Author Topic: Mit Holocaustu  (Read 1770 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Mit Holocaustu
« on: (Sat) 19.04.2014, 12:28:50 »
Mit Holocaustu

Zagadnienie komór gazowych

Nikt, nawet tak odosobnione jednostki, które z nostalgią spogląda­ją na Trzecią Rzeszę, nie neguje istnienia obozów koncentracyjnych w okresie hitlerowskim. Wszyscy przyznają, że część obozów była wy­posażona w krematoria. Zamiast grzebać zwłoki, palono je. Powtarza­jące się epidemie sprawiły, że kremacja stałą się koniecznością, szcze­gólnie jeśli chodzi o zmarłych na tyfus. Zagadnieniem, które jest po­wszechnie dyskutowane przez licznych autorów francuskich, brytyj­skich, amerykańskich i niemieckich, jest natomiast istnienie „obozów zagłady" w Niemczech Hitlera. Określenie „obozy zagłady" stosowa­ne jest dla wyodrębnienia tych obozów, które były rzekomo wyposażo­ne w „komory gazowe". Owe „komory gazowe" różniły się od komór stosowanych w amerykańskich więzieniach, ponieważ służyły do zabi­jania masowego. Ofiarami miały zaś być dzieci, kobiety i mężczyźni -zabijani z powodu swej rasy lub religii. Zostało to zdefiniowane jako „ludobójstwo". Podstawowym środkiem, za pomocą, którego dokony­wano owego „ludobójstwa" były rzeźnie dla ludzi zwane „komorami gazowymi". Gazem używanym w tym celu miał być Cyklon B (pestycyd oparty na kwasie pruskim i kwasie cyjanowodorowym). Autorzy, którzy zaprzeczają owemu domniemanemu „ludobójstwu" i istnieniu „komór gazowych" nazywani są REWIZJONISTAMI.

To, co utrzymują owi autorzy przedstawia się mniej więcej tak: wy­starczy do obydwu tych problemów („ludobójstwa" i „komór gazo­wych") zastosować zwykłe metody krytyki historycznej, aby stwierdzić, że mamy do czynienia z dwoma mitami, nierozdzielnie ze sobą związa­nymi. Zbrodnicze zamiary przypisywane Hitlerowi nie zostały nigdy udowodnione. Nikt nigdy nie widział „narzędzia zbrodni". Mamy do czynienia wyłącznie z kampanią nienawiści, z niezwykle sugestywną wojną propagandową. Historia pełna jest oszustw tego typu, poczyna­jąc od „bajek" religijnych dotyczących magii i czarów. Tym, co odróż­nia nasze czasy od poprzednich epok jest przerażająca potęga mediów i propagandy, która aż do mdłości powiela coś, co można by nazwać „kłamstwem XX stulecia". Ktoś, kto po 30 latach poszukiwań powziął myśl, aby zdemaskować to kłamstwo, musi być ostrożny.

W zależności od sytuacji przejdzie przez więzienia, grzywny, napaści i zniewagi. Zo­stanie określony jako „nazista". Jego tezy zostaną zignorowane albo zniekształcone. Żaden kraj nie będzie tak bezlitośnie wrogi wobec nie­go, jak Niemcy. Dzisiaj, w każdym razie został rozbity mur milczenia wo­kół tych, którzy w sposób naukowy i odpowiedzialny, odważyli się pisać, że „komory gazowe" Hitlera (także te w Oświęcimiu i Majdanku) są wyłącznie historycznym oszustwem. Jest to olbrzymi krok naprzód. Ale ileż to oszczerstw i zniewag zamieścił historyk „eksterminacjonalista" - George Wellers - kiedy, ponad dziesięć lat po śmierci Paula Rassiniera, zdecydował się polemizować z drobną częścią przedstawionych przez niego faktów. Paul Rassinier - były więzień obozu koncentracyj­nego - miał odwagę jako pierwszy ujawnić w swych książkach oszustwo „komór gazowych "

Najlepszym sposobem, aby historyk mógł dowiedzieć się o prawdzi­wych twierdzeniach „uczniów" Paula Rassiniera jest sięgnięcie do pra­cy Amerykanina A.R. Butza „Kłamstwo XX wieku" („The Hoax of the XXth Century"). Ze swej strony pozwalam sobie jedynie poczynić kilka uwag dla historyków poważnie zainteresowanych badaniami.

Pragnąłbym zwrócić uwagę na pewien paradoks. Aczkolwiek „ko­mory gazowe" są, według historyków oficjalnych, punktem absolutnie centralnym w nazistowskim systemie obozów koncentracyjnych, a po­nadto dowodem zbrodniczego, wręcz szatańskiego charakteru niemiec­kich obozów, pozostaje zupełnie zdumiewające, że w olbrzymiej biblio­grafii dzieł poświęconych obozom koncentracyjnym nie znajdziemy ani jednej książki, ani jednej broszurki, ani jednego artykułu poświęcone­go „komorom gazowym".

Nie wolno dać się zwieść tytułom, które wydają się być bardzo obie­cujące; należy sprawdzić, co zawierają owe prace. Publikacje na te­mat obozów koncentracyjnych, uznawane za „oficjalne pisma histo­ryczne", powstają na zlecenie instytutów lub fundacji, które są częścio­wo lub całkowicie finansowane z funduszów publicznych, jak na przy­kład Comite de Histoire de la Deuxieme Guerre. Mondiale i Centre de Documentation Juive Conteinporaire we Francji, lub Institut fur Zeitgeschichte w Monachium w Niemczech.

W dziele Olgi Wormster Mugot na temat nazistowskiego systemu obozów koncentracyjnych musimy czekać aż do strony 541, aby natknąć się na fragment poświęcony „komorom gazowym". I tutaj czekają czytelnika trzy kolejne niespodzianki:

1. Rozdział poświęcony tej kwestii liczy jedynie 3 strony.

2. Tytuł tego rozdziału brzmi: „Problem komór gazowych".

3. Tytułowy problem zawiera się w dociekaniach, czy istniały napraw­dę „komory gazowe" w Ravensbruck (Niemcy) i Mauthausen (Au­stria).

 Autorka dochodzi do konkluzji, że nie istniały, jednak nie bada „pro­blemu komór gazowych" w Oświęcimiu czy jakimkolwiek innym obo­zie, prawdopodobnie, dlatego, że w jej umyśle nie przedstawia to żadne­go „problemu".

W tym miejscu czytelnik pewnie zechciałby się dowiedzieć, dlacze­go analiza, która doprowadziła do konkluzji, że „komory gazowe" nie istniały w pewnych obozach, nie został zastosowana w przypadku obo­zów, takich jak Auschwitz? Dlaczego z jednej strony duch krytyczny roz­wija się skrzydła, a z drugiej popada w stan letargu? W końcu mówiąc o Ravensbruck mamy do dyspozycji wiele „oczywistych dowodów" i „niepodważalnych relacji naocznych świadków", poczynając od świadków najbardziej znanych, jak: Marie Claude Vaillant-Counturier lub Germaine Tillion. Wiele razy po zakończeniu wojny, stojąc przed obliczem francuskich i brytyjskich trybunałów, oficerowie niemieccy z Ravensbruck (Suhren, Schwarzhuber, Treite) przyznawali, że w obo­zie tym istniały „komory gazowe". Opisywali także mgliście ich dzia­łanie. W następstwie tego, albo zostali powieszeni z oskarżenia o rze­kome „masowe mordowanie ludzi w komorach gazowych", albo po­pełnili samobójstwo. Podobne „wyznania" zostawili przed śmiercią Ziereis z Mauthausen (Austria) oraz Kramer z obozu w Stuthof-Natzweiler (Alzacja).

Dzisiaj możemy oglądać rzekome „komory gazowe" w Stuthof-Natzweiler i porównać je z niewiarygodnymi wyznaniami Kramera. Owe „komory gazowe", prezentowane jako „monument, historyczny", nie są niczym innym, jak tylko całkowitym oszustwem. Najmniejsza doza krytycyzmu wystarczy, aby przekonać się, że gazowanie w tym malut­kim pomieszczeniu, które nie zapewnia nawet minimum ochrony przed wydostawaniem się gazu, zakończyłoby się katastrofalnie nie tylko dla ofiary i kata, ale także dla ludzi, którzy mogliby znajdować się w pobli­żu. Dla uwiarygodnienia tej „komory gazowej" (która, jak zapewnia­no, znajduje się w „stanie oryginalnym"), wykonano - poprzez rozbi­cie czterech cegieł - dziurę w cienkim murze. Przez tę dziurę Josef Kra­mer miał rzekomo wrzucać tajemnicze sole, co, do których nie umiał po­dać żadnych bliższych szczegółów, poza tym, że zmieszane z wodą by­ły w stanie zabijać w ciągu jednej minuty! Jak mogły sole zmieszane z wodą wytwarzać gaz?

W jaki sposób Kramer uniknął zatrucia przez wydostający się otworem gaz? Jak mógł widzieć swoje ofiary poprzez otwór, skoro daje on możliwość oglądania jedynie górnej połowy pomie­szczenia? W jaki sposób wietrzono pomieszczenia zanim otworzono je­dyne drzwi wykonane ze zwykłego drewna? Być może należałoby o to zapytać w przedsiębiorstwie inżynieryjnym w St. Michel sur Meurthe, które po wojnie zajmowało się przebudową lokalu, prezentowanego dzi­siaj zwiedzającym w swoim „oryginalnym stanie".
Również w wiele lat po zakończeniu wojny prałaci, profesorowie uni­wersytetów oraz zwykli obywatele opisywali, jako „naoczni świadko­wie" - „komory gazowe" w Buchenwaldzie i Dachau.

Jeśli chodzi o Buchenwald, to „komora gazowa" stopniowo znika­ła z opisów i relacji ludzi, którzy wcześniej utrzymywali, że istniała na terenie obozu.

Dachau

Odmienna sytuacja występuje w odniesieniu do Dachau. Najpierw zostało jasno stwierdzone (na przykład przez Jego Eminencję Biskupa Piquet), że „komora gazowa" była używana wyłącznie do gazowania polskich księży. Jednakże ostatecznie zaakceptowano -jako wersję ofi­cjalną - stwierdzenie, że: „Komora gazowa, w Dachau, której budowę rozpoczęto w 1943 roku, nie była jeszcze całkowicie ukończona w 1945 roku, kiedy to obóz został wyzwolony, i z tego powodu nikt, nie mógł być w niej zagazowany".

Malutkie pomieszczenie, które było prezentowane zwiedzającym, ja­ko „komora gazowa", musiało być w rzeczywistości czymś zupełnie in­nym. Teraz, gdy dysponujemy wszystkimi planami konstrukcyjnymi kre­matorium wraz z przyległościami, możemy to stwierdzić z całą stanow­czością. Nie wiadomo na podstawie, jakich przesłanek technicznych utrzymuje się, że ta konstrukcja jest „nieukończoną komorą gazową".

Broszat

Żaden z oficjalnych instytutów historycznych nie włożył tyle wysił­ku, aby uczynić mit „komór gazowych" wiarygodnym, co Institut fur Zeitgeschichte (Instytut Historii Współczesnej) z Monachium. Od 1972 roku dyrektorem Instytutu jest Martin Broszat. Doktor Broszat, członek Instytutu od 1955 roku, stał się sławny dzięki opublikowaniu w roku 1958 t.zw. „Wyznań Rudolfa Hoessa". Hoess, były komendant obozu w Oświęcimiu, napisał rzekomo te „wyznania " w komunistycznym wię­zieniu, zanim został powieszony.

19 sierpnia 1960 roku, Broszat poinformował swoich zdumionych ro­daków, że na terytorium starej Rzeszy (w granicach z 1937 roku) nie by­ło nigdy „komór gazowych". Znajdowały się jedynie w ograniczonej liczbie wybranych obozów - zlokalizowanych zwłaszcza na terytorium okupowanej Polski (największym z nich był Auschwitz-Birkenau). Te za­dziwiające informacje zostały przekazane w zwykłym liście do redak­cji, opublikowanym w tygodniku „Die Zeit" (z 19. VIII. 1960 r., s. 16). Ty­tuł publikacji był bardzo pokrętny i wprowadzał w błąd czytelnika: „Keine Vergasung in Dachau" („Nie było gazowania w Dachau"). W isto­cie winien on brzmieć: „Keine Vergasung in Altreich" („Nie było ga­zowania na terytorium Starej Rzeszy"). Aby nie dopuścić do wysu­wania podobnych wątpliwości w stosunku do innych obozów, doktor Bro­szat nie dołączył do swej informacji żadnych dowodów. Do dziś dnia, kil­kanaście lat po jego publikacji, ani on, ani którykolwiek z jego kolegów-historyków, nie przedstawił najmniejszych nawet dowodów naukowych na poparcie tego twierdzenia.

Szczególnie ważne byłoby uzyskanie odpowiedzi na następujące py­tania:

1. Skąd doktor Broszat wie, że „komory gazowe" na terytorium sta­rej Rzeszy są oszustwem?

2. Skąd doktor Broszat wie, że „komory gazowe" na terytorium Pol­ski są autentyczne?

3. Dlaczego „dowody" i „relacje naocznych świadków" dotyczące obozów koncentracyjnych na Zachodzie nagle nie przedstawiają już żadnej wartości, podczas gdy „dowody" i „relacje naocznych świadków " dotyczące obozów w Polsce - pozostają nadal prawdzi­we?

Żaden ze znanych historyków nie postawił tego rodzaju pytań, tak, jakbyśmy mieli do czynienia z jakąś zmową milczenia. Jak często w hi­storii dziejopisarstwa przyjmuje się twierdzenia oparte na świadectwie jednego historyka? Słynny Szymon Wiesenthal w liście do redakcji „Books and Bookmen" (kwiecień 1975, str. 5) również stwierdził, że „nie było obozów zagłady na ziemi niemieckiej", ale - podobnie jak Bro­szat - nie poparł swego twierdzenia żadną dokumentacją naukową...

Obozy w Polsce

Rozpatrzmy teraz problem „komór gazowych" w Polsce. Jako za­sadniczy dowód, że naprawdę istniały „komory gazowe " w  Bełżcu i Treblince, uznaje się stwierdzenia Kurta Gerstaeina.

Zapiski tego byłego SS-mana, który według oficjalnej wersji popeł­nił samobójstwo w więzieniu Cherche-Midi w Paryżu, są pełne takich absurdów, że już od dłuższego czasu straciły wiarygodność w oczach hi­storyków. Ponadto, dokumentacja ta nie była nigdy publicznie udostęp­niona, nawet w dokumentach Trybunału Norymberskiego. Dostępna by­ła natomiast w formie bezużytecznej dla naukowego badania (ze skróta­mi, zmianami, zafałszowaniami...). Dokument oryginalny, tak samo jak jego absurdalne dodatki, nigdy nie był dostępny.

Jeżeli chodzi o Majdanek, to konieczna jest wizyta na miejscu. Jest wysoce prawdopodobne, że przyniosłaby ona jeszcze bardziej rewelacyjne rezultaty, niż oględziny Stuthof-Natzweiler, o czym pisaliśmy w in­nym miejscu.

W odniesieniu do Auschwitz-Birkenau zasadniczym dowodem są „Pamiętniki" Rudolfa Hoessa, które zostały spreparowane w polskim więzieniu. Na miejscu można obejrzeć jedynie „zrekonstruowaną ko­morę gazową " w Auschwitz oraz ruiny innej „komory" w Auschwitz II - Birkenau.

Egzekucja przy pomocy gazu wymaga specjalnych warunków tech­nicznych; nie można jej porównywać z samobójstwem czy przypadko­wym zatruciem. Kat i jego pomocnicy nie mogą być wystawieni na żad­ne niebezpieczeństwo. Amerykanie w swoich komorach gazowych sto­sują gaz cyjanowodorowy zgodnie z drobiazgowo opracowanymi prze­pisami bezpieczeństwa. Komory amerykańskie mają postać małych, her­metycznie zamkniętych pomieszczeń. Po zakończeniu egzekucji gaz zo­staje usunięty, a pomieszczenie poddane neutralizacji.

Z tego względu należy zadać pytanie: jak można było w „komorach gazowych" w Auschwitz-Birkenau, do pomieszczenia o pow. 210 m2, wtłoczyć 2000 osób, wrzucić tam pojemniki z pestycydem Cyklon B, a na­stępnie wpuścić do tego pomieszczenia ekipy dla usunięcia nasyconych cyjankiem zwłok bezpośrednio po egzekucji?

Dwa dokumenty z niemieckich archiwów przemysłowych, dołączone przez Amerykanów do akt procesu norymberskiego stwierdzają wyra­źnie, iż Cyklon B wykazuje silną tendencję do łączenia się z powierzch­niami przedmiotów i nie może być usunięty - nawet przy pomocy bardzo silnych wentylatorów. Jedynym skutecznym sposobem na jego pozbycie się jest wietrzenie naturalne przez 24 godziny. Inne dokumenty można znaleźć już na miejscu -w archiwach Muzeum Oświęcimskiego. Doku­menty te, nigdzie indziej nie odnotowywane, świadczą, iż wspomniane pomieszczenie o pow. 210 m2, znajdujące się dzisiaj w ruinie, było jedy­nie zwykłą przechowalnią zwłok, usytuowaną pod powierzchnią ziemi dla lepszej ochrony przed ciepłem. Pomieszczenie to posiada zaledwie tylko jedne drzwi, służące jako wejście i wyjście zarazem, nie spełniają­ce nawet minimalnych wymogów, co do hermetyczności zamknięcia.

Jeżeli chodzi o krematoria oraz o wszystkie inne budynki i pomie­szczenia obozowe, istnieje obfita dokumentacja techniczna, plany i fak­tury, dotyczące nawet najdrobniejszych szczegółów. Natomiast nie ma tam żadnej wzmianki o „komorach gazowych ", żad­nego kontraktu na ich budowę, żadnego projektu, żadnego zapotrzebo­wania na materiały, żadnego planu, żadnej faktury, żadnego zdjęcia. W set­kach procesów dotyczących zbrodni wojennych również nie przedstawio­no nigdy niczego podobnego, jako dowodu na poparcie oskarżenia.

Christophersen

„Byłem w Auschwitz i mogę zapewnić, że nie było tam żadnych komór gazowych ". Bardzo rzadko można było usłyszeć świadków obro­ny w procesach „zbrodniarzy wojennych", którzy mieliby odwagę wy­powiedzieć takie stwierdzenie. Świadek taki stawał się bowiem od ra­zu obiektem prześladowań. Na przykład, gdyby ktokolwiek w Niemczech zechciał dzisiaj świadczyć w obronie Thiesa Christophersena (autora książki „Oświęcimskie Brednie") ryzykuje, że zostanie skazany za „znieważanie pamięci ofiar".

Wkrótce po zakończeniu wojny Niemcy, Międzynarodowy Czerwo­ny Krzyż oraz Watykan (który zawsze miał szerokie informacje o wszy­stkich wydarzeniach rozgrywających się w Polsce) oświadczyły zakło­potanym tonem: „komory gazowe... nie wiemy nic na ten temat" - i dodawały na koniec: „czyż można coś wiedzieć na temat faktów, które nigdy nie zostały zweryfikowane?".

Nie została znaleziona ani  jedna „komora gazowa" w żadnym z nie­mieckich obozów koncentracyjnych - taka jest prawda!

Informacja o tym, że komory gazowe nie istniały, powinna zostać przyjęta z ulgą - niestety, stało się inaczej. Z przyczyn politycznych in­formacja ta została zatajona. Dzisiaj, mówienie o tym, że „komory ga­zowe" są historycznym fałszerstwem, nie oznacza wcale ataku na tych, którzy przeżyli obozy koncentracyjne.

Mówienie prawdy jest bowiem powinnością każdego człowieka.


Zobacz na:
Co to jest “negacja holocaustu”?
https://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,534.0.html
Faktyczna ocena “holokaustu” przez Czerwony Krzyż
https://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,1021.0.html
Fałszywi świadkowie
https://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,1019.0.html


Sześć milionów Żydów 1915-1938
https://www.youtube.com/watch?v=2j1V878kWPg


Przykład pierwszy z brzegu: http://query.nytimes.com/mem/archive-free/pdf?res=9B05E0D71E31E03ABC4F53DFB366838B639EDE
Kolejny: http://query.nytimes.com/mem/archive-free/pdf?res=9B05E0D71E31E03ABC4F53DFB366838B639EDE
I kolejny: http://query.nytimes.com/mem/archive-free/pdf?res=9B00E0DE153AE03ABC4053DFBF668382609EDE
« Last Edit: (Wed) 28.01.2015, 12:24:07 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Mit Holocaustu
« Reply #1 on: (Sat) 19.04.2014, 12:30:28 »
DWA SPOJRZENIA NA HOLOCAUST

Nie ma chyba nikogo, kto by nie słyszał, że Niemcy zamordowali 6 milionów Żydów w Europie podczas II wojny światowej. Amerykańska telewizja, kina, gazety i czasopisma nie stronią od tego tematu. W Wa­szyngtonie istnieje oficjalne olbrzymie Muzeum Holocaustu. Uczeni kwestionują historię holocaustu

Podczas minionej dekady coraz więcej historyków „rewizjonistycz­nych", włączając w to tak poważnych uczonych, jak dr Artur Butz (Nor­thwestern University), prof. Robert Faurisson (Uniwersytet w Lyonie) oraz najpoczytniejszy brytyjski historyk David Irving, rzuca energiczne wyzwanie wobec powszechnie akceptowanej historii eksterminacji.

Nie dyskutują oni nad faktem deportowania bardzo wielu Żydów do obo­zów koncentracyjnych i gett, czy też tego, że wielu z nich zmarło lub też zostało zamordowanych podczas II wojny światowej. Rewizjonistyczni ucze­ni ujawnili jednakże poważne dowody ukazujące, że nie było niemieckiego programu eksterminacji europejskich Żydów i że szacunki 6 milionów ofiar żydowskich w czasie wojny są nieodpowiedzialnie wyolbrzymione. Wiele twierdzeń holocaustu zostało zarzuconych.

Rewizjoniści wskazują, że historia holocaustu zmieniła się całkiem na przestrzeni lat. Wiele twierdzeń „eksterminacyjnych", do tej pory powszechnie akceptowanych, zostało całkowicie obalonych w ostatnich latach.

W pewnym okresie domniemywano, że Niemcy gazowali Żydów w Dachau, Buchenwaldzie i w innych obozach koncentracyjnych w Niem­czech. Ta część historii była przedstawiana w sposób niemożliwy do obrony. Tak, więc została zarzucona ponad 20 lat temu.

Obecnie żaden poważny historyk nie podtrzymuje rzekomo udowo­dnionych opowieści o obozach zagłady na terytorium starej Rzeszy Niemieckiej. Nawet sławny „łowca nazistów" Szymon Wiesenthal przyznał w 1975 roku, że: „Na ziemi niemieckiej nie było obozów zagłady". '

Prominentni historycy holocaustu twierdzą obecnie, że masy żydow­skie zostały zagazowane tylko w 6 obozach na terenie Polski: Oświęcim, Majdanek, Sobibór, Treblinka, Chełmno i Bełżec. Jednakże „dowody" przedstawione na gazowanie w tych sześciu obozach nie różnią się ja­kościowo od tych, które zostały przedstawione na domniemane gazowa­nie na terenie Niemiec właściwych.

Na wielkim procesie norymberskim (1945-1946) i w dekadach nastę­pujących od końca II wojny światowej, Oświęcim (szczególnie Oświęcim-Brzezinka) i Majdanek (Lublin), były powszechnie uważane za prawdzi­wie ważne „obozy śmierci". Dla przykładu: alianci domniemywali w Norymberdze, że Niemcy zabili 4 mln w Oświęcimiu i jeszcze 1,5 mln na Majdanku. Dziś, żaden poważny historyk nie akceptuje tych fantastycz­nych liczb.

W dodatku, w ostatnich latach, zostało zaprezentowanych coraz wię­cej zastanawiających dowodów, których nie da się pogodzić z przypu­szczeniami o masowej eksterminacji w tych obozach. Na przykład szcze­gółowe zdjęcia lotniczego rozpoznania wykonane w Oświęcimiu-Brzezince w ciągu kilku przypadkowo wybranych dni w 1944 roku (podczas przypuszczalnego punktu kulminacyjnego eksterminacji w tym miejscu), zostały opublikowane przez CIA w 1979 r. Nie widnieją na nich ślady sto­sów ciał, dymiące kominy ani masy Żydów oczekujące na śmierć - czy­li wszystko to, co pozwalałoby domniemywać, a byłoby to łatwo dostrze­żone, że Oświęcim był naprawdę centrum eksterminacji.

Teraz wiemy również, że powojenna „spowiedź" komendanta Oświę­cimia, Rudolfa Hoessa, która jest decydującą częścią historii holocau­stu, była uzyskana w wyniku tortur.

Inne absurdalne twierdzenia holocaustu

W pewnym okresie poważnie upierano się, że Niemcy zabijali Żydów przy pomocy elektryczności i pary, i że produkowali mydło z ciał Żydów. Dwa przykłady: w Norymberdze Stany Zjednoczone oskarżały Niemców o to, że mordowali Żydów w Treblince nie w komorach gazowych, jak się teraz twierdzi, lecz przez parzenie ciał ze skutkiem śmiertelnym w „komorach parowych". Te dziwaczne opowieści zostały także definitywnie odrzucone w ostatnich latach.

Ofiary chorób

Historia morderczego Holocaustu jest wiarygodna jedynie powierz­chownie. Każdy widział straszliwe zdjęcia martwych lub umierających więźniów zrobione w Bergen-Belsen, Nordhausen czy innych obozach koncentracyjnych podczas ich wyzwalania przez siły brytyjskie lub ame­rykańskie w ostatnich tygodniach wojny w Europie. Ludzie ci byli nie­szczęsnymi ofiarami, ale nie programu eksterminacji, lecz chorób i nie­dożywienia przyniesionych przez kompletne załamanie Niemiec w ostat­nich miesiącach wojny. W rzeczywistości, gdyby istniał program ekster­minacji, to Żydzi uwolnienie przez siły alianckie w końcu wojny, byliby dużo wcześniej zamordowani.

W obliczu posuwających się sił sowieckich, wielu Żydów zostało ewa­kuowanych w okresie ostatnich miesięcy wojny z obozów i gett na Wschodzie do pozostałych obozów w zachodnich Niemczech. Obozy te szybko stały się przeludnione, co bardzo przeszkadzało w zapobieżeniu rozprzestrzeniania się epidemii.

Zdobyczne dokumenty niemieckie

Pod koniec II wojny światowej alianci skonfiskowali ogromną liczbę niemieckich dokumentów o traktowaniu Żydów przez Niemców w cza­sie wojny, o polityce niemieckiej wobec nich. Na nie czasami powoły­wano się w kontekście „ostatecznego rozwiązania". Ale żaden doku­ment, jaki kiedykolwiek znaleziono, nie nawiązywał do programu eks­terminacji. Wręcz przeciwnie: dokumenty jasno ukazywały, że niemiecka polityka „ostatecznego rozwiązania" polegała na emigracji i de­portacji, a nie eksterminacji.

Spójrzmy, dla przykładu, na poufne memorandum niemieckiego Mi­nisterstwa Spraw Zagranicznych z 21.08.1942 r.4 „Obecna wojna da­je Niemcom okazję i obowiązek także rozwiązania żydowskiego problemu w Europie"- stwierdza memorandum. Polityka „promowa­nia ewakuacji Żydów [z Europy] przy najściślejszej współpracy i za pośrednictwem Reichsfuhrera SS [Himmler] ciągle obowią­zuje". Memorandum stwierdziło: „liczba Żydów deportowanych tym sposobem na Wschód nie wystarczyła do pokrycia potrzeb".

Dokument cytuje niemieckiego ministra Spraw Zagranicznych von Ribbentropa, mówiącego, że „pod koniec wojny wszyscy Ży­dzi byliby zmuszenie do opuszczenia Europy. Taka była nie­zmienna decyzja Fuhrera [Hitlera] i tylko takie pokierowanie tym problemem, jako jedyne globalne i wyczerpujące rozwią­zanie, mogłoby być zastosowane i indywidualne zabiegi zbyt­nio by nie pomogły".

W konkluzji memorandum zawarte jest stwierdzenie, że „ wysiedle­nia [Żydów na Wschód] są dalszym krokiem do totalnego rozwią­zania... Deportacja do Generalnej Guberni [Polska] jest środkiem tymczasowym. Żydzi będą przesuwani na dalsze zajmowane tery­toria wschodnie [Sowiety] tak szybko, jak tylko techniczne środki na to będą dane".

Ten niedwuznaczny dokument i jemu podobne rutynowo są ukrywa­ne i ignorowane przez tych, którzy podtrzymują historię o morderczym holocauście.
 
Niewiarygodne świadectwa

Historycy holocaustu polegają głównie na tak zwanych „zezna­niach ocalonych", wspierającymi opowieści o eksterminacji. Ale taki „dowód" jest ciągle niepewny. Jak wykazał jeden z żydowskich historyków, „większość wspomnień czy raportów [tych, co prze­żyli holocaust] jest pełna absurdalnej wielosłowności, grafomańskiej przesady, dramatycznych efektów, przesadnych sa­moocen, dyletanckiego filozofowania, pseudo-liryzmu, niesprawdzonych pogłosek, uprzedzeń,  stronniczych ataków i usprawiedliwień".

Hitler i „ostateczne rozwiązanie"

Nie istnieją żadne dowody na to, że A. Hitler dał rozkaz wymordo­wania Żydów, czy też, że w ogóle wiedział o jakimkolwiek programie eksterminacji. Przeciwnie, zapiski pokazują, że niemiecki przywódca chciał, aby Żydzi opuścili Europę przez emigrację, o ile to możliwe - lub deportację, o ile okaże się to konieczne.

Hitler czasami mówił podczas swych „mów stołowych" w ścisłym gronie o warunkach swojej polityki wobec Żydów. Np. 27 stycznia po­wiedział: „Żydzi muszą spakować się, zniknąć z Europy. Pozwólmy im wynieść się do Rosji".

A 24 lipca 1942 roku Hitler podkreślał z naciskiem swoją wolę usu­nięcia Żydów z Europy tuż po wojnie: „Żydzi interesują się Europą z powodów ekonomicznych, ale Europa musi odrzucić ich we własnym interesie, ponieważ Żydzi są rasowo gorsi. Kiedy tylko woj­na się skończy, dokonam rygorystycznego przeglądu... tak, że Ży­dzi będą musieli wyemigrować na Madagaskar lub do jakiegoś in­nego żydowskiego państwa narodowego"."

W odzewie na alianckie wojenne transmisje radiowe o tym, że Niem­cy mordują Żydów, Hitler gniewnie komentował: „Naprawdę Żydzi po­winni być mi wdzięczni, że nie chcę od nich nic więcej, niż trochę ciężkiej pracy".


SS Himmlera i obozy

Żydzi byli ważną częścią w niemieckiej sile roboczej czasu wojny i w niemieckim interesie leżało utrzymywanie ich przy życiu.

Kierownictwo biura administracji obozów SS wysłało dyrektywę, da­towaną na 28 grudnia 1942 roku, do wszystkich obozów koncentracyj­nych - wliczając w to Oświęcim. Dyrektywa ta ostro skrytykowała wy­soką śmiertelność wśród więźniów, spowodowaną chorobami i nakazy­wała, „aby lekarze obozowi użyli wszystkich środków, będących do ich dyspozycji, w celu wyraźnego zredukowania śmiertelności w różnych obozach". Co więcej, zarządzała: „Obozowi lekarze muszą dozorować częściej niż przedtem wyżywienie więźniów i we współpracy z administracją proponować ulepszone rozporządze­nie komendantowi obozu... Lekarze obozowi, mają doglądać, czy wa­runki na różnych stanowiskach pracy są udoskonalane, tak jak to tylko możliwe".

Ostatecznie dyrektywa podkreśla, że „Reichsfuhrer SS [Heinrich Himmler] rozkazał, że śmiertelność absolutnie musi być obniżo­na".

Szef departamentu SS dozorującego obozy koncentracyjne, Richard Glucks, wysiał okólnik do każdego komendanta obozu, datowany na 20 stycznia 1943 roku. Rozkazał w nim: „Jak już wykazywałem, muszą być użyte wszelkie środki do zmniejszenia śmiertelności w obozie"."

Sześć milionów?

Nie ma żadnego konkretnego dowodu na bez przerwy powtarzane twierdzenie, że Niemcy zamordowali sześć milionów Żydów. Wiadome jest natomiast, że miliony Żydów przeżyły niemieckie prawa II wojny światowej - wliczając w to wielu przetrzymywanych w Oświęcimiu i in­nych t.zw. „obozach śmierci". Sam ten fakt powinien wywoływać po­ważne wątpliwości, co do eksterminacyjnej opowieści.

Czołowa gazeta w  neutralnej Szwajcarii, dziennik „Baseler Nachrichten", ostrożnie oszacowała w czerwcu 1946 roku, że nie więcej niż 1,5 mln europejskich Żydów mogło zginąć (z różnych przyczyn) pod niemiecką jurysdykcją podczas wojny. '" Jednostronna „holocaustomania". Zamiast zmniejszać się, rzeka filmów i książek o holocauście wy­daje się rosnąć z każdym mijającym rokiem.

Bezwzględna kampania w mediach, którą żydowski historyk Alfred Lilienthal nazywa „holocaustomanią ", przedstawia los Żydów podczas II wojny światowej, jako centralne wydarzenie w historii ludzkości. Nie ma końca prostackim filmom, naiwnym programom telewizyjnym, mści­wym polowaniom na „nazistowskich przestępców wojennych", jednostronnym kursom edukacyjnym i jedynie słusznym wystąpieniom po­lityków oraz ważnych osobistości na rzecz obsługi pamięci holocaustu.

Nie-żydowskie ofiary nie zasługują na takie zainteresowanie. Dla przykładu: nie ma amerykańskich pomników, centrów naukowych czy też dorocznych obchodów ku czci ofiar Stalina, który zresztą znacznie przelicytował Hitlera.

Kto na tym korzysta?

Wieczna kampania na rzecz holocaustu w mediach jest rutynowo wy­korzystywana do usprawiedliwienia olbrzymiej amerykańskiej pomo­cy dla Izraela i - pod innym względem - do tłumaczenia niewybaczal­nej polityki Izraela, nawet kiedy stoi w konflikcie z amerykańskim inte­resem.

Wymyślna i sponsorowana kampania holocaustu w mediach ma de­cydujące znaczenie dla interesów Izraela, który egzystuje dzięki ma­sowym, corocznym dotacjom z kieszeni amerykańskich podatników.

Jak szczerze przyznał prof. W.D. Rubinstein z Australii: „Jeśli holocaust okazał by się 'syjonistycznym mitem', to najmocniejsza broń w arsenale propagandy izraelskiej by upadła". 11

Dziennikarka „New York Times", Paula Hyman, zaobserwowała: „Ze strony Izraela holocaust może być użyty do uprzedzenia politycz­nej krytyki i stłumienia dyskusji. Wzmacnia on poczucie Żydów, jako wiecznie osaczonych ludzi, którzy w swej obronie mogą pole­gać tylko na sobie samych. Przywoływanie cierpień doznanych przez Żydów od nazistów często zajmuje miejsce racjonalnych argumentów i oczekuje się, że ma to przekonać wątpiących w słuszność obecnej polityki rządu izraelskiego". 12

Głównym powodem, dla którego historię holocaustu tak trwale udo­wadniano jest to, że rządy głównych potęg także mają ustalone intere­sy w podtrzymywaniu tego. Zwycięskie potęgi II wojny światowej - USA, Sowiety, Wielka Brytania - mają swój udział w przedstawianiu pokona­nego reżimu Hitlera tak negatywnie, jak tylko można.

Im bardziej dia­belski i szatański jawi się reżim hitlerowski, tym bardziej szlachetnie i sprawiedliwie wyglądają sprawki aliantów.

Dla wielu Żydów holocaust stał się zarówno kwitnącym biznesem, jak i rodzajem nowej religii. Znany żydowski autor i publicysta, Jacobo Timerman, zawarł to wszystko w swojej książce „Najdłuższa wojna":

„Wielu Izraelczyków czuje się urażonych, kiedy to holocaust jest wykorzystywany w Diasporze [Żydzi poza Izraelem]. Oni nawet czu­ją się zawstydzeni, że holocaust stał się cywilną religią dla Żydów w M. Zjednoczonych. Poważają oni prace Alfreda Kazina, Irvinga Howe i Marii Syrkin. Ale inni pisarze, wydawcy, historycy, biurokraci czy studenci mówią na holocaust, używając słowa Shoah, które jest hebrajskie: 'Nie ma tak dobrego biznesu, jak Shoah-biznes'." 13

Kampania wokół holocaustu w mediach przedstawia Żydów, jako cał­kowicie niewinne ofiary i nie-żydów, jako moralnie opóźnione i niegod­ne zaufania istoty, które łatwo mogą przeistoczyć się w morderczych nazistów w sprzyjających okolicznościach.

To osobista uwaga, ale to przekręcanie wielce wzmacnia żydowską solidarność i świadomość grupową.

Dla Żydów kluczową lekcją historii holocaustu jest to, że nie-Żydzi nie są nigdy godni zaufania. Jeżeli naród tak kulturalny i tak wykształ­cony jak Niemcy był w stanie zmówić się przeciwko Żydom, tak, więc ża­den nie-żydowski naród nie może być całkowicie obdarzony zaufaniem. Stąd motto: „Nigdy nie wybaczać, nigdy nie zapomnieć!".
 
Holocaust: kupczenie nienawiścią

Historia holocaustu jest czasami używana do promowania nienawi­ści i wrogości, szczególnie przeciw narodowi niemieckiemu jako cało­ści, wschodnim Europejczykom oraz przywódcom Kościoła Rzymsko­katolickiego.

Dobrze znany pisarz żydowski, Elie Wiesel, jest dawnym więźniem Oświęcimia, który przewodniczył Amerykańskiej Radzie Pamięci Holo­caustu. W 1986 roku otrzymał on pokojową nagrodę Nobla, Ten zaprzy­sięgły syjonista napisał w swojej książce „Legendy naszego czasu": „Każdy Żyd, gdziekolwiek by był, powinien zachować strefę niena­wiści - zdrowej, męskiej nienawiści do tego, co Niemcy uosabiają i do tego, co w nich tkwi".
 
Pozwólmy, aby obie strony były wysłuchane

Od kilku lat historia Holocaustu została lematem usprawiedliwia­jącym spory w Europie. Było to dyskutowane przez wiele godzin w szwajcarskiej TV czy nawet we francuskim radiu. Czołowy dziennik francu­ski „Le Monde" i poważne włoskie czasopismo historyczne „Storia Ilustrata " udostępniły swe szpalty dla obu stron wypowiadających się w tej kwestii.

Tu, w Ameryce, organizacje - chociaż silne - powstrzymywane są jak dotąd od publicznego wyrażenia swoich poglądów w tej sprawę. Wie­lu myślących Amerykanów ma coraz większe wątpliwości wobec przy­najmniej niektórych z bardziej sensacyjnych twierdzeń holocaustu, ale w sferze publicznej to, co kiedykolwiek się słyszy czy widzi, jest ortodo­ksyjnym poglądem na opowieści eksterminacyjne.

To nie jest w porządku. Amerykanie mają prawo do osądzenia tego ważnego zagadnienia samemu.
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Mit Holocaustu
« Reply #2 on: (Sat) 19.04.2014, 12:31:25 »
RAPORT SĄDOWY

Wprowadzenie

Rok 1988 był dla mnie bardzo pouczający, ale równocześnie bardzo burzliwy. Byłem oszołomiony dowiedziawszy się, że większość tego, co przekazywano mi w szkole na temat historii XX wieku i II wojny świa­towej jest mitem, a nawet zwykłym kłamstwem.

W pierwszej chwili by­łem zdumiony, potem wzburzony i wreszcie zostałem przekonany. Mit Holocaustu stał się dla mnie martwy.

Jak wszystkie dzieci amerykańskie, urodzone w czasie i po drugiej wojnie światowej, uczyłem się o ludobójstwie dokonanym przez nazistów na ludności żydowskiej.

W czasach uniwersyteckich nie miałem powodu, aby nie wierzyć w to, że Niemcy wymordowali 6 milionów Ży­dów w komorach gazowych. Wierzyłem w nazistowskie ludobójstwo je­szcze przez wiele lat.

Mniej więcej w 24 lata później, pewien „wierzący" inżynier siedział przy swym biurku w śnieżne popołudnie, zimą 1988 roku, kiedy zadzwo­nił telefon. Ów inżynier miał wkrótce otrzymać wstrząsającą lekcję, lek­cję, która poddała w wątpliwość mit Holocaustu, kłamstwo wpajane od 50 lat kolejnym pokoleniom amerykańskich dzieci. „Hallo!... Mówi Ro­bert Faurisson" - powiedział głos w słuchawce i wkrótce „wierzący" inżynier przestał wierzyć.

Tło

Przez ostatnie 9 lat opracowywałem projekty wszelkiego typu urzą­dzeń do wykonywania egzekucji (krzesła elektryczne, śmiertelne zastrzyki, szubienice oraz komory gazowe) dla wszystkich - lub prawie wszystkich - stanów USA, gdzie obowiązuje jeszcze kara śmierci. By­tem zatrudniony jako konsultant i dostarczałem opracowania zarówno dla administracji wspomnianych stanów, jak i dla rządu federalnego.

Z tego też powodu zostałem polecony przez Billa Armontrouta, dy­rektora więzienia stanowego w Missouri, jako konsultant w sprawie ko­mór gazowych, obrońcom w procesie Zundela. Po rozmowie telefonicz­nej w owo zimowe popołudnie, dwa razy spotkałem się z Robertem Faurissonem w Bostonie. W rezultacie zgodziłem się jechać do Toronto na spotkanie z adwokatem Ernesta Zundela - Dougiem Christie i resztą znakomitego zespołu obrońców.

Już trzynaście lat wcześniej prof. Faurisson zaproponował, aby ja­kiś specjalista od komór gazowych dokonał oceny rzekomych komór ga­zowych w Polsce, pod kątem wymagań technicznych i stwierdził, czy nadają się one do przeprowadzania masowych egzekucji.

Wyjechałem do Toronto razem z moją żoną Carolyn i spędziłem dwa dni wypełnione licznymi spotkaniami, podczas których zademonstro­wano mi fotografie rzekomych komór gazowych w Polsce, niemiecką do­kumentację techniczną i zdjęcia lotnicze wykonane w czasie wojny przez aliantów.

Po zapoznaniu się z tymi materiałami sam sobie zadałem pytanie, czy owe „komory" są w istocie odpowiednio wyposażone dla dokony­wania w nich egzekucji. Zaproponowano mi, bym pojechał do Polski i tam, na miejscu, przeprowadził odpowiednie badania i opracował pi­semny raport w tej sprawie. Niektóre komory znajdowały się w miejscowościach, o których nigdy nie słyszałem.

Po kilku wyjaśniających uwagach zaaprobowałem propozycję i roz­poczęły się przygotowania do wyjazdu do Polski. Chociaż przedstawio­ne mi fotografie i dokumenty zdawały się potwierdzać tezę, iż rzeko­me „komory" nie mogły służyć do dokonywania egzekucji, zarezerwo­wałem sobie prawo do wydania ostatecznej opinii po wykonaniu wszy­stkich badań.

Jeżeli by się okazało, że owe pomieszczenia były - lub mogły być -komorami gazowymi, zawarłbym taką opinię w moim sprawozdaniu. Moja relacja miała być użyta jako dowód w procesie Ernesta Zundela w Toronto. Będzie, zatem stanowiła świadectwo sądowe.

Przygotowując się do podróży musiałem sprawo sobie również spe­cjalne walizki na próbki, dokumenty i instrumenty.

Biorąc pod uwagę fakt, że jedziemy do kraju komunistycznego, mu­sieliśmy szczególnie uważać na nasze instrumenty Niewielu turystów zabiera ze sobą w podróż młotki, dłuta, wiertarki, piły i przymiary me­tryczne. Ponadto zabraliśmy mapy Polski, Czechosłowacji i Austrii na wypadek, gdybyśmy musieli wyjeżdżać nagle i w pośpiechu. Wreszcie zabraliśmy też podarunki, którymi zamierzaliśmy przekupić personel muzeum oświęcimskiego, aby uzyskać kopie potrzebnych nam doku­mentów z archiwów muzeum.

Nasza ekipa

Miałem szczęście dobrać sobie zespół kompetentnych i zaufanych osób: moja żona Carolyn - jako asystentka, Howard Miller - rysownik, Jurgen Neumann - kamerzysta, Tjudar Rudolf - tłumacz. Wszyscy zda­waliśmy sobie sprawę, że jeśli zostaniemy schwytani, władze polskie nieprzychylnie ocenią naszą działalność i nasze zamiary, a pobrane przeze mnie próbki mogą potraktować, jako bezczeszczenie narodowe­go monumentu.

Duchowo byli z nami obecni także dwaj „nieoficjalni" członkowie naszej ekipy: Ernest Zundel i Robert Faurisson, którzy z oczywistych względów nie mogli towarzyszyć nam w podróży.

Podróż

Wyruszyliśmy do Polski 25 lutego 1988 roku. Neumann i Rudolf do­łączyli do nas we Frankfurcie. Wróciliśmy do domu 3 marca 1988 roku. Przybyliśmy do Krakowa późnym popołudniem i spędziliśmy naszą pierwszą noc w Hotelu Orbis. Następnego dnia byliśmy już w Oświęci­miu, w Hotelu, gdzie uderzył nas zapach naftaliny - zapach nie spoty­kany przeze mnie od wielu lat. Hotel musiał być kiedyś budynkiem mie­szkalnym dla funkcjonariuszy obozowych. Obiad zjedliśmy w restau­racji hotelowej. Następnie odbyliśmy rozpoznawczy spacer po obozie, w słabym świetle popołudnia i pośród śnieżnej zadymki. Nie jedliśmy tego dnia kolacji, gdyż okazało się niemożliwością znalezienie lokalu czynnego po zachodzie słońca...

Auschwitz – Birkenau

Następnego dnia rozpoczęliśmy nasze prace wewnątrz rzekomej ko­mory gazowej. Niestety, nie byliśmy w stanie zrealizować zbyt wielu ba­dań ze względu na liczne wycieczki, które przerywały naszą pracę. By­ła to niedziela i liczba zwiedzających była większa, niż zwykle. Carolyn stała na straży przy jednym wejściu, a Tjudar przy drugim. Ich zada­nie polegało na sygnalizowaniu mi, Jurgenowi i Howardowi, nadejścia zwiedzających. Filmowanie i pobieranie próbek było w tych warunkach zbyt niebezpieczne. Około południa opuściliśmy zatem Auschwitz i prze­nieśliśmy się do Birkenau.

W Birkenau zaskoczyła nas śnieżyca tak silna, że nic nie było widać w odległości większej, niż metr. Musieliśmy też zostawić Carolyn, aby pilnowała samochodu, gdyż nie można było wjeżdżać pojazdami na te­ren obozu. Zwiedziliśmy komory, krematoria nr II, III i IV oraz łaźnię. Pobraliśmy próbki, a nasze badania zostały zarejestrowane na taśmie video. Wykonaliśmy też zdjęcia i rysunki w skali. Wszystko po to, aby udokumentować skąd pobieraliśmy próbki do badań.

Musieliśmy wyważyć drzwi do łaźni, gdyż były zamknięte na klucz.

W krematorium nr II było zejście w głąb rzekomej komory gazowej. Wilgotne i zatęchłe podziemne pomieszczenie nic było odwiedzane przez ludzi od prawie 50 lat. Budynek został zburzony, prawdopodobnie przez niemieckich saperów. Na szczęście było mniej strażników i mniej pu­bliczności, co stwarzało nam nieporównanie lepsze warunki do pracy, niż poprzedniego dnia w Auschwitz.

Nauczeni doświadczeniem poprzedniego dnia, zjedliśmy kolację na dworcu autobusowym - była to jedyna czynna restauracja w Oświęci­miu - i powróciliśmy do Hotelu.

Następnego dnia, w poniedziałek, rozpoczęliśmy nasze prace w Au­schwitz. W porównaniu z niedzielą, było o wiele mniej zwiedzających i mogliśmy pracować bez przeszkód.

Byliśmy w stanie zebrać próbki, wykonać zdjęcia oraz inne prace do­kumentacyjne. Teraz uzyskaliśmy już dane, mogące posłużyć nam do modelowych obliczeń. Zweryfikowaliśmy także istnienie systemu ramp przeładunkowych w okresie działalności „komór gazowych". Po zakoń­czeniu prac w Auschwitz pojechaliśmy ponownie do Birkenau, aby pobrać próbki kontrolne z pomieszczenia nr 1, przeznaczonego do dezyn­fekcji. Niestety, budynek był zamknięty i znów musieliśmy wyłamywać zamek, aby zbadać wspomniane pomieszczenie. Później zjedliśmy kola­cję na dworcu autobusowym i wróciliśmy szybko do Hotelu.

We wtorek rano, oczekując na wynik - bezowocnej, jak się później okazało - próby zdobycia przez Tjudara pojemnika z Cyklonem B,  Jurgen i ja filmowaliśmy różne miejsca wewnątrz obozu. Potem przenie­śliśmy się z Hotelu w Oświęcimiu do znajdującego się w pobliżu schro­niska, otrzymując pokoje, które dopiero co się zwolniły.

W środę rano, po godnym wzmianki śniadaniu - składającym się z chleba, szynki i sera - zdecydowaliśmy odbyć podróż do Lublina, aby zwiedzić Majdanek.

Po raz ostatni odwiedziliśmy obóz w Auschwitz i następnie wyruszy­liśmy w kierunku Lublina.

Majdanek

Po kilku godzinach przybyliśmy na miejsce i zwiedziliśmy muzeum na Majdanku, zrekonstruowane „komory gazowe" i krematoria. Na końcu obejrzeliśmy komory do dezynfekcji nr l i 2. Prowadzenie badań było tutaj szczególnie trudne, gdyż strażnicy przeprowadzali inspek­cję co 10-15 minut. Rzekome komory gazowe były odgrodzone bariera­mi i niedostępne dla publiczności. Dla dokonania szczegółowych badań konieczne było przekroczenie barier i wejście na zabroniony teren. Carolyn i Tjudar stali na straży, podczas gdy ja robiłem pomiary i przepro­wadzałem dokładne badania. O mały włos nie zostaliśmy przyłapani: byłem zmuszony pospiesznie przeskoczyć barierę i gdy strażnik wcho­dził, znajdowałem się jeszcze na zabronionym terenie. Na szczęście strażnik był zbyt zainteresowany Jurgenem i jego ka­merą video i nie zwrócił na mnie uwagi.

Powrót

Wczesnym popołudniem muzeum było zamykane dla zwiedzających i musieliśmy opuścić teren obozu. O godzinie 15 wyruszyliśmy do War­szawy i po pięciogodzinnej podróży w deszczu i śniegu dotarliśmy do celu. Nasza rezerwacja w hotelu była już nieważna, ale przy pomocy pracownika ambasady znaleźliśmy miejsca w innym hotelu. Po kolacji udaliśmy się spać, planując ma czwartek powrót do domu. Następnego ranka, po śniadaniu, wyruszyliśmy na lotnisko.

Odlecieliśmy samolotem polskich linii lotniczych LOT, po zapłaceniu cła, gdyż moja walizka zawierała około 10 kg materiałów dowodowych. Na szczęście nie skontrolowano mi bagażu, ale odetchnąłem z ulgą do­piero po kontroli paszportów we Frankfurcie. Tutaj nasza grupa podzie­liła się. Po powrocie do USA przekazałem próbki do analizy, do labora­torium w Massachusetts. Otrzymawszy rezultaty analiz, przygotowa­łem mój raport, łącząc swą wiedzę na temat budowy komór gazowych i procesu egzekucji przy pomocy gazu z wynikami dokonanych badań.

Po ukończeniu raportu, którego wyniki podane są niżej, uczestniczy­łem jako świadek obrony w procesie Zundela w Toronto. Ale to już zu­pełnie inna historia.


Rezultaty badań

1. Komory gazowe

Wyniki badań, zamieszczone w „Raporcie Leuchtera", są bardzo ważne. Dowodzą w sposób kategoryczny, że żadna z budowli badanych w Oświęcimiu, Brzezince i Lublinie nie mogła służyć do wykonywania masowych egzekucji przy użyciu cyjanowodoru, tlenku węgla lub ja­kiegokolwiek innego trującego gazu.

Przyjmując nawet najbardziej wygórowane liczby dotyczące maksy­malnego wykorzystania komór gazowych - 1693 osoby tygodniowo w każdej z komór – i zakładając, że wspomniane pomieszczenia napraw­dę służyły do masowych egzekucji przy pomocy gazu, dla zabicia sze­ściu milionów osób musiałyby pracować bez przerwy przez 68 (sześć­dziesiąt osiem!) lat. To znaczy, że Trzecia Rzesza musiałaby istnieć przez przynajmniej 75 lat! Utrzymywanie, że owe pomieszczenia służy­ły do wykonywania egzekucji masowych czy też indywidualnych jest za­tem śmieszne, a nawet obraźliwe, gdyż zakłada kretynizm odbiorcy te­go typu stwierdzeń. Jednakże ci, którzy rozpowszechniają to kłamstwo są zbyt leniwi i zadufani w sobie, aby sprawdzić jego prawdopodobień­stwo. Indoktrynują, więc świat tego typu bzdurą poprzez największą kampanię propagandową, jaką pamięta historia.

2. Krematoria

Równie ważne są błędy historiografii „eksterminacjonalistycznej" w odniesieniu do krematoriów. Gdyby krematoria pracowały z maksy­malną wydajnością, każdego dnia, bez jakiejkolwiek przerwy, w spo­sób ciągły (założenie czysto hipotetyczne i niemożliwe w rzeczywisto­ści) - Trzecia Rzesza musiałaby istnieć przynajmniej 42 lata, gdyż dla spalenia sześciu milionów ludzkich zwłok potrzebne byłoby 35 (trzy­dzieści pięć) lat pracy pieców krematoryjnych!

Nikt przy zdrowych zmysłach nie może utrzymywać (ani też wierzyć), że III Rzesza istniała przez 75 lub 42 lata. Jednakże wmówiono nam, że 6 milionów osób zostało zamordowanych za pomocą sprzętu, który -nawet gdyby nadawał się do dokonywania egzekucji - musiałby praco­wać jeszcze przynajmniej przez 64 lata po zakończeniu wojny, a więc do roku 2009! Taki bowiem jest absolutnie minimalny czas potrzebny do tego typu operacji.

3. Dowody

Próbki dowodowe zostały pobrane z miejsc przez nas odwiedzanych. Próbka kontrolna została wzięta z pomieszczenia nr l, służącego do de­zynfekcji [odzieży - przyp. wyd.] w Birkenau. Założyliśmy, że ze względu na wysoką zawartość żelaza w konstrukcjach budynków obozowych, obe­cność cyjanowodoru spowoduje uformowanie się związku żelazo-cyjanowodorowego i tlenku żelazawego. Uwidocznił się on w postaci niebieska­wych plam na ścianach pomieszczenia dezynfekcyjnego. Szczegółowa ana­liza 32 próbek, pobranych z kompleksu Auschwitz-Birkenau, ujawniła za­wartość 1,050 mg cyjanku na l kg oraz 6,170 mg żelaza na l kg w próbce z pomieszczenia służącego do dezynfekcji. Większa ilość żelaza została znaleziona wewnątrz rzekomych komór gazowych, ale jednocześnie nie wykryto żadnych śladów cyjanku. Byłoby to niemożliwe, gdyby pomieszcze­nia te miały kontakt z cyjanowodorem. Tymczasem komory gazowe mu­siałyby być wystawione na działanie cyjanowodoru przez czas o wiele dłuż­szy, niż pomieszczenie do dezynfekcji. Dlatego też wyniki analizy labora­toryjnej dowodzą, że pomieszczenia prezentowane jako „komory gazo­we" nie były nigdy używane, jako miejsca egzekucji za pomocą gazu.

4. Konstrukcja

Konstrukcja owych budowli dowodzi, że nigdy nie były one używa­ne, jako komory gazowe. Żadne z tych pomieszczeń nie było hermetyczne, ani wyposażone w odpowiednie uszczelnienia. Nie zostały wykona­ne żadne zabezpieczenia przed kondensacją gazu w ścianach, podłodze i suficie. Nie istnieją żadne urządzenia służące do usuwania z pomie­szczenia mieszanki powietrza i gazu. Nie było żadnych urządzeń służą­cych do wpuszczania gazu i rozprowadzania go po całym pomieszcze­niu. Nie ma żadnych systemów bezpieczeństwa dla zapobiegania eks­plozji. Nie zostały wykonane żadne zabezpieczenia przed przenikaniem gazu do krematorium - pomimo, iż cyjanowodór jest w wysokim stop­niu wybuchowy. Nie ma żadnego systemu zabezpieczeń dla ochrony per­sonelu obsługującego komorę przed wystawieniem na działanie gazu, jak również dla ochrony innych osób, mogących ewentualnie znajdować się w pobliżu komory. W jednym szczególnym przypadku - w Auschwitz - dren do odprowadzania wody deszczowej w podłodze rzekomej komo­ry gazowej połączony jest z systemem podobnych drenów w całym obo­zie.

Na Majdanku gaz mógłby z łatwością przenikać do podziemnego ko­rytarza, biegnącego wokół rzekomej komory gazowej. Korytarz ten był­by zatem śmiertelną pułapką dla personelu obsługującego komorę.

Nigdzie, w żadnej z rzekomych komór gazowych, nie istnieją drogi ewakuacji. Cyjanowodór jest gazem szczególnie niebezpiecznym, wybu­chowym i trującym, ale w żadnej z części „komory" nie ma urządzeń zabezpieczających... Komory są poza tym zbyt małe, aby pomieścić cho­ciażby część tej liczby osób, jaka - zgodnie z relacjami „naocznych świadków" - miała się w nich mieścić. Mówiąc w sposób jasny i prosty: pomieszczenia, przedstawiane jako „komory gazowe", nic mogły pra­cować, jako urządzenia do egzekucji za pomocą gazu także z przyczyn konstrukcyjnych.

5. Wnioski

Po szczegółowym zbadaniu rzekomych komór gazowych i kremato­riów w obozach na terenie Polski, jedyny wniosek, jaki może wysnuć osoba odpowiedzialna i rozsądna jest taki, że twierdzenie, jakoby która­kolwiek z tych budowli była używana jako komora gazowa do masowych egzekucji, jest absurdalna.


Z  WIZYTĄ W AUSCHWITZ

Jest bezdyskusyjnym faktem historycznym, że podczas II wojny świa­towej Niemcy prowadzili sieć więzień i obozów pracy tak w Niemczech, jak i na terytoriach, które kontrolowali. Do tych obozów wysyłano Ży­dów, jeńców wojennych, bojowników ruchu oporu, Cyganów i innych lu­dzi, uważanych za wrogów III Rzeszy.

Największym z tych obozów był obóz nazywany Auschwitz, znajdu­jący się w Polsce. Internowani w Auschwitz - mężczyźni, kobiety i dzie­ci - pochodzili z całej Europy. Zdolnych do pracy wykorzystywano jako siłę roboczą dla potrzeb niemieckiego przemysłu wojennego. Auschwitz został wyzwolony przez Armię sowiecką w styczniu 1945 roku. I tu kończy się concensus.

Od zakończenia II wojny światowej powtarzano nam ciągle, że wie­le z tych obozów służyło ciemnym celom: ludobójstwu 6 milionów Ży­dów i egzekucji 5 milionów nie-Żydów za pomocą komór gazowych, w sposób, który jest dziś powszechnie znany jako „holocaust". Najwięk­sza ilość ludzi, mówi się, została zamordowana w Auschwitz.

Lecz są tacy, którzy utrzymują, iż twierdzenia o masowym morder­stwie nigdy nie zostały udowodnione. Ludzie ci wskazują na brak doku­mentacji innej, niż wysoce kwestionowane, a częściowo już zdyskredytowane dowody dostarczone przez Związek Sowiecki na Proces Norym­berski i niewiarygodny charakter zeznań naocznych świadków, z których wiele również zostało zdyskredytowanych.

(Na przykład wielu byłych mieszkańców obozu, jak również amery­kańskich żołnierzy ciągle mówi o „gazowaniu" w obozie w Dachau w Niemczech, mimo że nie utrzymuje się już, iż komory gazowe były kie­dykolwiek użyte w tym obozie)

Nadal jednak Holocaust jest wydarzeniem, które znacząco wzrosło na znaczeniu od końca wojny, nauczanym jako fakt, zwykle akceptowa­ny bez pytania. Ale skąd wiemy, że naprawdę miał on miejsce? Jakie „dowody" oferuje się tym, którzy nie są skłonni brać tej historii na sa­mą wiarę? Ta kaseta video tyczy między innymi jednego z dowodów, ka­wałka bardzo dużej układanki - rzekomej komory gazowej w Głównym Obozie Auschwitz. Taśma ta jest pierwszą w serii prezentujących moją podróż do Europy we wrześniu 1992 roku w celu przeprowadzenia do­chodzenia na własną rękę w miejscach „ostatecznego rozwiązania ".

W żadnym wypadku nie ma to być ostatnie słowo w tej kontrowersji, wręcz przeciwnie. Mam nadzieję, że taśma ta może rozpocząć otwartą debatę, która jest już dawno spóźniona: „co jest faktem, a co jest po prostu propagandą wojenną w odniesieniu do zdarzenia, które zna­my jako Holocaust".

Wizyta w Auschwitz

Oto jest główny obóz w Auschwitz, inaczej Stammlager. To, co zna­ne jest jako Auschwitz, składa się z trzech części. Istnieje Auschwitz I, obóz główny, który istniał na długo przed

II w. św., jako baraki wojskowe i został nieco zmodyfikowany przez Niemców, kiedy go przejęli. Następnym jest Auschwitz II, znany również jako Auschwitz-Birkenau, zbudowany podczas wojny, jako przedłużenie obozu głównego. I istnieje Auschwitz III, lub Auschwitz-Monowitz, duży obóz przemy­słowy, gdzie do pracy zmuszanych było wielu mieszkańców.

Oto Auschwitz I, główny obóz, będący centrum turystyki w Au­schwitz. To tutaj, co godzinę, oprowadzane są wycieczki w grupach anglo-, polsko-, niemiecko- i francusko-języcznych. Według miejscowych danych, ponad pół miliona ludzi odwiedza obóz każdego roku; miejsce to stało się kuriozalnym sanktuarium, mieszaniną beznadziejnego ko­mercjalizmu i religijnego szacunku z hotelem, restauracją, sklepem z pa­miątkami i budką sprzedającą wszystkie rodzaje wyposażenia video -jak baterie i taśmy we wszystkich systemach, tak, że nikt nie potrzebu­je się martwić, iż straci zdjęcie Ostatecznego Rozwiązania.

Jest to sanktuarium, które łączy katolickie wyrażenie tożsamości z ży­dowskimi lamentami, co tradycyjnie powodowało pewne tarcia. Grupy ży­dowskie zarzucały, że Polacy umniejszają rolę cierpień żydowskich - cho­ciaż niewielu otwarcie stwierdziłoby to, że na Zachodzi Żydzi usiłują zmo­nopolizować Auschwitz, jako doświadczenie wyłącznie żydowskie. Dochodzimy tu do ważnego punktu w naszej analizie holocaustu. Jest to wydarzenie interpretowane różnie w różnych zakątkach świata.

Sowieci zawsze podkreślali cierpienia Rosjan, Polaków, Ukraińców i innych nacji. Propagandowe filmy sowieckie po II wojnie światowej rzad­ko wspominały o Żydach. Dla Polaków Auschwitz nadano katolickie obli­cze, ze wszystkimi zwykłymi elementami - akcentowane są cierpienia polskich księży i innych męczenników, a usiłowanie eksterminacji Pola­ków jest tematem wiodącym. Ale na Zachodzie otrzymujemy jedną interpretację, ukierunkowaną na Żydów, powiązaną ze śmiercią nie-Żydów jedynie po to, by zaangażować nie-Żydów w sprawy Holocaustu.

Lecz mówi się nam, że chociaż nie-Żydzi cierpieli również, to Żydzi i tylko Żydzi są tymi, których przeznaczono do eksterminacji. Postawa ta wywołuje często warte omówienia dyskusje, takie jak wokół konwen­tu karmelitanek, które uzyskały rezydencję tu, w Auschwitz, wbrew ży­czeniom wielu żydowskich środowisk. W czasie wizyt w Auschwitz pro­testowano, gdyż muzeum nie jest dość żydowskie.

W samym obozie więcej jest do obejrzenia, od zwykłej wiktymizacji. Układ głównego obozu jest całkiem prosty. Kwadrat haczykowatego pło­tu z drutu otacza niekończące się szeregi baraków dla mieszkańców, du­żą halę i kilka niespodzianek, o których powiemy potem.

Poza odrutowanym obozem znajduje się siedziba SS - te dwa budyn­ki - i szpital dla SS oraz restauracja. Po drugiej stronie znajduje się bu­dynek, znany jako Krematorium l, niesławna komora gazowa i krema­torium. W muzeum przekształcona została większość baraków mie­szkalnych, które są głównym punktem zwiedzania. Pozostałe baraki przeznaczone są na archiwa lub biura pracowników muzeum. Jeden barak, blok 11, został zachowany w swym oryginalnym stanie. Było to wię­zienie obozowe i określa się je teraz, naturalnie, jako „Blok Śmierci".

To, co wnosi dodatkowy interesujący punkt to to, co jest pokazywa­ne podczas wycieczki, a co nie jest. Podczas wycieczki pokazuje się „Blok Śmierci", tak zwaną „Ścianę Śmierci" - naturalnie obok drzwi „Bloku Śmierci" - i wystawę po wystawie, specjalnie zaprojektowane tak, by potwierdzić ohydne historie i by przedstawić Auschwitz, jako maszynę śmierci, miejsce, gdzie internowanie oznaczało eksterminację.

Ale czego się nie pokazuje? Zacznijmy od budynku, który przeko­nywująco mógłby być nazwany „Blokiem Życia" - masywny kompleks przeznaczony do dezynfekcji, gdzie Cyklon B używany był codziennie, by zwalczyć wszy i zarazę, którą roznoszą. To były prawdziwe komory gazowe, z tym, że ich ofiarami były ubrania i materace, a celem zacho­wanie zdrowia mieszkańców. Eksperci od holocaustu nie zaprzeczają celowi tego budynku, ale nie lubią o tym wspominać. Pomimo wszystko, po co komplikować sprawy...

Zapomnianym jest także teatr obozowy, aktualny dom wspomniane­go wcześniej konwentu. Ostatnie zdjęcia zrobione wewnątrz tego budyn­ku pokazują pianina, kostiumy i scenę, gdzie mieszkańcy wystawiali in­scenizacje. Dziś jednak zakonnice nie pozwalają na robienie zdjęć w środku. I wreszcie mamy w Auschwitz basen. Tak, to prawda - basen, uloko­wany wewnątrz zespołu więziennego. Piękny basen ze skoczniami i blo­kami startowymi. Trzeba przyznać, że władze obozu w Auschwitz nie próbowały usunąć tej rozrywki. Lecz jeśli pragniesz zobaczyć basen, potrzebujesz już wiedzieć, że on istnieje, gdyż nie znajdziesz go podczas zwiedzania z wycieczką.

A więc to, co w zasadzie mamy, to oficjalna wycieczka, która składa się z turystów, którzy już wierzą w historię o holocauście i są z nią w ja­kiś sposób prawdopodobnie emocjonalnie związani - daje im się selek­tywnie wyreżyserowaną wycieczkę, wypełnioną jedna po drugiej prze­rażającymi historiami i kończącą się finałowym przystankiem: komorą gazową. Do tego miejsca uczestnicy wycieczki są emocjonalnie nastro­jeni, by uwierzyć w cokolwiek, a komora gazowa jest jak główna atrak­cja po dwóch godzinach rozgrzewki, wprowadzającej tłum w nastrój. Dosłownie: komora gazowa jest obiektywnym dowodem, że wszystko, co słyszeli podczas oprowadzania jest prawdą, obiektywnym dowodem holocaustu. Ale - czyżby? Zobaczymy za minutę.

Pojechałem do Auschwitz we wrześniu 1992 roku, by samemu zoba­czyć miejsce, o którym uczyłem się tak długo. Opłaciłem dodatkowego przewodnika ze znajomością angielskiego - młodą damę o imieniu Alicja, która oprowadzał wycieczki polsko-, niemiecko- i anglo-języczne. l ubra­łem moją jarmułkę - po to, by nikt nie zapomniał tego, że jestem Żydem. Stwierdziłem, że mogę zadawać pytania w sposób, który nie upodobni mnie do rewizjonisty. Rozumiecie, w przeszłości rewizjoniści nie mieli wie­lu sukcesów w uzyskiwaniu odpowiedzi od urzędników w Auschwitz. Lecz ja będę udawał poprawnego Żyda, pragnącego poznać prawdziwe fakty i odpowiedzieć tym, którzy twierdzą, że Holocaust nigdy się nie wydarzył.

(Dla jasności: nie tylko jestem rewizjonistą, jestem również ateistą. Lecz moi rodzice są oboje Żydami - a jeśli jesteś Żydem z urodzenia, jesteś Żydem)

Alicja, tak jak i inni przewodnicy, by zostać oprowadzającą musiała uczestniczyć w kursie i go zaliczyć. Jest to ważne, gdyż mam nadzieję wykazać, iż ludzie, którzy prowadzą Auschwitz - jak dr Franciszek Piper i przełożony przewodników, których wkrótce spotkacie - uczą prze­wodników, by mówili rzeczy, o których wiedzą, że nie są prawdziwe. Lecz nic powinno to stawiać Alicji w złym świetle. Powtarza ona to, co jej powiedziano; jestem pewien, iż nigdy przedtem nie postawiono jej przed takim turystą, jak ja. Mam ponad 4 godziny na zrobienie zdjęć z mojej wycieczki i zada­wanie przykrych pytań, jednego za drugim. Zdjęcia te złożą się na od­dzielną taśmę. Tym razem zamierzamy zainteresować się komorą ga­zową i moim wywiadem z dr Franciszkiem Piperem, Starszym Kusto­szem i Dyrektorem Archiwów w Muzeum w Auschwitz. Przyjechałem do Auschwitz, jako utwierdzony sceptyk. Wiem, że dla niektórych krytyczne egzaminowanie holocaustu jest najwyższym świę­tokradztwem. Ale musicie zdać sobie sprawę, iż nie ma dla mnie świę­tych krów i że zrozumienie tego, co się naprawdę wydarzyło jest dla mnie ważne - i proszę, byście to uszanowali.

Wiem, z lat mych własnych badań, badań innych, że jest niewiele dowodów holocaustu. Dosłownie: wszystko to, to zeznania ,,naocznych świadków" i powojenne wypowiedzi. Nie istnieje żadne zdjęcie, plan, czy dokument z czasów wojny dotyczący zabójczych komór gazowych, czy plan eksterminacji Żydów. I nie możemy tłumaczyć, że naziści zni­szczyli wszelkie dowody, albowiem po tym, jak złamaliśmy niemiecki szyfr, byliśmy w stanie podsłuchiwać ich tajną korespondencję, włączyw­szy tę, która pochodziła z Auschwitz. Klucz do zrozumienia opowieści o holocauście, to zrozumienie prawdziwej natury rzeczy, które podano jako dowody. O wszystkim, co jest użyte jako dowód holocaustu można także powiedzieć, że ma całkowicie normalne wytłumaczenie.

Na przykład: te okazy - mówi się - są materialnym dowodem ekster­minacji. Są to stosy ludzkich włosów. Lecz cóż to udowadnia? Jest wia­domym, że każdy mieszkaniec miał goloną głowę z powodu problemu z wszami. Temu się nie zaprzecza, a więc dlaczego nie miałoby być sto­sów ludzkich włosów? A co ze stosami butów i ubrań? Czy jest to dowód? Jest faktem, iż więźniom, kiedy przyjeżdżali, wydawano uniformy - włączywszy w to buty. To nie dowodzi, że ktokolwiek został zabity.

W mającej obalić twierdzenia rewizjonistów książce „Auschwitz: Technique Operation of the Gas Chambers", opublikowanej przez B. Klarsfeld Foundation, Jean-Cloud Pressac przyznaje, iż ponad 95% Cy­klonu B, stosowanego przez Niemców było używane do dezynfekcji. Tyl­ko 5% przypisuje celom zabójczym. A twierdzenie to pochodzi od wspie­rającego tezę o holocauście! A więc jakie oferuje się nam dowody? No cóż, jest to zwykły obraz chorych mieszkańców, który potwierdza tezę, że ludzie w obozie cho­rowali. Jeszcze raz podkreślam, iż nikt nie zaprzecza epidemii tyfusu, która spowodowała liczne zgony.

Następnie mamy dzieło sztuki i portrety dzieci. Nie najlepiej, więc dla kogoś szukającego obiektywnych dowodów holocaustu. A niektóre do­wody, które prezentują, w rzeczywistości pracują przeciw tej koncepcji. Dla przykładu: posiadają jedną z kilku fotografii Auschwitz, zrobio­nych z powietrza przez aliantów podczas wojny. Nie wspominają jednak, że fotografie te nie ukazują gazowanych ludzi, czy palonych ciał, mimo, iż zostały one zrobione w czasie, gdy -jak się mówi - zabójstwa były dokonywane prawie non-stop.

Nie będę nawet wspominał o specjalnym pieniądzu, jaki Niemcy wydrukowali dla mieszkańców Auschwitz, czy faktu, że chociaż mówiło się, iż dzieci żydowskie były natychmiast zabijane, tak Anna Frank, jak i jej siostra były wysłane do Auschwitz i przeżyły, potem przewie­ziono je do obozu w Bergen-Helsen, gdzie - jak się uważa - zmarły na tyfus. Ale całe to spieranie się byłoby bezcelowym, jeśli moglibyśmy ujrzeć prawdziwą komorę gazową na własne oczy. To, rzecz jasna, najskutecz­niej zakończyłoby spór. To prowadzi nas do budynku, na, przeciw którego stoję: komory ga­zowej i krematorium. Zdjęcia tego budynku publikowano w książce po książce na temat holocaustu. Pomimo wszystko, jeśli to wszystko się wy­darzyło, jaki dowód jest lepszy? Rewizjoniści nie negują, że był to praw­dziwy budynek z czasów wojny. Twierdzimy, że naprawdę było tu kre­matorium i kostnica, która była także używana, jako schron dla SS-manów ze szpitala i restauracji na przeciwko.

Miejscowi mówią, że była to rzeczywiście kostnica i krematorium, z fragmentem krematorium, które widzicie tu po prawej stronie, była później używana jako komora gazowa. Mówią oni także, iż była ona uży­wana jako schron przeciwlotniczy.

I przyznali oni, w przeszłości, że duży ceglany komin z boku budynku jest rekonstrukcją, co nie jest dużym zaskoczeniem dla kogokolwiek, gdyż wyraźnie nie jest on przyłączony w jakikolwiek sposób do budynku.

Wejdźmy teraz do środka. Oczywiste znaki na ścianach i podłogach, gdzie najwidoczniej ściany zostały usunięte. Równie oczywiste otwory na podłodze, gdzie znajdowały się urządzenia kąpielowe.

(Utrzymujemy, że - w przeciwieństwie do dużej komory, którą wdzie­liśmy - ten pokój był kiedyś pięcioma pokojami, włączywszy w to łaźnię. Winienem dodać, że nie ma błękitnych zabarwień po Cyklonie B na ścia­nach, jakie byłyby i nadal są w komorach dezynfekcyjnych)

Kruche drewniane drzwi z dużą szybą okienną. Wejście prowadzą­ce do pieców krematoryjnych bez drzwi i bez instalacji dla drzwi. Winie­nem także wspomnieć duży właz na samym środku komory gazowej. Po­mimo tego, budynek nie zawiera tego, co zadawałoby się dowodem sto­sowania do celów kryminalnych - cztery otwory w suficie, które prowa­dzą na dach, gdzie znajdują się cztery małe kominy. Mówi się, że przez te cztery otwory wrzucano kryształy Cyklonu B. I rzeczywiście, wyda­je się, że nie ma dla nich innego wyjaśnienia.

Czy te otwory udowadniają ludobójcze gazowania? Rewizjoniści twierdzili w przeszłości, iż te cztery otwory zostały dodane po wyzwo­leniu obozu, a te wewnętrzne ściany zostały usunięte i że urządzenia kąpielowe usunięto, by pokój wyglądał jak komora gazowa,

Kiedy Alicja i ja dochodziliśmy do budynku, minęliśmy szubienice, gdzie komendant Rudolf Hoess został powieszony przez Sowietów w 1947 r.; egzekucji dokonano dokładnie na przeciw dowodu jego zbro­dni.

Tutaj, na przeciw komory gazowej, zapytałem Alicję o autentyczność tego budynku.

Cole: Zacznijmy teraz ponownie rozmawiać o tym budynku.

Alicja: Jest to kreamtorium/komora gazowa.

Cole: Ale to jest rekonstrukcja?

Alicja: Jest ona w swym oryginalnym stanie.

A więc Alicja bardzo wyraźnie przedstawiła komorę gazową, jako będącą w swym oryginalnym kształcie. Kiedy znaleźliśmy się w środ­ku zapytałem już dokładnie o cztery otwory w suficie.

Cole: Czy te cztery otwory w suficie są oryginalne?

Alicja: Są oryginalne. Przez len komin wsypywano Cyklon B.

Spytałem potem Alicję, czy jakieś ściany zostały usunięte z pokoju, przedstawionego jako komora gazowa.

Cole: A więc ta część była w całości komorą gazową?

Alicja: Tak.

Cole: A gdzie znajdowały się ściany, które były tu kiedyś?

Alicja: Był to tylko jeden pokój. Kiedy pokazuję tu obraz komory ga­zowej, był to tylko jeden pokój.

Cole: A więc czy były tu kiedykolwiek ściany?

Alicja: Nie.

Zatrzymajmy się, by uchwycić komorę gazową wg. słów naszej prze­wodniczki. Stwierdziła ona, iż pokój jest w swym „oryginalnym stanie", że otwory w suficie są oryginalne i że żadne ściany nie zostały usunięte.

Wersja przełożonego

Nieusatysfakcjonowany jej odpowiedziami kontynuowałem dręcze­nie biednej Alicji pytaniami o prawdziwą historię tego pokoju. Czując się trochę poirytowana faktem, iż nic, co mogłaby powiedzieć nie za­mknęłoby mi ust, Alicja poszła po kobietę, którą przedstawiła mi jako Kierownika Przewodników Muzeum w Auschwitz. Kiedy zobaczyłem tę kobietę jak idzie stwierdziłem, że albo uzyskam jasną odpowiedź -albo wyrzucą mnie z obozu.

Kierowniczka: Oto, co mogę zasugerować. Będzie lepiej udać się do naszego naukowca w Muzeum. Pokażą panu dużo planów, które cią­gle znajdują się w archiwach.

Cole: Gdzie to będzie?

Kierowniczka: Nie sądzę, iż jest dziś otwarte, lecz chyba w ponie­działek będzie to możliwe.

Cole: Czy jest to tu, w Oświęcimiu?

Kierowniczka: Tak, w bloku 23 lub 24... Nie jestem tego pewna.

Cole: Czy będzie możliwe, bym umówił się, by zobaczyć go może w poniedziałek?

Kierowniczka: To prawda.

A więc zasugerowano, bym spotkał się z Dyrektorem Archiwów i Starszym Kustoszem dr Franciszkiem Piperem. Ciągle obawiając się, że takie spotkanie może nie mieć miejsca i przypuszczając, iż kierow­niczka była prawdopodobnie zakłopotana względem rekonstrukcji, zde­cydowałem się spytać ją o rzekomo oryginalne dziury w suficie.

Cole: Czy są to oryginale dziury w suficie?

Kierowniczka: Nie.

Cole: Zostało to przebudowane?

Kierowniczka: Tak.

Cole: O.K. Po wojnie?

Kierowniczka: Po wojnie.

A więc, jeśli śledzicie wynik: jeden głos za oryginałem, jeden głos za nie-oryginałem. Zgaduję, że rozstrzygnie to dr Piper.


Wywiad z Piperem

A teraz, zanim przejdziemy dalej, konieczna jest mała dygresja o szczerym rewizjoniście holocaustu. Dr Franciszek Piper jest jednym z ekspertów holocaustu, bezpośrednio odpowiedzialnym za obniżenie naliczania liczby ofiar zgonów w Auschwitz - razem z innymi naukowcami, jak izraelski ekspert holocaustu dr Yehuda Bauer, około roku 1989 zdecydował przyznać publicznie, że w Auschwitz zmarło mniej ludzi, niż to podawano poprzednio.

W swej książce „Auschwitz - How Many Perished? dr Piper kon­kluduje, że dostarczona przez Sowietów liczba 4 mln jest błędna i że prawdziwa liczba bliższa jest 1.1 mln. Czyż nie jest małym rewizjonizmem przyznanie, iż Sowieci przesadzili z liczbą prawie czterokrotnie?

Możemy także zobaczyć, jak oszukańcza liczba stała się przez pra­wie 50 lat częścią rzekomo opartej na faktach historii holocaustu.

Aż do 1988 r., w oficjalnym przewodniku po Muzeum w Auschwitz znaleźć można było na stronie 19 oficjalną informację o liczbie 4 milio­nów Radziecka Nadzwyczajna Komisja Państwowa do Badania Zbro­dni Nazistowskich stwierdziła, że „nie mniej niż 4 miliony ludzi zginęły w Auschwitz". Według Międzynarodowego Trybunału Wojskowe­go w Norymberdze „ponad 4 mln osób zginęło w Auschwitz". Dane te „oparte są na dowodach setek notowanych więźniów i na opi­nii ekspertów".

Pokazuje to, iż nie tylko oszustwem był dowód sowiecki, przyjmowa­ny w Norymberdze jako fakt, lecz także i to, że notowani więźniowie i eksperci mogą się mylić.

A jeśli o to chodzi, wielu rewizjonistów holocaustu wierzy, iż rze­czywista suma zmarłych w Auschwitz jest nawet mniejsza, niż 1,1 mln. Ale ciągle nie ma możliwości, by najbardziej ekstremalni rewizjoniści holocaustu w świecie mieli możność skorygować dane bardziej, niż już to zrobili „eksperci" od holocaustu.

Co przenosi nas do dra Franciszka Pipera, z którym przeprowadzi­łem wywiad w jego biurze w Muzeum w Auschwitz. Na początku był nie­co przestraszony, ze względu na bycie filmowanym. Lecz wytłumaczy­łem mu, że skoro mam już na taśmie przewodniczkę przekazującą mi coś, co uznałem za niedokładną informację, winienem mieć taśmę, która wyprostuje dane.

Ponieważ się zgodził, natychmiast zapytałem go o dokonane zmia­ny w komorze gazowej.

Piper: Pierwsza i najstarsza komora gazowa, która jest w Auschwitz I, w tym obozie gdzie jesteśmy tu teraz, funkcjonowała od jesieni 1941 do grudnia 1942, przez około l rok. Krematorium obok (ej komory gazowej funkcjonowało dłużej, do połowy 1943 r. W lipcu 1943 kre­matorium przestało pracować.

Komory gazowe zostały zaadoptowane, jako schrony [przeciwlotni­cze]. W tym czasie zbudowano dodatkowe ściany wewnątrz poprze­dnich komór gazowych. Zrobiono dodatkowe ściany wewnątrz po­przednich komór gazowych. Zrobiono dodatkowe wejście od strony wschodniej komory gazowej i otwory w suficie [przez które] gaz Cy­klon B wpuszczany był [do] środka zostały w tym czasie zlikwido­wane. A więc po wyzwoleniu obozu była komora gazowa przedsta­wiała wygląd schronu [przeciwlotniczego]. Ażeby uzyskać wcześniej­szy wygląd... wcześniejszy obraz... tego obiektu, wewnętrzne ściany, zbudowane w 1944, zostały usunięte, a otwory w suficie zostały zro­bione na nowo. Teraz, więc ta komora gazowa jest bardzo podobna do tej, która istniała w latach 1941-1942, lecz nie wszystkie szcze­góły zostały odtworzone, więc nie ma na przykład gazoszczelnych drzwi dodatkowe wejście od strony wschodniej zostały [pozosta­ją] tak, jak je zbudowano w 1944. Zmiany te zostały zrobione po woj­nie, ażeby uzyskać poprzedni wygląd tego obiektu. Cole: Czy otwory w suficie umieszczono w tych samych miejscach? Piper: Tak. w tym samym miejscu, gdyż ślady były widoczne. Sądzę, że w tym miejscu powinniśmy powtórzyć to, co dr Piper nam powiedział. Według niego pomieszczenie było komorą gazową, lecz później zostało przemienione w schron przeciwlotniczy i w tym czasie dobudowa­no ściany przedzielające, usunięto otwory w suficie i dodano nowe drzwi. Po wyzwoleniu obozu ściany przedzielające zostały usunięte zrobiono dziury w suficie. Nowe drzwi nie zostały jednak usunięte.

Sądzę, ze w tym miejscu zaznaczyć trzeba trzy główne punkty. Pierw­szym z nich jest to, że patrzymy na czyste oszustwo. Tak jak pokaza­łem, komora gazowa jest przeznaczona dla turystów, prezentowana, jak­by była w swym oryginalnym stanie, chociaż nawet urzędnicy muzeum znają prawdę.

Dr Piper wydaje się być bardzo nonszalancki, jeśli chodzi o fakt, że zmiany zostały dokonane po wojnie. Lecz jeśli nie jest to taka wielka rzecz, to, po co ukrywa się to przed turystami? Ale to nie wszystko. W ma­ju 1992 roku historyk brytyjski, David Irving, został ukarany grzywną przez niemiecki sąd za głoszenie na spotkaniu w Monachium dokładnie, co właśnie słyszeliście od dra Pipera. De facto Piper został na­wet wezwany na świadka obrony. Lecz sędzia nie pozwolił mu zezna­wać, mimo, iż mogło to oczyścić Irvinga. Powiem jeszcze raz: jeśli nie jest to taka wielka sprawa, to po co karać kogoś za mówienie tego. Cho­dzi o to, że „komora gazowa" w obecnym stanie nie jest już dłużej waż­na, jako dowód.

Nie jest to dowód ludobójczego gazowania, skoro nie może być pokazane, że w pewnym czasie, podczas wojny, gdy Niemcy kierowali obo­zem, budynek len miał cztery dziury w suficie i żadnych ścian przedzie­lających.

Przywodzi nas to do kulminacyjnego punktu rekonstrukcji. Z infor­macjami, które teraz mamy, możemy powiedzieć, iż są dwa różne poglą­dy na temat rekonstrukcji komory gazowej. Pierwszy, oficjalny pogląd uważa, że Sowieci stworzyli „komorę gazową" w schronie przeciwlotniczym, który był komorą gazową. Pogląd rewizjonistyczny twierdzi, iż Sowieci stworzyli ,,komorę gazową" w schronie przeciwlotniczym, który był schronem przeciwlotniczym. A więc jak mamy wiedzieć, który pogląd jest prawdziwy?

No cóż, oczywiście ciężar dowodu spoczywa na tych, którzy twier­dzą, iż w pewnym okresie Istniała w tym budynku komora gazowa. Czy posiadają oni w ogóle jakiś dowód, by poprzeć to twierdzenie? W okre­sie mojej kadencji, jako rewizjonisty holocaustu, jestem pewien, że jeśli by istniały jakieś dowody, to widziałbym je... Mogę jeszcze dodać, że te kwestionowane cztery dziury w dachu budynku nie zostały odnalezio­ne na żadnej z fotografii lotniczych, które widziałem.

Inne pytania o „komorę gazową"

By w tej materii dotrzeć do prawdy, stosowne są inne pytania, które mogą być zadane. Jeśli była w tym budynku w pewnym okresie czasu dzia­łająca komora gazowa, dlaczego jej działanie zatrzymano - zwłaszcza, jeśli naziści kierowali Auschwitz, jako centrum eksterminacyjnym?

Dr Piper ma na to również odpowiedź. W eseju opublikowanym w pol­skiej książce ,,Auschwitz", Piper napisał, że eksterminacje zostały prze­niesione do nowych komór gazowych w kompleksie Auschwitz-Birkenau, ponieważ stało się zbyt trudne utrzymanie w sekrecie przed mieszkańcami obozu faktu istnienia komory gazowej w obozie głównym w Auschwitz. To widocznie stało się częścią oficjalnej nauki o Auschwitz. ponie­waż jest to coś co Alicja powtórzyła mi w trakcie oprowadzania.

Alicja: Pomimo tego, krematorium było obok bloku, gdzie żyli wię­źniowie;. To prawda, eksterminacją przeniesiono do Birkenau. Oto, dlaczego cztery krematoria z komorami gazowymi zostały zbudowa­ne w Birkenau.

Teraz bądźmy precyzyjni w tej kwestii. Mówią oni. iż eksterminacje zostały przeniesione do Birkenau, ponieważ komora gazowa w głów­nym obozie była zbyt blisko mieszkańców i dlatego mogli widzieć, co się dzieje. Lecz. czy jest to choć trochę dokładne?

Zobaczmy znowu naszą mapę głównego obozu. Tutaj jest komora ga­zowa, dokładnie tu i tu są rzędy baraków więźniów. Jak możecie zoba­czyć, komora gazowa jest daleko poza zespołem więziennym. Jest ukry­ta przez trzy budynki SS, które skutecznie skrywają ją przed wzrokiem mieszkańców. Dodatkowo mówi się nam, że nowo przybyli, którzy mieli być zagazowani, byli zabierani tędy, unikając w ten sposób jakiegokol­wiek kontaktu z innymi mieszkańcami. Była to komora gazowa, która mo­głaby funkcjonować w całkowitej izolacji od czyjejkolwiek uwagi.

Teraz, jest to Auschwitz-Birkenau na zrobionej przez aliantów foto­grafii lotniczej z września 1944 r. Są tu dwa krematoria i „komory gazowe" z krematoriami ponad ziemią i pomieszczenia pod ziemią w kształcie litery „L", które były albo komorami gazowymi, albo kostni­cami. A tu macie rzędy rzędów baraków mieszkalnych.

A teraz rzecz, która staje się natychmiast jasna - nic ma nic oprócz metalowego płotu, który oddziela baraki mieszkalne od komór gazo­wych. A to, tutaj, było boiskiem sportowym Auschwitz (Birkenau), za­raz obok „komór gazowych ". I jeszcze jedna rzecz do zauważenia - nie tylko możecie zobaczyć „komorę gazową " równoległą do baraków, lecz możecie zobaczyć ją po przekątnej, w poprzek drogi. Nic nie było ukry­te przed mieszkańcami.

Jeszcze jedną interesującą rzeczą był pociąg, który przyjeżdżał, wio­ząc skazanych więźniów. Mielibyście tysiące mieszkańców wymaszerowujących z pociągu do jednej z tych dwóch komór gazowych na oczach całego obozu. Byłby to spektakl, którego nikt w obozie nie mógłby opuścić - widziano by tysiące ludzi wmaszerowujących do tych budynków, z których nikt nie wychodzi.

Takie „komory gazowe" nie byłyby wyizolowane od kogokolwiek i w rzeczywistości, kiedy pod koniec lat 70-tych te zrobione z powie­trza fotografie zostały ujawnione, zaprzeczyły one wielu twierdzeniom nielicznych świadków naocznych o tym, jak naziści próbowali zamasko­wać komory gazowe w Birkenau.

Spędziłem kilka dni tu, w Birkenau, i fotografie, które mam, które są do­stępne na oddzielnej taśmie, dramatycznie pokazują wszystko to, co powiedzia­łem. Szczerze mówiąc nie sądzę, by twierdzenia Pipera wytrzymały krytykę..

Raport Leuchtera przejrzany

Jeszcze jedno pytanie winno być zadane. Czy są jakieś pozostało­ści Cyklonu B w komorze gazowej - wiedząc, że gaz cyjanowodorowy pozostawiłby, de  facto, ślady?

W 1988 r. ekspert od sprzętu egzekucyjnego, Fred Leuchter, przepro­wadził sądowe badania w komorach gazowych w Auschwitz, by odpo­wiedzieć na to pytanie. Pobrał on próbki z 4 komór gazowych w Birke­nau i próbkę kontrolną z jednej z komór dezynfekcyjnych, o której wie­my, że stosowała Cyklon B. Próbki pobrane w „komorze gazowej" nie pokazują żadnych dostrzegalnych śladów, gdy próbka pobrana w komo­rze dezynfekcyjnej dosłownie przekroczyła skalę. Najważniejsze jest to, że w roku 1990 Instytut Badań Sądowych w Krakowie zdecydował się przeprowadzić swe własne testy sądowe, by zobaczyć, czy mógłby obalić odkrycia Freda Leuchtera. Zrobili to z pomocą dr Pipera. Ich własne testy dały te same rezultaty, dlatego od­tąd pytanie nie powinno brzmieć: „Czy są  jakieś dostrzegalne ślady pozostałości Cyklonu B w komorach gazowych?", lecz zamiast tego: „Dlaczego nie ma żadnych dostrzegalnych śladów?".

Postawiłem to pytanie dr Piperowi. Zapytałem go, dlaczego jest tak niewiele dostrzegalnych śladów w ludobójczych komorach gazowych w porównaniu do dużej liczby śladów, znalezionych w komorze dezyn­fekcyjnej?

Piper: ...Komora gazowa, Cyklon B, działała bardzo krótko, około 20-30 minut w ciągu 24 godzin, a w pomieszczeniach dezynfekcyjnych działał cały dzień i noc. Taka była procedura stosowania gazu w pomieszczeniach dezynfekcyjnych i komorach gazowych.

Bądźmy dokładni w tym, co mówi dr Piper. Zapytałem go: „Dlacze­go jest taka duża liczba pozostałości w odwszalniach, (ale niska w komorach gazowych ? ".

I odpowiada on, ponieważ komory gazowe były używane tylko „20-30 minut w ciągu 24 godzin", co dawałoby z grubsza l gazowanie dziennie. Nie tylko przeczy to zeznaniom naocz­nych świadków, którzy mówią o powtarzanych ludobójczych gazowaniach ciągnących się dzień i noc; dr Piper zdołał także zaprzeczyć sa­memu sobie, gdyż potem - w wywiadzie - zapytałem go, ile grup dzien­nie było gazowanych i on również mówi o powtarzanych gazowaniach.

Cole: Ile każdego dnia grup ludzi było? Czy wie Pan?

Piper: Jest trudnym to powiedzieć, gdyż były okresy, kiedy komory gazowe były używane kilka godzin, dzień po dniu. Takie czynności były powtarzane: gazowanie, palenie, gazowanie, palenie...

Musimy zadać to pytanie: czy mogła mieć miejsce wysoka liczba zgo­nów w obozie, jeśli komory gazowe były używane tylko „20-30 minut w ciągu 24 godzin", jak początkowo twierdził Piper? Richard Bernstein, w artykule opublikowanym w „New York Times", a poświęconym wspomnianej wcześniej książce ,Jean-Claude Pressaca - napisanym, by obalić twierdzenia rewizjonistów- pisze, że wg. Pres­saca „byłoby koniecznym" [sic!], „by pomieszczenia eksterminacyj­ne były opróżniane z ciał i uzupełniane nowymi ofiarami co pół go­dziny, czy coś koło tego, co byłoby konieczne dla tak dużej liczby ofiar".

Innymi słowy, zdaje on sobie sprawę, że dla tak dużej liczby zgonów konieczne byłoby codzienne zwielokrotnione gazowania, przy nadzwy­czaj szybkim tempie. A więc to, co mamy tutaj jest z tym sprzeczne. Kon­cepcja ograniczonego używania komór gazowych mogłaby przekonywu­jąco wytłumaczyć brak pozostałości, lecz ograniczone gazowanie prze­czy naocznym świadkom i czyni wysoką liczbę zagazowań technicznie niemożliwą.

Takie koncepcje ograniczonych gazowań czynią absurdalną ideę nie­mieckiej intencji całkowitego wyniszczenia populacji Żydów. Piper - do­słownie - poprawiając pierwszą część opowieści o holocauście, kończy ją wersją zagrażającą jej prawdziwości.

Na nieszczęście to, co zdaje egzamin w przypadku historii holocau­stu, stało się zespołem wyważonych aktów racjonalizacji. Oto dlacze­go zwolennicy wolą, byś nie zadawał zbyt wielu pytań, jak te, dotyczą­ce Cyklonu B. A co o samym gazie? Pokazano nam wiele kanistrów z Cyklonem B ja­ko dowód Ostatecznego Rozwiązania. Ale oprócz odwszawiania - na co każdy się zgadza – i ludobójczego gazowania - co utrzymują oficjele z Auschwitz - czy gaz ten ma jakieś inne zastosowanie?

Piper: [niezrozumiałe] dezynfekcje budynków, tak, że był taki...

Cole: Czy dezynfekcja budynków była rutyną?

Piper: Od czasu do czasu takie akcje były przeprowadzone, by usu­nąć wszy.

A teraz przyjrzyjmy się temu jeszcze raz. Wiemy, że gaz Cyklon B był stosowany do odwszawiania odzieży, dezynfekcji budynków a jeśli pa­miętacie obliczenia zwolennika istnienia holocaustu, Jean'a Claude'a Pressac'a, ponad 95% było stosowane do dezynfekcji, a tylko 5% czy mniej dla ludobójstwa. Pokazuje to, jak dużo było wysiłku ze stro­ny Niemców, by zachować zdrowe ludzi, którzy mieli być eksterminowani. I sądzę, że w tym punkcie możemy iść dalej. Czy możemy ufać komunistom? Powracamy teraz do naszej pracy wyboru pomiędzy alternatywny­mi poglądami o rekonstrukcji komory gazowej. Czy jest to oszustwo, czy wierna rekonstrukcja?

Jest jedno bardzo ważne pytanie: czy możemy ufać Sowietom, że wier­nie zrekonstruowali komorę gazową? Skoro nie ma dowodów z czasów wojny, że kiedykolwiek istniały cztery otwory w suficie i że kiedykolwiek używano komór gazowych, musimy wierzyć „na słowo" Sowietom, iż po prostu przywrócili cztery otwory tam, gdzie pierwotnie się znajdowały i „zrekonstruowali" - a nie sfabrykowali - komorę gazową.

Jeśli zamierzamy podjąć próbę ustalenia intencji Sowietów, musimy spojrzeć na precedens tyczący prawdomówności Sowietów wobec histo­rii holocaustu.

Czy Sowieci mają doświadczenie w fabrykowaniu dowodów „holocaustu", czy stosowania oszustwa dla poparcia tej koncepcji?

No cóż. jak już wcześniej pokazaliśmy Sowieci całkowicie bezczel­nie zawyżyli liczbę zmarłych w Auschwitz przynajmniej czterokrotnie. Lecz czy był to z ich strony dobrze zamierzony błąd? Mówi się nam w przewodniku po Auschwitz, a także i w innych źródłach, że było bar­dzo (rudnym oszacować liczbę ofiar w Auschwitz, ponieważ naziści zni­szczyli odpowiednie dokumenty

Koncepcje tę powtórzył mi również dr Piper. Cole: Kto, jako pierwszy, wyszedł z liczbą 4 milionów zmarłych w Au­schwitz?

Piper: Było to oszacowane przez sowiecką komisję, badającą nazi­stowskie zbrodnie w Auschwitz, z powodu zaistnienia faktu, że Ma­ziści zniszczyli obozowe dokumenty.

Ale de  facto dokumenty dotyczące liczby zgonów w obozie w Au­schwitz trzymane były przez Sowietów... nie „uwolnione" do roku 1989. Dokumenty te nie zostały zniszczone przez nazistów. Sądzę, że może­my uznać, iż przez wszystkie te lata Sowieci świadomie przedstawiali swe przesadzone dane o zgonach, mimo iż wiedzieli, że mają rejestry w swoim posiadaniu. Możemy także spojrzeć na zdyskredytowane oskarżenia wniesione przez Sowietów w Procesie Norymberskim, popierane przez innych Aliantów Sowieci twierdzili, że w obozie na terenie Polski, w Treblince, do zabijania ludzi służyły ,,komory parowe". Oczywiście, twierdzenie to zostało po cichu zarzucone. Porzucono również twierdzenia o „elektro-komorach" [zabijanie przy użyciu prądu - przyp. wyd.].

Co bardziej interesujące, Sowieci w Norymberdze twierdzili, że to naziści, a nie oni, zamordowali tysiące polskich oficerów w nie­sławnej masakrze w Lesie Katyńskim. Dziś, oczywiście, Sowieci przyznali, że to oni są za to odpowiedzialni - o czym zresztą najprawowitsi historycy od dawna wiedzieli. Lecz w Norymberdze Sowie­ci twierdzili, że naziści przekupili i grozili ludziom, by ci fałszywie obwiniali Sowietów. Zdyskredytowane dziś okropne opowieści o tym, jak to naziści pomniejszali głowy i produkowali abażury z ludzkiej skóry, tak­że przedstawiane były jako fakt. A w najbardziej nieprzekonywu­jącym oskarżeniu twierdzono, że naziści eksterminowali Żydów bombą atomową.
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Mit Holocaustu
« Reply #3 on: (Sat) 19.04.2014, 12:31:58 »
Mydlana opowieść

Przedstawiana była również jako fakt historia, iż naziści produko­wali mydło z ciał Żydów. Przyjrzyjmy się temu trochę bliżej. Sowieci rze­czywiście na Procesie Norymberskim przedłożyli rzekomo żydowskie mydło. Lecz dziś, uczeni, zwolennicy holocaustu, jak Raul Hilberg, Yehuda Bauer i Deborah Lipstadt, zgadzają się, iż te oskarżenia są bez­podstawne.

Bądźmy tu bardziej precyzyjni: Szymon Wiesenthal, być może jedno z najbardziej rozpoznawanych nazwisk na scenie holocaustu, w serii artykułów przeznaczonych dla wydawanej w Austrii żydowskiej gaze­ty o pudełkach żydowskiego mydła napisał: „Na pudełkach znajdowa­ły się inicjały 'R. I. F.' (czysty żydowski tłuszcz). Pudełka te były przeznaczone dla Waffen-SS. Owijający je papier odsłaniał z całkowitą cyniczną obiektywnością, że mydło było produkowane z ży­dowskich ciał. Cywilizowany świat nie może uwierzyć w radość, z jaką naziści i ich kobiety i rząd myśleli o tym mydle. W każdym kawałku mydła dostrzegali Żyda, który w magiczny sposób został wprowadzony, by w ten sposób uniemożliwić mu wyrośnięcie na drugiego Freuda, Ehrlicha czy Einsteina". Jakież (o diabelskie! Po dekadach oglądania w kinie i telewizji dwu­wymiarowych nazistowskich niegodziwców nie jest trudno wyobrazić sobie takie diabelskie zachowanie. Mydlana opowieść została także unieśmiertelniona w bestselerze Williama Shirera „Rise of the Fall of the Third Reich", jak również w nie­zliczonej liczbie innych holocaustycznych artykułów, książek a nawet tekstów w podręcznikach szkolnych. Lecz czy możemy mówić z taką pewnością o tym niewiarygodnym okropieństwie? Dziś ci, których desygnowano jako „ekspertów" holo­caustu są tak stali, jak Wiesenthal i Shirer wobec mydlanej opowieści - oprócz tego, iż nie mówią, że nie jest to prawda.

W 1981 roku, profesor współczesnej historii Żydów i ekspert holocau­stu Deborah Lipstadt napisała w liście do „Los Angeles Times", iż: Jest faktem, że naziści nigdy nie stosowali ciał Żydów, czy w tej mate­rii, kogokolwiek innego, dla produkcji mydła. Pogłoska o mydle by­ła rozpowszechniona tak w czasie, jak i po wojnie. Może ona mieć swój początek w okropnych opowieściach o fabryce trupów, które pojawiły się po I Wojnie Światowej. Plotka o mydle została dokła­dnie zbadana po wojnie i udowodniono, że jest nieprawdziwa". Jest to całkiem jasne!

A Shmuel Krakowski, dyrektor Archiwum Izraelskiego Centrum Ho­locaustu Yad Vashem potwierdził w „Chicago Tribune". w artykule za­tytułowanym „A Holocaust Belief Cleared UP'", iż „historycy doszli do wniosku, że mydło to nie było produkowane z ludzkiego tłuszczu". Mam kilka uzasadnionych pytań. Po pierwsze: czy ktokolwiek po­wiedział Szymonowi Wiesenthalowi, że się myli? Po drugie, jeśli nie by-to żadnego mydła robionego z Żydów, wówczas oznacza to, iż norym­berskie „mydło" i zeznania składane w Norymberdze o „ludzkim my­dle" są błędne. Po trzecie, Deborah Lipstadt mówi o dokładnym bada­niu historii o mydle, a Shmuel Krakowski mówi o historykach, którzy doszli do wniosku, iż historia o mydle jest błędna. Mówiąc o dokładnym zbadaniu i consensusie historyków, Lipstadt i Krakowski są w stanie porzucić historie o mydle, podczas gdy w tym sa­mym czasie potwierdzają swą wiarę w prawdziwość historii holocaustu.

Lecz czy wiara ta jest właściwa? Historia o mydle nie tylko nie zo­stała dokładnie zbadana i obalona po wojnie, lecz nawet dziś nie ma żadnego consensusu pomiędzy historykami i ekspertami wobec histo­rii o mydle. Nawet tak niedawno, w 1991 r., kalumnista Nat Hentoff w „Village Voice" ciągle mówił o tym, jak widział na własne oczy żydowskie my­dło. A dr Piper? No cóż, on nadal popiera zdyskredytowaną historię o mydle.

Piper: Istniały takie próby używania ludzkiego ciała na mydło w in­nych obozach koncentracyjnych, Stutthofie i Gdańsku.

Cole: A więc tam je robiono?

Piper: Były takie próby.

Jak możecie zobaczyć, eksperci holocaustu sami udowadniają, że są hipokrytami, kiedy mówią, iż nie ma potrzeby, by kwestionować histo­rię holocaustu, że została ona udowodniona ponad wszelką wątpliwość. Nie mam tutaj zamiaru sugerować, że historia mydła jest jedyną rze­czą, na temat, której nie są zgodni. Daleko bardziej ważne jest to, iż na­wet gdy prezentują zjednoczony front we wspieraniu koncepcji komór gazowych, wielu z nich zdaje sobie sprawę z tego, że niewiele jest doku­mentów na ten temat.

Dokumentacja komór gazowych

Co wprowadza nas do prawdziwego mitu holocaustu. Mitu. iż istnie­nie i stosowanie„komór gazowych" jest dobrze udokumentowane. Rze­czą, która faktycznie spowodowała moje zainteresowanie tym tematem był na pierwszym miejscu brak dokumentacji dla komór gazowych w standardowej pracy poświęconej holocaustowi i sprzeczności zawar­te w ocenach przedstawionego dowodu.

Kilka razy wspominaliśmy książkę Jean-Claude Pressac'a. Zosta­ła ona opublikowana w 1989 r. przez Klarsfeldów, słynny duet łowców nazistów, i obwieszczona, jako ostateczne obalenie rewizjonizmu ho­locaustu. W tej książce Pressac przedstawia miażdżące potępienie te­go, co uchodziło wśród tradycyjnych historyków za historię holocau­stu. Pressac mówi, że jego książka „ukazuje całkowite bankructwo tradycyjnej historii, historii opartej w większości na zeznaniach zgromadzonych według nastroju chwili, poobcinanych tak, by pasowały do arbitralnej prawdy i pokropionej kilkoma niemiec­kimi dokumentami, o nieznanej wartości i bez żadnego między so­bą powiązania".

Także w roku 1989, żydowski profesor z Princeton i uchodźca z hi­tlerowskiej Europy, Arno Mayer napisał w swojej holocaustycznej książ­ce „Why Did the Heavens Not Darken?", że „źródła dla studiowania komór gazowych są równocześnie rzadkie i niewiarygodne". Mayer napisał także, iż więcej Żydów zginęło w Auschwitz z przyczyn naturalnych, niż od gazowań czy rozstrzeliwań. I jego książka rozgnie­wała innych ekspertów holocaustu, którzy nazwali ją wszystkim epiteta­mi, od „niebezpiecznej i brzydkiej" do „perwersji Holocaustu".

Moim zdaniem, kiedy eksperci mówią nam, że nie ma miejsca na de­batę o komorach gazowych, to ukrywają fakt, że o tym często debatują między sobą. Niechęć do tego, by odpowiedzieć na trudne pytania o ko­morach gazowych, często pochodzi z faktu, iż eksperci w tajemnicy zda­ją sobie sprawę, że komory gazowe po prostu nie są dobrze udokumen­towane i że wiele dokumentacji zostało już zdyskredytowanych. W rzeczywistości spectrum oszukańczych dowodów holocaustu uzy­skanych od sowietów wystawiło swą głowę w bardziej aktualnych wy­darzeniach, takich jak oskarżenie ukraińskiego Amerykanina Johna Demianiuka o zbrodnie wojenne, oskarżenie oparte w części na błędnych sowieckich dowodach. A mówiąc o fałszywym dowodzie, niektórzy eksperci holocaustu wy­dają się mieć trudności w wyjaśnianiu różnicy pomiędzy tym, co jest fał­szywe a co prawdziwe.

Powróćmy na chwilę do książki Jean-Claude Pressac'a o Auschwitz, książki mającej obalić rewizjonistów. Przedstawia on rysunek gazo­szczelnych drzwi od odwszawialni, o których twierdzi, że sowieci fał­szywie je przedstawili, jako pochodzące od ludobójczej komory gazowej. Pomimo tego, kilka stron dalej pokazuje nam drzwi, o których twier­dzi, że są prawdziwymi drzwiami komory gazowej z powodu hemisferyczncj siatki chroniącej dziurkę od klucza. Pressac przedstawia te drzwi jako dowód, iż ludobójcze gazowania miały miejsce. Lecz jest jedno pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Skąd Pressac wie, iż te drzwi również nie zostały wstawione przez So­wietów? Jeśli przyznamy, że Sowieci przez rekonstruowanie obchodzili pro­blem, to jak możemy stwierdzić różnicę pomiędzy tym, co jest rzeczywi­ste a co nic? W związku z tymi rzekomo prawdziwymi drzwiami z me­talową siatką nad dziurką od klucza zapytałem dra Pipera. czy mógł­bym zobaczyć je osobiście.

Cole: W książce Pressac'a jest rysunek gazoszczelnych drzwi z me­talową siatką obok dziurki od klucza. Czy one nadal gdzieś tu są?

Czy one nadal istnieją?

Piper: Są one w jednym z pokojów w Krematorium 1.

Cole: Krematorium I.

Piper: Tak, w Krematorium I.

Cole: Czy jest możliwe, bym je zobaczył?

Piper; Może Pan iść zobaczyć się z dyrektorem, a dyrektor poleci

otworzyć [pokój]. Jest to możliwe... [gest].

Cole: Przez okno?

Piper... Przez okno.

Cole: Bardzo chciałbym to zobaczyć.

No cóż. zgadnijcie co? Po wywiadzie poszliśmy do biura dyrektora i uzyskaliśmy klucze, i zbadaliśmy każdy pokój w Krematorium l - i nie było żadnych drzwi od ludobójczej komory gazowej z metalową siatką nad dziurką od klucza. Nikt nie wiedział, gdzie się one podziały. Zga­duje, że one po prostu zginęły, jak magia.

A więc, by odpowiedzieć na nasze pytanie o precedens tyczący wia­rygodności Sowietów, to sadzę, iż wykazaliśmy, że nie możemy napraw­dę akceptować czegokolwiek na wiarę, ponieważ dowód certyfikowany jako prawdziwy jednego roku, w roku następnym może być uznany za fałszywy. Dowód, o którym Ci się mówi, że jest prawdziwy, faktycznie może być lak zwaną „rekonstrukcją". A jeśli eksperci holocaustu nie mogą zgodzić się na to, co jest prawdziwe, a co nie, to wówczas z pew­nością udowodnili, że sami są hipokrytami, kiedy nalegają, iż ludobój­cze gazowania nie mogą być kwestionowane. Z całym tym mówieniem o sowieckim oszustwie to sądzę, iż jest ko­niecznym postawić tę kwestię we właściwej historycznej perspektywie. Widzicie, żyjemy teraz w czasie, kiedy stary Związek Sowiecki rozpadł się i wszystko jest w porządku - tak dla liberałów, jak i konserwatystów, jak również dla wszystkich innych, którzy mogą wyrażać się źle o drogim państwie komunistycznym, które odeszło. Ale nic zawsze tak było. Podczas II Wojny Światowej Sowieci byli więcej niż tylko militarnym sojusznikiem; ich antynazistowska propa­ganda była z łatwością przyjmowana przez innych aliantów, gdyż słu­żyła wszystkim ich celom.

Musi być zrozumianym, że rosyjscy komuniści i niemieccy faszyści toczyli długotrwałą walkę propagandową, zarówno przed paktem Hitlera i Stalina o nieagresji, jak i oczywiście po wybuchu wojny. Tak Sta­lin, jak ł Hitler byli ludźmi zdolnymi, całkiem biegłymi w propagandzie. Pomimo to, pozostałości akceptacji sowieckiej propagandy trwają do dnia dzisiejszego. Na przykład, kiedy widzimy niemiecki plakat antykomunistyczny, najprawdopodobniej natychmiast go odrzucimy, jako pa­ranoiczną niemiecką propagandę antykomunistyczną.

Czy mimo to jesteśmy w stanie odrzucić podobną sowiecką pracę, jako paranoidalną, antyfaszystowską propagandę? Problem polega na tym, że trudno nam zdać sobie sprawę z tego, że antyniemiecka propaganda Stalina była tak samo jadowita, jak antysowiecka propaganda Hitlera i że jako zwycięzcy. Sowieci zdołali wprowadzić swą propa­gandę do książek historycznych jako fakt.

Lecz wszelkie oskarżenia i kontr-oskarżenia uczynione podczas 11 Wojny Światowej muszą być ponownie przejrzane. I te przejrzenia mu­szą obejmować te oskarżenia nazistów o ludobójstwo, w których musie­liśmy w większości polegać na sowieckich informacjach - szczególnie w odniesieniu do Auschwitz, jak również innych obozów znajdujących się w Polsce (Majdanek, Bełżec, Chełmno. Treblinka i Sobibór). Jeśli so­wieci wyolbrzymili liczbę zgonów w Auschwitz, to kto może zaświad­czyć, że nie zrobili tego również w odniesieniu do innych obozów?

Dlaczego mieliby oni wyolbrzymiać Auschwitz czterokrotnie, a po­tem być brutalnie uczciwi odnośnie Treblinki? Abym jednak nie wyglą­dał nie w porządku muszę dodać, iż nasza własna armia i wydział pro­pagandy nie siedzieli bezczynnie i nie pozwolili Sowietom, by mieli oni całą radość z tej ohydnej propagandy. Po wojnie twierdzono, że w obozie w Dachau gazowano łudzi. Fak­tycznie, armia nakręciła kilka filmów propagandowych wspierających tę koncepcję. Narrator filmu wykonanego przez armię: „W uporządkowanych rzędach ułożone byty ubrania więźniów, którzy zostali udusze­ni w śmiertelnej komorze gazowej. Przekonano ich, by zdjęli swe rzeczy pod pretekstem wzięcia prysznica, dla którego dostarczo­no ręczniki i mydło".

Pomimo tego nie twierdzi się już obecnie, że ktokolwiek kiedykolwiek zmarł w komorze gazowej w Dachau. Jest to jasny przypadek propagan­dy wojennej. Należy także dodać, by zachować uczciwość, że to Brytyj­czycy torturami uzyskali wyznania Rudolfa Hoessa, komendanta Au­schwitz, zanim przekazali go Sowietom. Zostało to potwierdzone w książce opublikowanej w 1983 r., zatytułowanej „Legion of death", zawierającej wspomnienia brytyjskiego sierżanta Bernarda Clarka, który chwali się, iż w celu wydobycia z niego wyznania torturowano go i zastraszano jego rodzinę. Przywodzi nas to z powrotem do Auschwitz. To tutaj, za budynkiem, o którym tak wiele mówiliśmy, za rzekomą komorą gazową, za kierowa­nie obozem koncentracyjnym powieszony został Hoess. Lecz czy mo­żemy teraz powiedzieć, że był to wyrok sprawiedliwy, gdy głównym dowodem były zeznania uzyskane w wyniku tortur i zrekonstruowany schron przeciwlotniczy?

Być może odpowiecie, że wyrok był sprawiedliwy, skoro Hoess rze­czywiście prowadził obóz internowania, w którym ludzie w dużej licz­bie umierali na choroby oraz z niedożywienia. Jeśli jednak uważasz in­ternowanie obywateli za ich przynależność rasową za przestępstwo war­te powieszenia, co wówczas należałoby zrobić z żołnierzami amerykań­skimi, którzy w Stanach Zjednoczonych kierowali obozami internowa­nia dla Amerykanów pochodzenia japońskiego? A jeśli uważasz kierowanie obozem z tak wysoką liczbą zgonów za przestępstwo, które powinno być karane śmiercią, to co należałoby uczy­nić z generałem Eisenhowerem i jego żołnierzami, którzy prowadzili po II Wojnie Światowej obozy więzienne, w których od kilkuset do miliona Niemców zmarło od chorób i z niedożywienia?

Obozów, które skłoniły Ernesta Fishera - porucznika ze 101 Dywi­zji Powietrznej i byłego starszego historyka z Armii Stanów Zjedno­czonych - do uwagi, jaką poczynił w niedawno wydanej książce "Other Losses": "Rozpoczynając w kwietniu 1945 roku, Armia Stanów Zjednoczonych i armia francuska  przypadkowo zniszczyły około miliona ludzi , większość z nich w obozach amerykańskich. Nienawiść Eisenhowera przeszła przez soczewki uległej biurokracji wojskowej i stworzyła horror obozów śmierci , nieznany dotąd w wojskowej historii Ameryki...(...)...olbrzymie przestępstwo wojenne". Jasnym jest, że tym, co odróżnia Auschwitz od tego, co zrobili Ame­rykanie jest koncepcja eksterminacji, ludobójstwa, ludobójcze komory gazowe. Jeśli usuniecie eksterminację z równania Auschwitz, jesteście pozostawieni z tragedią, tak, ale nie wyjątkową tragedią - przestęp­stwem wojennym, które zostało zduplikowane przez Aliantów podczas II Wojny Światowej. Nasze, więc pytanie dotyczące autentyczności komory gazowej w głównym obozie w Auschwitz nabiera wielkiego znaczenia. Czy była to prawdziwa komora gazowa, czy prosty schron przeciwlotniczy prze­robiony tak, by wyglądał jak komora?

I jeśli w tym krótkim video nie dotarliśmy do definitywnych odpowie­dzi na to pytanie, to przynajmniej miejmy nadzieję, iż to pokazałem - jest to jak najbardziej legalne pytanie, by je zadać. A chociaż mogą nie istnieć jakieś prosie odpowiedzi, jedna rzecz jest pewna: sprawa ta jest daleka od zakończenia.


FAŁSZYWY ŚWIADEK

Elie Wiesel otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla w 1986 roku. Po­wszechnie jest on traktowany, jako świadek żydowskiego holocaustu i co bardziej ważne, jako świadek na istnienie przypuszczalnie zabójczych komór gazowych. Paryski dziennik „Le Monde" (17 październik 1986 r., strona tytułowa), podkreślił z naciskiem, że Wiesel został nagrodzony Noblem, ponieważ: „W ostatnich latach pokazały się opracowania tzw. 'historycznego rewizjonizmu', kwestionujące istnienie nazi­stowskich komór gazowych i oprócz tego, być może, także ludobój­stwo wobec Żydów". Ale pod jakim względem Elie Wiesel jest postrzegany, jako świadek na istnienie komór gazowych? Na jakiej podstawie żąda od nas, byśmy od razu uwierzyli w to, co oznacza eksterminację? W książce autobio­graficznej, zawierającej jego odczucia dotyczące Auschwitz i Buchenwaldu nic nie wspomina o komorach gazowych. Faktycznie, mówi, że Niemcy zabijali Żydów, ale w ogniu, poprzez wrzucanie ich żywcem do płonących dołów, na oczach współtowarzyszy! Ale nic ponad to!

W tym miejscu Wiesel, jako fałszywy świadek miał pecha. Zmuszony do wyboru pomiędzy kłamstwami alianckiej propagandy wojennej, wy­brał do obrony kłamstwo o paleniu, zamiast o gotowaniu żywcem, gazo­waniu czy zabijaniu prądem. W roku 1956, kiedy opublikował swoje ze­znania w jidisz, kłamstwo o paleniu było w pewnych kołach wciąż żywe. Kłamstwo to jest genezą terminu Holocaust. Dzisiaj już tylko nieliczni hi­storycy wierzą, że Żydzi byli paleni żywcem. Zdyskredytowały się także mity gotowania żywcem czy porażania prądem. Pozostał tylko gaz. „Gazowe" kłamstwo rozpowszechnione było przez Amerykanów (patrz „War Refugee Board Report" z listopada 1944 r.). Kłamstwo, że Żydzi byli zabijani przez gotowanie żywcem w wodzie lub pod parą (szczególnie w Treblince) było rozpowszechnione przez „polskie" wła­dze (patrz dokument z Norymbergi PS-3311). Zaś kłamstwo o elektro-egzekucjach rozpowszechniali sowieci („Prawda", 2 lutego 1945 r., ar­tykuł ze strony 4 „Mordercza fabryka z Auschwitz" oraz „Washington Daily News" z tego samego dnia, strona 2).

Kłamstwo „ogniowe" nie ma określonego początku. Jest to prze­świadczenie tak stare, jak propaganda wojenna, czy propaganda niena­wiści. W 1958 r. Wiesel opublikował francuskojęzyczną wersję swoich wcześniejszych zeznań spisanych w jidisz, pod tytułem „La Nuit", z przedmową Francois Mauriaca. Stwierdził tam, że w Auschwitz znajdował się jeden „płonący dół" dla dorosłych i kolejny dla dzieci. Napi­sał: „Niedaleko od nas płomienie wykwitały z dołu, gigantyczne płomienie. One coś trawiły. Ciężarówka zatrzymywali się nad dziurą i uwalniała się od swojego ładunku - małych dzieci. Dzie­ciaczków! Tak, widziałem to - widziałem na własne oczy. Tamte dzieci w płomieniach (Czy to nie dziwne, że nie mogłem po tym spać? Spędzało mi to sen z oczu)" (s. 42). Trochę dalej znajdował się jeszcze jeden rów z gigantycznymi pło­mieniami, gdzie ofiary cierpiały „w powolnej agonii w ogniu" (s. 43). Kolumna Wiesela została doprowadzona przez Niemców na odległość „trzech kroków" od rowu, potem „dwóch kroków". „Dwa kroki od do­łu nakazano nam skręcić w lewo i udać się do baraków" (s. 44).

Będąc wyjątkowym świadkiem, Wiesel zapewnia nas, że jest w po­siadaniu innych wyjątkowych świadectw. Oglądając Babi Jar - miejsce na Ukrainie, gdzie Niemcy dokonywali egzekucji radzieckich obywate­li i pomiędzy nimi Żydów-Wiesel napisał: „Później dowiedziałem się od świadków, że miesiąc po miesiącu ziemia nie przestawiała drżeć i od czasu do czasu gejzery krwi wytryskiwały z niej" („Paroles d'etranger" Editions de Seuil. 192 strony, s. 86). Słowa te nie wymknęły się ich autorowi w momencie szaleństwa: po pierwsze napisał je, potem bliżej nieokreśloną ilość razy (a przynaj­mniej raz) musiał przeczytać je w celu dokonania korekty i w końcu je­go wypowiedzi zostały przetłumaczone na rozmaite języki - tak, jak wszystko, co napisał. To, że Wiesel osobiście przeżył, było oczywiście następstwem cudu. Tak orzekł: „W Buchenwaldzie wysyłali oni na śmierć 10 000 ludzi każdego dnia. Ja byłem zawsze w ostatniej set­ce przy bramie. Oni zatrzymywali egzekucje. Dlaczego?" („Author, Teacher, Witness", „Time" z 18 marca 1985 r., s. 79).

W 1954 roku pani Tillion analizowała „bezpodstawne kłamstwo" do­tyczące niemieckich obozów koncentracyjnych. Napisała ona: „Te osoby [które bezpodstawnie mamią] są, prawdę mówiąc, bardziej liczne, niż ludzie powszechnie przypuszczają i temat taki, jak obóz koncen­tracyjny doprowadza do powstawania sado-masochistycznych  imaginacji i daje wyjątkowe pole do popisu. Są nam znani osobnicy zwichnięci umysłowo, pół-oszuści i półgłupcy, którzy wykorzystu­ją wyimaginowaną deportację. Znamy też innych - autentycznie deportowanych - których chore umysły współzawodniczyły w tym, by przeobrazić nawet te potworności, które widzieli, lub, które ludzie powiedzieli im, że im się przydarzyli. Znaleźli się też wydawcy drukujący ich imaginacje (...), ale publicyści i kompilatorzy po­stępują absolutnie niewybaczalnie, ponieważ najbardziej elemen­tarne badanie byłoby wystarczające, do odsłonięcia oszustwa" („La systeme concentrationnaire allemand [1940-1944], Revue de l'histoire de la Deuxieme guerre mondiale", lipiec 1954, s. 18).

Tillon zabrakło odwagi, aby podać przykłady i nazwiska. Ale tak to zazwyczaj jest. Ludzie zgadzają się, że byty tam fałszywe komory gazo­we, że turyści i pielgrzymi są zachęcani do odwiedzania, ale nie jest po­wiedziane gdzie. Zgadzają się również, że są fałszywi „świadkowie naoczni", ale powszechnie nazywają z imienia i nazwiska tylko Martina Graya, dobrze znanego oszusta, na którego prośbę Max Galio - z pełną świa­domością tego, co uczynił - sfabrykował bestseller „For Those I Loved". Czasem jest tak nazywany Jean-Francois Steiner. Jego będąca bestsellerem nowela„Treblinka" z 1966 r., została przedstawiona, jako pra­ca, w której każdy szczegół był potwierdzony przez ustne lub pisemne zeznanie. W rzeczywistości była ona sfabrykowana, przynajmniej czę­ściowo, przez pisarza Gilles Perrauta („Le Journal du Diammanche", 30 marca 1985 r. s. 5). Marek Halter opublikował swoje „Le Memoire d'Abraham" w 1983 r. Tak często, jak występował w radiu, mówił o swo­ich doświadczeniach z warszawskiego getta. Ale jeżeli uwierzymy artykułowi Nicolasa Beau - całkiem przychylnego Halterowi („Liberation", 24 stycznia 1980. s. 19) - to niespełna 3-letni mały Mark i jego matka opuścili Warszawę nie w 1941 roku, a w październiku 1939 r., czyli przed założeniem przez Niemców getta. Przypuszcza się, że książka Haltera została napisana przez „cień" tego pisarza - Jean-Noel Gurgana.

Filip Muller jest autorem „Trois ans dans une chambre a gas a Auschwitz" („Trzy lata w komorze gazowej w Auschwitz", z przedmo­wą Clauda Lanzmanna), która to pozycja zdobyła w 1980 roku nagro­dę LICRA (Międzynarodowej Ligi przeciw Rasizmowi i Antysemityzmo­wi, kierowanej przez Jean-Pierre Blocha, alias Jean Pierre-Bloch). Ten budzący wstręt i mdłości bestseller był dziełem niemieckiego „pisarza-cienia", Helmuta Freitaga, który nie zawahał się zaangażować w pla­giat. Źródłem plagiatu był „Doktor w Auschwitz", jeszcze jeden best­seller spreparowany przez niejakiego Miklosa Nyiszlli. W ten sposób ca­ła seria dzieł, prezentowanych jako autentyczne dokumenty okazała się być jedynie zestawieniami, przypisywanymi różnym „pisarzom-cieniom": Maxowi Galio, Gillesowi Perrault, Joan-Noel Gurganowi (?) i Helmutowi Freitag - między innymi.

Chcielibyśmy wiedzieć, co pani Tillion myśli o Ełie Wieselu. Wraz z nim kłamstwo jest oczywiście niebezpodstawne. Wiesel przedstawia się, jako pełen miłości dla humanitaryzmu. Jednak nie powstrzymał się on od wzywania do nienawiści. Według jego opinii: „Każdy Żyd, gdzie­kolwiek by był, powinien zachować nienawiść - zdrową, męską nie­nawiść za to, co Niemcy uosabiają i za to, co w nich tkwi. Postępo­wanie innym sposobem byłoby zdradą w stosunku do martwych" („Spotkanie z nienawiścią ", Legends of Our Time, New York, Avon books, 1968, ss. 177-178).

Na początku 1986 roku, 83 deputowanych z zachodnio-niemieckiego Bundestagu wyszło z inicjatywą zgłoszenia Wiesela do Pokojowej Na­grody Nobla; byłoby to, jak orzekli, „wielką zachętą dla wszystkich zaangażowanych w procesie pojednania" (Rząd Zachodnio-niemiecki; „The Week in Germany", 31 stycznia 1980 r., s. 2). To jest to, co moż­na określić „przejściem od narodowego socjalizmu do narodowego masochizmu".

Jimmy Carter potrzebował historyka do przewodniczenia Prezydenc­kiej Komisji d/s Holocaustu. Jak to określił Arthur Butz, wybrał on nie historyka, a histeryka: Elie Wiesela. Nawet gazeta „Le Monde", w poni­żej wspomnianym artykule, była zmuszona odnieść się do „histerycz­nego" rysu Wiesela, którego wielu uważa za osobę godną pożałowania. Określono to tymi stówami: „Naturalnie, nawet pomiędzy tymi, Morzu aprobują walkę tego amerykańsko-żydowskiego pisarza, od­krytego przez katolika Francois Mauriaca, są tacy, którzy zarzuca­ją mu zbytnią tendencyjność w przemianie żydowskiego smutku w „stan chorobowy" lub stawanie się najwyższym kapłanem pla­nowego zarządu Holocaustu'".

Nie jest to taki interes, jak SHOAH-business. Tak, jak kilka lat temu na­pisał Leon A. Jick: „Bluźniercze stwierdzenie: 'Nie jest to taki interes, jak SHOAH-business' jest, co ze smutkiem trzeba stwierdzić, łatwą do udowodnienia prawdą " („The Holocaust: Its Use and Abuse within the American Public", Yad Vashem Studies, Jerusalem 1981, s. 816).

Wydawnictwa Elie Wiesela alarmowały i podżegały przeciwko rewi­zjonistycznym autorom. E. Wiesel przeczuwa, że sprawy wymykają mu się z rąk. Będzie stawało się dla niego coraz trudniejsze i trudniejsze podtrzymywanie szalonego przekonania, że Żydzi byli eksterminowani czy poddani polityce eksterminacyjnej, szczególnie w tak zwanych komorach gazowych. Właśnie Serge Klarsfeld przyznał ostatnio, że prawdziwe dowody istnienia komór gazowych nie zostały jeszcze opu­blikowane. Ale obiecał je. Cytuje swój najlepszy wzór; i to jest groteska (patrz VSD, wywiad, 29 maja 1986 r., s. 37).

Na płaszczyźnie naukowej, mit komór gazowych jest skończony. Praw­dę mówiąc mit ten „wydał ostatni dech" kilka lat temu, podczas kolo­kwium na Sorbonie z udziałem Raymonda Arona i pod przewodnictwem Francois Fureta. Jednakże dla Elie Wiesela największe znaczenie ma ukry­cie tych wiadomości. W ten sposób cały rwetes w mediach prowadzi do eskalacji: im więcej media i dziennikarze mówią, tym bardziej historycy milczą. Ale są także historycy, którzy ważą się podnieść swoje głosy prze­ciwko kłamstwom i nienawiści. Tak, jak w przypadku Michela de Bouarda, byłego członka ruchu oporu, deportowanego do Mathausen, członka Komitetu d/s Historii II Wojny Światowej od 1945 do 1981, członka Insty­tutu Francji. W ostrym wywiadzie w „Ouest France" (2-3 sierpnia 1989 r., s. 6), przyznał on, ze w 1954 r. potwierdzał istnienie komory gazowej w Ma­thausen, gdzie ostatecznie okazało się, że nigdy nie miało to miejsca. Szacunek należny cierpieniom wszystkich ofiar II wojny światowej, a w szczególności cierpieniom osób zesłanych do obozów, wymaga, od części historyków powrotu do uznanych i będących na czasie metod hi­storycznego krytycyzmu.

ZWYCIĘSTWO REWIZJONISTÓW

Kwestia istnienia, bądź nie, komór gazowych ma duże znaczenie hi­storyczne. Jeśli one na prawdę istniały, są dowodem na to, iż Niemcy dopuścili się fizycznej eksterminacji Żydów: jeśli natomiast ich nie by­ło, wówczas nie posiadamy żadnego dowodu owej zagłady. Pierre Vidal-Naquet miał rację w tej kwestii. Osobom, skłonnym porzucić argument komór gazowych odpowiedział, że zrezygnować z komór gazowych, to „poddać się w szczerym polu" (Nouvel Observateur 21 września 1984, str. 80). Możemy jedynie przyznać mu rację. Komory gazowe nie są je­dynie detalem w historii II wojny światowej. Stąd też wszystkie sankcje prawne, np. we Francji, nakładane na tych, którzy kwestionują ich ist­nienie.

Także Holocaust Memorial Museum (HMM - Muzeum Pamięci Ho­locaustu), otwarte w Waszyngtonie 22 kwietnia 1993 r., w odległości 500m. od pomnika George'a Washingtona, nie mogło zrezygnować z argumen­tu istnienia nazistowskich komór gazowych. Rodzi się jednak pytanie: jak powinno tego typu muzeum przedstawić ową zabójczą broń? Dzisiaj już to wiemy. Wynik jest jednak zaskakujący: z braku lepszych dowodów, to wspaniałe muzeum, które kosztowało amerykańskiego po­datnika jak również amerykańską wspólnotę żydowską miliony dolarów, nie licząc pieniędzy, które wpłynęły od podatników niemieckich, przed­stawia jako unikalny model gazowej komory zagłady-komorę... dezyn­fekcyjną, znajdującą się na Majdanku. Nawet Jean-Claude Pressac, co spróbuję wykazać później, autor dzieła opublikowanego w 1989 r. pod patronatem nowojorskiej Fundacji Beate Klarsfeld, musiał zauważyć ten błąd. Komora gazowa na Majdanku, była jedynie komorą, gdzie dokony­wano dezynfekcji. Już w 1945 r. . Amerykanie przedstawili cztery komory dezynfekcyjne z Dachau, jako komory śmierci.

Jeśli więc organizatorzy Muzeum Pamięci Holocaustu (HMM) w Wa­szyngtonie zdecydowali się na równie poważne oszustwo, to, moim zda­niem, wymuszone ono zostało brakiem możliwości zaprezentowania, w jakiejkolwiek formie, wyglądu jednej z tych komór gazowych, które ja­koby Niemcy, co powtarza się nam do znudzenia, używali do mordowa­nia tysięcy ofiar.

Moje wyzwanie rzucone w Sztokholmie i w Waszyngtonie

Począwszy od 17 marca 1992 r. zacząłem przypierać do muru organiza­cje żydowskie z całego świata. Tego dnia, podczas wizyty w Sztokholmie, dokąd zostałem zaproszony przez mojego przyjaciela Ahmeda Rami, rzuciłem szwedzkim mediom wyzwanie o zasięgu międzynarodowym. Skła­dało się ono z dziewięciu wyrazów: „Show me or draw me a Nazi gaz chamber!" [„Pokażcie mi lub naszkicujcie nazistowską komorę gazową"]. Słowom tym towarzyszył dwustronicowy komentarz. Według informacji, jakie otrzymałem, szwedzkie media gotowe pod­jąć moje wyzwanie, uruchomiły natychmiast wszystkie dostępne im źródła informacji w celu zdobycia zdjęć nazistowskich komór gazo­wych. Ku ich zaskoczeniu odkryli, że takie fotografie nie istnieją, a wszystkie pomieszczenia prezentowane turystom w Oświęcimiu czy gdziekolwiek indziej jako komory śmierci, nie posiadają ani jednej ce­chy świadczącej o ich rzekomym przeznaczeniu. Wówczas szwedzkie środki masowego przekazu skierowały pod moim adresem liczne ata­ki, z których jednak żaden, ani jeden artykuł prasowy, ani jedno słowo w telewizji, nie było odpowiedzią na moje wyzwanie. Zakłopotanie sta­ło się oczywiste.

Zakłopotanie to, w trakcie kolejnych miesięcy, obejmowało swym za­sięgiem coraz większe kręgi, skupiające zwolenników tezy o masowej eksterminacji Żydów w czasie wojny 1939-45: stało się ono źródłem szaleństwa niepokoju, które w ciągu roku opanowało kręgi żydowskie na całym świecie.

21 kwietnia 1993 r., w Waszyngtonie, ponowiłem moje wyzwanie, lecz tym razem jego adresatami stali się organizatorzy HMM, w którego in­auguracji, dnia następnego, uczestniczyli: prezydent Clinton, inni sze­fowie państw oraz Elie Wieści. Spośród osób zajmujących się organiza­cją, moją uwagę skupiłem na Michaelu Berenbaumie, odpowiedzialnym za „naukowy" projekt muzeum [project director].

Moje wyzwanie, rzucone w Waszyngtonie można by podsumować na­stępująco:
"Jutro zostanie otwarte Muzeum Pamięci Holocaustu w Waszyngtonie. Apeluję, więc do odpowiedzialnych za kształt tego muzeum o pokazanie nam fizycznego obrazu magicznych komór gazowych.Od trzydziestu lat sam, osobiście, poszukuję takiego obiektu, jednak w żadnym innym obozie koncentracyjnym, ani też w muzeum czy w książce, ani słowniku, ani w encyklopedii, ani na zdjęciu, ani na makiecie, ani w jakimkolwiek filmie dokumentalnym.

Wiem, że zostało podjętych kilka prób, aby dokonać takiego przedstawienia, ale wszystkie one okazały się kłamliwe; żadna z nich nie wytrzymała próby. Szczególnie, gdy przyjrzymy się bliżej wyjątkowemu zagrożeniu, jakie dla życia człowieka stwarza Cyklon B (środek owadobójczy) lub, jak kto woli, kwas cyjanowodorowy, szybko zdajemy sobie sprawę, że pomieszczenia przedstawiane turystom, jako komory gazowe, w których ginęli ludzie nigdy nie mogłyby służyć za chemiczną, ludzką rzeźnię. Gdy przyjrzymy się nadzwyczajnym - i zarazem niezbędnym - skomplikowanym urządzeniom, jakimi dysponują komory gazowe w amerykańskich więzieniu, gdzie dokonuje się tylko jednorazowo egzekucji przy użyciu kwasu cyjanowodorowego tylko jednego skazańca, wówczas natychmiast zauważymy, iż pomieszczenia nazywane nazistowskimi komorami śmierci, w których dzień po dniu dokonywano stracenia ogromnych rzesz ludzi, nie posiadają, i nigdy nie posiadały nawet części tej maszynerii, która byłaby potrzebna. Jednym z najtrudniejszych do rozwiązania problemów, poza kwestią szczelności owych pomieszczeń, pozostaje problem poruszania się po dokonaniu egzekucji, po pomieszczeniach przenikniętych kwasem cyjanowodorowym w celu usunięcia z nich zwłok, także nasyconych tą truci­zną. Wchłania się ona w skórę, błonę śluzową, krew i w nich pozo­staje. Tak, więc zwłoki człowieka, który dopiero, co zmarł w wyni­ku kontaktu z tą straszliwą trucizną, same stanowią źródło śmier­ci. Nie można ich dotykać gołymi rękami. Wejście do pomieszczenia dla wydostania z niego zwłok wymaga specjalnego ekwipunku, a także maski gazowej wyposażonej w odpowiedni filtr. W związku z tym, że każdy wysiłek jest w takim wypadku zabroniony (gdyż powoduje przyspieszenie oddychania, a na to filtr jest niewystarczający), koniecznym byłoby przed wejściem do pomieszczenia do-prowadzić do wydostania się stamtąd gazu, a także do jego neutra­lizacji. Dla uzyskania szerszych informacji, odsyłam do dokumen­tów opublikowanych przeze mnie w 1980 r., dotyczących komór gazowych używanych przez amerykańskie więzienia. Ostrzegam, więc HMM, a szczególnie M. Berenbauma, że nie chce­my jutro, 22 kwietnia 1993 r. po raz kolejny zobaczyć komór gazo­wych przeznaczonych do dezynfekcji, pryszniców, kostnic, czy schro­nów przeciwlotniczych, jako dowodów na istnienie nazistowskich komór gazowych. Tym bardziej nie chciałbym, aby o ich istnieniu przekonywał nas kawałek muru, drzwi, stos butów, okularów, czy  kupka włosów."

Unik i oszustwo Holocaust Memorial Museum

Wiedziałem, że owo wyzwanie nie zostanie podane do publicznej wia­domości, gdyż już od prawe pół wieku wmawia się nam istnienie komór gazowych w nazistowskich obozach koncentracyjnych, nigdy nam ich nie pokazując (i to w „wieku obrazu "!). Wiedziałem również, iż HMM zamknie ten temat posługując się oszustwem. Rzecz w tym, jakim?

Odpowiedź na to pytanie nadeszła już dnia następnego, gdy 22 kwietnia 1993 r., w dniu inauguracji muzeum (oficjalnej, gdyż otwarcie dla publicz­ności nastąpiło dopiero 26 kwietnia), zostało udostępnione dzieło, liczące sobie ok. 250 stron, będące swoistym przewodnikiem po nowym muzeum.

Owo dzieło, autorstwa M. Berenbauma, zostało zatytułowane „The World Must Know / The History of the Holocaust as told in the United States Holocaust Memorial Museum" (1993, XVI - 240s.) [Świat musi wiedzieć: historia Holocaustu opowiedziana przez HMM]. Na stronie 138 znajdujemy trzy zdjęcia, przedstawiające:

— pierwsze, metalową puszkę [kanister] i granulki [tabletki] Cyklonu B, „środka owadobójczego silnie trującego";

— drugie, „odlew drzwi wejściowych do komory gazowej na Maj­danku (z zewnątrz strażnicy SS mogli obserwować rzeź poprzez mały wizjer)"

— trzecie, „wnętrze komory gazowej w Majdanku. Niebieskie plamy to pozostałości chemiczne Cyklonu B". 1 Pierwsza fotografia stanowi jedynie dowód na używanie przez Niemców środka owadobójczego. Druga i trzecia, to obrazy znajome osobom zwie­dzającym Majdanek. Rozpoznałyby one zapewne drzwi zewnętrzne i drzwi wewnętrzne (stanowiące część) pierwszej z komór gazowych, którą przed­stawia się zwiedzającym, jako komorę śmierci, a której charakterystyka odpowiada opisowi komory dezynfekcyjnej. Zrezygnuję tutaj ze wszelkie­go udowadniania i nie odwołam się do moich własnych zdjęć, które ukazu­ją owe pomieszczenie w całości, razem z małą przybudówką, w której znaj­dował się piec produkujący ciepło, niezbędne do ulotnienia się Cyklonu B (po prawej stronie fotografii muzealnej można zauważyć, na wysokości człowieka, ujęcie rurki prowadzącej od pieca). Nie będę także przytaczał ekspertyzy, w której Fred Leuchter udowadnia, iż jest to komora dezynfek­cyjna, w której zabijano co najwyżej przenoszące tyfus wszy, a nie ludzi.

 
Przypuszczenie J. C. Pressaca

Miło mi będzie oddać teraz głos panu Jean-Claude Pressacowi, pro­tegowanemu Fundacji Beatę Klarsfeld, autorowi dzieła „Auschwitz: Technique and Operation of the Gas Chambers" [Oświęcim: techni­ka i funkcjonowanie komór gazowych] (tytuł skądinąd zwodniczy). Oto opinia J. C. Pressaca na temat pomieszczenia, które nazwane zosta­ło przez M. Berenbauma gazowa komorą śmierci: „Czerwone cegły z ciemno niebieskimi plamami stanowiły dla nie­go (Bernarda Jouanneau, adwokata oskarżającego R. Faurissona w procesie w 1982 r. w Paryżu) materialny i namacalny dowód świad­cząc y o istnieniu komór gazowych, w których dokonywano ludobójstwa. Problemem jest jednak, bo takowy problem pojawia się, że ko­mora gazowa, o której moim posiadała wszelkie cechy instalacji służącej do odwszawiania. . Nie twierdzę, że nic została ona nigdy użyta w innym celu - do zabijania ludzi, bo to także byłoby możliwe [w tym miejscu, J. C. Pressac się myli] 2, lecz ślady koloru pruskiego błękitu wska­zują całkowicie, że owa komora używana była do odwszawiania." J. C. Pressac akcentuje następnie, że wizjer umieszczony w drzwiach (peep-whole), nie jest dowodem na istnienie tam komory śmierci, gdyż komora dezynfekcyjna również może posiadać taki wizjer. Podsumowu­je to w następujący sposób: „Żałuję, że przyszło mi stwierdzić, a nie jestem jedynym na Za­chodzie, który tak uważa [pisał te słowa w 1989 r. jeszcze przed upad­kiem komunizmu w Polsce], iż komory gazowe, na Majdanku, czy są komorami śmierci, czy też dezynfekcyjnymi, czekają wciąż na swego historyka, który byłby dostatecznie powściągliwy, zważywszy fakt, że obóz wpadł nienaruszony w ręce Rosjan w [czerwcu] 1945 r." Na stronie 557 zamieszcza on fotografię owej komory gazowej, zrobio­ną z zewnątrz, a obok innej komory, znajdującej się w tym samym budyn­ku. Podpis pod zdjęciami precyzuje, iż chodzi o: „fotografię ukazującą jed­ną z komór gazowych służących do dezynfekcji, uważanych dotych­czas za gazową komorą śmierci. Cegły pomiędzy jedną a drugą parą drzwi zaopatrzonych w wizjery strażnicze mają kolor pruskiego błę­kitu, dowód na używanie przez długi okres "Blausaure" - niebieskie­go kwasu, inaczej mówiąc kwasu cyjanowodorowego bądź pruskiego, sprzedawanego jako środek odwszawiający pod nazwą Cyklonu B." Godny odnotowania jest również fakt, że komory gazowe znajdują się w budynku z tabliczką „Bad und Desinfection" [prysznice i dezynfekcja], znajdującym się na wprost wejścia do obozu i będącym na widoku wszy­stkich.
Łatwo jest odgadnąć, dlaczego M. Berenbaum w swojej ,Bibliographical Note" (s. 224-232) nie wskazuje cytowanego dzieła J. C. Pressac.
Nowy krok w historii rewizjonizmu
W 1978 r. prezydent Jimmy Carter powołał do życia komisję zajmującą się stworzeniem HMM. Na jej przewodniczącego wyznaczył Elie Wiesela, co wzbudziło natychmiastową reakcją Artura Roberta, szczerą i zarazem peł­ną sarkazmu:„potrzebowaliśmy historyka, wybraliśmy histeryka". Wybór M. Berenbauma na stanowisko odpowiedzialnego za projekt naukowy HMM jest równie „udany". M. Berenbaum jest profesorem ad­iunktem na wydziale teologii Uniwersytetu Georgetown (Washington D. C.)- Tam, gdzie niezbędny był historyk, żydowskie organizacje wybrały teologa, co potwierdza fakt, że od lat kilku historia Holocaustu została zastąpiona religią Holocaustu. Filarem tej religii, co często powtarzam, jest „magiczna komora gazowa, która będąc cudem, nie posiada swojej realnej postaci". W tych warunkach HMM, jako główną podporę swojej ekspozycji wy­brało również komorę gazową do dezynfekcji nieprawnie ochrzczoną gazową komorą śmierci. W ten sposób przedsięwzięcie Niemców, ukie­runkowane na ochronę zdrowa swoich żydowskich, i nie tylko, jeńców, zostało przedstawione, jako instrument ich tortur i śmierci. Jest to przy­kładem na niewdzięczność i pewność siebie, jaką obecnie prezentują fanatyczni zeloci religii Holocaustu. Nadszedł w końcu czas na odrobinę intelektualnej szczerości i psy­chicznej czystości w rozprawach o rzeczywistym nieszczęściu narodu żydowskiego podczas II wojny światowej. Turyści, zwiedzający HMM, a w szczególności amerykańscy podatnicy mają prawo zażądać od M. Berenbauma i jego przyjaciół sprawozdania z ich dotychczasowej pra­cy. „Los Angeles Times" z 20 kwietnia 1993 r. pisze: „Sondaż wykazał, iż co trzeci Amerykanin gotowy jest wątpić w istnienie Holo­caustu". Liczba ta powiększa się.
W kilka dni po otwarciu muzeum M. Berenbaum wyznał pewnemu dzienników:
„[W tym muzeum] otacza was śmierć. To jest tak, jakby pracować na oddziale intensywnej terapii lub w domu pogrzebowym... ja skończyłem u psychoanalityka."
Nie jest wykluczone, że M. Berenbaum powróci do gabinetu psycho­analitycznego, gdy tylko zda sobie sprawę z poważnych konsekwencji swojego oszukańczego czynu: 22 kwietnia 1993 r. oznaczać będzie datę uświęcenia na amerykańskiej ziemi religii Holocaustu; w rzeczywisto­ści zaś dzień ten przejdzie do historii, jako bezapelacyjne zwycięstwo hi­storyków rewizjonizmu.
Na zakończenie chciałbym złożyć hołd rewizjonistom, którzy przyczy­nili się do tego zwycięstwa:
— przede wszystkim Ernestowi Zundelowi z Toronto, bez którego rewizjonizm historyczny wciąż błądziłby w mroku;
— a także Ahmedowi Rami, ukrywającemu się w Sztokholmie, który umożliwił mi publiczne rzucenie „wyzwania sztokholmskiego" 17 mar­ca 1992 r.;
— w końcu Institut for Historical Review z Los Angeles, organizato­rowi konferencji, na której miałem sposobność, 21 kwietnia 1993 r., ponowienia mojego wyzwania, tym razem skierowanego w stronę HMM. Moje myśli kierują się także w stronę rewizjonistów francuskich, którzy wsparli mój wysiłek. Szczególnie chodzi mi o jedną osobę, której nie mogę wymienić z imienia i nazwiska nie narażając jej na nieprzyjem­ności, a która stała się głównym trybem w ruchu rewizjonistycznym we Francji.



Przypisy:

1 Na stronach 140-143, znajdujemy naiwne gipsowe postacie, mające przedstawiać ofiary w kolejnych stadiach: w przebieralni, w komorze gazowej, a następnie w piecach krematoryjnych krematorium w Oświęcimiu-Brzezince. Podczas gdy muzea chcące uchodzić za historyczne (takie, jak muzeum wojska, muzeum wojny i ruchu oporu, muzeum lą­dowania w Normandii) starają się ukazać rzeczywistość materialną za pomocą najbardziej dokładnych makiet, te postacie są jakby sposobem na zapełnienie luki. Cechą charakterystyczną historii prezentowanych przez M. Berenbauma jest brak precyzji, liczne błędy i absurdalne stwierdzenia, świadczące także o odczuwanej przez niego potrzebie pilnej weryfikacji tego, co wiemy, w obliczu zmniejszania się liczby rze­komych ofiar, które zginęły w komorach oraz liczby codziennych kre­macji. Autor nawiązuje także dyskretnie do makiety, jaka została po wojnie skonstruowana przez polskich komunistów, a która przez cały czas wystawiona jest w Muzeum Oświęcimskim (Blok 4, pierwsze pię­tro). Według informacji, jakie posiadam, kopia owej makiety miałaby się znajdować w HMM. Dlaczego więc M. Berenbaum nie zamieścił jej w swojej książce? Czyżby wiedział, że często posługuję się przykładem tej makiety dla zilustrowania tezy o niemożności przeprowadzenia ope­racji gazowania w sposób, w jaki przedstawiają makieta? Szczegól­nie polecam państwu moją kasetę video zatytułowaną „Problem komór gazowych" (1982), a także komentarz, jaki zamieściłem na końcu książki Wilhelma Staglicha Mit Auschwitz (La Vieille Taupe, 1986,), pod ty­tułem „Oświęcim w obrazach" (s. 492, 507). Nawet J. C. Pressac odno­si się sceptycznie do tej kwestii (op. cit., s. 377-378).

-Komora gazowa, służąca do dezynfekcji w Cyklonie B, nie mogła słu­żyć zarazem jako komora śmierci. Pierwsza z nich wymaga całkiem prostej budowy, podczas gdy druga - konstrukcji o wiele bardziej skom­plikowanej. Różnica ta polega na prostej rzeczy - po przeprowadze­niu operacji zagazowywania, usunięcie gazu tkwiącego w tkaninach bądź ubraniach nie nastręcza większych problemów, natomiast tru­dniejsze jest pozbycie się gazu pozostającego w ciele człowieka, jego śluzówce czy też krwi. W pierwszym przypadku pozbywamy się gazu poprzez strumień ciepłego powietrza, który powoduje wyparowanie substancji, resztek gazu zaś - poprzez długie trzepanie tkanin na ze­wnątrz budynku. W przypadku zwłok ludzkich, nie można ich ani pod­grzać ani wytrzepać. Stąd też śmiem twierdzić, że koncepcja zakłada­jąca istnienie komór śmierci, jak to widać w Stanach Zjednoczonych, napotyka na poważne trudności. Trudności te, pojawiające się już w przypadku egzekucji, jednorazowo, pojedynczej osoby, stają się prak­tycznie nie do przeskoczenia w przypadku setek lub milionów ofiar, jak to miało mieć miejsce w nazistowskich komorach gazowych. Tego typu komory byłyby łaźniami zawierającymi ilości trucizny niemożliwe do usunięcia. Nigdy, więc ludzie, zaopatrzeni nawet w najmocniejsze ma­ski gazowe nie mogliby spokojnie penetrować w takim oceanie kwasu cyjanowodorowego, jakim były owe komory, po to by usunąć stamtąd zwłoki i zrobić miejsce następnej porcji ofiar.
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Mit Holocaustu
« Reply #4 on: (Mon) 20.04.2015, 02:25:24 »
Dyrektor FBI w "Washington Post" o współodpowiedzialności Polaków za Holokaust

Dyrektor FBI James Comey na łamach "The Washington Post" oskarża Polaków o współodpowiedzialność za Holokaust. Na słowa te zareagowała już listem polska ambasada w Waszyngtonie. Ostro skrytykował je też wiceszef MSZ Rafał Trzaskowski.

Tekst w dziale opinie "The Washington Post" to przeredagowane przemówienie Jamesa Comeya, wygłoszone przez niego w środę w Muzeum Holokaustu w stolicy Stanów Zjednoczonych. Dyrektor FBI mówił o swoich rodzinnych korzeniach. Jako potomka irlandzkich katolików, przyznawał, Holokaust "zawsze go prześladował". To - jak mówił - stawiało kolejne pytania o sens życia i cierpienia.

Dyrektor FBI podkreślił, że zagłada Żydów podczas II wojny światowej "jest najbardziej znaczącym wydarzeniem w historii ludzkości". Jak wyjaśniał, przejawia się to na dwa sposoby. Pierwszy - mówił Comey - dotyczy tego, że Holokaust był "najstraszliwszym pokazem w światowej historii nieludzkości". Drugą przesłanką znaczenia Holokaustu jest to, że Coney jako dyrektor FBI nakazał wszystkim nowym agentom Federalnego Biura Śledczego, by obowiązkowo odwiedzali waszyngtońskie Muzeum.

James Comey mówił, że za "chorymi i złymi ludźmi", sprawcami Holokaustu, szli także ludzie, którzy "kochali swoje rodziny, nosili zupę choremu sąsiadowi, chodzili do kościoła i wspierali cele charytatywne". - Dobrzy ludzie pomogli zabić miliony - stwierdził szef FBI.

W jego ocenie, Holokaust pokazał, że jako ludzie "jesteśmy w stanie zrezygnować z indywidualnej moralności, poddając się władzy grupy, jesteśmy w stanie przekonać się do prawie wszystkiego". Jak dodał "w ich mniemaniu, mordercy i ich wspólnicy z Niemiec, Polski, Węgier i wielu, wielu innych miejsc nie zrobili czegoś złego. Przekonali siebie do tego, że uczynili to, co było słuszne, to, co musieli zrobić".

Na te słowa zareagował swoim listem Ambasador Polski w Waszyngtonie. "Sformułowania o Polsce niedopuszczalne" - napisał na Twitterze rzecznik MSZ Marcin Wojciechowski.

Wiceminister spraw zagranicznych powiedział natomiast, że tego typu wypowiedzi są niedopuszczalne. - Państwo polskie zawsze na nie reagowało i zawsze będzie reagować, była natychmiastowa reakcja ambasady w postaci listu do dyrektora FBI, gdzie jasno jest wytłumaczone, jak wyglądała historyczna rzeczywistość - powiedział Rafał Trzaskowski.

Dodał, że strona polska reaguje także na kłamliwe oskarżenia, które pojawiają się na łamach zagranicznej prasy.

Źródło: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/dyrektor-fbi-w-washington-post-o-wspolodpowiedzialnosci-polakow-za-holokaust/r958np

Komentarze pod tekstem:
Tymczasem w samej Trzeciej Rzeszy mieszkało 525 000 Żydów, a w krajach, które pod koniec lat 30. znalazły się pod jej okupacją - począwszy od wcielonej do niej w 1938 r. Austrii - łącznie kilka milionów.
Uzyskanie wizy wjazdowej do USA wymagało zaproszenia od obywatela amerykańskiego lub stałego mieszkańca, z zaświadczeniem, że będzie zaproszonego utrzymywał. Sponsorzy obcokrajowca musieli przedstawić dowody swego majątku. Konsulaty w Niemczach i innych krajach mnożyły biurokratyczne przeszkody, co wydłużało kolejki po wizy.
Polityka ta miała przytłaczające poparcie społeczeństwa. Przytoczony na wystawie sondaż z 1938 r. pokazał, że 83 procent Amerykanów było przeciwnych wpuszczaniu większej liczby imigrantów, niż na to pozwalały limity. W 1939 r. senator Robert Wagner i kongresmanka Edith Rogers wnieśli projekt ustawy pozwalającej na przyjęcie ponadlimitowych 20 000 uchodźców-dzieci. Nie poddano jej nawet pod głosowanie. Nie poparł jej także prezydent Franklin. D.Roosevelt(FDR).


2 kwietnia w Instytucie Żydowskim w Warszawie podjęto następującą uchwałę, której przytaczam wybrane fragmenty (cały tekst na stronie Instytutu) bez komentarza:
„Zgromadzeni zdecydowanie popierają pana Andrzeja Dudę jako kandydata na Prezydenta RP […] dr Andrzej Duda reprezentuje wartości, które są bliskie całej społeczności żydowskiej w Polsce. Mamy nadzieję, że jako Prezydent będzie realizował politykę, mającą na celu zapewnienie Żydom mieszkającym w Polsce, odpowiednich warunków funkcjonowania i rozwoju we wszystkich dziedzinach życia politycznego, społecznego, gospodarczego oraz wspierania kultury i wielowiekowej tradycji żydowskiej. […] Jest to najlepszy kandydat na Prezydenta dla Polaków i dlatego apelujemy o głosowanie na Andrzeja Dudę w najbliższych wyborach. Ze swej strony podejmiemy wszelkie możliwe działania, by wynik wyborów był zgodny z naszymi oczekiwaniami”


Świat o tym "wie", że nazistami byli Polacy, że holokaust był dziełem Polaków!!!
Prof. Witold Kieżun: W 1998 roku w Kanadzie zrobiłem ankietę wśród 102 swoich studentów: jakiej narodowości byli naziści? (bo nigdzie się nie pisze o zbrodniach niemieckich, tylko nazistowskich). Na 102 studentów 62 napisało - polskiej. Zapytałem: "dlaczego?" Odpowiedzieli: "Dlatego, że są polskie obozy koncentracyjne. A wiadomo, że obozy koncentracyjne były organizowane przez nazistów, żeby mordować Żydów. Wobec tego naziści to są Polacy". I w tej chwili cały świat tak uważa. Dwa lata temu profesor amerykański, kiedy dowiedział się w czasie konferencji w Nowym Jorku, że siedzi obok niego profesor z Polski (mój kolega) wstał i powiedział, że koło Polaka z Polski on siedzieć nie będzie, bo myśmy wymordowali Żydów. Tymczasem nigdy żaden naród nie zachował się tak, jak Polacy. Nigdzie nie było podziemnej organizacji dla obrony Żydów i nigdzie tylu Żydów nie zostało uratowanych. I to jest największy skandal, również nasz.
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Mit Holocaustu
« Reply #5 on: (Sun) 14.08.2016, 02:03:33 »


Sześć milionów Żydów 1915-1938
https://www.youtube.com/watch?v=2j1V878kWPg
« Last Edit: (Fri) 19.08.2016, 15:16:45 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje