Author Topic: Prawa przyrody, a ducha - Feliks Koneczny  (Read 1295 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Prawa przyrody, a ducha - Feliks Koneczny
« on: (Tue) 19.05.2015, 14:30:04 »
Prawa przyrody, a ducha - Feliks Koneczny

Należę do pokolenia, które przepojono za młodu przekonaniem, jako świat ducha nie stanowi żadnej Zasadniczej odrębności, lecz tylko dział pewien jednolitego świata przyrody, z czego prostą konsekwencją był wniosek, że sprawy duchowe podlegają prawom wspólnym z przyrodą i że cokolwiek prawdą jest w przyrodzie, jest nią zarazem dla ducha, dla myśli i uczucia. Reakcja przeciw tym mniemaniom bywała z reguły słaba metodycznie, nie dostawało jej ścisłości, to też nie zdobywała sobie wpływu na umysły. Jeżeli potem ubywało zwolenników monistycznemu przyrodniczemu światopoglądowi, nie można tego faktu przypisywać odkryciu odrębnych praw dla świata duchowego, boć dotychczas odkrycia takiego nie dokonano, lecz było to objawem następczym odkryć w innych dziedzinach, stanowiąc ich skutek pośredni. Bliższy wgląd w rzeczy wykazał dotkliwe luki w przedwczesnych, pospiesznych generalizowaniach filozofii,  opartej wyłącznie na przyrodniczych studiach; rozwiał zaufanie, z jakiem przyznawano przyrodnikom monopol generalizowania za wszystko i za wszystkich. Dedukcyjnie dochodzono do wniosku, że tedy nie mogą obowiązywać te same prawa ducha, którym podlega materja. „Nie mogą". Samo wyrażenie takie mieści w sobie nienaukową aprioryczność! Bo też zaprzeczenie wspólności praw pochodziło raczej z pewnego odruchu, z buntu przeciwko materjalistycznemu pojmowaniu świata, aniżeli z badań naukowych. To też nie brak historyków, którzy wolą się nad tym przedmiotem nie zastanawiać, a nawet oświadczają, że ich on nic nie obchodzi.
Olbrzymia większość historyków nie lubi słuchać żadnego „filozofowania" około faktów historycznych i patrzy na rzad¬kie w tym kierunku próby z największą niechęcią. Niektórzy, żądni syntezy i pragnący wiedzieć, na co i poco z takim mozołem opisuje się wydarzenia dziejowe, co nie powinno przecież stanowić magazynu rupieci, pracują nad tem, jakby uczynić z historii naukę ścisłą, na kształt przyrodniczych, i poszukują, coby z tamtych nauk przyswoić historji, jak ją uczynić podobną do nich. Powstaje błędne koło: jakżeż od¬rzucać rezultaty stamtąd, skąd się chce czerpać metodę? To też robi się pauza i kwestię o wspólność lub odrębność praw świata materji a ducha pozostawia się następnym po¬koleniom.
Jest niewątpliwie wiele słuszności w mniemaniu, jako zawcześnie na rozwiązanie tego problemu; istotnie, zbyt wiele jeszcze jest niewiadomych. Z drugiej strony nowe odkrycia darzą nas takiemi niespodziankami, iż nie można się dziwić tym, którzy przestrzegają przed generalizowaniem, zanim się należycie przetrawi nowe zdobycze.
Istnieje atoli sposób badań, zawsze dostępny, zawsze pewny, nie kryjący w sobie żadnego niebezpieczeństwa, mianowicie dochodzenie indukcyjne. Historycy wysnuwali „prawa" z reguły z pominięciem drobiazgowych badań spe¬cjalistów. Generalizowanie historjozoficzne polegało zazwy¬czaj na przeskakiwaniu ogniw, a więc podłoże niedopisy- wało, zbyt wątłe, niedość spoiste.
Sądziłbym, że czy historyk, czy niehistoryk, nie może tu nic innego robić, jak tylko badać sprawę każdego prawa zosobna, a zawsze metodą indukcyjną, nie bawiąc się przy- tem w żadne historjozofje. Nie można przesądzać, czy się powiedzie dojść do wyników, któreby mogły być przydatne jakiejkolwiek historjozofji; tem bardziej nie można poszuki¬waniom narzucać jakiejkolwiek teorji zgóry. Poszukiwanie naukowe nie zna haseł, a dociekanie naukowe nie troszczy się o to, jakiemu uogólnieniu posłuży kiedyś za fundament; samo dociekanie bowiem niczego nie przewiduje.
Kierując się indukcyjną metodą, powierzając się jej bez względu na to, dokąd mię zawiedzie, daleki też jestem od wszystkich t. zw. systemów filozoficznych naszych czasów.
Mniejsza z tem, że niebardzo uważam je za systematyczne i że częstokroć wyczuwam w nich więcej dialektyki, niż ści¬słego rozumowania, ale żaden z nich nie zajmuje się sprawą, którą tu podejmuję. Zależy mi wielce na tem, żeby uniknąć pcyi tym względem nieporozumienia.
Ograniczam się do stosunku praw przyrody i praw ducha, nie badając stosunku metafizycznego duszy do ciała wogóle, poprzestając na pewnej cząstce tego problematu, mianowicie na cząstce niedostrzeżonej, zaniedbanej, której nikt podjąć nie raczył. W przeciągu dziesięciolecia lSęó-^-ięO7 wystąpili Bergson, James, Busse i Driesch, robiąc wyłomy w materjalistycznym światopoglądzie. Słusznie pierwszy z nich uważa radość tworzenia  rozkosz twórczą,, za cel właściwy samemu tylko człowiekowi; można się pisać na wiele z tego, co on powiada o kulturze i twórczości, wzmaganej pracą rozwoju dziejowego, ale zasadnicze ujęcie kwestji wydaje mi się u niego niezupełnem. Nie wystarcza stwierdzić, że życie jest czemś rożnem od procesów fizycznych i chemicznych, boć życie samo, jako takie, niekoniecznie jeszcze ma być czemś duchowem. Zycie mogłoby się okazać jakimś nowym rodzajem procesu materialnego, poza fizycznemi i chemicz- nemi; czyż wszystko ma być duchem przez to samo, jeżeli znajduje się poza fizyką i chemią? W takim razie postęp nauk odbywałby się kosztem kurczenia świata ducha; każda nowa nauka groziłaby uszczupleniem możliwości, w obrębie których dałoby się stwierdzać duchowość. Postęp byłby do¬prawdy równoznaczny z coraz większem zaprzeczaniem od¬rębności świata duchowego. Z drugiej strony słusznie zwró¬cił uwagę już Majewski,jako Bergson oparł wszystko na tezie, że psychika zwierzęcia a człowieka stanowią dwa od¬rębne, a jednako całkowite rozwiązania przez przyrodę tego samego problemu, z czego wywikłać można się było ledwie przypuszczeniem jakiegoś zboczenia człowieka z normalnej drogi rozwojowej, jakiegoś „skoku". Czyż Bergson nie tłu¬maczy danej niewiadomej w ten sposób, że wstawia na jej miejsce niewiadomą inną?
Obojętnem jest dla naszego ściślejszego tematu, czy działalność mózgu jest produkcyjna, czy z Williamem Jam- sem tylko permisyjna i transmisyjna. Obojętna kwestja „du¬szy obszerniejszej", robiącej w dziejach postępy także za- pomocą „skoków". Czy to przyjąć, czy odrzucić, jednako na nic się to nie zda poszukującemu wykładnika w stosun¬kach praw obojga światów. Bo co innego ich samych sto-sunek, a co innego stosunek praw niemi rządzących. Stwier¬dzenie, jako świat duchowy jest czemś innem, nie wyjaśnia nic a nic, jakim dach podlega prawom, chyba że zechcemy uciec się do „metody" apriorycznej.
Radykalizm Bussego też niczego nie wyjaśnia. Monizm idealistyczny, doprowadziwszy Bussego do ogólnej formuły, iż upatruje w przejawach fizycznych odbicie bytu ducho¬wego, powszechnego i wszędzie jednego, jakby zawiódł swego twórcę w połowie drogi. Busse zawisł w jakiejś mgławicy dialektycznej. O ileż konkretniejszym jest Erazm Majewski, gdy, przerabiając również monizm na idealistyczny; powiada: „Gdybyśmy siły przyrody zniewalali własnemi siłami fizjo- logicznemi, wówczas machiny nie dawałyby żadnych plusów, albowiem skutek fizyczny nigdy nie przewyższa przyczyn fizycznych"... Maszyny są przedłużeniem członków ciała, a więc duch rządzi temi siłami. ...Zagadką życia wykazać — zdaniem Majewskiego — jako czynnik niematerjalny rządzi siłami fizjologicznemi. )
Idealizm monistyczny jest rozmaity, bo różnemi dro¬gami można sobie wyimaginować syntezę materjalizmu z idealizmem. Naprz. Majewski uznaje wprawdzie, jako duch rządzi siłami fizycznemi (na przykładzie naszym), ale po¬spiesza wytłumaczyć, że rządzi „prawem fizjologicznem, a dopiero na jego gruncie prawem społecznem". *) Wska¬zówka dość wyraźna, że monizm idealistyczny niewiele fol¬guje idealizmowi.
Dalej idzie Hans Driesch, uznający, że zjawiska ży¬ciowe mają prawa odrębne, i rozciągający swą harmonijną ekwipotencjonalność z kształtów na funkcje, Ależ zjawiska życia, to jeszcze nie przejawy duchowe!
Cała filozofja ostatniego pokolenia kręci się w tem błędnem kole istnej gry wyrazów, gdzie myśląc o duchu mówi się „życie" — a pojęcie „życia" służy do zalepiania wszelakich luk w rozumowaniu i braków w obserwacji. Trudno jednak nie wymagać ściślejszego odróżnienia życia od ducha; życie niekoniecznie bywa duchowem, może być ściśle zwie- rzęcem, cielesnem, fizjologicznem. Mówiąc tedy „życie" — nie mówimy właściwie nic ani na jedną, ni na drugą stronę.
Filozofowie ostatniej doby dużo rozumowali, niewiele stosunkowo badając; byli w niemałym stopniti nieświado¬mymi racjonalistami. Zaniedbali ukazywać nam sprawdziany. Kiedy n. p. Driesch chce wykazać odmienność budowy ele¬mentów świata psychicznego a fizycznego, przytacza trzy spostrzeżenia zagmatwane a trzeciorzędne.2)
Bardzo też często miesza się w filozoficznych wywo¬dach ostatniej doby kwestję nieśmiertelności duszy a nie- zniszczalności duchowej. Pośrednio obie łączą się w niejed¬nym punkcie, niewątpliwie; a jednak są to kwestje dwie, a każda wymaga oddzielnego traktowania w nauce. Zasad¬niczo są też te kwestje wcale nie dwiema postaciami jednej i tej samej, jakby wynikało Z wywodów nowszych filozofów. Nieśmiertelność duszy dotyczy wieczności, a niezniszczal- ność duchowa liczy się tylko z bytem ziemi, do wieczności żadnych nie mając roszczeń. Biorąc rzeczy ściśle, możnaby — jak mniemam — uznawać niezniszczalność objawów ducha ludzkiego, przecząc nieśmiertelności duszy.
Badając stosunek praw ducha a materji nie mam po¬trzeby użyć któregokolwiek z dzisiejszych „systemów" za punkt wyjścia; sądzę nawet, że żaden z nich nie byłby mi przydatny. Jestem historykiem, a historja jest nauką induk¬cyjną niemniej od chemji, a bardziej od fizyki. Wspomnia¬łem o tych syśtemach dlatego tylko, żeby uprzedzić zarzut, jakobym ignorował zdobycze pragmatyzmu, paralelizmu, wi-talizmu, i t. p. Musiałem choć pokrótce wskazać, czemu wszystkie te zdobycze nie zdadzą mi się na nic. Muszę do¬ciekania swe urządzać tak, jakby tamto wszystko nie istniało.
Nie chcę żadnego a żadnego założenia ogólnego, z któ¬rego miałbym wywodzić swe szczegóły. Wolę drogę od¬wrotną. Od szczegółów zacznę i po prawdzie szczegółami będę wciąż operował, ażeby nie stracić konkretnej pod¬stawy wnioskowań, ażeby ani na chwilę nie wyjść z obco¬wania ze sprawdzianami.
Jeżeli pośród szczegółowego badania nasunie się siłą rzeczy jaki wniosek ogólniejszy, nie ominę go; ale będę do niego przywiązywał wagę dlatego właśnie, że zrodził się samą siłą rzeczy, że nasunął się w sposób taki, iż go po¬minąć nie można, a nie z tendencji jakiejkolwiek. Przystę¬pując do swego przedmiotu, zapominam, czy wiedziałem cokolwiek przedtem o nieśmiertelności duszy, o metaficz- nem ujęciu rzeczy, o świecie nadprzyrodzonym. Będzie tem lepiej, jeżeli podczas badania, niekrępowanego żadnemi za¬łożeniami, wyłoni się to i owo indukcyjnie.
Bezwględność przyrodniczego światopoglądu, wyklu¬czanie zasadnicze ducha, poczęło się jednakże załamywać. Doskonałym punktem obserwacyjnym było zawsze to, co pisał prof. W. M. Kozłowski, jeden z najgorliwszych szermierzy przyrodniczego światopoglądu, wielce wojowni¬czy w tym kierunku, który jednak umiał z „żywymi naprzód chadzać" i bywał i jest echem każdorazowego „stanu nauki". Właśnie podczas układania niniejszego rozdziału padły z jego strony słowa, których przytoczenie dosłowne najle¬piej wyjaśni rzecz samą i przebieg tej sprawy.
„Stanowisko przyrodnicze w dążeniu swem, uzasadnio- nem zresztą, do mechaniczno-przyczynowego tłumaczenia zjawisk świata, nie doceniało człowieka, jak przeceniał go mitologiczno-teologiczny pogląd poprzedniego, romantycz¬nego okresu. Lecz już w ostatniem dziesięcioleciu XIX w. pod wpływem pobudek płynących z dążeń do reformy spo¬łecznej, stanowisko humanistyczne zaczyna coraz bardziej równoważyć jednostronność naturalizmu, a bierze stanowczo przewagę w rozwoju myśli wieku XX. Jeżeli nieodzownym warunkiem powodzenia w zakresie przyrodoznawstwa jest obezduchowienie przyrody, usunięcie z niej myśli, jako czynnika wpływającego na bieg jej wypadków, a przez to uozynienie z wiedzy doskonałego, niezależnego od jakich¬kolwiek bądź poszczególnych celów, więc wszelkim posłusz¬nego narzędzia do opanowania świata, to użycie tego na¬rzędzia spoczywa jednak na przeświadczeniu o możności stanowienia samorzutnie swych celów, o związku naszej działalności z naszym etycznym poglądem na świat. Życie myśli i ducha, wyrugowane z dziedziny przyrodoznawstwa, środka powodzeń ludzkich — zająć winno wysokie i samo¬dzielne stanowisko w humanistyce, nauce celów i wartości ludzkich. Metodyczne ograniczenia i zacieśniania poglądów, niezbędne tam dla tern doskonalszego wykucia narzędzi, nie powinno być pódniesiene do dogmatu niepokonanego, do konstytucyjnej zasady świata".
„Ogniwem, ułatwiającem porozumienie między temi dwiema wielkiemi dziedzinami wiedzy: nauką o środkach czyli przyrodoznawstwem, a nauką "o celach czyli humani¬styką, stały się odkrycia w zakresie budowy i czynności mózgu"...
„Rozwój kbry mózgowej, organu świadomości, mogą¬cej wpływać na bieg ewolucji i modyfikować ją przy po¬mocy wiedzy, nakłaniając do celów ludzkich, staje się punk¬tem zwrotnym w całej sprawie ewolucyjnej; istoty jej po¬zbawione były automatami, wytworami przypadkowego zbiegu ślepych sił przyrody. Od chwili jej powstania i rozwoju w samodzielny organ myśli ewolucja ta humani-zuje się, zaczyna ulegać kierownictwu myśli i woli ludzkiej".
Nie nastąpiło tu wcale jakieś „nawrócenie" Szawła, on
19*
nadal wojuje po staremu z „manją średniowiecczyzny" i wy¬sławia wiedzą przyrodniczą za to, że „wyzwoliła ludzkość od zmory średniowiecczyzny" — jakto wyraźnie zaznaczyć pospiesza na końcu tego samego oświadczenia, z którego zacytowaliśmy tamto, jakby w obawie, żeby tamto nie było źle zrozumiane. To tylko „ewolucja", ale bądź co bądź ku humanistyce, a nam tu o to chodzi. )
Ewolucję tę rozpoczął w Polsce Erazm Majewski, a na¬czelne w niej stanowisko, jako twórca nowego światopo¬glądu, zajął Jan Danysz we Francji.
Hegemonja przyrodnictwa nad humanistyką polegała zasadniczo na przeświadczeniu, jako wszystko jest przyrodą, a więc tylko przyrodnicy zdołają wykrywać „prawa" — wspólne wszystkiemu. Najsilniejsza, bo najsilniej i najściślej określona reakcja przeciw temu wytworzyła się w nauce polskiej ostatnich lat. Florjan Znaniecki powiada: „Po¬gląd, że zjawiska kultury powstały ze zjawisk przyrody, a więc są jeszcze przyrodniczemi w swej ostatecznej istocie, jest jawną niedorzecznością"... „Ewolucja przyrody nie może nam wyjaśnić powstania i rozwoju kultury, lecz przeciwnie, historja kultury może dopiero rzucić pewne światło na istotne dzieje natury, tej natury, którą znamy"... „Niepodobna ne¬gować realnego wpływu, który zjawiska zmysłowe, ujęte w system przestrzenno-materjalny, wywierają na życie kul¬turalne. Wpływ ten jednak musi być określony w terminach humanistycznych i badany zapomocą metod nauk huma¬nistycznych".  )
Mam właśnie zamiar zastanowić się nieco nad sprawą, czy przejawy życia zbiorowego podlegają prawom przyrody. Ani mi w głowie przeczyć a priori. Trzeba atoli zbadać zosobna prawa każdego z dwóch światów, materji i ducha, i następnie metodycznie ję porównać. Orzekając, jakoby zna¬jąc prawa przyrody znało się prawa wszelkich życia obja¬wów, popadło się w ciężki błąd, a raczej w istną kopalnię najgrubszych błędów, boć wielce fatalnych w skutkach. Zbadawszy jedną tylko dziedzinę życia, odnieść jej prawa
w czambuł ¡do drugiej, bez specjalnych dociekań, jakby mocą jakiegoś dekretu apriorysfycznego — było postępo¬waniem zaiste wielce nienaukowem.
¡Sądzę, że zagadnienie musi podlec badaniu umyślnemu, osobnemu, specjalnemu. Metoda prosta: brać prawa przy¬rody jedno po drugiem i przy każdem rozważyć zosobna, czy się stosuje zarazem do świata ducha, a zarazem i do historji. Taka prosta metoda indukcyjna wydaje mi się nie- tylko stosowną, ale też uważam ją za jedyną mogącą wieść do celu.
Jest to tem potrzebniejsze, ponieważ niekoniecznie re¬zultat badań musi być ogólnie-pofakujący, lub ogólnie prze¬czący; wcale niekoniecznie musi wypaść, jako prawa są tu i tam wspólne, lub też przeciwnie, że żadne z praw przy¬rody nie ma zastosowania w świecie ducha. Może zachodzić coś trzeciego: może bywać czasem tak, a czasem owak, że nie wszystkie wprawdzie prawa są wspólne, lecz niektóre owszem. Nie widzę tedy innego sposobu, jak osobne śledze¬nie każdego prawa pojedynczo, bez oglądania się na inne; prawa.
Zadanie nięlada! Ilu uczonych trzeba, by je wykonać? I jakich uczonych?
Ja tedy -tego nie wykonam; mogę co najwięcej dać przykład i zrobić początek. Ale tutaj nie o to mi chodzi, ' by roztrząsnąć pod tym kątem widzenia wszystkie prawa przyrody, ale tylko o przykład metody.
Wybierzmy się tedy na poszukiwania w zakresie każdego prawa zosobna. Ponieważ prawa materji są udowodnione i pewne, one przeto posłużą nam za wskaźniki, o co pytać.
Tą metodą postępując, spostrzeżemy na samym wstę¬pie, że istnieje cały szereg praw przyrody, wobec których poszukiwanie tożsamości lub odrębności świata ducha za¬krawałoby jia śmieszność, lub złośliwość. Czyż nie byłoby złośliwością zapytywać, jak to objawy życia duchowego re¬agują na prawo rozciągłości i podzielności, ściśliwości i roz¬szerzalności, na prawo ciężkości?1) Podobnież posunęłoby
nas w dziedzinę absurdalności poszukiwanie dla świata du¬chowego trzech stanów skupienia, topnienia i krzepnięcia, skraplania i ulatniania. Same tedy tak zw. prawa ogólne świata materjalnego zawierają aż nazbyt sposobności do zniechęcenia, jako wdajemy się w przedsięwzięcie absur¬dalne, chcąc tym sposobem dochodzić stosunku praw ma- terjalnych do duchowych. Gdybyśmy przeszli dalej prawa szczegółowo, z mechaniki np. lub termiki, wypadłoby zapi¬sać sporo takich, których roztrząsanie z tego punktu wi¬dzenia nie wiodłoby również do niczego.
Te zestawienia mówią nam bowiem nie to tylko, że w tym i w owym zakresie zjawisk świat ducha nie podlega prawom świata materji, lecz mówią coś więcej, ale zarazem coś zasadniczo różnego. Krótka chwila zastanowienia wieść musi do wniosku, jako zestawiamy niepotrzebnie i niewła¬ściwie sprawy zestawić się nie dające, nie pozostające do do siebie w stosunku ani dodatnim ani ujemnym, nie ukła¬dające się ni positive, ni negative. Są to sprawy rozbieżne, dla których zagadnienie np. ciężkości czy ściśliwości nie stanowi wogóle niczego. Gdybyśmy poprzestali na tem i za¬przestali dalszych poszukiwań, musielibyśmy orzec, jako dwa światy, materji i ducha, nie mają z sobą żadnego wogóle związku, nie pozostają do siebie w żadnym stosunku, ani nawet nie w przeciwstawnym, dla braku wrzelakiego ferfium comparafionis.
Rezultat taki miałby nawet oparcie w tem, że podo¬bieństw i różnic dopatrywać się można tylko pomiędzy po¬jęciami, rzeczami i sprawami jednorodnemi. Różnorodność materji a ducha poświadcza się niejako w absurdalności ze¬stawienia praw rządzących jednym a drugim z tych światów; każdy z nich sobie zosobnai Wszakżeż „prawo" nie jest niczem innem, jak wypadkową wszelkich okoliczności i wa¬runków, wynikiem uwzględnienia wszystkiego, cokolwiek dotyczy istnienia tego przedmiotu badań, o którego prawa chodzi. Jeżeli tędy dostrzegamy rozbieżność w kwestji praw, widocznie zachodzi rozbieżność warunków i okoliczności istnienia, rozbieżnóść samych rzeczy.
Wniosek przedwczesny, mimo całej swej logiczności! Należy być ścisłypi i stwierdzać rozbieżność pod względem ciężkości, ściśliwości, ulatniania czy skraplania itd. ifęL Może nie wobec wszystkich praw przyrody zachodzić będzie to samo? Indukcja niech nas prowadzi dalej.
Wśród ogólnych praw fizycznych jedno nasuwa przy-puszczenia, że 'może stosować się do obojga światów, materji i ducha, mianowicie prawo nieprzenikliwości. Dwa ciała nie mogą zajmować tego samego miejsca jedno¬cześnie. Nęci nas kilka sposobów przetransponowania tego prawa na układ duchowy; jeżeli jednak ma się postępować poważnie, systematycznie, winniśmy najpierw określić prawo nieprzenikliwości duchowej, umieć je wyrazić, ubrać w słowa nie dwuznaczne a konkretne. Gdyby zapytać: co to jest ciało, o którem mowa w określeniu prawa nieprzenikliwości, wystarczy najzupełniej odpowiedź prosta, zgoła niefilozo- ficzna, że ciałem jest wszystko, cokolwiek jest materją, choćby w najdrobniejszej cząstce. Możemy to samo wyrazić słowy: Ani najdrobniejsze cząstki materji nie mogą zajmo¬wać tego samego miejsca jednocześnie. Będzie to istotnie zupełnie to samo, bez jakiejkolwiek odmiany sensu.
Jakichże wyrazów użyć, chcąc określić (przypuszczalną) nieprzenikliwość w świecie ducha? Język nasz jeszcze nie- dość wykształcony, bo wchodzimy w dziedzinę pojęć no¬wych, czy raczej nowych kombinacyj pojęciami. Mamy mó¬wić o czemś, o czem jeszcze nie mówiono; poruszamy nowy przedmiot, dotychczas nieznany; jakżeż go nazwać, gdy nie był jeszcze wymieniany ni nazwany? Chodzi o to, czy dwa przejawy duchowej strony ludzkiego bytowania mogą się objawiać jednocześnie w tem samem miejscu. Lecz jak tu rozumieć wyrażenie „miejsce?" W pewnem zastosowaniu można i w tej dziedzinie mieć na myśli miejsce przestrzenne, jako ograniczoną część przestrzeni, lecz nie zawsze, nie we wszystkiem. Naprz. na tym samym obszarze spotykamy roz¬maite religje, rozmaite prądy umysłowe, nieskończoną roz¬maitość myśli i uczuć. Świadczy to przeciwko prawu nie- przenikliwości. Ale wyrażenie „miejsce" można odnieść do zwojów mózgowych, do centrów nerwowych i zapytać, czy ten sam zwój może jednocześnie snuć dwie myśli, ten sam nerw doznawać równocześnie dwóch wrażeń. Być może, że w tym zakresie obowiązuje nieprzenikliwość, ale czyż psy- chologja doświadczalna jest już rozwinięta na tyle, by móc to na pewno potwierdzić, lub na pewno temu zaprzeczyć?
Sprawa powikła się odrazu bardziej, jeżeli zapragniemy wiedzieć, czy ten sam ośrodek nerwowo-mózgowy może spełniać równocześnie dwie funkcje (czy też być pomocnym przy ich spełnianiu, boć jeszcze wątpliwe, jak rolę tych ośrodków rozumieć?) Wiemy, że nie może jednocześnie n. p. sprawować chodu i bezruchu, aleć to są funkcje cie¬lesne, choćby pochodziły z nakazu funkcji duchowej. Nie można wykluczać zgóry, czy dla tego rodzaju przejawów nie istnieją prawa osobne, a osobne dla samych funkcyj duchowych. Chodzi o myśl i uczucie. Ależ nie wiadomo, czy myśl, jako taką, uważać również za funkcję? a tem mniej wiadomo o uczuciach. Co to jest myśl, jak powstaje i o ile ma to związek z danem miejscem ciała, o tem bardzo wiele rozmyślano i zgromadzono wiele przyczynków do tej kwe- stji, lecz jej jeszcze ostatecznie nie rozwiązano.
Przy dzisiejszym stanie nauki nie zdołamy dać stanow¬czej odpowiedzi na pytanie, czy nieprzenikliwość obowią¬zuje przejawy ducha w jednostce.
Zagadnienie wikła się ogromnie skutkiem tego, że prze¬jawy duchowe przedstawiają się niejednakowo w jednostce a w zrzeszeniu, indywidualnie a gromadnie. Uznajmy mózg za zrzeszenie włókien jego i zwojów, a któż zaprzeczy, że w tej samej głowie mogą być równocześnie przerozmaite myśli, a w sercu uczucia wręcz z sobą sprzeczne?
Jeżeli zaprzeczymy nieprzenikliwości i stwierdzimy, jako na tem samem miejscu w tym samym organie mogą jedno¬cześnie istnieć dwa lub więcej przejawy duchowej strony ludzkiego bytowania, wejdziemy w labirynt istny zagadnie¬nia nowego: jak się dokonywa to wieloistnienie, ta mno¬gość równoczesna i jakie zachodzą stosunki pomiędzy po- szczególnemi równoczesnemi przejawami, zwłaszcza pomię¬dzy sprzecznemi?
Historykowi chodzi o wzajemny przestrzenny stosunek cywilizacyj i wogóle wszelkich znaczniejszych prądów umy¬słowych. Tu na pewno prawo nieprzenikliwości przestrzen¬nej nie istnieje, a co do indywidualnej mogą zachodzić wąt¬pliwości rozmaite, odmienne dla rozmaitych prądów ducho¬wych. Naprz. czyż można wyznawać równocześnie dwie reli- gje, jeżeli się je rozumie lub odczuwa właściwie? Przy ro¬zumieniu niewłaściwem, a właściwie przy nierozumieńiu ich możliwem jest t. żw. dwojewierje, znane dobrze w Rosji. Gzy można być równocześnie poetą i sknerą, jak uczonym, a świętoszkiem itp. A więc w charakterach ludzkich nieprze- nikliwość miewa zastosowanie; alé czy zawsze, czy ze wszyst- kiem, czy też w jakiemś ograniczeniu?
W zastosowaniu do przestrzeni odpowiedź jest łatwa, a "niewątpliwie negatywna. Tu niema nieprzenikliwości! Do¬strzegł to już Erazm Majewski, kiedy pisał: „Ciała spo¬łeczne rozrastając się i przez to zajmując obszar coraz więk¬szy, mogą wzajem na siebie zachodzić, t. j. przenikać się wzajemnie, bez utraty właściwych każdej cech indywidual¬nych, t. j. bez zlewania się w jedną większą całość. Zjawi¬sko takie zgoła niemożliwe we wszystkich znanych nam cia¬łach organicznych, tutaj może doćhodzić do ostatecznych granic". Przytacza autor dla przykładu koczowników i rol¬ników na tymże obszarze. ^
Można zapuścić się bezporównania dalej, niż to czy¬nił Majewski w tym wypadku, i znaleźć materjał na większą skalę. Rozmaite cywilizacje mogą istnieć zachodząc na sie¬bie wzajem, mogą każda żyć własnem życiem, mieszcząc się długo obok siebie na tem samem miejscu, jak to wi¬dzimy we wszystkich niemal ogniskach Orjentu, tudzież w Polsce, która jest pod tym względem jakby Orjentu po-
. Nauka o cywilizacji, tom I, str. 275.
czątkiem. Mamy u siebie obok łacińskiej rozlaną szeroko cywilizację żydowską, a w prowincjach wschodnich także słowiańsko-turańską, moskiewską. Wilno przedstawia pstro- kaciznę cywilizacyjną, lecz niedużą w porównaniu z Ale- ksandrją, z Benares i t. p.
Jak się przedstawia takie wzajemne zachodzenie na się różnych cywilizacyj? Czy działanie ich rozchodzi się na- kształt owych kręgów, natężających niegdyś uwagę Leo¬narda da Vinci, kręgów od dwóch kamieni rzuconych do stawu? One się krzyżują i zachodzą na siebie, nie tamując niczem zupełnego rozwoju każdego z systemów, wywodzą¬cych się od pewnego rzutu; każdy rzut wywołuje wszystkie konsekwencje kręgowania fal, póki starczy miejsca między brzegami stawu. Lecz gdy wrzucimy równocześnie cztery kamienie, widocznem się staje załamywanie się każdego z systemów fal, bo zbyt gęsta siatka fal sprawia, iż się one wzajemnie tłoczą, psują, łamią, a co najciekawsze, ze zde¬rzeń powstają małe nowe ogniska, wywołujące odrębne tworzenie małych krótkotrwałych kręgów, skazanych na szybki zanik. Uczyńmy to samo w stawie cztery razy więk¬szym, którego obszar dość znaczny do obserwowania czte¬rech rzutów i ich skutków. Skutek będzie taki sam, z tą jedynie różnicą, iż nastąpi nieco później. Im większa prze¬strzeń, tem dłużej trwa wzajemne nieprzeszkadzanie sobie, lecz po pewnym czasie zmącenie kręgów nastąpić musi. Być może, że fizycy obliczą, ile kręgów harmonijnych mo¬żliwych jest przy danym obszarze, a wtedy będziemy mieli przed sobą nowe zagadnienie, czy też odkryte przez nich prawo ma zastosowanie w świecie ducha, czy nie. Narazie wie każdy z nas, jako po wrzuceniu znaczniejszej ilości ka¬mieni równocześnie następuje ciężkie falowanie całej po¬wierzchni, nie zachowując żadnych umiarowych kręgów fal; nastaje wzburzenie powierzchni stawu.
Mamy przykład bardziej powikłanego krzyżowania się fal, a jednak nader regularnego, wybitnie umiarowego, w układaniu się fal świetlnych. Zapewne nadawałby się bar¬dziej na obraz arcyzawikłanych stosunków ludzkich, odpo¬wiedziałby lepiej wymogom przejawów świata duchowego. Ale to wszystko tylko przykłady, środki pomocnicze rozu¬mowania, lecz nie rozumowanie samo. Do dostrzegania po¬dobieństwa wiodą zresztą często... pozory. I przy całem po¬dobieństwie pozorów może zachodzić coś całkiem odmien¬nego. Kto tego dojdzie przy dzisiejszym stanie nauki?
Może się kiedyś okazać, że co innego nieprzenikli- wość materji a zgoła inna sprawa z ruchem najrozmaitszych fal rozmaitych objawów fizycznych, fal wodnych, fal głoso¬wych, świetlnych, elektrycznych i t. d. Może się kiedyś okaże, jako pewne kategorje przejawów duchowych podle¬gają przestrzennie ruchom falistym pewnego rodzaju fal, lub też w różnych okolicznościach fal niejednakich? Ale również jest możebnem, że wszelkie przypuszczenia w tym kierunku okażą się nieusprawiedliwionemi, omyłkami pozo¬rów poprostu i niczem więcej — i wszystko rozwieje się? Może się natomiast wyłonić przypuszczenie jakieś inne, naj¬mniej spodziewane, a o ile trafne, rozsądzą badania, wyma¬gające czasu.
Również może się wkońcu okazać, jako tu wogóle niema żadnej prawidłowości i wszelkie rozważania na temat nieprzenikliwości były niepotrzebne. Niema się czego wsty¬dzić; tego rodzajd wypadki są pospolite W dziejach nauki, która rozwija się po linji bardzo łamanej.
Jeszcze jedna uwaga co do indywidualistycznej strony przedmiotu. Stwierdziliśmy przed chwilą, jako niesposól>być równocześnie poetą i TartufPem, a zatem coś z nieprzeni¬kliwości tu prześwieca, chociaż nie wiemy, jak się to dzieje. Ale obok tego spostrzeżenie wręcz prżeciwne: Oto w je- dnem indywiduum mogą się krzyżować, mieścić równocze¬śnie (fortunnie czy niefortunnie) rozmaite cywilizacje, wogóle rozmaite przejawy duchowe niejednorodne. Głowy chaotyczne potrafią doprowadzić to do mistrzostwa, a w środowiskach mnogości cywilizacyjnej powszechnym jest typ człowieka, który na różne sprawy zapatruje się według rozmaitych me¬tod cywilizacyjnych; zlepek ujemnych zwłaszcza właściwości dwóch lub więcej cyWilizacyj. Jaki tego zlepka walor — o tem na innem miejscu; tu chodzi tylko o to, że jeżeli nawet istnieje nieprzenikliwość w świecie ducha, ma sobie zakre¬ślone jakieś granice ciasne, a wszystko przemawia za tem, że stosują się do tego prawa tylko niektóre przejawy życia duchowego, stanowiące nieznaczną grupę wobec przygniata¬jącej większości przejawów, których nieprzenikliwość nie obowiązuje.
Cały rezultat naszych roztrząsań możnaby streścić w tem, że o nieprzenikliwości można przynajmniej dyskutować, pod¬czas gdy tamte prawa absolutnie do dyskusji nawet najlibe- ralniejszej nie nadawały się; przy tamtych wszelka dyskusja musiała być odrzucona a litnine. Niewiele wiemy, ale zawsze bądź co bądź coś; to mianowicie, że sfera możliwa do dyskusji zaczyna się od prawa nieprzenikliwości. Jak na taki drobny rezultat, za długo poraliśmy się z tą rzeczą, ależ to zwykle tak bywa, że czem coś wątpliwsże, tem więcej zajmuje czasu.
Rychlej załatwimy się z jednem jeszcze prawem „ogól- nem", ostatniem, a które wspólnem jest na pewno obu świa¬tom. Jest niem prawo bezwładności. Mówiąc ściśle, chodzi o ten skutek bezwładności, iż ciało po wyczerpaniu źródła działającej siły ulega jeszcze przez pewien czas na¬stępstwom tego działania, zachowując się tak, jak gdyby siła jeszcze działała. Ta obserwacja fizykalna da się stwierdzać często także na przejawach życia duchowego. Wiadomo, że nerwy uspokajają się późno po ustaniu przyczyny wzburze¬nia, a zdarza się, że się nie uciszą nigdy; ale nie chcę czer¬pać argumentów ze sfery, którą można uznawać za ściśle cielesną. Przejdźmy do uczuć nie związanych bezpośrednio ze stanem ciała. Widzimy często w życiu publicznem, jako przywódcy pewnych grup cieszą się wprost uwielbieniem swych popleczników; jest to mieszanina podziwu, uznania wyższości, przywiązania gorącego, gotowości do ofiar i sym- patji osobistej, posuniętej do zachwytu. Zdarza się, że przy¬wódca okaże się po pewnym czaste niegodnym zaufania. Przynajmniej 90 % jego zwolenników poczeka, aż się doczeka kilku skandalów publicznych, a przynajmniej 40% pozostanie mu wiernymi pomimo wszystko, bo pogrążeni są w bezkry- tycznem uwielbieniu. Działa tu siła bezwładności. Do tejże kategorji zjawisk wypada zaliczyć fakt, że większość osób biorących udział w życiu publicznem trzyma się z największą konsekwencją zapatrywań nabytych zamłodu, chociaż prze¬brzmiały już stosunki, na tle których i dla których zapatry¬wania owe wyrobiły się. Wszelkie zacofanie, skamieniałość
niewspółmierność z życiem stanowią objawy bezwładności. Podobnież ma się rzeęz z naukowemi poglądami „inteligent¬. nego ogółu".. Bywają niemal zawsze zacofane, czyto we fi¬zyce, czy w historji. Słyszy się co dnia niemal w enuncja¬cjach dyplomatów, ministrów, naczelników stronnictw istne horrenda, gdy któremu z nich zechce się gadać teoretycz¬nie. Znać, że przestali poddawać się działaniu sił nauko¬wych, że źródła tych sił dawno dla nich wyschły, ale siła bezwładności triumfuje tern bardziej. Cały dzisiejszy stan Europy tłumaczy się bezwładnością; prócz Włoch niema nigdzie zmian w metodach rządów czy parlamentów, ani nawet w ugrupowaniach stronnictw, jakkólwiek dawno prze¬stały istnieć stosunki, dla których powstawały programy owych stronnictw. Wszystko pochodzi z poprzedniego okresu historycznego; nie powstało ani nawet nowe pojęcie państwa. Żyje się przeżytkami, działa się na podstawie siły bezwład¬ności — póki i ta się nie wyczerpie.
Niema takiego objawu myśli lub uczucia, któryby nie trwał dłużej, niż siła, która go wytworzyła. Bezwładność zdaje się działać nawet silniej w świecie ducha, niż w świe¬cie materji. Mam oczywiście na myśli 'tylko objawy takie, których przydługie trwanie nie wynika z jakiegoś specjal¬nego postanowienia, lecz obchodzi się bez refleksji. Wier¬ność uczuciom i stałość przekonań nie bezwładnością się tłumaczą. Ale bywają nawyczki w tej i tamtej dziedzinie, nie mające zasadniczo nic wspólnego z hartem, ni z silnym charakterem.
W znaczniejszym zakresie bezwładności w przejawach duchowych, niż materjalnych, tkwi zagadka; wszakżeż spo-dziewalibyśmy się raczej czegoś przeciwnego.
Bezwładność ustaje, gdy pojawi się działanie nowej siły. Ó to łatwiej w życiu duchowem, niż W materjalnem, a jednak bezwładność mocniej igra z duchem. .Zastano wie¬- nie się nad tem zjawiskiem, zrazu ogromnie dziwnem, do¬prowadzi nas do stwierdzenia pewnej różnicy dwóch świa¬tów, dotychczas niedostrzeżonej. Siła bezwładności traci szybko panowanie nad ciałem, bo nader łatwo ciału znaleźć się pod działaniem nowej siły; skoro tylko ją napotka, ule¬gnie jej. Ale czy ulegnie duch, umysł czy serce? Ciało ulec musi, duch nie musi.
Wszelkie ciało podlega wszelkiej sile, w której polu działania się znajdzie. Uwolnionem być może od podlegania pewnej sile tylko przez odpowiednie wzmożenie siły innej; zresztą obowiązuje znany „równoległobok sił". Gdyby umysł i uczucie podlegały także temu prawu, nieuchronnym skut¬kiem byłby chaos głowy i anarchja serca, boć duch napo¬tyka nieustannie taką mnogość rozmaitych sił na każdym kroku, iż ciągłe a chwilowe podleganie im doprowadzićby. musiało do rozstroju. Gdybyśmy musieli ulegać każdemu wpływowi, których dziesiątki działają na nas dzień w dzień, nastąpiłoby pomieszanie zmysłów; w żadnym zaś razie nie mogłoby być mowy o użytku woli, o tern, co zowiemy zró¬wnoważeniem władz umysłowych, a co stanowi warunek ży¬cia ponadcielesnego. Użytek rozumu zawdzięczamy tedy tej okoliczności, że nie pozostajemy pod przymusem ulegania każdej sile, któraby mogła działać na nasz ustrój duchowy. Całe nasze człowieczeństwo z tego się rodzi, iż przechodzimy obok mnóstwa sił, nie¬tknięci przez nie, podlegając tylko niektórym. W tem zasa¬dnicza różnica i odrębność świata ducha.
Wyłania się wraz zagadnienie, kiedy, w jakich warunkach, którym siłom podlegamy duchowym, czy też wspólnym materji i duchowi? Od czego to zależy, kiedy której pod¬legniemy sile? Wyłania się nowy obszerny płat... niewia- domości. Nie uszczupli się go ni w najmniejszej cząstce bez mozolnych studjów. Tu niema żadnych odpowiedzi naprędce! Pozostawiając tedy za sobą duże ciemne pole, idźmy dalej za pierwotnym naszym wątkiem, by dokonać przeglądu tych sił, o których obecnie da się mówić pod kątem podjętej tu kwestji.

Jeszcze jedna siła materjalna dotyczy również świata ducha, mianowicie tar cie. Niema wyjątku od tej siły; wszelki przejaw duchowy musi jej ulegać. Czyż urzeczywistnia się zamiar jakikolwiek moralny w stopniu takim, jak zamierzano i do jakiego poczyniono przygotowania, zgromadzono środki? Czyż ofiarność wyda kiedykolwiek skutki takie, iżby pozo¬stawały w stosunku prostym do jej wielkości i wartości etycznej? Kiedyż nauka zda się wszystkim do tego wszyst¬kiego, do czegoby przydatną być mogła? Kiedyż poezja lub muzyka dadzą się spopularyzować i wydadzą z siebie jakieś odsetki od tych skarbów nad skarbami, jakie gromadzą od wieków?! Rymuje się i nadużywa przyrządów muzycznych na wyścigi; ale czy znać na ogóle kulturalny wpływ poezji - lub muzyki? i czy owi rymotwórcy i muzykanci wiedzą choć, co to poezja, co to muzyka? Albo przykład ze wszystkich najdrastyczniejszy: Od wieków jest parafja i są kazania, a ochota do rabunku, a nienawiść pracy... są obok tego, jak były przed wiekami.
Wszelki ideał ponosi szwank w toku urzeczywistniania. Siewcy dobra muszą zawsze dobyć się na wysiłek znaczniej¬szy, niżby wypadało z prostego obliczenia okoliczności. Bez¬pośrednio wysługuje się zamierzonemu celowi część tylko poświęconych temu sił; ledwie zbierze się owoce z cząstki trudów. Tak bywa w życiu indywidualnem i zbiorowem, prywatnem i publicznem. Zawsze trzeba napięcia sił znacz¬niejszego, ponad ich stosunek do dzieła. A czyż dzieło
odpowiada kiedykolwiek marzeniom? a nawet choćby tylko obliczeniom najrozsądniej dokonanym? Wszędzie i zawsze znajdzie się szkodliwe tarcie. Dlatego lina okrętowa musi być mocniejsza pięciokrotnie, niż wypada z obliczeń według praw fizyki; i dlatego kto w świecie ducha nie ma sił na za¬pas, ten jest bezsilny.
Ponieważ w stosunkach duchowych znaczniejsze jest sił powikłanie, wypada domyślać się, że tarcie jest tu zna¬czniejsze i niebezpieczniejsze, absorbujące sił więcej, niż w sprawach materji. Aleć to tylko domysł indukcyjny. \^ła- ściwie odkrywamy znów nową niewiadomą! To jednak pewne, że tarcie obowiązuje w obu światach, wspólne zjawiskom wszelakiej kategorji.
Fizyka zna drugą jeszcze przeszkodę swobodnego dzia¬łania siły, mianowicie t. zw. opór środowiska. Zesta¬wiając prawo oporu z prawem tarcia w przystosowaniu do świata duchowego, możemy stwierdzić z całą dobitnością,. jako przejaw duchowy nie musi uledz sile, działającej w okręgu jego przestrzeni i czasu, chociaż siła ta miewa doń zastoso¬wanie. Innemi słowy: nawet te mat er je, na które dzia¬łają zarazem w świecie ducha, działają tylko warunkowo, t. j. że działać mogą, lecz nie muszą — skutkiem czego tam, gdzie zachodzi wspólność praw obu światów, jest ona warunkową, t. j. że polega li tylko na tem, iż wspólność taka zachodzić może, lecz nie musi.
Tarcie zdaje się stanowić jedyny od tego prawidła wyjątek; przynajmniej nie trafiłem na żadne przejawy ży¬cia duchowego, ni w życiu potocznem jednostki, ni w życiu historycznem zbiorowem, takie, któreby zezwalały przy¬puszczać, jakoby mogły nie podlegać prawu tarcia. Byłby to jedyny wyjątek, podkreślający tem mocniej regułę.
Reguła sprawdza się na nowo przy prawie oporu śro¬dowiska. Opór ten czasem działa przeciwko przejawom du¬chowym, czasem jednak go niema wcale. Owszem zdarza się nawet, że środowisko dopomaga danej sprawie duchowej, czego fizyka nie zna. Mamy tedy przed sobą całą skalę: od oporu, czyniącego działanie pewne niemożliwem, aż do uła¬twień sięgających jak najdalej. Fizyka zna tylko różne stopnie
oporu, nie wychylając się poza możliwość oporu minimal¬nego, lecz w żadnym wypadku świata materjalnego nie udało się stwierdzić, jakoby opór absolutnie nie istniał, a nawet przechodził w popieranie danego ciała w Jego ruchu. Przy najsilniejszym sprzyjającym wietrze musi jadący w jego kie¬runku pokonać jakiś minimalny opór powietrza. Ale gdy chodzi o przyjęcie jakiegoś dobrodziejstwa od ludzi, zazwy¬czaj wola człowieka żadnego nie stawia oporu, lecz owszem, wytęża się, by ułatwić działanie dobroczyńcy. Spostrzegamy to zarówno w prywatnem życiu, jak w zbiorowem pu- blicznem.
Użyłem w przedostatniem zdaniu wyrażenia „zazwyczaj". Może bowiem być i przeciwnie, niż bywa zazwyczaj; można stawiać opór dobrodziejstwom. Nie w każdem środowisku witano mile lekarzy przybyłych zwalczać epidemję; podczas ostatniej epidemji cholery wrzucano ich do Wołgi, jako po¬dejrzanych właśnie o szerzenie zarazy. Znane są wypadki, w których ludność nie pozwala gasić pożaru; np., jeżeli powstał od pioruna, a więc rzekomo z woli Bożej. Zależy to tedy od woli człowieka, czy w swem środowisku dopo¬może, czy też przeszkodzi dobru, boć zależy to od tego, co w danym razie uważa za dobre. Może opór pochodzić z pobudek szczytnych. Np. gdyby zakonnikom zamienić cele na zbytkowne apartamenty, powstałby gwałtowny opór w imię reguły zakonnej.
Prawo oporu środowiska nie obowiązuje tedy świata duchowego; środowisko może się zachować dowolnie. Jeżeli opór zachodzi, powstaje z woli ludzkiego środowiska.
Wynika z tego, że samo pojęcie pracy musi być inne w świecie materji a ducha. Fizyka twierdzi bowiem, jako pracą jest pokonywanie oporu. Gdyby tę samą defi¬nicję odnieść do przejawów duchowych, popadlibyśmy w to położenie, iżbyśmy nader rzadko kiedy mogli stwierdzić pracę duchową. Ten rodzaj pracy zeszedłby do nikłości, gdyby nie mógł istnieć bez pokonywania oporu środowi¬ska. Niewątpliwie miewa z tem nieraz do czynienia, lecz nigdy istota pracy duchowej na tem nie zasadza się.
Nie mam zamiaru porywać się na próbę definicji pracy duchowej; nie czuję się do tego dostatecznie przygotowa- nyra i sądzę, że lepiej pozostawić tę troskę specjalistom. Mogę tylko zwracać uwagę na niektóre właściwości tej pracy. Pozwolę sobie atoli na jedną uwagę zasadniczą: Zdaje mi się, że gdyby praca materji a ducha była w zasadzie tem samem, gdyby jedna od drugiej różniła się tylko objawami, a nie istotą samą — natenczas oba rodzaje pracy musia¬łyby podlegać tym samym prawom. Skoro tak nie jest, wi¬docznie zachodzi tu różnica samejże istoty rzeczy — a za¬tem wyłania się tu argument przeciw monistycznemu świa¬topoglądowi.
Do kwestji pracy powrócę jeszcze niżej, gdy będzie mowa o prawach energji. Obecnie stwierdzam tylko, że istnieje wiele rodzajów pracy duchowej, które nie dadzą się podporządkować pod pokonywanie oporu. Przyznaję, jako wytwarza się z tych roztrząsań zagadka, jakim sposobem istnieje zawsze tarcie, skoro niezawsze istnieje opór? Dla¬czego ilość i jakość osiągniętych wyników nie odpowiadają nigdy zamiarowi i wysiłkom, ani nawet wtedy, gdy środo-wisko dopomaga danej pracy, w niem przedsięwziętej? Wy¬znaję swą niemoc wobec tego zagadnienia, nie umiejąc go wyjaśnić. Mamy znów do czynienia z nową niewiadomą.
Przechodzę do t. zw. prawa przeciwdziałania. Jest to stare prawo Newtonowskie, opiewające, jako wzglę¬dem każdego działania istnieje przeciwdziałanie równe, a skierowane przeciwnie, czyli innemi słowy, jako wzajemne działania dwóch ciał są sobie zawsze równe, lecz skiero¬wane przeciwnie. Do objawów tego prawa należy znany fakt, jako kąt odbicia równy jest kątowi padania.
Przejawy świata ducha m o g ą wzbudzać przeciwdzia¬łanie, lecz nie muszą: o ile.zaś ono powstanie, nie musi wcale być równem. O ile indukcja historyczna zezwala kwe- stję tę obserwować ściślej, odnosi się wrażenie, jakoby kąt odbicia mógł być w przejawach duchowych większym od kąta padania, i to nieograniczenie większym. Reakcja, ma¬jąca wyrównać akcję, musi być większą, silniejszą; inaczej nie odnosi skutku. W tej dziedzinie badań niezmiernie trud¬no o pewność, czy dochodzenie stanu rzeczy było ścisłem; właściwie nie rozporządzamy nawet metodą, któraby mogła dostarczyć nam rękojmi, to też użyłem wyrażenia: „odnosi się wrażenie" — i powiem otwarcie, że narazie nie można się tu zdobyć na więcej. Wrażenie w zasadzie argumentem być nie może, można jednak zastosować argument okolicz¬ności łagodzących, ten mianowicie, że w tym wypadku wra-żenie stanowi zbiór wyników z mnóstwa specjalnych stu- djów ściśle naukowych, opisujących fakty historyczne. Auto- rowie historyczni nie zajmowali się w swych pracach zagad¬nieniem, o które nam tu chodzi, lecz niemniej przeto badane przez historyków fakty i okoliczności posiadają z tem zagadnieniem związek; ńie mogą go nie mieć. Histo¬ryk opisuje także wszelkie przeciwdziałanie, skoro tylko na nie natrafi, a co jest rzeczą zwyczajną; ale nikt z history¬ków nie zastanawiał się nad tem, czy i o ile ma się tu do czynienia z jakiem prawem, a zwłaszcza z jaką analogją do świata materji. Nie podejmowało się tej kwestji — co oczy¬wiście nie stanowi dowodu, jakoby ona nie istniała. Kfo sobie zaś zdaje sprawę z jej istnienia, dokonuje przeglądu długiego szeregu prac najpoważniejszych i tematem wobec naszej kwestji najwydatniejszych i zbiera sumę zawartych w nich rezultatów, przez autorów nie wyrażanych, bo się o tę stronę przedmiotu nie troszczyli wcale, możnaby po¬wiedzieć, że są to rezultaty mimowiedne, osiągnięte zgoła bez świadomości tego. Te okoliczności utrudniają bądź co bądź, i to wiele, osiągnięcie ścisłości naukowej — i dlatego wolę poprzestać na wyrażeniu „wrażenie", zastrzegając się tylko, że wrażenie to nie jest pozbawione podstawy naukowej.
W indywidualnem życiu przeciwdziałanie spotyka się tem rzadziej, im bardziej rozwinięte są siły umysłowe danej jednostki. Nie będę się nad tem rozwodził, bo każdy stwier¬dzi to z własnego doświadczenia, z obserwacji znanego so¬bie otoczenia. Gdzie wola słaba, znajomość świata i życia niedostateczna, fam każde działanie umysłu wywołuje wraz przeciwdziałanie; stąd rozterka umysłu, brak kierunku, brak decyzji. Często da się obserwować zachowanie się danego umysłu takie, iż możnaby je porównać z ruchem wahadło¬wym; wahania równe wahaniom, a nakońcu spoczynek, bezruch. Ale to już kwestje z zakresu psychologji.
O ile tedy zachodzi przeciwdziałanie w świecie ducha, działa ono według odmiennych prawideł, aniżeli w dziedzi¬nach materji. Jak działa, na to obecnie dokładniejszej odpo¬wiedzi udzielić nie można.
Przesuniemy się teraz do prawa, które działa w świe¬cie ducha wręcz przeciwnie, niż około materji, jakby prawo odwrotne. Chyżość ciała znajdującego się w ru¬chu jest największa na obwodzie, zmniejsza się ku środ¬kowi, a w centrum jest najmniejsza; wzrasta tedy z długo¬ścią promienia. Istnieje też chyżość historyczna,wogóle socjologiczna, ale zachowuje się wręcz przeciwnie do tamtej. W zrzeszeniach ludzkich największa jest w centrach, zmniej¬szając się ku obwodowi, maleje tedy z długością promienia. W centrach, w stolicach chyżość przejawów duchowych była zawsze i jest znaczniejsza, a ku obwodowi maleje czasem tak nadzwyczajnie, iż ruch ledwie się udziela peryferji, a nie¬raz całkiem do niej nie dochodzi. Nie trzeba historyka na tę obserwację, gdyż każdy ją robi współcześnie.
Inny wypadek odwrotności prawa materjalnego w zar stosowaniu do przejawów duchowych dostrzegł Erazm Ma¬jewski, u którego w „Nauce o cywilizacji", w tomie III, na stronicy 369 czytamy:
„...gdy bowiem zwykłej energji lub materji musi ko¬niecznie ubywać tyle w jednem miejscu, ile przybywa w in¬nem — nie tak jest z potęgą duchową. Ta może przyrastać bez żadnej straty dla miejsc, skąd się rozchodzi, bo właści¬wie nie rozchodzi się ona znikąd — tylko bywa wzbudzaną pod wpływem istniejącej Już gdziekolwiek potęgi".
To prowadzi nas ku rozważaniu kwestji energji wogóle.
I w świecie ducha także należy rozróżniać energję po¬tencjalną ) a kinetyczną. Jest to nic innego, jak rozróżnianie zdatności a czynności, możliwości a rezultatu, zamiaru a czynu, Logosu a Ethosu. Energja potencjalna duchowa długo nieraz bywa jakby w uśpieniu, zanim zamieni się w kinetyczną, co czasem następuje nagle, wybuchowo; zupełnie tak samo w świecie ducha. Chodzi o to, czy stosunki dwojga tych energij pomiędzy sobą okażą się jednakowe tu i tam.
Zgoda dziś powszechna na to, jako wszelkie objawy fizyczne polegają na przenoszeniu energji z jednego pola na drugie. U materji energja przenosząc się z ciała na ciało, może zmienić formę. Przytoczę 22 zmiany, wiadome po¬wszechnie :
Praca mechaniczna może zamienić się w energję kine¬tyczną, w ciepło, w napięcie elektryczne, w energję prądu, energję chemiczną — i odwrotnie.
Napięcie elektryczne może się zamienić w energję prądu — i odwrotnie.
Mogą zachodzić przemiany pośrednie: praca mecha¬niczna w światło za pośrednictwem ciepła; w energję che¬miczną za pośrednictwem prądu elektrycznego; światło w na¬pięcie elektryczne przez ciepło; napięcie elektryczne w pracę chemiczną za pośrednictwem prądu — i wszystkie te kom¬binacje odwrotnie. Razem jest ich 22, na który to szczegół powołam się w dalszym wywodzie.
Każda forma energji materjalnej da się zamienić w zu¬pełności w ciepło; częściowo da się też zamienić ciepło na każdą formę energji. Istnieje tedy w świecie materji uprzy¬wilejowana forma energji, arcyforma jej, a jest nią ciepło. Bo też ciepło odgrywa rolę zasadniczą w materjalnej eko¬nomice świata; od jego ilości i działania zależy życie, które musi zniknąć, gdy ciepło przestanie pracować.
Wobec tak dokładnie rozwiniętego gmachu wiedzy przy¬rodniczej staje humanistyka zaiste zakłopotana. Co my wiemy o tem, czy istnieje jedna energja duchowa o rozmaitych formach?! Nikt się jeszcze nad tem nie zastanawiał badaw¬czo a metodycznie. Nie istnieje jeszcze nauka porównaw¬czego badania dwóch światów. Może przejawy duchowe po¬chodzą od dwóch, może od kilku rodzajów energij ducho¬wych, z których każda ma stan potencjalny i kinetyczny? Kto podejmie się udowodnić, że tak nie jest?
Nie ulega wątpliwości, jako energja duchowa przejawia się również w rozmaitych postaciach; co innego zrównanie a co innego sonet, co innego exposé ministra, a co innego odkrycie komety. Nad tem nie trzeba się rozwodzić. A jed¬nak sprawa nie jest załatwiona! trzeba bowiem udowodnić, wykazać indukcję z faktów, że tę rozmaitość można trakto¬wać jako „formy energji", w tem samem znaczeniu wyrazu „forma", jakie mu w tej sprawie nadała fizyka? Czy nie po¬pełnimy pomyłki, tak pospolitej właśnie w świecie ducha, iż damy się ponieść wyrażeniom jednobrzmiącym?
Pozostaje to w bliskim związku z zagadnieniem rzuco- nem poprzednio: Jeżeli istnieje jedność energji, natenczas
0   wiele prawdopodobniejszem staje się przypuszczenie, jako
1   tu mamy do czynienia z rozmaitemi formami energji, ro¬zumiejąc to istotnie po przyrodniczemu. Jeżeli istnieje kilka energij równorzędnych, mogą być do każdej z nich przy¬wiązane pewne formy — ale również można przypuścić, jako energij tych jest tyle, iż każda postać życia duchowego wy¬wodzi się wprost od pewnej energji, a nie od jakiejś jej formy —czyli mówiąc prościej: energja posiada uszczuplony zakres i nie rozszczepia się w działaniu na „formy".
Z drugiej atoli strony stwierdzone jest codziennem do-świadczeniem, jako postacie przejawów duchowych ulegają przemianie jednego w drugi; czyż tedy możemy faktu tego nie uwzględniać? Nie chodzi o takie przemiany drobiazgowe, dla nas trzeciorzędne, jak ułożenie dramatu z powieści a choćby wytworzenie z całej literatury nauki o literaturze. Ale wiemy, że istnieją nauki czyste i stosowane, teorja i praktyka, sztuka (poezja) i nauka, poezja i proza, państwo i społeczeństwo, oświata i dobrobyt. Poprzestańmy na tych postaciach życia duchowego, jako na postaciach zasadniczych. Komuż niewiadomó, jako dobrobyt zamienia się w oświatę, a oświata dopomaga do dobrobytu i przemienia się w dobra ekonomiczne? Widzimy na każdym kroku, jak teorja prze¬chodzi w praktykę i o to tylko chodzi, jak ma się dokony¬wać ta przemiana, żeby nie być szkodliwą? O przemianie nauki czystej na wynalazki stosowane może opowiadać każdy uczeń szkoły średniej. Rzadko kto wie, jako w naszej cywi¬lizacji siła polityczna nie powstaje samoistnie, lecz z prze-miany siły społecznej na polityczną w chwili stosownej; dla mnie przemiana ta widoczną jest w całej historji narodów wspólnej z nami cywilizacji. O możliwości przemiany prozy w poezję i odwrotnie, o przemienności sztuki w naukę i od¬wrotnie wiemy niewiele, ale prawdopodobnie tylko dlatego, żeśmy się nad tem nie zastanowili. Wiadomo atoli powszech¬nie, jako Kopernik układał poematy, a Goethe i Mickie¬wicz pracowali naukowo; gdyby zaś nazwać Dantego i Kra¬sińskiego poetami politycznymi, czyż epitet taki byłby nie¬zgodny z prawdą? Ile politycznego działania wyniknęło z poezyj rękopisów krolowodworskiego, zielonogórskiego i kilku innych pomniejszych, wiadomo z dziejów odrodze¬nia narodu czeskiego. Jeżeli powiem, jako Mickiewicz prze¬prowadził nas zwycięsko przez dzieje porozbiorowe, któż mi zarzuci przesadę? A czemuż to nietylko każde państwo ma swój hymn, ale każde stronnictwo, każde znaczniejsze zrze¬szenie ma swą pieśń bojową, a nieraz cały śpiewnik własny? Przemiana poezji na prozę i odwrotnie jest ciągła i doko¬nywa się nieustannie dzień w dzień w naszych oczach.
Chodzi o to, czy te rozmaite zasadnicze postacie dzia¬łania duchowego można uznać za „formy energji" w zna¬czeniu analogicznem do fizykalnego.
Pozwolę sobie wystąpić z hipotezą, lecz wielce nieśmiałą, bo opartą na wstępnych zaledwie studjach: Ponieważ niema takiej postaci przejawów duchowych, któreby się nie dały przemienić na przejawy o innej postaci, a zatem wolno wno¬sić z tego, jakkolwiek tylko dedukcyjnie, że energja du¬chowa jest również, jak materjalna, jedyną tylko i posiada swe przemienne formy. Przypuszczam, że tych form jest 3, stosownie do trzech kategoryj ludz¬kiego bytowania duchowego: etyka, wiedza, sztuka.1) W ka¬żdej z trzech form tkwi energja potencjalna i kinetyczna; tą jest praktyka, tamtą teorja. Sądziłbym, że pod te trzy formy da się podciągnąć wszystkie objawy życia duchowego.
Jakież mnóstwo odmian kryje się w każdej z tych głów¬nych form! Odsłońmyż tę część pracowni Etyki, w której wytwarza się charakter człowieka, a staniemy wobec ogromu form drugorzędnych; podobnież w dziedzinach wiedzy i sztuki. Przypomnijmyż sobie, jako fizycy przy wyliczaniu typo¬wych 22 przemian energji' liczą przemiany bezpośrednie i pośrednie, a przemian podobnej kategorji nie sumują w je-
Są dwie kategorje materialne: zdrowie i dobrobyt — i dwie du¬chowe: prawda i moralność; nadto kategorja Piękna wspólną jest obu działom — stąd mówię o trzech kategorjach duchowych.
Przegl. Pow. t. 175.   '   6 dno (jak tu do trzech zasadniczych); tak np. obok napię¬cia elektrycznego mamy energję prądu i t. p. Gdybyśmy po¬stąpili podobnie, otrzymalibyśmy możliwych w świecie du¬cha przemian energji ilość bezporównania większą, niż 22, tem większą, skoro przy licznych przejawach uwzględnić wypadnie życie indywidualne osobno, ą osobno zbiorowe. Gdyby każdą z przytoczonych trzech form rozłożyć na jej formy drugorzędne, otrzymalibyśmy ilość przemian i kom- binacyj przemian — zapewne niezmierzoną.1).
Gdyby się okazały kiedyś niewątpliwą, stwierdzoną prawdą, tak jedyność energji, jakoteż przemienność jej form w świecie ducha narówni ze światem materji, nie wynika¬łoby z tego jeszcze, że także jednakowemi (analogicznemi) są procesy przemian, ograniczenia ich możliwości, warunki przemienności, ich jednostajność czy rozmaitość i t. d. Tego wszystkiego trzebaby dochodzić osobno i w każdym wypadku zosokfńa udowadniać, że jest tak lub przeciwnie, aniżeli, w przemianach materjalnych. A wtenczas dopiero będzie można rozumować ściśle o tem, o ile podobieństwo dwóch światów w zakresie niektórych praw, rządzących oboma, jest podobieństwem istotnem, czy też formalnem.
Cóż dziś o tem mówić?! Wkraczamy w dziedzinę, do¬stępną dziś tylko zapomocą wyobraźni intelektualnej. To też bezcelowem byłoby przebywać w niej dłużej, niż wymaga konieczność, żeby w paśmie myśli nie opuścić ogniwa. Mógłbym użyć wyrażenia „intuicja", ale wolę już wprost „wyobraźnię". W pracy tego rodzaju, jak.nasza, niebezpiecz¬nie igrać z „intuicjami!" Powołując się na wyobraźnię, mam przynajmniej tę pewność, że nie zaniedbałem umieścić w da- nem miejscu drogi ...tablicy z ostrzeżeniem.
Z tem wszystkiem tedy tyle jest pewnego, jako tu
i tam stwierdzić trzeba energję potencjalną
i kinetyczną, tudzież przemienność form. Bądź
co bądź podobieństwo w zasadzie istnieje niewątpliwie, jak
dotychczas. Idźmyż dalej:     \
Erazm Majewski określił działanie pisma, dzięki czemu umiemy przemawiać do potomnych temi słowy: „Będą nas słyszeli dzięki „trans¬formacji wrażeń wzrokowych na słuchowe". Tom IV, 125. Ileż podobnych przykładów możnaby przytoczyć nawet z życia powszedniego 1
Z fem większem zdziwieniem wypadnie stwierdzić, jako dla świata ducha nie istnieją dwa zasadnicze prawa energji, mianowicie ani prawo zachowania, ni rozpraszania energji.
Pierwsze z nich opiewa, jako energji nie można ani zniszczyć, ani też z niczego stworzyć; można ją bowiem otrzymać tylko przez zamianę z innej formy energji.
Mnóstwo faktów wykazuje, jako energję duchową mo¬żna zniszczyć docna. Energja potencjalna, tkwiąca w ręko¬pisie, gdy on spłonie, nie zamieni się już nigdy nigdzie w żadną, kinetyczną. Książka nieczytana może obfitować w potencjalną, póki tylko istnieje; z wyczerpanej a zaginio¬nej ginie nawet potencjalna, nie doznając żadnej przemiany formy. W cóż zamieniła się energja zawarta w pismach tych autorów klasycznych, które nas nie doszły (a są liczniejsze od tych, które nas doszły!)? Czy zanik irrygacji w Mezopo- tamji wywołał przemienienie na jaką inną formę energji i dał na swe miejsce coś innego tamtejszym rasom i cywilizacjom, czy też jedynym tego skutkiem: zero? Gdy przepadł sekret malowideł egipskich i pompejańskich, czy skutkiem tego odkryto potem inne metody malowania? Ileż to razy pewna zdatność zaniknęła niepowrotnie przez zanik tradycji!
Z polskiej historji zapytać można, gdzie się podziała owa armja, która z Sobieskim ocaliła „Wiedeń i chrześci¬jaństwo"? Potęgę Turcji, państwa najbardziej militarnego, myśmy zwichnęli, a o jedno pokolenie po odsieczy wiedeń¬skiej gdzież ta armja polska? A czy energja, nie zużywana już na zwycięskie wojsko, poszukała sobie innej „formy", czy pozyskaliśmy na miejsce armji jaki inny dorobek pań¬stwowy czy narodowy w okresie saskim?
Każdy początkujący historyk może przytoczyć niemało podobnych faktów. Zwrócę więc uwagę tylko na największy w całej historji przykład zaniku energji: ogromna zdatność cywilizacyjna chińska, zasypana, jak piaskiem, biurokra¬tyzmem mongolskim, świadczy o możności zniszczenia energji na jak największą skalę.
W indywidualnem życiu znane są każdemu wypadki zniszczenia energji (pewnej zdatności) przez systematyczne lenistwo, przyczem na miejsce utraconej nie nabywa ta osoba
6*
żadnej nowej zdatności. Bywa to samo z niektórych chorób umysłowych, a nieraz zanika wszelka energja duchowa.
Również co do wytworzenia energji zasadniczo nowej, ma się rzecz całkiem inaczej w świecie ducha, niż maferji. Gdybyśmy nawet przyjęli, jako w przejawach życia ducho¬wego nie przejawia się nigdy energja essencjonalnie nowa, lecz żywimy się duchowo ciągle tą energją, jaką posiadał człowiek jaskiniowy, musielibyśmy przyznać energji możność rozwoju nietylko jaskiniowego, ale też ilościowego. Jeżeli ilość energji duchowej miałaby w imię prawa zachowania jej być stałą, w takim razie skądżeż zaczerpnęliśmy ilości znaczniejsze ponad miarę ową jaskiniową? chyba z poza człowieka? Wniosek racjonalny, jakkolwiek może niemiły racjonalizmowi.   ,
Niema wyjścia: albo trzeba uznać, jako niema w nas energji duchowej więcej, niż u troglodyty, albo przyznać człowiekowi władzę „stwarzania" energji... z niczego. Każdy- oryginalny pomysł w dziedzinie poezji i sztuki, każde od¬krycie naukowe, każda nowa metoda myślenia czy życia, zmuszają zastanowić się nad tą kwestją. Czy to wszystko tkwiło naprawdę in pofenfia u troglodyty i wyrobiło się przez ciągłą przemianę form energji? lecz z czegóż przemiany, skoro taip nic nie było? Ani też przemienność nie wyjaśni wzrostu, przybytkul
Nie da się utrzymać przypuszczenie, jako energja du¬chowa jest przemienną formą materjalnej, z którą jest ja¬koby zasadniczo za jedno. W takim razie wzrostowi ma¬terjalnej musiałby towarzyszyć ubytek duchowej i odwrotnie. Widzimy atoli na każdym kroku, jak nabywanie zdatności umysłowych nie odbywa się kosztem zdrowia; patrzymy na długowieczność astronomów, podziwiamy w podróżnikach, zwłaszcza podbiegunowych, równocześnie energję ciała i du¬cha. Czyż chory staje się po wyzdrowieniu istotą podupa¬dającą duchowo? Był czas, kiedy twierdzono, że wysiłek fizyczny i umysłowy pochodzą z jednego źródła, a zatem' praca umysłowa umniejsza zasób siły fizycznej, praca fizyczna osłabia zdatność umysłową. Dziś wiemy, że byle się hygjeny trzymać, niema obawy o szkodliwą wzajemną konkurencję ciała a duchowej strony człowieka. Uczony po pracy, zabiera się „dla wypoczynku" do rąbania drzewa, drwal zaś wyj¬muje broszurkę z torby. Gdyby te i tamte przejawy pocho¬dziły z jednego źrógła energji, doświadczenie wieków ostrze¬gałoby uczonego, żeby pracą fizyczną nie pomniejszał sobie zdolności umysłowych; podobnież, żeby drwal nie robił się lekkomyślnie fizycznie słabszym skutkiem styczności z abe¬cadłem. A że nie można jednakowo celować w naukach i robotach mięśniowych, może wynikać z krótkości życia; że zaś ludzie nie starają się o to i tamto jednakowo, wynika z warunków życia. Ale wiadomo powszechnie, że nie brak ludzi słabych i na ciele i na duchu, na których nie byłoby sposobu zaobserwować przemienności form energji.
Są tedy dwie niezależne od siebie genety¬cznie energje, materjalna i duchowa. Tamtą obo¬wiązuje prawo zachowania energji, a tej nie; przeciwnie, energja duchowa może zanikać i powstawać, być niszczoną i wytwarzaną. Ilość energji duchowej jest zmienna, a może się pomniejszać lub powiększać nieo- graniczenie.
Posiada więc ta energja moc samorodztwa. Powstaje bez związku z ilością energji już istniejącej, nie wpływając na ilość innych przejawów energji, a zatem powstaje niejako „z niczego". Z czego, z jakiego źródła wytryska, to tu nie należy do tematu; dość, że energji duchowej nowej nie wy¬jaśni nam istnienie starej.
Ten rodzaj wytwarzania, nasuwający na myśl pojęcie stwarzania, nazywamy twórczością. Energja duchowa jest twórczą, materjalna nie.
Tworzenie nowej energji duchowej stanowi główny ro¬dzaj pracy duchowej. Praca duchowa różni się twórczością od fizycznej. Zapomocą roboty mięśni przetwarzamy jedną formę energji w drugą, i cała przyroda czyni toż samo; z pomocą duchowych własności tworzymy coś nowego, po¬mnażamy ilość przejawów ducha, przydając nawet nowe jakości.
Praca twórcza, owa praca nad pracami, nie jest atoli właściwą zawsze czynnościom duchowym; nie każda praca duchowa jest twórczą. W zakresie ducha istnieje także prze¬twarzanie — a zatem twórczość liie posłuży nam ku definicji pracy duchowej. Ogarnąwszy — wyobraźnią intelektu — przetwórcze i twórcze prace naszych władz duchowych, do¬strzeżemy takie mnóstwo i taką rozmaitość, iż z działalno¬ścią przyrody śmiało może się równać (jeżeli jej nie prze-wyższa). Zestawiliśmy i usystemizowaliśmy działalność przy¬rody; może dojdziemy kiedyś do ściśle naukowege układu przejawów ducha, a wtedy dopiero będzie można popraco¬wać nad zagadnieniem, jaka ich wspólna cecha, i tą drogą otrzymać definicję pracy duchowej, t. j. umysłowej i moralnej.
Do wniosków tych doszliśmy z rozważania samego prawa zachowania energji; pozostaje jeszcze drugie prawo, mianowicie rozpraszania energji. Fizycy twierdzą, jako energja całego świata zamienia się powoli w ciepło, a zatem ubywa wciąż energji zdatnej do wykonania pracy; kiedyby wkońcu temperatura na całej ziemi wyrównała się, musia¬łoby zabraknąć wkońcu energji i skończyłaby się możność pracy.
W świecie ducha niema formy uprzywilejowanej, ku której zmierzały przemiennie inne formy energji, a zatem niema też rozpraszania się w tem znaczeniu, jak je rozumie fizyka. Ubytek energji duchowej może się dokonywać dla¬tego, że ta energja posiada własność ubywania sama z siebie; może jej ubywać w tempie tak szybkiem, o jakiem przy materjalnej energji nie może być mowy. Duchowa energja zawsze narażoną jest na zanik, nietylko na ubytek. Ale też również zawsze a zawsze możliwym jest przyrost duchowej, powstającej w nowych ilościach i rodzajach.
Obowiązują tu jakieś zgoła odmienne prawa, nam dzi¬siaj nieznane. Otwarte pole do badań dla licznych uczonych! Oby nie zapomniano, jako ani tego nawet nie możemy je¬szcze twierdzić na pewno, że zachodzi tu jawna prawidło¬wość, dająca ująć się w „prawo". I to wymaga dopiero do¬wodu! może się bowiem okazać, jako nie działa w tej spra¬wie żadne prawo — bo rzecz pozostawiona jest ludzkiej wolnej woli. A w takim razie jedynem pra¬wem ubytku i przybytku energji duchowej byłyby granice wolnej woli, i do tej kwestji musiałyby się przenieść bada¬nia, dotyczące dalszego wątku poruszonego tu tematu.
Reasumując dotychczasowe wywody, można stwierdzić, jako stosunek praw materji do praw ducha jest czworaki:
1)   Są prawa wręcz przeciwne w świecie materji a du¬cha. Np. chyżość w ruchu jest u materji proporcjonalną, a w przejawach duchowych odwrotną do długości promie¬nia. Materja podlega prawu zachowania ehergji, podczas gdy ilość energji duchowej jest zmienną.
2)   Są prawa niewspólne, tyczące tylko materji. Np. nieprzenikliwość; rozpraszanie się energji.
3)   Są prawa wspólne, np. przemienność form energji, bezwładność, tarcie.
4)   Są warunkowo wspólne, które w świecie materji obowiązując, mogą zachodzić także w świecie ducha, lecz nie muszą. Np. opór środowiska, prawo przeciwdziałania. O ile prawa tej kategorji są wspólnemi, działają jednak według odmiennych prawideł na objawy materji, inaczej na przejawy ducha.
Ponad tem wszystkiem góruje prawo, że wszelkie ciało podlega wszelkiej sile, w czyjej polu działania się znajdzie — gdy tymczasem przejawy ducha nie pozostają pod tym przy¬musem, z jednym tylko wyjątkiem: prawa tarcia.
Istota pracy duchowej różni się od fizycznej tem, iż do przetwarzania — wspólnego obu światom — dołącza się nadto twórczość.
We wszystkich czterech punktach użyłem wyrażenia „naprzykład", boć przytoczone przeze mnie prawa są tak nieliczne, iż mogą służyć tylko jako przykłady w sprawie, nietylko dalekiej od wyczerpania, lecz ledwie dopiero tknię¬tej z brzegu. Roztrząsałem dla przykładu te prawa, których roztrząsanie było dla mnie dostępnem. Jeżeliby metoda ni¬niejszej rozprawki została uznana za możliwą, będzie rze¬czą uczonych kompetentniejszych ode mnie rozszerzyć ramy przedmiotu i wciągnąć w dyskusję inne prawa przyrody, wymagające wiedzy specjalnej. Śmiem pomimo ciasnego za¬kresu swego materjału wysnuwać z niego wnioski, gdyż je¬stem przekonany, że nawet przy największem rozszerzeniu materjału nie wyjdzie się poza przytoczone cztery punkty.
Sądzę też, że wyniki te są zupełnie wystarczające, ażeby się sprzeciwić stosowaniu do przejawów
\
życia duchowego praw biologicznych materji. Doszło do tego, iż w życiu dziejowem dopatrywano się mło¬dości, pełni wieku i starości, narodzin i śmierci, jako ko¬nieczności życiowych. Ciało niewiele może się doskonalić, ale duch bez ograniczenia. Prawo ducha, jako energji du¬chowej może przybywać nieograniczenie, każe analogję bio¬logiczną zaliczyć co najwyżej do punktu czwartego. Duch człowieka może osłabnąć z latami ciała, lecz nie musi; nie brak dowodów, jako może on dotrwać w doskonaleniu się aż do ostatniego tchnienia swego ciała. W najułomniejszem już konającem może być „duch, jak ognia słup".
W historji ta wielka różnica, że niema co rozważać sto¬sunku siły fizycznej do duchowej w .społeczeństwie, w na¬rodzie i państwie, gdyż zawsze a zawsze stosunek ich jest równomiernym. Obie siły wzmagają się lub upadają równo¬cześnie, w najściślejszej wzajemnej zależności od siebie. Nie znam przykładu w całej historji powszechnej, iżby zacho¬dziła rozbieżność pod tym względem. Stopień bywa rozmaity, ale stosunek bez względu na stopień ten sam, i zawsze je¬dnako dokonują się wahania. Żadne społeczeństwo, żaden naród, żadne państwo, żadna cywilizacja, żadna religja nie są śmiertelnemi z natury rzeczy, t. j. przez to samo, że są i ponieważ są. W takich, które upadły, nietrudno wynaleźć, kiedy stały najwyżej i do tego dostosować im wiek dzie¬cięcy, męski i starczy — ale to doprawdy nie nauka, lecz tylko literackie obrazowanie; Historja zna przykłady ludów, które nigdy nie dojrzewały, pogrążone jakoby w wieczystem dziecięctwie, a żyjące dłużej od długowiecznych cywilizacyj.
Wynika z tego, jako życie historyczne może być cza¬sowo nieograniczone, t. j. mówiąc ściśle, ograniczone tylko granicą życia ziemi, względnie warunków fizycznych jej części. Gdy nasze kraje były dnem morza, nie mogły się w nich formować społeczeństwa; zginąć musimy oczywiście, jeżeli wypadnie nam znaleźć się znowu na dnie morza, a nie zdołamy na czas wyemigrowaćl Ale innego ograni-czenia życia historycznego nie uznaję. Upadały i upadają twory historyczne (np. w naszych oczach Rosja), ale ^nie
Słowa Wyspiańskiego o sobie samym.
dlatego, ponieważ istniały. Każdego takiego upadku przy¬czyny muszą być oczywiście badane odrębnie, a czy istnieją jakie prawa ogólne w tym zakresie — dotychczas niewia¬domo. Być może, że tak — ale pewności jeszcze mieć nie możemy.
Prawo zmienności ilości energji ducho¬wej w połączeniu z prawem twórczości świad¬czą, że przyczyną śmierci historycznej nie może być wiek. A zatem biologiczny pogląd na historję jest błędem.
Dziwna rzecz, jak bliskim był tego stanowiska Guizot przed stu laty i W swej „Historji cywilizacyj" polemizując z utartym wówczas frazesem o zmęczeniu powszechnem po wojnach krzyżowych, zwracał uwagę, jako zmęczenie jest osobiste, a nie odziedziczone; nie może tedy pokolenie ja¬kieś być zmęczonem z tego, czego nie robiło.x)
Zmierzając do końca niniejszych uwag, zanotuję jesz¬cze kilka ogólnych różnic pomiędzy obu światami, z tych właściwości które narzucają się każdemu historykowi:
Zycie historyczne, i duchowe wogóle, korzysta nieraz z fikcyj. Longum esset enumerarel Dla przykładu przytoczę z ostatnich kilku pokoleń takie „fakty fikcyj" (o! czyż te dwa rzeczowniki spodziewały się kiedykolwiek być do paryl) jak czeskie „Rękopisy" ze wszystkiemi Libuszami i wszystkimi władykami, pieśni Ossjana, sławione przez Goethego Guzlę, a wkońcu naszą Makrynę Mieczy sław¬ską.A czy nie możnaby zaliczyć do fikcyj, podróży Ko¬lumba do Indyj Wschodnich? Roi się historja od po¬dobnych przykładów. Fikcje miewają skutki wielce realne. Niechajże wskaże przyrodnik coś choćby analogicznego w swym świecie 1
Co więcej, świat ducha posiada widoczne prawo po-
W wydaniu kontrafakcji brukselskiej, s. a. str. 200.
„Guzla", t. j. gęśl poetycka illyrskiego „barda" Maglanowicia, sfabrykowana na wzór Ossjana przez Mérimé'egc, wydana z komenta¬rzem „uczonym". Goethe był zachwycony, Puszkin tłumaczył. W dru- giem wydaniu 1842 r. Mérimée przyznał się. — Ks. J. Urban: Makryna Mieczysławska w świetle prawdy, Kraków, 1921. Wydawnictwo Księży Jezuitów.
pełniania błędów; żyje się jakoś pośród nich i z niemi. A w przyrodzie, a pośród sił przyrody? Fikcja nieznana, a błąd wywołuje w maszynie odrazu katastrofę. Maszyna jest nieomylną, albo niemożliwą do użycia, zepsutą. Gdybyż człowiek posiadł ten przywilej, iżby przestawał działać, gdy grozi mu popełnienie błędul
W maszynie postęp polega na uproszczeniach i w ten sposób opanowujemy coraz mocniej siły przyrody. W świe¬cie ducha postęp jest zarazem... komplikacją. Zycie nawet prywatne, a cóż dopiero zbiorowe, staje się coraz bardziej skomplikowanem. Coraz trudniej orjentować się w życiu (a tylko coraz jakoś łatwiej... brać udział w rządach!)
Skoro zwróciłem uwagę na nieomylność maszyny, a omylność życia duchowego, posunę się jeszcze o jedno przęsło w rozumowaniu:
Nowoczesna socjologja zajęta jest wielce kwestją, czy społeczeństwo jest organizmem, czy mechanizmem (względnie biomechanizmem). Czy w tem miejscu nie napotykamy się na pośredni dowód, że jednak ono jest organizmem? Po¬zostawiając to zagadnienie socjologji, historyk zdobywa so¬bie przytem cenne wyjaśnienie pewnego objawu życia dzie¬jowego, który należałoby nazwać „rządami inżynierskie¬mu" — a co zaczęło się od St. Simona w teorji, a co w praktyce życia publicznego wydało niejeden ciekawy roz¬dział, a najciekawszy może... w Polsce współczesnej.
Inżynierskie pomysły w polityce winneby stanowić przedmiot osobnego dochodzenia monograficznego. Wszyst¬kim wspólne jest przekonanie możliwości wszelkich możli¬wości, boć dla nich społeczeństwo jest mechanizmem. A za¬tem... któż lepiej przygotowany do rządów, jak nie inżynier, znawca i władca maszyny? To też osoby tych zawodów rzadko kiedy bywają zakłopotane, wszystkiemu podołają, a gdyby przypadkiem coś było im niewiadomem, wlot się to „wyprowadzi" z wiadomych skądinąd wzorów i wywo¬dów. Ot, nastawi się maszynę odpowiednio! w razie znacz¬niejszych trudności obmyśli się jakąś nową maszynę i me-chanizm „pójdzie" gładko!... Ale to tylko „nawiasem".
Kwintesencją filozofowania przyrodniczego stała się- przyczynowość i opozycja przeciw celowości. Wobec przy¬rodnika uchodzi tylko taka kategorja myślenia za naukową, która odsądzi celowość od wszelkiej wartości. Jednostron¬ność tę przeszczepiono z nauk przyrodniczych na humani¬styczne, to też najtoyższem zadaniem historji stało się wyja¬śnienie „przyczynowego związku faktów". Nigdy nikt nie śmiał przypuścić możliwości związku faktów celowego. Choćby w przyrodzie zarzucenie celowości było nawet naj¬zupełniej słuszne, to i to nie mogłoby wstrzymać humanisty od stwierdzenia celowości, skoro się z nią spotka w swym zakresie. Dostrzeżenie tej odmienności w stosunku zjawisk nie może uchodzić za wskazówkę, jako popełniono pomyłkę; owszem, odmienność jest tu zupełnie na swojem miejscu. Czas już spory na reakcję myślenia humanistycznego pod, tym względem.
Braku celowości w przyrodzie nie można rozszerzać na świat ducha dopóty, dopóki nie przeprowadzono w tej dziedzinie odrębnych co do tego badań, póki tego nie dało się osobno stwierdzić. Natomiast celowość czynów, a zatem też wielu faktów, narzuca się historykowi na każdym kroku. Nie wyklucza się obok tego i przyczynowości, ale jedno¬stronne przedstawianie związku wydarzeń, jakoby związa¬nych tylko przyczynowo, składa się na obraz dziejów nader niedokładny; co więcej, uwzględniając w przebiegu faktów tylko to, co od człowieka mniej jest zawisłe, podaje nieraz obraz wypaczony. Nie można ignorować tego, co od ludzkiej zależy woli, a przynajmniej co jest wynikiem zmagania się tej woli z okolicznościami danemi zgóry, bo to zmaganie bywa częstokroć zwycięskiem.
Jednostronne przyczynowe interpretowanie dziejów, wy-kluczające czynnik ludzkiej woli, pozbawia naukę historji najważniejszego momentu i najpoważniejszego zagadnienia badań. Jest niem zagadnienie, o ile i w jakich warunkach bywa wola ludzka zwycięską wtoku dziejów, kiedy zaś staje się wysiłkiem bezskutecznym, a kiedy schodzi niżej, aż tak nisko, iż w życiu zbiorowem niemal nie zaznacza się. Od wytężenia twórczego woli aż do jej zaniku, ileż stadjów da się obserwować w historji! ale kto nie uznaje celowości, ten pozbawia naukę tego najciekawszego studjum.
Zagadnienie to możnaby określić krótką formułą: cho¬dzi o to, jak się historia rx>bi i jak się robi hi- storję. *) Tamto bierne, to czynne; tamto przyczynowe, to zaś celowe. Taka wyłączność na tę czy ową stronę nie zda¬rza się w rzeczywistości. Fakt historyczny powstaje z mie¬szaniny, z przerozmaitych kombinacyj tego i tamtego. Cóż za pole do badań pierwszorzędnej doniosłości naukowej! Jakież nowe widoki historji! Niestety, pole tak rozległe, a jeszcze nietknięte! Ale historyk, który nie ograniczał się do badań jednego miejsca i jednej kwestji drugorzędnej w kilku lub kilkunastu leciech, lecz ogarniał znaczniejsze obszary czasu i przestrzeni, nie mógł nie odczuwać w toku swych studjów, jako. człowiek bywa nieraz historji twórcą i to w stopniu niemałym. Chodzi o to, by przekonanie ugrun¬tować rozumowo, uzasadnić naukowo. Bez specjalnych do¬chodzeń nie załatwi się oczywiście tego, jak wogóle niczego.
Kwestja ta pozostaje w dalszym związku z najdo¬nioślejszą i najwyższą zarazem sprawą życia, mianowicie z zagadnieniem kultury czynu, od której stopnia zależy zdatność robienia historji. Przy bierności robi się bowiem historja ponad człowiekiem, gdy tymcza¬sem kultura czynu wiedzie do władztwa nad siłami histo- rycznemi tak dalece, ,iż robi się historję. A robić ją trzeba całemi pokoleniami, jeżeli mają uróść wielkie czyny histo¬ryczne. Historykom wiadomo dobrze (powinni też tego na¬uczać), że ani jeden wielki czyn nie był improwizacją, lecz wynikiem długich wysiłków ogółu.
Jednostronny światopogląd przyczynowości przyczynił się niemało do upadku kultury czynu. Myślenie pod kątem wyłącznej przyczynowości osłabiło nadzwyczaj duchową stronę życia, wzmógłszy nieproporcjonalnie materjalną. Kul¬tura czynu musi się opierać na poczuciu celowości, bo ina¬czej zdatność do czynu wyradza się w ślepą odruchowość, w marnowanie energji na próżne zabiegi i wysiłki, czasem na gonitwę za błędnemi ognikami, a czasem w gromadną zabawę w bańki mydlane. Ileż pola dla szalbierzy!
') Dotknąłem tej materji ogólnej w „Logos i Ethos", t. II, str. 209, 210, 295.
Z błędnego koła myśli wychodzi nieu-chronnie błędne koło czynów... wywołujących na-stępstwa wręcz przeciwne zamierzonym. Czyny błędne od¬dalają od celu, i to tem bardziej, z im większą energją by¬wają spełniane. Przy mylnej metodzie życia (prywatnego czy publicznego) najlepsze przymioty, jak energja, zapał, wytrwałość, poświęcenie nawet — mogą prowadzić do wy¬ników ujemnych — i zazwyczaj wiodą też do klęsk.
Kultura czynu może zakwitnąć natenczas tylko, gdy się posiędzie zdolność i siłę potrzebne do tego, by jasno patrzeć daleko przed siebie. Nie nauczy tego myślenie pod samą tylko kategorją przyczynowości.
Niewszystko z tego, co już istnieje, da się wytłuma¬czyć przyczynowością, a cóż dopiero sprawy przyszłości! Zasada przyczynowości ogranicza nas w przewidywaniu przy¬szłości li tylko do tego, co ma się stać niejako samą siłą bezwładności, jako prosty a nieruchomy wynik tego, co ist¬niało w przeszłości. Biorąc tedy rzeczy ściśle, w kategorji przyczynowości nie mieści się nic istotnie nowego. Ludzie umiejący myśleć tylko przyczynowo, kształceni na samem dociekaniu przyczyn, są przeto mniej zdatni do wzbogaca¬nia zasobów intelektu nowemi pomysłami twórczemi. Odno¬sząc wszystko niezmiennie do kategorji przeszłości, bo tam tkwi przyczyna, przerabiają tylko i przeżuwają wszystko, co stare, a tem samem nie mogą dodać nic zasadniczego do rozwoju kultury. Zasadnicza przestarzałość ich punktu obserwacji, niewidoczna w słowach, pokrywana śmiałemi frazesami, wychodzi jednak najaw w skutkach. A choć do¬szukując się wciąż nowych przyczyn, wysuwają z tego i wnioski nowe, wszystkie one z konieczności oparte są na prze¬żytkach; to też stosowane do przyszłości wywołują skutki przeciwne zamierzonym i w rezultacie cofają rozwój społe¬czeństwa.
Z samej przyczynowości spraw przeszłych nie da się wykrzesać nic zdatnego do życia w przyszłości. Uchodziło to od biedy, pókiśmy przez kilka pokoleń mogli wegetować epigonostwem wielkich odkryć metody przyczynowej. Ale wyniki ich dobroczynne już się wyczerpały, a nastały ujemne strony epigonostwa. Umiemy tylko nowem słownictwem po¬krywać rzeczy przestarzałe.
Metoda ujmowania zjawisk historycznych wymaga tedy uzupełnienia uwzględnieniem celowości; metoda zaś życia wymaga pielęgnowania kultury czynu. Ale to już nie należy do naszego tematu...

Prof. Dr. Feliks Koneczny.

Źródło: http://www.przegladpowszechny.pl/archiwum/


Zobacz na:
Jak powstaje norma społeczna
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1366.0
Źródła norm moralnych
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=2173.0
« Last Edit: (Tue) 29.12.2015, 01:36:35 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Harmider etyk - Feliks Koneczny
« Reply #1 on: (Wed) 29.07.2015, 12:51:56 »
Harmider etyk - Feliks Koneczny

Od dawien trwa w nauce spór o to, czy istnieje jakaś powszechna moralność, jakiś trzon etyki, wspólny wszystkim czasom i miejscom. Nikt nie będzie przeciwny marzeniu, by wszyscy byli moralnymi, lecz odezwie się zaraz wątpliwość i zakołacze pytaniem: a na jakiż sposób maja być moralnymi ci „wszyscy”?

Trudno dotrzeć do jakiejś wspólnoty wobec niesłychanych rozbieżności, zawartych w olbrzymim materiale zebranym przez Bastiana, potem przez Westermacka, wreszcie przez ks. Cathreina i świeżo w wielkim wydawnictwie podjętym przez ks. Wilhelma Schmidta, lub w pamiętniku luksemburskiego zjazdu (1929) etnologii religijnej. To już nie rozmaitość, lecz chaos ! Zachodzą zaś trudności tym większe, iż zbyt znaczna część ludzkości bynajmniej nie opiera życia o religię. Buddyzm przeczył zawsze istnieniu Boga osobowego i wiecznego, a zatem nie przypuszcza też interwencji boskiej w wynagradzaniu lub karaniu ludzkich postępków. Uczony Ku-Hung-Ming objaśnił nas, jako „Chińczycy nie czują braku i potrzeby religii”, historyk zaś japoński zaznacza wyraźnie, że trudno określić, do jakiej religii należy który Japończyk. Jakżeż więc dopatrywać się powszechnych moralności elementów, jako działu religijnego?

Chociaż wykazano, że wszędzie świta jakieś, choćby niejasne, pojęcie Boga jedynego i nieśmiertelności duszy, lecz mimo to nie sposób wykazać istnienia ogólnego trzonu etyki poza granicami prostego rozsądku. Przestudiowanie zaś materiału etnologicznego doprowadza do pewnych wyników negatywnych. Np. okazuje się, że do najwyższych zasad ogólnych etyki powszechnej nie należy bynajmniej prawdomówność. Zresztą sam ks. Cathrein SJ, sławny profesor insbrucki , przyznał, że „może nie ma takiej zbrodni, która nie uchodziła za cnotę gdzieś kiedyś u jakiegoś ludu”. Mimo to poszukiwano gorliwie wspólności etycznych po całym świecie.

Moim zdaniem do tej „jedności” dadzą się wyłowić zaledwie cztery fakty. Potępienie kradzieży świadczy o powszechności własności osobistej, a drugi fakt, karalność cudzołóstwa, stanowi zastosowanie szczegółowe pojęcia kradzieży, bo żona jest własnością mężowską: trudno wychwalać wyrządzanie szkody. Te same względy starczą, by potępić zdradę swego zrzeszenia, powszechnie przytaczany fakt trzeci. Ponieważ zaś na całej kuli ziemskiej – bez najmniejszego wyjątku – obowiązywał ustrój rodowy ( większość świata tkwi w nim dotychczas), niezbędną jest dyscyplina względem rodziców i hierarchii rodowej „starszych”, co stanowi czwarty i ostatni fakt rzekomej jedności etycznej. Wszystkie cztery stanowią po prostu wymagania utylitarnego rozsądku.

Rozpiętość w pojęciach jest tym większa, iż z biegiem czasu wyodrębniały się cywilizacje, a każda ma swoja etykę. Niemniej istnieją jednak pewne normy umysłowe, wspólne wszystkim etykom bez wyjątku, pewne pojęcia abstrakcyjne, które znajdujemy w każdej cywilizacji, tylko że z pojęcia wspólnego wysnuwa każda inne wnioski. Czyli innymi słowy: wspólną zasadę stosuje każda cywilizacja odmiennie, przy czym zdarzają się przeciwieństwa nawet diametralne. Na żaden piąty fakt w studiach etyki powszechnej nie natrafiono i wszystko kończy się tylko na pojęciach.

Czy to mało, czy dużo – można by się spierać. Według ,mnie abstrakty nami rządzą, a zatem we wspólności pojęć mieści się coś zasadniczego. Czy misje byłyby możliwe, gdyby nie znajdowano wszędzie pewnych analogicznych pojęć ogólnych ? Ale przy wprowadzeniu katolickiej etyki chodzi o odmienne, niż dotychczas, stosowanie pojęć, już bądź co bądź istniejących.

Jest tych pojęć ogólnoludzkich siedem: obowiązek, bezinteresowność, odpowiedzialność, sprawiedliwość, sumienie, tudzież stosunek do pracy i do czasu, ujmowane wszędzie w jakiś sposób. Są to generalia etyki.

W pojęcie obowiązku uzbrojona jest oczywiście wszelka etyka. Sięgnijmy po znamienne przykłady z różnych cywilizacji. Braminizm i judaizm nakładają się na swoich wyznawców – a są to cywilizacje sakralne – istne sterty obowiązków formalistycznych, z czego powstają całe zwały grzechów, zwłaszcza o „nieczystości”. W trzech cywilizacjach: w bramińskiej, żydowskiej i chińskiej istnieje obowiązek spłodzenia syna, co wiedzie do rozmaitych licencji w prawie małżeńskim. Łacińska cywilizacja, twór Kościoła, przyjęła etykę katolicką za swoją1. Zachodzą w niej obowiązki pewnego rodzaju, nie znane nigdzie indziej, mianowicie obowiązki względem samego siebie. Bo też ten dział etyki może powstać tam tylko, gdzie pielęgnuje się personalizm. W żadnym razie obowiązek nie może zależeć u katolika od tego, czy brzemię jego słodkie, czy gnębiące, nie może być motywowany szczęściem czy nieszczęściem zobowiązanego.

Na lwią część ciężarów moralnych ma jednak radę etyka żydowska, uznając w zasadzie obowiązki tylko względem współwyznawców. Jeszcze gruntowniej radzi sobie etyka bramińska, bo ma sposoby zrzucania obowiązków z siebie, wobec czego sama podstawa etyki staje się ruchoma.

Jasne poczucie obowiązku można przyznać tylko temu, kto wznosi się do bezinteresowności. Jakżeż tedy można wyprowadzać moralność z utylitaryzmu ? Tak rozumie monizm uważając myśl i uczucie za objawy przyrodnicze; a jakiż ma być nasz stosunek do przyrody, jeżeli nie utylitarny? Do samego dna utylitaryzmu dotarł jednak dopiero socjalizm; pod czerwonym sztandarem zeszła etyka na przygodna towarzyszkę „walki klas”, zależną od „stosunku sił społecznych”, a więc do roli chorągiewki na dachu.

W ostatnim czasie propaguje się w Polsce etykę Petrażyckiego ( wymyśloną przed laty przeszło 30). Znać na jego teorii, że powstała pod caratem, bo akcentuje nie obowiązki, lecz pomiatanie w Rosji prawa człowieka, ażeby utworzyć w etyce nowy dział „ roszczeniowy”. Ale czyż wszelkie bezprawie nie jest właśnie typowo roszczeniowe ? Z przeciwnego bieguna wyrasta „ etyka wyrzeczenia ”, którą trzeba jednak dobrze zrozumieć. Ze skutków spełnionego obowiązku może wynikać złamane życie, lecz nigdy nie może to być obowiązkiem, by łamać sobie życie bez jakiej szczególnej etycznej konieczności.

Niegodziwości nie popełnia nikt bezinteresownie, ale czyż postępowanie godziwe nie da się pogodzić z utylitaryzmem ? Już przed półtora tysiącem lat wyrzekł papież Leon Wielki: „ Rodzaj zysku usprawiedliwia kupca lub oskarża: istnieje bowiem i uczciwy zysk i haniebny”. Ale kto nigdy nie zdoła być bezinteresownym, ten w utylitaryzmie nie zdoła utrzymać się w granicach etycznych. Otóż etyka nie jest utylitarną, lecz utylitaryzm winien być etyczny.

Siła bezinteresowności jest nadzwyczajna, a od zasobów tej cnoty w społeczeństwie zależą w znacznej mierze losy narodu i państwa. Ale powinna być, jak ów gołąb biblijny, obdarzony zarazem chytrością węża, bo inaczej stanie często na usługach zła. Zło samo z siebie siły twórczej nie wytwarza i jest pod tym względem jałowe. Runęłoby też od razu w gruzy, gdyby mu się nie powiodło wyprowadzić w pole odpowiedniej ilości bezinteresownych, którzy naiwnie uwierzą, że chodzi o dobro. Nie utrzymałby się bolszewizm, gdyby nie działacze bezinteresowni na trzeciorzędnych, głodowych stanowiskach. Niestety, można służyć złu w najlepszej wierze : Dobre intencje głów pomylonych często dotkliwie dają się we znaki życiu publicznemu!

Idźmy dalej w naszym wątku. Istotną etyczną sankcje w spełnianiu obowiązków stanowi dopiero odpowiedzialność. Gdzie nie ma rozbudowanej odpowiedzialności tzw. „tylko” moralnej, tam gdzie nikt nie ulęknie się odpowiedzialności wobec prawa, gdyż znajdzie sposoby, żeby sobie z nim dać radę.

Quid leges sine moribus ? Ludziom etycznie silnym surowa odpowiedzialność sprawia nawet przyjemność, co określił Janet przepięknie w tych słowach: „ Odpowiedzialność, największy ciężar, ale też najobfitsze źródło przyjemności najbardziej męskich i najszlachetniejszych”. U nas zaś Władysław Biegański, który przeszedł przez monizm, a doszedł do przełęczy pomiędzy etyką „autonomiczną” a katolicką ( zmarł w tym studium rozwoju) zwrócił uwagę na związek odpowiedzialności z aktywnością życia. „ Odpowiedzialnym może być tylko twórca celów i czynów – tylko osoba, jako przyczyna ostateczna”. W innym zaś miejscu wypowiedział uwagę prawdziwie głęboką: „ W powiązaniu przyczynowym odpowiedzialności nie ma ”. Faktyczna odpowiedzialność może zachodzić tylko w celowym powiązaniu spraw ludzkich. Tak jest: z zanikaniem odpowiedzialności moralnej zanikają zdolności twórcze w społeczeństwie. Spostrzeżenie Biegańskiego posiada daleki zasięg wychowawczy, socjologiczny i … polityczny.

W życiu zbiorowym musi być odpowiedzialność spotęgowana, bo inaczej zrzeszenie będzie się staczać do upadku. Kraj naprawdę cywilizowany poznaje się po tym, że nie ma w nim sprawy, przypadłości, rzeczy, w ogóle nie ma niczego takiego, za co nie byłby ktoś odpowiedzialny. Iluzoryczność zaś odpowiedzialności równa się bezkarności zła.

W prostym stosunku ilościowym i jakościowym do odpowiedzialności pozostaje czwarta gałąź naszych generaliów: sprawiedliwość. Nie hodują tego pojęcia sobkowie, u których goreje „miłowanie samego siebie i wszystkich rzeczy ze względu na siebie”. Skoro zaś pojęcie sprawiedliwości znajdujemy nawet u najprymitywniejszych, widocznie nie brak prymitywom ludzkim bezinteresowności, i odpowiedzialności, choćby w zakresach najskromniejszych.

Pojęcie sprawiedliwości starsze jest od utylitarystycznych zastosowań go w prawie. Jak odkrycie naukowe musi być starsze od wynalazku, podobnież odpowiedzialność i sprawiedliwość musiały być wpierw ujęte etycznie, niż prawnie. Pojecie sprawiedliwości stawało się jakby syntezą poprzednich, tu omawianych.

Skoro jednak zachodzą różnice w poglądach na godziwość i niegodziwość, nie może być zatem ogólnej zgodności co do tego, co uważać za sprawiedliwość, a co za niesprawiedliwość. Klasyczny dowód, jako nie ma „ jedności etycznej’, a są tylko atrakcyjne pewne pojęcia, jakby algebraiczne niewiadome, w które każda cywilizacja wkłada swe wartości, przeciwne bardzo częste wartościom u innych ludów.

Syntezą wszystkich składników etyki jest sumienie, będące i narzędziem etyki i jej strażnikiem; ciekawa rzecz, że nie orientują się w zagadnieniu sumienia ci, którzy wywodzą etykę z utylitaryzmu, a niektórzy zaprzeczają nawet istnieniu sumienia. Powiadają, że lepsze prawo wyraźne od fantazyjnego sumienia. Wypadałoby tedy zmieniać poglądy moralne wraz z każdorazową zmianą prawa?

Definicji sumienia podano sporo. Ponieważ atoli żadna z nich nie czyni zadość wymaganiom wszystkich nauk zajmujących się tym przedmiotem, proponuje od siebie definicje następującą: Sumienie jest to autokrytyka moralna. Ponieważ jednak objawia się to często żalem i wstydem przed samym sobą, więc lubią zagłuszać sumienie osoby o wygórowanej miłości własnej, nie dopuszczającej autokrytyki.

Rodzaj i szczeble cywilizacji, a więc także rodzaj i szczeble etyki zawisły również od tego, co się rozumie poprzez pracę. Obecnie aż cztery cywilizacje gardzą pracą fizyczną: chińska, bramińska, arabska, turańska. Tam dziedziny pracy fizycznej a umysłowej pełne są względem siebie pogardy i nienawiści. A skutki poglądów na pracę są dalekosiężne. W nauce św. Pawła o obowiązku pracy nie tylko mieściło się in nuce zniesienie niewolnictwa, lecz szacunek dla rękodzieł wzmógł w nich możliwość rozwoju, z czego zrodziła się potem cała nasza technika. Homo faber przestał być podmiotem w społeczeństwie i wyrósł z niego w cywilizacji łacińskiej wynalazca, zmieniający cudami techniki oblicze ziemi. Odkryć naukowych nie brakło ani światu starożytnemu, lecz nie było techniki, któraby je zmieniła w wynalazki, albowiem źródło techniki, praca ręczna, zasypane było pogardą. My zaś doszliśmy do tego, iż polski ekonomista oświadcza: „ Praca potrzebna jest do szczęścia” – i ma słuszność.

U rozmaitych ludów natrafiamy jednak na rozmaite zapatrywania co do rozmiarów i owoców pracy. Każda etyka ma swoją ekonomię społeczną. Np. u Mongołów nie godzi się kopać ni drapać ziemi: jakżeż tedy mieliby być rolnikami ? U Murzynów wolno zepsuć sąsiadowi plantację bananów, jeśli zasadził ich więcej, niż zdaniem sąsiadów „potrzebuje”.

Wreszcie dzieli cywilizację i etyki stosunek do czasu. Opanowywanie go stanowi niepoślednia cechę rodzaju i szczebla cywilizacyjnego, a dokonuje tego jedna tylko cywilizacja łacińska. Dla Chińczyka, Mongoła, Turka, Araba, Rosjanina, Hindusa, czas jest bez wartości, gdy tymczasem my „ łacinnicy” staramy się opanowanie czasu przedłużać poza grób. My mamy wielka troskę: troskę o potomnych. Taki właśnie stosunek do czasu rozszerza i wzmacnia w nas odpowiedzialność, która nie kończy się ze śmiercią.

Przeszliśmy tedy ( w skrócie sumarycznym) siedem pojęć wspólnego rusztowania etyki, na którym ileż ustalono przeciwieństw i sprzeczności. Są to jakby rzędne z geometrii analitycznej, pozwalające oznaczyć położenie w jakiejkolwiek przestrzeni. Nazwijmy te rzędne etyk generaliami etyki. Nie jest to bynajmniej to samo, co „jedność etyczna ludzkości”. Z tym pojęciem trzeba zerwać i to w imię postępu etyki. Jest to pomyłka nauki, która zatorowała drogę rozwojowi nauki o moralności i postępowi w praktykowaniu moralności. Na ogólne poczucie etyczne nie składają się bynajmniej fakty, lecz tylko pojęcia, a chrystianizacja wkłada w nie swe wymagania.

Ponieważ nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, zatem wyznawana gdzieś etyka musi być czerpana z pewnej cywilizacji, z jednej tylko. Nie można trzymać się równocześnie etyki katolickiej, żydowskiej, bizantyńskiej i turańskiej: nie można tez uznawać jednocześnie moralności religijnej, naturalnej i „automatycznej” (sztucznej). Okoliczności te stanowią zarazem dowód, że nie ma syntez pomiędzy cywilizacjami, boć w takim razie musiałaby być możliwa jakaś synteza etyk. Bo jakżeż być moralnym według kilku metod etycznych, wykluczających się nawzajem ? Jakżeż w mieszance etycznej pomieścić do jakiegoś wspólnego celu ? Odmienne etyki mogą tylko przeszkadzać sobie wzajemnie, bo jakżeż złączyć do wspólnego mianownika ludzi, z których jedni uważają za dobro to właśnie, w czym inni współobywatele upatrują zło ? Toteż aż wre koło nas od anarchii etycznej.

Kto wie, czy wszystko zło, trapiące Europę, nie pochodzi z tego, że dziś ogół nie wie, jakiej się trzymać etyki. A w naszej Polsce jest ich aż cztery, bo cztery cywilizację współzawodniczą o kierownictwo: łacińska, bizantyńska, żydowska, turańska. Nie odmawiam nikomu dobrej wiary, ni patriotyzmu nikomu, kto jest odmiennego ode mnie zdania – lecz pytam każdego: Co da się zrobić dobrego przy takim harmiderze etyk ?

Czas zastanowić się, do której też Polska właściwie należy cywilizacji i jakiej mamy trzymać się etyki ? Inaczej grozi nam stan acywilizacyjny i bezetyczny.

 

Feliks Koneczny

Artykuł opublikowany w: Myśl Narodowa Nr 24/1936/
 

Literatura
*Bastian : Die Rechtsverhaeltnisse bei verchieden Voelkern der Erde, -Berlin 1872;
*Eduard Westermack: Ursprung und Entwickelung der Moralbegriffe. Deutsch von Leopold Katscher, Leipzig 1907, 1909, (dwa tomy)
*Victor Cathrein: Die Einheit des sittlichen Bewusstseins der Menscheit, freiburg i/Br 1914, (trzy tomy)
*Semmaine internationale d’ethnologie religieuse, zwłaszcza V-me session, Luxembourg 1929- Paris 1931;
*Der Mensch aller Zeiten. Natur und kultur der Voelker der Erde. Von Hugo Obermaier, Ferdinand Birkner, P. Wilhelm Schmidt, Ferd. Hestermann u.Theodor Stratmann S.O.D. Berlin 1912- Regensburg 1924, (trzy tomy);
*Poul Janet: Philosophie du bonheur, Paris 1893;
*Władysław Biegański: Etyka ogólna, Wyd.II, Lwów 1922;
*Leon Petrażycki: O pobudkach postepowania i o istocie moralności i prawa, Warszawa (po 1918);
*Louis de la Vallee Poussin: La morale bouddhique, Paris 1927;
*Ku-Hung-Ming: Duch narodu chińskiego, tł. Z ang. Józef Targowski, Kraków 1928;
*Katsouro-Hara: Histoire du Japon des orgines a nos jours, Paris 1926;
*Camille Hemon: Essai sur la philosophie des moeurs, Paris 1929;
*Kamil Giżycki: Przez Urjanchaj i Mongolię, Lwów 1929;
*Feliks Koneczny: O wielości cywilizacji, Kraków 1935.
*1 Protestantyzm jej nie wyrugował: w Niemczech panowała bizantyńska obok łacińskiej już znacznie przedtem: Anglia zaś, Holandia i kraje skandynawskie pozostały mimo wszystko przy cywilizacji łacińskiej i jej etyce (katolickiej).


Źródło: http://myslkonserwatywna.pl/feliks-koneczny-harmider-etyk/

---------------


Jak wygląda kwestia czasu to obrazuje, życie i podejście do niego na przykład w Indiach. Czas, który steruje tak zwanymi rozumnymi prowadzi do rozwoju etyki. Koneczny pisał, że w cywilizacji łacińskiej jest najwyższe opanowanie czasu. Czas traktuje się jako dobro, które trzeba szanować, zagospodarowywać, oszczędzać. Istnieje więź poprzez pokolenia, historyzm, współodpowiedzialność za przeszłość i przyszłość. Końcowym etapem opanowania czasu jest historyzm; to jest świadomość historyczna dane społeczeństwa i wysnuwanie jej wniosków na przyszłość.

Wykład NAI pt: Opanowanie Czasu
https://www.youtube.com/watch?v=FduX5hx-PAY
« Last Edit: (Tue) 29.12.2015, 01:34:49 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje