumps – świnka) + R (rubella – różyczka) będzie bezpieczniejsze od szczepionki MMR.

Czytaj dalej, by dowiedzieć się, dlaczego szczepionki wielowalentne wymagają większej siły działania wirusów.


Szczepionka przeciw odrze produkowana przy użyciu ludzkich linii komórkowych

W USA dostępne są dwie wersje omawianej szczepionki. Są to MMR-II oraz MMRV. Obie oparte są o komórki linii WI-38 – ludzkich komórek diploidalnych z fibroblastów płuc. Jest to istotne z kilku powodów:

Po pierwsze, komórki te to kultury z tkanki płodu pozyskanej w wyniku aborcji. W przypadku niektórych rodziców aborcja jest pogwałceniem ich zasad i wierzeń religijnych. Rodzice, którzy sprzeciwiają się aborcji i nie życzą sobie ani tych, ani innych szczepionek hodowanych na ludzkich komórkach diploidalnych, powinni mieć prawo do odmowy podawania wymienionych szczepionek im samym i ich dzieciom.

Po drugie, wstrzykiwanie jakiegokolwiek czynnika biologicznego pochodzenia ludzkiego niesie ze sobą ryzyko przekazania zarówno znanych, jak i nieznanych (przypadkowych) czynników, włączając w to możliwość zanieczyszczenia wirusowego (np. wirusem SV-40 w szczepionce przeciw polio), infekcji ERV (endogennymi retrovirusami), a także zanieczyszczeń DNA, które mogą przeniknąć do genomu szczepionej osoby (patrz link)


Zapłać za jedną, drugą otrzymasz gratis

Jeśli szczepionka przeciwko odrze jest tak ważna, dlaczego nie jest dostępna szczepionka monowalentna? Szczepionka monowalentna zawiera antygeny z pojedynczego szczepu mikroorganizmu. Dlaczego nasze dziecko musi być szczepione przeciwko trzem różnym chorobom w tym samym czasie?

Merck przestał już to robić...
W wigilię Bożego Narodzenia 2008 roku firma Merck cicho zapowiedziała na stronie Amerykańskiej Akademii Lekarzy Rodzinnych (The American Academy of Family Physicians), że nie będzie już produkowała monowalentnych szczepionek przeciko odrze, śwince i różyczce. Zamiast tego skupi się na ich połączeniu w postaci szczepionki MMR. Artykuł ten, który nie jest już dostępny na stronie AAFP, firmy Merck ani żadnej innej stronie szczepionkowego „espablishmentu”, brzmiał jak poniżej:
Merck & Co. Inc. zatrzymał produkcję i sprzedaż swoich monowalentnych szczepionek przeciw odrze, śwince i różyczce. Producent zamiast tego planuje skupić się na swojej szczepionce trójwalentnej MMRII.
Rzecznik prasowy firmy Merck Amy Rose poinformowałą, że wartość sprzedaży szczepionki MMRII osiągnęła 98% łącznej sprzedaży wszystkich szczepionek firmy przeciwko odrze, śwince i różyczce...

„Szczepionka trójwalentna jest rekomendowana, i stanowi ona znaczącą porcję zamowień, które otrzymujemy” – powiedziałą Rose. „Jest w najlepszym interesie zdrowia publicznego produkować więcej dawek tej właśnie szczepionki niż przeznaczać wolne moce przerobowe na produkcję szczepionek monowalentnych”.

Rose powiedziała, że firma Merck nie zdecydowała jeszcze, kiedy, jeśli w ogóle, zacznie z powrotem produkować szczepionki monowalentne, by były dostępne w obrocie w przyszłości.

I nagle zmienili zdanie...

Merck otrzymał lawinę skarg od zaatroskanych rodziców. W odpowiedzi na nie koncern poinformował, że wznowi produkcję. Oświadczenie to zostało również udokumentowane w Oświadczeniu o Dostawach Szczepionek firmy Merck (Merck Vaccines Supply Status) z 20.07.2009 (przeczytaj przypis).
Jednak zamiar ten długo nie przetrwał. Czyśby Merck jedynie sprawdzał grunt i określał, czy nie nastąpi długotrwały spadek zaufania do marki? Farmaceutyczny gigant cichaczem nie dotrzymał wcześniej danego słowa i we wrześniu 2009 roku wydał oświadczenie:
„Bazując na danych pochodzacych z Komitetu doradczego ds. Praktyki Immunizacji (Advisory Commitee on Immunization Practices – ACIP), środowisku profesjonalistów, wiodących naukowców i klientów, Merck zdecydował się nie kontynuować produkcji szczepioen ATTENUVAX®, MUMPSVAX® oraz MERUVAX® II. Ta decyzja oparta na aktualnej wiedzy wspierała będzie proces szczepienia jak największej grupy wymagajacych tego osób. Merck nadal będzie skupiał się na potrzebnych zasobach, by mieć pewność, że będą one w stanie sprostać obecnym, jak również przyszłym globalnym potrzebom w zakresie zdrowia publicznego...” [w dalszym tekście wyróżnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie].
Interesujący jest fakt, że firma zdecydowała się na opisanie swojej decyzji jako „opartej na nauce”, a ich „skupianie się” rozciąga się daleko poza granice naszczego kraju.
Od tamtego czasu Merck nie zabierał głosu w sprawie. Nigdy nie widziałam jakiejkolwiek publicznej dyskusji o zaletach tej decyzji. Prawie każda informacja prasowa odnosząca się do tego znaczącego dla zdrowia publicznego oświadczenia została usunięta z internetu.

Otrzymanie wszystkich trzech naraz nie wiąże się z żadnym zagrożeniem

Amerykańska Akademia Lekarzy Rodzinnych (AAFP) wydała nieco niezdarne oświadczenie, które miało zapewne zapobic szkodom:
Doktor Doug Campos-Ourcalt, który pracuje jako łącnzik pomiędzy AAFP a Komitetem Nadzorczym CDC ds. Praktyki Immunizacji (CDC's Advisory Commitee on Immunization Practices) oświadczył, że decyzja firmy Merck jest nieznacząca z punktu widzenia aspektów zdrowia publicznego... [lecz] z pewnością pewna liczba rodziców będzie z niej niezadowolona.

„Używanie pojedynczego antygenu zostało w pewnym stopniu ograniczone” – powiedział. Nie ma żadnego zagrożenia, jeśli potrzebujesz jednej szczepionki, w otrzymywaniu trzech naraz. Istnieją pewni rodzice, którzy domagają się opóźnionego kalendarza szczepień. Żądają oni rozszerzenia czasu szczepień na dłuższy okres i nie chcą podawać tak wielu szczepień za jednym razem. To wielka bzdura. Nie zostało udowodnione, by alternatywne kalendarze szczepień były w jakiś sposób lepsze”.

Chciałabym zobaczyć naukowe potwierdzenie oświadczenia doktora Campos-Outcaltsa. Szczepionki wielowalentne są powiązane z lwią częścią oświadczeń o powikłaniach poszczepiennych. Naukowcy przyznają, że szczepionki wielowalentne wykazuję większą reaktogenność {Katkocin & Hsieh, p. 57]. Reaktogenność jest natomiast zdolnością szczepionek do wywoływania częstych, spodziewanych reakcji ubocznych (np. uszkodzeń ciałą i śmierci).


Rodzice zaczynają mówić
Rodzice, którzy żądali oddzielnych szczepionek, zostali pokrzywdzeni. Niektrzy znajdowali się w trakcie podawania oddzielnych szczepionek dziecku. Byłam w kontakcie z tuzinami rodziców, którzy w desperacji obdzwaniali apteki i szpitale dziecięce na terenie całego kraju, próbując zdobyć ostatnie pozostałe dawki szczepionek pojedynczych. Znam przypadki rodziców, którzy podróżowali za granicę, by ich dzieci mogły otrzymać pojedynczą szczepionkę przeciw odrze.

Chociaż szczepionki monowalentne nie posiadają licencji w Wielkiej Brytanii, prywatne kliniki oferują szczepionki neiskojarzone, ponieważ zwietrzyły szybki interes. Dostrzegły fakt, że rodzice gotowi są płacić za takie szczepionki z własnej kieszeni. Artykuł „Pojedyncza szczepionka przeciwko odrze” (Single measles jab) zamieszczony w gazecie Daily Mail obwieszczał, że nielegalne jest importowanie szczepionek i podawała nazwiska prywatnych praktykujących lekarzy, którzy mogą pomóc w tym zakresie.


Mówisz i masz

Nie argumentuję tutaj na korzyść monowalentnej szczepionki przeciw odrze. Ta bardzo poważna decyzja medyczna pozostaje w gestii rodziców.

Lecz przeanalizujmy przez moment logikę takich działań. Jest pewna liczba rodziców, którzy zdecydowali się nie szczepić swoich dzieci szczepionką MMR (odra, świnka, różyczka) ani MMRV (odra, świnka, różyczka, ospa wietrzna), którzy mogą wybrać szczepienie dzieci przeciwko odrze szczepionką monowalentną, jeśli byłaby dostępna.

Powody tego mogą być różne:

• Być może rodzice ci zgadzają się z opinią WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), że różyczka to zwykle łagodna, samoograniczająca się choroba (ospa wietrzna również).

• Być może nie życzą sobie oni podawać fragmentów ludzkiego DNA, które zawarte jest w szczepionce przeciw różyczce.

• Być może ich dziecko przechodziło już świnkę i różyczkę i wykazuje pozytywne miano przeciwciał.
Jeśli, jak się twierdzi, głównym celem polityki zdrowia publicznego jest zapobieżenie epidemiom odry, a szczepienia są proponowanym rozwiązaniem, dlaczego nie zaoferować szczepionki przeciwko odrze w innych formach, które rodzice skłonni by byli zaakceptować?

Ja na przykład proponuję trzy możliwe rozwiązania:

1. Szczepionki wielowalentne są bardziej zyskowne

Wyłączne oparcie o szczepionki kombinowane skutkuje tym, że więcej szczepionek jest nabywanych i podawanych. Spójrzmy na przykład na Minimalne Wymagania Immunizacji dla Uczęszczających do Szkół w New Jersey („Minimum Immunization Requirements for School Attendance”), by zilustrować sytuację. Od dzieci urodzonych po 1.01.1990 wymaga się 1 dawki szczepionki przeciw śwince, jednej przeciwko różyczce oraz 2 dawek szczepionki przeciwko odrze. Ponieważ niemożliwe jest otrzymanie oddzielnej szczepionki przeciw odrze, dziecko musi mieć podane 2 dawki każdej szczepionki, by spełnić wymagania opieki i zostać dopuszczone do szkoły.

2. Niewygodne pytania
Jednoczesna dostępność obydwu szczepionek pojedynczych oraz szczepionki wielowalentnej mogłaby spowodować, że rodzice i lekarze bacznie przyglądali by się różnicom i zadawali firmie Merck niewygodne pytania.

Pytanie 1: Dlaczego jest tak wiele literatury naukowej na temat bezpieczeństwa szczepionek pojedynczych, a tak mało o bezpieczeństwie wielowalentnej szczepionki MMR?

Pytanie 2: Czy jesteś zaniepokojony możliwością pojawienia się interferencji immunologicznych pomiędzy komponentami szczepionki wielowalentnej?

Odnalazłam poniższe zdanie, wypowiedziane przez naukowca firmy Merck, dotyczące wyzwań, które towarzyszyły firmie podczas tworzenia szczepionki MMRV:
„Liczne badania wykazały, że gdy pojedyncza dawka monowalentanej szczepionki przeciwko ospie wietrznej dodawana jest do szczepionki MMR, miano przeciwciał przeciwko ospie wietrznej ulega zmniejszeniu o połowę. Uważa się, że spowodowane jest to interakcją immunologiczną wynikającą z działania szczepionki przeciw odrze”.


Pytanie 3: Czy możesz wyjaśnić poniższe stwierdzenie w materiałach informacyjnych do szczepionki MMR (Merck's pacckage insert for MMR), odnoszących się do kilku dawek pojedynczych szczepionek?

Rutynowe podawanie szczepionki DTP (błonica, tężec, krztusiec) oraz szczepionki OPV (doustna szczepionka przeciw polio zawierająca żywe atenuowane wirusy) równocześnie ze szczepionką MMR (odra, świnka, różyczka) nie jest zalecane,ponieważ istnieje ograniczona liczba danych odnośnie do jednoczesnego podawania tych antygenów”. [strona 9].


3. Kto będzie górą?

Dostępność szczepionek oddzielnych umożliwia rodzicom i klinicystom większą elastyczność i kontrolę nad wyborem szczepień i ich rozkładem w czasie. Jeśli wystarczająco duża liczba dzieci szczepiona by była przy użyciu różnych szczepionek i kalendarzy szczepień, mogłoby to rozpocząć powstawanie niepokojących wariacji w zakresie wyników resortu zdrowia. Wymóg, by wszystkie dzieci otrzymywały szczepionki wielowalentne, usuwa możliwość zaistnienia wspomnianego wyżej scenariusza.

***

Setki milionów dzieci otrzymało szczepionki firmy Merck. Wielowalentna szczepionka MMR jest szczepionkowym „okrętem flagowym” firmy, zyskownym i szeroko rozpowszechnionym. Jej stosowanie posiada również wyjątkowo spójne i wysoce efektywnie działające umocowanie w obowiązującym prawie. Publiczne przekonanie odnośnie do szczepionek oparte jest na zaufaniu. Rodzice powinni jednak wiedzieć, że firma Merck ma ogromny interes w tym, by serwować nam bardzo okrojony model narracji, jeśli chodzi o bezpieczeństwo szczepionek i możliwość dokonywania indywidualnych wyborów. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy rodzice wybiorą nieszczepienie. Oznacza to natomiast, że będą musieli bardziej się napracować, by dotrzeć do ważnych informacji, na które zasługują.

Źródło: http://prawdaoszczepionkach.pl/(nie)swiadoma-zgoda--czesc-1-nowa_linia_html-kilka-faktow--ktorych-rodzice-nie-wiedzanowa_linia_htmlo-szczepionce-mmr-(odra--swinka--rozyczka),43,145.htm



(Nie)świadoma zgoda. Część 2. Szczepionka MMR. Co się dzieje z firmą Merck?

W części pierwszej omówiłam pewne mniej znane kwestie związane z bezpieczeństwem kombinowanej (wielowalentnej) szczepionki przeciw odrze, śwince i różyczce.
 
Merck – co to za firma?
Merck jest amerykańską firmą z kwaterą główną mieszczącą się w New Jersey i jednocześnie siódmą pod względem wielkości na świecie firmą farmaceutyczną. Założony został w roku 1891 jako oddział niemieckiej firmy o tej samej nazwie. Stany Zjednoczone skonfiskowały majątek filii przedsiębiorstwa po I wojnie światowej i utworzyły z niej niezależną firmę.
W roku 2014 Merck & Co. Wykazał 42,4 miliarda dolarów przychodu na świecie i 10,3 miliarda dolarów dochodu netto. Zająć 65 miejsce w rankingu Fortune 500. Szczepionki firmy Merck to biznes warty 10,1 miliarda dolarów. Nieco ponad połowa zysku z jej sprzedaży pochodzi z następujących szczepionek dziecięcych:
1 738 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki Gardasil (przeciwko wirusowi HPV)
1 394 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki MMR/ProQuad/Varivax (odra, świnka, różyczka, ospa wietrzna)
765 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki Zostavax (przeciwko półpaścowi)
746 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki Pneumovax 23 (przeciwko pneumokokom)
659 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki RotaTeq (przeciwko rotawirusom)
 
Firma produkuje również szczepionki dziecięce przeciwko zapaleniu wątroby typu A, zapaleniu wątroby typu B oraz Haemophilus influenzae B (Hib).
Dla firmy Merck związane z odrą tsunami proszczepionkowych wiadomości w prasie będzie pożądaną odmianą od pewnych złych wieści. Podzielę się z wami kilkoma ważnymi opowieściami, które nie cieszyły się uwagą mediów, lecz które (podobnie jak my) na nią zasługiwały.

„Inwestorzy powinni unikać tego rynku”
Kwota 42,4 miliarda dolarów brzmi nieźle dla większości z nas i z pewnością grube ryby w zarządzie firmy Merck nie cierpią głodu – wynagrodzenia członków zarządu są podane do wiadomości publicznej – lecz właściciele akcji nie są szczęśliwi, a analitycy giełdowi przepełnieni optymizmem.

Na obrazku poniżej widzisz zarobki zarządu firmy Merck w 2013 r. (źródło: patrz link.)



Portal TheStreet.com donosił 4 lutego 2015 roku „Rozczarowujące prognozy dla firmy Merck oznaczają, że inwestorzy powinni unikać tego rynku”(Merck’s Disappointing Forecast Means Investors Should Avoid This Stock):
Przychód firmy Merck spada o więcej niż 7% każdego roku, nie zgadzając się z prognozami Wall Street o 30 milionów dolarów, i Merck prognozuje, że przychód za cały rok 2015 spadnie o więcej niż 5%, co ma miejsce już drugi rok z rzędu. Na razie inwestorzy powinni unikać tego rynku.
 
Krach na rynku patentów farmaceutycznych. Rola szczepionek w planowaniu strategii wzrostu
Szerszy kontekst zjawiska jest taki, że przemysł farmaceutyczny chwieje się w posadach. Wyszukaj w internecie sformułowanie „patent cliff”, a przeczytasz o długiej liście chemicznych i biologicznych hitach sprzedaży leków wynalezionych we wczesnych latach dziewięćdziesiątych XX w. z okresem ważności patentów upływającym pomiędzy rokiem 2011 a 2019. Żyła złota się wyczerpała.
Sam Merck przyznaje się do wpływu tego zjawiska na firmę w oświadczeniu dotyczących wyników finansowych z 2014 rok.
„Całoroczny wynik sprzedaży ogólnoświatowej, wynoszący 42,2 miliarda dolarów, zmniejszył się o 4%, co oddaje niekorzystny wpływ przekroczenia ważności patentów oraz sprzedaży majątku przedsiębiorstwa, a także 1 procent pochodzący z negatywnego wpływu zachwiań na rynku walutowym [wytłuszczenie autorki].
 
Sprzedaż strachu
Jednakże w tym nawale złych wiadomości dla firm farmaceutycznych, zapalił się jasnym światłem ogarek nadziei.
Szczepionki.
Poprzednie analizy i badania rynku zapowiadały:
• globalna sprzedaż na rynku szczepionek wyniesie w 2014 roku 33,1 miliarda dolarów.
• oczekuje się, że sprzedaż ta osiągnie 58,9 miliarda dolarów w roku 2019
• oczekiwany średni wzrost roczny osiągnie wartość 11,8%
• prognozy długoterminowe zakładają, że przychód rynku szczepionek przekroczy 100 miliardów dolarów w 2025 roku.
Wow! Cóż za atrakcyjny biznes. Sprzedawanie strachu (Kampania Gardasilu odnosi się do zakorzenionego w społeczeństwie strachu przed rakiem – http://www.pharmexec.com/node/236290?rel=canonical). Merck to kocha. Gardasil był genialnym posunięciem. Wielu ostro je krytykuje za używanie przekraczającego wszelkie granice marketingu (zdobył tytuł produktu roku – patrz: link), wykorzystywanie manipulacji (Robienie pieniędzy na strachu kobiet: link do artykułu po angielsku), a także zupełnie nieodpowiedzialnego (przykłady lobbyingu opisane w artykule).
Jednak takie posunięcia firmy Merck nie tylko wybawiły ją od koszmaru związanego z aferą z lekiem Vioxx, lecz wyniosły ją na powierzchnię, ponieważ stworzyła najbardziej zyskowny produkt w swojej historii. Firma Pfizer również odnotowała spadek w sprzedaży szczepionek. To był główny powód, dla którego Pfizer wykupił w 2009 roku firmę Wyeth za 68 miliardów dolarów (Źródło: moneymorning.com).
Sprawdź poza tym listę produktów Mercka w trakcie opracowywania (patrz: link). Kliknij na przycisk „Therapeutic Areas” (Obszary terapeutyczne), by zawęzić wyszukiwanie do szczepionek. Moją uwagę przykuła informacja, że w planie jest nowa sześciowalentna szczepionka kombinowana przeciwko sześciu chorobom – błonicy, krztuścowi, tężcowi, polio, HiB oraz zapaleniu wątroby typu B.
 
Dorośli również potrzebują szczepionek
Zwykle myślimy o szczepionkach jako o produktach dla dzieci. Jednak dorośli powinni wiedzieć, że oni również stali się tu grupą docelową dla o wiele większej liczby szczepionek. Oto ostatni dokument zawierający procedury „Narodowego Planu Immunizacji Dorosłych” („National Adult Immunization Plan”), opublikowane przez federalne Narodowe Biuro ds. Programów Szczepień (National Vaccine Program Office), podano do wiadomości 5 lutego 2015 roku.
Zobacz, co tam napisano o kwestiach, takich jak:
– Jak dużą grupę docelową dla szczepionek w 2020 roku będą stanowiły zdrowe osoby, z podziałem na osoby dorosłe, pracowników służby zdrowia, kobiety w ciąży (strona 2 podlinkowanego dokumentu).
– Zwiększone wykorzystanie elektronicznych danych zdrowotnych i systemów przetwarzania informacji o immunizacji, by zbierać i śledzić dane oraz udostępniać prywatne dane medyczne na poziomie stanowych baz danych (strona 13 dokumentu).
– Angażowanie pracowników i organizacji religijnych do promocji proszczepionkowego podejścia (s. 15, 22 dokumentu).
Korporacje takie jak Merck z chęcią wykorzystają pojawiające się okazje do tego, by współpracować z instytucjami rządowymi i zwiększyć swój udział w rynku, a przez to zarobki. By nie być gołosłownym, podajmy przykład tego, że Merck wdraża strategię „przywiązania do szczepionek” („vaccine adherence” strategy). Stał się partnerem firm zajmujących się zarządzaniem elektronicznymi danymi zdrowotnymi, co służyć będzie udostępnianiu ich lekarzom w czasie rzeczywistym.
 
Czy możemy ufać firmie Merck?
Merck ma monopol w Stanach Zjednoczonych na szczepionki przeciw odrze, śwince, różyczce, ospie wietrznej oraz półpaścowi. Media mainstreamowe lubią przerywać zastój w interesie producentów szczepionek, motywując to kwestią zdrowia publicznego, jak udowadniają to niedawne relacje w „The Atlantic” („Szczepionki są zyskowne. I co z tego?”) i w Blomberg Business („Czy monopol Mercka na szczepionkę przeciw odrze jest powodem do niepokoju?”). Poruszanie kwestii nadużyć związanych z monopolem jest uzasadnione, lecz uważam, że temat ten jest bardziej obszerny, a mianowicie:
Czy ufamy firmie Merck i innym producentom szczepionek?
Istnieje pewna liczba kwestii, które należy poruszyć, kiedy już o tym mówimy. Zajmę się czterema z nich:
 
1. Oczekiwanie racjonalnych działań.
Czego możemy naprawdę oczekiwać od korporacji, które mają uciechę z idącej im na rękę niemal pustej listy zastrzeżeń dotyczących odpowiedzialności, która wynika z dokumentu „Narodowa Ustawa odnośnie do Dziecięcych Powikłań Poszczepiennych” z 1986 r. (1986 National Childhood Vaccine Injury Act, w skrócie „1986 Act”)?
Ja i moi koledzy poruszaliśmy już tę kwestię w innych naszych tekstach, włącznie z bestsellerową książką „Epidemia szczepionek” (Vaccine Epidemic”), jak również w moim poprzednim artykule „Szczepienia: czy nie nastał czas, by zrzucić bielmo z oczu? („Vaccination: Is It Time to Pull the Wool From Your Eyes?”).
Nie powinien wywołać naszego zdziwienia fakt, że organizacje zwykły funkcjonować w sposób racjonalny, a jeśli chodzi o korporacje, oznacza to, że będą działały tak, by maksymalizować zyskowność, wpływy i jakość zarządzania.
Rynek szczepionek dziecięcych jest pod tym względem wyjątkowo atrakcyjny, ponieważ:
– Rząd federalny zaleca szczepionki dla dosłownie każdego dziecka.
– Wszystkich pięćdziesięciu gubernatorów stanowych uczyniło szczepionki obowiązkowym warunkiem świadczenia opieki zdrowotnej i przyjmowania dzieci do szkół.
– Rządy przeznaczają miliardy dolarów na rozwój szczepionek, proces ich zatwierdzania, dystrybucji, a także promocję poprzez NIH (National Institute of Health), FDA (Federal Drug Administration), CDC (Center for Disease Control), stanowe departamenty zdrowia i wielorakie programy pomocowe.
– Producenci szczepionek nie mogą być pociągnięci do odpowiedzialności za większość przypadków śmierci i katastrofalnych obrażeń poszczepiennych, które zdarzyły się na skutek zalecanych przez rząd szczepień.
– Ochrona producentów w zakresie odpowiedzialności zachęca przemysł szczepionkowy do wdrażania większej liczby szczepionek i umieszczania ich w dziecięcym kalendarzy szczepień tworzonym przez ACIP (Advisory Committee on Immunization Practices – Komitet Doradczy ds. Praktyki Immunizacji).
– Wyłączenie odpowiedzialności odwodzi przemysł szczepionkowy od produkcji bezpieczniejszych szczepionek, niezależnie od tego, czy mowa o udoskonalaniu starych szczepionek, czy wprowadzaniu nowych technologii, mających na celu zwiększanie bezpieczeństwa.
– Wyłączenie odpowiedzialności producentów odwodzi ich też od badania potencjalnej szkodliwości ich szczepionek.
 
Od roku 1986, kiedy omawiana ustawa weszła w życie, Stany Zjednoczone odstąpiły od typowych szczepionek, zalecanych w krajach rozwiniętych, i dodały kilka dawek kolejnych dziewięciu szczepionek do kalendarza szczepień dziecięcych, począwszy od dnia urodzenia, przeciwko następującym chorobom:

– w 1990 roku –Haemophilus influenzae b,
– w 1991 roku – WZW typu B,
– w 1995 roku – ospa wietrzna,
– w 1998 roku – rotawirus,
– w 2000 roku – pneumokoki,
– w 2004 roku – Influenza, zapalenie wątroby typu A,
– w 2006 roku – meningokoki oraz HPV.
Jestem osobiście przekonana, że wejście w życie prawa zawartego w „Uchwale z 1986 roku” w nieumyślny, lecz bezpośredni sposób przyczyniło się do epidemii przewlekłych chorób dziecięcych (http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21570014)., włącznie z niebotycznym wzrostem występowania powikłań i schorzeń neurorozwojowych, który obecnie obserwujemy.
 
2. Dlaczego „Ustawa 1986” przeszła?
To bardzo ważne pytanie. Co skłoniło Kongres i prezydenta Reagana do celowego obejścia Konstytucji i usunięcia prawa do wstąpienia na drogę sądową oraz wykluczenia praw jednostki, łącznie ze związanym z tym prawem do zadośćuczynienia? Z jednej strony nie ma to żadnego związku ze zdrowiem dzieci, a z drugiej – ma bardzo wiele.
 
Bioterroryzm
Zapewniliśmy przemysłowi farmaceutycznemu preferencyjne traktowanie w zakresie produkcji szczepionek, ponieważ chcemy wspierać rodzimy przemysł, mogący być partnerem dla Departamentu Obrony w zakresie wielu różnych produktów, które mogą zostać uznane za niezbędne dla bezpieczeństwa narodowego.

Przeczytaj poniższy artykuł Centrum Kontroli Chorób (CDC) zatytułowany „Szczepionki w Obronie Cywilnej przed Zagrożeniami Bioterrorystycznymi („Vaccines in Civilian Defense Against Bioterrorism”).
Rzuć okiem na kilka z wspomnianych tam kwestii.
Kiedy jesteśmy przy tym punkcie, sprawdźmy Fundację CDC. Tak, agencja rządowa prowadzi własną organizację charytatywną! Niektórzy z najbogatszych ludzi i organizacji (http://www.cdcfoundation.org/what/partners) przeznaczają pieniądze na ogromne programy (http://www.cdcfoundation.org/what/programs/list) – dla naszego zdrowia i bezpieczeństwa. W kolejnym artykule zagłębimy się w te kwestie, jako że może to prowadzić do ogromnych konfliktów interesów i potencjalnych nadużyć.
Benjamin Franklin miał rację, kiedy mówił o potrzebie stałego zachowywania czujności. W przeciwnym razie przehandlujemy wolność na odrobinę bezpieczeństwa, co ma za każdym razem miejsce.
 
3. A co z „drzwiami obrotowymi”?
„Drzwi obrotowe” to termin odnoszący się do ruchu personelu pomiędzy czynnikami pełniącymi rolę legislacyjną i regulacyjną, a podmiotami przemysłowymi, których te regulacje dotyczą.
Doktor Julie Gerberding była dyrektorem CDC w latach 2002–2009.
– W czasie jej kadencji CDC dodało cztery szczepionki do listy zalecanych szczepionek dziecięcych.
– Tak się zdarzyło, że firma Merck produkowała dwie z nich: przeciwko zapaleniu wątroby typu A oraz Gardasil (przeciw HPV).
– Szczepionka Gardasil nagle przyćmiła szczepionkę MMR jako najbardziej zyskowny szczepionkowy produkt firmy, a wszystko za sprawą wyjątkowo agresywnego marketingu. Została ona w szybkim trybie zatwierdzona przez FDA po ledwie sześciomiesięcznym procesie testów. (Patrz: artykuł naukowy w czasopiśmie Journal of Law in Medical Ethics z 2012 roku pt. Zbyt szybko czy nie zbyt szybko? Zatwierdzenie przez FDA szczepionki Gardasil firmy Merck przeciw wirusowi HPV) (http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23061593)
– W 2004 roku demaskator dr William Thompson najwidoczniej ostrzegł Gerberding (http://www.morganverkamp.com/august-27-2014-press-release-statement-of-william-w-thompson-ph-d-regarding-the-2004-article-examining-the-possibility-of-a-relationship-between-mmr-vaccine-and-autism/), że opublikuje wyniki związane ze statystycznym związkiem pomiędzy szczepionką MMR a autyzmem.
 
Po odczekaniu wymaganego jednego roku, Gerberding została zatrudniona na stanowisku Prezesa Działu Szczepionek w firmie Merck (President of Merck Vaccines). Stało się to w styczniu 2010 roku.
W grudniu 2014 roku została raptem oddelegowana na stanowisko Vice Prezesa Wykonawczego Działu Komunikacji Strategicznej, Globalnej Polityki Publicznej oraz Zdrowia Populacji (Executive Vice President of Strategic Communications, Global Public Policy, and Population Health). To nowe stanowisko, które wcześniej nie istniało w firmie Merck.
Prześledź również ścieżkę kariery doktora Eddyego Bresnitza, Dyrektora Wykonawczego ds. Zdrowia w firmie Merck (Executive Director of Medical Affairs). Na stanowisku epidemiologa i deputowanego komisarza ds. Zdrowia Stanu Nowy Jork odpowiedzialny był za dodanie do kalendarza szczepień czterech nowych szczepionek obowiązkowych w 2007 roku (http://www.nytimes.com/2007/12/11/nyregion/11vaccine.html?_r=0), włączając w to pierwszą w prawie jakiegokolwiek kraju na świecie obowiązkową szczepionkę przeciw grypie.
 
Co z „epidemią” odry?
A kto stoi za wyreżyserowanym i nieustannym sianiem paranoi, które nagłośniło jako epidemię 133 przypadki odry w Kalifornii (a przecież populacja tego stanu liczy sobie 39 milionów osób)? Podzielmy się informacją z ostatniego Raportu z Nadzoru nad Odrą (Measles Surveillance Report) z Kalifornijskiego Departamentu Zdrowia Publicznego (California Department of Public Health).
13 marca 2015 roku raport ten wyglądał następująco:
– 40 przypadków wśród osób odwiedzających Disneyland w omawianym okresie,
– 85% zarażonych nie było hospitalizowanych,
– 56% było w wieku ponad 20 lat,
– 18% znajdowało się w przedziale wiekowym pomiędzy 5 a 19 rokiem życia,
– 20 przypadków dotyczyło dzieci w wieku od 1 do 4 lat.
– 15 przypadków dotyczyło dzieci poniżej pierwszego roku życia.
 
Odra dotknęła w Kalifornii dokładnie 35 dzieci, w wieku z przedziału od urodzenia do 4 roku życia. Jak to możliwe, że zostało to uznane za epidemię?
Władze służby zdrowia w Kalifornii oświadczyły, że ostatnia epidemia prawdopodobnie wzięła swój początek od turysty, który zachorował na odrę za granicą, a nie od niezaszczepionego dziecka, o co początkowo obwiniano niskie wskaźniki wyszczepialności.
Media nie donosiły o tym, że wyszczepialność przeciw odrze, zgodnie z danymi Centrum Kontroli Chorób (CDC), jest cały czas bardzo wysoka i obecnie przez ostatnich 5 lat nawet wzrosła, co zostało uwidocznione w raportach (za lata 2009–2013).
Media nie donosiły również, że wiele osób dotkniętych przez tę tak zwaną epidemię, było zaszczepionych, co sugeruje, że poszczepienna odporność jest słaba.
Media nie informowały, że poszczepienna odporność zanika w miarę upływu czasu, co stanowi zagrożenie dla zdrowia publicznego.
Media nie nagłaśniały też faktu, że osoby zaszczepione szczepionką MMR mogą być zagrożeniem dla osób o obniżonej odporności, ponieważ są nosicielami zdolnego do infekowania wirusa, którego źródłem jest szczepionka.
Media nie informowały również, że wśród skutków tej fałszywej epidemii odry nie znalazły się żadne przypadki śmierci, lecz jedynie kilka hospitalizacji. Ostatnio raporty wykazały, że epidemia wygasła.
Media nas zawiodły. Rzecznik przemysłu szczepionkowego Paul Offit wzywał w magazynie Forbes do utworzenia „więzienia dla dziennikarzy”. Miałoby ono dotyczyć tych reporterów, którzy sprawiają, że społeczeństwo traci zaufanie do szczepień. Zasugerował tym samym, że dziennikarze tacy są grupą, której należy się pozbyć. [Najprawdopodobniej chodziło mu po prostu o pozbawienie pracy tych uczciwych, którzy nie obawiają się poruszać niewygodnych dla producentów szczepień tematów – dop. tłum.]
Obecnie, z tego samego powodu, legislatorzy w całym kraju, będąc w porozumieniu, zareagowali paniką na sytuację, która nazwana została zagrożeniem dla zdrowia publicznego.
Dlaczego? Kto dyryguje tą kampanią? Czyżby był to Merck, amerykański producent szczepionki MMR, który szczodrze przekazuje pieniądze twórcom prawa i innym podmiotom promującym szczepionki? (Patrz: http://www.merckresponsibility.com/our-approach/public-policy-advocacy/#political-contributions)
 
Lawina pozwów
Kłamstwa o efektywności szczepionki przeciw śwince
Jak donosiło czasopismo Fierce Vaccines z 9 września 2014 roku w trakcie dwóch pozwów sądowych twierdzono, że Merck skłamał, jeśli chodzi o efektywność swojej szczepionki przeciw śwince.
„Sąd Federalny w Pensylwanii odmówił oddalenia pozwów złożonych przez dwójkę demaskatorów oraz grupę lekarzy i nabywców szczepionki, i teraz rozpoczęła się już sprawa sądowa.
[Sąd] orzekł, że... dwóch byłych wirusologów z firmy Merck w wystarczający sposób dowiodło, że firma w błędny sposób przedstawiała rządowi efektywność szczepionki... Klienci końcowi dostarczyli wystarczających dowodów, by dowieść, że owe fałszywe twierdzenia mogły pomóc firmie Merck uzyskać monopol... Teraz strona pozywająca będzie musiała udowodnić to w procesie sądowym”.
 
Proces o 100 milionów dolarów, w którym zarzucono Merckowi faworyzowanie mężczyzn
Jak doniosła gazeta Star Ledger 23.10.2014 roku sąd federalny oddalił starania prawników firmy Merck, by odrzucić pozew o 100 milionów dolarów, z którym wystąpiło 5 pracownic, które zarzucają firmie dyskryminację w pracy.
(Patrz: http://www.nj.com/news/index.ssf/2014/10/judge_refuses_to_dismiss_female_sales_reps_100_million_lawsuit_against_merck.html).
 
Cena prowadzenia interesu
Podobnie jak wiele firm farmaceutycznych, Merck zapłacił miliardy, by rozstrzygnąć procesy sądowe dotyczące niezgodnych z prawem praktyk marketingowych i innych nadużyć. Nieuczciwe zyski daleko przewyższyły kary finansowe, co skłoniło obserwatorów przemysłu do komentarza, że koszt przewodów sądowych to jedynie kolejna linijka w budżecie – ot, po prostu koszt robienia interesów.
Portal drugwatch.com doniósł, że przeciwko firmie Merck toczą się obecnie procesy sądowe związane z kilkoma jego produktami, takimi jak Fosamax, Januvia, NuvaRing and Propecia. Największą (nie)sławą cieszy się jednak skandal z lekiem Vioxx. Firmie Merck zajęło mniej niż rok odrobienie kwoty 4,85 miliarda, które zgodziła się zapłacić powodom poszkodowanym przez lek Vioxx. (Przeczytaj książkę „Cała sprawiedliwość, którą można kupić za pieniądze – chciwość korporacji w sądzie – All the Justice Money Can Buy – Corporate Greed on Trial).
Dnia 15.02.2013 roku gazeta USA Today doniosła, że w czasie, kiedy firma Merck zaprzeczała, jakoby robiła cokolwiek złego, zgodziła się na zakończenie ugodą dwóch znaczących pozwów zbiorowych, w których oskarżono giganta o opóźnianie publikacji negatywnych wyników badań leku przez dwa lata. Firma zapłaciła powodom 688 milionów dolarów i została obciążona kosztem prawie pół miliarda dolarów, co zmniejszyło jej zyski.
 
Gazeta donosi:
„Merck zgodził się na zapłacenie 688 milionów dolarów, by zakończyć ugodą dwa długo ciągnące się procesy sądowe rozpoczęte przez inwestorów, którzy oskarżyli producenta leków o to, że opóźnił publikację niepomyślnych informacji dotyczących ich bestesellerowego leku antycholesterolowego, przez co chciał zapobiec spadkowi jego sprzedaży”

(http://www.usatoday.com/story/money/business/2013/02/14/merck-settles-cholesterol-drug-suits/1920747/).
 
Takie sytuacje wciąż mają miejsce
 
***
Świadoma zgoda
Świadoma zgoda jest międzynarodowym standardem w zakresie praw człowieka, jeśli chodzi o praktykę etyki medycznej, a stanowisko to podtrzymano w 2005 roku poprzez ogłoszenie Uniwersalnej Deklaracji w zakresie Bioetyki i Praw Człowieka (Universal Declaration on Bioethics and Human Rights).
Jakakolwiek interwencja medyczna związana z prewencją czy terapią może być kontynuowana jedynie w wypadku zaistnienia dobrowolnego, świadomego wyboru, dokonanego przez osobę, której ona dotyczy. Powinna być również oparta o odpowiednią informację.
Nie zrobiono tu wyjątku dla szczepień.
Stany Zjednoczone nie były jedynym spośród 192 sygnatariuszy powyższego dokumentu. Większość rodziców jest zaniepokojona, dowiadując się, że „Nie ma federalnego wymagania w zakresie konieczności zaistnienia świadomego wyboru, jeśli chodzi o szczepienia”

[CDC, Immunization Managers – http://www.cdc.gov/vaccines/imz-managers/laws/].

Tekst oryginalny: http://fearlessparent.org/un-informed-consent-whats-going-on-with-merck-co-part-2/

Źródło: http://prawdaoszczepionkach.pl/(nie)swiadoma-zgoda--czesc-2-nowa_linia_htmlszczepionka-mmr--co-sie-dzieje-z-firma-merck,43,146.htm
4
Zdrowie - warto wiedzieć / Odp: Po Prostu Na Surowo - Cofanie Cukrzycy w 30 Dni
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Pon) 27.03.2017, 23:39:36 »
Dieta oparta na węglowodanach winna otyłości i cukrzycy

Większość dietetyków zaleca ograniczanie tłuszczów zwierzęcych na rzecz roślinnych, ale są też tacy, którzy radzą odwrotnie. Krytykują także propagowaną powszechnie piramidę zdrowego żywienia. Rozmawiamy na ten temat z prof. dr hab. inż. Grażyną Cichosz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Pani poglądy, choć poparte wieloletnimi badaniami i ogromną wiedzą, nie są popularne. Ale sieją ferment. Dlaczego?

Od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku straszeni byliśmy cholesterolem oraz tłuszczami zwierzęcymi. Pranie mózgu było skuteczne, przecież każde kłamstwo powtarzane odpowiednio często traktowane jest w końcu jako prawda. W dodatku media, utrzymujące się z reklam, nieustannie promują produkty, które zapewniają największe zyski, a najczęściej nie mają ze zdrowiem nic wspólnego, np. słodycze i margaryny.

Rosnąca na całym świecie zachorowalność na otyłość, cukrzycę, nowotwory, schorzenia neurologiczne i neurodegeneracyjne nie potwierdza słuszności ani hipercholesterolowej teorii miażdżycy ani zaleceń dietetycznych. Przecież wszystkie te schorzenia w 90 proc. wynikają z diety tzw. zachodniej, czyli wysokowęglowodanowej i niskotłuszczowej, bazującej na olejach i margarynach.

Ale przecież obowiązująca w Polsce tzw. piramida żywienia ma podstawę zbudowaną właśnie z węglowodanów, natomiast białka i tłuszcze ograniczono do minimum. Zalecana jest nam dieta, która nie sprzyja kondycji i zdrowiu?


Nie tylko nie sprzyja zdrowiu, ale zwiększa prawdopodobieństwo otyłości i cukrzycy typu 2. Gdybyśmy rzeczywiście „zaliczali” codziennie 6–12 porcji węglowodanów (pieczywo, makaron, ryż, kasze, ziemniaki, ale też pizza, ciasta, drożdżówki, pączki), to w ciągu kilku miesięcy otyłość jest zapewniona. Węglowodany zwiększają apetyt; przy diecie wysokowęglowodanowej bez przerwy jest się głodnym (zachodzi tzw. zjawisko reaktywnej hipoglikemii). Przemysł spożywczy ma interes w tym, abyśmy jedli ich jak najwięcej, zwłaszcza że węglowodany są najtańszym składnikiem żywności. Natomiast najdroższym jest białko, stąd różne (całkowicie nieprawdziwe) teorie o jego rzekomo szkodliwym działaniu i zalecane ograniczanie spożycia. Zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z naszym zdrowiem.

Czyli powinniśmy jeść więcej białka?

Jego niedobory w diecie osłabiają układ odpornościowy, możliwości rozwoju i regeneracji organizmu oraz ograniczają sprawność intelektualną. Bez odpowiedniej ilości pełnowartościowych białek, zawierających wszystkie aminokwasy egzogenne, mózg nie może sprawnie funkcjonować. Najcenniejsze są białka zwierzęce, z których powstaje glutation i tauryna. Białka spożywane codziennie w ilości 1–1,5 g na kilogram masy ciała zapewnią nam zdrowie. Pamiętajmy, że w mięsie, wędlinach, rybach, serach i twarogach zawartość białka wynosi średnio ok. 20 proc., to znaczy, że w 100 g produktu jest tylko 20 g białka. Kolejną zaletą białek, a także tłuszczów, jest to, że sycą. Trawione są pod kontrolą organizmu i zapewniają wrażenie sytości na kilka godzin. Aktualnie nie ma już wątpliwości, że epidemia otyłości i cukrzycy spowodowana jest nadmiarem cukrów prostych (zwłaszcza syropu glukozowo-fruktozowego) oraz margaryn w diecie. Potwierdzają to wyniki licznych opracowań epidemiologicznych.

bacon fishNa cenzurowanym stawia pani wszystkie tłuszcze roślinne?

Nie wszystkie z nich są szkodliwe. Świeży olej lniany, rzepakowy lub z wiesiołka spożywany w małych ilościach (łyżeczka dziennie) i na zimno nie szkodzi zdrowiu, nawet je wspomaga z powodu korzystnych proporcji wielonienasyconych kwasów omega-6 i omega-3. Nadmiar wielonienasyconych kwasów omega-6 zwiększa ryzyko nowotworów i schorzeń neurologicznych, dlatego olej słonecznikowy, kukurydziany, sojowy, z pestek winogron najlepiej wyeliminować z diety. Oleje bogate w wielonienasycone kwasy tłuszczowe bardzo łatwo się utleniają. W dodatku szkodliwe produkty utlenienia nie są rozpoznawane przez nasze zmysły smaku i zapachu. Okres przydatności do spożycia nie jest gwarancją bezpieczeństwa zdrowotnego olejów.

Czyli nie powinno się zastępować tłuszczy zwierzęcych roślinnymi?
Ra­fi­no­wa­ne oleje nie za­wie­ra­ją an­ty­ok­sy­dan­tów, a za­po­trze­bo­wa­nie na nie wzra­sta w po­stę­pie lo­ga­ryt­micz­nym, tj. dzie­się­cio-, a nawet stu­krot­nie, pro­por­cjo­nal­nie do za­war­to­ści nie­na­sy­co­nych kwa­sów tłusz­czo­wych. Przy braku od­po­wied­niej osło­ny an­ty­ok­sy­da­cyj­nej or­ga­ni­zmu nie­na­sy­co­ne kwasy, wbu­do­wa­ne w struk­tu­ry ko­mó­rek, ule­ga­ją pro­ce­som utle­nia­nia. Nie­unik­nio­ne są wów­czas uszko­dze­nia struk­tur ko­mór­ko­wych i genów pro­wa­dzą­ce do róż­no­rod­nych scho­rzeń, a nawet do trans­for­ma­cji no­wo­two­ro­wej.

Or­ga­nizm czło­wie­ka nie jest cał­ko­wi­cie bez­bron­ny wobec tych za­gro­żeń. Przed tok­sycz­nym i mu­ta­gen­nym dzia­ła­niem wol­nych rod­ni­ków za­bez­pie­cza­ją nas (nie­ste­ty, nie za­wsze sku­tecz­nie) jego sys­te­my obron­ne. Po­przez kon­sump­cję żyw­no­ści bio­lo­gicz­nie ak­tyw­nej, tzn. za­wie­ra­ją­cej an­ty­ok­sy­dan­ty, moż­li­we jest ich wspo­ma­ga­nie. Do­sko­na­łym źró­dłem an­ty­ok­sy­dan­tów są tłusz­cze zwie­rzę­ce i rybie. We­dług róż­nych au­to­rów za­stą­pie­nie tłusz­czów zwie­rzę­cych ole­ja­mi i mar­ga­ry­na­mi spo­wo­do­wa­ło czte­ro-, a nawet dzie­się­cio­krot­ny spa­dek spo­ży­cia wi­ta­min roz­pusz­czal­nych w tłusz­czu (A, E, D). Warto wie­dzieć, że an­ty­ok­sy­dan­ty wy­stę­pu­ją­ce w owo­cach i wa­rzy­wach nie mogą za­stą­pić tych roz­pusz­czal­nych w tłusz­czach. Naj­lep­szym źró­dłem an­ty­ok­sy­dan­tów jest tłuszcz mle­ko­wy, który za­wie­ra kil­ka­na­ście uni­kal­nych skład­ni­ków o wszech­stron­nym proz­dro­wot­nym dzia­ła­niu, nie tylko na prze­wód po­kar­mo­wy. Nie­ste­ty, tłuszcz mle­ko­wy ma zbyt mało wie­lo­nie­na­sy­co­nych kwa­sów tłusz­czo­wych i dla­te­go re­gu­lar­nie, dwa razy w ty­go­dniu, na­le­ży spo­ży­wać tłu­ste ryby mor­skie (ma­kre­la, łosoś, śledź, sar­dyn­ki, tuń­czyk), ewen­tu­al­nie przyj­mo­wać tran.

Jakich tłuszczów używać na ciepło, a jakich na zimno?

Do smażenia przydatne są tłuszcze o wysokiej temperaturze dymienia, niepodatne na utlenianie. Oliwa, a także olej palmowy, są mało podatne na utlenianie ze względu na niską zawartość kwasów wielonienasyconych oraz obecność antyoksydantów. Można je stosować do smażenia świeżych ryb, mięsa lub warzyw. Niestety, podczas smażenia mrożonek uwalnia się woda, co przyspiesza utlenianie witamin i kwasów nienasyconych.

Bez obaw można smażyć na smalcu, co zapewnia chrupiącą skórkę i mniejszą liczbę kalorii; smalec mniej wsiąka w produkt niż oleje. Doskonały do smażenia frytek, pączków, faworków jest łój wołowy – najmniej podatny na utlenianie spośród wszystkich tłuszczów jadalnych. W wielu ekskluzywnych restauracjach w Paryżu, Brukseli, a także w Warszawie trwa powrót do zdrowej tradycji: do smażenia frytek wykorzystywany jest łój wołowy.

Jeść zatem smalec i łój i nie bać się cholesterolu?

To uproszczenie. Oczywiście, cholesterol musi pozostawać pod kontrolą, nie należy natomiast za wszelką cenę obniżać go poniżej 240 mg/l, bo tak niski poziom zagraża zdrowiu psychicznemu. Udowodnili to Holendrzy i Francuzi w obszernych opracowaniach epidemiologicznych. Z nowszych badań wynika, że niski cholesterol zwiększa prawdopodobieństwo nowotworów. Żeby jednak cholesterol „utrzymać w ryzach”, należy zadbać o wysokie spożycie wielonienasyconych kwasów omega-3, a najlepszym ich źródłem są tłuszcze rybie. Przecież Eskimosi spożywają aż 50 proc. energii w postaci tłuszczów, ale są to tłuszcze ryb i ssaków morskich, bogate w kwasy omega-3, a także witaminy A, E, D.

Co pani sądzi o diecie dr. Kwaśniewskiego i Atkinsa?

Dieta wysokotłuszczowa, bazująca na tłuszczach zwierzęcych, nie stanowi żadnego zagrożenia dla zdrowia. W stosunkowo krótkim czasie umożliwia powrót do właściwej wagi, ponieważ reguluje cały metabolizm w organizmie człowieka (poprzez lekkie zakwaszenie). Zapewnia optymalne spożycie białka i tłuszczu przy niskim spożyciu cukrów prostych i węglowodanów. Osoby stosujące tę dietę jedzą bardzo mało, bo jest to menu wyjątkowo sycące. Co ważniejsze, dieta wysokotłuszczowa powoduje spowolnienie pracy trzustki, przy niskim poziomie insuliny nie ma najmniejszego zagrożenia ani otyłością ani cukrzycą. Aktualnie w Polsce walka z cukrzycą pochłania aż 10 proc. środków finansowych przeznaczonych na opiekę zdrowotną. Problemy z cukrzycą, jej klinicznymi powikłaniami i zbędnymi wydatkami są do uniknięcia. Niestety, lansowane od dawna zalecenia dietetyczne temu nie sprzyjają – a wręcz przeciwnie.

Prof. Cichosz o odchudzaniu:

Przede wszystkim należy unikać tzw. żywności wygodnej ze względu na występujące w niej margaryny.
Węglowodany (podstawa piramidy żywieniowej) i cukry proste (napoje, desery, słodycze) nie tylko zwiększają apetyt, lecz także wpływają na poziom glukozy i insuliny. Problem otyłości nie wynika z nadmiaru kalorii i tłuszczu w diecie, ale z wysokiego poziomu insuliny, co jest odpowiedzią organizmu na spożywane w dużych ilościach cukry i węglowodany. Tkanka tłuszczowa powstaje z cukrów, które przekształcane są w trójglicerydy, magazynowane w tzw. adipocytach, czyli komórkach tłuszczowych.

*Wszystkie diety odchudzające są albo wysokotłuszczowe albo wysokobiałkowe. Dlatego zamiast tyć na diecie wysokowęglowodanowej (niestety, zalecanej jako zdrowa), a następnie się odchudzać, warto stosować profilaktykę.
*Zamiast pieczywa lub ryżu należy spożywać warzywa i owoce w ilości 350 g dziennie. Jako doskonałe źródło związków mineralnych i witamin rozpuszczalnych w wodzie, a także błonnika regulują funkcjonowanie jelita i liczne przemiany metaboliczne. Źródłem witamin rozpuszczalnych w tłuszczu są masło, śmietana, a także tłuszcze rybie, które umożliwiają zbilansowanie spożycia (w odpowiednich proporcjach) wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 i omega-3. I pamiętajmy o najważniejszym składniku naszej diety, czyli białkach występujących w mleku, serach, twarogach, jajkach, rybach i mięsie. Nie powinniśmy rezygnować z produktów zwierzęcych, które są najlepszym źródłem aminokwasów egzogennych, biodostępnego żelaza oraz witaminy B12.
*Na przekór zaleceniom dietetycznym (w mojej opinii absurdalnym) warto zadbać o racjonalną, zdrową dietę. Przecież nie tylko zgrabna sylwetka, ale i nasze zdrowie pozostaje w naszych rękach.

Znalezione na: https://pracownia4.wordpress.com/2014/03/06/dieta-oparta-na-weglowodanach-winna-otylosci-i-cukrzycy/
5
Metody perswazji i manipulacji / Odp: 48 praw władzy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez kameleon84 dnia (Nie) 12.03.2017, 20:11:14 »
Ma ktoś całą książkę w pdf?
6
Czystki etniczne / Inny obraz sąsiadów
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Pią) 03.03.2017, 02:52:48 »
Tomasz Strzembosz: Inny obraz sąsiadów


Budynek dawnego Urzędu Bezpieczeństwa w Łomży, w którym w 1949 roku odbywały się przesłuchiwania


1. Oświadczenie

Ponieważ niektórzy dziennikarze, jak Anna Bikont z "Gazety Wyborczej", czytają tak moje teksty, jak im jest wygodnie, oświadczam, że poniższy artykuł nie jest wyjaśnieniem tego, co zdarzyło się w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., lecz dotyczy zawartości specyficznego źródła, jakim są zeznania przed oficerami śledczymi, prokuratorami i sądem, składane w Łomży w 1949 roku, a także tego, w jaki sposób źródło to odczytał prof. Jan T. Gross, dając temu wyraz w swej książce "Sąsiedzi". Mówi on o tym, co zdaje się wynikać z owych źródeł, które - wyraźnie to oświadczam - nie są dla mnie wystarczającą podstawą do orzekania o tym, co wówczas się stało: tzn. jaki był przebieg wydarzeń i ich najistotniejsze okoliczności. Jest możliwe, iż tego nie dowiemy się nigdy bądź nigdy nie dowiemy się wszystkiego. Zgadzam się jednak z prof. Grossem, że jest to źródło ważne - i dlatego sposób jego odczytania nie jest bez wpływu na proces pracowitego zbliżania się do wyjaśnienia: kto, kiedy i co - czyli do ustalenia prawdy.

2. Historia problemu

Nie można twierdzić, że o zbrodni dokonanej w miasteczku Jedwabne na Podlasiu przez lat 50 niczego nie napisano. Owszem, było kilka artykułów w prasie i wzmianek w książkach poświęconych holokaustowi. Były także rozprawy prokuratora Waldemara Monkiewicza, m.in. obszerny artykuł "Zagłada skupisk żydowskich w regionie białostockim w latach 1939 - 1944". W artykule tym postawił on tezę, że spalenia Żydów w stodole dokonał niemiecki oddział specjalny, dowodzony przez znanego z okupacyjnych dziejów Warszawy gestapowca Wolfganga BŸrknera, wspomagany przez żandarmerię i policję pomocniczą. Ta ostatnia uczestniczyła jedynie w przyprowadzaniu ofiar na rynek w Jedwabnem oraz konwojowaniu ich poza miasto, do stodoły, w której Niemcy spalili ok. 900 mężczyzn, kobiet i dzieci, oblawszy jej ściany benzyną. Były to jednak prace zamieszczane bądź w czasopismach naukowych, bądź w drukach zwartych, nie czytanych przez szersze grono Polaków.

Tak było do roku 1999, kiedy to prof. Jan T. Gross w zredagowanej przez doc. Krzysztofa Jasiewicza pracy zbiorowej "Europa nieprowincjonalna" opublikował artykuł "Lato 1941 w Jedwabnem. Przyczynek do badań nad udziałem społeczności lokalnych w eksterminacji narodu żydowskiego w latach II wojny światowej".

Artykuł ten zawiera, jako swego rodzaju "jądro" i podstawę oceny tego, co się stało, relację Szmula Wasersztajna, znajdującą się w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie (w kolekcji "relacje indywidualne" pod nr 301). Informuje on, że istnieje jeszcze jedna jego relacja, krótsza, w której różne szczegóły są odmienne niż w poniżej cytowanej, ale nie jest to najważniejsze. Wedle jednej z 1200 Żydów jedwabieńskich trzech tylko przeżyło wojnę, według drugiej - z 1600 - siedmiu; według jednej sprawcy mordu kazali Żydom nosić ogromny pomnik Lenina - według drugiej - jego portret itd., itp. - ale ogólny sens obu jest taki sam.

W artykule tym prof. Gross konkluduje: "Ale nie mając nawet pewności co do szczegółów, jest zupełnie oczywiste dla historyka, że na przełomie czerwca i lipca 1941 roku w Jedwabnem grupa miejscowej ludności w nieludzki sposób znęcała się nad współobywatelami pochodzenia żydowskiego". A więc opierając się na jednej tylko przywołanej relacji, krótkiej i zawierającej sprzeczne ze sobą szczegóły w jej dwu wersjach (która była wcześniejsza, która późniejsza - nie wiemy!), socjolog i historyk postawił jakiejś grupie osób niezwykle ciężki zarzut.

W rok później, wiosną 2000 roku, wydawnictwo Pogranicze w Sejnach opublikowało już nie artykuł, a książkę prof. Grossa pod znamiennym tytułem: "Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka. Pamięci Szmula Wasersztajna" (z książki dowiadujemy się, że S. Wasersztajn zmarł 9 lutego 2000 r.).

W książce tej, która bardzo szybko znalazła ogromny oddźwięk, postawiona została teza znacznie rozszerzająca konkluzję z "Europy nieprowincjonalnej". Można ją sformułować następująco: jedwabieńskich Żydów, obywateli polskich, wymordowało społeczeństwo polskie Jedwabnego przy pomocy mieszkańców okolicznych wiosek. Wymordowało samodzielnie, bez udziału okupanta - Niemców, którzy byli jedynie biernymi obserwatorami lub filmowali morderstwo dokonywane wyłącznie polskimi rękami.

Nie znam w moim dość długim już życiu książki historycznej, która by uzyskała tak wielki rozgłos i spowodowała taką falę wypowiedzi we wszelkiego rodzaju mediach. Może i nic w tym dziwnego. Tyle tylko, że wśród tych setek artykułów oraz wypowiedzi radiowych i telewizyjnych brak właściwie stwierdzeń na temat samego faktu, takich, które by podejmowały sprawę na podstawie tych samych albo zupełnie nowych, istotnych źródeł. Nieomal wszystkie zajmują się bądź aspektami moralnymi owego mordu, jego konsekwencjami dla historycznej świadomości Polaków, konsekwencjami politycznymi i psychologicznymi; bądź podejmują krytykę metodologiczną pracy Grossa, natomiast praktycznie nikt nie próbuje zasadniczo zakwestionować faktografii, owego stwierdzenia, że to właśnie polscy "sąsiedzi" wymordowali swych żydowskich "sąsiadów", samodzielnie, paląc ich w stodole Bronisława Śleszyńskiego. Za aprobatą władz okupacyjnych, ale bez niemieckiego udziału.

Odpowiadając na zarzuty niejednego historyka (z piszącym te słowa włącznie), że relacja Wasersztajna to za mało, prof. Gross, wielokrotnie, tak podczas dyskusji w redakcji "Rzeczpospolitej", jak podczas niedawnej dyskusji w Białymstoku, odpowiadał: tak, relacja Wasersztajna to mało, ale ja w mej pracy użyłem jeszcze innych, zupełnie podstawowych materiałów; Strzembosz ma 5 relacji spisanych 60 lat po wojnie, ja dysponuję 36 zeznaniami, złożonymi już w 1949 r. przed sądem w Łomży oraz wobec oficerów śledczych.

Po takim oświadczeniu dyskutanci musieli zamilknąć. Dlaczego? Ano dlatego, że prof. Gross uzyskał, wtedy gdy akta dawnej Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (znajdującej się w likwidacji) były zupełnie niedostępne, nawet dla jej pracowników, dostęp do akt procesu przeciwko Bolesławowi Ramotowskiemu i 21 innym - i na te właśnie akta się powoływał. On - wiedział, znał, miał w ręku - dysponował "wiedzą tajemną", my - zdani byliśmy na to, co - w rzadkich wypadkach - ujawniło się wcześniej, oraz na to, co wypływało w czasie burzliwej dyskusji i z natury rzeczy było z nią jakoś powiązane, mogło więc być zniekształcone.

Dopiero niedawno, gdy prokurator Ignatiew nie potrzebował już tych akt, dzięki uprzejmości władz IPN, dokumenty śledztwa i procesu z 1949 roku zostały udostępnione historykom. Więcej. Wiem, że zostały skserowane i ta kserokopia będzie udostępniona wszystkim naprawdę zainteresowanym. Zostaną wreszcie opublikowane.

Cóż to są za dokumenty? Otóż, jak pisze się w akcie oskarżenia z 31 III 1949 r., Żydowski Instytut Historyczny w Polsce nadesłał do Ministerstwa Sprawiedliwości (Nadzór Prokuratorski) "materiał dowodowy dotyczący zbrodniczej działalności w mordowaniu osób narodowości żydowskiej przez mieszkańców Jedwabnego. Według zeznań świadka Szmula Wasersztajna, który obserwował pogrom Żydów. Głównymi sprawcami tej zbrodni byli (...)". W ten sposób w aktach sprawy sądowej znalazła się ta sama relacja Wasersztajna, którą cytuje prof. Gross (wersja dłuższa) i ona właśnie stała się podstawą śledztwa. Konsekwencją tego śledztwa był proces przed Sądem Okręgowym w Łomży, który odbył się 16 i 17 maja 1949 r. i którego wyrok rozpatrywał następnie Sąd Apelacyjny i Sąd Najwyższy.

W jednym, opasłym tomie znalazły się więc dokumenty kilku rodzajów:

- zeznania podejrzanych i świadków, składane przed funkcjonariuszami Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łomży - jako oficerami śledczymi;

- zeznania podejrzanych i świadków składane przed prokuratorami Sądu Okręgowego w Łomży;

- zeznania oskarżonych i świadków składane podczas rozprawy sądowej;

- akt oskarżenia i wyrok z uzasadnieniem, sporządzony przez sędziów Sądu Okręgowego w Łomży;

- pisma oskarżonych do różnych instancji władz państwowych;

- akta Sądu Apelacyjnego i Sądu Najwyższego w Warszawie.

A więc jest to właśnie owo źródło, na które powołuje się stale prof. Gross.

3. Zaskoczenie

Przeczytałem to wszystko. Więcej: odpisałem ręcznie podstawowe dla sprawy mordu dokumenty, zachowując ściśle ich stylistykę i pisownię, dodajmy - bardzo charakterystyczną. I muszę przyznać, że im dłużej wczytywałem się w te akta, tym większe było moje zdumienie. Akta te bowiem, jeżeli je potraktować kompleksowo i poważnie, mówią zupełnie coś innego, niż twierdzi prof. Gross, opierający się co prawda nie tylko na nich, ale głównie na nich. Prof. Gross, który stale podkreśla, że właśnie fakt, iż opiera się na tak bogatej i wiarygodnej podstawie źródłowej, upoważnia go, autorytatywnego formułowania twierdzeń, którym inni mogą przeciwstawić zaledwie relacje - i to składane po latach.

Nie sposób w artykule prasowym zawrzeć to wszystko, co wynika z lektury owych dokumentów. Podobnie jak nie sposób, opierając się na nich, i tylko na nich, przedstawić miarodajnej wersji wydarzeń, która ostatecznie może okazać się różna od tego, co wyłania się z zeznań oskarżonych i świadków, którzy przecież znajdowali się w bardzo konkretnej i bardzo szczególnej sytuacji, a więc mówili to, co mówili - a niekoniecznie pełną prawdę i tylko prawdę. Mogę jednak przekazać kilka stwierdzeń, które wynikają espressis verbis z dokumentów, które prof. Gross uznał za tak istotne dla procesu dochodzenia prawdy.

Dotyczyć one będą:

- Liczby osób oskarżonych o udział w morderstwie obywateli polskich żydowskiego pochodzenia w mieście Jedwabne. Będzie tu mowa jedynie o mieszkańcach tego miasteczka, gdyż uczestnicy mordu spoza niego występują w dokumentach zbyt ogólnikowo i anonimowo, by można było ich zidentyfikować.

- Udziału w tym morderstwie Niemców, tzn. umundurowanych i uzbrojonych funkcjonariuszy formacji policyjnych. W tym wypadku będę w możliwie najszerszym zakresie przytaczał odpowiednie fragmenty źródeł, po to, by nie zostać posądzonym o wypowiadanie sądów na źródłach nie opartych. Niech sami czytelnicy ocenią, czy są one wystarczająco liczne i wystarczająco przekonywające, aby mówić o udziale Niemców w poszczególnych fazach morderstwa, które składało się z trzech etapów: wyciągania obywateli polskich pochodzenia żydowskiego z ich mieszkań i gromadzenia na rynku w Jedwabnem; pędzenia ich, najpierw przez miasto, a następnie polem, do stodoły Bronisława Śleszyńskiego i wreszcie spalenia w tej stodole.

Od razu tutaj dodam, że o pierwszej i trzeciej fazie wiemy najmniej: najwięcej podejrzanych przyznało się do pilnowania Żydów na rynku, mniej już do gromadzenia ich tutaj, natomiast prawie nikt się nie przyznał do tego, iż był koło stodoły podczas jej zapalenia - takie przyznanie mogło bowiem świadczyć o współudziale w najgorszej ze zbrodni. Tu więc pozostaje najwięcej pola do domysłów.

Zacznę od kwestii roli Niemców i roli Polaków w zdarzeniach mających miejsce w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Ponieważ podejrzani i świadkowie składali zeznania kolejno: przed śledczymi, przed prokuratorami i podczas rozprawy sądowej, spróbuję przedstawić ich zeznania w tej właśnie kolejności, by unaocznić, czy i w jakim stopniu zmieniały się one zależnie od tego, kim byli przesłuchujący. Będę je cytował in extenso, tak, jak brzmiały, ale jedynie w tych fragmentach, które dotyczyły relacji: Polacy - Niemcy, cytowanie w całości dałoby w efekcie książkę, a nie artykuł.

4. Zeznania

Wezmę tu pod uwagę jedynie zeznania podejrzanych/oskarżonych, spośród których ostatecznie 22 stanęło przed sądem 16 i 17 maja 1949 r. Kolejność zachowam taką, jaka miała miejsce podczas procesu, który nosił nazwę procesu "Bolesława Ramotowskiego i 21 innych".

1. Bolesław Ramotowski - urodzony w 1911 r., bez zawodu, obecnie woźny w szkole powszechnej, wykształcenie: 1 oddział szkoły powszechnej, żona i czworo dzieci (podaję tylko najistotniejsze dane, charakteryzujące podejrzanego, wszyscy oni byli rzymskimi katolikami, mieszkali w Jedwabnem).

Przed oficerem śledczym (kwestią, kim byli owi oficerowie śledczy [czasem: podoficerowie], tutaj się nie zajmuję, jest to sprawa osobna i bardzo interesująca) zeznaje (8 I 1949 r.):

"Tak, brałem czynny udział w zganianiu tych żydów do stodoły, kto podpalił tego ja nie widziałem, wiem tylko, że my polacy żydów nazganialiśmy około półtora tysiąca (w wielu zeznaniach występuje właśnie ta liczba, wygląda na liczbę zasugerowaną lub wpisaną przez śledczego) i wsp[omniani] żydzi zostali spaleni. Kto podpalił tego ja nie wiem.

Pytanie: Powiedzcie kto jeszcze z wami brał czynny udział w zganianiu tych żydów, którzy zostali spaleni w Jedwabnem.

Odpowiedź: Są to osoby następujące (...)" (O liczbie podejrzanych występujących w zeznaniach będę pisał później, tu już jednak zasygnalizuję, że są to osoby, które wymieniał oficer śledczy. W wypadku Ramotowskiego chodzi o aż 41 osób).

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak przyznaję się do winy, że w roku 1941 w lecie w Jedwabnem, idąc na rękę władzy Państwa niemieckiego pod wpływem nakazu burmistrza i żandarmerii niemieckiej brałem czynny udział w dozorowaniu ludności żydowskiej spędzonej na rynek. Moje zadanie polegało tylko na pilnowaniu aby żaden z żydów nie wydostał się. W pilnowaniu żydów na rynku brali również udział (...)"

Przed sądem zeznaje (16 V 1949 r.):

"Byłem na rynku około 2-ch godzin, ponieważ zmuszony byłem przez niemców do pilnowania żydów. Jak niemcy gnali żydów do stodoły, to ja wtedy uciekłem do domu. (...)

Sąd odczytuje zeznania oskarżonego złożone w doch.[odzeniu], k. 74.

Oskarżony zeznaje dalej:

Na zeznaniach zmuszony byłem mówić i na inne osoby, bo byłem bardzo bity. (...)"

2. Stanisław Zejer - urodzony w 1893 r., 1 oddział szkoły powszechnej, rolnik, 4 ha ziemi, żonaty.

Zeznaje przed oficerem śledczym (11 I 1949 r.):

"Zatrzymany zostałem za to, że brałem udział z rozkazu burmistrza Karolaka w spędzaniu żydów na rynek. (...) Było to w roku 1941 w miesiącu lipcu przyszedł do mnie z rozkazu burmistrza woźny i powiedział żebym ja szedł wypędzać na rynek żydów i ja poszłem ich wypędzać na rynek. Kiedy ich powypędzaliśmy wtenczas ich żandarmy zaczęli strasznie bić wraz z polakami. (...) Dla spędzonych żydów niemcy kazali wziąść pomnik Lenina i chodzić z nim po mieście śpiewając. Mnie w tym czasie już nie było, gdyż ja z rozkazu burmistrza miasta pojechałem po koniczynę. Brałem tę koniczynę godzinę czasu. Gdy przyjechałem to stodoła z żydami już się paliła, a było wegnanych w tę stodołę około 1000 żydów."

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego (Jest to stale używana formuła związana z tym, że tu oskarżano z tzw. dekretu sierpniowego z sierpnia 1944 r.) pod wpływem nakazu burmistrza Karolaka i gestapo doprowadziłem na przeznaczone miejsce na rynku dwie osoby narodowości żydowskiej, po zaprowadzeniu na rynek tych dwuch żydów widziałem tam już wielu spędzonych żydów. Z tamtąd odrazu poszłem do domu i co się dalej działo nie widziałem, co Niemcy zrobili z spędzonymi żydami. Czy brali udział w doprowadzaniu żydów inni mieszkańcy Jedwabnego tego nie widziałem. (...)"

Przed sądem zeznaje (16 V 1949 r.):

"Stanisław Zejer do winy nie przyznaje się i wyjaśnia: będąc w Magistracie, burmistrz kazał mi zbierać żydów lecz ja nie chciałem, gdy wyszłem na ulicę gestapowiec kazał mi odprowadzić 2-ch żydów, lecz ja ich puściłem, bo w tym czasie gestapowiec poszedł do piekarni. (...)

Sąd odczytał zeznanie oskarżonego na k. 33 i 75 dochodzenia. Oskarżony zeznaje dalej:

widziałem Jerzego Laudańskiego jak szedł za żydami, jak pędzili ich na rynek, za Laudańskim szli gestapowcy. Ze współoskarżonych więcej nikogo nie widziałem. Żydów tych prowadziło gestapo i oni ich bili. Jestem analfabetą. Ja sam nie poszedłem, mnie wzięli niemcy pod przymusem".

3. Czesław Lipiński - urodzony w 1920 r., rolnik, 5 oddziałów szkoły powszechnej, kawaler, 3 ha ziemi i zabudowania.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Czy braliście udział w mordowaniu Żydów w 1941 r. w m-cu lipcu?

Odpowiedź: Ja udziału w mordowaniu Żydów nie brałem, tylko przyszedł do mnie Kalinowski Eugeniusz, Laudański Jurek i jeden niemiec i [poszedłem] z nimi na rynek przygnałem jednego żyda i dwóch małe żydówki[sic!] Kiedy gnaliśmy razem z niemcami w/w żydów (...) przyprowadziliśmy na rynek w/w żydów wtedy niemcy postawili mnie przy ul. Stary Rynek kazali mnie pilnować żeby nieuciekali żydzi z rynku. Ja siedziałem z tą laską około piętnaście minut, lecz ja nie mogłem dalej patrzeć na to jak oni ich mordowali [,] poszłem do domu i po drodze tę laskę wyrzuciłem (...)".

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaje się do winy, że w lipcu 1941 r. brałem udział w spaleniu żydów w Jedwabnem i wyjaśniam, że w dniu krytycznym kiedy stałem u siebie na podwórzu podszedł do mnie niemiec i zabrał mnie ze sobą na rynek, żeby pilnować żydów, których spędzono na rynek. Jak tylko niemiec odszedł odemnie, ja uciekłem natychmiast z rynku do domu. Na rynku stałem krótko może 10-15 minut, a ponieważ byłem przerażony tym co się dzieje, nic nie pamiętam kto z cywilnej ludności brał udział w mordowaniu żydów. Po przyjściu do domu schowałem się w słomę (jeżeli się schował, to przed Niemcami a nie Polakami) i nie wiem co się działo z żydami".

Przed sądem zeznaje:

"Żadnych żydów na rynek nie odprowadzałem. Sąd odczytał zeznania oskarżonego złożone w dochodzeniu k. 35 i 76. Na zeznaniach mówiłem tak jak ode mnie żądali, bo byłem bardzo bity. Wogóle na rynku nie byłem i nie wiem co się tam działo". (Zeznanie to kwestionuje całość poprzednich. Które są prawdziwe? W każdym razie ani dla śledczego, ani dla prokuratora zeznania o udziale Niemców w spędzaniu Żydów i manipulowaniu Polakami nie są czymś do zakwestionowania, przyjmują je jako coś oczywistego.)

4. Władysław Dąbrowski - urodzony w 1890 r., szewc, analfabeta, żonaty.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Powiedzcie czy braliście udział w mordowaniu żydów podczas okupacji niemieckiej w 1941 r. w m-cu lipcu?

Odpowiedź: Ja udziału w mordowaniu żydów nie brałem, brałem udział tylko w pilnowaniu na rynku, gdzie ich było ponad półtora tysiąca których nazganiała ludność polska. (...) Zadaniem moim było pilnować żeby ani jeden żyd nie wyszedł za linie co i ja uczyniłem, otrzymałem ja taki rozkaz od Karolaka, Soboty i jednego niemca, podczas mego pilnowania żeby kto bił żydów, tego nie widziałem (...)".

Przed prokuratorem zeznaje: (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaję się i wyjaśniam: krytycznego dnia kiedy znajdowałem się w domu przyszedł do mego mieszkania żandarm z burmistrzem Jedwabnego Karolakiem i kazał mi iść na rynek pilnować żydów. Ponieważ nie chciałem iść i starałem się uciec niemiec uderzył mnie pistoletem w głowę (potwierdziły to zeznania kilku świadków) a ręką uderzył mnie w twarz i wybił ząb. Następnie stałem około 2-ch godzin. Jak tylko niemiec odszedł ode mnie ja uciekłem z rynku do domu. (...)"

Przed sądem zeznaje:

"(...) Do winy się nie przyznaje i wyjaśnia: dnia krytycznego pracowałem przy kościele i żadnego udziału nie brałem. Sąd odczytał zeznanie oskarżonego złożone w doch.[odzeniu] k. 38 i 78. Oskarżony zeznaje dalej: na zeznaniach tak mówiłem, bo byłem bity i bałem się dalszego bicia. Więcej z oskarżonych nikogo nie widziałem. Byłem bity w potworny sposób" (jednak zeznania na śledztwie i przed prokuratorem musiały zawierać jakąś prawdę, gdyż fakt pobicia przez Niemca został potwierdzony tak przez rodzinę, jak przez obcych).

5. Feliks Tarnacki - urodzony w 1907 r., zawód - ślusarz, zajęcie - rolnik, 4 oddziały szkoły powszechnej, wdowiec.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Czy braliście udział w łapance na ludność żydowską w m-cu lipcu 1941 r. i kto brał jeszcze w niej udział?

Odpowiedź: W dniu tym, w którem odbyła się łapanka na ludność żydowską, przyszedł do mnie burmistrz Karolak Marian i sekretarz magistratu Wasilewski imię nie znam wraz z gestapowcem i wypędzili mnie na rynek, gdzie było już dużo zebranych [z] m. Jedwabnego i z innych stron z których znałem: (...) Ja na rynku przebywałem około 15 minut i następnie uciekłwszy z rynku wziąłem rower z domu i wyjechałem do wsi Kaimy gminy Jedwabne gdzie byłem u ob. Przestrzelskiego Feliksa około 10 minut i po wypiciu kieliszka wódki udałem się w kierunku Łomży. (...) Po tym fakcie wróciłem pieszo do domu t.j. do Jedwabnego, to już był w mieście dym z spalonej stodoły. Po wejściu do mieszkania schowałem się. W kryjówce przebywałem całą noc".

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaję się do winy, że w lipcu 1941 r. w Jedwabnem brałem udział w mordowaniu żydów i wyjaśniam, że krytycznego dnia byłem w domu. W tym czasie przyszedł do mego mieszkania burmistrz m. Jedwabne Marian Karolak z gestapowcem i zabrali mnie na rynek, gdzie spędzano żydów. Kiedy gestapowiec odszedł ode mnie ja uciekłem z rynku do domu i pojechałem rowerem do Łomży (...)"

Przed sądem zeznaje:

"(...) byłem na rynku może 10 - 15 minut z rozkazu gestapowca, lecz zaraz uciekłem.

Sąd odczytał zeznania na k. 40 i 79 doch.[odzenia]

Oskarżony zeznaje dalej:

z oskarżonych nikogo nie widziałem. Brat mój nazywa się Jerzy Tarnacki."

6. Józef Chrzanowski - urodzony w 1889 r., rolnik, szkoła domowa, żonaty, 3 ha ziemi z zabudowaniami.

Zeznaje przed oficerem śledczym (11 I 1949 r.):

"(...) W 1941 roku kiedy wkroczyły wojska okupanta niemieckiego na teren Jedwabnego ludność miejscowa przystąpiła do mordowania żydów, początkowo zganiali na rynek, ja idąc ulicą Przytulską spotkał mnie Wasilewski Józef i Sobota mieszkańcy m. Jedwabnego i kazali mnie iść na rynek więc ja nie stawiając oporu z nimi poszłem. Kiedy ja zaszłem na rynek to oni mnie powiedzieli żebym ja oddał swoją stodołę na spalenie żydów, więc ja zacząłem prosić żeby mojej stodoły nie palili, wtedy oni zgodzili się na to i moją stodołę zostawili, tylko mnie kazali żeby pomuc im zganiać żydów do stodoły Śleszyńskiego Bronisława, żydów ustawili w czwórki (chociaż zeznający nie mówi tego wprost, chodzi tu o Niemców; podobnie gdy mówi o podpaleniu) i my polacy obstawiliśmy z jednej strony i z drugiej żeby żydzi nie pouciekali, kiedy dognaliśmy do stodoły wtedy kazali wszystkim żydom wejść do stodoły, a my pilnowaliśmy dalej żeby żydzi wszyscy weszli do stodoły i stodołę podpalili i żydzi zostali spaleni, wtedy ja już poszłem do domu, gnać żydów od niemców rozkazu nie miałem. (...)"

Przed prokuratorem (15 I 1949 r.) powtarza zeznania o obronie własnej stodoły, nie przyznaje się do pędzenia Żydów do stodoły Śleszyńskiego.

Przed sądem zeznaje:

"Nie przyznaje się do winy, wyjaśnia: ja nie byłem obecny przy spędzaniu żydów, ani też przy ich spędzaniu (zapędzaniu - do stodoły - T.S.).

Sąd odczytał zeznania oskarżonego na k. 42 i 80 doch.[odzenia]. Oskarżony zeznaje:

Wasilewski i Sobota zwracali się do mnie, abym dał swoją stodołę na spalenie, ja nie zgodziłem się. Później przyszli gestapowcy, również żądali, abym dał stodołę, ja nie chciałem się zgodzić, a bojąc się ich uciekłem w żyto i tam siedziałem do wieczora. Z oskarżonych nikogo nie widziałem." (widać albo sąd pytał o innych oskarżonych, albo wrócił do zeznania złożonego przed oficerem śledczym UB).

7. Roman Górski - urodzony w 1904 r., rolnik, posiada 3 ha ziemi, 2 oddziały szkoły powszechnej.

Przed oficerem śledczym zeznaje (10 I 1949 r.):

"o godz. 12 przyszedł do mnie Karolak Marian, który był burmistrzem i żandarm niemiecki, który mnie kopnął i zabrali mnie na Rynek m. Jedwabnego, gdzie kazali mi pilnować wraz z kilkoma chłopcami w wieku 16 i 17 lat pochodzącymi ze wsi (...) Na rynku tym pilnowałem od godz. 12-tej do godz. 15-tej, skąd udałem się następnie do domu gdyż żona, która była po połogu i zaniemogła nagle. Drugi raz z domu nie wychodziłem nigdzie. (...)"

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w lipcu w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego, pod groźbą burmistrza i żandarmerii niemieckiej nakazano mi pilnować spędzanych żydów na Rynku w Jedwabnem. Burmistrz Karolak i żandarmeria niemiecka sama przyszła do mojego mieszkania i zabrali mnie do pilnowania na rynku żydów aby stamtąd nie uciekli. Poza tem widziałem jak Sobuta i Wasilewski wybrali sobie kilkunastu będących Żydów i w rozśmieszający sposób urządzali z nimi gimnastykę. Co się dalej stało z żydami nie wiem ponieważ poszłem do domu".

Przed sądem zeznaje:

"Żandarmi przyszli do mego domu i kazali mi iść ze sobą. Gdy ja stawiałem opór zbili mnie i przemocą zaprowadzili na rynek, gdzie byłem tylko przez 15 minut i zaraz uciekłem do domu, bo żona kiedy zobaczyła jak mnie niemcy bili, więc zachorowała.

Sąd odczytał zeznanie oskarżonego na k. 44 i 81 doch.[odzenia].

Oskarżony zeznaje:

ja na rynku będąc nic nie robiłem. Jerzego Laudańskiego nie widziałem. Na zeznaniach byłem bardzo bity i tak mówiłem pod wpływem bólu".

8. Antoni Niebrzydowski - urodzony w 1901 r., ślusarz, wykształcenie średnie, żonaty, właściciel domu w Jedwabnem.

Przed oficerem śledczym zeznaje (10 I 1949 r.):

"W 1941 r. przyszedł do mego mieszkania Karolak burmistrz niemiecki i Bardoń Karol i dali mnie rozkaz iść pilnować żydów na rynku których oni zganiali na rynek, więc ja nie wiedziałem co jest poszłem na rozkaz Karolaka i Bardonia, stałem ja od ul. Dwornej, w ręku ja nie miałem nic".

Wydał naftę na oblanie stodoły, "do której pognali żydów". Naftę wydał na rozkaz Eugeniusza Kalinowskiego i Jerzego Niebrzydowskiego.

Zeznaje przed prokuratorem (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaje się do winy, że w roku 1941 w lipcu w Jedwabnem idąc na rękę władzy niemieckiej pod groźbą burmistrza i Bardonia (Bardoń, który pełnił służbę pomocniczą w żandarmerii, był jedynym mieszkańcen Jedwabnego uzbrojonym w karabin) nakazano mi pilnować spędzonych żydów na rynku w Jedwabnym. Pozatym wydałem z magazynu naftę Bardoniowi i Niebrzydowskiemu Jerzemu, Kalinowskiemu Eugeniuszowy, w jakim celu brali naftę niewiem. Po pewnym czasie poszłem do domu i widziałem tylko jak wybuchł ogień z tej stodoły (...)"

Przed sądem powtarza swoją wersję i dodaje:

"Później ludzie mówili, że nafta, którą wydałem była zużyta do podpalenia stodoły Szlesińskiego" (jest to ważne uzupełnienie, mówiące, że być może wydając naftę władzom miasteczka nie wiedział, do czego ma ona służyć).

9. Władysław Miciura - urodzony w 1902 r., stolarz, 1 oddział szkoły powszechnej, żonaty, 6 dzieci w wieku od 6 do 15 lat, 1/2 ha ziemi.

Zeznaje przed oficerem śledczym (10 I 1949 r.):

"Ja na trzy lub cztery dni przed łapanką na żydów, zmuszony byłem pracować na posterunku żandarmerii w charakterze stolarza. W m-cu lipcu 1941 r., daty dokładnie nie pamiętam przyjechało kilka taksówek (tak mieszkańcy wsi określali wówczas wszelkie samochody osobowe) z gestapo i urządzili łapankę na żydów spędzając ich na rynek. Mnie samego wysłali żandarmi do domu na śniadanie i po powrocie moim do pracy po godzinie czasu przyszedł żandarm i kazał mi iść na rynek pilnować żydów by nie uciekali. Ja pilnowałem od godz. 12-ej do 16-tej, udając się następnie spowrotem do pracy, lecz nie kazali mi pracować, tylko wyganiać żydów do stodoły co ja też uczyniłem i byłem tam aż do czasu podpalenia pełnej stodoły z żydami. (...)

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego na rozkaz żandarmerii niemieckiej i gestapo byłem zmuszony pilnować żydów na rynku w Jedwabnem żeby nie uciekali, przy spędzaniu żydów do stodoły Śleszyńskiego udziału nie brałem. (...)"

Przed sądem:

nie przyznaje się do winy i wyjaśnia: "udziału w spędzaniu żydów nie brałem". Podczas zeznań wskazywał na oskarżonych, bo był bity. Mówi: "Na rynku w ogóle nie byłem, tylko na żandarmerii pracowałem jako stolarz cały dzień." (To zeznanie jest charakterystyczne i dla innych. Przed oficerem śledczym przyznaje się do wszystkiego, u prokuratora wypiera się tego, co jest najdrażliwsze - udziału w pędzeniu Żydów do stodoły Śleszyńskiego, w sądzie stwierdza, że w ogóle nie brał udziału w morderstwie. Przede wszystkim fałszywe i wymuszone są [niecytowane w tym tekście] zeznania przeciwko sąsiadom. Wyparcie się w sądzie udziału w zbrodni nie oznacza, iż nie widział samochodów z gestapo i akcji żandarmerii.)

10. Józef Żyluk - urodzony w 1910 r., bez zawodu, analfabeta, pracuje dorywczo jako handlarz, żona i 5 dzieci.

Zeznaje przed oficerem śledczym (9 I 1949 r.):

"Ja zostałem zatrzymany przez funkcjonariuszy M.O. w Jedwabnym w dniu 8 I 49 r. za to jakoby ja oddawałem żydów w ręce ÇgestapoČ w roku 1941." W dalszym zeznaniu mówi, że wraz z burmistrzem Karolakiem oderwany od koszenia siana, zabrał Żyda z młyna w Jedwabnem, prowadził na rynek, ale go wypuścił na ul. Łomżyńskiej.

Przed prokuratorem (15 I 1949 r.) zeznaje:

że "krytycznego dnia, kiedy kosiłem łąkę przyszedł do mnie burmistrz m. Jedwabne i wezwał mnie żebym szedł z nim do miasta. Ponieważ nie chciałem iść, Karolak powiedział mi, że jak nie pójdę, to dostanę kulę w łeb. Wobec tego poszedłem z nim." Dalsza opowieść jest powtórzeniem zeznania na śledztwie. (W swoim piśmie do Sądu Najwyższego z 28 VII 1949 r. twierdzi, że później uratował 8 Żydów, na co może podać świadków.)

Przed sądem zeznaje:

"(...) prowadziłem jednego żyda z rozkazu Karolaka, ale tylko może 15 kroków później uciekłem do domu i nic nie wiem".

Sąd odczytał zeznania oskarżonego na k. 49 i 84.

Oskarżony zeznaje dalej:

"żyd którego prowadziłem nazywał się Zdrojowicz" (rzeczywiście przeżył on i zeznawał w procesie).

Myślę, że wystarczy zacytowanie kolejnych dziesięciu zeznań, aby uzyskać dość wiarygodny pogląd na rolę Niemców w likwidacji obywateli polskich żydowskiego pochodzenia w Jedwabnem 10 lipca 1941 r.

A więc - Niemcy!

Ilu ich było? Nie wiemy. Być może, iż mówiła prawdę kucharka posterunku żandarmerii w Jedwabnem Julia Sokołowska, która podczas rozprawy 17 maja zeznała: "Dnia krytycznego było 68 gestapo, bo dla nich szykowałam obiad, zaś żandarmerii było bardzo dużo, bo przyjechali z różnych posterunków".

Podobnie inni mieszkańcy Jedwabnego wyraźnie odróżniają funkcjonariuszy gestapo od żandarmów, co niektórzy uzasadniają szczegółami ubioru. I tak np. Natalia Gąsiorowska, zeznając (już w listopadzie 1950 r.) przed prokuratorem powiedziała: "Wiem dokładnie, że to gestapowcy, gdyż na czapkach mieli trupie główki", a zeznająca tegoż dnia i przed tym samym prokuratorem Marianna Supraska, mówiąc o udziale Zygmunta Laudańskiego, powiada, iż widziała, jak go gnali gestapowcy, którzy "mieli na rękawach trupie główki".

Nie jest zresztą najważniejsze - ilu ich było, choć jeden z moich relacjonistów, dr Stefan Boczkowski, pisał w liście z listopada 2000 roku, iż było od nich "zielono" w całym Jedwabnem. Istotne jest, że przez cały czas byli oni elementem przymusu i reprezentantami siły okupacyjnej, decydującej tutaj od trzech tygodni o wszystkim.

W zeznaniach widzimy ich, jak wyciągają z mieszkań miejscowych mężczyzn i pędzą ich na rynek lub do "zganiania" Żydów.

W innych, niecytowanych tutaj zeznaniach, mówi się o żandarmach i gestapowcach, "pędzących" Żydów przez ul. Cmentarną ku stodole Śleszyńskich. Nigdzie jednak nie zeznaje się o ich roli w podpaleniu stodoły. Zresztą, jak już pisałem, ów moment jest starannie omijany w zeznaniach. Jedynie jeden świadek wymienia konkretnego podpalacza - Polaka (mowa tutaj o Józefie Kobrzenieckim). Nie wydaje się jednak, aby było możliwe, by Niemcy, kontrolując cały przebieg przygotowań do mordu, pozostawili Polakom ostateczne jego wykonanie.

Pozostaje jeszcze jako kwestia otwarta pytanie, czy Jedwabne otoczone było w tym dniu strażą i z kogo się ona składała? W jednym zeznaniu mówi się o postawieniu przez Niemców podejrzanego z kijem w ręku na jego własnej posesji, leżącej u wylotu do miasta - twierdzi on zresztą, że nałożonego nań zadania nie wykonał, przepuszczając uciekających (chodzi tutaj o...) Jednak inne zeznania - tak podejrzanych, jak i świadków, zdają się zaprzeczać istnieniu zwartego kordonu strażników. Kilku podejrzanych, uciekając z rynku w Jedwabnem, ukrywa się w zbożu poza miastem i nikt im w tym nie przeszkadza; inny wyjeżdża z miasta rowerem w stronę Łomży i dopiero pod tym miastem natrafia na żandarmów, którzy odbierają mu rower. Zresztą, ścisłe izolowanie miasteczka, otoczonego ogródkami, z bezpośrednim wyjściem na pola, w tym czasie pokryte wysokim zbożem, wymagałoby dużych sił umieszczonych nie tylko na ulicach wylotowych i drogach.

5. Liczba Polaków biorących udział w zbrodni

Aby ją ustalić na podstawie omawianego materiału źródłowy, musimy przeanalizować następujące zestawienia:

- listę osób podejrzanych (a następnie oskarżonych), stających przed Sądem Okręgowym w Łomży, odejmując osoby uwolnione od zarzutu czy od razu 17 V 1949 roku, czy w późniejszym procesie przed Sądem Apelacyjnym;

- osoby określone jako "ukrywające się", a więc, które nie zostały aresztowane i nie brały udziału w przewodzie sądowym,

- osoby zmarłe przed początkiem 1949 r. i również określane jako winne,

- osoby wymieniane w relacji Szmula Wasersztajna, z tym, że także one muszą przejść przez "sito" zeznań sądowych.

Osobnym problemem są mieszkańcy miasteczka wymieniani podczas zeznań składanych na ręce funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. A to z tego powodu, że zeznania te, właśnie w tym punkcie, były gremialnie odwoływane na sali sądowej jako wymuszone torturami. Warto tu bowiem dodać, że śledczych z UB nie interesowali Niemcy, raz dlatego, że ich obecność w Jedwabnem 10 lipca (podobnie jak prokuratorzy i sędziowie) uważali za coś oczywistego, a dwa dlatego, że byli niedostępni i nie oni - a Polacy, byli podmiotem śledztwa. Jest przy tym widoczna, wyraźnie widoczna, tendencja do poszerzenia kręgu podejrzanych zarówno o osoby znajdujące się już w rękach UB, jak inne, jeszcze nie aresztowane. Wymuszając zeznania w śledztwie, zbiera się na nie materiał dowodowy, podobnie jak zbiera się go na już aresztowanych. Janek ma zeznać na Piotrka, Piotrek na Jurka, Jurek na Janka itd., itp., tak aby oskarżenie opierało się nie na jednym, a wielu zeznaniach. Są przy tym zjawiska paradoksalne. Bolesław Ramotowski wymienia w swych zeznaniach w UB 41 "współsprawców", których widział na rynku w Jedwabnem i później, co więcej: zeznaje, kto miał w ręku kij, a kto gumę. Takiej liczby osób nie sposób było zauważyć w chaosie zdarzeń i samemu - według zeznającego - biorąc w nich czynny udział. Nic więc dziwnego, że podczas rozprawy sądowej odwołuje ten fragment swoich zeznań, twierdząc, że na rynku widział tylko jedną osobę. Podobnie Julia Sokołowska, kucharka na posterunku żandarmerii, co prawda położonym przy samym rynku, ale mająca do wykonania konkretne zadanie (ugotowanie obiadu), twierdziła w śledztwie, że widziała na rynku ponad trzydziestu Polaków, czynnych w gromadzeniu i pilnowaniu Żydów. Powstaje więc pytanie: czy możemy osoby wymienione w śledztwie uznać za rzeczywiście zaangażowane w przygotowanie lub realizację zbrodni w Jedwabnem?

Przejdźmy teraz do obliczeń:

1. Akt oskarżenia wymieniał 22 osoby oskarżone o udział w zbrodni, z czego 10 zostało uwolnionych od winy i wypuszczonych. (W wyniku "Rozprawy głównej" z 16 i 17 V 1949 r. skazano: Karola Bardonia na karę śmierci [ułaskawiony przez Bieruta, otrzymał 15 lat więzienia], Jerzego Laudańskiego na 15 lat więzienia, Zygmunta Laudańskiego, Władysława Miciurę i Bolesława Ramotowskiego na 12 lat więzienia, Stanisława Zejera i Czesława Lipińskiego na 10 lat więzienia, Władysława Dąbrowskiego, Feliksa Tarnackiego, Romana Górskiego, Antoniego Niebrzydowskiego i Józefa Żyluka na 8 lat. Uniewinniono z kolei: Józefa Chrzanowskiego, Mariana Żyluka, Czesława Laudańskiego, Wincentego Gościckiego, Romana Zawadzkiego, Jana Zawadzkiego, Aleksandra Łojewskiego, Franciszka Łojewskiego, Eugeniusza Śliweckiego i Stanisława Sielawę. Taki wyrok świadczył o sporej dozie niezawisłości sądu, który niektóre zeznania w UB uznał za niewystarczające w świetle późniejszych zeznań świadków, zwłaszcza, gdy podejrzani już w śledztwie nie przyznali się do winy.) Uznano więc za winne jedynie 12 osób. Jednak Sąd Apelacyjny w Białymstoku na sesji wyjazdowej w Łomży 13 VI 1950 r. dwie osoby spośród skazanych w maju 1949 r.: Józefa Żyluka i Feliksa Tarnawskiego, uniewinnił, w ten sposób listę skazanych ograniczając do 10.

2. Lista osób ukrywających się (określenie takie nie oznacza, że wymienieni na niej rzeczywiście się ukrywali, a jedynie, że nie mieszkali w Łomżyńskiem i byli czasowo niedostępni. Rzeczywiście, wielu łomżyniaków wyjechało po wojnie - z różnych względów - na ziemie odzyskane, w tym zwłaszcza na Mazury), a więc na razie niedostępnych, liczy 8 podejrzanych o zbrodnię (są to: Jerzy Tarnacki [określony u Wasersztajna jako Jurek Tarnoczek] Julian Schmidt, Marian Karolak, Józef Wasilewski, Jerzy Niebrzydowski, Michał Trzaska, Wacław Borowski i Mieczysław Borowski), z tym, że 5 spośród nich występuje także na liście Szmula Wasersztajna. Pozostawałoby więc zaledwie 3.

3. Lista osób podejrzanych o udział w zbrodni, a nieżyjących w 1949 r. liczy 9 osób (na liście zmarłych znaleźli się: Józef Sobuta, Eugeniusz Kalinowski, Józef Kobrzeniecki, Stanisław Sokołowski, Bolesław Rogalski, Władysław Modzelewski, Bronisław Śleszyński, Jarmutowski i Aleksander Janowski), z tym, że trzy (Bolesław Rogalski, Jarmutowski i Bronisław Śleszyński) występują na liście Wasersztajna, pozostaje więc 6. Wśród tych sześciu znajduje się także Józef Sobuta, którego znaleziono później w szpitalu psychiatrycznym i uwolniono ze względu na stan zdrowia; był on jednak niewątpliwie jednym z najbardziej obciążonych sprawców masakry.

4. Lista osób uznanych przez Szmula Wasersztajna za szczególnie zbrodnicze liczy 14 mieszkańców Jedwabnego (są to: Bronisław Śleszyński, Marian Karolak, Mieczysław Borowski, Wacław Borowski, Jarmułowski (wymieniany wśród zmarłych jako Jarmutowski), Bolesław Ramotowski, Bolesław Rogalski, Stanisław Sielawa, Franciszek Sielawa, Eugeniusz Kozłowski, Trzaska, Jerzy Tarnoczek (Tarnawski), Jerzy Laudański i Czesław Laciecz(sic!).

Przyglądając się tej liście, można mieć różne wątpliwości. Występuje na niej wśród - jak pisze Wasersztajn - odznaczających się okrucieństwem uniewinniony Stanisław Sielawa, chory obłożnie na krwawą dezynterię Bronisław Śleszyńskki, którego winą jest to, że na rozkaz Karolaka, wsparty obecnością żandarma, wydał im klucze do swej stodoły, oraz bracia Borowscy, dokonujący rzekomo straszliwych czynów jeszcze przed 10 lipca. Czynów, których nikt nie potwierdza. Jednak częściowo pokrywa się z pozostałymi. Występują na niej znajdujący się na liście zmarłych: Bronisław Śleszyński, Bolesław Rogalski i Jarmułowski (lub Jarmutowski), ukrywający się: Jerzy Tarnacki, Michał Trzaska, Marian Karolak, Wacław Borowski i Mieczysław Borowski; będący na liście skazanych: Bolesław Ramotowski i Jerzy Laudański, wreszcie Stanisław Sielawa, którego sąd uwolnił od winy, nie może więc być brany pod uwagę. W ten sposób lista ta została sprowadzona do 3 osób, nie występujących gdzie indziej.

Jeżeli podsumujemy te dane, wyniknie z nich, że (przyjmując, iż wszyscy ukrywający się i zmarli byli winni) w którejś z faz zbrodniczego aktu z 10 lipca 1941 r. uczestniczyły 23 osoby spośród społeczeństwa polskiego. Jest to liczba dość prawdopodobna, gdyż podobne liczby wymieniają relacjoniści - świadkowie zdarzenia (m.in. Stefan Boczkowski). Mamy więc do czynienia nie ze "społeczeństwem" Jedwabnego, lecz grupą kilkudziesięciu mężczyzn, spośród których może największego winowajcę - Karola Bardonia, dość trudno uznać za reprezentanta polskości (urodzony na Śląsku Cieszyńskim, żołnierz niemiecki w czasie I wojny światowej, zaufany, bo już na początku okupacji służący w żandarmerii), a dwaj inni to znany w mieście pijak i awanturnik oraz znany bandyta.

Wśród tych współuczestników zdarzeń z 10 lipca niewątpliwymi zbrodniarzami numer jeden byli: Marian Karolak (komisaryczny burmistrz) i Karol Bardoń, występujący wielokrotnie wraz z Niemcami jako ci, którzy wywierali przymus na innych.

Mówi się także parokrotnie w zeznaniach o jakichś niezidentyfikowanych młokosach ze wsi okolicznych i o zwykłych gapiach, towarzyszących zdarzeniom i zapewne nieświadomych tego, czym one się zakończą. Podobnie jak (sądzę) większość bezpośrednich uczestników - Polaków, poza owym Bardoniem i Karolakiem oraz może paroma jeszcze ludźmi z jedwabieńskiego magistratu.

6. Selekcja materiału

Podsumujmy: decydująca - jako inspiratorzy, organizatorzy i współsprawcy - rola Niemców i udział kilkudziesięciu Polaków, w tym także przymuszonych; sąd w uzasadnieniu wyroku z 1949 roku wyraźnie podkreślił, że oskarżeni działali pod wpływem niemieckiego terroru. A jednocześnie postawa innych, uciekających w zboże, ukrywających się w domu, wreszcie - jak Józef Żyluk opiekujących się pozostałymi z masakry współobywatelami. Józef Żyluk przymuszony do prowadzenia na rynek z młyna mieszczącego się na skraju Jedwabnego dwóch Żydów puścił ich, ratując im życie. Jeden z nich o nazwisku Zdrojewicz, przeżył wojnę. Podobnie Zofia Górska w piśmie z 2 marca 1949 roku skierowanym do Sądu Okręgowego w Łomży, pisząc w sprawie swego aresztowanego męża Romana, powiada, iż już po masowym mordzie w Jedwabnem małżeństwo Górskich ukrywało w swoim domu dwóch sąsiadów pochodzenia żydowskiego Partyjera Serwetarza i jego brata (ponieważ przytoczyłem zaledwie 10 zeznań podejrzanych, pomijając kilkadziesiąt innych zeznań, w tym ważnych świadków, brak tutaj istotnych informacji z tego zakresu).

Jak już wiemy, pozostało przy życiu o wiele więcej skazanych na zagładę niż owych siedmiu ukrytych u polskiej rodziny Wyrzykowskich w Janczewku. Wielu przetrwało w samym Jedwabnem do jesieni 1942, kilku ocaliło życie i dotrwało do roku 1945.

Obraz zasadniczo inny niż ten, który zarysował prof. Jan Gross w swych "Sąsiadach". Skąd zatem pochodzi owa różnica? Otóż Jan Tomasz Gross pominął kilkadziesiąt zeznań różnych osób - świadków, oskarżonych itd., którzy mówili o sprawczej roli Niemców, a przytoczył jedynie zeznania mówiące o udziale Polaków. Oparł się m.in. na pierwszych, później odwołanych zeznaniach kucharki Julii Sokołowskiej oraz pismach niemieckiego żandarma Karola Bardonia, który skazany na karę śmierci stara się rozmyć swoją odpowiedzialność, obciążając winą mieszkańców miasteczka. Nie wytłumaczył nigdzie powodów takiej selekcji. Nie wyjaśnił, dlaczego uwzględnia jedne, a odrzuca drugie dokumenty.

Zwraca również uwagę fakt, że relacja nieprzesłuchanego przez sąd Szmula Wasersztajna oraz zeznania świadków oskarżenia Abrama Boruszczaka i Eljasza Grądowskiego zostały faktycznie zdezawuowane. Okazało się bowiem zarówno w świetle zeznań mieszkańców Jedwabnego, jak zwłaszcza obywatela polskiego pochodzenia żydowskiego Józefa Grądowskiego, że Abram Boruszczak nigdy nie mieszkał w Jedwabnem, a Eljasz Grądowski, skazany za kradzież, został przez władze sowieckie uwięziony i jeszcze w 1940 roku wywieziony w głąb ZSRR. Powrócił do Polski dopiero w 1945 roku, a więc niczego nie widział. Tenże Józef Grądowski powiedział, że dzięki pomocy nieznanego mu bliżej Polaka wyrwał się z rąk niemieckich w dniu morderstwa.

Wszyscy trzej oskarżyciele zostali przez sąd potraktowani jako ludzie, którzy o czymś słyszeli, ale nie byli bezpośrednimi świadkami. W skardze kasacyjnej do Sądu Najwyższego obrońcy skazanych zwrócili uwagę na fakt, że Szmul Wasersztajn nie został przesłuchany ani przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, ani przez prokuratorów, ani podczas przewodu sądowego. Odpowiadając na ten zarzut, Sąd Najwyższy stwierdził, że było to poważne uchybienie, jednak sąd, rozpatrując sprawę, nie opierał się na relacji Wasersztajna, lecz świadków bezpośrednich, uchybienie to więc nie miało większego znaczenia. Właśnie od Szmula Wasersztajna pochodzą najbardziej drastyczne fragmenty książki profesora Grossa. Te tak bardzo działające na wyobraźnię fakty nie uzyskały potwierdzenia w żadnych innych źródłach.

Czytelnikowi pozostawiam wszelkie komentarze. -

Tomasz Strzembosz (ur. 1930), historyk, jest profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Instytutu Studiów Politycznych PAN. Autor prac dotyczących konspiracji wojskowej w stolicy: "Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939 - 1945", "Oddziały szturmowe konspiracyjnej Warszawy 1939 - 1945", "Odbijanie i uwalnianie więźniów w Warszawie 1939 - 1944". Od blisko dwudziestu lat zajmuje się historią polskiej konspiracji na ziemiach północno-wschodnich Rzeczypospolitej pod okupacją sowiecką. Pisze książkę na ten temat. Przygotowuje również pracę o sowieckim systemie okupacyjnym na ziemiach Polski w latach 1939 - 1941. Ostatnio wydał "Rzeczpospolitą podziemną".

Źródło: http://archiwum.rp.pl/artykul/330587-Inny-obraz-sasiadow.html
7
Polityka / Antypolski spisek w mediach
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Pią) 03.03.2017, 02:44:33 »
Antypolski spisek w mediach

(03,08,2006 źródło Asme)
Obchodziliśmy ostatnio 60. rocznicę krwawego "pogromu" kieleckiego. W polskich mediach elektronicznych obowiązuje oczywiście stara komunistyczna wersja, że mord na kieleckich Żydach był dziełem klerykalnej i antysemickiej tłuszczy, choć już we wspomnieniach premiera Stanisława Mikołajczyka napisanych na emigracji na Zachodzie i zatytułowanych "Rape of Poland" można wyczytać, że ten pogrom był dziełem funkcjonariusza UB majora Władysława Spychaja - Sobczyńskiego, wykonanym na zlecenie NKWD. Bezpośrednim sprawcą mordu był oddział wojska pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze. Stanisław Mikołajczyk dodaje, że major Spychaj - Sobczyński wcześniej, jako szef UBP w Rzeszowie, zamordował wybitnego działacza ludowego z opozycyjnego PSL Władysława Kojdera. Sprawa "pogromu" kieleckiego została po latach podjęta przez znanego polskiego reportera Krzysztofa Kąkolewskiego, który wyniki swych badań opisał w książce "Umarły cmentarz", wydanej przez wydawnictwo von Borowiecki. Wynika z niej, że mjr Władysław Spychaj - Sobczyński jako szef wojewódzkiego UBP kolejno w Rzeszowie, Krakowie i Kielcach organizował pogromy antyżydowskie w tych właśnie miastach. Pogrom kielecki był z nich najgłośniejszy, gdyż pociągnął za sobą największą liczbę ofiar śmiertelnych wśród Żydów i zbiegł się z rocznicą amerykańskiego Dnia Niepodległości. Wskutek tego warszawscy korespondenci pism zachodnich zostali poinformowani o krwawym pogromie w Kielcach tegoż dnia na przyjęciu zorganizowanym w warszawskim hotelu "Polonia" przez ambasadora USA. I natychmiast wysłali korespondencje do swych gazet i agencji.
Brat naszego noblisty Andrzej Miłosz nakręcił następnie w wytwórni Media-Kontakt, prowadzonej przez znanego opozycjonistę antykomunistycznego Mirosława Chojeckiego - członka KSS KOR oraz założyciela podziemnego wydawnictwa NOWa dwa filmy telewizyjne poświęcone tej sprawie. W filmach tych pt. "Pogrom" oraz "Henio" demonstruje on prawdę o pogromie, przygotowanym pod nadzorem NKWD przez majora W. Spychaja - Sobczyńskiego, a wykonanym siłami oddziału KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze oraz PPR-owskiej, względnie ubeckiej bojówki, pozorującej robotników pobliskiej fabryki metalowej. Ci bojówkarze zostali przyjęci do fabryki na kilka dni przed pogromem i ulotnili się jak jeden mąż następnego dnia po uwieńczonej sukcesem akcji. Oni wraz z żołnierzami zmasakrowali Żydów mieszkających w domu na Plantach, ale tylko z jednej klatki schodowej. Chodziło o wykonanie misternego zadania odstrzelenia wyłącznie Żydów wybierających się do Palestyny (Żydzi z drugiej klatki schodowej pozostawali pod ochroną UB). Dlatego nie mogło być mowy o dopuszczeniu pod dom niekontrolowanego motłochu.
Chłopiec Henio Błaszczyk - jak sam opowiadał Andrzejowi Miłoszowi w nakręconym przez niego filmie - był dzieckiem konfidenta UB. Najpierw został wywieziony poza miasto, aby później na polecenie ojca opowiadać, iż był więziony przez Żydów w piwnicy domu na Plantach i im się wymknął. W dzień pogromu oprowadzali go po mieście umundurowani milicjanci i ci milicjanci opowiadali, iż Żydzi go więzili dla rytualnego mordu. Po pogromie tenże Henio był ukrywany przez dłuższy czas w piwnicy Urzędu Bezpieczeństwa, dla większej pewności, aby afera się nie wydała. Wszystko to opowiedział dorosły już Henryk Błaszczyk przed kamerą Andrzeja Miłosza już w III RP, nie ukrywając strachu, że może go spotkać kara za ujawnienie prawdy z ręki wszechpotężnych wciąż ubeków. I istotnie zginął wkrótce w podejrzanych okolicznościach zapewne z rąk podziemia ubeckiego.
Można byłoby sądzić, że te dwa filmy Andrzeja Miłosza powinny być przypomniane polskim telewidzom przy sposobności uroczystych obchodów rocznicy pogromu kieleckiego. Jak mówił mi Mirosław Chojecki, z Media-Kontakt zgłosił on taką propozycję kierownictwu TVP, ale jego pomysł został zignorowany. W polskich elektronicznych środkach przekazu obowiązuje wszak antypolska wersja prof. Jana Tomasza Grossa, autora kłamliwej książki pt. "Sąsiedzi" o mordzie na Żydach z podlaskiego miasteczka Jedwabne w lipcu 1941 roku oraz świeżo wydanej po angielsku w USA pod tytułem "Strach" - jeszcze bardziej załganej książki o polskim powojennym antysemityzmie. Prawdy o Polsce powojennej nie uświadczysz nawet w działającej za nasze pieniądze telewizji publicznej. W odróżnieniu od prof. Jana Tomasza Grossa pamiętam tamte czasy (chodziłem do szkoły podstawowej na dolnym Mokotowie w Warszawie) i niczego takiego, co by świadczyło o opisywanym przez prof. Grossa "pogromowym polskim antysemityzmie" - nie zaobserwowałem. Nie zetknąłem się też z tego objawami podczas wyjazdów w Polskę na wakacje - na obozy młodzieżowe lub kolonie szkolne. Nie darmo więc już po jego pierwszej książce "Sąsiedzi" mówiono w Warszawie: "Łże jak Gross". (wytł. ASME) Jan Tomasz Gross był w 1968 roku więźniem marcowym, załamał się w śledztwie i obciążył swych kolegów. Czytałem jego zeznania w materiałach własnego śledztwa i pamiętam obrzydliwości, jakie ze strachu opowiadał przesłuchującym go oficerom SB. Dziś odreagowuje swe frustracje, obciążając odpowiedzialnością za ówczesny komunistyczny antysemityzm Bogu ducha winny naród polski.
Co więcej: dla zapewnienia monopolu michnikowo-grossowej wersji wydarzeń jakieś anonimowe krasnoludki w IPN dokonały kontrolowanego przecieku "informacji", w taki sposób, aby red. Krzysztof Kąkolewski - autor książki "Umarły cmentarz" i prawdziwy odkrywca prawdy o pogromie kieleckim jako dziele NKWD i UB został ustrzelony jako rzekomy współpracownik PRL-owskich służb specjalnych. Jakieś krasnale pokazały poza plecami osoby zainteresowanej jego akta w IPN kierownictwu gazet, z którymi współpracował, jego o niczym nie powiadamiając. Jest to akt lustracyjnej dintojry wykonany przez ludzi, którym zależy na zapewnieniu monopolu michnikowo-grossowej wersji wydarzeń.
Adam Michnik jest przeciwnikiem lustracji, ale do głowy mu nie przyjdzie potępić takie praktyki lustracyjne. A chodzi o osobę, której dokonania można by porównać do zasług rosyjskiej odkrywczyni prawdy o zbrodni katyńskiej w archiwach sowieckich prof. Natalii Lebiediew. Red. Krzysztof Kąkolewski odkrył prawdę o zbrodni kieleckiej i za to ma taką właśnie zapłatę. W dodatku insynuuje się mu nieistotnie, godne potępienia donoszenie na kolegów z opozycji antykomunistycznej w roli TW Służby Bezpieczeństwa, niczym TW "Ketman", czyli Lesław Maleszka z "Gazety Wyborczej". Nic z tych rzeczy. Zarzuca mu się jedynie opłacanie się jakimiś sprawozdaniami wywiadowi PRL podczas wyjazdów zagranicznych, aby opisać hitlerowskiego zbrodniarza na spokojnej emeryturze w RFN lub zbrodnie bandy Mansona w USA. I za to organizuje się ostracyzm wobec tak zasłużonej dla prawdy historycznej osoby tuż przed uroczystymi obchodami rocznicy kieleckiego mordu. Co gorsza, nikt nie protestuje przeciwko takim gangsterskim praktykom. Ciekaw jestem, czy Jego Ekscelencja ksiądz metropolita lubelski, abp Józef Życiński również jemu wyrazi publicznie swój gniew i współczucie?

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Najwyższy CZAS!" pt. "Cenzura pogromu?".

PS. Z przykrością stwierdzam, że zawarte w mym artykule uszczypliwe uwagi odnośnie anonimowych krasnali z IPN, które ustrzeliły autora "Umarłego cmentarza" red. Krzysztofa Kąkolewskiego tuż przed obchodami 60. rocznicy pogromu kieleckiego, po głębszym zbadaniu okazały się pozbawione podstaw. Osoby, które poczuły się dotknięte moimi uwagami, najserdeczniej przepraszam. Nie zmienia to podstawowej tezy mego artykułu, iż w polskich mediach, zwłaszcza elektronicznych, panuje kłamliwa wersja o klerykalnym i antysemickim motłochu jako sprawcy pogromu, podczas gdy dobrze wiemy, że bezpośrednimi wykonawcami mordu na zlecenie NKWD była bojówka PPR-owska z miejscowej huty oraz milicjanci i oddział KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze.

Antoni Zambrowski

Znalezione na: http://www.antonizambrowski.pl/artykuly_archiwalne/2006/antypolski_spisek.html
8
Rozwój osobisty / Odp: Cytaty
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Śro) 22.02.2017, 00:59:22 »
Aforyzm - krótkie, zwięzłe sformułowanie, zwykle jednozdaniowe, ogólnej prawdy o charakterze filozoficznym. psychologicznym czy moralnym.
Sentencja - zdanie zawierające ogólną myśl o charakterze moralnym lub filozoficznym.

        " Aforyzm jest najkrótszą, najstarszą i najpowszechniejszą formą filozoficznych rozważań." - Hans Margolius

    "Aby pozyskać ludzi, należy ich uważać za takich, za jakich sami siebie uważają" W. Faulkner

    "Aby człowiek wiedział dokąd idzie, musi wiedzieć skąd przychodzi. Naród bez historii błądzi jak człowiek bez pamięci" N. Davies

    "Aby nasze życie było twórcze, musimy pozbyć się lęku przed popełnieniem błędu" Joseph Ch. Pearce

    "Aby mieć moc czy mądrość, człowiek najpierw musi mieć na to wszystko miejsce" U. Le Guin

    "Aby rządzić, trzeba zachować dystans" A. Kępiński

    "Artysta jest niczym bez talentu, a talent jest niczym bez pracy" E. Zola

    "Autorów sądzą ich dzieła" C. K. Norwid

    "Bardziej miłuj tego, kto wytyka ci błędy, niż tego, kto cię wciąż chwali" Aforyzm arabski

    "Bardziej żyjemy naszymi pragnieniami niż naszymi czynami"   Thomas More

    "Bądź wierny sobie, a nie będziesz niewierny innym" F. Bacon

    "Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego" Ernesto "Che" Guevara

    "Bez cierpienia nie rozumie się szczęścia" F. Dostojewski

    "Bez względu na to co robisz, dbaj o pozory" K. Dickens

    "Biednym może być każdy, bycia bogatym trzeba się nauczyć"

    "Błądzić jest rzeczą ludzką; wszystko pogmatwać potrafi tylko komputer" Anonim

    "Błogosławieni, którzy w Panu umierają, niech odpoczną od swoich mozołów, bo idą wraz z nimi ich czyny" Apokalipsa

    "Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego faktu w słowa"  J. Tuwim

    "Bogactwa mądremu służą, nad głupim panują" Seneka

    "Bogaty jest ten, co nie ma nic do stracenia" Przysłowie chińskie

    "Bogatym jest ten, kto posiada wiele; bogatszym ten, kto mało potrzebuje, najbogatszym - kto dużo daje" Gerhard Tersteegen

    "Boję się człowieka czerpiącego wiedzę z jednej książki" św. Tomasz z Akwinu

    "Boże, chroń mnie od przyjaciół; przed nieprzyjaciółmi obronię się sam" powiedzenie włoskie

    "Bóg jest sumieniem natury" F. Hebbel

    "Bóg może nam zsyłać dary, ale ich przyjęcie i zachowanie musi być naszą własną zasługą" Rabindranath Tagore

    "Bóg pomaga temu, kto pomaga sobie" B. Franklin

    "By być szczęśliwym - brakuje nam tylko, abyśmy zdali sobie z tego sprawę" P. Valery

    "Bywają straty będące nieocenioną korzyścią sięgającą w przyszłość" M. Maeterlinck

    "Być inteligentnym, to bardzo męczące" H. Bergson               

    "Być zwyciężonym i nie ulec, to jest zwycięstwo"

    "Być wolnym, to móc nie kłamać" A. Camus

    "Bywają wady więcej warte niż niektóre cnoty" 

    "Cel uświęca środki" T. Hobbes

    "Charakter człowieka poznaje się dopiero wtedy, gdy zostaje on przełożonym" E. M. Remarque

    "Chrystus cierpiący, ukrzyżowany Chrystus - to nasza mądrość i nasza moc" Jan Paweł II

    "Cierpienie czyni przedwcześnie dojrzałym" F. Hebbel

    "Ci, którzy czytają, wiedzą dużo; ci, którzy patrzą - wiedzą więcej" A. Dumas - syn

    "Ci, którzy żyją nadzieją, widzą dalej; Ci, którzy żyją miłością, widzą głębiej; Ci, którzy żyją wiarą, widzą wszystko  w  innym świetle" L. Zanetti

    "Cnotę widać wyraźniej w czynach, niż w ich braku" Arystoteles

    "Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?" św. Mateusz Ewangelista

    "Cóż warte jest szukanie Boga w miejscach świętych, jeśli zgubiłeś Go w swoim sercu" A. de Mello

    "Cywilizacja - to władza nad światem, kultura - to miłość do świata" A. Kępiński

    "Czasem prawda wychodzi na jaw, chociaż nikt jej nie szukał. Menander

    "Czasem trzeba pozbyć się boga, by znaleźć Boga" A. deMello

    "Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać." E. Hemingway

    "Człowiek broni błędów, które kocha" Seneka

    "Człowiek robi wiele, aby go kochano. Uczyni wszystko, aby mu zazdroszczono" M. Twain

    "Człowiek hołduje chętniej dobru niźli złu, ale warunki nie sprzyjają mu!" Bertold Brecht

    "Człowiek jest zdumiewający, ale arcydziełem nie jest" J. Conrad

    "Człowiek jest miarą wszechrzeczy" Protagoras

    "Człowiek jest sobą poprzez wewnętrzną prawdę. Jest to prawda sumienia odbita w czynach. W tej prawdzie każdy człowiek jest zadany samemu sobie" Jan Paweł II

    "Człowiek, który zgadza się ze wszystkimi, nie zasługuje na to, by ktokolwiek się z nim zgadzał" W. Churchill

    "Człowiek ma obowiązki wobec własnego ducha, własnej myśli, bo to jest jego warsztat pracy" J. Korczak

    "Człowiek mniej jest nieszczęśliwy, gdy nie jest nieszczęśliwy sam" H. Balzac

    "(...)człowiek musi wybierać (...) W tym tkwi jego moc - w zdolności podejmowania decyzji" Paulo Coelho

    "Człowiek nie doświadcza szczęścia dlatego, że koncentruje się na tym, czego nie ma"  A. deMello

    "Człowiek nie ma przyjaciół. Przyjaciół ma tylko powodzenie" Napoleon Bonaparte       

    "Człowiek nie może w żaden sposób być w zgodzie z innymi, o ile nie nauczył się być w zgodzie  z samym sobą" B. Russell

    "Człowiek niezastąpiony to dowód duchowego ubóstwa społeczeństwa" S. Kisielewski

    "Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób soją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa"  Jan Paweł II

    "Człowiek nie osiągnie nigdy wielkości, postępując według reguł szkolnych" Ralph W. Emerson

    "Człowiek poważny ma mało pomysłów. Człowiek pomysłowy nigdy nie jest poważny" P.Valery

    "Człowiek rozsądny dostosowuje się do świata. Człowiek nierozsądny usiłuje dostosować świat do siebie. Dlatego wszelki postęp dokonuje się dzięki ludziom nierozsądnym" G. B. Shaw

    "Człowiek skazany jest na to by być wolnym. Skazany - nie stworzył bowiem samego siebie, a mimo wszystko jest wolny. Kiedy już raz rzucony zostaje w świat jest odpowiedzialny za wszystko co robi" J. P. Sartre

    "Człowiek spotyka w życiu to, co jest do niego podobne" M. Maeterlinck

    "Człowiek staje się stary, gdy inni zaczynają mu mówić, że młodo wygląda" Anonim 

    "Człowiek starzeje się nie poprzez lata, lecz tylko dlatego, że zdradza swoje idee" M. Hłasko

    "Człowiek tylko z samym sobą jest w zupełnej harmonii" A. Schopenhauer     

    "Człowieka niepokoją i przerażają nie rzeczy same, ale jego przekonania i wyobrażenia o rzeczach."

    "Człowieku - ty jeden pośród żyjących stworzeń jesteś sterem, żeglarzem, okrętem i morzem." J. Kofta

    "Czymże jest życie, jeśli nie ustawiczną możliwością popełniania błędów." Jalu Kurek

    "Czyń tak, jak gdyby zasada twojego postępowania miała się dzięki twojej woli stać powszechnym prawem natury." I. Kant

    "Czyste sumienie wynika najczęściej ze złej pamięci." M. Pagnol

    "...czytanie to jest odnajdywanie własnych bogactw i własnych możliwości przy pomocy cudzych słów." J. Iwaszkiewicz

    "Dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili" E. Burke

    "Do błędów, nagromadzonych przez przodków, dodali to, czego nie znali ich przodkowie - wahanie się i bojaźń; i stało się zatem, że zniknęli z powierzchni ziemi i wielkie milczenie jest po nich" motto -"Nie boska komedia"

    "Dobre wychowanie - ukryć to, jak wysoko człowiek ceni sam siebie, a jak nisko innych" Jean Cocteau

    "Dobro to nie jest wiedza, to jest czyn" R. Rolland

    "Dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu" A. de Saint - Exupery

    "Dopiero w samotności człowiek jest naprawdę sobą" Jose Ortega Y Gasset

    "Doradzając przyjacielowi, staraj się mu pomóc, a nie sprawić przyjemność" Solon

    "Doskonałość polega na niedokończeniu, ponieważ posiada możliwości rozwijania się o nowe cechy" W. Tatarkiewicz

    "Doskonałość tak samo nie jest nam dostępna jak nieskończoność" A. Musset

    "Doświadczenie to szkoła, gdzie człowiek uczy się jakim był wielkim głupcem"  Henry. W. Shaw

    "Dwie przesady: wykluczyć rozum, przyjmować tylko rozum" B. Pascal

    "Dwie rzeczy nie mają granic: wszechświat i ludzka głupota" Albert Einstein

    "Dziewczęta wcześniej czują, niźli chłopcy myślą" Wolter

    "Dzisiaj jesteś starszy niż wczoraj, ale czy lepszy?" K.T. Toeplitz

    "Entuzjazm bez rozumu jest niebezpieczny i bezużyteczny" Novalis

    "Filozofia uczy nas spokojnie znosić nieszczęścia naszych sąsiadów" Oscar Wilde

    "Gatunek ludzki źle znosi duże dawki rzeczywistości" T. S. Eliot

    "Gdyby Bóg nie istniał, należałoby go wymyślić" Wolter

    "Gdyby każdy miał to samo, nikt nikomu nie byłby potrzebny" ks. J. Twardowski

    "Gdyby ktoś mi udowodnił, że Chrystus jest poza prawdą i rzeczywiście było by tak, iż prawda jest poza Chrystusem, to wolałbym pozostać z Chrystusem, niż z prawdą" F. Dostojewski

    "Gdyby tak z człowieka zrobić człowieka, może byłaby szansa ziemię uczynić domem" W. Buryła

    "Gdyby nie było kobiet, pieniądze nie miałyby żadnego znaczenia" A. Onassis

    "Gdybyś w ciągu roku jedną tylko wadę z siebie usunął, prędko stałbyś się świętym" św. Augustyn

    "Gdybyśmy czekali na spotkanie ideału, spędzilibyśmy całe życie w poczekalni" Pitigrilli

    "Gdybyśmy tolerowali u innych to, co tolerujemy u siebie, życie byłoby nie do wytrzymania"  G. Courteline

    "Gdy ludzie przestają wierzyć w Boga, zaczynają wierzyć w cokolwiek" Chesterton

    "Gdy masz zamiar kogoś skrytykować pamiętaj, że nie wszyscy mieli w życiu szanse takie jak ty" F. S. Fitzgerald

    "Gdy rozum śpi, budzą się upiory" F. Goya
    "Gdy w sferze moralnej panuje chaos i zamęt, wolność umiera, człowiek z wolnego staje się niewolnikiem - niewolnikiem instynktów, namiętności czy pseudowartości" Jan Paweł II

    "Geniusz to człowiek rozwiązujący problemy, o których nie wiemy, że je mamy" D. Martin

    "Geniusz to wieczna cierpliwość" Michał Anioł

    "Główną przyczyną naszych porażek i sukcesów w życiu jesteśmy my sami" S. Kłosowski

    "Głupota jest wielka jak morze, wszystko w sobie pomieści" B. Prus

    "Godni miana obywateli są ci, którzy sami wnoszą wkład w poprawę swego losu" Jan XXIII

    "Historia świata jest sumą tego, czego można było uniknąć" B. Russell

    "Idziesz przez świat i światu dajesz kształt przez swoje czyny. Spójrz w świat, w świata kształt, a ujrzysz twoje winy" S. Wyspiański

    "Idź swoją drogą, a ludzie niech mówią, co chcą" Dante

    "Im dalej wstecz spoglądamy, tym dalej widzimy przyszłość" W. Churchill

    "Im ktoś mniej wie, tym ważniejsze mu się wydaje to, co wie" J. Drobnik

    "Im większe szczęście, tym mniej należy mu ufać" Tytus Liwiusz

    "Istnieją tylko dwie tragedie: pierwsza polega na tym, że się nie osiąga tego, czego się pragnie, druga polega na tym, iż właśnie to się osiąga" O. Wilde

    "Istnieją utopie przyjemne i nieprzyjemne. Te drugie bardziej zbliżone są do realności" S. Kisielewski

    "Istota inteligencji polega na umiejętności dostrzegania znaczenia codziennych spraw" Lloyd Jones

    "Istota zła polega na tym, że diabeł tkwi w szczegółach" Anonim

    "Ja nie szukam, ja znajduję" P. Picasso

    "Jaka myśl, taki czyn." Demostenes"Jak niedużo zostaje z człowieka, gdy odjąć od niego wszystko to, co mówią o nim inni" Z. Nałkowska

    "Jaki twój zawód? Być dobym!" Marek Aureliusz

    "Jakże nieopatrznie zadzamy się z prawem niesprawiedliwym godzącym w nas samych" Horacy

    "Jedni przez grzech się wznoszą, inni przez cnotę upadają" W. Shakespeare

    "Jestem, bo jesteś, na tym stoi wiara" ks. J. Twardowski

    "Jestem człowiekiem i nic co ludzkie nie jest mi obojętne" Terencjusz

    "Jestem nie po to, aby mnie kochali i podziwiali, ale po to, abym ja działał i kochał. Nie obowiązkiem otoczenia pomagać mnie, ale ja mam obowiązek troszczenia się o świat i o człowieka" J. Korczak

    "... jest myślicielem: to znaczy umie brać rzeczy prościej niż są" F. Nietzsche

    "Jest luksusem być zrozumiałym" R. W. Emerson

    "Jest obecność rzeczy przeszłych i to nazywa się pamięć. Obecność rzeczy teraźniejszych i to jest postrzeganie. I wreszcie - obecność rzeczy przyszłych, czyli nadzieja" św. Augustyn

    "Jest tylko jedna przyczyna braku szczęścia: fałszywe przekonania" A. de Mello

    "Jest tylko jedna rzecz głupsza od optymizmu - pesymizm" Tristan Bernard

    "Jesteś dzieckiem wszechświata: nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy to jest dla ciebie jasne, czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki, jaki być powinien" Max Ehrmann

    "Jesteśmy tym, co czynimy" H. Bergson

    "Jest na ziemi szczęście, ale w poczciwej pracy - nie w obietnicach losu" J. Conrad

    "Jeszcze nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt z księżmi" J. Tischner

    "Jeśli chcesz być szczęśliwy - bądź nim!" K. Prutkow

    "Jeśli chcesz poznać Boga, naucz się wpierw poznawać samego siebie" Ewagriusz z Pontu

    "Jeśli masz wątpliwości - mów prawdę" M. Twain

    "Jeśli nie wierzymy w nic, jeśli nie uznajemy żadnych wartości, wtedy wszystko jest możliwe i nic nie jest istotne. Wszystko może być dobre a zarazem złe." A. Camus

    "Jeżeli nie wiesz do jakiego portu masz dopłynąć to nie licz, że wiatry ci będą sprzyjać"  Seneka

    "Jeśli się nie przechodzi i nie odświeża ścieżek myślowych, zaczynają zarastać" H. G. Wells

    "Jeśli twój dzień powszedni wydaje ci się ubogi, nie obwiniaj go; oskarżaj raczej siebie, że nie jesteś dość silny, by wydobyć jego bogactwa"  Rainer Maria Rilke

    "Jeśli zamkniesz drzwi przed wszelkim błędem, prawda zostanie za drzwiami" R. Tagore

    "Jeżeli bez protestu pozwalasz, by cię oszukiwano i krzywdzono, jesteś po stronie oszukaństwa i podłości" Mulford

    "Jeżeli chcesz zarobić milion dolarów, to najszybszym sposobem jest stworzenie własnej religii" L. Ron Hubbard

    "Jeżeli marzy tylko jeden człowiek, pozostaje to tylko marzeniem. Jeżeli zaś będziemy marzyć wszyscy razem, będzie to już początek nowej rzeczywistości" Helder Camara

    "Jeżeli nie wiesz, jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie" A. Słonimski

    "Jeżeli zmierzasz do niedoskonałości, jest jakaś szansa, że ją osiągniesz; jeżeli zmierzasz do doskonałości, wtedy nie ma żadnej" S. Butler

    "Każdego dnia otrzymujemy potwierdzenie tego, jak mały jest człowiek i jak nieskończenie ważny" J. Steinbeck

    "Każdy jest kowalem swego losu" Apiusz Klaudiusz Ślepy

    "Każdy na ziemi ma takie niebo, czyściec i piekło, na jakie zasługuje" J. Andrzejewski

    "Każdy umie cierpieć - to ludziom przychodzi najłatwiej -najtrudniejszą i najambitniejszą rzeczą w życiu jest osiągnąć szczęcie" P. Coelho

    "Każdy woli wierzyć, niż wydawać własny sąd" Seneka

    "Kiedy nie wiesz, jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie" A. Słonimski

    "Kiedy widzisz dobrego człowieka, staraj się go naśladować. Kiedy widzisz złego człowieka, zastanów się nad samym sobą"   Konfucjusz

    "Kiedy wszyscy ludzie są tego samego zdania co ja, mam zawsze wrażenie, że się pomyliłem" Oscar Wilde

    "Kobieta jest dla męża tym, czym ten mąż ją uczynił" P. A. Beaumarchais

    "Kobieta jest tajemnicą" S. Wyspiański

    "Kobieta ma zawsze ostatnie słowo w kłótniach małżeńskich, ponieważ słówko, jakie mężczyzna wypowie później, staje się początkiem nowej sprzeczki"  Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała

    "Kobieta nigdy nie widzi, co się dla niej robi. Zawsze dostrzeże, czego się nie robi" G. Courteline                 

    "Kobieta widzi głębiej, mężczyzna dalej. Dla mężczyzny sercem jest świat, dla kobiety - serce światem" Grabbe

    "Kochać, to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, lecz patrzeć razem w tym samym kierunku" A. de Saint - Exupery

    "Kochać to przede wszystkim dawać" E. Fromm

    "Kochać to znaczy wiedzieć jak dużo dawać i jak wiele brać" Anonim

    "Kogo bogowie chcą ukarać, tego czynią pedagogiem" E. Zegadłowicz

    "Komputer to logiczne ogniwo w rozwoju człowieka: inteligencja bez moralności" J. Osborne

    "Konsumowanie rozrywki służy stłumieniu świadomości nieszczęścia. Szczęście to doświadczenie pełni, a nie pustki, którą trzeba wypełnić" E. Fromm

    "Korzystaj z każdego dnia" Horacy

    "Kropla miłości znaczy więcej niż ocean rozumu" Blaise Pascal

    "Księgi są pospolitym narodu ludzkiego skarbem" Onufry Kopczyński

    "Kto nie ma odwagi starać się o swoje szczęście, tym samym udowadnia, że tego szczęścia nie jest wart" C. Goldoni

    "Kto raz znalazł sam siebie, nie może stracić nic na tym świecie. A kto raz zrozumiał człowieka w sobie, zrozumie wszystkich ludzi" S. Zweig

    "Kto tylko o sobie myśli, traci z oczu świat" Karel Capek

    "Kto zna swoją głupotę, nie jest wielkim głupcem" Czuang - Cy

    "Kto życia nie ceni, nie wart go" L. da Vinci

    "Ktoś musi umrzeć, żeby inni poznali wartość życia" V. Woolf

    "Kultura zachodnia zapomina dziś o wymiarze moralnym, duchowym i intelektualnym, a to one są podstawą najważniejszego prawa człowieka, czyli prawa do wolności" Mario Vargas Llosa

    "Lepiej być nieszczęśliwym Sokratesem, niż zadowolonym głupcem" J. S. Mill

    "Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości" M. Twain

    "Lepiej wierzyć niż nie wierzyć, bo jeśli Go nie ma, to nie traci się niczego, a jeśli On jest to wierzący wygrywa kącik w raju"

    "Lepiej zrozumieć mało, niż zrozumieć źle" A. France

    "Los ojczyzny waży się w sercu każdego Polaka" J. Paweł II

    "Ludzie będą dla ciebie źli, jeżeli konieczność nie zmusi ich do tego, by byli dobrzy" N. Machiavelli

    "Ludzie boją się zmian, nawet na lepsze" J. I. Kraszewski

    "Ludzie, którzy naprawdę wierzą w siebie są tylko w domach wariatów" Chesterton

    "Ludzie stworzeni są po to, aby jedni drugim podlegali. Albo więc ich ujarzmij, albo naucz się ich znosić" Marek Aureliusz

    "Ludzie rzadko potrafią być całkiem dobrzy albo całkiem źli" Machiavelli

    "Ludzie są naprawdę wielcy dzięki instytucjom, jakie po nich pozostają" Napoleon Bonaparte

    "Ludzie są równi, tylko nierówność ich dzieli" K. Przerwa - Tetmajer

    "Ludzie wybaczą ci wszystko, oprócz sukcesu" O. Wilde

    "Ludzie wybitni rozmawiają o problemach, ludzie przeciętni o wydarzeniach, ludzie mali o bliźnich" Anonim

    "Łatwiej okazać wdzięczność wobec bogów niż wobec ludzi" Sofokles

    "Łatwiej powiedzieć 'nie' na początku, niż na końcu" L. da Vinci

    "Łatwiej poznać ludzkość niż pojedynczego człowieka" La Rochefoucauld

    "Łatwiej zdobyć sukces, trudniej na niego zasłużyć" Albert Camus

    "Małżeństwo jest jedyną formą niewolnictwa uznaną przez prawo" J. S. Mill

    "Masz wątpliwości - mów prawdę" M. Twain

    "Masz więcej ucząc się, by pragnąć mniej" A. de Mello

    "Mądrość musisz sam z siebie własną dobyć pracą" A. Mickiewicz

    "Mądrość: myśleć ze sceptycyzmem, działać z optymizmem" H. Hesse

    "Mądrzy ciągle się uczą, głupcy najczęściej wszystko umieją" Apolinary Despinoix

    "Mądry ustępuje głupiemu. Smutna to prawda; toruje ona głupocie drogę do opanowania świata" M. von Ebner - Eschenbach

    "Mężczyzna umiera ze zmęczenia, kobieta - ze zmartwienia" H. F. Becque

    "Miej oczy i uszy otwarte" Sokrates

    "Miej odwagę posługiwać się swym własnym rozumem" I. Kant

    "Milczenie - przyjaciel, który nigdy nie zdradza" Konfucjusz

    "Miłość bliźniego nie byłaby tak utrudniona, gdyby ten bliźni nie był tak blisko" N. Mailer

    "Miłość: chwilowe obłąkanie, na które lekarstwem jest małżeństwo" A. Bierce
    "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości lecz współweseli z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje"  św. Paweł

    "Miłość jest dla człowieka najbardziej dostępnym sposobem zachowania w sobie tego, co najlepsze" A. Camus

    "Miłość jest najtańszą z religii" C. Pavese

    "Miłość jest ślepa, ale małżeństwo przywraca jej wzrok" G. Ch. Lichtenberg

    „Miłość jest wolna i niezależna. Nie szukaj, nie błagaj. Jeśli zechce przyjdzie sama.” z opery „Carmen” G. Bizeta

    "Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jest jej urok i piękno" A. Sapkowski

    „Miłość nie jest skarbem, który się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem” Antoine de Saint-Exupery

    "Miłość prawdziwa zaczyna się wówczas, gdy niczego w zamian nie oczekujesz"  Antoine de Saint-Exupéry

    "Miłość sycić trzeba słodkimi słowy" Owidiusz

    "Miłość wszystko zwycięża!" Wergiliusz

    "Młodość - to jedyna rzecz godna posiadania" O. Wilde

    "Mnóstwo ludzi istnieje, ale takich, co naprawdę żyją, można wskazać palcem" F. Chwalibóg

    "Mocno wierzę w szczęście. Ale, co ciekawsze, im ciężej pracuję, tym mam go więcej" Stephen Leacock

    "Moment w którym doświadczasz bolesnej straty, może być w istocie chwilą, w której zostałeś najhojniej obdarowany" Dalajlama

    "Moralność upada na coraz wygodniejsze posłania" S. J. Lec

    "Motłochem bywamy wszyscy, kiedy poddajemy się bezwolnie fali zbiorowej emocji" K. Zanussi

    "Możliwości są bardziej przerażające niż rzeczywistość" S. A. Kierkgaard

    "Możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące" P. Coelho

    "Móc czegoś nie chcieć to już jest szczęście" M. Dąbrowska

    "Mów to co myślisz, rób o czym mówisz - oto oznaki prawdziwego człowieczeństwa" Sathya Sai Baba

    "Musicie od siebie wymagać, choćby inni od was nie wymagali" Jan Paweł II

    "Musimy być niewolnikami praw, abyśmy byli wolni" Cyceron

    "Muzyka łagodzi obyczaje" S. Kisielewski

    "Myśleć to co prawdziwe, czuć to co piękne i kochać co dobre - w tym cel rozumnego życia" Platon

    "Myślenie ma kolosalną przyszłość" J. Abramow

    "Myślę, więc jestem" Kartezjusz

    "Myśli powinny być lepsze od pragnień" Demostenes

    "Myśli służą usprawiedliwieniu ludzkich występków, a słowa ukryciu myśli" Voltaire

    "Myśl leci w powietrzu, a słowa idą po ziemi - na tym polega dramat pisarza" J. Green

    "My wszyscy korzystamy z siebie wzajemnie i nazywamy to miłością, a kiedy nie możemy posłużyć się sobą - nazywamy to nienawiścią" T. Williams

    "Najbardziej podniecająca część ciała to ta, gdzie rozchyla się ubranie" R. Barthes

    "Najbliższy jestem sam sobie" Terencjusz

    "Najgorszym wrogiem wiedzy nie jest niewiedza, lecz wiedza połowiczna" Enrico Fermi

    "Najlepsze jest wrogiem dobrego" Voltaire

    "Najlepsze lekarstwo na gniew - poczekać" Seneka

    "Najlepszy sposób na zrobienie fortuny to uświadomienie ludziom, że wspieranie twych interesów jest w ich własnym interesie" Jean de la Bruyere

    "Najłatwiej jest mieć wysokie mniemanie o sobie, trudniej jest bezinteresownie czynić dobro, najtrudniej zaś jest dostrzegać dobro i piękno w innych ludziach, narodach i wyznaniach" Satya Sai Baba 

    "Najskuteczniejszą pociechą w każdym nieszczęściu jest przyjrzenie się innym ludziom, jeszcze bardziej nieszczęśliwym niż my" A. Schopenhauer

    "Najstraszniejsze są grzechy, z których nie ma uciechy" S. J. Lec

    "Największa rzecz na świecie to umieć należeć do siebie." M. Montaigne

    "Największa satysfakcja w życiu to świadomość, że się nikogo nie skrzywdziło"  Antyfanes

    "Największą sztuką życia jest umieć z wdziękiem się zestarzeć" W. S. Maugham

    "Największy błąd to szukanie prawdy absolutnej" S. Butler

    "Największy ból - to uświadomić sobie, że nie jest się panem swego losu" F. Mauriac

    "Największym powodem do chwały nie jest to, że nigdy nie upadamy, ale to, że potrafimy się po upadku podnieść" Konfucjusz

    "Największym złem nękającym świat jest nie siła ludzi złych, lecz słabość najlepszych" R. Rolland

    "Należy tak zorganizować życie, aby każda chwila w nim miała swoje znaczenie" I. Turgieniew

    "Nasze ideały, jak dawni bogowie, nieustannie domagają się ludzkich ofiar" J. B. Shaw

    "Nasze życie jest tym, czym czynią je nasze myśli" Marek Aureliusz

    "Naród polski cierpi na infantylizm (...), brak poczucia rzeczywistości, brak zastanawiania się nad własnymi czynami i przewidywania ich następstw, powierzchowność i niestałość, słabe uspołecznienie..." K. Twardowski

    "Natura jest zawsze mądrzejsza od ludzkich pomysłów" A. Kępiński

    "Natura nic nie czyni na próżno" Arystoteles

    "Natura nie znosi próżni" F. Rabelais

    "Natura zawsze była silniejsza od wychowania" Wolter

    "Nawet cierpieć trzeba według szablonu, żeby być zrozumianym przez ludzi" W. Perzyński

    "Nauczyć kochać, nauczyć rozpoznawać miłość, nauczyć być szczęśliwym, to znaczy, nauczyć szanować samego siebie" A. Makarenko

    "Nauka bez religii kuleje, religia bez nauki ślepnie" A. Einstein

    "Nic ani nikt poza tobą samym nie może sprawić, byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" A. de Mello

    "Nic bardziej nie czyni człowieka tchórzliwym i pozbawionym sumienia, niż chęć podobania się wszystkim" M. von Ebner-Eschenbach

    "Nic na świecie nie jest tak sprawiedliwie rozdzielone, jak rozum; każdy uważa, że ma go dosyć" J. Tati

    "Nic samo w sobie nie jest dobre lub złe. Wszystko zależy od naszych myśli"

    "Nie bądź podejrzliwy, ani łatwowierny. Bądź ostrożny!"

    "Nie bój się swoich wrogów - oni cię tylko mogą zabić. Nie bój się przyjaciół - oni cię tylko mogą zdradzić. Bój się obojętnych - oni nie mordują ani nie zdradzają, ale za ich milczącym przyzwoleniem światem rządzi mord i zdrada" Anonim

    "Nie chciejcie ojczyzny, która was nic nie kosztuje" Jan Paweł II

    "Niech mowa nie wyprzedza myślenia" Chilon

    "Nie chowaj nienawiści po wsze czasy, ty, który sam nie jesteś wieczny" Arystoteles

    "Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj" św. Paweł

    "Nie jest najgorsze to, że ludzie wielu rzeczy nie wiedzą, gorsze jest to, że wiedzą tak wiele rzeczy niepotrzebnych" Josh Billings

    "Nie każdy musi być wielkim człowiekiem, być człowiekiem to już bardzo dużo" A. Camus

    "Nie ma dzieci - są ludzie" J. Korczak

    "Nie ma geniuszu bez ziarna szaleństwa" Arystoteles

    "Nie ma rozwoju świadomości bez cierpienia" C. G. Jung

    "Nie martw się o jutro. Nigdy nie wiesz, co cię spotka dziś" przysłowie żydowskie

    "Nie martw się tym, na co nie masz wpływu"

    "Nie ma większego piękna nad życie" J. Ruskin

    "Nie ma złej drogi w życiu. Każda droga jest innym zestawem komplikacji" Stanisław Kłosowski

    "Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie utracić" Werner Finck

    "Nie można mieć władzy nad tym, co się kocha" G. Greene

    "Nie można poświęcać tego, co niezbędne, w nadziei zdobycia tego, co zbyteczne" A. Puszkin

    "Nie musisz nic udowadniać komukolwiek. Cała rzecz w tym, czy to, co robiłeś, wykonałeś najlepiej jak umiałeś"  H. Jackson Brown

    "Nie myśl o szczęściu. Nie przyjdzie - nie zrobi zawodu; przyjdzie - zrobi niespodziankę" B. Prus

    "Nie nagość ciała, ale nagość duszy jest straszna" S. Brzozowski

    "Nie należy ludzi sądzić według ich przekonań, lecz według tego, co przekonania te z nich czynią" G. Ch. Lichtenberg

    "Nie należy mylić prawdy z opinią większości" J. Cocteau

    "Nie odpowiadaj głupiemu według głupstwa jego, abyś nie był jemu podobny" Księga Przysłów

    "Nie przejmuj się niedostatkiem, przejmuj się zbytkiem" L. Tołstoj

    "Nieprzyjemne prawdy są zawsze lepsze od przyjemnych złudzeń" J. F. Kennedy

    "Nie rozcinaj tego, co możesz rozplątać" Joseph Joubert

    "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" św. Mateusz

    "Nie starzeje się ten, kto nie ma na to czasu" B. Franklin

    "Nieszczęścia zsyłane są nam po to, abyśmy uważniej przyjrzeli się swemu życiu" M. Gogol 

    "Nie tam jesteśmy w domu, gdzie mieszkamy, lecz tam, gdzie nas rozumieją" Ch.Morgenstern

    "Nie to co mam, ale to co tworzę, jest moim posiadaniem" Thomas Carlyle

    "Nie umiera ten, kto trwa w pamięci żywych"

    "Nie wszystko możemy wszyscy" Wergiliusz 

    "Nie wystarczy zdobywać mądrość, trzeba jeszcze z niej korzystać" Cyceron     

    "Nie wszystko da się wyrazić słowami, niektórych rzeczy lepiej wcale nie mówić" F. Dostojewski         

    "Niewiele byłoby zła na świecie, gdyby nie można go było popełniać w imię dobra"   M.Ebner-Eschenbach 

    "Nie w szczęściu, ale w nieszczęściu okazać może człowiek prawdziwa swą wielkość i cnotę" F. Schiller

    "Nie wystarczy dużo wiedzieć, ażeby być mądrym" Heraklit z Efezu

    "Nie zaznasz spokoju, dopóki nie odkryjesz, jak wybaczać sobie, jak wybaczać innym i jak pozwolić, by inni wybaczyli tobie" Dorothy Rowe

    "Nieznośnie jest żyć w kraju, w którym nie ma poczucia humoru, ale jeszcze gorzej jest żyć tam, gdzie poczucie humoru jest do życia konieczne" B. Brecht

    "Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon, bije on tobie" J. Donne

    "Nigdy nie zapominaj najpiękniejszych dni twego życia! Wracaj do nich, ilekroć w twym życiu wszystko zaczyna się walić" P. Bosmans

    "Nigdy nie zna się ludzi całkowicie" H. Mann

    "(...) nikt nie może stracić z oczu tego, czego pragnie. Nawet kiedy przychodzą chwile, gdy zdaje się, że cały świat i inni są silniejsi. Sekret tkwi w tym, by się nie poddać" Paulo Coelho

    "Nikt nie wydaje się bardziej obcy niż ktoś, kogo się kiedyś kochało" E. M. Remarque

    "Oceniając człowieka pomyśl, co byłby wart, gdyby nie był na stanowisku" O. Wilde

    "Oceniaj swój sukces na podstawie tego, czy cieszysz się zdrowiem, spokojem i miłością" H. Jackson Brown Jr

    "Odwaga jest to wiedza o tym, czego się bać trzeba, a czego nie" Platon

    "Odrzucać pochwałę to zdradzać pragnienie usłyszenia jej ponownie" F. de la Rochefoucauld

    "Odzywaj się tylko wtedy, gdy wiesz o co chodzi" Sokrates

    "Okropne jest to, że nie można żyć z kobietami, ani bez nich" George Byron

    "Okrutną zagadką jest życie" Nikos Kazantzakis

    "Optymizm jest ślepy, pesymizm gorzki" J. Cocteau

    "Optymizm jest zawsze wynikiem niedostatecznych informacji" J. Tati

    "Osądzając, jesteśmy jak ludzie. Przebaczając, zachowujemy się jak Bóg" Anonim

    "O sztuce można mówić wtedy, kiedy emocje są okiełznane przez intelekt" W. Waglewski

    "O własnych stój siłach - nie zaś podtrzymywany" Marek Aureliusz

    "Owoc zakazany smakuje najlepiej" Owidiusz

    "Pamiętaj, że nieotrzymanie tego, czego pragniesz, jest czasami cudownym zrządzeniem losu" Dalajlama

    "Panie, daj mi pogodę ducha, żebym pogodził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagę, żebym zmienił to, co mogę zmienić, oraz mądrość, żebym potrafił odróżnić jedno od drugiego" F. Oetinger

    "Paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy" T. Boy - Żeleński

    "Pesymista to dobrze poinformowany optymista" Anonim

    "Pewnego przyjaciela poznaje się w sytuacji niepewnej" Enniusz

    "Piekło jest tu, gdzie jesteś, a raj jest tam, dokąd idziesz" P. Trzaskalski

    "Pieniądze nie dają wprawdzie szczęścia, ale bez nich jest jeszcze gorzej" G. Guareschi

    "Pieniądz jest bezwonny, ale się ulatnia" S. J. Lec

    "Pierwszą podstawą wartości pracy jest sam człowiek - podmiot (...) O ile prawdą jest, że człowiek jest przeznaczony i powołany do pracy, to jednak nade wszystko praca jest >>dla człowieka<<, a nie człowiek >>dla pracy<<" Jan Paweł II

    "Pierwszy krok do zrzucenia niewoli jest odważyć się być wolnym, pierwszy krok do zwycięstwa - poznać się na własnej sile" T. Kościuszko

    "Pierwszym warunkiem szczęścia jest rozsądek" Sofokles

    "Piękna kobieta - to raj dla oczu, piekło dla duszy, a czyściec dla kieszeni" W. Shakespeare

    "Piętnujcie zło nie żywiąc nienawiści, nienawiść bowiem jest przyczyną zła"

    "Pobłażać, znaczy nie wychowywać" G. Zapolska

    "Podążaj za tym, który wie" Wergiliusz

    "Podstawą szczęścia jest wolność, a wolności - odwaga" Tukidydes

    "Podobanie się wszystkim nie jest zajęciem dla polityków" M.Thatcher

    "Podróże kształcą wykształconych"

    "Podstawą cierpienia jest trwanie, podstawą radości jest chwila" F. Ch. Hebbel

    "Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyć przełożonego" Piotr I (car Rosji, ukaz z 1708 r.)

    "Poezja to przemiana krwi w atrament" T. S. Eliot

    "Polacy są poetami w polityce, a politykami w poezji" Otto von Bismarck

    "Polegaj na sobie samym. Wiara w siebie jest najlepszym środkiem wzmacniającym" Satya Sai Baba

    "Politykowi nie wolno być niewolnikiem własnych słów" Machiavelli

    "Połowy dokonał, kto zaczął" Horacy

    "Pomóż sobie sam, to i Bóg ci pomoże" J. La Fontaine

    "Pomyślność najlepiej ujawnia przywary, przeciwność najlepiej ujawnia cnoty" F. Bacon

    "Postęp to znaczy lepsze, a nie tylko nowe" Lope de Vega

    "Postęp w wieku dojrzałym polega na tym, żeby się ciągle oglądać za siebie, aby poznać, gdzie się błądziło" J. Joubert

    "Postępuj zawsze tak, jakby to, co czynisz miało być twoim ostatnim uczynkiem" E. Canetti

    "Postępuj z drugim człowiekiem tak, jak byś chciał, aby on postępował z tobą" Anonim

    "Pośród niezliczonych dzieł człowieka najważniejszym bez wątpienia jest jego własna osoba" J. S. Mill

    "Powiedz mi, a na pewno zapomnę. Pokaż, a jest szansa, że zapamiętam. Pozwól przeżyć, a będę pamiętać całe życie" Konfucjusz

    "Poznaj samego siebie" Sokrates

    „Pożądasz nie tego, co widzisz, lecz tego co sobie wyobrażasz” P. Coelho

    "Póki nie jesteś świadom samego siebie, nie masz prawa zmieniać innych" A. deMello

    "Prawdziwa cnota krytyk się nie boi" I. Krasicki

    "Prawdziwa podróż odkrywcy polega nie na poszukiwaniu nowych krajobrazów, ale na odnalezieniu nowych oczu" M. Proust

    "Prawdziwa wiedza - to znajomość przyczyn" F. Bacon

    "Prawdziwe cierpienie może nas spotkać tylko ze strony tych, których kochamy" Anna Kamieńska

    "Prowincja to nie miejsce zamieszkania, to ciasnota horyzontów myślowych" Anonim

    "Przeciwieństwem prawdy płytkiej jest fałsz, przeciwieństwem prawdy głębokiej może być inna głęboka prawda" A. Einstein

    "Przeciwności losu uczą mądrości, powodzenie ją odbiera" Seneka

    "Przed sobą nie uciekniesz" J. W. Goethe

    "Przegrać to nie znaczy nie mieć racji"

    "Przestań cały czas myśleć, że kogoś krępujesz, że komuś przeszkadzasz! Jeśli ludziom się to nie spodoba, upomną się o swoje! A jeśli nie będą mieli odwagi, to już ich sprawa" P. Coelho

    "Przyjaźń może zakończyć się miłością, ale miłość nigdy nie może zakończyć się przyjaźnią" Ch. Colton

    "Przyjaźń prawdziwa istnieje dopiero wtedy, gdy człowiek nie ma nic, bo wówczas przyjaciel jest jego jedynym majątkiem" D. Diderot

    "Przyzwyczajenie jest drugą natura człowieka" Cyceron

    "Religia, tak jak się ją dzisiaj praktykuje, przede wszystkim zwraca uwagę na kary i nagrody. Innymi słowy, podtrzymuje strach i zachłanność - dwie rzeczy, które najbardziej niszczą duchowość" A. de Mello

    "Religie są systemami psychoterapeutycznymi" C. G. Jung

    "Religio, ileż nieszczęść możesz spowodować" Tytus Lukrecjusz

    "Rozsądek jest jak kobieta, często go słychać, lecz nikt go nie słucha" P. Chesterfield

    "Rozsądek polega na przystosowaniu się do sytuacji" Voltaire

    "Rzeczy siedzą w siodle i ujeżdżają ludzkość" L. Emerson

    "Rzeka prawdy płynie korytem błędów(...)" Rabindranath Tagore

    "Samo zwycięstwo nic nie znaczy, trzeba umieć je wykorzystać" Napoleon Bonaparte

    "Są dwa dni, o które nikt nie powinien kiedykolwiek się martwić - wczoraj i jutro" R. J. Burdette

    "Są rzeczy znane i nieznane, a pomiędzy nimi drzwi" W. Blake

    "Są słowa, bez których nie potrafimy żyć, takie jak miłość, sprawiedliwość i dobroć. Dajemy się im zwieść, potem się do nich rozczarowujemy tylko po to, żeby wierzyć w nie jeszcze bardziej" Elias Canetti

    "Sądzić powinna tylko chłodna głowa, nigdy gorące serce" B. Prus

    "Seks to cena, którą kobiety płacą za małżeństwo. Małżeństwo jest ceną, którą mężczyźni płacą za seks" A. i B. Pease

    "Serce ma swoje racje, których rozum nie zna" B. Pascal

    "Serce miej otwarte dla wszystkich, zaufaj niewielu" W. Schakespeare

    "Serce nigdy nie ma zmarszczek. Ono ma blizny" S. G. Colette

    "Słabi nigdy nie potrafią przebaczyć. Przebaczenie jest cnotą silnych" Mahatma Gandhi

    "Słowa nie są w stanie oddać rzeczywistości. Mogą tylko na nią wskazywać" A. deMello

    "Słowa są najpotężniejszą bronią, jaką się ludzkość posługuje" R. Kipling

    "Słowa trzeba ważyć, nie liczyć" Leonardo da Vinci

    "Spokój jest więcej wart niż prawda" Wolter

    "Spraw, aby każdy dzień miał szansę stać się najpiękniejszym dniem twojego życia" M. Twain

    "Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie" O. Wilde

    "Swoboda to nie nasza zgoda z rzeczywistością, lecz zgoda rzeczywistości z nami" S.Brzozowski

    "Sposobem na kochanie czegokolwiek jest uświadomienie sobie, że moglibyśmy to utracić" G. K. Chesterton

    "Spostrzegamy i wytykamy bliźniemu tylko te błędy, z których sami nie możemy wyciągnąć żadnych korzyści" Giovanni Guareschi

    "Starajcie się zostawić ten świat lepszym niż go zastaliście" R. Baden-Powell

    "Straszną jest rzeczą, kiedy dusza szybciej zmęczy się życiem niż ciało" Marek Aureliusz

    "Szczęście jest kobietą" F. Nietzsche

    "Szczęścia nie ma, ale istnieją przyjemności" A. Schweitzer

    "Szczęście dotąd trwa, póki je człowiek ocenia należycie. A dla człowieka wartość ma tylko to, co ciężko się zdobyło" T. Dołęga - Mostowicz

    "Szczęście nie jest ani dziełem przypadku, ani darem bogów. Szczęście to coś, co każdy z nas musi wypracować dla samego siebie" E. Fromm

    "Szczęście nie jest stacją, do której się przyjeżdża. Szczęście to sposób podróżowania" Anna  Dymna

    "Szczęście nie znaczy nic, jeśli inni o nim nie wiedzą, a znaczy bardzo mało, jeśli go nam nie zazdroszczą" Samuel Johnson 

    "Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli" Albert Schweitzer

    "Szczęśliwe małżeństwo to takie, w którym mąż rozumie każde słowo, którego żona ... nie wypowiedziała" Alfred Hitchcock

    "Szczęśliwy naród, który ma poetę i w trudach swoich nie kroczy w milczeniu" Czesław Miłosz

    "Szkoła była i jest anormalnością młodości, zakładem psychiatrycznym. Wszystko złe, cała udręka ciążąca nad naszym życiem to remanenty szkoły" E. Zegadłowicz

    "Sztuka jest po to, by niepokoić. Wiedza umacnia" G. Braque

    "Sztuka jest sposobem wybaczania światu jego zła i chaosu" L. Kołakowski

    "Sztuka mądrości polega na tym, by wiedzieć, co należy przeoczyć" W. James

    "Sztuka trwa, życie przemija" Hipokrates

    "Śmiech zmniejsza odległość między ludźmi" Anonim

    "Świat jest grzechem pierworodnym Boga" F. Hebbel

    "Światu grożą trzy plagi: pierwsza - to plaga nacjonalizmu, druga - to plaga rasizmu, trzecia - religijnego fundamentalizmu" R.Kapuściński

    "Tajemnica szczęścia nie leży w posiadaniu rzeczy, ale w rozkoszowaniu się nimi" Delacroix

    "Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość - te trzy; z nich zaś największa jest miłość" św. Paweł

    "Talent jest rzeczą pospolitą, warunki zaś, w których mógłby się rozwijać - rzeczą bardzo rzadką" Helwecjusz

    "To smutne, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie rozsądni tacy pełni wątpliwości" B. Rusell

    "Ten, kto boi się jutra nie zdaje sobie sprawy, że wczoraj może być równie niebezpieczne" A. de Mello

    "Ten kto ma odwagę sądzić samego siebie, staje się coraz lepszy" A. Schweitzer

    "Ten świat jest komedią dla tych, którzy myślą, i tragedią dla tych, którzy czują" Horacy

    "Ten zwycięża, choćby był powalony i zdeptany, kto miłuje, a nie ten, kto z nienawiści depcze. Kto nienawidzi, już przegrał!" prymas S. Wyszyński

    "Teraźniejszość jest wszystkim, co masz" film K-PAX

    "To co mówisz niech będzie pełne treści. I niech nie wychodzi z twoich ust żadne słowo zawieszone w próżni i pozbawione znaczenia" Święty Ambroży

    "To jest polska patologia, że się preferuje zryw bohaterski, a nie docenia się wartości pracy organicznej, zaś za niestosowność - jeśli nie hańbę - uważa się zdolność do kompromisów" Ewa Żarnecka-Biały

    "Trudno jest iść przez życie wieloma drogami jednocześnie" Pitagoras

    "Trzeba działać jak człowiek myślący, trzeba myśleć jak człowiek czynu" H. Bergson

    "Trzeba mieć niemało odwagi, aby się ukazać takim, jakim się jest naprawdę"  S. Kierkegaard

    "Trzeba umieć żyć godnie z samym sobą"

    "Trzeba żyć, a nie tylko istnieć" Plutarch

    "Tych, których chcemy zniszczyć, wynośmy wysoko. Stamtąd najłatwiej się spada" Anonim

    "Tylko człowiek, który pracuje może cieszyć się z wypoczynku" Jerome K. Jerome

    "Tylko dwie rzeczy są nieskończone - wszechświat i ludzka głupota, ale nie jestem pewien co do tej pierwszej" A. Einstein

    "Tylko martwi nie mają nadziei" Teokryt

    "Tylko nadzieja pozwala ujrzeć to, co niewidzialne, dotknąć tego, co nieuchwytne, dokonać tego, co niemożliwe" J. MacWright

    "Tylko nowe złudzenia chronią nas od rozpaczy po stracie dawnych" F Chwalibóg

    "Tylko silni umieją przebaczać" E. Orzeszkowa

    "Uboczne cechy charakteru mężczyzny to zasadnicze cechy charakteru kobiety" Novalis

    "Umiera się nie dlatego by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej" P. Coelho

    "Umysł jest sobie światem i sam zdoła z piekła uczynić niebo, a z nieba piekło" J. Milton

    "Uważaj na wielkie kłopoty, kryją się za nimi wielkie szanse" H. Jackson Brown Jr

    „Uważaj na swoje myśli, stają się słowami. Uważaj na swoje słowa, stają się czynami. Uważaj na swoje czyny stają się nawykami. Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem. Uważaj na swój charakter, on staje się twoim losem” Frank Outlaw

    "Wątpliwości nie rujnują wiary, lecz umacniają ją" L. Tołstoj

    "Wady czynią ludzi pociągającymi" B. Schulz

    "Walkę stworzyła natura, nienawiść wynalazł człowiek" Karel Capek

    "Ważniejsze jest, co ty myślisz o sobie samym, niż to, co o tobie myślą inni"   Seneka Mlodszy

    "W dziele sztuki najwięcej jest warte to, czego nie można wytłumaczyć" G. Braque

    "W głębi serca wszystko jest dozwolone" M. Montaigne

    "Wiara bez uczynków martwa jest" św. Jakub

    "Wiara jest to pewność bez dowodu" H. F. Amiel

    "Wiara, że jesteśmy w stanie zrobić wszystko, złagodzić każdy ból, rozwiązać każdy konflikt, to nie współczucie, to pycha" o. Anselm Grun

    "Wiedza nie opiera się wyłącznie na prawdzie; także na błędach" C. G. Jung

    "Wiedza to władza. Ale niewiedza, niestety, nie oznacza jeszcze braku władzy." Niels Bohr

    "Wiedzę możemy przejmować od innych ludzi, mądrości musimy nauczyć się sami. Źródło jej bierze początek z nas samych, z milczącej głębi naszych samotnych rozmyślań i marzeń." A. Munthe

    "Wiedziałem, że będzie zadowolona ze mnie, jeżeli sprawię, iż będzie zadowoloną z siebie." G. G. Casanova

    "Wiek nie chroni przed miłością, ale miłość chroni przed upływem czasu.”

    "Wiele trzeba mocy, by umieć żyć wiedząc, jak bardzo życie i niesprawiedliwość są ze sobą złączone." F. Nietzsche

    "Wielkość człowieka polega na jego postanowieniu by być silniejszym niż warunki czasu i życia" Albert Camus

    "Wielu obdarzyła natura talentem współczucia, niewielu - współradości." F. Hebbel

    "Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło filozofom." W. Shakespeare

    "Większość ludzi używa głowy nie do myślenia, ale do potakiwania." Evelyn Waugh

    "Widok cudzego powodzenia jest najcięższą próbą dla naszej moralnej postawy." A. Cronin

    "Wiedza daje pokorę wielkiemu, dziwi przeciętnego nadyma małego." L. Tołstoj

    "Własną głupotę ludzie zwykli nazywać doświadczeniem." O. Wilde

    "W miłości kobiety zawsze więcej dają niż otrzymują." Louis Desnoyers

    "W miłości pragniesz by ci wierzono, w przyjaźni by cię rozumiano." M. Achard

    "W mowie jest chwała i hańba człowieka." Mądrość Syracha

    "W nas jest raj, piekło i do obu szlaki." J. Kaczmarski

    "W nauce nic nie jest tak złe, aby to całkowicie odrzucić, i nic nie jest tak dobre, aby to całkowicie przyjąć." J. Kozielecki

    "Wobec przeszłości - skłoń głowę, wobec przyszłości - zakasz rękawy." H. L. Mencken

    "Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu." K. Przerwa-Tetmajer

    "Wolność jest to prawo czynienia wszystkiego, co nie szkodzi innym." K. Marks

    "Wolność to dobra rzecz, dlatego trzeba bardzo uważać, ażeby nikt nie brał jej sobie za wiele." H. Mann

    "Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć." Jan Paweł II

    "Wszelkie niezadowolenie z tego, czego nam brak, płynie z braku wdzięczności za to, co już posiadamy." D. Defoe

    "Wszystko, co potępiamy u innych znajdziemy we własnej duszy" Seneka

    "Wszystko jest trucizną decyduje tylko dawka." Paracelsus

    "Wszystko można nabyć w samotności, prócz charakteru." Stendhal

    "Wszystko powinno się upraszczać na ile to możliwe, ale nie bardziej. " A. Einstein

    "Wszystko się zmienia z wyjątkiem samego prawa zmiany." Heraklit z Efezu

    "Wszystko więc, cokolwiek chcecie, aby ludzie wam czynili, i wy im czyńcie" św. Mateusz

    "W wychowaniu nie tyle dają się ocenić korzyści dobrej edukacji, ile - następstwa złej."  A. Dygasiński

    "Wykształcenie stanowi najlepsze zabezpieczenie na starość" Arystoteles

    "Wymagaj dużo od siebie, nie oczekuj wiele od innych. To najlepszy sposób, aby zaoszczędzić sobie wiele rozczarowań."

    „Wymagajcie od siebie, nawet jeśli nikt od was nie wymaga” Jan Paweł II

    "Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy." A. Einstein

    "W życiu wszystko jest przypadkowe z wyjątkiem przypadku." E. Rohmer

    "Zacząłbym wierzyć w Boga, ale odstrasza mnie ogromna ilość pośredników" Anonim

    "Zadawaj się z tymi, którzy cię mogą uczynić lepszym" Seneka

    "Zajrzyj w siebie! W twoim wnętrzu jest źródło, które nigdy nie wyschnie, jeśli potrafisz je odszukać."   Marek Aureliusz

    "Zasada sprzeczności sięga głębiej w naturę bytu niż zasada tożsamości." G. W. F. Hegel

    "Zawsze kiedy jest problem, jest jakieś rozwiązanie; zatem jeśli nie ma rozwiązania, nie ma problemu." Anonim

    "Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam się pojąć, jakim wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki jakie niesie nam los." Paulo Coelho

    "Zawsze warto być człowiekiem, choć tak łatwo zejść na psy." Dżem

    "Zazdrościć - to uznać swoją niższość." Pliniusz Młodszy

    "Zdolny tworzy, niezdolny poucza" J. B. Shaw

    "Zdrowy rozsądek może zastąpić każdy stopień wykształcenia, lecz żadne wykształcenie nie zastąpi zdrowego rozsądku." G. Ch. Lichtenberg

    "Ze wszystkich domowych środków leczniczych najlepszym jest dobra żona." Frank Hubbard

    "Zjawisko lub przedmiot może być czasami zbyt blisko, by je dostrzec." G. K. Chesterton

    "Złe nie śpi, natomiast dobre zasypia bardzo często." Stefan Kisielewski

    "Zło jest potężne przez to, że chwyta się wszelkich środków, przed których użyciem wzdraga się dobro, skazując się tym samym na słabość." J. A. Zajdel

    "Zło nienazwane i nierozliczone przestaje być traktowane jak zło i staje się częścią normalnego życia" K. Gottesman

    "Złota zasada w życiu: wymagać mało od świata, a dużo od siebie." Władysław Biegański

    "Zmień myśli, a zmienisz życie." T. Niwiński

    "Znają siebie jedynie ludzie płytcy." Oscar Wilde

    "Zostawiaj wszystko w nieco lepszym stanie niż zastałeś" H. Jackson Brown Jr

    "Zrozumienie samego siebie jest początkiem mądrości." Krishnamurti

    "Z pamięci o bliskich utkana jest nasza tożsamość" Karel Capek

    "Żal wystarcza sam sobie, ale aby osiągnąć prawdziwą radość, trzeba ją z kimś podzielić." M. Twain

    "Żeby być sobą, trzeba być kimś." S. J. Lec

    "Życia wyłącznie dla siebie nie można nazwać życiem." Menander

    "Życie jest absurdem, a śmierć jego ostatnim słowem, trzeba jednak ukłonić się, gdy zapada kurtyna. Zapomnij o swoich grzechach, rozwesel widownię - baw się tym, to już twoja ostatnia okazja" Monthy Python

    "Życie jest bankietem. Tragedią tego świata jest, że większość umiera na nim z głodu." Anthony de Mello "Przebudzenie"

    "Życie jest budzeniem się." F. Hebbel

    "Życie jest ciągłą walką, a pokój jest tylko owocem zwycięstwa." J. Conrad - Korzeniowski

    "Życie jest komedią dla tych, którzy patrzą, a tragedią dla tych, którzy czują." J. Swift

    "Życie jest kwarantanną na drodze do raju." Karol Juliusz Weber

    "Życie jest sztuką wyciągania wystarczających wniosków z niewystarczających przesłanek."  S. Butler

    "Życie jest to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, (lecz) nic nie znacząca." W. Shakespeare

    "Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią, gdy widziane z daleka." Ch. Chaplin

    "Życie jest szpitalem, w którym każdy pacjent jest opanowany chęcią zmiany swego łóżka." Ch. Baudelaire

    "Życie jest zawsze takie, / że jest się w nim, moje złoto, / albo zimnym łajdakiem, / albo natchnionym idiotą." K. I. Gałczyński

    "Życie jest zbyt poważną sprawą, żeby brać je serio."

    "Życie ma to do siebie, że nie można go powtórzyć." Z. Trzaskowski

    "Życie nie jest ani celem ani środkiem; życie jest prawem." H. Heine

    "Życie nie jest ani lepsze, ani gorsze od naszych marzeń. Jest tylko zupełnie inne." W.  Shakespeare

    "Życie nie jest ani tak złe, ani tak dobre, jak sobie wyobrażamy." Guy de Maupassant

    "Życie pośmiertne to najbardziej dochodowa fikcja, o jakiej wiem." W. H. Gass

    "Życie poświęć dla prawdy." Juvenalis 

    "Życie to jeden długi proces stawania się zmęczonym." S. Butler

    "Życie to jest to, co przytrafia ci się, gdy zajęty jesteś robieniem czegoś innego." J. Lennon

    "Życie to raj, do którego klucze są w naszych rękach." Fiodor Dostojewski

    "Żyć to być stronniczym." F. Hebbel

    "Żyć - to myśleć." Cyceron 

    "Żyć znaczy walczyć." Seneka 

    "Żyjemy na tym świecie dotąd, dopóki kochamy." R. Tagore   

    "Żyjemy nie tak, jak byśmy chcieli, lecz tak, jak możemy." Menander

    "Żyj tak, jakbyś miał żyć wiecznie, a pracuj tak, jakbyś miał umrzeć jutro." Przysłowie chińskie

Znalezione na: http://wienmar.republika.pl/cytaty.htm
9
Darmowa Energia / Odp: Marek Płużański - Siedem źródeł energii
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Nie) 05.02.2017, 02:23:33 »
Dziwne losy góry Żar

Na początku XVIII wieku stały się modne badania elektryczności. Uczeni, badacze tajemnic natury, starali się wyjaśnić zjawiska, które obserwowali. A dostrzegali już niemało. Wiedzieli, że pomiedzy ciałami naładowanymi elektrycznie (przez potarcie) mogą występować zarówno siły przyciągając, jak i odpychające; że ciało trzymane blisk ciała naładowanego również staje się naładowan; wreszcie, ze istnieją dwa rodzaje elektryczności – podobne ładunki odpychają się, zaś różne przyciągają. Daleko jeszcze było do zrozumienia istoty zjawisk, lecz każde doświadczenie przynosiło coś nowego.
Jednym z tych eksperymentatorów był profesor Musschenbroeck (wym. Muszenbrek), mieszkający w mieście Leyden, w Holandii. Pewnego dnia w 1746 roku, czcigodny frofesor próbował naładować elektrycznie wodę, którą trzymał w szklanym naczyniu. W tym celu maszynę elektrostatyczną (jaką – nie wiem, ale mogła to być na przykład osadzona na żelaznym pręcie obracanym korbą, kula siarki, która elektryzowała się przez tarcie o rękę) połączył z wodą w naczyniu za pomocą metalowego przewodu. Oczywiście połączenie z wodą polegało na zanurzeniu w niej przewodu. Kiedy już uczony uznał, że dość długo kręcił korbą, wziął naczynie z wodą do ręki i sięgnął po drut, aby go wyjąć z wody.
Nie był to krok rozważny, ale skąd Musschenbroeck miał o tym wiedzieć? W każdym razie pewne jest, że wiecej tego nie zrobił. Otrzymał bowiem tak silne uderzenie prądem, że upadł bez czucia na podłogę, a jak się potem żalił w opisie swego doświadczenia, wydawało mu się, że już nie żyje. Ale cóż, zdobywanie wiedzy nie obywa się bez pewnych ofiar. Mimo wstrząsu dzielny profesor zrozumiał co się stało – po obu stronach szklanej ścianki naczynia (w wodzie i w dłoni) nagromadziły się różnoimienne ładunki, których przepływ po dotknięciu drutu odczuł tak boleśnie.
Wynalezione przez profesora Musschenbroecka „naczynie do zbierania ładunków”, nazwane niedługo później „butelka lejdejską” na cześć miejsca, w którym dokonano odkrycia, znalazło ważne miejsce w laboratoriach ówczesnych badaczy zjawisk elektrycznych. Nawiasem mówiąc, urządzenia oparte na tej samej zasadzie zwane dziś kondensatorami, znajdują się w każdym radioodbiorniku, telewizorze itp. W owych czasach jednak pierwszy na świecie magazyn elektryczności nie znajdował praktycznego zastosowania... O przepraszam, z jednym wyjątkiem:
Abbé Nollet (wym. Nole), francuski badacz przyrody, zebrał wielką grupę mnichów z zakonu Kartuzów i ustawił ich na podparyskiej łące w koło o obwodzie długości jednej mili (ponad półtora kilometra). Mnisi utworzyli łańcuch trzymając się za ręce, a Nollet ustawił w miejscu jednego z nich potężną butelke lejdejską, silnie naładowaną. Sąsiedzi butelki wzięli prowadzące do niej przewody w rękę i wtedy... wtedy okazało się, że wszyscy mnisi na całym milowym kręgu równocześnie pisnęli i podskoczyli wysoko do góry. Pomijając niewątpliwie korzyści naukowe, jakie Nollet uzyskał z tego eksperymentu, podobno licznie zebrane znakomitości wraz ze swymi damami mieli wiele uciechy. Oto, jak należy popularyzować nauki ścisłe wśród ważnych osobistości.
Lecz dość żartów. Początki były trudne, ale wkrótce nauka o elektryczności zaczęła odnosić poważne sukcesy. Przede wszystkim czworga imion Alessandro Giuseppe Antonio Volta zbudował czy raczej wynalazł w 1800 roku ogniwo elektryczne – pierwsze źródło prądu elektrycznego płynące w sposób stały, a nie jako iskra z butelki lejdejskiej czy maszyny elektrostatycznej. Potem sformułowano prawa rządzące przepływem elektryczności, a wreszcie, jak wiemy, w 1882 roku ruszyła pierwsza elektrownia Edisona...
Proszę mi wybaczyć, że przemknąłem przez historię elektryczności w takim pośpiechu, ale ważne są dwie sprawy. Po pierwsze mamy elektrownie i to coraz więcej, a po drugie, od dawna ludzie próbowali zbudować zbiornik elektryczności. Pierwszy z takich zbiorników, czyli jak mawiamy dziś, akumulatorów, powstał na dwa lata przed elektrownią Edisona. Był nim, skonstruowany przez Francuza Faure (wym. For) i Amerykanina Brusha (wym. Brasz) w 1880 roku, tak zwany akumulator ołowiowy. Zawiera on dwie elektrody – jedną z ołowiu, a drugą z tlenku ołowiu, umieszczone w rozcieńczonym kwasie siarkowym. Po dołączeniu do elektrod akumulatora napięcia stałego zostaje on naładowany, czyli magazynuje energię elektryczną.
Po naładowaniu można z niego czerpać tę energię. Akumulatory są dziś niezastąpionymi źródłami prądu elektrycznego dla silników spalinowych (zasilają układ zapłonu mieszanki benzyny i powietrza oraz na postoju zasilają oświetlenie samochodu). Czy jednak trzeba magazynować energię elektryczną? Przecież w miastach świecą latarnie, w domach wystarczy przekręcić kontakt, by zaświeciły żarówki, więc wydawałoby się, że poza tranzystorowymi radioodbiornikami, latarkami i samochodami można sobie robienie zapasów elektryczności darować.
Jednak pogląd taki jest z gruntu błędny, bo wystarczy pomyśleć o tym, jak zużywamy energię elektryczną w ciągu doby. O świcie miliony ludzi wstają do pracy, zapalają światło, mężczyźni golą się maszynkami elektrycznymi, grzeją sobie kawę i robią śniadanie – często z grzankami z elektrycznego opiekacza. Ruszają elektryczne pociągi podmiejskie, aby dowieźć wszystkich na czas do pracy. Wcześnie rano ruszają wielkie zakłady przemysłowe – trudno znaleźć takie, które nie wykorzystywałyby energii elektrycznej do napędu maszyn. Po południu historia się powtarza, tyle że wszyscy zmierzają do domów, zapalają telewizory, gotują jedzenie, włączają pralki i inne urządzenia pobierające prąd.
Wreszcie nadchodzi późny wieczór. Kraj zasypia. Poza nielicznymi zakładami pracującymi na trzy zmiany wszystko zamiera. I wówczas mało kto korzysta z energii elektrycznej. Na dobrą sprawę, niemal jej nie potrzebujemy, można by wyłączyć większość elektrowni i zamknąć na kłódkę, aż do następnego ranka. Ale nie jest to takie proste. Elektrowni nie można wyłączyć tak jak lampki nocnej. Rozpalone paleniska pod kotłami, zgromadzona para – to majątek, z którego nie można zrezygnować lakką ręką. Zwłaszcza że rozpalenieognia i uzyskanie odpowiedniego ciśnienia wymaga sporo czasu – nawet paru godzin. Właściwie nie opłaca się więc elektrowni unieruchamiać na te parę godzin, kiedy nie potrzebujemy prądu.
Albo wyobraźmy sobie, że któregoś dnia w telewizji wczesnym popołudniem nadają sprawozdanie z ważnego międzypaństwowego meczu piłki nożnej, powiedzmy Polska-Włochy. Myślę, że niewiele telewizorów wówczas odpoczywa. Ale również pracują wszystkie zakłady przemysłowe. Okazuje się nagle, że w ciągu dwu godzin potrzeba więcej energii elektrycznej niż w zwykłe dni. I co wtedy robić? W centralnym ośrodku dyspozycyjnym krajowej sieci elektrycznej – bo niemal wszystkie elektrownie są połączone w taką sieć, by awaria jednej z nich nie spowodowała wyłączenia prądu w całym, obsługiwanym przez nią rejonie – nastaje isnty sądny dzień. Wysiadają przeciążone linie, obniża się napięcie w sieci, zmienia częstotliwość prądu (w sieci, płynie, jak już wiemy, prąd zmienny), jednym słowem następuje chaos. Gdyby tak mieć choćby mały zapas elektryczności! - wzdychają wówczas energetycy.
Trzeba od razu otwarcie powiedzieć, że do niedawna takich możliwości nie było. Po prostu, elektryczności nie można magazynować – tym różni się ona odwęgla, benzyny i gazu. Akumulator ołowiowy, o którym wspominałem, jest urządzeniem niezbyt odpowiednim. Po pierwsze, nie magazynuje on elektryczności, tylko zamienia ją na energię chemiczną, a później, gdy czerpiemy z niego prąd, znów zamienia zgromadzoną energię chemiczną na elektryczność. Przy tym dział tylko na prąd stały, więc trzeba by stosować urządzenia zamieniające prąd zmienny na stały i odwrotnie. Po drugie, jest urządzeniem ogromnie ciężkim i trzeba w niego naładować masę ołowiu, by zmagazynowana energia miała jakieś znaczenie. Co innego zasilać zapłon samochodowy, a co innego oświetlać na przykład miasto. Wreszcie, po trzecie, przy wielokrotnym ładowaniu i wyładowywaniu szybko się psuje – a przecież musimy mieć urządzeni niezawodne i działające przez dłuższy szas. Jednym słowem, akumulator się nie nadaje. A przecież w nocy, kiedy elektrownie pracują właściwie bezużytecznie, marnują się ogromne ilości energii elektrycznej.
Cóż więc można uczynić, by uchronić się przed tym, jakże kosztownym marnotrastwem? Myślało nad tym wiele tęgich głów i to przez bardzo wiele lat. Wreszcie przed kilkunastu laty znaleziono niezłe rozwiązanie. Nie idealne, ale trudno przypuścić, by kiedykolwiek udało się ten problem rozwiązać w sposób całkowicie zadowalający wszystkich malkontentów.
W odległości 18 kilometrów od Żywca, stolicy polskiego piwa, znajduje się niezbyt wielka góra Żar. Ma ona około 760 metrów wysokości, jej strome zbocza porastają świerki, tu i ówdzie wznoszą się niezbyt liczne domy. U jej stóp leży sztuczne jezioro, którego wody spiętrza zapora w Porąbce ustawiona na rzece Sole. Zapora i zbiornik mają chronić położone poniżej wsie i pola przed groźną w czasie roztopów Sołą, która powodowała nieraz poważne powodzie.
Góra Żar była przez wiele lat istną Mekką polskich szybowników. Tu bardzo często startowali oni do lotów po diamenty, tutaj uczyli się trudnej sztuki pilotażu. Zbocza Żaru nadawały się do jak mało które miejsce na uprawianie szybownictwa. Później o górze stało się głośno nie tylko wśród miłośników tego pięknego sportu. Na jej wierzchołku zbudowano obserwatorium meteorologiczne połączone z przekaźnikiem telewizyjnym nadającym programy Katowic i Krakowa. Ale to dopiero początek kariery góry Żar.
W 1969 roku, po licznych badaniach, obliczeniach i naradach, postanowiono zbudować we wnętrzu góry Żar elektrownię. Na jej wierzchołku miał znaleźć się zbiornik na wodę, połączony rurociągami z hydroelektrownią umieszczoną dosłownie we wnętrzu góry, w wykutej hali, a oda po wprowadzeniu w ruch turbin elektrowni miała wpływać do sztucznego jeziora Porąbka. Niby wszystko jak zwykłe, jak w normalnej elektrowni wodnej, a jednak niezupełnie. Bo przecież, skąd wziąć wodę, i to dużo wody na szczycie stromej góry? Odpowiedź może będzie zaskoczeniem – wpompowują ją na górę te same turbiny, wtedy gdy prądnice pobierając prąd z sieci działają jak zwykłe silniki elektryczne.
Teraz chyba wszystko jest jasne. Nocą, kiedy energia elektryczna jest tania, elektrownia wpompowuje wodę do zbiornika na szczycie góry. Później, gdy trzeba zwiększyć dostawę elektryczności dla różnych prądożerców, otwiera się zawory i woda spływa z hukiem w dół, porusza generatory hydroelektrowni, która oddaje nagromadzoną energię. Różni się to od akumulatora tylko tym, że energia elektryczna zostaje tu zmagazynowana w postaci energii mechanicznej – a jak wiadomo urządzenia mechaniczne są łatwiejsze w obsłudze od chemicznych.
Zapas wody w zbiorniku wystarcza na cztery godziny nieprzerwanej pracy elektrowni. Później, by zapas odnowić,turbiny muszą mozolnie pracować przez prawie sześć godzin. To znaczy w kolejnych operacjach pompowania i produkcji elektryczności traci się trzecią część energii, ale całe przedsięwzięcie i tak się opłaca. Elektryczność nocą jest prawie darmowa.
Budowa elektrowni Żar, rozpoczęta w 1971 roku, jest nie lada wyczynem. Mamy się czym pochwalić. Trudno w kilku słowach opisać ogrom i rozmach tego przedsięwzięcia. Ponieważ cała elektrownia jest ukryta we wnetrzu góry, zamiast budowniczych musieli działać tu górnicy, a właściwie kolejność robót była jeszcze inna – najpierw trzeba było zbudować drogę na szczyt góry, którą wjechały ciężkie maszyny i kurowały ogromne wywrotki, wywożące wydarte z wnętrza góry odłamki skalne. Na szczycie pracę rozpczęto od wydrążenia wielkiego zbiornika – ma on powierzchnię 16 hektarów i głębokość 23 metrów. Dopiero wówczas ekipa górników ruszyła w głąb góry dwiema wykuwanymi sztolniami. Równocześnie druga ekipa rozpoczęła drążenie od dołu. Najpierw ponad półkilometrowy kanał odpływowy o średnicy sześciu metrów, później komora, w której staną maszyny (to też nie bagatelka, ma rozmiary takie, że można by w niej, jak na stadionie, grać w piłkę nożną) i wreszcie stromo pnące się w górę kanały, prowadzące do górnego zbiornika.
Obie ekipy szybko zbliżały się do siebie, mimo iż praca była niezwykle trudna – górnicy pracowali na przemian to w skale, to w błocie, to w chmurach pyłu z pokruszonego piaskowca. Nie ułatwiał zadania duży spadek kanałów – podobno drążenie bardziej stromych jest już niemożliwe. Mimo to doświadczeni specjaliści z Mysłowic każdego miesiąca posuwali się o 50 metrów wydrążonych sztolni. Warto wspomnieć, że projekty przewidywały zaledwie 30 metrów miesięcznie...
Górnicy mieli do dyspozycji najlepszy sprzęt, zarówno krajowy, jak i z zagranicy. Przebijanie sztolni od obu końców było możliwe tylko dzięki zastosowaniu laserów, których promienie dokładnie wytyczały kierunek, w jakim trzeba się było posuwać. Podobno obie ekipy drążyły ostatnie metry z wielką emocją, czy aby napewno natrafią na siebie. Lecz obawy były płonne, trafili z dokładnością co do milimetrów.
W chwili gdy piszę te słowa, wszystkie prace górnicze zostały już zakończone. Oddanie elektrowni do użytku w roku 1977 będzie stanowiło nie lada rekord. Podobną elektrownię budowano na przykład w Jugosławii kilkanaście lat. naszą tylko sześć. Wysokość spadku wody we wnętrzu góry Żar też jest rekordowa, wynosi aż 440 metrów. A wysokość spadku decyduje o wydajności elektrowni. Kanały, którymi popłynie woda, zostaną zabezpieczone pancernymi rurami stalowymi o grubości ścianek przekraczającej 5 centymetrów. Nic dziwnego, ciśnienie wody w pobliżu turbin wyniesie aż ponad 60 atmosfer.
Ważne jest również to, że elektrownia będzie właściwie niewidoczna. Zbiornika wykutego w wierzchołku po prostu nie będzie widać z dołu, a niemal wszystkie pozostałe urządzenia zostaną ukryte głęboko w skałach. Ma to niemałe znaczenie, bowiem nad zalewem w Porąbce rozlokowały się liczne ośrodki wypoczynkowe i szkoda by było zeszpecić tę piękną okolicę widokiem żelbetonowych buynków i stalowych rur.
Elektrownia Żar będzie w znacznym stopniu zautomatyzowana i sterowana przez specjalny układ elektroniczny. Jeśli trzeba będzie jąuruchomić, to znaczy gdy zabraknie gdzieś energii elektrycznej, wówczas wystarczy naciśnięcie guzika w okręgowym ośrodku dyspozycyjnym w Katowicach lub w ośrodku centralnym w Warszawie. Już po trzech minutach od zdalnego uruchomienia z elektrowni popłynie prąd. I to jest jej majwiększa zaleta. Uzyskamy niezawodne źródło energii elektrycznej, które łatwo można wykorzystać, gdy tylko będzie potrzebne. Elektrownie tego typu nazwane przez specjalistów szczytowo-pompowe, są obecnie niezastąpione i buduje się je niemal we wszystkich krajach. W miarę wzrostu zużycia nergii elektrycznej stają się coraz bardziej potrzebne, bowiem bez nich stale zwiększałaby się ilość energii traconej w „normalnych” elektrowniach nocą. Elektrownie szczytowo-pompowe magazynują ją, byśmy mogli korzystać z niej w ciągu dnia.
Nic więc dziwnego, że na świecie powstaje średnio dwukrotnie więcej elektrowni szczytowo-pompowych niż zwykłych. W Polsce istnieją już takie elektrownie w Solinie i Żydowie. Budowane są elektrownie w Młotach i Żarnowcu. Elektrownia żaronowiecka powstaje nad jeziorem o tej samej nazwie, na przeciwległym brzegu do wspomnianej przeze mnie projektowanej pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Nocą elektrownia jądrowa będzie pompować wodę z jeziora na szczyt wzgórza, a w ciągu dnia woda spływać bedzie na dół poruszając turbiny, co zwiększy moc naszej elektrowni jądrowej w godzinach szczytu.
Lecz nie wszystkie kraje i nie wszystkie okolice mają tak korzystne ukształtowanie terenu jak Polska. Nie wszędzie występują strome pagórki, na szczycie których można budować sztuczne zbiorniki wody dla elektrowni szczytowopompowych. Czy można i tam znaleźć sposób na magazynowanie elektryczności, czy też trzeba nadmiernie rozbudowywać sieć elektrowni? Oczywiście można, na bardzo podobnej zasadzie.
Jeśli pod warstwą gleby znajduje się twarda skała, można z niej wykuć ogromny zbiornik, uszczelnić jego ściany betonem i połączyć przewodem z turbiną gazową, to znaczy taką, do której wprowadza się mieszaninę sprężonego powietrza i paliwa. Część produkowanej energii elektrycznej turbina taka zużywa na sprężanie powietrza. Ale jeśli ma zbiornik podziemny, wówczas nocą można do komory pompować powietze na zapas, a w ciągu dnia wykorzystać dużą masę sprężonego gazu. Bez większych obaw można powierze sprężać do ciśnienia aż 40 atmosfer. Jednakże po to, aby turbina pracowała równo i bez zakłóceń, ciśnienie dopływającego do niej powietrza musi być stałe, dlatego też trzeba wyposażyć komorę w urządzenie, które zapewni spełnienie tego warunku. W najprostrzym przypadku można nad zbiornikiem gazu, na powierzchni ziemi zbudowac sztuczne jezioro i połączyć szeroką rurą jego dno z dnem zbiornika powietrznego. Stałe ciśnienie słupa wody będzie wówczas, jak uczy fizyka, zależne od różnicy poziomów wody w zbiorniku górnym i pod ziemią. W miarę czerpania sprężonego powietrza, poziom wody w zbiorniku podziemnym będzie się podnosił, objętość zajmowana przez gaz będzie się zmniejszać, a jego ciśnienie niemal się nie zmieni do chwili, gdy wykorzystamy cały gaz zawarty w komorze. Oczywiście, by różnica poziomów wody nie zmieniała się w zbyt drastyczny sposób, zbiornik podziemny powinien raczej być szeroki i płaski, niż wąski i wysoki.
W ten sposób pod ziemią musi się znajdowac tylko komora gazowa, a cała elektrownia (można ją też nazwać szczytowo-pompową) znajdzie się na powierzchni ziemi. Już obecnie rozważane są plany budowy takiej elektrowni w Bretanii we Francji, a w Szwecji firma Stal-Lawal, znany producent turbin, już niedługo przystąpi do budowy pierwszego powietrznego magazynu elektryczności.
W poszukiwaniach najlepszych możliwych magazynów energii uczeni zwrócili niedawno uwagę na koła zamachowe. Nie można powiedzieć, że jest to wynalazek czy szczególna nowość, bowiem już przed tysiącami lat garncarze wykorzystywali energię zmagazynowaną przez koło zamachowe do obracania maszyny, na której formowali gliniane naczynia. Dziś koła zamachowe znajdują zastosowanie w najróżniejszych urządzeniach. Najbardziej wśród nich powszechne to silniki motocyklowe, w których koło zamachowe spełnia rolę magazynu energii mechanicznej i obraca wał silnika w przerwach między kolejnymi wybuchami mieszanki paliwowo-powietrznej.
Jednakże zwykłe koła zamachowe wykonane z metalu jako pełny krążek osadzony na osi, mają wiele wad, a główna z nich polega na tym, że nie nadają się do magazynowania większych ilości energii. Brzmi to trochę jak anegdota o Napoleonie, który zapytał: „Dlaczego nie strzelaliście?” „Z wielu powodów, Sire – odparł przerażony winowajca – przede wszystkim nie mamy armat”. „To mi wystarczy” - odpalił zirytowany cesarz.
Rozpędzone koło zamachowe gromadzi tym więcej energii, im szybciej wiruje. Ale wówczas niezmiernie wzrasta siła odśrodkowa, która przy lada przyczynie może spowodować rozerwanie koł. Taką przyczyną może być niemożliwe do wykrycia wewnętrzne osłabienie materiału. A jeśli oderwie się jeden, choćby niewielki kawałeczek, wylatuje on jak kula wystrzelona z karabinu, zresztą i całe koło może się wówczas rozpaść niszcząc wszystko dookoła. Po kilku takich wypadkach uznano na wiele lat, że koła zamachowe nie nadają się do magazynowania energii, oczywiście poza niewielkimi i mało ważnymi wyjątkami.
Tymczasem, jak w każdej zresztą dziedzinie, również i tu pojawili się entuzjaści, którzy przemyśliwali nad możliwością ulepszenia tego antycznego wynalazku. Jednym z nich jest profesor David Rabenhorst z Uniwerstytetu Johna Hopkinsa. Postanowił on zrezygnować z budowania koła w postaci pełnej tarczy i zastąpił ją jakby gigantyczną szczotką w kształcie wałka o średnicy około 8 metrów i wysokości paru metrów. Każdy z niezliczonych „włosów” tej szczotki miałby średnicę około 1 centymetra i wagę około 2 kilogramów. Należałoby je wykonać z materiałów o wysokiej wytrzymałości w kierunku ich długości, a więc ze strun stalowych, włókien szklanych czy wreszcie drewna. Można też obłożyć wewnętrzną strunę o wysokiej wytrzymałości ciężkim materiałem, który zwiększałby wagę całego koła i utrzymywany był przez tę strunę. Zresztą najważniejszy jest sam pomysł, reszta to już tylko ulepszenia techniczne.
Czy koła zamachowe znalazły już jakieś konkretne zastosowanie? To jest przecież najciekawsza dla nas sprawa. Otóż wiadomo mi o dwu próbach ich zastosowania w środkach masowego transportu – w pociągu metra i trolejbusie. Oba te pojazdy są zależne od dostawy energii elektrycznej. Gdy z jakiś przyczyn zabraknie prądu, stają niemal w tym miejscu, w którym zostały zaskoczone przez awarię. Jeśli trolejbus zatrzyma się na skrzyżowaniu, wówczas powstają gigantyczne korki uliczne, a z unieruchomionego pociągu metra w tunelu pasażerowie nie mogą się wydostać nieraz godzinami. Gdy na dokładkę zdarzy się to w godzinach szczytu i metro jest przepełnione, trudno wprost opisać sceny, jakie się wówczas rozgrywają.
Gdyby każdy trolejbus i pociąg metra zaopatrzyć w sprawne koło zamachowe, wówczas mogłyby one o własnych siłach dojechać do najbliższego przystanku. W eksperymentalnym wagonie metra koło zamachowe ma dodatkowo czerpać energię z hamowania. Wiadomo, że przy hamowaniu hamulce rozgrzewają się do wysokiej temperatury, a powstająca energia cieplna ulega bezpowrotnie straceniu. Przy pochłonięciu energii rozpędzonego pociągu przez koło zamachowe można wykorzystać zmagazynowaną energię, gdy pociąg rusza ze stacji i przyspiesza.
Ale trzeba uczciwie przyznać, że nie wyszliśmy tu poza wstępne eksperymenty i trudno na razie oceniać przydatność takich urządzeń. Zresztą w Polsce nie mamy metra, a trolejbusy kursują w niewielu tylko miastach, więc nie musimy czekać w napięciu na wyniki tych doświadczeń.
Również konstruktorzy samochodów rozpoczęli doświadczenia z kołami zamachowymi. Liczne firmy próbują zbudować samochód miejski o niewielkim zasięgu i nezbyt dużej prędkości, który nie zanieczyszczałby powietrza w miastach, gdzie obecnie na dużych skrzyżowaniach wprost nie ma czym oddychać. Istniejące akumulatory są ciężkie, drogie i wymagają wielogodzinnego ładowania. Poza tym, odpukajmy w nie malowane drewno, zawsze może się zdarzyć wypadek drogowy, a wtedy z rozbitych akumulatorów wyleje się kwas siarkowy. Poparzenia tą cieczą są niezwykle groźne dla niefortunnych pasażerów pojazdu. Gdyby udało się (a wstępne próby są zachęcające) zbudować samochód z kołem zamachowym, wówczas mieszkańcy miast odetchnęliby z ulgą (w całym tego słowa znaczeniu). Po ulicach poruszałyby się pojazdy ciche, niemal bezgłośne, niesmrodliwe i łatwe w obsłudze. Ale to chyba jeszcze dość odległa przyszłość. Na razie zresztą znacznie więcej naukowców pracuje nad ulepszeniem akumulatorów i znalezieniem nowych ich typów, zawierających lżejsze materiały i pracujących niezawodnie przez wiele lat, przy wielokrotnym ładowaniu i rozładowywaniu.
Akumulator ołowiowy, staruszek już niemal stuletni, został w ostatnich latach zagrożony przez wielu konkurentów. Pojawiły się akumulatory niklowo-kadmowe, srebrowo-cynkowe i inne jeszcze, zawierające kombinacje różnych metali. Mimo iż wydajniejsze od starych, są jednak drogie i trudno myśleć o ich powszechnym wykorzystaniu poza niewielkimi urządzeniami, takimi jak radioodbiorniki tranzystorowe. Potrzebne nam są akumulatory duże, w których można zgromadzić wiele energii elektrycznej stosunkowo tanim kosztem.
Najwięcej nadziei można chyba wiązać z akumulatorami, w których jako elektrolit stosuje się substancje stałe w temperaturze pokojowej. Stają się one w wyższej temperaturze cieczami, a więc cały akumulator musi mieć ciepłotę większą od otoczenia. Jest to pewien kłopot,ale nie tak wielki, jak mogłoby się wydawać. Po prostu część elektryczności magazynowanej w akumulatorze można wykorzystywać do ogrzewania jego wnętrza. Maksymalna temperatura, o jakiej wspominają konstruktorzy, sięga zaledwie 370 stopni Celsjusza – byłoby to wiele, gdyby taki akumulator nosić w ręku. Lecz jeśli ma spoczywać w hali, połączony w baterię z tysiącami innych, wówczas wystarczy tę halę wyłożyć izolacją cieplną i wcale nie trzeba do niej wchodzić.
Ze względu na tajemnicę, co już świadczy o zaletach nowych konstrukcji, trudno podać dokładniejsze szczegóły techniczne. Wszystki firmy prowadzące te badania chcą wyprzedzić swych konkurentów, opatentować wynalazek i czerpać ogromne korzyści, bowiem należy przypuścić, że jeśli tylko powstanie niezawodny akumulator, w którym mieści się więcej energii niż w akumulatorze ołowiowym, w ciągu paru lat wszyscy będą chcieli kupować owych pracowitych magazynierów elektryczności. Z grubsza wiadomo tylko, że jedną z elektrod będzie stanowił metal, taki jak lit lub sód, zaś drugą chlor, fluor lub siarka.
Bateria szczelnie zamknięta, tak aby nie dostała się do jej wnętrza wilgoć z powietrza, która łatwo reaguje chemicznie z użytymi substancjami, będzie miała pojemność dla elektryczności kilkanaście razy większą niż akumulator ołowiowy. A to już jest postęp.
Jak będzie wyglądał taki akumulator? Lit będzie się znajdował w ujemnej elektrodzie, wykonanej z porowatej stali nierdzewnej, zaś na przykład siarka w dodatniej elektrodzie zrobionej z porowatego węgla. Obie elektrody będą otoczone elektrolitem, którego składu dokładnie jeszcze nie znamy – na przykład może to być mieszanina chlorku sodu (soli kuchennej) i chlorku glinu. Próby takiej konstrukcji wypadły pomyślnie, teraz tylko trwają prace nad zapewnieniem jej niezawodności. Przecież po to, aby cała sprawa była opłacalna, akumulatory muszą pracować bez przerwy przynajmniej przez 5-10 lat.
Cały magazyn elektryczności będzie zawierał transformatory obniżające napięcie, połączone z układem zamieniającym prąd zmienny na stały i baterią akumulatorów. A układ zamieniający prąd zmienny na stały (i odwrotnie) to dwie prądnice, które przy zasilaniu prądem działają również jak silniki elektryczne. To znaczy, że gdy w nocy będzie płynął zmienny prąd elektryczny z sieci, prądnica prądu zmiennego będzie obracać wirnik prądnicy prądu stałego, a wytworzony przez nią prąd stały naładuje akumulatory. W ciągu dnia natomiast sytuacja się odwróci. Teraz akumulatory zasilą prądnicę prądu stałego, która obracając wirnik prądnicy prądu zmiennego, wytworzy prąd zmienny, wspomagający obiążoną sieć elektryczną.
Wszystko to brzmi prosto i nieskomplikowanie. Lecz musimy pamiętać, że upłynie jeszcze parę lat, zanim nowe akumulatory staną się niezawodne. Wtedy jeszcze trzeba będzie przekonać ewentualnych użytkowników, że opłaci się na pewno. Gdyby na przykład w dużej fabryce założyć akumulatorowy magazyn elektrycności, wówczas w nocy można by ładować akumulatory tanim prądem i korzystać z niego w godzinach pracy. Uzyska się wówczas oszczędności na cenie elektryczności, a poza tym w wyniku znacznego obniżenia ilości energii czerpanej z sieci, będzie można zbudować słabszą linię, tj. transformatory i inne elementy urządzenia. Również w wielkich biurowcach, gdzie korzysta się z elektryczności tylko w ciągu dnia (maszyny do liczenia, do pisania, klimatyzcja i inne) można podobny magazyn, tyle że nieco mniejszy, założyć w piwnicy. Czy prędko nastanie czas budowy takich magazynów? Wszelkie znaki wskazują, że wcześniej niż nam się wydaje. Przypuszczalnie w połowie lat 1980-1990 energia elektryczna stanie się tak cenna, że nikogo nie będzie stać na jej marnotrawienie.
„Sądzę, że pewnego dnia woda znajdzie zastosowanie jako paliwo, że wodór i tlen, które ją tworzą, użyte oddzielnie lub razem, staną się niewyczerpalnym źródłem światłą i ciepła, o intensywności, jakiej nigdy nie osiągnie węgiel. Pewnego dnia bunkry parowców i tendry lokomotyw zamiast węglem zostaną załadowane tymi dwoma gazami w stanie sprężonym, które spalając się wydzielają niezwykłe ilości ciepła. Tak więc nie mamy się czego obawiać. Bez względu na to ilu mieszkańców będzie liczyła Ziemia, spełni ona wszystkie ich potrzeby, tak że nie zabraknie im ani światła, ani ciepła...” - oto co napisał przed stu laty wielki wizjoner Jules Verne w swej książce „Wyspa Tajemnicza”. Co prawda nasze ambicje sięgają już dalej niż parowców i lokomotyw, światła i ciepła, ale i tak zachęcam wszystkich do czytania książek Verne'a.
To prawda, że wodór, występujący w tak wielkiej obfitości na naszej planecie jako składnik wody, jest paliwem znakomitym. Kiedyś nawet tn najlżejszy z pierwiastków był paliwem zbyt dobrym – wtedy gdy na Ziemi królowały parowce i lokomotywy, a węgiel był tani i dostępny w potrzebnych ilościach. Wówczas nikt nie myślał o spalaniu oceanów. Ponadto w roku 1937 cały świat obiegła wiadomość o tragicznej katastrofie niemieckiego sterowca pasażerskiego Hindenburg. Ten prawdziwy podniebny statek zabierający na pokład 50 pasażerów i 40 członków załogi spłonął w czasie jednego z lotów. Zginęły wówczas 34 osoby, co jak na czasy, w których latały małe samoloty, było katastrofą na ogromną skalę – dziś przywykliśmy już niestety do większych katastrof powietrznych...
Tragedia owa wryła jednak na wiele lat w pamięć ludzi, że wodór jest niesłychanie niebezpieczny. Tworzy z powietrzem mieszankę wybuchową, co przy najmniejszej nieostrożności może się zawsze przytrafić, a wtedy - „ratuj się kto może”, lada iskra powoduje groźny w skutkach wybuch. Od czego jednak postęp techniczny, a nade wszystko stale rosnące potrzeby energetyczne ludzkości. Okazuje sie, że nie taki diabeł straszny. Technicy przestali więc obawiać się do niedawna zakazanego gazu i zaczęli coraz śmielej zgłaszać różne projekty jego wykorzystania.
Ma wodór liczne zalety. Najważniejszą z nich jest to, że przy spalaniu, czyli łączeniu z tlenem, powstaje najzwyklejsza w świecie woda. Jest to, iinymi słowy, paliwo niemal idealne. Nie dymi, nie wytwarz szkodliwych substancji, a nade wszystko mamy go bardzo dużo – zresztą nawet gdybyśmy mieli mało, to i tak nie ulega on zniszczeniu w czasie spalania. To prawda. Lecz łączy się znów z tlenem w związek bardzo trwały i trzeba włożyć sporo energii, aby go z cząsteczek wody wyrwać z powrotem.
Ale nie popadajmy w pesymizm. Mamy przecież kłopoty ze znalezieniem możliwie najlepszego sposobu magazynowania energii elektrycznej. Czemu więc nie skorzystać z wodoru? Można przecież przy elektrowniach umieścić zakłady, w których dokonywano by elektrolizy wody. Uzyskane nocą wodór i tlen, w stanie skroplonym lub sprężonym można wykorzystać w ciągu dnia. A jak? Proszę bardzo, możliwości jest badzo wiele.
Przede wszystkim, od kilku lat wielką karierę robią tak zwane ogniwa paliwowe. Te zmyślne urządzenia bezpośrednio zamieniają energię chemiczną wodoru i tlenu na energię elektryczną i niezwykle czystą wodę. Warto może przypomnieć, że statki kosmiczne Apollo były wyposażone w takie właśnie ogniwa. Niestety, na razie są to urządzenia dość kosztowne – nawet ich zbiorniki trzeba było wykonywać ze złota i platyny. Nie miało to większego znaczenia w przypadku podboju Kosmosu, gdzie wszystkie części rakiet i statków były dosłownie nawagę złota, ale na Ziemi jest to nie do przyjęcia. Jednak niemal wszyscy fachowcy twierdzą, że już za kilka lat ogniwa znacznie stanieją i chyba można w to wierzyć. Znalezienie lepszych materiałów jest tylko kwestią czasu.
Jeśli zaś ogniwa paliwowe będą tanie i lekkie, zyskają wielką przyszłość jako źródła energii dla pojazdów, głównie samochodów elektrycznych, które zdaniem fachowców niedługo wyprą samochody z silnikami benzynowymi. Pomyślne doświadczenia z wodorowymi silnikami rakietowymi inspirują konstruktorów do prób zbudowania samolotu odrzutowego, którego silniki spalałyby wodór zamiast benzyny. Ba, nawet pewne projekty przewidują, że samolot taki osiągnie prędkość wielokrotnie większą od słynnego TU-144 czy Concorde. Nie są to mrzonki, bowiem wszyscy mają już dość spalin i wysokiej ceny benzyny.
W poprzednim rozdziale wspominałem o planach budowy gigantycznych elektrowni wykorzystujących różnicę temperatury w różnych warstwach wód oceanów. Projekty te pozostaną utopijne dopóty, dopóki nie znajdziemy sposobu przesyłania wytworzonej w nich elektryczności na ląd. Otóż najlepiej przesyłać ją pod postacią energii chemicznej, zmagazynowanej w wodorze, który w ogniwach paliwowych na lądzie znów zamieni się w energię elektryczną. To samo dotyczy elektrowni słonecznych budowanych na rozległych pustyniach. Trudno sobie wyobrazić inny sposób dostarczania wytworzonej przez nie energii do obszarów zamieszkanych. Kto wie, czy groźne tankowce, które krążą obecnie po oceanach, nie będą krążyły nadal, tyle że w ich zbiornikach zamiast cuchnącej ropy naftowej znajdzie się czysty wodór?
Pomysłów i projektów jest coraz więcej. Pewne z nich są nierealne, ale nie możemy jeszcze wiedzieć, które mają szanse realizacji. Jedno jest pewne, że przy obecnym zapotrzebowaniu na energię, gdy powstają coraz większe elektrownie, stale będzie wzrastała różnica między ilością energii elektrycznej zużywanej w różnych porach dnia. Tylko szeroko rozwinięty system magazynowania energii może nieco poprawić tę trudną sytuację. I znów, tak samo jak w przypadku produkcji energii, również i tu nie można ograniczać się tylko do jednego typu magazynów. Działanie nasze musi być elastyczne i dostosowane do wszelkich warunków i potrzeb. Wtedy magazyny energii staną się również jej źródłem o znaczeniu niemal takim samym jak zwykłe elektrownie.

Energia z lodówki

Niewielu chyba ludzi nie lubi siedzieć przed zapalonym kominkiem i grzejąc się w jego cieple spokojnie marzyć i wypoczywać. A są też ludzie, którym przy patrzeniu w ogień przychodzą do głowy ciekawe pomysły. Jednym z nich jest fizyk Lawrence Cranberg. Uczony ten zirytował się kiedyś, że kominek, w którym ułożył, tak jak to się zwykle czyni, trzy grube polana – dwa na dole i jedno na wierzchu – trudno się rozpalał i dawał za mało ciepła. Postanowił więc coś ulepszyć. Podszedł do zagadnienia jak prawdziwy naukowiec i uzyskał znakomite wyniki. Otóż zaproponował, by układać na ruszcie z tyłu jedno grube polano, drugie grube polano położyć na wierzchu, jak przedtem, tyle że oparte o żelazne wsporniki od przodu, a trzecie polano zastąpić drobnymi drwami. W ten sposób przy rozpalaniu ogień chwyta najpierw drobne kawałki drewna, a potem oba grube polana. Ciepło, które uciekało przedtem aż w 90 procentach do komina, teraz zostaje uwięzione w utworzonej przez grube polana wnęce i w znacznej mierze wychodzi do pokoju. Owo „w znacznej mierze” oznacza aż 30 procent. Ta niewielka innowacja daje trzykrotny wzrost wykorzystania opału.
Ciekawe, prawda? Ale jeszcze ciekawsze jest to, że nie wyczytałem tego przepisu w żadnym poradniku dla domowych majsterklepków, tylko w szanującym się amerykańskim tygodniku dla byznesmenów „Time”, również chętnie czytanym w Europie. Był to numer z dnia 22 grudnia 1975 roku, a więc informacja miała charakter poważny, a nie żartu primaaprilisowego. Tak, tak, nadeszły czasy, gdy nawet poważne gazety zaczęły zajmować się możliwościami czynienia choćby drobnych oszczędności energii. Ten, wydawałoby się, błahy przykład, odsłania jedną z najważniejszych bolączek naszej techniki, a mianowicie nikłą wydajność wszystkich niemal urządzeń służących do wytwarzania i wykorzystywania energii. Brzmi to niewiarygodnie, ale wykorzystanie aż trzeciej części ciepła wytwarzanego w kominku w trakcie spalania drewna jest poważnym osiągnięciem.
By to uzmysłowić, podam kilka przykładów. Zacznijmy od tego, co każdy z nas widzi na co dzień, to znaczy od zwykłej żarówki elektrycznej. To urządzenie, którego zadaniem jest wysyłanie światła, aż 95 procent dostarczanej energii elektrycznej zamienia na ciepło. Zaledwie dwudziesta część energii pobieranej z sieci oświetla nasze mieszkania, ulice czy inne obiekty. Co prawda w mieszkaniach tracona energia zostaje wykorzystana do ogrzewania, ale jest to zaleta tylko zimą. Latem, zwłaszcza w cieplejszych okolicach, w jasno oświetlonych pomieszczeniach trudno wytrzymać z gorąca, więc ludzie włączają klimatyzatory, co znów powoduje ogromne zużyci energii.
Czy musimy korzystać z tak niedoskonałych źródeł światła? Istnieją co prawda aż czterokrotnie bardziej wydajne lampy fluorescencyjne zwane świetlówkami, lecz ich światło jest wyjątkowo nieprzyjemne dla oka.- trudno przypuścić, by wyparły one żarówki, urządzenia na dobrą sprawę zabytkowe, bo przecież wynalezione już niemal 100 lat temu. Możemy tylko liczyć, że ktoś wynajdzie coś nowego. Ale na to potrzebne są poważne badania i przede wszystkim... pieniądze. Dotychczas wszyscy byli zadowoleni z istniejącego stanu rzeczy i nikomu nie przychodziło do głowy, by coś zmieniać. Ale już słychać o różnych nowych propozycjach i chyba coś się z nich wkrótce wykluje. Żarówka nazbyt wyraźnie odstaje od nowoczesnej techniki. Te nowe pomysły są jednak jeszcze zbyt słabo zaawansowane, by o nich opowiadać.
Zajrzyjmy teraz pod maskę samochodu. Silnik benzynowy, mimo licznych ulepszeń, jakich dokonano od czasów Otto i Benza, czyli w ciągu niemal 100 lat, ma wydajność zaledwie około 25 procent, to znaczy aż trzy czwarte ciepła uzyskiwanego przy spalaniu kosztownej benzyny ulatnia się. Nawet znakomite osiągnięcie Rudolfa Diesela, silnik wysokoprężny, zużywa na poruszanie, powiedzmy, samochodu, niespełna 40 procent ciepła spalanego oleju napędowego. A najnowsze osiągnięcie, silnik rotacyjny Wankla to już jawne marnotrastwo – jego sprawność nie sięga nawet 20 procent. Cóż, w porównaniu z najlepszą nawet lokomotywą parową i tak jest to postęp, ta bowiem wykorzystuje niespełna dziesiątą część węgla wrzucanego do paleniska.
Elektrownie parowe, opalane paliwami kopalnymi, w najlepszym przypadku przetwarzają na elektryczność zaledwie 40 procent ciepła wytwarzanego pod ich kotłami. Reszta ulatnia się przez komin, ogrzewając powietrze i wypływa wraz z gorącą wodą, powstającą ze skroplonej pary. Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa w przypadku elektrowni jądrowych. Trzeba je łączyć z ogromnymi chłodnicami, o których zresztą już pisałem w jednym z poprzednich rozdziałów. Wniosek jest tylko jeden – wszystko, co spalamy głównie ogrzewa Ziemię – jej wody i atmosferę – a tylko w nieznacznym stopniu spełnia zamierzone zadania. Oczywiście dotyczy to w jeszcze większej mierze także elektrowni jądrowych i termojądrowych. A czym może nam to grozić?
Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że zapotrzebowanie na energię we wszystkich jej postaciach stale wzrasta w sposób zaiste oszałamiający. Trudno snuć prognozy, bowiem jak uczy doświadczenie, nawet najznakomitsi przewidywacze przyszłości często się mylą. Nic jednak nie wskazuje na to, by ludzie zechcieli zmniejszyć swe wymagania. A poza tym jest nas coraz więcej, niedawno liczba ludności świata osiągnęła ponad cztery miliardy, co wskazuje, że być może już za lat kilkadziesiąt będzie nas 10 miliardów. Każdy z mieszkańców Ziemi zechce korzystć z udogodnień techniki, z owych mechanicznych niewolników, którzy wspomagają nas w pracy i uprzyjemniają życie. Po drugie, należy pamiętać, że większa część ludzkości dotychczas nie korzysta ze źródeł energii w takim stopniu jak mieszkańcy krajów rozwiniętych gospodarczo. Państwa rozwijjace się, w Azji, Afryce i Ameryce Południowej, muszą osiągnąć taki stopień rozwoju, jak choćby kraje Europy. Tego wymaga elementarna sprawiedliwość. Ale równocześnie oznacza to niezmierny wzrost zużycia energii. Eksperci wygłaszają różne opinie na temat tempa tego wzrostu. Można z nimi dyskutować, twierdzić, że wzrost będzie jeszcze szybszy lub nieco wolniejszy, ale zasadniczej prognozy to nie zmienia.
Obecnie około dwu trzecich całej zużywanej energii idzie na marne, czyli innymi słowy, na ogrzewanie Ziemi. Jeśli nie nastąpi jakiś wyraźny przełom technicny, po pewnym czasie (celowo używam słowa „pewnym”, bowiem w istniejącym zamęcie nie można określić dokładnie, czy będzie to 150, czy 200 lat) energia ogrzewająca Ziemię stanie się porównywalna (czyli niewiele mniejsza) z energią promieniowania słonecznego, ogrzewającego ziemskie oceany.
Wtedy może nastąpić katastrofa. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, na ile możemy sobie pozwolić – to znaczy, kiedy sztuczne rozgrzewanie powierzchni Ziemi spowoduje poważniejsze perturbacje odwiecznego rytmu parowania wód i tworzenia chmur, z których woda w postaci deszczu lub śniegu trafia z powrotem do oceanów. Podgrzanie oceanów może także spowodować stopienie lodów Arktyki i Antarktydy, co wywołałoby groźne w skutkach podniesienie się poziomu oceanów. Gdyby niebo zasnuła dość gruba warstwa obłoków, wówczas temperatura powierzchni Ziemi zaczęłaby wzrastać coraz szybciej, jak w gigantycznej cieplarni, cały proces narastałby lawinowo i Bóg jeden wie, czym to wszystko mogłoby się skończyć.
Jak zapobiec katastrofie? Oto główne, zasadnicze pytanie dzisiejszej energetyki. W mniej lapidarnej formie pytanie to brzmi: Czy można znaleźć sposoby lepszego wykorzystania surowców energetycznych, skonstruować silniki, które nie będą marnotrawiły dostarczanej im energii i w ogóle skończyć z niegodną naszych czasów rozrzutnością? Mimo rzeczywistego, ogromnego postępu nauki i techniki wciąż korzystamy z nieznacznie tylko ulepszonych urządzeń, wynalezionych przez naszych pradziadów w epoce pary i elektryczności. Jak je ulepszyć jeszcze bardziej?
Aby to wyjaśnić, musimy cofnąć się o dwa wieki, by opowiedzieć o pewnym genialnym Francuzie, nazwiskiem Mikołaj Leonard Sadi Carnot (wym. Karno). Jego ojcem był znany matematyk i wojskowy, jeden z filarów Rewolucji Francuskiej, generał Lazare Nicolas Marguerite Carnot (cóż, liczba imion członków tej rodziny jest spora, ale i zasługi mieli tak wielkie, że warto te imiona wszystkie wymieniać). Generał Carnot, jeden z ludzi, którzy skazali na śmierć króla Ludwika XVI, przechodził zmienne koleje losu. Nawet musiał się na krótko ratować ucieczką z Francji do Niemiec, gdy jego koledzy rewolucjoniści postanowili obciąć mu głowę na skutecznym przyrządzie doktora Guillotine'a. Lecz już w niecały rok później wrócił, by swą wiedzą wojskową wesprzeć Napoleona – zyskał sobie nawet przydomek „organizatora zwycięstw”. Zorientowawszy się w zaborczych planach swego wodza, zagorzały rewolucjonista znów wycofał się z czynnego życia, lecz gdy szczęście odwróciło się od Cesarza Francuzów, objął komendę Antwerpii, której bronił jak lew. Po ostatniej klęsce opuścił Francję na zawsze – najpierw bawił w Warszawie, później osiadł w Magdeburgu.
Generał Carnot miał dwóch synów. W 1796 roku urodził się wspomniany geniusz, zwany Sadim oraz w 1801 roku - znany polityk Lazare Hipolite Carnot (jego syn został w 1887 roku prezydentem Reppubliki Francuskiej i zginął w 1894 roku, zasztyletowany w Lyonie przez anarchistę). Tak w wielkim skrócie wygląda saga rodu Carnotów.
Sadi Carnot chciał pójść w ślady ojca i zostać wojskowym, lecz po klęsce Napoleona miał niewiekie szanse na awansowanie, więc niejako z musu został naukowcem. Zresztą i tak był kapitanem saperów, czyli wojsk inżynieryjnych, skończył bowiem Szkołę Politechniczną w Paryżu, uczelnię, która kształciła zarówno inżynierów cywilnych, jak i wojskowych.
W roku 1824 Sadi Carnot opublikował jedyną w swym życiu pracę naukową – książeczkę zatytułowaną „Rozmyślanie nad siłą poruszającą ognia”. Był pierwszym, który wyjaśnił w niej teorię maszyny parowej, urządzenia, które mimo szerokiego już wówczas stosowania, działało na zasadzie nie rozumianej nawet przez najtęższe głowy. Dopiero w 10 lat później inny inżynier wojskowy, Emile Clapeyron (wym. Klapejrą) odkrył tę pracę i rozgłosił jej wyniki. Niestety, twórca nowej dziedziny fizyki, nauki o cieple, czyli termodynamiki, Sadi Carnot, nie żył już wówczas od dwóch lat – zmarł w wieku 36 lat na cholerę. Resztę pisanych przed śmiercią notatek opublikował w roku 1878 brat Sadiego, Hipolit. Okazało się wówczas, jak dobrze Sadi Carnot rozumiał zagadnienia termodynamiki. Wyprzedził on innych uczonych o całe dziesięciolecia. Jednakże miało to już znaczenie czysto historyczne, bowiem inni w ciągu tak długiego czasu doszli do podobnych wniosków.
Ale na czym polega genialność Carnota, cóż on takiego wykazał? Otóż właśnie to, że wszelkie urządzenia, które zamieniają energię cieplną na pracę mechaniczną, czyli na przykład maszyna parowa, mają ściśle ograniczoną wydajność. Innymi słowy, nienaruszalne prawa fizyki powodują, że znaczna część energii cieplnej jest w nich tracona. Wydajność maszyny nie zależy od tego, jakiej się użyje substancji, może to być para wody lub innej dowolnej cieczy, a największa możliwa do osiągnięcia wydajność i tak będzie zawsze zależeć tylko od różnicy temperatury pary wchodzącej do silnika i temperatury pary z niego wychodzącj. Fizycy powiadają, że jest to różnica temperatury kotła i chłodnicy.
Wydajność idealnej maszyny parowej można wyliczyć z bardzo prostego wzoru matematycznego, w którym występują właśnie tylko te dwie wielkości temperatury. Przy okazji warto wspomnieć, że w fizyce operuje się tak zwaną temperaturą bezwzględną, wyrażoną w stopniach Kelvina. Skala Kelvina różni się od stosowanej na co dzień skali Celsjusza tylko tym, że zero stopni Kelvina przypada przy -273,16 stopni Celsjusza. Jest to tak zwane zero bezwzględne, najniższa temperatura, jaka może w ogóle wystąpić. Zaś zero stopni Celsjusza odpowiada 273,16 stopni Kelvina. O próbach osiągnięcia zera bezwzględnego będzie jeszcze mowa, teraz jednak wróćmy do wydajności silników.
Zgodnie ze wzorem Carnota, idealny silnik parowy zasilany parą o temperaturze 200 stopni Celsjusza, czyli 247 stopni Kelvina, gdy temperatura chłodnicy (powietrza) wynosi 30 stopni Celsjusza, czyli 303 stopnie Kelvina – ma wydajność 36 procent. To znaczy, że nie można zbudować silnika parowego, który pracując przy różnicy temperatur marnowałby mniej niż niemal dwie trzecie ciepła uzyskiwanego ze spalania węgla pod kotłem. A przecież istniejące maszyny znacznie odbiegają od ideału. Po pierwsze, traci się sporo ciepła pod kotłem. Po drugie, w maszynie występują różne opory tarcia i temu podobne zjawiska. Wreszcie, temperatura wychodzącej, skroplonej pary jest zawsze wyższa niż temperatura powietrza. Dokładne obliczenia wykonane już przez Clapeyrona wykazały, że rzeczywista sprawność istniejących maszyn parowych wynosiła zaledwie nikły ułamek ich możliwości. Ale też cały postęp może doprowadzić techników do zwiększenia wydajności tylko o kilka procent. Więcej niż dziewięć dziesiątych dostarczonej energii jest przez maszynę parową bezpowrotnie tracona.
Podobne rozważania można przeprowadzić również dla silników spalinowych. Granica ich możliwości jest znacznie wyższa niż maszyn parowych, ale i tu nie można się spodziewać rewelacji. Większość ciepła spalanej benzyny czy oleju napędowego w silniku wysokoprężnym Diesela zawsze ulatuje w powietrze. Na tym tle znakomicie wypadają silniki elektryczne, które zależnie od swoich rozmiarów (im są większe, tym wydajność jest większa) osiągają sprawność od ponad 60 procent do ponad 90 procent. To już jest wynik zupełnie dobry i byłoby wspaniale, gdyby nie nikła wydajność elektrowni (przypominam, cieplnych około 40 procent, a jądrowych około 10 procent). Ale również poważne straty energii występują w liniach dostarczających elektryczność z elektrowni do odbiorców. Z jednej strony trzeba więc wkładać wysiłki w poprawę wydajności elektrowni, a z drugiej w zmniejszenie strat energii w liniach przesyłowych.
Niestety można mieć pewne obawy, czy uda się polepszyć elektrownie. Nawet przy zastosowaniu ogromnych turbin oraz generatorów i wykorzystaniu gorącej wody do ogrzewania mieszkań magiczna granica czterdziestu procent zostaje przekroczona zaledwie o dalszych kilka. Więcej niż połowa energii, czyli cennego węgla spalanego bezużytecznie wskutek ogrzewania Ziemi, przynosi nam wręcz szkody. Może tu pomóc tylko radykalne odejście od przestarzałej metody, polegającej na wykorzystywaniu pary wodnej. Jednakże, jak już pisałem w poprzednich rozdziałach, reaktory jądrowe i termojądrowe nie tylko nie poprawią tej trudnej sytuacji, lecz wręcz ją pogorszą. Kiedy zaś przekroczymy granicę bezpieczeństwa podgrzewania Ziemi – tego nie wie nikt. Wypada chyba powtórzyć jeszcze raz, że cała nasza nadzieja spoczywa w wykorzystaniu energii słonecznej. Wielu uczonych, między innymi znany profesor Błagonrawow ze Związku Radzieckiego, widzi jedyną szansę w przeniesieniu elektrowni w kosmos, czyli w realizacji projektów Glasera i O'Neilla, o których wspomniałem w jednym z rozdziałów. To, czego może nie przetrzymać krucha równowaga zjawisk na niewielkiej planecie, z pewnością nie zagrozi wielkiemu kosmosowi, w każdym razie jeszcze przez miliony lat nie uda nam się wywierać wpływu na tak wielką skalę.
Tymczasem wiele jeszcze można zrobić w dziedzinie przesyłania energii elektrycznej, choć wciągu niecałego stulecia i tak uczyniono już sporo. Kiedy Tomasz Alva Edison uruchomił swą pierwszą elektrownię, umieścił w niej prądnice wytwarzające prąd stały, taki sam, jaki płynie na przykład z bateryjki do latarki, tyle że o znacznie wyższym napięciu. Prądnice te wytwarzały prąd o napięciu takim samym, jakie dostarczano do domów, w których zainstalowano żarówki, czyli 110 woltów. Od razu też okazało się, że na dłuższych odległościach straty w przewodach były tak wielkie, iż żarówki ledwo się żarzyły. Nawet drut miedziany stawia opór przepływowi prądu elektrycznego i rozgrzewa się, a to przecież powoduje straty energii.
Prądu stałego nie można transformować, to znaczy nie można podwyższać jego napięcia, a później, po przesłaniu do odbiorcy, znów obniżyć. Takie postępowanie w pewnym stopniu zmniejszałoby straty, które przy wzroście napięcia są mniejsze. Edison, zagorzały zwolennik prądu stałego, usilnie zwalczał wszelkie próby wprowadzenia do użytku prądu zmiennego. W swoim czasie nawet zakazał prowadzenia badań nad prądem zmiennym swojemu pracownikowi Nicola Tesli, wielkiemu wynalazcy pochodzenia jugosłowiańskiego. Dopiero kiedy ci dwaj znakomici ludzie pokłócili się, zresztą o pieniądze, które Edison miał wypłacić Tesli i nie wypłacił, rozstali się jako wrogowie i do końca życia pozostali sobie niechętni.
Tesla, który opracował konstrukcję prądnic dla prądu zmiennego i transformatorów zmieniających napięcie (były to tylko dwa spośród licznych jego wynalazków), znalazł sobie protektora w osobie George'a Westinghouse'a (wym. Uestinghaus), zamożnego przemysłowca. Ten zapłacił mu ogromną sumę miliona dolarów za jego patenty i przystąpił do produkcji wszelkich urządzeń koniecznych dla wprowadzenia prądu zmiennego do powszechnego użytku. Mimo licznych przeszkód i trudnej walki z cieszącym się ogromnym autorytetem Edisonem (jeden z najciekawszych epizodów tej walki opisałem w książce „Siedem sensacji w nauce”; w wyniku głoszonej przez Edisona tezy o niebezpieczeństwie prądu zmiennego władze Nowego Jorku zastosowały ten prąd w pierwszej egzekucji skazańca na krześle elektrycznym, co znacznie zaszkodziło Westinghouse'owi w oczach opinii publicznej), zalety prądu zmiennego były na tyle oczywiste, że w ciągu niewielu lat zaczęto go stosować na całym świecie. Jeśli przesyła się przewodami prąd o napięciu podwyższonym na przykład do 5 tysięcy woltów, a później obniża jego napięcie do 220 woltów, wówczas przy przesyłaniu straty zmniejszają się aż kilkasetkrotnie w porównaniu z wynikłymi przy przekazywaniu prądu niskiego napięcia na tę samą odległość.
Już w 1891 roku, na Wszechświatowej Wystawie Elektrotechnicznej we Frankfurcie nad Menem podziw i zdumienie całego kręgu fachowców budziły urządzenia zaprezentowane przez młodego, zaledwie 29-letniego wynalazcę, Michała Doliwo-Dobrowolskiego. Ten syn urzędnika polskiego pochodzenia, zamieszkałego w Petersburgu, musiał studiować za granicami Rosji, bowiem przekonania polityczne odcięły mu drogę do nauki w kraju. Skończył więc uniwerstytet w Darmstadt w Niemczech i tam też podjął pracę. Na wystawie we Frankfurcie zaprezentował ni mniej ni więcej tylko 1000 żarówek i fontannę, której pompę obracał silnik elektryczny. Znane to już były urządzenia, więc gdzie spodziewać się zapowiadanej rewelacji? Otóż zarówno żarówki, jak i silnik pompy zasilała w prąd elektrownia, zbudowana na rzece odległej od Frankfurtu o 175 kilometrów.
Hydroelektrownia wytwarzała prąd o napięciu 95 woltów, który po przetransformowaniu na napięcie 16 tysięcy woltów docierał na teren Wystawy, a tu znów transformator zmieniał go na napięcie 110 woltów. Na całej trasie zaledwie czwarta część energii zamieniała się na ciepło. To stanowiło zarówno ogromny sukces wynalazcy, jak i dowód zalet prądu zmiennego, który wówczas właściwie opanował świat, wypierając skutecznie prąd stały – dziś stosuje się go wyłącznie w bardzo specyficznych urządzeniach, na przykład do zasilania motorów tramwajowych, bowiem łatwiej wtedy zmieniać prędkość pojazdu.
Następnym wielkim przewrotem w dziejach elektryczności stała się elektryfikacja Związku Radzieckiego. Wtedy to bowiem z inicjatywy samego Włodzimierza Ilicza Lenina zespół projektantów opracował w 1922 roku plan elektryfikacji, zawierający zupełnie nowy element. Otóż wszystkie elektrownie i odbiorców – fabryki, miasta i wsie, połączono w jeden system. Tak zresztą, jak się to obecnie wszędzie stosuje. System przede wszystkim umożliwia sterowanie dostawą energii elektrycznej z centralnego ośrodka dyspozycyjnego, tak że nawet awaria jednej elektrowni niekoniecznie powoduje brak prądu w okolicy. Linie przesyłowe dostarczają wówczas elektryczność z elektrowni dalszych, czy też z elektrowni szczytowo-pompowych. Zasadniczą częścią systemu są więc linie przesyłowe.
A któż był kierownikiem zespołu pracującego nad pierwszym w świecie systemem energetycznym? Inżynier Gleb Krzyżanowski, Polak z pochodzenia. Po przeszło pół wieku dziś już nikogo nie dziwi widok ogromnych konstrukcji stalowych masztów, na których rozpięta jest sieć grubych przewodów, jakby naczyń krwionośnych oplatających współczesne państwa. Płynie w nich prąd o napięciu znacznie większym niż w pierwszych liniach przesyłowych. Nierzadko przekracza się już 100 tysięcy woltów, a projektanci na serio mówią już o osiągnięciu 1,5 miliona woltów. Nic dziwnego, zużycie energii elektrycznej w naszych czasach osiągnęło już niesłychane rozmiary, a należy sądzić, że jeszcze znacznie wzrośnie – wymaga to znów zwiększania napięcia przesyłanego prądu.
Ale im większe napięcie, tym wyższe i potężniejsze muszą być wieże podtrzymujące przewody. Widziałem plany takiego słupa – ma on wysokość ponad 50 metrów i ramiona o szerokości około 60 metrów. Budowa wież będzie kosztowna, ale również spore sumy pochłonie wykupywanie ziemi pod budowę takiej drogi elektrycznej. Ze względów bowiem bezpieczeństwa pod przewodami tak wysokiego napięcia nie powinny znajdować się domy ani drogi. Jeśli przyjmiemy, że goły pas ziemi będzie miał szerokość taką jak ramiona wieży, czyli 60 metrów, wówczas jeden kilometr napowietrznej linii elektrycznej pochłonie aż 6 hektarów ziemi. Wydaje się, że w pewnych obszarach, zwłaszcza w pobliżu miast, gdzie ziemia jest najcenniejsza, budowa takich linii jest praktycznie niemożliwa. Wzrastające zapotrzebowanie na energię zmusi nas do budowy podziemnych linii przemysłowych, które umożliwiają prawidłowe funkcjonowanie systemów energetycznych.
Tu, niejako ubocznie, będzie można skorzystać ze wspaniałej sposobności zaoszczędzenia na dotychczasowych stratach tak wiele energii elektrycznej, ile dostarczyłoby jej wiele nowych elektrowni. Zagadnienie likwidacji strat w istniejących liniach przesyłowych to jedno z najważniejszych zadań energetyki. I to zadanie całkiem możliwe i realne. Później pozostanie już tylko zastąpienie elektrowni parowych elektrowniami słonecznymi i zniknie ze świata zmora przegrzewania Ziemi i zatruwania jej atmosfery gęstymi dymami. Optymistyczne spojrzenie na zagadnienie strat przy przesyłaniu elektryczności umożliwia cała stosunkowo nowa dziedzina fizyki, o której warto wspomnieć.
Aby uhonorować wszystkich, którzy wnieśli wkład do tej dziedziny, musimy rozpocząć od dwóch uczonych polskich, a mianowicie Zygmunta Wróblewskiego i Karola Olszewskiego. Byli oni pierwszymi ludźmi, którym powiodło się skroplenie gazów – tlenu i azotu. To ważne wydarzenie z 1883 roku stanowiło narodziny nowej dziedziny nauki i techniki, kriogeniki (po grecku krios znaczy mróz). Do skraplania gazów trzeba bowiem osiągnąć niezwykle niską temperaturę. Na przykład hel trzeba oziębić aż do 4,2 stopnia Kelvina, czyli -269 stopni Celsjusza. Ta sztuka udała się dopiero znakomitemu Holendrowi, profesorowi Haike Kamerlingh-Onnesowi i to dopiero w roku 1908. Lecz wydarzeniem, które na długo zbulwersowało świat nauki, było dokonane w trzy lata później odkrycie nadprzewodnictwa.
Kamerlingh-Onnes badał zachowanie się i właściwości fizyczne różnych ciał oziębianych do coraz niższej temperatury, aż do najniższej osiągalnej wówczas temperatury ciekłego helu. Pewnego dnia na warsztat uczonego trafiła połyskliwa rtęć. Kamerlingh-Onnes badał zmiany oporu elektrycznego rtęci przy obniżaniu jej temperatury. Ale po osiągnięciu pewnej temperatury opór wręcz znikał, przestawał istnieć. Było to prawdziwe zaskoczenie. Początkowo nikt nie chciał w to zjawisko wierzyć, nie mieściło się ono w uporządkowanym gmachu wiedzy fizycznej. A jednak była to prawda i trzeba było ów gmach niejako przebudować. Swoją drogą trochę to potrwało. Pierwszą w miarę zadawalającą teorię nadprzewodnictwa, czyli znikania oporu elektrycznego metali w bardzo niskiej temperaturze, opracowano dopiero w 46 lat po odkryciu samego zjawiska.
Wykorzystanie nadprzewodnictwa w przesyłaniu energii elektrycznej ma same zalety. Jeśli przewodnik nie ma oporu, tzn. jest nadprzewodnikiem, wówczas nie ma w nim strat energii. Okazało się, że nadprzewodników jest sporo, jednak wszystkie mają jedną wadę – trzeba je oziębić do bardzo niskiej temperatury, a to słono kosztuje. Ponadto są to najczęściej stopy, z których trudno formować druty – są kruche i niezbyt plastyczne. Ale po wielu latach uczonym udało się zbudować różne urządzenia wykorzystujące zjawisko nadprzewodnictwa. W tej chwili toczy się walka o znalezienie takiego nadprzewodnika, który uzyskiwałby swe cudowne właściwości w temperaturze ciekłego wodoru, czyli jak na nadprzewodnictwo dość wysokiej. Ale gdyby się ta sztuczka udała, wówczas można by równocześnie przesyłać do miast pojedyńczym przewodem rurowym elektryczność i wodór do spalania zamiast gazu i benzyny. Korzyści byłyby ogromne – trzeba tylko znaleźć taki materiał nadprzewodzący. A badania trwają...
Wśród licznych instytutów zajmujących się badaniami nadprzewodników szczególnie poważnymi osiągnięciami może się poszczycić Międzynarodowe Laboratorium Silnych Pól Magnetycznych i Niskich Temperatur we Wrocławiu. Jest to unikalna placówka naukowa, założona przez cztery Akademie Nauk (Bułgarii, NRD, ZSRR i Polski), dzięki staraniom profesora Włodzimierza Trzebiatowskiego, prezesa Polskiej Akademii Nauk. Od wiosny 1968 roku w laboratorium założonym w budynku dawnej zajezdni tramwajowej (dlatego w zajezdni, że można było wykorzystać przetwornice zmieniające prąd zmienny na stały, potrzebny w badaniach magnetycznych właściwości nadprzewodników) stale przebywa kilkudziesięciu uczonych z czterech krajów i razem prowadzą badania na wspólnej aparaturze. Dzięki temu nie tylko wszyscy czynią znaczne oszczędności na sprzęcie, ale możliwa jest bezpośrednia wymiana pomysłów i poglądów w czasie pracy, co w fizyce ma znaczenie zasadnicze.
We Wrocławiu działa również Instytut Niskich Temperatur, a także zakłady doświadczalne KRIOPAN. Nad wszystkim czuwa profesor Trzebiatowski, który osobiście koordynuje wszelkie prace zmierzające do opanowania technicznego ciekłego helu i wykorzystania zjawiska nadprzewodnictwa. Zresztą prace te zyskały w naszym kraju szczególną rangę - zostały włączone do tak zwanych „tematów węzłowych”, czyli znajdują się wśród kilkudziesięciu najważniejszych zadań, jakie stoją przed naszą nauką i techniką.
Czy tylko świadczy to o wysokiej randze, jaką obdarzamy oszczędności energii elektrycznej, uzyskiwane poprzez wykorzystanie zjawiska nadprzewodnictwa? Mamy wszelkie szanse, by stać się europejskim potentatem w dziedzinie techniki niskotemperaturowej, czyli kriogeniki. Przed kilkoma laty okazało się, że złoża gazu ziemnego w Odolanowie, miasteczku niezbyt oddalonym od Wrocławia, zawierają nadspodziewanie dużą domieszkę helu. Prawdę mówiąc domieszka ta nie tylko stawia pod znakiem zapytania celowość wykorzystywania gazu ziemnego – będziemy raczej wykorzystywać tę domieszkę helu – ale także stawia nasz kraj na czele Europy. Jedynie złoża amerykańskie są bogatsze. A hel to podstawowy surowiec kriogeniki. Tylko dysponując tym gazem można prowadzić badania naukowe i poważnie myśleć o zastosowaniach technicznych kriotechniki, a więc między innymi i nadprzewodnictwa.
Wydaje się, że już bardzo niedługo Odolanów stanie się głównym dostawcą helu dla całej Europy. A zapotrzebowanie na ten gaz będzie ogromne. Wszyscy chyba zechcą skorzystać z możliwości zaoszczędzenia energii elektrycznej przez ochłodzenie przewodów. Mało kto ma zatem równie poważne powody do optymizmu jak my. Dysponujemy tak wielkimi zasobami helu, że właściwie nie musimy się obawiać o przyszłość naszej energetyki.
Ale czy owa przyszłość opiera się wyłącznie na zjawisku nadprzewodnictwa, występującym przy zamrażaniu metali do temperatury bliskiej zeru bezwzględnemu? Oto pytanie, które przed niespełna 10 laty wkroczyło na łamy prasy fachowej. Najpierw znany radziecki fizyk teoretyk W. Ginzburg napisał, że w świetle istniejącej teorii nadprzewodnictwa nie można wykluczyć, iż zjawisko tobędzie występować również w wysokiej temperaturze, zbliżonej do temperatury pokojowej, jeśli tylko uda się znaleźć odpowiednią substancję. Ginzburg proponował zajęcie się cienkimi warstewkami przewodników, ciasno upakowanymi pomiędzy dwie grubsze warstwy izolatora.
Prawdziwym apostołem nadprzewodnictwa wysokotemperaturowego jest profesor W. A. Little z Uniwerstytetu Stanford w Stanach Zjednoczonych. Od dobrych dziesięciu lat walczy on z opornymi cząsteczkami chemicznymi, tak skomplikowanymi, że nawet nie będę próbował podawać ich nazw i wzorów. Profesor Little uważa, że jeśli w organizmach istot żywych, a więc na przykład człowieka, istnieje niezwykły komputer – mózg, który działa z olbrzymią sprawnością i szybkością, to najwyraźniej zawiera on elementy nadprzewodzące, skoro nie przepala się, mimo iż płynie w nim prąd wystarczający do wywołania katastrofy. Owe elementy nadprzewodzące, o nie zbadanej jeszcze dokładnie naturze, muszą chyba istnieć, a jeśli potrafiłą je skonstruować sama natura, czemu nie mielibyśmy i my skorzystać z tych wzorów. Wielu uczonych z różnych labolatoriów próbuje znaleźć owe związki chemiczne, które umożliwią przesyłanie prądu elektrycznego bez żadnych strat i bez konieczności dość kosztownego zamrażania przewodów wykonanych z dość drogich metali – najlepsze znane dziś nadprzewodniki to stopy niobu i germanu.
Wydawałoby się, że mając takie zasoby helu, czyli możliwość zamrożenia wszystkich przewodów, które oplatają nasz kraj, nie powinniśmy zwracać uwagi na możliwości dziwnych związków, których badaniem zajmuje się profesor Little czy jego koledzy ze Związku Radzieckiego, profesorowie Szczegolew, Hidekel, Larkin i wielu innych. Jednakże, jak już powiedziałem, samo zamrażanie jest procesem dość kosztownym. Trzeba zbudować skomplikowane rury, podobne do termosów, w których znalazłyby się przewody z drogich metali, zanurzone w ciekłym helu. Aczkolwiek wydaje się to dziś jedyną możliwością przesyłania energii elektrycznej, jest jednak jeszcze „w powijakach” i sporo wody czy raczej prądu upłynie, zanim zaczniemy czerpać energię z oszczędności, z zamrożenia przewodów.
Dlatego też chciałbym przedstawić w tym opowiadaniu profesora Kazimierza Antonowicza z Uniwerstytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Profesor Antonowicz od paru lat zajmuje się badaniami cienkich warstewek węgla, zwykłego węgla, tyle że bardzo czystego. Wszelkie znaki wskazują na to, że udało mu się zaobserwować zjawisko nadprzewodnictwa w węglu o temperaturze pokojowej. Ciekawe, czy uda mu się to dokładnie opracować i podać receptę na produkcję nadprzewodników z węgla. To przecież jest warunek możliwości ich wykorzystania na skalę techniczną.
Możemy więc chyba spać spokojni o naszą przyszłośc energetyczną. Nie tylko mamy najkorzystniejsze w Europie warunki do zakładania elektrowni szczytowo-pompowych, magazynujących energię elektryczną, ale również możemy stać się potentatem w dziedzinie oszczędności energii. Przy wykorzystaniu naszych zasobów helu, staniemy się gigantem kriogeniki, a w zanadrzu mamy jeszcze badania profesora Antonowicza, oczywiście jeśli ich wyniki okażą się pomyślne. W każdym razie warto wspomnieć, że pierwszy artykuł profesora w słynnym angielskim czasopiśmie naukowym „Nature” wywołał niemałą sensację w światku naukowców.
Na razie, zanim to nastąpi, chciałbym, aby wszyscy zapamiętali, że każda żarówka paląca się bez potrzeby, każdy samochód, który na postoju ma włączony silnik – powoduje nadmierne zużywanie energii, a przy obecnym stanie urządzeń, które nam jej dostarczają, również podgrzanie Ziemi o jeden maleńki ułamek stopnia. Ale gdy się wszystko zsumuje, może się okazać znacznie prędzej niż dziś przypuszczamy, że trzeba ograniczać owo zużycie energii, że wymagają tego względy naszego bezpieczeństwa. Dlatego trzeba chyba zastanowić się, jak wiele energii można jeszcze uzyskać przez likwidację marnotrawstwa.

*

Dobiegliśmy więc końca przeglądu energetycznych perspektyw świata. Pora odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, czy możliwe będzie zaspokojenie ogromnego zapotrzebowania na energię, które stale rośnie w zawrotnym tempie. Coż, możliwości są tak bogate, że chyba nie grozi nam powrót do manufaktur, omnibusów i pochodni. Ale musimy spełnić jeden warunek, a mianowicie korzystać ze wszystkich dostępnych źródeł energii. Tam gdzie silnie operuje słońce, w pierwszym rzędzie należy budować elektrownie słoneczne; jeśli wieją silne wiatry – trzeba stawiać wiatraki; na wybrzeżach mórz i oceanów należy zaprzęgnąć do pracy pływy i prądy. Wreszcie w systemie zdobywania energii nie powinno zabraknąć elektrowni jądrowych i, jeśli to będzie możliwe, termojądrowych.
Musimy zdać sobie sprawę z nierealności wszelkich prób znalezienia pojedyńczego, uniwersalnego źródła energii - jedynie elektrownie słoneczne mogłyby pretendować do tego miana, lecz na rozwiązania w skali kosmicznej trzeba będzie jeszcze długo poczekać. Tylko wtedy będziemy mogli dalej spokojnie zużywać energię, jeśli z równą uwagą potraktujemy wszelkie, jakże liczne projekty zdobywania nowych jej źródeł.
10
Darmowa Energia / Odp: Marek Płużański - Siedem źródeł energii
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Nie) 05.02.2017, 02:23:14 »
Gaja – matka Ziemia

Znany angielski chemik James Lovelock (wym. Lawlok), członek szacownego Towarzystwa Królewskiego w Londynie, jest jednym z niewielu uczonych świata, którzy pracują we własnym, prywatnym laboratorium. W swej posiadłości we wsi Bowerchalke prowadzi on badania na zlecenia różnych wielkich firm, jak na przykład Schell Oil. Pewnego dnia ten niespełna sześćdziesięcioletni uczony obejrzał fotografię ziemi wykonaną przez sztucznego satelitę i doszedł do arcyciekawych wniosków. Zauważył bowiem zadziwiające podobieństwo planety otulonej płaszczem atmosfery do żyjącego organizmu, na przykład do ślimaka w skorupie.
Wówczas, jak powiada sam uczony, narodziła się fascynująca koncepcja ścisłej zależności żyjących organizmów - biosfery i środowiska naturalnego. Dotychczas uważano (i wielu badaczy nadal tak sądzi), że środowisko naturalne decyduje o tym, które organizmy mogą na Ziemi przeżyć, a które wymrą. Hipoteza Lovelocka głosi, że wszystkie żyjące organizmy, lądy, oceany i atmosfera tworzą jakby gigantyczny makroorganizm nazwany przez niego „Gaja” od imienia bogini Ziemi czczonej przez starożytnych Greków. Teraz uczony chętnie pozuje do zdjęć u stóp rzeźby Gai, którą ustawił w ogrodzie swej posiadłości.
Według Lovelocka, żyjące organizmy mogą zmieniać swe środowisko i kontrolują skład atmosfery ziemskiej, tak by z jednej strony uchronić glebę od spalenia promieniami Słońca, a z drugiej – nie dopuścić do jej zlodowacenia. Życie powstało na Ziemi jakieś 3,5-4 miliardów lat temu i zdaniem Lovelocka, pierwsze kroki uczynione przez pierwotne mikroorganizmy to właśnie utworzenie ochronnej atmosfery. Skład chemiczny płaszcza otulającego Ziemię ulega ciągłym niewielkim zmianom i uzupełnieniom, tak aby temperatura powierzchni globu utrzymywała się w granicach umożliwiających życie. Jako jeden z dowodów na poparcie swej tezy Lovelock wykazał wraz z biologiem Lynnem Margulisem z Uniwerstytetu w Bostonie, że różne owady wytwarzają pokaźne ilości gazu metanu, który wędruje do stratosfery. Zapewnia to utrzymanie właściwej proporcji tlenu w dolnych warstwach atmosfery, czyli tam, gdzie przebywają organizmy żywe, poprzez odprowadzanie do góry nadmiaru szybko z nim reagującego wodoru. Gdyby nie to, mielibyśmy zamiast tlenu zwykłą wodę, która niezbyt nadaje się do oddychania, o czym wszyscy chyba dobrze wiedzą.
Innym dowodem jest to, że zgodnie z prawami chemii większość tlenu i azotu z atmosfery (a są to jej główne składniki) powinna się łączyć ze sobą i rozpuszczać w wodzie oceanów jako jon azotanowy. Tymczasem stężenie tlenu od tysięcy czy milionów lat nie ulega zmianie – jednym słowem jest on „sztucznie” wprowadzany do atmosfery przez procesy biologiczne.
Nie można odmówić Lovelockowi umiejętności kojarzenia faktów z różnych, dość odległych dziedzin wiedzy. Przecież biolodzy od lat wiedzieli, że owady wytwarzają metan, a badacze atmosfery, że w górnych jej warstwach – w stratosferze – występuje metan, lecz nie potrafili skojarzyć tych dwóch zjawisk ze sobą. Nawiasem mówiąc, to właśnie Lovelock odkrył, że gaz freon, uwalniany z puszek z chętnie stosowanymi przez nas aerozolami, poważnie zagraża warstwom ozonu chroniącego Ziemię i jej mieszkańców przed groźnym promieniowaniem kosmicznym.
Jeśli uczony ma rację, jeśli istotnie tworzymy wraz ze wszystkim, co nas otacza, jeden wielki organizm Gai, zastanówmy się, czy nie można by skorzystać z zawartych w nim źródeł energii. Czy naprawdę musimy szukać dziwnych dróg wyjścia z sytuacji – rozbijać lub łączyć jądra atomowe, wypalać drogocenne pokłady węgla i ropy naftowej? Pamiętajmy, że wprawdzie Gaja – to bogini Ziemi, ale równocześnie istota okrutna i mściwa, małżonka władcy świata Uranosa, która rozgniewana jego postępkami sprawiła, że utracił swój tron i zginął w mrokach niepamięci.
Spalanie węgla i ropy naftowej powoduje wydzielanie do atmosfery ogromnych ilości gazów i pyłów, co grozi zachwianiem odwiecznej równowagi w tak wielkim stopniu, że żywe organizmy mogą pewnego dnia nie sprostać zadaniu regulacji składu atmosfery i wszystko, na czym opiera się nasze istnienie, runie jak kostki domina czy domek z kart. Z kolei zatruwanie środowiska naturalnego odpadami promieniotwórczymi może także spowodować nieobliczalne wprost skutki. Zastanówmy się więc, czy można korzystać z różnych źródeł energii, które istnieją w organizmie Gai od miliardów lat, tak aby nie rozgniewać jej nie przemyślanymi postępkami. A możliwości rozsądnego postępowania jest sporo, o czym zaraz się przekonacie.
Gaja, którą będziemy więc teraz szczegółowo badać, to kula ziemska, z jej lądami i oceanami, rzekami i morzami, otoczona płaszczem atmosfery. Już najprymitywniejszy obserwator może zauważyć, że wszystko jest tu w ciągłym ruchu, który trwa od niepamietnych czasów, może nawet od miliardów lat. Ba, nawet sama twarda skorupa ziemi wydziela ciepło, a przecież ciepło to jedna z form energii! - można je zamieniać na elektryczność, czego dowodem są także liczne elektrownie.
Od bardzo dawna, odkąd istnieją kopalnie, ludzie wiedzieli, że tylko powierzchnia Ziemi zmienia swą temperaturę wraz z porami roku – czasem zamarza, niekiedy zaś jest tak gorąca, że aż trudno na nią stąpnąć bosą nogą. Ale im głębiej ludzie wkopywali się pod powierzchnię, tym bardziej temperatura rosła – w płytszych kopalniach trudno było zauważyć różnicę, lecz w głębszych ledwie można pracować. Przeciętnie, co jakieś 33 metry temperatura podnosi się mniej niż 1 stopień Celsjusza. Nie jest to dużo, lecz gdyby było więcej, nie moglibyśmy budować kopalni, w których pracują ludzie.
Istnieje jednak wiele wyjątków od tej reguły. W pewnych miejscach na kuli ziemskiej tamperatura podnosi się znacznie szybciej, na przykład w miasteczku Neuffem w Niemczech podnosi się ona o 1 stopień co niecałe 4 metry. To już jest coś, o czym można myśleć w związku z wykorzystaniem Ziemi, na przykład do ogrzewania wody. Ale warto chyba zastanowić się, co grzeje skały we wnętrzu Ziemi i dlaczego grzeje je nierównomiernie.
Zagadkę tę wyjaśniono dopiero w XX wieku, gdy fizycy ujawnili zjawisko rozpadu promieniotwórczego. Większość skał tworzących skorupę Ziemi to granit, który zawiera tylko nieznaczną domieszkę uranu. Ale jak wykazują dokładne obliczenia, już nawet tak niewielka ilość radioaktywnych atomów wystarcza do owego, jak byśmy powiedzieli, normalnego nagrzania skał. Jedyna jednak korzyść z tego ogrzewania, to ta, że nie trzeba zakładać kaloryferów w kopalniach.
Ciekawsze więc dla nas są wspomniane obszary nietypowe, gdzie coś grzeje skały silniej, niż by to czyniły rozpadające się pierwiastki promieniotwórcze. Co to takiego? Oczywiście, jak się to określa uczenie, działalność wulkaniczna. Ziemia, mimo iż jej powierzchnia na to nie wskazuje, ma w swym środku gorące, rozpalone jądro otoczone cienką, spękaną skorupą skalnych płyt, które powolnym ruchem przesuwają się po płynnym wnętrzu globu. Przez pęknięcia, rozdzielające wielkie płyty, na których leżą kontynenty i dna oceanów, gorąca lawa czy magma z wnętrza Ziemi przedostaje się bliżej powierzchni i jej wpływ na temperaturę gruntu zaczyna przewyższać wpływ pierwiastków radioaktywnych. Co ciekawe, wysoka temperatura utrzymuje się bardzo długo po wygaśnięciu wulkanów. Nawet jeśli czynne niegdyś wulkany wygasły już przed 7 milionami lat, i tak przy wierceniu okazuje się, że temperatura wzrasta znacznie szybciej niż tam, gdzie wulkanów nie było nigdy.
Lecz najpiękniej i najwidoczniej przejawia się ciepło wnętrza ziemi w pewnych okolicach, w których tworzą się tak zwane gejzery. Podróżnikom, którzy pierwsi dotarli do tych odległych okolic wydawało się, że stanęli u wrót piekieł. Bo jakże inaczej wytłumaczyć sobie widok cuchnących siarką rozpadlin skalnych, z których co pewien czas tryskają w górę fontanny gorącej wody i pary, sięgające nieraz dziesiątków metrów. Co prawda od dawien dawna znano już gorące źródła i syczące obłoki pary, wydobywające się z ziemi w Toskanii, około 100 kilometrów na południe od Florencji. Już Rzymianie korzystali z tych źródeł dla celów leczniczych. Ale w innych punktach naszego globu można dostrzec widoki zaiste przerażające.
Owe inne punkty to przede wszystkim wąwozy odległej Kamczatki, Nowa Zelandia, Islandia i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Tam poprzez spękaną skałę woda, która niemal wszędzie znajduje się pod powierzchnią ziemi, dociera do bardzo silnie rozgrzanych obszarów. I cóż się wówczas dzieje? Każdy kto zna choć trochę fizykę, odpowie od razu – woda zamienia się w parę, gwałtownie zwiększa swą objętość i szuka dla siebie ujścia spod ziemi. Wypycha wówczas gorącą wodę, która jeszcze nie zdążyła zamienić się w parę i ze szczeliny skalnej tryska wspaniały pióropusz wrzątku i pary, nieraz nawet na 300 metrów w górę. Niektóre gejzery wybuchają co kilka godzin, z regularnością zegarka, inne są zdradliwe, nigdy nie wiadomo kiedy z ich wnętrza chluśnie wrzątek, który może dotkliwie poparzyć nieostrożnego a ciekawego człowieka, zaglądającego do jego wnętrza. No, ale nam to nie grozi, niestety, w Polsce gejzery nie istnieją.
Na Kamczatce, gdzie gejzerów są setki, trzeba bardzo uważać – przewodnicy chętnie pokazują na brzegu jednego z gejzerów ślady pazurów niedźwiedzia, zwierzęcia obeznanego z niebezpieczeństwami tej okolicy, który zaskoczony przez wybuch zsunął się do wrzącej czeluści. Gejzer ten znajduje się w odnalezionej niedawno przepięknej dolinie o krajobrazie jakby z innej planety. Jest ona skryta między górami i tak trudno dostępna, że wiele ekspedycji naukowych pracowało zaledwie o kilkanaście kilometrów od jej wylotu, nie przeczuwając nawet, jak ciekawe rzeczy kryje przed nimi zazdrosna przyroda.
Istnieje również na Kamczatce znacznie mniej malownicza dolina, którą przepływa niewielka rzeczka Paużetka, wpływająca do większej rzeki Oziornej. Dolinę i znajdujące się w niej osiedle nazwano Paużetska. Osiedle powstało w końcu lat pięćdziesiątych, zbudowane rękami komsomolskich ochotników, między innym po to, by mogli w nim zamieszkać pracownicy zatrudnieni w unikalnej elektrowni – nie ma w niej kotłów ani palenisk, a para jest doprowadzana do turbin wprost z wnętrza ziemi. Gorąca woda płynąca również z ujarzmionego gejzeru ogrzewa mieszkania, szklarnie, w których rosną różne egzotyczne jak na tę surową okolicę kwiaty i rośliny, a nawet drogę wiodącą z osiedla do elektrowni. Dzięki temu w czasie największych śniegów i najsroższych zim można przejść do pracy dosłownie w rannych pantoflach.
Pierwsza elektrownia geotermiczna (geos – znaczy po grecku ziemia, zaś termiczna to po prostu cieplna) zbudowana na Kamczatce pracuje do dziś, już niemal 10 lat, bez usterek, a podobne do niej powstały i w innych miastach, na przykład w Esso i Kliuczi. Cały wielki półwysep jest jednym laboratorium, w którym pracują naukowcy, badający sposoby lepszego wykorzystania ciepła ziemi. A problemów do rozwiązania jest jeszcze niemało, zresztą ludzie interesują się tymi zjawiskami już ponad 2 tysiące lat...
Już w III wieku przed naszą erą Rzymianie zażywali kąpieli leczniczych w słynnych gorących źródłach Toskanii. Przemysłowcy zainteresowali się tymi źródłami dopiero w początkach XIX wieku, kiedy znaleziono w gorących wodach różne związki chemiczne, na przykład kwas borowy. Pierwszy większy zakład wydobywający kwas borowy założył w 118 roku francuski emigrant Francois Larderel, a niecałe 30 lat później miejscowość, w której znajdował się ten zakład, nazwano od jego nazwiska – Larderello. Już w 1827 roku do ogrzewania kotłów w zakładach zaczęto tam z powodzeniem wykorzystywać parę wydobywającą się z wnętrza ziemi. Jest to data warta zapamiętania, jako historyczny moment pierwszego przemysłowego wykorzystania energii geotermicznej.
Następnym punktem zwrotnym jest rok 1904. Wtedy to ówczesny właściciel zakładów Piero Ginori Conti (wym. Konti) postanowił oświetlić Larderello elektrycznością. Kupił niewielką prądnicę, silnik parowy i doprowadził do niego parę spod ziemi. A już w rok później po tej pierwszej udanej próbie stanęła w Larderello pierwsza w świecie spora elektrownia geotermiczna. Zresztą do dziś gorące źródła Larderello nie straciły znaczenia. W okolicy znajduje się sześć dużych elektrowni, które dostarczają elektryczność na potrzeby kilku miast i to zupełnie za darmo.
Jednakże nie wszędzie i nie wszystkim szło tak łatwo. W Stanach Zjednoczonych odkryto w górach na północ od San Francisco Dolinę Gejzerów już w roku 1847 – dotarł tam podróżnik William Bell Elliott. W 75 lat później znaleźli się ludzie, którzy chcieli się dorobić na taniej elektryczności i zbudowali pierwszą elektrownię geotermiczną, jednak szybko zbankrutowali – kropelki wody porywanej przez parę niosły tak wiele różnych minerałów, że użyte przez nich rury i części turbin rdzewiały niemal w okamgnieniu. Odstraszyło to ich następców na ponad 30 lat.
Dziś, dzięki postępom techniki, nade wszystko kłopotom ze źródłami energii, już osiem państw wykorzystuje na znaczną skalę energię geotermiczną. Stolica niewielkiej Islandii, Reykjawik, jest ogrzewana wodą spod ziemi. Elektrownie istnieją w ZSRR, Japonii, Nowej Zelandii, Chinach, USA, Italii i Meksyku. Wszystkie kraje, w których były gejzery, nie oparły się pokusie wykorzystania ich jako źródeł energii.
A co mają czynić kraje, w których gejzery nie występują? Jak uczy doświadczenie geologów, często miejsca nawet pozornie całkiem wystygłe kryją pod ziemią skały rozgrzane w niepamiętnej przeszłości. W wielu miejscach istnieją też podziemne zbiorniki gorącej wody mające wielkość małych mórz. Trzeba ich tylko poszukać, czyli innymi słowy przeprowadzić dokładne badania geologiczne pozornie nieciekawych pokładów „zwykłych” skał, mierząc ich temperaturę. A gdy się już taką gorącą skałę znajdzie?
Trzeba wtedy wywiercić dwa otwory. Jednym z nich wprowadza się wodę pod ciśnieniem, a z drugiego jakby nigdy nic wylatuje z sykiem para. Brzmi to prosto, ale nie zapominajmy o rozlicznych trudnościach. Największą z nich jest odpowiednie uszczelnienie obu wywierconych przewodów, przez które przepływa woda i para pod ciśnieniem. Najciekawszym chyba rozwiązaniem jest opracowany niedawno świder, który nie wierci skał, tylko je stapia. Po jego przejściu powstaje otwór o gładkich ścianach, jakby wyłożonych szkliwem – niezwykle szczelną warstwą stopionego kamienia.
Ziemia kryje w sobie jeszcze wiele tajemnic i wiele krajów może liczyć na odkrycie źródeł taniej energii. Pewne jest, że za kilka czy kilkanaście lat na wszystkich kontynentach ruszą potężne siłownie geotermiczne. Nie będą one niestety w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb energetycznych ludzkości, lecz trudno sobie wyobrazić takie pojedyńcze źródło, które zawładnęłoby energetyką całego świata.
Ale przewędrowawszy Kamczatkę, Islandię i inne dalekie i ciekawe krainy, nie zapominajmy o Polsce. Czy u nas energia geotermczna może mieć jakieś znaczenie? Znalezione w kraju zasoby gorących wód mają temperaturę zaledwie kilkudziesięciu stopni Celsjusza i nadają się co najwyżej na kąpiele lecznicze. Można by powiedzieć, że i to jest już coś. Przynajmniej zaoszczędzimy paliwa na podgrzewanie wody w uzdrowiskach w Sudetach – w Lądku i Cieplicach. Od dawna też słynny jest Ciechocinek ze swymi termami. Doniesienia geologów badających inne okoloce nie brzmią optymistycznie. Ale za to możemy spać spokojnie. Przynajmniej nie grożą nam trzęsienia ziemi ani wybuchy wulkanów. Przecież wszędzie tam, gdzie istnieją gejzery, ludzie żyją w ciągłym strachu, że spotka ich los na przykład mieszkańców Gwatemali czy Włoch, których tragedia z 1976 roku rozniosła się szerokim echem na cały świat. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...
Warto jednak zwrócić uwagę na śmiały i nie tak nieprawdopodobny, jak by się na pierwszy rzut oka zdawało, pomysł trzech uczonych amerykańskich – G. Kennedy'ego, D. Stewarta (wym. Stiuart) i J. Burnhama (wym. Bernam). Zaproponowali oni, ni mniej ni więcej, by utworzyć sztucznie rozpalone ognisko skalne na głębokości 2-3 kilometrów pod powierzchnią ziemi za pomocą eksplozji wielu niezbyt silnych bomb atomowych w głębokim szybie, specjalnie wywierconym w tym celu. Nazwano ten pomysł „Projekt Lemiesz”.
Atomowy lemiesz miałby nie tylko rozgrzać skały do wysokiej temperatury, ale również połupać je, podzielić siecią pęknięć, rozciągających się daleko od miejsca wybuchu. Ułatwiłoby to przepływ wody wtłaczanej pod ziemię i wydobywanie się pary. Obliczono, że eksplozja około 50 średniej wielkości bomb atomowych, odpowiednio rozmieszczonych pod ziemią, utworzyłaby źródło energii geotermicznej zdolne napedzać ogromny zespół elektrowni przez co najmniej 30 lat. Perspektywa to zaiste oszałamiająca. Czemu więc nie została jeszcze zrealizowana?
Myślę, że po prostu ze strachu, czy inaczej mówiąc, z rozsądku. Nikt nie może bowiem przewidzieć, jakie skutki przyniesie tak brutalne traktowanie skorupy naszej planety. Jest to przecież niezwykle wątła powłoka, o czym jakże często przekonują nas straszliwe trzęsienia ziemi. Nie wiadomo, czy wybuchy atomowe nie spowodują uaktywnienia wulkanów od dawna wygasłych albo czy nie rozerwą tych części płyt kontynentalnych, na których leżą nasze lądy czy dno morskie, co wywołałoby straszne w skutkach fale, zalewające brzegi. Zresztą, nie można wykluczyć, że ostatnie trzęsienie ziemi w Gwatemali zostało wywołane przez podziemną eksplozję jądrową w USA. Dokładnie na 3,5 minuty przed trzęsieniem eksplodowano bombę na poligonie w rejonie Yucca Flats w stanie Nevada. A 3,5 minuty to czas, jakiego potrzebowała fala sejsmiczna, by przebyć drogę miedzy Yucca Flats i Gwatemalią.
Z kolei, nawet pozornie niewinne wykorzystywanie istniejących gorących skał również może mieć skutki opłakane. Przyspieszenie ich stygnięcia spowoduje szybsze kurczenie się powłoki ziemi. Nikt jeszcze nie jest w stanie przewidzieć następstw, które mogłyby się jednak okazać korzystne. Być może, czerpanie energii z wnętrza ziemi będzie jakby klapą bezpieczeństwa, hamując niszczycielską działalność wulkanów.
Trzeba będzie jeszcze wielu lat pracy inżynierów i naukowców, by elektrownie geotermiczne znalazły miejsce w naszym krajobrazie. Ale perspektywa jest kusząca. Po pierwsze nie wymagają one dostarczania paliwa, nie trzeba dowozić ani węgla, ani ropy, ani też substancji promieniotwórczych. Nie zanieczyszczają one środowiska naturalnego. A gdybyśmy opanowali technikę wiercenia otworów do głębokości 30-50 kilometrów, wówczas można by je budować praktycznie wszędzie. Na tej głębokości skały są tak gorące, że nie potrzeba się uciekać ani do wymyślnych sztuczek, ani też groźnych jak by nie było wybuchów atomowych.
Największą zaletą energii geotermicznej jest jednak chyba jej taniość. Raz zbudowana elektrownia będzie mogła tę energię wykorzystywać dopóty, dopóki nie rozpadnie się ze starości, a i wtedy wystarczy po prostu wymienić jej zużyte części na nowe.
Gaja oferuje nam więcej takich źródeł energii, które nie wymagają większych kosztów dla uzyskania korzyści. Jednym z nich są liczne rzeki, które przecinają w różnych kierunkach ziemskie kontynenty. Początki wykorzystania energii płynączej wody do zastąpienia pracy wykonywanej przez ludzi (poza transportem drogą wodną), to bez wątpienia wynalezienie koła wodnego i połączenie do z żarnami. Pierwsze młyny wodne zbudowali niemal dwa tysiące lat temu Rzymianie, chociaż nie obyło się bez przeszkód. Podobno, gdy wynalazca proponujący zastąpienie niewolników kołem z łopatkami obracanym przez strumień wody zgłosił się ze swym projektem do rzymskiego cesarza Wespazjana, ten, obawiając się pogorszenia mąki, nie tylko odrzucił ten pomysł, ale dla świętego spokoju również pozbawił życia biednego męczennika techniki. Cóż, historia obfituje w podobne przypadki niedocenienia wynalazków.
Mimo sprzeciwów cesarza wynalazek koła wodnego przyjął się i przetrwał wiele stuleci. Dopiero maszyna parowa wyparła je z zakładów przemysłowych. Ale nie na długo. Już pod koniec XIX wieku, niedługo po uroczystym otwarciu pierwszej na świecie elektrowni Edisona, przy słynnym gigantycznym wodospadzie Niagara zbudowano pierwszą maleńką jeszcze elektrownię wodną, czyli hydroelektrownię. Z biegiem lat zwykłe koła „młyńskie” zastąpiono wymyślnymi turbinami, a elektrownie wodne jako najtańsze źródła elektryczności pojawiły się wszędzie tam, gdzie woda płynęła z dużą szybkością, czyli na wartkich, górskich rzekach. Na przykład w krajach Skandynawii większość elektryczności powstaje właśnie w elektrowniach wodnych.
Ale elektrownie wodne można budować również w innych miejscach. Najlepszym tego przykładem jest Związek Radziecki. Sztuczne, wzniesione rękami ludzkimi zapory spiętrzają wody wielkich rzek: Wołgi, Angary, Jeniseju. Powstajś dzięki temu prawdziwe śródlądowe morza, a u ich wylotu ustawia się turbiny, które napędzają generatory ogromnych elektrowni. Do niedawna elektrownia Bracka na Angarze była największą na świecie, teraz palmę pierwszeństwa przejmuje elektrownia Krasnojarska na Jeniseju. Hydroelektrownie zbudowane na Angarze produkują niemal tyle energii elektrycznej, co wszystkie elektrownie polskie. Z tą tylko różnicą, że produkują ją za darmo. Na przykład, już w rok po uruchomieniu elektrownia Bracka zwróciła nakłady poniesione na jej budowę. A system elektrowni na Jeniseju pobije nawet Angarę o głowę...
Zwłaszcza w krajach rozwijających się, w Afryce, Azji i Ameryce Południowej toczą swe wody ogromne rzeki, które przepływają przez te państwa bezużytecznie. Zbudowanie hydroelektrowni zapewniłoby im tanią elektryczność w ilości znacznie przewyższającej ich dziesiejsze potrzeby. Ale wymaga to pieniędzy, których owe państwa nie mają. W Afryce eksploatuje się obecnie zaledwie około tysięcznej części energii rzek, a w Ameryce Południowej może dziesięć razy więcej, co i tak pozostawia jeszcze ogromne rezerwy.
Z kolei w Europie, również w Polsce, perspektywy są znikome. Na dobrą sprawę wszędzie tam, gdzie elektrownie można było zbudować, już je zbudowano. Ważną przeszkodą jest obawa przed zniszczeniem piękna krajobrazu w górach. Zostało już tak niewiele miejsc, w których można odpocząć od widoku betonowych budowli, że każdy projekt budzi kategoryczne sprzeciwy ludzi, którzy chcieliby od czasu do czasu nie oglądać widomych przejawów postępu technicznego. I to bardzo dobrze, że nie zostaniemy pozbawienie widoku natury w jej nieskażonej postaci.
Jednakże na świecie powstanie jeszcze z pewnością wiele hydroelektrowni. Na przykład, może doczeka się realizacji projekt przekucia w Tybecie pod przełęczą Doszong La w Himalajach tunelu, którym popłynęłaby część wód rzeki Brahmaputra. Tunel ten o długości niecałych 20 kilometrów spinałby pętlę rzeki przełamującej się przez Himalaje – woda spadałaby w nim o około 2 kilometry. Wystarczyłoby to do zbudowania jednej z największych elektrowni, nie mających sobie równych w świecie. Na przeszkodzie znów stoi brak kilkunastu miliardów dolarów – wydaje się, że nawet połączone siły sąsiadów: Chin, Indii i Bangladeszu nie zdołałyby podołać temu zadaniu.
Tak więc państwa rozwijające się, o ile tylko dostaną pomoc finansową od państw bogatych, mogą, przynajmniej przez jakiś czas, nie kłopotać się o źródła elektryczności. Opanowanie rzek zapewni im energię na wiele lat.
Lecz rzeki to tylko maleńka cząsteczka wód należących do Gai. Płyną bowiem po kontynentach, które zajmują mniej niż trzecią część powierzchni naszego globu. Reszta to oceany i morza, ogromna masa wody, która bezustannie faluje, przesuwa się w prądach morskich, wreszcie pod wpływem przyciągania Księżyca tworzą się potężne przypływy i odpływy. Czy nie można by wykorzystać zmagazynowanej w nich energii dla naszych potrzeb/ Ależ tak! Tyle tylko, że do niedawna wszystkie takie projekty uważano za fantazje. Przecież całkowicie wystarczało nam spalanie paliw kopalnych, ponadto wierzyliśmy, że już za parę lat opanujemy reakcję termojądrową. Po cóż mielibyśmy zawracać sobie głowę rozwiązywaniem różnych problemów technicznych? Teraz jednak znajduje się coraz więcej zwolenników czerpania energii z tego niezmierzonego źródła, jakim są oceany.
O brzegi oceanów i mórz bezustannie biją fale. Toczą się skądś z dalekich stron, by z szumem lub nawet ogłuszającym rykiem w czasie sztormu, załamać się na skałach lub piaskach wybrzeża. Nie jest ważne dlaczego i gdzie fale powstają. Ciekawe jest natomiast, w jaki sposób można by spożytkować ich energię.
Pierwszym człowiekiem, który mierzył siłę fal uderzających o brzeg, był Anglik Thomas Stevenson, ojciec znanego pisarza Roberta Louisa Stevensona, autora licznych książek ulubionych przez młodych czytelników. Nic dziwnego, że właśnie Anglika zainteresowało to zagadnienie, bowiem rzadko gdzie zdarzają się tak potężne fale, jak na atlantyckim wybrzeżu północnej Anglii. Zadziwiają doniesienia, na przykład o fali, która potrafiła wyrwać z dna morskiego kamienno-betonowy falochron ważący ponad 2,5 tony i przerzucić go o wiele metrów dalej. Latarnicy często opowiadają o ogromnych kamieniach, które wyrwane przez fale z dna morskiego wybijają szyby w oknach latarni, znajdujących się przecież o kilkadziesiąt metrów nad poziomem wody. A jednak to prawda. Lecz dla naszych celów potrzebne są raczej fale spokojniejsze, które toczą się na głębszej wodzie, w większej odległości od brzegu.
Pomysł czerpania energii z fal morskich nie jest nowy. Wkrótce po zakończeniu I wojny światowej dziesiątki wynalazców opatentowało ponad 100 „niezawodnych” urządzeń, z których, o ile wiem, do dziś tylko jeden doczekał się realizacji, a i to na bardzo skromną skalę. Mechanizm ten zawierał tłk czy pływak, który unosił się do góry, gdy nadbiegała fala i opadał na dół po jej przejściu. Urządzenie ma bardzo małą wydajność, więc zastosowanio je wyłącznie do zasilania lamp w pływających bojach, wytyczających szlaki żeglugowe.
Niedawno, w kwietniu 1975 roku, w znanym angielskim czasopiśmie naukowym „Nature” ukazał się artykuł profesora Stephena Saltera z Uniwerstytetu w Edynburgu. Okazuje się, że przy odrobinie pomysłowości nawet tak pozornie trudne zadanie można rozwiązać w sposób dziecinnie prosty. Stephen Salter zaproponował, aby wykorzystać nie ruch falującej wody do góry i na dół, lecz ruch wirowy, czyli to, że fala popycha i obraca przeszkodę, którą napotyka na swojej drodze. Co więcej, artykuł zawierał już wyniki doświadczeń i prób, które wykazały nie tylko całkowitą przydatność urządzenia wynalezionego przez Saltera, lecz również jego ogromną wydajność, nawet dla fal o różnej wysokości i odległości pomiędzy kolejnymi szczytami.
Pora chyba powiedzieć, jak wygląda owo cudowne urządzenie. Tak prosto, że aż się wierzyć nie chce, że nikt przedtem nie wpadł na ten pomysł. Elementem, który będzie w urządzeniu Saltera odbierał energię falom, jest walec o długości kilkudziesięciu metrów i średnicy około 15 metrów, mający kształt w przekroju, jak można go określić w przybliżeniu, jajowaty. Oś obrotu wału znajduje się w środku jego grubszej części, a węższa część stanowi jakby skrzydełko, które będzie obracane przez fale o pewien kąt, zaś w przerwie między falami będzie powracało do położenia wyjściowego. Obudowę stanowi ogromne pudło żelbetowe o długości niemal kilometra i głębokości około 20 metrów, prawie całkowicie zanurzone w wodzie, w którym zostanie umieszczonych na wspólnej osi 20-40 wałów. Cała ta konstrukcja o wielkości supertankowca będzie wystawać ponad powierzchnię wody niewiele więcej niż metr.
Oczywiście pudło z wałami będzie zakotwiczone, tak aby fale go nie porwały i nie rzuciły na brzeg. Wybrano już nawet miejsce, w którym zostanie ustawiona pierwsza elektrownia Saltera. Znajduje się ono około 16 kilometrów na zachód od Hebrydów. Wiadomo również, że zespół 10 takich elektrowni może zaopatrzyć w energię elektryczną spore miasto, przy czym nie tylko będzie on pracował przez cały rok, ale w zimie, kiedy potrzeba najwięcej elektryczności, zaś fale są większe, elektrownia będzie dostarczać nawet więcej prądu. Wynalazca twierdzi, że rozwiązał już większość problemów technicznych, między innymi sposób przetwarzania wahadłowego ruchu wałów na ruch obrotowy napędzający generator elektryczności.
Kto wie, czy za 10-15 lat wybrzeża oceanów nie zostaną opasane licznymi elektrowniami Saltera. Wcale bym się nie zdziwił, bowiem mają one same zalety. Po pierwsze, podobnie jak hydroelektrownie dostarczają energii za darmo. Nie powodują zanieczyszczenia środowiska naturalnego, a nadto poza nimi, przy brzegu, powstanie pas spokojnej wody, w którym będą mogli działać rybacy i żeglować sportsmeni. Nadto skończy się zmora niszczącego działania fal na brzegi. Urządzenie Saltera odbierać bedzie falom niemal całą ich energię. Wypada jeszcze dodać, że zespół uczonych i techników, pracujący pod kierunkiem Saltera otrzymał ostatnio pokaźne dotacje na zbudowanie pierwszej elektrowni, więc chyba nie będziemy długo czekać na wyniki.
Fale przewalające się po powierzchni oceanów to najlepiej widoczny przejaw ruchu wody – zresztą ruchu pozornego, polegającego na kołysaniu się do góry i na dół. Niezależnie od falowania, w głębi oceanów płyną istne rzeki, znacznie większe od tych, które przecinają kontynenty. Lecz Europejczycy dowiedzieli się o tym dopiero w początkach XVI wielku, kiedy przez Ocean Atlantycki zaczęły pływać żaglowce. Wyprawy Thora Heyerdala na tratwach przez Ocean Spokojny, a później Atlantycki, stanowią pewien dowód na to, że starożytni znali prądy i umieli z nich korzystać w wędrówkach między kontynentami. Jednak wiedza ta poszła później w zapomnienie.
Hiszpańscy kapitanowie, którzy w początkach XVI wieku pływali często po Atlantyku, szybko nauczyli się korzystać z prądów i wiedzieli zarówno którędy one płyną, jak też w jakim kierunku. Ale początki były trudne. Na przykład trzy statki Ponce de Leona, płynące w 1513 roku z przylądka Canaveral na Tortugę, „chociaż miały dość wiatru, nie były zdolne iść naprzód, lecz posuwały się wstecz”. Jeszcze w 1769 roku, kiedy Ameryka Północna była kolonią Anglii, a stanowisko wicedyrektora poczt dla koloni piastował znany wynalazca piorunochronu Beniamin Franklin, miał on nie lada orzech do zgryzienia. Otóż dyrekcja ceł w Bostonie uskarżała się, że statki pocztowe z Anglii płynęły na zachód o dwa tygodnie dłużej, niż dowodzone przez kapitanów amerykańskich. Strapiony Franklin żalił się wówczas pewnemu kapitanowi z Nantucket, Tymoteuszowi Folgerowi, który bez trudu wyjaśnił mu tę zagadkę. Otóż kapitanowie angielskich statków pocztowych nie wiedzieli o istnieniu silnego Prądu Zatokowego, podczas gdy wielorybnicy z Nantucket, spośród których rekrutowała się większość kapitanów statków pocztowych, znali te wody „na wylot”.
„Poszukując wielorybów, które podpływają do Prądu, lecz nigdy nie są w nim spotykane, żeglowaliśmy wzdłuż niego często go przecinając; wówczas natykaliśmy się niekiedy na statki pocztowe tkwiące w Prądzie Zatokowym i usiłujące go pokonać. Wyjaśniliśmy im, że żeglują pod prąd płynący przeciwko nim z szybkością trzech mil na godzinę, byli oni jednak za mądrzy na to, aby przyjmować rady od prostych amerykańskich rybaków” - opowiadał Folger. Na prośbę Franklina Folger wykreślił wówczas na mapie trasę Prądu Zatokowego – ta gigantyczna „rzeka”, kilkaset razy większa od Missisipi, ma szerokość ponad 170 kilometrów, głębokość niemal cztery kilometry i płynie z szybkością około 5,5 kilometra na godzinę niosąc masy ciepłej wody od wybrzeży Ameryki Środkowej, w poprzek Atlantyku, aż za Europę, na Ocean Lodowaty.
Dziś wiemy, że wszystkie morza i oceany przecinają niezliczone prądy. Zdarza się nawet, że w warstwach wody położonych na różnych głębokościach prądy płyną w przeciwnych kierunkach. Jeśli więc wykorzystujemy rzeki płynące po lądach, czemu nie mielibyśmy skorzystać z energii gigantycznych „rzek” płynących w morzach i oceanach. Znów, podobnie jak w przypadku innych „egzotycznych” źródeł energii, również i to zwróciło na siebie uwagę dopiero wtedy, gdy ludzie zaczęli w ostatnich latach gorączkowo poszukiwać dróg wyjścia z kryzysu energetycznego.
Najciekawszy i chyba najbardziej dojrzały pomysł zaprezentował niedawno Bernard Morin, ( wym. Morę) francuski inżynier, specjalista od samolotów. Chce on wykorzystać szybkie prąd opływające brzegi wysp i kontynentów. Opatentował wynalazek urządzenia, jakby młyna, które jego zdaniem stanowi rozwiązanie wszelkich kłopotów ludzkości z zaopatrywaniem w energię. Nawiasem mówiąc, każdy z wynalazców przekonuje nas o tym samym...
Zasadniczą część urządzenia wynalezionego przez Morina stanowi wielka płaska tarcza, która może obracać się dokoła osi, przechodzącej przez jej środek. Na górnej i dolnej powierzchni ustawionej poziomo tarczy znajdują się umieszczone promieniście zawiasy, utrzymujące klapy, które mogą się odchylać – albo leżą na tarczy, albo stoją prostopadle do niej. Klapy na górnej powierzchni są wykonane z materiału cięższego niż woda, na dolnej z lżejszego i dzięki temu, gdy nie ma prądu, leżą po prostu na tarczy. Nie ulega chyba żadnej wątpliwości, że po wstawieniu takiej tarczy do strumienia płynącej wody zacznie się ona obracać, przy czym co ciekawe, kierunek jej obrotu nie zależy wcale od kierunku prądu wody, a tylko od ustawienia zawiasów. Będzie zgodny z kierunkiem, w którym otwierają się klapy z położenia równoległego do tarczy do położenia prostopadłego. Jeżeli ktoś nie wierzy, nic łatwiejszego niż zrobić model tarczy...
Na konferencji prasowej, zwołanej w Paryżu 11 września 1975 roku Bernard Morin zapewnił, że jego wynalazkiem zainteresowały się trzy wielkie przedsiębiorstwa – japońskie, holenderskie i międzynarodowe, lecz równocześnie nie skrywał oburzenia, że projekt ten nie wzbudził zachwytu francuskiej komisji do spraw energii. Cóż, od dawna wiadomo, że najtrudniej być prorokiem wśród swoich. Również opowiedział zebranym, że opracowuje dokładne plany konstrukcyjne elektrowni, która niedługo zostanie umieszczona na dnie Morza Śródziemnego, przy południowym wybrzeżu Sycylii.
Będzie to prawdziwy gigant – tarcza ma mieć średnicę 400 metrów, a klapy wysokość 15 metrów. W prądzie morskim o szybkości 10 mil na godzinę (czyli węzłów) elektrownia ta ma wytwarzać tyle samo energii elektrycznej, co spora elektrownia jądrowa. Koszt energii elektrycznej będzie około 500 razy niższy niż w elektrowni opalanej węglem i 30 razy niższy niż w najlepszej elektrowni jądrowej. Nie wypada nam nic innego, jak uchylić kapelusza przed pomysłowością owego inżyniera, a nade wszystko poczekać, czy jego przepowiednie się sprawdzą. Jeśli ma on rację, wiele krajów wszystkich kontynentów mogłyby skorzystać z jego propozycji. Doprawdy trudno znaleźć wybrzeże, które nie byłoby omywane przez dość szybko płynący prąd morski.
Mówiąc o oceanach nie sposób zapomnieć o przypływach i odpływach. Co prawda na Bałtyku są one niezauważalne, wąskie cieśniny duńskie skutecznie izolują nasze morze od ruchów wody w oceanach, ale to piękne zjawisko warte jest kilku słów. Starożytni widząc, jak dwa razy na dobę poziom wody w oceanach i większych morzach podnosi się nieraz o kilka metrów, po czym opada, mawiali, że to wielki potwór żyjący w głębinach morskich powoli oddycha. Od czasów Newtona wiemy już, że Księżyc, naturalny satelita Ziemi, wywiera poważny wpływ nie tylko na lunatyków, lecz także na całą przyrodę. Jednym z jakże widocznych przejawów jego obecności, są właśnie przypływy o odpływy, czyli jak mawiają uczeni, pływy morskie. Księżyc okrąża Ziemię i w ślad za nim zdąża potężna fala przypływu – siła grawitacji oddziaływając na wodę, jakby ją wybrzusza. Istnieją nawet miejsca na kuli ziemskiej, w których wskutek szczególnego ukształtowania linii brzegu i profilu dna różnica poziomów w czasie przypływu i odpływu przekracza 10 metrów. Do miejsc tych należą między innymi Puerto Gallegos w Argentynie, Cook Inlet na Alasce, Zatoka Frobishera w Cieśninie Davisa, rzeka Koksoak, uchodząca do Cieśniny Hudsona, Zatoka St. Malo we Francji czy wreszcie Zatoka Penżyńska na Morzu Ochockim w ZSRR.
Widok wody przypływającj i odpływającej z niezwykłą gwałtownością, a więc i wielką energią od lat zaprzątał umysły ludzi mieszkających na wybrzeżach. Nic więc dziwniego, że już 300 lat temu we Francji i Anglii znaleźli się zmyślni młynarze, którzy budowali młyny wykorzystujące pływy morskie. Zwykłe koła młyńskie, takie jak na spiętrzonych strumykach, poruszane były na zmianę przez przypływy i odpływy – tyle tylko, że kręciły się za każdym razem w inną stronę. Dziś technicy znów zwrócili uwagę na to źródło energii.
I znów byli to przedsiębiorczy Francuzi, którzy wykorzystali wysokie przypływy w Zatoce Saint Malo. Do zatoki tej wpada rzeka Rance o długim lejkowatym ujściu. Francuski uczony Robert Gibrat (wym. Żibra) przez 15 lat pracował teoretycznie, obliczając wszystko co trzeba. Następnie 10 lat trwała budowa i wreszcie w roku 1966 oddano do użytku pierwszą na świecie elektrownię, która działa podobnie jak młyny sprzed 300 lat, tyle że jest to budowla znacznie większa i bardziej skomplikowana. Ujście rzeki przegrodzono zaporą wodną i kanałami, w których znajdują się turbiny. Kręcą się one raz w jedną, raz w drugą stronę starając się wydobyć jak najwięcej energii z wody pchanej na zaporę przez odległy Księżyc. Nie jest to jednak zadanie łatwe. Ponieważ prędkość przepływającej wody stale się zmienia, specjalnie zaprogramowany komputer reguluje ustawienie łopat turbin. Mimo wszystko jednak opłaca się pokonywać te kłopoty.
Najlepszym dowodem na to, że warto ujarzmić energię przypływów, jest fakt przystąpienia już w wielu innych państwach do budowy podobnych elektrowni. Jako pierwsza z nich niedawno została uruchomiona elektrownia radziecka w maleńkiej zatoczce Kisłaja Guba w pobliżu Murmańska. Podobne powstaną w Argentynie, USA i w Anglii. Jednak astronomowie ostrzegają przed nadmierną eksploatacją pływów morskich. Tarcie przypływów o dno morskie zwalnia obrót Ziemi. Wszelki dodatkowe opory spowodują silniejsze zahamowanie wirowania globu. Sama zapora na rzece Rance wydłuży dobę o dziesiątą część sekundy w ciągu 2000 lat. Nie jest to wiele, ale ostrożność w tym przypadku powinna zapanować nad głodem energii.
Obraz Gai byłby niepełny, gdybyśmy nie wspomnieli o innym oceanie – atmosferze, która otula niby płaszczem całą kulę ziemską. Jak wiadomo powszechnie, płaszcz ten jest w ciągłym ruchu, stale wieją wiatry, które mimo pozornej nieważkości powietrza potrafią nieraz przewracać drzewa i czynić różne szkody. Zarazem jednak już od czasów niemal prehistorycznych ludzie znajdowali sposoby na ciągnięcie z nich znacznych korzyści. Nie wiemy kto i gdzie wpadł pierwszy na pomysł, by na swej prymitywnej łódce ustawić pionowy kij i rozpiąć na nim żagiel. Zyskano wówczas najtańszy, choć nie zawsze niezawodny środek transportu. Żaglowce zaczęły przemierzać morza, a równocześnie na lądzie, było to chyba w starożytnej Persji, zbudowano pierwsze wiatraki, które zastąpiły ludzi obracających żarna.
Pierwsze wiatraki miały bardzo charakterystyczną budowę. Oś obrotu ich łopatek była pionowa, a śmigła przypominały nieco młyńskie koło, tyle że były pokryte materiałem lub ciasno ułożonymi oatykami. Później narodziły się wiatraki mające śmigłą. Te pracowite maszyny były nieocenione w okolicach, w których nie można było budować młynów wodnych i w wielu miejscach można je spotkać do dziś, jako malownicze upiększenie wiejskiego krajobrazu. Niestety, niewiele z nich jeszcze pracuje. Zostały wyparte przez szybciej i dokładniej pracujące młyny parowe. Ale wszystko wskazuje na to, że wkrótce wiatraki znów wrócą do łask. Zajmuje się nimi wielu poważnych naukowców, którzy – jak wszyscy pracujący nad dziedziną zdobywania nowych źródeł energii – usiłują nas przekonać, że właśnie ich pomysł jest zbawieniem dla ludzkości.
Wiatraki mielące powietrze skrzydłami gdy tylko zawieje wiatr wykorzystywano już w Danii od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku do produkcji taniej elektryczności. Po pierwszej wojnie światowej mnóstwo zamożniejszych właścicieli gospodarstw rolnych, oddalonych od miast mających elektrownie, zaopatrzyło się w wiatraki, które poruszając prądnicę umożliwiały im oświetlenie domów elektrycznością. Jednak rozwój sieci elektrycznej przybliżył elektrowdo najbardziej nawet zapadłych wiosek. Znacznie lepiej było mieć pewne źródło prądu niż wiatrak, który w bezwietrzną pogodę nieraz parę dni smętnie spoczywał w bezruchu. Trudno wyprodukować wiele energii elektrycznej na zapas. Nawet najlepsze akumulatory mają ograniczoną pojemność i po kilku dniach bez wiatru nieuchronnie trzeba było wyciągać lampy naftowe z komórek.
Gdy jednak zaczęły się obecne kłopoty z wytwarzaniem coraz większych ilości energii elektrycznej, właśnie rozbudowana sieć elektryczna umożliwia ustawienie wielu wiatraków w różnych punktach kraju – trudno bowiem sobie wyobrazić, by wszędzie panowała cisza, można liczyć, że zawsze gdzieś będzie wiał wiatr. Ponadto, ogromne postępy techniki umożliwiają budowanie większych, bardziej wydajnych wiatraków, które nawet przy dość słabym wietrze i tak będą wytwarzać sporo energii elektrycznej. Trudno jednak zgodzić się na plany różnych fanatyków proponujących ustawianie zgrupowań tysięcy gigantycznych wiatraków, aby zapewnić pokrycie niemal wszystkich potrzeb energetycznych kraju. Jednym z takich uczonych jest profesor William Heronemus z Uniwerstytetu w Massachusetts, który nawołuje do zbudowania około 300 tysięcy wież o wysokości ponad 200 metrów, z których każda utrzmywałaby 20 wiatraków. Wieże te miałyby stanąć USA w pasie sięgającym od Teksasu do Kanady. Trzeba przyznać, że oszpeciłyby one kawał kraju, na dokładkę może to przynieść skutki zarówno dobre, jak i katastrofalne.
Jednakże, jak pisał 4 marca 1976 roku korespondent „Życia Warszawy” z Danii, mieszkańcy tego gęsto zaludnionego kraju protestują przeciwko budowie reaktorów jądrowych, których się po prostu boją, znacznie więcej natomiast zwolenników ma wśród nich projekt specjalistów z Akademii Nauk Technicznych, którzy zaproponowali wzniesienie na zachodnich wybrzeżach Pólwyspu Jutlanckiego 500 wiatraków o 50-metrowych skrzydłach. Zbudowanie 1500 wiatraków zaspokoiłoby już połowę potrzeb energetycznych Danii.
Najbardziej pociągającym projektem jest chyba jednak propozycja uczonych radzieckich. Odkryli oni, że w oceanie powietrznym istnieją prądy, podobne do tych, które płyną w oceanach. Znajdują się one na wysokości 10-12 kilometrów nad powierzchnią ziemi. Wystarczy więc wytropić taki prąd, wiejący w stałym kierunku z niezmienną prędkością (bo to je właśnie charakteryzuje) i umieścić w nim strowiec wypełniony lekkim gazem – helem. Sterowiec, oczywiście przymocowany do ziemi potężnmi linami, po to, aby nie poleciał z wiatrem, miałby duży wiatrak i prądnicę. Wytworzony prąd elektryczny można by przesyłać na ziemię poprzez liny kotwicze. Projekt ma wielkie szanse realizacji w odda- lonych rejonach Syberii, gdzie wystarczałoby zawiesić na niebie jeden taki sterowiec nad każdym miastem. Kto wie, czy nie doczekamy się widoku pierwszych zdjęć podniebnych elektrowni już w bliskiej przyszłości.
A jeśli już jesteśmy przy atmosferze, to czy pamiętacie słynne doświadczenie Beniamina Franklina, które doprowadziło go do wynalezienia piorunochronu? Pisał o nim w liście do Petera Collinsona: „A gdy deszcz zmoczył latawiec i nitkę, tak że mogły swobodnie przewodzić ogień elektryczny, można było spostrzec, że wypływa on obficie z klucza przy zbliżeniu palca”.
Widząc nadchodzącą burzę Franklin wypuszczał latawca na jedwabnej nici, do której końca przywiązał klucz i obserwował przepływ prądu elektrycznego pomiędzy kluczem i własnym palcem. Prawdę powiedziawszy, trudno orzec, jaka szczęśliwa gwiazda czuwała nad uczonym, który według wszelkiego prawdopodobieństwa powinien był zginąć od uderzenia piorunu, jak to się przytrafiło innym mniej szczęśliwym badaczom. Nie to jednak jest ważne. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak wielkie napięcia elektryczne wytwarzają się pomiędzy wyższymi warstwami atmosfery a ziemią.
Pole elektryczne występujące w atmosferze ziemskiej charakteryzuje właśnie duża różnica potencjałów, czyli napięć elektrycznych, nawet na stosunkowo niedużej wysokości. Wystarczy zawiesić niezbyt wysoką antenę, by pomiędzy jej końcem i ziemią uzyskać wysokie napięcie. Jednak zwykle stosowane silniki elektryczne wymagają niezbyt wyskokich napięć, natomiast wysokiego natężenia przepływającego prądu – są to silniki elektromagnetyczne. Obrót ich wirnika wymusza zmienne pole magnetyczne. A czy można zbudować inny silnik, taki, który mogłby pracować przy zasilaniu prądem wysokiego napięcia i o niskim natężeniu? Oczywiście, można, pierwszy z nich zbudował w 1748 roku Beniamin Franklin.
Mam tu na myśli tak zwany silnik elektrostatyczny, którego działanie opiera się na fakcie, że jednakowe ładunki elektryczne odpychają się, a różnoimienne – przyciągają. Silniki takie buduje się z izolatorów, które można naładować elektrycznie. Nie będziemy wnikać w szczegóły ich konstrukcji. Ważne jest tylko to, że już przed kilkoma laty uruchomiono pierwsze niezwykle lekkie i nieskomplikowane silniki, które czerpią energię elektryczną wprost z powietrza,
czyli praktycznie biorąc, z niczego. Nie mają one dużej mocy, to prawda, nie mogłyby na przykład uruchamiać windy w domu. Ale istnieje mnóstwo zadań, które silniki te mogą spełniać, na przykład zasilanie różnego rodzaju przyrządów pomiarowych, żyroskopów w samolotach i na statkach itp. Zresztą nie można wykluczyć, że przy dokładniejszym zbadaniu zostaną wynalezione nowe typy silników elektrostatycznych, a wtedy zyskamy jeszcze jednego sprzymierzeńca w walce o zaspokojenie potrzeb energetycznych.
Tak oto dobiegliśmy końca przeglądu możliwości Gai. Są one ogromne i nikt jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, co może przynieść przyszłość. Pochłonięci spalaniem tego, co mieliśmy pod ręką: węgla, ropy naftowej i gazu oraz rozbijaniem i łączeniem jąder atomowych, nie zwracaliśmy uwagi na to, co jest nam najbliższe. Trzeba było dopiero kryzysu energetycznego, by pozornie utopijne i nikomu niepotrzebne badania zyskały należną sobie rangę. Mało kto dziś wyśmiewa uczonych szukających nowych źródeł energii, choć jeszcze przed kilkoma laty niemal wszyscy mieli ich za nieszkodliwych maniaków. Być może żadne z zaprezentowanych przeze mnie źródeł nie uzyska monopolu jako wyłączne źródło energii na świecie. Ale każde z nich z osobna może znacznie poprawić najlepszą możliwość w każdych warunkach, a widmo kryzysu przestanie spędzać nam sen z powiek. Zresztą Gaja ma potężnego konkurenta, który bezustannie zalewa ją potokami energii – jest nim Słońce. Ale to już znów temat na osobną opowieść, choć być może, uważni czytelnicy spostrzegli, że większość zasobów enrgetycznych Gai pochodzi w prostej linii od Słońca. Wiatry i ruchy wód są tego najlepszym przykładem.

Energia za darmo?

W czasie II wojny punickiej, w roku 214 p.n.e. Rzymianie oblegali miasto Syrakuzy. Silna flota pod wodzą Marcellusa stanęła u wejścia do portu i pewnego dnia ruszyła do ataku na sprzymierzone z Kartaginą miasto. Lecz jednym z obywateli miasta był słynny Archimedes. Podanie mówi, że ustawił on na murach szereg żołnierzy z dobrze wypolerowanymi tarczami i rozkazał im, by wszyscy skieorwali odbite od tych tarcz promienie słoneczne na najbliższy wrogi statek.
Na wynik nie trzeba było długo czekać – okręt stanął w ogniu. Byłoby to pierwsze wykorzystanie energii słonecznej na większą skalę. Od czasów Archimedesa mijały stulecia, w czasie których energię słoneczną wykorzystywano głównie do suszenia upranego ubrania. Po wnalezieniu soczewek i wklęsłych zwierciadeł, często dla zabawy ogniskowano promienie słoneczne, by coś zapalić. Przykładem może być armatka, którą w 1573 roku Samuel Zimmermann, znany technik, połączył z wklęsłym zwierciadłem tak, że w południe zogniskowana wiązka światła zapalała lont i następował donośny wybuch.
Dopiero w roku 1878, na Wystawie Światowej w Paryżu, A. Mouchor (wym. Muszor) zaprezentował budzącą powszechną sensację maszynę parową, która pracowała tylko przy słonecznej pogodzie, a nieruchomiałą po zachodzie lub gdy było pochmurno. Maszyna ta bowiem była połączona z kotłem umieszczonym w ognisku dużego zwierciadła wklęsłego o kilkumetrowej średnicy. Skupione promienie słoneczne ogrzewały wodę, zamieniając ją na parę, która napędzała silnik. W 1912 roku dwaj inżynierowie z Filadelfii, Shuman (wym. Szuman) i Boys zbudowali w miejscowości Meadi, leżącej o 11 kilometrów na południe od Kairu siłownię słoneczną, w której szeregi luster w kształcie rynien skupiały promienie na rurach z wodą. Wytwarzana para zasilała 100-konny silnik parowy.
I znów na wiele lat zapanował zastój. Mimo iż wzrastało zapotrzebowanie na energię, nikt nie zważał na promienie słoneczne, a wszyscy starali się spalić jak najwięcej węgla i nafty, aby tę energię uzyskać.
Jest to co najmniej dziwne, bowiem Słońce wysyła w naszym kierunku niezrównany potok energii, na skalę zaiste kosmiczną. Zaledwie jedna trzydziestomiliardowa część tej energii trafia w maleńką tarczę Ziemi, a i tak każdego roku otrzymujemy porcję energii 150 tysięcy razy większą niż wyniosła produkcja energii elektrycznej na Ziemi w 1975 roku.
Energia słoneczna dociera do Ziemi w postaci promieniowania elektromagnetycznego – czyli światła oraz promieniowania cieplnego (podczerwonego) i nadfioletowego. Spora jej część jest pochłaniana przez atmosferę ziemską i często zalegające na niebie chmury, ale i to, co zostaje, jest prezentem nie do pogardzenia. Już Dymitr Mendelejew obliczył, że na samej pustyni Kara-Kum wciągu jednego dnia marnuje się tyle energii, ile jej wytworzą w ciągu niemal 20 lat wszystkie istniejąc obecnie radziecki elektrownie na paliwa kopalne – węgiel, ropę i gaz ziemny. W ciągu 15 minut Słońce rzuca na Ziemię potok energii równy co do wielkości energii zużywanej przez ludzkość w ciągu całego roku.
Liczby te brzmią wręcz fantastycznie i być może to właśnie odstręczało uczonych od zajmowania się energią słoneczną. Właściwie może trudno mówić tu o uczonych, raczej niechętni byli tym projektom ci, którzy za badania naukowe płacą, a więc rządy niemal wszystkich państw. Nic w tym dziwniego, jeśli weźmiemy pod uwagę, że przed II wojną światową energii nikomu jeszcze nie brakowało – krajom rozwinętym gospodarczo wystarczał tani węgiel i kupowana niemal za darmo ropa naftowa, a w zacofanych koloniach i tak nikt elektrowni nie budował. Natomiast po wojnie od razu powstało środowiko fizyków jądrowych, którzy mieli wielkie wpływy w rządach i na ich badania szła większość funduszów przeznaczonych na rozwój nowych źródeł energii.
Jednakże od razu trzeba zastrzec, że wyjątek stanowiły dwa państwa, które właściwie oceniły korzyści z opanowania energii słonecznej. Były to ZSRR i Francja. W Związku Radzieckim już w 1949 roku powstał jedyny w świecie Instytut Energii Słonecznej. Jego siedzibą jest Taszkient, stolica słonecznego Uzbekistanu, a założycielem i kierownikiem profesor Hijas Umarow. W sąsiedniej Turkmenii podobne badania prowadzi profesor Walenty Baum. Obie te republiki należą do najbardziej nasłonecznionych miejsc na kuli ziemskiej, nic więc dziwnego, że postanowieono tam zaprzęgnąć słonce do pracy.
Zarówno w Taszkiencie, jak i w Aszchabadzie uczeni osiągnęli wspaniałe rezultaty. Budowane przz nich urządzenia do odsalania wody na pustyniach pracują bez zarzutu już ponad 10 lat, a koszt uzyskiwanej w ten sposób wody do picia jest co najmniej 20-krotnie niższy niż wody do tego czasu sprowadzanej z odpowiednich źródeł. Zresztą wodę wydobywa się tam spod ziemi również przy użyciu pomp zasilanych przez kocioł parowy, nagrzewany przez słońce. Z doświadczeń uczonych rzdzieckich korzystają, między innymi, liczne kraje Afryki i Azji.
Francuzi zaś mogą się poszczycić tym, że w 1968 roku zakończyli budowę gigantycznego pieca słonecznego w Odeillo w odległości 8 kilometrów od ruin twierdzy Font Romeu w Pirenejach. Piec ten, którego twórcą był profesor Felix Trombe (wym. Trąb), wytwarza temperaturę ponad 3600 stopni Celsjusza i jest wykorzystywany do produkcji cennego metalu cyrkonu z tlenku cyrkonu. Jest to budowla imponująca. 63 płaskie zwierciadła kierowane przy pomocy silników dokładnie na Słońce odbijają promienie słoneczne tak, aby padały na wielkie wklęsłe zwierciadło, zajmujące całą ścianę 7-piętrowego budynku laboratorium, które ogniskuje światło na tygiel z wytapianym metalem. W laboratorium – rzecz jasna – prowadzi się również najróżniejsze badania naukowe.
Poza wymienionymi gigantami, istnieją jeszcze rozsiane po całym niemal świecie, oczywiście tylko tam, gdzie słońce mocno grzeje, różne pompy, destylarnie wody i piecyki. Na przykład, na wyspie Nisyros na Morzu Egejskim 32 destylarnie słoneczne zaopatrują 700 mieszkańców w słodką wodę do picia. W miasteczku Chinguetti w Mauretanii pompy słoneczne wydobywają wodę spod ziemi. Ale stać nas na więcej i wkrótce z pewnością będziemy wykorzystywać znacznie większą niż dotychczas część energii słonecznej padającej na Ziemię.
Dotychczas głównie wykorzystywano promieniowanie cieplne słońca. W pierwszych, najprymitywniejszych urządzeniach skupione przez zwierciadłą światło słoneczne ogrzewało wodę, która parowała i uzyskaną parę kierowano do różnych silników. Nie były to urządzenia zbyt wydajne, znaczna część energii, którą można było spożytkować, uciekała bezpowrotnie w przestrzeń.Wiele uwagi poświęcili więc uczeni próbom znalezienia takich powierzchni, które skutecznie zatrzymywałyby kwanty podczerwieni.
Wiadomo jednak, że większość ciał równie łatwo oddaje pochłonięte ciepło, ogrzewając otaczające je powietrze wysyłanymi kwantami podczerwieni i nigdy nie osiąga zbyt wysokiej temperatury. Jednym ze sposobów, niestety dość kosztownych, jest wykorzystanie zjawiska interferencji światła wcienkich warstwach napylonych na powierzchni rozgrzewanego ciała. Warstwy takie wykonuje się między innymi z krzemu. Blacha stalowa pokryta odpowiednio dobranymi, niezwykle cienkimi powłokami rzeczywiście nagrzewa się do znacznie wyższej temperatury niż blacha niczym nie powleczona. Warstewki mają jeszcze dodatkową zaletę, że mogą zamieniać kwanty światła widzialnego na ciepło. A oto konkretny projekt urządzenia, zaproponowanego przez profesora Adena Meinela z Uniwerstytetu Arizony w Tuckon, byłego dyrektora znanego obserwatorium astronomicznego w Kitt Peak.
Zasadniczą część urządzenia stanowią dwie rury, wewnętrzna stalowa, powleczona powłoką cienkich warstw i zewnętrzna z wytrzymującego wysoką temperaturę szkła kwarcowego, której wewnętrzna powierzchnia jest posrebrzona, z wyjątkiem dwu dość wąskich pasków, biegnących na całej jej długości. Przestrzeń pomiędzy rurami jest szczelna i opróżniona z powietrza, wcelu zmniejszenia strat ciepła przez przewodnictwo w gazie. Obie rury znajdują się w ognisku parabolicznego zwierciadła o kształcie rynny, które jest nastawione przez automat tak, aby patrzało w słońce przez cały dzień. Promienie słoneczne padające na zwierciadło przechodzą przez przezroczyste paski w zewnętrznej rurze do jej wnętrza, a gdy już się tam dostaną, odbijają się od jej wewnętrznej powierzchni, aż wreszcie trafią na rurę stalową, która je pochłonie.
Próby wykonane dla prototypu wykazały, że około 95 procent energii padającego na zwierciadło promieniowania słonecznego zostaje zamienione na ciepło i rozgrzewa gaz przepływający we wnętrzu rury stalowej. Z kolei gorący gaz pod wysokim ciśnieniem można wykorzystać do napędzania turbiny elektrowni. W ostatecznym rozrachunku aż trzecia część padającej energii słonecznej zostaje zamieniona na energię elektryczną. Jest to ogromna ilość – wystarczyłoby ustawić klektory Meinela na niewielkiej części ziemskich pustyń, by zaspokoić całe zapotrzebowanie ludzkości na energię. Dowiemy się wkrótce, czy konstrukcja ta działa na większą skalę, bowiem Meinel uzyskał już pieniądze potrzebne do zbudowania sporej elektrowni. Jeśli jego przepowiednie spełnią się, wówczas z pewnością elektrownie tego typu staną się groźnym konkurentem elektrowni jądrowych i termojądrowych; są one nie tylko tańsze, ale również znacznie bezpieczniejsze – nie tylko nie zagrażają ludziom, lecz również nie powinny mieć żadnego wpływu na środowisko naturalne.
Innym, bardzo podobnym pomysłem, jest zbudowanie wieży o wysokości 300 metrów, otoczonej zwierciadłami ustawionymi na ziemi, które ogniskują promienie słoneczne na jej szczycie. W dużym kotle na szczycie wieży można na przykład uzyskiwać silnie przegrzaną parę, która zasili turbiny elektrowni. Przy takiej elektrowni na pustyni ulokowano by zakłady przemysłowe, które wymagają dużo energii elektrycznej, jak na przykład hutę aluminium. A gdyby wreszcie na świecie zapanowała zgoda, więcej państw mogłoby współdziałać w budowaniu na pustyniach elektrowni słonecznych, które zostałyby włączone do ogólnoświatowego systemu energetycznego, z ogromną korzyścią dla wszystkich zainteresowanych. Ponieważ ropa naftowa występuje głównie w państwach, które również dysponują największą ilością energii słonecznej, można by po prostu kupować od nich elektryczność zamiast wydobywać ropę i przewozić ją do odległych państw, powodując zanieczyszczenie oceanów i marnując cenny surowiec dla przemysłu chemicznego. Ale jest to, jak na razie, pomysł dość utopijny.
Przyznać należy, że państwa leżące w strefie równikowej, mimo iż obecnie najmniej rozwinięte, są najbardziej uprzywilejowane przez Słonce. U ich wybrzeży rozciąga się również największy na ziemi kolektor energii słonecznej, a mianowicie oceany, które miedzy zwrotnikami Raka iKoziorożca, gdzie słonce grzeje najsilniej, zajmują aż 90 procent powierzchni globu. W okolicach równika powierzchnia oceanu jest o ponad 20 stopni cieplejsza niż warstwy wody leżące o kilkadziesiąt metrów głębiej.
Pomiędzy zwrotnikami Raka i Koziorożca temperatura powierzchni wody utrzymuje się niemal zawsze na poziomie około 25 stopni Celsjusza, w wyniku ustalenia się równowagi miedzy ogrzewaniem przy pochłanianiu promieniowania słonecznego i ochładzaniem w wyniku parowania wody. Natomiast na głębokości 300-400 metrów niemal zawsze utrzymuje się temperatura około 5 stopni, ponieważ spływają tam wody chłodniejsze z okolic odległych od równika. Nie jest to duża różnica temperatury, lecz jak się okazało, zupełnie wystarczająca.
W 1929 roku wykorzystano pomysł francuskiego inżyniera nazwiskiem Claude (wym. Klod) do zbudowania niewielkiej elektrowni u wybrzeży Kuby. W tak zwanym cyklu Claude parę uzyskuje się nie z podgrzewania wody, lecz przy wprowadzeniu ciepłej wody powierzchniowej do komory, w której panuje niskie ciśnienie. Wytworzona w ten sposób para o niskim ciśnieniu popycha łopatki turbiny, a za nimi trafia do skraplacza chłodzonego przez wodę pompowaną przez rurę z warstwy ziemnej, z głębokości około 300 metrów. Para skrapla się, co powoduje poważne zmniejszenie ciśnienia. W ten sposób powstaje różnica ciśnień pomiędzy wlotem i wylotem turbiny. W cyklu Claude uzyskuje się prócz elektryczności również bardzo duże ilości czystej, destylowanej wody, która zazwyczaj w okolicach równikowych jest płynem bardzo poszukiwanym.
Obecnie opracowano już plany gigantycznej pływającej elektrowni, która przypuszczalnie zostanie uruchomiona przed rokiem 1985. Będzie to betonowa beczka o średnicy 103 metrów i wysokości 17 pięter, w której wnętrzu znajdują się pompy, turbiny, generatory, skraplacze i inne urządzenia. Zamiast cyklu Claude zostanie zastosowany zamknięty obieg łatwo parującej cieczy, takiej jak amoniak. Zimna woda będzie pobierana z głębokości 1200 metrów przez rurę o średnicy 15 metrów. Platformy tej nie trzeba będzie zakotwiczać – dzięki wykorzystaniu strumieni pompowanej wody, działających jak silniki odrzutowe, będzie ona miała znaczną swobodę poruszania się jak statek.
Czy projekty te są realne? Wszystko wskazuje, że tak. Elektrownia tego typu będzie produkować energię elektryczną taniej niż elektrownie opalane węglem lub naftą, a nadto może dostarczać sól, wodę do picia i lód – wszystko to ma przecież swą cenę, zwiększającą jeszcze bardziej opłacalność przedsięwzięcia. Wypada więc żałować, że nasz Bałtyk nie jest morzem podzwrotnikowym, skończyłyby się dla nas kłopoty z energią. Ale temperatura wody w naszym morzu rzadko osiąga 25 stopni, a nieraz zimą Bałtyk wręcz zamarza.
Jesteśmy więc dość upośledzeni przez nasze położenie geograficzne. Nie mamy ciepłego oceanu i kraj nasz leży daleko od obszarów o największej operacji słońca. Czy ma więc w ogóle sens mówienie o energii słonecznej? Z pewnością tak. Po pierwsze, nawet dość prymitywne kolektory energii słonecznej, jakie stosuje się obecnie w innych krajach do ogrzewania domów, u nas można stosować jako wspomagające źródło ciepła, znacznie redukujące ilość opału potrzebnego do ogrzania domków jednorodzinnych, fabryk czy szklarni ogrodniczych. Słońca jest w Polsce mniej, ale choć brzmi to nieprawdopodobnie, w ciągu roku na metr kwadratowy powierzchni pada u nas zaledwie dwa razy mniej energii niż w najbardziej nasłonecznionym stanie USA – Arizonie. Wszędzie tam, gdzie istnieje rolnictwo, rosną lasy, opłaca się myśleć o wykorzystaniu energii słonecznej. Jeśli jest dość dla roślin, można również pożytkować ją w urządzeniach wytwarzających ciepło lub elektryczność. Dotychczas nie mówiliśmy jeszcze o jednym ciekawym urządzeniu, które bezpośrednio zamienia energię słoneczną na prąd elektryczny. Idzie tu oczywiście o półprzewodnikowe ogniwa słoneczne. Te zmyślne kryształki krzemu, siarczku kadmu i wielu innych substancji zostały wynalezione dopiero niespełna ćwierć wieku temu i dotychczas niewiele zrobiono dla ich ulepszenia.
Powszechnie stosuje się je w światłomierzach fotograficznych, lecz tam wytwarzają tak znikome ilości energii elektrycznej, że trudno o nich nawet mówić jako o źródle energii. Większe ogniwa, całe ich baterie, zastosowano do zasilania urządzeń na sztucznych satelitach ziemi, ale i tam uzyskiwana energia jest znacznie mniejsza niż na przykład zużywana w średnim gospodarstwie domowym.
We wrześniu 1975 roku rozmawiałem z profesorem Josephem Loferskim, Polakiem z pochodzenia, który mieszka w Stanach Zjednoczonych i zajmuje się badaniami ogniw słonecznych od samego początku ich istnienia. Profesor Loferski od jesieni 1974 roku do lata 1975 roku przebywał w Polsce i pracował w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku, a we wrześniu 1975 roku przyjechał na Zjazd Fizyków Polskich. Ponieważ wszyscy przeciwnicy wykorzystania energii słonecznej jako koronny argument przeciwko niej wysuwają fakt, że ogniwa słoneczne mają bardzo małą wydajność - czyli trzeba operować ich dużymi powierzchniami, oraz że kosztują ogromne sumy, co łącznie wyklucza możliwość ich stosowania na Ziemi, zapytałem profesora Loferskiego, co o tym sądzi. Oto co mi odpowiedział:
„Pierwsze krzemowe ogniwa słoneczne powstały niewiele ponad 20 lat temu i ich badaniami zajmowało się bardzo niewielu ludzi. Nawet dziś, na przykład w Polsce, zaledwie cztery osoby badają te ogniwa, a podobnie jest w innych krajach, choć wszystkim zagląda do oczu głód energii. Ogniwa słoneczne staną się konkurencyjne dla wszystkich innych źródeł energii, gdy ich cena spadnie około 50-krotnie, a wszystko wskazuje, że niedługo to nastąpi. Znana jest reguła, że cena przyrządów czy elementów zależy od wielkości ich produkcji. Sądzę, że podobnie jak w przypadku tranzystorów i obwodów scalonych, cena będzie spadać o około 20 procent przy każdym podwojeniu ilości wyprodukowanych sztuk.
Trudno mi dokładnie przepowiedzieć, kiedy nastąpi wymagane zwiększenie produkcji. Ogniwa słoneczne wykorzystywano dotychczas wyłącznie na satelitach, to znaczy produkowano ich milion razy mniej niżby potrzeba na Ziemi. Cena ogniw była wskutek tego sztucznie zawyżona, bowiem nikt nie martwił się wydanim kilkuset tysięcy dolarów, jeśli wysyłanie rakiety kosztowało kilkadziesiąt milionów dolarów. Ogniwa musiały być za to doskonałe, bo przecież w Kosmosie nikt ich nie mógł naprawiać. Było to tak, jak byśmy produkowali same cadillaki, a przecież potrzebne nam są tanie volkswageny.
Gdy cena ogniw spadnie do rozsądnego poziomu, wystarczy dla nich słońca i w Polsce. Gdyby w Polsce zużycie energii elektrycznej na jednego mieszkańca dorównywało jej zużyciu w USA, wówczas ogniwa słoneczne zaspokajające całość potrzeb powinny mieć powierzchnię około 1,5 tysiąca kilometrów kwadratowych, czyli pół procenta powierzchni kraju. Ale po pierwsze nie musiałoby to przecież, być jedyne źródło energii, a po drugie, można ogniwa słoneczne „zdecentralizować” i umieszczać je na przykład na dachach domów. Jednak w czasie swego pobytu w Polsce zorientowałem się, że wasi specjaliści unikają myśli o wykorzystaniu tak „egzotycznego” źródła energii.
Zresztą również w USA jeszcze cztery lata temu na wykorzystanie energii słonecznej, nikt poza NASA, która finansowała wyłącznie badania baterii dla pojazdów kosmicznych, nie dawał na to pieniędzy. Ale już w 1975 roku dostaliśmy 50 milionów dolarów. Coś się zaczęło dziać. To przecież już jest kilka procent tego, co się przeznacza na badania w dziedzinie fizyki jądrowej. Silna grupa fizyków jądrowych skutecznie ośmieszała wykorzystanie energii słonecznej, ale jestem przekonany, że zwyciężymy fizyków jądrowych na Ziemi, tak samo jak w kosmosie. Pamiętam rozmowy, jakie toczyły się przy wysyłaniu pierwszych satelitów w kosmos. Fizycy jądrowi zgadzali się, by na razie zastosować te „śmieszne ogniwa”, zanim oni nie zbudują odpowiedniego reaktora. W ciągu ponad 10 lat przeznaczono na te badania ogromną sumę pieniędzy. Zasiadałem później w komisji, która miała ocenić postępy i zadecydować, czy dalsze finansowanie tych badań ma sens. Mimo iż większość członków komisji stanowili fizycy jądrowi, wobec znikomych wyników i mizernych perspektyw badania przerwano.
Żywot energii jądrowej, a raczej projektów jej stosowania w kosmosie obejmuje 10-15 lat. Na Ziemi poczyniono już ogromne inwestycje w tym zakresie i trudno się teraz wycofywać. Przecież nakłady na fizykę półprzewodników były niewspółmiernie mniejsze. Problemy, jakie tu występują, są błahe w porównaniu, na przykład, z konstrukcją tak chętnie ostatnio wspomnianych reaktorów powielających czy reaktorów termojądrowych. Nawet dobór materiałów wytrzymujących wysoką temperaturę i ciśnienie jest tam niezwykle trudną sprawą. A konstrukcja tańszych i doskonalszych ogniw słonecznych to tylko dobór atomów i kryształów oraz opracowanie tańszej, masowej technologii.
Słyszymy czasem demagogiczne argumenty przeciwko energii słonecznej, polegające na stwierdzeniu, że jeśli już dziś trzeba pokryć powierzchnię Ziemi ogromnymi płachtami ogniw, to co będzie za lat na przykład 200. A przecież, gdybyśmy mieli całą energię elektryczną czerpać z elektrowni jądrowych, za niecałe 100 lat wzdłuż wszystkich wybrzeży oceanów trzeba by w odstępach 10-kilometrowych ustawić wielkie elektrownie – tylko w ten sposób można by je chłodzić. Widzę miejsce i dal energii jądrowej, choć w ograniczonym zakresie. Na pewno będziemy wykorzystywać również energię wiatru, tam gdzie to jest możliwe, i energię przypływów morskich. Ogromnym i nie wykorzystanym źródłem energii są prądy morskie i różnice temperatury na powierzchni i w głębi mórz tropikalnych. W każdym rejonie świata istnieją specyficzne źródła energii i należy je wszystkie wykorzystywać”.
Trudno nie zgodzić się z profesorem Loferskim. Na dodatek, jak doniosła prasa fachowa, opracowano niedawno dwie „nowinki” techniczne, które z pewnością przyspieszą wykorzystanie energii słonecznej i zmniejszą jego koszt. Pierwsza z nich znajdzie zastosowanie w kolektorach ciepła niesionego przez promieniowanie słoneczne. Dotychczas stosowano powierzchnie absorbujące gładkie, które mimo pokrywania cienkimi powłokami nie były doskonałe. Trzej wynalazcy z laboratorium znanej firmy IBM produkującej komputery, opracowali sposób pokrywania cienkiej blaszki wolframowej mikroskopijnymi gęsto upakowanymi kryształkami wolframu. Światło padające na gąszcz niewidocznych gołym okiem maczugowatych igiełek zostaje uwięzione, a na dokładkę wolfram niechętnie oddaje zgromadzone ciepło z powrotem w postaci promieniowania. W ten sposób aż 95 procent padającej energii rozgrzewa płytkę i można ją wykorzystać na przykład do ogrzania cieczy, która z kolei krąży w rurach centralnego ogrzewania.
Wiele mówiono o wysokiej cenie krzemowych ogniw słonecznych. Wynikała ona głównie z tego, że trzeba było najpierw produkować duże kryształy, później precyzyjnie je rozcinać na wąskie pasemka i wreszcie zamykać w obudowie z elektrodami odprowadzającym wytworzony prąd. Dopiero takie pojedyńcze pudełeczka łączono w większą baterię. Wszystkie te kolejne operacje niezwykle podnosiły cenę, bowiem były bardzo pracochłonne i wymagały skomplikowanych przyrządów. Kłopoty te są już w znacznej mierze za nami. Trzej uczeni, profesor Bruce Chalmers (wym. Czolmers) z Uniwerstytetu Harwardzkiego oraz A. Mlavsky i D. Jewett (wym. Dżuet) z laboratoriów firmy Tyco wymyślili, w jaki sposób można od razu wytwarzać kryształy w formie taśmy o szerokości 2,5 centymetra, grubości 0,3 milimetra i długości aż 2 metrów. Szczegóły techniczne nie są ważne, cenna jest tylko informacja, że już sprawdzono działanie tych kryształów jako ogniw słonecznych i niczym nie ustępują one tym maleńkim kryształkom, które obrabiano z takim trudem. Obecnie trwają prace nad równoczesną produkcją wielu taśm, co jeszcze bardziej obniżyłoby ich cenę.
Innym problemem jest niezbyt wysoka wydajność ogniw słonecznych. Zaledwie około jednej dziesiątej padającej energii zamieniają one na energię elektryczną. Gdyby udało się znaleźć nowe materiały półprzewodnikowe produkujące więcej elektryczności, wystarczyłaby mniejsza powierzchnia baterii, a tym samym energia elektryczna uzyskiwana z tych ogniw znacznie bypotaniała. Prowadzone w laboratoriach próby wykazują, że wielce obiecującą substancją jest siarczek kadmu, który w laboratoriach daje niemal dwukrotnie więcej elektryczności niż krzem. Ale potrzeba bedzie jeszcze wiele pracy, aby wykorzystać nowe materiały na skalę przemysłową.
Tymczasem uczeni, nie zrażeni chłodnym przyjęciem i brakiem funduszy na badania, snują wspaniałe wizje wykorzystania baterii słonecznych, jako głównego źródła energii. Jednym z nich jest Peter Glaser (wym. Glejzer) ze znanej firmy zajmującej się nowościami technicznymi, prowadzonej przez Arthura Little'a (wym. Litl). Zaproponował on ni mniej ni więcej, tylko zbudowanie gigantycznych elektrowni słonecznych w kosmosie. Profesor Loferski powiedział o tym projekcie: „osobiście wierzę w powodzenie projektu Glasera. Baterie słoneczne leżące na dachach domów są dla ludzi zbyt prostym rozwiązaniem. Nie pachną, nie szumią, a leżeć mogą niemal całą wieczność niezauważalnie. Nie jest to pomysł zbyt ludzi pociągający. Natomiast słoneczne elektrownie kosmiczne – to zupełnie coś innego, to chyba zafascynuje wszystkich. Lubujemy się przecież w wielkich budowlach”.
Kosmiczna elektrownia słoneczna, której plany już opracowano, a Peter Glaser uzyskał na nią patent nr 3 781 647, znajdowałaby się w odległości 35 800 kilometrów od Ziemi, na tak zwanej orbicie stacjonarnej. Oznacza to, że okrążałaby ona naszą planetę z szybkością odpowiadającą dobowemu ruchowi obrotowemu, czyli innymi słowy, wisiałaby jakby nieruchomo nad stale tym samym wybranym punktem planety. Podobnie jak „zwykłe” sztuczne satelity, ma ona mieć skrzydła czy tace wyłożone ogniwami słonecznymi. Jest tylko jedna różnica. Wymiary „skrzydeł” sputników liczy się w metrach, zaś elektrownia miałaby dwa jakby pola o rozmiarach 4 na 4 kilometry. Zebrana w nich energia elektryczna, przekazana do korpusu elektrowni, zostałaby zamieniona na bardzo krótkie fale radiowe, tak zwane mikrofale i wysłana przez specjalną antenę w kierunku wybranego punktu na powierzchni Ziemi.
W owym punkcie na Ziemi trzeba by zbudować podobną antenę odbiorczą. Miałaby ona średnicę około 7 kilometrów, co zajmuje wręcz nieznaczną powierzchnię. Jedna elektrownia to jeszcze za mało. Aby zaspokoić wszystkie potrzeby energetyczne USA w roku 2000 trzeba by ich zbudować 30. Z kolei, gdyby połączyć wszystkie elektrownie orbitalne w jeden pierścień otaczający ziemię w odległości odpowiadającej orbicie stacjonarnej, mający szerokość około 4 kilometrów, wówczas uzyskalibyśmy w nich energię elektryczną w ilości 200 razy wiekszej, niż wyniesie na nią zapotrzebowanie świata w roku 1980. Są to projekty dość fantastyczne, ale nie tak bardzo, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.
Elektrownie kosmiczne (jeśli zostaną zbudowane) zapewnią ciągłą dostawę energii elektrycznej w postaci zupełnie czystej, bez zanieczyszczenia środowiska czy uszczuplenia zasobów ziemskich. Ważne jest również to, że będą pracowały przez całą dobę. W znacznej odległości od Ziemi Słońce świeci stale, nie ma dnia i nocy, czyli odpada główny argument przeciwników wykorzystania energii słonecznej na Ziemi. Ponadto, w przestrzeni kosmicznej Słońce operuje aż 15 razy silniej niż na powierzchni Ziemi, po przejściu przez atmosferę i zawieszone w niej pyły i chmury. Innymi słowy, każde ogniwo słoneczne na orbicie dostarczy znacznie więcej energii elektrycznej, niż zainstalowane na Ziemi.
Przeciwnicy Glasera, a raczej jego projektu, stale twierdzą, że jest to przedsięwzięcie zbyt kosztowne, niepewne i niebezpieczne. Ale koszt wysłania pierwszej elektrowni na orbitę ma wynieść zaledwie 4 miliardy dolarów, co wcale nie jest zbyt wiele jak na spodziewane korzyści, a poza tym wykonane już programy badań kosmicznych kosztowały znacznie więcej. Nikt ponadto nie twierdzi, że wszelkie wysiłki ma ponosić jeden kraj. Zapoczątkowana wspólnym lotem Sojuz-Apollo współpraca dwu wielkich potęg kosmicznych, ZSRR i USA, wskazuje, że możliwe jest współdziałanie nie tylko dwóch krajów. Przy odpowiednim rozdzieleniu wydatków i zadań, już za 15-20 lat można by zaspokoić większość potrzeb. A chyba wszystkim powinno zależeć, aby stało się to jak najszybciej.
Argument, że przedsięwzięcie jest niepewne, wydaje się po prostu śmieszny. Przecież wszystkie potrzebne zjawiska fizyczne i konstrukcje techniczne zostały już dawno opracowane. Sprawdzono zarówno przydatność baterii słonecznych do zasilania pojazdów kosmicznych, jak i możliwości przesyłania energii za pośrednictwem wiązki mikrofal. Nie musimy tu już nic odkrywać, wystarczą jedynie niewielkie ulepszenia istniejących urządzeń. Dla przypomnienia podam, że w przypadku reaktorów termojądrowych nie dysponujemy jeszcze nawet podstawowymi informacjami o zachowaniu materiałów, z których zostanie zbudowana komora – nikt nie wie, czy znajdzie się taki stop, który wytrzyma napór połączonego działąnia wysokiej temperatury silnego strumienia neutronów i żrącej cieczy – litu.
Ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem, jakie grozi kierowanie na Ziemię silnych wiązek mikrofal, są jawną demagogią. Głoszą je najczęściej zwolennicy reaktorów jądrowych i termojądrowych, tych beczek z prochem, ba, nawet stokroć groźniejszych od przysłowiowej beczki z prochem. Prawdą jest, że promieniowanie mikrofalowe , takie jakie wykorzystuje się na przykład w kuchniach „Agata” może upiec każde żywe stworzenie, a więc i człowieka, w mgnieniu oka. Ale wystarczą przecież proste urządzenia zabezpieczające, które wyłączą elektrownię, gdyby nacelowana wiązka zaczęła się zsuwać z anteny odbierającej energię na Ziemi. Wszystko, czego trzeba, to kilkadziesiąt czy też z czasem nawet kilkaset ogrodzonych obszarów o promieniu paru kilometrów. Można je otoczyć nawet strefą ochronną o szerokości dalszych paru kilometrów, i tak jest to powierzchnia znikomo mała w porównaniu na przykład z poligonami, na których wypróbowuje się obecnie bomby atomowe.
Jednakże, mimo tych wszystkich zalet, każdy trzeźwo myślacy człowiek zdaje sobie sprawę, że zbudowanie elektrowni kosmicznych nie jest sprawą nawet najbliższych pięciu lat. Trzeba pokonać liczne opory i zmobilizować wielkie siły do realizacji tego niezwykle amitnego planu. Zwolennicy projektu stale wysuwają tę koncepcję i możemy mieć tylko nadzieję, że ich słowa zostaną wysłuchane. Ale projekt Glasera nie jest ani najśmielszy, ani najbardziej dalekowzroczny.
Na Uniwerstytecie w Princeton, czyli tam gdzie pracował w ostatnich latach swego życia wielki Albert Einstein, działa profesor fizyki Gerald O'Neill (wym. Onil). Co prawda, złośliwi twierdzą, że od początku 1974 roku przestał być fizykiem, a jego jedynym zajęciem jest opracowanie planów kolonii w kosmosie, ale to przecież nie ma znaczenia. Chyba projekt zbudowania osiedla w przestrzeni kosmicznej, w którym mieszkaliby i pracowali ludzie, może być na tyle frapujący, by oderwać trzeźwo myślącego fizyka od jego zajęć.
Brzmi to jak opowiastka fantastycznonaukowa, ale chciałbym przypomnieć słowa wielkiego twórcy kosmonautyki, Konstantego Ciołkowskiego: „Ziemia jest kolebką ludzkości, lecz nie można spędzić całego życia w kolebce”. Zdanie to stało się teraz szczególnie aktualne, nasza klebka staje się trochę zbyt ciasna i zaczyna nam doskwierać głód energii, której w kosmosie jest w bród.
Projekt O'Neilla przewiduje zbudowanie miasteczka kosmicznego na 10 tysięcy ludzi. Które miałoby kształt walca o długości 30 kilometrów i średnicy 7 kilometrów. Walec powoli obracać się madookoła swej osi, tak aby wytworzyć sztuczne ciążenie w jego wnętrzu – ludzie nie będą potrafili odróżnić siły odśrodkowej od zwykle działającej na nich na powierzchni Ziemi grawitacji. We wnętrzu walca zostanie założony prawdziwie rajski ogród – będą tam pola uprawne, pastwiska dla zwierząt, rzeki pełne ryb i drzewa, na których uwiją gniazda wesoło ćwierkające ptaki. Przez całą długość walca będą się ciągnęły cztery okna, na które specjalnie uformowane zwierciadła skierują odbite promienie słoneczne. Zwierciadła te posłużą również jako okiennice, które po zamknięciu wywołają złudzenie nocy. Powolne ich zamykanie da całkowite złudzenie ziemskiego zmierzchu.
Ludzie będą mieszkać w pobliżu jednej z podstaw walca, tam gdzie również znajdą się wszelkie urządzenia zapewniające im energię, odświeżające atmosferę i oczywiście zakłady przemysłowe, bo przecież pozaziemski raj nie polega na nieróbstwie. Osiedle będzie czerpało energię z promieniowania słonecznego, przy czym oczywiście możliwe jest zarówno wykorzystanie kolektorów cieplnych dla napędu turbin, jak i baterii słonecznych, które bezpośrednio dostarczą elektryczności. Dysponując niemalże nieograniczonymi zasobami energii koloniści będą mogli dowolnie zmieniać klimat swego osiedla, pracować i przeprowadzać badania naukowe.
Najodpowiedniejszym miejscem dla umieszczenia kolonii będzie punkt nazwany L5, znajdujący się na orbicie Księżyca, w równej odległości od Ziemi i od Księżyca. L występujące w nazwie tego punktu pochodzi od pierwszej litery nazwiska znanego matematyka Lagrange'a (wym. Lagranż), który jako pierwszy obliczył, że siły przyciągania Ziemi i Księżyca idealnie się w tym miejscu równoważą, tak że ciało o niewielkiej masie (w porównaniu z masami obu ciał niebieskich) pozostanie w nim na zawsze. A o to przecież idzie, by nasza kolonia nie poleciała gdzieś w bezkresną przestrzeń.
Kolonizacja i kolonie zawsze kojarzyły się z wyzyskiem i podbojem, prowadzącym do wykorzystania podbitych ludów przez silniejszych najeźdźców. Tym razem, po raz pierwszy w historii ludzkości, będzie to podbój terenów, na których nie ma istot żywych, tak że koloniści wykorzystają wyłącznie niezmierne bogactwa leżące dotychczas bezużytecznie w przestrzeni kosmicznej. A najwżniejszym z nich jest energia słoneczna.
Zresztą pierwsza kolonia, ważąca około 500 tysięcy ton, zostanie głównie, bo aż w 98 procentach, zbudowana z materiałów pochodzenia pozaziemskiego. Tylko niezbędne na początek maszyny i urządzenia przylecą z Ziemi. Reszta zostanie wykopana z Księżyca. Uszczerbek, jaki poniesie przy tym nasz satelita, będzie praktycznie niezauważalny. Później będzie można czerpać surowce z niezliczonych planetoid, które bezużytecznie krążą w naszym układzie słonecznym.
Założenie kopalni na Księżycu i planetoidach pozwoli na znaczne zaoszczędzenie wydatków. Gdyby wszystko trzeba było przywozić z Ziemi, musiałyby kursować miedzy naszym globem i kolonią kosmiczną liczne rakiety, zużywające masy paliwa, a co za tym idzie cennej energii. Zaś na Księżycu siła ciążenia jest znacznie mniejsza. Projekt przewiduje, by do napędu robotów dowożących surowce wykorzystać również energię słoneczną. Pierwsza kolonia byłaby niewielka, ot tyle, aby pomieściły się zakłady przemysłowe, które umożliwią wykonanie odpowiednich urządzeń dla kolonii, budowanej z materiałów pozaziemskich.
Jaki cel ma budowanie kolonii kosmicznych? Czy chodzi tylko o zbudowanie jakby wesołych miasteczek dla znudzonych ludzi? Otóż nie. Głównym zadaniem kolonistów będzie zbudowanie elektrowni kosmicznych według projektu Glasera. Przy przeniesieniu produkcji w kosmos, koszty spadną co najmniej dziesięciokrotnie, a wtedy naprawdę będzie można mówić o pełnym wykorzystaniu energii słonecznej. Używając do tego niewielkich silników rakietowych można będzie umieszczać gotowe elektrownie na właściwej orbicie okołoziemskiej, skąd zaczną wysyłać na ziemię energię w postaci skoncentrowanych wiązek mikrofal.
Czy projekt profesora O'Neilla jest jeszcze jedną utopijną wizją, nie mającą pokrycia w rzeczywistości? Przedstawia on konkretne obliczenia, projekty i nie wykorzystuje w nich niczego, co nie było sprawdzone we wcześniejszych próbach. Nawet analizy kosztów tego przedsięwzięcia wykazują, że nie stanowiłoby ono większego obciążenia niż na przykład projekt Apollo. Zresztą znajduje ono zwolenników wśród znanych uczonych z całego świata. Do najznakomitszych z nich należą J. Szkłowski i N. Kardaszew z ZSRR oraz C. Sagan i F. Dyson (wym. Dajson) z USA. Jednak mimo wszystko jest to zadanie bardzo trudne i wszyscy zgodnie powiadają, że nie należy oczekiwać jego realizacji wcześniej niż za 20-25 lat. Ale przecież tyle możemy poczekać?
Prócz zwolenników oczywiście są i wrogowie. Warto przedstawić przynajmniej jednego z nich. Jest nim profesor Howard Odum (wym. Oudam) z Uniwerstytetu Florydy w Gainesville. Jego zdaniem wszystkie nowe źródła energii są gorsze odropy naftowej i węgla. Nie ulega bowiem wątpliwości, że aby energię uzyskać, trzeba również ją stracić. Na przykłąd w kopalniach odkrywkowych muszą pracować zastępy potężnych maszyn, które zdejmują warstwy ziemi i wydobywają minerały zasobne w substancje palne. Każda z tych maszyn spala dużo cennej benzyny czy oleju napędowego.
Zdaniem profesora Oduma, najważniejszym czynnikiem określającym przydatność nowych projektów jest uzyskiwana przy ich użyciu energia netto, czyli różnica całkowitej wytworzonej energii i tej, którą trzeba było zużyć dla jej zdobycia. Tracenie coraz większych ilości energii, aby uzyskać jej nieznacznie więcej, to nie jest, jego zdaniem, korzystny interes. Ocena wszystkich istniejących i proponowanych źródeł energii przy pomocy skomplikowanych modeli komputerowych przyniosła niezbyt pocieszające wnioski.
Okazuje się, że o ile bliskowschodnia ropa naftowa daje ponad 6 jednostek energii w zamian za jedną jednostkę energii, o tyle kopalnia odkrywkowa daje już tylko trzy jednostki, a elektrownia jądrowa zaledwie dwie. Profesor Odum również kwestionuje celowość budowy orbitalnych elektrowni słonecznych i twierdzi, że ich koszt (zarówno urządzeń satelitarnych, jak i naziemnych) stawia pod znakiem zapytania celowość tych nakładów. Jednym słowem, spirala zużycia energii, potęgowanego przez nakłady na jej uzyskiwanie, przypomina sięganie lewą ręką do prawego ucha. Porównanie to byłoby niepełne bez przypomnienia, że ręka ta bezustannie się skraca, a odległość do ucha rośnie. Ale każdy szanujący się uczony, jeśli tylko coś krytykuje, zgłasza własne kontrpropozycje.
To, co zgłosił profesor Odum, jest prawdziwą wizją „nowego wspaniałego świata”, choć delikatnie mówiąc, nieco utopijną. Jego propozycja polega na oparciu gospodarki na rolnictwie posługującym się głównie pracą ręczną, niemal bez nawozów sztucznych. Byłby to „stan stacjonarny” gopodarki, wykorzystującej wydajne i samoodtwarzające się przetworniki energii słonecznej – lasy, uprawy i inne rośliny, które towarzyszyły nam od niepamiętnych czasów.
Nie jest to miła perspektywa dla ludzi, którzy zaznali już dobrodziejstwa cywilizacji. Jej autor spotkał się z potężną dawką krytyki – jego propozycja to przecież też sięgnięcie po niezmierzone zasoby energii słonecznej, tyle że w najmniej korzystny sposób. Wszelkie rośliny, choć nie chciałbym im odmawiać talentu w czerpaniu energii z promieniowania, czerpią jej tak niewiele, że istotnie musielibyśmy potężnie cofnąć wstecz, aby nam to wystarczyło.
Dotychczas korzystaliśmy z zapasów energii wytworzonych przez rośliny, zmagazynowanej w postaci energii chemicznej w ropie naftowej i węglu. Ale zapasy te powstawały w ciągu milionów lat, a my rozprawiliśmy się z nimi skutecznie w ciągu niespełna 300 lat, tak że zostało nam ich zaledwie na następne 200-300 lat. Zdrowy rozsądek nakazuje znów czerpać energię z promieniowania słonecznego, tyle że w sposób godny etapu rozwoju, jaki osiągnęliśmy. Słońce, które dało nam życie, z pewnością umożliwi wspaniały rozkwit cywilizacji. Nie można cofnąć się z raz obranej drogi. Gdybyśmy mieli polegać na roślinach, na cóż by się zdały osiągnięcia techniczne, których dokonali inżynierowie idący tropem odkryć naukowych. Stoimy dziś w przededniu nie spotykanego w dziejach ludzkości rozkwitu i wszelkie cofnięcie się może oznaczać tylko przekreślenie rozwoju naszej cywilizacji.
Warto chyba posłuchać, jak widzi rozwój cywilizacji radziecki astrofizyk, profesor Mikołaj Kardaszew. Jego zdaniem cywilizacje przechodzą przez trzy stadia rozwoju. W pierwszym cywilizacja znajduje potrzebne źródła energii na własnej planecie. W drugim stadium, bardziej rozwiniętym, następuje podbój układu słonecznego i cywilizacja zaczyna czerpać energię ze swej gwiazdy. Wreszcie, w trzecim stadium, cywilizacja jest na tyle skomplikowana, a jej potrzeby energetyczne tak się rozrastają, że zaczyna je zaspokajać w skali całej galaktyki.
Osiągnięcie fazy pierwszej następuje po trwającej miliardy lat ewolucji biologicznej, zaś przejście ze stadium pierwszego do drugiego (to właśnie nas dotyczy) następuje już w kilka tysiącleci później. Z kolei przejście ze stadium drugiego do trzeciego wymaga aż kilkudziesięciu milionów lat. Obecne kłopoty z zasobami naturalnych surowców i źródłami energii zdają się wymownie świadczyć o tym, że zaczyna nam się robić ciasno na naszej planecie, czyli – jeśli nawet nie jesteśmy jeszcze na granicy między stadium pierwszym i drugim – moment ten już jest bardzo bliski. A więc, jaka przyszłość czeka naszą energetykę? Oczywiście sięgnięcie po energię słoneczną.

Strony: [1] 2 3 ... 10