Author Topic: Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie – David Eagleman  (Read 1381 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie – David Eagleman

Jeśli ktoś interesuje się poznawaniem samego siebie to można znaleźć w niej sporo ciekawostek. Autor przedstawia wiele badań empirycznych i według mnie zachowuje umiar w przekonywaniu co do swoich hipotez.
Poniżej kilka fragmentów z książki na zachętę, bo jest w niej sporo ciekawostek:)

 
Rozbiór doświadczenia

Pewnego popołudnia pod koniec pierwszego dziesięciolecia XIX wieku Ernst Mach, fizyk i filozof, zaczął się dokładnie przyglądać ułożonym obok siebie kartkom papieru w tym samym kolorze. Interesowała go kwestia percepcji, zwrócił więc uwagę na zastanawiający szczegół. Coś było nie tak. Podzielił kartki, popatrzył na każdą z osobna, po czym znów ułożył je tak jak wcześniej. Wtedy zdał sobie sprawę, co mu się nie zgadza: kartki oglądane oddzielnie były jednokolorowe, lecz jeśli ułożyło się je w rzędzie, każda wydawała się nieco jaśniejsza po lewej stronie, a ciemniejsza po prawej. (Przekonacie się, że każda z karteczek z rysunku ma jednolitą barwę, kiedy zakryjecie wszystkie pozostałe).



To złudzenie optyczne nazwano pasmem Macha. Jeśli wie się, jak ono działa, można dostrzec jego efekty również w innych sytuacjach – na przykład na styku ścian w rogu pokoju. Różnica w oświetleniu sprawia, że farba w samym rogu wydaje się jaśniejsza lub ciemniejsza. Niewykluczone, że zauważyliście to dopiero teraz, chociaż patrzyliście w życiu na wiele ścian. Podobnie renesansowi artyści w którymś momencie zwrócili uwagę, że znajdujące się w dalekim tle góry wydają się niebieskawe – a zauważywszy to, zaczęli je w ten sposób malować Wszyscy wcześniejsi twórcy kompletnie nie zdawali sobie sprawy ze zmiany odcienia, chociaż też mieli to przed oczami.
Dlaczego nie dostrzegamy rzeczy tak oczywistych? Czy jesteśmy aż tak kiepskimi obserwatorami? Tak, obserwacja wychodzi nam zaskakująco marnie. Introspekcja też nie jest w stanie pomóc: jesteśmy przekonani, że widzimy wszystko wyraźnie, dopóki coś nie uświadomi nam, że jednak się mylimy. W dalszej części tego rozdziału nauczymy się uważnie przyglądać temu, co widzimy.
Czym naprawdę są nasze doświadczenia, a czym nie są?

(…)

 

Tajemnica sekserów kurcząt i obserwatorów samolotów

Najlepsi sekserzy kurcząt pochodzą z Japonii. Gdy w wielkich wylęgarniach wykluwają się pisklęta, zazwyczaj są dzielone na samce i samice – procedura ta nosi nazwę seksowania. Jest konieczna, ponieważ typ karmy zależy od płci: inaczej karmi się kury, których zadaniem będzie znoszenie jaj, a inaczej koguty (tylko nieliczne samce tuczy się na mięso). Zadanie seksera polega więc na tym, by podnieść każde pisklę, szybko ocenić jego płeć i włożyć je do odpowiedniego pojemnika. Problem w tym, że to niezwykle trudna praca: małe samczyki i samiczki wyglądają identycznie.
No, prawie identycznie Japończycy wymyślili metodę seksowania kurczaków zwaną seksowaniem kloacznym, która pozwala ekspertom w tej dziedzinie błyskawicznie ustalić płeć jednodniowych piskląt. Od lat trzydziestych XX wieku hodowcy drobiu z całego świata zjeżdżają do szkoły seksowania kurcząt Zen-Nippon w Japonii, by nauczyć się tej techniki. Sęk w tym, że nikt nie był w stanie im dokładnie wyjaśnić, jak to się robi. Metoda miała polegać na jakichś subtelnych wskazówkach wzrokowych, lecz zawodowi sekserzy nie potrafili ich wymienić Patrzyli na kuperek (gdzie znajduje się kloaka) i po prostu wiedzieli, do którego koszyka kurczaka włożyć
I w ten sposób uczyli nowych sekserów. Mistrz stał nad podopiecznym i przyglądał się jego pracy. Uczeń brał do ręki pisklę, oglądał kuper i wrzucał je do jednego lub drugiego kosza. Zawodowiec mówił wtedy: „dobrze” albo „źle”. Po wielu tygodniach takiego treningu mózg ucznia był już wyćwiczony do perfekcji – ale uczeń świadomie nie wiedział nic.
Tymczasem na dnigim końcu świata rozgrywała się bardzo podobna historia. Podczas drugiej wojny światowej zagrożeni bombardowaniami Brytyjczycy musieli znaleźć jakiś sposób na szybkie i poprawne rozpoznawanie nadlatujących samolotów. Które kropki na horyzoncie zamienią się w powracających aliantów, a które w niemieckie bombowce? Kilku miłośników lotnictwa okazało się doskonałymi obserwatorami, więc armia natychmiast zaproponowała im współpracę. Ich rola była tak istotna, że rząd postanowił zatrudnić więcej takich osób, lecz znalezienie odpowiednich ludzi okazało się niezwykle trudnym zadaniem. Poproszono wówczas „etatowych” obserwatorów o wyszkolenie nowych – co ciekawe, rezultaty były mierne. Próbowali wyjaśnić swoje metody pracy, lecz szło im bardzo kiepsko. Nikt, nawet inni obserwatorzy, nie potrafił pojąć, w czym rzecz. Podobnie jak sekserzy kurcząt, nie wiedzieli, co dokładnie robią – po prostu dostrzegali różnice.
W końcu Brytyjczycy wpadli na pomysł, jak skutecznie szkolić nowych obserwatorów samolotów: metodą prób i błędów. Uczeń patrzył na samolot i zgadywał, a ekspert stwierdzał, czy to poprawna, czy niepoprawna odpowiedź. Po jakimś czasie uczniowie stawali się posiadaczami tajemniczej, niewytłumaczalnej wiedzy.
Między tym, co wiemy, a tym, czego jesteśmy świadomi, może istnieć spora przepaść Badania nad umiejętnościami, które trudno poddać introspekcji, pokazują coś zaskakującego – pamięć ukryta jest całkowicie odrębna od jawnej, a uszkodzenie jednego typu nie ma wpływu na ten drugi. Dobrym przykładem są pacjenci z amnezją następową, którzy tracą zdolność świadomego zapamiętywania nowych doświadczeń. Jeśli spędzicie kilka godzin, próbując nauczyć ich gry Tetris, następnego dnia powiedzą wam, że nie pamiętają niczego takiego i nigdy wcześniej tej gry nie widzieli, a najprawdopodobniej również, że nie mają pojęcia, kim jesteście Kiedy jednak przyjrzycie się ich wynikom w grze, zauważycie postęp, taki sam jak u ludzi z poprawnie działającą pamięcią. Ich mózgi nauczyły się zasad, tyle że ich świadomość nie ma dostępu do tej informacji. (Co ciekawe, jeśli obudzi się pacjenta z amnezją w środku nocy po dniu, który spędził na grze w Tetris, powie wam, że śnił o spadających kolorowych figurach, choć nie będzie umiał powiedzieć dlaczego).
Oczywiście nie tylko sekserzy kurcząt, obserwatorzy samolotów i pacjenci z amnezją uczą się czegoś podświadomie: w zasadzie wszystkie nasze interakcje ze światem na tym się opierają. Być może trudno wam będzie opisać słowami sposób chodzenia waszego ojca, kształt jego nosa lub śmiech, lecz kiedy zobaczycie kogoś, kto chodzi, wygląda lub śmieje się tak samo, natychmiast zauważycie podobieństwo.

 
Otwórz oczy

Fakt widzenia wydaje się rzeczą tak naturalną, że trudno nam docenić niezwykle skomplikowaną mechanikę tego procesu. Być może zdziwi was fakt, że mniej więcej jedna trzecia ludzkiego mózgu zajmuje się „obsługą” wzroku. Mózg musi wykonać ogromny wysiłek, aby poprawnie zinterpretować miliardy fotonów docierających do naszych oczu. Ściśle rzecz ujmując, wszystkie sygnały wzrokowe są wieloznaczne:

na przykład ilustracja po lewej przedstawia obraz, jaki zarejestrujemy, patrząc na Krzywą Wieżę w Pizie z odległości czterystu metrów lub na jej model trzymany w ręku: oba te obiekty są postrzegane przez nasze oczy jako identyczne.
Mózg stara się ujednoznacznić docierające do nas sygnały wzrokowe, rozpatrując je w kontekście, przyjmując pewne założenia i korzystając z różnych sztuczek. Nie dzieje się to bez żadnego wysiłku z naszej strony, jak mogą
się przekonać pacjenci, którzy dzięki operacji odzyskują utracony przed kilkoma dziesięcioleciami wzrok. Nie widzą świata od razu – muszą się tego ponownie nauczyć.
Na początku spada na nich lawina chaotycznych, niezrozumiałych kształtów i barw. Chociaż oczy funkcjonują prawidłowo, mózg musi się dowiedzieć, jak interpretować napływające sygnały.
Ludziom, którzy przez całe życie cieszyli się dobrym wzrokiem, najłatwiej wytłumaczyć, że jest on strukturą, przez uświadomienie im, jak często oczy wprowadzają nas w błąd Złudzenia optyczne istnieją na obrzeżach sygnałów, z którymi mózg nauczył się sobie radzić Stanowią swego rodzaju okno – możemy przez nie podejrzeć, co się dzieje w naszych umysłach.
Zdefiniowanie słowa „złudzenie” staje się tu o tyle problematyczne, że w pewnym sensie wszystko, co dostrzegamy, jest złudzeniem. Jakość naszego widzenia peryferyjnego można porównać do patrzenia przez zaparowaną szybę, a jednak mamy wrażenie, że widzimy wyraźnie nawet po bokach. Dzieje się tak dlatego, że widzimy ostro wszystko, na co skierujemy oczy Do wyjaśnienia tego zjawiska wystarczy mały eksperyment: poproście znajomego, aby wziął do ręki kilka kolorowych pisaków lub zakreślaczy i wyciągnął ramię w bok. Skupiając wzrok na jego nosie, spróbujcie podać kolejność kolorów pisaków w jego dłoni. Wynik doświadczenia was zaskoczy: nawet jeśli będziecie w stanie dojrzeć że na obrzeżach pola widzenia są jakieś kolory, nie będziecie umieli podać ich ułożenia. Nasze widzenie peryferyjne jest znacznie mniej dokładną niż nam się zdaje, ponieważ w typowej sytuacji mózg ustawi mięśnie oka tak, by ostre widzenie centralne skierować wprost na interesujący nas obiekt. Wszystko, na co spojrzymy, wydaje się idealnie ostre, zakładamy więc, że cała nasza percepcja tak działa.
To dopiero początek. Zwróćcie uwagę, że nie jesteśmy świadomi granic naszego pola widzenia. Skierujcie wzrok na ścianę przed sobą, wyciągnijcie rękę do przodu i pomachajcie palcami. Następnie przesuńcie ją powoli w kierunku ucha. W pewnym momencie przestaniecie widzieć swoje palce. Jeśli wyciągniecie rękę nieco w przód, znów je zobaczycie. Tam właśnie znajduje się krawędź pola widzenia. Tak jak w poprzednim przykładzie – ponieważ zazwyczaj kierujemy wzrok od razu tam, gdzie chcemy, nie myślimy o tym, że nasze pole widzenia jest ograniczone. Można przypuszczać, iż większość ludzi przez całe życie nie uświadamia sobie, że w danym momencie widzi tylko niewielki fragment rzeczywistości.
Jeśli zaczniemy głębiej analizować zjawisko widzenia, okaże się, że mózg może nam serwować całkiem przekonujące kłamstwa, jeśli tylko dostarczymy mu odpowiednich informacji. Weźmy na przykład postrzeganie głębi. Nasze oczy są oddalone od siebie o kilka centymetrów, więc każde z nich rejestruje nieco inny obraz świata. Można to zaobserwować, robiąc dwa zdjęcia z punktów odległych od siebie o kilka centymetrów i kładąc jedno obok drugiego. Jeśli spojrzymy na nie zezem, dwa obrazy zleją się w trzeci, za to trójwymiarowy. Naprawdę dostrzeżemy w nim głębię – nie będziemy w stanie pozbyć się tego wrażenia. Nieprawdopodobne stwierdzenie, że płaskie obrazy mogą stworzyć iluzję głębi, ujawnia mechaniczną, automatyczną naturę układu wzrokowego: wystarczy nakarmić go odpowiednimi danymi, a sam stworzy szczegółowy świat.

(…)

Pierwsze modele funkcjonowania mózgu mocno opierały się na podobieństwie do komputera: przedstawiały go jako urządzenie wejścia-wyjścia, które przetwarza dane zmysłowe na różnych poziomach i wyciąga z nich wnioski. Jednak schemat przyrównujący umysł do linii produkcyjnej zaczął budzić coraz więcej wątpliwości, kiedy okazało się, że aktywność mózgu nie przebiega po prostu z punktu A przez punkt B do punktu C: ist-nieją ścieżki informacji zwrotnych łączące punkty C i B, C i A oraz B i A. Mózg przesyła sobie tyle samo informacji zwrotnych, co przetworzonych – w żargonie technicznym cecha ta nosi nazwę rekurencji, potocznie zaś jest zwana zapętleniem. Cały ten system bardziej przypomina targowisko niż linię produkcyjną. Uważny czytelnik natychmiast odnotuje, że przy takich właściwościach sieci neuronowej istnieje możliwość, że percepcja wzrokowa nie jest strumieniem danych, który ma swój początek w siatkówce oka, a kończy się w jakimś tajemniczym punkcie z tyłu mózgu. Zagnieżdżonych kanałów do przekazywania informacji zwrotnej jest tyle, że cały system mógłby w zasadzie działać w drugą stronę. Obszary odpowiedzialne za postrzeganie zmysłowe przetwarzają dane, budując coraz bardziej skomplikowane interpretacje przekazywane wyżej postawionym w hierarchii fragmentom mózgu. Te wyższe obszary mózgu również komunikują się bezpośrednio z najniższymi. Oto przykład: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie mrówkę idącą po biało-czerwonym obrusie w kierunku słoika fioletowego dżemu. Obszary waszych mózgów z samego dołu hierarchii właśnie się uaktywniły. Nie patrzyliście na żadną mrówkę, ale zobaczyliście ją oczami wyobraźni. Wyżej postawione obszary wprawiły w ruch te niższe; korzystają one z danych przesyłanych przez oczy, ale obustronne połączenia w mózgu sprawiają, że całkiem dobrze radzą sobie same w całkowitej ciemności.
To nie koniec Okazuje się, że pośród tego zgiełku jedne zmysły oddziałują na inne, zmieniając naszą percepcję świata zewnętrznego. Informacjami przesyłanymi przez oczy nie zajmuje się tylko układ wzrokowy – cała reszta mózgu też jest zaangażowana. W przypadku brzuchomówców dźwięk dochodzi z jednego miejsca – ust brzuchomówcy, ale nasze oczy widzą ruch innych ust (tych należących do lalki). Mózg dochodzi wówczas do wniosku, że to lalka mówi. Nie ma czegoś takiego jak „projekcja głosu” u brzuchomówców. Nasz mózg odwala za nich całą robotę.
Innym przykładem jest efekt McGurka: jeśli zsynchronizować dźwięk jednej sylaby (ba) z nagraniem wideo ust wypowiadających inną sylabę (ga), oglądający film ma złudzenie, że słyszy jeszcze inną sylabę (da). Wynika to z obecności obustronnych połączeń i zapętlenia mózgu, za sprawą którego sygnał głosowy i ruchy warg są łączone na wczesnym etapie przetwarzania danych.
Wzrok zazwyczaj dominuje nad słuchem, lecz istnieją też przypadki oddziaływania w drugą stronę, na przykład efekt iluzorycznego błysku: jeśli widząc pojedynczy błysk, usłyszymy dwa sygnały dźwiękowe, wyda nam się, że światełko też błysnęło dwukrotnie. Jest to skutek zjawiska zwanego sterowaniem słuchem, które sprawia, że postrzegana przez nas częstotliwość migotania światła będzie mniejsza lub większa w zależności od częstotliwości towarzyszących sygnałów dźwiękowych. Tego typu proste złudzenia stanowią istotne wskazówki dotyczące działania naszego układu nerwowego. Udowadniają, że
systemy wzrokowy i słuchowy są ze sobą ściśle powiązane i starają się przekazać nam ujednoliconą wersję wydarzeń. Spotykany w tekstach popularnonaukowych model układu wzrokowego jako linii produkcyjnej jest zatem nie tyle mylący, ile po prostu błędny.
* * *
Jakie korzyści płyną z posiadania zapętleń w mózgu? Pozwalają one organizmom wyjść poza schemat bodziec-reakcja i wypracować umiejętność formułowania założeń, zanim do mózgu dotrą dane zmysłowe Przypomnijcie sobie przykład łapania piłki w locie. Gdybyśmy mieli w głowach zwyczajną linię produkcyjną, nie moglibyśmy jej przechwycić: między chwilą, w której światło trafia do czujników na naszych siatkówkach, a wykonaniem od-powiedniego ruchu mijają setki milisekund Ręce zawsze wyciągałyby się do miejsca, w którym piłka była przed chwilą. Jesteśmy w stanie grać w baseball tylko dzięki temu, że działanie praw fizyki mamy głęboko zakodowane w systemie. Nasz wewnętrzny model przewiduje, gdzie i kiedy piłka dotknie ziemi w oparciu o oddziaływanie przyciągania. Skuteczność tych prognoz wynika ze zbieranych przez całe życie doświadczeń dotyczących grawitacji. Dzięki temu nasze mózgi nie pracują wyłącznie w oparciu o najnowsze dane zmysłowe, lecz formułują hipotezy dotyczące przyszłego położenia piłki.
Jest to jeden z przykładów szerszej koncepcji wewnętrznych modeli otaczającego nas świata. Mózg przeprowadza symulacje tego, co się zdarzy, jeśli wykonamy dane działanie w określonych warunkach. Wewnętrzne modele wpływają nie tylko na nasze ruchy (na przykład złapanie piłki lub unik), lecz stanowią podstawę świadomej percepcji. Już w latach czterdziestych XX wieku naukowcy zaczęli snuć domysły, że percepcja działa nie na zasadzie gromadzenia pozyskanych danych, lecz dopasowywania
oczekiwań do docierających informacji. Ta dziwna teoria pojawiła się, kiedy zaobserwowano, że nasze oczekiwania mają wpływ na to, co widzimy. Nie wierzycie? Spróbujcie opisać, co przedstawia obrazek poniżej. Jeśli wasz mózg nie spodziewa się zobaczyć w tym układzie plam niczego konkretnego, będziecie widzieć tylko plamy. Żebyście coś „zauważyli”, musi istnieć jakaś prognoza co do natury napływających danych.
Jeden z najwcześniejszych przykładów tego zjawiska został opisany przez neurologa Donalda MacKaya, który w 1956 roku wysunął teorię, że podstawowe zadanie kory wzrokowej polega na tworzeniu wewnętrznego modelu otaczającej nas rzeczywistości. Sugerował, że pierwszorzędna kora wzrokowa konstruuje odwzorowanie, dzięki któremu jest w stanie przewidywać, jakie dane otrzyma. Kora przesyła gotowe prognozy do obszaru międzymózgowia zwanego wzgórzem, analizującego różnice między danymi dostarczonymi przez zmysł wzroku a tymi przewidywanymi. Następnie wzgórze wysyła korze tylko te dane, które nie pojawiły się w przewidywanym modelu. Uzupełniają one wewnętrzny model, dzięki czemu w przyszłości różnica między odwzorowaniem a stanem faktycznym będzie mniejsza. Mózg go doskonali, zwracając baczną uwagę na popełniane przez siebie pomyłki. MacKay zauważył, że taki schemat zgadza się z jego anatomią: od kory do wzgórza wiedzie dziesięć razy więcej włókien nerwowych niż w drugą stronę. Ma to sens, jeśli kora przesyła szczegółowe odwzorowanie, a w zamian dostaje tylko zwięzły raport o błędach w prognozie.

To wszystko udowadnia nam, że percepcja odzwierciedla aktywne porównanie zmysłowych danych wejściowych z wewnętrzną prognozą. Wynika z tego jeszcze jeden wniosek: zwracamy świadomą uwagę na otoczenie dopiero wtedy, gdy świadectwo zmysłów nie zgadza się z oczekiwaniami. Jeśli jesteśmy w stanie skutecznie „przewidzieć” świat, nie potrzebujemy świadomej uwagi, ponieważ mózg doskonale sobie radzi. Na przykład kiedy pierwszy raz jechaliście na rowerze, musieliście mocno koncentrować się na tej czynności; jednak po jakimś czasie system prognoz sensomotorycznych jest już na tyle sprawny, że jazda obywa się bez udziału świadomości. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie jesteście świadomi, że jedziecie na rowerze, jednak istotnie nie jesteście świadomi sposobu trzymania kierownicy, naciskania na pedały i balansowania ciałem. Wasz mózg już wie, czego ma się spodziewać, kiedy wykonujecie konkretne ruchy, nie macie więc ich świadomości ani związanych z nimi wrażeń zmysłowych, dopóki coś nie ulegnie zmianie – nie zacznie wiać silny wiatr lub nie pęknie opona. Gdy nowa sytuacja nie zgadza się z prognozami, włącza się świadomość, a wewnętrzny model zostaje uzupełniony.
Przewidywalność własnych działań i ich skutków sprawia, że człowiek nie jest w stanie sam się połaskotać.
Możemy za to zostać połaskotani przez innych, ponieważ ich ruchy są dla nas nie do przewidzenia. Jeśli jednak bardzo wam na tym zależy, zyskacie taką możliwość Wyobraźcie sobie sytuację, w której sterujecie ruchami piórka za pomocą joysticka o minimalnie opóźnionym działaniu: gdy go przechylacie, mija przynajmniej jedna sekunda, zanim piórko się poruszy. Dzięki temu ruch nie jest już przewidywalny i można się połaskotać Co ciekawe, schizofrenicy są w stanie łaskotać się sami z powodu problemu z koordynacją w czasie, który uniemożliwia ustalenie poprawnej kolejności czynności ruchowych i wywołanych przez nie wrażeń.
Kiedy uznamy mózg za system o licznych pętlach i własnej dynamice wewnętrznej, będziemy w stanie zrozumieć przyczyny innych dziwnych zaburzeń, na przykład zespołu Antona. Diagnozuje się go u ludzi, którzy, straciwszy wzrok, utrzymują, że nadal widzą. Grupa lekarzy może stać nad łóżkiem pacjentki i pytać: „Pani Johnson, ile osób znajduje się w sali?”, a ona bez wahania odpowie, że cztery, chociaż w istocie jest ich siedem. Gdy jeden z lekarzy zapyta: „Pani Johnson, ile palców pokazuję?”, odpowiedź będzie brzmiała: „Trzy”, podczas gdy doktor nawet nie uniósł ręki. Kiedy ktoś poprosi o podanie koloru jego koszuli, pacjentka stwierdzi, że jest biała, chociaż w rzeczywistości jest niebieska. Ludzie z zespołem Antona nie udają, że nie są ślepi, lecz naprawdę w to wierzą. Ich stwierdzenia, choć nieprawdziwe, nie są kłamstwem. Doświadczają czegoś, co uważają za widzenie, a co w istocie jest wewnętrznie generowanym obrazem. Często pacjent cierpiący na to zaburzenie przez jakiś czas po wylewie nie próbuje szukać pomocy medycznej, ponieważ nie ma pojęcia, że stracił wzrok. Dopiero gdy wystarczającą ilość razy obije się o ścianę czy meble, zaczyna podejrzewać, że coś jest nie tak. Chociaż przytoczone wyżej odpowiedzi pacjentki wydają się dziwne, można je rozumieć jako jej wewnętrzny model: z powodu wylewu informacje z zewnątrz nie docierają do właściwych obszarów mózgu, więc obraz jest generowany przez jej umysł bez kontaktu z fizyczną rzeczywistością. To, czego doświadcza, nie różni się zbytnio od snu, wizji narkotycznej czy halucynacji.

(…)

Co znaczy, a czego nie znaczy fakt, te jesteśmy zbudowani z części fizycznych

Jeden z najsłynniejszych przypadków urazów mózgu to historia dwudziestopięcioletniego majstra Phineasa Gage’a. 21 września 1848 roku gazeta „Boston Post” zamieściła o nim krótki artykuł, zatytułowany Straszny wypadek:
Quote
„Kiedy w dniu wczorajszym Phineas P. Gage, kierownik budowy linii kolejowej w Cavendish, przygotowywał ładunek wybuchowy, doszło do eksplozji, za sprawą której trzymane przez Gage’a narzędzie o [średnicy] trzech i pół centymetra i długości jednego metra przebiło mu czaszkę. Pręt wbił się w bok twarzy, miażdżąc górną szczękę i tył lewego oka, po czym wyszedł górą”.

Stalowy pręt spadł na ziemię trzydzieści metrów dalej. Gage nie był pierwszą osobą, której czaszka została przebita, a część mózgu wyrwana ze swojego miejsca przez lecący przedmiot, jednak jako pierwszy to przeżył, a nawet nie stracił świadomości.
Edward H. Williams, lekarz, nie uwierzył w słowa Gage – „myślał, że on musiał się pomylić”. Zrozumiał jednak powagę sytuacji, kiedy „pan Gage wstał i zwymiotował, co sprawiło, że fragment mózgu o objętości około pół łyżeczki wypłynął z czaszki i spadł na podłogę”.
Doktor Henry Jacob Bigelow, chirurg z Uniwersytetu Harvarda, który badał ten przypadek, napisał:, Jego cechą charakterystyczną jest nieprawdopodobny przebieg […]. W historii chirurgii nie ma drugiego takiego”. Artykuł w „Boston Post” podsumował to wszystko tylko jednym zdaniem:
Quote
„Najdziwniejszym aspektem tej smutnej opowieści jest to, że jeszcze dziś o drugiej po południu pan Gage żył, był w pełni władz umysłowych i nie czuł bólu”.

Już sam fakt, że przeżył, czynił z niego ciekawy przypadek medyczny, jednak zyskał sławę, ponieważ na jaw wyszło coś innego. Dwa miesiące po wypadku lekarz Gage poinformował, że jego pacjent „czuje się lepiej pod każdym względem […], znów chodzi po domu; mówi, że nie boli go głowa”. Zasugerował jednak istnienie większego problemu, pisząc, że
Quote
„wydaje się na dobrej drodze do rekonwalescencji, o ile uda się go opanować”.

Co miał na myśli, stwierdzając: „o ile uda się go opanować”? Okazało się, że przed wypadkiem Gage był opisywany jako „ulubieniec całej ekipy”. Pracodawcy chwalili go jako „najbardziej wydajnego i zdolnego majstra wśród pracowników”. Jednak po urazie mózgu jego zwierzchnicy „uznali zmianę w jego charakterze za tak ogromną, że nie mogli zaoferować mu na powrót stanowiska”. W roku 1868 doktor John Martyn Harlow, lekarz prowadzący Gage’a, pisał:
   
Quote
„Tak zwana równowaga pomiędzy władzami jego umysłowymi a zwierzęcymi skłonnościami została zburzona. Jest niestały i lekceważący, a czasami tak, że niezwykle wulgarny (co wcześniej nie było w jego zwyczaju), nie okazuje prawie żadnego szacunku swoim kompanom, nie hamuje się i nie słucha rad, kiedy są one sprzeczne z jego pragnieniami, bywa szalenie uparty, a zarazem kapryśny i niezdecydowany. Snuje liczne plany na przyszłość, ale zanim zdąży je zrealizować, porzuca je na rzecz innych, które wydają mu się bardziej osiągalne. Ma mentalność i intelektualne zdolności dziecka oraz zwierzęce popędy silnego mężczyzny. Przed urazem, chociaż brakowało mu wykształcenia, posiadał umysł zrównoważony, a przez znających go ludzi był uważany za przebiegłego, bystrego przedsiębiorcę, pełnego energii i konsekwentnie dążącego do wszystkich celów. Pod tym względem jego charakter zmienił się do tego stopnia, że przyjaciele i znajomi stwierdzili, że «nie jest już Gage’em”.

W ciągu następnych stu czterdziestu trzech lat naukowcy opisali wiele innych tragicznych eksperymentów natury – nowotworów, wylewów, degeneracji i innych urazów mózgu – których skutki przypominały przypadek Phineasa Gage’a. Wniosek płynący z nich wszystkich był taki sam: stan waszego mózgu jest kluczem do tego, kim jesteście. Wasze „ja”, znane i kochane przez waszych przyjaciół, nie istnieje, jeśli wszystkie tranzystory i śrubki waszego mózgu nie są na swoim miejscu. Jeśli w to nie wierzycie, odwiedźcie oddział neurologiczny dowolnego szpitala. Uszkodzenie choćby najmniejszego obszaru mózgu może prowadzić do utraty szokująco konkretnych umiejętności: nazywania zwierząt, słyszenia muzyki, szacowania ryzyka, rozróżniania kolorów lub podejmowania prostych decyzji. Wspominaliśmy już o pewnych przypadkach, na przykład pacjentki, która straciła zdolność postrzegania ruchu (rozdział drugi), chorych na parkinsonizm hazardzistów i złodziei sklepowych z otępieniem czołowo-skroniowym, niepotrafiących oszacować ryzyka (rozdział szósty). Ich osobowość zmieniła się na skutek zmian w mózgu.
Tu rodzi się istotne pytanie: czy posiadamy duszę niezależną od fizycznej materii, czy też jesteśmy po prostu niezwykle skomplikowaną siecią biologiczną, która mechanicznie produkuje nasze nadzieje, aspiracje, sny, pragnienia, humor i namiętności? Większość populacji uznaje istnienie ponad biologicznej duszy, zaś większość neurobiologów skłania się ku tej drugiej opcji: istoty będącej naturalną właściwością, która wynika z naszej złożonej biologii i niczego poza nią. Czy znamy poprawną odpowiedź? Nie mamy pewności, ale takie przypadki jak historia Gage’a dostarczają pewnych argumentów.
Podejście materialistyczne zakłada, że zasadniczo składamy się tylko z substancji chemicznych. Według tej teorii mózg to system, którego działanie jest regulowane przez prawa chemii i fizyki, w wyniku czego myśli, uczucia i decyzje są produktem naturalnych reakcji przebiegających zgodnie z zasadami dotyczącymi energii potencjalnej. Nasza osobowość to nasz mózg i zawarte w nim substancje chemiczne, a majstrując przy układzie nerwowym, zmieniamy człowieka. Redukcjonizm to popularna wersja materializmu; teoria ta zakłada, że skomplikowane stany, takie jak choćby szczęście, chciwość, narcyzm, współczucie, złośliwość, ostrożność czy podziw, będzie można zrozumieć, redukując cały problem do najdrobniejszych elementów biologicznych.
Na pierwszy rzut oka wielu ludziom podejście reduk- cjonistyczne wydaje się bezsensowne. Wiem o tym, ponieważ pytam o to nieznajomych, kiedy siedzę obok nich w samolotach. Zazwyczaj słyszę wtedy coś w rodzaju:
 
Quote
„Widzi pan, to jak zakochałem się w swojej żonie, czemu wybrałem ten zawód i inne takie – to nie ma nic wspólnego z chemią mojego mózgu. Taki już jestem”.

Moi rozmówcy mają prawo myśleć, że związek pomiędzy ich osobowością a galaretowatym skupiskiem komórek wydaje się w najlepszym razie niewielki. Ich decyzje pochodzą od nich samych, a nie od substancji chemicznych pozamykanych w mikroskopijnych cyklach. Nieprawdaż?
Co jednak, kiedy natrafiamy na przypadki takie jak historia Phineasa Gage’a? Albo zauważamy inne czynniki wpływające na mózg – znacznie bardziej subtelne niż metalowy pręt – które zmieniają ludzką osobowość?
Posłużmy się przykładem ogromnych efektów, jakie są w stanie wywołać drobne cząsteczki zwane narkotykami. Wpływają na świadomość i percepcję, sterują zachowaniem. Jesteśmy zdani na ich łaskę. Ludzie na całym świecie dawkują sobie tytoń, alkohol i kokainę właśnie w celu poprawy nastroju. Już samo istnienie narkotyków dostarcza nam dowodów na potwierdzenie tezy, że naszym zachowaniem i psychologią można manipulować na poziomie molekularnym. Weźmy taką kokainę. Narkotyk ten wchodzi w interakcję z określonym systemem mózgu, odpowiedzialnym za rejestrowanie satysfakcjonujących wydarzeń – od zaspokojenia pragnienia łykiem mrożonej herbaty przez wywołanie uśmiechu na czyjejś twarzy aż do rozwiązania skomplikowanego problemu i usłyszenia słów pochwały. Wiążąc pozytywną reakcję z zachowaniami, które do niej doprowadziły, owa sieć neuronów (zwana mezolimbicznym układem dopaminergetycznym) uczy się dostosowywać zachowania do potrzeb. Pomaga nam to zdobywać pokarm, napoje i partnerów seksualnych, przydaje się też przy podejmowaniu codziennych decyzji8.
Wyrwana z kontekstu kokaina jest zupełnie nieciekawą cząsteczką – siedem atomów węgla, dwadzieścia jeden wodom, jeden atom azotu i cztery atomy tlenu – ale z biegiem okoliczności jej kształt pasuje do zamka mikroskopijnej maszynerii ośrodków przyjemności, dlatego działa, tak jak działa. Podobnie rzecz się ma w przypadku czterech najpopularniejszych typów używek: alkoholu, nikotyny, stymulantów (amfetamina) i opiatów (morfina). Wszystkie tym lub innym kanałem podłączają się do układu odpowiedzialnego za nagradzanie. Substancje, które dają kopa układowi mezolimbicznemu, same warunkują ciągłość stosowania, a korzystający z nich ludzie potrafią napadać na sklepy lub rabować staruszków, byle tylko nadal mieć dostęp do cząsteczek o tym określonym kształcie. Chemikalia te, działające na obszarze tysiąc razy mniejszym niż średnica ludzkiego włosa, wywołują w nas uczucie triumfu i euforii. Podłączając się do układu dopamine- nergetycznego, kokaina i pokrewne jej związki chemiczne przejmują nasze ośrodki przyjemności, przekonując mózg, że to najlepsze, co może się nam przytrafić. Nasze obwody padają ofiarą terrorystów.
Cząsteczki kokainy są setki milionów razy mniejsze niż pręt, który przebił mózg Phineasa Gage’a, jednak ich działanie nasuwa nam ten sam wniosek: to, kim jesteśmy, jest sumą czynników neurobiologicznych.
Układ dopaminenergetyczny to tylko jeden z setek przykładów. Dokładny poziom pozostałych neuroprzekaźników – na przykład serotoniny – ma kluczowy wpływ na to, jak postrzegamy samych siebie. Jeśli zapadniecie na kliniczną depresję, najprawdopodobniej zostanie wam przepisany lek z grupy selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny (w skrócie SSR1) – na przykład fluoksetyna, sertralina, paroksetyna lub Citalopram. Wszystkie potrzebne informacje o tych lekach zawierają się w słowach „inhibitor wychwytu”: w normalnej sytuacji białka zwane transportowymi wychwytują serotoninę z przestrzeni pomiędzy neuronami; zahamowanie ich działania zwiększa jej stężenie w mózgu, a to z kolei ma bezpośredni wpływ na postrzeganie i emocje. Ludzie zażywający te leki potrafią przejść od „siedzę na łóżku i płaczę” do „wstaję, biorę prysznic, walczę o swoją pracę i ratuję zagrożony związek”. A wszystko to dzięki drobnej korekcie systemu neuroprzekaźników. Niezwykłość tej historii byłaby bardziej widoczna, gdyby nie dotyczyła ona tak wielu osób.
Wpływ na nasze postrzeganie świata mają nie tylko neuroprzekaźniki, lecz także hormony – mikroskopijne cząsteczki, które pływają po układzie krwionośnym, robiąc awanturę w każdym odwiedzonym porcie. Jeśli samicy szczura wstrzyknie się estrogen, zacznie szukać partnera; u samców testosteron wywołuje agresję. W poprzednim rozdziale wspominałem o wrestlerze Chrisie Benoit, który zażywał duże dawki testosteronu, po czym w sterydowym szale zamordował żonę i dziecko. Rozdział czwarty wyjaśniał, że hormon zwany wazo- presyną ma wpływ na wierność partnerom. Kolejnym przykładem są wahania hormonalne związane z cyklem menstruacyjnym. Jakiś czas temu moja koleżanka znajdowała się w samym dołku hormonalnych zmian na-stroju. Uśmiechnęła się wówczas blado i powiedziała: „Wiesz, przez te parę dni w miesiącu po prostu nie czuję się sobą”. Ponieważ też jest neurofizykiem, po chwili zastanowienia dodała: „A może właśnie to jest moja prawdziwa osobowość, a kimś innym jestem przez pozostałe dwadzieścia siedem dni w miesiącu?”. Uśmialiśmy się z tego. Moja znajoma nie bała się spojrzeć na siebie jako na sumę substancji chemicznych w danym momencie. Rozumiała, że to, co nazywa „sobą”, to w istocie wypadkowa różniących się w czasie wersji.
Wszystko to składa się na w sumie dziwną koncepcję osobowości. Za sprawą niezależnych od nas zmian naszej biologicznej zupy są dni, kiedy jesteśmy bardziej drażliwi, humorzaści, elokwentni, spokojni, pełni energii lub trzeźwiej myślący. Naszym życiem wewnętrznym i działaniami steruje biologiczny koktajl, do którego nie mamy dostępu i którego składu dokładnie nie znamy.
Nie zapominajcie też, że długa lista czynników wpływających na życie umysłowe zawiera nie tylko substancje chemiczne, lecz także szczegóły dotyczące samych obwodów. Posłużmy się przykładem epilepsji. Jeśli napad padaczkowy skoncentruje się w pewnym specyficznym punkcie płata czołowego, chora osoba nie do-świadczy objawów motorycznych, lecz czegoś znacznie subtelniejszego, w rodzaju napadu psychicznego, który objawia się zmianami osobowości, hiperreligijnością (obsesją na punkcie religii i poczuciem pewności religijnej), hipergrafią (nadmierną skłonnością do pisania na jakiś temat, zazwyczaj o religii), fałszywym poczuciem czyjejś obecności, a często również omamami słuchowymi (słyszy się wówczas głos utożsamiany z głosem bóstwa). Wydaje się, że pewna część znanych z historii proroków, męczenników i przywódców cierpiała właśnie na epilepsję skroniową. Na przykład Joanna d’Arc, szesnastolatka, której udało się odwrócić losy wojny stuletniej, ponieważ twierdziła, że słyszy głos świętego Michała Archanioła, świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, świętej Małgorzaty i świętego Gabriela (i przekonała francuską armię, że to prawda). Swoje doświadczenia opisała tak:
Quote
„Kiedy miałam trzynaście lat, usłyszałam głos Boga mówiący, jak mam postępować Za pierwszym razem się przeraziłam. Głos nawiedził mnie około południa w ogrodzie mego ojca, było lato”.

Później opowiadała:
Quote
„Skoro Bóg nakazał mi wyruszyć, muszę usłuchać A ponieważ Bóg tak nakazał, to choćbym miała stu ojców i sto matek, i była królewską córką, i tak bym ruszyła”.

Po tylu latach nie można postawić jednoznacznej diagnozy, lecz wyznania Joanny, jej coraz większa pobożność i fakt, że regularnie słyszała głosy, pasuje do objawów epilepsji skroniowej. Kiedy pobudzone zostaną odpowiednie obszary mózgu, ludzie słyszą głosy. Jeśli lekarz przepisze środek na epilepsję, ataki ustają, a głosy przestają się odzywać. Nasza rzeczywistość jest zależna od naszej biologii.
Do czynników wpływających na życie umysłowe należy również obecność maleńkich istot: mikroorganizmy, takie jak bakterie i wirusy, sterują zachowaniem w bardzo określony sposób, tocząc w naszych ciałach niewidzialne bitwy. Moim ulubionym przykładem mikroskopijnego stworzenia, które potrafi zarządzać zachowaniem ogromnego mechanizmu, jest wirus wścieklizny. Kiedy chory ssak ugryzie innego, wspina się ono po połączeniach nerwowych aż do płatu skroniowego mózgu. Tam wnika do neuronów i zmienia cykle ich aktywności, wywołując u zarażonego organizmu agresję, wściekłość i skłonność do kąsania. Wirus trafia także do ślinianek i w ten sposób przenosi się z jednego organizmu do drugiego. Manipulując zachowaniem zwierzęcia, jest w stanie rozprzestrzeniać się dalej. Tylko pomyślcie: ma średnicę zaledwie czterdziestu pięciu nanometrów, a zapewnia sobie przetrwanie, przejmując władzę nad ciałem zwierzęcia większego od siebie dwadzieścia pięć milionów razy. To tak, jakbyście w sprytny sposób zmusili do współpracy istotę wysoką na czterdzieści pięć tysięcy kilometrów13. Płynie z tego następująca nauka: nawet najmniejsze zmiany w mózgu mogą prowadzić do ogromnych zmian w zachowaniu. Nasze decyzje są nierozerwalnie związane z działaniem najdrobniejszych trybików naszej wewnętrznej maszynerii.
Za ostatni przykład na zależność człowieka od jego biologii posłużą nam drobne mutacje w pojedynczych genach, które determinują i zmieniają zachowanie. Pląsawica Huntingtona wywołuje postępujące uszkodzenie kory czołowej, prowadzące do zmian osobowości, takich jak wzmożona agresja, nadmierny popęd seksualny, impulsywność i brak poszanowania norm społecznych – wszystkie te objawy pojawiają się długo wcześniej niż charakterystyczne dla tej choroby spazmatyczne mchy kończyn. Warto zauważyć, że ta choroba jest wynikiem mutacji pojedynczego genu. Jak podsumował Robert Sapolsky: „Wystarczy zmienić jeden z dziesiątków tysięcy genów, a mniej więcej w połowie życia człowieka nastąpi dramatyczna zmiana osobowości”. Wobec tak przekonujących przykładów musimy przyznać, że nasza istota jest zależna od czynników biologicznych. Bo czy można powiedzieć osobie cierpiącej na chorobę Huntingtona, żeby skorzystała z wolnej woli i przestała zachowywać się tak dziwnie?
Widzimy zatem, że małe rączki mikroskopijnych cząsteczek zwanych narkotykami, neuroprzekaźnikami, wirusami i genami potrafią bardzo mocno dzierżyć ster naszego zachowania. Wypijecie herbatkę z prądem, ktoś nakicha wam na kanapkę albo wasze geny postanowią się zmutować i wasze działania pójdą w zupełnie innym kierunku. Choćbyście chcieli temu przeciwdziałać, zmiany w wewnętrznych mechanizmach prowadzą do zmian osobowości. Zważywszy na wszystkie te fakty, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy mamy jakikolwiek wybór w kwestii tego, kim się staniemy. Jak stwierdziła neuro- etyk Martha Farah, skoro pigułka antydepresyjna „może pomóc nam poradzić sobie z problemami codzienności, a substancja stymulująca sprawia, że zdążamy na czas ze zleceniem i wywiązujemy się z powierzonych nam zadań, to pewność siebie i sumienność muszą chyba być cechami zależnymi od ludzkiego ciała. A jeśli tak jest, to czy istnieje jakikolwiek aspekt człowieczeństwa, który z ciała nie wynika?”.
To, kim się staniecie, zależy od tak wielkiej liczby czynników, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie można stworzyć schematu jednoznacznych powiązań między naszymi cząsteczkami a zachowaniem (więcej o tym za chwilę), lecz mimo całej tej złożoności, wasz świat jest bezpośrednio złączony z waszą fizjologią. Jeśli istnieje coś takiego jak dusza, musi być nierozerwalnie związana z mikroskopijnymi cząsteczkami. Niezależnie od tego, co jeszcze dzieje się w naszym tajemnym życiu, zależność od biologii jest niezaprzeczalna. Patrząc z tej perspektywy, nietrudno zrozumieć, dlaczego redukcjonizm biologiczny ma tylu zwolenników wśród współczesnych badaczy zajmujących się mózgiem. Jednak redukcjonizm to nie wszystko.

(...)

Dzieci uczą się poprzez naśladowanie otoczenia - kopiowanie zachowań rodziców, zwierząt domowych i postaci z telewizji - ale nie są czystymi kartami. Weźmy na przykład gaworzenie Niesłyszące maluchy gaworzą dokładnie tak samo jak zdrowe. Niemowlęta z różnych krajów wydają podobne zestawy dźwięków, chociaż słyszą na co dzień zupełnie inne języki. Wynika z tego, że gaworzenie jest zaprogramowanym z góry zachowaniem dziedzicznym.
Innym przykładem programowania z góry jest system tak zwanego czytania ze wzroku, czyli zestaw mechanizmów, które pozwalają nam wnioskować o pragnieniach, wiedzy i poglądach innych ludzi na podstawie ruchu ich gałek ocznych. Jeśli na przykład ktoś nagle skieruje wzrok za wasze lewe ramię, natychmiast uznacie, że za waszymi plecami dzieje się coś ciekawego. System czytania ze wzroku zaczyna działać już u niemowląt. Jego funkcjonowanie zakłócają takie schorzenia jak autyzm. Może natomiast pracować poprawnie nawet wtedy, gdy inne układy zawodzą. Osoby z wadą genetyczną zwaną zespołem Williamsa nie mają problemu z czytaniem ze wzroku, chociaż interakcje z innymi ludźmi sprawiają im spore trudności.
Oprogramowanie fabryczne zapobiega dezorientacji, w którą wpadłby nasz mózg, gdyby dostał do wyboru nieskończoną liczbę możliwości. Zupełnie goły system nie byłby w stanie poznać wszystkich skomplikowanych zasad funkcjonowania świata w oparciu o skromny zestaw danych, jaki jest dostępny niemowlęciu. Musiałby wypróbować każdą opcję, a i tak by mu się nie powiodło. Możemy o tym wnioskować choćby z długiej historii niepowodzeń sztucznych układów nerwowych, które startują z zerową wiedzą i próbują pojąć świat.
Wbudowane w nas programy biorą czynny udział w naszych interakcjach z innymi ludźmi. Przez miliony
 lat relacje międzyludzkie odgrywały kluczową rolę, toteż odpowiedzialne za nie programy wryły się głęboko w sieć połączeń nerwowych. Jak stwierdzili psychologowie Leda Cosmides i John Tooby, „bicie serca jest czymś uniwersalnym, ponieważ wywołujący je organ jest wszędzie taki sam. Oto najprostsze wytłumaczenie, dlaczego relacje międzyludzkie są wszędzie identyczne". Innymi słowy, mózg, tak jak serce, nie potrzebuje kultury do przejawiania zachowań społecznych - odpowiednie programy dostajemy w pakiecie z hardware'em.
Skoncentrujmy się na następującym przykładzie: nasz mózg ma problemy z pewnymi typami zagadek intelektualnych, których rozwiązywanie nie okazało się przydatne w procesie ewolucji, jednak bez problemu radzi sobie z obliczeniami związanymi z kwestiami społecznymi. Spójrzcie na cztery karty na ilustracji poniżej. Ktoś uważa, że po drugiej stronie kart z liczbami parzystymi znajdują się nazwy barw podstawowych. Które dwie karty musicie odwrócić, żeby sprawdzić, czy się nie mylił?



Nie martwcie się, jeśli macie problemy z odpowiedzią - zadanie jest trudne. Rozwiązaliście je prawidłowo, jeżeli postanowiliście odwrócić kartę z numerem 8 oraz tę z napisem „fioletowy". Gdybyście podnieśli kartę z numerem 5, a na drugiej stronie widniałoby słowo „czerwony", nie dowiedzielibyście się nic o prawdziwości twierdzenia, ponieważ dotyczyło ono tylko liczb parzystych. Podobnie gdybyście podnieśli kartę z napisem „czerwony", a po drugiej stronie znalazłaby się liczba nieparzysta - nadal nie wiedzielibyście, czy twierdzenie jest prawdziwę, ponieważ nie było w nim wyszczególnione, co może znajdować się po drugiej stronie kart z liczbami nieparzystymi.
Gdyby wasze mózgi zostały zaprogramowane do rozpracowywania zagadek logicznych, nie mielibyście z tym zadaniem żadnych problemów. Okazuje się jednak, że jedynie jedna czwarta badanych jest w stanie udzielić poprawnej odpowiedzi - nawet w przypadku ludzi, którzy uczyli się logiki. Z faktu, że zadanie jest dla nas tak problematyczne, wynika, iż nasze mózgi nie są przystosowane do radzenia sobie z tego typu ogólnymi problemami logicznymi. To zapewne dlatego, że nasz gatunek radził sobie całkiem nieźle bez umiejętności rozpracowywania teoretycznych zagadek.
Tu jednak następuje zwrot akcji. Jeśli ten sam problem logiczny zostanie przedstawiony w sposób, którego rozumienie zostało w nas zakodowane - czyli w języku zjawisk istotnych z punktu widzenia człowieka jako istoty społecznej - rozwiążemy go bez trudu. Nowa zasada brzmi: osoby poniżej osiemnastego roku życia nie mogą pić alkoholu. Umieszczone poniżej karty z jednej strony mają wiek osoby, z drugiej zaś nazwę napoju, który ta osoba trzyma w ręku.



Które karty należy odwrócić, żeby sprawdzić, czy ta zasada nie jest łamana? W tym przypadku większość badanych podaje prawidłową odpowiedź (trzeba obrócić kartę z numerem 16 oraz tę z napisem „tequila"). Zwróćcie uwagę, że z logicznego punktu widzenia oba zadania są identyczne Dlaczego więc pierwsze wydawało się wam trudniejsze?
 
Cosmides i Tooby są zdania, że ów wzrost sprawności intelektualnej świadczy o specjalizacji naszych sieci neuronowych. Mózg przejmuje się interakcjami międzyludzkimi do tego stopnia, że wypracował w tym celu specjalne oprogramowanie: prymitywne funkcje odpowiedzialne za kwestie praw i obowiązków. Innymi słowy, wasz umysł ukształtował się tak, byście umieli wykrywać, kto łamie zasady, ale nie rozwiązywać abstrakcyjne zagadki logiczne.

Mantra ewoluującego mózgu: zakoduj najlepsze programy już na poziomie DNA

„Ogólnie rzecz ujmując, najmniej zdajemy sobie sprawę z tego, co nasze umysły potrafią najlepiej".
Marvin Minsky, The Society of Mind

Instynkty to silne, wrodzone wzorce zachowań, których nie musimy się uczyć Uaktywniają się mniej więcej niezależnie od naszych doświadczeń. Pomyślcie o narodzinach źrebaka: wydostaje się z łona matki, niepewnie prostuje chuderlawe nóżki, przez chwilę próbuje złapać równowagę, po czym zaczyna chodzić, potem biegać i już po kilku minutach lub godzinach jest w stanie podążać za stadem. Koń nie musi się uczyć używać nóg metodą prób i błędów przez kilka lat, tak jak ludzkie dziecko. Pojmuje całą tę skomplikowaną czynność instynktownie.
Wyspecjalizowane obwody neuronowe wbudowane w standardowe wyposażenie mózgu sprawiają, że żaby szaleją z pożądania na widok innych żab, ale nie potrafiłyby sobie wyobrazić jakim cudem człowiek mógłby wydać się atrakcyjny - i vice versa. Sprawdzone przez ewolucję programy instynktu zapewniają sprawne działanie i twardą ręką żądzą naszym umysłem.
Instynkty tradycyjnie są uważane za przeciwieństwo rozumu i wyuczonych umiejętności. Jak większość ludzi, zapewne jesteście zdania, że psy polegają niemal wyłącznie na instynktach, podczas gdy przedstawiciele gatunku Homo sapiens kierują się w życiu czymś innym, bardziej przypominającym rozum. Dziewiętnastowieczny psycholog William James pierwszy zaczął kwestionować ten pogląd. Zresztą nie tylko kwestionować - jego zdaniem takie myślenie było zupełnie błędne. Twierdził, że ludzkie zachowanie może być bardziej elastyczne niż zwierzęce, ponieważ posiadamy więcej, a nie mniej instynktów niż inne gatunki. Są one niczym narzędzia w skrzynce - im więcej ich masz, tym lepiej będziesz w stanie się dostosować Zazwyczaj nie zauważamy ich istnienia właśnie dlatego, że działają tak skutecznie - przetwarzają informacje automatycznie i bez wysiłku. Tak jak nieświadome umiejętności wypracowane przez sekserów kurcząt i obserwatorów samolotów, programy te zostały wbudowane w nasze obwody tak głęboko, że nie mamy już do nich dostępu. Wszystkie nasze instynkty tworzą wspólnie coś, co zwykliśmy nazywać naturą ludzką.
Instynkty różnią się od zautomatyzowanych zachowań (pisania na klawiaturze, jazdy na rowerze, wykonywania tenisowego serwu) tym, że nie musimy się ich uczyć Są dziedziczne Te wrodzone zachowania odpowiadają za koncepcje tak ważne, że trzeba je było wyryć w drobnym, zakodowanym alfabecie ludzkiego DNA. Stało się to w wyniku selekcji naturalnej trwającej miliony lat: osobniki posiadające instynkty, które zapewniały przetrwanie i reprodukcję, miały szanse przekazać swoje geny potomstwu.
Najważniejszy jest tu fakt, że wyspecjalizowane, zoptymalizowane w działaniu obwody instynktu są szybkie i oszczędne energetycznie, choć za cenę odsunięcia od dostępu świadomości. W wyniku tego nie jesteśmy w stanie świadomie przeanalizować wbudowanych fabrycznie programów poznawczych w taki sposób, jak możemy się zastanowić nad własnym ruchem, gdy serwujemy piłkę. Sytuacja ta wywołuje zjawisko zwane przez Cosmides i Tooby'ego ślepotą na instynkt: nie jesteśmy w stanie dostrzec instynktów, które są motorem naszych własnych zachowań. Programy te są dla nas niedostępne nie dlatego, że są nieistotne, ale dlatego, że są niezbędne. Świadoma interferencja nie poprawiłaby ich jakości.
William James zdawał sobie sprawę z ukrytej natury instynktów i twierdził, że można wyciągnąć je na światło dzienne za pomocą prostego ćwiczenia: należy sprawić, by „coś naturalnego wydało nam się dziwne", zadając sobie pytanie o „przyczyny instynktownych zachowań ludzkich":
Quote
„Dlaczego kiedy jesteśmy zadowoleni, uśmiechamy się, a nie marszczymy brwi? Dlaczego nie umiemy przemawiać do tłumu tak jak do jednego przyjaciela? Dlaczego ta jedna jedyna panna tak bardzo miesza nam w głowie? Człowiek prosty powie: oczywista rzecz, że się uśmiechamy, że serce skacze nam na widok tłumu i że uwielbiamy pannę, tę piękną duszę przyobleczoną w idealne kształty, tak otwarcie i namacalnie stworzoną po to, by być wiecznie kochaną!
Prawdopodobnie to samo czuje zwierzę w stosunku do czynności, które wykonuje w obecności określonych przedmiotów... Dla lwa to lwica jest stworzona, by być kochaną; dla niedźwiedzia zaś niedźwiedzica. Kwoka zapewne byłaby oburzona pomysłem, że są na świecie istoty, dla których gniazdo nie jest najbardziej fascynującą i najdroższą rzeczą.
Tym samym możemy być pewni, że nasze instynkty wydałyby się niezrozumiałe zwierzętom, tak jak instynkty zwierząt wydają się niezrozumiałe nam".

Najgłębiej zakodowane instynkty zazwyczaj nie były przedmiotem badań, ponieważ psychologowie starali się raczej zrozumieć typowo ludzkie cechy (jak wyższa świadomość) lub stany patologiczne (jak zaburzenia psychiczne). Najbardziej zautomatyzowane, niewymagające wysiłku działania - czyli te, do których potrzeba najbardziej złożonych i wyspecjalizowanych obwodów nerwowych - to między innymi fascynacja seksualna, strach przed ciemnością, współczucie, kłótnia, odczuwanie zazdrości, pragnienie sprawiedliwości, szukanie rozwiązań problemów, unikanie kazirodztwa, rozpoznawanie nastroju po mimice. Rozległe sieci neuronów odpowiedzialne za te programy są tak sprawne, że nawet nie zdajemy sobie sprawy z ich działania.
Tak jak w przypadku sekserów kurcząt, introspekcja nie pomoże nam się dostać do programów zakodowanych bezpośrednio w obwodach. Jeśli świadomie uznajemy daną czynność za łatwą lub naturalną, mamy tendencję do lekceważenia złożoności układów, dzięki której jest ona możliwa. Proste rzeczy są najtrudniejsze: większość dla nas oczywistych czynności jest wykonywana w oparciu o skomplikowane sieci neuronów.
Żeby sobie to uzmysłowić, zastanówcie się nad rozwojem badań nad sztuczną inteligencją. W latach sześćdziesiątych XX wieku poczyniono ogromne postępy w dziedzinie konstruowania programów, które potrafiły przetwarzać dane faktyczne, czyli na przykład stwierdzić, że „koń jest typem ssaka". Później jednak te badania utknęły w martwym punkcie. Okazało się, że maszynom znacznie trudniej rozwiązać „proste" problemy, na przykład jak iść po chodniku i nie spaść z krawężnika, zapamiętać lokalizację stołówki, utrzymać ciężar wysokiego ciała na dwóch niedużych stopach, rozpoznać przyjaciela lub zrozumieć dowcip. Czynności, które my wykonujemy błyskawicznie, sprawnie i bez udziału świadomości, są tak trudne do odtworzenia, że nie jesteśmy w stanie rozpisać ich na algorytmy.
Im bardziej oczywiste i łatwe coś się wydaje, tym większe prawdopodobieństwo, że to dlatego, że za wspomnianą czynnością stoi ogromna baza techniczna. Jak dowiedzieliśmy się w rozdziale drugim, widzenie wydaje nam się łatwe i natychmiastowe, ponieważ opiera się na skomplikowanej, niezwykle delikatnej aparaturze. Im coś bardziej naturalne, tym bardziej złożone jest w istocie. Obwody odpowiedzialne za nasze pożądanie nie włączają się na widok żaby, ponieważ nie jesteśmy w stanie mieć z żabami dzieci - nie mają one nic wspólnego z naszą genetyczną przyszłością. Z drugiej strony, jak się przekonaliśmy w rozdziale pierwszym, całkiem sporą uwagę przywiązujemy do rozszerzonych źrenic u przedstawiciela płci przeciwnej, ponieważ świadczą one o zainteresowaniu seksualnym. Żyjemy otoczeni przez Umwelt naszych instynktów i postrzegamy je równie rzadko jak ryba wodę.

Czas liczenia i czas zabijania

Bitwę systemu racjonalnego z emocjonalnym można zaobserwować na przykładzie, który filozofowie nazywają dylematem wagonika. Wyobraźcie sobie następującą sytuację: wagonik kolejki wyrwał się spod kontroli i pędzi po torach. Toczy się wprost na pięciu niczego nieświadomych robotników, a wy - przypadkowi przechodnie - orientujecie się, że zaraz wszyscy zginą pod jego kołami. Zauważacie obok zwrotnicę, przekręcenie której skieruje wagon na inny tor, gdzie znajduje się tylko jeden robotnik. Co zrobicie? (Przy założeniu, że nie ma tu żadnego kruczka ani ukrytych informacji).
Jeśli myślicie tak jak większość ludzi, bez wahania postanowicie przekręcić zwrotnicę: lepiej będzie, jeśli zginie jedna osoba, a nie pięć, prawda? Dobry wybór.

Teraz jednak następuje ciekawy zwrot akcji: wyobraźcie sobie ten sam wagonik i tych samych nieświadomych robotników - lecz tym razem stoicie na moście nad torami. Obok was zauważacie otyłego człowieka i orientujecie się, że gdybyście zepchnęli go z mostu, jego masa wystarczyłaby do zatrzymania wagonika i uratowania pięciu robotników. Zepchniecie go czy nie?

Jeśli myślicie jak większość ludzi, plan zabicia niewinnego człowieka napawa was odrazą. Zastanówcie się jednak: czym różni się ta sytuacja od poprzedniej? Czy nie poświęcacie jednego istnienia, by ocalić pięć? Matematyka działa przecież tak samo.
Na czym dokładnie polega różnica między tymi przypadkami? Filozofowie myślący w duchu Immanu- ela Kanta twierdzą, że chodzi o różnicę w traktowaniu człowieka. Przekręcenie zwrotnicy zamienia złą sytuację (śmierć pięciu osób) w nieco lepszą (śmierć jednej osoby), natomiast spychając kogoś z mostu, wykorzystujemy go do osiągnięcia celu. Wytłumaczenie to często cytowane jest w literaturze filozoficznej. Różnicę w wyborze można jednak wyjaśnić także w oparciu o działanie mózgu.
Alternatywna interpretacja, przedstawiona przez neurofizyków Joshuę Greene'a i Jonathana Cohena, zakłada, że różnica między opisanymi sytuacjami polega na elemencie emocjonalnym - w drugim przypadku musimy kogoś dotknąć, czyli wejść z nim w bliski kontakt. Jeśli powiemy, że człowieka na moście można zrzucić, naciskając przycisk otwierający zapadnię, wiele osób zdecyduje się to zrobić Konieczność bliskiego kontaktu z drugą osobą w jakiś sposób powstrzymuje nas od decyzji, by zepchnąć ją z mostu. Dlaczego? Otóż tego typu interakcje włączają w naszych mózgach sieć emocjonalną. Problem przestaje być abstrakcyjną i bezosobową kwestią matematyczną, a zamienia się w osobistą, emocjonalną decyzję.
Monitorowanie fal mózgowych ludzi postawionych przed dylematem wagonika ujawnia następującą rzecz: w wersji z mostem uaktywniają się obszary odpowiedzialne za planowanie ruchu i za emocje. Wersja ze zwrotnicą włącza tylko obszary odpowiedzialne za racjonalne myślenie. Ludzie reagują emocjonalnie, kiedy
muszą kogoś osobiście popchnąć; jeśli wystarczy pociągnąć za dźwignię, ich mózg zachowuje się jak Spock ze Star Treka.


* * *

Walkę sieci emocjonalnej z racjonalną w naszych mózgach dobrze ilustruje jeden ze starych odcinków Strefy mroku. Przytaczam fabułę z pamięci, ale główny wątek był mniej więcej taki - do drzwi pewnego człowieka dzwoni nieznajomy w długim płaszczu i mówi:
-   Mam tu pudełko z jednym jedynym przyciskiem. Jeśli go naciśniesz, zapłacę ci tysiąc dolarów.
-   A co się stanie, kiedy go nacisnę? - pyta gospodarz.
-   Kiedy to zrobisz, gdzieś daleko stąd umrze człowiek, którego nawet nie znasz.
Mężczyzna męczy się z tym dylematem moralnym całą noc Pudełko z przyciskiem leży na kuchennym stole. Patrzy na nie. Chodzi wokół stołu. Pot zrasza mu czoło.
Wreszcie, przypominając sobie o swojej opłakanej sytuacji finansowej, chwyta za pudełko i naciska guzik. Nic się nie dzieje. Jest cicho. Cóż za rozczarowanie!
Nagle rozlega się pukanie. W drzwiach stoi nieznajomy w płaszczu, który wręcza gospodarzowi pieniądze i zabiera pudełko.
-   Czekaj! - woła za nim mężczyzna. - Co teraz?
-   Teraz wezmę pudełko i dam je komuś innemu. Komuś daleko stąd, kogo nawet nie znasz.
Patrzcie, jak łatwo wcisnąć bezosobowy przycisk! Gdyby naszemu bohaterowi kazano na kogoś napaść, prawdopodobnie by tego nie zrobił.

We wcześniejszych fazach ewolucji nie znaliśmy żadnych sposobów interakcji na odległość większą niż długość ręki, nogi lub ewentualnie patyka. Zasięg naszych kontaktów był czymś istotnym, a nasze reakcje emocjonalne odzwierciedlają ten fakt. Tymczasem sytuacja się zmieniła: dowódcy, a nawet zwykli żołnierze są dziś często bardzo daleko od ludzi, których zabijają.
W części drugiej Henryka VI Shakespeare'a buntownik Jack Cade prowokuje lorda Saya, drwiąc z niego, że nigdy nie uczestniczył w prawdziwej bitwie:
Quote
„Ejże, czyś zadał choć jeden cios w polu?".

Lord Say na to odpowiada:
Quote
„Wielcy mężowie mają długie ręce. Często tym, których nigdy nie widziałem, Cios zadawałem i padali martwi".

W dzisiejszych czasach jedno naciśnięcie guzika wystarczy, by wystrzelić czterdzieści rakiet ziemia-ziemia typu Tomahawk z pokładu statków pływających po Zatoce Perskiej. Operatorzy rakiet mogą obejrzeć skutki naciśnięcia tego guzika na żywo w CNN, kiedy kilka minut później zabudowa Bagdadu legnie w gruzach. Nie ma bliskiego kontaktu, nie ma więc wpływu emocji. Takie bezosobowe prowadzenie wojen sprawia, że stają się one czymś niepokojąco łatwym. Pewien myśliciel polityczny w latach sześćdziesiątych XX wieku sugerował, że przycisk decydujący o wystrzeleniu głowicy nuklearnej powinno się wszczepić pod żebra najlepszego przyjaciela prezydenta. Tym sposobem, gdyby ten podjął decyzję o unicestwieniu milionów istnień, musiałby najpierw zrobić fizyczną krzywdę swojemu przyjacielowi, rozrywając jego klatkę piersiową celem wyciągnięcia przycisku. Coś takiego przynajmniej zaktywizowałoby system emocjonalny w mózgu prezydenta, czyniąc tę decyzję bardziej osobistą.
Ponieważ oba systemy neuronowe walczą o kontrolę nad kanałem wyjściowym, jakim jest zachowanie, emocje mogą wpływać na nasze decyzje. Dla wielu ludzi ten odwieczny spór stał się pewnego rodzaju mentalnym drogowskazem: jeśli coś wywołuje negatywne uczucia, prawdopodobnie można przyjąć, że jest złe. Istnieje wiele kontrargumentów dla tej tezy (na przykład mogą nas mierzić czyjeś preferencje seksualne, co jednak nie znaczy, że uważamy je za moralnie niewłaściwe), niemniej emocje są mechanizmem bardzo przydatnym przy podejmowaniu decyzji.
Pod względem ewolucyjnym systemy emocjonalne są stare, a zatem dzielimy je z wieloma innymi gatunkami. Rozwój tego racjonalnego nastąpił stosunkowo niedawno, jak zdążyliśmy się jednak przekonać, jego innowacyjność nie oznacza, że jest sam w sobie czymś lepszym. Nie tworzylibyśmy lepszego społeczeństwa, gdyby każdy z nas zachowywał się jak Spock, kierując się wyłącznie rozumem, a nigdy emocjami. Mózg potrzebuje równowagi - koordynacji grupy współzawodników. To dlatego, że wstręt, który czujemy na myśl o zepchnięciu człowieka z mostu, stanowi kluczowy element interakcji międzyludzkich; obojętność, z jaką naciskamy przycisk wysyłający w powietrze pocisk Tomahawk, jest szkodliwa dla cywilizacji.
Potrzeba nam równowagi między systemem emocjonalnym a systemem racjonalnym, a ta być może została już osiągnięta drogą naturalnej selekcji. Innymi słowy, koalicję złożoną z dwóch równoprawnych partii można uznać za idealne rozwiązanie - przechył w którąkolwiek stronę prawie na pewno byłby mniej skuteczny. Fakt ten pięknie ilustruje metafora wymyślona przez starożytnych Greków: jesteście jeźdźcem w rydwanie ciągniętym przez dwa narowiste konie - białego konia rozumu i czarnego konia namiętności. Oba starają się zepchnąć was z drogi: biały ciągnąc w jedną stronę, czarny w drugą. Musicie mocno dzierżyć wodze, żeby nadal jechać środkiem drogi.
Sieć racjonalna i emocjonalna walczą ze sobą nie tylko o wynik dylematów moralnych. Kłócą się również w innych znanych nam sytuacjach - na przykład o to, jak kwestia czasu będzie wpływać na nasze zachowanie.


"Wałka o jedność unii: wojny domowe w demokratycznym mózgu"

W kultowym filmie klasy B Martwe zło II prawa ręka głównego bohatera zaczyna żyć własnym życiem i usiłuje go zabić Dalszy ciąg tej sceny przypomina parodię szkolnej bójki: bohater lewą ręką przytrzymuje prawą, która stara się podrapać mu twarz. W końcu odcina sobie dłoń piłą łańcuchową, po czym łapie ją (kończyna nadal jest wrogo nastawiona) w odwrócony do góry dnem kosz na śmieci, a ten przygniata książkami. Uważny obserwator zauważy, że na samym szczycie sterty książek leży Pożegnanie z bronią Hemingwaya.
Scenariusz ten wydaje się mocno niedorzeczny, lecz zaburzenie zwane zespołem obcej ręki istnieje naprawdę. Może ono być skutkiem wspomnianego wcześniej zabiegu przecięcia spoiwa między półkulami. Objawy są mniej drastyczne niż w wersji z Martwego zła, lecz zasada pozostaje ta sama: u pacjentów z zespołem obcej ręki każda z nich działa niezależnie.
„Obca" ręka pacjenta może na przykład sięgnąć po ciastko, a normalnie działająca dłoń powstrzymać ją chwytem za nadgarstek. Jedna dłoń podniesie gazetę, druga da jej klapsa. Jedna ręka będzie zasuwać kurtkę,
 druga ją rozsuwać. Niektórzy pacjenci z zespołem obcej ręki twierdzą, że okrzyk: „Stój" powstrzymuje ich drugą półkulę (a więc i obcą rękę), jednak mimo tej odrobiny kontroli i tak działa ona samodzielnie, w oparciu o niedostępne świadomości programy. Dlatego właśnie nazywana jest obcą - ponieważ świadomy umysł pacjenta nie wydaje się mieć nad nią jakiejkolwiek władzy; czuje się, jakby ta kończyna w ogóle nie była częścią jego ciała. Człowiek w tej sytuacji często powtarza: „Przysięgam, że to nie ja". Wracamy tym samym do jednego z kluczowych pytań tej książki: kim jest to ja? Przecież ręką kieruje mózg pacjenta, nie żaden inny. Po prostu nie ma świadomego dostępu do poruszających nią programów.
O czym zatem świadczy zespół obcej ręki? Ujawnia on istnienie mechanicznych „obcych" podsystemów, których nie znamy i nie umiemy świadomie kontrolować Niemal wszystkie nasze działania - od mówienia po podnoszenie kubka z kawą - są wykonywane przez obce podprogramy, nazywane zombie-systemami. (Oba te terminy będą w tej książce używane zamiennie: określenie „zombie" podkreśla brak świadomego dostępu, zaś „obcy" kładzie nacisk na fakt, że systemy te są nam nieznane). Niektóre obce podprogramy stanowią część instynktu, inne są wyuczone. Wszystkie silnie zautomatyzowane algorytmy, omówione w rozdziale trzecim (serwowanie piłki, seksowanie kurcząt), stają się niedostępnymi zombie-systemami, kiedy zostaną wbudowane w nasze obwody. Baseballista odbija kijem piłkę poruszającą się zbyt szybko, by świadomość mogła zanalizować jej ruch, tylko dzięki dobrze wyćwiczonemu obcemu podprogramowi.
Zespół obcej ręki pokazuje nam również, że w normalnych warunkach wszystkie zautomatyzowane programy podlegają ścisłej kontroli, tak że w danym czasie ich produktem końcowym może być tylko jeden typ zachowania. Zjawisko obcej ręki uwidacznia, jak starannie mózg ukrywa przed nami swoje wewnętrzne konflikty. Dopiero uszkodzenie strukturalne pozwala zaobserwować, co się dzieje pod niezmąconą powierzchnią naszego umysłu. Innymi słowy, zachowanie jedności unii podsystemów nie jest łatwe - mózg musi aktywnie ku temu dążyć Dopiero kiedy jakieś frakcje odstąpią od porozumienia, ich „obcość" wychodzi na jaw.
Konflikt różnych podsystemów doskonale widać na przykładzie testu Stroopa: należy podać kolor tuszu, którym jest napisane pokazywane słowo. Powiedzmy, że na ekranie wyświetla się SPRAWIEDLIWOŚĆ na niebiesko. Mówicie: „niebieski". Następnie widzicie wyraz DRUKARKA napisany żółtymi literami. Mówicie: „żółty". Banalne. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy zobaczycie słowo samo w sobie będące nazwą koloru. Na ekranie wyświetla się NIEBIESKI na zielono. Wtedy poprawna odpowiedź nie przychodzi tak łatwo. Być może krzykniecie: „niebieski!", albo zawahacie się i wyjąkacie: „zielony". Tak czy owak, wasza reakcja będzie znacznie wolniejsza - co świadczy o toczącej się w mózgu walce. Zachodzi tak zwana interferencja Stroopa, uwidaczniająca spór pomiędzy silnym, mimowolnym i zautomatyzowanym impulsem, by przeczytać podane słowo, a nietypowym świadomym pragnieniem wypełnienia polecenia, aby podać kolor tuszu.
Pamiętacie test podświadomych uprzedzeń z rozdziału trzeciego, który ma ujawniać ukryte tendencje rasistowskie? Kluczem jest tam dłuższy czas reakcji, kiedy trzeba połączyć w parę pozytywne słowo (na przykład szczęście) z czymś, co się nam nie podoba. Tak jak w przypadku testu Stroopa, widać tu konflikt pomiędzy głęboko osadzonymi systemami.





Od koloru paszportu do zachowań emergentrrych

Prawie wszyscy słyszeli o projekcie poznania ludzkiego genomu, w ramach którego nasz gatunek rozszyfrował liczącą miliardy znaków sekwencję swojej własnej książeczki kodów. Ukończenie projektu było wielkim osiągnięciem i oczywiście nadano mu odpowiedni rozgłos.
Nie wszyscy jednak wiedzą, że w pewnym sensie projekt ten okazał się porażką. Spisujący kod naukowcy mieli nadzieję odkryć jakieś przełomowe prawdy o genach unikatowych dla rodzaju ludzkiego, jednak nic takiego nie znaleźli. Wynikiem projektu była ogromna instrukcja montażu najdrobniejszych trybików ludzkiego organizmu. Dowiedzieliśmy się, że inne gatunki posiadają zasadniczo taki sam genom jak my, a to dlatego, że są zbudowane z takich samych trybików, choć w nieco innej konfiguracji. Genom ludzki nie różni się diametralnie od genomu żaby, chociaż człowiek zupełnie żaby nie przypomina, w każdym razie nie na pierwszy rzut oka. Zwróćcie jednak uwagę, że obu organizmom jest potrzebny schemat budowy oczu, przepony, skóry, kości, serca i tak dalej, geny tych gatunków są więc bardzo podobne. Wyobraźcie sobie, że odwiedzacie dwie fabryki i badacie szerokość i długość śrubek używanych do montażu urządzeń. W ten sposób nie dowiecie się prawie niczego na temat funkcji końcowych produktów - na przykład opiekacza oraz suszarki do włosów. Oba te sprzęty zawierają podobne elementy, które mają jednak pełnić różne funkcje.
Fakt, że projekt poznania ludzkiego genomu nie przyniósł spodziewanych odpowiedzi, nie dyskredytuje całego przedsięwzięcia - było ono koniecznym pierwszym krokiem do dalszego rozwoju. Pozwala nam to zrozumieć, że stosując podejście redukcjonistyczne, nie dowiemy się wiele na temat kwestii istotnych dla człowieka.
Wróćmy do pląsawicy Huntingtona, w której pojedynczy gen decyduje o tym, kto zapadnie na tę chorobę. Wydaje się ona koronnym argumentem zwolenników redukcjonizmu. Zauważcie jednak, że pląsawica jest jednym z bardzo niewielu przypadków, gdzie drobna zmiana daje tak poważne efekty. Choroby wynikające z pojedynczej mutacji są niezwykle rzadkie: większość to dolegliwości poligenetyczne - zależne od kombinacji dziesiątek, a nawet setek różnych genów. W wyniku rozwoju metod naukowych przekonujemy się, że znaczenie mają nie tylko kodujące odcinki genów, lecz również przestrzeń pomiędzy nimi. Większość chorób jest wynikiem kogla-mogla rozmaitych drobnych zmian, sumujących się w przerażająco złożony sposób.
Kombinacje genów to tylko czubek góry lodowej: wpływ genomu można zrozumieć dopiero w kontekście interakcji z otoczeniem. Przykładem jest schizofrenia, której przyczyn genetycy szukają już od dziesięcioleci. Czy udało się znaleźć jakieś geny powiązane z tą chorobą? A owszem, całe setki. Czy wiedza o którymkolwiek z nich pomogła w prognozowaniu, który młody człowiek na nią zapadnie? Niespecjalnie. Mutacja żadnego pojedynczego genu nie wzmaga ryzyka wystąpienia schizofrenii w takim stopniu jak kolor paszportu.
Co ma paszport do schizofrenii? Okazuje się, że stres związany z emigracją do innego kraju stanowi jeden z kluczowych czynników prowadzących do schizofrenii. Prowadzone w wielu miejscach świata badania wykazały, że u grup imigrantów, których rodzima kultura najbardziej różni się od kultury ich nowej ojczyzny, ryzyko wystąpienia tego zaburzenia psychicznego jest najwyższe. Innymi słowy, niski poziom społecznej akceptacji przekłada się na większą szansę zapadnięcia na schizofrenię. Nie rozumiemy jeszcze, jak to działa, ale wydaje się, że mózg osoby wielokrotnie odrzucanej przez społeczeństwo zaczyna mieć problemy z układem dopaminergetycznym. Jednak nawet takie uogólnienie nie daje nam pełnego obrazu, ponieważ członkowie tej samej grupy imigrantów (na przykład Koreańczycy w Stanach Zjednoczonych) są mniej lub bardziej narażeni na choroby psychiczne - w zależności od tego, jak dobrze się czują z faktem, że są etnicznie różni od większości obywateli. Osoby dumne ze swojego kulturowego dziedzictwa rzadziej zapadają na schizofrenię.
Wynik ten zaskoczył bardzo wiele osób. To w końcu schizofrenia jest chorobą genetyczną czy nie? Odpowiedź na to pytanie brzmi: genetyka odgrywa w tej chorobie pewną rolę. Jeśli w wyniku kombinacji genów powstanie zestaw śrubek i trybików o kształcie nieco innym niż standardowy, to cały system może zacząć działać wadliwie - oczywiście w określonym otoczeniu. W innym śro-dowisku kształt trybików straci na znaczeniu. Okazuje się zatem, że rozwój psychiczny danej osoby zależy nie tylko od molekularnych sugestii zawartych w DNA.
Pamiętacie stwierdzenie z poprzednich rozdziałów, że ryzyko popełnienia przestępstwa z użyciem przemocy jest osiemset dwadzieścia osiem razy większe u osób posiadających chromosom Y? W związku z tym faktem należy postawić jedno istotne pytanie: dlaczego w takim razie nie wszyscy mężczyźni są kryminalistami? W więzieniach przebywa tylko jeden procent całej męskiej populacji. Jak to się dzieje?
Okazuje się, że sama znajomość genetyki nie dostarcza zbyt wielu danych na temat zachowania. Za przykład mogą tu posłużyć badania Stephena Suomi, który hoduje małpy w ich naturalnym środowisku na wsi w stanie Maryland, co pozwala mu na obserwację społecznych zachowań tych zwierząt od dnia narodzin. Jednym z jego pierwszych spostrzeżeń był fakt, że małpy bardzo wcześnie zaczynają przejawiać indywidualne cechy osobowości. Suomi zaobserwował, że praktycznie każdy typ zachowań społecznych wykształcił się, został sprawdzony i doprowadzony do perfekcji w trakcie zabaw z rówieśnikami, kiedy małpki miały od czterech do sześciu miesięcy. Jest to fakt ciekawy sam w sobie, lecz Suomi postanowił połączyć swoje obserwacje z regularnymi badaniami poziomu hormonów i metabolitów oraz analizą genetyczną.
Odkrył, że dwadzieścia procent młodych małp przejawia lęk społeczny. Reagowały one z większym niż inne niepokojem i strachem na nowe, umiarkowanie stresujące sytuacje, a poziom hormonów stresotwórczych w ich krwi przez długi okres był podwyższony.
Po drugiej stronie tego spektrum znajdowało się pięć procent osobników przesadnie agresywnych, przejawiających zachowania impulsywne i niepotrzebnie wojownicze. W krwi tych małp zaobserwowano niski poziom metabolitu odpowiedzialnego za rozkładanie neuroprze- kaźnika zwanego serotoniną.
Przebadawszy tę kwestię uważniej, Suomi i jego zespół odkryli, że istnieją dwa podtypy genów (przez genetyków nazywane allelami) odpowiedzialnych za białka transportujące serotoninę - nazwijmy je formą krótką i długą. Małpy z genem w formie krótkiej miały problemy z kontrolowaniem agresji, zaś osobniki z genem w formie długiej przejawiały normalny poziom kontroli własnych zachowań.
Okazało się jednak, że to nie wszystko. Rozwój osobowości każdej z małp zależał też od środowiska. Zwierzęta były wychowywane w dwóch grupach: z matkami (czyli w dobrych warunkach środowiskowych) lub z rówieśnikami (co generowało niestabilne związki uczuciowe). Osobniki z genem w formie krótkiej stawały się agresywne, jeśli wychowywały się z rówieśnikami, lecz wykazywały znacznie lepszą kontrolę, jeśli dorastały z matką. W przypadku małp z genem w formie długiej grupa środowiskowa nie miała takiego znaczenia - tak czy siak, były dobrze przystosowane.
Wyniki te można interpretować na co najmniej dwa sposoby. Po pierwsze: długi allel to „dobry" gen, zapewniający odporność na niesprzyjające warunki dorastania (dolny lewy róg poniższej tabeli). Po drugie: dobre relacje z matką potrafią „naprostować" zachowanie małp, które w przeciwnym razie wyrosłyby na agresywne (prawy górny róg). Obie te interpretacje nie wykluczają się nawzajem i prowadzą do jednego istotnego wniosku - wynik końcowy zależy od kombinacji genetyki i środowiska.



Sukces badań nad małpami sprawił, że zaczęto prowadzić analizę współzależności między genetyką a środowiskiem u ludzi. W 2001 roku Avshalom Caspi i jego współpracownicy zaczęli się zastanawiać, czy istnieją geny odpowiedzialne za depresję. Doszli do wniosku, że odpowiedź brzmi: „w pewnym sensie". Okazało się, że niektóre geny predysponują nas do zapadnięcia na tę chorobę, jednak to, czy objawi się ona, czy też nie, zależy od przebiegu naszego życia. Badacze byli w stanie to stwierdzić na podstawie wywiadów z tysiącami ludzi, którzy opowiadali im o traumatycznych wydarzeniach, jakie ich spotkały: utracie ukochanej osoby, poważnym wypadku samochodowym i tym podobnych. Analizowano też zestaw genów każdego z uczestników badania - szczególnie formę genu odpowiedzialnego za regulowanie poziomu serotoniny w mózgu. Każdy z nas ma dwie kopie tego genu (po jednej od każdego z rodziców), więc istnieją trzy możliwe kombinacje: krótki/krótki, krótki/długi i długi/długi. Zaskakującym odkryciem było, że kombinacja krótki/krótki zwiększała prawdopodobieństwo wystąpienia depresji klinicznej, ale tylko w przypadku, gdy osoba doświadczyła w życiu wielu przykrości. Jeśli miała szczęście i wiodła bezproblemowy żywot, prawdopodobieństwo zachorowania na depresję było takie samo, jak u reszty ludzkości. Jeżeli jednak przeszła przez trudne sytuacje, na część których nie miała żadnego wpływu, prawdopodobieństwo zapadnięcia na depresję było ponad dwukrotnie wyższe niż u kogoś z kombinacją genów długi/długi.
Kolejny projekt badawczy koncentrował się na istotnej kwestii społecznej: osoby maltretowane przez rodziców mają tendencję do nadużywania przemocy wobec własnych dzieci. Wiele osób wierzy w prawdziwość tego stwierdzenia, ale czy słusznie? I czy genetyka ma tu jakieś znaczenie? Naukowcy zwrócili uwagę na fakt, że niektóre maltretowane dzieci wyrastają na ludzi agresywnych, a inne nie. Kiedy sprawdzono wszystkie prawdopodobne czynniki, okazało się, że bycie maltretowanym w dzieciństwie nie determinuje przyszłej osobowości.


Predyspozycje genetyczne. Dlaczego traumatyczne doświadczenia u jednych ludzi wywołują depresję, zaś u innych nie? Może to być kwestia predyspozycji genetycznych.
Na podstawie: Caspi et al., Science, 2003.


Szukając źródła różnic między ludźmi nakręcającymi dalej spiralę przemocy, a tymi, którzy tego nie robią, Caspi i jego zespół odkryli, że zawiera się ono w drobnej zmianie w ekspresji pewnego konkretnego genu. U ludzi z niską ekspresją prawdopodobieństwo zaburzeń zachowania i popełnienia przestępstwa z użyciem przemocy było większe. Tendencja ta zwiększała się, jeśli maltretowano je jako dzieci. Osoby ze „złą" formą genu, które nie były bite w dzieciństwie, nie miały większych predyspozycji do agresywnych zachowań. Z kolei u ludzi z „dobrą" formą genu nawet dzieciństwo pełne przemocy nie zwiększało skłonności do agresywnych zachowań.
Trzecim przykładem jest spostrzeżenie, że u osób, które jako nastolatki paliły konopie indyjskie (marihuanę), z większym prawdopodobieństwem rozwinie się psychoza. Sprawdza się to jednak tylko w części przypadków. Na tym etapie potraficie już pewnie przewidzieć powody: podatność na psychozę jest wzmacniana przez czynniki genetyczne. Przy jednej kombinacji alleli związek między konopiami a psychozą jest silny, przy innych - słaby.

Psycholodzy Angela Scarpa i Adrian Raine badali różnice w funkcjonowaniu mózgu u ludzi ze zdiagnozowaną osobowością dyssocjalną, która objawia się zupełnym brakiem poszanowania dla praw i uczuć innych osób i charakteryzuje bardzo wielu przestępców Odkryli, że pojawia się ona najczęściej, kiedy na anomalie mózgu nakładają się złe doświadczenia środowiskowe. Innymi słowy, jeśli macie pewne problemy neurologiczne, ale wychowujecie się w dobrym domu, możecie wyrosnąć na porządnych obywateli. Jeśli wszystko z waszym mózgiem jest w porządku, a dorastacie w koszmarnych warunkach, wasza psychika nadal może rozwinąć się prawidłowo. Jeśli jednak macie i zaburzenia neurologiczne, i kiepskie warunki dorastania, wasze szanse na normalne życie gwałtownie maleją.
przykłady te pokazują, że ani sama biologia, ani samo środowisko nie są czynnikami decydującymi o naszej osobowości. Spór o pierwszeństwo między naturą a wychowaniem prawie zawsze kończy się remisem.
Jak się już przekonaliśmy w poprzednim rozdziale, ani natura, ani wychowanie nie są wynikiem naszych decyzji. Dziedziczycie określony zestaw genów i przychodzicie na świat, w którym przez większość krytycznego dla rozwoju okresu nie macie wiele do powiedzenia. To dlatego ludzie miewają tak różne światopoglądy, osobowości i umiejętności podejmowania decyzji. Nie zależą one od nas; to po prostu karty rozdane przez los. Poprzedni rozdział miał za zadanie udowodnić, że w tych okolicznościach trudno ustalić stopień odpowiedzialności prawnej. Ten rozdział dowodzi, że nasza wewnętrzna maszyneria jest niezwykle złożona, zaś nauka nie jest jeszcze w stanie z drobnych elementów konstruować umysły. Nie ulega wątpliwości, iż umysł i fizjologia są ze sobą połączone, lecz nie w sposób, który dałoby się zrozumieć, stosując czysto redukcjoni- styczne podejście.
Redukcjonizm jest mylący z dwóch powodów. Po pierwsze, niemożliwa do rozpracowania złożoność zależności między genetyką a środowiskiem niezwykle utrudnia zrozumienie, w jaki sposób dana jednostka rozwinie się pod wpływem wszystkich doświadczeń, rozmów, aktów przemocy, radości, spożywanych pokarmów, używek, przepisanych leków, pestycydów, lat edukacji i tak dalej. To zbyt skomplikowane.
Po drugie, chociaż jesteśmy nierozerwalnie związani z naszymi cząsteczkami, białkami i neuronami - co wyraźnie widać na przykładzie wylewów, hormonów, narkotyków i mikroorganizmów - nie można z tego wnioskować, że ludzie to przede wszystkim ich części składowe. Skrajny redukcjonizm głosi, że jesteśmy wyłącznie komórkami, a taki pogląd nie przydaje się w zrozumieniu ludzkiego zachowania. Fakt, że jakiś system składa się z mniejszych elementów, które są niezbędne dla jego prawidłowego działania, nie oznacza jeszcze, że cały system powinno się rozpatrywać właśnie na poziomie części składowych.

Dlaczego w takim razie redukcjonizm w ogóle się przyjął? Aby to zrozumieć, wystarczy przeanalizować jego historię. Od kilku stuleci myśliciele obserwowali rozwój deterministycznej nauki pod postacią równań Galileusza, Newtona i innych. Naukowcy rozciągali sprężyny, toczyli kule i zrzucali odważniki, co pozwalało im coraz lepiej określać, jak zachowa się dany obiekt, za pomocą prostych i precyzyjnych równań. Na początku XIX wieku Pierre Simon de Laplace twierdził, że znając pozycję każdej cząsteczki we wszechświecie, można by za pomocą równań przewidzieć wszystko, co się zdarzy (a dzięki innym równaniom poznać całą przeszłość). Ta historyczna opowieść o sukcesie leży u podstaw redukcjonizmu, który zakłada, że zasadniczo wszystkie rzeczy wielkie da się poznać przez rozbicie ich na coraz to mniejsze części składowe. Według tej teorii kierunek badań zawsze prowadzi w dół, ku prostszym poziomom: ludzi można rozpatrywać w kategoriach biologii, biologię tłumaczyć na język chemii, chemię zaś opisywać równaniami fizyki atomowej. Redukcjonizm był motorem nauki, jeszcze zanim świat wkroczył w epokę renesansu.
Nie jest to jednak uniwersalnie dobre podejście, a już na pewno nie wyjaśnia zależności między mózgiem a umysłem. Za przyczynę można uznać cechę zwaną emergen- cją28. Kiedy duża ilość elementów składowych łączy się, tworząc jeden obiekt, może on stać się czymś więcej niż tylko sumą tych elementów. Żadna z metalowych części samolotu nie jest zdolna latać, jednak gdy połączy się je ze sobą w odpowiedniej konfiguracji, produkt końcowy wzbija się w powietrze. Jeśli chcecie poskromić jaguara, jeden cienki metalowy pręt się wam nie przyda, jednak kilka dobrze umocowanych prętów buduje klatkę. Idea właściwości emergentnych oznacza, że w wyniku połączenia elementów może powstać coś nowego, mającego inne cechy niż którakolwiek z części składowych.
W ramach kolejnego przykładu wyobraźcie sobie, że projektujecie drogi i musicie zgromadzić wiedzę na temat ruchu ulicznego w waszym mieście: gdzie są korki, gdzie kierowcy przekraczają dozwoloną prędkość, gdzie przechodzący przez ulicę piesi stanowią największe niebezpieczeństwo. Wkrótce przekonacie się, że wyciągnięcie odpowiednich wniosków będzie wymagało skonstruowania psychologicznego portretu przeciętnego kierowcy. Stracilibyście pracę, gdybyście przyszli i powiedzieli, że trzeba zbadać długość śrub i wydajność świec zapłonowych silnika. Nie jest to właściwy poziom analizy, jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć o utrudnieniach w ruchu.
Nie oznacza to, że drobne części składowe nie mają znaczenia - owszem, liczą się. Jak udowodniliśmy na przykładzie mózgu, domieszka narkotyków, zmiana poziomu neuroprzekaźnika lub mutacja genetyczna mogą mieć ogromny wpływ na naszą osobowość Podobnie modyfikacja śrub i świec sprawia, że silnik działa inaczej, samochód może zwalniać lub przyspieszać, a inne auta mogą się z nim zderzyć Wniosek: ruch uliczny zależy od poprawnego działania części samochodowych, lecz nie jest mu równy pod żadnym istotnym względem.
Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego serial Simpsonowie was śmieszy, nie zajdziecie daleko, oglądając tranzystory i kondensatory z tyłu ekranu plazmowego. Możecie dokładnie przeanalizować elektroniczne urządzenia telewizora, dowiadując się przy tym tego i owego na temat elektryczności, lecz ani trochę nie przybliży was to do zrozumienia natury humoru. Obejrzenie odcinka Simpsonów jest całkowicie zależne od działania tranzystorów, ale same te mechanizmy wcale nie są śmieszne. Podobnie umysł zależy od stanu neuronów, ale same neurony to nie to samo, co myślenie.
W związku z tym musimy przeredagować nasze pojęcie o tym, jak naukowo opisywać mózg. Czy poznawszy dokładnie fizyczną stronę neuronów i ich substancji chemicznych, zrozumielibyśmy jego działanie? Najprawdopodobniej nie. Przypuszczalnie mózg nie łamie żadnych praw fizyki, co nie znaczy, że równania opisujące szczegółowe reakcje biochemicze będą odpowiednim poziomem do rozpatrywania interesujących nas kwestii. Stuart Kauffman, specjalista od teorii złożoności, ujmuje to tak: „Para zakochanych spacerująca brzegiem Sekwany jest w istocie parą zakochanych spacerujących brzegiem Sekwany, a nie tylko cząsteczkami w mchu".
Poważna teoria dotycząca ludzkiej biologii nie może ograniczać się do chemii i fizyki, lecz musi być opisywana w specyficznym dla niej języku ewolucji, rywalizacji, nagrody, pożądania, reputacji, chciwości, przyjaźni, zaufania, głodu i tak dalej - tak jak ruch uliczny nie daje się opisać w kategoriach śrub i świec zapłonowych, lecz jedynie poprzez analizę ograniczeń prędkości, godzin szczytu, agresji drogowej i odczuć ludzi, którzy po całym dniu pracy chcą możliwie jak najszybciej dostać się do domu.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego neuronowe części i trybiki nie wystarczą do pełnego zrozumienia ludzkich doświadczeń: mózg nie stanowi jedynego organicznego czynnika decydującego o kształcie waszej osobowości. Nieustannie wysyła i otrzymuje komunikaty od układu hormonalnego i odpornościowego, które można uznać za „rozszerzony układ nerwowy". Jest on nierozerwalnie związany ze środowiskiem chemicznym wpływającym na jego rozwój - chodzi tu między innymi o substancje odżywcze, obecność farb na bazie ołowiu czy zanieczyszczenia powietrza. Jesteśmy też częścią złożonej sieci powiązań społecznych. Każda interakcja wpływa na naszą biologię, a nasze działania mają wpływ na innych członków grupy. Interesująca staje się tu kwestia rozgraniczenia: jak powinniśmy definiować swoje „ja"? Gdzie ono się kończy, gdzie zaczyna? Jedynym wyjściem jest uznanie mózgu za miejsce, w którym nasze „ja" występuje w największym stężeniu. To czubek góry, lecz nie cała góra. Mówiąc o mózgu i zachowaniu, w istocie posługujemy się skrótem myślowym, określającym wpływ znacznie rozleglejszego systemu społeczno-biologicznego. Mózg jest nie tyle siedzibą umysłu, ile jego ośrodkiem.
Podsumujmy zatem nasze rozważania. Błąd redukcjonistów polega na jednokierunkowym rozdrabnianiu zjawisk - my chcemy tego uniknąć Widząc skrótowe stwierdzenie w stylu „jesteś swoim mózgiem", nie myślcie, że znaczy ono tyle, iż neurofizyka stara się poznać mózg jedynie jako ogromne skupisko neuronów czy wielkie połacie atomów. Przyszłość badań nad umysłem leży w rozpracowaniu schematów aktywności zachodzącej ponad częściami składowymi mózgowego systemu, schematów sterowanych nie tylko przez bodźce wewnętrzne, ale i przez interakcje ze środowiskiem zewnętrznym. Laboratoria na całym świecie pracują nad sposobami określenia związków pomiędzy materią fizyczną a subiektywnym doświadczeniem, lecz do rozwiązania tego problemu jeszcze długa droga.


Zobacz na:
Albert Bandura, społeczne uczenie i eksperyment Lalka Bobo
https://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,1363.0.html
Płeć mózgu - Anne Moir
https://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,600.0.html
Konieczne kłamstwa, proste prawdy - Daniel Goleman
https://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,1578.0.html
Miłość, która uzdrawia - Harville Hendrix
[/color]
https://forum.wybudzeni.com/index.php/topic,1667.0.html
Trzy mózgi w jednym
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=602.0
« Last Edit: (Tue) 24.03.2015, 11:17:54 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie – David Eagleman
« Reply #1 on: (Tue) 24.02.2015, 13:48:38 »
Wstęp do nauki strzelania - Fragment The.Walking.Dead.S02E04
https://vimeo.com/120465785
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline elwis33

  • Moderator Globalny
  • Sen płytki
  • *
  • Posts: 33
  • Reputacja: +1/-0
Odp: Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie – David Eagleman
« Reply #2 on: (Mon) 02.03.2015, 16:18:22 »
Mózg - Walking Dead

https://vimeo.com/120142463

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie – David Eagleman
« Reply #3 on: (Tue) 24.03.2015, 11:22:08 »
What can we do to improve our brains? - Jerzy Vetulani at TEDxKrakow
https://www.youtube.com/watch?v=cdoBsI3OG7c

Prof. Vetulani: nobliści pomogli zrozumieć, jak mózg przetwarza dane

Badania tegorocznych noblistów z dziedziny fizjologii i medycyny nie są może spektakularne, ale są bardzo ważne. Pomagają zrozumieć, jak mózg pracuje i przetwarza dane - powiedział PAP neurobiolog prof. Jerzy Vetulani.

Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii otrzymali w poniedziałek John O´Keefe oraz małżeństwo May-Britt Moser i Edvard I. Moser za odkrycie w mózgu neuronów, które umożliwiają orientację w przestrzeni.

"To były badania tak ważne, że im się Nagroda Nobla należała" - ocenił w rozmowie z PAP prof. Vetulani z Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie. Wyjaśnił, że badania te otwierają przed naukowcami nowe perspektywy badań nad tym, jak mózg pracuje i przetwarza dane.

Przyznał, że badania nie mają na razie bezpośrednich zastosowań. "Zrozumienie mechanizmów działania mózgu jest jednak na dłuższą metę szalenie istotne, bo dzięki temu będzie można np. skuteczniej zapobiegać procesom starzenia mózgu czy prowadzić rehabilitację po wylewach" - mówił neurobiolog.

O'Keefe zbadał procesy, które powodują rozpoznawanie przestrzeni. "Odkrył, że w formacji hipokampa - pewnej części mózgu - istnieją komórki, które mówią o miejscu, w którym jesteśmy" - powiedział naukowiec.

Vetulani przypomniał ciekawy eksperyment Brytyjczyka Richarda Frackowiaka, w którym wykazano również związek między orientacją w przestrzeni a funkcjonowaniem hipokampa. Jak pokazały badania, londyńscy taksówkarze - którzy na co dzień muszą w swojej głowie tworzyć mapy przestrzenne - mają większe hipokampy niż przeciętni londyńczycy, a wielkość tej części mózgu jest skorelowana ze stażem w zawodzie.

Prace nad tym jak mózg zapamiętuje miejsca kontynuowało małżeństwo z Trondheim, tegoroczni nobliści - May-Britt oraz Edvard I. Moser. Badacze ci stwierdzili, że komórki miejsca z hipokampu, to tylko część większego systemu orientacji przestrzennej. "Istotna część tego systemu znajduje się na drodze, która dochodzi do hipokampa - nazywamy to korą śródwęchową. W niej znajdują się specjalne komórki - komórki siatki (grid cells) i one współpracują z komórkami miejsca" - wyjaśnił Vetulani. Dodał, że jak wskazują badania, mózg cały czas - kierując się tym, jak wygląda otoczenie - oblicza nasze miejsce w przestrzeni. "Stąd mówi się popularnie, że badacze ci odkryli nasz wewnętrzny GPS" - dodał neurobiolog.

Badacz wyjaśnił, że uczestniczący w procesie orientacji w przestrzeni hipokamp "to jedyna część mózgu, w której tworzą się przez całe życie nowe komórki nerwowe". Dodał, że w pozostałych częściach mózgu, kiedy ma się 7-8 lat, nowe komórki już nie powstają. "A im tworzy nam się więcej komórek hipokampie, tym mamy lepszą pamięć, lepszą orientację w przestrzeni, lepszy nastrój" - zauważył neurobiolog.

Prof. Vetulani zwrócił uwagę na to, jak istotne jest ćwiczenia hipokampa - zwłaszcza u dzieci i u osób starszych. Na rozwój hipokampa u dzieci nie wpływa pozytywnie oglądanie telewizji, lepsze jest granie w gry komputerowe, tworzenie budowli z klocków, czy np. wymyślanie własnych historyjek - ocenił naukowiec.

Podkreślił, że o aktywność hipokampa należy też dbać w okresie starzenia się. "Im większa jest aktywność hipokampa, tym wolniejszy jest proces starzenia się" - powiedział. Dodał, że osoby starsze powinny ćwiczyć swój umysł np. grając w scrabble, rozwiązując krzyżówki czy uczestnicząc w zajęciach uniwersytetów trzeciego wieku.

Źródło: http://wyborcza.pl/1,91446,16759848,Prof__Vetulani__noblisci_pomogli_zrozumiec__jak_mozg.html


Zobacz na:
Co warto jeść aby mózg pracował wydajnie
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=853.0
Kanabinoidy - lekiem na raka
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1350.msg3256#msg3256
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje