Author Topic: Jedwabne  (Read 1595 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Jedwabne
« on: (Fri) 31.10.2014, 21:29:47 »
JEDWABNE - ŚWIADEK HISTORII
https://www.youtube.com/watch?v=sajQZyiGP7Y


Ostatni świadek mordu w Jedwabnem: to byli Niemcy!



Kanadyjska Telewizja Niezależna Polonia dotarła do najprawdopodobniej ostatniego świadka mordu Żydów w Jedwabnem. Popaleni ludzie przez tydzień umierali w męczarniach, natomiast gestapo, które dokonało zbrodni, pilnowało, aby żaden z mieszkańców nie udzielił umierającym  pomocy.
 
Zrealizowany przez polonijną telewizję film dokumentalny o zbrodni w Jedwabnem „Jedwabne. Świadek historii” nie pozostawia złudzeń co do rzeczywistych sprawców tego bestialstwa. - Mieli czarne mundury. To było gestapo. Mówili w niemieckim języku – wspominała Hieronima Wilczewska, prawdopodobnie jedyny żyjący świadek zbrodni niemieckiej w Jedwabnem. - Jak już powchodzili, że stodoła była pełna, to musieli wchodzić jeden na drugiego, na wierzch – wspominała moment, kiedy Niemcy, wyłapawszy wszystkich żydów, zapędzili ich do stodoły.
 
Hieronima Wilczewska do dziś w głowie słyszy krzyk palących się ludzi. - Ci, którzy po spaleniu byli jeszcze żywi, to siedzieli i tak się kiwali. Ja do dziś to widzę i modlę się za nich, bo oni strasznie cierpieli – mówiła z bólem. Trwało tydzień, zanim pomarli z ran i głodu. Przez cały ten czas gestapo trzymało wartę. Nie dopuściło do nich nikogo z wioski, a wielu chciało przyjść z pomocą.
 
- On powiedział, żebyś się napatrzyła, co robią z żydami. Jak skończą z żydami, to z wami Polakami będą – zwrócił się do Hieronimy Wilczewskiej jeden z gestapowców. Otwartym pozostaje pytanie, komu i dlaczego zależy, aby prawda o prawdziwych sprawcach tej potwornej zbrodni nie wyszła na jaw? Dlaczego tych, którzy pospieszyli na ratunek nazywa się teraz mordercami?

Karolina Maria Koter

Źródło: http://www.prawy.pl/z-zagranicy2/7352-ostatni-swiadek-mordu-w-jedwabnem-to-byli-niemcy
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Jedwabne
« Reply #1 on: (Sat) 18.04.2015, 15:55:30 »
Jedwabne - Cz.1. - Monopol na Holokaust - O czym powinni wiedzieć Polacy. (14:16)
https://vimeo.com/64436277


Jedwabne - Cz.2. - Monopol na Holokaust - O czym powinni wiedzieć Polacy. (3:48)
https://vimeo.com/64744052
« Last Edit: (Fri) 24.04.2015, 01:08:01 by Anomalia »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Jedwabne
« Reply #2 on: (Mon) 27.04.2015, 01:25:14 »
JEDWABNE 1941 – JA TAM BYŁEM
https://www.youtube.com/watch?v=ds7g9K6e14k

Stefan Boczkowski – zeznanie naocznego świadka

Wszystkie osoby które, czy to w Polsce, w Kanadzie, w USA czy gdziekolwiek na świecie do dzisiaj w ten czy inny sposób uczestniczą w manipulacji i fałszowaniu historii
na temat Jedwabnego czy też innych, podobnych konfabulacji, biorą na siebie – również wobec tych nieżyjących już, niewinnych ofiar tej jednej z tysięcy podobnych niemieckich
zbrodni w Polsce, współodpowiedzialność za współudział w ukrywaniu prawdziwych sprawców tego ludobójstwa oraz współodpowiedzialność za współudział w mataczeniu i uniemożliwieniu
przeprowadzenia rzetelnego śledztwa wokół tej zbrodni, współudział w uniemożliwieniu sprawiedliwego jej osądzenia i w uniemożliwieniu napiętnowania, potępienia i ukarania
jej prawdziwych sprawców, Choćby i, po latach, symbolicznego, ku pamięci i dla sprawiedliwości przelanej tam niewinnie krwi.
Stają się po prostu, z własnej woli, wspólnikami tych straszliwych zbrodni i wspólnikami rzeczywistych zbrodniarzy których srawiedliwe osądzenie,
uniemożliwiają teraz, biorąc w ten czy inny sposób udział w oskarżaniu niewinnych ludzi,w większości przecież tak samo wtedy prez Niemców prześldowanych i mordowanych.


Telewizja Niezależna Polonia dotarła do następnego naocznego świadka niemieckiej zbrodni w Jedwabnem 10 lipca 1941. Pan Stefan Boczkowski miał wtedy 12 lat i był naocznym świadkiem tego, co rzeczywiście działo się w Jedwabnem.

Według śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej, sprawcą i wykonawcą zbrodni w Jedwabnem, tak jak i w sąsiednich okolicach był oddział Einsatzkomando SS Zichenau-Schröttersburg
(Ciechanów – Płock), który to oddział otrzymał rozkaz przeprowadzenia “czystki” w Łomżyńskiem. Dowódcą tego oddziału był urodzony 12 sierpnia 1911 roku w Strassburgu,
w Alzacji Hauptsturmführer SS Hermann Schaper, (członek SS nr 3484) a późniejszy komisarz policji kryminalnej III Rzeszy, który wsławił się okrucieństwem w dowodzeniu i braniu udziału
w egzekucjach ludności zarówno żydowskiej jak i polskiej w Wiznej, Wąsoszy, Radziłowie, Jedwabnym, Łomży, Tykocinie , Rutkach, Piątnicy, Zambrowie, na terenach Związku Radzieckiego
i gdzie indziej. Ukrywający się pod zmienionym nazwiskiem po wojnie w Niemczech został wreszcie w “procesie gestapo” w roku 1976 postawiony przed sądem w mieście Giessen w Hesji
którego werdykt stwierdził ostatecznie, że Schaper oraz czterech innych członków komando SS Zichenau- Schröttersburg winni są “współudziału w mordzie na Polakach i Żydach”
na terenie wiosek i miasteczek powiatu łomżyńskiego. Wyrok sześciu lat więzienia został niestety odrzucony z powodu złego stanu zdrowia oskarżonego. Hermann Schaper zmarł,
mając dziewięćdziesiąt kilka lat, nie ukarany za swoje zbrodnie i dożywając spokojnie swojego życia w Niemczech, jak tysiące jemu podobnych zbrodniarzy niemieckich. Według
niektórych źródeł, pełna dokumentacja zbrodni Hermanna Schapera oraz jego Einsatzkomando SS Zichenau-Schröttersburg która została przechwycona w czasie wojny przez Rosjan
znajduje się zarówno w posiadaniu IPN jak i historyków izraelskich,którzy swego czasu badali wnikliwie zbrodnie tego oddziału.

Zbrodnia w Jedwabnem, w 1941 roku na terenie okupowanej przez Niemców Polski, została dokonana przez Niemców, z ich inicjatywy i pod ich całkowitą kontrolą, jak tysiące
podobnych zbrodni niemieckich w Polsce i bez jakiegokolwiek udziału sprawczego jakiegokolwiek Polaka. Jest rzeczą fizycznie niemożliwą, aby w spowitej terrorem okupowanej Polsce, gdzie na
przykład chociażby tylko za samo posiadanie odbiornika radiowego, można było stracić
życie, aby polska cywilna ludność miasteczka mogła mieć przy sobie zapasy benzyny, nafty, broń, miotacze ognia czy też mogła zorganizować i przeprowadzić na własną rękę
jakąkolwiek akcję zbrojną czy pacyfikacyjną bez wiedzy i kontroli Niemców. Osoba propagująca takie absurdy wystawia tylko świadectwo albo o poziomie swojej wiedzy albo wręcz o złej woli
lub też o chęci fałszowania historii z sobie tylko wiadomych pobudek i powodów.Przypisywanie Polakom, rzekomo mogącym mieć wtedy jakikolwiek wpływ na cokolwiek
dookoła siebie, samej tylko możliwości dokonania zbrodni we własnym zakresie w tym miasteczku w roku 1941, a więc w czasie trwania na całym terytorium okupowanej przez Niemców Polski
totalnej, niemieckiej kontroli i totalnego, bezwzględnego niemieckiego terroru, jest takim samym absurdem i kłamstwem jak rozgłaszanie kłamstw o “Polskich Obozach Koncentracyjnych”
na terenach tejże, okupowanej przez Niemców Polski.

Na wszystkie okupowane przez Niemców kraje, jedynie w Polsce istniała bezwzględna kara śmierci za jakąkolwiek pomoc udzielaną osobom pochodzenia żydowskiego.
Kara ta egzekwowana była natychmiast, najczęściej bez sądu i to nie tylko w stosunku do osoby złapanej na udzielaniu takiej pomocy, ale również w stosunku do całej rodziny
takiej osoby. Innymi słowy, cała taka rodzina była natychmiast stawiana przez Niemców pod mur i rozstrzeliwana.
W tym kontekście pomocą w okupowanej przez Niemców Polsce była jakakolwiek pomoc,rozumiana w jak najszerszym tego słowa znaczeniu. Począwszy od przechowywania Żydów
w ukryciu a skończywszy na dostarczaniu im nawet tylko ubrania, wody czy pożywienia.Było to obowiązujące prawo i kary te były wykonywane na Polakach z najwyższą surowością.
Z tego powodu w Polsce zginęła rozstrzelana przez Niemców nie tyko rodzina Ulmów czy Baranków ale wiele tysięcy Polaków i członków ich polskich rodzin, których przyłapano na pomocy swoim współbraciom pochodzenia żydowskiego.
W żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju na świecie, nie było tak zaorganizowanej i to na tak szeroką skalę pomocy obywatelom polskim pochodzenia
żydowskiego. W tą zorganizowaną pomoc zaangażowanych było w sumie ponad 2 miliony Polaków, narażajacych codziennie swoje i swoich rodzin życie.

Jako jedyne z okupowanych państw, tak zorganizowane w czasie II Wojny Światowej Polskie Państwo Podziemne jak i Polska Armia Podziemna, również jako jedyna w całej
okupowanej Europie i Azji, powołały oficjalne struktury administracyjne, finansowe i organizacyjne mające na celu pomoc i ochronę ludności pochodzenia żydowskiego
w okupowanej przez Niemców Polsce. Pomoc ta, karana na Polakach, w tysiącach przypadków przez Niemców rozstrzeliwaniem,
bestialskimi torturami i utratą życia, była zorganizowana perfekcyjnie i z wszystkimi możliwymi na ten czas niewoli i terroru środkami.
Począwszy od Referatu Żydowskiego powołanego specjalnie w tym celu w Wydziale Informacji Polskiej przez Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej konspiracyjnej
Armii Krajowej, poprzez Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom a skończywszy na Żegocie, czyli oficjalnie powołanej Radzie Pomocy Żydom przy Delegacie Rządu RP na Kraj. Dodajmy,
że wszystko to powstawało z inicjatywy, pod pieczą i było organizowane, administrowane i wykonywane z narażeniem życia przez konspiracyjne struktury Polskiego Państwa
Podziemnego i podziemnej Armii Krajowej (tak, tak – tejże samej “antysemickiej” według niektórych dzisiejszych krajowych i zagranicznych “gazet”, “opracowań naukowych”,
“historyków”, “dziennikarzy” czy też według propagandy przedstawionej przez Telewizję Niemiecką ZDF w serialu “Unsere Mutter, unsere Vater” Armii Krajowej).

To na rozkaz Polskiego Państwa Podziemnego oraz Polskiej Armii Podziemnej tacy bohaterowie konspiracyjnej Polskiej Armii Podziemnej jak rotmistrz Pilecki, przenikali
dobrowolnie do niemieckich koncentracyjnych obozów zagłady aby udokumentować masową eksterminację ludności polskiej oraz bestialską zagładę Żydów. Następnie, wysiłkami tegoż
Państwa i Armii Podziemnej, opracowano raport z tejże eksterminacji i przerzucono tajnymi kanałami łączników AK (Jan Nowak-Jeziorański, Jan Karski) na Zachód, alarmując wszystkie
państwa alianckie o ogromie i bestialstwie dokonywanych zbrodni na Żydach w okupowanej Polsce.

Ten polski raport, znany pod nazwą “The Mass Extermination of Jews in German Occuppied Poland”
zaprezentowany został oficjalnie wszystkim państwom świata na forum Ligi Narodów w Waszyngtonie 10 grudnia 1942 oraz następnie,
osobiście prezydentowi USA, Franklinowi Roosevelt. Wszystko to zostało wtedy przez przywódców tychże państw, przez narody żyjące w tych państwach jak i przez światowe
środowiska żydowskie całkowicie zignorowane.Więcej w dokumencie filmowym: “Muzeum AK w Krakowie”

http://www.tvniezaleznapolonia.org/muzeum-armii-krajowej-w-krakowie/

Warto raz jeszcze podkreślić, że zamordowani w Polsce przez Niemców Żydzi, byli obywatelami polskimi.
Polska, jak żaden inny kraj na świecie, począwszy od XIII wieku a poprzez wiek XVI, XVII i XVIII dawała schronienie narodowi żydowskiemu, który chronił się tam, emigrował i uchodził przed
wieloma historycznymi pogromami i prześladowaniami przez wieki z wielu krajów Europy i Świata, asymilując się w Polsce, w niezwykle sprzyjających dla niego warunkach.
Naród ten w Polsce, przez te stulecia, wyróżniany był przez jej władców i włodarzy wieloma przywilejami włącznie z ustanowieniem własnego, sejmowego
przedstawicielstwa i własnej bankowości.W efekcie tego, w momencie wybuchu II Wojny Światowej, polska ludność pochodzenia
żydowskiego stanowiła 10 % całej populacji Rzeczypospolitej (ponad 3 miliony osób).I tenże fakt istnienia największego europejskiego skupiska Żydów, właśnie na okupowanym przez Niemców terytorium Polski, stanowił powód dla Niemców do lokalizacji w Polsce właśnie, a nie gdzie indziej, niemieckich koncentracyjnych obozów zagłady. To też był jedyny powód dla
którego Holocaust Żydów odbył się na okupowanych ziemiach polskich i to wyłącznie z decyzji, winy i za wyłącznym sprawstwem III Rzeszy Niemieckiej oraz bez jakiegokolwiek sprawczego
udziału jakiegokolwiek Polaka.

Do dnia dzisiejszego, na ogólnie 24 356 odznaczonych na całym świecie osób, ponad 6339 Polaków zostało odznaczonych najwyższym odznaczeniem cywilnym
państwa Izrael, medalem jerozolimskiego Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem – “Sprawiedliwy wśród narodów świata”.
Odznaczenie to jest najwyższym cywilnym odznaczeniem Izraela przyznawanym osobom za udokumentowaną pomoc Żydom z narażeniem własnego życia.
Oznacza to, że państwo Izrael uznało, że spośród wszystkich narodów świata i na całym światowym terytorium wojny którą prowadziła III Rzesza Niemiecka, aż 26 % ze wszystkich
udokumentowanych i uwieńczonych sukcesem wysiłków w ratowaniu Żydów z narażeniem swojego i swoich rodzin życia, dokonane zostało przez Polaków. Dodajmy, że liczba owych
ponad 6 tysięcy odznaczonych Polaków jest przy tym symboliczna. Łączną liczbę Polaków zaangażowanych w konspiracyjną pomoc Żydom w okupowanej Polsce, historycy szacują
na blisko dwa miliony osób. Dla przykładu – aby pomoc jednej, jedynej osobie pochodzenia żydowskiego w okupowanej przez Niemców i w spowitej terrorem Polsce była w ogóle możliwa
i przynosiła efekty, w taką pomoc zaangażowanych musiało być w konspiracji – oraz ponosić związane z tym najwyższe ryzyko utraty życia – łącznie około 20 osób.

W okupowanej przez Niemców Polsce, Niemcy zgładzili, w większości bestialsko mordując, ponad 5 milionów ludzi, w tym ponad 2.5 miliona obywateli polskich, pochodzenia
żydowskiego. Zagładzie w niemieckich koncentracyjnych obozach zagłady oraz w wyniku najróżniejszych form terroru i represji podlegali również Polacy, nie będący pochodzenia
żydowskiego, ale których jako niemieckich “podludzi” wymordowano ponad 2 miliony. Naród polski, szkalowany dzisiaj i perfidnie oskarżany przez niektóre “autorytety”, “gazety”,
“opracowania naukowe”, przez niektórych “historyków” i “dziennikarzy” o zbrodnie które popełnił bądź niemiecki, bądź sowiecki, bądź wreszcie zwyrodniały i przestępczy, rodzimy
komunistyczny okupant, naród ten w czasie II wojny światowej poniósł największe ze wszystkich narodów i państw straty biologiczne (na każdy tysiąc mieszkańców zamordowano
lub zginęło 220 osób), materialne (ponad 16,9 mld dolarów) i kulturowe (2/5 dóbr kulturalnych
Polski zostało całkowicie zniszczonych, pozostałe 2/5 zrabowanych przez obu okupantów). Naród polski, jako jedyny spośród poszkodowanych II Wojną Światową narodów nie dostał za
te wszystkie biologiczne, materialne, obszarowe i kulturalne straty żadnego odszkodowania.Na dodatek tego, wiele ze zrabowanych przez Niemców czy Rosjan polskich zabytków, dzieł
sztuki czy wreszcie cennych przedmiotów użytku codziennego spotkać można do dzisiaj w galeriach, muzeach, bibilotekach świata, wiele zapoczątkowało znane, światowe lub
korporacyjne fortuny lub też stanowią cenne “nabytki” wykwintnych, prywatnych kolekcji w wielu punktach naszego globu.

Wacław Kujbida
Ottawa, kwiecień 2014

http://www.tvniezaleznapolonia.org/jedwabne-1941-ja-tam-bylem/

------
Jeden z komentarzy pod filmem:
Maria Dąbrowska w zapiskach w swym dzienniku pisała pod datą 17 czerwca 1947 r.

"UB, sądownictwo są całkowicie w ręku Żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden Żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków."

Gen. Władysław Sikorski, Wódz Naczelny:

"Dlaczego dotąd oficjalne koła żydowskie nie potępiły jawnej zdrady i innych zbrodni, jakich się wobec Polaków i polskich obywateli dopuszczali przez cały czas okupacji sowieckiej?"

Gen. Stefan Rowecki "Grot", Dowódca Armii Krajowej:

"Ujawniło się, że ogół żydowski we wszystkich miejscowościach, a już w szczególności na Wołyniu, Polesiu i Podlasiu po wkroczeniu bolszewików rzucił się z całą furią na urzędy polskie, urządzał masowe samosądy nad funkcjonariuszami Państwa Polskiego, działaczami polskimi, masowo wyłapując ich jako antysemitów i oddając na łup przybranych w czerwone kokardy mętów społecznych."

Norman Davies, historyk brytyjski:

"Wśród kolaborantów, którzy przybyli, aby pomagać sowieckim siłom bezpieczeństwa w wywózce wielkiej liczby niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci na odległe zesłanie i przypuszczalne śmierć, była nieproporcjonalnie wielka liczba Żydów"

Kiedy Żydzi przeproszą i uderzą się w pierś? Sam jeden Jakub Berman stalinowski sadysta odpowiedzialny za bezpiekę w powojennej Polsce jest odpowiedzialny za tortury i mordy na kilkuset Polakach... można wymienić wielu żydowskich sędziów i prokuratorów, którzy wydawali wyroki śmierci na żołnierzach AK, NSZ, WiN, NZW. Wystarczy, że wymienię takie postacie jak na przykład: Helena Wolińska-Brus, pierwotnie Fajga Mindla (później uciekła do Wielkiej Brytanii i nie poniosła żadnej kary podobnie jak inni żydowscy kaci - nigdy nie wyraziła skruchy), Emil Merz, Maria Gurowska (Zand), Beniamin Wajsblech, Anatol Fejgin, Roman Romkowski (Nasiek Grinszpan-Kikiel) czy wyjątkowy bydlak i sadysta Józef Różański (Józef Goldberg) oficer NKWD, który już przed wojną w 1937 uczestniczył we Wszechświatowym Kongresie Żydowskim (po wojnie znany z wyjątkowo brutalnych przesłuchań). Kiedy Żydzi przeproszą za te wszystkie zbrodnie i mordy na Polakach?


--------------

Jedwabne - pytania i wątpliwości. Wykład Leszka Żebrowskiego
https://www.youtube.com/watch?v=biBg3iwIyBc
« Last Edit: (Mon) 27.04.2015, 01:28:11 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Jedwabne
« Reply #3 on: (Thu) 21.05.2015, 19:15:18 »
Doc. Józef Kossecki o dostępie do broni i Jedwabnem
https://www.youtube.com/watch?v=MwtsneQvl18
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Inny obraz sąsiadów
« Reply #4 on: (Fri) 03.03.2017, 02:52:48 »
Tomasz Strzembosz: Inny obraz sąsiadów


Budynek dawnego Urzędu Bezpieczeństwa w Łomży, w którym w 1949 roku odbywały się przesłuchiwania


1. Oświadczenie

Ponieważ niektórzy dziennikarze, jak Anna Bikont z "Gazety Wyborczej", czytają tak moje teksty, jak im jest wygodnie, oświadczam, że poniższy artykuł nie jest wyjaśnieniem tego, co zdarzyło się w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., lecz dotyczy zawartości specyficznego źródła, jakim są zeznania przed oficerami śledczymi, prokuratorami i sądem, składane w Łomży w 1949 roku, a także tego, w jaki sposób źródło to odczytał prof. Jan T. Gross, dając temu wyraz w swej książce "Sąsiedzi". Mówi on o tym, co zdaje się wynikać z owych źródeł, które - wyraźnie to oświadczam - nie są dla mnie wystarczającą podstawą do orzekania o tym, co wówczas się stało: tzn. jaki był przebieg wydarzeń i ich najistotniejsze okoliczności. Jest możliwe, iż tego nie dowiemy się nigdy bądź nigdy nie dowiemy się wszystkiego. Zgadzam się jednak z prof. Grossem, że jest to źródło ważne - i dlatego sposób jego odczytania nie jest bez wpływu na proces pracowitego zbliżania się do wyjaśnienia: kto, kiedy i co - czyli do ustalenia prawdy.

2. Historia problemu

Nie można twierdzić, że o zbrodni dokonanej w miasteczku Jedwabne na Podlasiu przez lat 50 niczego nie napisano. Owszem, było kilka artykułów w prasie i wzmianek w książkach poświęconych holokaustowi. Były także rozprawy prokuratora Waldemara Monkiewicza, m.in. obszerny artykuł "Zagłada skupisk żydowskich w regionie białostockim w latach 1939 - 1944". W artykule tym postawił on tezę, że spalenia Żydów w stodole dokonał niemiecki oddział specjalny, dowodzony przez znanego z okupacyjnych dziejów Warszawy gestapowca Wolfganga BŸrknera, wspomagany przez żandarmerię i policję pomocniczą. Ta ostatnia uczestniczyła jedynie w przyprowadzaniu ofiar na rynek w Jedwabnem oraz konwojowaniu ich poza miasto, do stodoły, w której Niemcy spalili ok. 900 mężczyzn, kobiet i dzieci, oblawszy jej ściany benzyną. Były to jednak prace zamieszczane bądź w czasopismach naukowych, bądź w drukach zwartych, nie czytanych przez szersze grono Polaków.

Tak było do roku 1999, kiedy to prof. Jan T. Gross w zredagowanej przez doc. Krzysztofa Jasiewicza pracy zbiorowej "Europa nieprowincjonalna" opublikował artykuł "Lato 1941 w Jedwabnem. Przyczynek do badań nad udziałem społeczności lokalnych w eksterminacji narodu żydowskiego w latach II wojny światowej".

Artykuł ten zawiera, jako swego rodzaju "jądro" i podstawę oceny tego, co się stało, relację Szmula Wasersztajna, znajdującą się w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie (w kolekcji "relacje indywidualne" pod nr 301). Informuje on, że istnieje jeszcze jedna jego relacja, krótsza, w której różne szczegóły są odmienne niż w poniżej cytowanej, ale nie jest to najważniejsze. Wedle jednej z 1200 Żydów jedwabieńskich trzech tylko przeżyło wojnę, według drugiej - z 1600 - siedmiu; według jednej sprawcy mordu kazali Żydom nosić ogromny pomnik Lenina - według drugiej - jego portret itd., itp. - ale ogólny sens obu jest taki sam.

W artykule tym prof. Gross konkluduje: "Ale nie mając nawet pewności co do szczegółów, jest zupełnie oczywiste dla historyka, że na przełomie czerwca i lipca 1941 roku w Jedwabnem grupa miejscowej ludności w nieludzki sposób znęcała się nad współobywatelami pochodzenia żydowskiego". A więc opierając się na jednej tylko przywołanej relacji, krótkiej i zawierającej sprzeczne ze sobą szczegóły w jej dwu wersjach (która była wcześniejsza, która późniejsza - nie wiemy!), socjolog i historyk postawił jakiejś grupie osób niezwykle ciężki zarzut.

W rok później, wiosną 2000 roku, wydawnictwo Pogranicze w Sejnach opublikowało już nie artykuł, a książkę prof. Grossa pod znamiennym tytułem: "Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka. Pamięci Szmula Wasersztajna" (z książki dowiadujemy się, że S. Wasersztajn zmarł 9 lutego 2000 r.).

W książce tej, która bardzo szybko znalazła ogromny oddźwięk, postawiona została teza znacznie rozszerzająca konkluzję z "Europy nieprowincjonalnej". Można ją sformułować następująco: jedwabieńskich Żydów, obywateli polskich, wymordowało społeczeństwo polskie Jedwabnego przy pomocy mieszkańców okolicznych wiosek. Wymordowało samodzielnie, bez udziału okupanta - Niemców, którzy byli jedynie biernymi obserwatorami lub filmowali morderstwo dokonywane wyłącznie polskimi rękami.

Nie znam w moim dość długim już życiu książki historycznej, która by uzyskała tak wielki rozgłos i spowodowała taką falę wypowiedzi we wszelkiego rodzaju mediach. Może i nic w tym dziwnego. Tyle tylko, że wśród tych setek artykułów oraz wypowiedzi radiowych i telewizyjnych brak właściwie stwierdzeń na temat samego faktu, takich, które by podejmowały sprawę na podstawie tych samych albo zupełnie nowych, istotnych źródeł. Nieomal wszystkie zajmują się bądź aspektami moralnymi owego mordu, jego konsekwencjami dla historycznej świadomości Polaków, konsekwencjami politycznymi i psychologicznymi; bądź podejmują krytykę metodologiczną pracy Grossa, natomiast praktycznie nikt nie próbuje zasadniczo zakwestionować faktografii, owego stwierdzenia, że to właśnie polscy "sąsiedzi" wymordowali swych żydowskich "sąsiadów", samodzielnie, paląc ich w stodole Bronisława Śleszyńskiego. Za aprobatą władz okupacyjnych, ale bez niemieckiego udziału.

Odpowiadając na zarzuty niejednego historyka (z piszącym te słowa włącznie), że relacja Wasersztajna to za mało, prof. Gross, wielokrotnie, tak podczas dyskusji w redakcji "Rzeczpospolitej", jak podczas niedawnej dyskusji w Białymstoku, odpowiadał: tak, relacja Wasersztajna to mało, ale ja w mej pracy użyłem jeszcze innych, zupełnie podstawowych materiałów; Strzembosz ma 5 relacji spisanych 60 lat po wojnie, ja dysponuję 36 zeznaniami, złożonymi już w 1949 r. przed sądem w Łomży oraz wobec oficerów śledczych.

Po takim oświadczeniu dyskutanci musieli zamilknąć. Dlaczego? Ano dlatego, że prof. Gross uzyskał, wtedy gdy akta dawnej Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (znajdującej się w likwidacji) były zupełnie niedostępne, nawet dla jej pracowników, dostęp do akt procesu przeciwko Bolesławowi Ramotowskiemu i 21 innym - i na te właśnie akta się powoływał. On - wiedział, znał, miał w ręku - dysponował "wiedzą tajemną", my - zdani byliśmy na to, co - w rzadkich wypadkach - ujawniło się wcześniej, oraz na to, co wypływało w czasie burzliwej dyskusji i z natury rzeczy było z nią jakoś powiązane, mogło więc być zniekształcone.

Dopiero niedawno, gdy prokurator Ignatiew nie potrzebował już tych akt, dzięki uprzejmości władz IPN, dokumenty śledztwa i procesu z 1949 roku zostały udostępnione historykom. Więcej. Wiem, że zostały skserowane i ta kserokopia będzie udostępniona wszystkim naprawdę zainteresowanym. Zostaną wreszcie opublikowane.

Cóż to są za dokumenty? Otóż, jak pisze się w akcie oskarżenia z 31 III 1949 r., Żydowski Instytut Historyczny w Polsce nadesłał do Ministerstwa Sprawiedliwości (Nadzór Prokuratorski) "materiał dowodowy dotyczący zbrodniczej działalności w mordowaniu osób narodowości żydowskiej przez mieszkańców Jedwabnego. Według zeznań świadka Szmula Wasersztajna, który obserwował pogrom Żydów. Głównymi sprawcami tej zbrodni byli (...)". W ten sposób w aktach sprawy sądowej znalazła się ta sama relacja Wasersztajna, którą cytuje prof. Gross (wersja dłuższa) i ona właśnie stała się podstawą śledztwa. Konsekwencją tego śledztwa był proces przed Sądem Okręgowym w Łomży, który odbył się 16 i 17 maja 1949 r. i którego wyrok rozpatrywał następnie Sąd Apelacyjny i Sąd Najwyższy.

W jednym, opasłym tomie znalazły się więc dokumenty kilku rodzajów:

- zeznania podejrzanych i świadków, składane przed funkcjonariuszami Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łomży - jako oficerami śledczymi;

- zeznania podejrzanych i świadków składane przed prokuratorami Sądu Okręgowego w Łomży;

- zeznania oskarżonych i świadków składane podczas rozprawy sądowej;

- akt oskarżenia i wyrok z uzasadnieniem, sporządzony przez sędziów Sądu Okręgowego w Łomży;

- pisma oskarżonych do różnych instancji władz państwowych;

- akta Sądu Apelacyjnego i Sądu Najwyższego w Warszawie.

A więc jest to właśnie owo źródło, na które powołuje się stale prof. Gross.

3. Zaskoczenie

Przeczytałem to wszystko. Więcej: odpisałem ręcznie podstawowe dla sprawy mordu dokumenty, zachowując ściśle ich stylistykę i pisownię, dodajmy - bardzo charakterystyczną. I muszę przyznać, że im dłużej wczytywałem się w te akta, tym większe było moje zdumienie. Akta te bowiem, jeżeli je potraktować kompleksowo i poważnie, mówią zupełnie coś innego, niż twierdzi prof. Gross, opierający się co prawda nie tylko na nich, ale głównie na nich. Prof. Gross, który stale podkreśla, że właśnie fakt, iż opiera się na tak bogatej i wiarygodnej podstawie źródłowej, upoważnia go, autorytatywnego formułowania twierdzeń, którym inni mogą przeciwstawić zaledwie relacje - i to składane po latach.

Nie sposób w artykule prasowym zawrzeć to wszystko, co wynika z lektury owych dokumentów. Podobnie jak nie sposób, opierając się na nich, i tylko na nich, przedstawić miarodajnej wersji wydarzeń, która ostatecznie może okazać się różna od tego, co wyłania się z zeznań oskarżonych i świadków, którzy przecież znajdowali się w bardzo konkretnej i bardzo szczególnej sytuacji, a więc mówili to, co mówili - a niekoniecznie pełną prawdę i tylko prawdę. Mogę jednak przekazać kilka stwierdzeń, które wynikają espressis verbis z dokumentów, które prof. Gross uznał za tak istotne dla procesu dochodzenia prawdy.

Dotyczyć one będą:

- Liczby osób oskarżonych o udział w morderstwie obywateli polskich żydowskiego pochodzenia w mieście Jedwabne. Będzie tu mowa jedynie o mieszkańcach tego miasteczka, gdyż uczestnicy mordu spoza niego występują w dokumentach zbyt ogólnikowo i anonimowo, by można było ich zidentyfikować.

- Udziału w tym morderstwie Niemców, tzn. umundurowanych i uzbrojonych funkcjonariuszy formacji policyjnych. W tym wypadku będę w możliwie najszerszym zakresie przytaczał odpowiednie fragmenty źródeł, po to, by nie zostać posądzonym o wypowiadanie sądów na źródłach nie opartych. Niech sami czytelnicy ocenią, czy są one wystarczająco liczne i wystarczająco przekonywające, aby mówić o udziale Niemców w poszczególnych fazach morderstwa, które składało się z trzech etapów: wyciągania obywateli polskich pochodzenia żydowskiego z ich mieszkań i gromadzenia na rynku w Jedwabnem; pędzenia ich, najpierw przez miasto, a następnie polem, do stodoły Bronisława Śleszyńskiego i wreszcie spalenia w tej stodole.

Od razu tutaj dodam, że o pierwszej i trzeciej fazie wiemy najmniej: najwięcej podejrzanych przyznało się do pilnowania Żydów na rynku, mniej już do gromadzenia ich tutaj, natomiast prawie nikt się nie przyznał do tego, iż był koło stodoły podczas jej zapalenia - takie przyznanie mogło bowiem świadczyć o współudziale w najgorszej ze zbrodni. Tu więc pozostaje najwięcej pola do domysłów.

Zacznę od kwestii roli Niemców i roli Polaków w zdarzeniach mających miejsce w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Ponieważ podejrzani i świadkowie składali zeznania kolejno: przed śledczymi, przed prokuratorami i podczas rozprawy sądowej, spróbuję przedstawić ich zeznania w tej właśnie kolejności, by unaocznić, czy i w jakim stopniu zmieniały się one zależnie od tego, kim byli przesłuchujący. Będę je cytował in extenso, tak, jak brzmiały, ale jedynie w tych fragmentach, które dotyczyły relacji: Polacy - Niemcy, cytowanie w całości dałoby w efekcie książkę, a nie artykuł.

4. Zeznania

Wezmę tu pod uwagę jedynie zeznania podejrzanych/oskarżonych, spośród których ostatecznie 22 stanęło przed sądem 16 i 17 maja 1949 r. Kolejność zachowam taką, jaka miała miejsce podczas procesu, który nosił nazwę procesu "Bolesława Ramotowskiego i 21 innych".

1. Bolesław Ramotowski - urodzony w 1911 r., bez zawodu, obecnie woźny w szkole powszechnej, wykształcenie: 1 oddział szkoły powszechnej, żona i czworo dzieci (podaję tylko najistotniejsze dane, charakteryzujące podejrzanego, wszyscy oni byli rzymskimi katolikami, mieszkali w Jedwabnem).

Przed oficerem śledczym (kwestią, kim byli owi oficerowie śledczy [czasem: podoficerowie], tutaj się nie zajmuję, jest to sprawa osobna i bardzo interesująca) zeznaje (8 I 1949 r.):

"Tak, brałem czynny udział w zganianiu tych żydów do stodoły, kto podpalił tego ja nie widziałem, wiem tylko, że my polacy żydów nazganialiśmy około półtora tysiąca (w wielu zeznaniach występuje właśnie ta liczba, wygląda na liczbę zasugerowaną lub wpisaną przez śledczego) i wsp[omniani] żydzi zostali spaleni. Kto podpalił tego ja nie wiem.

Pytanie: Powiedzcie kto jeszcze z wami brał czynny udział w zganianiu tych żydów, którzy zostali spaleni w Jedwabnem.

Odpowiedź: Są to osoby następujące (...)" (O liczbie podejrzanych występujących w zeznaniach będę pisał później, tu już jednak zasygnalizuję, że są to osoby, które wymieniał oficer śledczy. W wypadku Ramotowskiego chodzi o aż 41 osób).

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak przyznaję się do winy, że w roku 1941 w lecie w Jedwabnem, idąc na rękę władzy Państwa niemieckiego pod wpływem nakazu burmistrza i żandarmerii niemieckiej brałem czynny udział w dozorowaniu ludności żydowskiej spędzonej na rynek. Moje zadanie polegało tylko na pilnowaniu aby żaden z żydów nie wydostał się. W pilnowaniu żydów na rynku brali również udział (...)"

Przed sądem zeznaje (16 V 1949 r.):

"Byłem na rynku około 2-ch godzin, ponieważ zmuszony byłem przez niemców do pilnowania żydów. Jak niemcy gnali żydów do stodoły, to ja wtedy uciekłem do domu. (...)

Sąd odczytuje zeznania oskarżonego złożone w doch.[odzeniu], k. 74.

Oskarżony zeznaje dalej:

Na zeznaniach zmuszony byłem mówić i na inne osoby, bo byłem bardzo bity. (...)"

2. Stanisław Zejer - urodzony w 1893 r., 1 oddział szkoły powszechnej, rolnik, 4 ha ziemi, żonaty.

Zeznaje przed oficerem śledczym (11 I 1949 r.):

"Zatrzymany zostałem za to, że brałem udział z rozkazu burmistrza Karolaka w spędzaniu żydów na rynek. (...) Było to w roku 1941 w miesiącu lipcu przyszedł do mnie z rozkazu burmistrza woźny i powiedział żebym ja szedł wypędzać na rynek żydów i ja poszłem ich wypędzać na rynek. Kiedy ich powypędzaliśmy wtenczas ich żandarmy zaczęli strasznie bić wraz z polakami. (...) Dla spędzonych żydów niemcy kazali wziąść pomnik Lenina i chodzić z nim po mieście śpiewając. Mnie w tym czasie już nie było, gdyż ja z rozkazu burmistrza miasta pojechałem po koniczynę. Brałem tę koniczynę godzinę czasu. Gdy przyjechałem to stodoła z żydami już się paliła, a było wegnanych w tę stodołę około 1000 żydów."

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego (Jest to stale używana formuła związana z tym, że tu oskarżano z tzw. dekretu sierpniowego z sierpnia 1944 r.) pod wpływem nakazu burmistrza Karolaka i gestapo doprowadziłem na przeznaczone miejsce na rynku dwie osoby narodowości żydowskiej, po zaprowadzeniu na rynek tych dwuch żydów widziałem tam już wielu spędzonych żydów. Z tamtąd odrazu poszłem do domu i co się dalej działo nie widziałem, co Niemcy zrobili z spędzonymi żydami. Czy brali udział w doprowadzaniu żydów inni mieszkańcy Jedwabnego tego nie widziałem. (...)"

Przed sądem zeznaje (16 V 1949 r.):

"Stanisław Zejer do winy nie przyznaje się i wyjaśnia: będąc w Magistracie, burmistrz kazał mi zbierać żydów lecz ja nie chciałem, gdy wyszłem na ulicę gestapowiec kazał mi odprowadzić 2-ch żydów, lecz ja ich puściłem, bo w tym czasie gestapowiec poszedł do piekarni. (...)

Sąd odczytał zeznanie oskarżonego na k. 33 i 75 dochodzenia. Oskarżony zeznaje dalej:

widziałem Jerzego Laudańskiego jak szedł za żydami, jak pędzili ich na rynek, za Laudańskim szli gestapowcy. Ze współoskarżonych więcej nikogo nie widziałem. Żydów tych prowadziło gestapo i oni ich bili. Jestem analfabetą. Ja sam nie poszedłem, mnie wzięli niemcy pod przymusem".

3. Czesław Lipiński - urodzony w 1920 r., rolnik, 5 oddziałów szkoły powszechnej, kawaler, 3 ha ziemi i zabudowania.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Czy braliście udział w mordowaniu Żydów w 1941 r. w m-cu lipcu?

Odpowiedź: Ja udziału w mordowaniu Żydów nie brałem, tylko przyszedł do mnie Kalinowski Eugeniusz, Laudański Jurek i jeden niemiec i [poszedłem] z nimi na rynek przygnałem jednego żyda i dwóch małe żydówki[sic!] Kiedy gnaliśmy razem z niemcami w/w żydów (...) przyprowadziliśmy na rynek w/w żydów wtedy niemcy postawili mnie przy ul. Stary Rynek kazali mnie pilnować żeby nieuciekali żydzi z rynku. Ja siedziałem z tą laską około piętnaście minut, lecz ja nie mogłem dalej patrzeć na to jak oni ich mordowali [,] poszłem do domu i po drodze tę laskę wyrzuciłem (...)".

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaje się do winy, że w lipcu 1941 r. brałem udział w spaleniu żydów w Jedwabnem i wyjaśniam, że w dniu krytycznym kiedy stałem u siebie na podwórzu podszedł do mnie niemiec i zabrał mnie ze sobą na rynek, żeby pilnować żydów, których spędzono na rynek. Jak tylko niemiec odszedł odemnie, ja uciekłem natychmiast z rynku do domu. Na rynku stałem krótko może 10-15 minut, a ponieważ byłem przerażony tym co się dzieje, nic nie pamiętam kto z cywilnej ludności brał udział w mordowaniu żydów. Po przyjściu do domu schowałem się w słomę (jeżeli się schował, to przed Niemcami a nie Polakami) i nie wiem co się działo z żydami".

Przed sądem zeznaje:

"Żadnych żydów na rynek nie odprowadzałem. Sąd odczytał zeznania oskarżonego złożone w dochodzeniu k. 35 i 76. Na zeznaniach mówiłem tak jak ode mnie żądali, bo byłem bardzo bity. Wogóle na rynku nie byłem i nie wiem co się tam działo". (Zeznanie to kwestionuje całość poprzednich. Które są prawdziwe? W każdym razie ani dla śledczego, ani dla prokuratora zeznania o udziale Niemców w spędzaniu Żydów i manipulowaniu Polakami nie są czymś do zakwestionowania, przyjmują je jako coś oczywistego.)

4. Władysław Dąbrowski - urodzony w 1890 r., szewc, analfabeta, żonaty.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Powiedzcie czy braliście udział w mordowaniu żydów podczas okupacji niemieckiej w 1941 r. w m-cu lipcu?

Odpowiedź: Ja udziału w mordowaniu żydów nie brałem, brałem udział tylko w pilnowaniu na rynku, gdzie ich było ponad półtora tysiąca których nazganiała ludność polska. (...) Zadaniem moim było pilnować żeby ani jeden żyd nie wyszedł za linie co i ja uczyniłem, otrzymałem ja taki rozkaz od Karolaka, Soboty i jednego niemca, podczas mego pilnowania żeby kto bił żydów, tego nie widziałem (...)".

Przed prokuratorem zeznaje: (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaję się i wyjaśniam: krytycznego dnia kiedy znajdowałem się w domu przyszedł do mego mieszkania żandarm z burmistrzem Jedwabnego Karolakiem i kazał mi iść na rynek pilnować żydów. Ponieważ nie chciałem iść i starałem się uciec niemiec uderzył mnie pistoletem w głowę (potwierdziły to zeznania kilku świadków) a ręką uderzył mnie w twarz i wybił ząb. Następnie stałem około 2-ch godzin. Jak tylko niemiec odszedł ode mnie ja uciekłem z rynku do domu. (...)"

Przed sądem zeznaje:

"(...) Do winy się nie przyznaje i wyjaśnia: dnia krytycznego pracowałem przy kościele i żadnego udziału nie brałem. Sąd odczytał zeznanie oskarżonego złożone w doch.[odzeniu] k. 38 i 78. Oskarżony zeznaje dalej: na zeznaniach tak mówiłem, bo byłem bity i bałem się dalszego bicia. Więcej z oskarżonych nikogo nie widziałem. Byłem bity w potworny sposób" (jednak zeznania na śledztwie i przed prokuratorem musiały zawierać jakąś prawdę, gdyż fakt pobicia przez Niemca został potwierdzony tak przez rodzinę, jak przez obcych).

5. Feliks Tarnacki - urodzony w 1907 r., zawód - ślusarz, zajęcie - rolnik, 4 oddziały szkoły powszechnej, wdowiec.

Przed oficerem śledczym zeznaje (11 I 1949 r.):

"Pytanie: Czy braliście udział w łapance na ludność żydowską w m-cu lipcu 1941 r. i kto brał jeszcze w niej udział?

Odpowiedź: W dniu tym, w którem odbyła się łapanka na ludność żydowską, przyszedł do mnie burmistrz Karolak Marian i sekretarz magistratu Wasilewski imię nie znam wraz z gestapowcem i wypędzili mnie na rynek, gdzie było już dużo zebranych [z] m. Jedwabnego i z innych stron z których znałem: (...) Ja na rynku przebywałem około 15 minut i następnie uciekłwszy z rynku wziąłem rower z domu i wyjechałem do wsi Kaimy gminy Jedwabne gdzie byłem u ob. Przestrzelskiego Feliksa około 10 minut i po wypiciu kieliszka wódki udałem się w kierunku Łomży. (...) Po tym fakcie wróciłem pieszo do domu t.j. do Jedwabnego, to już był w mieście dym z spalonej stodoły. Po wejściu do mieszkania schowałem się. W kryjówce przebywałem całą noc".

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Nie przyznaję się do winy, że w lipcu 1941 r. w Jedwabnem brałem udział w mordowaniu żydów i wyjaśniam, że krytycznego dnia byłem w domu. W tym czasie przyszedł do mego mieszkania burmistrz m. Jedwabne Marian Karolak z gestapowcem i zabrali mnie na rynek, gdzie spędzano żydów. Kiedy gestapowiec odszedł ode mnie ja uciekłem z rynku do domu i pojechałem rowerem do Łomży (...)"

Przed sądem zeznaje:

"(...) byłem na rynku może 10 - 15 minut z rozkazu gestapowca, lecz zaraz uciekłem.

Sąd odczytał zeznania na k. 40 i 79 doch.[odzenia]

Oskarżony zeznaje dalej:

z oskarżonych nikogo nie widziałem. Brat mój nazywa się Jerzy Tarnacki."

6. Józef Chrzanowski - urodzony w 1889 r., rolnik, szkoła domowa, żonaty, 3 ha ziemi z zabudowaniami.

Zeznaje przed oficerem śledczym (11 I 1949 r.):

"(...) W 1941 roku kiedy wkroczyły wojska okupanta niemieckiego na teren Jedwabnego ludność miejscowa przystąpiła do mordowania żydów, początkowo zganiali na rynek, ja idąc ulicą Przytulską spotkał mnie Wasilewski Józef i Sobota mieszkańcy m. Jedwabnego i kazali mnie iść na rynek więc ja nie stawiając oporu z nimi poszłem. Kiedy ja zaszłem na rynek to oni mnie powiedzieli żebym ja oddał swoją stodołę na spalenie żydów, więc ja zacząłem prosić żeby mojej stodoły nie palili, wtedy oni zgodzili się na to i moją stodołę zostawili, tylko mnie kazali żeby pomuc im zganiać żydów do stodoły Śleszyńskiego Bronisława, żydów ustawili w czwórki (chociaż zeznający nie mówi tego wprost, chodzi tu o Niemców; podobnie gdy mówi o podpaleniu) i my polacy obstawiliśmy z jednej strony i z drugiej żeby żydzi nie pouciekali, kiedy dognaliśmy do stodoły wtedy kazali wszystkim żydom wejść do stodoły, a my pilnowaliśmy dalej żeby żydzi wszyscy weszli do stodoły i stodołę podpalili i żydzi zostali spaleni, wtedy ja już poszłem do domu, gnać żydów od niemców rozkazu nie miałem. (...)"

Przed prokuratorem (15 I 1949 r.) powtarza zeznania o obronie własnej stodoły, nie przyznaje się do pędzenia Żydów do stodoły Śleszyńskiego.

Przed sądem zeznaje:

"Nie przyznaje się do winy, wyjaśnia: ja nie byłem obecny przy spędzaniu żydów, ani też przy ich spędzaniu (zapędzaniu - do stodoły - T.S.).

Sąd odczytał zeznania oskarżonego na k. 42 i 80 doch.[odzenia]. Oskarżony zeznaje:

Wasilewski i Sobota zwracali się do mnie, abym dał swoją stodołę na spalenie, ja nie zgodziłem się. Później przyszli gestapowcy, również żądali, abym dał stodołę, ja nie chciałem się zgodzić, a bojąc się ich uciekłem w żyto i tam siedziałem do wieczora. Z oskarżonych nikogo nie widziałem." (widać albo sąd pytał o innych oskarżonych, albo wrócił do zeznania złożonego przed oficerem śledczym UB).

7. Roman Górski - urodzony w 1904 r., rolnik, posiada 3 ha ziemi, 2 oddziały szkoły powszechnej.

Przed oficerem śledczym zeznaje (10 I 1949 r.):

"o godz. 12 przyszedł do mnie Karolak Marian, który był burmistrzem i żandarm niemiecki, który mnie kopnął i zabrali mnie na Rynek m. Jedwabnego, gdzie kazali mi pilnować wraz z kilkoma chłopcami w wieku 16 i 17 lat pochodzącymi ze wsi (...) Na rynku tym pilnowałem od godz. 12-tej do godz. 15-tej, skąd udałem się następnie do domu gdyż żona, która była po połogu i zaniemogła nagle. Drugi raz z domu nie wychodziłem nigdzie. (...)"

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w lipcu w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego, pod groźbą burmistrza i żandarmerii niemieckiej nakazano mi pilnować spędzanych żydów na Rynku w Jedwabnem. Burmistrz Karolak i żandarmeria niemiecka sama przyszła do mojego mieszkania i zabrali mnie do pilnowania na rynku żydów aby stamtąd nie uciekli. Poza tem widziałem jak Sobuta i Wasilewski wybrali sobie kilkunastu będących Żydów i w rozśmieszający sposób urządzali z nimi gimnastykę. Co się dalej stało z żydami nie wiem ponieważ poszłem do domu".

Przed sądem zeznaje:

"Żandarmi przyszli do mego domu i kazali mi iść ze sobą. Gdy ja stawiałem opór zbili mnie i przemocą zaprowadzili na rynek, gdzie byłem tylko przez 15 minut i zaraz uciekłem do domu, bo żona kiedy zobaczyła jak mnie niemcy bili, więc zachorowała.

Sąd odczytał zeznanie oskarżonego na k. 44 i 81 doch.[odzenia].

Oskarżony zeznaje:

ja na rynku będąc nic nie robiłem. Jerzego Laudańskiego nie widziałem. Na zeznaniach byłem bardzo bity i tak mówiłem pod wpływem bólu".

8. Antoni Niebrzydowski - urodzony w 1901 r., ślusarz, wykształcenie średnie, żonaty, właściciel domu w Jedwabnem.

Przed oficerem śledczym zeznaje (10 I 1949 r.):

"W 1941 r. przyszedł do mego mieszkania Karolak burmistrz niemiecki i Bardoń Karol i dali mnie rozkaz iść pilnować żydów na rynku których oni zganiali na rynek, więc ja nie wiedziałem co jest poszłem na rozkaz Karolaka i Bardonia, stałem ja od ul. Dwornej, w ręku ja nie miałem nic".

Wydał naftę na oblanie stodoły, "do której pognali żydów". Naftę wydał na rozkaz Eugeniusza Kalinowskiego i Jerzego Niebrzydowskiego.

Zeznaje przed prokuratorem (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaje się do winy, że w roku 1941 w lipcu w Jedwabnem idąc na rękę władzy niemieckiej pod groźbą burmistrza i Bardonia (Bardoń, który pełnił służbę pomocniczą w żandarmerii, był jedynym mieszkańcen Jedwabnego uzbrojonym w karabin) nakazano mi pilnować spędzonych żydów na rynku w Jedwabnym. Pozatym wydałem z magazynu naftę Bardoniowi i Niebrzydowskiemu Jerzemu, Kalinowskiemu Eugeniuszowy, w jakim celu brali naftę niewiem. Po pewnym czasie poszłem do domu i widziałem tylko jak wybuchł ogień z tej stodoły (...)"

Przed sądem powtarza swoją wersję i dodaje:

"Później ludzie mówili, że nafta, którą wydałem była zużyta do podpalenia stodoły Szlesińskiego" (jest to ważne uzupełnienie, mówiące, że być może wydając naftę władzom miasteczka nie wiedział, do czego ma ona służyć).

9. Władysław Miciura - urodzony w 1902 r., stolarz, 1 oddział szkoły powszechnej, żonaty, 6 dzieci w wieku od 6 do 15 lat, 1/2 ha ziemi.

Zeznaje przed oficerem śledczym (10 I 1949 r.):

"Ja na trzy lub cztery dni przed łapanką na żydów, zmuszony byłem pracować na posterunku żandarmerii w charakterze stolarza. W m-cu lipcu 1941 r., daty dokładnie nie pamiętam przyjechało kilka taksówek (tak mieszkańcy wsi określali wówczas wszelkie samochody osobowe) z gestapo i urządzili łapankę na żydów spędzając ich na rynek. Mnie samego wysłali żandarmi do domu na śniadanie i po powrocie moim do pracy po godzinie czasu przyszedł żandarm i kazał mi iść na rynek pilnować żydów by nie uciekali. Ja pilnowałem od godz. 12-ej do 16-tej, udając się następnie spowrotem do pracy, lecz nie kazali mi pracować, tylko wyganiać żydów do stodoły co ja też uczyniłem i byłem tam aż do czasu podpalenia pełnej stodoły z żydami. (...)

Przed prokuratorem zeznaje (15 I 1949 r.):

"Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego na rozkaz żandarmerii niemieckiej i gestapo byłem zmuszony pilnować żydów na rynku w Jedwabnem żeby nie uciekali, przy spędzaniu żydów do stodoły Śleszyńskiego udziału nie brałem. (...)"

Przed sądem:

nie przyznaje się do winy i wyjaśnia: "udziału w spędzaniu żydów nie brałem". Podczas zeznań wskazywał na oskarżonych, bo był bity. Mówi: "Na rynku w ogóle nie byłem, tylko na żandarmerii pracowałem jako stolarz cały dzień." (To zeznanie jest charakterystyczne i dla innych. Przed oficerem śledczym przyznaje się do wszystkiego, u prokuratora wypiera się tego, co jest najdrażliwsze - udziału w pędzeniu Żydów do stodoły Śleszyńskiego, w sądzie stwierdza, że w ogóle nie brał udziału w morderstwie. Przede wszystkim fałszywe i wymuszone są [niecytowane w tym tekście] zeznania przeciwko sąsiadom. Wyparcie się w sądzie udziału w zbrodni nie oznacza, iż nie widział samochodów z gestapo i akcji żandarmerii.)

10. Józef Żyluk - urodzony w 1910 r., bez zawodu, analfabeta, pracuje dorywczo jako handlarz, żona i 5 dzieci.

Zeznaje przed oficerem śledczym (9 I 1949 r.):

"Ja zostałem zatrzymany przez funkcjonariuszy M.O. w Jedwabnym w dniu 8 I 49 r. za to jakoby ja oddawałem żydów w ręce ÇgestapoČ w roku 1941." W dalszym zeznaniu mówi, że wraz z burmistrzem Karolakiem oderwany od koszenia siana, zabrał Żyda z młyna w Jedwabnem, prowadził na rynek, ale go wypuścił na ul. Łomżyńskiej.

Przed prokuratorem (15 I 1949 r.) zeznaje:

że "krytycznego dnia, kiedy kosiłem łąkę przyszedł do mnie burmistrz m. Jedwabne i wezwał mnie żebym szedł z nim do miasta. Ponieważ nie chciałem iść, Karolak powiedział mi, że jak nie pójdę, to dostanę kulę w łeb. Wobec tego poszedłem z nim." Dalsza opowieść jest powtórzeniem zeznania na śledztwie. (W swoim piśmie do Sądu Najwyższego z 28 VII 1949 r. twierdzi, że później uratował 8 Żydów, na co może podać świadków.)

Przed sądem zeznaje:

"(...) prowadziłem jednego żyda z rozkazu Karolaka, ale tylko może 15 kroków później uciekłem do domu i nic nie wiem".

Sąd odczytał zeznania oskarżonego na k. 49 i 84.

Oskarżony zeznaje dalej:

"żyd którego prowadziłem nazywał się Zdrojowicz" (rzeczywiście przeżył on i zeznawał w procesie).

Myślę, że wystarczy zacytowanie kolejnych dziesięciu zeznań, aby uzyskać dość wiarygodny pogląd na rolę Niemców w likwidacji obywateli polskich żydowskiego pochodzenia w Jedwabnem 10 lipca 1941 r.

A więc - Niemcy!

Ilu ich było? Nie wiemy. Być może, iż mówiła prawdę kucharka posterunku żandarmerii w Jedwabnem Julia Sokołowska, która podczas rozprawy 17 maja zeznała: "Dnia krytycznego było 68 gestapo, bo dla nich szykowałam obiad, zaś żandarmerii było bardzo dużo, bo przyjechali z różnych posterunków".

Podobnie inni mieszkańcy Jedwabnego wyraźnie odróżniają funkcjonariuszy gestapo od żandarmów, co niektórzy uzasadniają szczegółami ubioru. I tak np. Natalia Gąsiorowska, zeznając (już w listopadzie 1950 r.) przed prokuratorem powiedziała: "Wiem dokładnie, że to gestapowcy, gdyż na czapkach mieli trupie główki", a zeznająca tegoż dnia i przed tym samym prokuratorem Marianna Supraska, mówiąc o udziale Zygmunta Laudańskiego, powiada, iż widziała, jak go gnali gestapowcy, którzy "mieli na rękawach trupie główki".

Nie jest zresztą najważniejsze - ilu ich było, choć jeden z moich relacjonistów, dr Stefan Boczkowski, pisał w liście z listopada 2000 roku, iż było od nich "zielono" w całym Jedwabnem. Istotne jest, że przez cały czas byli oni elementem przymusu i reprezentantami siły okupacyjnej, decydującej tutaj od trzech tygodni o wszystkim.

W zeznaniach widzimy ich, jak wyciągają z mieszkań miejscowych mężczyzn i pędzą ich na rynek lub do "zganiania" Żydów.

W innych, niecytowanych tutaj zeznaniach, mówi się o żandarmach i gestapowcach, "pędzących" Żydów przez ul. Cmentarną ku stodole Śleszyńskich. Nigdzie jednak nie zeznaje się o ich roli w podpaleniu stodoły. Zresztą, jak już pisałem, ów moment jest starannie omijany w zeznaniach. Jedynie jeden świadek wymienia konkretnego podpalacza - Polaka (mowa tutaj o Józefie Kobrzenieckim). Nie wydaje się jednak, aby było możliwe, by Niemcy, kontrolując cały przebieg przygotowań do mordu, pozostawili Polakom ostateczne jego wykonanie.

Pozostaje jeszcze jako kwestia otwarta pytanie, czy Jedwabne otoczone było w tym dniu strażą i z kogo się ona składała? W jednym zeznaniu mówi się o postawieniu przez Niemców podejrzanego z kijem w ręku na jego własnej posesji, leżącej u wylotu do miasta - twierdzi on zresztą, że nałożonego nań zadania nie wykonał, przepuszczając uciekających (chodzi tutaj o...) Jednak inne zeznania - tak podejrzanych, jak i świadków, zdają się zaprzeczać istnieniu zwartego kordonu strażników. Kilku podejrzanych, uciekając z rynku w Jedwabnem, ukrywa się w zbożu poza miastem i nikt im w tym nie przeszkadza; inny wyjeżdża z miasta rowerem w stronę Łomży i dopiero pod tym miastem natrafia na żandarmów, którzy odbierają mu rower. Zresztą, ścisłe izolowanie miasteczka, otoczonego ogródkami, z bezpośrednim wyjściem na pola, w tym czasie pokryte wysokim zbożem, wymagałoby dużych sił umieszczonych nie tylko na ulicach wylotowych i drogach.

5. Liczba Polaków biorących udział w zbrodni

Aby ją ustalić na podstawie omawianego materiału źródłowy, musimy przeanalizować następujące zestawienia:

- listę osób podejrzanych (a następnie oskarżonych), stających przed Sądem Okręgowym w Łomży, odejmując osoby uwolnione od zarzutu czy od razu 17 V 1949 roku, czy w późniejszym procesie przed Sądem Apelacyjnym;

- osoby określone jako "ukrywające się", a więc, które nie zostały aresztowane i nie brały udziału w przewodzie sądowym,

- osoby zmarłe przed początkiem 1949 r. i również określane jako winne,

- osoby wymieniane w relacji Szmula Wasersztajna, z tym, że także one muszą przejść przez "sito" zeznań sądowych.

Osobnym problemem są mieszkańcy miasteczka wymieniani podczas zeznań składanych na ręce funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. A to z tego powodu, że zeznania te, właśnie w tym punkcie, były gremialnie odwoływane na sali sądowej jako wymuszone torturami. Warto tu bowiem dodać, że śledczych z UB nie interesowali Niemcy, raz dlatego, że ich obecność w Jedwabnem 10 lipca (podobnie jak prokuratorzy i sędziowie) uważali za coś oczywistego, a dwa dlatego, że byli niedostępni i nie oni - a Polacy, byli podmiotem śledztwa. Jest przy tym widoczna, wyraźnie widoczna, tendencja do poszerzenia kręgu podejrzanych zarówno o osoby znajdujące się już w rękach UB, jak inne, jeszcze nie aresztowane. Wymuszając zeznania w śledztwie, zbiera się na nie materiał dowodowy, podobnie jak zbiera się go na już aresztowanych. Janek ma zeznać na Piotrka, Piotrek na Jurka, Jurek na Janka itd., itp., tak aby oskarżenie opierało się nie na jednym, a wielu zeznaniach. Są przy tym zjawiska paradoksalne. Bolesław Ramotowski wymienia w swych zeznaniach w UB 41 "współsprawców", których widział na rynku w Jedwabnem i później, co więcej: zeznaje, kto miał w ręku kij, a kto gumę. Takiej liczby osób nie sposób było zauważyć w chaosie zdarzeń i samemu - według zeznającego - biorąc w nich czynny udział. Nic więc dziwnego, że podczas rozprawy sądowej odwołuje ten fragment swoich zeznań, twierdząc, że na rynku widział tylko jedną osobę. Podobnie Julia Sokołowska, kucharka na posterunku żandarmerii, co prawda położonym przy samym rynku, ale mająca do wykonania konkretne zadanie (ugotowanie obiadu), twierdziła w śledztwie, że widziała na rynku ponad trzydziestu Polaków, czynnych w gromadzeniu i pilnowaniu Żydów. Powstaje więc pytanie: czy możemy osoby wymienione w śledztwie uznać za rzeczywiście zaangażowane w przygotowanie lub realizację zbrodni w Jedwabnem?

Przejdźmy teraz do obliczeń:

1. Akt oskarżenia wymieniał 22 osoby oskarżone o udział w zbrodni, z czego 10 zostało uwolnionych od winy i wypuszczonych. (W wyniku "Rozprawy głównej" z 16 i 17 V 1949 r. skazano: Karola Bardonia na karę śmierci [ułaskawiony przez Bieruta, otrzymał 15 lat więzienia], Jerzego Laudańskiego na 15 lat więzienia, Zygmunta Laudańskiego, Władysława Miciurę i Bolesława Ramotowskiego na 12 lat więzienia, Stanisława Zejera i Czesława Lipińskiego na 10 lat więzienia, Władysława Dąbrowskiego, Feliksa Tarnackiego, Romana Górskiego, Antoniego Niebrzydowskiego i Józefa Żyluka na 8 lat. Uniewinniono z kolei: Józefa Chrzanowskiego, Mariana Żyluka, Czesława Laudańskiego, Wincentego Gościckiego, Romana Zawadzkiego, Jana Zawadzkiego, Aleksandra Łojewskiego, Franciszka Łojewskiego, Eugeniusza Śliweckiego i Stanisława Sielawę. Taki wyrok świadczył o sporej dozie niezawisłości sądu, który niektóre zeznania w UB uznał za niewystarczające w świetle późniejszych zeznań świadków, zwłaszcza, gdy podejrzani już w śledztwie nie przyznali się do winy.) Uznano więc za winne jedynie 12 osób. Jednak Sąd Apelacyjny w Białymstoku na sesji wyjazdowej w Łomży 13 VI 1950 r. dwie osoby spośród skazanych w maju 1949 r.: Józefa Żyluka i Feliksa Tarnawskiego, uniewinnił, w ten sposób listę skazanych ograniczając do 10.

2. Lista osób ukrywających się (określenie takie nie oznacza, że wymienieni na niej rzeczywiście się ukrywali, a jedynie, że nie mieszkali w Łomżyńskiem i byli czasowo niedostępni. Rzeczywiście, wielu łomżyniaków wyjechało po wojnie - z różnych względów - na ziemie odzyskane, w tym zwłaszcza na Mazury), a więc na razie niedostępnych, liczy 8 podejrzanych o zbrodnię (są to: Jerzy Tarnacki [określony u Wasersztajna jako Jurek Tarnoczek] Julian Schmidt, Marian Karolak, Józef Wasilewski, Jerzy Niebrzydowski, Michał Trzaska, Wacław Borowski i Mieczysław Borowski), z tym, że 5 spośród nich występuje także na liście Szmula Wasersztajna. Pozostawałoby więc zaledwie 3.

3. Lista osób podejrzanych o udział w zbrodni, a nieżyjących w 1949 r. liczy 9 osób (na liście zmarłych znaleźli się: Józef Sobuta, Eugeniusz Kalinowski, Józef Kobrzeniecki, Stanisław Sokołowski, Bolesław Rogalski, Władysław Modzelewski, Bronisław Śleszyński, Jarmutowski i Aleksander Janowski), z tym, że trzy (Bolesław Rogalski, Jarmutowski i Bronisław Śleszyński) występują na liście Wasersztajna, pozostaje więc 6. Wśród tych sześciu znajduje się także Józef Sobuta, którego znaleziono później w szpitalu psychiatrycznym i uwolniono ze względu na stan zdrowia; był on jednak niewątpliwie jednym z najbardziej obciążonych sprawców masakry.

4. Lista osób uznanych przez Szmula Wasersztajna za szczególnie zbrodnicze liczy 14 mieszkańców Jedwabnego (są to: Bronisław Śleszyński, Marian Karolak, Mieczysław Borowski, Wacław Borowski, Jarmułowski (wymieniany wśród zmarłych jako Jarmutowski), Bolesław Ramotowski, Bolesław Rogalski, Stanisław Sielawa, Franciszek Sielawa, Eugeniusz Kozłowski, Trzaska, Jerzy Tarnoczek (Tarnawski), Jerzy Laudański i Czesław Laciecz(sic!).

Przyglądając się tej liście, można mieć różne wątpliwości. Występuje na niej wśród - jak pisze Wasersztajn - odznaczających się okrucieństwem uniewinniony Stanisław Sielawa, chory obłożnie na krwawą dezynterię Bronisław Śleszyńskki, którego winą jest to, że na rozkaz Karolaka, wsparty obecnością żandarma, wydał im klucze do swej stodoły, oraz bracia Borowscy, dokonujący rzekomo straszliwych czynów jeszcze przed 10 lipca. Czynów, których nikt nie potwierdza. Jednak częściowo pokrywa się z pozostałymi. Występują na niej znajdujący się na liście zmarłych: Bronisław Śleszyński, Bolesław Rogalski i Jarmułowski (lub Jarmutowski), ukrywający się: Jerzy Tarnacki, Michał Trzaska, Marian Karolak, Wacław Borowski i Mieczysław Borowski; będący na liście skazanych: Bolesław Ramotowski i Jerzy Laudański, wreszcie Stanisław Sielawa, którego sąd uwolnił od winy, nie może więc być brany pod uwagę. W ten sposób lista ta została sprowadzona do 3 osób, nie występujących gdzie indziej.

Jeżeli podsumujemy te dane, wyniknie z nich, że (przyjmując, iż wszyscy ukrywający się i zmarli byli winni) w którejś z faz zbrodniczego aktu z 10 lipca 1941 r. uczestniczyły 23 osoby spośród społeczeństwa polskiego. Jest to liczba dość prawdopodobna, gdyż podobne liczby wymieniają relacjoniści - świadkowie zdarzenia (m.in. Stefan Boczkowski). Mamy więc do czynienia nie ze "społeczeństwem" Jedwabnego, lecz grupą kilkudziesięciu mężczyzn, spośród których może największego winowajcę - Karola Bardonia, dość trudno uznać za reprezentanta polskości (urodzony na Śląsku Cieszyńskim, żołnierz niemiecki w czasie I wojny światowej, zaufany, bo już na początku okupacji służący w żandarmerii), a dwaj inni to znany w mieście pijak i awanturnik oraz znany bandyta.

Wśród tych współuczestników zdarzeń z 10 lipca niewątpliwymi zbrodniarzami numer jeden byli: Marian Karolak (komisaryczny burmistrz) i Karol Bardoń, występujący wielokrotnie wraz z Niemcami jako ci, którzy wywierali przymus na innych.

Mówi się także parokrotnie w zeznaniach o jakichś niezidentyfikowanych młokosach ze wsi okolicznych i o zwykłych gapiach, towarzyszących zdarzeniom i zapewne nieświadomych tego, czym one się zakończą. Podobnie jak (sądzę) większość bezpośrednich uczestników - Polaków, poza owym Bardoniem i Karolakiem oraz może paroma jeszcze ludźmi z jedwabieńskiego magistratu.

6. Selekcja materiału

Podsumujmy: decydująca - jako inspiratorzy, organizatorzy i współsprawcy - rola Niemców i udział kilkudziesięciu Polaków, w tym także przymuszonych; sąd w uzasadnieniu wyroku z 1949 roku wyraźnie podkreślił, że oskarżeni działali pod wpływem niemieckiego terroru. A jednocześnie postawa innych, uciekających w zboże, ukrywających się w domu, wreszcie - jak Józef Żyluk opiekujących się pozostałymi z masakry współobywatelami. Józef Żyluk przymuszony do prowadzenia na rynek z młyna mieszczącego się na skraju Jedwabnego dwóch Żydów puścił ich, ratując im życie. Jeden z nich o nazwisku Zdrojewicz, przeżył wojnę. Podobnie Zofia Górska w piśmie z 2 marca 1949 roku skierowanym do Sądu Okręgowego w Łomży, pisząc w sprawie swego aresztowanego męża Romana, powiada, iż już po masowym mordzie w Jedwabnem małżeństwo Górskich ukrywało w swoim domu dwóch sąsiadów pochodzenia żydowskiego Partyjera Serwetarza i jego brata (ponieważ przytoczyłem zaledwie 10 zeznań podejrzanych, pomijając kilkadziesiąt innych zeznań, w tym ważnych świadków, brak tutaj istotnych informacji z tego zakresu).

Jak już wiemy, pozostało przy życiu o wiele więcej skazanych na zagładę niż owych siedmiu ukrytych u polskiej rodziny Wyrzykowskich w Janczewku. Wielu przetrwało w samym Jedwabnem do jesieni 1942, kilku ocaliło życie i dotrwało do roku 1945.

Obraz zasadniczo inny niż ten, który zarysował prof. Jan Gross w swych "Sąsiadach". Skąd zatem pochodzi owa różnica? Otóż Jan Tomasz Gross pominął kilkadziesiąt zeznań różnych osób - świadków, oskarżonych itd., którzy mówili o sprawczej roli Niemców, a przytoczył jedynie zeznania mówiące o udziale Polaków. Oparł się m.in. na pierwszych, później odwołanych zeznaniach kucharki Julii Sokołowskiej oraz pismach niemieckiego żandarma Karola Bardonia, który skazany na karę śmierci stara się rozmyć swoją odpowiedzialność, obciążając winą mieszkańców miasteczka. Nie wytłumaczył nigdzie powodów takiej selekcji. Nie wyjaśnił, dlaczego uwzględnia jedne, a odrzuca drugie dokumenty.

Zwraca również uwagę fakt, że relacja nieprzesłuchanego przez sąd Szmula Wasersztajna oraz zeznania świadków oskarżenia Abrama Boruszczaka i Eljasza Grądowskiego zostały faktycznie zdezawuowane. Okazało się bowiem zarówno w świetle zeznań mieszkańców Jedwabnego, jak zwłaszcza obywatela polskiego pochodzenia żydowskiego Józefa Grądowskiego, że Abram Boruszczak nigdy nie mieszkał w Jedwabnem, a Eljasz Grądowski, skazany za kradzież, został przez władze sowieckie uwięziony i jeszcze w 1940 roku wywieziony w głąb ZSRR. Powrócił do Polski dopiero w 1945 roku, a więc niczego nie widział. Tenże Józef Grądowski powiedział, że dzięki pomocy nieznanego mu bliżej Polaka wyrwał się z rąk niemieckich w dniu morderstwa.

Wszyscy trzej oskarżyciele zostali przez sąd potraktowani jako ludzie, którzy o czymś słyszeli, ale nie byli bezpośrednimi świadkami. W skardze kasacyjnej do Sądu Najwyższego obrońcy skazanych zwrócili uwagę na fakt, że Szmul Wasersztajn nie został przesłuchany ani przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, ani przez prokuratorów, ani podczas przewodu sądowego. Odpowiadając na ten zarzut, Sąd Najwyższy stwierdził, że było to poważne uchybienie, jednak sąd, rozpatrując sprawę, nie opierał się na relacji Wasersztajna, lecz świadków bezpośrednich, uchybienie to więc nie miało większego znaczenia. Właśnie od Szmula Wasersztajna pochodzą najbardziej drastyczne fragmenty książki profesora Grossa. Te tak bardzo działające na wyobraźnię fakty nie uzyskały potwierdzenia w żadnych innych źródłach.

Czytelnikowi pozostawiam wszelkie komentarze. -

Tomasz Strzembosz (ur. 1930), historyk, jest profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Instytutu Studiów Politycznych PAN. Autor prac dotyczących konspiracji wojskowej w stolicy: "Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939 - 1945", "Oddziały szturmowe konspiracyjnej Warszawy 1939 - 1945", "Odbijanie i uwalnianie więźniów w Warszawie 1939 - 1944". Od blisko dwudziestu lat zajmuje się historią polskiej konspiracji na ziemiach północno-wschodnich Rzeczypospolitej pod okupacją sowiecką. Pisze książkę na ten temat. Przygotowuje również pracę o sowieckim systemie okupacyjnym na ziemiach Polski w latach 1939 - 1941. Ostatnio wydał "Rzeczpospolitą podziemną".

Źródło: http://archiwum.rp.pl/artykul/330587-Inny-obraz-sasiadow.html
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Jedwabne
« Reply #5 on: (Sun) 11.02.2018, 03:39:04 »
Poszukiwany Hermann Schaper

Marszrutę morderców z SS latem 1941 roku można zrekonstruować: w końcu czerwca Wizna, 5 lipca Wąsosz, 7 lipca Radziłów, 10 lipca Jedwabne, w sierpniu (bez dokładnej daty) Łomża, około 22 sierpnia Tykocin, 4 września Rutki



FOT. BUNDESARCHIV BERLIN
THOMAS URBAN

Nazwisko poszukiwanego: Hermann Schaper. Ostatnie miejsce zamieszkania: nieznane. Być może Lüneburg lub Lüdenscheid w Niemczech. W każdym razie coś na Lü... Tak twierdzi świadek, który rozmawiał z nim w roku 1979. Jednak 22 lata temu gubią się ślady tego człowieka. Kto może znać jego dalsze losy?



Przypuszczalnie nie żyje. Już wtedy bowiem był przewlekle chory, cierpiał na prostatę. A może jednak żyje. Pacjenci chorzy na prostatę dożywają niekiedy sędziwego wieku. Gdyby jeszcze żył, to niedawno, 12 sierpnia, obchodziłby swoje dziewięćdziesiąte urodziny. Miejsce urodzenia: Strasburg w Alzacji, w roku 1911 należący do Rzeszy Niemieckiej, od roku 1919 do Republiki Francuskiej.

Etat Civil de Strassbourg, który w zasadzie powinien aż do śmierci prowadzić rejestr osobowy wszystkich urodzonych w mieście, nie odnotował jego zgonu. Wszelako zdarza się, że niemieckie urzędy stanu cywilnego nie wysyłają do miejsca urodzenia kopii aktu zgonu niemieckich Alzatczyków urodzonych przed pierwszą wojną światową, mimo że przepisy tego wymagają. Urzędy stanu cywilnego w Lüneburgu koło Hamburga i Lüdenscheid na obrzeżach Zagłębia Ruhry również nie potrafią pomóc. W spisie abonentów niemieckiej telekomunikacji figuruje 34 Hermannów Schaperów. W 31 wypadkach pomyłka, w trzech pozostałych od tygodni nikt nie podnosi słuchawki. Natomiast pod nazwiskiem Schaper niemiecka książka telefoniczna wymienia 3421 abonentów, kilku z nich może być spokrewnionych z poszukiwanym.

Akta Hauptsturmführera

Schaperem interesuje się obecnie kilku polskich historyków z Instytutu Pamięci Narodowej. Może wkrótce zainteresuje się nim też prokuratura, gdy otrzyma raport historyków badających archiwa w celu wyjaśnienia zbrodni wojennych popełnionych we wschodniej Polsce. Jeden z nich natrafił na akta Hauptsturmführera Schapera. Dotychczasowe materiały archiwalne, które obejmują zarówno dokumenty urzędowe, jak i zeznania świadków wskazują, że Schaper prawdopodobnie kierował "akcją likwidacji Żydów" w Jedwabnem.

10 lipca 1941 roku był gorącym letnim dniem. Na rynku naprzeciwko pobielanego kościoła z dwoma wieżami zatrzymało się kilka samochodów osobowych, z których, jak zeznali potem świadkowie, wysiadło od ośmiu do dwunastu mężczyzn. Kilku nosiło mundury, inni byli po cywilnemu. Rozmawiali po niemiecku. Jednym z nich był najprawdopodobniej Schaper.

Opinie na temat tego, co się dokładnie stało w Jedwabnem od przybycia Niemców do zachodu słońca, gdy dym i swąd palonych ciał zaległby nad miasteczkiem, są różne. Dokładnie 22 lata później polskie władze umieściły pamiątkową tablicę przy drodze, przy której stała spalona stodoła: "Miejsce kaźni ludności żydowskiej. Gestapo i żandarmeria hitlerowska spaliły żywcem 1600 osób". Tablicę tę usunięto wiosną 2001 roku.

Jan T. Gross, amerykański socjolog pochodzący z Warszawy, uważa, że wie, co się wtedy wydarzyło. We wstępie do niemieckiego wydania swojej książki "Sąsiedzi", która teraz ukazała się w Niemczech, pisze: "W tym dniu w lipcu 1941 jedna połowa ludności zamordowała drugą połowę, około 1600 mężczyzn, kobiet, dzieci".

Gross pisze dalej: "Udział Niemców 10 lipca 1941 ograniczył się przede wszystkim do robienia zdjęć i filmowania przebiegu wydarzeń".

Przedtem mieli oni jednak zezwolić radzie miejskiej Jedwabnego na "zrobienie porządku" z Żydami. Gross odwołuje się do zeznań ocalałych, na których opierała się polska prokuratura w roku 1949 w czasie procesu przeciwko dwudziestu mieszkańcom Jedwabnego z powodu "współudziału w morderstwie". W oczach sądu głównymi sprawcami byli niemieccy okupanci. Gross odrzucił tę tezę. Instytut Pamięci Narodowej chciał jednak mieć pewność i dlatego wysłał swojego eksperta do Centrum Dokumentacji Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu koło Stuttgartu. Ponieważ Gross wyszedł od tezy, że Niemcy podczas zbrodni w Jedwabnem byli jedynie widzami, dlatego w ogóle nie szukał w Ludwigsburgu. A znalazłby tam bardzo szybko.

Co ustalił radca Opitz

W Ludwigsburgu przed prawie czterdziestu laty radca Sądu Okręgowego Opitz, którego imię nie jest znane, zajmował się sprawą "eksterminacji Żydów" w okręgu Łomża (akta nr 5 AR-Z 13/62). Opitz oparł się przy tym przede wszystkim na wypowiedziach członków SS, którzy byli przesłuchiwani dwadzieścia lat po wydarzeniu, oraz na wypowiedziach ocalałych Żydów, którzy najczęściej mieszkali wtedy w Izraelu. Nie miał do dyspozycji akt polskich, nie było bowiem wtedy stosunków dyplomatycznych między RFN (czy jak się wtedy jeszcze mówiło NRF) a PRL, nie mówiąc o współpracy organów sprawiedliwości.

Opitz ustalił, że w tym okręgu "akcję przeciwko Żydom" przeprowadziło Einsatzkomando SS Zichenau-Schröttersburg. Zichenau nazywali niemieccy okupanci miasto Ciechanów, Schröttersburg natomiast to Płock. Komando SS otrzymało rozkaz zapełnienia "próżni bezpieczeństwa policyjnego" w obszarze Łomży i przeprowadzenia "czystki", jak to się mówiło w nazistowskim języku. Chodziło o wymordowanie żydowskiej ludności. Marszruta morderców z SS latem 1941 roku daje się dobrze zrekonstruować zarówno na podstawie niemieckich dokumentów, jak też dzięki zeznaniom świadków: w końcu czerwca Wizna, 5 lipca Wąsosz, 7 lipca Radziłów, 10 lipca Jedwabne, w sierpniu (bez dokładnej daty) Łomża, około 22 sierpnia Tykocin, 4 września Rutki. Ponadto wymienione są "akcje Żydowskie" w Zambrowie i Borkowie.

Einsatzkomando postępowało według tego samego schematu jak w wielu innych miejscowościach w obszarze od Morza Bałtyckiego aż po Morze Czarne, na dzisiejszej Litwie, Białorusi, Ukrainie, w Mołdawii rekrutowało przede wszystkim z miejscowych "dołów" młodych mężczyzn, którym obiecywało łupy i bezkarność. Wykorzystywało przy tym tradycyjny antysemityzm w tych krajach. Rząd i Kościół w Polsce przed drugą wojną podżegały nastroje antysemickie, które umocniła jeszcze okupacja sowiecka od września 1939 do czerwca 1941, bo w oczach wielu Polaków część Żydów sympatyzowała albo nawet kolaborowała z okupantem.

Dowództwo nazistowskie dobrze znało te nastroje. Reinhard Heydrich, jeden z dowódców SS, napisał w swoim rozkazie z 1 lipca 1941: "Polacy zamieszkali na tych terenach okażą się na podstawie swoich doświadczeń antykomunistyczni, a także antyżydowscy". Zalecił wykorzystanie odpowiednio nastawionych Polaków jako "element inicjujący do pogromów".

Tego rozkazu trzymał się także dowódca Einsatzkomando Zichenau-Schröttersburg, były komisarz kryminalny Schaper. Według świadków osobiście kierował "akcjami żydowskimi" co najmniej w odległym od Jedwabnego o 15 kilometrów Radziłowie oraz w oddalonym o 30 kilometrów Tykocinie. Tego wszystkiego dowiedział się radca sądowy Opitz od władz izraelskich. Otrzymał bowiem z Tel Awiwu raport (sygn. P. Ain. - 0189) biura śledczego do ścigania zbrodni nazistowskich przy sztabie policji izraelskiej, sporządzony w języku niemieckim 23 stycznia 1963 roku przez referenta śledczego N. Derschowitza.

Odpowiedzialność Einsatzkomando

Izraelskie urzędy odszukały ocalałych z akcji "Einsatzkomando SS" w obu miejscowościach. Chaji Finkelstein z Radziłowa, mieszkającej wtedy w Haifie, pokazano 20 zdjęć nazistowskich funkcjonariuszy. Wskazała na dwa zdjęcia Schapera i powiedziała: "Widziałam go na rynku, jak wydawał rozkazy". W Radziłowie, tak jak w Jedwabnem, kilkuset Żydów spędzono do stodoły i podpalono. Niemcy użyli przy tym, jak ustalili Izraelczycy, powołanej przez siebie polskiej policji pomocniczej. Również grupa ludności miejscowej brała udział w polowaniu na Żydów. Przy czym polscy współsprawcy, jak obecnie wiadomo, dopuścili się szczególnie szokujących okrucieństw.

Podczas badania sprawy Tykocina izraelscy urzędnicy przesłuchali pochodzącego stamtąd Izchaka Felera. On również zidentyfikował Schapera na podstawie zdjęć. Żydzi z Tykocina wedle relacji Felera zostali rozstrzelani w pobliskim lesie przez Niemców przywiezionych czterema ciężarówkami. Polscy chłopi musieli wcześniej wykopać wielkie doły. Urzędnikom izraelskim jednak nie udało się wtedy odnaleźć świadków naocznych z Jedwabnego. W izraelskich archiwach, w tym także w Yad Vashem, są dalsze relacje na temat zbrodni popełnionych przez Einsatzkomanda w Polsce wschodniej. Gross z nich nie skorzystał.

Na podstawie informacji z Tel Awiwu i protokołów z przesłuchań niemieckich funkcjonariuszy Opitz w Ludwigsburgu doszedł do wniosku, że Einsatzkomando Schapera było odpowiedzialne także za masowy mord w Jedwabnem. Wynika to również z planów obszaru operacyjnego, ponieważ esesmani działali przed i po 10 lipca 1941 w sąsiednich miejscowościach.

Postępowanie zostało umorzone

Opitz przesłał swój raport do prokuratury w Hamburgu, która w roku 1964 wszczęła dochodzenie przeciwko Schaperowi z powodu mordowania Żydów w okolicach Łomży (akta nr 141 Js 223/64). Schaper mieszkał wtedy w Hamburgu, jako sublokator u Krögera na Strandweg 9, w eleganckiej dzielnicy Blankenese. Bezpośrednio po wojnie zniknął, żył pod fałszywym nazwiskiem Karl Bielinski w różnych miejscowościach. W 1953 roku jednak urzędnicy z Hamburga odkryli, że nazwisko jest fałszywe (akta nr 9 Js 2759/53).

Podczas przesłuchania przez prokuraturę tego miasta w 1964 roku jako zawód Schaper podał "urzędnik handlowy". Jednakże zaprzeczył, żeby kiedykolwiek słyszał nazwy miejscowości Radziłów, Rutki, Zambrów, Jedwabne i Wizna. Potem zaplątał się w sprzecznościach: raz mówił, że był kierowcą, innym razem, że załatwiał w Łomży sprawy administracyjne, jeszcze innym razem, że miał ścigać podwójnych agentów. Kierownik niemieckiej administracji cywilnej w Łomży, niejaki hrabia von der Groeben, zeznał natomiast do protokołu, że słyszał, iż Schaper miał tam prowadzić rozstrzeliwanie Żydów.

Postępowanie zostało umorzone 2 września 1965 z braku dowodów. W uzasadnieniu hamburski starszy prokurator napisał, że co prawda ocaleni z Radziłowa i Tykocina rozpoznali Schapera jako kierującego akcją, jednak, jak pokazuje doświadczenie, przy identyfikacji na podstawie zdjęć możliwe są pomyłki. Dalej niemiecki prokurator stwierdził: "Nawet jeśli Schaper nadzorował gromadzenie Żydów, to jeszcze nie dowodzi, że wiedział, iż zostaną następnie zabici, a cóż dopiero, że on sam w tym zabijaniu jakoś uczestniczył". Również wypowiedź hrabiego von der Groebena nie stanowiła dowodu. Był to czas, gdy większość niemieckich prokuratorów niezbyt się wysilała, żeby oskarżyć nazistowskich sprawców.

Ale Schaper trafił jeszcze za kratki prawie dziesięć lat później za popełnione w Polsce zbrodnie. W 1974 roku spędził kilka miesięcy w areszcie śledczym, zanim jego adwokatowi udało się załatwić mu zwolnienie. Dalej odpowiadał z wolnej stopy. Sąd był zdania, że nie zachodzi niebezpieczeństwo ucieczki, Schaper prezentował się jako porządny obywatel, który stawiał się punktualnie na wszystkie rozprawy. W tym czasie był już rencistą, przeszedłszy przed ukończeniem 65 roku życia w stan spoczynku z powodów zdrowotnych. Jego dolegliwości prostaty nasiliły się. Musiał, jak przypominają sobie uczestnicy procesu, nosić pieluchę, co było dla niego krępujące. Jednakże starał się na zewnątrz zachować wyprężoną postawę.

Skazany na sześć lat

Sąd w mieście Giessen w Hesji stwierdził ostatecznie w "procesie gestapo" w roku 1976, że on oraz czterech innych członków komando SS Zichenau- -Schröttersburg winni są "współudziału w mordzie na Polakach i Żydach". Za głównych winowajców uznano nazistowskich zwierzchników, którzy wydali gardzące człowiekiem ustawy i przepisy. Jednakże oskarżeni musieli przecież rozumieć, że "przepisy prawa karnego dla Polaków" (Polenstrafrecht), jak i represji wobec Żydów stanowiły "moralny upadek" i były bezprawne. Działali oni z nienawiści rasowej, tudzież z "niskich pobudek".

Schaper został skazany na sześć lat. Jednak jego adwokat złożył rewizję i były Hauptsturmführer SS pozostał na wolnej stopie, bo nie zachodziło przecież niebezpieczeństwo ucieczki. Adwokat argumentował, że Schaperowi nie można zarzucić nienawiści rasowej, bo twierdzi, że wśród jego przyjaciół miał kilku Żydów. A poza tym, on tylko wykonywał rozkazy. Ta argumentacja pozwoliła Schaperowi i jego adwokatowi wygrać przed Trybunałem Federalnym w Karlsruhe. Najwyżsi sędziowie uznali, że w sprawie Schapera sąd w Giessen nie sprawdził dostatecznie zarzutu "nienawiści rasowej", i przekazali jego postępowanie do innej izby karnej. Do drugiego procesu jednak nigdy nie doszło, ponieważ stan zdrowia 68-letniego wtedy Schapera pogorszył się na tyle, że na podstawie zaświadczenia lekarskiego nie mógł brać udziału w rozprawie.

W czasie procesu w Giessen wyszło na jaw, że archiwum gestapo z Zichenau-Schröttersburga dostało się w polskie ręce. Gdy Armia Czerwona latem roku 1944 posuwała się na zachód dużo szybciej niż oczekiwali tego Niemcy, jeden z esesmanów otrzymał zadanie zniszczenia akt. Kazał wszystko załadować na ciężarówkę, którą jednak zapewne w panice porzucił w lesie. Z akt tych cytowali ku wielkiemu zaskoczeniu niemieckich prawników polscy oskarżyciele posiłkowi. Dopiero niedawno okazało się, że akta gestapo leżą przypuszczalnie w Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Warszawie. Tylko część została dotychczas przejrzana. Gross nie wiedział najwyraźniej o tym, w każdym razie tam nie szukał.

Dowód, czyli 100 łusek

Jednakże ani dotychczas sprawdzone warszawskie dokumenty, ani akta procesowe z Giessen, ani raporty z Ludwigsburga, ani protokoły z Tel Awiwu nie zawierają jednoznacznego dowodu na to, że niemieccy okupanci przy mordzie Żydów w Jedwabnem odegrali decydującą rolę. Jednak w maju 2001 roku, prawie 60 lat po zbrodni, dowód taki został znaleziony w postaci prawie 100 łusek oraz kilku pocisków z karabinu i pistoletu. Eksperci IPN zbadali mianowicie teren, gdzie stała stodoła, do której spędzone zostały ofiary. Na początku Związek Gmin Żydowskich w Polsce protestował przeciw temu, bo zakłóca to spokój umarłych. Ostatecznie znaleziono kompromis - został wykopany rów przez teren, rabini odmówili w czasie prowadzenia prac modlitwę za zmarłych.

Eksperci odkryli nie tylko szczątki ofiar, lecz znaleźli także amunicję. Skoro tylko mała część grobu została zbadana, eksperci nie wykluczają, że znajduje się tam jeszcze kilkaset dalszych łusek. Amunicja pochodziła z niemieckich karabinów "Mauser", rok produkcji 1938, oraz z pistoletu "Walter", noszonego przez niemieckich oficerów. Nie ma żadnych wskazówek, że strzały zostały oddane w innym dniu niż owego 10 lipca. Co prawda zmieniali się okupanci podczas wojny - najpierw Niemcy, potem Armia Czerwona, znów Niemcy, wreszcie znów czerwonoarmiści, jednak Jedwabne nigdy nie było terenem bezpośrednich działań wojennych.

Tym samym teza, że Niemcy nie brali czynnego udziału w mordzie Żydów w Jedwabnem, została poważnie podważona. Ciekawe, że Gross nie odnosi się do tego faktu ani słowem w niemieckiej edycji, która w tych dniach ukazała się w wydawnictwie C.H. Beck w Monachium.

Wykopaliska wykazały ponadto, że w stodole nie mogło zostać spalonych 1600 osób, jak głosiła tablica pamiątkowa z roku 1963, lecz około 250. Inne masowe groby, które zostały opisane w książce, najwidoczniej nie istnieją. W grobie masowym w Jedwabnem znaleziono także biżuterię oraz monety, w tym również złote rublówki. Prokurator, który badał ponownie ten grób masowy, uważa: "Liczba 1600 jest tylko symboliczna". Mimo to międzynarodowe media powtarzają tę szokującą swoją wielkością liczbę. Dla moralnej oraz prawno - karnej oceny nie ma to żadnego znaczenia, czy było 250 czy 1600 ofiar, ma jednak znaczenie dla rekonstrukcji wydarzeń.

Teza Grossa nie do utrzymania

Że w Polsce w tamtych latach panowały silne nastroje antysemickie, że mężczyźni z Jedwabnego i z przyległych wsi brali udział w masakrze, że stali się mordercami i złoczyńcami nie ulega najmniejszej wątpliwości w obliczu zeznań świadków. Jednakże wersja Grossa, że istniało porozumienie między radą miejską Jedwabnego a Niemcami w sprawie zamordowania żydowskiej ludności, nie da się udowodnić na podstawie relacji świadków. Nie było mianowicie w ogóle rady miejskiej w Jedwabnem. Niemcy użyli raczej wygodnych dla siebie kolaborantów. Obaj mężczyźni na czele administracji nie pochodzili zresztą z Jedwabnego, jeden przynajmniej z nich był kryminalistą.

Pojęcie rady miejskiej sugeruje, że jej decyzje były akceptowane przez większość mieszkańców i że istniała miejscowa elita. Ta jednak w ciągu dwóch lat okupacji radzieckiej została deportowana przez tajną policję i większość z niej zginęła, m.in. proboszcz, aptekarz, burmistrz, większość pozostałych członków rady miejskiej, komendant posterunku policji, prawie wszyscy nauczyciele i pozostała inteligencja, kilku rzemieślników.

Gdy latem 1941 roku Niemcy przybyli do Jedwabnego, zastali pozbawioną kierownictwa i zdezorientowaną, straumatyzowaną społeczność, w której nie było żadnych autorytetów. Ton nadawało pospólstwo, jeden z ocalałych Żydów mówi wprost o "miejscowych zbirach". Jednakże jest zupełnie prawdopodobne, że większość katolickiej ludności przynajmniej w pierwszych godzinach owego 10 lipca cieszyła się z szykan przeciwko żydowskim sąsiadom, którzy przed południem musieli pod strażą plewić na rynku chwasty, bo wszyscy Żydzi według Polaków sympatyzowali z Sowietami.

Zmuszanie Żydów do poniżających "prac oczyszczających" należało do typowych elementów wymyślonych przez Niemców w "akcjach żydowskich". Po anszlusie w 1938 roku w Wiedniu Żydzi przy wrzaskach przechodniów czyścili ulicę szczoteczkami do zębów. W Radziłowie, a więc trzy dni przed mordem w Jedwabnem, musieli zbierać zwierzęce odchody. Pewien świadek, którego wypowiedzi dla Grossa posiadają najwyraźniej wartość dowodową, miał tam w ogóle nie widzieć Niemców. Stąd również w odniesieniu do Radziłowa w obliczu wielości wypowiedzi świadków zarówno Polaków, jak też Żydów nie ulega wątpliwości, że część miejscowej ludności brała udział w mordzie.

Nie inaczej było w Jedwabnem. Ocaleni opowiadają, że było od trzydziestu do czterdziestu, którzy w brutalny, sadystyczny sposób pędzili, bili, torturowali, zabijali Żydów; którzy jeszcze wieczorem tegoż 10 lipca podzielili między siebie ich dobytek; którzy jako pomocnicy Niemców wzięli na siebie ciężką winę. Jednakże szokująca teza, że jedna połowa mieszkańców napadła na drugą połowę, wydaje się w świetle dokumentów i relacji świadków nie do utrzymania. Materiały archiwalne i wyniki ekshumacji przemawiają przeciw tej tezie. To raczej Niemcy ten mord wymyślili, zorganizowali, wyreżyserowali i swoją bronią ostatecznie dopełnili.

Autor, slawista i historyk, jest długoletnim korespondentem monachijskiego dziennika "Süddeutsche Zeitung" w Warszawie i autorem trzech książek o stosunkach polsko-niemieckich. W języku polskim ukazała się: "Niemcy w Polsce. Historia mniejszości w XX wieku". Niniejszy tekst ukazuje się jednocześnie w "Rzeczpospolitej" i "Süddeutsche Zeitung".

NIEMIECKIE WYDANIE "SĄSIADÓW"
Adam Michnik: Gross jak Jaspers i Mickiewicz

We wstępie Jan T. Gross pisze, że nie poczynił żadnych zmian w stosunku do oryginalnego wydania polskiego: "Nie ma nic, co chciałbym dodać do wypowiedzi wydania oryginalnego". Uważa, że po starannym zbadaniu sprawy przez historyków i dziennikarzy nie musi nic zmieniać. Niemiecki czytelnik nie dowiaduje się więc od Grossa, że straszna liczba 1600 ofiar jest wielokrotnie za wysoka, nie dowiaduje się niczego o ekshumacji, o znalezieniu łusek z niemieckich karabinów i niemieckiego pistoletu oficerskiego. Niemiecki czytelnik nie dowiaduje się także o badaniach IPN w niemieckim Centrum Dokumentacji Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu.

Eksperci z Ludwigsburga już przed 40 laty odkryli, że Einsatzkomando SS pod dowództwem hauptsturmführera Hermanna Schapera od końca czerwca do początku września 1941 r. przeprowadziło w przynajmniej sześciu miejscowościach w okręgu Łomża "akcję likwidacji Żydów". Przed czytelnikiem ukrywa się też, że izraelskie urzędy, niezależnie od niemieckich, również zrekonstruowały drogę morderców z SS.

Książkę opatrzył przedmową Adam Michnik. Pisze w niej o Grossie tak: "Jego odwaga stawia go w jednym szeregu z Karlem Jaspersem, Thomasem Mannem, Günterem Grassem i Hannah Arendt. Wpisuje się on w długi szereg znakomitych polskich intelektualistów, sięgający od Mickiewicza i Słowackiego do Gombrowicza i Miłosza, którzy odsłaniają zakłamanie i powierzchowność panujące w obszernych częściach polskiej kultury narodowej".   T.U.



https://web.archive.org/web/20071124014038/http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_010901/publicystyka/publicystyka_a_1.html
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje