Author Topic: Teorie dowodów sądowych. Obraz polskiego sądownictwa...  (Read 3279 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Teorie dowodów sądowych. Obraz polskiego sądownictwa...
« on: (Mon) 28.07.2014, 12:30:37 »
Teorie dowodów sądowych. Obraz polskiego sądownictwa...

Wymiar sprawiedliwości stanowi fundament porządku prawnego. Decydenci polityczni zauroczeni zbiurokratyzowanym wzorcem państwa prawa starają się ze wszech miar budować autorytet wymiaru sprawiedliwości zapominając o najważniejszym elemencie – wprowadzeniu w system szkolnictwa i w sądownictwie nowoczesnych teorii dowodów sądowych.
 
Najstarsze teorie dowodów sądowych opierały się na przekonaniu o doraźnym, bezpośrednim sterowaniu przez Boga. W związku z tym, że nie wiedziano, które zeznanie jest prawdziwe, a które nie, stosowano praktyki takie jak wrzucanie na głęboką wodę czy pojedynek. Wierzono bowiem, że opatrzność wyratuje tego, co mówi prawdę. Nowatorskim przełomem w ocenie dowodów i teorii dowodów była procedura inkwizycyjna, która wprowadziła i stosowała arytmetykę dowodów. Po pierwsze obowiązywała zasada swobodnej oceny dowodów przez sąd inkwizycyjny, ale nie tak swobodnej żeby mogła ignorować zasadę teorii dowodów. Tym samym określono jakiego typu zeznania liczy się jako pełen dowód, jakiego typu jako półdowód, czy też ćwierć dowód. Wyrok sądu inkwizycyjnego stanowił natomiast arytmetyczną wypadkową zebranego materiału dowodowego...
Podstawą studiów prawniczych i przygotowania zawodowego przyszłych sędziów do 1948 roku był przedmiot: Teoria Prawa: część I: Socjologia, część II: Psychologiczno-socjologiczna teoria nauk prawnych, które wykładał wybitny profesor Henryk Piętka.

Ze studiów po 1948 roku (po przejęciu szkolnictwa przez Jakuba Bermana) usunięto przede wszystkim elementy służące do samodzielnej oceny dowodów. Przed 1948 rokiem były to 2 lata propeudetyki filozofii, 4 lata łaciny, 2 semestry logiki na których opierała się metodologia pracy prawnika. Przedmioty te służyły jako narzędzie w dochodzeniu do prawdy jako celu procesu.
W okresie stalinowskim powstała w ZSRR teoria dowodów sądowych, której głównym twórcą był Andrzej Wyszyński. W swej teorii stwierdzał, że: „Sąd nie jest skrępowany żadnymi formalnymi wymogami i wymaganiami ani odnośnie do oceny dowodów, ani też przy ich wyjednywaniu.” Teorie te były (i w zasadzie w różnych wymiarach są) stosowane zarówno w ZSRR jak i państwach o ustrojach demokracji ludowej, w tym w Polsce.
Ta swoista swobodna ocena dowodów obowiązuje do dziś. W 2006 roku oburzył się na to minister Ziobro, który rozumując logicznie przyznał, że sąd może swobodnie zawyrokować, że siła grawitacji nie działa, albo, że 2+2=6 a nie 4 i według procedur obowiązującej w Polsce nie jest tym skrępowany. Ponadto, w wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu z dnia 31 maja 2006 roku (syg. IV SA/Po 1146/04), stwierdzono, że: „w prawie polskim nie obowiązuje legalna teoria dowodów, wskazująca na większą moc dowodową jednych dowodów w stosunku do innych dowodów”.
„System dowodów (wg A. Wyszyńskiego) opiera się na zasadzie przekonania wewnętrznego, a mianowicie socjalistycznego przekonania sędziego uzbrojonego w socjalistyczną świadomość prawną i prawdziwie naukową metodologię marksizmu-leninizmu”. Praktyczne zastosowanie głoszonej przez A. Wyszyńskiego teorii doprowadziło do stosowaniu 3 zasad:

1. Do tego by skazać oskarżonego nie jest konieczne udowodnienie mu winy w stu procentach lecz wystarczy tylko jej uprawdopodobnienie ( w takim stopniu by sędzia nabrał przekonania o winie oskarżonego, w praktyce zaś sędzia już od początku rozprawy miał takie przekonanie gdyż ufał socjalistycznym organom bezpieczeństwa i prokuraturze).

2. Za współdziałanie można uznać jakikolwiek związek danej osoby z popełnionym przestępstwem lub nawet tylko z przestępcą, a zatem do skazania oskarżonego nie jest nawet konieczne uprawdopodobnienie (czy tym bardziej udowodnienie) popełnienia przez niego czynu przestępczego, wystarczy tylko wykazać jakikolwiek jego kontakt z przestępstwem lub z przestępcą; na tej zasadzie opierała się cała kategoria prawna członków rodzin tzw. „wrogów ludu”,

3. Przyznanie się oskarżonego do winy stanowi samodzielny, pełnowartościowy dowód (w praktyce było traktowane jako tzw. „korona dowodów”), z tej zasady brała się swoista konieczność stosowania praktyk powodujących wymuszone przyznawanie się do winy oskarżonych lub wymuszanie fałszywych zeznań świadków świadczących przeciwko oskarżonym, które to zeznania mogły być jedynym dowodem w sprawie.
W okresie gdy władzę w ZSRR sprawował Nikita Chruszczow potępiono oficjalnie błędy i wypaczenia okresu stalinowskiego, w tym również praktyki A. Wyszyńskiego i jego teorię dowodów sądowych. Jednak do czasów nam współczesnych nie zastąpiono jej żadną inną teorią dowodów sądowych, w rezultacie czego elementy tej teorii nadal funkcjonują w praktyce nie tylko krajów powstałych w wyniku rozpadu ZSRR, ale nawet dawnych tzw krajów demokracji ludowej – w tym Polski już w okresie istnienie III RP. Zwracał na to uwagę doświadczony sędzia Janusz Wojciechowski w artykule „Dowód koronny” (Rzeczpospolita z dnia 4 marca 1996r.) pisząc:
Quote
„nie zapomnę wstrząsającej sprawy chłopaka oskarżonego o zabójstwo własnej matki. Przyznał się i siedział ponad rok w areszcie zanim obiektywne dowody wykluczyły jego sprawstwo. Przepadła zarazem szansa złapania prawdziwego zabójcy. Pamiętam inną sprawę – mężczyzny oskarżonego o zabicie kobiety, wieczorem na skraju miasta. Też się przyznał, przesiedział 3 lata aż się okazało, że kobieta prawdopodobnie w ogóle nie została zamordowana, tylko ja samochód zabił”.

Ten sam sędzia w artykule „Przyznanie się do winy, czyli utrudnianie śledztwa” (Rzeczpospolita z dnia 12 grudnia 1996r.) pisał:
Quote
„Może zabrzmi to jak herezja, ale tak to widzę na gruncie własnych sądowych doświadczeń, że nie ma nic gorszego dla śledztwa niż podejrzany ochoczo przyznający się do winy. Prowadzący śledztwo tracą wtedy głowy. Przestają myśleć o zabezpieczeniu śladów, eksperymentach, ekspertyzach, opiniach, poszukiwaniach obiektywnych, wiarygodnych świadkach. Nic tylko przesłuchują podejrzanego dziesiątki razy maglują na wszystkie strony od świtu do wieczora i kupują największe brednie. (...) A potem przed sądem oskarżony oświadcza niespodziewanie, że nie jest winien i że się nie przyznaje. Poprzednie wyjaśnienia są nieprawdziwe, bo go do nich nakłaniano, zastraszano albo bito. (...) No i wtedy wychodzi na jaw przykra prawda, że poza odwołanym przyznaniem się to właściwie innych dowodów nie ma. I oskarżenie zaczyna się sypać.”

Przytoczone wyżej fakty świadczą o tym, że w naszych organach ścigania funkcjonuje podejście zgodne z przytoczoną wyżej trzecią zasadą stalinowskiej teorii dowodów. O tym, że również funkcjonuje zasada pierwsza świadczą dość częste przypadki gdy to co zostało uznane za dowód przez jednego sędziego, nie jest uznawane przez innego (potwierdzać mogą to wypowiedzi Rzecznika Interesu Publicznego Bogusława Nizieńskiego).O funkcjonowaniu drugiej zasady (A.Wyszyńskiego) świadczy chociażby proces byłego prezydenta A. Kwaśniewskiego przeciwko redakcji „Życia”, która zarzuciła mu fakt kontaktu z rosyjskim dyplomatą, który miał być równocześnie oficerem rosyjskiego wywiadu, podczas pobytu w ośrodku  wczasowym w Cetniewie.
Od ponad pół wieku kształceni są prawnicy nie wiedząc nawet o istnieniu takiego przedmiotu jak teoria dowodów sądowych. Uważa się, że dowodem jest to co sąd za dowód uzna. Zapomina się przy niestety o tym, że w cywilizowanych krajach chodzi o niezależność od nacisków społecznych a nie od nauki.
W systemie stalinowskim o winie oskarżonego czy nawet tylko podejrzanego, rozstrzygały władze polityczne, sąd zaś wyrokował zgodnie z ich wolą nie licząc się zbytnio z dowodami. Stosowanie wspomnianych zasad nie pasuje do obecnej polskiej rzeczywistości, w której sędzia wydając wyrok nie powinien działać według dyrektyw władz politycznych, czy jakichkolwiek innych, zaś brak nowoczesnej teorii dowodów zarówno na studiach prawniczych, jak i w praktyce naszego sądownictwa, obniża sprawność i autorytet wymiaru sprawiedliwości.


Źródło: twx.bloog.pl


Józef Kossecki o teorii dowodów sądowych w kontekście śmierci gen. Petelickiego
https://www.youtube.com/watch?v=OYChB2prSVA



Widmo Wyszyńskiego - Maciej Henryk Górny


„Jako jest z jednostkami, tako i z narodami - tłumaczył Filus. -Żadne społeczeństwo nie będzie na tyle głupie, by wolało praworządność i niewolę niż bezprawie i władzę."
Marek Tulliusz Cyceron, „O państwie"


Po kraju krąży widmo. Widmo Wyszyńskiego. Lękają się go... . No właśnie. Kto się lęka i o jakiego Wyszyńskiego w ogóle chodzi??? Nazwisko Wyszyński kojarzy się przeciętnemu Polakowi wyłącznie ze Stefanem kardynałem Wyszyńskim, Prymasem Polski. Tymczasem znacznie większy wpływ na dzieje świata i w tym niestety na krajowe organa śledcze, wymiar sprawiedliwości, biurokrację etc. miał i ma ciągle Andrzej Januarowicz Wyszyński. - Absolwent polskiego gimnazjum, następnie uznany prawnik carskiej Rosji, mienszewik „nawrócony" na bolszewizm, rektor Uniwersytetu Moskiewskiego, w końcu osławiony prokurator generalny ZSRR, autor podręczników tłumaczonych na wiele języków (w tym rzecz jasna i na polski), twórca stalinowskiej teorii dowodów sądowych, minister spraw zagranicznych. Choć został on pośmiertnie potępiony jeszcze za Chruszczowa, jego protegowani poddani szykanom, a jego teorie przestały być obowiązującą wykładnią prawa i instrukcjami praktyki śledczej w Kraju Rad oraz w bratnich krajach demokracji ludowej to jego koncepcje do dziś pokutują w praktyce zawodowej oraz mentalności części funkcjonariuszy organów ścigania, służb inspekcji i kontroli, a zdarza się, że i sędziów.
Wbrew obiegowej opinii Andriej Wyszyński nie uznawał przyznania się za najlepszy dowód. Podobnie jak dzisiejsi luminarze prawa, historii, socjologii etc. wyśmiewał zasadę „confessio est regina probationum", jako przeżytek średniowiecza. (NB! Trzeba jednak przyznać, że w ocenie średniowiecznej praktyki śledczej był znacznie bardziej obiektywny i uczciwy niż niektórzy z nich. Podkreślał chociażby, że procedury stosowane przez Świętą Inkwizycję stanowiły ogromny postęp wobec świeckiej praktyki śledczej tego okresu.). Najważniejszy był dla niego donos. Donoszenie uznawane było za cnotę obywatelską. Donos był nie tylko źródłem wiedzy operacyjnej, ale pełnił również funkcję samoistnego i niezwykle „wiarygodnego" dowodu w postępowaniu sądowym. Ponadto donosiciel, jako wzorowy obywatel, automatycznie stawiany był poza podejrzeniem. Wykładnia prawa, aby mieć jakikolwiek sens, zdaniem Andrieja Januarowicza, winna być motywowana politycznie. Samo uprawdopodobnienie winy było dla prokuratora
Wyszyńskiego wystarczające do skazania człowieka. Uprawdopodobnieniem zaś mogło być li tylko wykazanie związku oskarżonego z przestępstwem bądź przestępcą. Było to przeciwieństwo polskiej przedwojennej praktyki śledczej, gdzie donosiciel, o ile nie był ofiarą, traktowany był z największą podejrzliwością. Ponadto przed sądami obowiązywała zasada „jeden świadek- żaden świadek". Pomińmy już funkcję sędziego śledczego, który nie będąc stroną postępowania mógł je nadzorować w sposób bezstronny i rzeczowy. Funkcję tę należałoby rzecz jasna przywrócić, ale to zagadnienie na zupełnie osobny tekst.
Dla nikogo kto zawodowo lub naukowo styka się z praktyką dochodzeniowo- śledczą lub choćby interesuje się tym tematem nie stanowi żadnej tajemnicy fakt, że niektórym przepisom, procedurom, zwyczajom i ludziom związanym z organami ścigania, służbami kontroli i inspekcji, czy z wymiarem sprawiedliwości, bliżej jest do stalinowskich, niż do przedwojennych polskich standardów. Podkreślam przy tym słowo NIEKTÓRYM. Wielu z tych ludzi bowiem wykonuje swoją pracę w sposób uczciwy i stroni od tego typu praktyk. Wielu chciałoby wykonywać swoją pracę skuteczniej i rzetelniej, ale hamują ich kulawe rozwiązania prawno- organizacyjne. Ilość przykładów bolszewizacji jest jednak zatrważająca.
Udowadniać swą niewinność zobowiązani są oskarżeni o zniesławienie lub pomówienie (mimo, iż są to przestępstwa ścigane z oskarżenia prywatnego). W podobnej sytuacji znajdują się oskarżeni o molestowanie. Wiara zaś jaką niektórzy śledczy, (a w ślad za nimi zdarza się i, że niektórzy sędziowie), przykładają do pomówień współoskarżonego ma nieraz charakter magiczny. Tak więc donosicielstwo nadal traktowane jest przez niektórych jako cnota, a donosy stanowią nieraz koronny a czasem i jedyny dowód w sprawie. Nawet ponawiane stanowisko Sądu Najwyższego nakazujące traktować dowody z pomówień współoskarżonego z najwyższą ostrożnością i z ponadprzeciętną skrupulatnością nie dociera do niektórych pogrążonych w rutyniarstwie i lenistwie (a czasem karierowiczostwie i chorych ambicjach) śledczych. Co gorsza zdarzają się i sędziowie, którzy przyjmują narrację takich śledczych, czasem wręcz kopiując i wklejając tezy z aktu oskarżenia do uzasadnień swoich wyroków (co znów potępiał Sąd Najwyższy). Skandalem jest nie tylko fakt, że zdarzają się sędziowie ignorujący stanowisko Sądu Najwyższego w tej sprawie, ale i to, że Sąd Najwyższy w ogóle stanął wobec konieczności zajęcia się zagadnieniem, które dla każdego normalnego prawnika winno być oczywistym.
Tymczasem zdarzają się prokuratorzy mający swoich nadwornych gangsterów, którzy dziwnym trafem „posiadają wiedzę" w tych postępowaniach, w których ci prokuratorzy nie posiadają żadnego innego dowodu. Pewien oskarżony spędził w areszcie śledczym wiele miesięcy tylko dlatego, że jeden z tych nadwornych gangsterów „przypomniał" sobie, że jakiś więzień (którego danych rzecz jasna nie pamięta) pod celą wspominał, że ów oskarżony był zamieszany w działalność zorganizowanej grupy przestępczej przy braku jakichkolwiek innych dowodów. Podobny los spotkał adwokata, który na podstawie li tylko pomówień bandyty został aresztowany przed salą rozpraw (na której miał występować zawodowo) i osadzony w areszcie. Adwokatowi temu udało się wybronić, ale zdarza się, że ludzie są na podstawie tych pomówień, niepodpartych żadnymi innymi dowodami, skazywani. Tak więc można trafić za kratki tylko za sprawą pomówień bandyty, czasem skonfliktowanego z oskarżonym. Mamy więc do czynienia z ogromnym regresem w stosunku do praktyk stosowanych przez Świętą Inkwizycję, która nie traktowała zeznań osób skonfliktowanych z oskarżonym jako dowodu. Na domiar złego przypadki karania za fałszywe zeznania i donosy są niezwykle rzadkie, a kary śmiesznie niskie. Dodajmy do tego śledztwa motywowane politycznie (ad exemplum: sprawa profesora Romualda Szeremietiewa), ideologicznie (sprawa skopanego 11 11 11 przez policyjnego bandytę Daniela Kloca), czy ekonomicznie (sprawa Romana Kluski, założyciela Optimusa), a także przypadki wtargnięć oddziałów antyterrorystycznych do niewłaściwych mieszkań i otrzymujemy całkiem przerażający obraz.
Obraz ten jednak nie był dotychczas dostrzegany przez większość społeczeństwa. Większość ludzi widziała jedną stronę medalu- okrutni bandyci otrzymują stosunkowo łagodne wyroki, skorumpowani i skrajnie niekompetentni urzędnicy często pozostają bezkarni podobnie jak politycy- zdrajcy. „Statystyczni" Polacy nie zdawali sobie sprawy z tego, jak łatwo być oskarżonym, jak łatwo zrobić z kogoś bandytę. To się zmieniło.
Andrusza nie przypuszczał chyba, że jego upiorne widmo stanie się przyczyną masowych protestów za sprawą forsowanej przez koncerny z USA umowy międzynarodowej (ACTA), którą podpisano 20 lat po upadku Sojuza. W oczach zdezorientowanych i zaskoczonych politykierów ukazało się za to widmo innego Wyszyńskiego- Prymasa Stefana kardynała Wyszyńskiego. Znów słychać głośne „Non possumus!". W oczach skonfundowanych pachołków systemu, który stanowi żałosne popłuczyny po bizantynizmie, ukazał się duch Cywilizacji Łacińskiej. Cywilizacji, w której etyka stoi ponad prawem, co na gruncie naukowym wspaniale wykazywał prof. Feliks Koneczny, a co w praktyce duszpasterskiej wcielał w życie Prymas Wyszyński.
Zaskoczenie to wynika z jednej strony z ogromnej siły jaką posiada w sobie Łacińskość, z tego, że łacińskie algorytmy są głęboko zakodowane w polskim społeczeństwie. Z tego, że do protestu dołączyły niezwykle różne środowiska- od prawicy po lewicę, od dzieci po starców, od tradycjonalistów katolickich po „wojujących ateistów", od artystów i kombatantów, przez naukowców i kibiców po adwokatów (vide oświadczenie Okręgowej Rady Adwokackiej w Katowicach) i przedsiębiorców, a nawet niektórych najwyższych urzędników (ad exemplum Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych). Z drugiej zaś strony wynika ono z krótkowzroczności. Ekipa świetnie przygotowana do odnoszenia taktycznych sukcesów za pomocą socjotechnicznych sztuczek, nie ma zielonego pojęcia o strategii, nie mówiąc już o ideologii (bo ta ustalana jest za granicą). Politykierom z reguły wydaje się, że między rządzącymi a rządzonymi występuje sprzężenie proste. Tymczasem w rzeczywistości jest to sprzężenie zwrotne, co opisywał wybitny fizyk i cybernetyk prof. Marian Mazur.
Ponadto ciągłe propagandowe tresowanie społeczeństwa o dominujących motywacjach etycznych w duchu dominacji motywacji prawnych powoduje osłabienie zarówno motywacji etycznych jak i prawnych. Wzmocnieniu ulegają za to motywacje, które znajdowały się na drugim miejscu- a więc motywacje witalne. Zwłaszcza w ich części konsumpcyjnej oraz części dotyczącej pragnienia świętego spokoju, życia wolnego od strachu. I właśnie dlatego Naród Polski odrzuca stanowczo niewolę i wybiera władzę. Wieloletnia propaganda okazała się mieczem obosiecznym. Nawet gdyby po stronie oferowanej nam niewoli stała prawość, sprawiedliwość i słuszność to przy wzroście dominacji norm witalnych mało kto by ją wybrał. Tymczasem naprzeciw niewoli stoją nie tylko władza ale również sprawiedliwość, etyka, zdrowy rozsądek oraz podstawowe zasady naszego systemu prawnego i naszej tradycji prawnej. Jeżeli dołączy do nich wytrwałość to będzie to koalicja cech i wartości, z którą należy się liczyć także przy stopniowym wprowadzaniu rozwiązań a la ACTA w innych aktach prawnych.


http://socjocybernetyka.files.wordpress.com/2012/05/widmo-wyszyc584skiego.pdf


Zobacz na:
Trzy zasady stosowane przez polskich sędziów – czyli „Głupia sprawa”…
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1707.0
Manipulacje komunikacyjne - przesłuchanie podejrzanego
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1689.0
« Last Edit: (Sat) 04.04.2015, 14:18:32 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Teorie dowodów sądowych. Obraz polskiego sądownictwa...
« Reply #1 on: (Sat) 04.04.2015, 14:18:06 »
Przesłuchanie - przykład wymuszonego przyznania
https://vimeo.com/124092231
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Teorie dowodów sądowych. Obraz polskiego sądownictwa...
« Reply #2 on: (Tue) 19.05.2015, 15:19:24 »
Biegli dawno już "odbiegli" od prawdy...

W Polsce to nie sąd decyduje o winie oskarżonych. Mało ważne są nawet dowody prokuratorów i adwokatów. O losach ofiar i oprawców decydują w Polsce biegli - ludzie, którzy często nie mają zielonego pojęcia o tym, co robią.
Andrzej Bocianowski mieszka w dużym, cichym domu pod Wolbromiem, czterdzieści kilometrów od Krakowa. - Dom zrobił się cichy, odkąd zabrakło w nim mojej żony - wyjaśnia mężczyzna. Dwa lata temu dwudziestoletni pijany kierowca wbił się w samochód Bocianowskiego. Bocianowski przeżył wypadek. Jego żona nie.

Cena kompromitacji

Zrobiło się śmiesznie i strasznie. Odkąd sławą okryła się Jadwiga M. - w czasach Polski Ludowej kierowniczka w zakładach ciastkarskich, a dziś biegła sądowa w dziedzinie księgowości. Dokładniej biegła rewident, która nie potrafi lub udaje, że nie potrafi dodawać i odejmować. I zamienia w farsę proces przeciw Grzegorzowi Wieczerzakowi, byłemu prezesowi PZU Życie. Przed zdumionym sądem straty, na jakie Wieczerzak miał narazić PZU, zawyża o 14,5 miliona złotych, a za chwilę - o kolejne 20 milionów. Na własną rękę ustala kurs dolara i nie bardzo wie, czym różni się pożyczka od kredytu. Teraz proces grozi Jadwidze M. Podejrzewa się ją nie tylko o brak kompetencji, ale również o plagiat innego raportu. Coraz częściej mówi się też o tym, że biegła powiązana była finansowo z samym Wieczerzakiem. - Z pewnością były powody, dla których za cenę własnej kompromitacji księgowa postanowiła skompromitować także prokuraturę i sąd - zauważa z przekąsem pewien warszawski prokurator. - No cóż, poprawiając tym samym humor i pewność siebie oskarżonego.

Ale to nie koniec groteskowej epopei o polskich biegłych. W chwilę później za kratki trafia Andrzej S. Psycholog podejrzany o pedofilię, który przez lata wydawał dla sądów opinie o... pedofilach. - Czy wymiar sprawiedliwości mógł podejrzewać o niecne zamiary wybitnego specjalistę, który długo cieszył się powszechnym uznaniem - pyta retorycznie Wojciech Miłoszewski, szef Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. - Oczywiście, że nie. Przecież znalazł się na liście, sporządzonej przez najwyższą instancję, przez sąd. Już to, zasadniczo, powinno dawać gwarancję, że mamy do czynienia z uczciwym fachowcem.

Według Miłoszewskiego, gdyby prokuratorzy myśleli inaczej, musieliby, przy każdej prowadzonej przez siebie sprawie, prowadzić równoległe śledztwo dotyczące samych biegłych. - A to zakrawałoby przecież na absurd! - zauważa rzecznik prokuratury. Ale absurdów w polskim sądownictwie jest wiele. M.in. dlatego, że wiele mają do powiedzenia biegli. To właśnie oni kilka miesięcy temu zadecydowali, że proces oskarżonego o pedofilię Wojciecha K., byłego dyrygenta Polskich Słowików, powinien zostać przerwany. Powód - fatalny stan zdrowia K. (konieczność usunięcia guza mózgu). Jakież było zdziwienie sądu, gdy okazało się, że tuż po wydaniu tak dramatycznej opinii były dyrygent opuścił szpital. Ostatecznie proces wznowiono, a biegłymi lekarzami zainteresowała się prokuratura.

To wszystko?  Nie. W połowie czerwca na ławie oskarżonych przed sądem w Łodzi zasiada czterech lekarzy: w tym biegli psychiatrzy i ortopedzi. To dzięki nim wielokrotnemu zabójcy i szefowi gangu, specjalizującego się w napadach na TIR-y Markowi P. z powodu m.in. ściągniętej z sufitu kolki nerwowej i złamania nogi, wyłącznie na papierze, przez kilka lat udaje się uniknąć więzienia.

Andrzej Bocianowski spod Wolbromia nie może otrząsnąć się z szoku po śmierci żony. Nadal nie może też zrozumieć, dlaczego pijany kierowca, który zabił jego kobietę, cieszy się wolnością. I wciąż nie może pojąć, dlaczego - wbrew faktom - to jego, ofiarę pijaka za kierownicą, prokuratura w Krakowie oskarżyła o spowodowanie wypadku. Pomóc w tym miało prokuraturze dwóch biegłych, specjalistów od kolizji drogowych.

Metoda MAHW

Zdarza się czasem, że biegli miewają pecha. Za pechowca uważa się zapewne biegły psychiatra Henryk W. z Chrzanowa, który wsławił się tym, że za grube łapówki wykrywał u skorumpowanych policjantów depresje i nerwice, jako jedyny w regionie decydował też o tym, czy zabójca powinien przesiedzieć w więzieniu resztę życia, czy też oglądać świat z okien psychiatryka.

Kłopoty z prawem ma również biegły Arkadiusz S. Jego ekpertyza wykonana kilka lat temu na zlecenie warszawskiego sądu była jednoznaczna. Tak, oskarżona Manuela M. jest fałszerzem. Dwa lata temu S. przeanalizował pismo na czekach i oświadczył, że jego żmudne i oparte na najnowszej metodzie matematycznej badanie nie pozostawia złudzeń. - Metoda - wyjaśnił biegły - nazywa się MAHW i stosowana jest powszechnie przez FBI.

Gdyby nie podejrzliwość obrońcy Manueli M. Arkadiusz S. do dziś zapewne cieszyłby się opinią wybitnego pismoznawcy. Dociekliwy mecenas postanowił jednak na własną rękę sprawdzić kompetencje biegłego. Wnioski były piorunujące. To Arkadiusz S. okazał się fałszerzem, chętnie posługiwał się sfałszowaną pieczątką Polskiego Towarzystwa Kryminalistycznego. A metoda MAHW rodem z FBI" Zapewne przyśniła się wcześniej przebiegłemu biegłemu.

Profesor Jan Widacki, wybitny kryminolog i wzięty obrońca w sprawach karnych, o biegłych sądowych nie ma najlepszego zdania. - Na listach biegłych ze świecą szukać wybitnych ekspertów. Zdarza się nawet, że poważne analizy powierza się ludziom, zupełnie do nich nie przygotowanym. Zauważyłem, że wystarczy mieć skończony wydział lekarski, by stać się dla sądu fachowcem od skomplikowanych problemów medycznych - wyjaśnia. - Tym bardziej dziwi mnie, że polscy sędziowie są wobec biegłych tak bezkrytyczni. A biegli mówią czasem mądre rzeczy, a czasem plotą zupełne banialuki.

Opinie Tadeusza S. i Józefa S., niezależnych biegłych sądowych w sprawie Andrzeja Bocianowskiego, były jednoznaczne. To Bocianowski zjechał na przeciwny pas jezdni i uderzył w samochód jadący z naprzeciwka. Nie miało znaczenia dla biegłych, że po przeciwnej stronie jechał człowiek, u którego stwierdzono dwa promile alkoholu we krwi. I któremu wielokrotnie odbierano za to prawo jazdy.

Laboratorium albo biuro Sędzia Andrzej Almert, rzecznik Sądu Okręgowego w Krakowie, przyznaje, że polskiemu wymiarowi sprawiedliwości nie udało się dotąd wypracować sensownego systemu weryfikacji biegłych. - Zasadniczo ekspertem sądowym powinien być specjalista, który dzięki swojemu wykształceniu, doświadczeniu i pozycji zawodowej znalazł się na liście fachowców, którzy służą wymiarowi sprawiedliwości wiedzą, niedostępną zwykłemu obywatelowi - wyjaśnia.
- To teoria. Z praktyką, niestety, bywa różnie. W ciągu zaledwie roku prezes Sądu Okręgowego w Krakowie skreślił z listy biegłych prawie sto nazwisk. Z listy zniknęli ci, którzy sami stanęli przed sądem, albo byli zbyt opieszali w wydawaniu ekspertyz. Ale w większości przypadków biegli przestali być biegłymi nie ze względu na dociekliwość sądu, ale z powodu skarg obywateli. - Problem w tym, że biegłych jest zwyczajnie za dużo, by każdemu z nich bacznie się przypatrywać! Opieramy się na dokumentach. Jeśli wynika z nich, że mamy do czynienia z fachowcem, który skończył szacowną uczelnię, ma tytuł doktora, jest autorem wielu publikacji i nikt się na niego nie skarży, to musimy wierzyć papierom i biegłemu na słowo - tłumaczy Almert.

Tyle tylko, że tytuły, uczelnie, publikacje, wreszcie instytucje, które stoją za biegłymi, wcale nie muszą być szacowne, a jedynie mogą takowe udawać. Wystarczy, by biegły (a częściej jego żona lub znajomy) założył prywatną firmę i nadał jej odpowiednią nazwę. Dobrze brzmi "Laboratorium Kryminalistyczne" albo "Centrum Ekspertyz". Teraz wystarczy dogadać się np. z zaprzyjaźnionymi policjantami, którzy po godzinach wykonają analizy w laboratoriach policyjnych, a pod którymi podpisze się później "Biuro śladów" z siedzibą w garażu. Sukces murowany - pod warunkiem, że eksperci z biura nie zaczną nagle windować cen. Aleksander Głazek, dyrektor Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie przyznaje bez ogródek, że za takimi "instytucjami" stoją m.in. jego byli pracownicy. Także ci, którzy nie zdali wewnętrznego, trudnego egzaminu na biegłych. Dyrektor Głazek jest zdecydowanym zwolennikiem zmian w polskim prawie. Jest za tym, by w nowej ustawie biegłymi zajmowały się samorządy zawodowe, lub w przypadku ich braku towarzystwa naukowe. To samorząd opiniowałby - dobrze lub źle - kompetencje specjalisty, starającego się o wpisanie na listę w sądzie. - Samorząd oceniałby również, czy tytuły i publikacje biegłego to rzeczywisty, istotny naukowo dorobek biegłego, czy są to tylko baśnie z tysiąca i jednej nocy - mówi Głazek.

Problem jedynie w tym, że projekt ustawy, o konieczności której grzmią prawnicy już od kilku lat, utknął na dobre w szufladach biurek ministra sprawiedliwości. - Nadal jesteśmy na etapie przygotowawczym - przyznaje Barbara Mękosa-Stępkowska, szefowa biura prasowego w ministerstwie. I rzeczniczka nie potrafi podać ani podstawowych zmian w prawie dotyczących biegłych ani terminu ukończenia projektu. - Z tego, co wiem, uwagi większości niezależnych specjalistów, w tym również tych z Instytutu Ekpertyz Sądowych, raczej nie będą brane pod uwagę - dodaje pracownik ministerstwa, proszący o anonimowość.

Jak dotąd nikt nie pokusił się także o stworzenie "czarnej listy" biegłych. Dlatego też sąd w Krakowie nie ma zazwyczaj zielonego pojęcia, że przeciwko biegłemu, który znalazł się na jego liście, toczy się sprawa, np. o nadużycia finansowe przed sądem w Gdańsku. Dlatego sąd w Warszawie nie wiedział nic, że przeciw Arkadiuszowi S., specjaliście od fałszowanych czeków, prokuratura wszczęła postępowanie, bo biegły chciał pobić pewnego prokuratora, gdy ten postanowił przyjrzeć się jego pieczątce. S. występował przed sądem jako biegły, za którym stoi instytucja - Centralne Biuro Śladów. W rzeczywistości biuro-widmo.

Na wniosek adwokata Andrzeja Bocianowskiego spod Wolbromia sąd w Krakowie zdecydował się zlecić kolejną analizę przebiegu wypadku biegłemu z Instytutu Ekspertyz Sądowych. - Jego opinia była jednoznaczna - wyjaśnia Bocianowski. - Nie było mowy o mojej winie. Sprawcą wypadku był pijany kierowca. W lipcu 2004 roku Sąd Okręgowy w Krakowie zwrócił sprawę sądowi niższej instancji do ponownego jej rozpatrzenia.

Specjalista od telepatii

Na listach sądowych wpisanych jest dziś 16 tysięcy biegłych. Na ich ekspertyzy państwo wydaje rocznie prawie ponad półtora miliona złotych. Wydaje także zapewne na ekspertyzy radiestety i różdżkarza Stefana Jerzego Siudalskiego, który oferuje również usługi z dziedziny... telepatii.

W sądach w cenie są ci, którzy nie mają zbyt wygórowanych żądań finansowych, zadowalają się stawką 30 złotych za godzinę. Sądy stawiają bowiem na biegłych tanich i szybkich. I tych, którzy chętnie wystawiają jednoznaczne opinie. - Nie ma nic gorszego dla polskiego sądu niż ekspertyza, w której jest więcej pytań niż odpowiedzi. Takich biegłych nie lubi się, bo tylko komplikują sprawę - zapewnia Katarzyna, ekspert sądowy w sprawach majątkowych.

Biegli tani i bezproblemowi to ci, którzy mają niewiele zleceń, co oznacza, że opinie wydają w krótkim czasie. Dla porównania - na opinię od zawalonych pracą specjalistów z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie trzeba często czekać tygodniami, czasem miesiącami. - Przyjmujemy jedynie najbardziej skomplikowane sprawy, takie, w których dotychczasowe opinie biegłych niewiele dały - mówi doktor Jan Unarski, kierownik Zakładu Badania Wypadków Drogowych w krakowskim IES. W maleńkich pokojach eksperci od wypadków krok po kroku próbują zrekonstruować przebieg wydarzeń na drodze. Badają ślady zabezpieczone przez policję, przyglądają się uważnie zdjęciom, analizują zeznania świadków, wertują tomy akt sądowych. Nie śpieszą się. - Za każdym razem wracamy na miejsce zdarzenia - przyznaje doktor Unarski. - Co do centymetra mierzymy wielkość pobocza, kąt nachylenia jezdni, specyficzne warunki, które mogły się przyczynić do wypadku.

Dane wprowadzane są do komputera, za pomocą opracowanego w instytucie programu powstaje symulacja wypadku. - Technika jest jednak tylko pomocnym narzędziem, czymś w rodzaju kalkulatora, który oblicza parametry - wyjaśnia szef zakładu. - Ale najważniejsza jest logika myślenia. A tej czasem brakuje mniej doświadczonym biegłym. W zakładzie Unarskiego nikt nie porywa się na wydawanie pochopnych wniosków. Każdą ekspertyzę poprzedza burza mózgów, rodzaj konsylium, w którym uczestniczy wielu fachowców. Czasem w wydaniu ostatecznego werdyktu pomagają eksperci z innych dziedzin, których w instytucie można spotkać za ścianą. - Ślęczymy godzinami nad jedną sprawą, za zamkniętymi drzwiami, daleko od adwokatów, prokuratorów i sędziów. Jesteśmy bardzo ostrożni w wydawaniu sądów, bo zbyt łatwo dziś można oskarżyć niewinnego człowieka - dodaje Unarski.

Nieoficjalnie w polskich sądach panuje pogląd, że najprościej jest, dla ułatwienia sobie sprawy, zlecić ekspertyzę pierwszej lepszej osobie z listy. Krakowskim środowiskiem medycznym wstrząsnęła historia z biegłym anestezjologiem w tle. Sąd poprosił anestezjologa... o wykonanie sekcji zwłok zamordowanego mężczyzny. Podejrzewano, że człowiek został zabity siekierą, na jego głowie znaleziono liczne rany. Anestezjolog, czyli zasadniczo specjalista od uśmierzania bólu, głowił się, ale nic nie wymyślił. W końcu własnoręcznie odciął denatowi głowę i w wiaderku, za pośrednictwem pracownika firmy pogrzebowej, przesłał ją do badań lekarzom sądowym. Rujnując w ten sposób szansę na poważne ekpertyzy. Ofiara była bowiem również duszona, ale po odcięciu głowy ślady duszenia bezpowrotnie zniszczono. Czy był to wyjątkowy przypadek? Nie, bo w Polsce sądowe opinie wydają po prostu "specjaliści". - Specjalista od zębów wydaje ekspertyzę o stanie pęcherza moczowego ofiary zabójstwa, a urolog wypowiada się na temat zaawansowanej próchnicy u domniemanego mordercy - zauważa z przekąsem w głosie profesor Widacki.

O braku kompetencji polskich biegłych sądowych najlepiej świadczy rozprawa habilitacyjna doktora Jerzego Kunza z Katedry Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kunz przyjrzał się 326 sprawom, toczącym się w latach 1995-96 przed sądami w Krakowie i Miechowie. Wyszło mu, że na 84 opinii, wydanych przez biegłych dla sądu w Miechowie, jedynie 19 (a więc mniej niż jedna czwarta) nie zawierało fałszywych wniosków. W dodatku tylko w siedmiu sprawach specjaliści zdecydowali się osobiście obejrzeć ofiarę. Kunz opisał m.in. opinię rekonstrukcyjną biegłego, który stwierdził, że czaszka mężczyzny (przez którą ewidentnie przejechał ciągnik) została zmiażdżona przez "uderzenie o twarde podłoże". - Pikanterii sprawie dodaje fakt, że wspomniana "opinia rekonstrukcyjna" wykonana została przez inżyniera, biegłego do spraw ruchu drogowego, bez jakichkolwiek konsultacji z lekarzami - napisał w rozprawie doktor Kunz.

Biegłym sądowym, którzy uznali, że Andrzej Bocianowski spod Wolbromia winny jest wypadkowi, w którym zginęła jego żona, postanowiła się dziś przypatrzyć prokuratura. Jednego z nich podejrzewa się o branie łapówek, w zamian za wydawanie opinii. Sąd w Krakowie postanowił skreślić go z listy biegłych. - To nie wróci życia mojej żonie - twierdzi Andrzej Bocianowski. - A mnie nie wróci już wiary w sprawiedliwość.

Biegli kontra biegli

O błędach biegłych pisze się dziś prace naukowe. Mniej pisze się o tych, którzy przez błędy ekspertów lub ich lenistwo stracili zdrowie i wiarę w sprawiedliwość. Pod koniec lat 90. Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał 15 tysięcy złotych odszkodowania od państwa polskiego Zbigniewowi M., zabójcy, który w szpitalu psychiatrycznym aż dwa lata czekał na opinię biegłych, czy jest niebezpieczny dla otoczenia. - Potrzebne są nam radykalne zmiany - zapewnia profesor Jan Widacki. - Dużo zależy także od samych sędziów i prokuratorów. Bezwględnie powinni poszerzyć swoją wiedzę, nie tylko przyrodniczą i techniczną. Przydałoby się także parę lekcji z logiki. Nie trzeba być przecież specjalistą, by dostrzec, że ekspertyza, nawet jeśli podpisał ją słynny uczony, może być całkowicie pozbawiona sensu. Co jednak zrobić, gdy opinia biegłego nawet trzyma się kupy, tylko sam biegły pozostaje w kręgu podejrzeń? Co zrobić, kiedy wszystko stało się śmieszne i straszne, bo biegła księgowa z wieloletnim stażem w jednej z największych polskich afer przerabia cudze ekspertyzy, a znany specjalista od pedofilli sam jest o nią podejrzany? Czy opinie Andrzeja S., który zadecydował zapewne o losach wielu mężczyzn, podejrzanych o niecne zamiary wobec dzieci, zostaną podważone? Już wiadomo, że o tym zadecydują inni biegli.
za Kulisy  z dnia 06.08.04r. artykuł Anna Szulc (Od)biegli od prawdy.
– Pan W. był dla naszego miasta bardzo użyteczny – śmieje się pan Kazimierz, emeryt z Chrzanowa, który z usług psychiatry co prawda nie korzystał, ale zna przynajmniej kilka osób, którym lokalna Matka Teresa udzieliła pomocy. – Głównie gliniarzy, ale też wojskowych z kłopotami i leniwych. Czyli tych, którym znudziła się praca, ale nie znudziły pieniądze, wypłacane chorym z ubezpieczenia.

W połowie marca Henryk W. został aresztowany. Po tym, jak w wyniku dziennikarsko-policyjnej prowokacji wykrył chorobę, a potem wypisał zwolnienie lekarskie „ściganemu dilerowi narkotyków” i „kierowcy, złapanemu po pijaku”. Biegły sądowy stanie niedługo przed sądem. Właściwie były biegły, bo właśnie został skreślony z sądowej listy specjalistów.

Płacić i milczeć

– Nie doszły do nas żadne sygnały, które mogłyby wzbudzić zastrzeżenia wobec pana W. – przyznaje Andrzej Almert, rzecznik krakowskiego sądu. – A staraliśmy się być dociekliwi. Zwróciliśmy się nawet, na początku obecnej kadencji biegłego, do Okręgowej Izby Lekarskiej z pytaniem, czy nie toczy się wobec niego jakiekolwiek postępowanie. Odpowiedź była przecząca.

Od wielu lat Henryk W. decydował o losach wielu ludzi. I można przypuszczać, że za odpowiednią gratyfikację wyciągał z tarapatów przestępców, narkomanów i policjantów, którzy nagle przestali lubić prawo. – Nie jest jednak ani pierwszym, ani zapewne ostatnim lekarzem, któremu postawiono zarzuty – mówi podkomisarz Sylwia Bober z biura prasowego małopolskiej policji. – Choć trzeba przyznać, że udowodnienie lekarzowi nadużyć nie jest łatwe. Głównie dlatego, że jego działalność poza prawem zbyt wielu ludziom przynosi korzyści.

Co ciekawe, podobnego zdania jest Jolanta Orłowska-Heitzman, rzeczniczka odpowiedzialności zawodowej Okręgowej Izby Lekarskiej w Krakowie. To ona przyjmuje skargi od rozżalonych pacjentów, dowiaduje się o łapówkach i nadużyciach. – Ale takich skarg jest bardzo mało – zauważa. – A jeśli nawet są, to najczęściej później są wycofywane. Ludzie wciąż boją się sądów i kłopotów. Czasem wolą płacić i milczeć.

Na szczęście nie zawsze. Istnieje duża szansa, że na korytarzach aresztu śledczego w Krakowie Henryk W. natknie się na lekarza, wyspecjalizowanego w lekarstwach. Małopolskiej policji udało się bowiem w listopadzie zatrzymać medyka, który przez trzy lata wystawiał fikcyjne recepty na leki, refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. W tym recepty na viagrę dla… kombatantów i dawców krwi. Viagrę, po znacznie wyższej cenie, zaprzyjaźnione z lekarzem panie sprzedawały później na bazarach. Przypuszczalnie lekarz i spółka wyłudzili od państwa przynajmniej sto tysięcy złotych. Kłopoty z wymiarem sprawiedliwości w Krakowie ma również lekarz, członek komisji lekarskiej, orzekającej o przydatności do służby wojskowej. Wpadł, bo trafił na uczciwego poborowego. Pan doktor bez ogródek zaproponował mężczyźnie zmianę kategorii z A na D. Po czym zaprosił go do własnego domu, uznając, że to najbezpieczniejsze miejsce na odebranie łapówki. Poborowy przyszedł z kopertą, ale całą akcję nagrał na wideo. Pod drzwiami członka komisji stali już wówczas policjanci. Lekarzowi grozi nawet dziesięć lat więzienia.

Henryk W., psychiatra z Chrzanowa też pomagał poborowym. Do tego stopnia, że po wyjściu na jaw wielu faktów, w chrzanowskiej WKU zapanowała panika. Sprawdzana jest dokumentacja, filtrowani poborowi z depresją. Na razie podważono jedną diagnozę Matki Teresy. Psychiatrzy z Krakowa stwierdzili, że były policjant Rafał K. jest zdrowy jak ryba. Komendant policji w Chrzanowie Marek Gorzkowski chwilowo odetchnął z ulgą.
Anna Szulc

 I tym samym przechodzimy do meritum - publikacji na temat warunków jakie powinna spełniać opinia lekarska dla sądu, kulisy i przykłady mataczenia biegłych i ich wpadki, wyjaśnienie faktów - przebiegłych biegłych, matactwach z rentami biegłego lekarza psychiatry Antoniego Ferenca z Jarosławia i na koniec raportu:  "siedem grzechów głównych organów sprawiedliwości",
Koszty tych przekrętów ponosi całe społeczeństwo. To wyjaśnia, dlaczego służba zdrowia jest niedofinansowana...

Źródło: http://www.aferyprawa.eu/index2.php?p=teksty/show&dzial=wyceny&id=78
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Teorie dowodów sądowych. Obraz polskiego sądownictwa...
« Reply #3 on: (Thu) 21.05.2015, 19:18:41 »
Doc. Kossecki: Sądy nie mogą być niezależne od nauki! O poststalinowskim systemie sądowniczym etc.
https://www.youtube.com/watch?v=fdrd4TVWIDI
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje