Author Topic: Źródło - Ayn Rand - fragment  (Read 1116 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Źródło - Ayn Rand - fragment
« on: (Mon) 17.02.2014, 18:16:44 »
Źródło - Ayn Rand - fragment


Ayn Rand to amerykańska pisarka i filozof. Pomimo tego, że jest bez wątpienia jedną z najbardziej wpływowych intelektualistek XX wieku (zwłaszcza w USA, gdzie jej powieść 'Źródło' jest drugą najpopularniejsza książka: zaraz po Biblii) wydaje się być raczej mało znana w naszym kraju.

Naszą uwagę zwróciła ona jednak nie tyle ze względu na swoja wpływowość i popularność, ile ze względu na bardzo spójną i radykalna wizję indywidualizmu jaką propagowała.  Oczywiście można by sporo tej wizji zarzucić  - chociażby fanatyczny racjonalizm czy przypisywanie twórczości jedynie jednostkom. Nawet jednak pomimo tych niewątpliwych niedociągnięć jej wizja wciąż niesie w sobie ogromny potencjał - wszak staje w obronie indywidualnej wolności, niezwykle bliskiej temu co odnajdujemy w Liber OZ.

Inspiracja jaką niesie jej twórczość znalazła w pewnym sensie odbicie w twórczości Marcelo Ramosa Motty, którego wizja ‘inteligentnego egoizmu’ jest w zasadzie bardzo zbliżona do ‘racjonalnego egoizmu’ Ayn Rand (choć oczywiście jest poszerzona o irracjonalne wątki które ona definitywnie odrzuca).



Zostawmy jednak na boku suche opisy i analizy, i spróbujmy poznać wizję jaka roztacza A.R. za pośrednictwem jej własnych słów. Tak się bowiem składa, że jakiś czas temu ukazał się polski przekład jej najsłynniejszej książki (czyli ‘Źródło’). I właśnie fragment tej książki chcielibyśmy tutaj przybliżyć:

"Tysiące lat temu pierwszy człowiek odkrył, jak krzesać ogień. Prawdopodobnie zginął na stosie, który nauczył swoich braci rozpalać. Uznano go za złoczyńcę, który zadał się z demonem. Od tego czasu ludzie mieli jednak ogień, który ogrzewał ich, oświetlał ich jaskinie, pozwalał ugotować posiłek. Ten pierwszy człowiek podarował ludziom coś, czego sami nie zdołali wymyślić i sprawił, że ziemia wyłoniła się z ciemności. Wiele wieków po nim ktoś inny wynalazł koło. Prawdopodobnie zginął wskutek tortury łamania kołem, które nauczył swoich braci konstruować. Uznano go za przestępcę, który przekroczył dozwolone granice. Od tego czasu ludzie mogli jednak podróżować poza horyzont. Podarował im coś, czego sami nie zdołali wymyślić i otworzył przed nimi drogi świata.

Ten niepokorny pionier jest bohaterem pierwszego rozdziału każdej legendy, jaką stworzyła ludzkość na temat swoich początków. Prometeusz został przykuty do skały i był rozszarpywany przez sepy za to, że ukradł bogom ogień. Adam został skazany na cierpienie za to, że zjadł owoc z drzewa wiedzy. Którąkolwiek legendę weźmiemy, z otchłani ludzkiej pamięci wyłania się świadomość, że chwała jest zasługą pojedynczego człowieka i że zapłacił on za swoją odwagę.

W ciągu wieków pojawiali się ludzie, którzy stawiali pierwsze kroki na nowych drogach, uzbrojeni jedynie w swoją własną wizję. Ich cele różniły się, ale łączyło ich to samo: ich krok był pierwszy, droga – nowa, wizja – własna, a odpowiedzią jaką otrzymywali była nienawiść. Wielcy twórcy – myśliciele, artyści, naukowcy, wynalazcy – samotnie stawiali czoło społeczeństwu swoich czasów. Każda wielka nowa myśl napotykała opór. Każdy wielki wynalazek był odrzucany. Pierwszy silnik uznano za głupotę. Samolot uważano za niemożliwy do skonstruowania. Krosno mechaniczne za przeklęte. Znieczulenie za grzeszne. Ale ludzie, którzy mieli własną wizję, parli do przodu. Walczyli, cierpieli, płacili. Lecz zwyciężali.

Żadnemu twórcy nie przyświecała idea służenia bliźnim, bo jego bliźni odrzucali dar, który im oferował, dar ten bowiem niszczył leniwą rutynę ich dni. Jedynym motywem postępowania, jakim kierował się wynalazca, była prawda. Jego własna prawda i jego własne dążenie do osiągnięcia jej na swój własny sposób. Symfonia, książka, silnik, filozofia, samolot czy budynek – to był cel jego życia. Nie ci, którzy słuchali, czytali, obsługiwali, wierzyli, latali czy zasiedlali dom, który stworzył. Dzieło, nie użytkownicy. Dzieło, nie korzyści, które będą z niego czerpać inni. Dzieło, które nadawało kształt jego prawdzie. Prawdzie będącej najwyższą wartością i tarczą, którą dzierżył przeciwko wszystkim ludziom.

Jego wizja, jego siła, jego odwaga pochodziły z jego własnego ducha. Duchem człowieka jest jego jaźń. Jedność, która stanowi jego świadomość. Myśleć, czuć, sądzić, działać – oto są funkcje ego.

Twórcy nie byli bezinteresowni, pozbawieni własnego ja. W tym tkwi cały sekret ich siły: była samowystarczalna, samonapędzająca się, samowytwarzająca się. Praprzyczyna, źródło energii, siła życiowa, czynnik nadrzędny.


I tylko żyjąc dla siebie, mógł osiągnąć rzeczy, które dziś są chlubą ludzkości. Taka jest natura osiągnięć.

Człowiek nie może przetrwac inaczej, jak tylko dzięki własnemu umysłowi. Przychodzi na ziemię nieuzbrojony. Jego mózg jest jego jedyną bronią. Zwierzęta zdobywają żywność siłą. Człowiek nie ma szponów, kłów, rogów ani wielkiej siły fizycznej. Musi hodować żywność lub polować na nią. Aby hodować, potrzebuje procesu myślenia. Aby polować, potrzebuje broni, a aby ją stworzyć – procesu myślenia. Od tej najprostszej potrzeby po najwyższą abstrakcję religijną, od koła po drapacz chmur, wszystko, czym jesteśmy i co mamy, pochodzi od jednego atrybutu człowieka – od jego rozumu.

Rozum jest jednak atrybutem jednostki. Nie istnieje rozum kolektywny. Nie istnieje myśl kolektywna. Porozumienie osiągnięte przez grupę ludzi jest tylko kompromisem, średnią wyciągniętą z wielu indywidualnych myśli. Konsekwencją wtórną. Akt pierwotny – proces rozumowania – odbywa się w głowie pojedynczego człowieka. Możemy podzielić posiłek pomiędzy wielu ludzi. Nie możemy go jednak przetrawić w kolektywnym żołądku. Żaden człowiek nie może użyczyć swoich płuc innemu człowiekowi. Żaden nie może używać swojego mózgu, by myśleć za kogoś innego. Wszystkie funkcje ciała i ducha są indywidualne. Nie można się nimi podzielić ani ich zamieniać.

Dziedziczymy produkty myśli innych ludzi. Dziedziczymy koło. Budujemy wóz. Wóz staje się samochodem. Samochód staje się samolotem Ale przez cały ten proces to, co otrzymujemy od innych, jest tylko końcowym produktem ich myśli. Siłą napędową jest zdolność twórcza, która przyjmuje ten produkt za materiał, używa go i rozpoczyna kolejny etap. Tej zdolności twórczej nie można dać ani otrzymać, podzielić się nią ani pożyczyć. Należy do jednostek. To, co stworzy jest własnością twórcy. Ludzie uczą się od siebie nawzajem, ale nauka to tylko wymiana materiałów. Żaden człowiek nie może przekazać drugiemu zdolności myślenia. A jednak to właśnie ta zdolność jest dla nas gwarancją przetrwania.

Na ziemi nic nie jest człowiekowi dane. Wszystko, czego potrzebuje, trzeba stworzyć. I tu człowiek staje przed podstawową alternatywą: może przetrwać tylko w jeden z dwóch sposobów – dzięki niezależnej pracy swojego umysłu lub jako pasożyt karmiący się umysłami innych. Twórca rozpoczyna. Pasożyt czerpie. Twórca stawia czoło przyrodzie samotnie. Pasożyt stawia jej czoło przez pośrednika.

Troską twórcy jest podbój przyrody. Troską pasożyta jest podbój ludzi.

Twórca żyje dla swojej pracy. Nie potrzebuje innych ludzi. Jego nadrzędny cel leży w nim samym. Pasożyt żyje, powielając. Potrzebuje innych. Inni stają się jego nadrzędnym celem.

Podstawową potrzeba twórcy jest niezależność. Rozumny umysł nie może pracować, gdy jest poddany jakiejkolwiek formie przymusu. Nie może być ograniczony, poświęcony czemuś ani podporządkowany żadnym okolicznościom. Wymaga to całkowitej niezależności w działaniu i motywach postępowania. Dla twórcy wszelkie stosunki z innymi ludźmi są rzeczą drugorzędną.

Podstawową potrzebą powielacza jest umacnianie więzi między ludźmi, którzy go żywią. Stosunki międzyludzkie stawia na pierwszym miejscu. Twierdzi, że człowiek istnieje, by służyć innym. Głosi altruizm.

Altruizm jest doktryną wymagającą, by człowiek żył dla innych i umieszczał ich ponad własnym ego.

Żaden człowiek nie może żyć dla innego człowieka. Nie może dzielić się duchem, tak samo jak nie może dzielić się ciałem. Ale powielacz użył altruizmu jako broni służącej wyzyskowi i przeinaczył podstawy zasad moralnych ludzkości. Wpojono ludziom to wszystko, co niszczy twórcę. Nauczono ich, ze zależność jest cnotą.

Człowiek, który usiłuje żyć dla innych, jest zależny. Jego motywy są motywami pasożyta. Czyni pasożyty z tych, którym służy. Taki związek nie wytwarza nic poza wzajemnym zepsuciem. Jest zasadniczo niemożliwy. Najbliższe mu jest niewolnictwo. Niewolnik to człowiek, który żyje, by służyć innym. Jeśli fizyczne niewolnictwo jest odrażające, to o ileż bardziej odrażająca jest koncepcja służalczości ducha? Człowiek wzięty do niewoli posiada resztki honoru. Można zapisać mu na plus to, że się opierał i że uważa swą obecną pozycję za złą. Ale człowiek, który z własnej woli czyni z siebie niewolnika i czyni to w imię miłości, jest najpodlejszym ze stworzeń. Degraduje godność człowieka i degraduje koncepcję miłości. Ale teka właśnie jest kwintesencja altruizmu.

Nauczono ludzi, że największą cnotą nie jest zdobywać, lecz dawać. Nie można jednak dać coś, czego przedtem nie stworzono. Tworzenie poprzedza rozdawanie – inaczej nie byłoby co rozdawać. Potrzeba twórcy poprzedza potrzebę każdego potencjalnego beneficjenta. A jednak uczą nas podziwiać powielacza rozdającego dobra, których nie wyprodukował i stawiać go ponad człowiekiem, który ich przysporzył . Sławimy dobroczynność. Wzruszamy ramionami w obliczu osiągnięć.

Nauczono ludzi, że ich największą troską powinno być, jak ulżyć innym w cierpieniu. Ale cierpienie jest chorobą. Kiedy ktoś napotyka się na nią, próbuje ulżyć i pomóc. Prawdziwą próba cnoty jest uczynienie z cierpienia istotnego elementu życia. A zatem człowiek musi pragnąć widoku cudzych cierpień, bo tylko dzięki nim może być cnotliwy. Taka jest natura altruizmu. Twórca nie myśli o chorobie, lecz o życiu. A jednak to jego praca eliminowała jedną chorobę po drugiej, w ludzkim ciele i duszy i przyniosła więcej ulgi w cierpieniu niż jakikolwiek altruista kiedykolwiek zdoła sobie wyobrazić.

Nauczono ludzi, że cnotą jest zgadzać się z innymi. Ale twórca to człowiek, który się nie zgadza. Nauczono ludzi, że cnota jest płynąć z prądem. Ale twórca to ktoś, kto płynie pod prąd. Nauczono ludzi, że cnota jest trzymać się razem, ale twórca to człowiek, który stoi sam.

Nauczono ludzi, że ego jest synonimem zła, a brak ego ideałem cnoty. Ale twórca jest egoistą w sensie absolutnym, a altruista kimś, kto nie myśli, nie czuje, nie sądzi i nie działa. To bowiem są funkcje ego.

Tutaj owo podstawowe odwrócenie norm jest najpełniejsze. Człowieka postawiono bez alternatywy – i bez wolności. Jako bieguny dobra i zła zaoferowano mu dwie koncepcje: egoizm i altruizm. Egoizm oznaczał poświęcenie się własnemu ego; altruizm – poświęcenie się egu innych. To nieodwołalnie wiązało człowieka z innymi ludźmi i nie pozostawiało mu innego wyboru, jak tylko ból zadawany innym w imieniu własnego ja. Potem okazało się, że człowiek musi znajdować w składaniu siebie w ofierze, a wtedy pułapka zamknęła się. Człowiek został zmuszony do zaakceptowania masochizmu jako swojego ideału – pod groźbą, że drugą ewentualnością jest sadyzm. To było największe oszustwo, jakie kiedykolwiek  popełniono wobec ludzkości.

To było narzędzie, za pomocą którego uczyniono z zależności i cierpienia fundamentalne zasady życia.

Nie chodzi o wybór między poświęceniem a dominacją. Chodzi o wybór między niezależnością a zależnością. Miedzy kodeksem twórcy, a kodeksem powielacza. To podstawowa kwestia. Kwestia wyboru między życiem a śmiercią. Kodeks twórcy oparty jest na potrzebach rozumnego umysłu, który pozwala człowiekowi przetrwać. Kodeks powielacza oparty jest na potrzebach umysłu niezdolnego do przetrwania. Wszystko, co pochodzi od niezależnego ego człowieka, jest dobre. Wszystko co wynika z zalewności człowieka od innych ludzi jest złe.   

Egoista w sensie absolutnym nie jest człowiek, który poświęca innych. Jest to ktoś, kto stoi ponad potrzebą wykorzystywania innych w jakikolwiek sposób. Nie działa poprzez nich. W żadnej ważnej sprawie nie kieruje się myślą o nich. Ani jego cel, ani tez jego myśl, ani jego pragnienia, ani źródło jego energii nie mają związku z innymi ludźmi. Nie żyje dla żadnego innego człowieka – i nie prosi nikogo, by żył dla niego. To jedyna forma braterstwa i wzajemnego szacunku możliwa pomiędzy ludźmi.

Stopień zdolności bywa różny, ale podstawowa zasada pozostaje taka sama: stopień niezależności człowieka, inicjatywa i miłość własna determinują jego talent jako pracownika i jego wartość jako człowieka. Niezależność jest jedyną miarą cnoty i wartości człowieka. To, czym jest i co z siebie robi, nie to, co zrobił lub czego nie zrobił dla innych. Nie ma substytutu dla godności osobistej. Nie ma innej normy godności osobistej, jak tylko niezależność.

We wszystkich zdrowych stosunkach międzyludzkich nie istnieje poświecenie jednej osoby dla drugiej. Architekt potrzebuje klientów, ale nie podporządkowuje swojej pracy ich żądaniom. Oni też go potrzebują, ale nie zamawiają domu tylko dlatego, by miał co robić. Ludzie wymieniają się swoją pracą za obopólna zgodą, dla obopólnego zysku, kiedy ich osobiste zainteresowania są zbieżne i kiedy pragną wymiany. Jeśli jej nie pragną, nie musza zadawać się ze sobą. Szukają dalej. To jedyna forma wzajemnej zależności możliwa miedzy równymi sobie. Wszystko inne jest zależnością niewolnika od pana ulub ofiary od kata.

Żadnej pracy nigdy nie wykonuje się kolektywnie, poprzez decyzję większości. Każda praca twórcza jest wykonywana pod przewodnictwem jednej indywidualnej myśli. Architekt do budowy swego domu potrzebuje wielu ludzi. Ale nie prosi ich, by głosowali na jego projekt. Działają razem dzięki niewymuszonej zgodzie i każdy jest wolny, występując we własnej roli. Architekt używa stali, szkła, betonu, które wyprodukowali inni. Ale materiały te są jedyni stalą, szkłem, betonem, dopóki on ich nie dotknie. To, co z nich uczyni, jest jego osobistym produktem i osobistą własnością. To jedyny model właściwej kooperacji między ludźmi.

Pierwszym prawem na ziemi jest prawo ego. Pierwszym obowiązkiem człowieka jest obowiązek wobec samego siebie. Jego prawem moralnym jest, aby nigdy nie umieszczał swego nadrzędnego celu w innych ludziach. Jego obowiązkiem moralnym jest robić to, czego pragnie, pod warunkiem, że głównym źródłem tego pragnienia jest on sam, nie inni. Dotyczy to całej sfery jego sił twórczych, jego myślenia, jego pracy. Nie dotyczy natomiast działań gangstera, altruisty i dyktatora.

Człowiek myśli i pracuje sam. Nie można kraść, wyzyskiwać ani rządzić w pojedynkę. Kradzież, wyzysk i władza zakładają istnienie ofiar. Implikują zależność. To sfery działania powielacza.

Ci, którzy rządzą ludźmi, nie są egoistami. Niczego nie tworzą. Istnieją całkowicie dzięki osobom trzecim. Ich cel leży w ich podwładnych, w dziele zniewalania. Są równie zależni jak żebrak, pracownik socjalny czy bandyta. Forma zależności nie ma znaczenia.
Ludzi nauczono jednak uważać powielaczy – tyranów, imperatorów, dyktatorów – za wcielenie egoizmu. Poprzez to kłamstwo zmuszono ich do zniszczenia ego, własnego i cudzego. Celem tego kłamstwa było zniszczenie twórców. Lub ujarzmienie ich. Co na jedno wychodzi.

Od zarania dziejów ścierały się ze sobą dwa przeciwieństwa: twórca i powielacz. Kiedy pierwszy twórca wynalazł koło, pierwszy powielacz zrewanżował mu się. Wynalazł altruizm.

Twórca – odrzucany, blokowany, prześladowany, wyzyskiwany – pracował dalej, posuwał się do przodu i niósł na swoich barkach całą ludzkość – dzięki swej energii. Powielacz nie dodał do tego procesu niż z wyjątkiem przeszkód. Zmagania te noszą tez inną nazwę: jednostka przeciw kolektywowi.

„Wspólne dobro” kolektywu – rasy, klasy, państwa – było sztandarem i usprawiedliwieniem każdej tyranii, jaką kiedykolwiek w historii dokonywało się w imię altruizmu. Czy jakikolwiek akt egoizmu można porównać z rzeziami apostołów altruizmu? Czy wina leży w hipokryzji człowieka, czy też w jego zasadach? Najstraszliwsi rzeźnicy byli najszczersi. Wierzyli, że dzięki gilotynie lub plutonowi egzekucyjnemu stworzą idealne społeczeństwo. Nikt nie kwestionował ich prawa do mordu, gdyż mordowali z pobudek altruistycznych. Przyjmowano, że trzeba poświęcić człowieka dla dobra innych ludzi. Aktorzy się zmieniają, tragedia jednak pozostaje taka sama. „Człowiek humanitarny” zaczyna od deklaracji miłości dla ludzkości, a kończy morzem krwi. Taki stan trwa i będzie trwał tak długo, jak długo ludzie nie przestaną wierzyć, że dobre są działania, które są „bezinteresowne”. To pozwala altruiście działać i zmusza jego ofiary by to znosiły. Liderzy ruchów altruistycznych nie proszą o nic dla siebie. Przyjrzyjcie się jednak ich rezultatom.

Jedyne dobro, jaki ludzie mogą uczynić dla siebie nawzajem i jedyna deklaracja ich właściwej zależności brzmi: ręce precz!

[...]

To odwieczny konflikt. Ludzie zbliżali się do prawdy, te jednak za każdym razem niszczono i jedna cywilizacja po drugiej upadała. Cywilizacja to postęp w kierunku społeczeństwa prywatności. Cała egzystencja dzikusa jest publiczna, rządzona prawami plemienia. Cywilizacja to proces uwalniania człowieka od innych ludzi."

Źródło: http://thelema.bloog.pl/drukuj.html?id= ... aid=610bee


Kilka fragmentów z książki Źródło:

— Powiedziałeś coś wczoraj o pierwszym prawie — rzekł. —
O prawie żądającym, by człowiek dążył do tego, co najlepsze. Zabawne... Nie rozpoznany geniusz — to stara historia. Czy myśla­łeś kiedyś o czymś znacznie gorszym — o geniuszu rozpoznanym zbyt dobrze? To, że tak wielu ludzi jest głupcami, którzy nie potrafią dostrzec tego, co najlepsze — to nic. Nie można się o to gniewać. Czy jednak rozumiesz, co to znaczy, jeśli ludzie to widzą i nie chcą tego?
— Nie.
— Nie. Ty byś tego nie zrozumiał. Przez całą noc o tobie myślałem. Nie spałem ani chwili. Wiesz, jaki jest twój sekret? Jest nim okropna niewinność.
Roark zaśmiał się, patrząc na jego chłopięcą twarz.
— Nie — powiedział Mallory. — To nie jest śmieszne. Wiem, O czym mówię — a ty nie. Nie możesz tego wiedzieć. Bo jesteś tak absolutnie zdrowy. Tak zdrowy, że nawet nie potrafisz sobie wyob­razić choroby. Wiesz, że istnieje, ale tak naprawdę w to nie wierzysz. Ja tak. Niektóre rzeczy wiem lepiej od ciebie, bo jestem słabszy. Rozumiem tę drugą stronę. To właśnie zrobiło ze mną... to, co zobaczyłeś wczoraj.
— Tego już nie ma.
— Chyba tak. Ale nie do końca. Nie boję się już. Ale wiem, że horror istnieje. I wiem, co to za horror. Ty nie jesteś w stanie tego sobie wyobrazić. Jakie jest najstraszliwsze przeżycie, które możesz sobie wyobrazić? Dla mnie — być bezbronnym w zamkniętej celi z głodnym drapieżnikiem albo z maniakiem, któremu jakaś zaraza wyżarła mózg. Tam nie miałbyś nic oprócz swojego głosu — i swo­ich myśli. Krzyczałbyś do bestii, dlaczego nie ma cię tknąć, używał­byś najbardziej wyrazistych słów, słów, na które nie ma odpowiedzi, stałbyś się narzędziem prawdy absolutnej. I widziałbyś, jak patrzą na ciebie żywe oczy. i wiedziałbyś, że ten stwór nie może cię usłyszeć, że nie można do niego dotrzeć w żaden sposób, a przecież oddycha i porusza się, tam, przed tobą, i ma swój własny cel. Oto horror. To właśnie wisi nad światem, skrada się gdzieś przez ludz­kość, ta sama rzecz, coś zamkniętego, bezrozumnego, skrajnie nie­pożądanego, ale mającego swój cel i swój spryt. Nie sądzę, bym był tchórzem, ale tego się boję. Wiem tylko, że to istnieje. Nie wiem, jaki ma cel; wiem jedynie, jaką ma naturę.

*************

— Howard Roark wybudował Świątynię Ducha Ludzkiego. Wi­dział człowieka silnego, dumnego, czystego, mądrego i pozbawio­nego lęku. Widział człowieka jako istotę bohaterską. I dla niego wybudował świątynię. Świątynia to miejsce, w którym człowiek ma doznawać uniesienia. Sądził, że uniesienie bierze się ze świadomości bycia niewinnym, widzenia prawdy i osiągania jej, życia w sposób tak doskonały, jak tylko to jest możliwe, nieznajomości wstydu
i nieposiadania powodu, by się wstydzić, bycia gotowym stanąć nago w pełnym słońcu. Myślał, że uniesienie oznacza radość i że radość jest naturalnym prawem człowieka. Myślał, że miejsce wy­budowane ku chwale człowieka jest miejscem świętym. Oto, co na temat człowieka i uniesienia myślał Howard Roark. Ellsworth Too- hey powiedział jednak, że świątynia jest pomnikiem głębokiej nie­nawiści do ludzkości. Ellsworth Toohey powiedział, że istota unie­sienia wyraża się w byciu śmiertelnie przestraszonym, padaniu na kolana i czołganiu się. Ellsworth Toohey powiedział, że najwięk­szym osiągnięciem człowieka jest zdać sobie sprawę z własnej marności i błagać o wybaczenie. Ellsworth Toohey powiedział, że to niemoralne nie przyjmować za rzecz oczywistą, że człowiek jest istotą, która potrzebuje przebaczenia. Ellsworth Toohey zobaczył, że ta budowla należy do człowieka i do ziemi — i powiedział, że ma ona brzuch zagrzebany w piasku. Gloryfikować człowieka, rzekł Ellsworth Toohey, to gloryfikować wulgarne przyjemności ciała, bo królestwo ducha jest dla człowieka nieosiągalne. Aby wejść do tego królestwa, rzekł Ellsworth Toohey, człowiek musi przyjść jak że­brak, na kolanach. Ellsworth Toohey kocha ludzkość.
— Panno Francon, nie rozmawiamy teraz o Ellsworcie Too- heyu, gdyby zatem zechciała pani ograniczyć się do...
— Nie potępiam Ellswortha Tooheya. Potępiam Howarda Roarka. Mówi się, że budynek musi stanowić część swego otoczenia. W jakim świecie Roark zbudował swoją świątynię? Dla jakich ludzi? Proszę rozejrzeć się dookoła Czy miejsce kultu może stać się święte, służąc ku chwale ludzi takich jak Hopton Stoddard? Jak Ralston Holcombe? Jak Peter Keating? Kiedy patrzycie na nich, czy niena­widzicie Ellswortha Tooheya? Czy też potępiacie Howarda Roarka za to, że tak strasznie się upokorzył? Ellsworth Toohey ma rację, ta świątynia jest świętokradztwem, choć nie w sensie, o jaki mu cho­dziło. Myślę jednak, że pan Toohey to wie. Kiedy widzicie człowieka rzucającego perły i nie dostającego w zamian nawet schabowego, to nie na świnię się oburzacie. Oburzacie się na człowieka, który tak nisko cenił swoje perły, że zachciało mu się rzucić je w gnój
i pozwolić, by stały się okazją do całego koncertu chrząkania trans- krybowanego przez stenografa sądowego.
— Panno Francon, nie wydaje mi się, by tego rodzaju zeznanie miało związek ze sprawą i było do przyjęcia...
— Proszę pozwolić świadkowi mówić — odezwał się nieocze­kiwanie sędzia. Nudził się, a figura Dominique stanowiła wdzięczny obiekt do obserwacji. Ponadto zdawał sobie sprawę, że widownia dobrze się bawi podekscytowana atmosferą skandalu, nawet jeśli sympatyzuje ze Stoddardem.
— Wysoki sądzie, wydaje mi się, że zaszło jakieś nieporozumie­nie — rzekł prokurator. — Panno Francon, na czyją korzyść pani zeznaje? Pana Roarka czy pana Stoddarda?
— Pana Stoddarda, rzecz jasna. Wymieniam powody, dla któ­rych pan Stoddard powinien wygrać proces. Przysięgłam mówić prawdę.
— Proszę kontynuować — rzekł sędzia.
— Wszyscy świadkowie mówili prawdę. Ale nie całą prawdę Ja jedynie wypełniam luki. Mówili o zagrożeniu i o nienawiści. Mieli rację. Świątynia Stoddarda jest zagrożeniem z wielu powodów. Gdyby pozwolono jej istnieć, żaden człowiek nie odważyłby się spojrzeć na siebie w lustrze. Okrucieństwem jest zrobienie ludziom czegoś takiego. Można ich prosić, by dążyli do bogactw, sławy, miłości, brutalności, morderstw, wyrzeczeń. Ale nie proście ich
o osiągnięcie szacunku dla samych siebie. Znienawidzą was. Oni wiedzą to najlepiej. Muszą mieć powody. Nie powiedzą, oczywiście, że was nienawidzą. Powiedzą, że to wy ich nienawidzicie. To dość bliskie prawdy, jak sądzę. Wiedzą, jakie uczucie wchodzi w grę. Oto ludzie—tacy, jacy są. Jaki zatem pożytek z bycia męczennikiem dla niemożliwego? Jaki pożytek ze stawiania budowli dla świata, który nie istnieje?
— Wysoki sądzie, nie widzę żadnego związku ze...
— Dowodzę pańskiej racji. Dowodzę, dlaczego należy podążać za Ellsworthem Tooheyem, co zrobi pan tak czy owak. Świątynia Stoddarda musi zostać zniszczona. Nie po to, by uratować ludzi przed nią, lecz by uratować ją przed ludźmi. Co za różnica? Pan Stoddard wygra. Zgadzam się w zupełności ze wszystkim, co tu powiedziano, z wyjątkiem jednego punktu. I nie sądzę, by wolno nam było go pominąć. Niszczmy, ale nie udawajmy, że spełniamy dobry uczynek. Przyznajmy, że jesteśmy kretami i protestujemy przeciwko szczytom gór. Albo, być może, jesteśmy lemingami, które nie potrafią powstrzymać się od płynięcia ku samozagładzie. Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili jestem równie bezużyteczna jak Ho­ward Roark. To jest moja Świątynia Stoddaida—pierwsza i ostatnia. To wszystko, wysoki sądzie — skłoniła się w stronę sędziego.

*******************

— Mdli mnie, kiedy na was patrzę — rzekł Toohey. — Na was wszystkich, sentymentalnych hipokrytów. Robicie to, co ja, rozsie­wacie ziarno, które w was zasiałem, bogacicie się na tym, ale nie macie odwagi przyznać się przed sobą do niczego. Na widok prawdy zieleniejecie. Taka pewnie wasza natura i to właśnie jest moja najgroźniejsza broń, ale Boże, jakże mam tego dosyć! Czasem chcę od was odsapnąć. Po to właśnie muszę przez całe swoje życie grać: dla takich małych, nędznych miernot jak ty. Żeby chronić waszą wrażliwość, wasze poglądy, wasze sumienia i spokój umysłu, które­go nie macie. Taka jest cena, którą płacę za to, czego pragnę, ale przynajmniej wiem, że muszę ją zapłacić. I nie mam złudzeń co do ceny zakupu.
— Czego... pragniesz... Ellsworth?
— Władzy, Petey.
W mieszkaniu piętro wyżej słychać było kroki, ktoś podskakiwał wesoło, jakby stepował. Lampa zadźwięczała i głowa Keatinga uniosła się posłusznie. Potem skierował ją znów na Tooheya. Ten uśmiechał się niemal obojętnie.
— Zawsze... mówiłeś... — zaczął Keating ze ściśniętym gard­łem i zamilkł.
— Zawsze mówiłem dokładnie to. Wyraźnie, precyzyjnie i otwar­cie. To nie moja wina, że nie słyszałeś. Oczywiście, mogłeś to usłyszeć, ale nie chciałeś. To było bezpieczniejsze niż głuchota. Dla mnie. Mówiłem, że chcę rządzić. Jak moi duchowi ojcowie. Ale mam więcej szczęścia niż oni. Odziedziczyłem owoc ich wysiłków i będę tym, który zobaczy, jak wielkie marzenie staje się rzeczywistością. Już dziś widzę to wszędzie dookoła. Rozpoznaję to. Nie podoba mi się. Nie oczekiwałem tego. Radość nie jest moim przeznaczeniem. Znajdę taką satysfakcję, do jakiej jestem zdolny. Będę rządził.
— Kim...
— Tobą. Światem. To tylko kwestia odkrycia dźwigni. Jeżeli nauczysz się, jak rządzić duszą jednego człowieka, możesz zawład­nąć resztą ludzkości. Dusza, Peter, dusza. Nie bicz, miecz, ogień ani armaty. To dlatego Cezarowie, Attyle i Napoleonowie byli głupcami i nie przetrwali długo. My przetrwamy. Dusza, Peter, to coś, czym nie można rządzić. Trzeba to złamać. Wbić klin, wepchnąć tam swoje palce — i człowiek jest twój. Nie potrzebujesz bicza — przyniesie ci go i poprosi o biczowanie. Przeprogramuj go — i jego własny mechanizm będzie pracował dla ciebie. Użyj go przeciwko niemu samemu. Chcesz wiedzieć, jak to się robi? Pomyśl, czy kiedykolwiek cię okłamałem Pomyśl, czy nie słyszałeś tego wszyst­kiego od lat, ale nie chciałeś zrozumieć, a zatem to ty jesteś sobie winien, a nie ja. Jest wiele sposobów. Oto jeden. Spraw, aby człowiek czuł się mały. Spraw, aby czuł się winny. Zabij w nim ambicję i uczciwość. To trudne. Nawet najgorsi z was na swój pokrętny sposób dążą do ideału. Zabij uczciwość, psując od wewnątrz. Wy­korzystaj ją przeciwko niej samej. Nakieruj ją na cel niszczący wszelką uczciwość. Głoś bezinteresowność. Mów mu, że musi żyć dla innych. Mów mu, że altruizm jest ideałem. Żaden z nich nigdy go nie osiągnął i żaden nigdy nie osiągnie. Żywy instynkt obecny w nim z krzykiem buntuje się przeciw niemu. Nie rozumiesz jednak, co uzyskasz? Człowiek zdaje sobie sprawę, że jest niezdolny do tego, co uznał za największą cnotę — i rodzi to w nim poczucie winy, grzechu, własnej bezwartościowości. Skoro najwyższy ideał jest nieosiągalny, stopniowo porzuca wszystkie inne ideały, ambicje, traci poczucie własnej wartości. Czuje się zobowiązany głosić to, czego nie potrafi czynić. Ale nie można być dobrym w połowie ani uczciwym mniej więcej. Zachowanie własnej uczciwości to ciężka praca. Po co zachowywać coś, o czym się wie, że już jest zepsute? Jego dusza porzuca szacunek dla siebie. I tu go masz. Będzie posłusz­ny. Będzie szczęśliwy, mogąc być posłuszny — bo nie może zaufać samemu sobie, czuje się niepewny, nieczysty. To jeden sposób. A oto inny. Zabij jego wyczucie wartości. Zabij w nim zdolność do rozpoznawania wielkości i osiągania jej. Wielkimi ludźmi nie da się rządzić. Nie chcemy żadnych wielkich ludzi. Nie zaprzeczaj kon­cepcji wielkości. Niszcz ją od środka. Wielkość jest rzadka, trudna, wyjątkowa. Ustanów takie kryteria sukcesu, by były osiągalne dla wszystkich, dla najmniejszych, najbardziej niekompetentnych, a po­wstrzymasz dążenie do wysiłku we wszystkich ludziach, wielkich i małych. Powstrzymasz wszelkie dążenie do poprawy, do doskona­łości, do perfekcji. Śmiej się z Howarda Roarka i przedstawiaj Petera Keatinga jako wielkiego architekta — zniszczyłeś architekturę. Po­pieraj Lois Cook — zniszczyłeś literaturę. Sławlke'a—zniszczyłeś teatr. Gloryfikuj Lancelota Clokeya—zniszczyłeś prasę. Nie próbuj burzyć wszystkich świątyń — przeraziłbyś ludzi. Uświęć miernotę — a świątynie zostaną zburzone. Jest jeszcze inny sposób. Zabijaj śmiechem. Śmiech jest wyrazem ludzkiej radości. Naucz się stoso­wać go jako niszczącą broń. Zmień go w szyderstwo. To proste. Każ im śmiać się ze wszystkiego. Powiedz im, że poczucie humoru jest bezgraniczną cnotą. Nie pozwól, by w duszy ludzkiej pozostało cokolwiek świętego — a dusza przestanie być święta. Zabij cześć — i zabiłeś bohatera w człowieku. Czci nie oddaje się, chichocząc. Będzie bezgranicznie posłuszny — cokolwiek wchodzi w grę, nic nie jest zbyt poważne. A oto inny sposób. Ten jest najważniejszy. Nie pozwalaj ludziom być szczęśliwymi. Szczęście jest samodzielne i samowystarczalne. Szczęśliwi ludzie nie mają dla ciebie czasu ani wartości. Szczęśliwi ludzie są wolni. Więc zabij w nich radość życia. Zabierz im to, co jest im drogie i co jest dla nich ważne. Nigdy nie pozwól, by mieli to, czego pragną. Spraw, by czuli, że sam fakt posiadania osobistych pragnień jest złem. Doprowadź ich do stanu, w którym powiedzenie „pragnę" nie jest już naturalnym prawem, lecz przyznaniem się do winy. Altruizm będzie ci bardzo pomocny. Ludzie nieszczęśliwi przyjdą do ciebie. Będziesz im potrzebny.
Przyjdą po pociechę, po wsparcie, po ucieczkę. Natura nie dopuszcza próżni. Opróżnij duszę ludzką, a miejsce, które po niej pozostanie, jest twoje. Nie wiem, dlaczego jesteś taki zszokowany, Peter. To najstarsza ze wszystkich metod. Przyjrzyj się historii. Przyjrzyj się jakiemukolwiek wielkiemu systemowi etycznemu, od Wschodu po­cząwszy. Czyż nie głosiły one poświęcenia osobistej radości? Pod płaszczykiem przeróżnych komplikacji werbalnych czyż wszystkie one nie miały jednego motywu: poświęcenia, rezygnacji, wyrzecze­nia się siebie? Czyż nie zdołałeś wychwycić ich refrenu: „Poddaj się, poddaj się, poddaj się"? Przyjrzyj się moralnemu klimatowi naszych dni. Wszystko, co sprawia przyjemność, od papierosów poprzez seks, ambicję, chęć zysku uważane jest za niemoralne czy grzeszne. Dowiedź, że jakaś rzecz czyni człowieka szczęśliwym, a potępisz ją. Oto, jak daleko zaszliśmy. Powiązaliśmy szczęście z winą. Trzyma­my ludzkość za gardło. Złóż ofiarę ze swego pierworodnego — leż na pryczy z gwoździ — idź na pustynię, by umartwiać ciało — nie tańcz — nie chodź w niedzielę do kina — nie próbuj się wzbogacić — nie pal — nie pij. To wszystko ta sama linia. Długa linia. Głupcy sądzą, że tego typu zakazy to nonsens. Relikt przeszłości, staroć. Ale w każdym nonsensie jest jakiś cel. Nie trać czasu na badanie natury szaleństwa—zadaj sobie pytanie, do czego prowadzi. Każdy system etyczny, który głosił poświęcenie, doszedł do wielkiej władzy i rzą­dził milionami ludzi. Trzeba to, rzecz jasna, zakamuflować. Trzeba powiedzieć ludziom, że osiągną wyższą formę szczęścia, rezygnując ze wszystkiego, co czyni ich szczęśliwymi. Nie musisz wykładać tego zbyt jasno. Używaj mętnych słów. „Uniwersalna harmonia", „wieczny duch", „boski cel", „nirwana", „raj", „supremacja raso­wa", „dyktatura proletariatu". Wewnętrzne zepsucie, Peter. Najstar­szy sposób. Ta farsa trwa od wieków i ludzie wciąż dają się nabrać. A próba powinna być taka łatwa: wsłuchaj się w słowa jakiegokol­wiek proroka i gdy tylko usłyszysz, że mówi o poświęceniu, uciekaj. Uciekaj szybciej niż przed dżumą. To logiczne, że tam, gdzie jest poświęcenie, jest też ktoś, kto zbiera ofiary. Tam, gdzie jest służba, jest też ktoś, komu służą. Człowiek, który mówi ci o poświęceniu, mówi o sługach i panach. I zamierza być panem. Ale jeśli kiedykol­wiek usłyszysz człowieka, który mówi ci, że musisz być szczęśliwy, że to twoje naturalne prawo, że naczelnym obowiązkiem dla siebie jesteś ty sam — będzie to ktoś, kto nie poluje na twoją duszę. Będzie to człowiek, który nie potrzebuje od ciebie niczego. Ale niech tyl­ko nadejdzie, a wszyscy wyrywacie sobie włosy z pustych głów, wrzeszcząc, że jest samolubnym potworem. A zatem oszustwo jest bezpieczne na wiele kolejnych stuleci. Być może jednak zauważyłeś pewną rzecz. „To logiczne", powiedziałem. Rozumiesz? Ludzie mają przeciwko tobie broń. Logikę. Rozum. Musisz więc postarać się odebrać im go. Nadkruszyć fundamenty, na których się opiera. Bądź jednak ostrożny. Nie zaprzeczaj niczemu. Nigdy niczemu nie zaprzeczaj, bo sprawa wymknie ci się z rąk. Nie mów, że rozum jest zły — choć był ktoś, kto to powiedział i odniósł oszałamiający sukces. Mów jedynie, że rozum jest ograniczony. Że istnieje coś ponad nim. Co? W tej kwestii też nie musisz wypowiadać się zbyt jasno. Możliwości są niewyczerpane. „Instynkt", „uczucie", „obja­wienie", „boska intuicja", „materializm dialektyczny". Jeżeli dasz się złapać w jakimś ważnym miejscu i ktoś powie ci, że twoja doktryna nie ma sensu — będziesz na to przygotowany. Mówisz mu, że istnieje coś, co jest ponad sensem. Że nie powinien próbować myśleć: musi czuć. Wierzyć. Odrzuć rozum, a wygrasz każdą grę. Wszystko będzie szło tak, jak sobie zażyczysz, kiedykolwiek sobie tego zażyczysz. Złapałeś go. Czy można rządzić człowiekiem myś­lącym? Nie potrzebujemy ludzi myślących.
Keating usiadł na podłodze obok komody: czuł się zmęczony, więc po prostu skrzyżował nogi. Nie chciał oddalać się od komody. Oparty o nią czuł się bezpieczniej, jak gdyby wciąż zawierała papier, który wydał.
— Słyszałeś to wszystko, Peter. Od dziesięciu lat patrzysz, jak to praktykuję. Widzisz, jak praktykuje się to na całym świecie. Dlaczego jesteś taki zdegustowany? Nie masz prawa siedzieć tu i gapić się na mnie z tą cnotliwą wyższością człowieka zszokowane­go. Grasz w te same klocki. Wziąłeś swoją działkę i musisz brnąć dalej. Boisz się zobaczyć, dokąd to prowadzi. Ja nie. Powiem ci. Do świata przyszłości. Do świata, którego pragnę. Do świata posłuszeń­stwa i jedności. Do świata, w którym myśl każdego człowieka nie będzie jego własną myślą, lecz usiłowaniem odgadnięcia myśli sąsiada, który nie będzie miał własnych myśli, lecz usiłowanie odgadnięcia myśli kolejnego sąsiada, który nie będzie miał włas­nych... i tak dalej, Peter, dookoła świata. Bo wszyscy muszą się zgadzać ze wszystkimi. Świat, w którym żaden człowiek nie będzie miał własnych pragnień, lecz skieruje wszystkie swoje wysiłki na zaspokajanie pragnień sąsiada, który nie będzie miał innych prag­nień, jak tylko zaspokajanie pragnień następnego sąsiada, który też nie będzie miał pragnień... dookoła świata, Peter. Bo wszyscy muszą służyć wszystkim. Świat, w którym człowiek nie będzie pracował z pobudek tak niewinnych jak pieniądze, lecz dla tego bezgłowego monstrum — prestiżu. Aprobata innych — ich dobre zdanie — zdanie ludzi, którym nie będzie wolno posiadać własnego zdania. Ośmiornica z mnóstwem czułek i bez mózgu. Zdanie, Peter? Nie zdanie, lecz sondaże opinii publicznej. Średnia wyciągnięta z zer, bo żadna indywidualność nie będzie miała prawa istnieć. Świat z ode­rwanym silnikiem i z jednym sercem, pompowanym ręcznie. Pom­powanym moją ręką — i rękoma kilku innych ludzi mego pokroju. Ludzi, którzy wiedzą, co wprawia was w ruch — was, wielkich wspaniałych przeciętnych, was, którzy nie powstaliście z furią, gdy nazywaliśmy was przeciętnymi, małymi, zwyczajnymi, was, którzy polubiliście i zaakceptowaliście te określenia. Będziecie siedzieć, wyniesieni na tron i uświęceni, wy, maluczcy, absolutni władcy, na widok których wszyscy dawni władcy będą skręcać się z zazdrości, absolutni, nieograniczeni, Bóg, Prorok i Król razem wzięci. Vox populi. Przeciętni, zwyczajni, ujednoliceni. Czy wiesz, jaki jest antonim do ego? Banał, Peter. Banał jako zasada. Ale nawet to, co oklepane, musi być kiedyś przez kogoś zapoczątkowane. To będzie nasze zadanie. Vox Dei. Będziemy się upajać nieograniczonym pod­daństwem — ze strony ludzi, którzy nie nauczyli się niczego innego, jak tylko być poddanymi. Będziemy to nazywali „służbą". Będziemy wręczać medale za służbę. Będziecie się nawzajem zabijać w walce o to, kto potrafi się poddać lepiej i pełniej. Nie będzie innych wyróżnień, o które można by zabiegać. Żadnej innej formy osobiste­go osiągnięcia. Dostrzegasz w tym obrazie Howarda Roarka? Nie? A zatem nie marnuj czasu na głupie pytania. Wszystko, czym nie można rządzić, musi odejść. A jeśli od czasu do czasu urodzi się jakieś dziwadło, nie przeżyje więcej niż dwanaście lat. Kiedy jego mózg zacznie funkcjonować, poczuje ciśnienie i eksploduje. Ciśnie­nie obliczone na próżnię. Czy wiesz, co dzieje się ze stworzeniami żyjącymi w głębinach oceanu, gdy wydobywa się je na światło słoneczne? Tyle, jeśli chodzi o przyszłość Roarka. Pozostali będą się uśmiechać i słuchać. Czy zwróciłeś uwagę, że imbecyl zawsze się uśmiecha? Pierwsze zmarszczenie brwi jest pierwszym dotykiem Boga na czole człowieka. Dotykiem myśli. Ale my nie będziemy mieli ani Boga, ani myśli. Tylko głosowanie za pomocą uśmiechów. Automatyczne dźwignie — wszystkie mówiące „tak"... Gdybyś był nieco bardziej rozgarnięty — jak twoja była żona, na przykład — zapytałbyś teraz: a my, władcy? A ja, Ellsworth Monkton Toohey? Tak, odrzekłbym, masz rację. Nie osiągnę więcej niż wy. Nie będę miał innego celu, jak tylko pilnowanie, byście byli zadowoleni. Kłamanie, schlebianie wam, wychwalanie was, pompowanie waszej próżności. Wygłaszanie mów o ludziach i wspólnym dobru. Peter, mój stary, biedny przyjacielu, jestem najbardziej bezinteresownym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałeś. Mam mniej niezależno­ści niż ty, którego zmusiłem do sprzedania własnej duszy. Ty przy­najmniej wykorzystywałeś ludzi po to, żeby zdobyć coś dla siebie. Ja nie chcę niczego dla siebie. Wykorzystuję ludzi po to, by ich wykorzystać. To moja jedyna funkcja i satysfakcja. Nie mam osobi­stego celu. Pragnę władzy. Pragnę mojego świata przyszłości. Niech wszyscy żyją dla wszystkich. Niech wszyscy się poświęcają, a nikt nic nie zyskuje. Niech wszyscy cierpią i nikt się nie raduje. Niech zatrzyma się postęp. Niech wszystko stanie w miejscu. W stagnacji jest równość. Wszyscy posłuszni woli wszystkich. Uniwersalne nie­wolnictwo — pozbawione nawet godności pana. Niewolnictwo nie­wolnictwa. Wielkie koło — i całkowita równość. Świat przyszłości.
— Ellsworth... ty jesteś...
— Szalony? Boisz się to powiedzieć? Siedzisz tu i tylko to ci przychodzi do głowy. To twoja ostatnia nadzieja. Szalony? Rozej­rzyj się dookoła. Weź moją gazetę i przeczytaj nagłówki. Czyż nie nadchodzi? Czyż nie jest już tutaj? Wszystko, o czym ode mnie usłyszałeś? Czyż nie połknęło już Europy i czyż my nie zmierzamy z wolna ku temu samemu? Wszystko, co powiedziałem, zawiera się w jednym jedynym słowie: kolektywizm. Czyż nie on właśnie jest bogiem naszego stulecia? Działać razem. Myśleć — razem. Czuć — razem. Jednoczyć się, zgadzać, podporządkowywać. Podporządko­wywać się, służyć, poświęcać. Dziel i rządź — najpierw. Potem — łącz i rządź. Wreszcie odkryliśmy to ostatnie. Pamiętasz cesarza rzymskiego, który powiedział, że chciałby, aby ludzkość miała jedną głowę, by mógł ją ściąć? Ludzie śmiali się z niego przez całe wieki. Ale my będziemy się śmiać ostatni. Osiągnęliśmy to, czego on osiągnąć nie zdołał. Nauczyliśmy ludzi łączyć się. Dzięki temu głowa gotowa jest do ścięcia. Odkryliśmy magiczne słowo. Kolekty­wizm. Spójrz na Europę, głupcze. Czyż nie potrafisz przejrzeć tych bzdur i dojrzeć kwintesencji? Jeden z krajów hołduje przekonaniu, że człowiek nie ma praw, że kolektyw jest wszystkim. Jednostka jest złem, masa — Bogiem. Jedyne dozwolone pobudki i cnoty to te, które służą proletariatowi. To jedna wersja. A oto inna. Kraj, który hołduje przekonaniu, że człowiek nie ma praw, że państwo jest wszystkim. Jednostka jest złem, rasa — Bogiem. Jedyne dozwolone pobudki i cnoty to te, które służą rasie. Czy robię z igły widły, czy też taka jest już w tej chwili rzeczywistość dwóch kontynentów? Obserwuj ruch obcęgów. Jesteś zmęczony jedną wersją — przepy­chamy cię do drugiej. Przychodzisz i wychodzisz. Zamknęliśmy drzwi, spreparowaliśmy monetę: orzeł — kolektywizm, reszka — kolektywizm. Zwalczaj doktrynę, która morduje jednostkę, doktry­ną, która morduje jednostkę. Oddaj swoją duszę radzie — albo oddaj ją przywódcy. Ale oddaj ją, oddaj, oddaj. Moja technika, Peter. Podawaj truciznę jako żywność i truciznę jako antidotum. Puszczaj wodze fantazji co do otoczki, ale trzymaj się głównego celu. Daj głupcom wybór, niech się cieszą—nie zapominaj jednak o jedynym celu, jaki musisz zrealizować. Zabij jednostkę. Zabij duszę człowie­ka. Reszta nastąpi automatycznie. Obserwuj stan świata w chwili obecnej. Czy nadal uważasz, że jestem szalony, Peter?
« Last Edit: (Thu) 28.05.2015, 01:51:56 by Anomalia »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje