Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Aktualności: Małe zmiany w przywilejach użytkowników <CZYTAJ> Nie możesz się zalogować? Wyczyść w przeglądarce ciasteczka i aktywne zalogowania (wszystkie).
W razie czego jesteśmy na FB(link). Pozdrawiamy Ekipa

Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Cała Polska / Odp: Spotkanie, rozmowy, zlot?
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Anomalia dnia (Nie) 15.10.2017, 17:51:38 »
Raczej ciężko o to, non stop się mijamy i póki co z tego co widzę to nie tylko na forum. Więc ciężko (o czym z pewnością świadczy moja odpowiedź po tak długim czasie)
2
Metody perswazji i manipulacji / Odp: Poznaj Trolla - 8 cech dezinformatora
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Pią) 06.10.2017, 13:51:07 »
Jaś Kapela: Bywam trollem. Trolling to współczesna forma sztuki prowadzenia sporów

W Polsce są agencje specjalizujące się w czarnym PR. Jest wielu chętnych do wynajmowania trolli, a ponieważ trudno o pracę, ludzie godzą się być trollami za pieniądze. Politycy różnych opcji, firmy lobbingowe, agencje reklamowe sięgają po uczniów czy studentów - rozmowa z autorem powieści ?Dobry troll?
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Czym jest trolling?

Trollowanie to okazja, żeby zaistnieć. Jeżeli teraz rozmawiamy o trollach, to znaczy, że udało im się to, co zamierzali: oburzyć społeczeństwo. Włożyć kij w mrowisko. Stać się sensacją medialną. Najlepszy sposób na trolli to ich ignorowanie. Gdy media się oburzają, oni są zachwyceni. Gdy jakiś autorytet albo celebryta, a tych w Polsce nie brakuje, wyrazi moralny sprzeciw wobec internetowych ataków, troll jest szczęśliwy.

Trollowanie to wywoływanie emocji. Ośmieszanie i obrażanie na wszystkie sposoby. Publikowanie napastliwych, kontrowersyjnych i skandalizujących treści. Głównie w internecie. Troll często używa informacji nieprawdziwych, przeinaczonych czy absurdalnych. Na przykład wchodzi na stronę "Minuta ciszy dla papieża" i pisze o odpowiedzialności Jana Pawła II za rzeź Polaków na Wołyniu i akty pedofilskie oraz wkleja wyśmiewające papieża memy, tzw. cenzopapy. To wkurza ludzi. Trzeba jednak pamiętać, że Karol Wojtyła w czasie epidemii AIDS zdecydował się nie łagodzić stanowiska Watykanu w kwestii antykoncepcji. Dogmat o nieomylności papieża był dla niego ważniejszy niż to, że ludzie będą umierać, jeśli nie zaczną używać prezerwatyw. Można więc poniekąd zrozumieć internetowych śmieszków, którzy nie mają dla Jana Pawła II litości.

Właśnie zaatakowano Filipa Chajzera w żałobie po śmierci syna.

Atak trolli na rodzinę Chajzerów przybrał ostre formy. Fora zalała fala komentarzy: "Szkoda, że umarł tak młodo, ale widocznie zasłużył na śmierć". Pod artykułem o śmierci dziecka Filipa Chajzera jakiś troll napisał: "Dobrze, że zdechł". Ktoś pytał, czy można kupić auto po wypadku. Wszystkie te wpisy zbierały lajki (najpewniej innych trolli) i były komentowane przez tłumy oburzonych ludzi. Media o tym pisały, większość czytających poczuła odrazę. I o to chodziło.

Trolle mają zawsze oburzające i odrażające poglądy?

Troll miewa różne tożsamości. Kim jest naprawdę, trudno stwierdzić. Czy ma skrajne poglądy, czy nie ma żadnych? Nawet jeśli jakieś ma, to może wyrażać inne. Wielu jest takich, którzy trollują naraz fora lewicowe i prawicowe, bo tu i tu można się pobawić. Zwykle jeden troll ma kilka awatarów. Grasuje po stronach i forach. Lubi siać ferment. Często nie wierzy w to, co pisze, ale pisze dla wywołania szokującego efektu. Trolle są wszędzie. Szydzą ze wszystkich.

Rosnący w siłę trolling nie zna granic przyzwoitości?

Chyba nie. Pokazała to fala trollingu po śmierci Dominika Szymańskiego, który się powiesił, bo został zaszczuty w szkole, czy blogerki modowej o pseudonimie "Maddinka" (lipiec 2015). Ta kobieta naprawdę nazywała się Martyna Ciechanowska. Zmarła w wieku 27 lat. Pod nekrologiem snuto insynuacje, że była winna pieniądze (700 zł) i ciuchy. Chodziło o to, żeby wyśmiać środowisko blogerek modowych i media żerujące na czyjejś śmierci.

Co różni trolla od zwykłego użytkownika sieci?

Zwykły użytkownik pisze to, co myśli. Troll zwykle się nie utożsamia z poglądami, które prezentuje. Dla niego liczy się wywołanie negatywnych uczuć. Jego gra obliczona jest na efekt. W slangu trolli mówi się, że trollowanie polega na wywołaniu "bólu dupy". Istotnie troll może wywołać czyjś "ból dupy". Ten, którego pupa boli, jęczy, krzyczy i piszczy. Wtedy troll się cieszy. Troll nie trolluje z zawiści czy nienawiści, ale zwykle dla zabawy. Troll nie jest zwykłym hejterem.

Co w takim razie różni trolla od hejtera?

Troll jest zwykle zdystansowany wobec własnego hejtu. Hejter zostawia nienawistne komentarze, bo naprawdę kogoś lub czegoś nienawidzi. Obserwuję wielu hejterów nienawidzących (szczerze) homoseksualistów albo muzułmanów. Trolle często nie żywią nienawiści, posługują się nienawiścią jako zaczepką. Hejt to przynęta. Nazwa trolling pochodzi od techniki łowienia polegającej na zarzucaniu przynęty z płynącej łódki.

Nazwa troll nie pochodzi od demona z mitologii skandynawskiej?

Troll rzeczywiście przypomina diabełka. Bywa bezczelny i chamski. A w realu to może być aniołek ze świetnymi ocenami z matematyki, ukochany synek mamusi. W rzeczywistości wirtualnej zamienia się w diabła. Jego celem jest przyjemność, którą osiąga, gdy ktoś się denerwuje.

"Życzę ci, żebyś zdechł na raka". Listy od fanów


Skąd wiemy, że mamy kontakt z trollem?

Nie zawsze wiemy, przeważnie dowiadujemy się z czasem. Zazwyczaj po przeczytaniu komentarza nie sprawdzamy, kim jest jego autor. Oburzenie odurza nas od razu. A wystarczyłoby wejść na profil komentującego i zobaczyć, że jest on fałszywy, i nie przejmować się tym, co pisze. Na Facebooku jest to łatwe. Jeśli ktoś ma mało znajomych, aktywności i żadnych zdjęć, jest duża szansa, że jest trollem. Albo dba o swoją prywatność. Ale wtedy przeważnie nie zostawia obraźliwych komentarzy.

Głupie dowcipy w sieci prowadzą jednak do realnych nieszczęść.

Kilka lat temu grupa trolli weszła na stronę amerykańskiej fundacji na rzecz epilepsji. Trolle zasypały portal grafikami optycznymi wywołującymi zawroty głowy. Wielu chorych wchodzących na stronę fundacji miało ataki epilepsji. To raczej żałosne. Natomiast gimnazjalistkę z Trąbek Wielkich oskarżoną o związek z wuefistą internauci zaszczuli. Ta 15-letnia ofiara pomówień powiesiła się. Ci ludzie mają krew na rękach. Warto zapytać, dlaczego nie było nikogo, kto by z tą dziewczyną pogadał i wytłumaczył jej, że to hejt. Komisja dyscyplinarna MEN wykazała nieprawidłowości w szkole. Nagranie, które stało się podstawą plotki, było na kamerach szkolnego monitoringu. W jaki sposób internauci się o nim dowiedzieli?

Czy policja nie powinna ścigać trollujących w taki sposób?

Mamy wolność słowa. Nie można ograniczać swobody wypowiedzi w sieci. Ale bywa, że trolle przekraczają granice prawa. Najwięcej kroków mających uregulować trolling podjęła Wielka Brytania. Przed sądem zasiadali trollujący wyciągnięci sprzed swoich komputerów. Niektórzy trafili za kratki. Jednocześnie trolling opanowuje media, politykę, rozrywkę i życie społeczne. Bywa, że politycy czy celebryci mówią rzeczy, które trudno traktować poważnie, w które sami nie wierzą. Ale mogą zaistnieć w mediach. Zaryzykuję tezę, że żyjemy w kulturze trollingu.

Sean Duffy, 25-latek z południowej Anglii, został skazany na 18 tygodni więzienia za to, że zamieszczał kłamliwe informacje na facebookowym profilu poświęconym pamięci Natashy MacBryde, nastolatki, która w walentynki rzuciła się pod pociąg. W jednym z postów napisał: "Natasha nie była zastraszana, była dziwką". Rodzice twierdzą, że wiadomość, którą dostała tuż przed śmiercią: "Bądź miła dla ludzi, bo inaczej stracisz wszystkich", odegrała znaczącą rolę w jej decyzji o samobójstwie. Wątpię, czy można się zabić tylko z powodu wiadomości na Fejsie. Fakt, że rodzice tak twierdzą, raczej świadczy o ich braku kontaktu z własną córką.

Nawet spokojna Kanada ma dziś poważne problemy z trollingiem.

Jakiś facet z Ontario, aby pogrążyć feministkę zwracającą uwagę na problem mizoginii w grach komputerowych, sam zaprogramował grę. Po każdym kliknięciu na zdjęcie kobiety, kanadyjskiej blogerki i aktywistki Anity Sarkeesian, na jej twarzy pojawiała się paskudna opuchlizna, duże siniaki albo krew. "Ona żąda równości płci w grach wideo, ale w rzeczywistości po prostu chce wykorzystać fakt, że urodziła się z waginą, by zdobyć pieniądze", napisał. Rzeczywiście, dostała ponad 160 tys. dol. na swój prorównościowy projekt, choć chciała tylko sześciu. Moim zdaniem to nie jest trolling, tylko zwykła nienawiść pokazująca, jak bardzo faceci boją się równouprawnienia.

Internet zalewa fala nowego antysemityzmu.

Wiele raportów pokazuje, że w ostatnich latach znacznie wzrosła popularność hashtagów #HitlerDidNothingWrong (HitlerNieZrobiłNiczegoZłego) czy #killjews (zabijżydów). Wiele z tych wpisów to robota trolli. Nie zawsze wierzą w to, co piszą, ale piszą. Słowa "Hitler" i "Holocaust" są obecnie wśród 50 najczęściej używanych na Twitterze. I nie jest to wyłącznie zasługa Janusza Korwin-Mikkego. Może jest tak, że internet pozwolił rasistom wyjść z ich piwnic do sieci.

Po kampanii wyborczej w Polsce mówi się o trollingu w krajowej polityce.

Ataki na politycznych oponentów to chleb powszedni internetu. Ilość hejtu na PO, PiS, SLD, a nawet PSL jest olbrzymia. W kampanii prezydenckiej chyba każde forum dyskusyjne w kraju było trollowane. Są osoby, które zarabiają na trollowaniu. Zwykle to nie są duże pieniądze - kilkadziesiąt groszy od komentarza.

Można być trollem na zlecenie? Kto ich wynajmuje?

W Polsce są agencje specjalizujące się w czarnym PR. Jest wielu chętnych do wynajmowania trolli, a ponieważ trudno o pracę, ludzie godzą się być trollami za pieniądze. Politycy różnych opcji, firmy lobbingowe, agencje reklamowe sięgają po uczniów czy studentów. Pokazuje to też degenerację klasy politycznej i kapitalistycznego systemu, który nie zna innej wartości niż zysk. Przeciętni użytkownicy sieci przeglądają komentarze i wierzą, że to głos społeczeństwa. Bzdura. Trzeba mieć dystans do tego, co się czyta w internecie. Nigdy nie wiesz, kto za to płaci.

Kim są ofiary trollingu? Kto daje się strollować?

Najłatwiej strollować osobę, która ma twarde przekonania, nie wyobraża sobie, jak można żartować z poglądów, które wyznaje. Łatwo się obraża. Trudniej jest strollować taką, która ma dystans i jest ironiczna. Ignoruje. Bo trolling to zabawa w agresję, wojnę, ciętość i szybkość. To gra bez żadnych reguł, celem jest urażenie przeciwnika. Trolling bywa wulgarny i obsceniczny, ale taki bawi najbardziej.

Napisałeś powieść "Dobry troll". Dobre trolle istnieją?

To satyra. Główny bohater Janusz Małolepszy jest trollem od przedszkola. Idzie przez życie, trollując. Nie tylko w internecie. W podstawówce organizuje "Tydzień biedy". Dzieciaki są dzielone na siedem grup, aby uświadomić im nierówności społeczne. Te, które wylosowały rolę bogaczy, są noszone w lektykach. Uczniowie, którym przyszło grać biednych, nie dostają nawet zupy. Oczywiście w żadnej polskiej szkole to by się nie mogło wydarzyć. Nierówności społeczne i fakt, że połowa światowego bogactwa znajduje się w rękach kilkuset osób, nie jest tematem. Trzeba więc szkołę strollować, żeby o tym powiedzieć. Nie potępiam trollingu.

Żyjemy w czasach, które potrzebują radykalnych metod. Trolling to też jakaś forma erystyki. "Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów" Arthura Schopenhauera to podręcznik o sztuce dyskutowania. Autor uczy, jak zwyciężać niekoniecznie w sposób merytoryczny. Zawsze można użyć argumentu ad absurdum lub ad personam.

Sztuka czytania pokaż ksiażki Jaś Kapela


Trolling jako współczesna zabawa w niegdysiejszą erystykę?

Można tak na to spojrzeć. Internet umożliwia łatwy dostęp do środowisk, które w realnym świecie są nam odległe. Nie znam osobiście wielu nacjonalistów czy aktywistów pro-life. Chyba że spotkam jakichś na imprezie u rodziców. Internet sprawia, że mogę wejść w środek świata takich ludzi i wtrącić się do ich rozmowy.

Czyli jednak jesteś trollem - dobrym czy złym?

Bywam trollem. Należę do tajnych grup na Fejsie, gdzie ludzie naśmiewają się z papieża. Bawią mnie te memy, ale bardziej bawi mnie to, że w każdej wiosce, w której Karol Wojtyła postawił stopę, jest tablica upamiętniająca ten fakt. Absurd odpowiada na absurd. W internecie nikt nie jest święty.

Stworzyłeś "Przesłanie Pana Trollito". Zacytujesz fragment?

"Ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba wkurwić wszystkich/ bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny/ w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy". I dalej: "a trolling twój silny niech będzie jak morze/ ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych/ powiedz im jacy są żałośni". Ten wiersz to parodia wiersza Zbigniewa Herberta. Ktoś może powiedzieć: Jaś Kapela sławi trolling w poezji. Ale to nie tak. Ten wiersz to też trolling.

Dostrzegasz jakieś jasne strony trollowania?

Trolling może być pozytywną metodą, która otwiera komuś oczy, może poszerzać horyzonty, zadziałać jak zimny prysznic. Dobry przykład to działalność grupy Yes Men. Zrobili na przykład fałszywą kampanię reklamową, w której firmy zatruwające środowisko chwaliły się, że będę za darmo rozdawać dzieciom designerskie inhalatory na astmę. Wierzę, że ktoś może zmienić światopogląd pod wpływem działania trolla. Wtedy trollowanie ma sens. Czasem myślę, że w tym szaleństwie trollingu jest metoda. Zbyt łatwo wchodzimy w konwencje i rytuały. Troll uderza w schematy, rozbija poczucie samozadowolenia. Zmusza do myślenia.

Nie masz wyrzutów sumienia, że trollując, krzywdzisz?

Staram się nie krzywdzić. To trudne, bo niektórzy są naprawdę wrażliwi. Na przykład dewoci posiadają (podobno) uczucia religijne. Rzekomo ich krzywdzę, gdy naśmiewam się z katolickich dogmatów. Dla mnie uczucia religijne nie istnieją. Uważam, że śmiejąc się, nie krzywdzę. Wiem, że dla wielu samo moje istnienie jest obrazą. Czy to znaczy, że mam się zabić, jak mi czasem radzą w komentarzach? Czy raczej oni powinni udać się na jakąś terapię? Myślę, że nie ma w Polsce nikogo, kto czytając "Dobrego trolla", nie zaśmiałby się choć raz.

Jaś Kapela (ur. 1984) - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Poeta (wydał książki z wierszami "Reklama", "Życie na gorąco") i pisarz ("Stosunek seksualny nie istnieje", "Janusz Hrystus", "Dobry troll"). Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Źródło: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53668,18584258,troll.html?disableRedirects=true


HISTORIA MARKSIZMU CZ. 4/5 MARKSIZM SEMANTYCZNY 1
3
Medytacja i relaksacja / Odp: Tantra joga - od rozkoszy do oswiecenia
« Ostatnia wiadomość wysłana przez anet dnia (Wto) 08.08.2017, 12:29:55 »
Bardzo ciekawy temat. Jakiś czas temu właśnie natchnęłam się na ten tekst i dał mi sporo do myślenia. Jestem raczej bardzo świadoma swojego ciała i wszystkiego, co jest z nim związane jednak ani z jogą ani z tantrą nie miałam wcześniej żadnej styczności. Od przeczytania tego tekstu zaczęłam myśleć intensywniej w tym temacie i spróbowałam.. Idzie powoli, małymi krokami ale zauważam już pewne różnice.
4
Banki i korporacje / Odp: Byłam bankowym trolem
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Nie) 30.07.2017, 15:46:55 »
Wywiad z profesjonalnym trollem: Kogo obchodzi konsument? Produkt mu się do gardła wciska jak pokarm gęsiom na hodowli.


GM: Czym się w takim razie zajmuje twoja agencja?
ON : Moją pracę nazywam „budowaniem przewagi komunikacyjnej w sieci” – sam to zdanie wymyśliłem, prawda, że dobre?
GM: Jak budujesz tę przewagę?
ON : To zależy.
GM: Od czego?
ON: Od potrzeb agencji/klienta. Zlecenia dostaję głównie od agencji, które prowadzą działania na rzecz klienta.
GM: Czyli robisz tak zwaną szeptankę? Pozytywne opinie o marce?
ON, A skąd, to jest amatorka, którą widać na kilometr. Zabawa dla pracowników na darmowym stażu.
GM: To co robisz?
ON : Potrafię zmienić odbiór i wydźwięk artykułów, jakie pojawiają się w sieci o danej marce.
GM: Czy najlepszą obroną (budowaniem przewagi) jest atak na konkurenta?
ON : Też.
GM : Czy to są twoje metody, czy bezpośrednie zlecenia od Agencji?
ON : Agencja nie narzuca mi stylu pracy, oni mają konkretny problem np: „konkurencyjna marka puściła akcję kontentową i błyszczy w sieci – klient jest zaniepokojony, że nasze działania nie są tak efektywne”
GM: Co wtedy robisz?
ON : Niweluję wpływ tych artykułów na internautów.
GM : Czy możesz wreszcie odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę robisz?
ON : Opiszę to na wymyślonym przykładzie. Weźmy więc dla przykładu firmę technologiczną, aby było to bliższe tematyce Antyweb. Załóżmy, że marka X promuje swój nowy telefon w sieci – kasa płynie również na content marketing. Sponsoraki lecą na lewo i prawo. Wtedy do akcji wkraczamy my. Zasada jest taka, aby zasiać jak najwięcej wątpliwości wśród czytelników – wątpliwości odnośnie rzetelności tekstów, samego sprzętu, firmy itp.
GM: Jak „siejesz wątpliwości”?
ON: To jest bardzo proste – nie potrzeba do tego psychologa. Wystarczy znaleźć, co było nie tak w produktach tej firmy i zasugerować, że może być podobnie, a autor tekstu nawet się o tym nie zająknął. Podważam też rzetelność tekstów wrzucając linki do materiałów krytykujących produkt czy poprzednie produkty (zawsze się coś w sieci znajdzie).
Oczywiście działania nie mogę być powtarzalne – w innym medium pojawia się więc były użytkownik danego produktu (lub poprzedniego od tej firmy), opowiadający historię z życia wziętą. Produkt był uszkodzony, firma nie pomogła, a na forach czytał, że taką mają praktykę.
Jeśli w sieci leci akcja contentowa to każdemu medium, które nie ma informacji o reklamie można zarzucić, że robią sponsoraki. Nawet jak nie robią – bo przecież nie każde medium jest w mediaplanie każdej marki – to i tak znajdzie się banda dzieciaków, która temat pociągnie dalej. Można więc atakować zarówno sam produkt jak również medium. Niektóre mają tak złą renomę, że bez wysiłku udaje się z rozmowy o produkcie zbudować rozmowę o jakości treści czy amatorszczyźnie autora.
Ważne jest w tym wszystkim, aby nasze wpisy były pierwsze – pierwszych 5 nieprzychylnych komentarzy buduje nastawianie innych do tekstu i bardzo rzadko dalej toczy się rzeczowa dyskusja.
GM: To nie brzmi jak specjalnie wyrafinowana akcja
ON: Poczekaj poczekaj, to dopiero początek.
GM : Co jest więc dalej?
ON : W pracy pomaga nam szeptanka od konkurencji. Z każdą akcją contentową pewnie leci jakiś drobny budżet na komentarze, lajki, suby itp. My więc tę szeptankę konkurencji ujawniamy. A to na Facebooka coś wrzucimy, a to przygotujemy przepiękny opis na Wykop, a to znajdziemy gości, którzy są wkurzeni, że nie dostali budżetu z tej akcji i dopuścimy ich do otwartej krytyki tej akcji (bloger, czasem youtuber).
Generalnie ludzie łykają takie „aferki” jak pelikany. Wystarczy, że zaczynasz krytykować duże firmy i podważać „wiarygodność”, a zawsze zlecą się „janusze” i inni, którzy wierzą we wszystko, co jest napisane w internecie.
Ludzi, którzy rozumieją zasady funkcjonowania reklamy w internecie jest bardzo mało, a jeszcze mniej jest tych, którzy rozumieją, co to jest szeptanka i potrafią odróżnić prawdziwy komentarz od lewizny.
GM : O tych wszystkich działaniach wie klient?
ON : A skąd, czasem nawet agencja nie jest świadoma do końca co i jak robimy.
GM : Jaki ma być efekt twoich działań?
ON : W przykładzie, który ci podałem? Co najmniej „średni” odbiór w sieci materiałów konkurencyjnej firmy. Agencja wtedy od razu leci do klienta pokazać, że wprawdzie konkurencja zrobiła dużą akcję, ale odbiór jej jest przeciętny i jest dużo głosów krytycznych.
GM : Agencja po przeciwnej stronie nie reaguje? Chyba znają się na takich metodach?
ON : Czasem reaguje, a czasem po prostu nie orientuje się o co chodzi. Całą sztuką jest tak przeprowadzić działania, aby nie były one do siebie podobne i nie powielały tych samych krytykujących argumentów. W każdym medium robimy więc inne rzeczy.
GM : Wszyscy oszukują konsumentów w tej branży?
ON : A kogo obchodzi konsument? Produkt trzeba im do gardła wciskać jak pokarm gęsiom na sztucznej hodowli. Czy ktoś normalny dziś wierzy w reklamy? W cudowne proszki, w dobre piwo od koncernów? Nie, kupują je natomiast setki tysięcy, jak nie miliony, ludzi. Dlaczego kupują? Ogranicza im się wybór poprzez reklamy, wciska się im to czego nie potrzebują, tworzy sztuczne potrzeby i pakuje się potem w te zaschnięte gardło cokolwiek, co klient rozpozna – a to z reklamy, a to z akcji w sieci. Łykają wszystko jak leci.
GM : Brzmi jak strategia z Biedronki, a nie dobry marketing?
ON : Żartujesz?
GM : Nie.
ON : Widać, że jesteś amatorem teoretykiem, który naczytał się książek o dobrych praktykach marketingu. Podpowiem tylko – to tak w Polsce nie działa. Liczy się efekt, a metoda jest mało ważna. Dlatego z jednej strony dostaniesz piękne reklamy o zaufaniu do marki, a z drugiej strony telefon od call center, gdzie wciska się ludziom wszystko, od darmowych badań lekarskich po superatrakcyjne ubezpieczenia. Oczywiście nikt nie kłamie, po prostu nie do końca mówi się o wszystkim, co jest związane z ofertą. I na koniec dnia, podsumowując efekty wszystkich działań, liczy się liczba sprzedanych produktów, wciśniętych umów czy sprzedanych kursów. Z nagród za dobrą kampanię marketingową cieszy się tylko agencja. Klient ma to w d…
GM : Brzmi to tak, jakbyś pracował kiedyś po stronie klienta.
ON : Bo pracowałem.
GM : I takie miałeś podejście do marketingu?
ON : Nadal nie rozumiesz, marketing czy reklama to tylko narzędzie do osiągnięcia celu, jakim jest generowanie zysku. Na prezentacjach marketingowych można sobie bajdurzyć o wizerunku marki czy jej wartościach. Potem jednak przechodzi się do tabel z liczbami sprzedaży. Jak jest sukces, to nikogo nie interesuje jak był osiągnięty (o ile zgodnie z prawem i bez przegięć)
GM : Wracając do twojej „agencji”, nie boisz się, że kiedyś przesadzisz?
ON : I co się stanie? Widziałem już przypadki, w których agencja przepraszała za swoje działania lub działania podmiotu z nimi związanego. Na końcu zawsze znajdzie się jakiś stażysta, na którego zrzuca się winę i tyle. Ile razy przy ujawnieniu szeptanek dana firma komentowała sytuację? Ktoś się przyznaje do winy? Komuś zależy na tym, aby takie sprawy do końca wyjaśniać? Przecież to internet.
GM : W swojej pracy współpracujesz z jakimiś mediami?
ON : Nie, nie ma takiej potrzeby – działam w miarę niezależnie od wszystkich.
GM : Dlaczego?
ON : Głupie pytanie, jak opisałem powyżej moja praca raczej powinna być poza pierwszym, a nawet drugim planem. Im mniej się o niej wie, tym lepiej.
GM : Wspomniałeś o Wykopie?
ON : To tylko narzędzie – bardzo dobre i duże – dzieciakami manipuluje się łatwo. Natomiast tam już rozgrywane są gry na innym poziomie – polityka.
GM: Podasz jakiś przykład?
ON : Nie będę tutaj nic konkretnego wskazywał – nie moja branża, nie moje zabawki. Każdy, kto zna ten serwis widzi jakich materiałów i poglądów jest tam najwięcej. Przypadek?
GM : Unikasz konkretów i przykładów – dlaczego zgodziłeś się na rozmowę ze mną?
ON : Taki kaprys miałem, nudzi mi się powoli ta zabawa. Zarabiam również w inny sposób i możliwe, że zamknę część „agencji” zajmującej się dbałością o wizerunek – lol.
GM : To co będziesz robił?
ON : Coś innego – nie interesuj się. [śmiech]
GM: Czy miałeś jakieś akcje, które się nie udały?
ON : Oczywiście – na stronach i w serwisach z dobrą moderacją, czasem tak bywało. Jest to jednak rzadkość, bo w 90% olewa się komentarze i cieszy się, że jest ich tak dużo.
GM: Da się na tym, co robisz, dobrze zarobić?
ON : Średnio. Agencje mają coraz mniej pieniędzy – coraz mniej chcą wydawać na takie działania, bo same się boją wpadek. Wolą kupić jakąś pozytywną szeptankę w agencjach studenckich, gdzie za komentarz płaci się grosze i idzie na ilość. Mój kunszt jest doceniany przez nielicznych. [śmiech]
GM : To dobrze.
ON : Co dobrze?
GM : No, że będzie coraz mniej takich agencji jak twoja.
ON : Nadal nic nie rozumiesz, takie działania nie znikną, będą tylko bardziej prostackie. W necie mamy coraz więcej baranów, nie trzeba już stosować wyrafinowanych zagrywek. Zobacz, co się dzieje, gdy ktoś wrzuca na FB fake’ową akcję z rozdawaniem telefonów – to przykład zbiorowej inteligencji. Trudno już nawet mówić o manipulacji, skoro zanika w ludziach funkcja samodzielnego myślenia.
GM : Smutne.
ON : Prawdziwe

Źródło: http://antyweb.pl/wywiad-profesjonalny-troll/
5
Cała Polska / Spotkanie, rozmowy, zlot?
« Ostatnia wiadomość wysłana przez elwis33 dnia (Pon) 29.05.2017, 12:30:28 »
Wakacje już wkrótce, może jakieś wspólne spotkanie, albo grupowe rozmowy on line, a jak więcej osób się znajdzie to zlot?  Co wy na to? Zaprasza do wysyłania informacji na priv lub pisania tutaj.
6
Szczepienia / Odp: Dlaczego ludzie wybierają nieszczepienie?
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Sob) 22.04.2017, 16:59:00 »
(Nie)świadoma zgoda. Część 1. Kilka faktów, których rodzice nie wiedzą o szczepionce MMR (odra, świnka, różyczka)

ouise Kuo Habakus, autorka książki „Epidemia szczepionek” („Vaccine Epidemic”), założycielka i dyrektor organizacji Nieustraszeni Rodzice (FearlessParents.org), zrzeszającej osoby pokrzywdzone przez szczepionki, oraz Centrum Praw Jednostki (Center for Personal Rights) zabiera głos w sprawie niebezpiecznych tendencji, które pojawiają się w związku ze szczepieniami.

Jestem zaniepokojona narodową nagonką, która charakteryzuje cztery „konie pociągowe” histerii szczepionkowej, używane przez tak zwanych „racjonalistów”: Strach, Gniew, Obwinianie, Nienawiść.
• Niezaszczepieni muszą zostać złapani i ukarani.
• Odra jest śmiertelna.
• Potrzebujemy prawa federalnego zmuszającego
   do obowiązkowych szczepionek przeciw odrze.
• Nie powinno się robić wyjątku dla nikogo.
Nie ma żadnego mainstreamowego źródła informacji, które nie wpadłoby w ten ton narracji. Kierujemy małą porcję drogocennych argumentów, będących przejawem naukowego, czy też raczej analitycznego myślenia, do grupy dziennikarzy śledczych, reporterów zajmujących się kwestiami zdrowia, zaprawionych w boju autorów tekstów oraz popularnych blogerów, którzy twierdzą, że przyoblekli się w pelerynę nowoczesnej nauki. Umożliwią one prowadzenie odpowiedzialnej, wyważonej dyskusji. Pozostaną na świetle dziennym niezależnie od tego, czy mainstreamowe dziennikarstwo stanie kiedyś na wysokości zadania, czy nie.

Jednak w międzyczasie tym, co mnie najbardziej trapi, jest fakt, jak niewiele rodzice wiedzą o kombinacji zawartej w szczepionce MMR. Martwię się o ich wybór oparty na wiedzy.

W części pierwszej tego artykułu odnoszę się do bezpieczeństwa tej szczepionki jako takiej. W części drugiej zbadamy, co dzieje się z jej producentem, firmą Merck.


Część pierwsza. Bezpieczeństwo szczepionki MMR

Dokumentacja reakcji ubocznych po szczepieniu

Zacznijmy od podstaw:
– Ulotki do szczepionki MMR, która znajduje się wewnątrz opakowania.
– Ulotki do szczepionki MMRV / ProQuad.
– Zaobserwowanej częstotliwości reakcji niepożądanych po szczepionce – dane o szczepionce MMR pochodzące ze Światowej Organizacji Zdrowia.
– Dane z bazy VAERS.
– Tabela Uszkodzeń Poszczepiennych (Vaccine Injury Table) federalnego Programu Odszkodowań Powikłań Poszczepiennych (Vaccine Injury Compensation Program).
– Różowa Księga (The Pink Book): Podręcznik CDC, rozdział 12 (odra).
– Kwestia tego, czy szczepionka przeciw odrze może spowodować obrażenia i śmierć. Dane z Narodowego Centrum Informacji o Szczepionkach (National Vaccine Information Center).


Odra może przedostać się przez komórki układu nerwowego do twojego mózgu.

Wirus odry może występować w postaci trzech różnych postaci infekcji centralnego układu nerwowego. Wiemy, że wirus odry może rozprzestrzeniać się w komórkach układu nerwowego i wniknąć do mózgu. Jest to tzw. „transport aksonalny” i odbywa się to dokładnie tak szybko, jak sugeruje to sformułowanie.

Jednakże, o czym publika już powszechnie nie wie, nie odnosi się to tylko do naturalnego sposobu przekazywania infekcji, jak się nam implikuje. Otóż szczepienia potrafią w identyczny sposób przenosić odrę do móżgu. Oto fragment z badania opublikowanego w czasopiśmie naukowm Aktualne Tematy w Mikrobiologii i Immunologii (Current Topics in Microbiology and Immunology):
Atenuowane szczepy wirusów szczepionkowych mogą dostać się do mózgu pod warunkiem zaistnienia osłabionej odporności.

Wstrzyknięcie szczepionki MMR może doprowadzić do tego, że żywe wirusy odry podrzucą twojemu mózgowi neurologiczną bombę.

Instrukcja firmy Merk przyznaje, że szczepionki mogą spowodować uszkodzenie mózgu.

Encefalopatia to zapalenie mózgu, które następuje, kiedy wirus w bezpośredni sposób infekuje mózg, a także wtedy, kiedy wirus, szczepionka czy cokolwiek innego powoduje stan zapalny. Może być w to zaangażowany również rdzeń kręgowy, co skutkuje chorobą nazywaną zapaleniem mózgu i rdzenia kręgowego (encephalomyelitis).

Problemem jest to, że nie wiemy tak dużo, jak powinniśmy wiedzieć, biorąc pod uwagę sposób, w jaki dzisiaj szczepimy dzieci. Poniższe naukowe podsumowanie z 2012 roku, pochodzące z czasopisma „Progress on Health Sciences” zawiera podobne spostrzeżenie odnośnie do neurologicznych efektów ubocznych, będących następstwem szczepienia:
W niniejszym badaniu badane były wirusy odry, lecz w warunkach programu immunizacji dzieci również otrzymują szczepienia z licznymi dawkami kilku komponentów wirusowych. Co wtedy nastąpi w mózgu dziecka? Obecnie nie są prowadzone badania w tym zakresie.
Stara nauka?

Kiedy przechodzimy do wyboru opartego na informacji w zakresie szczepionki MMR, dobrym początkiem będzie ulotka z opakowania.

Jeden z moich kolegów obliczył średnią datę publikacji każdego szczegółu naukowego, zawartego w ulotce, i otrzymał rok... 1982. Z grubsza mówiąc 33 lata temu – a niektóre badania są jeszcze starsze. Czy nie wywołuje to twojego zaciekawienia?

Jak duży zakres obecnej polityki szczepień oparty jest na przestarzałej wiedzy?
Kto jest odpowiedzialny za aktualizację tej wiedzy? Za prace badawczo rozwojowe?

Jeśli duża liczba rodziców samodzielnie dokonuje takich analiz i wzywa do tego, by odbyło się więcej badań nad bezpieczeństwem szczepionek, czy nie jest to właśnie naukowe podejście?

Kim zatem są wątpiący przeciwnicy nauki?


Wiedza sprzed miesiąca

Poniższe nowe badanie Bezpieczeństwo zawierającej odrę szczepionki u jednorocznych dzieci (Safety of Measles-Containing Vaccines in 1-Year-Old Children) zostało cicho opublikowane w wersji internetowej czasopisma Pediatrics, wydawanego przez Amerykańską Akademię Pediatrii (American Academy of Pediatrics). Oto link do streszczenia oraz pełnej treści badania.

Artykuł porównuje podawanie szczepionki MMRV (ProQuad) ze szczepionką MMR + oddzielnie Varicella (Varivax). Autorzy przyznają, że wystąpiło więcej drgawek gorączkowych u dzieci, którzy otrzymali szczepionkę MMRV w postaci pojedynczej dawki w porównaniu do tych, którzy otrzymali szczepionkę MMR oraz oddzielnie szczepionkę Varicella, choć obie dawki podano tego samego dnia.

Jest to znaczące spostrzeżenie.

Oddzielenie wstrzyknięcia szczepień nie jest tu jedyną zmienną. W istocie oddzielenie podania szczepionek może wcale nie być istotną zmienną, kiedy obie grupy otrzymują cztery infekcje szczepionkowe tego samego dnia. Nie powinno mieć znaczenia, w które konkretnie miejsce na ciele wstrzykujesz szczepionkowe wirusy, kiedy wszystkie szczepy wirusów szczepionkowych wywołują systemową infekcję, która obejmuje całe ciało, prawda?

Zatem dlaczego występuje różnica w skutkach zdrowotnych (np. drgawki i prawdopodobnie inne następstwa)?


Szczepionki nie są takie same

Szczepionka MMRV zawiera prawie dziesięciokrotnie większe stężenie wirusa ospy wietrznej (varicella) niż kombinacja MMR + V (dane dostępne w ulotkach szczepionek). Grupa, która otrzymała szczepionkę MMRV, otrzymała większą dawkę wirusów. To łączna dawka zawarta w szczepionce jest czynnikiem, który spowodował problem. Jeśli szczepionka MMR i oddzielnie podana szczepionka przeciw ospie wietrznej jest bezpieczniejsza niż kombajn MMRV, to na podobnej zasadzie można argumentować, że oddzielne podanie składników M (measles – odra) + M (mumps – świnka) + R (rubella – różyczka) będzie bezpieczniejsze od szczepionki MMR.

Czytaj dalej, by dowiedzieć się, dlaczego szczepionki wielowalentne wymagają większej siły działania wirusów.


Szczepionka przeciw odrze produkowana przy użyciu ludzkich linii komórkowych

W USA dostępne są dwie wersje omawianej szczepionki. Są to MMR-II oraz MMRV. Obie oparte są o komórki linii WI-38 – ludzkich komórek diploidalnych z fibroblastów płuc. Jest to istotne z kilku powodów:

Po pierwsze, komórki te to kultury z tkanki płodu pozyskanej w wyniku aborcji. W przypadku niektórych rodziców aborcja jest pogwałceniem ich zasad i wierzeń religijnych. Rodzice, którzy sprzeciwiają się aborcji i nie życzą sobie ani tych, ani innych szczepionek hodowanych na ludzkich komórkach diploidalnych, powinni mieć prawo do odmowy podawania wymienionych szczepionek im samym i ich dzieciom.

Po drugie, wstrzykiwanie jakiegokolwiek czynnika biologicznego pochodzenia ludzkiego niesie ze sobą ryzyko przekazania zarówno znanych, jak i nieznanych (przypadkowych) czynników, włączając w to możliwość zanieczyszczenia wirusowego (np. wirusem SV-40 w szczepionce przeciw polio), infekcji ERV (endogennymi retrovirusami), a także zanieczyszczeń DNA, które mogą przeniknąć do genomu szczepionej osoby (patrz link)


Zapłać za jedną, drugą otrzymasz gratis

Jeśli szczepionka przeciwko odrze jest tak ważna, dlaczego nie jest dostępna szczepionka monowalentna? Szczepionka monowalentna zawiera antygeny z pojedynczego szczepu mikroorganizmu. Dlaczego nasze dziecko musi być szczepione przeciwko trzem różnym chorobom w tym samym czasie?

Merck przestał już to robić...
W wigilię Bożego Narodzenia 2008 roku firma Merck cicho zapowiedziała na stronie Amerykańskiej Akademii Lekarzy Rodzinnych (The American Academy of Family Physicians), że nie będzie już produkowała monowalentnych szczepionek przeciko odrze, śwince i różyczce. Zamiast tego skupi się na ich połączeniu w postaci szczepionki MMR. Artykuł ten, który nie jest już dostępny na stronie AAFP, firmy Merck ani żadnej innej stronie szczepionkowego „espablishmentu”, brzmiał jak poniżej:
Merck & Co. Inc. zatrzymał produkcję i sprzedaż swoich monowalentnych szczepionek przeciw odrze, śwince i różyczce. Producent zamiast tego planuje skupić się na swojej szczepionce trójwalentnej MMRII.
Rzecznik prasowy firmy Merck Amy Rose poinformowałą, że wartość sprzedaży szczepionki MMRII osiągnęła 98% łącznej sprzedaży wszystkich szczepionek firmy przeciwko odrze, śwince i różyczce...

„Szczepionka trójwalentna jest rekomendowana, i stanowi ona znaczącą porcję zamowień, które otrzymujemy” – powiedziałą Rose. „Jest w najlepszym interesie zdrowia publicznego produkować więcej dawek tej właśnie szczepionki niż przeznaczać wolne moce przerobowe na produkcję szczepionek monowalentnych”.

Rose powiedziała, że firma Merck nie zdecydowała jeszcze, kiedy, jeśli w ogóle, zacznie z powrotem produkować szczepionki monowalentne, by były dostępne w obrocie w przyszłości.

I nagle zmienili zdanie...

Merck otrzymał lawinę skarg od zaatroskanych rodziców. W odpowiedzi na nie koncern poinformował, że wznowi produkcję. Oświadczenie to zostało również udokumentowane w Oświadczeniu o Dostawach Szczepionek firmy Merck (Merck Vaccines Supply Status) z 20.07.2009 (przeczytaj przypis).
Jednak zamiar ten długo nie przetrwał. Czyśby Merck jedynie sprawdzał grunt i określał, czy nie nastąpi długotrwały spadek zaufania do marki? Farmaceutyczny gigant cichaczem nie dotrzymał wcześniej danego słowa i we wrześniu 2009 roku wydał oświadczenie:
„Bazując na danych pochodzacych z Komitetu doradczego ds. Praktyki Immunizacji (Advisory Commitee on Immunization Practices – ACIP), środowisku profesjonalistów, wiodących naukowców i klientów, Merck zdecydował się nie kontynuować produkcji szczepioen ATTENUVAX®, MUMPSVAX® oraz MERUVAX® II. Ta decyzja oparta na aktualnej wiedzy wspierała będzie proces szczepienia jak największej grupy wymagajacych tego osób. Merck nadal będzie skupiał się na potrzebnych zasobach, by mieć pewność, że będą one w stanie sprostać obecnym, jak również przyszłym globalnym potrzebom w zakresie zdrowia publicznego...” [w dalszym tekście wyróżnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie].
Interesujący jest fakt, że firma zdecydowała się na opisanie swojej decyzji jako „opartej na nauce”, a ich „skupianie się” rozciąga się daleko poza granice naszczego kraju.
Od tamtego czasu Merck nie zabierał głosu w sprawie. Nigdy nie widziałam jakiejkolwiek publicznej dyskusji o zaletach tej decyzji. Prawie każda informacja prasowa odnosząca się do tego znaczącego dla zdrowia publicznego oświadczenia została usunięta z internetu.

Otrzymanie wszystkich trzech naraz nie wiąże się z żadnym zagrożeniem

Amerykańska Akademia Lekarzy Rodzinnych (AAFP) wydała nieco niezdarne oświadczenie, które miało zapewne zapobic szkodom:
Doktor Doug Campos-Ourcalt, który pracuje jako łącnzik pomiędzy AAFP a Komitetem Nadzorczym CDC ds. Praktyki Immunizacji (CDC's Advisory Commitee on Immunization Practices) oświadczył, że decyzja firmy Merck jest nieznacząca z punktu widzenia aspektów zdrowia publicznego... [lecz] z pewnością pewna liczba rodziców będzie z niej niezadowolona.

„Używanie pojedynczego antygenu zostało w pewnym stopniu ograniczone” – powiedział. Nie ma żadnego zagrożenia, jeśli potrzebujesz jednej szczepionki, w otrzymywaniu trzech naraz. Istnieją pewni rodzice, którzy domagają się opóźnionego kalendarza szczepień. Żądają oni rozszerzenia czasu szczepień na dłuższy okres i nie chcą podawać tak wielu szczepień za jednym razem. To wielka bzdura. Nie zostało udowodnione, by alternatywne kalendarze szczepień były w jakiś sposób lepsze”.

Chciałabym zobaczyć naukowe potwierdzenie oświadczenia doktora Campos-Outcaltsa. Szczepionki wielowalentne są powiązane z lwią częścią oświadczeń o powikłaniach poszczepiennych. Naukowcy przyznają, że szczepionki wielowalentne wykazuję większą reaktogenność {Katkocin & Hsieh, p. 57]. Reaktogenność jest natomiast zdolnością szczepionek do wywoływania częstych, spodziewanych reakcji ubocznych (np. uszkodzeń ciałą i śmierci).


Rodzice zaczynają mówić
Rodzice, którzy żądali oddzielnych szczepionek, zostali pokrzywdzeni. Niektrzy znajdowali się w trakcie podawania oddzielnych szczepionek dziecku. Byłam w kontakcie z tuzinami rodziców, którzy w desperacji obdzwaniali apteki i szpitale dziecięce na terenie całego kraju, próbując zdobyć ostatnie pozostałe dawki szczepionek pojedynczych. Znam przypadki rodziców, którzy podróżowali za granicę, by ich dzieci mogły otrzymać pojedynczą szczepionkę przeciw odrze.

Chociaż szczepionki monowalentne nie posiadają licencji w Wielkiej Brytanii, prywatne kliniki oferują szczepionki neiskojarzone, ponieważ zwietrzyły szybki interes. Dostrzegły fakt, że rodzice gotowi są płacić za takie szczepionki z własnej kieszeni. Artykuł „Pojedyncza szczepionka przeciwko odrze” (Single measles jab) zamieszczony w gazecie Daily Mail obwieszczał, że nielegalne jest importowanie szczepionek i podawała nazwiska prywatnych praktykujących lekarzy, którzy mogą pomóc w tym zakresie.


Mówisz i masz

Nie argumentuję tutaj na korzyść monowalentnej szczepionki przeciw odrze. Ta bardzo poważna decyzja medyczna pozostaje w gestii rodziców.

Lecz przeanalizujmy przez moment logikę takich działań. Jest pewna liczba rodziców, którzy zdecydowali się nie szczepić swoich dzieci szczepionką MMR (odra, świnka, różyczka) ani MMRV (odra, świnka, różyczka, ospa wietrzna), którzy mogą wybrać szczepienie dzieci przeciwko odrze szczepionką monowalentną, jeśli byłaby dostępna.

Powody tego mogą być różne:

• Być może rodzice ci zgadzają się z opinią WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), że różyczka to zwykle łagodna, samoograniczająca się choroba (ospa wietrzna również).

• Być może nie życzą sobie oni podawać fragmentów ludzkiego DNA, które zawarte jest w szczepionce przeciw różyczce.

• Być może ich dziecko przechodziło już świnkę i różyczkę i wykazuje pozytywne miano przeciwciał.
Jeśli, jak się twierdzi, głównym celem polityki zdrowia publicznego jest zapobieżenie epidemiom odry, a szczepienia są proponowanym rozwiązaniem, dlaczego nie zaoferować szczepionki przeciwko odrze w innych formach, które rodzice skłonni by byli zaakceptować?

Ja na przykład proponuję trzy możliwe rozwiązania:

1. Szczepionki wielowalentne są bardziej zyskowne

Wyłączne oparcie o szczepionki kombinowane skutkuje tym, że więcej szczepionek jest nabywanych i podawanych. Spójrzmy na przykład na Minimalne Wymagania Immunizacji dla Uczęszczających do Szkół w New Jersey („Minimum Immunization Requirements for School Attendance”), by zilustrować sytuację. Od dzieci urodzonych po 1.01.1990 wymaga się 1 dawki szczepionki przeciw śwince, jednej przeciwko różyczce oraz 2 dawek szczepionki przeciwko odrze. Ponieważ niemożliwe jest otrzymanie oddzielnej szczepionki przeciw odrze, dziecko musi mieć podane 2 dawki każdej szczepionki, by spełnić wymagania opieki i zostać dopuszczone do szkoły.

2. Niewygodne pytania
Jednoczesna dostępność obydwu szczepionek pojedynczych oraz szczepionki wielowalentnej mogłaby spowodować, że rodzice i lekarze bacznie przyglądali by się różnicom i zadawali firmie Merck niewygodne pytania.

Pytanie 1: Dlaczego jest tak wiele literatury naukowej na temat bezpieczeństwa szczepionek pojedynczych, a tak mało o bezpieczeństwie wielowalentnej szczepionki MMR?

Pytanie 2: Czy jesteś zaniepokojony możliwością pojawienia się interferencji immunologicznych pomiędzy komponentami szczepionki wielowalentnej?

Odnalazłam poniższe zdanie, wypowiedziane przez naukowca firmy Merck, dotyczące wyzwań, które towarzyszyły firmie podczas tworzenia szczepionki MMRV:
„Liczne badania wykazały, że gdy pojedyncza dawka monowalentanej szczepionki przeciwko ospie wietrznej dodawana jest do szczepionki MMR, miano przeciwciał przeciwko ospie wietrznej ulega zmniejszeniu o połowę. Uważa się, że spowodowane jest to interakcją immunologiczną wynikającą z działania szczepionki przeciw odrze”.


Pytanie 3: Czy możesz wyjaśnić poniższe stwierdzenie w materiałach informacyjnych do szczepionki MMR (Merck's pacckage insert for MMR), odnoszących się do kilku dawek pojedynczych szczepionek?

Rutynowe podawanie szczepionki DTP (błonica, tężec, krztusiec) oraz szczepionki OPV (doustna szczepionka przeciw polio zawierająca żywe atenuowane wirusy) równocześnie ze szczepionką MMR (odra, świnka, różyczka) nie jest zalecane,ponieważ istnieje ograniczona liczba danych odnośnie do jednoczesnego podawania tych antygenów”. [strona 9].


3. Kto będzie górą?

Dostępność szczepionek oddzielnych umożliwia rodzicom i klinicystom większą elastyczność i kontrolę nad wyborem szczepień i ich rozkładem w czasie. Jeśli wystarczająco duża liczba dzieci szczepiona by była przy użyciu różnych szczepionek i kalendarzy szczepień, mogłoby to rozpocząć powstawanie niepokojących wariacji w zakresie wyników resortu zdrowia. Wymóg, by wszystkie dzieci otrzymywały szczepionki wielowalentne, usuwa możliwość zaistnienia wspomnianego wyżej scenariusza.

***

Setki milionów dzieci otrzymało szczepionki firmy Merck. Wielowalentna szczepionka MMR jest szczepionkowym „okrętem flagowym” firmy, zyskownym i szeroko rozpowszechnionym. Jej stosowanie posiada również wyjątkowo spójne i wysoce efektywnie działające umocowanie w obowiązującym prawie. Publiczne przekonanie odnośnie do szczepionek oparte jest na zaufaniu. Rodzice powinni jednak wiedzieć, że firma Merck ma ogromny interes w tym, by serwować nam bardzo okrojony model narracji, jeśli chodzi o bezpieczeństwo szczepionek i możliwość dokonywania indywidualnych wyborów. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy rodzice wybiorą nieszczepienie. Oznacza to natomiast, że będą musieli bardziej się napracować, by dotrzeć do ważnych informacji, na które zasługują.

Źródło: http://prawdaoszczepionkach.pl/(nie)swiadoma-zgoda--czesc-1-nowa_linia_html-kilka-faktow--ktorych-rodzice-nie-wiedzanowa_linia_htmlo-szczepionce-mmr-(odra--swinka--rozyczka),43,145.htm



(Nie)świadoma zgoda. Część 2. Szczepionka MMR. Co się dzieje z firmą Merck?

W części pierwszej omówiłam pewne mniej znane kwestie związane z bezpieczeństwem kombinowanej (wielowalentnej) szczepionki przeciw odrze, śwince i różyczce.
 
Merck – co to za firma?
Merck jest amerykańską firmą z kwaterą główną mieszczącą się w New Jersey i jednocześnie siódmą pod względem wielkości na świecie firmą farmaceutyczną. Założony został w roku 1891 jako oddział niemieckiej firmy o tej samej nazwie. Stany Zjednoczone skonfiskowały majątek filii przedsiębiorstwa po I wojnie światowej i utworzyły z niej niezależną firmę.
W roku 2014 Merck & Co. Wykazał 42,4 miliarda dolarów przychodu na świecie i 10,3 miliarda dolarów dochodu netto. Zająć 65 miejsce w rankingu Fortune 500. Szczepionki firmy Merck to biznes warty 10,1 miliarda dolarów. Nieco ponad połowa zysku z jej sprzedaży pochodzi z następujących szczepionek dziecięcych:
1 738 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki Gardasil (przeciwko wirusowi HPV)
1 394 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki MMR/ProQuad/Varivax (odra, świnka, różyczka, ospa wietrzna)
765 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki Zostavax (przeciwko półpaścowi)
746 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki Pneumovax 23 (przeciwko pneumokokom)
659 000 000 dolarów – dochody ze szczepionki RotaTeq (przeciwko rotawirusom)
 
Firma produkuje również szczepionki dziecięce przeciwko zapaleniu wątroby typu A, zapaleniu wątroby typu B oraz Haemophilus influenzae B (Hib).
Dla firmy Merck związane z odrą tsunami proszczepionkowych wiadomości w prasie będzie pożądaną odmianą od pewnych złych wieści. Podzielę się z wami kilkoma ważnymi opowieściami, które nie cieszyły się uwagą mediów, lecz które (podobnie jak my) na nią zasługiwały.

„Inwestorzy powinni unikać tego rynku”
Kwota 42,4 miliarda dolarów brzmi nieźle dla większości z nas i z pewnością grube ryby w zarządzie firmy Merck nie cierpią głodu – wynagrodzenia członków zarządu są podane do wiadomości publicznej – lecz właściciele akcji nie są szczęśliwi, a analitycy giełdowi przepełnieni optymizmem.

Na obrazku poniżej widzisz zarobki zarządu firmy Merck w 2013 r. (źródło: patrz link.)



Portal TheStreet.com donosił 4 lutego 2015 roku „Rozczarowujące prognozy dla firmy Merck oznaczają, że inwestorzy powinni unikać tego rynku”(Merck’s Disappointing Forecast Means Investors Should Avoid This Stock):
Przychód firmy Merck spada o więcej niż 7% każdego roku, nie zgadzając się z prognozami Wall Street o 30 milionów dolarów, i Merck prognozuje, że przychód za cały rok 2015 spadnie o więcej niż 5%, co ma miejsce już drugi rok z rzędu. Na razie inwestorzy powinni unikać tego rynku.
 
Krach na rynku patentów farmaceutycznych. Rola szczepionek w planowaniu strategii wzrostu
Szerszy kontekst zjawiska jest taki, że przemysł farmaceutyczny chwieje się w posadach. Wyszukaj w internecie sformułowanie „patent cliff”, a przeczytasz o długiej liście chemicznych i biologicznych hitach sprzedaży leków wynalezionych we wczesnych latach dziewięćdziesiątych XX w. z okresem ważności patentów upływającym pomiędzy rokiem 2011 a 2019. Żyła złota się wyczerpała.
Sam Merck przyznaje się do wpływu tego zjawiska na firmę w oświadczeniu dotyczących wyników finansowych z 2014 rok.
„Całoroczny wynik sprzedaży ogólnoświatowej, wynoszący 42,2 miliarda dolarów, zmniejszył się o 4%, co oddaje niekorzystny wpływ przekroczenia ważności patentów oraz sprzedaży majątku przedsiębiorstwa, a także 1 procent pochodzący z negatywnego wpływu zachwiań na rynku walutowym [wytłuszczenie autorki].
 
Sprzedaż strachu
Jednakże w tym nawale złych wiadomości dla firm farmaceutycznych, zapalił się jasnym światłem ogarek nadziei.
Szczepionki.
Poprzednie analizy i badania rynku zapowiadały:
• globalna sprzedaż na rynku szczepionek wyniesie w 2014 roku 33,1 miliarda dolarów.
• oczekuje się, że sprzedaż ta osiągnie 58,9 miliarda dolarów w roku 2019
• oczekiwany średni wzrost roczny osiągnie wartość 11,8%
• prognozy długoterminowe zakładają, że przychód rynku szczepionek przekroczy 100 miliardów dolarów w 2025 roku.
Wow! Cóż za atrakcyjny biznes. Sprzedawanie strachu (Kampania Gardasilu odnosi się do zakorzenionego w społeczeństwie strachu przed rakiem – http://www.pharmexec.com/node/236290?rel=canonical). Merck to kocha. Gardasil był genialnym posunięciem. Wielu ostro je krytykuje za używanie przekraczającego wszelkie granice marketingu (zdobył tytuł produktu roku – patrz: link), wykorzystywanie manipulacji (Robienie pieniędzy na strachu kobiet: link do artykułu po angielsku), a także zupełnie nieodpowiedzialnego (przykłady lobbyingu opisane w artykule).
Jednak takie posunięcia firmy Merck nie tylko wybawiły ją od koszmaru związanego z aferą z lekiem Vioxx, lecz wyniosły ją na powierzchnię, ponieważ stworzyła najbardziej zyskowny produkt w swojej historii. Firma Pfizer również odnotowała spadek w sprzedaży szczepionek. To był główny powód, dla którego Pfizer wykupił w 2009 roku firmę Wyeth za 68 miliardów dolarów (Źródło: moneymorning.com).
Sprawdź poza tym listę produktów Mercka w trakcie opracowywania (patrz: link). Kliknij na przycisk „Therapeutic Areas” (Obszary terapeutyczne), by zawęzić wyszukiwanie do szczepionek. Moją uwagę przykuła informacja, że w planie jest nowa sześciowalentna szczepionka kombinowana przeciwko sześciu chorobom – błonicy, krztuścowi, tężcowi, polio, HiB oraz zapaleniu wątroby typu B.
 
Dorośli również potrzebują szczepionek
Zwykle myślimy o szczepionkach jako o produktach dla dzieci. Jednak dorośli powinni wiedzieć, że oni również stali się tu grupą docelową dla o wiele większej liczby szczepionek. Oto ostatni dokument zawierający procedury „Narodowego Planu Immunizacji Dorosłych” („National Adult Immunization Plan”), opublikowane przez federalne Narodowe Biuro ds. Programów Szczepień (National Vaccine Program Office), podano do wiadomości 5 lutego 2015 roku.
Zobacz, co tam napisano o kwestiach, takich jak:
– Jak dużą grupę docelową dla szczepionek w 2020 roku będą stanowiły zdrowe osoby, z podziałem na osoby dorosłe, pracowników służby zdrowia, kobiety w ciąży (strona 2 podlinkowanego dokumentu).
– Zwiększone wykorzystanie elektronicznych danych zdrowotnych i systemów przetwarzania informacji o immunizacji, by zbierać i śledzić dane oraz udostępniać prywatne dane medyczne na poziomie stanowych baz danych (strona 13 dokumentu).
– Angażowanie pracowników i organizacji religijnych do promocji proszczepionkowego podejścia (s. 15, 22 dokumentu).
Korporacje takie jak Merck z chęcią wykorzystają pojawiające się okazje do tego, by współpracować z instytucjami rządowymi i zwiększyć swój udział w rynku, a przez to zarobki. By nie być gołosłownym, podajmy przykład tego, że Merck wdraża strategię „przywiązania do szczepionek” („vaccine adherence” strategy). Stał się partnerem firm zajmujących się zarządzaniem elektronicznymi danymi zdrowotnymi, co służyć będzie udostępnianiu ich lekarzom w czasie rzeczywistym.
 
Czy możemy ufać firmie Merck?
Merck ma monopol w Stanach Zjednoczonych na szczepionki przeciw odrze, śwince, różyczce, ospie wietrznej oraz półpaścowi. Media mainstreamowe lubią przerywać zastój w interesie producentów szczepionek, motywując to kwestią zdrowia publicznego, jak udowadniają to niedawne relacje w „The Atlantic” („Szczepionki są zyskowne. I co z tego?”) i w Blomberg Business („Czy monopol Mercka na szczepionkę przeciw odrze jest powodem do niepokoju?”). Poruszanie kwestii nadużyć związanych z monopolem jest uzasadnione, lecz uważam, że temat ten jest bardziej obszerny, a mianowicie:
Czy ufamy firmie Merck i innym producentom szczepionek?
Istnieje pewna liczba kwestii, które należy poruszyć, kiedy już o tym mówimy. Zajmę się czterema z nich:
 
1. Oczekiwanie racjonalnych działań.
Czego możemy naprawdę oczekiwać od korporacji, które mają uciechę z idącej im na rękę niemal pustej listy zastrzeżeń dotyczących odpowiedzialności, która wynika z dokumentu „Narodowa Ustawa odnośnie do Dziecięcych Powikłań Poszczepiennych” z 1986 r. (1986 National Childhood Vaccine Injury Act, w skrócie „1986 Act”)?
Ja i moi koledzy poruszaliśmy już tę kwestię w innych naszych tekstach, włącznie z bestsellerową książką „Epidemia szczepionek” (Vaccine Epidemic”), jak również w moim poprzednim artykule „Szczepienia: czy nie nastał czas, by zrzucić bielmo z oczu? („Vaccination: Is It Time to Pull the Wool From Your Eyes?”).
Nie powinien wywołać naszego zdziwienia fakt, że organizacje zwykły funkcjonować w sposób racjonalny, a jeśli chodzi o korporacje, oznacza to, że będą działały tak, by maksymalizować zyskowność, wpływy i jakość zarządzania.
Rynek szczepionek dziecięcych jest pod tym względem wyjątkowo atrakcyjny, ponieważ:
– Rząd federalny zaleca szczepionki dla dosłownie każdego dziecka.
– Wszystkich pięćdziesięciu gubernatorów stanowych uczyniło szczepionki obowiązkowym warunkiem świadczenia opieki zdrowotnej i przyjmowania dzieci do szkół.
– Rządy przeznaczają miliardy dolarów na rozwój szczepionek, proces ich zatwierdzania, dystrybucji, a także promocję poprzez NIH (National Institute of Health), FDA (Federal Drug Administration), CDC (Center for Disease Control), stanowe departamenty zdrowia i wielorakie programy pomocowe.
– Producenci szczepionek nie mogą być pociągnięci do odpowiedzialności za większość przypadków śmierci i katastrofalnych obrażeń poszczepiennych, które zdarzyły się na skutek zalecanych przez rząd szczepień.
– Ochrona producentów w zakresie odpowiedzialności zachęca przemysł szczepionkowy do wdrażania większej liczby szczepionek i umieszczania ich w dziecięcym kalendarzy szczepień tworzonym przez ACIP (Advisory Committee on Immunization Practices – Komitet Doradczy ds. Praktyki Immunizacji).
– Wyłączenie odpowiedzialności odwodzi przemysł szczepionkowy od produkcji bezpieczniejszych szczepionek, niezależnie od tego, czy mowa o udoskonalaniu starych szczepionek, czy wprowadzaniu nowych technologii, mających na celu zwiększanie bezpieczeństwa.
– Wyłączenie odpowiedzialności producentów odwodzi ich też od badania potencjalnej szkodliwości ich szczepionek.
 
Od roku 1986, kiedy omawiana ustawa weszła w życie, Stany Zjednoczone odstąpiły od typowych szczepionek, zalecanych w krajach rozwiniętych, i dodały kilka dawek kolejnych dziewięciu szczepionek do kalendarza szczepień dziecięcych, począwszy od dnia urodzenia, przeciwko następującym chorobom:

– w 1990 roku –Haemophilus influenzae b,
– w 1991 roku – WZW typu B,
– w 1995 roku – ospa wietrzna,
– w 1998 roku – rotawirus,
– w 2000 roku – pneumokoki,
– w 2004 roku – Influenza, zapalenie wątroby typu A,
– w 2006 roku – meningokoki oraz HPV.
Jestem osobiście przekonana, że wejście w życie prawa zawartego w „Uchwale z 1986 roku” w nieumyślny, lecz bezpośredni sposób przyczyniło się do epidemii przewlekłych chorób dziecięcych (http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21570014)., włącznie z niebotycznym wzrostem występowania powikłań i schorzeń neurorozwojowych, który obecnie obserwujemy.
 
2. Dlaczego „Ustawa 1986” przeszła?
To bardzo ważne pytanie. Co skłoniło Kongres i prezydenta Reagana do celowego obejścia Konstytucji i usunięcia prawa do wstąpienia na drogę sądową oraz wykluczenia praw jednostki, łącznie ze związanym z tym prawem do zadośćuczynienia? Z jednej strony nie ma to żadnego związku ze zdrowiem dzieci, a z drugiej – ma bardzo wiele.
 
Bioterroryzm
Zapewniliśmy przemysłowi farmaceutycznemu preferencyjne traktowanie w zakresie produkcji szczepionek, ponieważ chcemy wspierać rodzimy przemysł, mogący być partnerem dla Departamentu Obrony w zakresie wielu różnych produktów, które mogą zostać uznane za niezbędne dla bezpieczeństwa narodowego.

Przeczytaj poniższy artykuł Centrum Kontroli Chorób (CDC) zatytułowany „Szczepionki w Obronie Cywilnej przed Zagrożeniami Bioterrorystycznymi („Vaccines in Civilian Defense Against Bioterrorism”).
Rzuć okiem na kilka z wspomnianych tam kwestii.
Kiedy jesteśmy przy tym punkcie, sprawdźmy Fundację CDC. Tak, agencja rządowa prowadzi własną organizację charytatywną! Niektórzy z najbogatszych ludzi i organizacji (http://www.cdcfoundation.org/what/partners) przeznaczają pieniądze na ogromne programy (http://www.cdcfoundation.org/what/programs/list) – dla naszego zdrowia i bezpieczeństwa. W kolejnym artykule zagłębimy się w te kwestie, jako że może to prowadzić do ogromnych konfliktów interesów i potencjalnych nadużyć.
Benjamin Franklin miał rację, kiedy mówił o potrzebie stałego zachowywania czujności. W przeciwnym razie przehandlujemy wolność na odrobinę bezpieczeństwa, co ma za każdym razem miejsce.
 
3. A co z „drzwiami obrotowymi”?
„Drzwi obrotowe” to termin odnoszący się do ruchu personelu pomiędzy czynnikami pełniącymi rolę legislacyjną i regulacyjną, a podmiotami przemysłowymi, których te regulacje dotyczą.
Doktor Julie Gerberding była dyrektorem CDC w latach 2002–2009.
– W czasie jej kadencji CDC dodało cztery szczepionki do listy zalecanych szczepionek dziecięcych.
– Tak się zdarzyło, że firma Merck produkowała dwie z nich: przeciwko zapaleniu wątroby typu A oraz Gardasil (przeciw HPV).
– Szczepionka Gardasil nagle przyćmiła szczepionkę MMR jako najbardziej zyskowny szczepionkowy produkt firmy, a wszystko za sprawą wyjątkowo agresywnego marketingu. Została ona w szybkim trybie zatwierdzona przez FDA po ledwie sześciomiesięcznym procesie testów. (Patrz: artykuł naukowy w czasopiśmie Journal of Law in Medical Ethics z 2012 roku pt. Zbyt szybko czy nie zbyt szybko? Zatwierdzenie przez FDA szczepionki Gardasil firmy Merck przeciw wirusowi HPV) (http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23061593)
– W 2004 roku demaskator dr William Thompson najwidoczniej ostrzegł Gerberding (http://www.morganverkamp.com/august-27-2014-press-release-statement-of-william-w-thompson-ph-d-regarding-the-2004-article-examining-the-possibility-of-a-relationship-between-mmr-vaccine-and-autism/), że opublikuje wyniki związane ze statystycznym związkiem pomiędzy szczepionką MMR a autyzmem.
 
Po odczekaniu wymaganego jednego roku, Gerberding została zatrudniona na stanowisku Prezesa Działu Szczepionek w firmie Merck (President of Merck Vaccines). Stało się to w styczniu 2010 roku.
W grudniu 2014 roku została raptem oddelegowana na stanowisko Vice Prezesa Wykonawczego Działu Komunikacji Strategicznej, Globalnej Polityki Publicznej oraz Zdrowia Populacji (Executive Vice President of Strategic Communications, Global Public Policy, and Population Health). To nowe stanowisko, które wcześniej nie istniało w firmie Merck.
Prześledź również ścieżkę kariery doktora Eddyego Bresnitza, Dyrektora Wykonawczego ds. Zdrowia w firmie Merck (Executive Director of Medical Affairs). Na stanowisku epidemiologa i deputowanego komisarza ds. Zdrowia Stanu Nowy Jork odpowiedzialny był za dodanie do kalendarza szczepień czterech nowych szczepionek obowiązkowych w 2007 roku (http://www.nytimes.com/2007/12/11/nyregion/11vaccine.html?_r=0), włączając w to pierwszą w prawie jakiegokolwiek kraju na świecie obowiązkową szczepionkę przeciw grypie.
 
Co z „epidemią” odry?
A kto stoi za wyreżyserowanym i nieustannym sianiem paranoi, które nagłośniło jako epidemię 133 przypadki odry w Kalifornii (a przecież populacja tego stanu liczy sobie 39 milionów osób)? Podzielmy się informacją z ostatniego Raportu z Nadzoru nad Odrą (Measles Surveillance Report) z Kalifornijskiego Departamentu Zdrowia Publicznego (California Department of Public Health).
13 marca 2015 roku raport ten wyglądał następująco:
– 40 przypadków wśród osób odwiedzających Disneyland w omawianym okresie,
– 85% zarażonych nie było hospitalizowanych,
– 56% było w wieku ponad 20 lat,
– 18% znajdowało się w przedziale wiekowym pomiędzy 5 a 19 rokiem życia,
– 20 przypadków dotyczyło dzieci w wieku od 1 do 4 lat.
– 15 przypadków dotyczyło dzieci poniżej pierwszego roku życia.
 
Odra dotknęła w Kalifornii dokładnie 35 dzieci, w wieku z przedziału od urodzenia do 4 roku życia. Jak to możliwe, że zostało to uznane za epidemię?
Władze służby zdrowia w Kalifornii oświadczyły, że ostatnia epidemia prawdopodobnie wzięła swój początek od turysty, który zachorował na odrę za granicą, a nie od niezaszczepionego dziecka, o co początkowo obwiniano niskie wskaźniki wyszczepialności.
Media nie donosiły o tym, że wyszczepialność przeciw odrze, zgodnie z danymi Centrum Kontroli Chorób (CDC), jest cały czas bardzo wysoka i obecnie przez ostatnich 5 lat nawet wzrosła, co zostało uwidocznione w raportach (za lata 2009–2013).
Media nie donosiły również, że wiele osób dotkniętych przez tę tak zwaną epidemię, było zaszczepionych, co sugeruje, że poszczepienna odporność jest słaba.
Media nie informowały, że poszczepienna odporność zanika w miarę upływu czasu, co stanowi zagrożenie dla zdrowia publicznego.
Media nie nagłaśniały też faktu, że osoby zaszczepione szczepionką MMR mogą być zagrożeniem dla osób o obniżonej odporności, ponieważ są nosicielami zdolnego do infekowania wirusa, którego źródłem jest szczepionka.
Media nie informowały również, że wśród skutków tej fałszywej epidemii odry nie znalazły się żadne przypadki śmierci, lecz jedynie kilka hospitalizacji. Ostatnio raporty wykazały, że epidemia wygasła.
Media nas zawiodły. Rzecznik przemysłu szczepionkowego Paul Offit wzywał w magazynie Forbes do utworzenia „więzienia dla dziennikarzy”. Miałoby ono dotyczyć tych reporterów, którzy sprawiają, że społeczeństwo traci zaufanie do szczepień. Zasugerował tym samym, że dziennikarze tacy są grupą, której należy się pozbyć. [Najprawdopodobniej chodziło mu po prostu o pozbawienie pracy tych uczciwych, którzy nie obawiają się poruszać niewygodnych dla producentów szczepień tematów – dop. tłum.]
Obecnie, z tego samego powodu, legislatorzy w całym kraju, będąc w porozumieniu, zareagowali paniką na sytuację, która nazwana została zagrożeniem dla zdrowia publicznego.
Dlaczego? Kto dyryguje tą kampanią? Czyżby był to Merck, amerykański producent szczepionki MMR, który szczodrze przekazuje pieniądze twórcom prawa i innym podmiotom promującym szczepionki? (Patrz: http://www.merckresponsibility.com/our-approach/public-policy-advocacy/#political-contributions)
 
Lawina pozwów
Kłamstwa o efektywności szczepionki przeciw śwince
Jak donosiło czasopismo Fierce Vaccines z 9 września 2014 roku w trakcie dwóch pozwów sądowych twierdzono, że Merck skłamał, jeśli chodzi o efektywność swojej szczepionki przeciw śwince.
„Sąd Federalny w Pensylwanii odmówił oddalenia pozwów złożonych przez dwójkę demaskatorów oraz grupę lekarzy i nabywców szczepionki, i teraz rozpoczęła się już sprawa sądowa.
[Sąd] orzekł, że... dwóch byłych wirusologów z firmy Merck w wystarczający sposób dowiodło, że firma w błędny sposób przedstawiała rządowi efektywność szczepionki... Klienci końcowi dostarczyli wystarczających dowodów, by dowieść, że owe fałszywe twierdzenia mogły pomóc firmie Merck uzyskać monopol... Teraz strona pozywająca będzie musiała udowodnić to w procesie sądowym”.
 
Proces o 100 milionów dolarów, w którym zarzucono Merckowi faworyzowanie mężczyzn
Jak doniosła gazeta Star Ledger 23.10.2014 roku sąd federalny oddalił starania prawników firmy Merck, by odrzucić pozew o 100 milionów dolarów, z którym wystąpiło 5 pracownic, które zarzucają firmie dyskryminację w pracy.
(Patrz: http://www.nj.com/news/index.ssf/2014/10/judge_refuses_to_dismiss_female_sales_reps_100_million_lawsuit_against_merck.html).
 
Cena prowadzenia interesu
Podobnie jak wiele firm farmaceutycznych, Merck zapłacił miliardy, by rozstrzygnąć procesy sądowe dotyczące niezgodnych z prawem praktyk marketingowych i innych nadużyć. Nieuczciwe zyski daleko przewyższyły kary finansowe, co skłoniło obserwatorów przemysłu do komentarza, że koszt przewodów sądowych to jedynie kolejna linijka w budżecie – ot, po prostu koszt robienia interesów.
Portal drugwatch.com doniósł, że przeciwko firmie Merck toczą się obecnie procesy sądowe związane z kilkoma jego produktami, takimi jak Fosamax, Januvia, NuvaRing and Propecia. Największą (nie)sławą cieszy się jednak skandal z lekiem Vioxx. Firmie Merck zajęło mniej niż rok odrobienie kwoty 4,85 miliarda, które zgodziła się zapłacić powodom poszkodowanym przez lek Vioxx. (Przeczytaj książkę „Cała sprawiedliwość, którą można kupić za pieniądze – chciwość korporacji w sądzie – All the Justice Money Can Buy – Corporate Greed on Trial).
Dnia 15.02.2013 roku gazeta USA Today doniosła, że w czasie, kiedy firma Merck zaprzeczała, jakoby robiła cokolwiek złego, zgodziła się na zakończenie ugodą dwóch znaczących pozwów zbiorowych, w których oskarżono giganta o opóźnianie publikacji negatywnych wyników badań leku przez dwa lata. Firma zapłaciła powodom 688 milionów dolarów i została obciążona kosztem prawie pół miliarda dolarów, co zmniejszyło jej zyski.
 
Gazeta donosi:
„Merck zgodził się na zapłacenie 688 milionów dolarów, by zakończyć ugodą dwa długo ciągnące się procesy sądowe rozpoczęte przez inwestorów, którzy oskarżyli producenta leków o to, że opóźnił publikację niepomyślnych informacji dotyczących ich bestesellerowego leku antycholesterolowego, przez co chciał zapobiec spadkowi jego sprzedaży”

(http://www.usatoday.com/story/money/business/2013/02/14/merck-settles-cholesterol-drug-suits/1920747/).
 
Takie sytuacje wciąż mają miejsce
 
***
Świadoma zgoda
Świadoma zgoda jest międzynarodowym standardem w zakresie praw człowieka, jeśli chodzi o praktykę etyki medycznej, a stanowisko to podtrzymano w 2005 roku poprzez ogłoszenie Uniwersalnej Deklaracji w zakresie Bioetyki i Praw Człowieka (Universal Declaration on Bioethics and Human Rights).
Jakakolwiek interwencja medyczna związana z prewencją czy terapią może być kontynuowana jedynie w wypadku zaistnienia dobrowolnego, świadomego wyboru, dokonanego przez osobę, której ona dotyczy. Powinna być również oparta o odpowiednią informację.
Nie zrobiono tu wyjątku dla szczepień.
Stany Zjednoczone nie były jedynym spośród 192 sygnatariuszy powyższego dokumentu. Większość rodziców jest zaniepokojona, dowiadując się, że „Nie ma federalnego wymagania w zakresie konieczności zaistnienia świadomego wyboru, jeśli chodzi o szczepienia”

[CDC, Immunization Managers – http://www.cdc.gov/vaccines/imz-managers/laws/].

Tekst oryginalny: http://fearlessparent.org/un-informed-consent-whats-going-on-with-merck-co-part-2/

Źródło: http://prawdaoszczepionkach.pl/(nie)swiadoma-zgoda--czesc-2-nowa_linia_htmlszczepionka-mmr--co-sie-dzieje-z-firma-merck,43,146.htm
7
Zdrowie - warto wiedzieć / Odp: Po Prostu Na Surowo - Cofanie Cukrzycy w 30 Dni
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Pon) 27.03.2017, 23:39:36 »
Dieta oparta na węglowodanach winna otyłości i cukrzycy

Większość dietetyków zaleca ograniczanie tłuszczów zwierzęcych na rzecz roślinnych, ale są też tacy, którzy radzą odwrotnie. Krytykują także propagowaną powszechnie piramidę zdrowego żywienia. Rozmawiamy na ten temat z prof. dr hab. inż. Grażyną Cichosz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Pani poglądy, choć poparte wieloletnimi badaniami i ogromną wiedzą, nie są popularne. Ale sieją ferment. Dlaczego?

Od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku straszeni byliśmy cholesterolem oraz tłuszczami zwierzęcymi. Pranie mózgu było skuteczne, przecież każde kłamstwo powtarzane odpowiednio często traktowane jest w końcu jako prawda. W dodatku media, utrzymujące się z reklam, nieustannie promują produkty, które zapewniają największe zyski, a najczęściej nie mają ze zdrowiem nic wspólnego, np. słodycze i margaryny.

Rosnąca na całym świecie zachorowalność na otyłość, cukrzycę, nowotwory, schorzenia neurologiczne i neurodegeneracyjne nie potwierdza słuszności ani hipercholesterolowej teorii miażdżycy ani zaleceń dietetycznych. Przecież wszystkie te schorzenia w 90 proc. wynikają z diety tzw. zachodniej, czyli wysokowęglowodanowej i niskotłuszczowej, bazującej na olejach i margarynach.

Ale przecież obowiązująca w Polsce tzw. piramida żywienia ma podstawę zbudowaną właśnie z węglowodanów, natomiast białka i tłuszcze ograniczono do minimum. Zalecana jest nam dieta, która nie sprzyja kondycji i zdrowiu?


Nie tylko nie sprzyja zdrowiu, ale zwiększa prawdopodobieństwo otyłości i cukrzycy typu 2. Gdybyśmy rzeczywiście „zaliczali” codziennie 6–12 porcji węglowodanów (pieczywo, makaron, ryż, kasze, ziemniaki, ale też pizza, ciasta, drożdżówki, pączki), to w ciągu kilku miesięcy otyłość jest zapewniona. Węglowodany zwiększają apetyt; przy diecie wysokowęglowodanowej bez przerwy jest się głodnym (zachodzi tzw. zjawisko reaktywnej hipoglikemii). Przemysł spożywczy ma interes w tym, abyśmy jedli ich jak najwięcej, zwłaszcza że węglowodany są najtańszym składnikiem żywności. Natomiast najdroższym jest białko, stąd różne (całkowicie nieprawdziwe) teorie o jego rzekomo szkodliwym działaniu i zalecane ograniczanie spożycia. Zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z naszym zdrowiem.

Czyli powinniśmy jeść więcej białka?

Jego niedobory w diecie osłabiają układ odpornościowy, możliwości rozwoju i regeneracji organizmu oraz ograniczają sprawność intelektualną. Bez odpowiedniej ilości pełnowartościowych białek, zawierających wszystkie aminokwasy egzogenne, mózg nie może sprawnie funkcjonować. Najcenniejsze są białka zwierzęce, z których powstaje glutation i tauryna. Białka spożywane codziennie w ilości 1–1,5 g na kilogram masy ciała zapewnią nam zdrowie. Pamiętajmy, że w mięsie, wędlinach, rybach, serach i twarogach zawartość białka wynosi średnio ok. 20 proc., to znaczy, że w 100 g produktu jest tylko 20 g białka. Kolejną zaletą białek, a także tłuszczów, jest to, że sycą. Trawione są pod kontrolą organizmu i zapewniają wrażenie sytości na kilka godzin. Aktualnie nie ma już wątpliwości, że epidemia otyłości i cukrzycy spowodowana jest nadmiarem cukrów prostych (zwłaszcza syropu glukozowo-fruktozowego) oraz margaryn w diecie. Potwierdzają to wyniki licznych opracowań epidemiologicznych.

bacon fishNa cenzurowanym stawia pani wszystkie tłuszcze roślinne?

Nie wszystkie z nich są szkodliwe. Świeży olej lniany, rzepakowy lub z wiesiołka spożywany w małych ilościach (łyżeczka dziennie) i na zimno nie szkodzi zdrowiu, nawet je wspomaga z powodu korzystnych proporcji wielonienasyconych kwasów omega-6 i omega-3. Nadmiar wielonienasyconych kwasów omega-6 zwiększa ryzyko nowotworów i schorzeń neurologicznych, dlatego olej słonecznikowy, kukurydziany, sojowy, z pestek winogron najlepiej wyeliminować z diety. Oleje bogate w wielonienasycone kwasy tłuszczowe bardzo łatwo się utleniają. W dodatku szkodliwe produkty utlenienia nie są rozpoznawane przez nasze zmysły smaku i zapachu. Okres przydatności do spożycia nie jest gwarancją bezpieczeństwa zdrowotnego olejów.

Czyli nie powinno się zastępować tłuszczy zwierzęcych roślinnymi?
Ra­fi­no­wa­ne oleje nie za­wie­ra­ją an­ty­ok­sy­dan­tów, a za­po­trze­bo­wa­nie na nie wzra­sta w po­stę­pie lo­ga­ryt­micz­nym, tj. dzie­się­cio-, a nawet stu­krot­nie, pro­por­cjo­nal­nie do za­war­to­ści nie­na­sy­co­nych kwa­sów tłusz­czo­wych. Przy braku od­po­wied­niej osło­ny an­ty­ok­sy­da­cyj­nej or­ga­ni­zmu nie­na­sy­co­ne kwasy, wbu­do­wa­ne w struk­tu­ry ko­mó­rek, ule­ga­ją pro­ce­som utle­nia­nia. Nie­unik­nio­ne są wów­czas uszko­dze­nia struk­tur ko­mór­ko­wych i genów pro­wa­dzą­ce do róż­no­rod­nych scho­rzeń, a nawet do trans­for­ma­cji no­wo­two­ro­wej.

Or­ga­nizm czło­wie­ka nie jest cał­ko­wi­cie bez­bron­ny wobec tych za­gro­żeń. Przed tok­sycz­nym i mu­ta­gen­nym dzia­ła­niem wol­nych rod­ni­ków za­bez­pie­cza­ją nas (nie­ste­ty, nie za­wsze sku­tecz­nie) jego sys­te­my obron­ne. Po­przez kon­sump­cję żyw­no­ści bio­lo­gicz­nie ak­tyw­nej, tzn. za­wie­ra­ją­cej an­ty­ok­sy­dan­ty, moż­li­we jest ich wspo­ma­ga­nie. Do­sko­na­łym źró­dłem an­ty­ok­sy­dan­tów są tłusz­cze zwie­rzę­ce i rybie. We­dług róż­nych au­to­rów za­stą­pie­nie tłusz­czów zwie­rzę­cych ole­ja­mi i mar­ga­ry­na­mi spo­wo­do­wa­ło czte­ro-, a nawet dzie­się­cio­krot­ny spa­dek spo­ży­cia wi­ta­min roz­pusz­czal­nych w tłusz­czu (A, E, D). Warto wie­dzieć, że an­ty­ok­sy­dan­ty wy­stę­pu­ją­ce w owo­cach i wa­rzy­wach nie mogą za­stą­pić tych roz­pusz­czal­nych w tłusz­czach. Naj­lep­szym źró­dłem an­ty­ok­sy­dan­tów jest tłuszcz mle­ko­wy, który za­wie­ra kil­ka­na­ście uni­kal­nych skład­ni­ków o wszech­stron­nym proz­dro­wot­nym dzia­ła­niu, nie tylko na prze­wód po­kar­mo­wy. Nie­ste­ty, tłuszcz mle­ko­wy ma zbyt mało wie­lo­nie­na­sy­co­nych kwa­sów tłusz­czo­wych i dla­te­go re­gu­lar­nie, dwa razy w ty­go­dniu, na­le­ży spo­ży­wać tłu­ste ryby mor­skie (ma­kre­la, łosoś, śledź, sar­dyn­ki, tuń­czyk), ewen­tu­al­nie przyj­mo­wać tran.

Jakich tłuszczów używać na ciepło, a jakich na zimno?

Do smażenia przydatne są tłuszcze o wysokiej temperaturze dymienia, niepodatne na utlenianie. Oliwa, a także olej palmowy, są mało podatne na utlenianie ze względu na niską zawartość kwasów wielonienasyconych oraz obecność antyoksydantów. Można je stosować do smażenia świeżych ryb, mięsa lub warzyw. Niestety, podczas smażenia mrożonek uwalnia się woda, co przyspiesza utlenianie witamin i kwasów nienasyconych.

Bez obaw można smażyć na smalcu, co zapewnia chrupiącą skórkę i mniejszą liczbę kalorii; smalec mniej wsiąka w produkt niż oleje. Doskonały do smażenia frytek, pączków, faworków jest łój wołowy – najmniej podatny na utlenianie spośród wszystkich tłuszczów jadalnych. W wielu ekskluzywnych restauracjach w Paryżu, Brukseli, a także w Warszawie trwa powrót do zdrowej tradycji: do smażenia frytek wykorzystywany jest łój wołowy.

Jeść zatem smalec i łój i nie bać się cholesterolu?

To uproszczenie. Oczywiście, cholesterol musi pozostawać pod kontrolą, nie należy natomiast za wszelką cenę obniżać go poniżej 240 mg/l, bo tak niski poziom zagraża zdrowiu psychicznemu. Udowodnili to Holendrzy i Francuzi w obszernych opracowaniach epidemiologicznych. Z nowszych badań wynika, że niski cholesterol zwiększa prawdopodobieństwo nowotworów. Żeby jednak cholesterol „utrzymać w ryzach”, należy zadbać o wysokie spożycie wielonienasyconych kwasów omega-3, a najlepszym ich źródłem są tłuszcze rybie. Przecież Eskimosi spożywają aż 50 proc. energii w postaci tłuszczów, ale są to tłuszcze ryb i ssaków morskich, bogate w kwasy omega-3, a także witaminy A, E, D.

Co pani sądzi o diecie dr. Kwaśniewskiego i Atkinsa?

Dieta wysokotłuszczowa, bazująca na tłuszczach zwierzęcych, nie stanowi żadnego zagrożenia dla zdrowia. W stosunkowo krótkim czasie umożliwia powrót do właściwej wagi, ponieważ reguluje cały metabolizm w organizmie człowieka (poprzez lekkie zakwaszenie). Zapewnia optymalne spożycie białka i tłuszczu przy niskim spożyciu cukrów prostych i węglowodanów. Osoby stosujące tę dietę jedzą bardzo mało, bo jest to menu wyjątkowo sycące. Co ważniejsze, dieta wysokotłuszczowa powoduje spowolnienie pracy trzustki, przy niskim poziomie insuliny nie ma najmniejszego zagrożenia ani otyłością ani cukrzycą. Aktualnie w Polsce walka z cukrzycą pochłania aż 10 proc. środków finansowych przeznaczonych na opiekę zdrowotną. Problemy z cukrzycą, jej klinicznymi powikłaniami i zbędnymi wydatkami są do uniknięcia. Niestety, lansowane od dawna zalecenia dietetyczne temu nie sprzyjają – a wręcz przeciwnie.

Prof. Cichosz o odchudzaniu:

Przede wszystkim należy unikać tzw. żywności wygodnej ze względu na występujące w niej margaryny.
Węglowodany (podstawa piramidy żywieniowej) i cukry proste (napoje, desery, słodycze) nie tylko zwiększają apetyt, lecz także wpływają na poziom glukozy i insuliny. Problem otyłości nie wynika z nadmiaru kalorii i tłuszczu w diecie, ale z wysokiego poziomu insuliny, co jest odpowiedzią organizmu na spożywane w dużych ilościach cukry i węglowodany. Tkanka tłuszczowa powstaje z cukrów, które przekształcane są w trójglicerydy, magazynowane w tzw. adipocytach, czyli komórkach tłuszczowych.

*Wszystkie diety odchudzające są albo wysokotłuszczowe albo wysokobiałkowe. Dlatego zamiast tyć na diecie wysokowęglowodanowej (niestety, zalecanej jako zdrowa), a następnie się odchudzać, warto stosować profilaktykę.
*Zamiast pieczywa lub ryżu należy spożywać warzywa i owoce w ilości 350 g dziennie. Jako doskonałe źródło związków mineralnych i witamin rozpuszczalnych w wodzie, a także błonnika regulują funkcjonowanie jelita i liczne przemiany metaboliczne. Źródłem witamin rozpuszczalnych w tłuszczu są masło, śmietana, a także tłuszcze rybie, które umożliwiają zbilansowanie spożycia (w odpowiednich proporcjach) wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 i omega-3. I pamiętajmy o najważniejszym składniku naszej diety, czyli białkach występujących w mleku, serach, twarogach, jajkach, rybach i mięsie. Nie powinniśmy rezygnować z produktów zwierzęcych, które są najlepszym źródłem aminokwasów egzogennych, biodostępnego żelaza oraz witaminy B12.
*Na przekór zaleceniom dietetycznym (w mojej opinii absurdalnym) warto zadbać o racjonalną, zdrową dietę. Przecież nie tylko zgrabna sylwetka, ale i nasze zdrowie pozostaje w naszych rękach.

Znalezione na: https://pracownia4.wordpress.com/2014/03/06/dieta-oparta-na-weglowodanach-winna-otylosci-i-cukrzycy/
8
Metody perswazji i manipulacji / Odp: 48 praw władzy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez kameleon84 dnia (Nie) 12.03.2017, 20:11:14 »
Ma ktoś całą książkę w pdf?
9
Czystki etniczne / Inny obraz sąsiadów
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Pią) 03.03.2017, 02:52:48 »
Tomasz Strzembosz: Inny obraz sąsiadów


Budynek dawnego Urzędu Bezpieczeństwa w Łomży, w którym w 1949 roku odbywały się przesłuchiwania


1. Oświadczenie

Ponieważ niektórzy dziennikarze, jak Anna Bikont z "Gazety Wyborczej", czytają tak moje teksty, jak im jest wygodnie, oświadczam, że poniższy artykuł nie jest wyjaśnieniem tego, co zdarzyło się w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., lecz dotyczy zawartości specyficznego źródła, jakim są zeznania przed oficerami śledczymi, prokuratorami i sądem, składane w Łomży w 1949 roku, a także tego, w jaki sposób źródło to odczytał prof. Jan T. Gross, dając temu wyraz w swej książce "Sąsiedzi". Mówi on o tym, co zdaje się wynikać z owych źródeł, które - wyraźnie to oświadczam - nie są dla mnie wystarczającą podstawą do orzekania o tym, co wówczas się stało: tzn. jaki był przebieg wydarzeń i ich najistotniejsze okoliczności. Jest możliwe, iż tego nie dowiemy się nigdy bądź nigdy nie dowiemy się wszystkiego. Zgadzam się jednak z prof. Grossem, że jest to źródło ważne - i dlatego sposób jego odczytania nie jest bez wpływu na proces pracowitego zbliżania się do wyjaśnienia: kto, kiedy i co - czyli do ustalenia prawdy.

2. Historia problemu

Nie można twierdzić, że o zbrodni dokonanej w miasteczku Jedwabne na Podlasiu przez lat 50 niczego nie napisano. Owszem, było kilka artykułów w prasie i wzmianek w książkach poświęconych holokaustowi. Były także rozprawy prokuratora Waldemara Monkiewicza, m.in. obszerny artykuł "Zagłada skupisk żydowskich w regionie białostockim w latach 1939 - 1944". W artykule tym postawił on tezę, że spalenia Żydów w stodole dokonał niemiecki oddział specjalny, dowodzony przez znanego z okupacyjnych dziejów Warszawy gestapowca Wolfganga BŸrknera, wspomagany przez żandarmerię i policję pomocniczą. Ta ostatnia uczestniczyła jedynie w przyprowadzaniu ofiar na rynek w Jedwabnem oraz konwojowaniu ich poza miasto, do stodoły, w której Niemcy spalili ok. 900 mężczyzn, kobiet i dzieci, oblawszy jej ściany benzyną. Były to jednak prace zamieszczane bądź w czasopismach naukowych, bądź w drukach zwartych, nie czytanych przez szersze grono Polaków.

Tak było do roku 1999, kiedy to prof. Jan T. Gross w zredagowanej przez doc. Krzysztofa Jasiewicza pracy zbiorowej "Europa nieprowincjonalna" opublikował artykuł "Lato 1941 w Jedwabnem. Przyczynek do badań nad udziałem społeczności lokalnych w eksterminacji narodu żydowskiego w latach II wojny światowej".

Artykuł ten zawiera, jako swego rodzaju "jądro" i podstawę oceny tego, co się stało, relację Szmula Wasersztajna, znajdującą się w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie (w kolekcji "relacje indywidualne" pod nr 301). Informuje on, że istnieje jeszcze jedna jego relacja, krótsza, w której różne szczegóły są odmienne niż w poniżej cytowanej, ale nie jest to najważniejsze. Wedle jednej z 1200 Żydów jedwabieńskich trzech tylko przeżyło wojnę, według drugiej - z 1600 - siedmiu; według jednej sprawcy mordu kazali Żydom nosić ogromny pomnik Lenina - według drugiej - jego portret itd., itp. - ale ogólny sens obu jest taki sam.

W artykule tym prof. Gross konkluduje: "Ale nie mając nawet pewności co do szczegółów, jest zupełnie oczywiste dla historyka, że na przełomie czerwca i lipca 1941 roku w Jedwabnem grupa miejscowej ludności w nieludzki sposób znęcała się nad współobywatelami pochodzenia żydowskiego". A więc opierając się na jednej tylko przywołanej relacji, krótkiej i zawierającej sprzeczne ze sobą szczegóły w jej dwu wersjach (która była wcześniejsza, która późniejsza - nie wiemy!), socjolog i historyk postawił jakiejś grupie osób niezwykle ciężki zarzut.

W rok później, wiosną 2000 roku, wydawnictwo Pogranicze w Sejnach opublikowało już nie artykuł, a książkę prof. Grossa pod znamiennym tytułem: "Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka. Pamięci Szmula Wasersztajna" (z książki dowiadujemy się, że S. Wasersztajn zmarł 9 lutego 2000 r.).

W książce tej, która bardzo szybko znalazła ogromny oddźwięk, postawiona została teza znacznie rozszerzająca konkluzję z "Europy nieprowincjonalnej". Można ją sformułować następująco: jedwabieńskich Żydów, obywateli polskich, wymordowało społeczeństwo polskie Jedwabnego przy pomocy mieszkańców okolicznych wiosek. Wymordowało samodzielnie, bez udziału okupanta - Niemców, którzy byli jedynie biernymi obserwatorami lub filmowali morderstwo dokonywane wyłącznie polskimi rękami.

Nie znam w moim dość długim już życiu książki historycznej, która by uzyskała tak wielki rozgłos i spowodowała taką falę wypowiedzi we wszelkiego rodzaju mediach. Może i nic w tym dziwnego. Tyle tylko, że wśród tych setek artykułów oraz wypowiedzi radiowych i telewizyjnych brak właściwie stwierdzeń na temat samego faktu, takich, które by podejmowały sprawę na podstawie tych samych albo zupełnie nowych, istotnych źródeł. Nieomal wszystkie zajmują się bądź aspektami moralnymi owego mordu, jego konsekwencjami dla historycznej świadomości Polaków, konsekwencjami politycznymi i psychologicznymi; bądź podejmują krytykę metodologiczną pracy Grossa, natomiast praktycznie nikt nie próbuje zasadniczo zakwestionować faktografii, owego stwierdzenia, że to właśnie polscy "sąsiedzi" wymordowali swych żydowskich "sąsiadów", samodzielnie, paląc ich w stodole Bronisława Śleszyńskiego. Za aprobatą władz okupacyjnych, ale bez niemieckiego udziału.

Odpowiadając na zarzuty niejednego historyka (z piszącym te słowa włącznie), że relacja Wasersztajna to za mało, prof. Gross, wielokrotnie, tak podczas dyskusji w redakcji "Rzeczpospolitej", jak podczas niedawnej dyskusji w Białymstoku, odpowiadał: tak, relacja Wasersztajna to mało, ale ja w mej pracy użyłem jeszcze innych, zupełnie podstawowych materiałów; Strzembosz ma 5 relacji spisanych 60 lat po wojnie, ja dysponuję 36 zeznaniami, złożonymi już w 1949 r. przed sądem w Łomży oraz wobec oficerów śledczych.

Po takim oświadczeniu dyskutanci musieli zamilknąć. Dlaczego? Ano dlatego, że prof. Gross uzyskał, wtedy gdy akta dawnej Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (znajdującej się w likwidacji) były zupełnie niedostępne, nawet dla jej pracowników, dostęp do akt procesu przeciwko Bolesławowi Ramotowskiemu i 21 innym - i na te właśnie akta się powoływał. On - wiedział, znał, miał w ręku - dysponował "wiedzą tajemną", my - zdani byliśmy na to, co - w rzadkich wypadkach - ujawniło się wcześniej, oraz na to, co wypływało w czasie burzliwej dyskusji i z natury rzeczy było z nią jakoś powiązane, mogło więc być zniekształcone.

Dopiero niedawno, gdy prokurator Ignatiew nie potrzebował już tych akt, dzięki uprzejmości władz IPN, dokumenty śledztwa i procesu z 1949 roku zostały udostępnione historykom. Więcej. Wiem, że zostały skserowane i ta kserokopia będzie udostępniona wszystkim naprawdę zainteresowanym. Zostaną wreszcie opublikowane.

Cóż to są za dokumenty? Otóż, jak pisze się w akcie oskarżenia z 31 III 1949 r., Żydowski Instytut Historyczny w Polsce nadesłał do Ministerstwa Sprawiedliwości (Nadzór Prokuratorski) "materiał dowodowy dotyczący zbrodniczej działalności w mordowaniu osób narodowości żydowskiej przez mieszkańców Jedwabnego. Według zeznań świadka Szmula Wasersztajna, który obserwował pogrom Żydów. Głównymi sprawcami tej zbrodni byli (...)". W ten sposób w aktach sprawy sądowej znalazła się ta sama relacja Wasersztajna, którą cytuje prof. Gross (wersja dłuższa) i ona właśnie stała się podstawą śledztwa. Konsekwencją tego śledztwa był proces przed Sądem Okręgowym w Łomży, który odbył się 16 i 17 maja 1949 r. i którego wyrok rozpatrywał następnie Sąd Apelacyjny i Sąd Najwyższy.

W jednym, opasłym tomie znalazły się więc dokumenty kilku rodzajów:

- zeznania podejrzanych i świadków, składane przed funkcjonariuszami Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łomży - jako oficerami śledczymi;

- zeznania podejrzanych i świadków składane przed prokuratorami Sądu Okręgowego w Łomży;

- zeznania oskarżonych i świadków składane podczas rozprawy sądowej;

- akt oskarżenia i wyrok z uzasadnieniem, sporządzony przez sędziów Sądu Okręgowego w Łomży;

- pisma oskarżonych do różnych instancji władz państwowych;

- akta Sądu Apelacyjnego i Sądu Najwyższego w Warszawie.

A więc jest to właśnie owo źródło, na które powołuje się stale prof. Gross.

3. Zaskoczenie

Przeczytałem to wszystko. Więcej: odpisałem ręcznie podstawowe dla sprawy mordu dokumenty, zachowując ściśle ich stylistykę i pisownię, dodajmy - bardzo charakterystyczną. I muszę przyznać, że im dłużej wczytywałem się w te akta, tym większe było moje zdumienie. Akta te bowiem, jeżeli je potraktować kompleksowo i poważnie, mówią zupełnie coś innego, niż twierdzi prof. Gross, opierający się co prawda nie tylko na nich, ale głównie na nich. Prof. Gross, który stale podkreśla, że właśnie fakt, iż opiera się na tak bogatej i wiarygodnej podstawie źródłowej, upoważnia go, autorytatywnego formułowania twierdzeń, którym inni mogą przeciwstawić zaledwie relacje - i to składane po latach.

Nie sposób w artykule prasowym zawrzeć to wszystko, co wynika z lektury owych dokumentów. Podobnie jak nie sposób, opierając się na nich, i tylko na nich, przedstawić miarodajnej wersji wydarzeń, która ostatecznie może okazać się różna od tego, co wyłania się z zeznań oskarżonych i świadków, którzy przecież znajdowali się w bardzo konkretnej i bardzo szczególnej sytuacji, a więc mówili to, co mówili - a niekoniecznie pełną prawdę i tylko prawdę. Mogę jednak przekazać kilka stwierdzeń, które wynikają espressis verbis z dokumentów, które prof. Gross uznał za tak istotne dla procesu dochodzenia prawdy.

Dotyczyć one będą:

- Liczby osób oskarżonych o udział w morderstwie obywateli polskich żydowskiego pochodzenia w mieście Jedwabne. Będzie tu mowa jedynie o mieszkańcach tego miasteczka, gdyż uczestnicy mordu spoza niego występują w dokumentach zbyt ogólnikowo i anonimowo, by można było ich zidentyfikować.

- Udziału w tym morderstwie Niemców, tzn. umundurowanych i uzbrojonych funkcjonariuszy formacji policyjnych. W tym wypadku będę w możliwie najszerszym zakresie przytaczał odpowiednie fragmenty źródeł, po to, by nie zostać posądzonym o wypowiadanie sądów na źródłach nie opartych. Niech sami czytelnicy ocenią, czy są one wystarczająco liczne i wystarczająco przekonywające, aby mówić o udziale Niemców w poszczególnych fazach morderstwa, które składało się z trzech etapów: wyciągania obywateli polskich pochodzenia żydowskiego z ich mieszkań i gromadzenia na rynku w Jedwabnem; pędzenia ich, najpierw przez miasto, a następnie polem, do stodoły Bronisława Śleszyńskiego i wreszcie spalenia w tej stodole.

Od razu tutaj dodam, że o pierwszej i trzeciej fazie wiemy najmniej: najwięcej podejrzanych przyznało się do pilnowania Żydów na rynku, mniej już do gromadzenia ich tutaj, natomiast prawie nikt się nie przyznał do tego, iż był koło stodoły podczas jej zapalenia - takie przyznanie mogło bowiem świadczyć o współudziale w najgorszej ze zbrodni. Tu więc pozostaje najwięcej pola do domysłów.

Zacznę od kwestii roli Niemców i roli Polaków w zdarzeniach mających miejsce w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Ponieważ podejrzani i świadkowie składali zeznania kolejno: przed śledczymi, przed prokuratorami i podczas rozprawy sądowej, spróbuję przedstawić ich zeznania w tej właśnie kolejności, by unaocznić, czy i w jakim stopniu zmieniały się one zależnie od tego, kim byli przesłuchujący. Będę je cytował in extenso, tak, jak brzmiały, ale jedynie w tych fragmentach, które dotyczyły relacji: Polacy - Niemcy, cytowanie w całości dałoby w efekcie książkę, a nie artykuł.

4. Zeznania

Wezmę tu pod uwagę jedynie zeznania podejrzanych/oskarżonych, spośród których ostatecznie 22 stanęło przed sądem 16 i 17 maja 1949 r. Kolejność zachowam taką, jaka miała miejsce podczas procesu, który nosił nazwę procesu "Bolesława Ramotowskiego i 21 innych".

1. Bolesław Ramotowski - urodzony w 1911 r., bez zawodu, obecnie woźny w szkole powszechnej, wykształcenie: 1 oddział szkoły powszechnej, żona i czworo dzieci (podaję tylko najistotniejsze dane, charakteryzujące podejrzanego, wszyscy oni byli rzymskimi katolikami, mieszkali w Jedwabnem).

Przed oficerem śledczym (kwestią, kim byli owi oficerowie śledczy [czasem: podoficerowie], tutaj się nie zajmuję, jest to sprawa osobna i bardzo interesująca) zeznaje (8 I 1949 r.):

"Tak, brałem czynny udział w zganianiu tych żydów do stodoły, kto podpalił tego ja nie widziałem, wiem tylko, że my polacy żydów nazganialiśmy około półtora tysiąca (w wielu zeznaniach występuje właśnie ta liczba, wygląda na liczbę zasugerowaną lub wpisaną przez śledczego) i wsp[omniani] żydzi zostali spaleni. Kto podpalił tego ja nie wiem.

Pytanie: Powiedzcie kto jeszcze z wami brał czynny udział w zganianiu tych żydów, którzy zostali spaleni w Jedwabnem.

Odpowiedź: Są to osoby następujące (...)" (O liczbie podejrzanych występujących w zeznaniach będę pisał później, tu już jednak zasygnalizuję, że są to osoby, które wymieniał oficer śledczy. W wypadku Ramotowskiego chodzi o aż 41 osób).

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak przyznaję się do winy, że w roku 1941 w lecie w Jedwabnem, idąc na rękę władzy Państwa niemieckiego pod wpływem nakazu burmistrza i żandarmerii niemieckiej brałem czynny udział w dozorowaniu ludności żydowskiej spędzonej na rynek. Moje zadanie polegało tylko na pilnowaniu aby żaden z żydów nie wydostał się. W pilnowaniu żydów na rynku brali również udział (...)"

Przed sądem zeznaje (16 V 1949 r.):

"Byłem na rynku około 2-ch godzin, ponieważ zmuszony byłem przez niemców do pilnowania żydów. Jak niemcy gnali żydów do stodoły, to ja wtedy uciekłem do domu. (...)

Sąd odczytuje zeznania oskarżonego złożone w doch.[odzeniu], k. 74.

Oskarżony zeznaje dalej:

Na zeznaniach zmuszony byłem mówić i na inne osoby, bo byłem bardzo bity. (...)"

2. Stanisław Zejer - urodzony w 1893 r., 1 oddział szkoły powszechnej, rolnik, 4 ha ziemi, żonaty.

Zeznaje przed oficerem śledczym (11 I 1949 r.):

"Zatrzymany zostałem za to, że brałem udział z rozkazu burmistrza Karolaka w spędzaniu żydów na rynek. (...) Było to w roku 1941 w miesiącu lipcu przyszedł do mnie z rozkazu burmistrza woźny i powiedział żebym ja szedł wypędzać na rynek żydów i ja poszłem ich wypędzać na rynek. Kiedy ich powypędzaliśmy wtenczas ich żandarmy zaczęli strasznie bić wraz z polakami. (...) Dla spędzonych żydów niemcy kazali wziąść pomnik Lenina i chodzić z nim po mieście śpiewając. Mnie w tym czasie już nie było, gdyż ja z rozkazu burmistrza miasta pojechałem po koniczynę. Brałem tę koniczynę godzinę czasu. Gdy przyjechałem to stodoła z żydami już się paliła, a było wegnanych w tę stodołę około 1000 żydów."

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego (Jest to stale używana formuła związana z tym, że tu oskarżano z tzw. dekretu sierpniowego z sierpnia 1944 r.) pod wpływem nakazu burmistrza Karolaka i gestapo doprowadziłem na przeznaczone miejsce na rynku dwie osoby narodowości żydowskiej, po zaprowadzeniu na rynek tych dwuch żydów widziałem tam już wielu spędzonych żydów. Z tamtąd odrazu poszłem do domu i co się dalej działo nie widziałem, co Niemcy zrobili z spędzonymi żydami. Czy brali udział w doprowadzaniu żydów inni mieszkańcy Jedwabnego tego nie widziałem. (...)"

Przed sądem zeznaje (16 V 1949 r.):

"Stanisław Zejer do winy nie przyznaje się i wyjaśnia: będąc w Magistracie, burmistrz kazał mi zbierać żydów lecz ja nie chciałem, gdy wyszłem na ulicę gestapowiec kazał mi odprowadzić 2-ch żydów, lecz ja ich puściłem, bo w tym czasie gestapowiec poszedł do piekarni. (...)

Sąd odczytał zeznanie oskarżonego na k. 33 i 75 dochodzenia. Oskarżony zeznaje dalej:

widziałem Jerzego Laudańskiego jak szedł za żydami, jak pędzili ich na rynek, za Laudańskim szli gestapowcy. Ze współoskarżonych więcej nikogo nie widziałem. Żydów tych prowadziło gestapo i oni ich bili. Jestem analfabetą. Ja sam nie poszedłem, mnie wzięli niemcy pod przymusem".

3. Czesław Lipiński - urodzony w 1920 r., rolnik, 5 oddziałów szkoły powszechnej, kawaler, 3 ha ziemi i zabudowania.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Czy braliście udział w mordowaniu Żydów w 1941 r. w m-cu lipcu?

Odpowiedź: Ja udziału w mordowaniu Żydów nie brałem, tylko przyszedł do mnie Kalinowski Eugeniusz, Laudański Jurek i jeden niemiec i [poszedłem] z nimi na rynek przygnałem jednego żyda i dwóch małe żydówki[sic!] Kiedy gnaliśmy razem z niemcami w/w żydów (...) przyprowadziliśmy na rynek w/w żydów wtedy niemcy postawili mnie przy ul. Stary Rynek kazali mnie pilnować żeby nieuciekali żydzi z rynku. Ja siedziałem z tą laską około piętnaście minut, lecz ja nie mogłem dalej patrzeć na to jak oni ich mordowali [,] poszłem do domu i po drodze tę laskę wyrzuciłem (...)".

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaje się do winy, że w lipcu 1941 r. brałem udział w spaleniu żydów w Jedwabnem i wyjaśniam, że w dniu krytycznym kiedy stałem u siebie na podwórzu podszedł do mnie niemiec i zabrał mnie ze sobą na rynek, żeby pilnować żydów, których spędzono na rynek. Jak tylko niemiec odszedł odemnie, ja uciekłem natychmiast z rynku do domu. Na rynku stałem krótko może 10-15 minut, a ponieważ byłem przerażony tym co się dzieje, nic nie pamiętam kto z cywilnej ludności brał udział w mordowaniu żydów. Po przyjściu do domu schowałem się w słomę (jeżeli się schował, to przed Niemcami a nie Polakami) i nie wiem co się działo z żydami".

Przed sądem zeznaje:

"Żadnych żydów na rynek nie odprowadzałem. Sąd odczytał zeznania oskarżonego złożone w dochodzeniu k. 35 i 76. Na zeznaniach mówiłem tak jak ode mnie żądali, bo byłem bardzo bity. Wogóle na rynku nie byłem i nie wiem co się tam działo". (Zeznanie to kwestionuje całość poprzednich. Które są prawdziwe? W każdym razie ani dla śledczego, ani dla prokuratora zeznania o udziale Niemców w spędzaniu Żydów i manipulowaniu Polakami nie są czymś do zakwestionowania, przyjmują je jako coś oczywistego.)

4. Władysław Dąbrowski - urodzony w 1890 r., szewc, analfabeta, żonaty.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Powiedzcie czy braliście udział w mordowaniu żydów podczas okupacji niemieckiej w 1941 r. w m-cu lipcu?

Odpowiedź: Ja udziału w mordowaniu żydów nie brałem, brałem udział tylko w pilnowaniu na rynku, gdzie ich było ponad półtora tysiąca których nazganiała ludność polska. (...) Zadaniem moim było pilnować żeby ani jeden żyd nie wyszedł za linie co i ja uczyniłem, otrzymałem ja taki rozkaz od Karolaka, Soboty i jednego niemca, podczas mego pilnowania żeby kto bił żydów, tego nie widziałem (...)".

Przed prokuratorem zeznaje: (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaję się i wyjaśniam: krytycznego dnia kiedy znajdowałem się w domu przyszedł do mego mieszkania żandarm z burmistrzem Jedwabnego Karolakiem i kazał mi iść na rynek pilnować żydów. Ponieważ nie chciałem iść i starałem się uciec niemiec uderzył mnie pistoletem w głowę (potwierdziły to zeznania kilku świadków) a ręką uderzył mnie w twarz i wybił ząb. Następnie stałem około 2-ch godzin. Jak tylko niemiec odszedł ode mnie ja uciekłem z rynku do domu. (...)"

Przed sądem zeznaje:

"(...) Do winy się nie przyznaje i wyjaśnia: dnia krytycznego pracowałem przy kościele i żadnego udziału nie brałem. Sąd odczytał zeznanie oskarżonego złożone w doch.[odzeniu] k. 38 i 78. Oskarżony zeznaje dalej: na zeznaniach tak mówiłem, bo byłem bity i bałem się dalszego bicia. Więcej z oskarżonych nikogo nie widziałem. Byłem bity w potworny sposób" (jednak zeznania na śledztwie i przed prokuratorem musiały zawierać jakąś prawdę, gdyż fakt pobicia przez Niemca został potwierdzony tak przez rodzinę, jak przez obcych).

5. Feliks Tarnacki - urodzony w 1907 r., zawód - ślusarz, zajęcie - rolnik, 4 oddziały szkoły powszechnej, wdowiec.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Czy braliście udział w łapance na ludność żydowską w m-cu lipcu 1941 r. i kto brał jeszcze w niej udział?

Odpowiedź: W dniu tym, w którem odbyła się łapanka na ludność żydowską, przyszedł do mnie burmistrz Karolak Marian i sekretarz magistratu Wasilewski imię nie znam wraz z gestapowcem i wypędzili mnie na rynek, gdzie było już dużo zebranych [z] m. Jedwabnego i z innych stron z których znałem: (...) Ja na rynku przebywałem około 15 minut i następnie uciekłwszy z rynku wziąłem rower z domu i wyjechałem do wsi Kaimy gminy Jedwabne gdzie byłem u ob. Przestrzelskiego Feliksa około 10 minut i po wypiciu kieliszka wódki udałem się w kierunku Łomży. (...) Po tym fakcie wróciłem pieszo do domu t.j. do Jedwabnego, to już był w mieście dym z spalonej stodoły. Po wejściu do mieszkania schowałem się. W kryjówce przebywałem całą noc".

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaję się do winy, że w lipcu 1941 r. w Jedwabnem brałem udział w mordowaniu żydów i wyjaśniam, że krytycznego dnia byłem w domu. W tym czasie przyszedł do mego mieszkania burmistrz m. Jedwabne Marian Karolak z gestapowcem i zabrali mnie na rynek, gdzie spędzano żydów. Kiedy gestapowiec odszedł ode mnie ja uciekłem z rynku do domu i pojechałem rowerem do Łomży (...)"

Przed sądem zeznaje:

"(...) byłem na rynku może 10 - 15 minut z rozkazu gestapowca, lecz zaraz uciekłem.

Sąd odczytał zeznania na k. 40 i 79 doch.[odzenia]

Oskarżony zeznaje dalej:

z oskarżonych nikogo nie widziałem. Brat mój nazywa się Jerzy Tarnacki."

6. Józef Chrzanowski - urodzony w 1889 r., rolnik, szkoła domowa, żonaty, 3 ha ziemi z zabudowaniami.

Zeznaje przed oficerem śledczym (11 I 1949 r.):

"(...) W 1941 roku kiedy wkroczyły wojska okupanta niemieckiego na teren Jedwabnego ludność miejscowa przystąpiła do mordowania żydów, początkowo zganiali na rynek, ja idąc ulicą Przytulską spotkał mnie Wasilewski Józef i Sobota mieszkańcy m. Jedwabnego i kazali mnie iść na rynek więc ja nie stawiając oporu z nimi poszłem. Kiedy ja zaszłem na rynek to oni mnie powiedzieli żebym ja oddał swoją stodołę na spalenie żydów, więc ja zacząłem prosić żeby mojej stodoły nie palili, wtedy oni zgodzili się na to i moją stodołę zostawili, tylko mnie kazali żeby pomuc im zganiać żydów do stodoły Śleszyńskiego Bronisława, żydów ustawili w czwórki (chociaż zeznający nie mówi tego wprost, chodzi tu o Niemców; podobnie gdy mówi o podpaleniu) i my polacy obstawiliśmy z jednej strony i z drugiej żeby żydzi nie pouciekali, kiedy dognaliśmy do stodoły wtedy kazali wszystkim żydom wejść do stodoły, a my pilnowaliśmy dalej żeby żydzi wszyscy weszli do stodoły i stodołę podpalili i żydzi zostali spaleni, wtedy ja już poszłem do domu, gnać żydów od niemców rozkazu nie miałem. (...)"

Przed prokuratorem (15 I 1949 r.) powtarza zeznania o obronie własnej stodoły, nie przyznaje się do pędzenia Żydów do stodoły Śleszyńskiego.

Przed sądem zeznaje:

"Nie przyznaje się do winy, wyjaśnia: ja nie byłem obecny przy spędzaniu żydów, ani też przy ich spędzaniu (zapędzaniu - do stodoły - T.S.).

Sąd odczytał zeznania oskarżonego na k. 42 i 80 doch.[odzenia]. Oskarżony zeznaje:

Wasilewski i Sobota zwracali się do mnie, abym dał swoją stodołę na spalenie, ja nie zgodziłem się. Później przyszli gestapowcy, również żądali, abym dał stodołę, ja nie chciałem się zgodzić, a bojąc się ich uciekłem w żyto i tam siedziałem do wieczora. Z oskarżonych nikogo nie widziałem." (widać albo sąd pytał o innych oskarżonych, albo wrócił do zeznania złożonego przed oficerem śledczym UB).

7. Roman Górski - urodzony w 1904 r., rolnik, posiada 3 ha ziemi, 2 oddziały szkoły powszechnej.

Przed oficerem śledczym zeznaje (10 I 1949 r.):

"o godz. 12 przyszedł do mnie Karolak Marian, który był burmistrzem i żandarm niemiecki, który mnie kopnął i zabrali mnie na Rynek m. Jedwabnego, gdzie kazali mi pilnować wraz z kilkoma chłopcami w wieku 16 i 17 lat pochodzącymi ze wsi (...) Na rynku tym pilnowałem od godz. 12-tej do godz. 15-tej, skąd udałem się następnie do domu gdyż żona, która była po połogu i zaniemogła nagle. Drugi raz z domu nie wychodziłem nigdzie. (...)"

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w lipcu w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego, pod groźbą burmistrza i żandarmerii niemieckiej nakazano mi pilnować spędzanych żydów na Rynku w Jedwabnem. Burmistrz Karolak i żandarmeria niemiecka sama przyszła do mojego mieszkania i zabrali mnie do pilnowania na rynku żydów aby stamtąd nie uciekli. Poza tem widziałem jak Sobuta i Wasilewski wybrali sobie kilkunastu będących Żydów i w rozśmieszający sposób urządzali z nimi gimnastykę. Co się dalej stało z żydami nie wiem ponieważ poszłem do domu".

Przed sądem zeznaje:

"Żandarmi przyszli do mego domu i kazali mi iść ze sobą. Gdy ja stawiałem opór zbili mnie i przemocą zaprowadzili na rynek, gdzie byłem tylko przez 15 minut i zaraz uciekłem do domu, bo żona kiedy zobaczyła jak mnie niemcy bili, więc zachorowała.

Sąd odczytał zeznanie oskarżonego na k. 44 i 81 doch.[odzenia].

Oskarżony zeznaje:

ja na rynku będąc nic nie robiłem. Jerzego Laudańskiego nie widziałem. Na zeznaniach byłem bardzo bity i tak mówiłem pod wpływem bólu".

8. Antoni Niebrzydowski - urodzony w 1901 r., ślusarz, wykształcenie średnie, żonaty, właściciel domu w Jedwabnem.

Przed oficerem śledczym zeznaje (10 I 1949 r.):

"W 1941 r. przyszedł do mego mieszkania Karolak burmistrz niemiecki i Bardoń Karol i dali mnie rozkaz iść pilnować żydów na rynku których oni zganiali na rynek, więc ja nie wiedziałem co jest poszłem na rozkaz Karolaka i Bardonia, stałem ja od ul. Dwornej, w ręku ja nie miałem nic".

Wydał naftę na oblanie stodoły, "do której pognali żydów". Naftę wydał na rozkaz Eugeniusza Kalinowskiego i Jerzego Niebrzydowskiego.

Zeznaje przed prokuratorem (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaje się do winy, że w roku 1941 w lipcu w Jedwabnem idąc na rękę władzy niemieckiej pod groźbą burmistrza i Bardonia (Bardoń, który pełnił służbę pomocniczą w żandarmerii, był jedynym mieszkańcen Jedwabnego uzbrojonym w karabin) nakazano mi pilnować spędzonych żydów na rynku w Jedwabnym. Pozatym wydałem z magazynu naftę Bardoniowi i Niebrzydowskiemu Jerzemu, Kalinowskiemu Eugeniuszowy, w jakim celu brali naftę niewiem. Po pewnym czasie poszłem do domu i widziałem tylko jak wybuchł ogień z tej stodoły (...)"

Przed sądem powtarza swoją wersję i dodaje:

"Później ludzie mówili, że nafta, którą wydałem była zużyta do podpalenia stodoły Szlesińskiego" (jest to ważne uzupełnienie, mówiące, że być może wydając naftę władzom miasteczka nie wiedział, do czego ma ona służyć).

9. Władysław Miciura - urodzony w 1902 r., stolarz, 1 oddział szkoły powszechnej, żonaty, 6 dzieci w wieku od 6 do 15 lat, 1/2 ha ziemi.

Zeznaje przed oficerem śledczym (10 I 1949 r.):

"Ja na trzy lub cztery dni przed łapanką na żydów, zmuszony byłem pracować na posterunku żandarmerii w charakterze stolarza. W m-cu lipcu 1941 r., daty dokładnie nie pamiętam przyjechało kilka taksówek (tak mieszkańcy wsi określali wówczas wszelkie samochody osobowe) z gestapo i urządzili łapankę na żydów spędzając ich na rynek. Mnie samego wysłali żandarmi do domu na śniadanie i po powrocie moim do pracy po godzinie czasu przyszedł żandarm i kazał mi iść na rynek pilnować żydów by nie uciekali. Ja pilnowałem od godz. 12-ej do 16-tej, udając się następnie spowrotem do pracy, lecz nie kazali mi pracować, tylko wyganiać żydów do stodoły co ja też uczyniłem i byłem tam aż do czasu podpalenia pełnej stodoły z żydami. (...)

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego na rozkaz żandarmerii niemieckiej i gestapo byłem zmuszony pilnować żydów na rynku w Jedwabnem żeby nie uciekali, przy spędzaniu żydów do stodoły Śleszyńskiego udziału nie brałem. (...)"

Przed sądem:

nie przyznaje się do winy i wyjaśnia: "udziału w spędzaniu żydów nie brałem". Podczas zeznań wskazywał na oskarżonych, bo był bity. Mówi: "Na rynku w ogóle nie byłem, tylko na żandarmerii pracowałem jako stolarz cały dzień." (To zeznanie jest charakterystyczne i dla innych. Przed oficerem śledczym przyznaje się do wszystkiego, u prokuratora wypiera się tego, co jest najdrażliwsze - udziału w pędzeniu Żydów do stodoły Śleszyńskiego, w sądzie stwierdza, że w ogóle nie brał udziału w morderstwie. Przede wszystkim fałszywe i wymuszone są [niecytowane w tym tekście] zeznania przeciwko sąsiadom. Wyparcie się w sądzie udziału w zbrodni nie oznacza, iż nie widział samochodów z gestapo i akcji żandarmerii.)

10. Józef Żyluk - urodzony w 1910 r., bez zawodu, analfabeta, pracuje dorywczo jako handlarz, żona i 5 dzieci.

Zeznaje przed oficerem śledczym (9 I 1949 r.):

"Ja zostałem zatrzymany przez funkcjonariuszy M.O. w Jedwabnym w dniu 8 I 49 r. za to jakoby ja oddawałem żydów w ręce ÇgestapoČ w roku 1941." W dalszym zeznaniu mówi, że wraz z burmistrzem Karolakiem oderwany od koszenia siana, zabrał Żyda z młyna w Jedwabnem, prowadził na rynek, ale go wypuścił na ul. Łomżyńskiej.

Przed prokuratorem (15 I 1949 r.) zeznaje:

że "krytycznego dnia, kiedy kosiłem łąkę przyszedł do mnie burmistrz m. Jedwabne i wezwał mnie żebym szedł z nim do miasta. Ponieważ nie chciałem iść, Karolak powiedział mi, że jak nie pójdę, to dostanę kulę w łeb. Wobec tego poszedłem z nim." Dalsza opowieść jest powtórzeniem zeznania na śledztwie. (W swoim piśmie do Sądu Najwyższego z 28 VII 1949 r. twierdzi, że później uratował 8 Żydów, na co może podać świadków.)

Przed sądem zeznaje:

"(...) prowadziłem jednego żyda z rozkazu Karolaka, ale tylko może 15 kroków później uciekłem do domu i nic nie wiem".

Sąd odczytał zeznania oskarżonego na k. 49 i 84.

Oskarżony zeznaje dalej:

"żyd którego prowadziłem nazywał się Zdrojowicz" (rzeczywiście przeżył on i zeznawał w procesie).

Myślę, że wystarczy zacytowanie kolejnych dziesięciu zeznań, aby uzyskać dość wiarygodny pogląd na rolę Niemców w likwidacji obywateli polskich żydowskiego pochodzenia w Jedwabnem 10 lipca 1941 r.

A więc - Niemcy!

Ilu ich było? Nie wiemy. Być może, iż mówiła prawdę kucharka posterunku żandarmerii w Jedwabnem Julia Sokołowska, która podczas rozprawy 17 maja zeznała: "Dnia krytycznego było 68 gestapo, bo dla nich szykowałam obiad, zaś żandarmerii było bardzo dużo, bo przyjechali z różnych posterunków".

Podobnie inni mieszkańcy Jedwabnego wyraźnie odróżniają funkcjonariuszy gestapo od żandarmów, co niektórzy uzasadniają szczegółami ubioru. I tak np. Natalia Gąsiorowska, zeznając (już w listopadzie 1950 r.) przed prokuratorem powiedziała: "Wiem dokładnie, że to gestapowcy, gdyż na czapkach mieli trupie główki", a zeznająca tegoż dnia i przed tym samym prokuratorem Marianna Supraska, mówiąc o udziale Zygmunta Laudańskiego, powiada, iż widziała, jak go gnali gestapowcy, którzy "mieli na rękawach trupie główki".

Nie jest zresztą najważniejsze - ilu ich było, choć jeden z moich relacjonistów, dr Stefan Boczkowski, pisał w liście z listopada 2000 roku, iż było od nich "zielono" w całym Jedwabnem. Istotne jest, że przez cały czas byli oni elementem przymusu i reprezentantami siły okupacyjnej, decydującej tutaj od trzech tygodni o wszystkim.

W zeznaniach widzimy ich, jak wyciągają z mieszkań miejscowych mężczyzn i pędzą ich na rynek lub do "zganiania" Żydów.

W innych, niecytowanych tutaj zeznaniach, mówi się o żandarmach i gestapowcach, "pędzących" Żydów przez ul. Cmentarną ku stodole Śleszyńskich. Nigdzie jednak nie zeznaje się o ich roli w podpaleniu stodoły. Zresztą, jak już pisałem, ów moment jest starannie omijany w zeznaniach. Jedynie jeden świadek wymienia konkretnego podpalacza - Polaka (mowa tutaj o Józefie Kobrzenieckim). Nie wydaje się jednak, aby było możliwe, by Niemcy, kontrolując cały przebieg przygotowań do mordu, pozostawili Polakom ostateczne jego wykonanie.

Pozostaje jeszcze jako kwestia otwarta pytanie, czy Jedwabne otoczone było w tym dniu strażą i z kogo się ona składała? W jednym zeznaniu mówi się o postawieniu przez Niemców podejrzanego z kijem w ręku na jego własnej posesji, leżącej u wylotu do miasta - twierdzi on zresztą, że nałożonego nań zadania nie wykonał, przepuszczając uciekających (chodzi tutaj o...) Jednak inne zeznania - tak podejrzanych, jak i świadków, zdają się zaprzeczać istnieniu zwartego kordonu strażników. Kilku podejrzanych, uciekając z rynku w Jedwabnem, ukrywa się w zbożu poza miastem i nikt im w tym nie przeszkadza; inny wyjeżdża z miasta rowerem w stronę Łomży i dopiero pod tym miastem natrafia na żandarmów, którzy odbierają mu rower. Zresztą, ścisłe izolowanie miasteczka, otoczonego ogródkami, z bezpośrednim wyjściem na pola, w tym czasie pokryte wysokim zbożem, wymagałoby dużych sił umieszczonych nie tylko na ulicach wylotowych i drogach.

5. Liczba Polaków biorących udział w zbrodni

Aby ją ustalić na podstawie omawianego materiału źródłowy, musimy przeanalizować następujące zestawienia:

- listę osób podejrzanych (a następnie oskarżonych), stających przed Sądem Okręgowym w Łomży, odejmując osoby uwolnione od zarzutu czy od razu 17 V 1949 roku, czy w późniejszym procesie przed Sądem Apelacyjnym;

- osoby określone jako "ukrywające się", a więc, które nie zostały aresztowane i nie brały udziału w przewodzie sądowym,

- osoby zmarłe przed początkiem 1949 r. i również określane jako winne,

- osoby wymieniane w relacji Szmula Wasersztajna, z tym, że także one muszą przejść przez "sito" zeznań sądowych.

Osobnym problemem są mieszkańcy miasteczka wymieniani podczas zeznań składanych na ręce funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. A to z tego powodu, że zeznania te, właśnie w tym punkcie, były gremialnie odwoływane na sali sądowej jako wymuszone torturami. Warto tu bowiem dodać, że śledczych z UB nie interesowali Niemcy, raz dlatego, że ich obecność w Jedwabnem 10 lipca (podobnie jak prokuratorzy i sędziowie) uważali za coś oczywistego, a dwa dlatego, że byli niedostępni i nie oni - a Polacy, byli podmiotem śledztwa. Jest przy tym widoczna, wyraźnie widoczna, tendencja do poszerzenia kręgu podejrzanych zarówno o osoby znajdujące się już w rękach UB, jak inne, jeszcze nie aresztowane. Wymuszając zeznania w śledztwie, zbiera się na nie materiał dowodowy, podobnie jak zbiera się go na już aresztowanych. Janek ma zeznać na Piotrka, Piotrek na Jurka, Jurek na Janka itd., itp., tak aby oskarżenie opierało się nie na jednym, a wielu zeznaniach. Są przy tym zjawiska paradoksalne. Bolesław Ramotowski wymienia w swych zeznaniach w UB 41 "współsprawców", których widział na rynku w Jedwabnem i później, co więcej: zeznaje, kto miał w ręku kij, a kto gumę. Takiej liczby osób nie sposób było zauważyć w chaosie zdarzeń i samemu - według zeznającego - biorąc w nich czynny udział. Nic więc dziwnego, że podczas rozprawy sądowej odwołuje ten fragment swoich zeznań, twierdząc, że na rynku widział tylko jedną osobę. Podobnie Julia Sokołowska, kucharka na posterunku żandarmerii, co prawda położonym przy samym rynku, ale mająca do wykonania konkretne zadanie (ugotowanie obiadu), twierdziła w śledztwie, że widziała na rynku ponad trzydziestu Polaków, czynnych w gromadzeniu i pilnowaniu Żydów. Powstaje więc pytanie: czy możemy osoby wymienione w śledztwie uznać za rzeczywiście zaangażowane w przygotowanie lub realizację zbrodni w Jedwabnem?

Przejdźmy teraz do obliczeń:

1. Akt oskarżenia wymieniał 22 osoby oskarżone o udział w zbrodni, z czego 10 zostało uwolnionych od winy i wypuszczonych. (W wyniku "Rozprawy głównej" z 16 i 17 V 1949 r. skazano: Karola Bardonia na karę śmierci [ułaskawiony przez Bieruta, otrzymał 15 lat więzienia], Jerzego Laudańskiego na 15 lat więzienia, Zygmunta Laudańskiego, Władysława Miciurę i Bolesława Ramotowskiego na 12 lat więzienia, Stanisława Zejera i Czesława Lipińskiego na 10 lat więzienia, Władysława Dąbrowskiego, Feliksa Tarnackiego, Romana Górskiego, Antoniego Niebrzydowskiego i Józefa Żyluka na 8 lat. Uniewinniono z kolei: Józefa Chrzanowskiego, Mariana Żyluka, Czesława Laudańskiego, Wincentego Gościckiego, Romana Zawadzkiego, Jana Zawadzkiego, Aleksandra Łojewskiego, Franciszka Łojewskiego, Eugeniusza Śliweckiego i Stanisława Sielawę. Taki wyrok świadczył o sporej dozie niezawisłości sądu, który niektóre zeznania w UB uznał za niewystarczające w świetle późniejszych zeznań świadków, zwłaszcza, gdy podejrzani już w śledztwie nie przyznali się do winy.) Uznano więc za winne jedynie 12 osób. Jednak Sąd Apelacyjny w Białymstoku na sesji wyjazdowej w Łomży 13 VI 1950 r. dwie osoby spośród skazanych w maju 1949 r.: Józefa Żyluka i Feliksa Tarnawskiego, uniewinnił, w ten sposób listę skazanych ograniczając do 10.

2. Lista osób ukrywających się (określenie takie nie oznacza, że wymienieni na niej rzeczywiście się ukrywali, a jedynie, że nie mieszkali w Łomżyńskiem i byli czasowo niedostępni. Rzeczywiście, wielu łomżyniaków wyjechało po wojnie - z różnych względów - na ziemie odzyskane, w tym zwłaszcza na Mazury), a więc na razie niedostępnych, liczy 8 podejrzanych o zbrodnię (są to: Jerzy Tarnacki [określony u Wasersztajna jako Jurek Tarnoczek] Julian Schmidt, Marian Karolak, Józef Wasilewski, Jerzy Niebrzydowski, Michał Trzaska, Wacław Borowski i Mieczysław Borowski), z tym, że 5 spośród nich występuje także na liście Szmula Wasersztajna. Pozostawałoby więc zaledwie 3.

3. Lista osób podejrzanych o udział w zbrodni, a nieżyjących w 1949 r. liczy 9 osób (na liście zmarłych znaleźli się: Józef Sobuta, Eugeniusz Kalinowski, Józef Kobrzeniecki, Stanisław Sokołowski, Bolesław Rogalski, Władysław Modzelewski, Bronisław Śleszyński, Jarmutowski i Aleksander Janowski), z tym, że trzy (Bolesław Rogalski, Jarmutowski i Bronisław Śleszyński) występują na liście Wasersztajna, pozostaje więc 6. Wśród tych sześciu znajduje się także Józef Sobuta, którego znaleziono później w szpitalu psychiatrycznym i uwolniono ze względu na stan zdrowia; był on jednak niewątpliwie jednym z najbardziej obciążonych sprawców masakry.

4. Lista osób uznanych przez Szmula Wasersztajna za szczególnie zbrodnicze liczy 14 mieszkańców Jedwabnego (są to: Bronisław Śleszyński, Marian Karolak, Mieczysław Borowski, Wacław Borowski, Jarmułowski (wymieniany wśród zmarłych jako Jarmutowski), Bolesław Ramotowski, Bolesław Rogalski, Stanisław Sielawa, Franciszek Sielawa, Eugeniusz Kozłowski, Trzaska, Jerzy Tarnoczek (Tarnawski), Jerzy Laudański i Czesław Laciecz(sic!).

Przyglądając się tej liście, można mieć różne wątpliwości. Występuje na niej wśród - jak pisze Wasersztajn - odznaczających się okrucieństwem uniewinniony Stanisław Sielawa, chory obłożnie na krwawą dezynterię Bronisław Śleszyńskki, którego winą jest to, że na rozkaz Karolaka, wsparty obecnością żandarma, wydał im klucze do swej stodoły, oraz bracia Borowscy, dokonujący rzekomo straszliwych czynów jeszcze przed 10 lipca. Czynów, których nikt nie potwierdza. Jednak częściowo pokrywa się z pozostałymi. Występują na niej znajdujący się na liście zmarłych: Bronisław Śleszyński, Bolesław Rogalski i Jarmułowski (lub Jarmutowski), ukrywający się: Jerzy Tarnacki, Michał Trzaska, Marian Karolak, Wacław Borowski i Mieczysław Borowski; będący na liście skazanych: Bolesław Ramotowski i Jerzy Laudański, wreszcie Stanisław Sielawa, którego sąd uwolnił od winy, nie może więc być brany pod uwagę. W ten sposób lista ta została sprowadzona do 3 osób, nie występujących gdzie indziej.

Jeżeli podsumujemy te dane, wyniknie z nich, że (przyjmując, iż wszyscy ukrywający się i zmarli byli winni) w którejś z faz zbrodniczego aktu z 10 lipca 1941 r. uczestniczyły 23 osoby spośród społeczeństwa polskiego. Jest to liczba dość prawdopodobna, gdyż podobne liczby wymieniają relacjoniści - świadkowie zdarzenia (m.in. Stefan Boczkowski). Mamy więc do czynienia nie ze "społeczeństwem" Jedwabnego, lecz grupą kilkudziesięciu mężczyzn, spośród których może największego winowajcę - Karola Bardonia, dość trudno uznać za reprezentanta polskości (urodzony na Śląsku Cieszyńskim, żołnierz niemiecki w czasie I wojny światowej, zaufany, bo już na początku okupacji służący w żandarmerii), a dwaj inni to znany w mieście pijak i awanturnik oraz znany bandyta.

Wśród tych współuczestników zdarzeń z 10 lipca niewątpliwymi zbrodniarzami numer jeden byli: Marian Karolak (komisaryczny burmistrz) i Karol Bardoń, występujący wielokrotnie wraz z Niemcami jako ci, którzy wywierali przymus na innych.

Mówi się także parokrotnie w zeznaniach o jakichś niezidentyfikowanych młokosach ze wsi okolicznych i o zwykłych gapiach, towarzyszących zdarzeniom i zapewne nieświadomych tego, czym one się zakończą. Podobnie jak (sądzę) większość bezpośrednich uczestników - Polaków, poza owym Bardoniem i Karolakiem oraz może paroma jeszcze ludźmi z jedwabieńskiego magistratu.

6. Selekcja materiału

Podsumujmy: decydująca - jako inspiratorzy, organizatorzy i współsprawcy - rola Niemców i udział kilkudziesięciu Polaków, w tym także przymuszonych; sąd w uzasadnieniu wyroku z 1949 roku wyraźnie podkreślił, że oskarżeni działali pod wpływem niemieckiego terroru. A jednocześnie postawa innych, uciekających w zboże, ukrywających się w domu, wreszcie - jak Józef Żyluk opiekujących się pozostałymi z masakry współobywatelami. Józef Żyluk przymuszony do prowadzenia na rynek z młyna mieszczącego się na skraju Jedwabnego dwóch Żydów puścił ich, ratując im życie. Jeden z nich o nazwisku Zdrojewicz, przeżył wojnę. Podobnie Zofia Górska w piśmie z 2 marca 1949 roku skierowanym do Sądu Okręgowego w Łomży, pisząc w sprawie swego aresztowanego męża Romana, powiada, iż już po masowym mordzie w Jedwabnem małżeństwo Górskich ukrywało w swoim domu dwóch sąsiadów pochodzenia żydowskiego Partyjera Serwetarza i jego brata (ponieważ przytoczyłem zaledwie 10 zeznań podejrzanych, pomijając kilkadziesiąt innych zeznań, w tym ważnych świadków, brak tutaj istotnych informacji z tego zakresu).

Jak już wiemy, pozostało przy życiu o wiele więcej skazanych na zagładę niż owych siedmiu ukrytych u polskiej rodziny Wyrzykowskich w Janczewku. Wielu przetrwało w samym Jedwabnem do jesieni 1942, kilku ocaliło życie i dotrwało do roku 1945.

Obraz zasadniczo inny niż ten, który zarysował prof. Jan Gross w swych "Sąsiadach". Skąd zatem pochodzi owa różnica? Otóż Jan Tomasz Gross pominął kilkadziesiąt zeznań różnych osób - świadków, oskarżonych itd., którzy mówili o sprawczej roli Niemców, a przytoczył jedynie zeznania mówiące o udziale Polaków. Oparł się m.in. na pierwszych, później odwołanych zeznaniach kucharki Julii Sokołowskiej oraz pismach niemieckiego żandarma Karola Bardonia, który skazany na karę śmierci stara się rozmyć swoją odpowiedzialność, obciążając winą mieszkańców miasteczka. Nie wytłumaczył nigdzie powodów takiej selekcji. Nie wyjaśnił, dlaczego uwzględnia jedne, a odrzuca drugie dokumenty.

Zwraca również uwagę fakt, że relacja nieprzesłuchanego przez sąd Szmula Wasersztajna oraz zeznania świadków oskarżenia Abrama Boruszczaka i Eljasza Grądowskiego zostały faktycznie zdezawuowane. Okazało się bowiem zarówno w świetle zeznań mieszkańców Jedwabnego, jak zwłaszcza obywatela polskiego pochodzenia żydowskiego Józefa Grądowskiego, że Abram Boruszczak nigdy nie mieszkał w Jedwabnem, a Eljasz Grądowski, skazany za kradzież, został przez władze sowieckie uwięziony i jeszcze w 1940 roku wywieziony w głąb ZSRR. Powrócił do Polski dopiero w 1945 roku, a więc niczego nie widział. Tenże Józef Grądowski powiedział, że dzięki pomocy nieznanego mu bliżej Polaka wyrwał się z rąk niemieckich w dniu morderstwa.

Wszyscy trzej oskarżyciele zostali przez sąd potraktowani jako ludzie, którzy o czymś słyszeli, ale nie byli bezpośrednimi świadkami. W skardze kasacyjnej do Sądu Najwyższego obrońcy skazanych zwrócili uwagę na fakt, że Szmul Wasersztajn nie został przesłuchany ani przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, ani przez prokuratorów, ani podczas przewodu sądowego. Odpowiadając na ten zarzut, Sąd Najwyższy stwierdził, że było to poważne uchybienie, jednak sąd, rozpatrując sprawę, nie opierał się na relacji Wasersztajna, lecz świadków bezpośrednich, uchybienie to więc nie miało większego znaczenia. Właśnie od Szmula Wasersztajna pochodzą najbardziej drastyczne fragmenty książki profesora Grossa. Te tak bardzo działające na wyobraźnię fakty nie uzyskały potwierdzenia w żadnych innych źródłach.

Czytelnikowi pozostawiam wszelkie komentarze. -

Tomasz Strzembosz (ur. 1930), historyk, jest profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Instytutu Studiów Politycznych PAN. Autor prac dotyczących konspiracji wojskowej w stolicy: "Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939 - 1945", "Oddziały szturmowe konspiracyjnej Warszawy 1939 - 1945", "Odbijanie i uwalnianie więźniów w Warszawie 1939 - 1944". Od blisko dwudziestu lat zajmuje się historią polskiej konspiracji na ziemiach północno-wschodnich Rzeczypospolitej pod okupacją sowiecką. Pisze książkę na ten temat. Przygotowuje również pracę o sowieckim systemie okupacyjnym na ziemiach Polski w latach 1939 - 1941. Ostatnio wydał "Rzeczpospolitą podziemną".

Źródło: http://archiwum.rp.pl/artykul/330587-Inny-obraz-sasiadow.html
10
Polityka / Antypolski spisek w mediach
« Ostatnia wiadomość wysłana przez BladyMamut dnia (Pią) 03.03.2017, 02:44:33 »
Antypolski spisek w mediach

(03,08,2006 źródło Asme)
Obchodziliśmy ostatnio 60. rocznicę krwawego "pogromu" kieleckiego. W polskich mediach elektronicznych obowiązuje oczywiście stara komunistyczna wersja, że mord na kieleckich Żydach był dziełem klerykalnej i antysemickiej tłuszczy, choć już we wspomnieniach premiera Stanisława Mikołajczyka napisanych na emigracji na Zachodzie i zatytułowanych "Rape of Poland" można wyczytać, że ten pogrom był dziełem funkcjonariusza UB majora Władysława Spychaja - Sobczyńskiego, wykonanym na zlecenie NKWD. Bezpośrednim sprawcą mordu był oddział wojska pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze. Stanisław Mikołajczyk dodaje, że major Spychaj - Sobczyński wcześniej, jako szef UBP w Rzeszowie, zamordował wybitnego działacza ludowego z opozycyjnego PSL Władysława Kojdera. Sprawa "pogromu" kieleckiego została po latach podjęta przez znanego polskiego reportera Krzysztofa Kąkolewskiego, który wyniki swych badań opisał w książce "Umarły cmentarz", wydanej przez wydawnictwo von Borowiecki. Wynika z niej, że mjr Władysław Spychaj - Sobczyński jako szef wojewódzkiego UBP kolejno w Rzeszowie, Krakowie i Kielcach organizował pogromy antyżydowskie w tych właśnie miastach. Pogrom kielecki był z nich najgłośniejszy, gdyż pociągnął za sobą największą liczbę ofiar śmiertelnych wśród Żydów i zbiegł się z rocznicą amerykańskiego Dnia Niepodległości. Wskutek tego warszawscy korespondenci pism zachodnich zostali poinformowani o krwawym pogromie w Kielcach tegoż dnia na przyjęciu zorganizowanym w warszawskim hotelu "Polonia" przez ambasadora USA. I natychmiast wysłali korespondencje do swych gazet i agencji.
Brat naszego noblisty Andrzej Miłosz nakręcił następnie w wytwórni Media-Kontakt, prowadzonej przez znanego opozycjonistę antykomunistycznego Mirosława Chojeckiego - członka KSS KOR oraz założyciela podziemnego wydawnictwa NOWa dwa filmy telewizyjne poświęcone tej sprawie. W filmach tych pt. "Pogrom" oraz "Henio" demonstruje on prawdę o pogromie, przygotowanym pod nadzorem NKWD przez majora W. Spychaja - Sobczyńskiego, a wykonanym siłami oddziału KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze oraz PPR-owskiej, względnie ubeckiej bojówki, pozorującej robotników pobliskiej fabryki metalowej. Ci bojówkarze zostali przyjęci do fabryki na kilka dni przed pogromem i ulotnili się jak jeden mąż następnego dnia po uwieńczonej sukcesem akcji. Oni wraz z żołnierzami zmasakrowali Żydów mieszkających w domu na Plantach, ale tylko z jednej klatki schodowej. Chodziło o wykonanie misternego zadania odstrzelenia wyłącznie Żydów wybierających się do Palestyny (Żydzi z drugiej klatki schodowej pozostawali pod ochroną UB). Dlatego nie mogło być mowy o dopuszczeniu pod dom niekontrolowanego motłochu.
Chłopiec Henio Błaszczyk - jak sam opowiadał Andrzejowi Miłoszowi w nakręconym przez niego filmie - był dzieckiem konfidenta UB. Najpierw został wywieziony poza miasto, aby później na polecenie ojca opowiadać, iż był więziony przez Żydów w piwnicy domu na Plantach i im się wymknął. W dzień pogromu oprowadzali go po mieście umundurowani milicjanci i ci milicjanci opowiadali, iż Żydzi go więzili dla rytualnego mordu. Po pogromie tenże Henio był ukrywany przez dłuższy czas w piwnicy Urzędu Bezpieczeństwa, dla większej pewności, aby afera się nie wydała. Wszystko to opowiedział dorosły już Henryk Błaszczyk przed kamerą Andrzeja Miłosza już w III RP, nie ukrywając strachu, że może go spotkać kara za ujawnienie prawdy z ręki wszechpotężnych wciąż ubeków. I istotnie zginął wkrótce w podejrzanych okolicznościach zapewne z rąk podziemia ubeckiego.
Można byłoby sądzić, że te dwa filmy Andrzeja Miłosza powinny być przypomniane polskim telewidzom przy sposobności uroczystych obchodów rocznicy pogromu kieleckiego. Jak mówił mi Mirosław Chojecki, z Media-Kontakt zgłosił on taką propozycję kierownictwu TVP, ale jego pomysł został zignorowany. W polskich elektronicznych środkach przekazu obowiązuje wszak antypolska wersja prof. Jana Tomasza Grossa, autora kłamliwej książki pt. "Sąsiedzi" o mordzie na Żydach z podlaskiego miasteczka Jedwabne w lipcu 1941 roku oraz świeżo wydanej po angielsku w USA pod tytułem "Strach" - jeszcze bardziej załganej książki o polskim powojennym antysemityzmie. Prawdy o Polsce powojennej nie uświadczysz nawet w działającej za nasze pieniądze telewizji publicznej. W odróżnieniu od prof. Jana Tomasza Grossa pamiętam tamte czasy (chodziłem do szkoły podstawowej na dolnym Mokotowie w Warszawie) i niczego takiego, co by świadczyło o opisywanym przez prof. Grossa "pogromowym polskim antysemityzmie" - nie zaobserwowałem. Nie zetknąłem się też z tego objawami podczas wyjazdów w Polskę na wakacje - na obozy młodzieżowe lub kolonie szkolne. Nie darmo więc już po jego pierwszej książce "Sąsiedzi" mówiono w Warszawie: "Łże jak Gross". (wytł. ASME) Jan Tomasz Gross był w 1968 roku więźniem marcowym, załamał się w śledztwie i obciążył swych kolegów. Czytałem jego zeznania w materiałach własnego śledztwa i pamiętam obrzydliwości, jakie ze strachu opowiadał przesłuchującym go oficerom SB. Dziś odreagowuje swe frustracje, obciążając odpowiedzialnością za ówczesny komunistyczny antysemityzm Bogu ducha winny naród polski.
Co więcej: dla zapewnienia monopolu michnikowo-grossowej wersji wydarzeń jakieś anonimowe krasnoludki w IPN dokonały kontrolowanego przecieku "informacji", w taki sposób, aby red. Krzysztof Kąkolewski - autor książki "Umarły cmentarz" i prawdziwy odkrywca prawdy o pogromie kieleckim jako dziele NKWD i UB został ustrzelony jako rzekomy współpracownik PRL-owskich służb specjalnych. Jakieś krasnale pokazały poza plecami osoby zainteresowanej jego akta w IPN kierownictwu gazet, z którymi współpracował, jego o niczym nie powiadamiając. Jest to akt lustracyjnej dintojry wykonany przez ludzi, którym zależy na zapewnieniu monopolu michnikowo-grossowej wersji wydarzeń.
Adam Michnik jest przeciwnikiem lustracji, ale do głowy mu nie przyjdzie potępić takie praktyki lustracyjne. A chodzi o osobę, której dokonania można by porównać do zasług rosyjskiej odkrywczyni prawdy o zbrodni katyńskiej w archiwach sowieckich prof. Natalii Lebiediew. Red. Krzysztof Kąkolewski odkrył prawdę o zbrodni kieleckiej i za to ma taką właśnie zapłatę. W dodatku insynuuje się mu nieistotnie, godne potępienia donoszenie na kolegów z opozycji antykomunistycznej w roli TW Służby Bezpieczeństwa, niczym TW "Ketman", czyli Lesław Maleszka z "Gazety Wyborczej". Nic z tych rzeczy. Zarzuca mu się jedynie opłacanie się jakimiś sprawozdaniami wywiadowi PRL podczas wyjazdów zagranicznych, aby opisać hitlerowskiego zbrodniarza na spokojnej emeryturze w RFN lub zbrodnie bandy Mansona w USA. I za to organizuje się ostracyzm wobec tak zasłużonej dla prawdy historycznej osoby tuż przed uroczystymi obchodami rocznicy kieleckiego mordu. Co gorsza, nikt nie protestuje przeciwko takim gangsterskim praktykom. Ciekaw jestem, czy Jego Ekscelencja ksiądz metropolita lubelski, abp Józef Życiński również jemu wyrazi publicznie swój gniew i współczucie?

Antoni Zambrowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w tygodniku "Najwyższy CZAS!" pt. "Cenzura pogromu?".

PS. Z przykrością stwierdzam, że zawarte w mym artykule uszczypliwe uwagi odnośnie anonimowych krasnali z IPN, które ustrzeliły autora "Umarłego cmentarza" red. Krzysztofa Kąkolewskiego tuż przed obchodami 60. rocznicy pogromu kieleckiego, po głębszym zbadaniu okazały się pozbawione podstaw. Osoby, które poczuły się dotknięte moimi uwagami, najserdeczniej przepraszam. Nie zmienia to podstawowej tezy mego artykułu, iż w polskich mediach, zwłaszcza elektronicznych, panuje kłamliwa wersja o klerykalnym i antysemickim motłochu jako sprawcy pogromu, podczas gdy dobrze wiemy, że bezpośrednimi wykonawcami mordu na zlecenie NKWD była bojówka PPR-owska z miejscowej huty oraz milicjanci i oddział KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze.

Antoni Zambrowski

Znalezione na: http://www.antonizambrowski.pl/artykuly_archiwalne/2006/antypolski_spisek.html
Strony: [1] 2 3 ... 10