Author Topic: Niesamowita historia Cliffa Younga  (Read 834 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 557
  • Reputacja: +12/-0
Niesamowita historia Cliffa Younga
« on: (Tue) 02.09.2014, 14:05:35 »
Niesamowita historia Cliffa Younga



Co roku w Australii organizowany jest zabójczy bieg wytrzymałościowy o długości 875 km (osiemset siedemdziesiąt pięć kilometrów !!!) z Sydney do Melbourne. Mówi się o nim, że jest najbardziej wyczerpującym ze wszystkich ultramaratonów na świecie.

Dlaczego najbardziej wyczerpujący?

Bo najlepsi potrzebują 6-7 dni, by go przebiec.

Chyba tylko ludzie, którzy przebiegli kiedyś w swoim życiu morderczy dystans maratonu (42km), potrafią tak naprawdę wyobrazić sobie nierealną skalę tego australijskiego przedsięwzięcia. Jest tak hardkorowe, że tylko najlepsi na świecie atleci mają wystarczające jaja, by się go podjąć i robią to tylko po wieloletnim treningu, przygotowując się specjalnie do tego wyzwania. O ultramaratonie mówi się w wypadku biegów powyżej dystansu maratońskiego, o przechodzących ludzkie siły dystansach 5okm, 100km. Natomiast tu mamy do czynienia z 21-krotnym dystansem maratońskim. W takim wypadku o wiele bardziej poprawnym określeniem byłoby słowo „obłęd”.

Dla lepszego zrozumienia: biegacze, którzy zwykle biorą udział w tym ultramaratonie, mają poniżej 30 lat. Są u szczytu swojej wydolności, mają za sobą historię sportowych sukcesów, wyczynowe doświadczenie i głęboką ekspertyzę, są sponsorowani przez wielkie korporacje, wyposażające ich w najlepszy, najdroższy sprzęt.

Właśnie dlatego historia jaką przeczytasz,  jest tak niewiarygodna, ale jednak prawdziwa.

Ta niesamowita historia ma miejsce w roku 1983, kiedy podczas kolejnej edycji biegu Sydney-Melbourne ci właśnie topowi biegacze skonfrontowani są z niespodzianką. Przed startem pojawił się facet o nazwisku Cliff Young. Z początku nikt nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy myśleli, że jest jednym z wielu kibiców, przyglądających się przygotowaniom do startu tego morderczego biegu. W końcu miał 61 lat, był ubrany w kombinezon roboczy, a na swoich roboczych butach nosił kalosze.

Ale Cliff Young chciał wziąć udział w biegu. Kiedy podszedł do stolika, by odebrać swój numer, stało się jasne dla każdego, że ma zamiar przyłączyć się do 150-u światowej klasy atletów i biec. Wówczas jeszcze biegacze ci nie wiedzieli o innym zadziwiającym fakcie: jedynym trenerem Cliffa była jego 81-letnia matka.

Każdy myślał, że to żart, jakiś chwyt reklamowy, że facet się popisuje, pewnie prowokator, jakiś stary frustrat, który chce za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Ale prasa i media zainteresowały się nim i kiedy stanął w towarzystwie profesjonalnie wyposażonych biegaczy, kamera telewizyjna zrobiła zbliżenie na niego, uwypuklając kolosalny kontrast w stosunku do reszty grupy.

„Kim jesteś i co tu robisz?”

„Jestem Cliff Young. Jestem z dużego rancza za Melbourne, gdzie hodujemy owce i uprawiamy kartofle.”

„Naprawdę chcesz wziąć udział w tym wyścigu?”

„Tak”, przytaknął.

„Chyba zwariowałeś. Nie ma takiej możliwości, że go przebiegniesz.”

Ich powątpiewanie nie zaszokowało go, bez wahania udzielił tej zdumewiającej odpowiedzi:

„Tak, przebiegnę”, powiedział. „Wychowłem się na farmie, gdzie nie było nas stać na konie albo traktory i przez całe moje życie – aż do czasu, kiedy cztery lata temu zarobiliśmy w końcu trochę pieniędzy i kupiliśmy traktor – zawsze kiedy przyszły burze, musiałem wychodzić w pole, by zgonić owce. Mieliśmy 2.000 arów ziemi i 2.000 owiec. Nieraz musiałem za nimi ganiać przez dwa albo trzy dni. Trwało to bardzo długo, ale zawsze je w końcu dorwałem. Myślę, że mogę przebiec ten wyścig; to tylko dwa dni więcej. Pięć dni. Ganiałem za owcami przez trzy.”

Kiedy wyścig ruszył, profesjonaliści zostawili za sobą faceta w kaloszach. Tłum kibiców miał niezły ubaw, ponieważ facet nawet nie biegł poprawnie. Zamiast biec, jakby truchtał, powłócząc nogami jak amator.

Otóż 61-letni, bezzębny rolnik wystartował w ultramaratonie ze światową czołówką atletów. W całej Australii, ludzie oglądający relację telewizyjną na żywo modlili się, by ktoś powstrzymał tego wariata przed dalszym biegiem, bo każdy myślał, że umrze zanim nawet osiągnie półmetek.

Każdy z profesjonalnych atletów wiedział, że potrzeba około 7 dni na dobiegnięcie do mety, a żeby ukończyć wyścig żywym należy w nocy spać minimum 6 godzin, regenerując siły po morderczym wysiłku dnia, a resztę czasu wykorzystywać w jak największej części na bieg. Tak mówiła medycyna i wieloletnie doświadczenie fizjologów sportowych. Ale Cliff Young o tym nie wiedział!

Poranne wiadomości drugiego dnia wyścigu obdarowały widzów następną niespodzianką: Cliff Young był w dalszym ciągu w wyścigu i okazało się, że przez całą noc biegł aż do miasta Mittagong.

Najwyraźniej Cliff nie zatrzymał się po pierwszym dniu. Mimo że w dalszym ciągu był daleko za czołówką, po prostu biegł dalej. Nawet znalazł siłę i czas, by machać widzom stojącym przy trasie.

Kiedy dobiegł do Albury zapytano się go o jego taktykę na resztę wyścigu. Nie uwierzycie co odpowiedział! Odpowiedział, że po prostu ma zamiar biec tak długo, aż dobiegnie do mety, bez spania!

Biegł i biegł i biegł. Każdej nocy był coraz bliżej czołówki. W ciągu ostatniej nocy przegonił wszystkich światowej klasy atletów. Ostatniego dnia to on prowadził w wyścigu. Nie tylko dał radę przebiec morderczy wyścig Sydney-Melbourne w wieku 61 lat i nie umrzeć. Nie, ku zaskoczeniu widzów, to właśnie on wygrał ten wyścig, bijąc przy tym rekord czasowy o 9 godzin i stając się narodowym bohaterem! Australijczycy zakochali się w tym 61-letnim rolniku, który pojawił się znikąd, by pokonać najlepszych długodystansowców świata.

Przebiegł 875 kilometrów wyścigu w 5 dni, 15 godzin i 4 minut, nie wiedząc, że powinien spać w nocy. Powiedział, że podczas biegu wyobrażał sobie, że goni za owcami, by zdążyć przed nadchodzącą burzą.

Kiedy Cliff otrzymał $10.000 nagrody za zwycięstwo, powiedział, że nie wiedział, że jest jakaś nagroda i twierdził, że nie wystartował ze względu na pieniądze. Powiedział „W wyścigu biegnie jeszcze pięciu uczestników, którzy zresztą moim zdaniem są twardsi ode mnie” i dał każdemu z nich po $2.000, nie pozostawiając ani centa dla siebie. Ten czyn ujął serca całej Australii. Cliff był skromnym, zwykłym facetem, który podjął się wyjątkowego wyzwania i został narodową sensacją. Jeszcze w tym samym roku stworzono sześciodniowy ultramaraton, który nazwano jego imieniem.

Cliff był najstarszym człowiekiem w historii, który wygrał ultramaraton. Jego styl biegania został zaadoptowany przez współczesnych ultra-długodystansowców i nazywany Cliff-Young-Shuffle (styl powłóczący Cliffa Younga). Jest uznany za bardziej aerodynamiczny, wymagający mniejszego wkładu energii i lepiej pozwala chronić stawy i kości przed obrażeniami wynikającymi z przeciążenia. Przynajmniej trzech późniejszych zwycięzców biegu Sydney-Melbourne używało tego stylu, by odnieść zwycięstwo. Obecnie w tym biegu prawie nikt nie robi przerw na spanie. Aby wygrać ten wyścig, musisz biec jak Cliff Young, zarówno w dzień jak i w nocy.

Czy Cliff Young był indywidualistą?
Zdecydowanie tak!

Co sprawiło, że odniósł tak spektakularny sukces?
Dziecięca naiwność: „Przecież biegam za swoimi owcami nieraz przez trzy dni. Dwa-trzy dni więcej nie powinno być problemem”. Jak się później okazało, miał na myśli, że biega za owcami 3 dni non-stop, nie robiąc nawet przerwy na sen.

Zdrowa ignorancja: Cliff nie wiedział, że trzeba spać minimum po 6 godzin, żeby przeżyć ten morderczy bieg. On po prostu biegł, aż dobiegł do mety. Indywidualiści robią rzeczy których jeszcze nikt nie dokonał, nawet nie próbował dokonać, bo nie wiedzą, że są niemożliwe.

Niezłomna siła woli i wiara w siebie: Żadne negatywne komentarze prasy i śmiech widzów po starcie do wyścigu nie zdołały jej zmniejszyć.

Indywidualizm: Cliff nie wzorował się na najlepszych, nie starał się im dorównać, bo nie pokonałby najlepszych na świecie trzydziestolatków biegnąc ich sposobem. On po prostu wierzył w to, co wie i co potrafi by iść swoją drogą. I tylko w swój niekonwencjonal sposób mógł odnieść prawdziwie niepowtarzalny sukces, wynik na jakościowo całkowicie innym poziomie niż wszystko, co do tej pory zostało osiągnięte. Sukces tak wielki, że to na nim się później wzorowano.

Więcej
Dla wszystkich, którzy chcą dowiedzieć się więcej o Cliffie polecam te filmiki:
The Cliff Young Story by Jack Canfield
https://www.youtube.com/watch?v=VkOfWyzZH_A

Cliff Young - zwycięzca z 1983 ultra maratonu Sydney - Melbourne 875 km
http://youtu.be/cAjYBzc8GOQ


Źródło: http://indywidualista.pl/2012/07/21/niesamowita-historia-cliffa-younga/
« Last Edit: (Wed) 01.10.2014, 11:59:42 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 557
  • Reputacja: +12/-0
Károly Takács czyli „jednoręki bandyta”
« Reply #1 on: (Tue) 02.09.2014, 14:06:47 »
Károly Takács czyli „jednoręki bandyta”



Jeśli spotkało cię nieszczęście, wypadek losowy, który wydaje się przekreślać wszystkie twoje plany i marzenia, to historia, którą przeczytasz pokaże ci co można osiągnąć poprzez niezłomność i wytrwałość, wiarę w siebie i nie poddawanie się wobec wszelkich przeciwności losu. Historia Karoly Takacsa wydaje się bajką dla grzecznych dzieci, jednak jest całkowicie prawdziwa. To historia człowieka, który spisany na straty postanowił walczyć.Jest rok 1936. 26-letni Karoly jest sierżantem w armii węgierskiej, wyborowym strzelcem. Jest także strzelcem sportowym, najlepszym na Węgrzech i należącym do światowej elity. Liczy na udział w igrzyskach olimpijskich w Berlinie, jednak przepisy na Węgrzech dopuszczają do udziału w olimpijskich zawodach strzelniczych tylko oficerów. Karoly będzie musiał poczekać cztery lata na swoją szansę.

Rok 1938. Karoly dominuje już w swojej dyscyplinie. Jest już kilkukrotnym mistrzem Węgier i zwycięzcą wielu zawodów międzynarodowych. Jest gorącym kandydatem na złoty medal na nadchodzących igrzyskach olimpijskich w Tokyo w 1940, tym bardziej, że węgierskie przepisy udziału w igrzyskach zostały zmienione i nie potrzebny już jest do tego stopień oficerski. Wszystko wydaje się być na dobrej drodze.

I tu dochodzi do katastrofy. Na poligonie wadliwy granat eksploduje mu w prawej dłoni, urywając część ręki, ręki którą strzela. W mgnieniu oka nie tylko jego olimpijskie marzenia legną w gruzach, ale także traci na zawsze prawą rękę, która musi zostać amputowana. Karoly odbywa długą rehabilitację, jego kariera sportowa jest zakończona, a wojskowa bardzo ograniczona, stoi pod znakiem zapytania.

Co ty byś zrobił czytelniku jeśli straciłbyś prawą rękę, którą nie tylko posługujesz się na codzień, ale która byłaby podstawą twojego sukcesu i sensu życia, na której legendarnej sprawności i precyzji opierałyby się wszystkie twoje plany na przyszłość. Pytanie, które w takiej sytuacji nasuwa się na myśl to: „Dlaczego ja?”. Nie trudno się załamać w obliczu takiej tragedii, zamknąć w sobie, ubolewając nad swoim losem, użalać się nad swoim inwalidztwem. Nie trudno poddać się, porzucić swoje wielkie cele i zredukować swe życie do poziomu swoich obecnych możliwości.

Ale Karoly jest ulepiony z innej gliny. Podczas gdy wszyscy wokoło spisują go na straty, łącznie z pracodawcą i rodziną, on zamiast rozpamiętywać utratę ręki, która prawdopodobnie dałaby mu złoto na najbliższych igrzyskach olimpijskich, postanowia skupić się nad tym co ma: silną psychikę, mentalność zwycięzcy, determinację i…tak, zdrową lewą rękę.

Po miesiącu w szpitalu znika z pola widzenia. Mimo bólu, jaki w dalszym ciągu doświadcza, mimo wszelkich faktów, które mówią przeciwko niemu, nie porzuca obranego celu. Ćwiczy potajemnie swoją lewą rękę, by nabrać nią sprawności jaką miał w prawej. Czy to możliwe? Czy możliwe, by ktoś w wieku 28 lat nie tylko nauczył posługiwać się lewą ręką, ale nabrał w niej takiej precyzji i sprawności, by móc strzelać do tarczy? Ukrywa się ćwicząc strzelanie lewą ręką by nie narażać się na ośmieszenie otoczenia. Po co inwalidzie strzelanie? Przecież by mieć jakiekolwiek szanse w świecie trzeba mieć niesamowity talent i bardzo sprawne, precyzyjne dłonie, ćwiczone od dzieciństwa.

Po roku pojawia się niespodziewanie na mistrzostwach Węgier. Dawni koledzy cieszą się, że znów go widzą. Gratulują mu, że jest dzielny, że się nie załamał, że się interesuje. Dziękują za gest. Są wdzięczni, że przyjechał, by im kibicować, by ich wesprzeć moralnie. Ale on chce startować w zawodach. „Dobry żart!” mówi organizator z drwiącym uśmiechem widząc przed sobą inwalidę. „Nie, ja nie żartuję.”. Jest przyjęty na listę startową z powątpiewaniem, bardziej z litości niż by na poważnie konkurował z najlepszymi. Ale Karoly wygrywa te mistrzostwa i to w niespełna rok po swoim tragicznym wypadku, strzelając tym razem lewą ręką! Znów jest w reprezentacji i znów ma brać udział w olimpiadzie mając teoretyczne szanse na złoto.

I tu dochodzi do następnego zdarzenia. Wybucha II Wojna Światowa i igrzyska w Tokio w 1940 zostają odwołane. Karoly cały czas dominuje swój sport na Węgrzech i jest dobry w skali międzynarodowej. Przygotowuje się do igrzysk w roku 1944, ale i ta olimpiada zostaje odwołana ze względu na wojnę.

Rok 1948. Karoly jest w reprezentacji, startuje w olimpiadzie w Londynie i…zdobywa upragnione złoto, 12 lat po igrzyskach w Berlinie, które chciał wygrać. Do tego bije na głowę absolutnego faworyta, Argentyńczyka Carlosa Valiente i ustanawia przy tym nowy rekord świata. Na kolejnych igrzyskach w roku 1952 w Helsinkach ponownie zdobywa złoto i zostaje pierwszym strzelcem, który dwukrotnie wygrał olimpiadę.

Ten wyjątkowy człowiek został mistrzem Węgier w strzelaniu 35 (słownie: TRZYDZIEŚĆI PIĘĆ) razy!

A co by było, gdyby po tragicznym wypadku pogodził się ze swoim losem i zredukował swoje plany do poziomu swoich rzekomych ograniczonych możliwości? Co by było, gdyby się poddał i zrezygnował ze swoich marzeń? Co by było gdyby słuchał wszystkich tych, którzy widzieli w nim inwalidę, którzy spisali go na straty i nie wierzyli, że jest jeszcze do czegokolwiek zdolny?

Jak jest z toba czytelniku? Z jakich marzeń, z jakich celów, z jakich planów zrezygnowałeś wobec napotkanych trudności, wobec wypadków losu, wobec nieszczęść?

Niech przykład tego wielkiego człowieka napędza nas w takich trudnych chwilach, dając siłę i wiarę do niezłomnego działania w kierunku obranych celów.

Źródło: http://indywidualista.pl/2014/08/23/karoly-takacs-czyli-jednoreki-bandyta/
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje