Author Topic: Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej - Feliks Koneczny  (Read 1277 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej - Feliks Koneczny

Całość w linkach poniżej:
Koneczny Feliks - Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej.doc
https://mega.co.nz/#!hkwBSARL!iqt0aO7lSIqF-BZTbsT0NzUgbhaKM5gS2WdbcenwGGs
Koneczny Feliks - Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej.rtf
https://mega.co.nz/#!8p5mjQiY!0zNxDiKf6sM4W0xCfoSs2W9WIW9YKSBOBwtJXxFpmwk


I  ROZDZIAŁ WSTĘPNY

Rozprawa niniejsza stanowi prostą konsekwencję, ogłoszonych poprzednio prac „O wielkości cywilizacji”, i „Rozwój moralności”, tudzież przygotowanej już do druku obszernej, dwutomowej „Cywilizacji bizantyjskiej”. Nauka o cywilizacji byłaby defektywna bez nauki o państwie.

Zagadnienie cywilizacji stanowi trzon całej Historii powszechnej, przedstawia przeto jak największy interes naukowy. Obok tego posiada doniosłość praktyczną. Śmiem twierdzić, że wszystkie „kryzysy” przez które Europa przechodziła i przechodzi, pochodzą z pomieszania cywilizacji, a powrót do czystej cywilizacji łacińskiej stanowi warunek odrodzenia Europy. Przyznam się atoli i do subiektywnego bodźca, który zniewala do tych studiów, a każe wołać w głos, że trzeba pielęgnować i wywyższać cywilizację łacińską: przekonanie, że niepodległość Polski możliwa jest tylko w cywilizacji łacińskiej. Odrodzona cywilizacja łacińska byłaby gwarantką lepszej przyszłości Polski i Europy.

Pomieszały się cywilizacje trzy: łacińska z bizantyjską i żydowską, nadto, w Europie wschodniej, czwarta, turańska. Kwestia żydowska nie jest ani rasową, ani religijną lecz cywilizacyjną. Ich religia nie jest uniwersalna i być nią nie zmierza; w toku dziejów następuje coraz większe zacieśnienie jej do rodowitych Żydów, coraz więcej niemożliwości, żeby mogła mieć wyznawców poza tymi, którzy się w niej zrodzili. Religia żydowska staje się coraz bardziej wyłącznie plemienną; w miarę, jak od tory przechodzi talmud, następnie w szulchanaruch, potem w kabałę, wreszcie w chsydyzm. Najwięksi żydowscy uczeni twierdzą, że właściwie nie jest to religia objawiona, lecz „objawione prawo”. Żydowska metoda prawniczego myślenia podminowała prawodawstwa całej Europy, aż poczucie prawne rozminęło się z etycznymi, a w końcu prawo straciło etykę.

Bizantynizm nie jest sakralną cywilizacją, lecz oddaje sprawy religijne do decyzji Głowy państwa. Rodzące się z tego niekonsekwencje doprowadziły do tego, iż siłom fizycznym przyznano faktyczną supremację nad duchowymi, formie nad treścią. Uznaje wprawdzie odrębność prawa publicznego od prywatnego, lecz okazuje często skłonność do monizmu prawa publicznego, a do osłabiania prywatnego. Zwalnia od etyki życie publiczne; państwowość jest całkiem bezetyczna.
Bizantynizm jest gniazdem omnipotencji państwa. Nie zna historycyzmu, a społeczeństwo podporządkowuje bezwzględnie państwu opartemu na biurokracji i etatyzmie. Nienawidzi personalizmu, pielęgnuje gromadność i mechanizmy w życiu zbiorowym; nie pojmuje tedy jednostki bez jednostajności. Narodowości nie wytwarza.

Wręcz przeciwnie cywilizacja łacińska posiada historyzm, poczucie narodowe, treść ceni nad formę, siłom duchowym przyznaje supremację nad fizycznymi, sprawy religijne oddaje do decyzji hierarchii duchownej, a od państwa wymaga, żeby się poddawało wymaganiom etyki katolickiej. Państwo opiera się na społeczeństwie, pielęgnuje w życiu zbiorowym personalizm, a więc organizmy, oparte na autotomii, na samorządach prowincji i stanów, terytorialnych i zawodowych.
Poszukuje jedności w rozmaitości. Broni dualizmu prawniczego, lecz żąda, by prawo publiczne oparte było na etyce na równi z prywatnym. Omnipotencja państwa stanowi diametralne przeciwieństwo z cywilizacją łacińską.
Bizantynizm miewał okresy ekspansji ku Zachodowi. W Niemczech pozostał i już od X w. dzielą się Niemcy pomiędzy dwie cywilizacje, łacińską i bizantyjską.
Dwoistość tę znać na całej historii niemieckiej; poczucie narodowe datuje się w Niemczech dopiero od początku XIX wieku. Z Niemiec szerzył się bizantynizm polityczny już w średniowieczu na Zachód i odnosił niejedno zwycięstwo; Rosję zaś pozyskał za Piotra W.

Nie zna sporu o supremację tych lub owych sił, ani też w ogóle żadnych wątpliwości etycznych, cywilizacja turańska. Całe życie posiada ustrój obozowy. Wódz jest władcą życia i mienia, gdyż poddani pozostają do niego w stosunku zawisłości osobistej. Cywilizacja ta osiągnęła szczyt w kulturze ojgurskiej (Mongołów dżingischańskich), przeszła na Tatarów Kipczaku, na Ruś i Moskwę.
Najczystszą jej formą stała się kozaczyzna. W Rosji zmieszała się z innymi cywilizacjami, zwłaszcza z bizantyjską. Na Polskę oddziałała turańska z trzech stron; od turańszczyzny muzułmańskiej (tatarskiej i tureckiej) i od kozaczyzny, wytwarzając mieszankę cywilizacyjną, której przejawem stał się sarmatyzm; później zaś w czasach porozbiorowych, trzecim źródłem wpływów turańszczyzny stała się państwowość rosyjska – a wpływy te działają (i to mocno) nawet po odzyskaniu niepodległości.
Z tego chaosu cywilizacyjnego wiedzie oczywista droga do stanu acywilizacyjnego. Jeżeli nie ma zginąć, runąć, przepaść marnie to wszystko, co zwykliśmy nazywać „Europą”, trzeba dokonać zwrotu radykalnego (póki nie za późno) i oczyścić cywilizację łacińską, strząsając z siebie niebezpieczne nabytki mieszanek. Jest to kwestia życia lub śmierci dla narodów europejskich.
Państwa europejskie muszą nawrócić stanowczo ku cywilizacji łacińskiej. Dla Polski jest to wręcz sprawa nagląca.
Z takiego toku myśli wyłoniły się niniejsze roztrząsania o „państwie w cywilizacji łacińskiej”.
Pochodząc od autora, przywykłego sua mente vivere i pisane nową metodą, może się to dziełko wydać zrazu dziwnym; lecz jestem przekonany, że Czytelnik w miarę lektury nabierać będzie przekonania, jako cała ta książka składa się ze spostrzeżeń i uwag całkiem prostych, które rozumieją się same przez się, i w których nie ma nic takiego, czego by każdy nie potrafił ująć i napisać, tylko robota jest nieco mozolna.
Polskiemu Czytelnikowi będzie zapewne nietrudno poczuć się w państwie cywilizacji łacińskiej, jako w swoim żywiole. Tradycja polskich pisarzy politycznych od XV wieku aż do Sejmu czteroletniego jest cywilizacyjnie łacińską na wskroś. Nasz polski historyzm musi nas zwrócić w tym samym kierunku.

Kiedy po rozbiorach przerwała się ciągłość polskiej nauki, cios ten udzielił się również naukom stosowanym politycznym. Naukę o państwie zagubioną w powszechnej ruinie polskości, trzeba było wyłaniać na nowo z nurtów współczesnych spekulacji filozoficznych; ponieważ zaś rozkwitnęły one w Niemczech, tam zwabiały ku sobie naszych statystów-teoretyków. Lecz od razu u pierwszego z nich, Józefa Gołuchowskiego, następuje znamienny odskok.

Podczas gdy niemiecka nauka miała zabrnąć o omnipotencję państwa, zdaniem Gołuchowskiego (wyrażonym w 1822 r.) ingerencja państwa musi maleć w miarę rozwoju intelektu zbiorowego; państwo ma być podobne mądremu wychowawcy, który dąży do tego, by jak najrychlej stał się zbytecznym swemu wychowankowi. Rozwój państwa polega na zmniejszaniu wszelkiej „mechaniki politycznej”. Trafnego zaiste użył wyrażenia, boć mechanizmy miały stać się zmorą państwowości europejskiej. Zastrzegał się zaś, że urządzenia państwowe winny wyrastać z ducha narodowego, a co narzucone z zewnątrz, należy odrzucać.
Józef Gołuchowski wszedł w koleiny filozofii Schellinga, lecz filozofia stanowiła dla niego tylko punkt zaczepienia do teoretycznego studium spraw życia publicznego. Był w nim materiał na twórcę nowoczesnej polskiej nauki o państwie i dlatego należy mu się tutaj wspominka jako pionierowi. Niestety, nie było mu danym rozwijać się w tym kierunku. Wykładał w Wilnie zaledwie przez kwartał (od końca października 1823 do końca stycznia 1824), zasuspendowany przez Nowosilcowa, a w sierpniu 1824 wydalony z uniwerystetu i z miasta wraz z Lelewelem, Daniłowiczem i Bobrowskim.

Minęły cztery pokolenia, w ciągu których doprowadzono „mechanikę polityczną” do ostateczności. Jak zawsze błoga reakcja przeciwko złu, wyszła od Kościoła. Korporacjonizm katolicki zwraca naukę o państwie na tory autonomii i każe państwu oprzeć się na społeczeństwie, a potępia uprawiane dotychczas tłumienie rozwoju społecznego (zaiste bizantyjskie). Ze wznowionej katolickiej nauki o państwie wynika nieuchronnie program autonomiczny.
Państwo w cywilizacji łacińskiej musi być organizmem i stosownie do tego rozsnuta jest treść niniejszego dziełka.
Konsekwencją tego jest radykalne przeciwstawienie się prądowi i totalizmu państwowego. Propaguje natomiast hasło totalizmu etycznego. Żądam, żeby moralność obowiązywała nie tylko w życiu prywatnym, lecz zupełnie tak samo i jednakowo także w życiu publicznym, w każdym urzędzie, w każdej ustawie i w całej polityce. Jestem głęboko przekonany, że mniej będzie sposobności do demoralizacji życia publicznego, jeżeli porzucimy zasadę wszechwładzy państwa; głoszę przeto obok totalizmu etycznego i na jego tle drugie hasło: autonomii.

Obmyślałem i spisuję te motywowane projekty nowego państwa w czasie srogim, kiedy zawisła nad nami kara Boska za Sowiniec. Nie chcieli służyć Prawdzie ci, którzy do tego byli powołani, więc użyła Opatrzność narzędzi ślepych i wrogich i oto przewalają się nad naszymi nieszczęsnymi głowami gesta Dei per latrones. Sługom zła kazano ziemię ze zła uprzątnąć.
Praca niniejsza nie jest improwizacją. Polega częściowo na zebraniu w systematyczną całość wielu rzeczy, porozrzucanych w długim szeregu prac poprzednich, w których znajdują się informacje i uzasadnienia bardziej szczegółowe. Są to rozprawy i rozprawki, większe i mniejsze książki, broszury i artykuły. Wymieniam je w porządku chronologicznym:
Głos w sprawie ludowej – Kraków 1896 w 8-ce str.127
Oświata w sprawie górnośląskiej, - Kraków 1903
Oświata a dobrobyt w Galicji (Biblioteka Warszawska) 1903.
Konserwatyzm chłopski (jw. Sierpień i wrzesień 1903)

II WOBEC CYWILIZACJI

Trzonem całej historii powszechnej jest zagadnienie cywilizacji. Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego.
Prawo stanowi w nim czynnik pierwszorzędny i jest z natury rzeczy częścią metody, jak najbardziej znamienną. Każda cywilizacja ma swoje pojęcie o prawie i wysnuwa z nich odrębne systemy prawa.
Są tedy dwa źródła prawa: etyka lub władza. Obydwa tkwią w samych zawiązkach jakiejkolwiek kultury, jakiegokolwiek ustroju życia zbiorowego choćby najprymitywniejszego; tkwią w ustroju rodowym. Nie było zaś nigdy ani stadności, ani matriarchatu. Władza ojcowska była dożywotnią, tyczyła się synów, wnuków i prawnuków, skupiających się w ród pod zwierzchnością wspólnego przodka, który był właścicielem wszystkich i wszystkiego. W rodowej gromadzie, mogącej obejmować kilkadziesiąt głów wytwarzały się normy wzajemnych stosunków, tj., poglądy na to, co jest godziwym, a co niegodziwym.

Etyka jest starsza od prawa. Prawo nie było potrzebnym, póki się nie wydarzyło przestępstwo. Sankcje prawne nie mogły powstać wcześniej, aż gdy zaszła potrzeba, żeby niegodziwość poskramiać siłą. Musiała zaś powstać kwestia prawna, gdy okazała się jakaś wątpliwość etyczna. Prawo pierwotne rodzi się z etyki i rozwija się wraz z jej rozwojem, w miarę rozwoju stosunków.

Młodszość prawa jest atoli nieznaczna. Po śmierci założyciela rodu mogły się stosunki układać rozmaicie. Każdy z synów patriarchy stawał się sam patriarchą i właścicielem swego potomstwa i mógł się wyodrębnić ród odrębny; również atoli mogli pozostawać dalej razem. Zachodziła potrzeba norm, kto ma być głową gospodarki rodowej i jak uregulować dalsze współżycie. Określono dotychczas sześć typów ustrojów rodowych, a zatem istniała rozmaitość praw.

Niegodziwością było świadome wyrządzenie szkody współrodowcowi. Obowiązki etyczne wobec członków innego rodu zaczęły się dopiero natenczas gdy rody złączyły się w plemię. Powstaje etyka zrzeszeniowa, rozszerzająca się dalej z plemion na lud. Żydzi rozciągnęli etykę na wszystkich współwyznawców. Nie miało się obowiązków etycznych poza własnym zrzeszeniem; powszechnym był tedy stan, który zwiemy etyką podwójną. Dopiero filozofia stoicka nie pozwalała postępować nieuczciwie względem obcych, zanim chrześcijaństwo uczyniło wszystkich ludźmi bliźnimi.

Z nowych postulatów etycznych musiały powstawać nowe kierunki w prawie. Lecz postulaty mogły nie znajdować uznania, a konflikt prawa z etyką sięga również do okresu rodowego. Nadużycia zdarzały się, zwłaszcza wyścigi uzurpatorskie do godności i władzy starosty rodowego (powstał typ despocji rodowej). Nie zawsze geneza władzy tkwiła w etyce. Zdarzała się władza, pochodząca z popełniania niegodziwości, a prawo wydawane przez taką władzę, mogło być bezprawiem.
Prawo, wywodzące się od władzy, mogło być narzucone bez względu na poglądy etyczne, a towarzyszący takiemu prawu przymus prawny mógł być wcale nie uprawniony. Uprawnienie sprzeczne z etyką jest bezprawiem.
Atoli władza despotyczna nie koniecznie musi być tym samym bezprawną. Ludy ziemi wyznają po większej części emanatyzm i wierzą, że władca jest emanacją bóstwa. Wobec tego nie wolno jej się przeciwić ze względów religijnych, on zaś nie jest krępowany niczym. Wszelka zachcianka jego staje się prawem. Jest to zupełnie logiczne przy emanatyzmie a ślepe posłuszeństwo stanowi elementarne wymaganie emanatycznego porządku w stosunku świata przyrodniczego do nadprzyrodzonego. W tym wypadku władza despotyczna nie jest narzucona, lecz wyłania się naturalnie ze systemu religijnego. Nie tylko najsurowsza władza, lecz nawet dziwaczna (jak np. Iwana Groźnego) może być nie tylko prawną lecz najzupełniej prawną ze stanowiska danej cywilizacji.

Ze zmianą pojęć etycznych musi nastąpić zmiana pojęć prawniczych. Nigdy atoli przeciwnie, nigdy prawo nie pokieruje etyką. O ile prawo chce wytwarzać etykę, powstaje stan bezetyczny anormalny i po pewnym czasie acywilizacyjny. Słusznym może być tylko takie prawo, które wyłania się z wierzeń lub stosunków stron zainteresowanych i jest zgodne z ich wolą, z ich przekonaniami, czyli innymi słowy: prawo współmierne z cywilizacją.
Żadna cywilizacja nie uznaje gwałtu, jako źródła prawa. Wszystkie stają oporem przeciwko prawu narzuconemu, nie wyłonionemu.
Musimy zacząć od odróżnienia tych dwojga „praw” albowiem prawo narzucone może pochodzić z nikczemnych gwałtów (np. Od łupieżczego najeźdźcy), a więc ściśle rzeczy biorąc może być nie prawem, lecz bezprawiem. Czyż można stawiać je obok siebie, w imię np. nieprzerwalności prawa? Nieprzerwalność zachodzić może tam tylko gdzie nie zmienia się metoda. Właściwie przeto bezprawie stanowi przerwę w ciągłości prawa; a bezprawiem jest wszystko, co opiera się na gwałcie. Szwankuje tu terminologia prawnicza, nie posiadając osobnego wyrażenia na bezprawie, przebrane w szaty prawa. Jurysprudencja stawałaby się atoli nieraz współwinną nikczemności, gdyby prawo narzucone traktowała na równi z wyłonionym. Zawody zaś prawnicze nie mogą się poniżać do tego, by wysługiwać się lada opryszkowi.

Przeciwieństwa prawa narzuconego a wyłonionego śledzić można w całej historii cywilizacji łacińskiej około hasła wolności. Granicę pomiędzy wolnością a przymusem określić nietrudno. Wolność każdego kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność sąsiada. Adagium stare i powszechnie znane, kiedy powstało i od kto pochodzi, nie wiadomo. Sądzę, że należałoby je uzupełnić określeniem roli przymusu; przymus zaś ma stawać w obronie wolności tego sąsiada. O tyle przymus (sankcje prawne) jest potrzebny, uprawniony; poza tym staje się blumizmem.
Skoro nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, nie można przeto stosować w układzie prawa jednocześnie dwóch metod, a tym mniej trzech lub czterech. Mieszanka cywilizacyjna wyradza się w stan acywilizacyjny a prawo złożone z działów niewspółmiernych, prawo cywilizacyjne wielokierunkowe staje się bezkierunkowym i wychodzi w praktyce na tarczę wszelkiego bezprawia. Prawo musi wiedzieć jasno, do czego zmierza i wyrażać to ściśle; tym samym musi pochodzić w całości z jednej tylko cywilizacji.

Mieszanka cywilizacyjna jest jadem wszelkich organizmów, a stosowana czy to do państwa, czy to do społeczeństwa, sprowadza rozkład. Komu w głowie mieszają się cywilizacje, taki przy najczystszych nawet intencjach stanie się, chociaż nieświadomie, trucicielem życia zbiorowego we własnym zrzeszeniu. Albowiem w sprawach związanych z intelektem ludzkim nie obowiązuje wcale prawo przyrodnicze, jako  ta sama przyczyna wywołuje zawsze te same skutki. Z takiej samej myśli ludzkiej powstają czyny rozmaite. Ta sama myśl przeradza się w czyn w każdej cywilizacji inaczej.
Przykładem rozdwojenia cywilizacyjnego jest stała historia Niemiec. Tam bizantyjska cywilizacja zmagała się z łacińską od czasu Ottonów. Spory cesarstwa z papiestwem były w istocie rzeczy walkami dwóch cywilizacji. Łacińska wzięła górę w okresie tzw. „bezkrólewia niemieckiego” i aż do drugiej połowy XIV wieku zmagała się, wychodząc przynajmniej obronną ręką. Przeważyły atoli szalę na rzecz bizantynizmu trzy czynniki historyczne: Zakon Krzyżacki, protestantyzm niemiecki (różny wielce od skandynawskiego i anglosaskiego) i wreszcie pruska ideologia państwowa. Kultura bizantyjsko-niemiecka ostatecznie zwyciężyła, dokonując sprusaczenia całych Niemiec.
Wraźne ślady wpływów bizantyjskich są w całej Europie. Byłoby dziwnym, gdyby było inaczej. Wszakżeż w pierwszym okresie średniowiecza bogate i uczone Bizancjum było ideałem dla zachodniej Europy ubożuchnej i niepiśmiennej; potem zaś legizm wszczepiał pojęcia prawa publiczneog z epoki cesarstwa, z czasów „Nowego Rzymu”. Pewne wpływy z Bizancjum rozchodzą się po całej Europie. Można by się wyrazić, że cała Europa doznaje zatrucia kwasami bizantyńskimi. Siłom fizycznym przyznano faktyczną supermację nad duchowymi, często formie nad treścią. Najdosadniejszego przykładu dostarczał problem nawracania pogan. Na tej sprawie obserwować można w skali największej, jak kwas bizantyński deprawował zachodnią Europę. Niegdyś Cassiodorus, jeden z Ojców naszej cywilizacji, oświadczył, jako nie wolno przy nawracaniu używać przymusu i Stolica Apostolska sama również wielokrotnie to głosiła. Lecz później wyszła od Krzyżaków fatalna teoria, jako godzi się a nawet trzeba nawracać mieczem, gdy inaczej nie można; dla najwyższego dobra, dla nawrócenia i zbawienia dusz, nie trzeba się wahać z użyciem przemocy. Cel uświęca środki! Gdy tak promulgowano tę zasadę, otwarły się ciężkie wrota dla wszelkiej zbrodniczości względem nie współwyznawców, zaczęło się zawieszenie etyki względem pogan, moralność dwojaka i złote czasy dla zbrodniarzy, umiejących pokrywać przestępstwa świętoszkostwem. Czy nie w tej sprawie zawiązek kwestii: siła nad prawem?

Ze stałego sprzężnia cywilizacji bizantyjskiej z łacińską w jednym rydwanie, musiał wreszcie wytworzyć się kołoobłęd historyczny (zachodzący nie tylko w Niemczech). To samo tyczy się mieszanki wytwarzanej z jakichkolwiek innych cywilizacji. Np. pomieszanie chińskiej z turańską wiedzie do bezwładu. Absurdem więc jest poszukiwanie czegoś, co byłoby równocześnie perskim, włoskim, japońskim, polskim, francuskim, chińskim, hinduskim, żydowskim itd. Z tego nie da się wykrzesać żadnej nowej, wszystkim wspólnej jedni; to może być tylko obok siebie z mniejszą lub większą niestosownością.

Co powstało osobnymi metodami i co utrzymuje się odrębnością własnej metody, to nie da się sporządzić w nową całość.
Zwłaszcza tworzenie wszelkie musi się odbywać w obrębie pewnej metody w jakimś duchu.
Przykład na sztuce:
Przypuśćmy, że polski malarz poddaje się wpływom japońskim. Czyż namaluje w takim razie wesele krakowskie japońską metodą? Może zechce odkrywać syntezę matejkowskiej ekspresji z japońską jednopłaszczyzną? Ani też żaden Japończyk nie uznałby Fudżijamy wymalowanej po naszemu. Nie ma krajobrazu polsko-japońskiego, są tylko polskie i japońskie osobno, całkiem osobno. Również nie ma cielesnych kształtów polsko-japońskich! Można przyswajać sobie środki techniczne z Polski, z Japonii, z Persji itd., ale to nie wytworzy sztuki jakiejś persko-polsko-japońskiej.
Absurd ten wystąpi jeszcze jaskrawiej na architekturze. Wyobraźmy sobie dom mieszkalny ze staroegipskimi ścianami skośnymi, z dachem chińskim, lecz fasadą europejską, a urządzony wewnątrz po persku, lecz zbudowany z japońskich tekturek. A może wystarczy wyobrazić sobie gmach europejski, wystawiony pół na pół w stylu bazylikowym i rokoko? Itp, itp…

Ponieważ ludzie z rozmaitych cywilizacji stają się niezdatni do współpracy w tym samym zrzeszeniu, a zatem coraz mniej pożytku z prac życia zbiorowego w Europie i coraz mniej staje się możliwą normalna duchowa przemiana sił cywilizacyjnych, stąd stagnacja to tu, to ówdzie, a coraz częstsza i zagarniająca coraz rozleglejsze dziedziny. Kontynentowi europejskiemu zagroził stan acywilizacyjny.
Mechaniczna mieszanka prowadzi do obojętności w zasadniczych zagadnieniach cywilizacyjnych. Górują coraz bardziej pozory, formy pozbawione treści; treść bywa zlekceważona, nie przywiązuje się do nie wagi. Najdonioślejsze sprawy zbywa się obojętnie.

Apatia moralna, brak zainteresowania sprawami publicznymi stanowią istotny skir życia publicznego, albowiem zacierają potrzebę tego, co w całym życiu zbiorowym najpotrzebniejsze, mianowicie odpowiedzialność. Z jej zaś zanikiem zanikają zdolności twórcze w społeczeństwie. Iluzoryczność odpowiedzialności wiedzie też do najgroźniejszego z nieszczęść publicznych: do bezkarności zła.
Ten chwast wybujał na kontynencie europejskim tak dalece, iż choćby tylko dlatego grozi Europie całkiem widoczny rozkład i to ogólny rozkład w mieszance cywilizacyjnej.
Prawnik musi się tedy zdecydować, do jakiej należy cywilizacji. Każda cywilizacja stanowi przegrodę pomiędzy cywilizacjami nie do przebycia. Jakżeż pogodzić chrześcijańskie a żydowskie pojęcie bliźniego? Rozbieżność zaś etyk co do życia prywatnego a publicznego zachodzi aż w pięci cywilizacjach: w chińskiej, bramińskiej, turańskiej, arabskiej i bizantyńskiej; tym samym nie da się żadnej z nich łączyć z cywilizacją łacińską, która poddaje życie publiczne etyce i to tej samej, jak prywatnie. Chińczykowi godzi się wypędzać swe dzieci, a nawet zabijać je; jakżeż to pogodzić z etyką cywilizacji łacińskiej? Gdy Braminowi przyjdzie ochota zrobić się pustelnikiem gdzieś w obcym kraju, za siódmą górą i siódmą rzeką, ażeby w samotności rozstrząsać zagadnienia spraw wieczystych, ma prawo opuścić żonę i dzieci, nawet ich nie uprzedzając o swym postanowieniu; na coś takiego nie może zezwolić żadną miarą etyka katolicka, która jest etyką cywilizacji łacińskiej.
W materiałach zebranych w specjalnych zbiorach (Bastion, Westermarck, Cathrein, w pamiętnikach zjazdów etnologii religijnej) przejawiają się rozbieżności niesłychane. Ks Cathrein np., nabrał przekonania, że „może nie ma takiej zbrodni, która b nie uchodziła za cnotę, gdzieś kiedyś u jakiegoś ludu”.

Jakżeż tu obmyślać syntezę! Skoro niemożliwa synteza etyk, niemożliwa tym samym synteza pomiędzy cywilizacjami. Moralność według metod sprzecznych?! Wyznawana zaś gdziekolwiek etyka musi być czerpana z jednej tylko i tej samej.
Mieszanka cywilizacyjna pociąga za sobą chwiejność etyki, która chwieje się przy wszystkim na tyle stron, ile cywilizacji zmieszano, przynajmniej tedy na dwie strony. Ludzie nie wiedzą co uważać za złe, a to stanowi najgorszą chorobę, istny skir życia choćby prywatnego; a coż dopiero publicznego. Doprowadziliśmy do istotnego harmideru etyk. Europejczyk „przeciętny” doszedł do tego szczebla rozwoju, iż nie wie co dobre a co złe, bo coraz trudniej orientować się w chaosie systemów, w których ma wybierać i dobierać, boć mu przysługuje liberum arbitrium.
Czyż nie panuje podobny galimatias w pojęciach o nauce i sztuce? Czy to przypadek, czy też konsekwencja, że równocześnie z ignorancją dobra a zła nie ma się pewności, co jest piękne, a co szpetne, co prawdziwe a co złudne? Nie trzeba się tedy dziwić, że w rezultacie galimatiasów wszelkiego rodzaju ów przeciętny Europejczyk nie wie co mu pożyteczne a co szkodliwe. Kierują się impulsami doraźnymi, za każdym razem inaczej. Korona zbiorowej kultury czynu, nabiera również impulsywności, a co taka polityka wzniesie, to sypie się i rozsypuje po niedługim czasie. Państwo kierowane impulsywnymi zachciankami i przywidzeniami!!!

Tradycja prawa polskiego nie zna innego podłoża cywilizacyjnego, jak tylko łacińskie. Łacińską na wskroś jest też tradycja polskich pisarzy politycznych od w. XV aż do Sejmu Czteroletniego i rozbrzmiewała ta łacińskość na nowo wielkim głosem, skoro tylko odrodziło się ponownie zainteresowanie naukami politycznymi. Dotychczas nie wydaliśmy ani jednego pisarza, który by snuł nam teorię samowładztwa cezaropapizmu lub pragnął zgnębić personalizm i prawo prywatne na rzecz totalizmu państwowego.
Zastanawiający to fakt, że prawo polskie nie opuściło szlaków łacińskich ani wówczas, kiedy kultura polska, uległszy wpływom turańskim, popadła w tak zwany sarmatyzm. Turańszczyzna zabija przymioty duchowe. Wprowadza w umysły bezład, z czego wytwarza się czasem bezład intelektu. Doznaliśmy tego na sobie; lecz wśród największego upadku naszej kultury nie znajdzie się nigdzie ni śladu turańskich pojęć prawniczych.
Rozwój historyczny prawa odbywał się w Polsce według zasad cywilizacji łacińskiej. Nie przynoszę pod tym względem nic nowego, lecz doczepiam się skromnie do długiego szeregu poprzedników. Dołączam tylko nowe ogniwo do wiadomego pasma polskiej myśli. Każde pokolenie mogło to zrobić, gdyż przybywa nowych problemów, cywilizacja żywotna szerzy się i pogłębia, może nawet powstać nauka jaka nowa. Nowe nabytki trzeba spawać z ogniwami poprzednimi.
Musimy wreszcie objąć cały łańcuch wzrokiem nowoczesnych metod naukowych. Innymi słowy; musimy się wreszcie zdobyć na nowoczesną filozofię prawa w obrębie cywilizacji łacińskiej. Roztrząsanie zasad prawa w tej cywilizacji pragnie być przyczynkiem do dzieła, do którego nauka polska wydaje mi się szczególnie powołana.

III. ETYKA A PRAWO

Stosunek etyki do prawa stanowi zagadnienie godne najwyższych szczebli umysłu ludzkiego. Najsubtelniejsze kwestie metafizyczne ocierają się w nim często o najzawilsze problemy bytu ziemskiego z życia tak jednostki jako też zrzeszeń, od najprostszych powszedniości bytowania materialnego aż do najwznioślejszych momentów historii. Pomiędzy etyką a prawem rozgrywa się walna część życia prywatnego, a publiczne całe.
Nie może istnieć etyka powszechna, skoro każda cywilizacja ma swoją własną. Ogólno-ludzki trzon etyczny zawiera zaledwie cztery punkty. Powszechnie potępia kradzież, cudzołóstwo, zdradę swego zrzeszenia, tudzież brak czci względem rodziców i starszych w swym zrzeszeniu. W ustroju rodowym starosta rodu jest właścicielem swych potomnych i wszelkiego ich mienia; wymaganie więc owej czci tłumaczy się zwisłością i dyscypliną ustroju. Dopiero po emancypacji rodziny część starszych staje się przejawem etycznym, a część rodziców uznać można za fakt etyczny, dopiero po wprowadzeniu instytucji pełnoletności osobistej i rzeczowej. To zaś następuje dopiero na tak wysokim szczeblu cywilizacyjnym i po tak długim rozwoju etyki, iż nie należy to do ogólno-ludzkiego zasobu.
Cały ów zasób tłumaczy się utylitarnie; da się odnieść do obrony własności (żona jest własnością męża). Etyka zaś nie rodzi się z utylitaryzmu. Z tego źródła wypływa samolubstwo, gdy tymczasem etyka wymaga altruizmu.
Istnieją atoli pewne pojęcia, stanowiące niejako generalia etyk. Jest ich siedem: obowiązek, bezinteresowność, odpowiedzialność, sprawiedliwość, sumienie, stosunek do czasu i pracy. Jeżeli się zna tych siedem rzędnych, można określić rodzaj i szczebel etyki wszędzie i gdziekolwiek. Nie należy do tego szeregu kwestia prawdomówności. Są ludy, które popierają kłamstwo zasadniczo, inne nie zawsze, jeszcze innym jest obojętne. Sprawa nie nasuwająca utylitaryzmu bezpośrednio, wywołuje już rozmaitość sądów i do generaliów nie należy.
Same zaś generalia świadczą raczej przeciwko „jednolitości etycznej”, gdyż w pojęcia te wstawia się w rozmaitych cywilizacjach fakty etyczne rozmaite, często wręcz przeciwne. W pewnej cywilizacji bywa obowiązkiem to i owo, co w rozumieniu innej cywilizacji toruje drogę niemoralności. Np., obowiązek spłodzenia syna w cywilizacji chińskiej, bramińskiej i żydowskiej wiódł do licencji w prawie małżeńskim. Bezinteresowność, przestrzegająca obowiązków choćby wbrew interesowi osobistemu, bywa rozmaicie ścieśniana i rozszerzana, chociaż samo źródło etyk tkwi bezwarunkowo w bezinteresowności. Spór etyki z utylitaryzmem tyczy się wszelkich kombinacji życia. Etyka nie jest utylitarną, lecz utylitaryzm winien być etyczny; jeżeli jednak każda cywilizacja ma swoją etykę. Każda podaje inne warunki, gdy np., chodzi o kwestię, czy w danym wypadku interes jednostki zgodny jest z dobrem ogółu.
Dopiero odpowiedzialność stanowi istotną sankcję etyczną w wypełnianiu obowiązków. Poczucia tego nie może być wiele, gdy panuje emanatyzm. Również nie sprzyja rozwojowi odpowiedzialności wyobrażenie gromadnego stosunku do Boga. Tylko przy kreatyzmie i z poczucia osobistego do Boga stosunku odpowiedzialność może się rozwijać wszechstronnie.
Luki w tym poczuciu stanowią kalectwo moralne, a czyż (niestety) życie zbiorowe nawet w cywilizacji łacińskiej nie obfituje w nie? W najprostszym do tego stanu rzeczy stosunku pozostaje sprawiedliwość. Pojęcie jej jest jakby syntezą poprzednich. Skoro atoli zachodzą różnice w poglądach na godziwość i niegodziwowść, a zatem nie może też być zgodności co do tego, co jest sprawiedliwym, a co niesprawiedliwością. Sumienie – to autokrytyka etyczna – inaczej będzie przemawiać w tym samym wypadku do Japończyka, inaczej do Hindusa, a zgoła odmiennie do uczestników cywilizacji łacińskiej. Bądź co bądź, sumienie uwzględnia zawsze i wszędzie generalia etyki; boć z nich składa się ideał wszelkiego dobra.
Rodzaj i szczeble cywilizacji (a więc pośrednio także rodzaj etyki) zawisły wielce od poglądów na pracę. Np. obecnie aż cztery cywilizacje gardzą pracą fizyczną: chińska, bramińska, arabska i turańska. Obok tego istnieją rozmaite poglądy co do rozmiarów i owoców pracy.
Ostanią pozycję w generaliach etyki stanowi stosunek człowieka do czasu. Związek ten jest widoczny na całej kuli ziemskiej. W Indiach i w Chinach czas należy do spraw obojętnych. Opanowywanie czas stanowi szczyt rozwoju cywilizacyjnego, a koroną tego dzieła wysoki altruizm. Lecz zagadnienie miłości mieści się dopiero w etyce chrześcijańskiej, jako jej generalissimum.
Siedem generaliów to siedem niewiadomych, w których wstawiają wartość dopiero religie i cywilizacje, wytwarzając systemy etyczne. Nasza cywilizacja, łacińska, przyjęła etykę katolicką. Czyż cywilizacja nasza nie jest w ogóle dziełem Kościoła, czyż nie stanowimy grona narodów wychowanych przez Kościół?
Dotknąć tu musimy kwestii: etyki naturalne a sztuczne. Porozumiejmy się naprzód co do słownictwa. Wyraz „naturalna” bierzemy tu w znaczeniu etyki historycznej, wyrobionej historycznie i na historyzmie opartej, a nie w przeciwstawieniu do etyki nadprzyrodzonej, religijnej.
Naturalne są starsze. Według filozofii katolickiej człowiek możee rozumem własnym dojść nawet do prawd religijnych, tym bardziej przeto do poznania porządku moralnego.
Etyki naturalne wszędzie i zawsze były i są etykami rodowymi. Opierają się na bezwzględnej solidarności ( i solidarnej odpowiedzialności) członków rodu, lae też etyka obowiązuje tylko względem współrodowców. Żadne obowiązki nie sięgały pierwotnie poza ród, a sprawiedliwość ograniczona była tylko do „swoich”. W Indiach powstała nadto etyka kastowa, mocą której kary są tym surowsze, im niższą kasta przestępcy. Niegdyś tam nawet procent od pożyczek był tym wyższy im z niższej kasty pochodził dłużnik.

Etyki naturalne wyradzają się łatwo w dezorganizację życia rodzinnego. W obrębie tego samego ludu, w zasadzie monogamicznego, mogą być plemiona poligamiczne. Wiadomy jest cudaczny system łączenia poligamii z poliandrią (u Todów nilgeryjskich); znamy także system nadawania kobiet w lenno, co stanowi zarazem podstawę wszelkich zależności społecznych (w Afryce i państwach Azande i Mangbetu).
Z poczucia sprawiedliwości wywodzi się msta, której dotychczas ziemia pełna. Wcale nie słabnie; wśród Arabów przybiera nawet na nowo na surowości i srogości. Stanowi ona filar ładu społecznego. Łatwiej misjonarzowi usunąć wielożeństwo, niż mstę. Instytucja genezy niewątpliwie etycznej wyradza się jednak w końcu w powszechną wojenkę wszystkich ze wszystkimi. A Albanii i Macedonii msta kwitnie jeszcze w najlepsze.
Chociaż uznaje się w pracy źródło własności (np. kto pierwszy ziemię „ożywił”) jednakże murzyni afrykańscy przeciwią się wydajności pracy poza pewne granice, wymierzone skąpo. Nie wolno pracować więcej niż „trzeba”! Musi z tego wynikać powszechna nędza i nałogowe próżniactwo. Robi się to w imię sprawiedliwości społecznej, żeby nie było bogaczy.
O etykach rodowych można powiedzieć, że leki ich gorsze od chorób. Postęp możliwy dopiero przy emnacypacji rodziny. Nie wszędzie jednak dokonuje się ten pochód; dużo ludów utknęło w drodze.

Bądź co bądź, jakaś etyka istnieje w każdym ustroju rodowym, chociaż wcale nie jednakowa, bo każdy rodzaj ustroju rodowego (a mamy ich dotychczas – sześć) może znieść swoją moralność odmienną od innych odmian ustrojowych. To pewna, że etyka jest wcześniejsza od prawa, gdyż towarzyszy najprymitywniejszym nawet związkom zrzeszeń ludzkich w samym ich zaraniu. Moralność nie z uczuć wypływa (jakżeż znamiennych), lecz z pojęć, a jakieś pojęcia o moralności istnieją od samych początków życia zbiorowego. Ani nawet najdrobniejsze zrzeszenie nie zdołałoby się utrzymać, gdyby w nim nie było pojęć dobra i zła, gdyby w niem nie było zgody na to, co uważać za godziwe, a niegodziwe, chociażby zrazu miały rozstrzygać o tym względy utylitarności. Abstrakcyjne pojęcia moralności mogą się z początku ograniczać do niektórych tylko, a ciasnych dziedzin życia, lecz jakieś muszą istnieć i stanowić źródło norm postępowania.
Sama możliwość etyk rodowych, naturalnych, świadczy o ich starszeństwie względem prawa. W naturalnej kolei rzeczy, etyka wyprzedza prawo, a prawo ma być tylko pieczęcią na postulatach etycznych, wiadomych już uprzednio.
Gdy prawo nie kroczy śladami etyki, powstaje jej dwoistość. Tego nie zniesie na dłuższą metę żadne zrzeszenie, lecz skaże samo siebie na upadek w rozkładzie, z coraz większą utratą walorów moralnych.
Natomiast nie da się nigdy prawa przemienić w etykę. Etyka nie może być zawisłą od prawa, jakie obowiązuje gdzieś w danej chwili. Albo jest prawa przodowniczką, albo całkiem dla prawa nie istnieje.

Wszystkie słupy cywilizacji łacińskiej, poczynając od jej klasycznych fundamentów, od Platona, oświadczały się za oparciem prawa o etykę, uważając za cel państwa, by uprawiało moralność w zorganizowanej zbiorowości, by było sprzężeniem etyki z polityką. Katolicyzm trzyma się zasady św. Augustyna „Quid sint regna remota iusticia, nisi magna latrocinia”? A synod toledański z XII w., wyciął jędrną formułę: „Rex eris, si recte facis; si autem non facis, non eris”. Zasadzniczo oddzielił prawo od moralności dopiero Niemiec Kaspar Schoppe (Scioppius 1576-1649) w dziele: „Poedia politices”, konkludując, że wystarcza, jeżeli polityka nie zachwala czegoś widocznie występnego. Uważano to za maksimum licencji dla państwa aż do w. XIX, kiedy dopiero wzmógł się prąd generalny ateizmu w polityce i pojawili się teoretycy prawa, rozgrzeszający państwo od tych nawet ograniczeń, jakie mu nakładał Schoppe.

Ciekawa to jednak rzecz, że im bardziej politycy wzruszają ramiona na wspomnienie etyki w życiu publicznym, tym bardziej każą się wychwalać za swe cnoty wszelakie i używają nawet terroru, żeby być chwalonym za przymioty…moralne!
Kto żąda moralności w życiu publicznym, musi tym samym być przeciwnikiem tzw., omnipotencji państwa. W państwie wszechwładnym, któremu wszystko wolno, coraz trudniej o moralności. A skoro państwu godzi się wszystko, a zatem wolno mu także zwalniać od zobowiązań. „Świstki papieru”! A gdy wszelkie umowy utracą wartość trwałości, stosunki między ludźmi staną się niemożliwe i nieuchronną będzie stagnacja życia społecznego. Zacznie się rozkład społeczeństwa.
Ponieważ etyka rozwija się przez obowiązkowość dobrowolną, wykwita tedy ze społeczeństwa, a nie z państwa.
Bezprawie zmieści się, niestety, w każdej formie rządów, choćby nawet zaprowadzono najbardziej wyidealizowaną państwowość korporacyjną, albowiem nie wymyśli nikt takiego ustroju państwowego, w którym bezprawie byłoby niemożliwością. Chodzi o to, żeby bezprawiu utrudniać coraz bardziej drogę, żeby wytwarzać dla niego coraz trudniejsze warunki.

Prawo wyłonione staje się zwyczajowym, przechodząc tradycją z pokolenia na pokolenie. Zazwyczaj wytwarza się z poczucia etycznego i ze zaspokajania potrzeb zgodnych z tym poczuciem. Prawo narzucone jest zarazem naruszeniem tego zwyczaju.
Prawo zwyczajowe jest prawem słusznym. Im bardziej późniejsze prawo pisane oddala się od zwyczajowego, tym łatwiej wyradza się w niesłuszność. Prawo pisane niekoniecznie bywa postępem wobec zwyczajowego.

Najdawniejszymi zwyczajowymi są prawa rodowe. Ani jedno z nich nie było nigdy skodyfikowane, spisane. Należą do przedpiśmiennego okresu ludów. Przygodne wzmianki w źródłach pisanych odkrywają niekiedy jakieś szczegóły, strzępy i złomki, z których dokonuje się mozolnej rekonstrukcji całości. Ludy pozostające dotychczas na prymitywnym stopniu rozwoju nie mają innego prawa, jak tylko rodowe, zwyczajowe. Obowiązuje zaś rodowe prawo, póki nie nastąpi emancypacja rodziny i skutkiem tego rozwiązanie ustroju rodowego. Nie doszło do tego w cywilizacji chińskiej, jakkolwiek od dawnych już wieków piśmiennej; totoeż społeczeństwo rządzi się tam starym prawem zwyczajowym rodów i związków kupieckich. Iurisprudentia w Chinach jeszcze nie istnieje, bo niepotrzebna.
Wyłonił się najpierw ten dział prawa prywatnego, który wytwarza się około instytucji rodziny. Przede wszystkim tedy prawo małżeńskie, wraz z pierwszą swą konsekwencją: prawem familijnym. Na drugim miejscu prawo majątkowe: najdawniejszym majątkiem własność na własnych dzieciach. Te, nie będąc wolnymi osobiście bez względu na wiek, nie mogły też posiadać własnego mienia za życia ojca. Instytucja pełnoletności z osiągnięciem pewnego wieku jest absolutnie nieznana ustrojowi rodowemu i niedopuszczalną w nim. Starosta rodowy ma jednak obowiązek żywić wszystkich członków rodu. Na majątek starosty pracują wszyscy rodowcy, lecz w zamian należy im się utrzymanie i na tej podstawie można uważać ten majątek za faktyczną własność rodu.
Z prawa familijnego i majątkowego musi wytworzyć się, jako prosta konsekwencja, prawo spadkowe. Zrazu chodzi tylko o następstwo na stanowisku starosty rodowego; potem wyłaniają się kombinacje z powodu ceny kupna żony, posagu i wiana. Dalszy rozwój stosunków zaznacza się problemem, czy po zgonie ojca jeden tylko z jego synów dziedziczy cały majątek, najstarszy, najmłodszy, czy wyznaczony przez ojca, czy też każdy syn staje się głową rodu swych potomnych i dziedzicem części majątku rodowego?, i jak te części sprawiedliwie oznaczyć? Prawo rodowe nie jest tedy tak „prostym”, jak się powszechnie mniema, toteż wykazuje wiele rozmaitości.
Prawo małżeńskie (z familijnym) majątkowe i spadkowe są ściśle związane z sobą, zależne od siebie wzajemnie jak najbardziej; tworzą grupę, którą nazywam trójprawem. Jest to walna część prawa prywatnego, a fundamentalna.
Rozmaitość trójprawa zawisła od rozmaitości cywilizacji, a polega głównie na rozmaitości pojęć etycznych. Władza starosty rodowego pochodzi z obowiązku, żeby przestrzegał porządku etycznego w rodzie, że by nie dopuszczał niegodziwości, względnie, żeby ją tłumił sankcjami prawnymi.
Obok trójprawa powstawały związki innych działów prawa. Jeżeli obcy nie miał znajdować się poza prawem, musiał być przyjęty do rodu, choćby na czas ograniczony; w taki razie nabywał ochrony etycznej i prawnej na równi z członkami zrzeszenia.
Jest to tzw., prawo gościnności, najstarsza fikcja prawna. Rozwinęło się to potem w stałe adopcje rodowe, a po emancypacji rodziny w usynowienie; później wyrosło na tym tle przyjmowanie do herbu, nadawanie obywatelstwa miejskiego obcym, wreszcie indygenaty w imię całego państwa. Ta sama tendencja, żeby obcemu zapewnić opiekę prawa, rozszerzyła się w okresie wyższego rozwoju cywilizacyjnego na obywateli obcego państwa w ogóle; z indywidualnego stał się podmiot prawa ogólnym. Rozmaite państwa gwarantowały wzajemnie swym obywatelom swobodę ruchów u siebie, prawa zarobkowania i nabywania itd.

Można tedy uważać pradawne prawo gościnności za zalążek międzynarodowego prawa prywatnego.
Odsłania się przed nami coraz więcej widoków z życia zbiorowego. Można by je wybierać bez końca, nie mając nigdy pewności, czy się czego nie opuściło. Nie możemy się zapuszczać w te powikłane ścieżki, które mogłyby się stać dla nas łatwo błędnikiem. Ażeby tego uniknąć, spróbujmy generalizować i klasyfikować.
Dziedziny życia trzeba sobie ująć w pewien schemat. Przyda się to w wielu naukach, nie najmniej w prawie. Jak wyliczyć i jak objąć wszystko, co ludzkie? Te tysiączne sprawy, ich powikłania, skomplikowane coraz bardziej w miarę postępującego rozwoju. W jaką formułę wcielić wszelkie możliwości życia zbiorowego wszystkich krajów i wszystkich czasów.

Istnieje pięć kategorii bytowania ludzkiego. Dwi są cielesne, fizyczne, materialne: zdrowie i dobrobyt; również dwie duchowe: dobro (moralne) i prawda; nadto piąta kategoria: piękno, stanowiące pomost pomiędzy tamtymi działami, jako kategoria wspólna ciału i duszy, przemawiająca do umysłu za pomocą zmysłów.
Nie ma takiego przejawu zycia, który by nie pozostawał w jakimś stosunku do jednej z tych pięciu kategorii, często do dwóch lub więcej. Wszelka myśl, wszelkie uczucie, każdy czyn należy do którejś z tych kategorii. Nazwijmy to quincunxem bytu ludzkiego.
Pełnia bytu wymaga rozwoju obu działów, fizycznego i duchowego. Niedomaganie jednej z tych kategorii może się skończyć wykolejeniem całości. Czy jednak wszystkie mają być jednakowo pełnoprawne? Byt musi być zorganizowany, a gdzie organizacja, tam hierarchia. Dobru moralnemu należy się hegemonia życia. Innymi słowy: życie należy tak urządzić, iż by wszystkie kategorie bytu stosowały się do etyki.
Pojęcia moralne nie mogą tłumić żadnej innej kategorii, lecz winny górować nad całym quincunxem. Arcybłędem byłoby zapatrywanie, jakoby życie duchowe wymagało jakiegoś wzajemnego wykluczania się ciała i duszy, lecz nie mniej ciężkim błędem byłoby przypuszczenie, że dobro moralne mogłoby wchodzić w kompromis ze złem dla wygody potrzeb fizycznych, np., dla powiększenia dobrobytu.
Zwłaszcza chrześcijaństwo polega właśnie na hegemonii kategorii dobra nad pozostałymi czterema. Nie sprzeciwia się to bynajmniej innej tezie, mianowicie, że doskonalenie człowieka wymaga pieczy o wszystkie kategorie życia.

Pojęcia etyczne rozszerzają się na cały quincunx, wydając z siebie  liczne pojęcia, pochodne, np., w sprawach o pielęgnowanie lub umartwianie ciała. Na niskich już szczeblach cywilizacyjnych wpływają pojęcia etyczne na systemy gospodarstwa społecznego, zawisłe wszędzie i zawsze od systemów moralności; tak jest aż do naszych czasów. Na wysokich cywilizacyjnych szczeblach wpływają te pojęcia na stosunek nauk i sztuk pięknych, na społeczeństwo w ogóle. Abstrakt moralny jest wszędzie obecny i zmierza śmiało do tego, by zająć pierwsze miejsce, ażeby objąć hegemonię.
Działy quincunxa uwydatniają się wyraźniej ze stanowiska etycznego wśród tych ludów, które wzniosły się z ustroju rodowego do rodzinnego przez emancypację rodziny. Zdobyła się na to tylko drobna mniejszość rodu ludzkiego; lecz do tej mniejszości weszła cywilizacja łacińska w całości. Niektóre społeczeństwa utknęły w połowie drogi. Np. Maurowie hiszpańscy zarzucili etykę rodową, lecz nie zdołali wytworzyć na czas porządków związanych z emancypacją rodziny i w krytycznym dla siebie okresie dziejowym zawiśli jakby w próżni, graniczącej często ze stanem acywilizacyjnym.
Życie publiczne udoskonaliło się bez porównania wyżej w takich społeczeństwach, które przeszły przez okres organizacji rodowej w sposób dostateczny, tj., aż rodowość zdołała się rozwinąć wysoko i wydać dojrzałe owoce, niż tam, gdzie organizacja rodowa nie zdołała rozwinąć się należycie i przedwcześnie została stłumiona, lub zgoła nie zdążyła ułożyć się w nowy ustrój społeczny. Nie rozwinął się należycie ród pomiędzy rodziną a plemieniem u Prusów, a może nawet w całym szczepie Bałtyckim; krótko trwał ustrój rodowy we wschodniej Słowiańszczyźnie i rozpierzchł się, zanim zdołał posłużyć za podstawę organizacji społecznej lub państwowej, rozkwitł wszechstronnie w Polsce i w krajach Zachodu.
Zasadnicza różnica pomiędzy ustrojem rodowym a rodzinnym polega na tym, że każdy pełnoletni może posiadać własny majątek. Pojęcie własności indywidualnej z jednej strony kurczy się, nie obejmując już własności potomków, lecz z drugiej strony pogłębia się, zrywając związek ze stryjcami rodowymi i zależność od nich. Każdy pełnoletni ma odtąd prawo porzucić ród i założyć gospodarstwo własne.
Prawo własności osobistej, zachęcając by dążono do powiększenia dobrobytu podnosi produkcję – i nawzajem systematyczna produkcja przyczynia się do pogłębienia prawa własności indywidualnej. Doświadczenie wszystkich krajów i wszystkich czasów stwierdza, że produkcja poza własnością osobistą kuleje i stopniowo zanika; tudzież, że ochota do produkcji mieści w sobie zawsze, jako cel, osiągnięcie własności indywidualnej; nadzieja osiągnięcia tego celu staje się faktycznym warunkiem rozwoju produkcji. Inaczej stanie się dorywczą, chaotyczną i po pewnym czasie ugrzęźnie w stagnacji.
Własność jest najlepszym i najwszechstronniejszym środkiem doskonalenia moralnego i społecznego. Toteż etyka katolicka nawołuje, żeby otworzyć szeroko bramy do nabywania własności osobistej. Jak najwięcej właścicieli i jak najmniej proletariuszów! Wynika z tego, że własność powinna być znaczna na tyle, żeby zbyt drobna nie stawała się właśnie wylęgarnią proletariatu. Etyka rozwinięta w cywilizacji łacińskiej każe zmierzać do tego, by społeczeństwo posiadało jak największą ilość osób zamożnych na tyle, by były niezawisłymi ekonomicznie, co będzie zawsze najlepszym wstępem do niezależności moralnej.
Zamożność jednostki nie powstaje wcale z ubóstwa licznych bliźnich, lecz stanowi właśnie niezbędny warunek do ich dobrobytu (wszyscy nie mogą go osiągnąć naraz). Ktoś musi się wzbogcić pierwszy i udzieli drugim ze swego dobrobytu zarobków.

Bogactwa nie są wcale z góry ilościowo ustalone. Mylnym jest mniemanie, jakoby chodziło tylko o rozmaity rozdział tejże samej ilości bogactw. Właśnie ilość ta jest zmienna, może ubywać i przybywać przez wytwarzanie nowych.
W tej kwestii sprawdza się, jak słusznie zaliczyliśmy do generaliów etyki pojęcia o pracy. Cywilizacja łacińska wymaga pracy nie krępowanej. Wszakże demokracja polega na tym, żeby każdy, kto chce robić, mógł się dorobić – w którejkolwiek z trzech kategorii walki o byt (materialnej, umysłowej i moralnej). Nie usuwa to szczebli, których żadna siła ludzka nigdy nie usunie. Im wyższy rozwój cywilizacyjny, tym większe trafiają się nierówności umysłowe; im zaś niższy, tym bardziej wszyscy są mniej więcej jednakowo…nieoświeceni. Im wyżej, tym widoczniejsza  różnica szczytów!

Praca w społeczeństwie zdrowym musi być na wyrost; chodzi bowiem o to, żeby każdemu pracowitemu i rządnemu zapewnić nie tylko „minimum potrzebne do egzystencji”, lecz nadmiar żywności, odzieży i mieszkania; wszystkiego koniecznie więcej, niż wymaga niezbędna potrzeba. Dopiero ten nadmiar czyni życie godnym człowieka cywilizowanego. Czy można zbliżyć się do tego celu, pożerając się wzajemnie?
Własność ziemska bywa często tylko używalnością. Tak pojmowali ją starożytni drużnicy germańscy, osiedlając się w Italii; na tym pojęciu opierał się feudalizm. Tak jest dotychczas w Abisynii, gdzie ziemia jest w zasadzie własnością negusa. Kościół popierał przez całe wieki średnie dążenia wasali niższych stopni, by osiągali własność zupełną. Etyka katolicka, etyka cywilizacji łacińskiej, przechylała się coraz bardziej w kierunku rozpowszechniania własności indywidualnej – pociągając prawo za sobą.

Etyka naszej cywilizacji jest tedy religijna, lecz nie jest sakralną, jak bramińska lub żydowska. Zrazu wszelkie prawo było sakralnym. Dopiero Hellada poczęła wytwarzać prawo świeckie, nie odwołujące się do bogów, a dopiero Rzymianie utworzyli pierwszy system prawa niesakralnego (jurysprudencję). Kościół katolicki tę metodę przyjął, przyjął i uznał, żądając tylko stosowania się do etyki.
Obok naturalnych i religijnych istnieją etyki sztuczne, wprowadzające inne poglądy na stosunek pomiędzy etyką a prawem. Zazwyczaj wymyślają jakąś etykę usilnie, żeby nie była religijna. Eksperyment etyki areligijnej był robiony raz na wielką skalę, na rozmiar olbrzymi, mianowicie w buddyzmie. Skończyło się na tym, że i u lamów nawet wprowadziło się etykę ograniczoną do pewnych spraw życia, stosownie do szczebla w hierarchii lamaickiej, a do samejże etyki, mającej być areligijną, doczepiły się politeizmy o bardzo niskim poziomie. Etyka pozostała u buddystów wszędzie własnością tylko nielicznych wybranych, lecz nigdzie nie oddziałała na masy. Pogłębiła się tylk różnica między garstką elity a ogółem. Tym mniej tedy nie powiódł się ten pomysł nowoczesnym eksperymentatorom.

Najstarsze próby należą oczywiście do Chin. W Chinach ustrój rodowy nadwyręża się, lecz jeszcze trwa; ale myśliciele chińscy próbowali nieraz wyrugować etykę naturalną rodową, obyślając na jej miejsce etyki własnego indywidualnego pomysłu, sztuczne, książkowe.
Oprócz jednej (Lao Tse’go), żadna z tych prób nie opierała się o religię. Używając naszego nowoczesnego wyrażenia, były to etyki „autonomiczne”. Kiedy je spisano po raz pierwszy ok., roku 1135 przed Chr., nie mieściło się tam „prawo własności, prawa dobrego smaku i dobrych obyczajów”; o religii ani słychać. Potem na przełomie wieków VIII i VII przed Chrystusem orzekł filozof Kuan-ce (Kon-fu-tse), jako lud jest moralny, gdy ma pełne stodoły i spichrze. Konfucjusz nie tworzył żadnej religii!
Sami Chińczycy wyjaśniają nam jego system jako „religię wiernopoddańczości”. Współczesny nam filozof chiński, Ku-hung-ming, wyjaśnia, że wielkość konfucjanizmu polega właśnie na tym, że nie będąc religią, może ją zastąpić i pozwala człowiekowi żyć bez religii. Potem Yang-Czu głosił, że cnotliwym jest to, co zgodne jest ze skłonnościami człowieka i co mu wychodzi na zdrowie. W późniejszym już okresie, w I połowie IX w. po Chr., spisał Li-Ao „Księgę o powrocie do natury”. Nie znalazł zwolenników ani monoteizm Maotsego, ani Mehi głoszący, że należy kochać wszystkich ludzi jednakowo. Namnożyło się natomiast etyk sztucznych; jest ich pełno po książkach, a każda ma lub miała przez pewien czas nieco zwolenników; lecz powszechną etyką chińską pozostała do ostatnich czasów rodowa.
Z żadnym „zmysłem religijnym” nie mają nic wspólnego dwie główne japońskie etyki książkowe: giri i nowsze bushido. W zebranym dłuższym rejestrze kazuistyki giri znajdujemy kwestie przyprawiające nas o wstrząs. Np., dlaczego córka musi cześć swą sprzedać, aby dostarczyć ojcu pieniędzy na rozpustę. Bushido uczy honoru, męstwa i wytrwałości, ale też natrafia się tam na przykłady „spartańskiego systemu trenowania nerwów” dzieciom, co „napełnia nowoczesnego pedagoga zgrozą i wątpliwością” – jak nas informuje drugi uczony japoński.
Drugim wielkim zbiornikiem etyki „autonomicznej” są Indie. W świętych księgach Manu opisano ją dokładnie, ale tam przewidziane są tortury, a nawet kara śmierci za zaniedbanie rytualności, gdy tymczasem po kradzieżach i zabójstwach następują tylko lekkie pokuty. A wybryki życia płciowego domagają się kary o tyle tylko, o ile byłyby niebezpieczne dla czystości rasy – i ot jest jedyny ciężki grzech Hindusa. Zabójstwo stanowi zaś grzech ciężki natomiast, gdy chodzi o bramina lub krowę, a z resztą jest grzechem powszednim; zabijanie zaś córek nie jest w ogóle żadnym grzechem. W Weddach i w księgach Manu etyki nie ma, tylko przepisy rytuału.

W Europie inicjatorem etyk sztczucznych był Baruch Spinoza (1677), Żyd, który zerwał z cywilizacją żydowską, a do łacińskiej nie przystał. W etyce stał się przodownikiem determinizmu. Inną drogę pozareligijną obyślił Hume w r. 1751; twierdził, że instynkt moralny jest człowiekowi wrodzony i działa sam przez się.
Szerzyła się droga do „autonomii etycznej”, wybrukowali ją encyklopedyści. Następnie Guyau głosił moralność „sans obligation ni sanction”; Krause propagował „Menschheitsbund”, by „uzupełnić nie wystarczające religijne związki ludzi”.
A w r. 1846 wystąpił Max Stirner z twierdzeniem, że wolno każdemu wszystko co potrafi w miarę zdolności i siły. Silniej wyraził się Edward Hartmann, który w latach 1869-1872 obwieszczał, że w sprawach moralności „jest się samemu sobie instancją najwyższą i bez apelacji”. Od r. 1881, jako „moralność religijna jest dowolna, powierzchowna i wprost niemoralna”.

Obok tego popularyzowały się dwie szkoły: pozytywna i tzw., „ruchy etyczny”. Ten zaczął się w r. 1867 w Stanach Zjednoczonych, zorganizowany przez Żyda F. Adlera, zaszczepiony w r. 1892 w Berlinie i przeszczepiony stamtąd do Polski.
Wojowano z wszelką religią pozytywną, aż stanęło na tym, że w dziedzinie moralności każdy stanowi według własnego sumienia. Co głowa to etyka! Russel nie zawahał się wystąpić z zasadą, że postępowaniem naszym winny kierować…impulsy.
Rozradzało się tymczasem plemię Maxa Stirnera i prawnukowie jego żyją między nami, ale doprawdy są już wielce trywialni.
Wszystko co złożyło się w rezultacie na etykę jednostkową, tj., że każda jednostka może układać sobie swoją własną etykę i postępować stosownie do swojego etycznego…widzimisię. Harmider etyk jest stanem nader dogodnym dla ludzi pozbawionych etyki. Amoralność łatwo pokryć domyślną jakąś zagadkową etyką jednostkową.
Moralność stała się w etykach „autonomicznych” sprawą prywatną, zupełnie nieuchwytną w wirze życia zbiorowego.
Harmiderowi etyk przeciwstawia się długo filozofia tzw., prawa natury. Odwoływano się do pewnych ogólnych zasad etyki i prawa, mających tkwić w samej naturze ludzkiej tj., w powszechnych pojęciach rozumu ludzkiego i w powszechnym poczuciu słuszności. Wytworzył się osobny dział filozofii, posiadający zaszczytne miejsce w historii metod naukowych. Zwolennicy prawa natury doprowadzili atoli do przesady filozofię prawa, opierając w końcu całą naukę prawa wyłącznie na filozofowaniu, czym wywołali reakcję szkoły tzw., historycznej, znów przesadnie wykluczając filozofię z jurysprudencji. U nas zakwitnęło prawo natury ze znacznym opóźnieniem, bo aż za Stanisława Augusta, a głównym jego przedstawicielem był profesor wileński, ks. Hieronim Stroynowski, autor „Nauki prawa przyrodzonego”(1785). Łudzili się, jakoby opierali się na materiale powszechno-ludzkim, na samej istocie człowieczeństwa; podstaw do filozofowania dostarczały im katolicyzm i cywilizacja łacińska, a doktryna ich uległa zaniedbaniu i niemal zapomnieniu może dlatego, że sobie nie zdawali sprawy z faktycznego ograniczenia zasięgu swego materiału naukowego, mniemając go powszechno-ludzkim – co następnie łatwo było zakwestionować. Bądź co bądź nie powinno się ich lekceważyć, gdyż zwolennicy prawa przyrodzonego politycznego byli długo jedynymi sympatykami nauki prawa. Poszukiwali zasady ogólnej dla etyki i prawa, a dopiero gdy obalono ich dzieło, rozpoczęło się na dobre rozproszkowanie indywidualne całego zakresu filozofii moralnej. Odrywanie prawa od etyki i dążenia do etyki jednostkowej.
Minął cały wiek odkąd zasypano niepamięcią prawo „przyrodzone”. Tli tam atoli pod popiołami iskra prawdy. Ograniczmy się świadomie i celowo, że „przyrodzonym”, będzie nam to, co jest religijnie katolickie, a cywilizacyjnie łacińskie, a wznowienie poprawionego postępem nauki „prawa natury” byłoby może na czasie? Bardzo to jest  pomyślnym objawem, że wśród uczonych katolickich coraz częściej spotyka się chęć do wznowienia „prawa natury”. Mogłoby służyć za pomost między etyką a prawem.

Historycznie prawo owo było wznowieniem średniowiecznego prawa „wieczystego” (lex perennis), przynajmniej do pewnego stopnia. Może nawiążemy do owej doktryny, modernizując ją odpowiednio.
Bądź co bądź prawo natury wszczepiło w jurysprudencję na nowo ideał słuszności.
Stosunek etyki do prawa musi być uwzględniony w każdej filozofii prawa, jako zasadnicza część przedmiotu, a stosunek ten nie jest ogólno-ludzki, lecz tylko cywilizacyjny i musi być badany w każdej cywilizacji osobno.
Trzeba by atoli umniejszyć niemało wywody dedukcyjne, a przysporzyć natomiast dużo indukcji.
Albowiem w materiach prawa ścierają się niemal od początku dwie metody: aprioryczna i aposterioryczna. Można by się wyrazić, że są to dwie metody wytwarzania prawa. Aposterioryczna wysuwa prawo z doświadczenia dostosowując je do pojęć etycznych. Aprioryczną metodą udziela się sankcji prawnej stosunkom wyimaginowanym, wymyślonym, a więc nie istniejącym, lecz pomysłom do urządzenia stosunków. Instytucje są tedy tak samo aposterioryczne lub aprioryczne. Najstarszym prawem apriorycznym zdaje się być Mojżeszowe prawo agrarne, ułożone na pustyni i nadane koczownikom mającym dopiero zdobyć sobie role i winnice Chanaanu.

Aprioryzm prawniczy jest płodem metody medytacyjnej, w której myślenie ogranicza się do obmyślania własnych wymysłów, będących zmyśleniem. Aposterioryzm jest trudniejszy, gdyż polega na metodzie indukcyjnej i wymaga studiów.
Obie metody znane były już w Helladzie. Aposterioryzm ma fundamenty w Arystotelesie, aprioryzm w świetnej literaturze od Phaleasa do Platona. Już wówczas apriorycy odznaczali się ślepą wiarą w cudowną moc ustawodawstwa. Za typ może służyć Periander w Koryncie. Zakazał kupna niewolników, żeby wszyscy obywatele musieli pracować i żeby nie było bezrobotnych. Ustanowił też urząd do kontroli, żeby nikt nie wydawał więcej, niż by miał dochodów. Wieśniakom zakazał przenosić się do miasta, żeby się z nich nie tworzył proletariat miejski itp.
Aprioryzm prawny nie obejdzie się bez stosowania przemocy. Dlatego jest niebezpiecznym i antyspołecznym, gdyż z konieczności ucieka się do gwałtów. Chcąc przeprowadzić prawo aprioryczne, trzeba wpierw wprowadzić na pewien czas stan ex lex. Prawo aprioryczne wymaga często bezprawia, gdy tymczasem aposterioryczne wyłania się z potrzeb ludności.
Prawo trafne powstaje historycznie, a więc aposteriorycznie; nie może być medytacyjne.
Tylko prawo aposterioryczne ożywia życie; aprioryzm burzy je pod pozorem stawiania nowego. Aprioryzm prawniczy określa bowiem nie stosunki rzeczywiste, już istniejące, lecz wyimaginowane, a więc nie stosunki, lecz pomysły, według których pragnęłoby się stosunki urządzić sztucznie, choćby terrorem. Instytucje poczęte z aprioryzmu wymagają nieustannego sztucznego oparcia, podpierania i wspomagania z zewnątrz, a przynoszą zazwyczaj skutki przeciwne zamiarom i oczekiwaniom. Co innego teoria wywodząca się z obserwacji, a co innego doktryna, stanowiąca tylko wyimaginowany wynik logiki dedukcyjnej, gdy założenie nie uległo nawet sprawdzeniu.
Wobec tego cóż myśleć o modnym dziś „planowaniu”. Wszakżeż istnieją osobne umyślne rządowe „centralne biura planowania”; ileż jest niecentralnych?
Wiadomo, że metoda ta pochodzi z bolszewickiej Rosji, z państwowości najbardziej apriorycznej. Tam zmierza sie z całą świadomością do tego, żeby w urządzeniach życia zbiorowego wytępić wszelki nawet ślad jakiegokolwiek aposterioryzmu.
Przenosi się to do Polski, nie pytając Polaków o zgodę. Tą specyficznie rosyjską metodą planowania tak jesteśmy oszołomieni, iż przestano w ogóle zdawać sobie sprawę z tego, że planowanie mogłoby być również aposterioryczne. Przepojeni obrzydzeniem do planowania opacznego zapominamy, że nie należy niczego w ogóle robić bez planu; chodzi tylko o to, jaką metodą dochodzi się do opracowania planu.
W cywilizajcji łacińskiej planowanie musi być oparte na historycyzmie, na danych, z których korzysta aposteriorycznie.

Można by cały ten problem ująć w jedno pytanie: czy struktura społeczna ma się wywodzić z pojęć prawniczych, czy też odwrotnie?
Historyzm nie polega bynajmniej na tym, żeby utknąć moralnie na pewnym punkcie przeszłości i zapaść się w nią bez wyjścia. Historyzm poucza jak z przeszłości wykuć przyszłość, jak doskonalić dziedzictwo po przodkach. W historyzmie mieści się zawsze myśl o przeszłości, a zaczynamy od tradycji dlatego, bo nie wierzymy w wartość budowli, która nie była opartą na fundamencie przeszłości.
Posiadamy proste kryterium do oceny, czy trafna jest myśl przekazana przez przeszłość: przyjrzeć się czy się doskonaliła i dotarła do nas udoskonalona. Studiować to można najogólniej na dziejach generaliów etyki. Np., dzięki przyjęciu etyki katolickiej obarcza się w cywilizacji łacińskiej wszystko obowiązkami, czy to sztuki piękne, czy też własność. W różnych czasach i okolicznościach mogą zachodzić obowiązki rozmaite, bo na tym historia wybija swe piętno; dawne mogą stawać się niepotrzebnymi, a natomiast wyłaniać się nowe. Wszelki zaś niespełniony obowiązek jest długiem. Jakimże zacofańcem byłby ten, kto by sądził, że należy się uiszczać tylko z pieniężnych długów, byłby zacofańcem pod względem etycznym; względem zaś prawa byłby obowiązanym o tyle, o ile prawo nadążyło w danej sprawie przejąć etykę. Należy to do rozwoju historycznego. W rozmaitych czasach rozmaity może zachodzić stosunek pomiędzy etyką a prawem.
Obowiązek łączy się jak najściślej z odpowiedzialnością. Doskonalenie jej polega na jej  ciągłym rozszerzaniu. Ograniczona w ustroju rodowym ogarnia z biegiem wieków tyle spraw i kombinacji życiowych, iż wreszcie dochodzimy do przekonania, że kresów jej nie ma nigdzie. Kraj naprawdę cywilizowany poznaje się po tym, że nie ma w nim sprawy, przypadłości, rzeczy, w ogóle nie ma niczego takiego, za co nie byłby ktoś odpowiedzialny. W życiu zbiorowym musi odpowiedzialność być spotęgowana w miarę przechodzenia na wyższe szczeble rozwoju, bo inaczej zrzeszenie staczałoby się do upadku. Iluzoryczność odpowiedzialności (np., biurokracji) równa się bezkarności zła.
Odpowiedzialność etyczna przyczynia się do wzrostu organizmów w życiu zbiorowym od rodziny poczynając aż do wielkich zrzeszeń: społeczeństwa, państwa, narodu. Organizacja – to ustrój odpowiedzialności. Jeżeli w jakimś zrzeszeniu trafiają się rzeczy, za które nikt nie jest odpowiedzialny, organizacja będzie w tym zrzeszeniu szwankować. Tam zaś, gdzie odpowiedzialność nie jest frazesem, a dotyczy wszystkiego, tam organizacja dokona się niemal automatycznie, jako wynik pewnych stosunków moralnych. Odpowiedzialność wywołuje szereg błogich skutów; z niej i dzięki niej zrodzą się porządek, ład, celowość, rozkład trafnych sił i podział pracy; słowem wszelkie zalety organizmu. Nie zabraknie ochotników, chcących się organizować przy takim organizmie.
Na tych przykładach znać, jak etyka nie traci nigdy roli kierowniczej; w miarę jej upadku cofa się życie zbiorowe i szczeble niższe. Postęp polega tedy na tym, żeby coraz więcej obowiązków i coraz surowsza i wszechstronniejsza odpowiedzialność stawały się częścią prawa, i żeby były umacniane w razie potrzeby surowymi sankcjami prawnymi.
A zatem w miarę rozwoju społecznego wzmaga się prawo i przybywa sankcji prawnych. Te są dwojakie: uprawnione i nieuprawnione etycznie. Jeżeli przepis prawa pochodzi ze skodyfikowania postulatu etycznego, natenczas sankcje mieszczą się również w dziedzinie moralności; niemoralnymi stają się, gdy przepis powstał poza prawem wyłonionym i poza etyką. Natrafiliśmy znowu na tę konieczność, żeby rozróżniać mala in se, a mala quia prohibita.
Przymus prawny musi mieć jedno ograniczenie, mianowicie czasu. Prawo nie może działać wstecz.
Nie jest krępowana czasem etyka. Co szpetnego się stało, nie przestanie nigdy być szpetnym. Popełnianie czynu ujemnego może być wybaczone, lecz sam ów czyn nie staje się przez to dodatnim. Sankcja etyki, jaką jest sumienie, działa wstecz: wyrzuty sumienia i wstyd moralny przed samym sobą nie dadzą się zatrzeć żadnymi środkami psychologicznymi; było to zawsze i pozostanie zawsze przywilejem religii.

Etyka nie zna ograniczeń czasu ni w przeszłości, ani na przyszłość. Etyka sama nie zna przedawnienia. Musi je natomiast znać prawo. Sankcje etyczne tyczą albo nie wypełnienia nakazu, lub też przekroczenia zakazu prawa. Nie mogą tyczyć się niczego takiego, co nie byłoby ani nakazem, ani zakazem, a zatem mogą obowiązywać dopiero od chwili wydania nakazu lub zakazu. Prawo nie może obowiązywać wstecz, bo to się sprzeciwia i logice prawa i moralności. Wydawane za piłsudczyzny ustawy działające wstecz stanowią hańbę jurysprudencji polskiej, jako pozbawione nie tylko moralności, ale też rozumu prawniczego.
Przedawnienie prawa następuje jednak także w normalnym biegu prawa przy niekórych sprawach i okolicznościach, jeżeli minie pewien czas. Sankcje prawne tyczą nie tylko zbrodniarza i zbrodni, ale dotykają często interesów osób trzecich.

Stosowane zbyt późno mogłoby wprowadzić chaos prawny i wyrządzać szkody osobom niewinnym, nie pozostającym w żadnym związku z daną sprawą przestarzałą. Oczywiście nie wszystko może korzystać z przedawnienia i powoływać się na nie, zdarza się ono częściej w sprawach cywilnych, rzadziej karnych. Przedawnienie staje się nieraz potrzebnym ze względów etycznych.
Prawo jest na dobrej drodze, ilekroć stara się dogonić etykę i zrównać się z nią. Możliwości te są jednakże ograniczone i natrafiają na szkopuł, nie dający się przezwyciężyć. Nigdy prawo nie określi wszystkich obowiązków etycznych i zawsze będą takie obowiązki, których nigdy nie poprą żadne sankcje prawne.
Nie wszystkie jednak postulaty etyczne dadzą się zamieniać w normy prawne. Np., nie może być nigdy przepisem prawnym katolika „rada ewangeliczna”, by za złe odpłacać dobrym. Nie sposób skodyfikować np., zasady, żeby nie realizować roszczeń, choćby najbardziej zgodnych z prawem, jeżeli nie są zgodne ze słusznością moralną. Oczywista rzecz, że ktoś, wywodzący swą uczciwość z kodeksu, nie jest uczciwym człowiekiem, ani też taki, który czeka na spełnienie czegoś dobrego, aż kodeks wystąpi z tym wymaganiem. W najlepszym razie musimy go obarczyć zarzutem, że nie posiada należytego wykształcenia etycznego.
Lecz nie da się prawem karać wszystkiego, co nie jest cnotą. Człowiek określający się formułą: jestem w zgodzie z prawem, a więc jestem w porządku – jest na pewno niebezpiecznym drabem.

Pewne luki pomiędzy etyką a prawem zawsze będą istnieć. Każde pokolenie niechaj z etyki coś zamienia w prawo – lecz są pojęcia opierające się wprost temu prawidłu. Np., próba skodyfikowania „rady”, żeby za złe odpłacać dobrym z pewnością nie wyszłaby na pożytek Dobra, byłaby nawet prawdopodobnie dla Dobra niebezpieczna. Nic łatwiejszego jak wpaść na manowce w tych subtelnych sprawach. Dla przykładu przytoczę pewnik jaki nasuwa się przy studium quincunxa, mianowicie ze względu na brak proporcji między dobrobytem a oświatą. Pewnik ten brzmi: nikt nie powinien mieć więcej pieniędzy niż rozumu. Gdybyż to spełniać, zniknęłaby większa część bolączek społecznych i politycznych! Ale jak to skodyfikować?
Z drugiej strony etyka czasem nie dopuszcza, żeby skorzystać ze swego prawa. Porządny człowiek bowiem zrobi to natenczas tylko, gdy prawo przyznawane mu przez ustawę, zgodne jest ze słusznością. Ten zaś stosunek zawisł mocno od okoliczności i nikt tego nie zdoła skodyfikować. Faktem pozostanie, że nie zawsze to uczciwie, żeby korzystać ze swoich praw. Blumizm czyha na to, zeby przepisy wadliwe, owe nie przynoszące jurysprudencji zaszczytu „względy formalno-prawne” wyegzekwować świadomie na swą korzyść, chociaż z widoczną krzywdą z drugiej strony.

Nikczemność, pozostająca w zgodzie z paragrafiarstwem, nie przestaje być nikczemnością. Jeżeli pozwolimy się szerzyć tej przewrotności, która bardzo się wzmogła o ostanim czasie, cóż nas czeka? Społeczeństwo, w którym blumizm wziąłby górę, zginęłoby marnie i to w ohydzie. Mogłoby się zdarzyć, że któreś przyszłe pokolenie – gdy się odrodzi i spopularyzuje na nowo godność ludzką, będzie wspominać z uczuciem ulgi; co za szczęście, że wyginęli ci nikczemnicy! Taka jest blumizmu meta. Kwestia to sumienia, tj., autokrytyki moralnej; innymi słowy: kwestia wykształcenia etycznego.

Połączenie wyrażeń: etyka a wykształcenie – zadziwi może Czytelnika. Co innego: wykształcenie prawnicze – to rozumie każdy; ale czy słyszano o etycznym?
W całej Europie (niestety!) przyjęło się mniemanie, że można być wykształconym i najspecjalniej i najogólniej, a z nader słabym wykształceniem etycznym. Jeżeli jednak dąży się do osiągnięcia coraz wyższych szczebli moralności, szczeblowatość ta zawisła jest od wykształcenia etycznego. Kształcenie istnieje we wszystkich rodzajach pracy fizycznej czy umysłowej; czyż dziedzina moralna miałaby być wyjęta spod tej możności? Jak np., można patrzeć na wszystko (mimo woli) pod kątem estetyki, podobnież można wyrobić w sobie ostrowidztwo etyczne – a postęp moralności wymaga, by ono się rozpowszechniało. Można studiować etykę, jak prawo lub matematykę czy cokolwiek.
Wykształcenie etyczne polega na dostrzeganiu związków etycznych pośród spraw; oczywiście także w życiu publicznym. Cywilizacja łacińska wymaga tego bezwarunkowo, ale też tylko ta jedna cywilizacja poddaje życie publiczne wszystkim przepisom życia prawnego. Stanowi to niezmienne rozszerzenie pola etycznego, które staje się bezgranicznym. O ileż trudniej czynić zadość takim rozszerzonym wymaganiom! O ileż łatwiej o zadowolenie moralne w innych cywilizacjach.
Oczywiście trzeba uprawiać etykę przede wszystkim w powszednim dniu roboczym, we własnym zawodzie. Niestety dopiero nieliczne zawody określiły jasno i ściśle swe etyki specjalne. Nie da się zaś złatać wspólna etyka zawodowa, jeżeli się ją chce czerpać z rozmaitych cywilizacji. Dotychczas zawód lekarski przoduje wyższym rozwojem, większym wykończeniem swej etyki. Na ogół zaś odczuwa się pewien zastój.
Stanowi to wielkie niebezpieczeństwo publiczne, gdyż zanika przez to główny trakt wykształcenia etycznego. Ogólny postęp (lub upadek) moralności pozostaje w stosunku prostym do stanu etyk zawodowych w danym społeczeństwie.

Przyjęta przez cywilizację łacińską etyka katolicka ma to do siebie, że w miarę rozwoju cywilizacyjnego powiększa się w niej ilość obowiązków. Póki cywilizacja nasza będzie się rozwijać, będzie też wymagać od swych uczestników coraz większego wysiłku moralnego. Toteż wykształcenie etyczne wprost nie ma granic w cywilizacji łacińskiej. Czyż chrześcijanin w cywilizacji łacińskiej będzie kiedykolwiek zadowolony ze współczesnego stanu moralności? Nigdy, bo zawsze będzie mu przyświecał ideał moralności jeszcze wyższej.
W miarę postępu wykształcenia etycznego odkrywa się coraz nowe widoki i szczeble doskonalenia się. Wymagania rosną, a trudności wzrastają jeszcze bardziej. Coraz trudniej nadążyć w etyce, żeby rozwój jej nie był słabszy od rozwoju innych kategorii quincunxa. Toteż inteligencja winna być i teleskopem i mikroskopem etyki, żeby od jej zasięgu nie uronić niczego, ni w oddali, ni w pobliżu, bez względu na skalę spraw wielkich czy drobnych – bo dla etyki wszystko jest jednakowo ważnym.
Prawo i etyka związane są ze sobą tak ściśle, iż do rozwoju prawa niezbędnym jest rozwój etyki, jako nauki o moralności. Nie oddziaływa atoli prawo na etykę (chyba ujemnie dla blumistów); choćby największy rozwój nauki i prawa nie będzie mieć wpływu na naukę etyki. W tym szczególnym prawie przejawia się starszeństwo etyki w przodownicze jej stanowisko.
Rozwój naukowy etyki na większą skalę, wydoskonalenie jej metod, zdobycie dla niej nowych widnokręgów, stanowiłoby zarazem epokę w rozwoju nauki prawa. Niestety, etyka, jako nauka, nie dotrzymała kroku innym naukom. Czyż mamy już na dłuższy czas dosyć podręczników etyki? Czyż moralistów nie razi całkowity niemal brak studiów monograficznych w tej dziedzinie?
Nauce prawa dolega wręcz przeciwne niedomaganie: rojowisko szczegółów, pozbawione coraz bardziej myśli ogólnej. Zupełnie błędnie stała się jurysprudencja nauką analityczną, gdy tymczasem jest ona z całą stanowczością nauką syntetyczną. Badania analityczne mogą być tylko środkiem do celu, lecz przenigdy celem nauki. Każdy „casus” prawniczy należy rozważać przede wszystkim systematycznie. Eskluzywność analityki w prawie oddaje je na usługi bezprawia.
Ciężką chorobą nauki prawa stał się przerost komentatorstwa. Istny pęd chorobliwy sprawia, że coraz rzadziej adepci prawa sięgają do tekstów, lecz brodzą w komentarzach. Studia swe zaczynają od komentarzy i na komentarzach kończą.
Powstają już nawet komentarze do komentarzy, komentarzyki i robótki komentatorskie nie przynoszące bynajmniej zaszczytu naukom prawniczym. Przypominają się cechy nauki żydowskiej z okresu hiszpańskiego: napęczniawszy od komentatorstwa, stanęła.

W praktyce życia ostatnich dwóch pokoleń kazuistyka nadaje coraz bardziej ton prawu i prawnikom, a w tym stanie rzeczy formalistyka musi wybijać się na pierwsze miejsce. Bez przesady zaś można powiedzieć, że przerost formalistyki wygania z prawa moralność.
Patronem formalistyki Shylok, ten, który wpisał do umowy warunek stanowiący okrucieństwo, najwidoczniejsze bezprawie, a jednak są uważał, że musi dopilnować litery „prawa”. Pozwanego ocalił wymyślony szczęśliwie kruczek, powitany z zapałem i z uczuciem ulgi. Gdyby nie kruczek byłoby się wyrzynało funt żywego mięsa w imię sprawiedliwości.
Metoda Shylokowska panuje dotychczas w sądownictwie. Stąd pochodzi szczególne wśród pospólstwa mniemanie, że sędziowie nie są sprawiedliwi, jakoby z reguły byli przekupieni itp. Brak zaufania do sądownictwa jest również powszechny pośród inteligencji; z tą różnicą, że nie gani się sędziów, lecz instytucje.
Formalistyka stanowi wylęgarnię kruczków i wykrętów; wytwarza się istne żonglerstwo formalnościami, raj dla wszelkiego blumizmu.
Nie obejdzie się prawo bez formalności, lecz muszą one mieć swe granice, które wskaże rozważanie prawa ze stanowiska syntezy. Formalność prawna jest potrzebna do wartości istoty aktu prawnego, lecz ta sama formalność nie posiada żadnego znaczenia, jeżeli jej nie towarzyszy istota prawa, tj., słuszność sprawy. Zwłaszcza nie może mieć znaczenia formalność oparta na kłamstwie. Nadawanie waloru kłamstwu świadczyłoby o złej woli, o blumiźmie. Ani nawet najdokładniejsza formalność i najskrupulatniejsza, nie może posiadać tej mocy, iż by bezprawiu nadać moc prawa. Etyka najwyższą prawa komentatorką!

Etyka i prawo są w dziejach cywilizacji sprzężone ściśle, bo powinny tworzyć jedną całość, zgodną w motywach i w przejawach. Niezgodność stanowi zawsze klęskę publiczną. Nie ma poczucia tożsamości zrzeszeniowej bez jedności etycznej; harmider etyk podważa ściany budowli społecznych i państwowych. Poczucie zrzeszeniowe wymaga również jednakowych pojęć o prawie; stanowi to zresztą prostą konsekwencję jedności etycznej. Może atoli zachodzić wypadek, że w pewnym zrzeszeniu obowiązują różne prawa, a nie wszystkie godne z właściwymi temu zrzeszeniu pojęciami o prawie, narzucone mu przemocą.

Nie ma cięższego nieszczęścia, jak gdy wróg znosi prawo krajowe, a narzuca obce; nie ma nic gorszego, jak nie móc rządzić się „prawem własnym”. Ale też nie ma większej nikczemności i zbrodni, jak pozbawiać ludność prawa rodzimego.
Rzym starożytny nie narzucał swego trójprawa; w niczym nie naruszał w prowincjach miejscowych urządzeń prawnych, zwyczajów, wierzeń religijnych i językowych. Z reguły samorząd pozostawiał wolność prawu własnemu lokalnemu, z czego wyrobiło się uznanie dla ius gentium.
Ubiegano się jednak o rzymskie obywatelstwo, żeby spod prawa własnego przejść pod prawo rzymskie, ażeby zwolnić się od prawa rodowego, a pozyskać prawo pełnej własności indywidualnej, chodziło o nabycie mienia osobistego i o jego bezpieczeństwo, o prawo dziedziczenia i testamentu. Ubiegano się! Nigdy nikt nie był zmuszany, by przejść pod prawo rzymskie, gdyż Rzym uważał jako nie należy być prawodawcą podbitych.
Prokonsulowie dopuszczali się nadużyć wielu i wielkich; lecz w prawa podległego ludu nie wtrącali się.
Wspólne pojęcia prawne stanowią drugą – po wspólnym języku – więź społeczną. Trzeba atoli trzymać się ściśle określenia: pojęcia prawne – lecz nie „prawo”, bo ono może być tym pojęciom wrogie. Może nawet być układane nieprzyjaźnie, jako środek do rozsadzania społeczeństwa. Jeżeli to są formułki prawnicze zamiast sumienia, formułki zdane na samowolę każdorazowej władzy – toć to wyraźny bizantynizm. Dusi nas etatystyczna cywilizajca bizantyjska. Zwiększają się też wpływy cywilizacji żydowskiej, dla której prawo jest wszystkim, a sama religia „objawionym prawem”. Jest to cywilizacja wyłącznie prawnicza. W cywilizacji łacińskiej jest to atoli niemożliwością.

Uderza też wzmagająca się coraz bardziej skłonność do szybkiej zmiany praw; można by to nazwać wyścigami w burzeniu praw. Prawodawstwo staje się rodzajem radykalizmu, a radykalizm atrybutem prawodawstwa; także radykalizm tempa. Pozostawmyż radykalizm raczej etyce! Nie było zaś większego radykała w zakresie etyki, jak św. Tomasz z Akwinu; lecz w zakresie ustawodawstwa trzymał zasady festina lente, żeby ustaw nie zmieniać bez istotnej potrzeby, a w razie potrzeby nie robić tego nagle.
Zagadnienie: stosunek etyki a prawa stanowi zawsze doniosłą kwestię historyczną. Obecna walka Zachodu ze Wschodem zamienia się też coraz wyraźniej na wielkie starcie o ten problem.
7.VII 1946.

IV. PRAWO PRYWATNE A PUBLICZNE.

Powszechnie wiadomy jest monizm przyrodniczy i filozoficzny; istnieje jednak jeszcze trzeci podobny dylemat, mianowicie monizm, względnie dualizm prawniczy.
Wytwarza się on ze stosunku prawa prywatnego do publicznego. Hellenowie pierwsi odróżnili te dwa rodzaje prawa, w przeciwieństwie do Egiptu i Persji, gdzie łączono je wytwarzając monizm prawa prywatnego. Polegał on na wyolbrzymieniu go w odniesieniu do władcy państwa, według zasady, że wszyscy i wszystko jest własnością monarchy (deifikowanego z mocy emanatycznych pojęć religijnych), a za tym poddany o tyle tylko może coś posiadać, o ile monarcha mu zezwoli, i póki zezwolenia nie cofnie. Monizm ten przeszedł następnie do państw hellenistycznych, podczas gdy Rzym trzymał się dualizmu prawnego aż do późniejszego cesarstwa. Uległ wtedy naporowi cywilizacji orientalnych (głównie syryjskich), przyjął monizm, lecz wytworzył własną jego odmianę. Władza cesarska odnosiła się do ludności bynajmniej nie jako do niewolników cesarza, lecz w imię prawa publicznego, w imię państwa, któremu przyznawała praw coraz więcej, nie bacząc na uprawnienia prywatne. Rozkwitł w Bizancjum, podczas gdy katolicyzm rzymski przejął się dualizmem prawa, który stał się cechą wytwarzanej przez Kościół cywilizacji łacińskiej; przyjęły go na „narody wychowane przez Kościół”.

Prawo prywatne jest oczywiście starsze od publicznego, gdyż normuje stosunki pierwotnej prarodziny, rozrodzonej w ród. Prawo rodowe oparte jest na tym, że wszyscy i wszystko w rodzie stanowią własność głowy rodu. Stopniowo powstaje trójprawo, tj., familijne, majątkowe i spadkowe. Z biegiem czasu rody łączą się w plemiona, z plemion powstają ludy. Wytwarza się nowy rodzaj zrzeszenia, mianowicie społeczność mogąca objąć nawet kilka ludów na podstawie wspólnej im cywilizacji i szerzyć się terytorialnie. Społeczność jako tak istnieje tylko faktycznie, lecz nie jest zorganizowana dla samej siebie, wyjąwszy organizację religijną, która stanowi jedyną na zewnątrz więź społeczności. Jest to oznaka społeczności wyżej rozwiniętej, a rozwój ten nie zawsze się zdarza. Znane są wypadki, że nawet plemię od plemienia różni się religijnie. Wspólność zaś religii ułatwia niewątpliwie dalszy rozwój, tj., dojrzewanie społeczności w społeczeństwo, co jednak nie wszędzie się dokonuje. Następuje przez to znaczniejsze różniczkowanie zawodów, w ogóle sposobów walki o byt. Społeczności, które zdobędą się na lepszą komunikację rozwiną się szybciej w zróżniczkowane społeczeństwo. Należy rozróżniać starannie te dwa stadia rozwoju wielce od siebie odgległe. Społeczeństwo jest to społeczność zróżniczkowana w zawody i wytwarzające się z tego warstwy społeczne.

Najstarszym zróżniczkowaniem jest warstwa zawodowych wojowników, lecz istotnego zróżniczkowania i założenia społeczeństwa dokonuje ludność oddana zajęciom pokojowym. Z postępem pokoleń powstają nowe zajęcia i rozszerza się coraz bardziej pole do rozkwitu solidarności społecznej. Przy większym wyborze zawodów łatwiej osiągnąć zadowolenie życia, a ludzie zadowoleni poczuwają się bardziej do solidarności, choćby dlatego, że zależy im więcej na utrzymaniu danego stanu rzeczy. Rozwój społeczeństwa jest tym łatwiejszy i bezpieczniejszy, im więcej w nim warstw społecznych.
Solidarność – ta więź wielkich zrzeszeń – nie może się wytworzyć w ustroju kastowym. Skoro nie wolno wybierać zawodu, przestają się te zawody interesować sobą wzajemnie, nie powstaje tedy myśl o wspólności interesów, a skutkiem czego społeczeństwo nie może się wyżej rozwijać. Bizancjum upadło wprowadziwszy kastowość, a Hindusów uśpiła stagnacja gorsza od chińskiej. Włąściwie każda kasta jest odrębną społecznością, a zlepek społeczności, pozbawionych związku z sobą, nie zdoła wytworzyć społeczeństwa zwartego.
Dwa są sposoby poznawania społeczeństwa: patrzeć na nie z góry, lub z dołu. Z góry ogarnia się całość, widzi się zakres i granice, rozwój i kierunek, patrzy się na życie objawy. Z dołu podpatruje się, z czego to wszystko powstaje, z czego jest zrobione, gdzie i jak jedno koło zębate zahacza o drugie, którędy i dokąd pędzi transmisja. Widok a przekrój – chwytane wzrokiem obrazu a badanie układu – jednako potrzebne.
Przy ciągłym wyłącznym podpatrywaniu szczegółów machiny życia zbiorowego można zaśniedzieć, zardzewieć, stetryczeć, stać się niezdolnym do odczuwania całokształtów. Metodzie analitycznej należy poświęcić w życiu dużo miejsca, lecz nigdy całego życia. Najgorliwszy analityk winien przerzucać się, kiedy niekiedy do metody syntetycznej, bo inaczej w końcu sam nie będzie wiedział gdzie jest i od czego jest, nie określi sam sobie trafnie własnego stanowiska w społeczeństwie, przeznaczenia swego i obowiązku, aż w końcu zacznie gubić się w chaosie nie sprawdzanych do wspólnego mianownika szczegółów, straci orentację i zabłąka się na bezdrożu, na manowcach ducha. Dobrze i zdrowo jest spojrzeć czasem na wikłające się interesy społeczeństwa nie z dołu, nie z boku, lecz z góry. Dywan wschodni oglądany z bliska podczas roboty, wyda się gmatwaniną bez ładu i składu; dopiero z góry dojrzy się wzór, zobaczy się myśl rysunku. Czyż żywe społeczeństwo nie jest zawsze i ciągle takim dywanem podczas roboty? A czym więcej robót, tym trudniej połapać się, gdzie tu punkty zaczepienia, gdzie linie wysnute, gdzie zwroty i gdzie kierunki i cele? Co tu zasadniczego, a co przygodnego?

Stosownie do rodzajów ustroju rodowego, wytwarza się w nich organizm lub mechanizm a właściwości te przechodzą następnie na społeczność. Państwo może się wytworzyć już w społeczności, nie rozwijającej się wcale w społeczeństwo.
Mieliśmy tego doskonały przykład na Bałkańskim Półwyspie w Czarnogórzu, gdzie jeszcze na początku XX wieku historia miała istny swój rezerwat pierwotnego organizmu rodowego. Kraj cały dzielił się na dziesięć nahii tj., okręgów, nahie na plemiona, te zaś na bractwa, brastva z kmetem (kmieciem) na czele. „Brastvo” jest gronem osób pozostających do siebie w stosunku braterstwa skutkiem pochodzenia od wspólnego przodka; jest to ród, wspólnota rodowa, której starosta rodowy zowie się kmieciem. Plemię stanowi zbiór brastv, nahia zbiór plemion; zupełnie to samo co plemiona i ludy w pierwotnej Polsce. Żywym wspomnieniem dawnych czasów jest też fakt, jako jednostka organizacyjna wojskowa składa się z mężczyzn pewnego brastva, a te łączą się w jednostki znaczniejsze według plemion. Zupełnie tak samo stawało się w dawnej Polsce pod chorągwią rodową.

Aleć jeszcze w połowie wieku XIX nie było na terytorium Czarnogóry jednolitego państwa, a tylko organizacje plemienne według rodów, których sprawy rodowe stanowią całą historię Czarnogórza owych lat, nie budującą się wcale. Rzadziej też walczy Czarnogórze z Turkami, niż z ościennymi chrześcijanami tego samego języka.
Był to niewątpliwie organizm oparty na zrzeszaniu się w plemiona i w ludy, a oparty li tylko na prawie rodowym i na trójprawie, jakkolwiek tworzył państwo.
Władza kniazia była władzą starosty rodowego z plemienia przodującego. Zalążek prawa publicznego opierał się na uznawaniu tego przodownictwa.
Istniała tam (i zapewne istnieje dotychczas) msta. Jest to obowiązek moralny (w imię etyki) pomszczania zabójstwa na zabójcy, względnie nawet na każdym członku jego rodu. Nie ma sądownictwa publicznego w sprawach karnych i nie chce go się mieć. Kiedy Włodzimierzowi Kijowskiemu biskupi zaproponowali, żeby zaprowadził sądy książęce na miejsce msty, odmówił z oburzeniem. Nie wytworzy się zaś społeczeństwo, dopóki istnieje msta.
Zaginie ona naturalnym biegiem rzeczy, gdy się rozwiąże ustrój rodowy na rzecz tzw., emancypacji rodziny, gdy na miejsce organizacji rodowej wstępuje rodzinowa.
Dla oddzielnych rodziny systematyczne wykonywanie msty jest niewykonalne, toteż nastaje sądownictwo według prawa publicznego. Wtedy gotowe są podstawy do wytworzenia społeczeństwa, o ile warunki sprzyjają zróżniczkowaniu.
W cywilizacji rzymskiej przebrzmiał był od dawien ustrój rodowy, jeszcze zanim powstało wielkie państwo, jeszcze przed wojnami punickimi. Nowe państwo powstające na Zachodzie na gruzach imperium, wniosło atoli ten ustrój na nowo na widownię historyczną Europy. Wychowywanie przez Kościół polegało na tym, że Kościół dopomagał wszędzie do emancypacji rodziny i do wytwarzania prawa publicznego. Patronował zaś Kościół zawsze dualizmowi prawnemu, tj., odrębności prawa prywatnego a publicznego.

Pomostem między prawem prywatnym a publicznym stawało się często zagadnienie długów z początku niewątpliwie wyłącznie prywatnej natury. Gdy atoli dłużnicy nie zdołali uiszczać się z pożyczek inaczej, jak odrabiając je pracą własną na rzecz wierzyciela, na korzyść jego gospodarstwa z czym łączyło się zamieszkanie w posiadłości wierzycielskiej, natenczas spłata długów zamieniała się w arendę.
Grecy bywali często radykałami i znosili długi; lecz jutro zaraz powstawały nowe. Grecy nie zdołali rozwiązać tego zagadnienia, ponieważ byli społeczeństwem żeglarsko-handlowym, więc pożyczki odgrywały u nich rolę donioślejszą; tym łatwiej tedy państewka ich przechodziły przez przesilenia, a przesilenie nie załatwione wywoływało często rewolucje.
Kwestia długów prywatnych stawała się publiczną nieraz w wiekach średnich, np., pospolite odbieranie danemu zrzeszeniu handlowemu ius commercu na obszarze wierzycieli nie zaspokojonych (zawiązek lokalnych wojen handlowych ogarniających z czasem coraz większe obszary). Z czasów najnowszych powołać się można na dwa przykłady ze spraw polskich, mianowicie w dziejach zaboru austriackiego. Smutna historia banku włościańskiego, istna klęska publiczna, czym musiały się tedy zająć władze; a potem dobrocznna działalność Franciszka Stefczyka. Organizacja pożyczkowa włościańska, pożyczek stanowczo prywatnych, stała się pierwszorzędną sprawą całego społeczeństwa polskiego, a wybiegała nawet daleko poza krąg zainteresowań materialnych.
Silniejszym jednak a stałym pomostem pomiędzy prawem publicznym a prywatnym jest prawo małżeńskie. Ius connubi decydowało o stosunku do ościennych, a tym bardziej o wzajemnych stosunkach warstw społecznych. Gdy za cesarstwa rzymskiego zaburzony został stosunek pomiędzy społeczeństwem a państwem, najgłębsza tego przyczyna tkwi w praktyce prawa małżeńskiego, bo na tym tle zaczęła się fatalna niewspółmierność pomiędzy prawem a obyczajem.
Cesarz August wysilał się, żeby zachować dualizm prawniczy i dzieło jego utrzymało się długo, lecz po pewnym czasie zapanował monizm prawa publicznego.
W tym okresie wstrząśnięto rodziną rzymską i równocześnie zachwiał się rzymski naród w głębi swych fundamentów. Upadek życia rodzinnego poderwał organizm społeczny, a tym samym ułatwiony był wzrost mechanizmu i w dalszym następstwie drogo do monizmu prawnego.
Już w Rzymie było małżeństwo pełnoprawne (religijne) sprawą publiczną, związane z prawem publicznym. Tym bardziej w chrześcijaństwie, w cywilizacji łacińskiej.
Konkubinat jest sprawą prywatną, lecz przenigdy małżeństwo. Musi posiadać charakter aktu publicznego, choćby ze względu na kwestie nazwiska i potomstwa.
Kamieniem węgielnym cywilizacji łacińskiej stała się monogamia dożywotnia. Historia poucza o najściślejszym związku jednożeństwa z własnością osobistą dziedziczną. Rozluźnienie monogamii odbija się zawsze na podważaniu prawa własności. Obie te instytucje wyrosły z prawa prywatnego, lecz nabrały znaczenia i doniosłości prawa publicznego.
Nie trzeba przeto sądzić, jakoby prawo publiczne tworzyło się tylko dzięki państwu; jak widzimy, powstaje ono bez udziału państwa z samychże stosunków społecznych. Społeczeństwo posiada od początku swe prawo prywatne i publiczne. Rozwój społeczeństwa oparty jest tedy od początku na dualizmie prawa, a zaczyna się to jeszcze przed zawiązkami państwowości.
Urządzenia państwowe mogą polegać w całości na monizmie prawa prywatnego lub publicznego, lecz w cywilizacji łacińskiej polegają od początku na dualizmie prawnym. Takie są zasadnicze trzy rodzaje państw. Monizm prawny łączy się z mechanizmami w życiu społecznym i państwowym; dualizm propaguje organizmy.
Wszystkie państwa cywilizacji turańskiej, arabskiej i chińskiej, wyrobiły się na monizmie prywatnym, bizantyńska zaś na publicznym. W Koranie mieści się samo tylko prawo prywatne, a skoro wszelkie prawo w ogóle musi wysuwać się z Koranu, więc publiczne więc publiczne wyprowadza się w islamie z prywatnego; np., podatki podciąga się pod obowiązek udzielania jałmużny. W Chinach zaś cesarz był generalnym starostą rodowym nad wszystkimi rodami całej ludności.
Bliżej nas mamy przykład monizmu prywatnego na genezie państwa moskiewskiego. W pierwszej redakcji „Timudy Ruskiej” nie ma całkiem mowy o kniaziu; w drugiej książę jest uprzywilejowanym właścicielem ziemskim (szkody mu wyrządzane ulegają karze podwójnej). Potem kniaziowie moskiewscy przygotowali sobie zabory w księstwach ościennych w ten sposób, iż pomnażali systematycznie na tych terytoriach, państwo obcych, ilość osób, zawisłych od siebie osobiście, mocą prawa prywatnego (tzn., „zakupy”). Iwan Kaleta robił zwykłe obroty handlowe prawami książęcymi. Z Iwana III nawet najwyżsi dostojnicy państwowi pisali się wobec księcia „chłopami” tj., niewolnikami prywatnymi. Nie ma więc w Moskwie osobnego prawa publicznego; nie było go tam skąd Moskwa czerpała wzory; u Tatarów kipczackich, najdalej wstecz u dżingischanów. Sama zaś geneza państwa w ogóle jest mniej więcej wszędzie jednakowa; tkwi mianowicie przede wszystkim w potrzebach wojennych.

Gdy rody łączyły się w plemiona, wytwarzał się zalążek prawa publicznego, a to z powodu powstania władzy książąt plemiennych. Z początku byli to tylko dowódcy wojenni; na sam czas wyprawy; następnie coraz bardziej ustalający się zarządcy wszelkich spraw pozostających w związku z obronnością kraju, wytwarzający stałą organizację wojenną, w końcu reprezentanci całego zrzeszenia z władzą o zakresie wielce rozmaitym. Istniała zaś nadal władza starostów rodowych nieograniczona bynajmniej przez władzę książęcą. Przez całe wieki utrzymuje się całkowita autonomia rodów. Do księcia należały sprawy nowe, pozarodowe, ponadrodowe, przedtem nie istniejące. Książę plemienny nie zajmował się niczym, co należało do prawa rodowego.

Rozwój dwukierunkowy przybiera na chyżości, gdy społeczność dojrzeje w społeczeństwo. Doświadczenie pouczy, że bezpieczeństwo większego zrzeszenia (np., ludu) wymaga, żeby dbać o własne państwo. W imię wspólności interesów powstaje państwo dobrowolne, oparte na społeczeństwie. Lecz nie obejdzie się bez stosowania przymusu, bo skupić cały lud w jednym państwie można w takim tylko razie, jeżeli się zniesie państewka książąt plemiennych, nadto państwowość nie obejdzie się bez sankcji i przymusu względem własnych obywateli. Szczęśliwszy od innych w bojach jeden z książąt plemiennych strąca innych, staje się władcą całego ludu, a potem dalej pokrewnych ludów sąsiednich i tworzy dynastię. Dopóki granice rozszerzane nie przekraczają sfery interesów wspólnych, należy je uważać za dobrowolne.

Snuje się tedy ponad trójprawem dalszy rozwój prawa, a dwukierunkowy, pobudzony organizacją grodową. Ród i gród – stają się wykładnikiem tej dwukierunkowości. System grodów ujmował znaczenia rodom a przydwał go plemionom, gdyż tylko zamożniejszy i liczniejszy ród mógł sobie pozwolić na gród osobny.
Plemię organizujące się dla obrony od napaści ościennych zakładało sobie gród, ażeby ludność nie wojenna miała tam schronienie wraz ze swym dobytkiem. Stawiało się wtedy grody w miejscach posiadających więcej znaczenia wojennego bez względu na terytoria rodowe i w ogóle nie bacząc na warunki okolicznego osadnictwa. Zaczynają się wytwarzać okręgi, polegające na sąsiedztwie, a nie na przynależności rodowej. W systemach grodowych tkwią zalążki administracji terytorialnej.

Powstanie grodu stanowi epokę dla danej krainy z innych jeszcze względów. Na grodzie przebywała załoga, w pobliżu nadaje się ziemie jeńcom, pracującym stale a przymusowo na rzecz grodu (w Polsce narocznicy), a na Podegrodziu osiada ludność wolna, czerpiąca z grodu zarobek, pionierowie przyszłych rzemieślników i kupców, przyszłego mieszczaństwa.

Są to rzeczy znane nam dobrze ze stosunków polskich i zachodnio-europejskich; ale niewielu wie, że podobne stosunki zachodzą w świecie orientalnym.  Tam grodem plemiennym jest kasba. Jest to (raczej była) warownia mająca pomieścić w razie niebezpieczeństwa osoby i dobytek całej okolicy. Gdzie napaści rabunkowe bywały czymś powszednim, budowano domy mieszkalne wyłącznie tylko koło kasby. W zachodniej Algerii spędza się dziś jeszcze bydło na noc do ruin zniszczonej kasby. W górach wysokiego Atlasu kasby pozostają siedzibą plemion, a ręka tubylców podtrzymuje upadające jej mury, wzmacnia je i wznosi nowe piętra na starych basztach. Są po kasbach „zbiorowe domy”.

Nie jest też gród właściwością wyłączną ludów osiadłego trybu życia, jak się pospolicie mniema. Koczownicy potrzebują również grodów.
Powstanie grodu pociąga za sobą dalekosiężne następstwa społeczne. Zaszła potrzeba miejsca obronnego, po prostu schowka dla dóbr ciężkich, żeby je koczownicy mogli brać z sobą na pospieszne pochody. Ale przy schowku muszą zamieszkać jacyś strażnicy jego, stali mieszkańcy grodu, przebywający tam także podczas najgłębszego pokoju. Pozostaje więc tam na stałe jakieś grono osób fizycznie słabszych, a dla wyżywienia ich osiedla się około grodów jeńców wojennych zamienionych w niewolników, celem uprawy ziemi. Powoli, stopniowo, dokonują się dzięki grodowi dwie zmiany: tworzy się nowa rasa odmianowa, dzięki zmieszaniu krwi z niewolnikami, a zaracem część ludności przechodzi od życia koczowniczego do na pół osiadłego, a potem już całkiem osiadłego na grodzie i pod grodem, podczas gdy ogół plemienia, któremu gród służy, koczuje nadal.

Około grodu powstaje oaza. Uprawą palm i oliwek zajmują się jeńcy wojenni, czy też podbici pierwotni mieszkańcy krainy, przypisani niejako do gleby, wiodący życie osiadłe z przymusu. Wśród nich też dokonują się zawiązki rzemiosł. Stopniowo powstaje wymiana dóbr pomiędzy grodami a oazami, a tymi, którzy je powołali do życia, koczownikami. Po pewnym czasie wytwarza się regularny ruch handlowy i w tym tkwi geneza karawan, kierowanych i urządzanych przez koczowników, jako panów szlaków pustynnych. Z czasem niektórzy z koczowników poświęcą się wyłącznie handlowi na dalsze odległości i większe obszary. Tacy wystawiają sobie domy w oazach, mają już miejsce stałego zamieszkania, miejsce swych magazynów i kantorów, jakby siedzibę firmy. I tak różniczkuje się społeczeństwo coraz bardziej.
Pod tym względem dużo zachodzi analogii w cywilizacji łacińskiej.
Im bardziej społeczeństwo się rozwija, tym bardziej pożąda organizacji państwowej i pragnie potęgi własnego państwa. Ludzie rozumni sami wytwarzają rząd między sobą i nad sobą. W ustroju rodowym nikt nigdy nie buntował się przeciwko władzy starostów rodowych, a potem władza państwowa cieszyła się ogólną sympatią byle była sprawiedliwą i rodzinną.

Ciekawego przykładu dostarcza Islandia. Chrześcijaństwo ogłoszono tam religią panującą w r. 1000 i już w r. 1055 wspominają źródła biskupa islandzkiego Isleifera Gizurarsona. Zdaje się, że Kościół propagował łączność państwową z Norwegią, gdyż Hakon V objął zwierzchnictwo nad Islandią mając po swej stronie pewną ilość starostów rodowych, a nawet niektórych książąt plemiennych. W r. 1264 poddaje się już cała wyspa Magnusowi VI, przy czym nie wylano ani kropli krwi. Zastrzeżono tylko, że zwolnieni będą od wierności, gdyby król nie dotrzymał zobowiązań. Pierwszym dziełem nowych rządów było zaś ok., r. 1270 wprowadzenia administracji okręgowej.
Potrzeba organizacji i administracji narzuca się siłą okoliczności jeszcze mocniej w wypadkach, gdy brak organizacji rodowej.

Weźmy np., pod uwagę taki fakt opowiedziany przez znakomitego podróżnika, pułkownika Bronisława Grąbczewskiego.
Poszukiwacze złota w paśmie gór dzielących dorzecza Jezung Kosz i Kerji (w Azji Środkowej) urządzili sobie samorząd, bo na miejscu brak było jakiejkolwiek władzy. Gdy zebrało się ich do 50, wybierali wójta, który musiał wybór przyjąć, lecz nie mógł mieć krewnych w gronie towarzyszy, ani nie wolno mu było samemu złota poszukiwać. W zamian otrzymywał od wszystkich dwudziestą część wydobytego. Spory o granice działek ten sam wójt rozstrzygał. Za kradzież i przestępstwa grubsze karano chłostą lub nawet surowiej; sądziło i skazywało zebranie wójtów najbliższych ościennych kopalń; za zabójstwo, karane śmiercią, sądzili wójtowie całego okręgu w liczbie przynajmniej siedmiu. Apelacji w ogóle nie było. Wyroki wykonywano natychmiast, a nigdy nikt ze skazanych nie próbował odwołać się do władz chińskich, nominalnych zwierzchników tego terytorium. W późniejszych latach spotkał Grąbczewski podobne samorządy i samosądy u poszukiwaczy złota w Mandżurii. „Bractwo w miejscowości Załtuga w prowincji cicikarskiej w Mandżurii rządziło się autonomicznie w ciągu kilku lat, utrzymywało swoje wojsko i staczało prawdziwe bitwy z chińskimi wojskami rządowymi.”
Z Petersburga wyszedł potem rozkaz, żeby to „bractwo” zlikwidować.
Ci od razu wykluczyli mstę prywatną i wytworzyli sądownictwo działające w imieniu całego zrzeszenia. Sądownictwo zaś publiczne zaliczamy do pierwocin państwa.
Całe nieszczęście życia zbiorowego mieści się w tym, że człowiek z natury omylny – popełnia omyłki także co do miłości Boga i miłości bliźniego. Religijność wyradza się nieraz w bigoterię, w zarozumiałość powierzchownego pobożnisia, a nawet w obłęd religijny. A w imię miłości bliźniego ileż popełniało się i popełnia błędów!!! Jakaś niby religijna wzgarda dla zamożniejszych, jako mniej godnych; idealizowanie proletariatu, przy czym robią majątki „zawodowi proletariusze”; miłosierdzie opryszkowskie, żeby jednemu zabrać, a dać drugiemu; w ogóle należą tu wszelkie przypuszczenia, że ludzi można uszczęśliwić jakimiś urządzeniami mechanicznymi. Błędnym jest też mniemanie jakoby można było wymyślić receptę na szczęście, trafną i skuteczną raz na zawsze, dla wszystkich ludów i wszystkich czasów. Omyłka! Trafność urządzeń zależy od czasu, miejsca i okoliczności.
Kto tego nie wie, będzie popełniać w życiu publicznym błąd za błędem. Jedno tylko jest prawidło naprawdę ogólnie i powszechne: moralność oparta o dekalog.
Poczucie moralności – etyka – musi przenikać każdy nasz krok, i to w życiu publicznym jeszcze bardziej, niż w prywatnym. Okazaliśmy na przykładach, jak dekalog ma związek z życiem publicznym. Niechaj Czytelnik osądzi czy przydałby się politykom?

W czasach niemądrych haseł o państwo totalne wzniesiemy raczej z wołania, że chcemy etyki totalnej! Przez etykę totalną droga do lepszej przyszłości. Nie chodzi tu o jakieś nowe stronnictwo. Chodzi o coś więcej, znacznie więcej. Hasło etyki totalnej, to nowy prąd umysłowy. Może popłynie z nim także jakie stronnictwo?
Ludzie są jakby spragnieni prawa publicznego. Dlaczego i w jakim celu? Ażeby tym lepiej obwarować bezpieczeństwo prawa prywatnego! Poddają się porządkom państwowym i obmyślają je sami, ażeby tym wszechstronniej rozwijać walory społeczne.
Państwo jest w powszechnym mniemaniu zawsze owym grodem, ochroną życia i mienia. Mieści się w tym zapatrywanie, że państwo ma służyć społeczeństwu.
Żadną atoli miarą nie można przypisać państwu wyłącznej twórczości co do prawa publicznego. Błąd ten powstał z ekspansji bizantynizmu, stał się pewnikiem dla kultury bizantyńsko-niemieckiej, przez wpływy niemieckiej nauki rozpowszechnił się w całej Europie. Wytworzył się silny prąd, którego cechą i hasłem: uwielbienie państwa. Słyszy się we wszystkich językach: „Państwo najwyższym dobrem”. Zapytajmyż: jakie państwo? Czyż jakiekolwiek? W prawie publicznym powstał osobny dział prawa państwowego. Czyż mamy uznać je bezwzględnie, nie dbając na to, od jakiego rodzaju państwa ono wyszło? Chodzi o czystość źródeł tego prawa, to znaczy o jego zgodność z etyką. Albowiem „Wszelka władza pochodzi od Boga”, a to znaczy, że nie jest władzą ta, która nie od Boga pochodzi, tj., nie jest zgodna w wolą Bożą, z dekalogiem, i wynikającą z niego moralnością.

Tak sądzi o źródle prawa publicznego cywilizacja łacińska, a zatem zupełnie to samo co o prawie prywatnym. Jednako poddano je kryterium etyki.
Czy zaś państwa powstawały w sposób etyczny, czy też są amoralnymi z natury rzeczy? Gdyby tak było, musiałby zwolennik cywilizacji łacińskiej odrzucać z góry wszelkie prawo państwowe. Państwa wywodzą się atoli często z organicznego rozwoju, historycznego, bez przymusu wobec społeczeństwa. Istota państwa wymaga wprawdzie, by nieraz używać siły dla sankcji prawa, lecz z tego nie wynika bynajmniej, by przemoc miała stanowić w państwie źródło prawa. Pomylenie prawa a bezprawia na tle nauki o państwie nie jest doprawdy zaszczytem dla nikogo.

Powstaje to w związku z owym błędnym mniemaniem, o którym wspominano w rodziale pierwszym, jakoby prawo stanowiło tylko przejaw siły. W takim razie stanowi przeto o prawie ten, kto ma siłę, żeby wymusić posłuszeństwo dla swych nakazów i zakazów. Musielibyśmy w takim razie zarzucić rozróżnianie „mala in se” i „mala quia prohibita”, a porzucenie tej różnicy równałoby się porzuceniu cywilizacji łacińskiej. Prawo stałoby się uprawianiem bezprawia za pomocą formuł prawniczych, w które wszepiono kłamliwość. Prawo w ogóle, a zwłaszcza publiczne, byłoby igraszką sił fizycznych, byłoby właściwie tylko prawem silniejszego. Gdy tedy znajdzie się jeszcze silniejszy, powstanie automatycznie prawo nowe według jego woli.
Nigdy cywilizacja łacińska nie uzna prawa, wynikającego z przemocy. Uznawanie wszelkich takich (że tak się wyrażę) bękartów prawa pochodzi z wpływów innych cywilizacji, z mieszanki cywilizacyjnej.
Powstawały jednak państwa olbrzymie ogarniające wiele ludów, których nikt o ich wolę nie pytał. Państwa dobrowolne bywają, lecz bywają również narzucone, zdobywcze, zaborcze. Pośród przyczyn wojen niepoślednie miejsce zajmuje dotychczas chuć cudzego, chuć życia wygodniejszego cudzym kosztem. W wojowaniu zdobywczym tkwi często pasożytnictwo.
Zaborczość była w starożytności cechą powszechną państw. Egipt pierwszy wystąpił z hasłem, żeby „panować czterem stronom świata”. Faraonowie chcieli władać całemu znanemu sobie światu, tj., od Nilu do Eufratu. Do tego samego zmierzały inne państwa, jakie wytwarzały się na tych obszarach, poczynając od Asyrii i Babilonii. Jakżeż to znamienne, że Żydzi wyznaczali pierwotnie rozmaite granice państwu, jakiego spodziewali się od Jehowy. Asyryjczycy pierwsi stosowali tępienie ludności podbitej, a to samo przykazywał Jehowa Żydom w Palestynie. Zwojowano następnie Asyryjczyków ich własną bronią; wytępili ich Babilończycy. Ile tylko było państw w tamtych stronach, wszystkie przejęte były chucią zaborów na wszystkie strony, byle jak najdalej. Jeżeli istniały równocześnie dwa takie państwa pomiędzy Nilem a Eufratem, wojna na zabój stawała się nieuchronna pomiędzy nimi.

Niczego atoli twierdzić nie możemy o pierwszym okresie rozstroju państwa chińskiego. Nie wiemy w jaki sposób powstało to państwo olbrzymie, które stało się potem najbardziej pokojowym. Złączywszy ludy zjednoczone cywilizacyjne wspólnym pismem, nie posuwały się nigdy poza granice systemu pisma.
Niektórym państwom zaborczym powiodło się rozróść, ileż było takich, którym się nie powiodło. Czy było takie państewko, które by nie pragnęło stać się wielkim się nie powiodło. Czy było takie państewko, które by nie pragnęłoby stać się wielkim państwem? Nie trzeba tego wywodzić osobno, do jakiego stopnia robienie zaborów stało się powszechnym ideałem całej starożytności, a potem większej, znacznie większej części chrześcijaństwa. Gwałt, przemoc, ręka zbrojna rozstrzygały o losach państwa i same tworzyły nowe państwa. Nawet wielkie państwa powstawały metodą, którą można by nazwać śmiało opryszkową.

Inna rzecz, że samym opryszkostwem państwa długo się nie utrzyma. Historia dostarcza ciekawych przykładów robót opryszkowskich, z których wyłaniały się państwa. Faktem zaś jest, że opryszkostwo spotyka się często z uwielbieniem!
Któż z nas nie zna legendy o Ondrzjnikach, Janosikach, Doboszach? My delektujemy się nimi w opracowaniach literackich, poetyckich, ale lud ma ich za bohaterów bezwzględnie. Sprawa godna jest opracowania monograficznego przez jakiegoś etnologa z wykształceniem historycznym, bo to sprawa wszystkich ludów i wszystkich czasów. Ideał opryszkostwa był zawsze, a dziś nie ostygł bynajmniej! Morscy opryszkowie, korsarze, założyli państwo sródziemnomorskie w I wieku przed Chr. (wojny Pompejusza z nimi); wikingowie normańscy, budzący tyle zachwytu nawet w naukowych dziełach, byli po prostu korsarzami; potem mauretańscy korsarze przez dwa stulecia grabili… i dobywali się sławy. Wszyscy oni zakładali państwa wybrzeżne. A czym korsarz na morzu i na pomorzu, tam w głębi lądu żołnierz, najezdnik, zdobywca. Połowa dziejów Azji składa się z takiego zorganizowanego militarnie opryszkostwa, podniesionego do najwyższej możliwej skali.

W czasach najnowszych powstawało kilka państw czysto opryszkowskich w Azji i w Afryce. Z końcem XVI wieku kilkuset renegatów hiszpańskich w służbie marokańskiej Ahmeda Wspaniałego zakłada sobie podbojem olbrzymie państwo murzyńskie Songhoj ze stolicą w Gao. Wielce znamienne są losy kraju Laos, północno-zachodniej części Indochin francuskich. Pierwotną ludność wyprali najeźdźcy z Assamu. W XVII wieku było państwo Laos potęgą wystawiającą armię półmilionową. Z początkiem XIX zdobyli kraj Syjamczycy, zburzyli stolicę i rządzili w taki sposób, iż za naszych czasów, po dłuższej administracji francuskiej cała ludność wynosiła około roku 1927 ledwie półtrzecią miliona, zaledwie więc siedem razy tyle niż było przed trzystu laty samych żołnierzy; to znaczy, że zaludnienie jeszcze nie powróciło do stanu z przed trzech stuleci.

A Afryce południowej u Kafrów panował w latach 1812-1828 Czeka, zwany przez Europejczyków Atyllą kafryjskim. Zbierał drużyny celem rabunku bydła, obdarzając swych drużynników kilkoma sztukami za wierne służby i tą metodą doszedł do armii przeszło trzydziesto tysięcznej. Zjednoczył pod swym panowaniem 78 plemion a 40 wytępił. Takich jednopokoleniowych mocarstw bywało w Afryce sporo. Np., Uganda z czterema milionami mieszkańców, z czego 150.000 żołnierzy. Otrzymujący posłuchanie czołgali się tam po ziemi przed władzą. Biali porozbijali potem te państwa. Ostatnim była Kaszgaria. Założone zostało w r. 1865 przez Józefa Beka, któremu nadano przydomek „bedsnlet” tj., szczęściarz. W r. 1877 zamordował go brat żony, który atoli niedługo cieszył się dziedzictwem.
Zasadą rządów było w takich państwach zawsze, że panującemu wolno wszystko, czego tylko mu się zechce, że wszyscy są jego niewolnikami i wszystko jego własnością. Jest to atoli zasadą całego Orientu prócz Chin. Świat arabski nie był lepszy. W Egipcie Kalif Hakam nakazywał podpalić jedną połowę miasta, a drugą oddawał na rzeź i rabunek – w czasie pokoju, dla igraszki. W XI wieku wezyr Schaner kazał podpalić Kair i czterdzieści dni trwał pożar widocznie nie gaszony.
Pojęcie o zakresie władzy orientalnego despoty dają słowa chana Kandżutu w Azji Centralnej, Safder-Aliego w liście do generała Grąbczewskiego: „Wiedz, że jesteś w kraju gdzie nawet ptaki poczynają mieć siłę w skrzydłach dopiero otrzymawszy mój rozkaz”.

Nie wszystkie państwa rodzą się z opryszkostwa, geneza ich rozmaita; ale pragnę zwrócić uwagę, że można je zakładać także metodą opryszkowską. Coś z tej metody mieści się w każdym orientalnym absolutyzmie, a wpływy stamtąd na Zachód przedostawały się już w pierwszych wiekach po Chr. Opryszkowski zasiew rodził chwasty przez całe wieki i czyż przestał się rodzić! Zastanówmy się nad tym i nad teoriami niemieckimi, wmawiającymi nam, że państwo jest niemal boskiego pochodzenia! Niestety, nie brak państwowości wybitnie antyspołecznych.
W tym rodzaju prym jest przy cywilizacji turańskiej. Żadna inna nie może się z nią równać co do oparcia prawa państwowego wyłącznie na przemocy. Jest to tym bardziej znamienne, że samo pojęcie najwyższej władzy wywodzi się u tych ludów z monizmu prawa prywatnego.
Kolebką tej cywilizacji jest Azja środkowa. Tam wytworzył się swoisty ustrój obozowy, stanowiący największy i najwybitniejszy w historii mechanizm.
W tworzeniu się społeczności i społeczeństw azjatyckich odegrały czynniki polityczne rolę znacznie większą niż w Europie. Nie było nigdy jakiejś etnicznej społeczności huńskiej, tureckiej, mongolskiej, chazarskiej, mandżurskiej; były to związki „polityczne” ludów występujących pod tymi ogólnymi nazwami, a złożone wielce niejednolicie pod względem etniczym. W walce o byt materialny wybił się na miejsce naczelne pewien sposób, znany w Europie tylko w miniaturze. Jest nim utrzymywanie się z rzemiosła wojennego, co w konsekwencji doprowadziło do ciągłej, systematycznej zdobywczości, jako do najwyższej racji życia. Zawodowe rzemiosło wojenne rozeszło się w Azji tak dalece, że nasze europejskie kondotierstwo wygląda przy tym jakby igraszka. A Azji oparły na tym swój byt całe wielkie zrzeszenia. Wojowanie nieustanne ogranicza się z czasem do rozbojów u sąsiadów, lecz czasem wznosi się do zakładania wielkich państw zaborczych. Albo wojują, albo giną w bezczynnym zastoju. Robienie zaborów stało się w Azji od dawnych wieków pierwszorzędnym czynnikiem twórczym społeczeństw i państw. Rozkwitają one zdobywczością, upadają, a nawet rozkładają się i giną, gdy przestaną czynić zabory. Pełnia życia polega, zwłaszcza u ludów cywilizacji turańskiej, na tym żeby żyć jak najwięcej cudzym kosztem.

Przedsiębiorcy wojskowi zdobywali sobie państwa, których zostawali władcami, a żołnierzom swym rozdawali dobra podbitych. Gdy od takiego wodza (kondotiera) odwróci się fortuna i nie może już utrzymywać we wszelkich wygodach swych drużynników, rozpuszcza ich albo też oni sami go opuszczą i lud jego pójdzie szukać utrzymania pod innym jakim sztandarem. Losy wojny, świecąca lub gasnąca gwiazda kondotiera, rozstrzygały o tworzeniu się i zaniku ludów, zwłaszcza tureckich, najpochopniejszych do zawodowej żołnierki.

Te ludy – to pułki. Dochowanie po kronikach nazwy nie oznaczają „ludów” w naszym rozumieniu tego wyrazu, tj., zrzeszeń etnograficznych, lecz (przynajmniej pierwotnie) zrzeszenia ściśle militarne, bez względu na stosunki etniczne złożone częstokroć ze zbieraniny etnicznej z różnych stron. Gdy zabraknie im szczęśliwych pułkowników, wegetują w nędzy w zupełnej ciemnocie i apatii. Ludy-pułki zmieniają miejsce pobytu, wędrują setkami mil z żonami, dziećmi i dobytkiem, często na rozkaz swego wodza i władcy czy też w poszukiwaniu wodza nowego.
Z takiego przedsiębiorcy wojennego wyrósł dżingischan Temudżin, który wojskami swymi zajął pół Azji od Korei po Turkiestan.

Są to koczownicy wojenni, a wyłącznie ochotnicy. Mogą iść całe rody razem, lecz może ród się rodzielić, każdy wojownik rusza lub zostaje według własnej ochoty. Szukają szczęścia w świecie, jak się zdarzy, przygodnie. Wobec tego muszą się rozluźnić związki rodowe, a powstają nowe również niezbyt trwałe. Każdy przygotowany jest zawsze na zmianę. Brak tradycji sprawił, że struktura rodowa, a tym mniej plemienna, nie mogą nigdy należycie się rozwinąć.

Były to organizacje tylko na pół rodowe, a tym trudniej o poczucie plemienne. Plemieniem stawał się oddział wojskowy.
W ten sposób wytworzyła się w cywilizacji turańskiej specjalna kultura obozowa. Nadzwyczajne jej rozszerzenie uprawnia, żeby całą cywilizację turańską uważać w ogóle za obozową, gdyż cecha ta przeważa wielce.
Ludy-pułki nie mogą posiadać świadomości przynależności do jakiegoś miejsca lub do pewnej lokalnej własności etnicznej. Z reguły nie mają żadnej własnej nazwy. Zazwyczaj przyjmują nazwę od imienia swego kondotiera, np., Nogajcy, Osmanie, itp. Nazwa utrwali się, jeżeli ich przedsiębiorcy będzie towarzyszyć trwałe szczęście. Dzięki ustaleniu się przez długi czas na równej ziemi, Mandżurowie i Osmanie stali się społecznościami etnograficznymi, gdyż cechy ich poczęły się utrwalać genetycznie przez szereg pokoleń; nabierali więc cechy wspólnego pochodzenia, stając się jakby małą rasą. Nie doprowadzili do tego Awarowie, ani Hunowie, tworzący przez jakiś czas państwa o wielkiej rozmaitości etnograficznej.
Organizacja obozowa wywołuje pewne podobieństwa bez względu na pochodzenie etnograficzne. Można tu studiować na drużynach wojennych wschodniosłowiańskich, na koloniach wojskowych Apraksina, na austriackim „Pograniczu Wojskowym” (nad dolną Drawą i Sawą) itp. Zawsze łączono tam żołnierkę z rolnictwem – i zawsze bez rezultatu.

Gdzie wojowanie stanowi więź społeczną, nie da się osiągnąć wyższego szczebla kultury duchowej; wielkie opryszkostwo stawało się zaś żywiołem takich społeczeństw i państw, a nawet ich ideałem.

W cywilizacji turańskiej państwa znaczniejsze trwają tylko dopóty, póki rozszerzają swe granice; giną, gdy ich nie stać na dalsze zabory, a rozkwitnąć na nowo zdołają tylko wznowieniem zaborczości. Tak było z Mongołami i z Tatarami, Turkami i okazało się to na dziejach Rosji. Ponieważ zabory muszą się wyczerpać, państwa takie nie mogą kwitnąć długo, lecz tylko epizodami. Metoda opryszkowska mieści w sobie zarodki upadku.
Gdy chuć zaborów przeniknie do cywilizacji łacińskiej, sprowadzi również upadek. Ludwik XIV i Filip II podkopali wielkość Hiszpanii i Francji. Na Niemczech ustanowiła historia przykład ostrzegawczy. Ideał rozszerzania granic państwa poprzez zabory nie doprowadził nadto nigdy do osiągnięcia wyższego szczebla cywilizacyjnego; przeciwnie, sprowadził cofanie się, nawet choćby zabory przez jakiś czas się wiodły. Zaborczość to ideał nietrwały.

Za mojej młodości panował niepodzielnie pogląd, jakoby państwo żadne w ogóle nie mogło powstać bez najazdu z zewnątrz. A jednak państwo polskie wyjaśni się właśnie najdokładniej, odkąd porzucono hipotezę najazdu. Sam wywiodłem genezę jego organiczną i spontaniczną szczegółowo jeszcze w r. 1902. Jeżeli zaś do wytworzenia nowego państwa potrzebnym jest, żeby obok istniało państwo zaborcze, w jakiż sposób powstało to zaborcze?
Stanowczo historia zna także państwa dobrowolne, powstające automatycznie niejako, w każdym razie organicznie. Najazd nieść może tylko mechanizmy. Pośrednie miejsce pomiędzy państwami genezy pokojowej, ewolucyjnej a zaborczymi, zajmują w dziejach Europy państwa dynastyczne, tworzone przez dynastie międzynarodowe, nie tkwiące właściwie nigdzie, nie związane zasadniczo z żadnym krajem, ni z żadnym ludem. Typ ten przetrwał jednak aż do r. 1914 w swych przeżytkach.
Traktowanie krajów i narodów, jakby przedmiotów do podziału pomiędzy dynastie, mechanizowało sprawy, będące typowo organiczymi. Dziwił się z początkiem XIX wieku Czartoryski Adam, że dyplomaci interesują się granicami geograficznymi, lecz że im zupełnie obojętne są różnice duchowe ludów, że nie uznają granic „organizacji moralnej”. Zrobił uwagę, że w taki sposób „naturę żywą” poddaje się „naturze martwej”.

Prawo publiczne doszło w polityce do szczytu niemoralności. Zwyciężył na całej linii pogląd bizantyński i protestancko-niemiecki, że w sprawach państwowych nie obowiązuje etyka, a monarcha nie czyni nigdy nic złego, gdyż wolno mu wszystko.
Prawo publiczne w Europie skłóciło się z prywatnym, które na ogół pozostało przy zasadach moralności. To samo co wobec prawa prywatnego uchodziło za zbrodnię i było ścigane przez sądownictwo państwowe, to samo uchodziło w polityce nie tylko bezkarnie, ale nawet było wychwalane, jeżeli dawało zysk.
Przestępstwo popełniane dla zysku było czymś hańbiącym w życiu prywatny, a zaszczytem w publicznym. Wytworzyła się dwoistość etyki, uznana powszechnie za stan moralny. Żadne społeczeństwo, ani w ogóle żadne zrzeszenie nie zniesie długo bezkarnie tej dwoistości, ponieważ podgryza ono samo poczucie moralności. Następuje amoralność.

Niemoralność u góry jest wielce zaraźliwa, jako zły przykład i sprowadza istne zalewy niemoralności u dołu. Od niemoralnego prawa publicznego demoralizuje się prawo prywatne. Ogólny stan moralności psuje się, bo niejeden powie sobie, że nie trzeba się krępować i odrzucać niepewne zyski skoro uprawia się to u góry na wielką skalę, a temu stanowi rzeczy towarzyszą honory. U góry zaś nie zawsze odrzyna się dość stanowczo pas sprawy prywatnej polityka od pasa sprawy publicznej politycznej. Działy i kombinacje etyki stykają się, krzyżują się i …plączą; pojawiają się punkty, co do których można mieć wątpliwości, do którego pasa należą.
Miedza między nimi może się rozszerzać.
Doprowadziliśmy do tego, że rozwój moralności stał się niemal niemożliwy drogami życia prywatnego, bo życie publiczne spada na nie zbyt wielkim ciężarem i niszczy je. Moralność upada przeraźliwie, a podnieść dałaby się na nowo przez leczenie życia publicznego z amoralności. Albo prawo publiczne zostanie zreformowane w imię etyki, albo koniec wszelkiej etyce – ale też koniec naszej cywilizacji.

Jeżeli panować ma ład choćby w społeczności, a tym bardziej w społeczeństwie, w narodzie, w państwie, musi zachodzić współmierność pomiędzy życiem prywatnym a publicznym. Jedno i drugie musie kierować się metodami tej samej cywilizacji. Gdyby np., wprowadzić państwowość turańską nad ludnością, trzymającą się w życiu prywatnym cywilizacji łacińskiej, państwowość ta będzie jej obcą i wszyscy będą dokładać starań, żeby z nią mieć jak najmniej styczności; zamkną się przed obcym sobie ustrojem państwowym. Jeżeli ten przedział opadnie, życie prywatne pocznie nabywać cech turańskich, a zatem wad ze stanowiska cywilizacji łacińskiej. Ponieważ np., życie rodzinne nie może być urządzone jednocześnie według cywilizacji łacińskiej i turańskiej, więc rozprzęgnie się albo sturaniszczeje.
Ani w małżeństwie, ani w życiu rodzinnym, ani w prywatnym w ogóle, ani w publicznym nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Podobnież okażą się złe skutki, jeżeli życie prywatne a publiczne należałoby do różnych religii, lub też gdyby jedno z nich było areligijne, lub nawet antyreligijne. Życie prywatne nie może być zwalczane przez wymogi publicznego, ani też przeciwnie. A zatem obie dziedziny życia muszą trzymać się jednakowej etyki i podlegać współmiernie prawom tego samego systemu. Zasady prawa muszą tedy wywodzić się z prawa wyłonionego; narzucone nie zdołają bowiem nigdy przenikać na wskroś stosunków prywatnych.

W stosunku prawa prywatnego a publicznego zachodzą jeszcze względy innego rodzaju. Mogą się te prawa uzupełniać, istniejąc obok siebie, ale też mogą się wzajemnie niszczyć, stając przeciwko sobie. Zależy to od metody, jaką się traktuje ich stosunek. Sprawa ta posiada doniosłość historyczną pierwszorzędną.
W cywilizacji łacińskiej życie publiczne nie jest prostą amplifikacją prywatnego. Dualizm prawa należy do węgłów naszej cywilizacji, ruiną grozi jej wszelkie od tego zboczenie czy w tę, czy ową stronę.
W zakresie prawa publicznego spotykami się  z dalszą dwoistością społeczeństwa a państwa.


Zobacz na:
Jednostronne teorie rozwoju społecznego
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1430.0
Józef Kossecki: Zderzenie Cywilizacji
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1468.0
Feliks Koneczny - O ład w historii
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1688.0
Społeczne funkcjonowanie pojęć prawdy i piękna w różnych cywilizacjach
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1672.0
Nauka o cywilizacjach - Józef Kossecki
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1562.0
Cywilizacja żydowska. Organizacja bez organizacji
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=165.msg4206#msg4206
« Last Edit: (Tue) 13.09.2016, 15:49:10 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje