Author Topic: Czy wiara w Boga jest trudną życiową próbą.  (Read 880 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Czy wiara w Boga jest trudną życiową próbą.
« on: (Mon) 26.05.2014, 11:25:32 »
Czy wiara w Boga jest trudną życiową próbą.


Quote
Miłujący Boga nie mają religii, tylko samego Boga. - Dżalaluddin Rumi

Quote
Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez Boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego, co przynosi powodzenie wam i innym - Kalama Sutra, Budda Siakjamuni

Quote
Ja mogę ci dać mapę, ale to ty musisz iść, ty musisz podróżować, ty musisz wędrować. - Osho: Mapy świadomości

Quote
Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry. - Sören Kierkegaard

Quote
Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli. - Ewangelia św. Łukasza (11: 52)

Quote
Faryzeusze i skrybowie otrzymali klucze poznania i ukryli je. Nie weszli i nie pozwolili wejść tym, którzy tego chcieli. - Nowoodkryta koptyjska Ewangelia św. Tomasza

Quote
Jezus powiedział, że królestwo niebieskie jest w tobie. Ale dokładnie tam leży też królestwo piekielne - Dale Carnegie


Zacznijmy od ustalenia, czym jest "wiara" i co w ogóle oznacza to słowo.

Przejrzałam w tym celu kilka encyklopedii oraz haseł, znalezionych przez wyszukiwarkę Google i zrobiło mi się niewesoło.

Nasza najszacowniejsza i najważniejsza encyklopedia, ta wydana przez Wydawnictwo NAUKOWE (sic!) PWN, przedstawia wykładnię znaczenia słowa "wiara" wyłącznie z punktu widzenia religii katolickiej: "WIARA, osobowy, świadomy i wolny akt ludzki (akt rozumu i woli) afirmujący istnienie Boga, Istoty Najwyższej, siły nadnaturalnej, Absolutu; w chrześcijaństwie - postawa człowieka wobec Boga, który objawia mu siebie oraz swoją wolę zbawczą, wiara odnosi się zatem do osoby Boga, jak i prawdy przez nią przekazywanej; jako tajemnica (misterium) jest wiara nadprzyrodzonym darem Bożym i jednocześnie odpowiedzią człowieka (poruszonego działaniem Ducha Świętego) na ten dar; wiara obok nadziei i miłości stanowi tzw. cnotę teologiczną; wiara jest aktem wspólnotowym, to znaczy, wiara Kościoła "poprzedza" wiarę konkretnego człowieka (...)" i tak dalej w tym kaznodziejskim stylu.

Wygląda na to, że encyklopedyczne hasło opracował ksiądz i że dokonał tego na zlecenie Kościoła Katolickiego, a nie wydawnictwa NAUKOWEGO.

W haśle tym nie ma ani słowa o jakimkolwiek innym rodzaju wiary, a przecież ludzie wierzą w różne rzeczy i nierzadko są gotowi za te wierzenia oddać życie.

Podobne wyłącznie katolickie "prawdy uniwersalne" znalazłam w zdecydowanej większości innych źródeł. Na przykład wyszukiwarka Google po wpisaniu hasła "wiara" podaje prawie wyłącznie linki do stron katolickich i tylko z rzadka do należących do innych wyznań, co charakterystyczne, chrześcijańskich.

Honor encyklopedystów ratuje jedynie "Wikipedia", podając pozareligijne znaczenia tego słowa.

Mnie się najbardziej podoba takie wyjaśnienie (także z Wikipedii): "(...) wiara to akceptowanie informacji, wiedzy, preferencji i ich systemów bez osobistej weryfikacji/sprawdzenia (...)"

Powtórzę jeszcze raz: wiara to akceptowanie dowolnych informacji bez ich osobistej weryfikacji, a więc jest to dobrowolna (bądź nie) rezygnacja ze zdobycia obiektywnej i sprawdzonej wiedzy na dany temat.

Każda religia opiera się na wierze, jednak nie każda wiara jest religią, bo można wierzyć w wiele różnych rzeczy: w Boga, w Kościół Powszechny, w naukę, w ateizm, w swojego polityka lub partię, w koniec świata, w bociana, w krasnoludki, w życie na innych planetach, w przypadek, w dane statystyczne, w notowania giełdowe lub dowolną inną ideę. Dlatego, wbrew temu, co piszą religijni (i encyklopedyczni) demagodzy wiara to nie to samo, co religia katolicka.

Dlaczego wierzymy?

Wierzymy, bo potrzebnej nam wiedzy po prostu uzyskać się nie da - i tak jest w przypadku wiary religijnej - lub gdy weryfikowanie wszystkich informacji byłoby czystą stratą czasu i energii. Z tym drugim przypadkiem mamy do czynienia nie w religii, lecz np. w biznesie, kiedy z ufnością polegamy na informacjach dostarczanych nam przez maklerów giełdowych, mając przekonanie, że przedstawiane przez nich dane są godne zaufania. Wierzymy im, ponieważ wiemy, że oni czerpią zyski z naszych zysków, więc w ich interesie leży dbanie o nasze powodzenie finansowe. Podobnie, z powodu niemożności osobistego odwiedzenia każdego miejsca na ziemi jednocześnie, wierzymy środkom masowego przekazu, ufając, że nie podają one zmyślonych faktów ani wyssanych z palca interpretacji zdarzeń (z zastrzeżeniem, że obdarzanie ich pełnym zaufaniem nie jest tak oczywiste, ponieważ zazwyczaj liczymy się z możliwością, że publikatory bardzo łatwo mogą przekształcić się w tubę propagandową polityków, religii lub innej władzy).

Taką wiarą (będącą synonimem zaufania) kierują się również racjonaliści i ateiści, bo bez tego nie da się żyć ani funkcjonować w nowoczesnym społeczeństwie.

Wiara "racjonalna" to zaufanie, że zapoznając się z informacjami naukowymi, statystykami, cenami surowców czy notowaniami giełdowymi obcujemy z rzetelnymi i prawdziwymi danymi.

Niestety, wiara najczęściej bywa zupełnie irracjonalna i fanatyczna, stając się przeciwieństwem rozumu, a co jeszcze gorsze, nadmiar złej wiary może prowadzić do zupełnego zaniku krytycyzmu, a nawet instynktu samozachowawczego.

Irracjonalną wiarą kierują się również ateiści i tzw. "racjonaliści".

Ich wiara polega na całkowitym, bezrefleksyjnym i bezkrytycznym negowaniu absolutnie wszystkich zjawisk duchowych i nie uznawanych przez naukę. Ludzie ci zaprzeczają nawet zupełnie oczywistym faktom tylko dlatego, że nauka, która jest ich fanatyczną religią, nie potrafi wyjaśnić mechanizmu ich działania. Każdy podważający ich (nie)wiarę dowód kwitowany jest wyznaniem racjonalistycznego (anty)credo, które brzmi: "ja w to nie wierzę".

Ateizm jest taką samą irracjonalną (nie)wiarą jak dowolna religia.

Nie da się naukowo udowodnić istnienia Boga, to rzecz zupełnie oczywista. Ale równie oczywiste jest to, że nie da się udowodnić Jego nieistnienia. Dlatego wiara w brak Boga jest dokładnie tym samym, czym wiara w jego istnienie. Proste i logiczne, prawda?

Wielokrotnie zdarzało mi się przyłapać racjonalistów na ślepej wierze w wierutne bzdury, na zatrważającej niezdolności do samodzielnego myślenia oraz na fanatycznym odmawianiu zbadania zjawisk, które negują. Odpowiedź na propozycję wspólnego przyjrzenia się pewnym zjawiskom z reguły brzmiała "nie bo nie" lub "nie będę studiował bzdur". Towarzyszy temu z reguły duża agresja, przejawiająca się w postaci drwin lub złośliwej ironii. Dokładnie tak samo, strzelając śmiechem, traktują swoich przeciwników ludzie religijni.

Dowody na potwierdzenie braku zdolności do samodzielnego myślenia "racjonalistów" znajdują się w moich Polemikach i w FAQ.

Wiara w informacje podawane przez środki masowego przekazu stosunkowo rzadko przekształca się w fanatyzm, ale i to się zdarza. Jako przykład może posłużyć okres dochodzenia Hitlera do władzy, kiedy to propagandzie państwowej udało się doprowadzić naród do histerii i amoku, a jak się to skończyło wszyscy wiemy. Podobnie przerażające owoce wydała wiara Japończyków w boskie pochodzenie cesarza, co w połączeniu z propagandą polityczną doprowadziło do powstania oddziałów fanatycznych kamikadze, siejących paniczne przerażenie i zniszczenia wśród wojsk alianckich. Ludzie ci kierowali się szaleńczą wiarą w słuszność idei głoszonych przez swoich przywódców politycznych i wojskowych, co sprawiło, że byli gotowi z pełną euforii radością oddać swoje życie za państwo i honor cesarza.

Jeszcze bardziej niebezpieczna jest wiara religijna, ponieważ opiera się ona na czysto irracjonalnych popędach. Najczęściej stosowaną metodą bezwzględnego podporządkowywania sobie wiernych jest umiejętne wykorzystywanie i podsycanie czającego się w duszy każdego człowieka lęku, który jest szczególnie silny u ludzi żyjących w biedzie i pozbawionych dostępu do edukacji.

Tu muszę wtrącić zastrzeżenie, że pisząc o religii mam na myśli religie monoteistyczne, a więc chrześcijaństwo i islam, a nie np. buddyzm.

Religia oczywiście opiera się wyłącznie na wierze i to na jej najbardziej bezkrytycznej i irracjonalnej odmianie. Wiedzy na temat Boga, życia po śmierci, zbawienia, praw duchowych, nieomylności papieży itp. nie da się zweryfikować żadną racjonalną metodą. Nie da się tu zastosować metod statystycznych, nie istnieją również żadne eksperymenty, które mogłyby udowodnić (jak również obalić) tezę o istnieniu Boga i nieomylności kapłanów w tej kwestii.

Z tego powodu religia musi się możliwie najskuteczniej zabezpieczać przed utratą "pogłowia" wierzących w jej nauki wyznawców. W tym celu stosowana jest psychomanipulacja, a nawet różne, bardzo groźne praktyki z pogranicza hipnozy i sugestii. Wszystkie religie i sekty chrześcijańskie bazują na straszeniu ludzi wizją niedostąpienia zbawienia, czego skutkiem mają być straszliwe i wieczne męki w piekle.

Więcej na temat sposobów skutecznego usidlenia i dalszego utrzymywania ludzi w wierze napisałam w tekście o sektach.

Uważam, że wiara religijna jest w istocie perfidnym narzędziem zniewolenia ludzkości i doprowadzenia jej do zguby. Pozbawia ona ludzi zdolności do krytycznego myślenia i zabija w nich instynkt samozachowawczy. Osobnik zniewolony przez wiarę gotów jest oddać swoje życie za dowolną bzdurę, czego świetnym przykładem jest zakaz przyjmowania krwi przez Świadków Jehowy. Katolicy oraz muzułmanie mają równie liczne i równie niebezpieczne wierzenia.

Przykładem zagrożeń wynikających z wiary w "boga" Jehowę (który jest również bogiem katolików) można znaleźć na stronie Zjednoczenia Świadków Jehowy na rzecz Reform w kwestii Krwi. Zacytuję tu tylko niewielki fragment jednej z wielu wstrząsających historii śmierci wielu dzieci, które nie zgodziły się na przyjęcie transfuzji krwi. Zrobiły to z powodu rygorystycznej edukacji religijnej, jaką otrzymały w domu rodzinnym:

12-letnia Lenae Martinez, która zachorowała na białaczkę:

Lekarze uznali, że natychmiast trzeba jej przetoczyć masę czerwonokrwinkową i płytki krwi oraz rozpocząć chemioterapię.

Lenae oświadczyła, iż nie życzy sobie, aby jej podano krew lub składniki krwi, ponieważ zabronił tego Bóg, na przykład w Księdze 3 Mojżeszowej i w Dziejach Apostolskich.

(...)

Lekarze wielokrotnie rozmawiali z Lenae i jej rodzicami. Zdarzyło się nawet, iż któregoś popołudnia przyszli drugi raz. Lenae tak opowiadała o tej wizycie: "Byłam wyczerpana z bólu i zwymiotowałam dużo krwi. Zadawali mi te same pytania, tylko w inny sposób. Po raz kolejny powiedziałam: 'Nie życzę sobie żadnej krwi ani jej składników. Wolę umrzeć niż złamać przyrzeczenie spełniania woli Jehowy Boga'"

Później przyszło dwóch lekarzy i prawnik. Chcieli porozmawiać z Lenae na osobności, więc poprosili jej rodziców, by wyszli. W trakcie rozmowy lekarze byli bardzo wyrozumiali i życzliwi wobec Lenae, a jej przejrzyste wypowiedzi i głębokie przekonanie zrobiły na nich duże wrażenie.

Kiedy pozostali z nią sam na sam, oznajmili, że umiera na białaczkę, po czym dodali: "Ale dzięki transfuzjom mogłabyś jeszcze trochę pożyć. Jeżeli jednak nie przyjmiesz krwi, za parę dni umrzesz".

"Gdybym dostała krew", zapytała Lenae, "to jak długo mogłabym pożyć?"

"Trzy do sześciu miesięcy" - odrzekli.

"Co mogłabym zrobić przez te sześć miesięcy?" - spytała.

"Wzmocnisz się i będziesz mogła dużo zdziałać. Mogłabyś odwiedzić Disney World. Mogłabyś zwiedzić wiele innych miejsc".

Lenae przez chwilę pomyślała, po czym wyjaśniła: "Służyłam Jehowie przez całe moje życie - 12 lat. Za posłuszeństwo obiecał mi wieczne życie w raju. Nie odwrócę się teraz od Niego, żeby pożyć sześć miesięcy. Pragnę pozostać wierna aż do śmierci. Będę mogła wówczas liczyć na to, iż w słusznym czasie mnie wskrzesi i obdarzy życiem bez końca. A wtedy będę miała mnóstwo czasu na wszystko, czym zechcę się zająć".

Lekarze i prawnik byli najwyraźniej zdumieni. Pochwalili ją i odeszli, a rodzicom powiedzieli, że ich córka myśli i wypowiada się jak osoba dorosła i potrafi sama podejmować decyzje. Zalecili, by komitet etyki w Szpitalu Dziecięcym Yalley uznał Lenae za dojrzałą nieletnią. Komitet ten, w którego skład wchodzili lekarze i inni pracownicy służby zdrowia oraz profesor etyki z Uniwersytetu Stanowego w Fresno, postanowił, że Lenae może samodzielnie decydować o swym leczeniu. Uznano Lenae za dojrzałą nieletnią. Nie zwrócono się do sądu o wydanie nakazu.

Dnia 22 września 1993 roku o godzinie 6.30 nad ranem, po długiej i ciężkiej nocy, Lenae zapadła w sen śmierci w ramionach swej matki. Dostojeństwo i spokój owej nocy wyryły trwały ślad w umysłach tych, którzy tam byli. Na pogrzeb przybyły 482 osoby, a wśród nich lekarze, pielęgniarki i nauczyciele, na których wiara i prawość Lenae wywarły głębokie wrażenie.

Rodzice i krewni Lenae byli ogromnie wdzięczni lekarzom, pielęgniarkom i kierownictwu Szpitala Dziecięcego Yalley za to, że z taką wnikliwością ocenili dojrzałość tej młodej osoby i że decyzje tę powzięto bez udziału sądu.


Komitet etyki w szpitalu uznał, że dziewczynka jest dojrzała i w pełni świadoma oraz że w sposób zdumiewająco odpowiedzialny podejmuje decyzje dotyczące jej leczenia i zdrowia.

Ośmielę się mieć odmienne zdanie i stwierdzę, że dziewczynka działała pod wpływem wpajanej jej od urodzenia fałszywej, fanatycznej i zgubnej wiary w religijne przesądy, co pozbawiło ją zdolności do krytycznego i obiektywnego rozumowania. Była absolutnie przeświadczona, że takie jest życzenie Boga i pragnęła być mu w pełni posłuszna. Była nawet gotowa poświęcić życie doczesne dla iluzji wiecznych dóbr, które rzekomo staną się jej udziałem po śmierci.

Na podstawie tej historii oraz obserwacji poczynań innych fanatyków religijnych, np. terrorystów muzułmańskich, można wyciągnąć przerażający wniosek, że wiara rodzi cierpienie i prowadzi do śmierci. Raczej przerażająca wizja "bożej miłości".
Jehowa jest wprost nienasycony i wciąż mało mu ludzkiego bólu, łez i cierpienia.

Mamy więc tu kolejny dowód na to, że ów okrutny i stale żądający ofiar bóg nie jest Bogiem prawdziwym i że nie ma w nim miłości ani miłosierdzia do swoich dzieci.

* * *
Obcując od dzieciństwa z ludźmi przyznającymi się do katolickiego światopoglądu i w nim wychowanymi mam możliwość obserwować jak podchodzą oni do kwestii wiary i jaki model wiary jest im wpajany od urodzenia aż do śmierci. Tak "wyuczeni" nie uważają wcale za stosowne zastanowić się samodzielnie, czy jest on zgodny z Biblią i Ewangeliami, nie mówiąc o świętych pismach innych religii, w których również zawarta jest część prawdy duchowej przekazanej ludzkości.

Wiernym wpaja się przekonanie, że konieczność zachowania wiary jest najcięższą próbą dla człowieka, ale jest to absolutnie konieczne do zbawienia. Wiara zawsze kojarzyła mi się z jakąś straszną katorgą. Obserwując to, co dzieje się wokół doszłam w dzieciństwie do wniosku, że utrata wiary jest najcięższym grzechem, jakiego można się dopuścić i najstraszniejszą rzeczą, jaka może się człowiekowi przytrafić i że za to odstępstwo czeka okrutna kara oraz wieczne potępienie.

Kazania na temat wiary najbardziej przerażały moich rówieśników, bo stale słyszeli, że ich wiara może być na mała, by mogli wejść do królestwa bożego. Kazano im wierzyć jeszcze bardziej, a potem jeszcze bardziej. Sama myśl o słabości ich wiary przerażała śmiertelnie wszystkich wiernych.

Nikt jednak nie powiedział prawdy, czym naprawdę jest przynosząca pożytek wiara, w co powinno się wierzyć i dlaczego. Kościół nakazuje wierzyć w Boga i w Jezusa, gdyż wiara w te postacie rzekomo prowadzi do zbawienia. A tak naprawdę kazano nam wierzyć w oficjalne nauczanie Kościoła Katolickiego i w jego nieomylną, bo rzekomo natchnioną przez Boga, interpretację prawd zawartych w świętych księgach. Kazano nam więc uznać wyższość wglądu późniejszych interpretatorów nad oryginalną prawdą zapisaną w Pismach. Dziś wiemy, że zarówno Stary jak i Nowy Testament są najprawdopodobniej najbardziej ocenzurowanymi i przeinaczonymi pismami jakie istnieją na tej planecie, co rzuca jeszcze większy cień na intencje zinstytucjonalizowanej religii i jej reprezentantów, którzy dopuścili się celowej manipulacji, aby umocnić swą władzę i wpływy.

To właśnie z powodu postępowania "uczonych w Piśmie" tak wielu myślących i czujących ludzi całkowicie odeszło od religii i Kościoła (a przy okazji, wylewając dziecko wraz z kąpielą, odrzuciło zupełnie wiarę w Boga) jako od instytucji dopuszczających się manipulacji i duchowego zniewolenia. Potrzeba wielu lat świadomej i odważnej pracy nad sobą, żeby oczyścić umysł, a zwłaszcza podświadomość, z wpajanego od najwcześniejszego dzieciństwa paranoicznego lęku i niewłaściwych przekonań i dojście do zrozumienia, czym jest prawdziwa wiara i dlaczego należy się nią kierować w codziennym życiu.

* * *
Pewna internetowa gazeta katolicka zamieściła takie oto dane:

"Wyniki badań przeprowadzonych wśród młodzieży szkół ponadpodstawowych przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego w 1996 roku: (...) za głęboko wierzących uznało się tylko 10% badanych, wierzących 32%, niezdecydowanych 24,7%, obojętnych 14,9%, niewierzących 6,2%. Systematycznie praktykuje 21,9% badanych, niesystematycznie 27,9%, natomiast 17,5% nie praktykuje wcale".

Według obyczaju panującego we wszystkich środkach masowego przekazu w Polsce (a może z racji odgórnego nakazu) ludzi generalnie dzieli się na wierzących i niewierzących. Jest to tak powszechne zjawisko, że nikt nawet się nie zastanawia, co właściwie znaczy słowo "wierzący". Jednak z ogólnego tonu tych wypowiedzi wynika, że owi "wierzący" to katolicy, a "niewierzący" to cała reszta.

Jeśli zastosujemy takie kryteria, okaże się, że wyznawcy innych religii, włączając w to wszystkie odłamy chrześcijaństwa oraz osoby niezależne światopoglądowo (mam na myśli agnostyków i osoby bezwyznaniowe, czyli takie, które wierzą w Boga, lecz nie należą do żadnej z religii) zaliczają się do "niewierzących", co jest delikatnie mówiąc manipulacją lub kłamstwem. Być może z tego powodu z ostatniego Spisu Powszechnego celowo usunięto pytanie o wyznanie, ponieważ wyniki mogłyby być bardzo nie po myśli specjalistów od ustalania, kto jest "wierzący" a kto "niewierzący" i dlaczego.

Proponuję zastanowić się nad tym, na czym polega właściwa wiara i w co naprawdę wierzymy, gdy składamy deklarację, że jesteśmy "wierzący": czy bezkrytycznie i w zaślepiony fanatyzmem sposób wierzymy w "Wielki, Powszechny i Apostolski Kościół" oraz w oficjalne nauczanie jego kapłanów, czy raczej w Boga i Jezusa, który zszedł na Ziemię po to, by przekazać nam prawdę i duchową mądrość? A może należy sformułować to zagadnienie inaczej i powiedzieć, że wierzymy nie w Boga lecz Bogu? Proponuję też zastanowić się nad tym, czy ktokolwiek na świecie ma monopol na jedyne właściwe nauczanie o Bogu i czy zna jedyną prowadzącą do Niego drogę?

Na naszej planecie jest wiele religii i wiele świętych ksiąg, a Biblia wyraźnie mówi, że nawet włos z głowy nam nie spadnie bez woli bożej. Skoro tak, to znaczy, że mnogość religii jest zgodna z wolą Boga. Twierdzenie więc, że zbawienie jest możliwe tylko w KK jest kłamstwem. Żadna inna religia nie uzurpuje sobie prawa do posiadania jedynej recepty na zbawienie. Dla przykładu Talmud naucza, że sprawiedliwi wszystkich narodów będą mieli miejsce w przyszłym świecie. Hinduizm z kolei zapewnia, że każde stworzenie, nie wykluczając zwierząt, ma jednakowe prawo poznać Boga i że nikomu to prawo nie będzie odebrane. Tymczasem katolicyzm twierdzi coś wręcz przeciwnego.

Jezus, na którego nauki powołują się katoliccy kapłani był przez całe życie w konflikcie z Faryzeuszami i wytykał ich błędy, dlaczego więc godzimy się na to, by współcześni "uczeni w Piśmie" narzucali nam własną interpretację słów Mistrza i swoją wizję wiary? Czyż Bóg nie należy do wszystkich? Czy naprawdę potrzebujemy pośredników, by się z Nim kontaktować? I dlaczego Bóg nie mógłby mówić do ludzi bezpośrednio lub przez swych proroków również dziś, tak jak czynił to przez wieki?

Faryzeusz to "uczony w Piśmie" lub "uczony w Prawie". Jest to człowiek pozbawiony serca i zdolności samodzielnego myślenia, kierujący się wyłącznie martwym zapisem prawa. Jego rozumowanie jest zdeformowane, ponieważ nie czuje on ducha prawa, co sprawia, że sztywno trzyma się jego litery. "Człowiek jest taki, jak myśli w sercu". Znaczy to, że nie mamy myśleć głową, lecz kierować się sercem. Niestety faryzeusze i inni uczeni w Piśmie kierują się tylko głową, a nie sercem, a co gorsze próbują narzucić nam swoją wypaczoną wizję świata i boskości. Zabraniają nam myśleć i zadawać pytania. Jeśli uczony w Piśmie nie umie czegoś wyjaśnić, posługuje się słowem-wytrychem "tajemnica". "To jest boża tajemnica", "nie godzi się wydzierać Bogu tajemnic", "Bóg ma swoje tajemnice, nie żądajmy więc odpowiedzi na wszystkie pytania", "nigdy nie pojmiemy tego, co boskie".

Bóg nie potrzebuje utrzymywać żadnych tajemnic, bo nie jest przestępcą i nie ma nic do ukrycia. Tajemnice potrzebne są tym, którzy pragną manipulować bliźnimi lub wprowadzać ich w błąd. Tajemnicami są w istocie matactwa tych, którzy chcą władzy nad naszymi umysłami i duszami, czyli kapłanom. Temu samemu celowi służy straszenie wiernych bożym gniewem. Bóg nie zna gniewu. Gniew jest niską i wyłącznie ludzką emocją.

Z powodu takich przekonań w średniowieczu zakazywano badań naukowych, ponieważ uważano, że są one wydzieraniem bożych tajemnic. Zabraniano również leczenia ludzi, gdyż wolą Boga było, by umarli (do dziś istnieje sekta, która głosi podobne poglądy).

Znam wielu ludzi, którzy na każdym kroku podkreślają swoją wiarę, ale w ich słowach nie ma szczerości ani miłości. Posługują się oni cudzymi, wyuczonymi na pamięć frazesami, a język ich ciała zdradza, że każde ich słowo jest fałszem. Pod spodem czai się lęk, gotów w każdej chwili przerodzić się w atak agresji. Takim ludziom lepiej się nie sprzeciwiać, ponieważ potrafią być wyjątkowo okrutni. Dlaczego tak się dzieje? Jest tak, ponieważ nie ufają oni własnemu sercu. Ci ludzie boją się zadawać pytania i myśleć samodzielnie, aby nie wejść w konflikt z kanonami rzekomej "wiary", będącymi w rzeczywistości obcymi, bezsensownymi dogmatami. Wmówiono im, że Bóg jest mściwym, pełnym okrucieństwa potworem, którego trzeba się bać i płaszczyć się przed nim jak przed Stalinem lub Hitlerem. To sprawia, że stale odgrywają farsę pobożności, modląc się głośno w miejscach publicznych (np. na sejmowej mównicy) lub w inny sposób obnosząc swoją "pobożność" na sztandarach.

Ale przecież Bóg, jako wszechwiedzący i znający nasze serca nie da się oszukać, nie zrobią więc na Nim żadnego wrażenia słowne deklaracje bez pokrycia ani też gesty na pokaz.

Taka "wiara" jest wyłącznie sztuczką ludzkiego ego i w najlepszym razie może zrobić wrażenie na naiwnych widzach, ale z całą pewnością nie zapewni nikomu tego, co niektórzy nazywają zbawieniem. Również na nic nie zda się męczeństwo ani ofiara z życia, gdyż Bóg wcale nie potrzebuje naszego cierpienia - nie jest przecież sadystą, lecz kochającym rodzicem i istotą doskonałą. Jaki rodzic patrzyłby z radością na cierpienia swoich dzieci? Cierpienie i męczeństwo potrzebne jest nie Bogu, lecz demonicznym twórcom religii i ich fałszywemu "bogu".

Bóg do niczego nie potrzebuje ludzkiego cierpienia ani żadnych widowiskowych popisów wiary, lecz naszej miłości i zaufania.

* * *
Widziałam w Reality TV program z serii "Z pogranicza wiary", w którym pokazano grupę religijną założoną przez George`a Hensley`a z Grasshoper, Tennessee, który postanowił udowodnić i dosłownie wcielić w życie to, co przeczytał w Biblii: "Nie lękaj się, bo cię wykupiłem... Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień nie spalisz się"... (Iz. 43, 1-2) i "A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą [...] Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją" (Mk. 16, 17-18). Jego kontynuator zdobył kilka jadowitych węży oraz ich suszony jad w ampułkach i przed każdym nabożeństwem rozpuszcza go w wodzie. Ludzie modlą się, śpiewają i tańczą, po czym kaznodzieja pije jad ze słoja, a wiernym podaje węże, które następnie są podawane z rąk do rąk. W końcu ktoś zostaje ukąszony, a wtedy pastor każe mu się modlić, nakazując wiernym, by kładli na niego ręce i również się modlili. Po chwili ukąszona osoba dochodzi do siebie, wstaje i zaczyna tańczyć i śpiewać razem z innymi. Do domu wraca zupełnie zdrowa i szczęśliwa. A jednak nie wszystkim się to udaje i jak dotąd w kościele tym zmarło co najmniej 50 osób.

Wiadomo, że wiara przenosi góry i że wszystko, co jest napisane w Biblii na ten temat jest prawdą. Potwierdzili to nawet sceptyczni uczeni. Przeprowadzono wiele eksperymentów, w których dowiedziono, że wiara chroni przed zatruciami, bakteriami i bólem, a nawet promieniowaniem radioaktywnym. Znane są również przypadki wyleczenia wiarą (nie tylko katolicką) z AIDS, raka i innych chorób, które lekarze uważają za nieuleczalne.

Należy jednak zadać sobie najważniejsze pytanie: jaki pożytek będziesz mieć ty, inni ludzie i cały świat z tego, że w czasie nabożeństwa wypijesz jad lub pozwolisz, by cię ukąsił jadowity wąż? (Nie mówię oczywiście o przypadku, gdy stanie się to na wycieczce na pustyni, gdy nie można liczyć na żadną pomoc).

Takie popisy nie służą właściwie niczemu, poza naszym własnym ego i co najwyżej mogą wbić nas w wielką pychę oraz poczucie wyższości nad innymi, którzy tego nie dokonali.

Nie ma to również nic wspólnego z jakąś jedną, jedyniesłuszną religią, z interwencją Ducha Świętego, Jezusa, katolickich świętych ani innymi takimi rzeczami. Dokonują tego zarówno ateiści jak i ludzie należący do dowolnej religii. Dowodem na to może być chodzenie po ogniu, które stało się ostatnio bardzo modną rozrywką i nie wymaga żadnych religijnych obrzędów. Magia ognia jest najbardziej rozpowszechnionym rytuałem, znanym we wszystkich systemach religijnych świata, poza chrześcijaństwem, które odrzuciło wszelkie formy magii.

Jednak nie o widowiska chodziło Bogu, gdy zapewniał nas o cudowności wiary.

W rzeczywistości chodzi o pełne zaufanie do Boga i wiarę w Jego opiekę, która może ochronić nas przed chorobami, cierpieniem i biedą.

Gdybyśmy mieli prawdziwą wiarę, nie potrzebowalibyśmy popisywać się przed innymi modląc się głośno w Sejmie, czy jakimkolwiek innym miejscu publicznym, chodząc po ogniu czy pozwalając się ukąsić jadowitym wężom. Za to żylibyśmy w harmonii i szczęściu, wykorzystując swą wiarę w sposób bardziej konstruktywny i przynoszący światu pożytek.

Tymczasem my uwierzyliśmy w to, że Bóg jest okrutny i każe ludziom cierpieć. Kościół przez całe wieki nauczał, że cierpienie prowadzi do zbawienia, więc nie tylko nie należy go unikać, ale wręcz z radością "nieść swój krzyż", gdyż jest to jedyna droga do "nieba". Wpajano nam od najwcześniejszego dzieciństwa nieprawidłowe i pełne okrucieństwa poglądy, które sprawiły, że ludzie stali się nieczułymi, pozbawionymi miłości i współczucia potworami, a nasza ziemia zamieniła się w padół łez i wszelkiego cierpienia oraz miejsce nieustających wojen i nienawiści. Wszystko to znosiliśmy w pokorze, po cichu przeklinając życie i Boga, jako ich rzekomego sprawcę.

Z tego powodu wiele osób odrzuciło wiarę, gdyż zaakceptowanie schizofrenicznego nauczania o bezgranicznej bożej miłości i dobroci w połączeniu z jednoczesnym nauczaniem o boskim gniewie i okrucieństwie nie mieściło im się w głowach.

Ale to nie Bóg ich okłamał, lecz ziemskie instytucje, które wypaczyły biblijne nauki po to, żeby umocnić swą nieograniczoną i jak najbardziej doczesną władzę. Wieki terroru zrobiły swoje i w ludzkich umysłach zagnieździły się zupełnie nieprawidłowe wyobrażenia. A przecież Biblia mówi wyraźnie: "Według wiary waszej niechaj się wam stanie" (Mt. 9,29), co znaczy, że to, w co wierzymy spełni się w naszym życiu. Jeśli wierzymy w okrucieństwo Boga, w nieszczęścia, nędzę, wojny, choroby, starość i śmierć, to stają się one naszą rzeczywistością, bo "według wiary naszej nam się stało". Zrozumiał to Job, gdy spadły na niego nieszczęścia i rzekł "Bo to, czego się bałem, nawiedziło mnie" (Księga Joba 3,25).

Skutki takiej interpretacji praw bożych mają prawdziwie tragiczne następstwa. Psychologów zastanawia fakt, dlaczego spośród wszystkich odłamów chrześcijaństwa najwięcej samobójstw odnotowują protestanci. Na pierwszy rzut oka wydaje się to niezrozumiałe, ale gdy uzmysłowimy sobie, że kierują się oni naukami świętego Pawła sprawa przestaje być aż tak tajemnicza. Na własne uszy i z wielkim przerażeniem słuchałam wywodów mojego znajomego pastora na temat predestynacji. Jeśli przyjąć za prawdę, że Bóg wybiera nas do zbawienia lub potępienia przed naszym narodzeniem, w chwili, gdy "stwarza" naszą (zupełnie dziewiczą) duszę, to rzeczywiście wszelki heroizm życia i zmagania z przeciwnościami losu stają się tragiczną pomyłką i zwyczajną farsą. Skoro i tak nie ma nadziei, to po co w ogóle żyć i do mąk piekielnych dokładać jeszcze męki ziemskiego żywota.

A przecież Jezus nie kazał nam wierzyć w faryzeuszy i ich nauki. Biblia również nie żąda od nas niepotrzebnych cierpień ani ofiar. Zarówno Biblia jak i Jezus uczą nas miłości, pokoju i wiary w boską opiekę.

Całe to zamieszanie i nieporozumienia związane z interpretacją Starego Testamentu wynikają z przekonania, że okrutna istota, która kontaktowała się z Abrahamem i Mojżeszem i wielokrotnie zdradzała ludzi była Bogiem-Stwórcą i ojcem Jezusa. Ta potężna i przerażająca istota zwana Jahwe nie była Bogiem. Kim więc była? Odpowiedź na to pytanie możecie znaleźć bardzo łatwo, jeśli odważycie się myśleć i poszukiwać samodzielnie. Czego Wam gorąco życzę.

Skoro Bilia jest ostatecznym autorytetem dla katolików, jest oczywiste, że powinni się kierować jej zaleceniami. A czy tak robią?

Gdzie w poniższych cytatach biblijnych jest mowa o takim modelu wiary, jakiego wymaga od nich Kościół?


Biblia o wierze:

Bo to, czego się bałem, nawiedziło mnie
(Księga Joba 3,25)

Człowiek jest taki, jak myśli w sercu

Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy
(Hbr. 11,1)

Według wiary waszej niechaj się wam stanie
(Mt. 9,29)

Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie że otrzymacie, a spełni się wam
(Mt. 11,24)

Wszystko jest możliwe dla wierzącego
(Mk. 9,23)

Bo zaprawdę powiadam wam, gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: przenieś się stąd tam, a przeniesie się i nic niemożliwego dla was nie będzie
(Mt. 17,20)

Zaprawdę powiadam wam, ktokolwiek by rzekł tej górze: wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni mu się
(Mk. 11,23)

... u Boga wszystko jest możliwe
(Mt. 19,26)

Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one?
(Mt 6:26)

Czy nie przykazałem ci: bądź mocny i mężny! Nie bój się i nie lękaj się, bo Pan, Bóg twój, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz
(Ks. Jozuego 1,9)

Pamiętaj o Nim na wszystkich swoich drogach, a On prostować będzie twoje ścieżki
(Przypowieści Salomona 3,6)

Bo spowoduję, że zabliźnią się twoje rany i uleczę cię z twoich ciosów - mówi Pan
(Ks. Jeremiasza 30,17)

Cokolwiek postanowisz, uda ci się, a nad twoimi drogami zabłyśnie światło
(Job. 22,28)

We śnie, w nocnym widzeniu, gdy głęboki sen spada na ludzi i oni śpią na swym łożu, wtedy otwiera ludziom uszy, niepokoi ich i ostrzega
(Job. 33,15-16)

I rzekł Pan [...] objawiam mu się w widzeniu, przemawiam do niego we śnie
(IV Księga Mojżeszowa 12,6)

Nuże, wszyscy, którzy macie pragnienie, pójdźcie do wód, a którzy nie macie pieniędzy, pójdźcie, kupujcie i jedzcie. Pójdźcie, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia, wino i mleko
(Iz. 55,1)

Ja, Pan, twój lekarz
(Druga Księga Mojżeszowa 15.26)

... wiara twoja uzdrowiła cię, idź w pokoju
(Łk. 8,48)

A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą [...] Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją
(Mk. 16, 17-18)

Nie lękaj się, bo cię wykupiłem... Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień nie spalisz się...
(Iz. 43, 1-2)

Pan jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie.
Na niwach zielonych pasie mnie,
nad wody spokojne prowadzi mnie [...]
Zastawiasz przede mną stół wobec nieprzyjaciół moich,
namaszczasz oliwą głowę moją,
kielich mój przelewa się.
Dobroć i łaska towarzyszyć mi będą przez wszystkie dni życia mego.
I zamieszkam w domu Pana przez długie dni
(Księga Psalmów 23,1-2,56)

Rzekłem: wyście bogami i wy wszyscy jesteście synami Najwyższego
(Ps. 82,6)

Pokój pełny mają ci, którzy kochają twój zakon; na niczym się nie potkną
(Księga Psalmów 119,165)

Albowiem Aniołom swoim polecił, aby cię strzegli na wszystkich drogach twoich. Na rękach cię nosić będą, byś nie uraził o kamień nogi swojej.
(Księga Psalmów 91,11)

Jak widać, obietnice te wcale nie odnoszą się do życia "w przyszłym świecie", a Bóg pozwala nam posiąść wszystkie te dobrodziejstwa w życiu ziemskim i doczesnym, ponieważ wcale nie pragnie naszych cierpień, łez i poniżenia. Z radością gotów jest dać każdemu wszystkie te zakazane przez uczonych w Piśmie rzeczy, które uważają oni za największą przeszkodę w osiągnięciu zbawienia. Oczywiście gromadzenie bogactw ponad miarę, zwłaszcza gdy inni głodują zasługuje na potępienie. Również życie wyłącznie dla pieniędzy nie jest miłe Bogu.

* * *
Co jakiś czas znajduję w mojej skrzynce mailowej listy od pobożnych osób, które twierdzą, że wprawdzie inkwizycja była złem, ponieważ stosowała niewłaściwe metody, a zwłaszcza przymus, lecz wiary bronić trzeba lub że prawdą jest to, co napisane w Katechizmie itp., lub że nie lubię naszej religii. Oto co myślę na te tematy:


O "obronie wiary":

Czy sugeruje pan, że inkwizycja BRONIŁA wiary??? A przed kim i przed czym właściwie?

Czym innym jest konieczność obrony wiary np. w obliczu najazdu jakichś innowierców, a czym innym terror, polegający na zmuszaniu ludzi siłą do wyznawania dowolnego rodzaju "jedynej słusznej" ideologii, w tym przypadku religii, czego dopuszczał się KK i inkwizycja (dokładnie tego samego, tylko w przeciwną stronę, dopuszczali się komuniści). Nie rozumiem przed kim lub przed czym trzeba tej "wiary" bronić dziś, w czasach pokoju i braku zagrożenia? Ale przede wszystkim nie rozumiem co to w ogóle jest "obrona wiary".

U nas z niezrozumiałych dla mnie powodów religię nazywa się "wiarą", a ludzi religijnych "wierzącymi". Jest to wielkie nadużycie, ponieważ wypacza duchowe znaczenie wiary.

"Miłujący Boga nie mają religii, tylko samego Boga" powiedział pięknie i mądrze Dżalaluddin Rumi, myśliciel suficki.

Człowiekowi nie można odebrać prawdziwej i czystej wiary, można natomiast zabrać mu jego religię i zmusić go do przyjęcia innej. To właśnie religia, a nie wiara, wymaga obrony. Religia to wyłącznie sposób celebrowania tradycji i lokalnie przyjętych, w dodatku często dogmatycznych i nieuzasadnionych przekonań na temat natury Boga. Taka "wiara" to nie wiara, lecz "wierność": wierność autorytetom i ich nauczaniu, dogmatom, zasadom i zewnętrznym obrzędom oraz bezkrytyczne przekonanie o rzekomej nieomylności osób i instytucji. Taką samą fanatyczną i bezkrytyczną wiarą można też wierzyć w nieomylność nauki, w komunizm czy dowolną ideologię, ale wszystko to są rzeczy zupełnie "ziemskie", a więc niedoskonałe i omylne. Bronimy przejętych od innych i uparcie wbijanych nam do głowy przekonań, a nie prawdziwej wiary.

Ja wierzę w to, co sama odkryłam i do czego doszłam samodzielnie. Wierzę w Boga, ale moja wiara nie ma absolutnie nic wspólnego z religią. Religijna wizja Boga jest mi zupełnie obca i jest dla mnie czystym zabobonem. Dlatego uważam, że o katolikach nie powinno się mówić "wierzący" lecz "katolicy", a ich wierzenia nazywać "religią" lub "katolicyzmem", a nie "wiarą".

Skoro wszyscy są zgodni co do tego, że Bóg jest jeden, to jaka może być różnica, w jakiej formie Go wychwalamy? Religia jest tylko lepszym lub gorszym opakowaniem dla prawdziwej wiary.

Jestem głęboko przekonana, że jeśli ktoś naprawdę szczerze wierzy w Boga, to nigdy tej wiary nie straci, ale taki autentycznie wierzący człowiek nie potrzebuje żadnych księży, kościołów czy religii (czyli mówiąc inaczej do kontaktów z Bogiem nie potrzebuje pośredników, ani teatralno-muzycznej oprawy). Człowiek taki z Bogiem obcuje stale i wszędzie, a co najważniejsze robi to w sposób czysty i idealny. Jeśli jednak jego "wiara" polega na wyznawaniu religii, to jest ona stale wystawiana na ciężką próbę i jej utrata lub ryzyko zmiany na inną są wielce prawdopodobne. Dlatego kościół musi podejmować stałe wysiłki, żeby ludzi w tej religijnej "wierze" utrzymać i stale ją kontrolować. I to właśnie nazywane jest "obroną wiary". Dla mnie jest to obrona doczesnych (nie pomijając finansowych) interesów grupy ludzi, w Biblii zwanych faryzeuszami. Jezus nie tylko nie uznawał mądrości i duchowej władzy tych ludzi, ale wręcz nieustająco przed nimi przestrzegał i na każdym kroku udowadniał im ich błędy. A teraz oni położyli swą ciężką łapę na naukach Jezusa i wmawiają ludzkości, że są ich jedynymi właścicielami i spadkobiercami i że ich interpretacja słów i przesłania Mistrza są jedyne właściwe. Ja jednak, jako wierna uczennica i naśladowczyni Jezusa odrzucam władzę faryzeuszy i ich fałszywe rozumienie Pisma i podążam ścieżką wolności duchowej, wytyczonej przez Jezusa. "Szukajcie a znajdziecie", więc szukam i znajduję i nie potrzebuję do tego żadnych pomocników.

To, w co i jak człowiek wierzy zależy od stopnia rozwoju jego duszy. Młoda dusza wierzy ślepo autorytetom i im ślubuje wiernopoddańcze posłuszeństwo, stara dusza przeciwnie - nie uznaje władzy żadnych autorytetów, ponieważ tworzy swój własny i niezależny system wartości.

Gdyby zapanował teraz terror religijny, podobny do średniowiecznego lub gdyby podbili nas muzułmanie i wprowadzono by religię państwową, a wszystkich ludzi pod groźbą śmierci zmuszono by do jej przyjęcia i do uczestnictwa w obrzędach religijnych, moja wiara nie ucierpiałaby na tym w najmniejszym stopniu. Cieleśnie uczestniczyłabym w tych obrzędach, lecz nie towarzyszyłaby temu wiara w ich prawdę i duchową wartość. Moja wizja Boga pozostałaby nienaruszona, gdyż dobrze rozumiem, że to, co dzieje się na świecie jest wyłącznie rezultatem poczynań zgrai żądnych władzy głupców i nie ma nic wspólnego z rzeczywistą wolą Boga.

Ja do swojej filozofii życiowej, w tym również do wiary w Boga, doszłam wyłącznie dzięki własnemu rozumowi, dzięki obserwacji, samodzielnemu analizowaniu i wyciąganiu wniosków z tego, co widzę. A wiedziałam, że ten świat, mimo że ewidentnie chory, musi mieć jakiś ukryty, duchowy sens, którego chwilowo nie rozumiem. Postanowiłam więc, że resztę życia przeznaczę na rozwiązanie tej zagadki. I chyba ją rozwiązałam, ale to co wiem, musi pozostać moją tajemnicą... Dostęp do niej ma tylko nieliczna grupa moich przyjaciół, którzy, podobnie jak ja, zdołali samodzielnie przejść ten labirynt i znaleźć z niego wyjście.

* * *
A na tę Trójcę Świętą są jakieś niezbite dowody? Moim zdaniem jest to tylko PRZEKONANIE grupy "ojców kościoła", intensywnie wpajane katolikom od dnia narodzin aż do śmierci. Jest to jeden z dogmatów, który ukuto przed wiekami na którymś soborze i uznano za obowiązujący wszystkich katolików. Ludzie w ogóle nie zastanawiają się nad prawdami, z którymi nieustająco obcują od dnia, w którym po raz pierwszy otworzyli swe oczy. Dla mnie takie formułki nie mają sensu, nie widzę potrzeby uczenia się ich na pamięć, a co najważniejsze nie budzą we mnie żadnych (a w każdym razie pozytywnych) reakcji emocjonalnych - bo np. w styczności z prawdą czuję radosne poruszenie duszy. Jeśli ktoś chce, to oczywiście może się ich uczyć na pamięć, a wtedy wiarę w Boga zastąpi w jego duszy wiara w Katechizm i wymyślone przez ziemskich władców KK formułki. Można nauczyć się na pamięć wszystkich definicji, na których opiera się wiara w nauczanie Kościoła, tylko jaki z tego pożytek? Taka "wiara" sprawia, że stajemy się fanatykami, gotowymi walczyć z tymi, którzy kierują się prawdą, a nie nauczaniem. Za wiarą w Boga idzie łagodność, tolerancja i miłość bliźniego, za wiarą w nauczanie - prześladowania i nietolerancja.

Na temat wiary w Trójcę Świętą i Boga osobowego:

W moim przekonaniu "Bóg osobowy" jest wynalazkiem dla maluczkich i prostaczków. Człowiek prosty, np. średniowieczny wieśniak, nie byłby w stanie wyobrazić sobie nieograniczonego majestatu Boga prawdziwego, stworzono więc na jego użytek "osobowego ojczulka z siwą brodą". I to wszystko. A potem przyjęto to jako obowiązujący dogmat.

Bóg jest Bogiem i jest dla człowieka zupełnie niewyobrażalny. Bóg osobowy jest tworzeniem Boga na obraz i podobieństwo człowieka, a przecież powinno być odwrotnie.

* * *

Na temat religii:

Powiem szczerze, że ja w ogóle nie lubię religii jako takich (wszystkich jakie są) i uważam je za wynalazek sił nieczystych, ponieważ to właśnie one są przyczyną wzajemnej nienawiści i większości wojen, jakie toczą między sobą mieszkańcy tej planety. Podłe postępowanie dotyczy nie tylko katolików, ale muzułman, starozakonnych i wszystkich innych. Wszyscy ludzie, bez względu na wyznawaną religię są podli, grzeszni i prześladują przedstawicieli innych wyznań (niestety, muszę przyznać, że katolicyzm okazał się pod tym względem najgorszy, bo najbardziej inwazyjny). Religia ani trochę ludzi nie ucywilizowała ani nie spowodowała, że stali się lepsi i bardziej miłosierni, chociaż tego są uczeni na lekcjach tejże religii. Tak więc nie można zaryzykować stwierdzenia, że stałoby się coś strasznego gdyby religia znikła ze świata. Dowodem na to jest przykład zlaicyzowanej zachodniej Europy, w której panuje spokój i tolerancja, w przeciwieństwie do tych rejonów świata, w których religia gra pierwszoplanową rolę.

Skoro Bóg jest jeden (co przyznają wszystkie monoteistyczne religie świata, czyli zdecydowana większość), to dlaczego ludzie różnych religii nienawidzą się wzajemnie i dlaczego się wyrzynają? Dlaczego narzucają innym ludom swoją wizję tego Boga (podobno jedynego jaki jest)? Dlaczego nie może być tak, żeby każdy chwalił Boga tak, jak chce i jak lubi i żeby nadawał Mu takie imię, jakie się komu podoba? Komu to przeszkadza, że jeden chwali Boga tańcząc, a inny woli medytować nad boską doskonałością pod starym i świętym dębem? Dlaczego nie zachwycić się cudownością i wielością różnych kultur i tradycji? Dlaczego wszyscy muszą czcić Boga tak, jak pragnie tego jakiś spragniony władzy ważniak? Z powodu religii ziemia przesiąknięta jest krwią. Na szczęście dusze są nieśmiertelne i mogą powrócić na ziemię, by dalej się doskonalić, aż do momentu, gdy zrozumieją, że "Miłujący Boga nie mają religii, tylko samego Boga".

* * *
MT 7 (15) Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. (16) Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi? (17) Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. (18) Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. (19) Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. (20) A więc: poznacie ich po ich owocach.

Bóg obdarzył każdego z nas rozumem oraz wolną wolą i każdemu człowiekowi przyznał prawo, a nawet obowiązek osobistego i stałego dokonywania wyborów między dobrem a złem. Jest to jedno z najważniejszych, przysługujących nam praw. Na tym właśnie polega życie na Ziemi i to stanowi jego sens. Nigdzie nie jest napisane, że Bóg w jakikolwiek sposób ograniczył ludzkości wolność i że powołał jakieś specjalne osoby lub instytucje do tego, by za ludzi decydowały i siłą zmuszały ich do posłuszeństwa duchowego czy moralnego. Każdy osobiście zostanie rozliczony z tego, jak żył, co myślał i w jaki sposób wykorzystał dar, jakim jest wolna wola.

Ograniczanie komuś wolności duchowej w postaci narzucania mu przymusu wyznawania takiej czy innej religii jako "jedynej prowadzącej do zbawienia" lub zmuszanie go do "normalnego" stylu życia jest pogwałceniem woli Boga. Takie próby są wyłącznie manifestacją ludzkiej tyranii i przejawem zbiorowego obłędu (takiego, jak np. przypadek czarownic z Salem).

Jeśli jawnie lub w sposób skryty zmuszamy innego człowieka do zrobienia czegoś, na co może on nie wyrazić swojego przyzwolenia, jeśli uniemożliwiamy mu podjęcie własnych, suwerennych decyzji i decydowania o tym, w co i jak wierzy oraz jak żyje uprawiamy CZARNĄ MAGIĘ.

Katolicy zostali pozbawieni prawa do korzystania z wolnej woli, ponieważ żaden z nich nie otrzymał szansy, żeby samodzielnie zadecydować o sobie i swoim sumieniu z tej prostej przyczyny, że w tej religii indoktrynacja rozpoczyna się już w kołysce. Jest to najprawdziwsze pranie mózgu dokonywane na istotach, które są całkowicie bezbronne.

Niemowlę ani maleńkie dziecko nie ma żadnej możliwości bronienia się przed kłamstwem duchowym i psychomanipulacją. Nie może podjąć z rodzicem poważnej i równoprawnej intelektualnie dyskusji na tematy światopoglądowe czy filozoficzne, ponieważ nie umie mówić i brak mu wiedzy. Maleńkie dziecko może tylko słuchać i zupełnie bezkrytycznie przyjmować to, co narzucają mu potężni i mądrzy dorośli. Dziecko postrzega rodziców jako bogów, jako istoty wszechmogące, wszystkowiedzące i doskonałe, przyjmując za dobrą monetę oraz świętą prawdę wszystko, co mu powiedzą i czego je nauczą. Podświadomość dziecka jest szeroko otwarta i przyjmuje ten zasiew jak żyzna gleba. Można mu wmówić dosłownie wszystko tak, jak hipnotyzer wmawia niestworzone rzeczy zahipnotyzowanemu. Dziecko uwierzy nawet w to, że nie istnieją krasnoludki ani duchy opiekuńcze i że nie widać ludzkiej aury. Przyjmie to jako absolutną prawdę i rzeczywiście przestanie je widzieć.

Uwierzy tak bardzo bezkrytycznie w nauczanie Kościoła, że będzie gotowe oddać własne życie w obronie wbitych mu do głowy "prawd" i nigdy się nie zastanowi, czy rzeczywiście ma to cokolwiek wspólnego z obiektywną prawdą. Możliwe, że do końca życia nawet nie zaświta mu w głowie myśl, że padł ofiarą oszustwa i dlatego nie podejmie żadnej próby wyzwolenia się z tego, co mu wpojono, gdy był bezbronny. W takim przypadku pewne jest, że zada własnym dzieciom taki sam gwałt psychiczny, jaki zadano jemu.

Dlatego to, co robi ze swoimi owieczkami ortodoksyjny Kościół jest nie czym innym, jak czarną magią. Jest to pozbawianie człowieka prawa do samodzielnego decydowania o sobie, do wolnego i w pełni świadomego wyboru światopoglądu, a nawet odbieraniem prawa do samodzielnego wybierania pomiędzy dobrem a złem.

"Poznacie ich po ich owocach. (...) Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców".

Poznajcie więc po owocach, do czego prowadzi religia. 2000 lat jej panowania i nauczania kleru to wystarczająco długi okres, by móc wyrobić sobie zdanie na temat tego, jakie to są owoce.

Buddyzm naucza, że skuteczność praktyki duchowej rozpoznajemy po jej urzeczywistnieniu w życiu adepta. Jeśli jest właściwa, adept czyni postępy, uwalnia się od psychicznego splątania, jego życie staje się radosne, a relacje z bliźnimi satysfakcjonujące.

W hunie wyraża się to słowami: "Skuteczność jest miarą prawdy". Jeśli ktoś praktykuje religię, która rzekomo uczy miłości, ale w swoim życiu urzeczywistnia nienawiść i brak tolerancji, to znaczy, że jego praktyka jest błędna i prowadzi na manowce.

To jednak dla katolika nie ma znaczenia. Dla niego jedynym celem jest trzymanie się tej nieskutecznej i zgubnej duchowo ścieżki zwanej "wiarą" za wszelką cenę, gdyż dał sobie wmówić, że tylko bezwzględna i niewzruszona wierność tym naukom zapewni mu zbawienie.

[align=center:b0ybcehv]*****[/align:b0ybcehv]


Na zakończenie dołączam List świętego Pawła, na wypadek, gdyby nie chciało się wam szukać w Biblii. Szczególnie nieprzyjemnie brzmi w moich uszach stwierdzenie, że to Bóg przywodzi nas do zatwardziałości. Czy można się dziwić, że świat, który przyjął te słowa za święte musiał stoczyć się w otchłań wojen i wszelkiego zamętu?

List św. Pawła do Rzymian
O łasce rozstrzyga wybór Boży: Jakub i Ezaw
9:9 Przyjdę o tym samym czasie, a Sara będzie miała syna. 10 Ale nie tylko ona, bo także i Rebeka, która poczęła [bliźnięta] z jednego [zbliżenia] z ojcem naszym Izaakiem. 11 Bo gdy one jeszcze się nie urodziły, ani nic dobrego czy złego nie uczyniły - aby niewzruszone pozostało postanowienie boże, powzięte na zasadzie wolnego wyboru, 12 zależne nie od uczynków, ale od woli powołującego - powiedziano jej: starszy będzie służyć młodszemu 13 jak jest napisane: Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści.
14 Co na to powiemy? Czyżby Bóg był niesprawiedliwy? Żadną miarą! 15 Przecież On mówi do Mojżesza: Ja wyświadczam łaskę komu chcę i miłosierdzie, nad kim się lituję. 16 [Wyb ranie] więc nie zależy od tego, kto chce lub o nie się ubiega, ale od Boga, który okazuje miłosierdzie. [...] 18 A zatem komu chce, okazuje miłosierdzie, a kogo chce, czyni zatwardziałym.
19 Powiesz na to: Dlaczego więc Bóg czyni jeszcze wyrzuty? Któż bowiem woli Jego może się sprzeciwić? 20 Człowiecze, kimże ty jesteś, byś mógł się spierać z Bogiem? Czyż może naczynie gliniane zapytać tego, kto je ulepił: Dlaczego mnie takim uczyniłeś? 21 Czyż garncarz nie ma mocy nad gliną i nie może z tej samej zaprawy zrobić jednego naczynia ozdobnego, drugiego zaś na użytek niezaszczytny?
[...]
30 Cóż zatem powiemy? To, że poganie, nie zabiegając o usprawiedliwienie, osiągnęli usprawiedliwienie, mianowicie usprawiedliwienie z wiary, 31 a Izrael, który zabiegał o Prawo usprawiedliwiające do celu praw nie doszedł. 32 Dlaczego? Ponieważ zabiegał o usprawiedliwienie nie z wiary, lecz - jakby to było możliwe - z uczynków.


Zamiast komentarza...

Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary. Jk 2,24

Polecam program na Discovery: "Prawdziwy Jezus". Dowiecie się z niego, że Jezus był postacią historyczną, że miał rodzonych braci i siostry, a jeden z nich - Jakub - został wyznaczony przez samego Jezusa na Jego spadkobiercę i że to on, a nie święty Paweł miał uprawnienia do kontynuowania dzieła Mistrza.
Natomiast program "Jakub, brat Jezusa" opowiada o sporach związanych z odkryciem ossuarium, w którym rzekomo spoczywały szczątki Jakuba, brata Jezusa. Problem polega na tym, że zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy autentyczności odkrycia mają niezbite dowody naukowe na potwierdzenie swoich racji. To moim zdaniem stawia pod znakiem zapytania wiarygodność datowania i potwierdzania autentyczności zabytków. Jak na razie żaden z bardzo szanowanych ekspertów nie jest w stanie udowodnić ponad wszelką wątpliwość swoich racji. I dalej nie wiemy, czy odkrycie jest autentyczne, czy też jest to falsyfikat. Spory trwają dalej i pewnie nieprędko się zakończą...


Źródło: <!-- m -->[url=http://www.astro.eco.pl" onclick="window.open(this.href);return false;]http://www.astro.eco.pl<!-- m -->[/url]
« Last Edit: (Tue) 27.01.2015, 15:58:41 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Czy wiara w Boga jest trudną życiową próbą.
« Reply #1 on: (Mon) 26.05.2014, 11:28:06 »
Czy prawica, czy lewica, z punktu widzenia zwykłego obywatela to adin choj.

Z okazji przemarszu gejów i lesbijek wygrzebany został stary temat wyższości świąt bożego narodzenia nad świętami Wielkanocy, czyli „lepszości” ideologii i rządów prawicy od ideologii i rządów lewicy.

Zaprawdę, ślepym być trzeba, żeby nie skojarzyć, że (jak propagandowo ujął to był kiedyś niezapomniany i nieodżałowany kabaret zwany partią KPN Leszka Moczulskiego) różnica polega tylko na tym, że do koryta dopchały się inne ryje.

A mówiąc bardziej cywilizowanie zarówno prawica jak i lewica tworzą (tym razem posłużę się słowem ze słownika anarchistycznego) System.

W Polsce System służy do tego, żeby dorwać się do władzy, złapać za mordę wszystkich myślących inaczej niż „właściwa” (czyli właśnie rządząca) opcja, zamknąć im gęby i spokojnie nachapać się do syta. Tym chata bogata, co ukradnie tata.

Prawica ma tę przewagę, że reprezentuje tych, do których przemawia sam Bóg, a więc jest nieomylna i błogosławiona. To jej pozwala na wszystko, włącznie z łamaniem zasad Dekalogu, który jest jej kodeksem najwyższym. A szczególnie przykazań 6 i 8, bo jak wiadomo cel uświęca środki.

Jeśli ktoś sądzi, że prawica różni się programowo od lewicy (lub odwrotnie) to niech zdejmie okulary słoneczne i przytomnie popatrzy, a wtedy zobaczy, że zarówno jedni, jak i drudzy, gdyby tylko mogli, złapaliby ludzkość z całej siły za mordę i wprowadzili dyktaturę.

Dla obywatela żadna różnica, czy musi padać na twarz przed Stalinem, czy przed księdzem dobrodziejem i za czyją sprawą ograniczane i łamane są jego najbardziej elementarne prawa, dla niego nie jest istotne również to, czy pracy i służby zdrowia nie ma z powodu rządów prawych czy lewych tyranów.

Prymitywna propaganda jest po prostu prymitywną propagandą, jest jednakowo kłamliwa i pełna nienawiści bez względu na to, czy jest okraszana prawicową czy lewicową demagogią.

Ale lewica przynajmniej jest uczciwsza pod jednym względem: nie bredzi o miłości bliźniego i nie usiłuje udawać, że czyni święte dobro w imię Boga najwyższego.

Jeśli ktoś upiera się przy wierze w dobro płynące z religii i w to, że „wierzący” są uczniami Jezusa, to nich zajrzy na blogi pobożnych chrześcijan.

Po niedzielnych wydarzeniach w Warszawie blogi pobożnych chrześcijan powołujących się na nauki swojego idola, JPII i wycierających sobie buzie imieniem Jezusa spływają wprost najokropniejszym rynsztokowym słownictwem na k. ch. i p. oraz jeszcze gorszym, pełne są określeń typu „zboczeńcy”, „pedały”, „dmuchanie w d. lub ch.” oraz innych, których przytaczać się tu nie godzi. A wszystko podlane sosem odrażającej i przerażającej wprost zaciekłości i nienawiści.

Heil Hitler, Żydzi, komuchy, pedały i murzyny do gazu, a baby do garów.

Obozowe baraki i krematoria jeszcze się nie rozsypały, przy niewielkim nakładzie sił i środków można je uruchomić.

Siły ciemności są wygłodzone, bo dawno na naszej planecie nie szalało piekło lęku i nienawiści, za długo był spokój, a przecież bez przelewu krwi nie mogą żyć więc powoli zwierają szyki i już wkrótce pobożni ludzie znów zostaną uwiedzeni, wprost zahipnotyzowani religijną propagandą obrony „wiary”, „moralności” i „wartości chrześcijańskich” i pójdą w imię Boga zabijać, gwałcić i torturować.

W imię miłości, której uczy ta religia.

(Opublikowane na starym blogu 2005-06-13 21:29:53)

Źródło: astromaria.wordpress.com
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Czy wiara w Boga jest trudną życiową próbą.
« Reply #2 on: (Mon) 26.05.2014, 12:21:42 »
O jezusowej miłości, fazyzejstwie i pułapce fałszywego rozwoju

Prawdziwi duchowi nauczyciele znają takie określenie jak „pułapka fałszywego rozwoju” i uczą swoich uczniów, jak jej uniknąć.

Prawdziwi duchowi nauczyciele nie są wcale świątobliwi, posągowi i przesłodzeni jakby byli ulepieni z sacharyny. Nie mówią sztucznie słodkim głosem, nie udają uosobienia miłości i dobroci ani spiżowego pomnika wszelkich cnót świata.

Nie, oni są żywi, prawdziwi, a jeśli trzeba – złośliwi.

Religia przeciwnie – uczy fałszu, pozoranctwa i zakłamania.

W odróżnieniu od kapłana prawiącego banały o miłości i cnocie prawdziwy duchowy mistrz nakazuje swojemu uczniowi ciężką pracę nad sobą, czyli stałe i nieustanne obserwowanie siebie samego, swoich emocji i odczuć, nigdy niesłabnącą czujność, by nie dopuścić do tego, aby w duszę zakradł się fałsz i faryzeuszostwo.

Aby osiągnąć prawdziwe oświecenie i posiąść prawdziwą świętość trzeba być czujnym i tropić oraz bezlitośnie demaskować wroga nie na zewnątrz, lecz we własnym wnętrzu, w swojej własnej duszy. W przeciwnym wypadku wpadamy w pułapkę fałszywego rozwoju i zamiast doskonalić swą duszę odgrywamy komedię fałszywej świętości.

Jeśli nie pracuje się nad sobą na głębokim duchowym poziomie, stwarza się wyłącznie konstrukcję fałszu, pozorów i zakłamania.

Zamiast bezkompromisowo dążyć do prawdy i być po prostu dobrym człowiekiem niejeden człowiek tworzy misterną konstrukcję mitów na swój temat, kreując się na wielkiego, wszechwiedzącego guru lub pogrążonego w wielkiej chrystusowej miłości świętego. Jeśli więc pojawi się na horyzoncie jakiś nieznośny komar, który podszczypuje, demaskuje i zadaje bezczelne pytania, nie pozostaje nic innego, jak drania uciszyć. Najlepiej zarzucając mu grzech najgorszy z możliwych, czyli brak miłości lub wręcz nienawiść.

Zawsze, gdy wykażesz się nonkonformizmem i zakłócisz błogie zadowolenie z siebie świętoszków ktoś natychmiast przywoła przykład Jezusa, co to był taki dobry i nikomu krzywdy nie czynił, lecz kochał każdego miłością wielką i bezwarunkową.

Czyżby, drodzy faryzeusze? A gdzie w Ewangeliach mamy taki budujący przykład umiłowania fałszywych nauk i fałszywych proroków przez Jezusa? Pokażcie mi fragment, w którym Jezus z miłością tuli do serca faryzeuszy i godzi się przyjąć ich wyjaśnienia jako właściwe?

Chyba się wam zupełnie coś popierniczyło…

Gdyby tak było Jezus nie zostałby ukrzyżowany, lecz zrobiłby największą możliwą w tamtych czasach karierę. Zostałby mianowany głównym kapłanem Izraela i stałby się największym faryzeuszem wszechczasów. I dziś nie czcilibyście go w swoich zakłamanych duszach i nie prawilibyście swoich faryzeuszowych nauk, przeinaczając Jego słowa.

***

Zarzucasz mi brak miłości i nietolerancję? Każesz mi naśladować Jezusa?

Mylisz się, kocham cię tak samo, jak Jezus kochał faryzeuszy. Wytykając ci błąd i demaskując twój fałsz naśladuję Jezusa.

Nie czepiaj się więc, bo robię dokładnie to, czego ode mnie oczekujesz.

Źródło: astromaria.wordpress.com
« Last Edit: (Tue) 27.01.2015, 15:59:04 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje