Author Topic: O źródłach rozbioru Polski  (Read 859 times)

Ardek

  • Guest
O źródłach rozbioru Polski
« on: (Sat) 19.04.2014, 15:24:33 »
O źródłach rozbioru Polski

Fragmenty książki Kazimierza Mariana Morawskiego “Źródła rozbioru Polski”.

Książka jest wynikiem ośmioletniej pracy autora (1926-1934) tj, kwerendy archiwalnej, bibliotecznej i „wizji lokalnych” dokonywanych w wielu miejscach (Wiśniowiec, Dukla, Norymberga, Frankfurt, Wilhelmsbad, Kassel). Choć autor pisał przed laty i zastrzega sie że jego praca to zaledwie początek i „garść promieni” rozwietlająca mroki nieznanej historii i działalności towarzystw tajnych, tym niemniej moim zdaniem jest bardzo ciekawa. [Uwaga PiotrX]

Powiada Flemming, który Augusta ze współczesnych znał chyba najlepiej, w słynnej już dzisiaj charakterystyce swojej, że „żądza uciech stawała bardzo często wpoprzek jego ambicji, lecz żądza sławy nigdy nie przeszkodziła uciechom”. A żądza ta sławy sama w sobie była nieograniczona, sięgała wyżyn zawrotnych, dali nieuchwytnych. Za złe mu mieli to już współcześni. Słusznie też mógł się obawiać ochmistrz nowej królowej polskiej na
wieść o elekcji Augusta, że „cień tej korony może pożreć elektorat, podobnie jak siedem chudych a brzydkich krów pożarło młode a tłuste faraonowe”. Tak się nie stało, obawy Bosego się nie sprawdziły, bo August snąć lepiej jeszcze doić umiał Polskę niż Saksonję, lepiej wyciskać z niej złoto- i życiodajne soki: „uczy figura”, co w Polsce, a co w Saksonji po nim pozostało. Ale ujemniejszą bodaj jeszcze stroną tej jego żądzy sławy było to, że nie była skoordynowana, że od korony polskiej, której z Flemmingiem szukał w gwiazdach, z Grebnerem i Petersenem w traktatach okultystycznych, a z przodkiem swoim Augustem w horoskopach geomantycznych „Punktierbuchów”‘, biegła wyobraźnia jego do tronu cesarskiego w Wiedniu czy bodaj w Konstantynopolu, do Neapolu i Sycylji, do stathouderatu holenderskiego.

Miał dalej August i tę wadę, że nie był miłośnikiem pracy, że przeto jeden pomysł brał, a rzucał drugi, że żądzy uciech — jak słusznie podnosi Flemming — dawał zawsze krzyżować zamysły swoje. Na to przekleństwo jego natury dworskiej mamy oprócz świadectwa Flemminga cały dalszy szereg świadectw. Kroi się w roku 1697 wielka wyprawa turecka, o której samże August pisze do jednego z dygnitarzy litewskich, by „nie przeszkadzał wyprawie, od której zależy dobro publiczne i sława nasza”, a tu zaraz pierwszy etap lwowski staje się dlań Kapuą i cała wyprawa, pozbawiona oka pańskiego, a dzięki pięknym oczom Omfali jego chwilowej, Urszuli Lubomirskiej, rozchodzi się na niczem. Gorzej jest jeszcze czasu nieszczęsnej wojny Północnej. Gdy mianowicie Karol XII przepędził go z reszty Polski, August chroni się do Torunia, a „miasto pruskie — pisze historyk — przepełnione wojskiem, magnatami i dyplomatami zagranicznymi, brzmi nieprzerwanie odgłosem zabaw i hulanek”, pośród których Lubomirska po dawnemu atutem jest królewskim. 14 znowu lutego 1703 r. przenosi się August z Torunia do pewniejszego bodajże Malborka. W trzy dni po przybyciu do tej siedziby krzyżackiej myśli już król o zbudowaniu „theatrum dla komedji”. Zarówno on, jak jego kochanka, wysilają zmysł swój towarzyski pośród najniedogodniejszych warunków, ażeby pięknie obchodzić ostatki.

Analogiczny objaw widzimy w lecie tego samego roku. „Villegiatura” królewska to wtedy najpierw Otwock, potem zaś Ujazdów. I tu i tam towarzyszy znowu królowi Lubomirska. Istny obraz ,,Boccacciowego Dekamerona pośród spustoszeń florenckiej dżumy” — zauważa o tych wczasach Augustowych stary Jarochowski. Kasy nadworne stoją pustkami, zabobonny monarcha puka już o radę do alchemików, bankier królewski Berend Lehmann rozbija się na wszystkie strony za pieniędzmi, a przecie król zdobywa się dla uczczenia rozwodu swojej kochanki na festyn i bukiet z drogiemi kamieniami wartości 60.000 talarów. Ale i klęskowy rok 1705 wart jest w życiu Augustowem fatalnego 1704. Zmienia się w nim tylko scenerja: Cosela występuje zamiast Lubomirskiej.

A jak na tem wszystkiem cierpiały sprawy państwowe, poucza nas inny powiernik królewski Manteuffel. Sam król pyta się go raz mianowicie, dlaczego sprawy państwowe w Saksonji z reguły mu się wymykają z pola patrzenia, w Warszawie zaś rzecz się z tem ma nieco lepiej. Manteuffel na ten raz rżnie królowi wyjątkowo prawdę w oczy: „Bo nie mamy tutaj, Wasza Królewska Mości” — powiada — „ani domków tureckich, ani domków holenderskich, ani Moritzburgów, ani ogródków, ani opery, ani komedji, ani tancereczek”. Ale kiedyindziej, i to przy raporcie, musi tenże Manteuffel, chcąc zainteresować króla, wkradać się w jego posłuch drogą okólną, prawić mu najpierw o kometach, o porcelanie, czy o jezuitach itp. interesujących go tematach, aby przemycić to, co najważniejsze…..
(…)
A była ta piwnica przy Schiessgasse, jak zobaczymy niżej, kuźnią zguby na wolność i całość dzierżaw nieszczęsnej Rzeczypospolitej. Albowiem goście jej stanowili związek tajny, pierwszy w naszych dziejach, obliczony pod przewodem króla na zatratę kraju. Nie wiedzieliśmy dotychczas, do czego prowadziła i doprowadzić mogła pijatyka saska. Dziś, patrząc na potworne puhary Augustowe w „Grunes Gewolbe”, uświadamiamy sobie, że ten alchemik w koronie sączył do nich prawdziwą truciznę.
(…)
August znajdował się już wtedy na „mołdawskiej” swojej wyprawie, po której „Kabała” wróżyła mu dwa aż diademy cesarskie: bizantyński, a potem rzymski. Opuścił Warszawę, żegnany uroczyście przez nuncjusza Davię. Po drodze, w Rawie Ruskiej, spotkał się i upił z wracającym z Wiednia carem Piotrem. We Lwowie witany był przez poprzedniczkę Chrystjany Marję Kazimierę, podczas gdy jego „knechty” buszowały i rabowały po domach, klasztorach i ogrodach. Wyprawa wszakże do kraju Brancovanów spaliła na panewce, nadto się Polacy kłócili podczas niej ze Sasami, aż August z obozu polskiego musiał się chronić pomiędzy swoich. Nic dziwnego! Już wtedy podejrzewali go Polacy, że z elektorem brandenburskim, Karolem XII, carem Piotrem i niewdzięcznym cesarzem Leopoldem dąży król do nowego rozbioru Polski w celu zapewnienia sobie na pozostałym jej skrawku władzy absolutnej. Tak interpretowano między innemi wydanie przezeń Elbląga Brandenburczykom.

W marcu 1699 r., kiedy król jechał Krakowskiem Przedmieściem, kula przebiła karocę dworską. „Won Sasi z Polski! Wojna Brandenburczykom!” — brzmiały okrzyki tłumu.
(…)
Był styczeń r. 1700, pierwszy miesiąc tak niebezpiecznego dla Polski „settecenta”. August bawił w Lipsku, pochłonięty cały planami wojny Północnej, brzemiennej już dziełami rozbiorowemi. A Chrystjana towarzyszyła mu wtedy w mieście nad Pleissą. Ale jakżeż inaczej spływały dni małżonkom królewskim: August wieczerzał u hrabiny Esterle, rozkoszował się „Skąpcem” Moljera, hulał; królowa zrzadka tylko sekundowała mu w tych zabawach,. pilnując raczej gorliwie nabożeństw w miejscowych „kirchach” protestanckich.

A czem znowu trudniła się Chrystjana, gdy małżonek jej zdobywał na dalekiej północy, pod Rygą, wątpliwe laury? Wychowywała młode Niemeczki, opiekowała się studentami, kalekami, karłami, trzymała do chrztu w swojej kaplicy zamkowej żydów, jak tego „sefardima” Pintiego, którego obdarzała mianem ojcowskiem Chrystjana Ernesta. W Wielki Piątek 1701 r. płonął jej pałac, którą to klęskę rozdrażnieni zelanci luterańscy przypisywali „rzymskim podpalaczom”. A w dzień jej urodzin kamerjunkier jej von Bunau, podochociwszy sobie na przyjęciu u królowej, spadał przez rampę do klatki schodowej i ponosił śmierć na miejscu.

Nadszedł rok 1702, dla Augusta i Polski rok klęskowy, rok ponownego zajęcia Warszawy przez Szwedów, rok porażki kliszowskiej. Gwiazda Augustowa błyszczała coraz bledziej. Rok 1704 pozbawił króla tronu polskiego, na ten tron wyniósł zaś Leszczyńskiego. August uciekł z Krakowa do Drezna samotrzeć, w towarzystwie gwardzisty Boblinga i kamerdynera Spiegla, męża swojej Fatymy, a uciekał tak zdrowo, że aż odśpiewano w Dreźnie za jego przyjazdem. „Te Deum”.

Świtały teraz dni Coseli. Smukła brunetka, pełna życia i ognia, tak gwałtowna, że gotowa była policzkować, biczować, czy nawet zabić przeciwnika, tak zabobonna, że z miłości do „Kabały” chciała podobno przechodzić aż na judaizm, zajęła teraz miejsce Chrystjany Eberhardyny. Ale była ona gorliwą protestantką, tak jak i Chrystjana, wstawiała się tedy za małym kronpryncem, aby mu nie kazano przechodzić na katolicyzm. Nie wywdzięczył się jej — mówiąc nawiasem — August III za tę troskliwość, gdyż śladem ojca przetrzymał ją w więzieniu stolpeńskiem, dokąd wtrąciła ją była własna jej pycha i intrygi dworskie, aż do późnej jej śmierci (31 marca 1765).
(…)
Prawdziwy szczęk broni wyrwał znów elektora spośród teatralnych kindżałów. Był teraz rok 1696. August w tym roku został, jak wiemy, ojcem dwu synów: 7 października rodził mu się w Dreźnie August III, w trzy tygodniee później, w pobliskim Goslarze, Maurycy Saski, syn rozkosznego Moritzburga, przyszły marszałek francuski. Aujista wtedy w Dreźnie ani w Goslarze nie było, bawił w Wiedniu i nad modrym Dunajem wypoczywał po trudach pierwszej swojej kampanji tureckiej. To pierwsze wszakźe „turkobójstwo” Augustowe wypadło fatalnie. „Wnuk Marsa”, traktowany zgóry przez hardych, jak sam cesarz Leopold, Austrjaków, „meteków” zresztą z Południa, jak Caprara czy Veterani, spóźniał się wszędzie i stał bezczynnie pod Piotrowaradynem, podczas gdy Turek przeprawiał się przez Dunaj pod Temeszwarem. Tracił August ludzi i zapasy, gubił się w bagnach i torfowiskach, ba! przegrał podobno nawet jedną z bitew, upiwszy się — ile mu to zarzucali feldmarszałkowie cesarscy — przed przejęciem komendy nad szturmem; w każdym więc razie pomimo osobistego męstwa nie zasługiwał on ze strony Turków na rzekomo przyznany sobie przez nich przydomek „demir delha” (pięść żelazna).

Gdy jednak żądza, jego sławy spaliła — i raz nie ostatni — na panewce, to żądza uciech pełnej zato doznała satysfakcji. Nastąpił bowiem karnawał drezdeński roku 1696, mający za tło odnowione świeżo dzięki pożyczce bankiera Berenda Lehmanna komnaty zamkowe, a rozdwojony pomiędzy Chrystjana a Aurorą. Królowała przecie raczej ta ostatnia, występując w punkcie kulminacyjnym zabaw, w balecie „Święto Muz”
(…)
W dwa miesiące po wspomnianym pobycie Prusaków w Dreźnie (17 marca 1728) wysłał August do Berlina kapitana Karola Fryderyka Poppelmanna, syna budowniczego „Zwingeru”, który zawiózł Fryderykowi Wilhelmowi I — wraz z „okrągłym stołem”, wykonanym ściśle na wzór tego, jaki gość królewski oglądał był u gospodarza swojego w Dreźnie, i „kilkoma innemi drobiazgami” — pismo odręczne, zawierające nominację króla pruskiego na „Kompatrona Okrągłego Stołu” i upoważniające go w tym charakterze do zwoływania i odbywania zebrań stowarzyszenia, gdzie i kiedy uzna to tylko za stosowne. Miał mieć odtąd król pruski prawo przyjmowania do związku nowych współbraci, opatrywania ich odpowiedniemi urzędami i zdobienia ich odznakami związkowemi. ,,Ku uwierzytelnieniu tego — kończył „Mocny” dokument ten swój nominacyjny — położyliśmy… podpis nasz i opatrzyć kazaliśmy go wielką pieczęcią związkową. Dan u Okrągłego Stołu 13 marca 1728″.
(…)
Wybuchła tymczasem wojna Północna. Skarb jegomości króla polskiego wyczerpany był i pusty. Było więc rzeczą owego „contubernium” alchemicznego pomyśleć wtedy o ponownem jego zaopatrzeniu. Toteż pierwsze te lata nowego stulecia wypełnia Augustowi gorączkowe poszukiwanie złota, a raczej „sekretu” wyrabiania tegoż. I tak w roku 1701 zjawiają się kolejno w Warszawie, gdzie bawił wtedy król, dwaj alchemicy: Ange d’Ombrie, przybywający z Wiednia, i Jan Fryderyk Bottger, przybywający z Berlina. W roku 1702 wysyła król po „sekret” robienia złota do Holandji i Francji Tschirnhausa. Stamtąd biegnie nasz mag do króla, do Sandomierza, gdzie w kwaterze monarszej poufne z Augustem odbywają obaj narady. Nareszcie w styczniu 1704 fatyguje się, przyjeżdżając potajemnie z Berlina do Drezna celem konferowania z Furstenbergiem i Flemmingiem, sam Leibniz z impulsem dla monarchy, zamiłowanego — jak on mówił — „w realjach”, do założenia nowej „sociełe des sciences”, akademji bodaj „filadelficznej” — termin masoński, używany przez samego Leibniza (którego przyjaciel Manteuffel upatrzony był bodaj na pierwszego jej prezydenta) — nowego, szerszego zapewne „contubernium”, wiemy zaś już, czem naprawdę bywały tego rodzaju „sociełes” czy „akademje”, chociażby z pozorów parały się istotnie „realjami”.

Po drugim wszakże torze posuwała się wtedy już myśl Augustowa. Krótko bowiem przed ową drezdeńską wizytą Leibniza, — czy zaś zupełnie bez związku z temi odwiedzinami? — w jesieni mianowicie roku 1703 rodził się — jak wykazuje Droysen — „wielki plan” („grand dessein”) Augustowy.

Pukał wtedy mianowicie „Mocny” po raz pierwszy do Berlina z zapytaniem, czy świeżo ukoronowany król pruski nie byłby skłonny, przy współudziale Karola XII — Szweda zwycięzcy, podzielić się z nim niby łupem wojennym Rzecząpospolitą.

(…)
Ma dla nas „Bractwo” wyraźny już charakter masoński. Pijactwo jego — tak bardzo odpowiadające zarówno epoce, jak środowisku — przybrane jest tutaj we formy rytualne, naśladowane najwyraźniej z „Palmenordenu”: spłaszczony „Stumphchwanz”, to dokładny przecież odpowiednik płaskiego również (o bluźnierczej nazwie) „Oelbergera”. Pieczęć jest wybitnie „różokrzyżowcowa”. Zaczerpnąć jej mógł „Patron” – August z „contubernium” jeszcze alchemicznego, z młodszych lat obcowania i współżycia z Paulim, Petersenem i Tschimhausem. Jeżeli zaś „Ordre de la Joie” był istotnie tworem tegoż Tschirnhausa, to stamtąd też zapożyczony został zapewne ów beztroski ton radości, radości życia i użycia, który przenika symbolikę statutów oraz pieczęci „Bractwa”. Zbiegała się zaś symbolika ta dokładnie z libertyńską doktryną Tolanda, ze wskazaniami jego mianowicie, że „radość jest dla mędrców cenniejszą od życia” i że „jest (ona) znamieniem człowieka wolnego”, a gdzież mogła się radość taka realizować swobodniej, jak nie w takim „androgynicznym”, na wzór „Akademji prawdziwych kochanków”, „zakonie”, „zakonie”, którego celem było „królestwo świeckie, ziemskich pełne rozkoszy”, „Wein, Weib und Gesang”?

O tern, że „Bractwo” funkcjonowało istotnie, świadczy przytoczony przez nas wyżej protokół berliński. Z Berlina też narzucano mu prawdopodobnie cele polityczne, o których nie wątpią Beschorner ani Haake. Z tego zaś, że w tej przeważnej politycznie filjali berlińskiej brali udział, w pewnej może niezgodzie ze statutowym charakterem drezdeńskim „Bractwa”, sami tylko mężczyźni, przypuszczać wolno, iż dzięki tej okoliczności zastrzeżony również w statutach „sekret” był tu pewniejszy. Prusacy i Sasi imputowali sobie zresztą, jak widzieliśmy, nawzajem ową wstępną inicjatywę rozbioru. Dla nas w każdym razie jest szczegółem zasadniczo ważnym fakt, że obaj główni — poza wolnomularzem Manteufflem — wykonawcy „wielkiego planu”, zarówno Bruhl, jak i Marschall, byli masonami-okultystami.

Moc nareszcie światła na wpływy zakulisowe, czające się w podziemiach „Bractwa”, światła bardziej rażącego, niż to którem prześwietlić byśmy zdołali kabalistykę właściwą związkom tajnym, oraz motywy hebrajskie, trafiające się zarówno w „Palmenordenie”, jak i w „Różokrzyżu” — dostarcza nam impreza owa dyplomatyczna „żydów nadwornych” Augustowych, owo „faktorowanie” „wielkim planem” pomiędzy Dreznem a Berlinem ze strony Berenda Issachara ha Levi-Lehmanna, tak wpływowego na dworze sasko-polskim, jak również wśród własnych współwyznawców, bankiera oraz szwagra jego, Jonasza Meyera. Ale narazie nie pomogły te „wielkie plany”, nie pomogły zbrojenia i „kampamenty” Augustowe, jak nie pomógł formowany przezeń w kontakcie z Berlinem, a z myślą o zamachu stanu pułk „grandmuszkieterów” Rutowskiego. Wszystko to się nie udało, udaremnione, jak wiadomo, przez śmierć królewską.

*********


„ŹRÓDŁO PIERWSZEGO ROZBIORU”

Oto, co czytamy w tekście (francuskim) pamiętników Stanisława Augusta, wydanych w Petersburgu, w samym przededniu wielkiej wojny.

„Trzeba tu dosięgnąć — pisze król – pamiętnikarz — źródła… pierwszego rozbioru Polski. Bawił podówczas w Petersburgu dyplo-mata duński, niejaki hrabia von Asseburg, człowiek w gruncie rzeczy przekupiony przez króla pruskiego i o wiele gorliwszy i czynniejszy w służbie tego ostatniego księcia, niż w służbie króla duńskiego. Asseburg zdawał sobie sprawę z kłopotów i troski, które interesy polskie sprawiały dworowi rosyjskiemu. (Z drugiej strony) wiedziano w Eu-ropie oddawna o ślepej predylekcji Panina (kanclerza rosyjskiego) względem króla pruskiego, który mu kadził w listach, pisząc, iż nie chce się rządzić czem innem jeno jego radą. Znał (również) Asse-burg nienawiść osobistą dwu braci Czernyszewów: Zachara i Iwana w stosunku do króla polskiego…, (nienawiść datującą się) od początku panowania Katarzyny II, Na mocy tego wszystkiego powziął Asse-burg próbę podsunięcia imperatorowej projektu rozbioru Polski. Pro-jekt ten skierował najpierw do króla pruskiego. Jest faktem, że Fry-deryk odrzucił go początkowo jako chimerę niewykonalną, Asseburg wszakże się tern nie zraził… otrzymał nareszcie zgodę króla pruskiego na (dalsze) zabiegi w Petersburgu, nietylko w kierunku zy-skania tamże aprobaty dla projektu rozbioru, ale i celem skłonienia Petersburga do zaproponowania go przyszłym współrozbiorcom. Wie-lokrotnie i z… naciskiem powtarzał (Asseburg), że Rosja nigdzie in-dziej nie jest zdolna się za straty poniesione w wojnie tureckiej od-szkodować, jak tylko w Polsce, a dalej, że Berlin i Wiedeń nigdy nie spoglądałyby spokojnem okiem na (ewentualne) zdobycze Rosji w Polsce, gdyby analogicznych nie uzyskały dla siebie kompensat: że — następnie — ofiarowywując Austrji kawałek znaczny Polski, oderwie się ją w ten sposób od Porty i Baru, Porty, której Wiedeń obiecał pomoc efektywną, i Baru, któremu służył pośredniemi posił-kami, co wszystko tern bardziej dogadzać powinno Austrji, że już była pozwoliła sobie na uzurpację (Spiżu i Nowotarszczyzny)… (I mówił) Asseburg… do Panina:

„Jeżeli się panu uda zjedno-czyć ze sobą dwory berliński i wiedeński w łupie rozbiorowym, od-bierze pan (zarazem) królowi i narodowi (polskiemu) wszelkie środki oporu przeciwko projektom hegemonji (rosyjskiej).,, w Polsce, ustano-wi pan w tym kraju formę rządu, panu dogadzającą, i uprawomocni pan wszelkie korzyści dla dyssydentów i dyzunitów, na których wyro-bieniu tak bardzo zależy imperatorowej, a zarazem przysporzy pan Rosji bardzo wielką prowincję, wielkie dochody i wielkie środki gwoli nagrodzenia sług państwowych, cywilnych i wojskowych”.

Suma wszystkich tych objektów zdecydowała w końcu imperatorowa. Rozkazała zakomunikować je królowi pruskiemu, który potra-fił udać, że te idee są dla niego nowe. Nie omieszkał dodać przytem insynuacji, że nie wystarcza zachęcać, ale że w razie potrzeby wy-padnie przymusić Austrję do wzięcia udziału w rozbiorze.

Marja Teresa, wystraszona olbrzymią i jaskrawą niesprawiedli-wością, do której ją skłaniano, sprzeciwiała się jej długo wskutek skrupułów sumienia. Zebrała „juntę”, złożoną z trzech teologów ze swoim spowiednikiem na czele, ażeby przedyskutować ten „casus”. Kiedy się narada ich przeciągała, a nawet dwóch spomiędzy obradu-jących zamierzało odrzucić propozycje dworów rosyjskiego i pruskie-go, Józef II (wtedy) już cesarz… wtargnął do komnaty, gdzie obrado-wała rada teologiczna, i zmusił ją do opinji afirmatywnej… Król pruski mawiał odtąd powielekroć:

„Europie się wydaje, że to ja jestem sprawcą pierwszego podziału Polski, a przecie projekt ten urodził się w Rosji”.

Między innemi, wyrzekł (Fryderyk) tego rodzaju słowa do Krasickiego, biskupa warmińskiego. Cały (zaś) de-tal manewru Asseburgowego doniesiony został królowi (polskiemu) za pośrednictwem posła, którego miał wówczas (król) w Petersburgu (Psarski a może raczej Deboli), co potwierdzone zostało również w ca-łej pełni przez… Stackelberga… Asseburg, dokonawszy niegodziwego swego dzieła, zebrał jego owoce, opuszczając służbę duńską i kupując ziemie obszerne w Rze-szy, gdzie zamieszkał.”

Ród Asseburgów, wywodzący się od Gunzelina z Wolfenbuttel, stolnika świętego rzymskiego cesarstwa, skłóconego osobiście z papieżem (wiek XII), jednoznacz-ny — od średniowiecza — z Hindenburgami (w wieku XIII i XIV podpisują się rycerze z tego rodu: von der Hindenburg und von der Asseburg), wydał w stuleciach XVII i XVIII troje członków, którzy w ten czy inny sposób mieli jakowyś związek z Polską. Pierwszą z nich była, jak wiemy już, Rozamunda Juljanna von der Asseburg, „Sybilla z Luneburga”, medjum i wizjonerka, towarzyszka pietysty i okultysty Jana Wil-helma Petersena, który zapewne z jej pomocą wywróżył Augustowi Mocnemu koronę polską.
Drugim był — Herman Werner auf Hindenburg und Wallhausen, ochmistrz dworu arcybiskupa elektora kolońskiego Klemensa Augusta Wittelsbacha, wnuka (przez matkę) Sobieskiego. Z tego to dworu nadreńskiego, peł-nego lekkich a tajemniczych — w guście epoki — zabaw, „amusements mysterieux” (książę-arcybiskup był m. in. założycielem romantycznego „zakonu mopsic”) wyszła — jeżeli liczyć omawiany wyżej, przypuszczalny impuls Asseburżanki — druga inicjatywa obsadzenia tronu polskiego, przyczem ochmistrz elektorski odegrał wyraźniejszą przy tem już rolę, niźli ongi kuzynka jego czy ciotka Roza-munda: „Je crois que le grand-maitre — pisała wtedy inna jego kuzynka do kuzyna Achacego Ferdynanda (o którym będzie zaraz mowa niżej) — a herce le Prince de Hesse de la couronne de Pologne…” Trzecim z Asseburgów, który zaważył na losach Pol-ski, był rzeczony Achacy Ferdynand. Nim wszakże za-poznamy się z jego karjerą, karjerą typowego rokokowe-go kameleona, słów parę poświęcić wypadnie dworowi, na którym karjerą jego wyrosła. Dwudziestotrzechletni Ferdynand Achacy von der Asse-burg, junkier, bibosz, palacz i rajtar w stylu późniejszego Ottona Bismarcka, przybył wiosną 1744roku na dwór kasselski. Hesją rządził wówczas — jako namiestnik landgrafa Fryderyka I, który był zarazem królem szwedzkim — późniejszy landgraf Wilhelm VIII, gorliwy protestant, podczas gdy syn tegoż, młody następca tronu Fryderyk, nosił się już od dwóch lat podobno z zamiarem przejścia na katolicyzm.

Fryderyk, urodzony w roku 1720, o rok zatem star-szy od Asseburga, już jako młodzieniaszek dziewięcioletni brał udział w przeglądzie najemników heskich, których je-go ojciec konsekwentną tradycją domu swojego sprzeda-wał w służbę angielską. Fryderyk tak dalece przypadł do gustu obecnemu na przeglądzie królowi angielskiemu Jerzemu II, że mu ten — po latach jedenastu — oddał za żonę córkę swoją Marję. W wojnie sukcesyjnej austrjackiej walczył Fryderyk dzielnie, osobliwie w Szkocji, do-kąd powołał go teść angielski, krwawo się wtedy zmaga-jący, zwłaszcza pod Culloden, z pretendentem Stuartem. Była też wtedy mowa o wyniesieniu młodzieńca na tron szwedzki po spodziewanej śmierci wspomnianego wyżej stryja. Tymczasem jednak przeważyły inne miraże. W roku 1749 przeszedł młody książę Fryderyk na katolicyzm, a uczynił to, jak nam już wiadomo, pod wpływem Her-mana Wernera Asseburga-Hindenburga, którego poznał był zapewne w najwcześniejszym okresie wojny sukce-syjnej, dowodząc korpusem heskim jako feldmarszałek cesarza Karola VII z rodu Wittelsbachów, rodzonego brata tegoż elektora kolońskiego, na którego dworze ochmistrzował wspomniany Herman von Asseburg. A czy i jaką rolę odgrywał przytem służący współcześnie na dworze kasselskim kuzyn jego, Ferdynand Achacy? Nie wiemy.
Tymczasem losy tego ostatniego uległy pierwszej za-sadniczej zmianie. W Paryżu, gdzie — z młodym księ-ciem heskim — spędził był zimę z przełomowego dla tegoż roku 1749 (roku nawrócenia) na 1750, poznał Asseburg grubą rybę dyplomacji współczesnej, Jana Hartwiga Bernstorffa. Był podówczas Bernstorff posłem duńskim przy dworze francuskim, miał zaś wkrótce zostać duńskim ministrem spraw zagranicznych. Należał do rodziny, której nazwisko zapisało się w dziejach duńskiego okultyzmu, na listach mianowicie szkoły hermetycznej t. zw. iluminatów kopenhaskich, którym przewodniczyli królowie i książęta z panującej tamże rodziny; sam w każdym razie Bern-storff był wojującym protestantem, czego dał dobitne do-wody swojemi gwałtownemi interwencjami w sprawie dyssydenckiej w Polsce.
Bernstorff pociągnął Asseburga do służby duńskiej (1753), mianował go posłem duńskim przy dworze szwedz-kim (1755—60), dalej — przedstawicielem króla Fryde-ryka V przy wyborze i na koronacji cesarza Józefa II we Frankfurcie (1763), posłem w Stuttgarcie (1764), Peters-burgu (1765—8) i ponownie w Stuttgarcie (1769—71). Towarzysz paryski Asseburga, książę heski Fryderyk, został tymczasem landgrafem (1760). O koronie polskiej marzyć nie przestawał, a tylko protekcję angielską zamie-nił tymczasem na bliższą, pruską. W wojnie siedmiolet-niej funkcjonował więc jako pruski generał-lejtnant, czy potem jako wicegubernator Magdeburga, przez żonę zre-sztą bliskim był powinowatym starego Fryca. Otaczać się po wszystkie czasy lubił nowy landgraf awanturnikami. I tak jednym z jego kamerjunkrów był baron Adolf Knigge, jeden z najniebezpieczniejszych przy-wódców osławionej sekty iluminatów bawarskich, zacie-kły wróg jezuitów. Zachował się tekst jednego z listów landgrafa do Kniggego, pisany w jakiejś czarnej dla tego ostatniego godzinie:
„Mój drogi kamerjunkrze.., — pisał do niego Fryderyk — ufam, że pan zdoła uporządkować swoje interesa i będzie w ten sposób mógł pozostać w mojej służbie, jako że bardzo jestem zadowolony z pana. Jest pan zręczny i pilny. Pragnę więc, żeby pan się uspokoił. Po-trafię zresztą przy sposobności panu wykazać, że żywię dla pana zawsze te same uczucia…” Tak czule pisał landgraf jegomość do przyszłego bu-rzyciela porządku społecznego. O innej tego samego ro-dzaju jego frekwentacji dowiadujemy się z kopji, której mi łaskawie dostarczyło po-landgrafowskie archiwum marburskie, z kopji listu zausznika landgrafowskiego, gene-rała Marcina Ernesta Schlieffena, który trzy lata przed-tem plątał się po Warszawie w rzekomych interesach dyssydenckich, do Karola Wilhelma Roberta, superintendenta i profesora w Marburgu. „Skoro zostało już postanowione — pisał mianowicie nie bez nie-pokoju generał do wpływowego snadź na dwarze beskim teologa, 17 lu-tego 1771 r. — że kawaler Bollo ma przybyć (do Kasslu), wydaje mi się, że należałoby widzieć się z nim w największej, jak tylko można, tajemnicy. Jeżeli jegomość landgraf zamierza się z nim (osobiście) spotkać, to publiczność tajemnicę przeniknie, co byłoby z (niewątpli-wą) szkodą. Jeżeli (natomiast) Jego Wysokość zadowoli się wejściem z nim w porozumienie za pośrednictwem osoby zaufanej — powiedz-my: ministra Althausa, to to byłoby (oczywiście) najlepiej. Jeżeli jednak Jegomość landgraf chce się koniecznie z (awanturnikiem).,, zetknąć, oto, jak, zdaniem mojem, postąpić należy. Nie trzeba (pod żadnym warunkiem), iżby się imć Bollo pojawił na dworze. Niechaj występuje „incognito”, tak jakgdyby jedynym jego celem było ogląd-nięcie ciekawostek Kasslu. (Kapitan) Fuchs zaprowadziłby go po paradzie albo do galer j i obrazów albo do pałacu landgrafa, a Jego Wysokość spotkałby się tam z nim niby przypadkiem. Serdecznie życzyłbym sobie — dodaje wytrawny generał — że-by jegomość landgraf wogóle nie wchodził w porozumienie z tego ro-dzaju człowiekiem. Jest to bowiem alchemik, który będzie łudził Jego Wysokość złotem, chcąc sobie przywłaszczyć jego pieniądze.”

Kimże był ten Bollo? Na to pytanie odpowiedź wy-czerpującą daje nam świetna monografja Ottona Forst-Battaglii „Eine unbekannte Kandidatur auf den polnischen Thron”. Awanturnik wielokaratowy, typu Cagliostra czy Ca-sanovy, czy bardziej w Polsce akredytowanego typu Ghigiottich i Piattolich, Cocceich i Corticellich, Thomatisów i Bacciarellich. Syn genueńskiego kupca, abbate o niż-szych święceniach, od stycznia 1766 r. mianowany w rodzinnem swojem mieście rezydentem Rzeczypospolitej o kompetencjach natury głównie ekonomicznej, pożyczko-wej, z rokiem 1767 — dzięki protekcji osławionego Młodziejowskiego — kawaler św. Stanisława i indygena pol-ski, później — wskutek romantycznej, trucicielskiej afery z żoną jednego ze sekretarzy królewskich — pokłócony z Warszawą, z królem, z Czartoryskimi, zwrócił się Bollo do przywódców konfederackich na emigracji, przewędrował Berlin, Drezno i Frankfurt i zapoznał się w tem ostatniem mieście ze wspomnianym już kapitanem heskim Fuchsem, z którym po rozmowie „wentylować” jął pośród konfede-ratów kandydaturę landgrafa na tron polski. A kandydatura ta nie była wogóle nigdy zeszła z wo-kandy intryg europejskich. „Wentylował” ją był po śmierci drugiego Sasa stary Bestużew, groził nią w stycz-niu 1770 r. Stanisławowi Augustowi Fryderyk pruski. Bollo ze swej strony planował kompensatę dla mającego być zdetronizowanym Poniatowskiego na Wołoszczyźnie i szukał poparcia Anglji, przeznaczając dla jednego z jej książąt inwestyturę kurlandzką. A był to przecie zarazem już na świecie — na tę wiosnę 1771 r. — ostry przednówek rozbiorowy. Właśnie podczas pobytu Bolla w Kasslu decydował się w Berlinie pierwszy rozbiór. Właśnie powrócił był z Petersburga brat Fryderyka książę Henryk pruski, a na cztery dni przed audjencją Bolla u landgrafa pisał król pruski do swojego posła nad Newą: „Użyj pan wszelakich możliwych środków, aby sprokurować mi kawałek Polski”. Fryderyk wiedział, że kruszała już dla jego projektu carowa, zmięk-czona zapewne propagandą Asseburga, że popierali go Czernyszewowie, ale niezupełnie pewien był jeszcze oddanego zresztą sobie Panina, więc użyć postanowił szan-tażu z konfederatami. Zachęcił tedy posłusznego mu land-grafa do „flirtu” z tymi ostatnimi, w pierwszej zaś poło-wie kwietnia zjawił się we Frankfurcie, a więc wpobliżu Kasslu sam Asseburg, o którym Bollo taką landgrafowi 13 kwietnia 1771 przesyłał wiadomość: „Mam zaszczyt zakomunikować Waszej Wysokości, że spędziłem cały dzień wczorajszy z przybyłym tutaj (do Frankfurtu) baronem Asseburgiem.,. (Wink zapytałem go się między innemi, kogoby z książąt Rzeszy uważał za najbardziej odpowiedniego kandydata do tronu polskiego: odpowiedział mi z całą szczerością, że nie widzi innego poza Waszą Wysokością…”.

Asseburg odegrał więc w tym momencie dziejów na-szych niemniej doniosłą niż poprzednio w Petersburgu ro-lę: zapalił lont, od którego wylecieć miała w powietrze integralność Polski. Jak w Rosji wysługiwał się był inte-resom aneksyjnym pruskim, „pilotował” księcia Henryka, wpływał na carową, Czernyszewów, Panina, tak teraz wy-perswadował landgrafowi, że tak długo, jak stanie Stani-sława Augusta w Warszawie, nie będzie miejsca dla land-grafa jako jego następcy. Toteż „Fryderyk heski… — pisze Battaglia — i Bollo… znaleźli środek wywołania wakansu w Warszawie (w postaci) uprowadzenia Poniatow-skiego”. Tu leżała przyczyna pierwsza nieszczęsnego za-machu listopadowego warszawskiego, tu zarazem leżał, jak wiadomo, kamień obrazy dla dworów europejskich, dla opinji europejskiej, wygodny pretekst dla samorozgrzeszenia się zaborców i biernie się robocie ich przypatrujących komparsów na Zachodzie. Odtąd był rozbiór kwest ją ty-godni i miesięcy. Niegodziwa robota Asseburgowa wy-dała plon.

Na zakończenie — pytanie ostatnie, tyczące się po-średnio zacytowanego z pamiętników Stanisława Augusta na wstępie „alibi” rozbiorowego króla pruskiego. Wiadomo nam skądinąd, że już w końcu 1769 r. wysłał był Fryderyk „projekt podziału Polski pod pseudonimem hrabiego Lynara jako nieurzędową insynuację do Peters-burga…” Mamy tu więc do czynienia z drugiem już, bardziej jeszcze od Asseburga tajemniczem „źródłem pierwszego rozbioru”. Był to zapewne tenże sam Lynar, który o lat kilkanaście wcześniej, bo w r. 1757 podczas wojny siedmioletniej, zawierał, jak wiemy, z marszałkiem de Richelieu konwencję w Klosterseven, co przywracała od-dech pognębionemu już niemal na zawsze Fryderykowi, z największą szkodą monarchij austrjackiej i francuskiej. Był zaś ten Lynar — jak go charakteryzuje autor współczesny — postacią osobliwą, podobnie jak Asseburg czy Bernstorff, pietystą-iluminatem, który, jak wiemy również, pisał do powiernika na temat zawartej przez siebie kon-wencji: „Duch święty dał mi siłę powstrzymania postępów Francji, jak niegdyś Jozue zatrzymał był słońce…”
Asseburg i Lynar — były to zatem główne tajemne sprężyny upadku Rzeczypospolitej. Dopomagał im alche-mik Bollo, maczał po łokcie ręce w morderczej dla Polski aferze dyssydenckiej najbliższy przyjaciel Asseburga Bernstorff, a protektor znów Asseburga i Kniggego land-graf heski współpracował z Asseburgiem i Bollem w pro-wokacji listopadowego zamachu. Nie wiedział zapewne ostatni król-pamiętnikarz o wszystkich szczegółach tej intrygi, ale — trafnym wiedzion instynktem i dobrze po-informowany w dodatku przez dyplomację polską — na-zwał bez zastrzeżeń potomka Asseburgów i Hindenburgów — naprzekór nieszczerym wykrętom Fryderyka — właściwem „źródłem pierwszego rozbioru”.

Zbliżając się do zakończenia niniejszej pracy, a jak już powiedziałem w przedmowie, uważając ją za zabieg pionierski, czuję się w sumieniu swojem autorskiem obo-wiązany do wyłuszczenia jeszcze na kilku stronach, co, zdaniem mojem, pozostaje do zrobienia, chociażby w za-kresie chronologicznym, jaki sobie zakreśliłem, aby wy-świetlić rolę tego „związku grabarzy” polskiej niepodle-głości, jak trafnie określił rolę masonerji znakomity autor.
Dużo, istotnie bardzo dużo. Jeżeli udało nam się rzucić nieco światła na genezę jej u nas saską, to im dalej w gąszcz matactw rozbiorowych, temci ciemniej. Nie znamy statutów „Trzech braci”, warszawskiego „Dobrego Pasterza” czy lóż mniszchowskich, jak wcześniej pozna-liśmy statuty „Wrogów wstrzemięźliwości”. Żadna pie-częć nie zdradza nam manewrów Imć Pana Andrzeja Mo-kronowskiego, a nad archiwum jego zaciężyło nawet ja-koweś fatum: nie wetują jego straty nędzne ułamki u „Krasińskich”, podczas gdy zaginęło gros jego, będące ■pono do wojny w rękach ś. p. Adrjana Chełmickiego1), i nie ostał się dla potomności pamiętnik, cytowany przez Dorowa. Słowem, pan Andrzej, praojciec masonerji pol-skiej, jak był sfinksem za życia, tak i po śmierci zapaść się potrafił w piasek niepamięci. Jeśliśmy zatem z konieczności dotknęli się tylko bo-hatera „Sekretu”, to powierzchowniej jeszcze potraktowa-liśmy druha jego Mniszcha, do którego tak pięknie pisał wojewoda mazowiecki w r. 1760: „Waćpana rozkazy zawsze będą regułą życia mego” („Kochaj-my się jak bracia”) Wypadnie więc pod tego rodzaju kątem widzenia przewertować raz jeszcze słynne teki mniszchowskie, czego zapewne nie uczynili Szujski ani Konopczyński i skonfron-tować rezultat z Dreznem przynajmniej i Paryżem. Wtedy może więcej padnie światła na „kabałę dukielską”: na panią Amelję, co była córką obermasona i siostrą czte-rech innych masonów; na jej „sigisbeja”, „brata” Wielhor-skiego, na cały ten światek lożowy, od kuzynów: Lubo-mirskich, Ogińskich i Potockich (czyżby Eustachy, Stamm-vałer w takim razie, bujnej filjacji masońskiej?) aż do szarlatanów w guście Toux de Salverte. Gdy się to sta-nie, zrozumiemy dopiero „pana krakowskiego”, którego na-świetliliśmy tu jednem mignięciem, na tle jego rezydencji krakowskiej, co była też właściwą centralą loży jego pa-łacowej2) — w wysoce coprawda kompromituj ącem towa-rzystwie „bolszewika” Mablyego,

Chciałbym też, by znawcy źródeł rosyjskich powie-dzieli nam, w związku z badaniami Pypina czy Wasilczykowa, z dziennikiem Corberona, coś więcej o roli tych mo-żnych prekursorów czy promotorów rozbioru — Rosjan, działających na gruncie polskim „braci” Razumowskich i Repninów, tych konfidentów ambasady rosyjskiej w gu-ście „braci” Auberta czy Aloego i t. d,, i t. d., i t. d. Na bliższe również zbadanie zasługuje ekipa saska, owa ekipa, o której mówi Rulhiere, wykształcona przez Bruhla, a przywykła do „podziemnych intryg”…….

Źródło: marucha.wordpress.com
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »