Recent Posts

Pages: 1 ... 8 9 [10]
91
Koncerny farmaceutyczne i lekarze. Historia korupcji

Senator Charles Grassley, republikanin zasiadający w senackiej Komisji Finansowej, niedawno przeprowadził śledztwo w sprawie powiązań między przemysłem farmaceutycznym a pracującymi naukowo lekarzami, od których w dużej mierze zależy rynkowa wartość leków na receptę. Nie musiał szukać zbyt głęboko.
Weźmy przypadek dr Josepha L. Biedermana, profesora psychiatrii na Harvard Medical School oraz kierownika wydziału psychofarmakologii na Massachusetts General Hospital w Harvardzie. Głównie dzięki niemu dzieci mające 2 lata i młodsze, są obecnie diagnozowane z zaburzeniem afektywno-dwubiegunowym i leczone koktajlem bardzo mocny leków, z których wiele nie zostało zaaprobowanych przez Food and Drug Administration (FDA) do tego celu, i z których żaden nie został zaaprobowany dla dzieci poniżej 10 roku życia.

Przepisy mówią, że lekarze mogą zalecać leki, które zostały już dopuszczone dla jakiegoś celu, na dowolny inny wybrany przez siebie cel, aczkolwiek takie zalecenie powinno opierać się na opublikowanym w pracy naukowej dowodzie. W podanym przypadku tak nie jest. Własne badania Biedermana nad lekami, które zaleca dla leczenia dziecięcego zaburzenia afektywno-dwubiegunowego są, jak podsumował „The New York Times” opinię jednego z ekspertów: „tak nieduże i luźno zaprojektowane, że na ich podstawie właściwie nie można wyciągnąć żadnego wniosku”.
W czerwcu senator Grassley ujawnił, że przedsiębiorstwa farmaceutyczne, wliczając w to, te, które produkują leki zalecane przez Biedermana na dziecięce zaburzenie afektywno-dwubiegunowe, zapłaciły mu w latach 2000-2007 ponad półtora miliona dolarów za konsultacje i przemowy. Dwóch z jego współpracowników otrzymało podobną ilość pieniędzy. Po ujawnieniu tych informacji, kierownik Massachusetts General Hospital oraz przewodniczący szpitalnej organizacji lekarskiej wysłali list do pracujących w szpitalu lekarzy, w którym wyrazili nie swoje oburzenie wobec ogromu konfliktu interesów, ale współczucie dla beneficjentów: „Wiemy, że jest to niezwykle bolesny okres dla tych lekarzy i ich rodzin, składamy im wyrazy współczucia”.
Weźmy inny przykład. Dr Alan F. Schatzberg, kierownik wydziału psychiatrii Stanforda, a także prezydent-elekt Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Senator Grassley ujawnił, że Schatzberg posiadał akcje Corcept Therapeutics o wartości ponad 6 milionów dolarów. Firma ta, której Schatzberg był jednym z założycieli, prowadzi testy nad mifepristone – lekiem aborcyjnym, znanym również pod nazwą RU-486 – jako nad środkiem przeciwko depresji psychotycznej. W tym samym czasie Schatzberg był głównym badaczem w projekcie National Institute of Mental Health, w którym zajmowano się badaniami nad mifepristone; był także współautorem trzech prac naukowych na ten temat. W oświadczeniu opublikowanym w końcu czerwca, Stanford oznajmiło, że nie widzi nic nieprawidłowego w tej sytuacji, aczkolwiek miesiąc później rada uniwersytetu ogłosiła, że tymczasowo odsuwa Schatzberga od funkcji głównego badacza „aby wyeliminować nieporozumienia”.
Przypuszczalnie najwyraźniejszy przypadek ujawniony przez senatora Grassleya dotyczy dr Charlesa B. Nemeroffa, kierownika wydziału psychiatrii na Emory University, a także, podobnie jak Schatzberg, redaktora wpływowego podręcznika pt. Textbook of Psychopharmacology. Nemeroff był główym badaczem w czasie 5-letniego projektu National Institute of Mental Health o budżecie 3,95 miliona dolarów – z czego 1,35 miliona poszło do Emory na koszty ogólne – którego celem było badanie kilku leków firmy GlaxoSmithKline. Umowa z uniwersytetem i przepisy państwowe wymagały, by ujawniać władzom Emory University dochód z GlaxoSmithKline, Emory zaś było zobowiązane zgłaszać kwoty większe niż 10 tysięcy dolarów rocznie do National Institutes of Health, a także wykrywać i usuwać ewentualne konflikty interesów.
Jednak według senatora Grassleya, który porównywał zapisy Emory z zapisami przedsiębiorstwa, Nemeroff nie zgłosił około 500 tysięcy dolarów, które otrzymał od GlaxoSmithKline za wygłoszenie dziesiątków przemów promujących leki tej firmy. W czerwcu 2004 roku, po roku trwania projektu, Emory przeprowadziło własne dochodzenie dotyczące działań Nemeroffa i wykazało wielokrotne pogwałcenie przepisów. Nemeroff odpowiedział zapewniając Emory w oświadczeniu: „Ze względu na projekt NIMH/Emory/GSK, ograniczam swoje usługi konsultacyjne dla GSK do wymiaru 10 tysięcy dolarów rocznie. Poinformowałem GSK o tej decyzji”. Jednak tego samego roku, otrzymał ponad 171 tysięcy dolarów od tej firmy, choć do Emory zgłosił jedynie 9999 dolarów – dolar mniej od dolnego progu raportowania wydatków dla National Institutes of Health.
Emory odnosiło korzyści dzięki Nemeroffowi. Powstaje przez to pytanie, czy ich niedbały nadzór wynikał z konfliktu interesów. Jak podaje Gardiner Harris w „The New York Times”, sam Nemeroff podkreślił swoją wartość dla Emory w liście z 2000 roku do dziekana szkoły medycznej, w którym uzasadnił swoje członkostwo w dwunastu radach doradczych różnych korporacji następująco:
Z pewnością pamiętacie, że Smith-Kline Beecham Pharmaceuticals przekazało dotację na rzecz wydziału. Jest spore prawdopodobieństwo, że Janssen Pharmaceuticals również to uczyni. Ponadto, Wyeth-Ayerst Pharmaceuticals ufundowało nagrodę Research Career Development dla wydziału, poprosiłem także AstraZeneca Pharmaceuticals oraz Bristol-Meyers [sic] Squibb o to samo. Częścią ich uzasadnienia dla sponsorowania naszego wydziału w ten sposób była moja praca w radach doradczych.
Opisani psychiatrzy zostali wskazani przez senatora Grassleya, więc uwaga prasy skoncentrowała się na nich, ale podobne konflikty interesów występują powszechnie w medycynie. (Senator zwrócił się obecnie w stronę kardiologów.) W istocie, większość lekarzy przyjmuje pieniądze lub prezenty od firm farmaceutycznych w ten lub inny sposób. Wielu opłaca się jako konsultantów, mówców na spotkaniach organizowanych przez te firmy, jako autorów-widmo artykułów naukowych napisanych przez przedsiębiorstwa farmaceutyczne albo ich agentów, jako rzekomych „badaczy”, których wkład naukowy często sprowadza się do przepisania leku pacjentowi i przesłania przedsiębiorstwu zdawkowej informacji. Wielu lekarzom funduje się obiady i daje inne rodzaju korzyści. Ponadto, przedsiębiorstwa farmaceutyczne subsydiują większość spotkań organizacji zawodowych i większość kontynuujących naukę lekarzy.
Nikt nie wie, ile pieniędzy trafia w ręce lekarzy od firm farmaceutycznych, ale z rocznych raportów największych 9 amerykańskich firm, że jest to kwota wynosząca dziesiątki miliardów dolarów rocznie. W ten sposób przemysł farmaceutyczny uzyskał ogromną kontrolę nad tym, jak lekarze oceniają i wykorzystują ich produkty. Jego głębokie powiązania z lekarzami, w szczególności ze starszą kadrą w prestiżowych akademiach medycznych, wpływa na wyniki badań, sposób praktykowania medycyny, a nawet definicję tego, co stanowi chorobę.
Weźmy dla przykładu próby kliniczne, w których leki testuje się na ludziach. Zanim nowy lek można wprowadzić na rynek, producent musi wykonać próby kliniczne, aby pokazać dla Food and Drug Administration, że lek jest bezpieczny i skuteczny, zazwyczaj w porównaniu z placebo. Rezultaty wszystkich prób (może być ich wiele) przesyła się FDA, a jeśli jedna lub dwie próby są pozytywne – tzn. jeśli wykazują skuteczność bez poważnego ryzyka – lek jest zwykle aprobowany, nawet jeśli wszystkie inne próby są negatywne. Leki aprobuje się jedynie dla specyficznego użytku – przykładowo, do leczenia nowotworu płuc; nielegalne jest, aby przedsiębiorstwa promowały je dla jakiegokolwiek innego użytku.
Lekarze jednak mogą przepisywać leki poza ich standardowymi zaleceniami. Być może nawet połowa wszystkich recept jest przepisywana dla celów, dla których lek nie został stworzony. Po trafieniu leków na rynek, firmy w dalszym ciągu prowadzą próby kliniczne, czasami, by uzyskać aprobatę FDA dla dodatkowego użytku, czasami, by zademonstrować przewagę nad konkurencją, a często po to, by dać lekarzom wymówkę, by mogli przepisywać lek pacjentom.
Ponieważ koncerny farmaceutyczne nie mają bezpośredniego dostępu do osób badanych, muszą zlecać prowadzenie prób klinicznych szkołom medycznym, w których badacze biorą pacjentów z szpitali i klinik, albo z prywatnych przedsiębiorstw badawczych (CRO), w których zadanie zebrania osób badanych należy do lekarzy pracujących w biurach. Chociaż firmy typu CRO są zazwyczaj szybsze, sponsorzy często preferują współpracę ze szkołami medycznymi, częściowo dlatego, że dzięki temu badania są brane poważniej, ale głównie dlatego, to daje im dostęp do bardzo wpływowych lekarzy pracujących na uniwersytetach – nazywanych w przemyśle „liderami myśli” albo „kluczowymi liderami opinii”. Są to ludzie, którzy piszą podręczniki i artykuły naukowe z medycyny, wydają praktyczne wskazówki (rekomendacje w stosunku do leczenia), pracują w FDA albo zasiadają w innych państwowych agendach doradczych, kierują stowarzyszeniami zawodowymi, przemawiają na niezliczonych spotkaniach i kolacjach, które odbywają się co roku w celu przekazania klinicystom informacji an temat leków na receptę. Opłacanie „kluczowych liderów opinii” takich jak dr Biederman jest warte każdego wydanego centa.
Kilka dekad temu, szkoły medyczne nie zawiązywały wielkich umów finansowych z koncernami farmaceutycznymi, a badacze, którzy prowadzili sponsorowane przez firmy badania, generalnie nie mieli z nimi powiązań. Jednak owe szkoły mają dziś wielorakie powiązania z tym przemysłem i nic nie daje im moralnego prawa, aby sprzeciwiać się temu, by ich kadra zachowywała się w ten sam sposób. Niedawna ankieta pokazała, że około 2/3 akademickich ośrodków medycznych posiada jakiś kapitał ulokowany w przedsiębiorstwach, które sponsorują badania w tej samej instytucji. Badanie dotyczące kierowników wydziałów szkół medycznych pokazało, że 2/3 otrzymywało pieniądze od koncernów farmaceutycznych przeznaczone dla wydziału, a 3/5 otrzymywało osobisty dochód. W latach 80. XX wieku szkoły medyczne zaczęły wydawać wskazówki odnośnie postępowania względem konfliktu interesów, ale są one bardzo różne, ogólnie raczej mało restrykcyjne i luźno przestrzegane.
Ponieważ koncerny farmaceutyczne sponsorują badania pod warunkiem, że będą miały dostęp do całego procesu fundowanych przez siebie badań, mogą z łatwością wpłynąć na wyniki w celu przedstawienia swoich leków jako lepsze i bezpieczniejsze, niż w rzeczywistości. Przed latami 80. całą odpowiedzialność za prowadzenie badań pozostawiali w rękach badaczy uniwersyteckich, ale obecnie pracownicy koncernów, albo ich agenci, często projektują badania, przeprowadzają analizy, piszą prace, a także decydują, czy i w jakiej formie opublikować wyniki. Czasami kadra akademicka, która prowadzi badania, jest niczym więcej jak tylko wynajętymi pracownikami, którzy dostarczają pacjentów i zbierają dane według instrukcji koncernów.
W świetle tej kontroli i konfliktu interesów, które przenikają cały proces badawczy, nie jest zaskakujące, iż sponsorowane przez koncerny badania, publikowane w pismach medycznych, konsekwentnie przedstawiają leki sponsorów w dobrym świetle – głównie dlatego, że wyniki negatywne nie są publikowane, wyniki pozytywne są wielokrotnie publikowane w nieco zmienionych formach, a wyniki negatywne przedstawia się tak, aby było w nich również coś pozytywnego. Przegląd 74 prób klinicznych dla antydepresantów pokazał, że 37 z 38 pozytywnych badań zostało opublikowanych. Jednak z 36 negatywnych badań, 33 albo nie zostało opublikowanych, albo zostało opublikowanych w takiej formie, która przedstawiała w nich coś pozytywnego. Częstą praktyką jest zmiana przedmiotu zainteresowania artykułu naukowego z zamierzonego skutku leku na inny, który wydaje się być korzystniejszy.
Zatajanie niekorzystnych badań jest przedmiotem interesującej książki Alison Bass pt. Side Effects: A Prosecutor, a Whistleblower, and a Bestselling on Trial. Przedstawia ona, jak brytyjski gigant lekowy GlaxoSmithKline krył dowody tego, że znakomicie sprzedający się antydepresant o nazwie Paxil, jest nieskuteczny oraz potencjalnie szkodliwy dla dzieci i nastolatków. Bass, wcześniej dziennikarka „Boston Globe”, opisuje zaangażowanie trzech osób – sceptycznego psychiatry akademickiego, oburzonego pracownika naukowego wydziału psychiatrii Brown University (przewodniczący tego wydziału otrzymał w 1998 roku ponad 500 tysięcy dolarów za konsultacje dla koncernów farmaceutycznych, w tym dla GlaxoSmithKline), a także niezmordowany zastępca prokuratora ogólnego w Nowym Jorku. Zajęli się sprawą GlaxoSmithKline oraz układem na wydziale psychiatrii i w końcu wbrew oczekiwaniom wszystkich zwyciężyli.
Książka ta śledzi wieloletnią walkę tych trzech ludzi. Jej kulminacją była zgoda GlaxoSmithKline na wypłacenie odszkodowań wynoszących 2,5 miliona dolarów (malutka część ówczesnych rocznych dochodów pochodzących ze sprzedaży leku Paxil) za oszustwo konsumenckie. Koncern obiecał również ujawnić podsumowania wszystkich prób klinicznych przeprowadzonych przed 27 grudnia 2000 roku. O wiele większe znaczenie miało zwrócenie uwagi na fakt rozmyślnego, systematycznego ukrywania niekorzystnych wyników badań naukowych, co nigdy nie wyszłoby na jaw, gdyby nie proces sądowy. Jeden z wcześniej niejawnych, wewnętrznych dokumentów GlaxoSmithKline mówił: „Byłoby nie do przyjęcia pod względem handlowym, aby zawrzeć stwierdzenie, że nie dowiedziono skuteczności leku, jako że to podważyłoby status paroxetine [Paxil]”.
Wiele leków, o których zakłada się, że są skuteczne, prawdopodobnie nie jest wiele lepszych od palcebo, ale nie ma tego jak sprawdzić, ponieważ wyniki negatywne są tajne. Jedną ze wskazówek dostarczyli 6 lat temu czterej badacze, którzy, posługując się Ustawą o Swobodzie Informacji [Freedom of Information Act], uzyskali od FDA przeglądy wszystkich prób klinicznych z wykorzystaniem placebo, przesłanych do wstępnej aprobaty dla 6 najczęściej zażywanych antydepresantów w latach 1987-1999 – Prozac, Paxil, Zoloft, Celexa, Serzone oraz Effexor. Wykazano w nich, że średnio biorąc, placebo było w 80% tak skuteczne, jak leki. Różnica między lekiem i placebo była tak niewielka, że z dużym prawdopodobieństwem nie miała żadnego znaczenia klinicznego. Wyniki dla wszystkich 6 leków były właściwie takie same: wszystkie były równie nieskuteczne. Jednak ponieważ korzystne wyniki zostały opublikowane, a niekorzystne schowane (w tym przypadku w FDA), opinia publiczna i lekarze wierzyli, że leki te są skutecznymi antydepresantami.
Konflikt interesów wpływa nie tylko na badania. Kształtuje on również sposób praktykowania medycyny, poprzez wpływ na praktyczne wskazówki wydawane przez stowarzyszenia zawodowe i agendy rządowe, a także poprzez swój wpływ na decyzje FDA. Kilka przykładów: w ankiecie dla dwustu ciał eksperckich, które wydają wskazówki praktyczne dla psychiatrów, 1/3 przyznała, że ma interes finansowy w zalecanych przez siebie lekach. W roku 2004, po tym, jak National Cholesterol Education Program wezwał do ostrego obniżenia pożądanego poziomu „złego” cholesterolu, ujawniono, że 8/9 członków organizacji piszącej rekomendacje miało finansowe powiązania z producentami leków obniżającymi cholesterol. Spośród 170 badaczy, którzy pracowali przy najnowszym wydaniu DSM, 95 miało powiązania finansowe z koncernami farmaceutycznymi. Dotyczy to wszystkich, którzy pracowali przy sekcjach poświęconych zaburzeniom nastroju oraz schizofrenii. Co prawdopodobnie najważniejsze, wielu członków eksperckich komisji parlamentarnych doradzających FDA odnośnie dopuszczania leków na rynek ma finansowe powiązania z przemysłem farmaceutycznym.
W ostatnich latach koncerny farmaceutyczne udoskonaliły nowe i wysoce skuteczne metody rozszerzania rynków dla swoich produktów. Zamiast reklamować leki, które leczą choroby, zaczęli reklamować choroby, które pasują do ich leków. Strategia ta polega na przekonaniu tak wielu ludzi, jak to tylko możliwe (oczywiście również lekarzy), że zapadli oni na choroby, które wymagają długotrwałego leczenia. Zjawisko to, nazywane czasem „podżeganiem chorobowym”, jest przedmiotem dwóch książek: Our Daily Meds: How the Pharmaceutical Companies Transformed Themselves into Slick Marketing Machines and Hooked the Nation on Prescription Drugs Melody Petersen oraz How Normal Behavior Became a Sickness Christophera Lane’a.
Reklamując nowe choroby, albo choroby, których znaczenie wyolbrzymiono, koncerny nadają im poważnie brzmiące nazwy i skróty. W ten sposób zgaga stała się „chorobą refleksową przełyku”, w skrócie GERD; impotencja stała się „dysfunkcją erekcji”, czyli ED; napięcie przedmiesiączkowe stało się „przedmiesiączkowym zaburzeniem dysforycznym”, czyli PMMD; nieśmiałość stała się „zaburzeniem lęku społecznego” (jeszcze nie ma skrótu). Warto zauważyć, że są to źle zdefiniowane przewlekłe przypadłości, które dotykają zasadniczo normalnych ludzi, także rynek jest ogromny i łatwo go jeszcze rozszerzyć. Przykładowo, starszy menedżer ds. marketingu doradzał handlowcom, jak rozszerzać możliwy użytek leku pod nazwą Neurontin: „Neurontin na ból, Neurontin na zaburzenie afektywno-dwubiegunowe, Neurontin na wszystko”. Wydaje się, że strategia sprzedawców leków – a jest ona niebywale skuteczna – polega na przekonaniu Amerykanów, że istnieją tylko dwa rodzaje ludzi: ci, którzy wymagają leczenia w postaci zażywania leków i ci, którzy jeszcze o tym nie wiedzą. Chociaż strategię tę wymyślił przemysł farmaceutyczny, nie można byłoby jej stosować bez współpracy ze strony środowiska medycznego.
Melody Petersen, która była dziennikarką „The New York Times”, napisała duży, przekonujący tekst będący oskarżeniem wobec przemysłu farmaceutycznego. Przedstawia w nim szczegółowo metody, zarówno legalne, jak i nielegalne, którymi posługują się koncerny w celu tworzenia leków o miliardowej sprzedaży rocznej. Główną rolę odgrywają kluczowi liderzy opinii. Jej głównym przykładem jest Neurontin, który był początkowo dopuszczony jedynie do jednego celu – tzn. do leczenia epilepsji, jeśli inne leki nie były w stanie powstrzymać ataków. Płacąc naukowcom za umieszczanie ich nazwisk w artykułach, w których chwali się Neurontin dla innego użytku – zaburzenie afektywno-dwubiegunowego, zespół stresu pourazowego, bezsenność, zespół niespokojnych nóg, poty nocne, migreny, bóle głowy itd. – a następnie organizując konferencje, na których reklamowano stosowanie leku dla wyżej wymienionych celów, producent, ze sprzedażą na poziomie 2,7 miliarda dolarów, uczynił z leku „hit” rynkowy. Rok później, w sprawie, którą Petersen obszernie opisała, Pfizer przyznał się do winy w procesie o nielegalny marketing i zgodził się zapłacić 430 milionów dolarów odszkodowania. Mnóstwo pieniędzy – ale dla Pfizera był to jedynie koszt robienia interesów. I warto było, ponieważ Neurontin w dalszym ciągu był sprzedawany jako środek do wszystkich przypadłości i przynosił miliardy dolarów rocznie ze sprzedaży.
Książka Christophera Lane’a skupiała się na węższym temacie – gwałtownym wzroście w ilości stawianych diagnoz w populacji amerykańskiej, a także wykorzystaniu środków psychoaktywnych (leków wpływających na stan psychiczny) w celu leczenia chorób. Nie ma żadnych obiektywnych kryteriów dla choroby umysłowej, a granica między normalnością a chorobą jest często niepewna, przeto psychiatria jest szczególnie żyzną glebą dla tworzenia i stawiania nowych diagnoz albo rozszerzania starych. Jedyną wyrocznią kryteriów diagnostycznych jest obecne wydanie DSM, a jest ono produktem zgromadzenia psychiatrów, z których większość, jak wspomniałam wcześniej, ma powiązania finansowe z przemysłem farmaceutycznym. Lane, profesor literatury na Northwestern University, opisuje ewolucję DSM od skromnych początków roku 1952 jako nieduży, spinany na grzbiecie spiralą podręcznik (DSM-I) do obecnego, 943-stronnicowego wcielenia (poprawiona wersja, DSM-IV) będącego niekwestionowaną „biblią” psychiatrów – standardowy punkt odniesienia dla sądów, więzień, szkół, towarzystw ubezpieczeniowych, izb przyjęć, lekarzy, a także różnego rodzaju ośrodków medycznych.
Mając na uwadze ważność tego dokumentu, można byłoby pomyśleć, że jest on autorytatywnym wyciągiem z licznego nagromadzenia dowodów naukowych. Jednak Lane, korzystając z niepublikowanych zapisów z archiwów Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, a także wywiadów z jego działaczami, pokazał, że DSM jest produktem złożonej polityki akademickiej, osobistych ambicji, ideologii, oraz, co prawdopodobnie najistotniejsze, wpływu przemysłu farmaceutycznego. W DSM brakuje dowodów. Lane cytuje jednego z członków grupy naukowej pracującej przy DSM-III:
Było bardzo mało systematycznych badań, a wiele z tych, które przeprowadzono, było bezładną mieszaniną, niespójną i niejednoznaczną. Sądzę, że większość z nas uznawała, że podstawy naukowe, na których opieraliśmy nasze decyzje, były dość skromne.
Lane podaje przykład nieśmiałości jako swoje studium przypadku podżegania chorobowego w psychiatrii. Nieśmiałość jako jednostka chorobowa miała swój debiut jako „fobia społeczna” w DSM-III w 1980 roku, jednak uznawano ją za rzadką. W roku 1994, kiedy opublikowano DSM-IV, stała się „zaburzeniem lęku społecznego” i uznano ją za bardzo powszechną. Według Lane’a, GlaxoSmithKline, mając nadzieją na wzrost sprzedaży swojego antydepresantu, leku Paxil, postanowiło zareklamować zaburzenie lęku społecznego jako „dolegliwą jednostkę chorobową”. W roku 1999, koncern otrzymał aprobatę FDA dla sprzedawania leku jako środka przeciwko zaburzeniu lęku społecznego. Zrobiono przy tym głośną kampanię reklamową, rozlepiano plakaty na przystankach autobusowych przedstawiające wyalienowanych osobników i napis: „Wyobraź sobie, że masz alergię na ludzi…”. Sprzedaż ogromnie wzrosła. Barry Brand, dyrektor zajmujący się lekiem Paxil, powiedział: „Marzeniem każdego marketingowca jest znalezienie nierozpoznanego albo nieznanego wcześniej rynku i dotarcie do niego. To się nam właśnie udało z zaburzeniem lęku społecznego”.
Jednym z największych hitów były leki psychoaktywne. Teoria, że choroby psychiczne biorą się z nierównowagi biochemicznej została podana jako usprawiedliwienie powszechnego korzystania z nich, mimo, iż jeszcze nie jest udowodniona. Dzieci są szczególnie podatnymi konsumentami. Który rodzic miałby odwagę powiedzieć: „Nie”, kiedy lekarz mówi, że ich trudne dziecko jest chore i potrzebna jest terapia lekowa? Obecnie przeżywamy wyraźną epidemię zaburzenia afektywno-dwubiegunowego u dzieci (epidemię, która wypiera ADHD jako najpowszechniejsze zaburzenie występujące w dzieciństwie). Nastąpił 40-krotny wzrost częstości stawiania diagnozy tej choroby w latach 1994-2003. Dzieci te często są leczone wieloma środkami poza ich standardowym użyciem, z czego wiele, niezależnie od swoich innych właściwości, działają uspokajająco, a niemal wszystkie mogą mieć poważne skutki uboczne.
Problemy, o których piszę nie ograniczają się do psychiatrii, chociaż tutaj najwyraźniej je widać. Podobne konflikty interesów i patologie występują właściwie we wszystkich obszarach medycyny, w szczególności tych, które w dużej mierze opierają się na lekach i różnorakich urządzeniach. Teraz już po prostu nie można wierzyć w znaczną część publikowanych badań naukowych, nie można też polegać na osądzie zaufanych lekarzy albo autorytatywnych wskazówek medycznych. Nie znajduję przyjemności w głoszeniu takiego poglądu. Taki pogląd wyrobiłam sobie powoli i niechętnie w czasie 20 lat wykonywania pracy redaktorskiej dla „The New England Journal of Medicine”.
Jednym z rezultatów tego rozpowszechnionego skrzywienia jest to, że lekarze uczą się sposobu praktykowania medycyny polegającego na przepisywaniu pigułek. Nawet, jeśli zmiany w stylu życia byłyby skuteczniejsze, lekarze i ich pacjenci często sądzą, że na każdą chorobę i dolegliwość istnieje jakiś lek. Lekarzy utwierdza się w przekonaniu, że najnowsze i najdroższe leki o nowych nazwach są o klasę lepsze od starych leków, nawet jeśli rzadko są na to jakiekolwiek dowody, ponieważ sponsorzy zwykle nie porównują swoich leków ze starymi lekami w należytych dawkach. Ponadto, lekarze, pod wpływem kadry kierowniczej prestiżowych szkół medycznych, nabierają zwyczaju przepisywania leków poza ich standardowym użyciem, bez żadnego istotnego dowodu ich skuteczności.
Łatwo jest obwinić koncerny farmaceutyczne za tę sytuację, i z całą pewnością duża część winy spada na nich. Większość wielkich koncernów farmaceutycznych dążyła do ugody w przypadku zarzutów o oszustwo, reklamowanie leku do użytku niestandardowego, i inne przestępstwa. Przykładowo, TAP Pharmaceuticals przyznało się w 2001 roku do winy i zgodziło się zapłacić 875 milionów dolarów w związku z wysuniętymi na podstawie False Claims Act zarzutami kryminalnymi i cywilnymi o oszukańcze reklamowanie leku Lupron, środka wykorzystywanego w leczeniu raka prostaty. Poza GlaxoSmithKline, Pfizer, oraz TAP, inne przedsiębiorstwa, które w procesach sądowych o oszustwo osiągnęły ugodę to Merck, Eli Lilly oraz Abbott. Koszta, choć ogromne w niektórych sprawach, są małe w porównaniu z zyskami pochodzącymi z tych nielegalnych działań, więc nie są czynnikiem odstraszającym. Jednakże, obrońcy mogliby powiedzieć, że przemysł farmaceutyczny jedynie stara się pełnić swoją najważniejszą funkcję – działać w interesie swoich inwestorów – i czasem idą w tym za daleko.
Lekarze, szkoły medyczne i organizacje zawodowe nie mają takiej wymówki, ponieważ ich relacje z pacjentami opierają się na zaufaniu. Misją szkół medycznych i szpitali klinicznych – co usprawiedliwia zwolnienie ich z podatku – jest edukowanie nowych pokoleń lekarzy, prowadzenie badań naukowych i opieka nad chorymi członkami społeczeństwa. Nie jest nią nawiązywanie lukratywnej, handlowej współpracy z przemysłem farmaceutycznym. Przy całej naganności działań tego przemysłu, sądzę, że postępowanie sporej części lekarzy jest jeszcze bardziej karygodne. Przedsiębiorstwa farmaceutyczne nie są organizacjami charytatywnymi; oczekują czegoś w zamian za wydawane przez nich pieniądze – i najwyraźniej otrzymują to, czego chcą, w innym wypadku przestaliby płacić.
Dla przywrócenia uczciwości w badaniach naukowych i praktyce medycznej koniecznych jest tak wiele reform, że nie można ich krótko przedstawić. Wiele z nich wymagałoby specjalnego ustawodawstwa i zmian w FDA, łącznie z procesem dopuszczania leków do obiegu. Istnieje też potrzeba, aby medycyna niemal całkowicie oddzieliła się od pieniędzy płynących z przemysłu farmaceutycznego. Chociaż współpraca między nauką a przemysłem może przyczynić się do ważnych odkryć naukowych, dzieje się tak zazwyczaj poprzez prowadzenie podstawowych badań, nie zaś prób klinicznych, a nawet tutaj, sporne jest, czy musi łączyć się to z osobistym bogaceniem się badaczy. Członkowie szkół medycznych, prowadzący próby kliniczne, nie powinni akceptować jakiejkolwiek zapłaty od koncernów farmaceutycznych poza wspieraniem badań, a wsparcie to nie powinno pociągać za sobą żadnych zobowiązań, np. kontroli koncernów nad projektem badania, interpretacją wyników i publikowaniem rezultatów.
Szkoły medyczne i szpitale kliniczne powinny rygorystycznie przestrzegać tej zasady. Nie powinny nawiązywać umów z firmami, których produkty badają członkowie ich kadr akademickich. Ponadto, rzadko może wystąpić uzasadniony powód, aby lekarz przyjął prezent od firmy farmaceutycznej, nawet niedużej. Lekarz powinien płacić za siebie i sam finansować swoje dalsze kształcenie.
Po sporym, niekorzystnym rozgłosie, szkoły medyczne i stowarzyszenia zawodowe zaczęły mówić na temat rozwiązywania konfliktu interesów, ale jak do tej pory nie podjęto zdecydowanych działań. Nieustannie stosują wyrażenie „potencjalnego” konfliktu interesów, tak jak by to robiło jakąś różnicę, mówią o jawności i „zarządzaniu” nimi, nie zaś o zakazywaniu ich. Krótko pisząc, wydaje się istnieć chęć wyeliminowania widoku korupcji, ale pozostawienia pieniędzy. Złamanie zależności zawodu lekarza od przemysłu farmaceutycznego wymaga większego wysiłku niż tworzenie komisji. Wymaga ono ostrego przecięcia niebywale lukratywnego mechanizmu korupcyjnego. Jeśli jednak lekarze nie przetną owego mechanizmu z własnej woli, stracą zaufanie w społeczeństwie, a rząd (nie sam senator Grassley) zainterweniuje i narzuci swoje prawo. Żaden lekarz tego nie chce.

Marcia Angell
New England Journal of Medicine

Zrodlo: http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1808-koncerny-farmaceutyczne-i-lekarze-historia-korupcji.html
92
Ciekawe artykuły / Odp: 75 lat trucia
« Last post by BladyMamut on (Mon) 08.08.2016, 00:14:11 »
Badanie Tuskegee

Badanie Tuskegee – seria eksperymentów medycznych prowadzonych w latach 1932-1972 w miejscowości Tuskegee w Alabamie (Stany Zjednoczone) przy udziale Amerykańskiej Publicznej Służby Zdrowia (United States Public Health Service).

Badanie rozpoczęło się w 1932 i według pierwotnych założeń miało trwać ok. 6-9 miesięcy. Przeprowadzono je na grupie 600 czarnych farmerów. Spośród nich 399 było chorych na kiłę, a 201 osób stanowiło niezakażoną grupę kontrolną. PHS oznajmiło na początku, że leczenie ma być częścią badania, jednakże nie uzyskano żadnej użytecznej wiedzy pod tym kątem. Później odkryto, że PHS zdecydowało się na pozostawienie mężczyzn bez leczenia i pozwolono mężczyznom dojść do terminalnego stadium choroby i ostatecznie zgonu. Farmerzy myśleli, że otrzymują eksperymentalną terapię na „złą krew” w zamian za darmowe posiłki, a ich rodziny 50$ w przypadku śmierci. W rzeczywistości badanie było nastawione na poznanie przebiegu nieleczonej kiły i określenie czy choroba powoduje większe uszkodzenia w układzie nerwowym czy sercowo-naczyniowym oraz ustalenie różnic w przebiegu choroby u białych i czarnych. W 1947 penicylina stała się standardem leczenia kiły, ale mężczyznom nigdy nie powiedziano, że chorują na kiłę, ani też nie zaproponowano leczenia, nawet salwarsanem lub innym lekiem zawierającym arsen, które były dostępne do leczenia już na początku eksperymentu.

Eksperyment kontynuowano przez 40 lat i zakończono w 1972, długo po tym jak żony i dzieci zostały zakażone kiłą, a wielu mężczyzn umarło z powodu tej choroby. Oszacowano, że w wyniku nieudzielenia chorym dostępnej wówczas pomocy medycznej, w trakcie trwania eksperymentu zmarło ponad 100 osób. Badanie zakończono z powodu publikacji na ten temat w Washington Star. W związku z opisanym eksperymentem przeciwko rządowi wytoczono proces z powództwa cywilnego. Dokonano ugody poza procesem, w wyniku czego żyjący uczestnicy badania i ich potomkowie otrzymali 10 milionów dolarów odszkodowania. Po dokonaniu rekompensaty, rząd wprowadził akt prawny National Research Act, na podstawie którego instytucje rządowe miały obowiązek obserwowania i zaaprobowania wszystkich badań medycznych z udziałem ludzi.

Zrodlo: https://pl.wikipedia.org/wiki/Badanie_Tuskegee

Badanie Tuskegee: zabijanie ludzi w imię nauki
https://www.youtube.com/watch?v=SnpNBIgrL-s
93
Książki / Recentywizm - Józef Bańka
« Last post by BladyMamut on (Mon) 08.08.2016, 00:11:44 »
Józef Bańka - Krytyka rozumu cyfrowego.

Nie ma Platona i Arystotelesa, nie ma Aureliusza Augustyna, Tomasza z Akwinu, Kartezjusza, Kanta, Hegla, Marksa, Husserla, Sartre’a… czy zatem grozi nam pustka w zakresie filozofii fundamentalnej? Otóż nie. Twórczy mozół zbudowania takiej filozofii dla końca wieku XX i dla wieku XXI, epoki dominacji techniki i cyfryzacji, podjął Profesor Józef Bańka – stworzył mianowicie eutyfronicznie filozofię recentywistyczną. „Ta wyższa i bardziej duchowa forma naukowego potraktowania cywilizacji technicznej pojawiła się już w 1971 roku, bo to wtedy poświęciłem jej założycielski traktat w formie propozycji powołania do życia tzw. eutyfroniki, czyli nauki o ochronie człowieka przed skutkami cywilizacji w sferze psychiki wraz z próbą realizacji ważniejszych zamierzeń z jej programu” (s. 22–23). Traktat ów to Współczesne problemy filozofii techniki. Studium z zakresu eutyfroniki, wydany przez uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Przypomnijmy dla porządku powszechnie znane rozumienie eutyfroniczności: jest to, po prostu, prostomyślność, czyli słuszne rozumienie życia nie opierające się nawet na przesłankach naukowych, intuicyjnie niezawodne. […] „reguła prostomyślności […] pozwala «człowiekowi po cyfryzacji», który tu wystąpił jako pianthropus digitalis, zająć właściwe stanowisko wobec metamorfozy XXI wieku” (s. 22).

Od tej pory Autor opublikował ponad 50 naukowych dzieł o człowieku i współczesnej cywilizacji, pośród których zwłaszcza Ja teraz. U źródeł filozofii człowieka współczesnego (Katowice, wyd. „Śląsk”, 1983) i Recentywizm w teorii poznania praktycznego. Teraźniejszość jako czynnik recepcji kulturowej (Katowice, WUŚ, 1983) pełnią  także rolę chronoligicznego fundamentu eutyfronicznego recentywizmu.

Oczywiście, wszyscy wiemy i rozumiemy, że eutyfroniczny recentywizm jest filozofią idealnie prostomyślną i mówi o tym, co jest tu i teraz, a nie w ogóle gdziekolwiek i kiedykolwiek. Lecz nie sprowadzajmy „prostomyślności” w języku Autora do zwykłych, prostych konstrukcji ubogiego języka naszej powszechnej codzienności, czy do prostego, nieskomplikowanego, popularnego wykładu dostępnego każdemu słuchaczowi i czytelnikowi. Autor wyjaśnia, że nie idzie tu tylko o zwykłą prostotę mowy (co dobitnie prezentują Jego teksty), lecz także o poznawczą wrażliwość na wszelkie fakty, pomysły i poglądy. Czyli prostomyślący człowiek nie uprzedza się poznawczo, lecz dostrzega bez programowych ograniczeń i z jednakową życzliwą ciekawością wszystko, co jest w polu jego widzenia i myślenia. I objaśnia filozoficznie. „Tak powstaje metafizyka łącznie z peryontologią, która polega (ta ostatnia) na zamurowaniu każdego zdarzenia w silent (zaplecze wiedzy) cyfrowego trwania jego peryferiów, rozszczepionych na silent (zaplecze wiedzy) tego co byłe, i tego co przyszłe. Wedle tak rozumianej metafizyki zdarzeń henady wpływają na siebie, reagując (na zasadzie similis simili gaudet) – zjawiskami na zjawiska w sensie stawiania cyfrowych śladów” (s. 94).

Autor tego prostego wyjaśnienia już na początku księgi wyraża nadzieję, że „[…]czytelnik, który śledził uważnie nasze wcześniejsze, zawarte gdzie indziej, rozważania na temat recentywizmu[…]” (s. 19), bez trudu rozpozna w prostomyślnej relacji Autora to, o czym On pisze. Jeśli jednak, Czytelniku, nie śledziłeś uważnie owych rozważań, to ewentualne trudności rozpoznania, o czym pisze Autor, przypisz tylko swojej karygodnej gnuśności.

Aby poinformować, o czym Autor pisze w obecnej książce, najlepiej będzie przedstawić tu spis jej treści.

Książka (621 stron) składa się 16 rozdziałów zgrupowanych w 4 częściach + Wstęp i Zakończenie.

Wstęp, „Recentywizm jako kotwiczenie zagadki punktu wyjścia rozumu cyfrowego”. Część pierwsza, „Krytyka rozumu cyfrowego pozytywnego spełniającego się jako prawdziwość wypowiedzi zaistniałych w czasie teraźniejszym”, zawiera rozdziały: I „Event: uzdarzeniowienie mowy jako problem cyfryzacji prawdy, fałszu i wartości”; II „Silent, tło, czyli zaplecze wiedzy (ukryty „współczynnik milczenia”); III „Teoria jako sposób wypowiedzenia sensu zdarzenia”. Część druga, „Krytyka rozumu cyfrowego negatywnego, spełniającego się jako fałszywość wypowiedzi zaistniałych w czasie przeszłym i przyszłym”, zawiera rozdziały: I „Świat w końcówkach nicości, które spotykamy na początku i na końcu czasu jako zero bez cyfry, czyli w postaci śladów cyfrowych zachowań werbalnych; II „Adekwans i jego ekwans jako tło zdarzenia, które jest pomijalne jako zero bez cyfry, czyli ślad cyfrowych zachowań werbalnych”; III „<Nadwyżka> sensu świata jako <zdania g•dlowskie> systemu”; IV „Świat jako system cyfrowy niezupełny”. Część trzecia, „Krytyka rozumu cyfrowego wirtualnego spełniającego się jako wartość hipotetyczna wypowiedzi zaistniałych bez okolicznika czasu teraz, przedtem, potem”, zawiera rozdziały: I „Czy zdarzenia, które nie mają przeszłości i przyszłości, a więc urywają się jako zero bez cyfry w postaci śladów cyfrowych zachowań werbalnych, pozostają anonimowe?”; II „Wszechświat <małych wieczności>, które nigdy nie składają się na całość, czyli są nadmonadyczne”; III „Byłość bytu i niegotowość bytu do bycia aktualnie cyfrą”; IV „Solipsyzm, czyli halucynogen nieskończoności jako zera bez cyfry, urywającej się w postaci śladów cyfrowych zachowań werbalnych”. Część czwarta, „Eutyfronika jako krytyka rozumu cyfrowego” zawiera rozdziały: I „Między rozumem cyfrowym (phronesis) a rozumem serca (thymos)”; II „Pianthropus digitalis jako system cyfrowy niezupełny człowieka wielopojawieniowego”; III „Pianthropus digitalis” jako prostomyślność bezmyślnie utracona”; IV „Pianthropus digitalis jako prostomyślność wtórnie odnaleziona w postaci śladów cyfrowych zachowań werbalnych”; V „Od cyfroniki do eutyfroniki, czyli reductio ad humanum”. „Zakończenie” – „Z powrotem do etyki prostomyślności”.

Tak o książce informuje spis treści.

Lecz są jeszcze dwa teksty umieszczone zaraz za stroną tytułową, przed Wstępem.

Pierwszy to cytat z apokryfu Księgi Rodzaju Zagadka punktu wyjścia. „I wyciągnął Bóg swój Palec Boży, Digitus Dei, i powiedział: «Niech się stanie obraz i podobieństwo nasze, a na imię mu będzie pianthropus digitalis, co się tłumaczy: człowiek o cyfrowych dłoniach»”.

Drugi tekst to wyznanie Autora.

Ptaki Tagore
Był w dziejach moment taki, eh!
Gdy świat do świata nie pasował.
Struktury cyfrowe nie istniały.
Gdy ludziom widok jabłek trzech
Zastępował
Starszycki świat
I służył za – cyferblat cały!
Ten widok przyniósł mi
Wolność – ujętą liczbą <trzy>!
Mój umysł złamał Transcendencji szyfry;
Uchwyciłem związek z pojęciem <nic>,
Przestałem być zerem bez cyfry.
Przeskoczyłem niewyrażalne,
Świat – był do wzięcia!
Lecz stałem się cyfrowych śladów zbiorem –
Rozbitym na nieskończenie wiele kopii
W dziesiętnych rozwinięciach
Liczby <pi>…
W rękach została mi
Cyfrowa kiesa,
Świat – był nijaki!
Pośrodku tego ambarasu
Z pamięci komputera ocalały trzy
Zanikające cyfry:
Moje <Ja>,
Zaczytany Tagore
I jego Zbłąkane ptaki!
Różnica między nimi leży w przyjęciu
Na przekór zasady:
Zero stało się cyfrą;
Moje <Ja> – barkiem  Heraklesa,
Podtrzymującym świata oś
W przestrzeni ugięciu;
Ptaki Tagore – dzikim stadem,
Pokazującym wskroś
Przestrzeń do źródła czasu.

Zrodlo: http://www.kulturaswiecka.pl/node/926


O swoim filozofowaniu mówi prof. dr hab. Józef Bańka

http://www.sofia.sfks.org.pl/27_Sofia_nr9_Banka.pdf
94
Co to jest racjonalizm? Lekcja dla pseudoracjonalistów na przykładzie akcji propagandowej Stopstopnop

Nie zamierzam tutaj edukować ani przekonywać kogokolwiek do jakichkolwiek poglądów. Sprzeciwiam się jedynie manipulacji, kłamstwu oraz zawężaniu światopoglądu i ograniczaniu możliwości wyboru.
 
Tekst jeszcze doskonalę. Podczas lektury zadawaj sobie proszę pytania, czy to o czym tutaj czytasz:
jest doskonale zgodne z prawdą?
niesie dobro?
jest pożyteczne?
 
To są trzy sita Sokratesa. Informacja, która nie spełnia choć jednego z tych warunków nie jest warta rozpowszechniania. Jeśli więc znajdziesz dziury w niniejszym tekście, pisz do mnie.
 
Kto nie widział komiksu, który krytykuję, może obejrzeć go w serwisie ze śmiesznymi obrazkami Joe Monster.
 
“Nauka polega na krytycznej ocenie przedstawionych przez innych dowodów”. Ten komiks nie jest żadną nauką, a dowodów w nim jak na lekarstwo, lecz jeśli odniosę się do jego treści krytycznie, to może czytelnik będzie odporniejszy w pryszłości na wszelką propagandę.
 
(Cytaty z komiksu podaję kursywą).
 
Szczepienia działają
 
Jakie? Dla kogo? Kiedy?
 
Że nie wspomnę już o kluczowym pytaniu: w jaki sposób działają? (Bo pozytywnie czy negatywnie - jakoś na pewno działają).
 
Odpowiedzi na te pytania mogą być różne w zależności o jakich rodzajach szczepień (na na jakie choroby) mówimy.
 
Wrzucanie wszystkich szczepień do jednego worka to jak zatytułowanie prezentacji “Blondynki są głupie” albo “Faceci zdradzają”. Ten tytuł - jak zobaczysz - wyznacza poziom całego “komiksu”.
 
Oto fakty
 
Jak się przekonasz, w tej komiksowej prezentacji mamy nie tylko fakty.
 
Mamy również uogólnienia, przekłamania, manipulowanie, granie na emocjach.
 
Czy człowiek któremu zależy na prawdzie musi uciekać się do manipulowania emocjami? Obiektywna prezentacja faktów nie wystarczy?
 
Bądź ostrożny, kiedy dostrzegasz, że ktoś próbuje grać na Twoich emocjach. Możesz być wtedy pewien, że Twoje dobro nie ma dla niego znaczenia (niezależnie od jego deklaracji). Ma on dla którego osiągnięcia nie przebiera w środkach. Często nie jest to nawet jego cel, człowiek taki może być nieświadomym narzędziem w czyichś rękach.
 
Manipulanci mogą chcieć np.:
sprzedać Ci więcej swoich produktów
zdominować Cię, abyś przyjął ich światopogląd, myślał tak jak oni, ponieważ “oni wiedzą lepiej” (to zwycięstwo może być dla nich ważniejsze, niż korzyści finansowe - taki fanatyzm)
a nawet zasiać w Tobie strach tylko po to, aby odebrać Ci poczucie bezpieczeństwa (dlaczego? może sami cierpią na brak poczucia bezpieczeństwa i nie mogą znieść tego, że ktoś czuje się pewnie i bezpiecznie?)
albo wszystko na raz...
 
Ale co się dziwić, skoro mowa jest o szczepieniach. Ich fanatycy mają długą tradycję w manipulowaniu i propagandzie. Nawet jeden z czołowych promotorów szczepionek
Dr. Jacobson (z uważanej za bardzo prestiżową Mayo Clinic) stworzył prezentację do rozdania dla lekarzy, aby pomóc im rozmawiać z ludźmi, którzy nie chcą szczepić. Kilka slajdów jak trenuje się pracowników służby zdrowia.
 
“Nie planujcie dawać żadnych drukowanych informacji, nie planujcie wysyłania żądnych maili z linkami do informacji.
 
Przekonywać, a nie informować.” Slajdy znajdziesz tu.

W Polsce trenuje się na przykład tak:


Technologie medyczne rozwinęły się w ciągu ostatnich 100 latach bardziej, niż w całej historii ludzkości.
 
Czy to prawda? Tak. (Oczywiście doświadczyliśmy rozwoju nie tylko medycznych technologii). Ale dlaczego autor wspomina o tym na początku?
 
Zapewne chce, abyś podświadomie przyjął taki tok myślenia: skoro powyższe jest prawdą, to wszystko, co jest częścią owego rozwoju musi być lepsze, niż cokolwiek do tej pory. Rozwój jest przecież zawsze dobry, prawda?
 
Niekoniecznie. Co jest dobrego w tym, że ludzie zabijają się zamiast maczugami - mieczami, zamiast mieczami - muszkietami, zamiast muszkietami - laserami?
 
Z faktu, że technika się rozwinęła, nie wynika, że wszystko, co jest tego owocem zawsze i wszędzie jest dobre. Nawet więcej. Niektóre rozwiązania od początku są i zawsze będą drogą donikąd. Na przykład:
 
Nie da się za pomocą ustawy zlikwidować ubóstwa, choćby ustawa ta była coraz doskonalsza i coraz bardziej zaawansowana.
 
Nie da się zaprowadzić trwałego i autentycznego pokoju narzucając go przemocą, choćbyś dysponował coraz bardziej zaawansowanym rodzajem broni. (Prawdopodobnie zasada ta dotyczy każdej walki, również walki z chorobami. Hipoteza jest taka: walka z chorobami to droga donikąd, jak walka z ciemnością. Skuteczniejsze jest dbanie o utrzymanie, ewentualnie przywrócenie, zdrowia. Jak zapalenia światła.).
 
To trochę tak jak w jednym z paradoksów Zenona: strzała wystrzelona do celu, która przebywa co sekundę połowę drogi nigdy do celu nie dotrze. Niezależnie od tego jak długo będzie leciała i jak blisko będzie celu, jest on poza jej zasięgiem. (Dlatego sceptycznie podchodzę do fanfarów oznajmiających rzekome zwycięstwo nad czymś. “Usunęliśmy objaw choroby, teraz jest pan zdrowy!” “Dobrze nam idzie, wydajemy miliardy na walkę z tą chorobą. Jeszcze kilkaset milionów i wygramy.” - i tak od dziesiątek lat).
 
A wracając bezpośrednio na pole medycyny:
 
“W 2002 r. amerykański Narodowy Instytut Serca, Płuc i Krwi zakończył ośmioletnie badania nad czterema grupami leków służących do obniżenia ciśnienia. Okazało się, że najskuteczniejszy okazał się lek najtańszy, sprzed 50 lat. Ale najlepiej sprzedawał się na świecie lek znanego koncernu farmaceutycznego - 19 razy droższy.” http://www.tfe.edu.pl/aptekarz/Aptekarz-2005-13-suplement.pdf
 
Zobacz, jaki rozwój! Ale w dziedzinie marketingu i dojenia pacjentów.
 
Zastanówmy się również, dlaczego na obrazku jest “człowiek”, który potrzebuje interwencji medycznej? Przecież szczepionki to zabiegi prewencyjne (bo nawet nie profilaktyczne, ponieważ w dbaniu o zdrowie najpierw mamy:
profilaktykę (nie wiąże się z interwencją), a jeśli ona zawiodła, to mamy zabiegi:
prewencyjne, a dopiero jeśli te zawodzą to pozostają nam:
interwencje medyczne).
 
Z potrzeby postępowania prewencyjnego można wyciągnąć tylko jeden wniosek: brakło postępowania profilaktycznego, bądź było ono nieskuteczne. W przeciwnym bowiem razie nie zaszłaby potrzeba postępowania prewencyjnego. http://portal.bioslone.pl/zanim_pozwolisz_zaszczepic_dziecko
 
Domyślam się, że znów chodzi o manipulację. Interwencje medyczne mają zdecydowanie większą skuteczność i sensowność niż zabiegi prewencyjne. Prawie nikt nie zastanawia się, czy ze skomplikowanym złamaniem udać się do specjalisty.
 
W wielu innych przypadkach (np. jeśli cierpisz na przewlekłą chorobę cywilizacyjną) masz podstawy poważnie zastanawiać się, czy medycyna alopatyczna jest w stanie Cię wyleczyć. Jakąkolwiek interwencją. Bo widzisz wiele faktów podających to w wątpliwość.
 
“Czy lekarze informują pacjentów o tym, że w przypadku raka piersi u kobiet przeżywalność w okresie 10 lat po rozpoznaniu wynosi 90% bez poddawania się chemioterapii i 92% po zastosowaniu chemioterapii? Czy dla tej statystycznie znikomej różnicy warto ryzykować własne zdrowie, poddając się drakońskiemu truciu organizmu i drastycznemu obniżeniu komfortu życia? http://www.rak-stop.pl/
 
W Australii przeanalizowano dane statystyczne za lata 1990-2004 dotyczące wyników leczenia 22 rodzajów raka. Stosowanie chemioterapii zwiększa szanse na 5 letni okres przeżycia tylko o 2,2%! http://germanska.pl/index.php/medycyna-wspolczesna/co-to-oznacza/chemioterapia/skutecznosc-chemioterapii

Chemioterapia najpierw pomaga, a później zabija

Widzisz ponadto ludzi latami borykającymi się z przewlekłymi schorzeniami, na które lekarstwa nie działają.
 
Są i tacy, którym lekarze powiedzieli: nie mamy dla Was ratunku, nie macie szans na przeżycie. A oni przeżyli.
 
Wkrótce na rynku polskim ukaże się tłumaczenie książki dr Kelly Turner “Radical Remission” - autorka szukała cech wspólnych w działaniach podjętych przez osoby, które wg medycyny miały umrzeć na raka, ale się nie poddały i nie umarły.
 
Dr. Ruth Heidrich. Przeżyła swego onkologa o 30 lat. Zdobyła ponad 900 trofeów startując w triatlonach i maratonach po tym, jak uzdrowiła się z czwartego stadium raka piersi w 1982 roku (bez stosowania chemioterapii ani radiacji).
http://www.chrisbeatcancer.com/she-healed-breast-cancer-with-nutrition-then-won-iron-man/
 
To co, kiedy i na kogo działa?
 
Autor komiksu chce jednak, abyś nie miał tego rodzaju pytań i wątpliwości. Chce, abyś myślał o prewencyjnych szczepieniach tak jak o interwencjach medycznych: jakby te pierwsze były tak samo skuteczne, bezpieczne, niezawodne i pozbawione alternatyw co np. składanie złamanej kości. Nie jest to pewne.
 
W ogóle w medycynie mało co jest pewne. To nie matematyka. Ostatecznie to w ogóle nie jest nauka (do tego zaskakującego dla wielu twierdzenia jeszcze powrócę).

Bywa, że po kilkudziesięciu latach stosowania operacji okazuje się jednak, że nie jest ona skuteczniejsza, niż placebo. “Dalsze badania zakwestionowały słuszność teorii, na której opierała się operacja podwiązania tętnic. Nie istnieje bezpośred­nie połączenie między tętnicami sercowymi a podwiązywanymi ar­teriami, a więc blokowanie tych drugich nie zwiększa przepływu krwi w sercu. Dlaczego więc przez tyle lat operacja ta przynosiła pozytywne rezultaty? Być może dlatego, że efekt placebo to fakt i może on oddziaływać na organy wewnętrzne, na przykład poprawiając przepływ krwi w sercu i zmniejszając ból.”
"Cień Hipokratesa. Tajemnice Domu Medycyny", David H. Newmann
 
Czy wiesz, co jest najczęstszymi przyczynami zgonów w tak zaawansowanym technologicznie kraju jak USA? Nr. 1 - atak serca. Nr. 2 - rak. Nr 3. - Działalność lekarza lub terapie (tzw. zgony jatrogenne). http://www.dobrametoda.com/ARTYKULY/lekarze_przyczyna_zgonow.htm
 
Czy wiesz, że “W ciągu kilku lat wykazano błędność twierdzeń w około dwóch trzecich badań opublikowanych w najlepszych czasopismach medycznych. Aż 90% wiedzy medycznej lekarzy zostało uznane za zasadniczo lub całkowicie błędne. (...) W rzeczywistości masz szansę 1 do 12, że diagnoza lekarza będzie błędna do tego stopnia, że doprowadzi do uszczerbku na Twoim zdrowiu.” http://content.time.com/time/health/article/0,8599,1998644,00.html
 
Mimo wszystko jesteśmy zapewne wdzięczni za rozwój technologii, również medycznych. Są przypadki, w których rzeczywiście odnosimy korzyści. Nie traćmy jednak czujności i nie dajmy się manipulować.
 
Może z rozwojem technologii jest tak jak z rozwojem cywilizacji, którego efektem są epidemie chorób - nazwa nie jest przypadkowa - cywilizacyjnych?
 
Jeśli będziemy bezkrytycznie zapatrzeni w rozwój i technologie, nie będziemy szukać dróg do budowy takiej cywilizacji, której rozkwit nie skutkuje epidemią chorób cywilizacyjnych.
 
I do nas będzie tyczyło się niemieckie przysłowie: Co z tego, że idziemy ciągle do przodu, skoro droga prowadzi donikąd?

MAN
https://www.youtube.com/watch?v=WfGMYdalClU&feature=youtu.be

Budowa cywilizacji dopiero przed nami. Kiedy nasze społeczeństwa nie będą potrzebować policji, wojska, zakładów karnych, sądów - wtedy dopiero będziemy mogli mówić o cywilizacji (cytuję z pamięci futurologa J. Fresco).
 
Prawdopodobnie wtedy nie będziemy potrzebować również służby zdrowia. Przynajmniej nie w obecnej formie. Przewiduję, że lekarz przyszłości będzie raczej doradzać jak żyć, aby zachować zdrowie, niż aby leczyć choroby. Uczyć jak zapalać światło, a nie jak walczyć z ciemnością.
 
Szkoda, że autor komiksu nie zilustrował takiego dialogu jaskiniowców:
W czym problem?
Czuję, że mam wadliwy gen, który w przyszłości może spowodować raka. Pomóż.
 
Kiedyś ofiary chorób zakaźnych widzieliśmy na każdym kroku. Dzisiaj w krajach rozwiniętych to rzadkość...
 
Trzymajmy się faktów, proszę. Kiedyś nie mogliśmy widzieć, przynajmniej większość z nas nie mogła, ponieważ wtedy jeszcze się nie narodziliśmy.
 
Autor zapewne chciał powiedzieć (lecz poniosły go emocje), że kiedyś ofiary chorób zakaźnych widać było częściej. Tylko że kiedyś… Wiele rzeczy się zmieniło w międzyczasie. Warunki sanitarne, dostęp do czystej wody pitnej, dieta i warunki życia (dzieciaki nie pracują w kopalniach, przynajmniej nie u nas). Wszystko to ma wpływ na funkcjonowanie układu odpornościowego, od czego zależy czy zachorujesz, czy nie.
 
I proszę porównaj przy okazji ilość zachorowań na choroby cywilizacyjne w krajach rozwiniętych z ilością tych zachorowań w krajach nie rozwiniętych (do których jeszcze nie dotarły wszystkie “dobrodziejstwa” zachodniej cywilizacji). Od otyłości, przez cukrzycę po raka. Jeśli płacimy taką cenę za rozwój, to albo nie jest to rozwój, albo nie w tym kierunku idziemy, albo zwyczajnie nie potrafimy korzystać z osiągnięć techniki.
 
Chyba to ostatnie. Bo skoro na likwidację głodu na świecie wystarczy 30 miliardów dolarów, skoro pieniądze przeznaczane na zbrojenia mogłyby zapewnić dach nad głową dla każdego mieszkańca Ziemi, to chyba coś z nami jest nie tak. Debatujemy, czy przypadkiem szczepienia nie są częścią tego, co jest nie tak...
 
i zawdzięczamy to przede wszystkim szczepieniom.
 
A wniosek został wyciągnięty na podstawie? W jaki sposób wyliczono, że przede wszystkim dzięki szczepieniom, a nie np. przede wszystkim poprawie higieny, diety, warunków socjalnych i sanitarnych?
 
Czy autor czerpał wiedzę z takich materiałów propagandowych, jak ten poniżej?
 
We wczesnych latach wieku dwudziestego każdego roku w Wielkiej Brytanii umierało na tężec około 200 osób. Szczepienia wprowadzono powszechnie w 1961 roku i w latach siedemdziesiątych tężec był chorobą rzadko dotykającą dzieci w Wielkiej Brytanii. http://www.ovg.ox.ac.uk/tetanus
 
Czytasz i myślisz: szczepienia nas uratowały. No tak miało Ci się wydawać po lekturze. Co więcej, nie napisali kłamstwa, same fakty. Niektóre.
 
Zobacz jednak jak przez ponad pół wieku przed wprowadzeniem szczepień spadała śmiertelność na tężec: https://childhealthsafety.files.wordpress.com/2009/01/0707272tetanus.jpg
 
Ten wykres ukazuje, że wprowadzenie szczepionki na tężec było w zasadzie zbędne i naraziło dzieci przede wszystkim na niepożądaną reakcję poszczepieną. (...) Jeśli zmniejszenie śmiertelności na tężec w latach pięćdziesiątych wynika z czegoś innego niż po prostu kontynuacji nieprzerwanego spadku z lat ubiegłych (będącego skutkiem lepszych standardów życia), to dwiema najbardziej prawdopodobnymi przyczynami są: mniejsza ilość pracowników na farmach i wprowadzenie systemu powszechnej opieki zdrowotnej po II Wojnie Światowej. https://childhealthsafety.wordpress.com/graphs/
 
W wolnej chwili przeczytaj również opracowanie Jak wymierały epidemie.
 
Pomimo ewidentnych i przytłaczających dowodów [których oczywiście w tej historyjce nie uświadczysz, zapewne dlatego, że tu nie chodzi o dowodzenie, lecz propagandę], ludzie wciąż zadają pytania i mają wątpliwości. To jest normalne.
 
Równie dobrze można napisać: Pomimo ewidentnych i przytłaczających dowodów, że niektóre szczepionki w niektórych przypadkach szkodzą (i mogą nawet spowodować śmierć), ludzie wciąż zadają pytania, jak to możliwe. Tak trudno im pogodzić się z faktami, że ktoś mógłby ryzykować zdrowie ich dzieci. To normalne (nie ryzyko w imię “większego dobra”, lecz że ciężko w to uwierzyć).
 
Ręką w górę, kto wie, że w USA istnieje specjalny fundusz, z którego wypłacane są pieniądze dla ofiar szczepień. Środki finansowe w funduszu pochodzą od producentów szczepionek. Całość jest regulowana specjalnym prawem. Chodzi o to, aby ludzie nie mogli pozywać na normalnej drodze sądowej producentów szczepionek.
 
Od roku 1986 ofiarom szczepień w USA wypłacono z rzeczonego funduszu prawie dwa miliardy dolarów odszkodowań. To naprawdę jest normalne, że w związku z tym ludzie mają wątpliwości.
 
Przyjrzyjmy się bliżej

Tak głosi transparent ciągnięty przez... strzykawkę ze skrzydełkami. Do licha, cóż to? Jakiś nowy symbol racjonalizmu? Ewolucji może? Skrzyżowanie strzykawki z aniołkiem. Dowód, że nawet naukowcy wierzą w anioły? Czy raczej komunikat wyrażony przez podświadomość autora: szczep się, szczep, pofruniesz do nieba. Może w gruncie rzeczy sam jest pełen wątpliwości? Nic dziwnego, w obliczu takich faktów...
 
Dla mnie jest to ewidentny dowód na to, iż komiks jest prywatną inicjatywą, nie powstał za pieniądze jakiegokolwiek koncernu. Firma bowiem wynajęłaby specjalistów od PR-u - oni nie pozwoliliby na podobną kompromitację.
 
Ale przyglądajmy się, tak, bliżej. I jeszcze bliżej. Aż ludzie wreszcie zrozumieją, o jakie przekręty i zbrodnie tutaj chodzi.
 
Pod koniec XVII wieku ospa zabijała setki tysięcy ludzi każdego roku.
 
Chwileczkę, ten komiks (uwielbiam poważne komiksy oparte na faktach, naprawdę, czytałem ich wiele: Asterix, Kajko i Kokosz, Lucky Luke, Spiderman, a może… może to jednak nie było na faktach; nie ważne teraz). Czy ten komiks mówi o zmniejszaniu umieralności, czy zmniejszaniu ilości zachorowań (czego skutkiem może być czasem mniejsza ilość - ewentualnych, e-wen-tu-al-nych - powikłań)? Czy raz o jednym, raz o drugim, jak autorowi wygodniej.
 
To są dwie różne kwestie:
zmniejszanie umieralności
zmniejszanie zachorowalności.
 
Pierwszą kwestię można zilustrować wykresami takimi jak ten tutaj: http://www.thrive-living.net/2014/04/-vaccination-risk-constitutional-parental-rights.html
 
Więcej wykresów znajdziesz tu: http://www.dissolvingillusions.com/graphs/
 
W skrócie sytuacja wygląda tak. A zresztą, co się będę produkował, skoro ktoś już to zrobił: https://faktyoszczepieniach.wordpress.com/szczepionki-nas-nie-uratowaly-cz-i-usa/
 
Wtedy Edward Jenner zauważył, że mleczarki, które wcześniej chorowały na mniej szkodliwą - krowią odmianę ospy, nie zarażały się czarną ospą. To była pierwsza szczepionka.
 
Może pierwsza produkowana przemysłowo? Bo przecież zwyczaj wcierania w nacięte ramię zdrowego dziecka sproszkowanych strupów chorego przybył do Europy z Turcji przez Anglię. Ale rozumiem, że historyjki obrazkowe potrzebują bohaterów i autor dokonał tutaj jakiegoś skrótu myślowego.
 
Niejednego zresztą, jak wnioskuję z poniższego cytatu (chyba że gdzieś w nim jest błąd, to proszę o sprostowanie):
 
"Przed tym jak Edward Jenner wprowadził swoją szczepionkę przeciwko ospie (około 1800 roku), w Anglii współczynnik śmiertelności z powodu tej choroby zaczął spadać już 200 lat wcześniej i obniżył się z 500 do 200 na 100 tys. populacji. Do czasu kiedy zostały wprowadzone obowiązkowe szczepienia, czyli do 1852 roku, śmiertelność ta spadła jeszcze bardziej, bo aż do 40 osób na 100 tys. mieszkańców. Jest znamienne, że pomiędzy latami 1867 a 1889, w okresie rygorystycznie przestrzeganych obowiązkowych szczepień, współczynnik śmiertelności wzrósł z 28 do 45 na każde 100. tys. osób."
 
Trzeba by również zapytać, czy odporność wywołana sztucznymi zabiegami (jak zmienił się skład szczepionek przez sto kilkadziesiąt lat?) jest identyczna z odpornością wywołaną naturalnym procesem (przechorowaniem danej choroby)?
 
Jak długo utrzymuje się odporność po szczepieniu przeciw wzw B?
Odporność po zastosowaniu pełnego cyklu szczepień jest długotrwała (ponad 20 lat, a prawdopodobnie przez całe życie).
Dr n. med. Hanna Czajka, Poradnia Pediatryczna Szczepień dla Dzieci z Grup Wysokiego Ryzyka, Wojewódzki Specjalistyczny Szpital Dziecięcy im. św. Ludwika w Krakowie
 
Jak długo utrzymuje się odporność po szczepieniu przeciw wzw A?
Odporność po zastosowaniu podstawowego cyklu szczepień (2-ch dawek szczepionką monowalentną lub 3-ch dawek szczepionką skojarzoną wzw A+wzw B) utrzymuje się wiele lat.
Dr hab. n. med. Ewa Augustynowicz, Zakład Badania Surowic i Szczepionek, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego - PZH
 
Prawdopodobnie przez całe życie. Wiele lat. Nauka oparta na dowodach, co? Fakty, tak?
 
O więcej spytaj lekarza - które szczepionki dają odporność na całe życie, a które wymagają powtarzania szczepień do końca życia.
 
Rany, spytaj w ogóle jaka jest skuteczność szczepionki, jaka jest gwarancja, że nie zachorujesz na chorobę, przeciw której jesteś szczepiony. Bo czytałem już wykręty u zwolenników przymusowych szczepień, iż szczepionka wprawdzie nie daje gwarancji, że nie zachorujesz, ale obniża ryzyko poważnych skutków ubocznych, czy jakoś tak…
 
Bądź świadomym konsumentem. Za szczepienia płacisz. Dopytaj za co płacisz. Kto i co ci gwarantuje. Jeśli kupujesz auto lub komputer, kupujesz z gwarancją. Czy może nie?
 
Szczepionki są jak siłownia dla naszego ciała. Używają martwych lub uszkodzonych wirusów, by prowokować reakcję immunologiczną, bez zapadania na pełną chorobę.
 
Siłownia. Niezamierzenie trafne porównanie. Oglądałem kiedyś film o trenowaniu kandydatów do Legii Cudzoziemskiej. To nie napakowani siłacze dają radę morderczym treningom, lecz mężczyźni często niepozorni, szczupli, ale za to z charakterem i siłą woli. Nadmuchani “pakerzy” z siłowni zwykle szybko “pękają”.
 
Także nie dziwmy się, że niektórzy wolą pracować w polu, wspinać się po górach i uprawiać inne tzw. naturalne formy aktywności fizycznej, zamiast koksować się i budować muskulaturę przed lustrem na sali siłowni, korzystając z technicznie zaawansowanych maszyn do ćwiczeń. (Fani kina lat 80-tych przypominają sobie porównanie metod treningowych Rocky’ego i Ivana Drago https://www.youtube.com/watch?v=b6w4XtsfyVo).
 
Jaki by nie był rozwój technologiczny, trudno aby wpłynął on na fakt, iż najzdrowsze, najskuteczniejsze rodzaje aktywności fizycznej to te naturalne, takie jak chodzenie lub choćby seks.
 
“Żadna z tych [najbardziej długowiecznych] społeczności specjalnie nie ćwiczy fizycznie, przynajmniej nie w taki sposób jak o tym zwykliśmy myśleć. Całe ich życie opiera się jednak na ciągłej aktywności fizycznej. Te stuletnie kobiety z Okinawy, wstają i siadają na podłodze, 30 do 40 razy dziennie.
Sardyńczycy żyją w wielopiętrowych domach, chodzą więc po schodach. Każde wyjście do sklepu, kościoła albo do znajomych to okazja do spaceru. Nie mają specjalnych udogodnień. Nikt za nich nie pracuje w polu ani nie sprząta w domu. Jak robią ciasto, robią wszystko ręcznie. To są właśnie ich ćwiczenia. Zużywają kalorie tak samo jakby ćwiczyli na siłowni. Więc zasadniczo każdy wysiłek to coś co sprawia im przyjemność.” http://www.ted.com/talks/dan_buettner_how_to_live_to_be_100/transcript?language=pl
 
Nie dziwmy się zatem, że również jeśli idzie o trenowanie swego układu odpornościowego niektórzy wybierają bardziej naturalne rozwiązania, niż “siłownia”. (Wiem, że wielu zwolenników przymusowego szczepienia ma alergię na słowo “naturalne”. Wyjaśnię więc: ciało kobiety jest naturalne. Ciało lalki z sexshopu - nie jest naturalne. To zrozumiałe dla większości ludzi. Co nie wszyscy zrozumieją, to że ciało kobiety dostarcza o wiele więcej, niż ciało lalki z sexshopu. Związki międzyludzkie, rodzina - takie tam naturalne zjawiska).
 
Dodajmy od razu, że same martwe lub uszkodzone wirusy nie byłyby w stanie sprowokować odpowiedniej reakcji odpornościowej organizmu. Potrzebne są dodatkowe związki chemiczne, które stymulują tę reakcję. Adjuwanty. Czasem wywołując również reakcje autoimmunologiczne.
 
Mechanizm działania adiuwantów, ze względu na ich różny charakter chemiczny, nie jest ściśle określony, wydaje się natomiast, że jedną z głównych ich właściwości jest spowolnienie uwalniania antygenu. Według teorii niebezpieczeństwa adiuwanty mogą także dostarczać tzw. sygnału niebezpieczeństwa. http://pl.wikipedia.org/wiki/Adiuwant_%28immunologia%29
 
Czy medycyna oparta na “wydaje się”, “mogą”, to dobry pomysł dla dziecka?
 
Ponadto: szczepionki nie dostają się do organizmu w taki sposób, jak naturalne infekcje. Nie wiem, czy jest to regułą, ale np. odra jest wdychana, a szczepionka - wstrzykiwana. Jakie to ma znaczenie? Po wstrzyknięciu do krwioobiegu oddziaływanie mieszanki na układ nerwowy jest szybsze i silniejsze, niż przy wdychaniu patogenów i przetwarzaniu przez układ limfatyczny.
 
I zadajmy nieśmiało pytanie czy “pełna choroba” zdrowemu organizmowi (ze zdrowym silnym układem odpornościowym) jest naprawdę straszna?
 
Szczepionki nie dostają się do organizmu w taki sposób, jak naturalne infekcje. Np. odra jest wdychana, ale szczepionka jest wstrzykiwana. Ekspozycja układu nerwowego przebiega o wiele szybciej, niż przy normalny wdychaniu i przetwarzaniu przez układ limfatyczny.
 
Od tego momentu Twoje ciało ma czas, by rozwinąć właściwe przeciwciała i zdobyć odporność.
 
Może zdobyć odporność, a może jej nie zdobyć (tak jak może zaregować nieporządanym odczynem poszczepiennym). Cała literatura medyczna dowodząca “skuteczności szczepień” dowodzi tego, że szczepienie działa jeśli idzie o wytworzenie przeciwciał. Czy to skutkuje jednak odpornością? Różnie bywa.
 
Czy zdobyta za pomocą szczepionki odporność będzie identyczna z tą nabytą po chorobie?
 
Jeśli ktoś został zaszczepiony w przeszłości przeciwko ospie, kiedy szczepienia były rutynowe, czy ta szczepionka będzie nadal chroniła przed ospą?
Niekoniecznie. Nie można być pewnym, że osoby, które zostały zaszczepione na ospę przed rokiem 1972, nadal są chronione przed tą chorobą. Zakłada się, że osoby, które w przeszłości miały tę szczepionkę też mogą zachorować na ospę, jako że nie ma pewności co do tego, jak długo szczepionka chroni przed wirusem ospy. Ogólnie szacuje się, że szczepionka przeciwko ospie chroni przez okres 3-5 lat, co oznacza, że nawet osoby szczepione w przeszłości mogą zachorować na ospę. Odporność może zostać wzmożona w razie potrzeby poprzez jedną dodatkową szczepionkę.
Przebyta w przeszłości choroba ospy pozostawia trwałą odporność.
https://www.stclaircounty.org/offices/health/forms/FactSheets/Smallpox%20%28Polish%29.pdf
 
Czyli odporność poszczepienna (przynajmniej w niektórych przypadkach) powinna być odnawiana przez kolejne szczepienia. Czyli zostajesz klientem koncernu farmaceutycznego na całe życie. Jeśli wierzysz w to, że się opłaca.
 
Dr Sherri Tenpenny: "Oczekuje się, że globalny dochód ze szczepionek osiągnie $ 57 MILIARDÓW do roku 2019, wzrost z $ 33 MILIARDÓW w roku 2014. Kiedy zaczynałam badać ten temat 14 lat temu, ten sektor był warty około $ 10 MILIARDÓW."
 
Po wprowadzeniu szczepień czarna ospa została wyeliminowana na całym świecie. Również takie choroby, jak polio, odra, świnka i różyczka są już na ostatniej prostej.
 
Po pierwsze: dżuma, trąd, grypa hiszpanka, dur brzuszny, angielskie poty, cholera, syfilis, kiła, rzeżączka, gruźlica, żółta febra, szkarlatyna - gdzie są te choroby dzisiaj? Gdzie się podziały bez powszechnych szczepień?
 
Po drugie, zaledwie 10 proc. populacji było kiedykolwiek szczepione na ospę. Jak można twierdzić, że wyeliminowaliśmy ją w ten sposób?
Czytałem również, że polio zniknęło również w innych częściach świata, gdzie szczepienia nie były rozpowszechnione. Zwolenniku przymusowego szczepienia cudzych dzieci - prawda to czy fałsz? Tylko nie pisz mi proszę, że nie trzeba do tego się odnosić, ponieważ “to bzdury wyciągnięte z kinola Iana Sinclaira” (autora książki “Szczepienia - niebezpieczne, ukrywane fakty”).
 
I ponownie pytam: rozmawiamy o zmniejszaniu śmiertelności czy zachorowalności? Ta pierwsza spadała często na długo przed wprowadzeniem szczepień. Także najprawdopodobniej mamy tu do czynienia z koincydencją, współwystępowaniem, nie zaś związkiem przyczynowo skutkowym. Zresztą trzeba by przeanalizować przypadek każdej szczepionki.
 
Nie zapominajmy również o tym, że szczepienia działają w jeszcze jeden, niepożądany sposób. Mogą również powodować gorsze choroby niż te, przeciw który rzekomo działają. Np.: tysiące przypadków polio poszczepiennego w Indiach, pierwsza szczepionka na polio w USA http://pl.wikipedia.org/wiki/SV40
 
Jeśli szczepionki dają mi odporność, to czemu mam się szczepić przeciwko grypie co rok?
 
Jeśli dają. Szczepionki prowokują Twoje ciało do wytworzenia antygenów. O tym mówi literatura medyczna dowodząca ich skuteczności. A czy efektem tego będzie odporność, pożyjesz, zobaczysz.
 
Które ze szczepionek dają odporność trwałą, na całe życie? A które wymagają ponawiania szczepień? Które dają odporność identyczną jak naturalne przechorowanie choroby? Przypominam pytania postawione już podczas analizy nagłówka tego komiksu.
 
Ewolucja to ciągły wyścig zbrojeń. W czasie, kiedy Ty nabywasz odporność, patogeny próbują obejść Twój system obrony. Grypa jest w tym naprawdę dobra.
 
Wyścig zbrojeń? Naprawdę? Litości. Do dzieci bawiących się do późna na podwórku autor też woła w tym samym stylu: “Kochani, skryjmy się w domu, bo nadciąga ciemność”?
 
Może autor za dużo czasu strzela w grach komputerowych lub zbyt często ogląda hollywodzkie megahity. Jeśli tak, polecam poczytać lub posłuchać informacji z innych źródeł. Willigis Jager, niemiecki benedyktyn i mistrz zen mówi na przykład tak: “Miłość jest kluczem do zrozumienia ewolucji.” https://www.youtube.com/watch?v=Ib9Sx0SGgXk
 
Albo zapoznać się z mapą rozwoju świadomości (psychiatry Davida R. Hawkinsa): http://nowe-horyzonty.net/pl/index.php?page=Hawkins_DR_Mapa_swiadomosci Jak myślicie, na jakim poziomie ewolucji jest autor komiksu? Ja obstawiam 175.
 
To są ważne kwestie, o kolosalnym znaczeniu dla zdrowia. Jaki wiat chcesz współtworzyć dla swego dziecka? Świat ciągłej gotowości do walki, zbrojeń, bólu, cierpienia, nieufności, agresji (pamiętaj, że takie postawy osłabiają układ odpornościowy człowieka)? Czy może świat życzliwości, braterstwa, miłości i pokoju?
 
Słuchając ludzi nie patrz na same liczby, lecz spójrz również w imieniu jakiego świata, w imieniu jakich wartości oni przemawiają.
 
Owszem, patogeny mutują. Zwłaszcza jak człowiek gania za nimi ze swoją technologicznie zaawansowaną maczugą. Patrz przypadek bakterii traktowanych przez dziesięciolecia antybiotykami.
 
Bakterie mutują w super bakterie. Co człowiek na to? Czy będzie budować zdrowie, utrzymując organizm w stanie homeostazy tak że w obliczu naturalnie działającego układu odpornościowego patogeny “nie mają czego w nim szukać”? Nie, naukowiec lubi wojenkę. Szuka mocniejszej broni, niż antybiotyki. Teraz będzie prowadzić wojnę informacyjną i utrudniać bakteriom komunikację. Ktoś przyjmuje zakłady jak odpowiedzą bakterie? Chyba nawet przedszkolak się domyśli. Skoro chciałeś wyścigu zbrojeń...
 
Czy jeśli nabywamy naturalną odporność, to patogeny również wtedy próbują ją przechytrzyć, mutują, stają się coraz agresywniejsze?
 
Każdego roku naukowcy próbują przewidzieć, który szczep grypy będzie najpopularniejszy, tak by wyprodukować na niego szczepionkę.
 
To astrolodzy lub wróżki próbują przewidywać. Ale słowa autora mnie nie dziwią, ponieważ medycyna niewiele ma wspólnego z nauką. To nie jest nauka. Chociaż próbuje stosować naukowe narzędzia. Z lepszym lub gorszym rezultatem.
 
Wyobraź sobie naukowców, którzy próbują przewidzieć, który model samochodu będzie jeździł (nie “najlepiej jeździł”, lecz w ogóle jeździł). Potem go produkują, sprzedają i - oczywiście - reklamują (bo kto go inaczej kupi). Szerokiej drogi takim autem.
 
W nauce dwa plus dwa daje cztery. Zawsze. Niezależnie od czasu, wyznania, przekonań, wiary. Wsiadasz w pociąg z Warszawy do Gdańska i wiesz, że nie dojedziesz do  Krakowa. Jeśli wsiadasz w pociąg medycznej terapii, nigdy nie wiesz, gdzie dotrzesz. Może ci się polepszy, może pogorszy, może doświadczysz skutków ubocznych. Może nie przeżyjesz.
 
No i spróbuj bez wiary poddać się zabiegom medycyny, która “nie wymaga wiary”.
 
Słyszałam, że szczepionki powodują autyzm.
 
Niestety, nie wszyscy tylko słyszeli. Niektórzy wychowują dzieci, które dostały autyzmu akurat po szczepieniach. Koincydencja, współwystępowanie, przypadek - powiedziałby zwolennik szczepienia cudzych dzieci. Powiedzcie to tym rodzicom. Tylko się nie zagalopujcie się jak Brian Deer, dziennikarz oskarżający Wakefielda, który w takich słowach potrafi zwrócić się do “antyszczepionkowych oszołomów”:
 
“The festering nastiness, the creepy repetitiveness, the weasly, deceitful, obsessiveness, all signal pathology to me. And they wonder why their children have problems with their brains.” [SPRAWDZIĆ TŁUMACZENIE]
"Złośliwość, przerażaja powtarzalność, kłamliwość, obsesyjność - to wg mnie świadczy o ich patologi. I oni zastanawiają się, dlaczego ich dzieci mają problemy ze swoimi mózgami."
 
Producenci również słyszeli, dlatego tak potrafią pisać w ulotkach dołączanych do szczepionek (zwróćcie uwagę, że w ogóle piszą, kto ich do tego zmusił? Instytucje rządowe? To pokazuje, że nie mamy do czynienia z żadnym zorganizowanym spiskiem rządu i producentów, lecz raczej zwykłym ludzkim burdelem, głupotą i ignorancją):
 
"Działania niepożądane obserwowane po wprowadzeniu szczepionki Tripedia: małopłytkowość samoistna, SIDS, reakcja anafilaktyczna, zapalenie tkanki łącznej, autyzm, konwulsje/drgawki toniczno-kloniczne, encefalopatia, hipotonia, neuropatia, senność i bezdech. Wydarzenia zostały uwzględnione w tej liście ze względu na powagę i częstotliwość zgłoszeń. Ponieważ te zdarzenia są zgłaszane dobrowolnie z populacji o nieznanej wielkości, nie zawsze jest możliwe wiarygodne oszacowanie ich częstości lub ustalenie związku przyczynowo-skutkowego ze składnikami szczepionki Tripedia." http://www.fda.gov/downloads/BiologicsBloodVaccines/Vaccines/ApprovedProducts/UCM101580.pdf
 
The Lancet. Pytanie: Czy szczepionki powodują autyzm? O:. Nie. Ten mit powstał w 1998 roku, kiedy angielskie czasopismo medyczne opublikowało pracę, której autor wiązał autyzm ze szczepieniami MMR (odra, świnka, różyczka).
 
Czy ów odsądzany od czci i wiary autor, Wakefield, nie napisał ze współpracownikami:
 
Nie dowiedliśmy związku między szczepionką MMR a opisywanym syndromem. Trwają odpowiednie badania, które mają dostarczyć odpowiedzi.
https://autyzmaszczepienia.files.wordpress.com/.../andrew...
 
Przecież sama brytyjska służba zdrowia przyznaje:
 
“Naukowcy [wśród nich Wakefield] stwierdzili wyraźnie, że nie udowodniono istnienia związku między autyzmem a szczepionką MMR. Sugestie, że jest odwrotnie zawdzięczamy rozgłosowi jaki nadano całej sprawie.” http://www.nhs.uk/Conditions/MMR/Documents/polish%5B1%5D.pdf
 
Po długich i żmudnych badaniach okazało się to nieprawdą. Co gorsza autor - Andrew Wakelfied - został przyłapany nie tylko na manipulacji danymi… ale również na dużo gorszych rzeczach.
 
Aha, to teraz aby zdyskredytować czyjąś dzialalność sugerujemy kto na czym został przyłapany?
 
Jeśli pójdziemy tym tropem, to możemy znaleźć dużo ciekawych rzeczy na polu tej tak “technicznie rozwiniętej” medycyny. Niektóre przykłady:
 
“W 2000 r. w USA wydatki firm na badania nad nowymi lekami stanowiły 14 proc. wartości sprzedaży leków, a wydatki na marketing i administrację - 36 proc. Większy zysk przynosi pozyskiwanie lekarzy i pacjentów do większego zużycia leków niż inwestycje w ryzykowne badania.” http://www.tfe.edu.pl/aptekarz/Aptekarz-2005-13-suplement.pdf
 
Koncern Merck przez dwa lata nie ujawniał niepomyślnych wyników badań klinicznych jednego ze swych leków. Został pozwany przez inwestorów. Firma poszła na ugodę z nimi zgadzając się wypłacić 688 milionów dolarów. Ktoś mógłby nieśmiało spytać: a pacjenci? Nie wiem, co powiedzieć. Może: jacy pacjenci, to byli klienci. Widziały gały co brały. http://www.medycynakomorkowa.com/index.php/100-artykuly/artykuly-rozwijane
 
Ta sama firma, jeden z największych producentów szczepionek, Merck, [PRZETŁUMACZYĆ] promoted school-entry mandate legislation by serving as an information resource, lobbying legislators, drafting legislation, mobilizing female legislators and physician organizations, conducting consumer marketing campaigns, and filling gaps in access to the vaccine. Legislators relied heavily on Merck for scientific information. Most stakeholders found lobbying by vaccine manufacturers acceptable in principle, but perceived that Merck had acted too aggressively and nontransparently in this case.
Although policymakers acknowledge the utility of manufacturers' involvement in vaccination policymaking, industry lobbying that is overly aggressive, not fully transparent, or not divorced from financial contributions to lawmakers risks undermining the prospects for legislation to foster uptake of new vaccines.
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/22420796
 
Można podważyć sens korzystania z produktów koncernów takich jak Bayer lub Basf, którymi po wojnie kierowali ludobójcy. “Przykładowo Carl Wurster, podczas II wojny światowej szef firmy chemicznej produkującej gaz Cyklon B do Auschwitz, oraz oskarżony w Norymberdze przed Trybunałem ds. Zbrodni Wojennych, już w 1952 został szefem firmy BASF. Funkcję tę pełnił przez wiele lat. W latach 1960-1972 sprawował urząd wiceprezydenta Towarzystwa Maxa Plancka. Wśród wielu intratnych posad jakie zajmował należy wymienić stanowisko członka zarządu Deutsche Bank. Fritz ter Meer, skazany w Norymberdze za ludobójstwo i zmuszanie do pracy niewolniczej w związku ze zbrodniami w Auschwitz, w 1956 objął na ponad 10 lat stanowisko prezesa firmy Bayer.” http://pl.wikipedia.org/wiki/IG_Farben
 
I czy ktoś wspominał o manipulacji danymi?
 
Oto lek o nazwie reboksetyna. Osobiście przepisywałem go pacjentom. Czytałem o pozytywnych i dobrze prowadzonych eksperymentach dotyczących tego leku. Nie znalazłem błędów. Niestety okazało się, że wyniki wielu testów zatajono. Jakieś 76% z wszystkich doświadczeń wykonanych na leku zostało zatajonych przed lekarzami i pacjentami.
Nie jest to odosobniona historia. Około połowy wyników eksperymentów dotyczących antydepresantów zatajono, ale to tylko czubek góry lodowej.
Więcej: http://www.ted.com/talks/ben_goldacre_battling_bad_science?language=pl
 
Np. płacił dzieciom za próbki krwi na imprezie urodzinowej swojego własnego dziecka.
 
Nie do wiary! To sukinsyn! A myślałem, że nic już nie przebije zbrodni, o których niedawno czytałem:
 
Jak podaje "The Independent", od 2005 roku amerykańskie i europejskie koncerny farmaceutyczne przeprowadziły na terenie Indii testy blisko 1600 różnych leków na 150 tysiącach ludzi. Większość z nich nie zdawała sobie sprawy z tego, że podawane im specyfiki nie są dopuszczone do użytku. Nieoficjalne dane wskazują na ponad 1730 przypadków śmierci osób poddanych testom w latach 2007-2010. http://odkrywcy.pl/kat,111396,title,Koncerny-farmaceutyczne-wykorzystuja-Hindusow-jako-kroliki-doswiadczalne,wid,13987998,wiadomosc.html?_ticrsn=3&smg4sticaid=614444
 
Zapewne płaci się również rodzicom dzieci, na których testuje się lekarstwa. Czasem takie testy się nie udają. Czasem wychodzi to na jaw. Czasem uda się rodzicom wygrać proces. I doczekać odszkodowania. Jak w przypadku testowania w Nigerii antybiotyku Trovan przez koncern Pfizer.
http://wiadomosci.wp.pl/page,2,title,Producent-Viagry-zaplaci-gigantyczne-odszkodowania,wid,12514933,wiadomosc.html
http://www.rp.pl/artykul/577170.html?print=tak
 
Nagroda dobroczyńcy medycznego dekady wędruje jednak w ręce pediatry Enrique Smitha, jednego z koordynatorów badań nad nową szczepionką, podczas której testowania zmarło dwanaścioro dzieci.
 
“Zmarło tylko 12 dzieci w całym kraju. Jest to bardzo mała liczba, jeśli porównać ją z liczbą zgonów z powodu infekcji oddechowej wywołanej pneumokokami.”
http://wiadomosci.wp.pl/kat,18032,title,Zmarlo-12-dzieci-na-ktorych-testowano-szczepionke,wid,10147920,wiadomosc.html?ticaid=114441&_ticrsn=5
 
Widzę go oczyma wyobraźni, jak dumny ze swych dokonań i zadowolony komunikuje: “Rodzicu, gratuluję! Twoje dziecko zmarło bohaterską śmiercią na polu walki o nową szczepionkę.”
 
Wakefield miał również liczne konflikty interesów.
 
Jak wielu (zbyt wielu aby zaryzykować bezkrytyczne zaufanie) badaczy naukowych. Również polityków, biznesmenów.
 
Czy można być prawnikiem pracującym dla koncernu Monsanto przez cztery lata, a potem zostać członkiem Sądu Najwyższego, który będzie ustalał prawo, któremu ma podlegać koncern? Można: http://www.forwardprogressives.com/the-conflict-of-interest-between-justice-thomas-and-monsanto-should-concern-us-all/
 
Czy można przez 7 lat być kierownikiem narodowego Centrum ds Kontroli i Prewencji Chorób (CDC), a potem zostać prezesem wartego 5 miliardów dolarów oddziału szczepionek w koncernie Merck? Można: http://a402.idata.over-blog.com/600x425/3/27/09/71/2013/2013-2014/Julie-Gerberding--Revolving-Doors.jpg
 
Czy można sprzedawać medykamenty do chemioterapii lekarzom, którzy następnie naliczają wysoką marżę i odsprzedają je pacjentom? http://youtu.be/ddADeIsXrOw?t=22m59s
 
Można, można, można. Nawet gdyby Wakefield miał jakikolwiek konflikt interesów, jest on płotką w stawie rekinów. W morzu rekinów. W oceanie cholernych megalodonów.
 
Aha, nie zapomnij rzucić okiem na sieć powiązań między stronami konfliktu z udziałem Wakefielda: https://faktyoszczepieniach.files.wordpress.com/2013/03/aw_linki.png
 
Zanim opublikował swoją pracę, opatentował własną wersję szczepionki MMR.
 
Patent był, ale czy na alternatywną szczepionkę? Chyba trochę na wyrost to określenie:
 
Patent złożony w imieniu szpitala dotyczył immunoterapeutycznej interwencji z użyciem „Transfer Factor” (naturalny suplement diety). Interwencja ta, jak wynika z krótkiego opisu zawartego we wniosku patentowym, miała leczyć lub ewentualnie chronić przed infekcją dzikiego lub szczepionkowego wirusa odry w jelitach, a nie przed normalną infekcją wirusami odry, świnki, różyczki. Naprawdę trzeba dużo wyobraźni, aby zobaczyć w tym patencie alternatywę do szczepionki przeciwko wirusowi odry, świnki i różyczki. https://faktyoszczepieniach.wordpress.com/red-marcin-rotkiewicz-w-polityce-2012-zastrzyk-strachu-czy-anty-antyszczepionkowej-sensacji-i-dezinformacji/
 
Firmy prawnicze wypłaciły mu setki tysięcy dolarów za jego zeznania w nadziei na sukces w procesie przeciwko producentom szczepionek.
 
Kto opłaca “niezależnych” ekspertów polecających szczepienia? Nawet owo medyczne “niezależne” pismo krytykujące Wakefielda deklaruje konflikt interesów:
 
“Naszymi reklamodawcami i sponsorami są producenci szczepionek, zwłaszcza Merck i GSK; obie firmy produkują szczepionkę MMR.” http://www.bmj.com/content/342/bmj.d1678
 
Cóż za niespodzianka…
 
Chwileczkę, tutaj nic się nie dzieje pod stołem, ktoś powie.
A siedzisz pod nim, że wiesz co się tam dzieje?
Otwarcie informują o konflikcie interesów.
Zawsze? Jesteś pewien?
 
I ciekawe skąd się wzięły takie dobre praktyki informowania o konflikcie interesów. Obstawiam, że gdzieś, kiedyś ktoś niepokorny przestał siedzieć cicho. Kiedy zaczął nagłaśniać problem, ci którzy mieli interes w utrzymywaniu status quo (oraz tzw. “pożyteczni idioci”) przyklejali mu łatkę oszołoma lub anty-kogośtam. Jeśli udało im się sprawę wyciszyć, zatuszować, odwrócić uwagę społeczeństwa, wszystko wracało do normy. Chyba, że się nie udało, to musieli ulec i jakieś zmiany wprowadzić.
 
Inaczej niż sądzi doktor Feleszko Wakefield nie „otrzymał niemal pół miliona funtów”, a jedynie ok. 300 tys. funtów, która to kwota stanowiła wynagrodzenie zgodnie z prawem i praktyką w Wielkiej Brytanii za pracę jako rzeczoznawca (obłożoną 40% podatkiem) na przestrzeni 7 lat.  Środki te wykorzystywane były do opłacenia różnych ekspertyz i badań laboratoryjnych. https://faktyoszczepieniach.wordpress.com/wielki-gniot-i-wielki-grzmot-doktora-w-feleszko/
 
Oczywiście pod stołem
 
Oczywiście. Jak cudownie byłoby dla społeczeństwa, gdyby wszystkie opłaty pod stołem wyszły na jaw. Z naszego podwórka:
 
“Była dyrektor z Narodowego Funduszu Zdrowia oraz szefowa do spraw sprzedaży firmy farmaceutycznej odpowiedzą za korupcję. Łapówką miała być wycieczka zafundowana urzędniczce w zamian za przychylność przy ubieganiu się o zatwierdzenie refundacji leku.” http://www.rp.pl/artykul/1169822.html
 
90 konsultantów medycznych zrezygnowało ze swoich stanowisk
Rynek farmaceutyczny i jego tajemnice, SuperWizjer Odcinek 995


Nie trzeba było długo czekać, żeby ktoś zechciał wykorzystać panikę i bałagan. Zaczęło się od celebrytów takich, jak Jenny McCarthy.
 
Czy ta celebrytka ma także coś wspólnego z wykorzystywaniem paniki rozpętanej przy okazji, dajmy na to, świńskiej grypy? Stała za rozpętaniem tej paniki? Może czerpała z tego jakieś korzyści finansowe? Czy po prostu chodziło jej o sławę?
 
Pół biedy z tymi, którzy wykorzystują jakąś panikę. Gorzej, że są tacy, co dla własnych interesów panikę wywołują. Przywoływałem już obraz płotki w oceanie rekinów?
 
A tradycja sceptycyzmu wobec szczepień ma tak długa historię, jak same szczepienia.
 
Wkrótce narodziła się moda, by dzieci były “wolne” od zastrzyków z “chemikaliami”.
 
Wszędzie moda. Zupełnie jak w przypadku szczepień. Zaszczepić na jedną, drugą, trzecią chorobę. I na dwudziestą. Na wszystko szczepienia. Badacze pracują również nad szczepionkami przeciw uzależnieniu od palenia lub przeciw otyłości. W trakcie opracowywanie jest ponad 120 nowych szczepionek.
 
Az prosi się zapytać, czy pracują również nad szczepionkami przeciw niezależnemu myśleniu? To by znacznie ułatwiło choćby sam proces zakupów. Np. nasza dawna Minister Zdrowia Ewa Kopacz gdyby dostała taką szczepionkę w dzieciństwie, to podczas “pandemii” świńskiej grypy nie wyłamałyby się z ogólnej histerii. Wydałaby - jak ministrowie zdrowia w innych państwach - miliony na szczepionki, które potem trzeba było (może na szczęście?) zutylizować.
 
Oba cudzysłowy (“wolne” i “chemikalia”) są tutaj zbędne. Chemikalia SĄ w tych zastrzykach. Przyznał to sam autor komiksu (twierdząc jednak że są w ilości nie przekraczającej normy).
 
A człowiek MA prawo do bycia wolnym do stosowania na nim zabiegów medycznych. Nic wielkiego, taka wolność. Naturalna sprawa. Nie moda.
 
Kiedy oszustwa Wakefielda zostały ujawnione, a jego “odkrycia” w całości odrzucone on sam został pozbawiony prawa wykonywania zawodu.
 
Sroga kara, uroczy obrazek. Aż przypomniał się się dziewiętnastowieczny lekarz Ignaz Semmelweiss, który zasugerował swoim zawodowym kolegom, że przed i po operacjach należy myć ręce. Też został “wykopany”. A że miał słabszą psychikę, skończył ostatecznie w zakładzie psychiatrycznym.
 
Bóg jeden raczy wiedzieć, który z dziś wyśmiewanych i odsądzanych od czci i wiary odszczepieńców dla przyszłych pokoleń okaże się bohaterem. Pożyjemy, zobaczymy. Albo nasze dzieci zobaczą. Albo wnuki. Chyaba że nie będą myśleć krytycznie.
 
Poza tym popieram karanie członków środowiska medyczno-farmaceutycznego za poważne błędy. Wyszłoby to na dobre ludzkości. Cały ten sektor (jak i sektor polityki) czuje się dziś wyjątkowo bezkarny.
 
Kiedy firma płaci miliony lub miliardy dolarów kary za błędy, czy kto ponosi jakieś osobiste konsekwencje? Kogoś wykopali? Prezes przeprasza i zapewnia, że był to “wypadek przy pracy” (strach zapytać przy której pracy, tej oficjalnej, czy może przy tuszowaniu nieoficjalnych rozwiązań?). A biznes kręci się dalej. Z tymi samymi ludźmi u steru. I w taki sam sposób?
 
Kiedy lekarz odbiera nadzieję pacjentowi, mówiąc że zostało mu ileś tam miesięcy życia, a gdzieś indziej inny lekarz (albo nawet “znachor) skutecznie leczy pacjenta w takiej samej sytuacji, to nikt go nie wykopał z pracy. Moim zdaniem za zbrodnie przeciwko ludzkości powinien zostać pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Bo lekarz to nie wróżka ani prorok. I nie ma prawa odbierać pacjentowi nadziei.
 
Wracając do sprawy Wakefielda. Poszukwaj więcej informacji.
 
Warto wiedzieć, że oskarżenia o oszustwo pochodzą jedynie od dziennikarza Briana Deera, który opublikował w 2011 r. swoje dowody na łamach British Medical Journal" - http://faktyoszczepieniach.wordpress.com/.../jak.../
 
W ogóle może chcesz wyrobić sobie zdanie słuchając obu stron. Oto jak się broni sam oskarżony: https://www.youtube.com/watch?v=i6DuBR_xGQg
 
Zresztą teraz już nie tylko się broni, lecz również przechodzi do ataku: https://www.youtube.com/watch?v=yEcIkOJCKys
 
Kto to jest antyszczepionkowiec?
 
Ale szkody już zostały wyrządzone, a Wakefield został męczennikiem ruchów antyszczepionkowch (proepidemicznych).
 
Autorzy tej propagandy zrównują:
zadawanie pytań w sprawie szczepionek,
wątpliwości,
krytyczne podejście,
niezależne myślenie,
bycie zwolennikiem wyboru i wymaganej zgody na zabiegi medyczne
z byciem zwolennikiem epidemii. Przyklejają łatkę antyszczepionkowca (skąd my to znamy? coś jak wróg ludu za czasów PRL?). Dziwne, że od razu nie krzyczą: zwolennicy zabijania dzieci.
 
To są kłamstwa i pomówienia. Prawdą jest raczej, iż autorzy i propagatorzy komiksu to zwolennicy:
przymusowych szczepień i
przeciwnicy wątpliwości i zadawania pytań, a przynajmniej trudnych pytań, przynajmniej w tej kwestii (czy może w ogóle: zwolennicy przymusowych interwencji medycznych?)
 
Ewentualnie proponuję stosować również takie nazewnictwo, które dużo trafniej ukazuje istotę problemu:
abstynenci szczepionkowi (lub szczepiący wybiórczo)
szczepionkoholicy (lub szeptyści)
 
Antyszczepionkowiec chciałby bowiem wymusić na innych nie stosowanie szczepionek. Abstynet szczepionkowy po prostu korzysta z wolności i wybiera inne sposoby dbania o zdrowie zamiast szczepień. Szepiący wybiórczo - wiadomo.
 
Zwolennik szczepień stosuje je i nie zajmuje się wyborami innych ludzi. Wierzy w skuteczność szczepień, wierzy że zapewniają mu odporność, więc nie ma dla niego znaczenia, co ktoś inny zrobi. On jest bezpieczny. W końcu został zaszczepiony.
 
Szczepionkoholicy - ci żyją w fobii przez patogenami. Bez aplikowania sobie nowych szczepionek trudno im funkcjonować. Mają wieczne poczucie, że natura stworzyła ich trochę niedorobionymi. Muszą coś z tym zrobić. Naprawić to. Niestety, zbytnio ulegając swojej manii pragną często zmusić innych do zmiany światopoglądu i przyjęcia ich nałogu. Nazywa się ich wtedy szczeptystami (połączenie słów “szczepienia” oraz “zamordysta”).
 
Aha, oczywiście żadne szkody nie zostały przez Wakefielda wyrządzone. Chyba że prowadzenie debaty nazywamy szkodą.
 
O całej sprawie Wakfielda przeczytasz obiektywnie tutaj: https://faktyoszczepieniach.wordpress.com/saga-wakefielda/
 
Skrócona historia wydarzeń i oskarżeń wobec Andrew Wakefielda i J. Walkera Smitha
 
Naukowcy nie są pewni, co tak naprawdę powoduje autyzm, bo jest to choroba z szerokim spektrum różnych zaburzeń rozwojowych. Odkrywamy coraz więcej dzień po dniu.
 
Badacze w ogóle rzadko są pewni, co tak naprawdę powoduje jakąś chorobę. Kiedyś zrzucali winę na demony. Dziś powiedzą Ci na przykład: to przez ten zarazek. Dlaczego jednak ten sam zarazek w innym organizmie nie sprawia takiego problemu? Nie pytaj, płać za walkę z zarazkiem.
I przepraszam, ostatnie zdanie brzmi jak afirmacja: z dnia na dzień staję się zdrowszy i zdrowszy pod każdym względem. (Chociaż nie ma tyle sensu, co ona). Może naprawdę gdzieś zmierzamy. Bez ironii. A może jesteśmy jak ta strzała z paradoksu Zenona? Skoro:
 
“W ciągu kilku lat wykazano błędność twierdzeń w około dwóch trzecich badań opublikowanych w najlepszych czasopismach medycznych. Aż 90% wiedzy medycznej lekarzy zostało uznane za zasadniczo lub całkowicie błędne.”
 
A może w niektórych przypadkach - w pogoni za sławą, władzą, mamoną i nowością - potykamy się o rozwiązania, które już znamy? Np.:
 
“W 2002 r. amerykański Narodowy Instytut Serca, Płuc i Krwi zakończył ośmioletnie badania nad czterema grupami leków służących do obniżenia ciśnienia. Okazało się, że najskuteczniejszy okazał się lek najtańszy, sprzed 50 lat. Ale najlepiej sprzedawał się na świecie lek znanego koncernu farmaceutycznego - 19 razy droższy.”
 
Ale z pewnością przyczyną nie są szczepienia. Żadne.
 
Z pewnością to Kopernik nie żyje (patrz cytat powyżej nt ilości błędnych twierdzeń publikowanych w najlepszych czasopismach medycznych).
 
Z pewnością to koncern Merck stworzył listę doktorów, których należy uciszyć lub zdyskredytować, ponieważ odważyli się krytykować produkowany przez Mercka farmaceutyk. Chodziło wtedy o Vioxx. Zgaduj zgadula, gdzie teraz krąży kolejna doktorów listula.
 
Dla mnie i wielu sceptyków szczepionkowych nie ma większego znaczenia, czy szczepionki powodują autyzm. (Mamy inne powody abstynencji i sceptycyzmu). Natomiast dla producentów szczepionek oraz rodziców dzieci autystycznych - owszem, ma to żywotne znaczenie. I wydaje mi się, że debata na ten temat jeszcze się nie zakończyła. (Chociaż niektórzy chcieliby, abyś tak myślał).
USA: Sąd ds. szczepień przyznaje miliony dolarów dwojgu dzieciom z autyzmem
Włochy: wygrane odszkodowanie za autyzm poszczepienny
 
Widziałem listę szkodliwych składników szczepionek. To wygląda naprawdę groźnie.
 
Ta lista to na ulotce dołączonej do szczepienia? Doczytaj dalej, znajdziesz tam również listę możliwych skutków ubocznych, którą producent na szczęście musi dołączyć zgodnie z prawem (widziałeś taką ulotkę u lekarza?). Ta lista dopiero potrafi wyglądać groźnie. (Tu znajdziesz ulotki: http://www.stopnop.pl/szczepionki).
 
Faktem jest, że szczepionki zawierają również związki chemiczne, tzw. adjuwanty. Nie pozostaje to bez wpływu na organizm:
 
"Szczepionki zawierające substancje pomocnicze mogą być związane ze zwiększonym ryzykiem chorób autoimmunologicznych / zapalnych po immunizacji"
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23576057
 
Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją. Powszechną praktyką przeciwników szczepień jest wymienianie składników szczepionek. Resztę ma załatwić strach.
 
Ludzie boją się różnych rzeczy, nie tylko tych, których nie rozumieją. Autor próbuje tu zasugerować, że każda wątpliwość w sprawie szczepień jest wynikiem nierozumienia. “Głupi jesteś, nie pytaj, i tak nie zrozumiesz. Rób, co mówią mądrzejsi.” Ale ludzie czasem mają podstawy do obaw.
 
Osobiście stanowczo odradzam podejmowanie decyzji motywowanych strachem. Szczepić ze strachu to jak nie szczepić ze strachu - szaleństwo. Przykro patrzeć, jak ludzie w nie wpadają.
 
Tekst autora komiksu można równie dobrze sparafrazować:
 
“Powszechną praktyką zwolenników przymusu szczepień jest bowiem wymienianie ewentualnych skutków ubocznych chorób (lub ewentualnych komplikacji, jeśli same choroby mają zwykle łagodny przebieg i nie ma czym straszyć). Najlepiej okraszone makabrycznymi ilustracjami objawów. Resztę ma załatwić strach.
 
Oto przykład zagorzałej propagatorki szczepień (uwaga, makabryczne zdjęcia): https://sporothrix.wordpress.com/2012/02/09/glupota-party/
 
Na początku to tiomersal był wskazywany jako przyczyna autyzmu.
 
To środek przeciwgrzybiczy używany do zabezpieczania szczepionek w pojemnikach. Tak się składa, że jeden atom tego związku to rtęć. Dzięki temu możemy szczepić wiele osób używając jednej buteleczki.
 
Po co “konserwować” szczepionkę i szczepić wiele osób z jednej buteleczki? Aby zminimalizować koszty i zmaksymalizować zyski? Pewnie nie, musi być szczytniejszy powód. Wprawdzie szczepionki są produktem koncernu notowanego na giełdzie, ale to istny aniołek w strzykawce. (Tak wiary i zaufania godny, że nawet odebrano Ci możliwość pociągania go do odpowiedzialności przed sądem). Może szczepienie z jednej buteleczki czyni szczepionkę skuteczniejszą?
 
Tiomersal nadal jest wskazywany jako przyczyna autyzmu u niektórych dzieci.
 
Uczono nas, że rtęć jest zła, ale w rzeczywistości jest to dużo bardziej skomplikowane.
 
Istotnie, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż to, co widać w laboratorium, w statystykach i na papierze, który przyjmie wszystko. Może znów jakaś parafraza:
 
“Uczono nas, że wszystkie szczepienia to samo dobro, ale w rzeczywistości jest to dużo bardziej skomplikowane…”
 
Albo taka: “Uczono nas, że choroby dziecięce to samo zło, ale w rzeczywistości są dziś łatwo wyleczalne i raz przebyte zapewniają trwałą odporność.”
 
Zapominamy, że codziennie spożywamy dwa pierwiastki chemiczne, które należą do najbardziej aktywnych i zabójczych w przyrodzie. Sód i Chlor = sól.
 
Ależ słodki, tzn. słony przykład: To stąd wzięło się powiedzenie trzy rodzaje białej śmierci: oczyszczona mąka, rafinowany cukier i marketowa sól?
 
Prawda, że zapominamy o wielu niezwykłych faktach. Że nasz układ odpornościowy codziennie (zwykle bez trudu) zwalcza produkowane komórki nowotworowe. Że w naszym ciele jest więcej bakterii, niż komórek. Że w jelitach mamy około dwóch kilogramów bakterii, setki ich rodzajów, bez których nasze życie nie byłoby możliwe.
 
“Ludzki organizm jest jak stołek o trzech nogach: bakterie, pasożyty i system odpornościowy nawzajem się regulują.” Ian Roberts
 
Zapominamy o wielu faktach, o jeszcze większej ilości faktów nie wiemy. Ale nie przeszkadza nam to zgrywać chojraków i puszyć się, jacy to jesteśmy mądrzy.
 
Rtęć w tiomersalu to etylortęć, która jest wypłukiwana z organizmu. W przeciwieństwie do metylortęci, która jest właśnie tą złą rtęcią. Czy wiesz jakie produkty zawierają tę szkodliwą rtęć? Np. tuńczyk.
 
No tak, w ciągu ostatnich 100 lat zatrucie mórz i oceanów zwiększyło się bardziej, niż kiedykolwiek w historii. Rozwój technologii, wiecie, rozumiecie.
 
Do tego trzeba dodać producentów, którzy wykorzystują zdobycze technologii aby dostarczać nam wątpliwej jakości produktów, bez których - jak reklamują - życie nie byłoby takie samo (film Cała prawda o rybach).
 
Ale zaraz, etylortęć. Jakby zajrzeć do Wikipedii:
 
“Etylortęć, w przeciwieństwie do bardziej szkodliwej dimetylortęci, nie wykazuje skłonności do bioakumulacji w organizmie człowieka. Jony rtęciowe Hg2+, powstałe w wyniku częściowego metabolizmu etylortęci, pozostają w organizmie znacznie dłużej; czas całkowitej eliminacji z organizmu wynosi ok. 120 dni. W tym czasie jony te mogą być m.in. metylowane i podlegać innym przemianom w znacznie bardziej toksyczne związki, np. metylortęć.” http://pl.wikipedia.org/wiki/Tiomersal
 
I wreszcie: czy tuńczyka też wstrzykujesz sobie do krwi? Nie wiem jak jest w rtęcią, ale w przypadku aluminium wiadomo, że tylko 0,25% aluminium, które zjadamy jest wchłaniane. W przypadku wstrzykiwanego aluminium wchłaniamy 100%.
 
W szczerym, ale ostatecznie zbędnym zapale by uspokoić obawy tłumów, agencje zaleciły wycofanie tego związki ze szczepionek. Niezależnie od licznych badań, które wykazały brak związku między nim i autyzmem.
 
Ach, ten “szczery zapał”. Typowy pseudoracjonalistyczny przekaz.
 
Wycofanie tiomersalu zaleciły agencje rządowe, czy producenci? Zresztą o tym “szczerym zapale” możesz wyrobić sobie pojęcie z takich przesłuchań.
 
Zresztą mniejsza o to, bo w Polsce nikt niczego nie wycofuje:
 
Ponad 20 lat po krajach Skandynawskich, ponad 10 lat po USA zdecydowano w Polsce o eliminacji szczepionek zawierających tiomersal poprzez wykorzystanie do ostatniej sztuki preparatów już zamówionych lub będących w magazynach/szpitalach/przychodniach i podpisanie nowych umów tak, aby w perspektywie 2 lat dokonać zastąpienia preparatów z tiomersalem na preparaty ze śladowymi ilościami tiomersalu. Nie ma mowy o żadnym „wycofywaniu szczepionek z tiomersalem”. https://faktyoszczepieniach.wordpress.com/red-marcin-rotkiewicz-w-polityce-2012-zastrzyk-strachu-czy-anty-antyszczepionkowej-sensacji-i-dezinformacji/
Skrócona historia wydarzeń wokół związku rtęci z tiomersalu w szczepionkach dla dzieci: https://faktyoszczepieniach.files.wordpress.com/2013/08/skrc3b3cona-historia-wydarzec584.png
 
Nawet gdyby okazało się że nie ma związku między tiomersalem i autyzmem, nie jest to dowodem na nieszkodliwość tiomersalu. Niektórzy badacze wyrażają obawy co do stosowania tego związku:
 
"In conclusion, thimerosal is genotoxic in the cytochalasin B block micronucleus test with human lymphocytes. These data raise some concern on the widespread use of thimerosal." http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12491041
 
Wykres ukazujący wzrost przypadków autyzmu po wycofaniu tiomersalu i komentarz: ostatnie wyniki badań wskazują, że wzrost przypadków autyzmu wynika z większej świadomości i szerszej definicji samej choroby.
 
Ciekawe, bo w podobnym tonie mówi się w przypadku “ponownych epidemii krztuśca” (przyczyną “lepsze diagnozowanie i zgłaszalność przypadków krztuśca”). Tylko że wtedy pseudoracjonalista woli widzieć jako przyczynę raczej “antyszczepionkowców wykonujących krecią robotę”.
 
Jak mówiłem, nie czepiam się tiomersalu, aluminium czy czegokolwiek (choć im wiecej czytam, tym bardziej widzę, że powinienem). Niektórzy się czepiali. Doszukiwali się związków z autyzmem. Nie wnikałem aż tak w te szczegóły. Co mogę jednak tutaj zauważyć, to dwie kwestie:
 
Po pierwsze: wycofanie tiomersalu - na wykresie jest data 1997. Rozumiem, że chodzi o USA. Bo jak jest w naszym grajdołku, cytowałem powyżej.
 
Po drugie: (nie)bezpieczeństwo tiomersalu - nawet gdyby tiomersal nie miał związku z autyzmem, to czy jest bezpieczny? Także patrz wyżej.
Po trzecie: czy osobom które wyrażały wątpliwości co do stosowania adjuwantów chodziło kiedykolwiek o samą rtęć? Czy raczej, że o cały ten chemiczny koktajl wstrzykiwany do kriwoobiegu.
 
Skoro już “wycofaliśmy” tiomersal, zerknijmy może jeszcze w jakich okolicznościach i po co został wprowadzony.
 
Ilość zachorowań na polio po wprowadzeniu szczepień szczepionką Salka wzrosła kilkakrotnie w porównaniu do lat poprzednich. Przypadki polio wystąpiły w rejonach dotychczas wolnych od tej choroby. Kilka tysięcy dzieci doznało paraliżu, a kilkaset zmarło. Na domiar złego zaszczepione dzieci, u których nastąpiło poszczepienne zakażenie poliowirusem, zakażały członków rodziny, powiększając tym samym grono ofiar szczepionki Salka.
Po wnikliwej analizie wyszło na jaw, że formalina jest trucizną zbyt słabą, by zdegradować białka kapsydu wirusów, toteż wiele z nich zachowuje pełną wirulencję. Wówczas firmy farmaceutyczne wprowadziły dodatkowy składnik szczepionki Salka – thiomersal zawierający związki rtęci będące niezwykle aktywnymi rozpuszczalnikami białek. http://www.bioslone.pl/obalanie-mitow/jak-wymieraly-epidemie
 
Jak zwykle tracą najbiedniejsi w krajach rozwijających się. Muszą teraz więcej płacić za szczepionki jednodawkowe.
 
A to twoja wina! Bo nie szczepisz! Gdybyś kupował (za własne lub “państwowe” pieniądze) każdą szczepionkę, firmy nie musiałby tyle na nich zarabiać i obniżyły ceny dla szczepionek jednodawkowych kierowanych do krajów Trzeciego Świata. Cholerny egoisto!
 
Pfizer jedynie ze sprzedaży szczepionek przeciwko pneumokokom w latach 2010-2013 uzyskał 15,9 mld USD. W tym samym okresie GlaxoSmithKline sprzedało preparaty chroniące przed rotawirusami za 3 mld USD. Z kolei firma MSD za sprzedaż szczepionek przeciwko wirusom brodawczaka ludzkiego uzyskała 8 mld USD w ostatnich siedmiu latach.
http://m.interia.pl/biznes/news,2086111
 
Może niech raczej najzamożniejsi przestaną eksploatować bogactwa naturalne Afryki, to mieszkańców Czarnego Lądu będzie stać na wiele. Najpierw na poprawę warunków życia, warunków sanitarnych, odżywiania, dostęp do zasobów wody pitnej. Ale zaraz, jeśli dostaną to bez szczepionek, może okazać się, że potem ich już nie potrzebują?
 
Inna histeria wokół szczepionek dotyczy kwasu chlorowego. Kwas to zło, prawda?
 
Mój kolega histeryzował na temat swojej żony. Okazało się, że jest kobietą sprzedajną. Kobieta to zło, prawda? - ten sam poziom wywodu.
 
Poważnie jednak, złem to jest używanie słowa histeria w takiej debacie. Czy powstanie, przetłumaczenie oraz propagowanie tego komiksu to nie jest histeria? Stop Stop NOP? Histeria AntyAntyszczepionkowa? To musi być już hishisteria.
 
Ale, jak pewnie pamiętasz z lekcji chemii o skali pH, kwasy można dodawać do zasad by uzyskać roztwór neutralny. I właśnie po to używa się go w szczepionkach.
 
Ludzie nie rozumieją też, że trucizna różni się od lekarstwa wyłącznie dawką. Nawet pijąc wodę w dużych ilościach można umrzeć. W 2007 roku pewna kobieta zmarła po wypiciu 6 litrów wody w 3 godziny.
 
Naprawdę nie rozumieją?
 
Na pewno warto o tym przypominać. Rodzicom dzieci, które otrzymują coraz więcej szczepionek, już nie tylko 3w1, ale i 5w1, polecam wstrzyknięcie sobie takich szczepionek w dawce proporcjonalnie do wagi większej. Który zwolennik szczepienia cudzych dzieci pierwszy w kolejce do takiego eksperymentu?
 
Są tacy, którzy twierdzą że dziecko może przyjąć na raz i 10 000 szczepionek. Ale nie przetestowali tego jeszcze na swoich dzieciach. Bo to jest nauka oparta na dowodach, zbieranych jednak o czyichś dzieci.
 
Inna sprawa - noworodki są szczepione w pierwszej dobie życia. Przynajmniej w Polsce. Jaka jest wiedza na temat układu odpornościowego noworodka, skoro jeszcze kilkadziesiąt lat temu na maluchach przeprowadzano operacje bez znieczulenia, ponieważ specjaliści byli pewni, że tak małe dzieci nie czują bólu. Impuls z bólem nie dochodzi do mózgu, twierdzili. http://mataja.pl/2014/07/rzez-niewiniatek-co-bys-zrobil-gdybys-wiedzial-ze-noworodki-operuje-sie-bez-znieczulenia/
 
Co możesz wiedzieć na temat tego, jakie dawki związków chemicznych wstrzykiwanych do krwi noworodka nie są dla niego trujące. Przeprowadziłeś eksperymenty na dzieciach?
 
Pamiętam. Z dnia na dzień dowiadujemy się coraz więcej. Jakim kosztem, pytanie. Czyim kosztem?
 
Ilość szkodliwie wyglądających substancji w szczepionkach mieści się w normach bezpieczeństwa. Np. Formaldehyd, który jest całkowicie naturalnym produktem komórkowego metabolizmu. W czasie czytania tego komiksu twój organizm wytworzył więcej tego związku, niż kiedykolwiek przyjąłeś w szczepionkach.
 
Kto i na jakiej podstawie ustala te normy? Jak długo pozostają aktualne? Kiedyś w normie było palenie papierosów. Nawet lekarze reklamowali ten “nieszkodliwy” nawyk. Oponentom i sceptykom przez lata usiłowano dowieść, że to “antynikotynowa histeria”. (Przemysł tytoniowy - historia spisku).
 
Inny przykład: dopuszczalna dawka promieniowania radioaktywnego. Zobacz, jak zmieniała się w czasie. Od 3 Sv/rok do 0,02 Sv/rok. “Drobna” różnica, prawda? http://pl.wikipedia.org/wiki/Dawka_dopuszczalna
 
Ale nawet jeśli już znamy poprawne normy musimy pamiętać o zjawisku kumulatywności. Chemiczne dodatki do żywności zazwyczaj są dodawane “w normie”. Do konkretnego produktu. Któż jednak wie, ile danej substancji spożywa człowiek ogółem, we wszystkich produktach?
 
Dotykamy tutaj kwestii naturalności. Jest ona trudna do zrozumienia przez wielu ludzi. Mówią, że przecież wszystko jest naturalne. Wszystko jest chemią. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że choć plastik jest chemią tak samo jak nasza kupa, to jednak zaśmiecanie ziemi plastikiem nie jest tym samym, co zaśmiecanie kupą, zwłaszcza w perspektywie setek lat?
 
Pokazują takie grafiki: http://i.imgur.com/6svymfP.jpg - zobaczcie, jajko to sama chemia, nie trzeba się bać substancji chemicznych. Dziecko, zostaw te zapałki i posłuchaj mnie uważnie: z jajka rodzą się kurczaki. Z nich będą kolejne jajka i kolejne kurczaki, i tak dalej. To się nazywa życie. A z twojej laboratoryjnej chemii co wyrasta? Nowotwór?
 
Inna sprawa, że całkowicie naturalny formaldehyd jest przez amerykańską służbę zdrowia klasyfikowany jako czynnik rakotwórczy.
 
Podsumowując - większość takich zarzutów to kłamstwa, propaganda siana przez organizacje antyszczepionkowe takie jak Stop NOP.
 
Większość. Przynajmniej autor nie udaje, że wszystkie zarzuty są nieprawidłowe.
 
Jaka szkoda, że nie pofatygował się, aby zilustrować odpowiedzi na tę “mniejszość” zarzutów, która nie jest kłamstwem ani propagandą. Niektóre ilustracje mogłyby wyglądać jakoś tak: https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-xpa1/v/t1.0-9/1506411_784546364964029_552635736892093922_n.jpg?oh=48ea154a7025e655f5409f98d13cec6d&oe=5551CEDA
 
A Stop NOP nie jest oczywiście organizacją antyszczepionkową. Sama nazwa na to wskazuje: stop Nieporządanym Odczynom Poszczepiennym. Chyba że autorzy tłumaczenia przyjmują, iż każda szczepionka daje NOP, stąd wysnuwają wniosek iż kto jest przeciw NOP-om, ten jest przeciw szczepionkom.
 
Skoro to wszystko to brednie, czemu wciąż są ludzie, którzy są zwolennikami epidemii i przeciwnikami szczepień?
 
Przecież w poprzednim obrazku jest napisane, że to nie wszystko brednie, lecz jedynie większość. (Pseudoracjonalistyczna logika).
 
Gdzie są “zwolennicy epidemii”? Nie znam ani jednego, nie słyszałem o takich. A ty?
 
To jakby kogoś, kto z własnej woli nie ukończył studiów nazwać zwolennikiem analfabetyzmu. Analfabeta Bill Gates.
 
Paradoksalnie ruchy antyszczepionkowe (proepidemiczne) są podobne do wirusów, przed którymi chronią nas szczepienia.
 
Nie interesują mnie ruchy antyszczepionkowe ani proepidemiczne, o ile takowe istnieją. Jeśli jednak autor miał na myśli przeciwników przymusu szczepień oraz sceptyków w stosunku do szczepień, to dlaczego nie porównać ich do takich wirusów: Wirus - niedoceniony sprzymierzeniec.
 
Czasem infekcje wirusowe pomagają zwalczyć nawet poważniejsze choroby, np. raka. Nie taki wirus straszny, jak go malują.
 
Biorąc pod uwagę ukazane w całym moim wywodzie fakty, możemy powiedzieć, że współczesną naukę, medycynę i farmakologię toczy rak: rak chciwości, korupcji, zaślepienia na prawdę. Infekcję wirusową, która pomogłaby zwalczyć takiego raka możemy traktować jako zbawienie.
 
Jeśli więc Stop NOP jest wirusem, to pamiętajmy, że cele tego wirusa są następujące:
1) Promocja i ochrona zdrowia publicznego w oparciu o holistyczną koncepcję człowieka i świata;
2) Poprawa bezpieczeństwa i jakości usług medycznych;
3) Przeciwdziałanie występowaniu Niepożądanych Odczynów Poszczepiennych (NOP);
4) Poszerzanie i upowszechnianie wiedzy na temat faktycznego bezpieczeństwa i skuteczności tzw. szczepień ochronnych oraz alternatywnych metod stymulacji układu odpornościowego organizmu u dzieci i dorosłych;
5) Wspieranie oraz ochrona praw i mienia osób, a także rodzin dotkniętych skutkami Niepożądanych Odczynów Poszczepiennych lub stosujących alternatywne w stosunku do szczepień ochronnych metody zapobiegania zakażeniom i chorobom zakaźnym;
6) Respektowanie wolności i swobód obywatelskich a także praw człowieka i pacjenta, szczególnie w zakresie wyboru metody profilaktyki i leczenia chorób, w tym groźnych chorób zakaźnych.
 
Daj Boże więcej takich “wirusów”.
 
Kampania SNW (strach, niepewność, wątpliwości) to wyścig zbrojeń z faktami.
 
Uff, to brzmi jak cytat z wypracowania grafomana licealisty. Albo z pracy nadesłanej do Kącika Złamanych Piór. Wyścig zbrojeń z faktami?
 
Strach, niepewność, wątpliwości to ulubiona strategia całego przemysłu farmaceutyczno-medycznego (zresztą nie tylko tego przemysłu). Zasiej strach przed chorobą, przed wirusem, bakterią (a jeśli trzeba, przed naturą, powietrzem lub wodą). Podaj w wątpliwość zdolność do poprawnego funkcjonowania organizmu ludzkiego bez produktu, który chcesz sprzedać. Wmów człowiekowi, że bez twoich produktów nie poradzi sobie oraz że nie ma alternatyw, zwłaszcza, broń Boże, bezpłatnych. Bo wtedy cały misterny plan...
 
Wiesz jak jest, ponieważ widziałeś i słyszałeś reklamy różnych medykamentów. A nawet więcej, czytałeś również artykuły, które były częścią kampanii public relations, czego jednak nie byłeś świadom.
 
Siewcami strachu nie są tylko przedsiębiorstwa, lecz także członkowie organizacji rządowych. Dr Lance Rodewald, jeden z dyrektorów Narodowego Centrum ds Kontroli Zdrowia (CDC) mówi o straszeniu rodziców konsekwencjami niezaszczepienia ich dzieci, że do tego celu meningokokowe zapalenie opon mózgowych nadaje się idealnie. http://www.nytimes.com/2004/10/27/health/27vaccine.html?pagewanted=print&position=
 
Tiomersal powoduje autyzm. Nie. Za dużo szczepień zbyt wcześnie. Nie. Za każdym razem lekarze pokazują fakty.
 
Fakty w przypadku “za dużej ilości szczepień zbyt wcześnie”? Skąd? Eksperymenty na dzieciach są zabronione. Skąd można uzyskać fakty, jak reaguje organizm noworodka na szczepienie? Z eksperymentów na szczurzętach?
 
Antyszczepionkowcy (proepidemicy), co chwilę przesuwają bramkę w tym meczu. Aluminium.
 
Akurat dla mnie bramka zawsze była gdzie indziej, co staram się ukazać również w tej polemice.
 
No ale ja nie jestem antyszczepionkowcem ani proepidemikiem, lecz mam pytania i wątpliwości w sprawie szczepień oraz jestem zwolennikiem wolności wyboru i przeciwnikiem przymusowych procedur medycznych.
 
Czy ktoś wspominał o aluminium? Organizacje rządowe twierdzą, że jest z łatwością usuwane z organizmu w ciągu kilku dni.  A jednak zdarza się inaczej. Z nieznanych powodów (genetycznych, molekularnych?) aluminium może nie być niszczone ani usuwane z organizmu. Noworodki, osoby starsze oraz osoby o pewnej zmienności genetycznej są szczególnie zagrożone.
 
"Domięśniowe wstrzyknięcie, wiązało się z pojawieniem się osadów glinu w odległych narządach, takich jak śledziona i mózg, gdzie zostały one jeszcze wykryte w jeden rok po wstrzyknięciu" http://www.biomedcentral.com/1741-7015/11/99
 
Zgadnij, dlaczego o tiomersalu było w tym komiksie tak często, a o aluminium jedna mała wzmianka? Tak, bo tylko o tym pierwszym można napisać “w szczerym zapale wycofano tę substancję”.
 
Niektórzy nie chcą się szczepić. Czy to nie powinien być wolny wybór?
 
Oczywiście, że tak! Przecież człowiek powinien mieć wolny wybór odnośnie do każdej procedury medycznej, która może okaleczyć lub zabić.
 
Zwolennicy szczepień mają jedynie prawo do prowadzenia akcji edukacyjnych. W sumie mają również prawo do straszenia Cię, siania paniki itd. A Ty masz prawo nie ulegać takim manipulacjom.
 
Byłoby to prawdą, gdyby ich wybór dotyczył tylko ich samych. Jednak ważnym czynnikiem wzmacniającym działanie szczepień jest odporności zbiorowa.
 
Umówmy się raz na zawsze. Żaden wybór człowieka nie dotyczy wyłącznie jego samego. W ten czy inny sposób jesteśmy powiązani. Nawet kupując dowolny produkt oddajesz głos na danego producenta (i na jego politykę płacową, wartości przez niego wyrażane), czasem na całą branżę.
 
Ba, siedząc bezczynnie wobec takich manipulacji i nadużyć, jakie są zawarte w tym komiksie też wpływasz na innych. Jak to powiadają: “Aby zwyciężyli źli ludzie wystarczy, że dobrzy nic nie robią”. (Źli nie są ci, którzy szczepią, lecz ci, którzy sieją strach, manipulują Tobą, chcą zmusić Cię do przyjęcia ich światopoglądu i stosować wobec Ciebie lub Twoich dzieci przymusowe interwencje medyczne. Na to nie może być zgody).
 
Jeśli dyktator rozpęta wojnę a niektórzy nie chcą iść na front, ani brać udziału w budowie morderczego ustroju, to czy to nie powinien być wolny wybór?
 
Zgodnie z logiką zwolenników przymusu szczepień: “Byłoby to prawdą, gdyby ich wybór dotyczył tylko ich samych. Jednak ważnym czynnikiem wzmacniającym działanie rządu jest dbałość o wspólne dobro narodowe.”
 
Nie wszystko, co mówią ci że jest dla dobra wszystkich jest zawsze słuszne. Masz rozum, to go używaj. I bierz odpowiedzialność za swoje czyny.
 
Wśród dojrzałych ludzi powinno być dobrym zwyczajem odrzucanie każdego pomysłu, którego domniemany sukces wynika z przymusowego uczestnictwa w nim wszystkich.
 
Np. ktoś może powiedzieć, że ma objawienie i jeśli wszyscy będą wyznawcami jego religii, to nie będzie na świecie konfliktów na tle wyznaniowym. Dlaczego nie pójść za jego wizją nowego wspaniałego świata?
 
Przecież konflikty na tle wyznaniowym pochłaniają miliony ofiar. Jeśli nie chcesz przyjąć jego jedynie słusznej religii, to czy masz na sumieniu te miliony ofiar? Dobrze się zastanów.
 
Owszem, jeśli powiem że pokój światowy nastanie wtedy, gdy każda jednostka zaprowadzi w swoim sercu pokój, to mam rację. A przecież tu potrzeba współdziałania wszystkich. Jest jedno ale. Nie będę zmuszał innych jednostek do zaprowadzania w ich sercach pokoju. Robię porządek w swoim sercu, a co kto w swoim robi, to jego sprawa.
 
Czy George powinien pomóc - animacja 4 min.
 
Jeśli dziś zgodzisz się na przymusowe zabiegi medyczne, to na co przystaniesz jutro? Szczepienia przeciw odmiennym poglądom, ponieważ opozycja polityczna w kraju może sabotować poczynania rządu?
 
“Ci którzy rezygnują z Wolności w imię bezpieczeństwa, nie zasługują na żadne z nich.” Benjamin Franklin
 
Jeżeli wystarczająca liczba osób jest zaszczepiona przeciw chorobie (zwykle 83-85%), ta nie może się sprawnie rozprzestrzeniać. To daje ochronę ludziom, którzy są nieczepieni, ponieważ są zbyt młodzi, albo dotyczą ich realne przeciwskazania medyczne.
 
Rozumiem. Jeśli przyjmiesz moją jedynie słuszną religię, da to ochronę ludziom, którzy są niezaangażowani w konflikty wyznaniowe, a co roku padają ich ofiarą. Jest to bardziej pewne, niż teoria odporności zbiorowej w odniesieniu do szczepień.
 
“Obecny stan wiedzy medycznej dowodzi, że kilkudniowe, naturalne infekcje wirusowe (odra, świnka, różyczka) prowadzą do dożywotniej odporności przeciwko danej chorobie. Jednak pierwsze programy masowych i obowiązkowych szczepień dzieci bazowały na założeniu, że zastąpienie nimi naturalnych infekcji również doprowadzi do dożywotniego uodpornienia po jednorazowym szczepieniu w dzieciństwie. To założenie okazało się błędne, a dzisiejsza wiedza pokazuje, że nawet dwie dawki szczepień (np. MMR) nie wywołują trwałego uodpornienia w postaci odpowiednio wysokiego poziomu  poszczepiennych przeciwciał u pewnego procenta szczepionych. Poniżej przedstawiam kilka wyników badań na ten temat.” http://nowadebata.pl/2012/06/13/odpornosc-zbiorowiskowa-cz-2-uzaleznienie-od-szczepien/
 
Odporność zbiorowa oznacza, że szczepienia chronią również nieszczepionych.
 
Dziękujemy, nieszczepieni z własnej woli dbają o swoje zdrowie. Koncentrują się na utrzymaniu sprawnego, silnego układu odpornościowego, który poradzi sobie ze znanymi i nieznanymi zarazkami. Zamiast koncentrować się na walce z takim, czy innym patogenem.
 
Pamiętajmy bowiem, iż w rzeczywistości to nie wirus ani bakteria powoduje chorobę. W pełni sprawny układ odpornościowy poradzi sobie z nimi. Gdyby prawdą było, iż wirus lub bakteria powodują chorobę, każdy organizm, który styka się z takim patogenem byłby chory. Doskonale wiesz z własnego doświadczenia, że tak nie jest. Widziałeś to w domu, pracy, szkole. Jedni chorują, podczas gdy innych choroba omija.
 
O tego typu ochronie tych, którzy chcieliby się zaszczepić, a z powodów medycznych nie mogą przeczytasz tutaj: http://nowadebata.pl/2012/05/11/odpornosc-zbiorowiskowa-cz-1-iluzja-poparcia-spolecznego/
 
Im więcej ludzi rezygnuje ze szczepień, tym większa szansa nowej epidemii.
 
Może tak, może nie. Różnie to bywa.
 
Pamiętajmy o przypadku angielskiego miasta Leicaster. Miało wyszczepialność na wysokim poziomie, wciąż borykało się jednak z epidemiami i zgonami. Włądze wstrzymały szczepienia. Ostrzegano ich, że przyczynią się do światowej epidemii. A jednak wskaźniki zachorowalności spadły oraz ilość zgonów z powodu ospy zmniejszyła się. Jest to przykład, że wstrzymanie szczepień może obniżyć wskaźniki choroby u populacji. https://www.youtube.com/watch?v=UkIo9VSD0kI
 
Tak czy inaczej dbajmy o swoje zdrowie. Inwestujmy przede wszystkim w profilaktykę. Jest bezpłatna.
 
Na życiowych (nie laboratoryjnych) egzaminach dostajemy przede wszystkim pytania otwarte. Poprawnie odpowiadają ci, którzy posiadają żywą inteligencję. Nie zaś zestaw odpowiedzi na pytania w teście lub książkową wiedzę wykutą na blachę.
 
Zdrowy i silny układ odpornościowy jest taką żywą inteligencją w działaniu, rozwiązaniem uniwersalnym, które zawsze znajdzie poprawną odpowiedź. O ile będziesz w niego inwestować. Szczepionki to odpowiednik książkowej wiedzy wykutej na blachę (często przestarzałej i zawsze w tyle za życiem).
 
Niektóre choroby, które już się z nami żegnały, teraz wracają.
 
Tak bywa, jeśli koncentruje się wysiłki społeczeństwa na powierzchownym rozwiązywaniu problemów, zamiast na autentycznej profilaktyce, wzmacnianiu układu odpornościowego. Czy jeśli społeczeństwo choruje z niedożywienia, będziesz karmić je lekami? (Zależy, co jest dla Ciebie cenniejsze, zysk, czy dobro człowieka).
 
Nawet w przypadku AIDS: interes jest w szukaniu leków, szczepionek, gdy tymczaem współodkrywca wirusa HIV na pytanie "Czy układ odpornościowy zdrowego człowieka naturalnie pozbywa się HIV?” odpowiada: “Tak.". https://www.youtube.com/watch?v=WQoNW7lOnT4
 
I wreszcie zachorowalność społeczeństwa na niektóre choroby może być niczym nadchodzące i cofające się epoki lodowcowe - cykliczna i naturalna. Nie twierdzę, takie pytanie stawiam.
 
A może czasem za epidemie odpowiedzialne są... szczepienia?
 
Problem krztuśca powrócił również w Polsce. W kwietniu na łamach ''Tylko Zdrowie'' dr Danuta Kurylak , zastępca dyrektora do spraw medycznych w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym im. J. Brudzińskiego w Bydgoszczy, ostrzegała, że ta nieco zapomniana już u nas choroba wraca. Z danych Narodowego Instytutu Zdrowia wynika, że w 2012 r. na krztusiec zachorowały 4683 osoby, a rok wcześniej - 1669. Powód jest dokładnie ten sam co w Wielkiej Brytanii. - Pojawił się nowy szczep bakterii wywołującej krztusiec. Stosowana obecnie szczepionka przed nim nie chroni - mówiła dr Kurylak. Sytuację utrudnia to, że objawy choroby często są niezbyt charakterystyczne - katar, łzawienie oczu, kaszel - zazwyczaj są traktowane jako zwykłe przeziębienie. Bywa, że choroba mija samoistnie lub zostaje wyleczona antybiotykiem.
http://wyborcza.pl/TylkoZdrowie/1,137474,17211224,Krztusiec_sprytniejszy_od_szczepionki__Czy_grozi_nam.html
 
Te choroby (krztusiec, odra) były praktycznie wyeliminowane, kiedy antyszczepionkowcy (proepidemicy) zaczęli swoją krecią robotę.
 
Kto zatem wykonał krecią robotę w przypadku słabnącej skuteczności antybiotyków? Jakie ruchy probakteryjne?
 
Cytowałem powyżej zdanie: “Pojawił się nowy szczep bakterii wywołującej krztusiec”. Kto w tym przypadku wykonał krecią robotę? Jakie ruchy zwolenników nowego szczepu bakterii krztuśca. Gdzie oni są? Może krecią robotą są przymusowe szczepienia - teraz przyjdzie walczyć nam z superbakterią?
 
Teraz w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej obserwujemy najgorsze epidemie odry i krztuścia od wielu dekad.
 
„Przyczyny gwałtownego wzrostu zachorowań na krztusiec nie są całkiem oczywiste, ale Pani Schuchat podała kilka możliwych wyjaśnień. Według niej, obserwowany wzrost może wynikać z lepszego diagnozowania i zgłaszalności przypadków krztuśca oraz z samej natury tej choroby, której fale zmniejszają się i zwiększają w regularnych cyklach. Nie wydaje się, by do wzrostu zachorowań lub do epidemii w stanie Waszyngton przyczyniły się poglądy osób sceptycznych wobec szczepień.” - Anne Schuchat, dyrektor National Center for Immunization and Respiratory Diseases (Narodowe Centrum Immunizacji i Chorób Układu Oddechowego), więcej przeczytasz tutaj: https://szczepieniakrztusiec.wordpress.com/agencja-cdc-nieszczepione-dzieci-nie-sa-przyczyna-epidemii-krztusca-w-usa/
 
To jakie są prawdziwe zagrożenia związane ze szczepieniami?
 
Z którymi? Któż to wie? Aby się przekonać trzeba byłoby przeprowadzić eksperyment na setkach tysięcy ludzi. Np. w Afryce. Jednych szczepić i niech żyją w dotychczasowych warunkach, innych nie szczepić na nic, ale zadbać o poprawę warunków sanitarnych, higienę, odżywianie, dostęp do wody pitnej. Wtedy byłoby co porównywać.
 
Na razie szukamy po omacku. Astma, cukrzyca, egzema, zapalenie stawów, alergie, porażenie mięśni, autyzm. I śmierć. Tutaj możesz poznać kilka z 29 ofiar śmiertelnych (w przeciągu dwóch lat) szczepionki Gardasil: http://youtu.be/GmkTR1oBXrA?t=56m32s
 
Rachunek zysków i strat w przypadku szczepień jest jednym z najbardziej korzystnych ze wszystkich medycznych interwencji, jakie znamy. Ale, jak przy każdym zabiegu, wiążą się z nimi niewielkie ryzyka. Większość z nich jest bardzo łagodna. Zaczerwienienie, ból głowy, gorączka.
 
Niewielkie ryzyka, z których większość jest bardzo łagodna? Rozumiem, że ta mniejszość, to są łagodne (nie zaś bardzo łagodne) ryzyka. I z powodu ich istnienia rząd USA wypłacił w ciągu ostatnich około dwudziestu lat prawie dwa miliardy dolarów odszkodowań ofiarom szczepień?
 
Poważniejsze reakcje są baaaardzo rzadkie. Na grafice: Ocalone życia - efekty niepożądane.
 
Czy autor ma na myśli ocalone życia, czy raczej przypadki chorób, którym udało się zapobiec? Poważna różnica. Wielkie kłamstwo.
 
Tak naprawdę autor powinien wpisać w tę grafikę ani ocalone życia, ani przypadki chorób, którym udało się zapobiec, ani nawet powikłań - wszystko to jest nie do zbadania - lecz jedynie “wytworzone przeciwciała” (choć i to nie zawsze będzie prawdą - u niektórych ludzi nie wytworzą się przeciwciała w odpowiedzi na szczepionkę).
 
Kolejne kłamstwo - mała część grafiki to efekty niepożądane. I podpis, że mówimy o jednym przypadku na milion. Autor chciał powiedzieć, że jeden przypadek na milion to poważny efekt. Ale pojechał po bandzie i napisał, że w ogóle jakikolwiek NOP zdarza się jeden na milion.
 
Może jeden na sto tysięcy albo może jeden na miliard? Skąd te dane? Był przy tych przypadkach?
 
Mamy na myśli przypadki rzeczywiście występujące, czy też jedynie te wpisane do ewidencji?
 
Tak czy inaczej prawda jest następująca: są ofiary. Nawet śmiertelne. W Ameryce nie wypłaca się dwóch miliardów dolarów odszkodowań za urojony związek. Ale tam ludzie nie dają sobie tak łatwo w kaszę dmuchać i dochodzą, a przynajmniej próbują dochodzić, swoich praw (większość wniosków o odszkodowanie jest rozpatrywana negatywnie).
 
Ktoś mógłby zauważyć, że wcześniej, przed masowymi szczepieniami, też były ofiary. Czyli zamieniamy jedne ofiary na inne? Nawet gdyby była to zamiana większej liczby ofiar, na mniejszą, nawet gdyby - jaki jest długofalowy skutek takiej ingerencji w układ odpornościowy?
 
Ale ważniejsze jest inne pytanie: kto dał człowiekowi prawo, aby jedne ofiary zamieniał na inne? Kalkulował życie ludzkie. To może robić jedynie człowiek, który uważa że cel uświęca środki. Żeby było lepiej, niektórych musimy zabić. Trudno.
 
Zastanów się więc, w którym pochodzie chcesz kroczyć. W marszu ludzi którzy chcą nowego lepszego świata za każdą cenę? Czy może w pochodzie ludzi, którzy słuchają, że powiedziano “Nie zabijaj”. Nawet gdyby straszyli Cię wszelkimi możliwymi zarazkami. Nie podnoś ręki na życie swego bliźniego. Szukaj innej metody przetrwania.
 
Życzę powodzenia w staraniu się o odszkodowanie, jeśli tym jednym przypadkiem na milion będzie Twoja córka, Twój syn/wnuczek/wnuczka. Nie straszę. Chcę, abyś zmienił na chwilę perspektywę.
 
Czekaj, w Polsce nawet nie istnieje fundusz dla ofiar szczepień. Może wyemigruj do USA? Chyba że wierzysz, iż Ciebie to nie spotka. Ale zaraz, szczepienia i wiara???
 
Jeśli mamy oddawać zdrowie jedni za drugich, to dlaczego nie wprowadzić przymusowego oddawania nerki potrzebującym? Zwolenniku szczepienia cudzych dzieci, zapisz swoje dziecko na listę dawców jednej nerki. Przecież choroba nie wybiera, twoje dziecko urodziło się z dwiema nerkami, inne dziecko straci wkrótce obie. Dzielmy się. Dziś mamy szansę, ponieważ przez ostatnie 100 lat technika medyczna tak bardzo się rozwinęła.
 
Ale wielu z nas nie umie rzetelnie oszacować prawdziwego ryzyka. Np. jeżdżą bez pasów, bo boją się, że w razie wypadku złamią obojczyk. Wydaję całą pensję na totolotka, zamiast oszczędzać na koncie.
 
Rzeczywiście. Bywa, że większość lekarzy sieje wśród pacjentów panikę wmawiając im, że szansa iż mają nowotwór to 90% (a nie - zgodnie z prawdą - 9%) http://wyborcza.pl/1,137662,17000749,Nieznajomosc_matematyki_zabija.html
 
Nie potrafimy oszacować ryzyka, dlatego też zapewne nie latamy samolotami, tylko jeździmy samochodami. Przecież wiadomo, że statycznie rzecz biorąc podróż samolotem jest bezpieczniejsza. Malaysia Airlines Flight 370, do you hear me? Over.
 
Statystyka jest przydatna, czasem. Zwłaszcza dla określania kierunku rozwoju koncernu lub strategii politycznej. Tam konsumenci i wyborcy są tylko słupkami liczb.
 
Ja mam się na baczności, gdy ktoś ucieka się do statystyki w dowodzeniu czegokolwiek co tak bardzo dotyka mojego życia, jak choćby zdrowie. Widzę, że mam do czynienia z kimś, dla kogo cel uświęca środki. “No dalej, śmiało, do dzieła. W jego wyniku zginie jeden człowiek, a jak nic nie zrobisz, zginie dziesięciu.” Mniejsze zło, większe dobro - wybieraj. Nie myśl tyle, bo jeszcze wymyślisz jak wybrać po prostu dobro. Dla takich ludzi jesteś numerem ubezpieczenia, peselem. Biochemicznofizyczną reakcją w mózgu. Twoje życie to jedynie fakt statystyczny.
 
A totolotek na obrazku nie jest przypadkiem. Ma Ci sugerować, że ryzykujesz zbyt wiele, lekkomyślnie nie zgadzając się na szczepienie.
 
Zawsze istnieje ryzyko. Wierzysz w szczepionki (że Cię ochronią, że nie spowodują skutków ubocznych) lub we własny układ odpornościowy. Bez względu na to na czym opierasz swoją wiarę i jakie są statystyki, nic tu nie jest gwarantowane. Zawsze musisz zaryzykować. Takie życie. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej więc rób to, w co wierzysz.
 
Zwątpienie i strach, podobnie jak choroby, roznoszą się i zarażają tych, którzy nie są na nie odporni.

Święta prawda. Taki komiks z pewnością zasiał dużo zwątpienia i strachu w sercach ludzi. Mam jednak nadzieję, że moja odpowiedź rozwiała te czarne chmury i choć niektórym dodała wiary i odwagi.

Pomóż tworzyć odporność zbiorową edukując siebie i swoich znajomych.
 
O, tak. Pomóż tworzyć odporność zbiorową przeciw propagandzie strachu. Im mniej ludzi na nią się nabiera, im mniej jest bezkrytycznie myślących, oddających swój los, swoje życie, swoje zdrowie w ręce tzw. specjalistów (nie mam na myśli korzystania z pomocy, lecz bezkrytyczne powierzanie swego losu), którzy niczego nie mogą zagwarantować poza tym, że konsekwencje swoich wyborów będziesz ponosić sam, tym więcej ludzi odpornych na zwątpienie i strach. A strach jest największym wrogiem układu odpornościowego.
 
Najlepszą ochroną zdrowia jest profilaktyka. Jest bezpłatna. I jest w Twoich rękach.
 
NA ZAKOŃCZENIE

Póki masz wybór i możesz odmawiać poddania się procedurom medycznym, pogłębiaj swoją wiedzę. Czytaj, pytaj. Również w sprawie szczepień.

Masz prawo mieć wątpliwości w sprawie szczepień. Masz prawo widzieć pytania, na które nie ma odpowiedzi. Nie jesteś wtedy w towarzystwie oszołomów (choć tacy zdarzają się zapewne po każdej stronie), lecz raczej ludzi takich jak dyrektor (w latach 90-tych) amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia (NIH). Dr Bernardine Healy tak wypowiadała się o szczepieniach:

W sprawie bezpieczeństwa szczepionek ciągle jest wiele pytań, na które potrzebujemy znaleźć odpowiedzi. Musimy badać jak szczepienia wpływają na społeczeństwo w zależności od ich harmonogramu oraz dawek. Poszerzamy również wiedzę na temat indywidualnych reakcji zaszczepionych jednostek. Polityka szczepień powinna być przedmiotem szczerej i otwartej debaty, bez tolerancji dla zastraszania. Tutaj nie ma stron konfliktu - są jedynie ludzie troszczący się o dobro - dobro naszych dzieci.

Możesz zacząć od przeczytania ulotek do szczepionek. http://www.stopnop.pl/szczepionki

Masz prawo pytać, kto odpowie za ewentualne powikłania. 1 na 100 czy 1 na milion - kto odpowiada, jeśli ten jeden przypadek byłby właśnie teraz? Dlaczego w Polsce nie ma funduszu z którego wypłaca się odszkodowania ofiarom szczepień (takiego, jaki jest w USA)?

Polska jest jednym z nielicznych krajów, w których szczepi się dzieci w pierwszej dobie życia. Na jakiej podstawie? Skąd wiadomo, czy jest to bezpieczne, skoro nie można eksperymentować na dzieciach? Czy może jednak można i właśnie się to robi?

I gdzie masz gwarancję, że szczepionka jest dla Ciebie bezpieczna? Zadziała tak, jak obiecuje się, że zadziała? Przecież nawet kupując samochód lub komputer wychodzisz ze sklepu z takową gwarancją. Bo producent jest pewien, że sprzęt, który Ci oferuje, działa zgodnie z obietnicą. (A jak nie, naprawią go lub wymienią na bez wad). Nikt nie daje gwarancji na coś, czego działania nie jest pewien i nikt nie gwarantuje tego, czego nie jest pewien.

Nie trać więc z oczu faktu, że szczepienia, dobre czy złe, są nadal jednym wielkim eksperymentem. Niekontrolowanym.

Owszem, życie w ogóle jest eksperymentem. Twoje życie jest jednak Twoim eksperymentem. To Ty masz doświadczać, zdobywać wiedzę i podejmować decyzje, brać również odpowiedzialność za nie.

Możesz oczywiście oddać swoje prawa w ręce innych ludzi. Oni będą za Ciebie doświadczać, zdobbywać wiedzę, podejmować decyzje i ponosić (lub nie) za nie odpowiedzialność. Jeśli tak chcesz żyć, nikt Ci tego nie zabroni. Nie zmuszaj jednak innych do przyłączenia się do Ciebie.



UWAGI KOŃCOWE

Nie moim zadaniem było tutaj edukowanie czy szczepionki zmniejszyły śmiertelność, liczbę zachorowań, kiedy jak i dlaczego - jeśli w ogóle. Proszę doedukować się samodzielnie, konsultować ze specjalistami itd.
 
Moim zamiarem było wskazać na obecne w cytowanym komiksie manipulacje, uogólnienia, pominięte hipotezy itp. Może pomoże to komuś w nauce krytycznego i samodzielnego myślenia.
 
Co to jest racjonalizm? Z pewnością nie to, co praktykuje i wyraża autor komiksu oraz jego propagatorzy. Wg mnie autor oryginalnej, anglojęzycznej historyjki skompromitował się, dając się poznać jako pseudoracjonalista i pseudosceptyk. Chyba widać to z porównania jego pracy z faktami o których tu pisałem. Wnioskuję również, że należy do tego typu osób:


Ludzie, który chcą szczepić są często bardzo agresywni i nie chcą, żebyście usłyszeli argumenty drugiej strony. Nie chcą, żebyście sami podejmowali decyzję. - słusznie zauważa https://www.youtube.com/watch?v=UkIo9VSD0kI - Ja wam nigdy nie powiem, żeby nie szczepić, ale oni zawsze wam powiedzą, że trzeba szczepić na wszystko. Ja mówię, wysłuchajcie argumentów, a potem wybierzcie. Co zrobicie, jest waszą odpowiedzialnością.”
 
Autorzy tłumaczenia dodatkowo pokpili sprawę podszywając się i szkalując Stop NOP. Komiks jest częścią akcji przeciwko Stowarzyszeniu Stop NOP.
 
Czy masz świadomość, że jeśli jesteś przeciwko Stop NOP, jesteś przeciwko celom Stowarzyszenia (kłamliwie nazywanego antyszczepionkowym). Czy jesteś:
1) Przeciwko promocji i ochronie zdrowia publicznego w oparciu o holistyczną koncepcję człowieka i świata?
2) Przeciwko poprawie bezpieczeństwa i jakości usług medycznych?
3) Przeciwko przeciwdziałaniu występowaniu Niepożądanych Odczynów Poszczepiennych (NOP)?
4) Przeciwko poszerzaniu i upowszechnianiu wiedzy na temat faktycznego bezpieczeństwa i skuteczności tzw. szczepień ochronnych oraz alternatywnych metod stymulacji układu odpornościowego organizmu u dzieci i dorosłych?
5) Przeciwko wspieraniu oraz ochronie praw i mienia osób, a także rodzin dotkniętych skutkami Niepożądanych Odczynów Poszczepiennych lub stosujących alternatywne w stosunku do szczepień ochronnych metody zapobiegania zakażeniom i chorobom zakaźnym?
6) Przeciwko respektowanie wolności i swobód obywatelskich, a także praw człowieka i pacjenta, szczególnie w zakresie wyboru metody profilaktyki i leczenia chorób, w tym groźnych chorób zakaźnych?
 
Stop stop Stop NOP.
 
Myśl samodzielnie, inaczej ktoś będzie myślał za Ciebie.

Zrodlo: http://ener-chi.pl/?co-to-jest-racjonalizm-lekcja-dla-pseudoracjonalistow-na-przykladzie-akcji-propagandowej-stopstopnop,97



doc. Józef Kossecki -- Krótkie omówienie stanu obecnej i przedwojennej nauki polskiej
https://www.youtube.com/watch?v=KpWbynDjZ4Y
95
Prof. Witold Kieżun - Jak powstał tzw. Plan Balcerowicza

https://www.youtube.com/watch?v=3Q__5mK_dQU

Inna rzecz, że United States Information Agency przydzielała stypendia zdolnym partyjnym studentom, licząc na ich indoktrynację i przyszłą pozycję państwową. W ten sposób kształtowała się nowa kadra nomenklatury, reprezentująca wysoki poziom wiedzy z biegłą znajomo­ścią języka angielskiego, lub i innych języków zachodnich, z licznymi koleżeńskimi, zagranicznymi kontaktami, również w krajach kapitalistycznych.
W efekcie tej polityki zarządzania przez wiedzę zwiększyła się też liczba wysoce wykształconej, a także o inteligenckim pochodzeniu kadry
nomenklatury, na co wskazuje analiza struktury personalnej rządu PRL w połowie lat 80. (dane Biura Organizacji URM).
Rząd liczył 38 członków, z profesorem ekonomii Zbigniewem Messnerem jako premierem, 7 dalszych członków było również profesorami
uniwersytetów, 4 dyplomowanymi generałami armii. Wszyscy pozostali mieli też uniwersyteckie wykształcenie (ekonomiczne, wojskowe,
prawnicze, polonistyczne, socjologiczne i medyczne). 14 ministrów miało pochodzenie inteligenckie, 24 - robotnicze i chłopskie, 32 było członkami PZPR, 2 - Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, 2 - Stronnictwa Demokratycznego, 2 - bezpartyjnych. Średni wiek ministrów to 57 lat.
W teoretycznym założeniu członkowie partii powinni być ludźmi w pełni akceptującymi jej ideologię i akceptującymi priorytet interesu
uznawanej ideologii nad swoim własnym. Ta reguła Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego oczywiście obowiązywała też w Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej.

https://tadeuszczernik.files.wordpress.com/2014/06/kiec5bcun-w-patologia-transformacji.pdf


Witolda Kieżuna ocena transformacji

„Wyrażenie wątpliwości, co do sensu wprowadzenia reform a la Soros–Sachs–Balcerowicz w roku 1990 i kilku następnych w pewnych środowiskach równało się śmierci cywilnej. Wszyscy popierali reformy i już. Bezrobocie doszło do 3 milionów – wszyscy nadal popierali reformy. Obszar ubóstwa i nędzy objął połowę społeczeństwa - wszyscy nadal popierali”. (Tomasz Sypniewski „Tygodnik Solidarność”)

Z komunizmu w kraj neokolonialny

Medialna euforia dla pakietu reform proponowanych przez Sorosa–Sachsa–Balcerowicza, a zwłaszcza ich poparcie przez Bronisława Geremka, Jacka Kuronia i Adama Michnika zablokowały wszelką dyskusję. Brak podstawowej wiedzy ekonomicznej nie był dla nich żadną przeszkodą, stąd wprowadzili niemal rewolucyjny entuzjazm przy głosowaniach w Sejmie. Tylko nieliczni głosowali przeciwko ustawom Balcerowicza. Przeciwny reformom był OPZZ, ale to „komuchy”, którzy się już dla nich nie liczyli. Myślącym inaczej zamykano usta. Dopiero później wicemarszałek Aleksander Małachowski zdobył się na gorzką refleksję: „szliśmy jak barany”.

Refleksje po latach

Pojawiały się m.in. książki profesora Karola Modzelewskiego „Dokąd od komunizmu ?”, czy  prof. Tadeusza Kowalika  www.Polskatransformacja.PL . niedawno wyszła praca „Patologia transfoяmacji”[1] autorstwa prof. Witolda Kieżuna. Podobnie jak poprzednie ona również jest przemilczana przez „mainstreamową” prasę i polityków. Choć zasługuje na szczególną uwagę z tej racji, że w sposób kompleksowy, uwzględniając procesy globalizacji, analizuje polską transformację.
Autor – powstaniec warszawski, więzień gułagu, naukowiec specjalizujący się w zarządzaniu i ekspert Organizacji Narodów Zjednoczonych w Afryce – pisze o niej absolutnie bez ogródek i kadzideł pochwalnych. Bezwzględnie odziera z zafałszowań, arogancji, megalomanii i naleciałości neoliberalnego doktrynerstwa. Występuje z pozycji chrześcijańskiej doktryny społecznej i prakseologicznej teorii zarządzania, stąd jego krytyka zarówno marksizmu jak neoliberalizmu. Prezentuje sprawy tak, jak one w rzeczywistości przebiegały.
Książka pokazuje negatywną, patologiczną stronę procesu budowy kapitalizmu w Polsce „w ramach globalnej agresywnej i neoliberalnej gry międzynarodowego kapitału”.
Część pierwsza to teoretyczne rozważania nad istotą patologii organizacji w świetle światowej literatury. Część druga jest relacją kolejnych form procesu kształtowania się postaw społeczeństwa polskiego w 45-letnim okresie rządów komunistycznych i fenomenu „Solidarności”. Część trzecia zawiera opis procesu światowej dekolonizacji i, na jej tle, antypolskiej polityki prezydenta Franklina Delano Roosevelta w czasie II wojny światowej, a następnie brutalnej rekolonizacji Afryki Centralnej. Kolejna część obejmuje analizę kapitalistycznej neokolonizacji transformującej się Polski ze zbiorem krytycznych ocen tzw. Wielkiego Przełomu. Dla zachowania ich pełnego autentyzmu autor cytuje najistotniejsze fragmenty dokumentów oraz liczne tabele. Dalsza część poświęcona jest udowadnianiu patologicznego charakteru reform administracyjnych III RP. Zakończenie stanowi zarys radykalnych usprawnień zarządzania publicznego.

Prekursor Mieczysław Rakowski

Kryzys społeczno–gospodarczy, jaki dotknął PRL w latach osiemdziesiątych XX wieku zmusił władze do szukania „niekonwencjonalnych” rozwiązań. Po odrzuceniu w referendum „reform Zbigniewa Messnera” przyszła pora na rząd Mieczysława Rakowskiego. Władze PRL skwapliwie skorzystały z propozycji George’a Sorosa, by gospodarkę socjalistyczną „ożywić pakietem” wręcz kapitalistycznym. Był to słynny plan premiera Rakowskiego radykalnej transformacji gospodarki planowej na wolnorynkową.
7 miesięcy po wizycie Sorosa, 23 grudnia 1988 r., Sejm PRL przyjął ustawy przygotowane przez ministra przemysłu Mieczysława Wilczka. Było to ni mniej ni więcej, ale wprowadzenie w PRL ustroju kapitalistycznego w jego klasycznej postaci na podstawie kodeksu handlowego II RP z 1934 r. Ustawa umożliwiła każdemu obywatelowi PRL podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej na równych prawach, co m.in. spowodowało aktywizację drobnych przedsiębiorców, którzy utworzyli wiele nowych miejsc pracy.
Z punktu widzenia teorii patologii zarządzania był to klasyczny przykład realizacji prawa sformułowanego przez niemieckiego filozofa Hansa Vaihingera „przerastania środków nad celem”. Środkiem do celu, jakim było dla PZPR zbudowanie socjalizmu, stało się wówczas samo sprawowanie władzy. By utrzymać się przy władzy PZPR chciała nadal rządzić wprowadzając reformy kapitalistyczne. A więc coś diametralnie innego niż zakładał wcześniejszy socjalistyczny program.
Istotą „reform Wilczka” była tzw. nomenklaturowa prywatyzacja. Na początek Narodowy Bank Polski utworzył 9 komercyjnych banków finansowanych przez NBP. Miały one wspomagać nowe przedsiębiorstwa, które zaczęły się pojawiać jak „grzyby po deszczu”. Istniały dwa typowe modele ich powstawania. Pierwszy to zakładanie przez dyrektora państwowej firmy innej – tym razem prywatnej – o podobnym profilu i płacenie tam znacznie więcej niż w poprzedniej. Bo nie obowiązywał tam bardzo wysoki podatek od wynagrodzeń, tzw. popiwek, poważnie ograniczający zarobki w przedsiębiorstwach państwowych. Po pewnym czasie dochodziło do przejęcia lub bankructwa przedsiębiorstwa państwowego.
Drugim modelem było tworzenie spółek prywatnych przez ludzi z nomenklatury PZPR. Robili to dyrektorzy przedsiębiorstw państwowych w porozumieniu z ludźmi aparatu partyjnego. 80 procent personelu pracowało wcześniej w przedsiębiorstwach państwowych, natomiast 62,5 procent właścicieli nowych przedsiębiorstw pełniło funkcje kierownicze w PRL. W sumie było to jednak zakładanie polskich przedsiębiorstw.

Trzech strategów „Solidarności”

W 1989 r. nie było już klasycznej „Solidarności” z lat 1980–1981. Niemniej wielu Polaków właśnie jej przypisuje klęskę transformacji ustrojowej. Przysłany przez George’a Sorosa do Polski Jeffrey Sachs zwrócił się do – jak to sam nazywa – trzech „strategów Solidarności” Bronisława Geremka, Jacka Kuronia i Adama Michnika. Profesor Kieżun krótko charakteryzuje ich życiorysy i mówi, że dokonali „rotacji intelektualnej” z ortodoksyjnego komunizmu w ortodoksyjny neoliberalizm. To na nich i nie tylko, trafił zachowujący się jak typowy agent marketingowy profesor Sachs. Jednoznacznie i wielokrotnie słyszał stwierdzenia powyższych, że nie znają się w ogóle na ekonomii. Oni natomiast pytali go: „Czy reformy wyjdą?”. Zapewniał, że z „pewnością”.
Cała trójka była historykami, na ekonomii nie znał się też ani Lech Wałęsa, ani pierwszy premier III RP, Tadeusz Mazowiecki.
Nikomu z rządzących ani ekspertów nie chciało się jesienią 1989 r. sprawdzić, co stało się wcześniej w Boliwii i Wenezueli. W pierwszym kraju po wprowadzeniu reform neoliberalnych – czyli brutalnego sprywatyzowania gospodarki przez spekulantów – nastąpił wybuch niezadowolonego społeczeństwa. A reformy proponował sam Jeffrey Sachs. W Wenezueli po wprowadzeniu „konsensusu waszyngtońskiego” doszło do zastrzelenia około 2 tysięcy protestujących przez siły porządkowe. To był prolog do wydarzeń, o którym w kraju nad Wisłą jakoś nie słyszano.

Kadry decydują o wszystkim

Natomiast można powiedzieć, że kierownictwo „Solidarności” zaakceptowało propozycje Jeffreya Sachsa, ale nie wiedziało, co one w gruncie rzeczy oznaczają. Przestrzegał przed tym profesor Tadeusz Kowalik, który później sformułował niezwykle ostrą opinię: „ Najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy”[2].
Podobnie, jak posłowie Sejmu kontraktowego, nie miał też wiedzy na ten temat reform wyznaczony na stanowisko wicepremiera i ministra finansów dr Leszek Balcerowicz, choć był zwolennikiem wolnego rynku. Nie posiadał on ani doświadczenia administracyjnego (pracował w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu–Leninizmu KC PZPR), ani żadnego liczącego się dorobku naukowego (14 lat po doktoracie nie miał habilitacji). Leszek Balcerowicz zdecydowanie odrzucił wszelkie znane polskim ekspertom np. Tadeuszowi Kowalikowi rozwiązania (szwedzkie, niemieckie, chińskie itp.). Przyjął jako wytyczną zalecenia George’a Sorosa i Jeffreya Sachsa.
Profesor wystawia oceny elitom transformacji i jest ona „niedostateczna” – od Wałęsy przez Geremka, Kuronia, Michnika po Balcerowicza. Także twierdzi, że nie było żadnego planu Balcerowicza (którego nazywa ignorantem w kwestii zarządzania przedsiębiorstwami czy gospodarką w ogóle). To tylko był plan Sachsa, który został opisany zresztą przez Amerykanina w jego książce[3].
Oznaczało to całkowite otwarcie Polski na zagraniczny import i dopuszczenie zagranicznych inwestorów do zakupów polskich przedsiębiorstw łącznie z tzw. wrogim przejęciem, czyli przeznaczeniem do likwidacji. W wyniku „szokowej kuracji” zarówno poziom inflacji jak bezrobocia przekroczył wielokrotnie zapowiedziane prognozy i trwały one znacznie dłużej niż rząd Tadeusza Mazowieckiego i Leszka Balcerowicza się spodziewał.
Natomiast w administracji, przedsiębiorstwach i środkach masowego przekazu od objęcia władzy przez premiera Tadeusza Mazowieckiego – o czym profesor Kieżun jednak nie pisze – trwała wymiana kadr. Towarzyszyła temu nasilająca się antykomunistyczna nagonka forsowana przez „Tygodnik Solidarność”. Tu ideologiem był nazista, Carl Schmitt. Pozbywano się ludzi z legitymacją PZPR a ich miejsce zajmowali członkowie „Solidarności”. Były to więc „czasy odwetu”. W krótkim czasie nastąpiła całkowita „dekomunizacja” kadr kierowniczych i wyrzucenie ludzi uznanych za nieprzydatnych z ideowego punktu widzenia[4].

„Czy w Polsce możliwy jest cud gospodarczy?”[5]
Tytuł odnosi się oczywiście do tromtadracko zapowiadanego przez Jeffreya Sachsa szczęścia i cudu. Jednak w ciągu kilku miesięcy Polska z kraju komunistycznego stała się państwem neokolonialnym. To stwierdzenie może zaskakiwać. Bo co prawda odzyskaliśmy wolność polityczną, to reformy Sachsa – Balcerowicza doprowadziły Polskę do neokolonialnej zależności finansowej i gospodarczej od międzynarodowych koncernów.
Można zapytać jak to się stało? Przecież Polska w ostatnich latach PRL  zajmowała 12 pozycję w świecie pod względem produkcji przemysłowej (nie mylić z dochodem narodowym). Było to więc faktycznie diametralnie inaczej niż to określił w Davos liberalny premier Jan Krzysztof Bielecki, mówiąc że „PRL bardziej zniszczyła gospodarkę, niż II wojna światowa”. Warto w tym miejscu polecić zestawienie dokonań Edwarda Gierka z Leszkiem Balcerowiczem, które nie jest pozytywne dla tego ostatniego[6].
Tym bardziej, że sam pan premier Bielecki mógł chyba z bliska poznać „złomowanie” zakładów i wartość „sprywatyzowanych” za bezcen przedsiębiorstw państwowych. I zna chyba obszerną listę zlikwidowanych w ramach „wrogiego przejęcia”. Ten „złom” sprzedano w latach 1990–2010 za ponad 133 miliardy złotych!!![7].
Doprowadziło to, przez otwarcie granic, do potwornej nadwyżki importowej nad naszym eksportem. I to jakim importem – płaciliśmy np. miliony za makulaturę, za szpilki do włosów, za gwoździe, kosmetyki, niemiecką wodę mineralną, francuskie mleko itp. w sytuacji, kiedy wszystko to sami produkowaliśmy na miejscu.
Gdyby więc przemiany zostały przeprowadzone w sposób racjonalny, na przykład z wykorzystaniem koncepcji kanadyjskich – co podkreśla profesor Kieżun – można by było wiele uratować. Trzeba było przeznaczyć do prywatyzacji publicznej wybrane dziedziny przemysłowe i konkretne zakłady. A środki finansowe na zakup akcji Polacy mieli. Według danych NBP na kontach prywatnych w 1989 r. było 7 miliardów USD, a prawdopodobnie tyle samo w domach.

„Brak polityki przemysłowej”

Tymczasem rządy solidarnościowe – a konkretnie minister przemysłu Tadeusz Syryjczyk – szczyciły się „brakiem polityki przemysłowej”. Przekonywały, że rynek sam się reguluje, a państwowe przedsiębiorstwa trzeba doprowadzić do bankructwa i później tanio sprzedać. Była to elementarnie błędna polityka, kompletnie sprzeczna z polskim interesem narodowym. Doprowadziła ona do kompletnej destrukcji wielu dziedzin polskiego przemysłu i sektora finansowego, nie mówiąc o sektorze prasy[8].
Ta postawa już po sześciu latach sprawiła – można to przeczytać w raporcie zespołu fachowców z udziałem prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego prof. Zdzisława Sadowskiego, że „najcenniejsze segmenty rynku, najbardziej opłacalne i charakteryzujące się największą dynamiką popytu, a tym samym najbardziej dynamizujące całą gospodarkę, zostały całkowicie opanowane przez firmy zagraniczne, a krajowe przemysły w tych dziedzinach przestały istnieć”.

Polska krajem neokolonialnym

Według profesora Kieżuna w międzynarodowych stosunkach gospodarczych mamy dwa rodzaje państw: suwerenne ekonomicznie, posiadające większość produkcji przemysłowej, usług, handlu i bankowości w rękach kapitału krajowego oraz ekonomicznie skolonizowane, mające formalną niezależność polityczną, ale których większość produkcji, handlu, usług i bankowości znajduje się w obcych rękach. Wykazują one stały deficyt w handlu zagranicznym i dużą różnicę uposażeń w stosunku do krajów w pełni suwerennych.
Rekolonizacja czyli ponowny ekonomiczny podbój kolonialny jest po części efektem procesów globalizacji, która doprowadziła do powstania potężnych międzynarodowych korporacji. Sprowadza się on do narzucenia przez koncerny zasady: wasza administracja, nasza gospodarka. Zdominowały one nie tylko Afrykę, Amerykę Łacińską, ale Europę Środkowo–Wschodnią. Coś takiego – zdaniem profesora – zostało przyjęte właśnie w Polsce w trakcie transformacji.
Jedną z podstawowych konstatacji wysuwanych przez profesora Witolda Kieżuna w książce „Patologia transfoяmacji” jest właśnie teza o neokolonialnym kształcie III Rzeczpospolitej. Bazuje on na swych doświadczeniach w Afryce – zwłaszcza w Ruandzie i Burundi, gdzie przebywał, których podobieństwo do III RP jest szczególnie widoczne. Państwo neokolonialne charakteryzuje pełna liberalizacja handlu, likwidacja krajowych ograniczeń dla zagranicznych inwestycji bezpośrednich i prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych, a przede wszystkim pełne podporządkowanie gospodarcze wielonarodowym korporacjom gospodarczym.
Profesor Kieżun porównuje strukturę gospodarczą Burundi czy Ruandy do Polski. Uważa, że praktycznie rzecz biorąc jest taka sama. Co najwyżej mamy średnie przedsiębiorstwa. Wielki handel jest zagraniczny, przedsiębiorstwa są zagraniczne, również 80 proc. finansów jest w rękach zagranicznych. Czyli praktycznie rzecz biorąc jesteśmy krajem całkowicie podporządkowanym. Wszystkie zyski z tej działalności, a wynoszą one bagatela około 100 miliardów złotych, są eksportowane z Polski !!!
Wielu może się zdziwić, że w Polsce wzrósł poziom życia, a tu się mówi o neokolonialnej zależności. Nie na tym polega sprawa, ale na różnicy w poziomie życia i zarobkach, które w innych krajach i tamtejszych przedsiębiorstwach są kilkakrotnie wyższe w tych samych firmach, również ceny towarów na Zachodzie są niższe, niż ceny tych, sprowadzanych do Polski.
Autor, opisując typowe patologie zarządzania publicznego. Posługuje się metaforycznie „Czterema Jeźdźcami Apokalipsy”, nadając im nazwy najbardziej dolegliwych dla społeczeństwa zjawisk: gigantomanii, luksusomanii, korupcji oraz arogancji władzy. Czytelnika książki odsyłam do przeczytania o pierwszych dwóch „Jeźdźcach”, choć i trzeci jest wart przypomnienia, bo demoralizacja kadr kierowniczych była ogromna, stąd gigantyczne „prowizje” od zachodnich przedsiębiorców.
Natomiast jako czwartego – arogancję władzy nie sposób pominąć z uwagi na kategoryczność i arogancję wicepremiera Balcerowicza, który odrzucał jakiekolwiek poprawki w swych reformach. Natomiast drugim arogantem był profesor Michał Kulesza – współtwórca reformy z lat siedemdziesiątych (49 województw), który po Wielkim Przełomie dokonał „rotacji intelektualnej”. Był współtwórcą aktualnego podziału administracyjnego kraju. To on wprowadzał blisko 400 powiatów i województwa z niespotykanymi nigdzie na świecie dualnymi władzami: państwowymi i samorządowymi. Można powiedzieć, że reforma administracyjna została „źle zepsuta”.
Opisując je szczegółowo, podaje dane (oficjalne, GUS-owskie), które na co dzień umykają uwadze obywateli, jak np. niekontrolowany rozrost biurokracji (zatrudnienie w administracji publicznej, które ze 156,6 tys. w 1990 r. zwiększyło się do 440,5 tys. w 2010 r.), czy ciągle rosnące zadłużenie (w 2004 r. dług publiczny wynosił 505 mld zł, w 2011 już 850,8 mld zł).

Podsumowanie we łzach

Podsumowując warto zwrócić uwagę na dość niecodzienną cechę książki – to rodzaj testamentu wielkiego naukowca i Polaka, profesora Witolda Kieżuna. Jest ona w swej ocenie przerażająco brutalna. Autor nie pozostawia „suchej nitki” na polskich „reformatorach” – od najwyższego szczebla do najniższych. Liczba stawianych zarzutów jest tutaj bardzo obszerna, przekracza ona „Czterech Jeźdźców Apokalipsy”.
Autorem jest oficer Armii Krajowej, znakomity naukowiec w dziedzinie zarządzania, wykładowca renomowanych zagranicznych uczelni, profesor Akademii Leona Koźmińskiego i wysoko ceniony ekspert Organizacji Narodów Zjednoczonych.  Ostre oceny mogą szokować. Może to i dobrze, bo trzeba czasem pisać prawdę. Tymczasem profesor Kieżun podczas jednego z wywiadów płacze, gdy mówi: „Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem. To jest bardzo bolesne. Wymieramy, straciliśmy markę na świecie, jesteśmy całkowicie uzależnieni”.
Łzy sędziwego naukowca – gdy mówił o Polsce pozbawionej własnego kapitału, własnego przemysłu i sprowadzonej do roli kolonii – były niebywałym oskarżeniem tych, którzy odzyskanie niepodległości w 1989 r. zaprzepaścili. Pozwolili kraj skolonizować przez międzynarodowe koncerny, uczynić rezerwuarem taniej siły roboczej, a politycznie podporządkować nowym władcom.

Lech Kańtoch

Przypisy:
[1] Witold Kieżun, „Patologia transfoяmacji”, Warszawa 2012, Wydawnictwo Poltext, ss. 433. www.poltext.pl
[2] Kowalik Tadeusz, „Kłopotliwy sierpień”, Przegląd, 29 sierpnia 1995.
[3] Sachs Jeffrey, “Poland's Jump to the Market Economy (Lionel Robbins Lectures)” Cambridge, Massachusetts 1994, MIT Press, pp. 135.
[4] Karol Modzelewski, „Dokąd od komunizmu?”, Warszawa 1993, Polska Oficyna Wydawnicza BGW s. 8.
[5]  „Czy w Polsce możliwy jest cud gospodarczy?”, Gazeta Wyborcza 24 sierpnia 1989 r.
[6] Witold Kieżun, op.cit. s. 199.
[7] Witold Kieżun, op. cit. s. 150.
[8] „Warto zobaczyć, jak przebiegała prywatyzacja Gazety Wyborczej”. Zob. szer. Witold Kieżun, op. cit. s.149–150.

 Zrodlo: http://www.rp.pl/Rzecz-o-polityce/306289880-Leszek-Balcerowicz-Szkodnik-Kaczynski-degraduje-Polske.html#ap-2
96
Choroby i schorzenia / Metoda Volla
« Last post by BladyMamut on (Sun) 07.08.2016, 23:36:44 »
Metoda Volla

Elektroakupunktura metodą dr. Volla (EAV), test elektrodermalny (electrodermal testing - EDT).

Skąd pochodzi nazwa metoda Volla?

Sposób badania, który został opisany powyżej, nazywa się metodą Volla. Opracował ją w latach 50. XX wieku Niemiec, dr Reinhold Voll jako metodę diagnostyczno-terapeutyczną. Pracując w zawodzie lekarza, szybko zauważył on, iż to, czego się nauczył na studiach, nie jest efektywne w leczeniu schorzeń. Poszukując przyczyn chorób, szukał też nowych metod diagnostycznych mogących je wykryć. Prace nad swoją metodą zaczął już w czasie wojny. Po wielu latach doświadczeń opracował metodę elektropunktury. Pomimo dużej wiarygodności, z pewnych powodów, o których napiszemy później, nie zyskała ona oficjalnie szerokiego rozgłosu w Polsce. Sam R. Voll za opracowanie tej metody został natomiast uhonorowany przez papieża medalem i jest dziś uważany za ojca elektropunktury.

Co daje mi metoda Volla?

Metoda Volla jest przeznaczona dla ludzi szczególnie troszczących się o swoje zdrowie lub zajmujących się leczeniem innych. W dobie kryzysu medycyny oficjalnej z powodu braku jej skuteczności oraz ograniczeń finansowych jesteśmy zmuszeni sobie sami radzić ze zdrowiem, a metoda ta pozwoli nam oszczędzić czas i pieniądze. Przez lekarza zajmującego się nią nie będziemy odsyłani od Annasza do Kajfasza w celu przeprowadzenia wielu kosztownych badań. Większość danych potrzebnych do oceny i ustalenia sposobu leczenia doświadczony lekarz będzie mógł zdiagnozować i dobrać sam nawet w czasie pierwszej wizyty. Każdy z nas jest w stanie nauczyć się tej metody i ją wykorzystywać.

Za pomocą metody Volla można stwierdzić obecność toksyn w żywności i kosmetykach, środków owadobójczych, pestycydów, wszelkich zatruć uwarunkowanych pracą zawodową, na przykład metalami ciężkimi lub toksynami chemicznymi, ognisk chorobowych niewykrywalnych w badaniach rentgenologicznych, czynników szkodliwych, używek, narkotyków, toksyn bakteryjnych, mikotoksyn oraz alergenów.

Wykrywa przyczyny, określa metody leczenia

Dzięki elektroakupunkturze według Volla (EAV) można nie tylko rozpoznać określone objawy chorobowe, lecz również ustalić ich przyczyny i wybrać najlepszą formę leczenia. Zatem EAV umożliwia w krótkim czasie nie tylko przeprowadzenie dokładnej diagnostyki, lecz także zaplanowanie niezbędnej terapii.

Metoda Volla pozwala wykryć chorobę na długo przed pojawieniem się jej objawów. Jeślibyś się dowiedział, że za 10 lat może Ci grozić jakaś choroba i dzięki wskazówkom lekarza możesz jej uniknąć, to czy byłbyś zadowolony, chodząc tylko na badania profilaktyczne i zażywając jedynie nieszkodliwe preparaty na wzmocnienie organizmu?

 

Choroba nie pojawia się w ciągu kilku dni. Poważne schorzenia powstają kilka, kilkanaście lat. Nie chorujemy dopiero wtedy, kiedy widzimy symptomy choroby. Organizm już dłuższy czas zmagał się z różnymi dysfunkcjami i niedoborami, próbując nadrobić je kosztem innych organów i tkanek. Jednak to wszystko trwa do czasu. Diagnostyka medycyny oficjalnej pozwala stwierdzić i „wykryć” chorobę, kiedy wystąpią jej objawy. Największą „plamę” daje dzisiejsza medycyna na polu leczenia chorób chronicznych.

Nietrudno sobie wyobrazić, jakie możliwości stwarza w sferze profilaktyki metoda Volla, skoro pozwala wykryć choroby lub predyspozycje do nich zanim ujawni się ich pełny obraz kliniczny.

W jaki sposób przebiega badanie i ocena stanu zdrowia?

Dzięki zastosowaniu specyficznego systemu pomiaru opracowanego przez dr. Volla, można dokładnie rozpoznać stopień zaawansowania stanu zapalnego narządu. W ten sposób dr Voll wynalazł jedyną w swoim rodzaju metodę pozwalającą zaklasyfikować ogniska chorobowe w organizmie do jednej z trzech grup:
- zapalne
- przewlekle
- podostre.

Przykładowo: w normalnej sytuacji odczyt pomiaru przewodzenia skóry zdrowego narządu wynosi 50-65, natomiast w przypadku chorego narządu wartość ta będzie wyższa bądź niższa (80 lub 30). Tak wiec wielkość wartości mierzonej odgrywa kluczową rolę w postawieniu trafnej diagnozy.

Na zdjęciach widać, jak to wygląda w praktyce. Pacjent cierpiał na przewlekły stan zapalny w węzłach chłonnych, co widzimy na rysunku:


Pomiary wykonano aparatem Volla firmy Enso Electronics.

Gdybyśmy chcieli pójść jeszcze dalej, moglibyśmy określić, co spowodowało ów stan zapalny, stosując selektor - elektroniczną bazę informacyjną kopii patogenów.
W grafice programu poszczególne barwy odpowiadają następującym stanom organizmu:
Czerwona - proces zapalny, stan nie jest chroniczny; łatwo przywrócić równowagę.

Zielona - norma.
Niebieska - to degeneracja, chroniczna, długotrwała patologia, którą z powodu wielu czynników trudno jest doprowadzić do normy. I czym dłużej zwlekamy, tym gorzej.
Po zastosowaniu kuracji naturalnymi sokami po 3 tygodniach stan się unormował, co również widzimy na poniższym rysunku.


Dzięki zastosowaniu metody Volla wiadomo, na którym etapie organizm powraca do normy.

Dlaczego nigdy nie słyszałem o tej metodzie?

Niektórzy mogą zadawać sobie to pytanie. Jeśli to taka dobra diagnostyka, to dlaczego nigdy o niej nie słyszałem lub nie jest ona stosowana oficjalnie w medycynie?

Nie wiemy, dlaczego nie słyszałeś o metodzie Volla. Obecnie jest ona stosowana w 34 krajach, a Międzynarodowe Towarzystwo Elektropunktury zrzesza ponad 30 000 lekarzy. Jest jednak rzeczą ciekawą, iż rozchodząc się po świecie z Niemiec, metoda ta w jakiś magiczny sposób ominęła nasz kraj.

Na czym polega metoda Volla?

Metoda polega na pomiarze potencjałów bioenergetycznych punktów akupunkturowych powiązanych z odpowiednimi tkankami, narządami lub ich częściami.

Opiera się na zasadach chińskiej akupunktury. EAV czerpie z założeń tradycyjnej chińskiej akupunktury. To dr. Vollowi zawdzięczamy rozpowszechnianie klasycznej akupunktury w zachodnim świecie. Lekarz ów zgłębiał filozoficzne zasady tej metody terapii, a potem postanowił zaadaptować je do tradycyjnego sposobu leczenia. Jego najdonioślejszym dokonaniem okazało się wprowadzenie do dzisiejszej wiedzy medycznej lokalizacji punktów akupunkturowych. W trakcie wieloletnich badań dr Voll sam odkrył i nazwał kolejne meridiany. Jego zasługi są tym bardziej znamienne, że nowe meridiany zostały przyporządkowane konkretnym narządom.

Test substancji

Oryginalną i niepowtarzalną metodą opracowaną przez Volla jest również tzw. test substancji. Każda substancja posiada indywidualną charakterystykę wibracji. Leki wywołują zmianę reakcji organizmu. Całkiem przypadkowo Voll odkrył, że leki, które włączy się do obwodu pomiarowego, wpływają na zmianę reakcji organizmu. Wykorzystał ten fakt do testowania działania leków przed podaniem ich pacjentowi. Umożliwia to ocenę działania substancji na organizm pacjenta jeszcze przed rozpoczęciem kuracji.
Substancjami testowanymi mogą być: kosmetyki, suplementy diety (BADY), żywność, woda, lekarstwa, zioła, preparaty homeopatyczne, witaminy, minerały (niedobór) itp.

Być może ktoś z Czytelników zastanawiał się, w jaki sposób zielarze dobierają zioła i poszczególne mieszanki?

Właśnie za pomocą tej metody można dobrać każdemu indywidualnie mieszankę ziołową.

Niektóre toksyny znajdują się w tkankach w takiej ilości, iż nie są wykrywalne za pomocą badań diagnostyki laboratoryjnej.

Podczas testu substancji można ustalić rodzaj, dawkę i stężenie przewidzianych w kuracji leków, przenosząc elektromagnetyczny sygnał leku na pacjenta.

Możemy sprawdzić, czy w spożywanej przez nas żywności znajdują się konserwanty, grzyby, nawozy chemiczne (pestycydy, herbicydy), czy w wodzie są szkodliwe bakterie i metale ciężkie, antybiotyki. Istnieje możliwość wykrycia obecności tych toksyn w żywej tkance w takim rzędzie wielkości, który jest za mały dla badań diagnostyki laboratoryjnej, chociaż wiadomo, że szkodzi zdrowiu.

Metoda Volla stosowana jest przez ludzi dbających o własne zdrowie.

W obecnych czasach dużym problemem jest skażona żywność, którą kupujemy na targu, w sklepach, supermarketach. Tak naprawdę nie wiemy, co spożywamy. Paradoksem jest też to, że czasami wolimy zapłacić więcej za tzw. ekologiczną żywność w przekonaniu, że jest zdrowa, bez sztucznych nawozów i szkodliwych konserwantów, a po głębszym zbadaniu okazuje się, że taka żywność - pomimo wysokiej ceny - również jest szkodliwa i niczym nie różni się od tej tańszej. Czy jest sens płacić więcej, by się drożej truć?
Nie wszyscy producenci są uczciwi i nie zawsze zamieszczają na etykietach wszelkie informacje potrzebne wybrednym konsumentom chcącym dbać o swoje zdrowie.

Naprawdę chorzy ludzie, którzy się leczą z poważnych chorób, takich jak rak, powinni koniecznie postarać się o nieskażoną żywność (np. w terapii Gersona jest ona podstawą, bez niej kuracja nie będzie tak skuteczna). Wyjątkiem jest terapia Lebiediewa, gdzie dopuszczalne jest spożywanie soków z nawożonych sztucznie warzyw i, jak pokazuje praktyka, również przynosi to dobre efekty w leczeniu raka. (Książka o metodzie leczenia raka metodą Lebiediewa ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa Hartigrama).
Dawno temu Hipokrates powiedział znamienne słowa, które w skrócie brzmią: Niech pożywienie będzie lekarstwem.

Ideałem by było więc kupowanie „czystej” żywności. Jednak badanie w laboratorium każdego kupowanego produktu spożywczego byłoby bardzo kłopotliwe – czasochłonne i kosztowne. Zwykli konsumenci nie mogą sobie na to pozwolić. Trzeba też pamiętać, iż takie badania trwają nawet po kilka tygodni i nie są całościowe - nie obejmują wszystkich potrzebnych substancji.

W większości przypadków sprzedawca zapytany, czy dany produkt jest nawożony pestycydami, udzieli odpowiedzi negatywnej, chcąc sprzedać swoje produkty. Co zatem możemy zrobić, jeśli kupujemy spore ilości warzyw i chcemy wiedzieć, czy będą nas one leczyć czy niszczyć nam zdrowie?
Pomocą tutaj jest właśnie metoda Volla. Pozwala sprawdzić, czy dany produkt spożywczy jest szkodliwy dla naszego zdrowia. Dzięki znajomości punktów akupunkturowych możemy dokładnie określić, czy np. dany produkt powoduje u nas alergię, czy jest dla nas szkodliwy, neutralny czy leczniczy. Możemy również stwierdzić, jak będzie działał na poszczególne organy.
Po opanowaniu metody Volla już nikt nas nie oszuka w kwestii zdrowia. Sam organizm jeszcze przed spożyciem będzie pokazywał, jak zareaguje na dany produkt.

STOMATOLOGIA, DENTYŚCI, ZĘBY, MATERIAŁY DENTYSTYCZNE

Można także sprawdzić przed rozpoczęciem leczenia zębów, które materiały dentystyczne są niewskazane. Stomatolog znający elektropunkturę będzie umiał stwierdzić, w których zębach tworzą się odczyny zapalne i czy należy je usunąć, czy też dadzą się uratować.
Plomby i ogniska zapalne w uzębieniu to kolejny problem, z jakim mogą borykać się chorzy ludzie. Wiele wypełnień powoduje zakłócenia i nietolerancję naszego organizmu. Większości ludzi zęby - z powodu wielu czynników - psują się nagminnie. Z powodu braku wiedzy, czasu i odpowiednich środków nie każdy ma szanse uratować swoje zęby, chociaż już istnieją na to sposoby.
Z pomocą spieszy stomatologia, która trudni się pracą mechaniczną nad naszym uzębieniem. Niestety, większość stomatologów nie zdaje sobie sprawy, że robi krzywdę wielu ludziom, zakładając plomby, które są szkodliwe dla organizmu. Doskonale ten problem naświetliła Hulda Clark. Spotkała się ona z wieloma przypadkami, kiedy to z powodu chorych zębów i plomb zawierających składniki toksyczne dla człowieka, pewna grupa osób nie była w stanie się wyleczyć. Tym tropem poszli inni lekarze i naturopaci (szkoda, że ta wiedza najczęściej omija nasz kraj). Po zwróceniu uwagi na zęby i usunięciu przyczyny okazało się, iż problem, który doskwierał choremu człowiekowi, samoistnie ustąpił.

Coraz więcej osób, zdając sobie sprawę ze szkodliwości plomb amalgamatowych, stara się wymienić je na kompozyty. Panuje nawet moda na niektóre wypełnienia. Klienci, kiedy wybierają sobie plomby, myślą, że droższa plomba będzie mocniejsza, trwalsza i lepsza. Okazuje się, że np. po upływie pół roku pacjent zaczyna odczuwać ból nerek i nikt nie widzi związku z założoną plombą, a taką osobą zajmują się specjaliści od leczenia nerek.

Ludzie najczęściej nie wiedzą, jakie założyć wypełnienia i tracą z czasem zęby. Tutaj też z pomocą przychodzi elektropunktura metodą Volla. Po zbadaniu zaproponowanych przez stomatologa wypełnień okaże się, że na dziesięć np. tylko jedno nie będzie miało negatywnego wpływu na zdrowie. Tak pokazuje praktyka. Problem uzębienia opiszemy jeszcze w innym artykule. Jest to kwestia o tyle ważna, że jeśli nie usuniemy tego czynnika, to układ immunologiczny będzie stale obciążony i nie będziemy mogli szybko i na stałe odzyskać dobrego samopoczucia, o czym przekonało się wiele osób chorych na raka. Wspomnijmy jeszcze, iż sam Voll był stomatologiem. Stworzył mapę uzębienia powiązaną z narządami. Dzięki znajomości metody Volla śmiało możemy sprawdzając stan uzębienia, stwierdzić, które organy mają wpływ na ich stan.

KOSMETYKA

Kosmetyka to bardzo ciekawa dziedzina.

Jedną z tajemnic, znaną niewielkiej części najlepszych kosmetyczek, jest fakt, iż zmarszczki np. na twarzy powstają w miejscach odwzorowania zanieczyszczonych i chorych chronicznie organów.

Ponieważ większość ludzi lubi iść na łatwiznę, wszelkie kosmetyki mają „branie”. Tzw. naturalna kosmetyka, którą afiszuje się większość producentów kosmetyków, po przeczytaniu etykietki okazuję się fikcją. Niektóre kosmetyki tanie nie są, a po szczegółowym ich zbadaniu okazuje się, iż zawierają wiele szkodliwych dla organizmu związków. Wskaźnik przy metodzie Volla bardzo opada. Skóra jest niezwykle chłonna, z czego często nie zdajemy sobie sprawy. Wszelkie składniki kosmetyków przenikają do wnętrza organizmu i osadzają się w tkankach. Niestety, wysoka cena kosmetyku nie zawsze przesądza o tym, iż jest on nieszkodliwy dla naszego organizmu. Któż chciałby się truć za własne pieniądze i jeszcze za to płacić?
Polem do popisu dla metody Volla jest także możliwość przetestowania tolerancji organizmu na biżuterię, naszyjniki, bransoletki, kamienie, minerały, pierścionki. Niektóre kobiety po zdjęciu pewnych elementów biżuterii odczuwają wyraźną ulgę. Często się zdarza, że kobieta nie potrafi sobie dobrać biżuterii, czuje jednak, że jej organizm nie toleruje tego, co nosi. A przecież skoro – jak wiadomo - za pomocą kamieni można leczyć, to także działając na organizm źle dobranymi kamieniami, można po pewnym czasie wywołać jego dysfunkcje.

SUPLEMENTY DIETY, BADY

Obecnie istnieje liczna rzesza sprzedawców suplementów diety. Dobrze, że są ludzie, którzy zdają sobie sprawę z niedociągnięć medycyny oficjalnej. Zazwyczaj mają oni za sobą doświadczenia z nią związane. Na szkoleniach zdobywają wiedzę na temat sprzedawanych przez nich produktów i przeważnie tylko na takiej podstawie je sprzedają lub dobierają swoim klientom. Ewentualnie opierają się na przygotowanych ogólnie schematach. I tu mamy paradoks.

U pewnej grupy osób samopoczucie i zdrowie się poprawi, u mniejszej grupki efekty będą na tyle dobre, że znikną u nich symptomy chorób. Nie będą jednak w stanie określić, czy zostali wyleczeni z przyczyny choroby. Jeśli zniknęły objawy, przeważnie się uważa, iż ciało zostało uzdrowione. Najczęściej jest to powierzchowny pogląd, do którego jeszcze wrócimy. Osoby, które odczuły wyraźną poprawę zdrowia po zażyciu suplementów często zostają propagatorami danej sieci marketingowej, będąc przekonanymi o najlepszej jakości ich preparatów.
Jednak powszechnie wiadomo, iż nie jest możliwe dobranie takiego samego schematu leczenia i stosowanych suplementów dla wszystkich osób. Badania kliniczne wykazują, że jeśli dany lek działa na więcej niż 30%, to staje się standardem i zaczyna się go powszechnie stosować. A co z pozostałymi 70%?. Co do tych 30% zastrzeżeń jako takich nie ma. Wydali dużo pieniążków na BADY, jednak widząc poprawę swojego stanu zdrowia, są z tego zadowoleni, propagują zastosowaną przez siebie terapię i zachęcają do niej innych. Ale co się dzieje z pozostałymi 70% osób, które zastosowały dane suplementy diety? Wiele osób, szukając wszelkich metod ratunku, wydaje ostatnie pieniądze na zdrowie. Nie widząc efektu, czują się oni oszukani przez sprzedawców BADÓW, tracą zaufanie. A przecież zdarza się, że niektóre produkty danej firmy są bardzo dobre, tylko są źle zastosowane. Co pokazuje praktyka?

Okazuje się, iż nie każda metoda działa na wszystkich. Nie każdy lek działa na każdego. Co więcej, nie zawsze taka sama dawka leku działa na wszystkich. Tu zaczynamy dochodzić do sedna sprawy.
Jak skutecznie dobrać odpowiednie suplementy konkretnej osobie?
Stosując metodę Volla, możemy jasno określić, czy dany suplement działa na człowieka. Reakcje organizmu mogą być różne. Przykładowy suplement diety na jedną osobę może działać pozytywnie, na drugą neutralnie, na trzecią negatywnie.
Oto przykład:

Jedna osoba wydała pieniążki na drogi suplement, który podziałał w sposób leczniczy i doprowadził do wyzdrowienia.
Druga osoba wydała pieniążki na ten sam drogi suplement, który podziałał neutralnie (nie podziałał na nią wcale, czyli ani źle, ani dobrze).
Wniosek? Niepotrzebnie wydane pieniądze.
Trzecia osoba wydała pieniążki na ten sam drogi suplement, który zaszkodził jej zdrowiu.

Podobnie jest z dawkami:

Jedna tabletka może nie mieć żadnego efektu leczniczego, dopiero dwie mogą mieć skutek pozytywny, a trzy tabletki mogą szkodzić.
Pacjenci powinni więc dbać o swoje zdrowie i pieniądze i nie ufać wszystkim w ciemno, a dla sprzedawcy ważna musi być troska o swoją renomę i dobra opinię. Czy ktoś w Twojej sieci Ci o tym mówił?

PASOŻYTY, GRZYBICE, DROŻDŻAKI, WIRUSY

Jedną z najciekawszych rzeczy jest fakt, iż za pomocą tej metody oraz Vegatest można również wykrywać pasożyty w ludzkim organizmie z 95 % wiarygodnością. Lepsza metoda jak na razie na świecie nie jest znana. Jeśli badanie pokaże znaczne obciążenie jelit, może to być sygnał, że przyczyną tego są grzyby. Przy zastosowaniu selektora jesteśmy w stanie stwierdzić, jaki konkretny grzyb zasiedlił się w naszym jelicie. I to wszystko to bez pobierania krwi, wykonywania biopsji

Metody elektropunktury wykorzystują między innymi takie osoby jak Paul Mohr, Olga Jelisiejewa, Nadieżda Siemionowa.

Co mówi i stosuje dr Józef Krop

Testowanie elektropunkturowe EAV inaczej elektrodermalne EDT dla wielu wydaje się być kontrowersyne i nienaukowe. Wierzę, że w przyszłości EAV (EDT) stanie się instrumentem używanym przez każdego lekarza. Po latach moich studiów i obserwacji setek pacjentów mogę stwierdzić, że EDT jest:
- szybkie
- dokładne
- specyficzne i czułe
- bezbolesne
- szczególnie przydatne do testowania osób o gwałtownych reakcjach (utrata przytomności) z anafilaksją, nieprzytomnych i u dzieci.

Często metody EDT używa się jako metody „screeningowej”, która może naprowadzić lekarza na prawidłowy trop w rozpoznaniu problemu.
Nie wszystkie minerały, witaminy, środki homeopatyczne czy zioła można bezkrytycznie stosować, gdyż pacjent może na nie negatywnie reagować. EDT (EAV) pomoże dobrać bezpieczny i efektywny środek.
Często EDT używa się jako metody „screeningowej", która może na­prowadzić lekarza na prawidłowy trop w rozpoznaniu problemu.
Nie sposób jest posiadać wszystkie antygeny, substancje czy leki. W klinice stosuje się podstawowe zestawy do testowania. Pacjent może przynieść do testowania wiele substancji z domu lub pracy, jak również pokarmy, które sam podejrzewa o nietolerancję.
Jeśli takiej substancji nie da się wyeliminować, to można zrobić z niej rozcieńczenie 1:5, znaleźć neutralizującą dawkę i odczulać pacjenta.

Lekarze w dobrej wierze podają pacjentom wiele lekarstw, nie mając pojęcia czy lek będzie skuteczny, a przede wszystkim bezpieczny. Prawie codziennie jestem świadkiem skarżenia się pacjentów na objawy uboczne spowodowane zażywaniem leków. Czasem są one bardzo silne, a nawet zdarzają się przypadki śmiertelne u osób uczulonych na leki. Ostatnie badania wykazują (Samoy, 2006), że 25% wszystkich przyjęć do szpitali stanowią pacjęnci wykazujący nietolerancję na lekarstwo przepisane przez lekarzy. Przy zastosowaniu EDT można wszystkie leki planowane do le­czenia testować i wybrać nie tylko bezpieczne ale najbardziej skuteczne.
Co więcej, jeżeli lek, który musi się stosować, aby ratować życie (anty­biotyk, lek na nadciśnienie czy insulinę), nie jest tolerowany, można dalej testować i przygotować dawkę neutralizującą/odczulającą, pozwalając na dalsze stosowanie tego leku, jeśli nie można zastąpić go innym.
Testowanie EDT jest również pomocne w testowaniu dużej liczby materiałów dentystycznych potrzebnych do wymiany wypełnień amal­gamatowych, jak również lokalnych środków znieczulających przed za­biegami dentystycznymi, aby zapobiec reakcjom, które czasem mogą być gwałtowne i powodują zgon pacjenta. Można też pomóc dentyście, o ile sam nie używa tej techniki, w znalezieniu stanu zapalnego szczęki, spo­wodowanych mikroskopijnymi ropniami wokół wypełnień kanałowych. Takie infekcje można skutecznie leczyć.

W obecnych czasach, kiedy odporność bakterii zaczyna być poważ­nym problemem w postępowaniu lekarskim, EDT pozwala nam nie tylko na znalezienie odpowiedniego, ale przede wszystkim skutecznego anty­biotyku. Oczywiście nie mam tu na myśli ominięcia ustalonych procedur testowania wrażliwości bakterii na antybiotyki. W tym przypadku jednak wyścig z czasem jest ważny.

Co ciekawe, czasem nawet po otrzymaniu antybiotykogramu i wy­braniu wskazanego leku, nie ma klinicznego efektu. W tej sytuacji bezpo­średnie testowanie moczu pacjenta wykaże, że wybrany antybiotyk nie był efektywny. Wtedy wybiera się inny antybiotyk, który będzie tolero­wany i skuteczny.
Przy narastającym problemie zespołu chronicznego zmęczenia (CFS) czy fibromyalgii, które w większości spowodowane są skradającymi się infekcjami, metodą EDT można testować atenuowane bakterie pozwala­jące lekarzowi na ukierunkowanie co do wyboru specyficznych bakte­ryjnych testów diagnostycznych, aby choroby te zidentyfikować i prawidłowo leczyć. EDT pomaga również przy doborze tolerowanych jak i skutecznych antybiotyków. EDT czy „screeningowe" badania nie mogą zastąpić konwencjonal­nych badań diagnostycznych, chociaż mogą nakierować nas na dobór odpowiedniego leczenia. Trzeba pamiętać, że ogólnie 70% pacjentów w klinikach cierpi z powodu funkcjonalnych zaburzeń, które nie zawsze można na tym etapie wykryć przy pomocy konwencjonalnych metod (te metody są mało czule). 30 - 40% konwencjonalnych metod laboratoryjnych jest negatywna. Te negatywne badania prowadzą do błędnych diagnoz i nieuzasadnionych decyzji lekarskich, do stosowania leków psychotro­powych czy przeciwdepresyjnych, narażając pacjenta czy też państwo, na niepotrzebny koszt, działanie uboczne tych leków i niepotrzebne dodat­kowe skażenie środowiska tymi lekami, wydalanymi przez pacjentów.
EDT jest szeroko stosowane w Niemczech szczególnie na uniwersy­tetach Heidelberg, Utrecht jak również w innych europejskich ośrodkach jak Wiedeń i Paryż.
W Niemczech, Sąd Federalny w roku 1987 ustalił, że koszt EDT musi być pokryty przez urzędy ubezpieczeniowe, również lekarz ma obowią­zek użycia niekonwencjonalnych metod leczenia, kiedy konwencjonalne nie dały spodziewanego efektu.

Zrodlo: http://www.ensoel.pl/pl/artykuly/metody-testowania/90-metoda-volla.html

97
„Wirus-Mania: Jak Branża Medyczna Nieustannie Wymyśla Epidemie, Generując Miliardowe Zyski Naszym Kosztem”

„Virus Mania” to ksiazka, która może wstrząsnąć podstawami naszego pojmowania wirusów w kontekście etiologii wielu tzw. chorób zakaźnych.



Codziennie śledzenie gazet, wiadomości telewizyjnych wywołuje wrażenie, iż cały świat jest nieustannie atakowany przez nowe i straszliwe epidemie wirusowe. Najnowsze doniesienia przedstawiają wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV) rzekomo powodującego raka szyjki macicy czy wirusa ptasiej grypy – H5N1. Społeczeństwo jest również stale terroryzowane raportami o SARS, BSE, wzw-C, AIDS, Eboli i polio. Jednak ten wirusowy chaos ignoruje najbardziej podstawowe fakty naukowe: istnienie, chorobotwórczość i skutki śmiertelne działania tych patogenów nigdy nie zostały udowodnione. Establishment medyczny i jego wierni pomocnicy – media twierdzą, że dowody te zostały przedstawione. Ale twierdzenia te są wysoce podejrzane, ponieważ współczesna medycyna odstawiła na bok metody bezpośrednich identyfikacji wirusów i wykorzystuje wątpliwe pośrednie narzędzia, „udowadniające” istnienie wirusów, takie jak testy przeciwciał i reakcji łańcuchowej polimerazy (PCR).

Poniżej fragment przedmowy:

Zawartość tej książki powinna być przeczytana natychmiast i na całym świecie.

Książka „Virus Mania” autorstwa Torstena Engelbrechta i Clausa Köhnleina przedstawia tragiczną wiadomość, która, miejmy nadzieję, przyczyni się do ponownego wdrożenia wartości etycznych przy przeprowadzaniu badań nad wirusami, w polityce zdrowia publicznego, w komunikacji medialnej oraz w działalności koncernów farmaceutycznych. Najwyraźniej już od alarmująco długiego czasu na wielu tych płaszczyznach w bardzo niebezpiecznym stopniu zaniedbane zostały elementarne standardy etyczne.

Kiedy amerykański dziennikarz Celia Farber opublikował odważny artykuł w magazynie Harper (marzec 2006) „Poza kontrolą-AIDS i korupcja nauk medycznych”, niektórzy czytelnicy zapewne próbowali uspokoić się, iż „korupcja” ta była odosobnionym przypadkiem. Fakt, iż przekonanie to jest bardzo dalekie od prawdy, świetnie dokumentuje książka Engelbrechta i Köhnleina. To był tylko wierzchołek góry lodowej. Korupcja badań naukowych jest powszechnym zjawiskiem, które obecnie dotyczy wielu dużych, podobno zakaźnych problemów zdrowotnych, począwszy od AIDS poprzez wirusowe zapalenie wątroby typu C, gąbczastą encefalopatię bydła (BSE lub tzw. „chorobę szalonych krów”), SARS, ptasią grypę i obecną praktykę szczepień (przeciw wirusowi brodawczaka ludzkiego, inaczej HPV).

W przypadku wszystkich tych sześciu odrębnych problemów zdrowia publicznego badania nad wirusami (lub prionami w przypadku BSE) zeszły na niewłaściwe tory i konsekwentnie zabrnęły na tę samą ścieżkę. Wzorzec ten zawiera zawsze kilka kluczowych etapów: wynalezienie ryzyka katastrofalnej epidemii, obciążającego nieuchwytny czynnik chorobotwórczy, ignorując alternatywne toksyczne przyczyny; manipulowanie epidemiologią za pomocą nieweryfikowalnych danych, aby zmaksymalizować fałszywe postrzeganie nieuchronnej katastrofy oraz obietnica zbawienia za pomocą szczepionek.
To gwarantuje duże zyski finansowe. Ale jak to możliwe, aby osiągnąć to wszystko? Najzwyczajniej w świecie bazując na najpotężniejszym aktywatorze procesu podejmowania decyzji u człowieka, czyli STRACHU!

Nie jesteśmy świadkami epidemii wirusowych; jesteśmy świadkami epidemii strachu. Zarówno media, jak i przemysł farmaceutyczny ponoszą większość odpowiedzialności za wzmacnianie lęków, które, zupełnie przypadkowo, gdy się pojawiają zawsze są zapłonem dla fantastycznie dochodowego biznesu. Naukowe hipotezy obejmujące te obszary badań nad wirusami nie są praktycznie nigdy naukowo weryfikowane z odpowiednią kontrolą. Zamiast tego, ustalane są na zasadzie „konsensusu”, a następnie błyskawicznie przekształcane w dogmaty, skutecznie utrwalane w quasi-religijny sposób w mediach, w tym poprzez upewnienie się, że finansowanie badań będzie ograniczone do projektów wspierających dogmat, z wyłączeniem badań alternatywnych hipotez. Ważnym narzędziem wyłączenia odrębnych głosów z debaty jest cenzura na różnych poziomach, począwszy od popularnych mediów aż po naukowe publikacje.
(…..)

Ukrywanie neurotoksyczności rtęci zawartej w środku konserwującym, tiomersalu, będącej wysoce prawdopodobną przyczyną autyzmu wśród dzieci szczepionych, najwyraźniej osiągnęło najwyższy szczeble władzy w USA … (patrz artykuł „Deadly Immunity” napisany przez Roberta F. Kennedy’ego Jr. w rozdziale 8 )

Wirus-mania jest chorobą społeczną naszej wysoko rozwiniętej cywilizacji. Aby ją wyleczyć, niezbędne będzie pokonanie strachu. Strach jest najbardziej zabójczym, zakaźnym wirusem, najefektywniej przenoszonym przez media.

Błądzić jest rzeczą ludzką, ale dobrowolne trwanie w błędzie – diabelską.

Etienne de Harven, MD
Lekarz medycyny, były profesor biologii komórkowej na Uniwersytecie Cornell, emerytowany profesor patolog Uniwersytetu  w Toronto, jeden z pionierów wirusologii i specjalista mikroskopii elektronowej. W latach 1956 – 1981 członek Sloan Kettering Institute for Cancer Research, New York.

P.S. Wersja w PDF m.in. tutaj:

https://pl.scribd.com/doc/112444916/Virus-Mania
https://app.box.com/s/i1q784hguoz5augkptjzjmbnaz0kf03q

Zrodlo: https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/05/01/wirus-mania-jak-branza-medyczna-nieustannie-wymysla-epidemie-generujac-miliardowe-zyski-naszym-kosztem/
98
Choroby i schorzenia / Odp: Borelioza, kleszcze i broń biologiczna
« Last post by BladyMamut on (Sun) 07.08.2016, 23:24:05 »
Borelioza – wirtualna epidemia. Klub hipochondryków i raj dla hochsztaplerów

Nie ukrywam, że jestem poirytowany, gdy w mediach głównego nurtu (dez-)informacji, tj.współczesnej broni masowego rażenia, słyszę lub czytam o nowej epidemii. Za każdym razem, gdy nieznana szerzej lub niezwykle rzadka choroba (zwłaszcza tzw. infekcyjna) nagle staje się wiodącym problemem, zapala mi się w głowie czerwona lampka, że jak zwykle musi chodzić o pieniądze. Od kilku dobrych lat palmę pierwszeństwa pod tym względem dzierży borelioza.

Wynajdźmy epidemię i wskażmy winnego

Jak niemal każda kolejna współczesna „epidemia”, ta jednostka chorobowa została opisana stosunkowo niedawno, bo dopiero w 1975 r., a siedem lat później amerykański naukowiec Willy Burgdorfer przedstawił światu czynnik patogenny, czyli krętki boreliozy, na jego cześć nazwane Borrelia burgdorferi, których nosicielami są powszechnie występujące w średnich szerokościach geograficznych kleszcze. Tak też brzmi dziś oficjalna nomenklatura.

Tu link do jego pracy naukowej:

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2590008/?page=1

Jednak po wnikliwym jej przeczytaniu wciąż nie mam przekonania co do tego, czy naukowiec ten wykazał, iż krętek jest przyczyną choroby. Natomiast przytoczone przez niego publikacje nie opisują bezpośredniej izolacji tego drobnoustroju z organizmu pacjentów, a jedynie pośrednie metody, jak np. mało precyzyjne testy serologiczne.

Jak sam Burgdorfer nadmienia, pierwsze hipotezy dotyczące etiologii rumienia wędrującego wskazywały na reakcję alergiczną po ukąszeniu przez kleszcza, na przykład w wyniku działania toksyny. Koncepcje te zarzucono, gdy Hollstroem wykazał skuteczność penicyliny w leczeniu rumienia. Jednak czy słusznie? Pozytywne działanie antybiotyku mogło w tym przypadku nie mieć nic wspólnego ze zwalczaniem infekcji bakteryjnej lecz z (pozytywnym) efektem ubocznym zażywania antybiotyku, tj. oddziaływaniem na układ współczulny, co przełożyło się na zmniejszenie obrzęku i bólu. Dokładnie tak samo, jak w przypadku steroidów czy cytostatyków. Ustępujący chwilowo objaw był wówczas fałszywie utożsamiany z przezwyciężeniem infekcji. Koncepcji takiej jednak nie podjęto i z góry założono, że tu musi chodzić o jakąś specyficzną bakterię.

Z kolei w 1955 r. Binder i inni rzekomo udowodnili czynnik infekcyjny dokonując u ochotników przeszczepienia materiału biologicznego pochodzącego z biopsji od pacjenta podejrzewanego o nosicielstwo owego czynnika. Trudno nazwać takie eksperymenty, nienaturalnie ingerujące w biologię człowieka, naukową metodą. Tym  bardziej, że nie zastosowano w nich odpowiednich procedur, jak wydzielenie grupy kontrolnej.

Burgdorfer wspomniał w swojej publikacji także doświadczenia Lennhoffa z 1948 r., który miał wykazać obecność „elementów wykazujących cechy morfologiczne bakterii krętka” – cokolwiek miałoby to oznaczać (wyniki tych badań nie są z resztą dostatecznie udokumentowane) – oraz o wskazanych przez tamtego „leczniczych właściwościach penicyliny” (reklama nowego wówczas leku?). Jak sam jednak stwierdził, decydującego dowodu wciąż brak, ponieważ nikt nie powtórzył tych eksperymentów i do dziś nie przedstawiono dowodów wskazujących na ten czynnik etiologiczny.
Najciekawsze w pracy Burgdorfera są wyniki jego badań nad kleszczami. Wykazał on obecność pojedynczych krętków w jelitach kleszczy (w niektórych przypadkach ewentualnie w nabłonku jelit), jednak nie potrafił wykazać w jaki sposób bakterie te dostają się do organizmu człowieka, a wobec ich nietypowego zachowania (ograniczona liczba, brak infekcyjności u kleszczy) uznał, iż nie można wykluczyć, że to inne stawonogi, jak komary, bąki bydlęce, mogą mieć udział w przenoszeniu czynnika etiologicznego boreliozy. Tak więc w świetle publikacji tego naukowca – przypomnijmy „odkrywcy czynnika etiologicznego boreliozy” – te wszystkie przerażające informacje medialne o zarażających krwiopijcach – kleszczach –  są póki co czystą spekulacją. Mamy w tym przypadku do czynienia z klasycznym mechanizmem w naukach medycznych, gdzie postawiona pojedyncza hipoteza, mimo braku wystarczających dowodów zamieniana jest wkrótce w dogmat i nikt nie pyta o co w tym wszystkim chodzi. Brzmi to jak pomysł, że na planecie X mieszkają zielone ludzki i proszę udowadniajcie nam teraz niedowiarki, że ich tam na pewno nie ma.

Problemy ze zdefiniowaniem choroby?

Jak to często bywa, publicznie prezentowana monolityczna postawa autorytetu i integralności wspólnoty badawczej wobec boreliozy maskuje wewnętrzny spór środowiska naukowego odnośnie najbardziej fundamentalnego rozumienia tej choroby. Lekarze różnią się dziś i to mocno w kwestii boreliozy przewlekłej czy też tzw. zespołu poboreliozowego (mam wrażenie, że w obu chodzi o to samo). Przekłada się to bezpośrednio na ich podejście do czasu trwania antybiotykoterapii, a tym samym na pieniądze. W skrajnych przypadkach część środowiska lekarskiego zaleca nawet roczną(!) kurację. A przecież łykanie koktajli bakteriobójczych preparatów nie pozostaje bez wpływu na florę jelitową i w praktyce wyjaławia organizm. Wiadomo też do czyjej kieszeni trafią ewentualne zyski, jeśli zindoktrynowani lub przekupni lekarze zapuszczą sieci i zagarną pod parasol boreliozy, która będzie wymagać długotrwałej terapii, możliwie dużą liczbę pacjentów.

Tutaj link do artykułów naukowych, które rozprawiają się z mitem chronicznej boreliozy:

http://www.nejm.org/doi/pdf/10.1056/NEJMra072023

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20631327

Poza tym zawsze zadaję sobie pytanie, jak to jest, że kilkadziesiąt lat temu nikt o danej schorzeniu nie słyszał, aż nagle staje się ono palącym problemem. A może jest tak, że choroby są od zawsze te same, a jedyne co się zmienia, to ich definicja? Tak jest wygodniej, bo dzięki temu można produkować nowe jednostki chorobowe bez końca i zrzucać winę na kolejny nowy patogen, złośliwe komórki, wadliwe geny, itp.

Rozpoznanie kliniczne

Wracając do meritum, przyjmuje się, że tzw. rumień wędrujący, naciek limfocytarny oraz zanikowe zapalenie skóry (acrodermatitis chronica atrophicans) są patognomoniczne, to znaczy wystarczające do rozpoznania choroby. W zasadzie diagnoza sprowadza się do stwierdzenia charakterystycznego rumienia w miejscu ukąszenia. Piękna idea, pod warunkiem, że brak tego objawu oznacza, że jesteśmy wolni od boreliozy. Jednak tak nie jest. Tym bardziej, że jeśli chodzi o inne schorzenia z biegiem historii objawy uznane za patognomoniczne okazywały się występować i w innych chorobach. Tak więc koncepcję specyficznych objawów boreliozy możemy schować między bajki.

Jak twierdzi Jarosław Kasprzak z Polskiego Centrum Boreliozy bardzo mało znanym i, w konsekwencji, mało docenianym zagrożeniem jest możliwość przeniesienia boreliozy, podczas porodu, przez łożysko z matki na dziecko. Zakazić można się również przez stosunek seksualny. No proszę. Mamy swoiste HIV XXI wieku. I pomyśleć, że o tak groźnej epidemii jeszcze niedawno mało kto słyszał. Skąd my to znamy?

Co więcej, uważa się, że w 2/3 przypadków choroby nie znajdziemy nawet śladu rumienia wędrującego, a negatywne wyniki testów i brak rumienia nie wykluczają boreliozy! Tak więc obraz kliniczny (objawy) ma decydujące znaczenie, niestety, w większości przypadków tylko teoretycznie. Jak twierdzą niektórzy lekarze, rumień, któremu mogą towarzyszyć objawy grypopodobne, pojawia się zaledwie u ok. 10-30% osób zakażonych w ciągu 1 do 3 tygodni po ukąszeniu.

Diagnostyka laboratoryjna

Najciekawsza kwestia związana jest z laboratoryjną diagnostyką boreliozy. Pozwolę sobie tutaj na zacytowanie Wikipedii (niektórym może nieco urągać powoływanie się na to źródło w poważnej debacie, jednak w tym przypadku dane przytaczane przez wiki odzwierciedlają obecne stanowisko nauk medycznych w kwestii boreliozy): „Podstawową rolę w diagnostyce boreliozy odgrywa diagnostyka serologiczna” [ELISA, test immunofluoroscencyjny, western blot]. Jednak co ciekawe, już parę zdań dalej możemy przeczytać:
Quote
„Dodatni wynik badania serologicznego bez objawów klinicznych typowych dla boreliozy nie ma znaczenia diagnostycznego”.
Znaczy to ni mniej, ni więcej, że z pozytywnym wynikiem testu przesiewowego i testu potwierdzającego możemy być wciąż uznani za wolnych od boreliozy! Tak więc nosicielem swoistych przeciwciał może być zupełnie zdrowa osoba? W kolejnym zdaniu zaś czytamy:
Quote
„U pacjentów z obecnym rumieniem wędrującym rozpoznanie należy opierać na rozpoznaniu klinicznym bez potwierdzenia badaniami serologicznymi, których wyniki w tej fazie choroby często są negatywne.”
Przyznam, że w naukach medycznych z ich teoriami robi się coraz ciekawiej.

Co więcej, wielu ludzi, u których stwierdzono rumień wędrujący, nie przypomina sobie, by w ostatnim czasie (jeśli w ogóle) zostali ukąszeni przez kleszcza.

W testach ELISA i western blot przeprowadza się badanie przeciwciał używając białek, które powinny należeć do cząstek wirusów i bakterii wyizolowanych i oczyszczonych w oryginalnym eksperymencie. Należałoby wobec tego zakładać, że przeciwciała są specyficzne, tzn. reagują tylko z białkami, które inicjują ich produkcję i nic innego nie może jej inicjować. Okazuje się jednak, że nie istnieją specyficzne przeciwciała. Rzekomo specyficzne przeciwciała przeciw określonym antygenom wirusowym czy bakteryjnym występują naturalnie i są skierowane wobec wielu białek, nie mających często nic wspólnego z drobnoustrojami.
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/…/PMC348…/pdf/pnas00666-0394.pdf
Tutaj zaś mamy przykład reakcji krzyżowej między determinantami wirusa wzw-C (HCV) i wirusa grypy typu A:
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC114725/
Tu również opisano przykłady reaktywności krzyżowej limfocytów T CD8+ rzekomo specyficznych dla wirusa grypy z antygenem wirusa wzw- C (HCV-NS3)
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2214846/
Tak więc głównym problemem testów przeciwciał jest to, że przeciwciała są w stanie identyfikować białka tylko wtedy, gdy same są specyficzne, to znaczy, że reagują tylko z białkami, które stymulowały je w pierwszej próbie. Lecz jeśli pacjent X miał przeciwciała wywołane w odpowiedzi na niektóre nie-bakteryjne białka i jeśli te przeciwciała krzyżowo reagowały z jakimś białkiem znajdującym się w teście Western Blot (immunobloting), wówczas to białko będzie błędnie identyfikowane jako białko należące do bakterii.

Źródła medyczne podają, że w przypadku boreliozy możliwe są reakcje krzyżowe na antygeny innych patogenów: wirusa Epsteina-Barr, cytomegalowirusa czy wirusa opryszczki pospolitej. Ale równie dobrze mogą to być przeróżne reakcje krzyżowe z rozmaitymi antygenami. Znaczy, że zamiast zdiagnozowanej boreliozy możemy zabawić się w zgadywanie, na co cierpi albo nosicielem czego jest dana osoba.

Dla wykazania neuroboreliozy przyjmuje się wysoki wskaźnik przeciwciał (stosunek zawartości swoistych przeciwciał w płynie mózgowo-rdzeniowym do zawartości w surowicy), zwykle >2. Tak więc wyniki testu przeciwciał są przedstawiane jako wartości indeksu (np. 0,7 lub 2,5), gdzie wartości powyżej 2,0 oznaczającej pozytywny wynik testu. Co to oznacza? Ni mniej, ni więcej, że można mieć niski poziom „przeciwciał boreliozy” w swojej próbce i wynik ujemny. Nie jest to czerń lub biel. To nic więcej jak odcienie szarości, co nie ma sensu, ponieważ bakteria boreliozy, jeśli zakładamy jej istnienie i podejrzewamy pacjenta o nosicielstwo, to albo jesteś nią zakażony albo nie. Na podstawie jakich kryteriów naukowiec przyjął, że od danej wartości stwierdza się już zakażenie?

Z kolei PCR jest metodą diagnostyczną pozwalającą wykryć DNA bakterii. Jest ona polecana zwłaszcza we wczesnym stadium zakażenia. Jednak wykrycie DNA, nawet jeśli przyjmiemy, że jest ono materiałem genetycznym bakterii, nie oznacza aktywnego zakażenia. Można to badanie porównać przez analogię do znalezienia DNA podejrzanego na miejscu zbrodni, co przecież nie oznacza, że przestępca wciąż się tam znajduje, ani nawet nie jest dowodem na popełnienie przestępstwa. Jego materiał genetyczny mógł znaleźć się tam zupełnie przypadkiem. Jest to niezwykle istotne, bowiem w naukach medycznych bardzo często myli się korelację (współwystępowanie) z kauzalnością (bycia czynnikiem sprawczym).

Ale po co w ogóle bawić się w te wszystkie testy, które o niczym nie wyrokują? Może wypadałoby zwyczajnie pobrać materiał kliniczny od pacjenta i na podstawie obserwacji pod mikroskopem stwierdzić lub wykluczyć zakażenie? Chyba, że producentom testów i antybiotyków właśnie chodzi o to, żeby nie wiadomo było o co chodzi, dzięki czemu nikt nie zakłóciłby dobrze prosperującego interesu.

Patomechanizm – kiepskie wytłumaczenie

Nieznany jest nam patomechanizm boreliozy, a hipoteza mówiąca, że bakteria wytwarza toksynę jest po dziś dzień jedynie w sferze domniemań naukowców, ponieważ jak dotąd nie stwierdzono jakichkolwiek śladów takowej w organizmie człowieka. Co prawda w DNA bakterii odkryto fragment kodujący toksynę botulinową, jednak nie musi to świadczyć o niczym, co widać zwłaszcza w świetle odkryć związanych ze zdolnościami adaptacyjnymi bakterii, dokonanych przez naukowców z Harvarda pod kierunkiem prof. Johna Cairnsa, sugerujących, że w danych warunkach (np. beztlenowych) bakteria może uaktywnić odpowiedni gen przystosowując się do nowych warunków podłoża. Tak więc środowisko, a nie sam fakt obecności danego genu uaktywnia go.

Więcej tutaj:

http://www.nature.com/nature/journal/v335/n6186/abs/335142a0.html

http://jb.asm.org/content/186/15/4846.full

Jest to bardzo ciekawy temat na osobną dyskusję, bowiem odkrycia te całkowicie obalają centralny dogmat w bakteriologii oraz zmieniają nasze postrzeganie drobnoustrojów, skłaniając środowisko naukowe do napisania na nowo tego rozdziału biologii.

Borelioza – kolejna epidemia, której nie było?

Polecam list otwarty dr nauk med. Ewy Krawczyk, mikrobiolog z Uniwersytetu Georgetown w Waszyngtonie , opublikowany na stronie wyborcza.pl pt: „Nie dajmy się wkręcać w boreliozę”

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75400,15932343,Nie_dajmy_sie_wkrecac_w_borelioze__LIST_.html

Autorka ustosunkowuje się w nim niezwykle krytycznie do jednego z artykułów o boreliozie i ostrzega przed medialnym zjawiskiem tzw. „fear mongering” – informacji przedstawionej w taki sposób, aby wzbudzić strach u czytelnika i za pomocą tego strachu wywołać określone reakcje. Niektórzy nazywają to też strategią hype and hope.

Quote
Cyt. „Służy temu podawanie informacji zupełnie nieprawdziwych, umiejętne żonglowanie informacjami prawdziwymi oraz fałszywymi celem uwypuklenia tych fałszywych, granie na emocjach, a także pokazywanie – jako równorzędnych – naukowego i pseudonaukowego punktu widzenia (tzw. prawdopośrodkizm, czyli uznawanie, że prawda zawsze leży pośrodku, a poglądy każdej ze stron sporu są uzasadnione).

(…)

Zupełnie skandaliczne natomiast jest powoływanie się w artykule [do którego odniosła się Pani doktor] na pseudoterapię, którą stosują pseudospecjaliści z ILADS (The International Lyme and Associated Diseases Society), szczególnie jeśli zestawi się je z dobitnym wyrazem nieufności w stosunku do specjalistów z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. Z ILADS związani są bowiem szarlatani wmawiający pacjentom chorobę, robiący krzywdę ludziom i czerpiący z tego profity finansowe.” – czytamy w liście.

Czy to wszystko ma oznaczać, że ludzie nie chorują? Nic takiego nie twierdzę. Jednak fakt współwystępowania i to czasem w bardzo odległych przedziałach czasowych przeróżnych objawów nie wskazuje na jeden stały zespół chorobowy i może być równie dobrze dziełem przypadku. Często już sama diagnoza lekarska jest w stanie wywołać określoną reakcję w organizmie pacjenta, programując jego zachowanie niczym samospełniająca się przepowiednia. Medycyna nazywa to czynnikiem jatrogennym, związanym z ogromnym zaufaniem do zawodu lekarza, a z drugiej strony z brakiem lub niedokładnym przekazaniem przez niego informacji; używaniem określeń niezrozumiałych przez pacjenta; zamierzonym lub niezamierzonym, bezpośrednim straszeniem „chorego”. Do tego należy dodać talenty hochsztaplerskie niektórych lekarzy oraz niedoceniane, bardzo powszechne w społeczeństwie zaburzenia hipochondryczne (wystarczy chwilę poobserwować zachowanie klientów aptek).

Epidemia – zawsze ten sam wzorzec

Ogromne zasługi we wzniecaniu epidemicznej histerii ma nie tylko establishment medyczny i farmaceutyczny ale także jego wierni pomocnicy – media. Dziś wezwania autorytetów naukowych do ograniczenia antybiotyków w życiu codziennym, zdają się być głosem wołającego na pustyni. Sam wielokrotnie zetknąłem się z sytuacją, w której przesadnie zatroskana matka (nie wyłączając moich bliskich i znajomych) udająca się na wizytę lekarską z byle przeziębieniem u swojego dziecka, dostawała receptę na antybiotyk. W ogóle w naszym zmedykalizowanym społeczeństwie pigułkom przypisuje się cudowne właściwości i łyka przy każdej okazji, zapominając, że każdy lek ma skutki uboczne, często bardzo poważne. Wystarczy wygooglować hasło: osutki polekowe czy porozmawiać z toksykologiem.

Wnikliwa analiza budowania napięcia wokół każdej kolejnej epidemii ukazuje, że branża medyczna jest mocno zainteresowana tym, aby badania naukowe konsekwentnie brnęły na tę samą ścieżkę, która zawiera kilka kluczowych etapów: wynalezienie ryzyka katastrofalnej epidemii, obciążającego nieuchwytny czynnik chorobotwórczy, ignorując alternatywne toksyczne przyczyny; manipulowanie epidemiologią za pomocą nieweryfikowalnych danych aby zmaksymalizować fałszywe postrzeganie nieuchronnej katastrofy; zamiatanie pod swój parasol jak najwięcej różnych objawów chorobowych celem uwiarygodnienia pojawienia się nowej epidemii oraz obietnica zbawienia za pomocą szczepionek, antybiotyków i chemioterapeutyków. Establishment medyczny musi jeszcze tylko zadbać o niezbyt precyzyjną definicję choroby aby w razie czego można było ją zmienić (w przypadku AIDS zmieniano ją ponad trzydzieści razy). Wszystko to jest następnie pięknie upakowane i podane przez media, które przecież żyją z sensacyjnych newsów. Na propagandową wrzawę wokół chorób składają się także fundacje oraz stowarzyszenia działające w kooperacji z firmami farmaceutycznymi i często przez nie sponsorowane, a także niektóre produkcje filmowe i reklamy, w których widzimy twarze znanych aktorów i celebrytów.

Zrodlo: https://pubmedinfo.wordpress.com/2016/05/17/borelioza-kolejna-wirtualna-epidemia-raj-dla-hipochondrykow-i-hochsztaplerow/
99
Polityka / Pomarańczowa Alternatywa
« Last post by BladyMamut on (Tue) 02.08.2016, 12:59:45 »
Historia Ruchu

Dialektyczna Sztuka Syntezy?
W czasie stanu wojennego w Polsce,
slogany symbolizowały opór wobec reżimu.
Władze zamalowywały je plamami.
Wtedy pojawiał się na nich krasnoludek.

Narodziny Pomarańczowej Alternatywy mają początek w ruchach studenckich Wrocławia z początku lat osiemdziesiątych. Pomarańczowa Alternatywa znana jest nie tylko z happeningów. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych sławę zdobyły graffiti krasnoludków, które stały się jej emblematem. Graffiti te były malowane na plamach, powstałych w wyniku zamalowywania przez reżim wolnościowych i antyrządowych haseł. Były one czymś co wyróżniało się w szczególny sposób w szarej rzeczywistości stanu wojennego.

Malowane w kilkunastu miastach Polski, ich liczba przekroczyła tysiąc. Z pewnością możemy tu mówić o największej ekspozycji malarstwa w Polsce, jeżeli się zważy na fakt, iż obejrzało ją kilka milionów ludzi.

Formy działania Pomarańczowej Alternatywy zawsze łączyły w sobie wymiar społeczno-polityczny z artystycznym. Ostatecznym ich celem było i jest osiąganie, poprzez happening, Wolności w jej wymiarze estetycznym i indywidualnym, a także obalanie społecznego, kulturalnego i politycznego normatywizmu. Cel ten pozostał nadal ważny i aktualny pomimo zmian historycznych, które nastąpiły w wyniku Okrągłego Stołu oraz obalenia Muru Berlińskiego.

Siła i oryginalność Pomarańczowej Alternatywy polegają na tym, iż pojawiła się w momencie, gdy społeczeństwo obywatelskie w kraju pozostawało pod głęboką narkozą.

Należy w tym miejscu podkreślić zdolność Pomarańczowej Alternatywy do podejmowania problemów pozostających w obszarze “res politica” w sposób ironiczny i zdystansowany.

Znawcy sztuki dostrzegą w jej działaniach jasny wpływ surrealizmu oraz dadaizmu, zarówno w doborze słownictwa jak i w wadze przykładanej do spontanicznych reakcji uczestników w jej happeningach.

To właśnie ten lekki, niejako “zabawowy” wymiar Pomarańczowej Alternatywy, w połączeniu z logiką opozycji wobec negatywów rzeczywistości, powodował i powoduje do dziś dnia, iż młodzi ludzie, w Polsce i zagranicą widzieli i widzą w niej sposób na walkę z szarością i marazmem dnia powszedniego.

http://www.pomaranczowa-alternatywa.org/images/manifest_web.jpg

http://www.pomaranczowa-alternatywa.org/galeria3.html

Jak powstał Manifest Surrealizmu Socjalistycznego

Wobec błędnych informacji pojawiających się w Wikipedii, jestem zmuszony opisać okoliczności i inspiracje prowadzące do napisania przez mnie Manifestu Surrealizmu Socjalistycznego, a zatem do powstania koncepcji Surrealizmu Socjalistycznego jako takiego.
Bazą ideologiczną Manifestu były dzieła Andre Bretona, szczególnie Manifest Surrealistyczny,który wywarł na mnie ogromne wrażenie oraz tradycja Realizmu Socjalistycznego czyli oficjalnego kierunku w sztuce komunistycznej, szczególnie radzieckiej. Ja zaś, w moim Manifeście, dokonałem połączenia Surrealizmu z Socrealizmem. Dodatkowymi źródłami, które inspirowały mój manifest były działa światowych klasyków takich jak Marks oraz otaczająca mnie rzeczywistość rewolucji solidarnościowej. Za inne wersje pochodzenia źródeł i inspiracji dla napisania przeze mnie Manifestu nie odpowiadam.
Główne tezy dla manifestu to:
1) że cały świat jest dziełem sztuki, i nawet pojedyńczy milicjant na ulicy jest też dziełem sztuki
2) kochajmy polityków
2) życie społeczne wyprzedziło swym rozmachem najśmielsze marzenia surrealistów międzywojennych [zgodnie z tezą Marksa, że ostatnią fazą każdej formacji dziejowej jest jej komedia].
Manifest zacząłem pisać w końcu1980 roku a skończyłem wiosną (marzec) 1981 roku.Po raz pierwszy był opublikowany w Gazecie „A” wydawanej przez Ruch Nowej Kultury.
Pragnę nadmienić, że na ten temat zostało napisanych już szereg prac naukowych zagranicą i w Polsce. Podkreślam, że nie były mi znane i w żadnym stopniu nie miały wpływu na powstanie Manifestu źródła polskie,oprócz wspomnianych wyżej realiów rewolucji solidarnościowej. Zatem niemożna łączyć z Manifestem Surrealizmu Socjalistycznego ani z moją koncepcją Surrealizmu Socjalistycznego i podanymi wyżej tezami żadnych innych zjawisk, pomimo ewentualnych zbliżeń lingwistycznych. Major Waldemar Fydrych

http://majorfydrych.blog.onet.pl/2009/01/15/jak-powstal-manifest-surrealizmu-socjalistycznego/

******************

CZY MOŻNA ARESZTOWAĆ KRASNOLUDKI? W REALIACH PRL LAT 80. NAWET TO MOGŁO SIĘ ZDARZYĆ. 1 CZERWCA 1987 R. WE WROCŁAWIU MILICJA OBYWATELSKA ZOSTAŁA WCIĄGNIĘTA DO NIETYPOWEJ AKCJI. WYDANO ROZKAZ WYŁAPYWANIA I ARESZTOWANIA OSÓB W CHARAKTERYSTYCZNYCH, KRASNOLUDKOWYCH CZAPKACH.

„Majora” Fydrycha. „Major” studiował na Uniwersytecie Wrocławskim historię i historię sztuki. Był obdarzonym niespotykaną inwencją pomysłodawcą wielu akcji i happeningów. „Pomarańczowa Alternatywa” stawiała sobie za cel wyśmiewanie absurdów systemu komunistycznego. Sprytnie pomyślane akcje, nieco surrealistyczne hasła skutecznie wykpiwały drętwotę języka, sztuczność rytuałów i ideologiczne napuszenie władzy. Ruch cieszył się wielką popularnością wśród wrocławskiej młodzieży i studentów.

Jedna z pierwszych akcji polegała na malowaniu na miejskich murach postaci krasnali. W drugiej połowie lat 80. słynne stały się uliczne happeningi. Często organizowano je z okazji czczonych przez władze rocznic, świąt państwowych, dni oficjalnie celebrowanych z propagandową pompą. Uliczne działania mobilizowały przechodniów, tłumnie włączając ich do wyjątkowych manifestacji. Władze, jak gdyby zupełnie były pozbawione poczucia humoru, nakazywały oddziałom milicji podejmowanie zdecydowanych interwencji. Urządzano prawdziwe polowania na happenerów „zakłócających porządek publiczny”. W Dzień Dziecka w roku 1987 umundurowani funkcjonariusze ścigali na ulicach Wrocławia całe grupy młodych ludzi przebranych za krasnali. 7 października 1987 r., w „Dzień Milicjanta”, w manifestacyjny sposób na ulicach wręczano funkcjonariuszom kwiaty.

W przeddzień 70. rocznicy „Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej”, 6 listopada 1987 r., zorganizowano akcję, która w wyjątkowy sposób „wciągnęła” milicjantów. Zgodnie z przygotowanym planem, uczestnicy happeningu mieli być ubrani w odzież koloru czerwonego. Można sobie wyobrazić uciechę organizatorów i świadków tego niezwykłego wydarzenia, gdy oddziałom milicji, przystępującym do rozpraszania ubranego na czerwono tłumu, dowódcy, krzycząc, wydawali rozkazy: „Łapać czerwonych!”. 
Pod koniec lat 80. podobne happeningi organizowano w innych miastach Polski, głównie w ważnych ośrodkach akademickich – Warszawie, Łodzi, Lublinie. „Dzień Milicjanta” w roku 1988 warszawscy studenci próbowali uczcić happeningiem na Placu Feliksa Dzierżyńskiego – twórcy bolszewickiej policji politycznej „Czeka”. Niestety, grupa niosąca kukłę wielkiego czerwonego smoka natychmiast została zatrzymana przez milicjantów.

Niekonwencjonalna aktywność zainicjowana przez Waldemara Fydrycha miała nie tylko ciekawy wymiar artystyczny, ale także poważne znaczenie polityczne. Śmiech, satyra, wykpienie absurdów rzeczywistości zachęcały społeczeństwo do przeciwstawiania się rządzącym. Prowokowanie dużych sił milicyjnych do ścigania żartującej z władz młodzieży obnażało słabość i strach komunistów. Pamiątką po tych gorzko-śmiesznych wydarzeniach jest dziś pomnik Krasnoludka, stojący we Wrocławiu na ulicy Świdnickiej, w miejscu, gdzie „Major” zwykle organizował swe akcje.

Ewa Olkuśnik

http://historiaposzukaj.pl/wiedza,wydarzenia,115,milicjanci_przeciwko_krasnalom_czyli_pomaranczowa_alternatywa_we_wroclawiu.html
100
Państwowe szkolnictwo – chory twór protestantyzmu – Feliks Koneczny

Aż do XVI w., nikt nie pomyślał, iżby państwo miało zajmować się szkolnictwem. Przez całe wieki szkoły były monopolem Kościoła, nie z zasady wcale, lecz z konieczności, bo tylko duchowieństwo mogło udzielać nauki książkowej, gdyż tylko ono ją posiadało. Dopiero protestantyzm stał się pomostem do szkoły państwowej.

Wszyscy byli zgodni z tym, że szkoła musi być wyznaniową, lecz w rozdrobnionym sekciarstwie nie każdą sektę było stać na własne szkolnictwo. Niejedna zaginęła dla braku szkół. Wpraszano się więc panującemu o subwencję, a z tego prostym następstwem stawało się, że kto szkołę utrzymywał, ten nią rządził. Z drugiej strony przyznawano panującemu coraz bardziej prawo autentycznego interpretowania artykułów wyznaniowych; szkoły zaś pierwszym zadaniem i obowiązkiem było przekazywać “czystość” danego wyznania. Ostatecznie utrzymały się i stały się historycznymi te sekty, do których przystąpili panujący.

U nas Zygmunt August nie chciał być panem sumień. Był stanowczo katolikiem, protestantów wyprowadzał w pole swoim “dojutrkowstem” i przyjął księgę ustaw soboru trydenckiego – lecz odmawiał stanowczo, gdy mu (ze stron obydwóch) nieraz proponowano, ażeby stał się zwierzchnikiem wyznaniowym (z czym łączyłaby się władza absolutna). Wytwarzały się też w Polsce całkiem inne pomysły o szkolnictwie, aniżeli w Niemczech. Szymon Marycki już w r. 1551 twierdzi, że państwo winno się zająć szkolnictwem; powtarza to w r. 1558 Erazm Glinczer Skrzetuski, wielki Zamojski w r. 1598 sam układa plany naukowe szkoły ośmioklasowej. Ma to być “schola civilis”; katolicka bez zastrzeżeń, pragnąca jednak wychować nie świeckiego polemizanta wyznaniowego, lecz obywatela. Następnie Sebastian Petrycy (1626) kładzie większy nacisk na wychowanie moralne i kształcenie charakteru, aniżeli na samą naukę. Społeczno-obywatelskie cele szkoły podkreśla z naciskiem najważniejszy pisarz pedagogiczny XVII w. Aleksander Olizarowski. Charakterystyczną zaś cechą polskiej kultury stało się, że wszyscy wybitni mężowie wszelkich zawodów zajmują się sprawami szkolnictwa; lecz pomysł szkoły państwowej nie przyjął się.

Tymczasem w Niemczech w Althusinus ujął sprawę teoretycznie w r. 1603 w ten sposób, że szkolnictwem musi kierować państwo, skoro ono stanowi zwierzchność kościelną; ma więc obowiązek, żeby panującemu wyznaniu zagwarantować prawowierność młodego pokolenia.

Niemieccy władcy katoliccy nie chcieli poprzestać na władzy mniejszej niż książęta protestanccy. W tym geneza józefinizmu. Na dworze Marii Teresy zrodziła się zasada: Die schule ist ein Politicum. Zjawia się nowy cel szkoły: hodowla wiernopoddańczości – prosta konsekwencja zwierzchnictwa nad sumieniami.

Hasło monopolu państwowego w szkolnictwie rozbrzmiewało atoli najpierw we Francji. W r. 1763 wystąpił Louis Chalotais z memoriałem, że państwo nie może pozostawić szkół w czyimkolwiek ręku, skoro przez odpowiednio urządzone szkoły da się “w ciągu niewielu lat zmienić obyczaje całego narodu”, zakończenie memoriału brzmi w te słowa: “Krótko mówiąc, Wasza Królewska Mość miałby po upływie niewielu lat, jakby nowy naród i to pierwszy wśród narodów”. Co za pojęcie o potędze szkoły! Wkrótce Turgot domagał się osobnego urzędu do kierowania szkolnictwem publicznym, od elementarnej szkółki aż do uniwersytetów.

Pierwszy taki urząd powstał atoli w Polsce. Jeszcze Konarski nie myślał o szkolnictwie państwowym, lecz kasta Jezuitów groziła upadkiem przynajmniej połowy szkół; ażeby ocalić szkolnictwo od nagłej ruiny a dobra jezuickie zachować dla szkolnictwa, obmyślono w r. 1773 Komisję Edukacyjną.

W Niemczech projekt państwowej władzy oświatowej głosił Martin Ehler w r. 1766, a Basedow wystąpił w r. 1768 już z żądaniem, by państwo nadzorowało też szkoły prywatne i z projektem szkoły “międzywyznaniowej”. Pruskie “Landrecht” w r. 1794 oznajmia, jako “Szkoły i uniwersytety są zakładami państwowymi”. J.G. Fichte zapędził się w r.1808 tak daleko, iż zakwestionował prawo wychowawcze rodziny i proponował nawet falanstery dziecięce. Nader szeroko zakreślali prawa państwa wobec szkolnictwa nawet Niemeyer i Herbart, chociaż byli przeciwnikami monopolu. Dieszerweg domaga się planów naukowych od władzy państwowej. Schleiermacher głosi, że młodzież należy wychowywać “fur einen bestimten Staat”, a więc czyni wychowanie zawisłym od rodzaju państwa.

Dokładny plan szkolnictwa państwowego (antykościelnego) przedstawił we Francji Condorcet w r. 1792. Napoleon obwieścił w r. 1808, jako “szkolnictwo powierzone jest w całym państwie jedynie i wyłącznie władzom rządowym”. Zasady monopolu nie naruszył ani biskup de Frayssinous, minister oświaty za restauracji. Dopiero po rewolucji w r. 1848 wystąpiono z żądaniem wolności nauczania.

W Hiszpanii zaczęło się szkolnictwo państwowe dopiero od r. 1857, a państwowa ustawa szkolna w Królestwie Sardynii wyszła w r. 1895.

Cała Europa uwierzyła już w Chalostaisa’a. Metternich czy Mazzini wierzyli mocno, że opanowanie szkoły rozstrzyga o przyszłości kraju, że to jest “politicum” nie do pokonania. Tylko Anglia uchroniła się od przesądu polityczno-szkolnego.

Nadzór nad szkołami średnimi, ustanowony w r. 1864, kontroluje tylko rachunki; przymus zaś szkolny nauki elementarnej, wprowadzany stopniowo w latach 1870-1880 pozostawia wolny wybór szkoły gminnej lub prywatnej. O monopolu państwowym nigdy tam nie było mowy.

Uważałem za potrzebne podać ten przegląd, ażeby wykazać, że pomysł szkoły państwowej, a tym bardziej monopolu, jest wcale niedawnej daty; że nie są to bynajmniej rzeczy “rozumiejące się same przez się”, lecz wynikłe z okoliczności.

Mówiąc na ogół, jest to dar protestantyzmu.

Upaństwowienie szkół miało w swoim czasie swoje dobre strony. Państwo, uważając szkoły za swe najlepsze narzędzia, pomnażało je i dbało o ich poziom. Zaciążyło atoli nad wychowaniem publicznym owo “politicum”, zwłaszcza, że kładziono na to nacisk tym silniejszy, im bardziej rządy się psuły, im bardziej obniżał się ich poziom moralny i umysłowy. Władza nad szkołami posłużyła wreszcie niemal wyłącznie do walki z Kościołem; my zaś w Polsce mieliśmy przeraźliwe zaiste widowisko, jak dla polityki szargało się szkołę, psując charakter młodzieży, a od nauczycieli wymagając wręcz braku charakteru. Trudno doprawdy nie nabrać przekonania, że lepiej “dmuchać na zimne”, niż pozostawić jakąkolwiek możność nawrotu do poprzedniej “pedagogii”.

Nie chcemy, żeby szkoła była “politicum”; nie chcemy pedagogii ministerialnej. Żądamy natomiast w imię naszego hasła etyki totalnej, żeby szkoła była rozsadnikiem moralności katolickiej; poza tem żeby służyła samej tylko oświacie i niczemu innemu. Szkoła nie może być ani areligijna, ani acywilizacyjna. Jakiejże ma służyć cywilizacji? Bizantyńskiej, turańskiej czy może żydowskiej? Jeżeli kto ma takie tendencje, niechaj występuje z nimi jawnie!

W szkole katolickiej i oparte na cywilizacji łacińskiej nie trzeba osobliwych zabiegów o wychowanie obywatelskie. Szkoła taka, a przy tym ściśle pedagogiczna, przejęta jest zawsze duchem obywatelskim. Człowiek religijny, porządny i światły, ceniący swą osobowość i szanujący ją u innych, a przejęty altruizmem, będzie tym samym dobrym obywatelem polskim.

Szkoły powszechne i średnie ogólnokształcące są szkołami oświatowymi. Celem ich pogłębianie i szerzenie oświaty; nadto pewien typ szkoły średniej ma na celu przygotowanie do uprawiania nauki, do wstąpienia na uniwersytet.

Chcąc zabierać głos w sprawach szkół lub uniwersytetów, trzeba określić sobie należycie stosunek oświaty do nauki. Oświata jest to rozcieńczona nauka.

Stosunki ludzkie nie podlegają bynajmniej prawu przyrody, jako formy wyższe wywodzą się z niższych. Mylnym np., jest mniemanie jakoby wszystkie stany pochodziły od “chłopa” i podobnież mylnie sądzi się, jakoby uniwersytety są o 600 lat starsze od szkoły powszechnej. Nie wytwarzała oświata nauki, lecz przeciwnie, nauka oświatę, o ile nauka uprawiana była jawnie. W starożytnym Egipcie nie popularyzowano nauki, nie tryskała z niej oświata i dlatego z upadkiem uczonego kapłaństwa runęła też cywilizacja egipska. Oświata stanowi warunek przedłużenia bytu nauki, lecz ten żywioł pomocniczy musi sobie nauka wytworzyć sama. Nauka pochodzi z wytwórczości, zjawia się samorzutnie, sama sobie panią, sama sobie celem. Wykazałem gdzie indziej, że nauka jest bezprzyczynowa. Mieli słuszność Hellenowie: z piany morskiej rodzi się minerwa. Oświata jednak nigdy samorództwa nie okazała.



Gdyby nagle zniknęło całe szkolnictwo oświatowe, uniwersytety zrekonstruowałyby oświatę. Natomiast bez wpływów uniwersytetów (choćby obcych, gdy nie ma swoich) oświata przeżuwałyby przez jakiś czas ostatnie wiadomości naukowe, lecz popularyzujące je bez kontroli ze strony nauki, przeinaczałyby je coraz częściej i wypaczała, aż skończyłyby się na przesądach; nieuchronnie nastąpiłby zastój z braku świeżego pożywienia; przydługi zastój sprowadziłby zaś rozstrój i rozkład.

Nie można więc traktować uniwersytetów, jakby tolerowane zbytki, trochę z łaski, trochę dla “prestiżu”. W obniżaniu uniwersytetów mieści się zasypywanie źródeł oświaty.

W cywilizacji łacińskiej oświata towarzyszy wszystkim stanom i wszystkim szczeblom intelektu. Wymyślono jakąś specjalną oświatę “ludową”; nic takiego nie istnieje w rzeczywistości. Zasadnicza to wada, że się nie myśli o szerzeniu oświaty wśród warstw “wyższych”, których intelekt polega na stopniowym zapominaniu tego, czego się kiedyś nauczyli w szkole. Zresztą można być (według wzorów niemieckich) nawet uczonym, a przy tym pozbawionym odpowiedniego stopnia oświaty.

U nas oświata opierała się od początku XIX w., na literaturze nadobnej. Tzw., ogólne wykształcenie kwitnęło na podłożu literackim. Były tego specjalne przyczyny i dobrze się stało, że się tak działo: przez Morze Czerwone dziejów porozbiorowych przeprowadził nas Mickiewicz. Ten okres skończył się, a epigonowie jego zaczynają być szkodnikami. Powiedziano o pewnym ministrze spraw wewnętrznych, że uczył się administracji na Słowackim. Dość już karykatury tego, co powinno pozostać wzniosłym, nawet wtedy, gdy przestaje być potrzebnym. Poloniści naszych gimnazjów stwierdzają, że młodzież już nie chce urabiać się na podobieństwo literatów. Ponieważ ogólne wykształcenie owija się zawsze około jakiegoś ulubionego przedmiotu, trzeba zawczasu zastanowić się nad zmianą kierunku, ażeby szkoła średnia w Polsce nie popadła w bezkierunkowość pedagogiczną. Sądziłbym, że geografia nadawałaby się najlepiej na mistrzynię polskiego ogólnego wykształcenia, najstosowniejsza do naszych potrzeb i upodobań. Nadzwyczajne urozmaicenie działów tej arcyrozległej nauki sprawi, że każdy uczeń znajdzie w niej, w którejś jej części, swą osobowość; nam zaś zależy jak najbardziej na pielęgnowaniu personalizmu.

Pozwolę sobie jeszcze na jedną uwagę; nie znające się na rzeczy władze państwowe narzucały szkole już od dwóch pokoleń kult miernoty. Wyniknęło to z mylnego zapatrywania, jakoby społeczeństwa rozkwitały przez podnoszenie przeciętnego poziomu. Skutek wzięto za przycznynę. Przeciętna miernota podnosi swój poziom automatycznie w miarę, jak niebosiężnieją szczty. Życie historyczne społeczeństw rozwija się przez wybitność personalizmów, a gdy tego zabraknie, poziom społeczny opada. Ogół winien służyć talentowi za piedestał. Dbajmy o szczyty, a reszta na pewno się znajdzie. Gdy ogół przestaje patrzeć w górę (bo nie ma na co), przestanie też stąpać pod górę. Zupełnie to fałszywa droga, żeby szkołę urządzać dla miernoty, a zdolniejszych oddawać do osobnych szkół, na “elitę”. Doświadczenie poucza, jak dalece nie sposób orzec na pewno, który z żaków szkolnych rozwinie się w talent, a który stępieje potem na miernotę; toteż wybieranie “elity” pomiędzy chłopcami jest po prostu fałszywą grą. Tacy wybrańcy tępieją zwykle od samej zarozumiałości. Są to eksperymenty antypedagogiczne. W klasie zaś szkolnej zdolniejsi są niezbędni, ażeby stanowić drogowskaz w górę i zachętę.

Nie należy też obniżać poziomu klasty balastem uczniów leniwych, tępych, krnąbrnych. Jeżeli nauczyciel ma być odpowiedzialnym za wyniki nauczania, musi szkoła mieć prawo, żeby się pozbywać uczniów niepożądanych i wydalać ich. Ukochanie miernoty doprowadziło do tego, że można siedzieć trzy lata w jednej klasie.

Dobra szkoła nie może być tania. Ciężkie to zadanie na kraj ubogi. Cała nadzieja w tym, że w państwie obywatelskim, skoro odpadną koszty biurokracji, będzie można przeznaczyć na szkoły znacznie większy procent budżetu. I to jednak nie wystarczy.

Dobre szkolnictwo wymaga koniecznie specjalnej ofiarności publicznej.

Nie ma obawy, żeby jej w Polsce zabrakło. Z dumą możemy wspominać, że kiedy rząd rosyjski pozwolił w Kongresówce istnieć “Macierzy Szkolnej” przez półtora roku (czerwiec 1906-grudzień 1907) zorganizowano ze składek publicznych przeszło 400 polskich szkół prywatnych, trzy seminaria nauczycielskie i kilka gimnazjów, obok tego 211 ochronek, sporo kursów dla dorosłych analfabetów, rozległy “uniwersytet ludowy”, kilkanaście “domów ludowych” z czytelniami, teatrami amatorskimi itd. Podobnież działała w społeczeństwie polskim na Litwie i Rusi “Oświata” i szereg rozmaitych specjalnych stowarzyszeń. Nie zabraknie tym bardziej ofiarności w Polsce niepodległej, gdy ogół będzie miał rękojmię, że daje na szkoły, na oświatę, a nie na politykanctwo.

Liczymy na pomoc zakonów. Uprzytomnijmy sobie, że rządy rosyjskie pozamykały w granicach samej tylko Litwy i Rusi od r. 1832 polskich szkół średnich i parafialnych 589 (pięćset osiemdziesiąt dziewięć), w czym świeckich było zaledwie 24.

Potrzebne są cztery rodzaje szkół: powszechne, zmierzać mające do tego, by wszystkie były czteroklasowymi, wydziałowe siedmioklasowe, średnie zawodowe i średnie ogólnokształcące.

Nie ulega wątpliwości, że nauczciele wszelkiego rodzaju i stopnia założą szereg stowarzyszeń i czasopism, w których wszelkie sprawy szkolnictwa, pedagogiczne i gospodarcze będą roztrząsane wszechstronnie. Inicjatywa należy z natury rzeczy do takich stowarzyszeń; postanowienia zaś do związków zawodowych (przymusowych) i do władz szkolnych.

Osobny jest związek nauczycieli szkół powszechnych i wydziałowych, osobny dla szkół średnich, do których należą także nauczyciele przedmiotów ogólnokształcących w szkołach zawodowych; zawodowcy należą zaś do związku inżynierskiego lub innego z gospodarczych.

Zarząd powiatowego związku nauczycielskiego szkoły powszechnej składa się z wybranych na przeciąg lat pięciu na umyślnym zjeździe dziesięciu osób, z czego przynajmniej cztery spośród kierowników szkół i przynajmniej jeden katecheta.

Związki powiatowe łączą się w wojewódzki, którego zarząd stanowi tylko pięć osób: dwaj delegaci od zarządów powiatowych, dwaj od grona dyrektorów szkół wydziałowych i delegat konsystorza tej diecezji, do której należy stolica województwa. Nauczyciele szkół średnich, prócz zawodowców z zawodowych, zrzeszają się w wojewódzki związek ogólnopolski.

Władzą szkolną pierwszej instancji dla szkół powszechnych i wydziałowych jest powiatowa komisja szkolna z kadencją pięcioletnią; składa się z pięciu osób: dwóch delegatów od zarządu związku zawodowego, jednego od Rady powiatowej, z reprezentanta wybranego przez radę miejską najludniejszego w powiecie miasta (niekoniecznie mieszkańca tego miasta), tudzież z reprezentatnta duchowieństwa, którego wyznacza kuria biskupia spośród duchowieństwa powiatowego. Do tej komisji należą nominacje w szkołach powszechnych i wydziałowych, tudzież uchwalanie planu nauk w szkołach powszechnych powiatu. Drugą instancję stanowi wojewódzka komisja szkolna.

Celem uchwalenia planu szkół wydziałowych komisja kooptuje po jednym delegacie od pięciu powiatowych związków gospodarczych. Uczniowie zdają pod koniec klasy siódmej egzamin końcowy, którego celem jest stwierdzić, czy uczniowie w klasie wyższej nie zapomnieli, czego się nauczyli w niższej.

Komisja szkolna powiatowa mianuje na pięć lat wizytatora spośród nauczycieli odznaczających się wiedzą pedagogiczną; w powiatach rozległych a gęsto zaludnionych (posiadających przeto więcej szkół) dwóch wizytatorów. Ich obowiązkiem jest wizytacja kontrolna każdej szkoły przynajmniej dwa razy w ciągu pięciu lat. Wizytator załatwia wszelkie sprawy personalne (oprócz nominacji). W postępowaniach dyscyplinarnych można apelować od niego do komisji szkolnej powiatowej.

Emeryturę pobierają nauczyciele szkół powszechnych po 30 latach służby z funduszów wojewódzkich.

Szkoła powszechna nie może być w całej Polsce jednakowa; toteż nauczyciel ma prawo nauczania tylko w tym województwie, w którym uczęszczał do seminarium. Zmiana może nastąpić tylko za zgodą obydwóch wojewódzkich referentów szkolnych, z województwa dotychczasowej siedziby petenta i z nowo wybranego.

Dobra szkoła powszechna będzie dla nas na długo, jeszcze na bardzo długo, niestety, utopią. Ideałem dla wszystkich pokoleń pozostanie szkoła w każdej wsi czteroklasowa, z zastrzeżeniem, że klasa nie będzie liczyć uczniów ponad 25, a zatem szkoła z oddziałami równoległymi. Obecne pokolenie musi być zadowolone, gdyby mogło być w każdej wsi po dwóch nauczycieli, z których każdy urządziłby, jak się da, po dwa kursy, niższy i wyższy jakimś sprytem zawodowym w tym samym miejscu i w tym samym czasie!

Upierajmy się tylko przy tym, że szkoła musi być czterostopniowa. Uczeń, który otrzyma dobre świadectwo z klasy czwartej szkoły powszechnej, ma prawo zgłosić się do egzaminu wstępnego do gimnazjum.

Każdy powiat musi utrzymywać przynajmniej jedną szkołę wydziałową i każde województwo przynajmniej dwa seminaria nauczycielskie: męskie i żeńskie.

Seminaria kształcą na nauczycieli szkół nie powszechnych, lecz wydziałowych; pomimo to, że wychowankowie seminariów będą na posadach w szkołach powszechnych, a tylko część ich przejdzie drogą awansu do wydziałowych. Ale każdy nauczyciel może urządzać kursy prywatne według planów szkoły wydziałowej; tacy uczniowie zdają następnie egzamin końcowy w powiatowej szkole wydziałowej.

Mogą też nauczyciele tworzyć spółki szkolne i zakładać prywatne szkoły wydziałowe; tym bardziej powszechne.

Plany szkolne dla seminariów nauczycielskich nie muszą być jednakowe w całej Polsce. Układa je wojewódzka komisja szkolna, złożona z pięciu osób: dwóch delegatów od wojewódzkiego związku nauczycieli szkół średnich ogólnokształcących, jednego od wojewódzkiego związku nauczycieli szkół powszechnych, z referenta szkolnego w radzie wojewódzkiej, tudzież z reprezentanta kurii biskupiej.

Komisja szkolna wojewódzka stanowi władzę szkolną drugiej instancji dla szkół powszechnych, a pierwszej instancji dla szkół średnich.

Inni mogą korzystać z kursów kilkutygodniowych lub kilkumiesięcznych, urządzanych luźnie przez jakiekolwiek władze samorządowe. Nauczyciele takich kursów muszą mieć upoważnienie od zarządu powiatowego związku inżynierskiego i od dyrekcji odpowiedniej szkoły zawodowej.

Plan nauk dla każdej szkoły zawodowej z osobna układa komisja złożona z trzech członków: z delegata powiatowego związku inżynierskiego, z delegata związku tego zawodu, którego dotyczy dana szkoła, tudzież z dyrektora najbliższej szkoły wydziałowej. Ta komisja jest powiatową władzą szkolną szkół zawodowych. Władzę drugiej instancji stanowią delegaci tych samych związków wojewódzkich, i najstarszy latami służby względnie wiekiem, dyrektor szkoły wydziałowej w województwie.

Trzeciej instancji nie ma.

Na wspólne nauczanie obu płci w jednej szkole po miastach trzeba osobnego zezwolenia władzy szkolnej. W szkołach żeńskich powszechnych, wydziałowych i zawodowych nauczają same tylko nauczycielki. Natomiast nie przyjmuje się nauczycielek do żadnej szkoły średniej ogólnokształcącej, ani do żeńskiej, gdyż wysiłek ten przekracza możliwości nerwów niewieścich.

O osobnych szkołach wiejskich dla chłopców i dziewcząt jakżeż nam marzyć!

Oświatą pozaszkolną może zajmować się każdy, kto uzyska zezwolenie miejscowego kierownika szkoły powszechnej, a gdyby ten miał wątpliwości, od powiatowego referenta szkolnego. Każdy proboszcz ma prawo veta przeciwko osobie, propagującej oświatę pozaszkolną przeciw tematowi lub metodzie. Veto to ma być umotywowane na piśmie, jeżeli tego żąda dotknięty zakazem. Odwołanie do komisji szkolnej wojewódzkiej.

W oświacie pozaszkolnej wielkie będzie mieć znaczenie wiejska wypożyczalnia książek. Najlepiej byłoby, gdyby ją urządził i zarządzał nią włościanin (włościanka). Celem ochrony przed agitacją niepożądaną dla cywilizacji łacińskiej, katecheta miejscowej szkoły sprawuje nadzór nad wypożyczalnią. Od wiejskich wypożyczalni nie opłaca się podatku.

W szkołach średnich ogólnokształcących powinna panować rozmaitość, ażeby każdy mógł trafić do zakładu dla siebie jak najodpowiedniejszego. Większość takich szkół będzie prywatna, a im znaczniejsza większość, tym lepiej. Nauczyciele szkół średnich mogą zakładać w tym celu towarzystwa lub spółki.

Kandydat na nauczyciela szkoły średniej ma posiadać dyplom magisterski z uniwersytetu, egzamin ze specjalnej szkoły pedagogicznej i półroczną praktykę na lekcjach szkolnych. Plan tych szkół układa komisja, złożona z siedmiu członków, mianowicie po jednym delegacie od wydziałów humanistycznych (filozoficznych) sześciu polskich uniwersytetów i jednego członka, mianowanego przez Kanclerza Oświaty. Zatwierdza się egzaminy, zdawane przed dotychczasowymi państwowymi komisjami egzaminacyjnymi przy uniwersytetach; zarazem atoli znosi się te komisje. Nauczycieli nie posiadających żadnych egzaminów usuwa się.

Nauczyciele szkół średnich mogą nauczać bez ograniczeń w całym państwie. Plany nauczania w szkołach średnich mogą być rozmaite. Mają być przedstawiane do zatwierdzenia wojewódzkiej komisji szkolnej w tym celu, ażeby komisja stwierdziła, czy nie pozostają ponieżej poziomu szkoły średniej. Komisja ma prawo odmówić tytułu szkoły średniej; na żądanie interesanta określi na piśmie warunki pozyskania, względnie odzyskania tego tytułu.

Tytuł gimnazjum przysługuje takim tylko szkołom średnim, w których obowiązkową jest nauka przynajmniej łaciny. Każde zaś województwo utrzymuje przynajmniej jedno gimnazjum według dawnego typu ośmioklasowe z obowiązkową nauką łaciny zaraz od klasy I, i greki od klasy VI. Nauka języków martwych “niepotrzebnych”, jest bardzo potrzebna, dlatego,żeby młodzież uczyła się w szkołach nie tylko utylitaryzmu, lecz także bezinteresowności; nadto nauka gramatyki łacińskiej posiada ogromną wartość do nabywania wykształcenia formalnego. Natomiast nie naucza się obowiązkowo języków nowożytnych, gdyż doświadczenie uczy, że nikt się jeszcze w szkole nie nauczył władać żadnym językiem, co stanowi istotny cel nauki języków żywych. Oszczędzony na tym czas przeznacza się w wojewódzkich gimnazjach ośmioklasowych na naukę geografii we wszystkich ośmiu klasach, tudzież historii nauk w dwóch klasach najwyższych. Tak zwaną “naukę obywatelską” znosi się. Przywraca się zaś obowiązkowo nauczanie dzieł Zygmunta Krasińskiego.

Plan takiego gimnazjum wymaga zatwierdzenia przez Wydział Filozoficzny (humanistyczny i przyrodniczy) najbliższego uniwersytetu. Matura z tego gimnazjum daje wstęp do każdej szkoły akademickiej.

Obok takiego gimnazjum mogą istnieć inne, w których nauka języków klasycznych inaczej jest rozłożona na klasy, greka zaś może być wykluczona. Matura musi być we wszystkich gimnazjach, lecz czy będzie dawała wstęp na uniwersytet, zależy od uchwał senatów akademickich. Szkoły średnie nie gimnazjalne nie dają wstępu na uniwersytet. Inne szkoły akademickie mogą przyjmować absolwentów szkół średnich według własnego uznania. Każda zaś szkoła akademicka może ustanawiać u siebie egzamin wstępny dla kandydatów nie posiadających matury gimnazjum wojewódzkiego ośmioklasowego.

W każdym mieście, gdzie znajduje się szkoła średnia, można zapewnić z funduszów wojewódzkich pewne stałe pobory pewnej liczbie nauczycieli języków obcych, stosownie do opinii wojewódzkiej komisji szkolnej. Tacy subwencjonowania nauczyciele udzielaliby taniej swych lekcji a pewną ilość uczniów uczyliby bez zapłaty. Nie byliby wcale funkcjonariuszami publicznymi; mogłyby to też być osoby różnych zawodów, uważające nauczanie języków za zarobek uboczny. Komisja szkolna obmyśli sposoby, jak tacy nauczyciele (nauczycielki) mają wylegitymować swą kompetencję.

Nominacje do szkół średnich, utrzymywanych z funduszów wojewódzkich, załatwia wojewódzka komisja szkolna. Nominacje w szkołach prywatnych zależą od kierownika i właściciela zakładu. Zakładać i posiadać na własność szkołę średnią może tylko ten, kto posiada kwalifikacje na jej nauczyciela. Emeryturę po 25 latach służby pobierają z funduszów państwowych tylko nauczyciele gimnazjów wojewódzkich; wszyscy inni mają być ubezpieczeni w sposób podobny, jak personel kolejowy linii państwowych. Uregulowaniem tej sprawy zajmą się związki zawodowe.

Pobory nauczycieli wszelkich rodzajów i stopni powinny być takie, iż by nie tylko utrzymać rodzinę na odpowiednim poziomie i dzieciom zapewnić wychowanie, ale mieć z czego odkładać, kapitalizować część dochodów. Daleko do tego w ubogiej Polsce i na razie nie da się uczynić zadość sprawiedliwym wymaganiom. Oby bogatsze miasta pospieszyły z podwyższaniem poborów! śląsk zapewne da dobry przykład, którego niestety, przez dłuższy czas nie będą mogły naśladować inne województwa. Stopniowo się to wyrówna kiedyś. Mamy więc do wyboru dwie drogi: albo nie podwyższać poborów nigdzie, aż je będzie można podwyższyć wszędzie, albo pozwolić je podwyższać stopniowo, gdzie się da i jak się da. Roztropniejsze jest to drugie i szybciej doprowadzi do celu. Jednostajność nie bywa bynajmniej objawem sprawiedliwości a czasem tamuje drogę do poprawy, a w każdym razie utrudnia ją, bo nie ma nigdzie�dobrego przykładu.



Przejdźmy do szkół akademickich. Biorąc rzeczy ściśle, nie są one szkołami.

Szkoła jest to zakład nauczania, w którym nauczyciel jest odpowiedzialny za to, iż by nauczyć. W uniwersytecie tego nie ma, nie uprawia on też oświaty, tylko naukę. Przyjęło się atoli nazywać szkołą każdy zakład gdzie się naucza. (“Szkoła Główna” stanowi nader zaszczytny ustęp w dziejach polskich uniwersytetów).

W społeczeństwie ubogim rozwój nauk dokonuje się niemal wyłącznie w uniwersytetach, tym bardziej więc o nie dbać należy. Rozumowanie, że ubogiego nie stać na zbytki, tj., na szkoły akademickie, jest przewrotne, gdyż one ułatwiają właśnie drogę do dobrobytu.

Uniwersytety nasze wymagają i wielu reform i wielkiej reformy; jest to atoli temat do osobnej specjalnej rozprawy. Na razie odetchną sobie, gdy nie będzie nad nimi żadnego ministerstwa O.P., i W.R. Można by zaś wprowadzić natychmiast poprawki następujące:

Nominacja następuje przez Senat ale na wniosek Wydziału; nie trzeba żadnych dalszych potwierdzeń ni formalności.

Znosi się podatki od poborów dla dziekanów i rektorów. Przywraca się ich jednoroczne urzędowanie w takiej kolejności Wydziałów, a na Wydziałach w kolejności lat służby na stanowisku profesora zwyczajnego, jak bywało dawniej w Uniwersytecie Jegielońskim. Jest to atoli prawo zwyczajowe od którego wyjątek może zrobić zawsze każdy Wydział, każdy Senat akademicki. Piastowanie tych godności nie jest karierą ni awansem, lecz ciężarem, który się dźwiga z obowiązku i po koleżeńsku.

Znosi się przywilej profesorów nadzwyczajnych dopuszczających ich do godności dziekańskich. Na przyszłość atoli znosi się rozróżnianie katedr zwyczajnych i nadzwyczajnych. Wszyscy profesorowie będą zwyczajnymi. “Zwyczajni”. Lecz nowo mianowany ma na Radzie Wydziałowej przez pierwszy rok od nominacji głos tylko doradczy, w wyborach dziekana bierze udział dopiero po dwóch latach, sam zaś może zostać nim dopiero po latach pięciu. Przenoszącemu się na inny uniwersytet oblicza się to pięciolecie od samego początku służby, lecz nawet choćby najstarszy, gdy się przenosi, ma przez pierwszy rok pracy na nowym miejscu tylko głos doradczy w Radzie Wydziałowej; lecz po tym jednym roku nie podlegają żadnym ograniczeniom.

Oddala się wszystkich nie habilitowanych. Na prośbę zainteresowanego może mu Wydział wyznaczyć termin do uzyskania habilitacji co najwyżej półroczny. Nie może się atoli habilitować w tym uniwersytecie, w którym wykładał.



Przejście profesora na emeryturę polega na tym, że nie ma obowiązku wykładać, i że obsadza się jego katedrę nowym przybyszem. Może jednak emeryt wykładać nadal, lecz czyniąc to gratis. Na Radzie Wydziałowej może bywać z głosem doradczym.

Rektor ma obowiązek być w roku następnym protektorem. Wybory protektora są absolutnie wykluczone. Gdyby protektor chorował, koledzy Senatu obmyślą sposoby, jak go wyręczyć. Gdyby odmawiał będąc zdrowym Senat wyznaczy mu stałego zastępcę, odpowiednio płatnego, a płacę tę będzie się odciągać przymusowo z poborów byłego rektora. Nadto taki profesor traci na zawsze prawo do godności akademickich.

Do władz akademickich dekanatu i rektoratu dodajmy trzecią, mianowicie zjazd rektorów. Odbywa się przynajmniej raz do roku, kolejno w miastach uniwersyteckich i pod prezydencją miejscowego rektora, w kolei następującej: Kraków, Wilno, Lwów, Warszawa, Poznań, Lublin. Ten porządek hierarchiczny obowiązuje w ogóle przy wszelkich wystąpieniach publicznych i aktach urzędowych. Pierwszy zjazd zwoła rektor Uniwersytetu Jagielońskiego, w następnym roku rektor wileński itd.

Zjazd rektorów decyduje w sprawach wspólnych uniwersytetom, które stanowiły już przedtem przedmiot narad przynajmniej trzech senatów akademickich.

Wątpliwości wniesione przez którykolwiek Senat rozstrzygają zjazdy jako najwyższa instancja.

Pierwszy zaraz zjazd rektorski może zastanowić się, którym “szkołom akademickim” w Polsce pozostawić ten tytuł i organizację. Prawo to przysługuje zjazdom w ciągu trzech lat od zwołania pierwszego. Te zakładay, które nie otrzymają w ciągu trzech lat potwierdzenia Zjazdu, tracą cechę szkół akademickich. Na przyszłość nie wolno zakładać żadnej szkoły akademickiej bez zezwolenia Zjazdu rektorów uniwersytetów.

Zjazd mianuje Radcę finansowego uniwersytetów polskich. Obowiązkiem tego urzędnika jest znawstwo budżetów uniwersyteckich, załatwianie wszystkiego, co trzeba do otrzymania odpowiednich kwot z funduszów publicznych. Ma w tym celu pozostawać w stałym związku z wszystkimi protektorami i kwesturami. Nominacja jest w zasadzie dożywotnia, lecz w razie opieszałości lub okzywania niezdatności, może być przez Zjazd cofniętą.

Repartycji ogólnego budżetu uniwersytetu na polecenie uniwersytetu dokonuje Kanclerz Oświaty, wysłuchawszy opinii Zjazdu rektorów.



Własne fundusze Uniwersytetu Lubelskiego nie podlegają tej rachunkowości; tylko takie fundusze, które byłyby mu przyznane ponadto z funduszów publicznych. Inne szkoły akademickie mogą zrzeszać się w podobny sposób co do celów finansowych.

Uniwersytetów może nie przybywać, lecz trzeba im nadać prawo ekspansji i decentralizacji. Każdy uniwersytet ma prawo zakładania filii swych wydziałów. Jeżeli jakieś bogate województwo stać np., na utrzymanie wydziału medycznego, nie musi zakładać u siebie całego uniwersytetu, lecz wystarczy porozumieć się z którymkolwiek wydziałem medycznym i otrzymać od niego filię. Nominacji dokonuje Wydział i Senat uniwersytetu macierzystego. Oby mogło powstawać więcej filii medycznych, bo nie tylko brak lekarzy w całej Polsce, ale lekarze polscy mają przed sobą otwarty cały Bałkan, Rosję, Turcję.

Filie widziałowe będą powstawać łatwiej około najzasobniejszych bibliotek publicznych (o jakich mowa była w rodz. X). Może w danym mieście z czasem powstać całkiem nowy uniwersytet, jeżli się będzie systematycznie przydawać bibliotekę i filię do filii wydziałów, gdy są na to fundusze. Występować od razu z całym uniwersytetem, to rzecz nieroztropna.

Obok nauk, nie zapominajmy o sztukach pięknych. Prawdziwą akademię sztuk pięknych byłoby łatwo zorganizować w Wilnie. Odczepiając od uniwersytetu Stefana Batorego to i owo, co tam niepotrzebnie przyczepiono. Miałoby się kadry czterech wydziałów: architektury, rzeźby, malarstwa i sztuk reprodukcyjnych; nietrudno byłoby przyłączyć konserwatorium muzyczne, dopełnić teatrologią i powstawałaby wspaniała instytucja społeczna godna naśladowania.



Dla sztuki stosowanej mamy wzór krakowski w Wyższej Szkole Przemysłowej.

Gdybyż każde województwo mogło mieć u siebie taki zakład! Trudno sobie wyobrazić coś pożyteczniejszego.

Nad całymi rozległymi obszarami oświaty, nauki i sztuki ustanówmy naczelnika. Będzie nim “Kanclerz Oświaty”. Wybiera go większością głosów kolegium wyborcze złożone ze Zjazdu rektorów i Wielkiego Wydziału związku zawodowej inteligencji (z inżynierskim). Urząd Kanclerza jest dożywotnim. Będzie równy ministrom, żeby nikomu nie podlegał; lecz ministrem nie będzie. Nic go nie obchodzą wstrząsy gabinetowe. Szkoła przestanie nareszcie być “politicum”. Kanclerz Oświaty może się całkiem nie interesować polityką. Kanclerz zdaje co dwa lata sprawe ze stanu szkolnictwa i szkół akademickich przed sejmem społecznym i przedstawia mu budżet dwuletni całego swego zakresu do uchwalenia.

Oto próba organizacji tworów Minerwy i Muz. Nazwijmy je wszystkie razem pars pro toto, oświatą.



Inteligencja jest jak drzewo: połowa jego znajduje się pod ziemią niewidoczna.

Wiedza stanowi korzenie lecz działalność praktyczna inteligencji zawisła od jakości i ilości oświaty. Inteligencja stanowi zdatność do rozumu, a rozum jest sumą rozsądku i wyobraźni. Nie ma instytucji, które byłyby zdolne wytworzyć te przymioty w ludziach, lecz należy ustanawiać takie tylko instytucje, które by darom Ducha św., nie zawadzały i nie próbowały ich wykrzywiać.

Szerzenie i pogłębianie inteligencji przedstawiam sobie w sposób następujący:

Celem szkoły powszechnej jest rozbudzenie ciekawości do lektury – tak, iż by wychowankowie jej nie potrafili się potem obejść bez niej, ażeby książka stanowiła niezbędny przedmiot życia.

Szkoły średniej celem wzbudzenie zamiłowania do poważnej lektury, z zaciekawieniem do dzieł naukowych.

Cel uniwersytetu uznawałem i uznaję zawsze tylko jeden: propaganda metod naukowych. Reszta sama się znajdzie.

Wyobraźmy sobie, że w naszej Polsce istnieje 30 tysięcy polskich wypożyczalni i ruchomych bibliotek, gdzie każdy robotnik i parobczak czytuje nie tylko broszurki; że ludzie ze średnim wykształceniem rozrywają poważne dzieła i stanowią krociowy żywioł, w którym rozwija się inteligencja oparta o poważną pracę umysłową, towarzyszącą im przez całe życie; że każdy student uniwersytetu staje się krzewicielem metod naukowych wśród ogółu i naukowego myślenia; wyobraźmy sobie, że z uczniów uniwersytetów zbiera się stutysięczna rzesza, śledząca uważnie postęp nauki, stutysięczny “świat naukowy”; dla takiego społeczeństwa jakież cele byłyby za trudne lub za wielkie? Powstałby jakiś naród-siłacz, lecz siłacz dobroczyńca.

To jest wykonalne. Lecz jeden warunek, a nieodzowny; żeby nie było szkół rządowych i żeby nie było ministerstwa oświaty. (..)

prof. Feliks Koneczny


Znalezione na: http://www.bibula.com/?p=11349
Pages: 1 ... 8 9 [10]