Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Aktualności: Małe zmiany w przywilejach użytkowników <CZYTAJ> Nie możesz się zalogować? Wyczyść w przeglądarce ciasteczka i aktywne zalogowania (wszystkie).
W razie czego jesteśmy na FB(link). Pozdrawiamy Ekipa

Autor Wątek: Eksport - Polska - Stanisław Tymiński  (Przeczytany 522 razy)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • *
  • Wiadomości: 2 538
  • Reputacja: +12/-0
Eksport - Polska - Stanisław Tymiński
« dnia: (Sob) 31.01.2015, 00:18:01 »
Fragment książki Stanisława Tymińskiego "Święte Psy"

KIEDY POLSKA MOŻE DOGONIĆ ZACHÓD?
Może to zrobić natychmiast. Już w tej chwili istniej ą organizacje, które posiadaj ą wspaniały potencjał eksportowy na pewnych rynkach zachodnich. Nie spotykają się jednak one z poparciem rządowym ani klimatem zrozumienia społecznego. Jeszcze Polska nie zdobyła się na to, aby je nazwać bohaterami kraju. A są one nimi rzeczywiście, prowadząc produkcję eksportową w pożałowania godnych warunkach. Firmy te przywożą z Zachodu łupy mimo pietrzących się utrudnień prawno-podatkowych. Wyzwólmy te firmy, stwórzmy im odpowiedni klimat, traktujmy je w telewizji i prasie codziennej jak bohaterów. Pokazujmy ich bohaterstwo i osiągnięcia. Wtedy inne firmy się od nich czegoś nauczą, szczególnie te, które już mają chęci i zdolności, ale jeszcze nie wiedzą jak to zrobić. Tylko w ten sposób jest możliwy rozwój dobrobytu w Polsce, który niewątpliwie jest do osiągnięcia, ale do tej pory jego przypływ jest utrudniany przez bardzo powikłane prawa podatkowe, takie jak wysoki powtarzalny podatek obrotowy, wysokie opłaty celne, brak moralnego poparcia ze strony społeczeństwa, oraz oficjalnego zaangażowania rządu. Stwórzmy to poparcie firmom, które już coś robią, przysparzając Polsce zamożności i nie trzeba tego robić za nie od początku.

UWAŻASZ, ŻE JEST BARDZO TRUDNO POKONAĆ BARIERY OPÓŹNIENIA EKONOMICZNEGO. To nieprawda. Najtrudniejsze bariery jakie w Polsce istnieją utrudniając jej rozwój są to bariery myślowe Polaków, a nie przeszkody technologiczne czy ekonomiczne. Bariery myślowe zostały wzniesione nie tylko na poziomie pracowników, ale głównie na poziomie kierownictwa. Aby pójść do przodu trzeba je przezwyciężyć. Polskim kierownikom brak zdolności handlowych, umiejętności dopasowania się do ciągłej zmiany, cechuje ich niedostatek produktywności, a także nieumiejętność natychmiastowego mierzenia wyników. Poza tym są oni do tej pory skandalicznie nisko opłacani. Nie trzeba wymieniać kierowników, należy im stworzyć warunki, aby mogli pracować jak prawdziwi szefowie, z punktu widzenia produktywności i rozwoju ich możliwości organizacji działania. Trzeba zapewnić tym cennym ludziom klimat, do którego będą potrafili natychmiast się dopasować. Jeśli to nie jest obowiązkiem rządu i społeczeństwa to czego właściwie możemy oczekiwać w przyszłości?
Najwieksze zapotrzebowanie w Polsce jest na dobrych kierowników, którzy będą dawali wyniki finansowe, przynosili korzyści gospodarcze, aby polepszyć codzienny byt pracowników i zapewnić im bezpieczeństwo pracy. Wymaga to całkowicie innego podejścia i zdrowego rozsądku. Jeśli to im sie nie uda, wówczas trzeba będzie ich zmienić. Nie będziemy utrzymywali na stanowisku kierownika, który nie potrafi osiągnąć wyników i pozwoli, aby tysiące ludzi zostało pokrzywdzonych przez jego osobiste ograniczenie.

INTERESUJE CIĘ, CO NAZYWAM łupem, który Polacy mogą przywieść z Zachodu? Jest to nasz ZYSK, którym operuję w odniesieniu do wojny najazdowej. Polski nie stać na inną politykę formalnego exportu, tylko i wyłącznie na działalność partyzancką na rynkach światowych. Polska nie znajduje się obecnie na poziomie technologicznym, który mógłby pozwolić jej na inne wejście na rynki zagraniczne. Jesteśmy skazani na wojnę partyzancką, na nieustającą ofensywę partyzancką, inaczej zginiemy. Zupełny rozpad naszej struktury gospodarczej, niedorozwój drobnego przemysłu, który do tej pory nie otrzymał żadnego poparcia rządowego, ogranicza nasze możliwości. Nie stać nas na frontalny atak na rynki światowe. Polska nie jest w stanie utrzymać firmy wysokiej technologii z bardzo prostego powodu, mianowicie firmy takie na Zachodzie są sprzężone z setkami innych zakładów drobnej, ale wysoko wyspecjalizowanej technologii. Każda z nich specjalizuje się w swojej dziedzinie i tylko we wzajemnej kooperacji mogą dać pozytywny wynik na międzynarodowych rynkach, przy zastosowaniu taktyki i strategii wojny partyzanckiej, prowadzonej w sposób najazdowy. Z tego wynika pojęcie łupu, równoznaczne z zarobkiem. Na czym polega nieudolność naszej produkcji? Posłużę się przykładem produkcji magnetofonów kasetowych typu "video", czy "audio", do których każda maszyna potrzebuje paru tysięcy elementów. Jak to jest u nas robione? Warszawskie zakłady radiowe Kasprzaka starają się wyprodukować wszystkie elementy we własnych warsztatach. Zmusza je do tego wysoki podatek obrotowy. Każdy rozsądny człowiek przyzna, że jest to zupełny absurd. Zakłady Kasprzaka powinny współpracować z całą siecią drobnych zakładów, małych prywatnych warsztatów, z których każdy byłby doskonale wyspecjalizowany w zakresie swojej technologii i dostarczał Zakładom Kasprzaka odpowiednich komponentów w zależności od ich zapotrzebowania. Te komponenty powinny być zrobione na najwyżej osiągalnym poziomie technicznym, o czym nie należy nawet wspominać, bo jest to samo przez się zrozumiałe.
Czy Polski nie stać, aby pracowała na międzynarodowych rynkach w sposób wielopoziomowy, w naturalnym sprzężeniu z różnymi poziomami technologii i kooperacji na rynku wewnętrznym? To było prawie niemożliwe do tej pory, ale już dzisiaj są w kraju firmy, które potrafią sobie z tym poradzić. Tyle że są one zmuszone kupować części specjalistyczne od naszych konkurentów z zagranicy.

CHCIAŁBYŚ OTRZYMAĆ przykład takiej produkcji? Prosze bardzo! Huta Stalowa Wola eksportuje obecnie sto pięćdziesiąt milionów dolarów rocznie, produkuj ąc ciężkie maszyny do przesuwania ziemi dla Stanów Zjednoczonych. Koparki te i spychacze są sprzedawane na amerykańskim rynku pod marką firmy Dresser. Niewielu ludzi w Stanach Zjednoczonych zdaje sobie sprawę z tego, że sprzęt firmy Dres¬ser produkowany jest przez polską Hutę Stalowa Wola. Istnieją jeszcze inne firmy w kraju, które zdobyły podobne doświadczenie we współpracy z Zachodem i wiedzą już w jaki sposób utrzymać się na świato¬wych rynkach, szczególnie te, które działają w konkurencji z agresywnymi firmami japońskimi. Japoń¬czycy codziennie staraj ą się je wypchnąć z rynku, ale okazuje sie, ze nawet w takiej konkurencji polskie przedsiębiorstwa potrafią sie obronić i wyjść na swoje.
Zakłady Kasprzaka nie potrafią wyprodukować magnetofonu, który dorównałby jakością japońskiemu magnetofonowi SONY ? Aby go zbudować potrzebne są tysiące detali, które japońskiej firmie zapewnia¬j ą drobni wysoko wyspecjalizowani dostawcy. Każda z nich pracuje bardzo wydajnie, aby utrzymać się na konkurencyjnym rynku. Powstanie takich firm w Polsce uniemożliwia istniejący do tej pory podatek obrotowy.
Dlaczego musieliśmy korzystać z włoskiej licencji przy produkcji naszego Fiata? Polska do tej pory nie wypuściła samochodu, który mógłby konkurować z markami zachodnimi. Zastanawiasz się czy Polakom brakuje talentu, czy jest to wynikiem zapóźnienia cywilizacyjnego i pewnie wpadasz w panikę, albo nabawiasz się kompleksów. Zupełnie niesłusznie, bo jest to tylko wynik zabicia wolnego rynku przez komunistów. Otóż firma, która chce się zająć składaniem (montażem) samochodów powinna to robić w oparciu o drobną wytwórczość. Jak już wiesz, może ona istnieć tylko w takim kraju, którego nie obciąża podatek obrotowy. Firma, która składa w Polsce samochody powinna otrzymywać odlewy silników z za¬kładu, który specjalizuje się w ich produkcji i robi to najlepiej jak tylko możliwe w konkurencji krajowej. Inny zakład powinien dostarczać jej zaworów, jeszcze inny tłoków i tak tysiąc małych zakładów wspomagałoby powstanie w Polsce przemysłu samochodowego. Każdy zakład starałby się osiągnąć najwyższy pułap jakości, pracując na rynku konkurencyjnym.
Fabryka polskich Fiatów, kupując od Włochów za ciężką forsę licencję, musiała też kupić całe oprzyrządowanie narzędziowe do każdej pojedynczej części i samochód jest do tej pory robiony przez tysiące robotników (nie - pracowników), którzy, źle opłacani, nie mają dostatecznej motywacji, aby zrobić go najlepiej jak potrafią. Jeśli tego samego "Fiata" produkowałyby zakłady prywatne, starałyby się przede wszystkim utrzymać jak najlepszych pracowników, którzy potrafiliby zrobić go według najwyższych standardów i znacznie wydajniej. Na tym właśnie polega siła kooperacji wolnego rynku, dla której w Polsce ciągle jeszcze brakuje odpowiedniego klimatu.
Uniwersalność koncepcji nie wymaga, aby wszystkie części były produkowane w Polsce. Huta Stalowa Wola kupuje niektóre półfabrykaty niezbędne dla swojej produkcji za granicą, bo są one niedostępne do tej pory w Kraju. Podam przykład mojej firmy kanadyjskiej "Transduction", która pozbawiona klimatu wolnej współpracy z innymi firmami Północnej Ameryki, nie mogłaby istnieć. Nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkich potrzebnych elementów we własnych warsztatach. Jeśli chcielibyśmy się przy tym upie¬rać, byłaby to jedna z najbardziej niewydajnych produkcji na świecie. Ponadto niemożliwe byłoby za¬trudnić wszystkich niezbędnych specjalistów, gdyż inne firmy dawno by ich nam odebrały. Jedynym skutecznym sposobem prowadzenia interesu j est zasada kooperacji. Prowadzimy j ą zarówno z dużymi j ak i małymi firmami i jesteśmy w stanie zmieniać swoich dostawców. Kupujemy półfabrykaty i surowce kie¬dy są nam potrzebne, jakie są nam potrzebne i te, ktore uważamy za najbardziej konkurencyjne.
Biurem przedstawicielskim mojej firmy w Polsce jest "Transtek". Nie jest to do tej pory firma produkcyjna, choć posiada takie ambicje. Przesyłamy jej pracownikom elementy naszych urządzeń, z których montują całości i w ten sposób tylko raz płacą podatek obrotowy. Gdyby chcieli je produkować w Polsce, musieliby za każdą zakontraktowaną czynność płacić ten podatek oddzielnie. I to jest właśnie ten polski absurd, o którym mówię! Jakakolwiek firma krajowa, usiłując produkować elementy jako przeróbki technologiczne w różnych zakładach w Kraju, byłaby niekonkurencyjna. Jeśli chciałaby je wszystkie wyprodukować u siebie, musiałaby zbankrutować na skutek nieproduktywności kapitału.
Dlatego pytam: czym wytłumaczyć, że Rząd pozwala sobie na prześladowanie firm krajowych podat¬kiem obrotowym, powodując, że stają się one niekonkurencyjne nie tylko na rynku wewnętrznym, ale także w eksporcie? Wygląda na to, że przez ignorancję lub decyzj ę polityczną chce w ten sposób utrzymać w Polsce najbardziej niewydajne struktury przemysłowe. Nic w tym zresztą nie ma nowego. Ileż to razy zdarzało się, że zakład drobnej wytwórczości mógł wytrwać zaledwie dwa, najwyżej trzy lata, a potem urząd podatkowy bądź agresywna i triumfująca biurokracja niszczyły go. Musiał przestawiać swoją produkcję, lub też zwijać manatki i przenosić się w zupełnie nowe miejsce. Czego teraz możemy oczekiwać? Jak sobie wyobrazić, że oto jutro pięćset polskich firm będzie w kooperacji produkowało towary na rynki zachodnie?
Komuniści prześladowali drobną wytwórczość przez czterdzieści parę lat, traktując ją jak zarazę i najgorsze zło, które trzeba koniecznie wyplenić. Drobni wytwórcy w oczach komunistycznych bonzów byli niebezpieczni. Jeśliby trochę zarobili, mogliby wyrwać się spod ich kontroli, nabrać mocy ekonomicznej a tym samym znaczenia politycznego. A tego już komunizm nie mógł tolerować! Tępiono i prześladowano drobnych wytwórców na wszystkich możliwych polach i we wszystkich poziomach, propagandowo i podatkowo. Dzisiaj nie ma w Polsce klimatu dla rozwoju drobnej wytwórczości, i nie powstanie on, dopóki nie zostaną dokonane zasadnicze zmiany w ustawodawstwie oraz przełamane bariery i nawyki myślowe. Utrzymywanie podatku obrotowego wynika z ignorancji bądź chciwości. Siła każdego rządu za¬leży od podatków jakie zdoła on z ludności wydusić. Wówczas może rozdzielać zapomogi w najbardziej zapalnych miejscach, aby tylko utrzymać się przy władzy. Tymczasem udusi kurę, która niesie złote jajka, w tym sensie, ze podatek obrotowy doprowadzi do niekonkurencyjnych cen zarówno w eksporcie jak i na rynku krajowym. Na Zachodzie nie ma czegoś takiego. Płacimy podatek końcowy. Firma, która produkuje elementy dla innego zakładu, nie płaci tego podatku. W chwili gdy samochód "schodzi" z taśmy montażowej, trzeba zapłacić podatek od wartości wszystkich jego elementów jeden jedyny raz. Jeśli jest to produkcja eksportowa, podatku wcale się nie płaci, aby cena światowa mogła być jak najbardziej kon-kurencyjna. Eksportowa cena Mercedesa jest niższa niż na ich własnym rynku krajowym. Gdybyśmy pła¬cili podatek od każdej przeróbki w różnych zakładach, nasz produkt końcowy musiałby być wielokrotnie droższy. Jeśli dotyczyłoby to produkcji samochodów, Japończycy zdołaliby w tym czasie zalać nasz ry¬nek swoimi, znacznie tańszymi samochodami, w wyniku czego na przykład kanadyjski przemysł samo¬chodowy przestałby istnieć i tysiące ludzi straciłoby pracę. Nie należy zabijać kury znoszącej złote jajka, co właśnie robi się teraz w Polsce na skutek pasywności i bierności ludzi, którzy przeciwko temu nie pro¬testują. Utrzymywanie podatku obrotowego w czasie kryzysu jest zbrodnią, która obciąża rząd, uniemoż¬liwiając kooperację między firmami.

OBAWIASZ SIĘ, DE SPOŁECZEŃSTWO POLSKIE NIE JEST przygotowane do importu systemu z wysoko rozwiniętych krajów zachodnich, ze względu na silne bariery psychologiczne?
Współczesny system wolnorynkowy na Zachodzie istnieje od co najmniej dwustu lat i w tym czasie przeszedł te wszystkie zmiany, przed ktorymi stoi dziś Polska. Trudności jakie się przed nią piętrzą, dla Zachodu nie są niczym nowym. Sprawą najważniejszą, o której rząd polski zapomina, jest fakt, iż w Stanach Zjednoczonych lub w Kanadzie większość ludzi pracuje u drobnych wytwórców, zatrudniających od pięciu do dziesięciu osób. Przez długi okres czasu, przy nieustannej ewolucji w warunkach wolnej konkurencji rynkowej, mogą utrzymać się tylko firmy najsilniejsze, zdolne do zmian, jeśli ich kierownictwo nie straci głowy. Produkcja pewnych skomplikowanych maszyn, urządzeń, środków chemicznych lub farmakologicznych wymaga kooperacji pięciu, dziesięciu, bądD nawet pięćdziesięciu małych firm drobnej wytwórczości. Instrumentów medycznych nie może produkować domowym sposobem jedno przedsiębiorstwo. Na rynku pojawiają się one opatrzone identyczną metryczką firmową, jednakże przy ich produkcji pracowało nieraz bez mała pięćdziesiąt, lub nawet sto małych firm dostarczających niezbędne komponenty. Zakłady współpracujące z "PRODUCENTEM", zostały wyselekcjonowane w ciągu ostatnich dziesięciu z górą lat i na tych drobnych wytwórcach może w pełni polegać wielka firma.
Drobna wytwórczość obejmuje przeważającą większość zatrudnionych w Ameryce Północnej. W Pol¬sce zachwycamy się jeszcze ciągle takimi molochami jak IBM, General Motors, General Electric czy in¬nymi transnarodowymi, które są już niezdolne do ciągłej zmiany i zastygaj ą w swej rutynowej pozycji na skutek biurokratycznych obciążeń, są coraz mniej wydajne i grozi im bankructwo. W tym samym czasie pojawiają się nowe, prężne firmy, ktore podbijają rynek. Te małe firmy, z niewielkim zatrudnieniem i szczupłym kierownictwem chętne do pracy, sprawne w działaniu i żądne wyników zagrażaj ą zbiurokratyzowanym molochom. Paradoks polskiego handlu zagranicznego polega między innymi na wysyłaniu delegacji rządowych, które nie studiując tendencji rozwojowych Zachodu nawet nie chcą rozmawiać z drobną wytwórczością na Zachodzie, nie wiedząc, ze podstawowymi jednostkami politycznymi w zachodnim systemie wolnej demokracji są osoby fizyczne, mężczyźni i kobiety, którzy są jej realnymi podmiotami; posiadają swój głos polityczny i decydują na swoim odcinku o wymianie handlowej, podobnie jak o swojej produkcji. Ci właśnie ludzie stanowią o rozwoju drobnej wytwórczości. Polscy wysłannicy zapominają także, że rząd amerykański wybierany jest przez większość obywateli Stanów Zjednoczonych i ciągle popełniają błąd dopominając się o kredyty i gotówkę u jego przedstawicieli politycznych. Nie biorą nawet pod uwagę, że jeśli większość obywateli nie zgodzi się na pomoc gotówkową czy też innego rodzaju poparcie, które obciążałoby ich budżety, rząd amerykański nie będzie w stanie zaryzykować swego stanowiska. Sondaż polityczny w Stanach Zjednoczonych jest bardzo ważny i jeśli wypadnie negatywnie rząd nie zechce popełnić samobójstwa.


KRYZYS JEST ZAWSZE SPOWODOWANY BRAKIEM PRODUKTYWNOŚCI KAPITAŁU. Niezrównoważeniem bilansu pomiędzy eksportem a importem: im mniejszy eksport, tym gorzej dla gospodarki kraju. Stany Zjednoczone przeżywały poważny kryzys w 1929 roku. Większość amerykańskiego kapitału znalazła się wówczas w rękach małej grupy ludzi, którzy dominowali nad ekonomią. W ciągu ostatniego dwudziestolecia kapitalizm coraz wyraźniej przybliża się do tamtej sytuacji z 1929 roku; stopniowo coraz większe masy kapitału przechodzą w ręce coraz mniejszej grupy ludzi. Z tego wynika, że system ekonomiczny Stanów Zjednoczonych przeistacza się z demokratycznego wolnego rynku, w prawdziwy kapitalizm, w którym coraz mniejsza grupa obraca coraz to większym kapitałem, zaś tak zwana klasa średnia ma coraz mniej pieniędzy. Jest to zjawisko negatywne i będzie trwało tak długo, dopóki klasa średnia, stanowiąca dziś większość społeczeństwa, nie sprzeciwi się temu. Dzisiaj w Polsce rząd utrzymuje rezerwę budżetową 26 procent zamiast wykorzystać ten kapitał na rozwój kraju.
Stany Zjednoczone znalazły wyjście z kryzysu szukając rynków zbytu w innych krajach. Pomogła im w tym II wojna światowa. Jesteśmy przeciwni wojnie, ale faktem jest, iż sprzyja ona rozbudowie pewnych gałęzi przemysłu, oraz szybkiemu bogaceniu się niektórych warstw społecznych. Mówimy o Stanach Zjednoczonych, ale przecież o Polskę nam chodzi i tylko Polską żyjemy. Chcę ci powiedzieć, co powinniśmy zrobić. Trzeba mieć jasny i precyzyjny plan działania, żeby bilans naszego eksportu oraz im¬portu był pozytywny. Musimy za wszelką cenę zdobyć rynki zbytu dla naszej produkcji. Plan działania na przyszłość stanowi główną różnicę pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Bardzo mi jest przykro, gdy ludzie innych narodowości mówią o nas "polskie świnie", albo "głupi Polacy", dosyć się tego nasłuchałem w świecie. Nie mogę tego znieść. Trzeba przedstawić plan działania, aby nikt już nas nie obrażał, abym mógł być dumny ze swego pochodzenia i kraju.


CZY KRYZYS POLITYCZNY MA WPŁYW NA PRODUKCJĘ I EKSPORT? Kryzys polityczny jest zawsze wynikiem kryzysu ekonomicznego i koło się zamyka. Zupełnie jak zwierzę, które samo gryzie własny ogon. Straszliwy stan wojenny w 1981 roku był efektem kryzysu ekonomicznego, którego apogeum sięgało już końca 1980 roku. Zobacz wykresy produkcji. Jej gwałtowny i katastrofalny spadek nastąpił wówczas gdy Zachód obciął Gierkowi kredyty i na krajowej scenie pokazały się niezadowolone związki zawodowe.
Kraj może zostać wyprowadzony z kryzysu ekonomicznego przez polityków jeśli będą zdolni do tworzenia właściwej atmosfery. NAJWAŻNIEJSZYM OBOWIĄZKIEM RZĄDU jest stworzyć klimat polityczny w celu odrodzenia ekonomii. Do tej pory w Polsce nikt tego nie zrobił. Istnieje coraz większe skłócenie i wzajemne gryzienie się. Ludzie zachowują się jak święte psy. Do niczego dobrego to nie prowadzi.
Popatrz na moją farmę, na której posadziłem truskawki. Na zimę nakryłem je słomą, aby nie zmarzły, na wiosnę słomę odrzuciłem, wyjrzało wiosenne słońce i one same odżyły, zmieniły się, nabrały soków i już niebawem zaczną kwitnąć.
Dlaczego nie dać ludziom takiego prawa jakie mają truskawki, którym wystarczy zapewnić warunki, od czasu do czasu podlewać, zasilić je, chronić przed chwastami, aby rosły, kwitły, owocowały. Na tym sa¬mym powinna polegać rola rządu: stworzyć ludziom warunki, w których będą mogli działać, cenić ich pracę bez narzucania z góry własnych wartości. Gdyby to zostało zrobione, moglibyśmy mówić o dobrym i pożytecznym rządzie. Daleko mu do tego, nieprawdaż?
Lepiej nic nie robić niż zmuszać interwencjonizmem kogoś do robienia czegokolwiek, uważając, że to jest dla niego dobre. Trzeba najpierw stworzyć zdrowy rynek, pielęgnować go i nie przeszkadzać mu rosnąć. Na interwencję zawsze będzie czas. Nie należy się też zacietrzewiać, bo wtedy człowiek traci zdolność zdrowego rozsądku. Przeszkodzi to w obserwacji aby zauważyć rezerwę rządową w budżecie panstwa, która hamuje rozwój ekonomii.
Jednym z kłopotów krajów byłego obozu socjalistycznego jest niezdolność do komunikacji z krajami Zachodu. Zupełnie jakby znajdowały się na innym globie. Innymi powodują się motywacjami i celami.
Do tej w Polsce ZYSK JEST BRUDNYM SŁOWEM, kapitał jest brudnym słowem. Dla wielu ludzi kapitał jest jednoznaczny z wyzyskiem. JEST TO WIELKIE NIEPOROZUMIENIE.
Jeżeli pożyczę ze sklepu taczki czy wiertarkę, muszę za nie zapłacić tak samo jak za kapitał. KAPITAŁ JEST NARZĘDZIEM.
Właśnie na tym polega brak porozumienia z Zachodem. Zachód jest bardzo urażony ciągłymi prośbami o gotówkowe bezprocentowe pożyczki. Oznacza to w pojęciu Zachodu, że Polska jest prymitywnym krajem, na niskim poziomie umysłowym. Ktoś na Zachodzie kto ma 10%, 20% gotówki na realizację jakiegoś projektu może otrzymać 80% kredytu bankowego na jego sfinansowanie. Takie przedsięwzięcie wymaga ryzyka i związanej z tym osobistej odpowiedzialności.
W Polsce przeprowadzono bardzo interesującą ankietę pomiędzy dyrektorami przedsiębiorstw. Na pytanie, czy jeśli uzyskaliby możliwość otrzymania pożyczki w wysokości miliarda dolarów od Za¬chodu lub Rządu polskiego, do kogo by się po nią zgłosili? Dziewięćdziesiąt procent przedsiębiorców oświadczyło, że poszliby do polskiego rządu, a jedynie dziesięć procent zgłosiłoby się do banków za¬chodnich.
Odpowiedzi polskich przedsiębiorców dają się jednoznacznie skomentować. Oznaczają one strach przed osobistą odpowiedzialnością. Wychodzą z założenia, że ze swoimi można się jakoś ugodzić. JAKOŚ TO BĘDZIE. Obcym trzeba dotrzymać słowa i spłacić dług. Nie można z nimi żartować. Trzeba oddać narzędzie.
INTERESUJE CIĘ, CZY ZACHÓD chciałby upodobnić Polskę do swojego modelu, przerobić ją na swój kształt i podobieństwo. Zachód żyje swoim życiem. Każdy człowiek ma swoje własne wartości, posiada swój poziom życia. Zachód nie dąży do narzucania ich komukolwiek, ani sposobu życia, ani pojęcia moralności. Oczywiście chciałby aby Polska podniosła się do jego poziomu, wtedy byłoby łatwiej prowadzić normalną wymianę handlową, towarową czy naukową, a także w innych dziedzinach. NIKT PRZECIEŻ NIE CHCE BAWIĆ SIĘ Z CZŁOWIEKIEM PONIŻEJ SWEGO POZIOMU.
Nie sposób powiedzieć, że Zachód niczego nie chce. Dąży do utrzymania poziomu swojego bytu i chce go poprawić, tak samo jak Polska. W tym sensie Polska ma takie same prawa i dążenia, tyle że w
Polsce jest wiele rzeczy robionych do tej pory po amatorsku, a Zachód posiada znacznie większe doświadczenie rynkowe i dojrzałość handlową. Jeśli Polacy nie zrozumiej ą tego układu, sami wpakuj ą się w
zachodnią pułapkę i będą czuli się pokrzywdzeni uważając że ludzie z Zachodu są od nich bardziej efektywni i mają lepsze plany. Jeśli okaże się, że dają się wykorzystać, to będzie ich jest winą, bo nie zachowuj ą się jak ludzie dorośli, ani samo odpowiedzialni. Jeśli będą się kurczowo trzymali swojej niewiedzy
spotka ich zasłużona kara. Powinni zostać wykorzystani i pozbawieni możliwości uczestnictwa w równej
grze sił na rynku światowym. ZALEŻY TO WYŁĄCZNIE OD NICH SAMYCH.
Chcesz wiedzieć, czy Zachód chce Polskę wykorzystać, aby osiągnąć dla siebie zysk dzięki jej
taniej sile roboczej. To jest następna pułapka myślowa, w którą Polacy mogą się wpakować. Jeśli człowiek umiera z głodu, a boi się, że zostanie wykorzystany, to taki człowiek przypuszczalnie umrze. Jeśli ktoś uważa, że musi mieć tysiąc dolarów na założenie biznesu, a ponieważ ich nie ma i dlatego nic nie
robi, przegrywa na skutek niewiedzy, bo w rzeczywistości wystarczy mu sto dolarów, resztę może pożyczyć w banku. Na Zachodzie do założenia biznesu trzeba mieć średnio sto tysięcy dolarów, bo jest to
kosztowne i conajmniej tyle właśnie wynosi. Jeśli człowiek nie ma tych pieniędzy to zanim je uskłada
umrze. Normalnie ten człowiek, jeśli ma dziesięć tysięcy dolarów idzie do banku i oddaje w zastaw swój
dom. Wówczas otrzymuje pożyczkę na założenie biznesu, brakujące dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów.
Trzeba dodać, że najpierw musi mieć spłaconą znaczną część hipoteki swojego domu co też wymaga
osobistej odpowiedzialności rządu i obywatela.
Człowiek, który pożyczył z banku osiemdiesiąt tysięcy dolarów bierze na siebie wielkie ryzyko.
Może stracić swój dom. Wychodzi z siebie instynktownie, wytęża wszystkie swoje siły, aby interes mu
się udał. Żyje tą jedną sprawą: nie stracić domu, wyjść na swoje. I ma szansę. Nie wszyscy oczywiście.
Większości się nie udaje. Wychodzi z tego czterech na dziesięciu, a sześciu może stracić dom.
W Polsce człowiek, który umiera z głodu, ale boi się, że zostanie wykorzystany, ma prawo umrzeć z
głodu. Żaden argument go nie przekona, aby wydostać się z tej myślowej pułapki, przekona go tylko
głód.
Widziałem w peruwiańskiej dżungli Indian, którzy zdecydowali się, żeby umrzeć. Ludzi tych nie
można było przekonać, że powinni żyć.
Podobnie w Polsce. Jeśli ktoś tak bardzo się boi, że chcą go wykorzystać i dlatego odmawia wszelkiej
współpracy sądząc, że kapitał wiąże się zawsze z wyzyskiem, nic mu nie pomoże. Jeśli chce umrzeć z
głodu to jego sprawa. Jeśli tak panicznie boi się wolnego rynku ma prawo umrzeć, nikt mu nie będzie się
narzucał. Nie przyjedziemy czołgami z Zachodu, i nie zmusimy go do pracy. Nie musi się obawiać, że go
wykorzystamy. Nie mamy także zwyczaju aby się narzucać. Ten człowiek powinien sam do nas przyje¬chać przedstawić swoje propozycje i plan działania. Wtedy powiemy ile będzie mógł zarobić. I to będzie w porządku. Ale ze strony Polski bardzo mało było tego rodzaju poczynań. Zwykle przedstawiciel strony rządowej, a zatem rzecznik dziewięćdziesięciu procent przedsiębiorstw w Polsce przyjeżdża na Zachód i prosi o wsparcie. Wyciąga rękę i mówi: DAJCIE NAM GOTÓWKĘ. Zachód patrzy na niego sceptycznie i podejrzliwie. Po pierwsze ten człowiek jest źle wychowany. Po drugie ma nie po kolei w głowie i po trzecie jest on niepoważny i brakuje mu odpowiedzialności osobistej, bo nie ma planu działania. Takiemu człowiekowi plan działania zostaje narzucony. Tak zrobił Bank Światowy z Polską. "Chcesz to my pomożemy. Dostaniesz plan. Teraz będziesz go wykonywał." Narzucony plan stwarza niekorzystną sytuację. Będzie o wiele korzystniej, jeśli każdy człowiek zatroszczy się o swój indywidualny czy też grupowy plan działania jak wydostać się z biedy. Taki plan będzie dla niego najbardziej odpowiedni. Jeśli chce ryzykować niech to będzie jego własne ryzyko, a nie ryzyko podjęte kosztem innych ludzi.

RZĄD STALE MÓWI O PRYWATYZACJI, ale mowic a robic, sa to dwie rozne sprawy. W Polsce
jest to oczywiste. W Peru też jest bardzo wielu ludzi, ktorzy mowia, ale nic z tego nie robia. W kazdym
kraju swiata toczy sie wojna ekonomiczna, strony są spolaryzowane. Stany Zjednoczone są zadlużone,
Meksyk jest zadlużony, Brazylia jest zadlużona, a po przeciwnej stronie Japonia i Niemcy posiadaja po-
zytywna sytuacje kapitalowa. Na wojnie zawsze ktos wygrywa i ktos inny musi przegrać. Oczywiscie,
istnieja tzw. firmy miedzynarodowe, których budzet w wielu przypadkach jest o wiele większy niż budżet
narodowy Polski. Mowiac ogolnie, te miedzynarodowe firmy sa albo japonskie, albo amerykanskie, ale
kraj charakteryzuje bilans eksportowo importowy. Jest on negatywny, czy pozytywny? Jesli z porownania
wynika, ze import jest wiekszy od eksportu, kraj posiada bilans ujemny i ktos wygrywa z nim wojne eko-
nomiczna, sprzedajac wiecej niz kupujac. W ten sposob kraje, które eksportuja wiecej niz importuja wy-
grywaja wojne ekonomiczna, ktora we wspolczesnosci jest bardziej drapieżna, niz walka zbrojna i trwa
całymi latami, przenosi sie z kraju do kraju, z kontynentu na kontynent.


TYLKO EKSPORT ZAPEWNI ŚWIEŻE PIENIĄDZE Z ZAGRANICY. W przyszlosci JEDYNIE FIRMY EKSPORTOWE BEDA MIALY SZANSE POPRAWIENIA BYTU SWOICH PRACOWNIKOW. Nie jest to jeszcze w Polsce dobrze rozumiane, bo do tej pory wiekszosc firm nie miala dostepu do zagranicznych rynków na skutek utrudnien stosowanych przez centrale handlowe, czy ministerstwo handlu zagranicznego.
TERAZ SYTUACJA ZMIENILA SIE NA KORZYSC DO TEGO STOPNIA, ze wszystkie zaklady w Polsce maja wolny dostep do zagranicznych rynków. Przyszlosc nalezy do tych, które beda eksportowac. Tylko te beda rosly i zapewnia przyzwoite wynagrodzenia swoim pracownikom. Mimo nadziei, ze firmy produkuj ące dla potrzeb krajowych takze moga sie rozwinac ze wzgledu na wzrost zapotrzebowania na rynku wewnetrznym, eksportowe wzrosna znacznie szybciej. Najwazniejszy w kazdym zakladzie ekspor- tujacym jest jego dzial marketingowy i handlowy, poniewaz one beda organizowały komunikacje z ryn¬kami zagranicznymi i zabezpieczały mozliwosc ich dopasowania do potrzeb zakladu. Dyrekcja zakladu eksportowego winna byc jaknajlepsza z punktu widzenia mozliwosci i umiejetnosci kierowniczych, ale najwazniejsza jej czesc beda stanowili szefowie marketingu i handlu, aby wprowadzic zaklad na rynki miedzynarodowe. Tylko zaklady, które sa silne na rynku krajowym moga sobie pozwolic na eksport bio- rac pod uwage koszt obslugi rynków miedzynarodowych i ich wymagania jakosciowe. Nie znaczy to jed¬nak wcale, zeby firmy eksportowe musialy wszystko produkowac u siebie w zakladzie, wrecz przeciwnie, aby produkcja eksportowa mogla sprostać zagranicznym zamówieniom musi byc sprzegnieta z wielka
iloscia malych firm drobnej wytwórczosci, w których pracuja indywidualni wysoce utalentowani fachowcy. Mówie o takich indywidualistach, którzy ze wzgledu na wybitnie twórczy charakter swojej działalności nie mogliby pracowac w zadnej produkcji masowej wielkich zakladów produkcyjnych. W obecnych
warunkach podatkowych, szczególnie przy negatywnym aspekcie podatku obrotowego brakuje motywacji
dla kooperacji tego rodzaju, dlatego tez
NATYCHMIASTOWYM ZADANIEM RZADU POWINNO BYC POPARCIE DLA SPRZEZENIA
FIRM DROBNEJ WYTWORCZOSCI Z DUZYMI ZAKLADAMI, które maja szanse eksportowe i NA-
TYCHMIASTOWE ulgi przez zniesienie podatku obrotowego w tego typu ukladach miedzyprodukcyj-
nych. Nie tylko podatek eksportowy powinien byc natychmiast zniesiony, ale nalezy wprowadzic dodat-
kowe ulgi eksportowe dla firm, które zatrudniaja kontraktowo drobna wytwórczosc. Firmy eksportowe
powinne móc liczyc na nieustajace poparcie rzadowe, aby miec motywacje do prowadzenia produkcji,
czy tez swiadczenia uslug na eksport, w celu zwiekszenia zatrudnienia i uzyskania przyplywu swiezych
pieniedzy dla kraju.
Nic nie jest tak kosztowne jak bezproduktywne przestoje wartosciowych i drogich maszyn. Trzeba to
miec na uwadze, kiedy nic sie nie robi, aby ulatwic i przyspieszyc rozwój produkcji eksportowej.


Jeśli podczas II Wojny Swiatowej byliśmy tak samo zdolni jak inni, aby walczyć z hitleryzmem i zwy¬ciężać Niemców, jeśli nie ustępowaliśmy w tym nikomu, a od wielu potrafiliśmy być lepsi, sądzę, że tak samo jesteśmy zdolni, aby na równi z innymi umieć zarabiać na światowych rynkach. Amerykański eko¬nomista John Kenneth Galbraith nie podnosi sprawy polskiego eksportu, mówiąc w sposób nader wyszu¬kany i subtelny o różnych możliwościach, które są bliższe zapatrywaniom i dążeniom Goeffrey Sachs, niż poglądom takiego praktycznego ekonomisty, jakim jest Amerykanin Peter Drucker, który w swoich pu¬blikacjach o biznesie wyrażnie podkreśla, że jedyną możliwością krajów Europy Wschodniej jest ich handel zagraniczny z Zachodem.
Tylko w ten sposób można zmniej szyć różnice pomiędzy dochodami Polaków i mieszkańców Europy Zachodniej, oraz USA czy Kanady. Dlatego chcialbym, abyś przekonal się, że jedyną drogą do zmiany sytuacji ekonomicznej w Polsce jest rozwój jej handlu zagranicznego. Pierwszym zadaniem rządu, nieza¬leżnie od tego, czy jest to rząd koalicyjny, czy jakikolwiek inny wyloniony w wolnych wyborach PO¬WINNO BYĆ PRZYZNANIE ULG PODATKOWYCH DLA PRODUKCJI EKSPORTOWEJ, ZWOL¬NIENIE OD PODATKÓW FIRM EKSPORTOWYCH I USTANOWIENIE PREMII, aby mogly rozwi¬nąć się w tym kierunku z przekonaniem o swoich możliwościach i pewnością dzialania.
Chcę zwrócić uwagę, że jest to najzupelniej oczywiste gdzie indziej, np. w Czechoslowacji. W Kana¬dzie widoczne są zabiegi czechoslowackiego rządu, który wzywa do powrotu Kanadyjczyków czeskiego i slowackiego pochodzenia, aby pomogli uczyć swoich rodaków handlu z Zachodem.
Czechoslowacja wie czego chce, my zaś jesteśmy ślepi i glusi na bezwzględny imperatyw czasu, który nie pozwala nam zwlekać, bo znajdziemy się na krawędzi przepaści, kiedy zostanie zachwianą suweren¬ność gospodarczą Polski wepchniętej w ślepy zaulek pomiędzy Wschodem a Zachodem. Czesi wiedzą le¬piej od nas jak się zachować, robią to po cichu, bez zbytecznego rozglosu i bardzo efektywnie. Nie bylo- by dla nich korzystne, aby dowiedzieli się o tym Polacy, czy Węgrzy. W Polsce też się to robi, tak subtel¬nie, że w ogóle tej roboty nie widać .Nie pisze o tym prasa, nie widać i nie slychać aby ktoś o tym dysku- towal. Wygląda to na spisek narodowy. Możnaby powiedzieć, że JEST TO SEKRETNY PLAN POL¬SKIEGO RZĆDU, aby powiększyć polski eksport w sposób najbardziej dyskretny i bez spolecznego za-
W Czechoslowacji robi się to jednak bardziej otwarcie i na sposób międzynarodowy. Nie chodzi o samą
znajomość angielskiego, nie jest to jedyna kwalifikacja, aby nawiązać kontakt z Zachodem. Podobnie jak
umiej ętność poslugiwania się niemieckim nie jest absolutnie wystarczaj ąca do prowadzenia interesów z
Niemcami, aby zmniejszyć różnicę w dochodach mieszkańców w tych obydwu krajach. Trzeba nauczyć
się kultury, sposobu bycia i etyki kraju, z którym chcemy handlować. TO BĘDZIE TWÓJ WKŁAD W
INTERES. JEŚLI CHCESZ MIEĆ ŚWIEŻE PIENIĄDZE MUSISZ HANDLOWAĆ.
Umiejętność prowadzenia handlu z Zachodem polega również na poznaniu rynku. Powinniśmy wiedzieć, co oni chcą od nas kupić i co jest dla nich wartością, także wartością osobistą z ich punktu widzenia, bo różnica w dochodach Polaków i np. Kanadyjczyków jest dwudziestokrotna.
MAMY WIELKIE POLE DO POPISU, aby zwiększyć wielokrotnie nasz dochód. Możemy to osiągnąć
poznając ich język, kulturę i pytając co im potrzebne, aby umieć się dopasować do ich wymagań. Robią
to Czesi i Slowacy. Znam wielu Czechów, których rodzice już w wieku emerytalnym wyjeżdżają z Kana-
dy do Czechoslowacji aby tam pracować. Wyjechala stąd matka premiera prowincji ONTARIO, aby
uczyć nie tylko języka, kultury i etyki postępowania Kanadyjczyków, ale także pomóc wydobyć ich kraj z
kryzysu.
Na każdym rynku zachodnim KTO PIERWSZY TEN LEPSZY. Czechoslowacja już nas wyprzedza, jej
rząd udziela efektywnego poparcia swoim obywatelom, którzy wracają do kraju. Czesi natychmiast zrozumieli, że jedynym wyjściem z kryzysu jest eksport. CZY ONI BĘDĄ NAS TEGO CHCIELI UCZYĆ?
MOŻE SĄDZISZ, ŻE POLACY POWINNI ZOSTAĆ BIALYMI MURZYNAMI EUROPY?
W obozie pracy pod reżymem komunistycznym Polacy byli zmuszeni pracować za 20 dolarów mie-
sięcznie, sytuacja ulegla zmianie w sierpniu 1989 roku. O tyle zmienil się uklad, że miesięczna placa pra-
cownika w Polsce wynosi w polowie 1990 roku ok. stu dolarów. To jednak wcale nie znaczy, że BYT
POLSKIEGO PRACOWNIKA POLEPSZYL SIĘ PIĘCIOKROTNIE. Stalo się inaczej, a nawet odwrot-
nie. Mówilem już o RÓDNICY POMIĘDZY DOCHODAMI A ZAROBKAMI. POJĘCIE ZAROBKU
JEST W POLSCE BLĘDNIE UDYWANE. W POLSCE KADDY PYTA: Ile zarabiasz na dzień, ile za-
rabiasz na miesiąc? NA ZACHODZIE ZAROBEK ZNACZY ZYSK. NA ZACHODZIE PYTAMY : Jaki
masz DOCHÓD MIESIĘCZNY, JAKI MASZ DOCHÓD ROCZNY?. TO ZAŚ ILE KTOŚ ZARABIA
JEST SPRAWĄ CZYSTO OSOBISTĄ, bo moglibyśmy zapytać także JAKIE MASZ MIESIĘCZNE
WYDATKI, ILE WYNOSZĆ ROCZNE KOSZTY UTRZYMANIA TWOJEJ RODZINY, bylyby to py¬tania odnoszące się do twoich indywidualnych potrzeb, a zatem raczej nie zadawane. Ale każdy czlowiek wie ILE ZARABIA, bo jeśli mu zostanie DZIESIĘĆ PROCENT POD KONIEC MIESIĄCA, oznacza to, że ZAROBIL WLASNIE TE DZIESIĘĆ PROCENT.
Zarobek czlowieka, który ma dochód MILION ZLOTYCH WYNOSI WÓWCZAS STO TYSIĘCY ZLOTYCH. Jeśli koszt utrzymania przeciętnej rodziny w Polsce wynosi okolo dwóch milionów zlotych, to czlowiek, który zarabia milion znajduje się w sytuacji glodowej i w tym sensie jego status materialny nie różni się od innych mieszkańców Trzeciego Świata. Sytuacja w niczym się nie zmienila od czasu obozu pracy za panowania komunistów. Ludziom w Polsce nie wystarczalo wówczas pieniędzy do końca miesiąca i teraz ich nie wystarcza.
NA ZACHODZIE PRACOWNIK ZARABIA TYLE, ABY MÓGL ODLODYĆ pod koniec miesiąca pewien procent ze swojej pensji na cele osobiste NIE WYDAJĆC JEJ W CALOŚCI NA SWOJE UTRZYMANIE. TO CO ODKLADA, TE OSZCZĘDNOŚCI STANOWIĆ JEGO MIESIĘCZNY ZYSK. Chodzi o to, aby Polacy TED MIELI KADDEGO MIESIĆCA TAKI ZYSK. ZACHÓD WIE DOSKO¬NALE O ZDOLNOŚCIACH POLAKÓW. W Kanadzie wielu z nich zdobylo uznanie spoleczne za swoją pracę. Na arenie międzynarodowej ciągle znana jest postać Marii Curie Sklodowskiej, o której mówilem już wcześniej. Nasza wielka rodaczka dostala dwukrotnie nagrodę Nobla za swoją pracę badawczą nad pierwiastkami promieniotwórczymi. Polaków ceni się w wielu krajach świata, w czasie II Wojny Świa¬towej wykazali dużo odwagi na frontach walki z niemieckim faszyzmem. Po zakończeniu II Wojny Świa¬towej , kiedy w Polsce stworzono obóz pracy trudniej mówić o osiągnięciach Polaków na Zachodzie. Jedynie ci, którzy zdążyli wyjechać, zanim zamknięto granicę dali się poznać jako wartościowe jednostki wśród innych spoleczeństw. Później był drut kolczasty, zaminowane granice i tresowane psy wojsk ochrony pogranicza. Emigracja została utrudniona i przez długi czas nie przybywało nowych ludzi na Zachodzie. Ta sytuacja zmienila się w ostatnich paru latach. Poznałem Polaków w Toronto, którzy bardzo szyb¬ko, w ciągu trzech, czterech lat dostali się na stanowiska kierownicze i cenieni są w swoich zakładach.
Ogólnie mówiąc Polacy są bardzo zdolni i społeczeństwo Kanady ich docenia. Widoczne to jest szczególnie teraz, kiedy Kanada przyjęła bardzo wielu emigrantów z tzw. Trzeciego Świata. Na ich tle Polacy okazali się bardzo wartościowi. Wyróżniają się nie tylko swoim przygotowaniem krajowo-technicznym,
ale także PERSISTENCE tzn: wytwórczością. Potrafią być doskonałymi pracownikami. Zarobek Polaków w Kanadzie nie jest niższy od innych grup narodowych, a więc dlaczego nie można zarobić w Polsce?.


http://i.imgur.com/49QBfSx.jpg
Eksport - Polska - Stanisław Tymiński
Eksport - Polska - Stanisław Tymiński

“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • *
  • Wiadomości: 2 538
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Eksport - Polska - Stanisław Tymiński
« Odpowiedź #1 dnia: (Sob) 31.01.2015, 00:21:51 »
Niemcy zapowiadają ofensywę eksportową

Niemiecki minister gospodarki zapowiedział ofensywę w kierunku dalszego wzmocnienia eksportu Niemiec. Odrzucił też krytykę Francji, która twierdzi, że niemiecka nadwyżka handlowa szkodzi konkurencyjności innych państw.

Minister gospodarki Niemiec Rainer Bruederle powiedział we wtorek w Berlinie, że nie rozumie zastrzeżeń Francji i niektórych innych państw UE do niemieckiej polityki eksportowej. "Gdy Niemcom się powodzi, korzysta również na tym Francja" - powiedział minister na konferencji prasowej.

>> Niemal połowa niemieckich firm planuje inwestycje za granicą

W zeszłym tygodniu francuska minister gospodarki Christine Lagarde oceniła, że nadwyżka handlowa Niemiec zagraża konkurencyjności innych państw i zasugerowała, by Niemcy wzmocniły swą wewnętrzną konsumpcję, np. poprzez obniżenie podatków.

Bruederle porównał tę dyskusję do kłótni w szkole, gdy krytykuje się najlepszego ucznia. Jak zauważył, jedno na cztery miejsca pracy w Niemczech zależy od handlu zagranicznego. - Dwa na pięć euro, które zarabiamy w Niemczech, pochodzi z eksportu - powiedział. - Nie chcemy osłabiać Europy - zapewnił.

Według Bruederlego konkurencyjność niemieckiej gospodarki to efekt umiarkowanych podwyżek wynagrodzeń oraz dobrych produktów. - Inne państwa mogą brać z tego przykład. Wy też potraficie! - przekonywał minister.

W ramach zapowiedzianej ofensywy eksportowej Bruederle chce stworzyć lepsze możliwości dla małych i średnich przedsiębiorstw, zainteresowanych rynkami krajów o gospodarkach wschodzących, jak Brazylia, Chiny, a także Rosji. Planuje też rozwój sieci izb handlowych w krajach afrykańskich: Angoli, Kenii, Libii i Ghanie.

W 2009 roku wartość niemieckiego eksportu wyniosła 964 mld euro, zaś importu - 854 mld euro.

Źródło: http://biznes.newsweek.pl/niemcy-zapowiadaja-ofensywe-eksportowa,55658,1,1.html


Silny ośrodek gospodarczy na globalnym rynku

Niemcy należą do najlepiej rozwiniętych krajów przemysłowych o największym potencjale gospodarczym. Niemiecka gospodarka pod względem wielkości zajmuje czwarte miejsce na świecie po USA, Japonii i Chinach. Liczące 82 miliony mieszkańców Niemcy są ponadto największym i najważniejszym rynkiem w Unii Europejskiej (UE). Gospodarka niemiecka koncentruje się na przemysłowej produkcji towarów oraz na usługach. Międzynarodową renomą cieszą się przede wszystkim niemieckie produkty przemysłu maszynowego, pojazdy mechaniczne oraz wyroby przemysłu chemicznego. Nieomal co czwarte zarobione euro pochodzi z eksportu towarów – więcej niż co piąte miejsce pracy jest bezpośrednio lub pośrednio zależne od handlu zagranicznego. W 2009 roku wartość eksportu niemieckiego wyniosła 1121 mld dolarów – prawie jedną trzecią dochodu narodowego brutto, co zapewniło Niemcom pozycję drugiego największego eksportera towarów na świecie po Chinach (1202 mld dolarów). W latach 2003-2008 Niemcy sześć razy pod rząd były „eksportowym rekordzistą” świata. Udział Niemiec w ogólnym handlu światowym wynosi nieomal 9 procent.

 

Niemiecka gospodarka jest w dużym stopniu nastawiona na eksport, co sprawia, że Niemcy jak mało który kraj są powiązane z gospodarką światową i zainteresowane otwartymi rynkami. Najważniejszymi partnerami handlowymi Niemiec są Francja, Holandia, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. W 2009 roku wartość towarów wyeksportowanych do Francji wynosiła 82 mld euro, do USA i Holandii – 54 mld euro, a do Wielkiej Brytanii – 53 mld euro. Od czasu rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód w 2004 i 2007 roku, obok handlu ze „starymi” członkami UE daje się zauważyć dynamiczny wzrost handlu z państwami członkowskimi z Europy Środkowo-Wschodniej. Wielkość eksportu do tych krajów wynosi co najmniej 10 procent całego eksportu. Łączny odsetek eksportu niemieckiego do krajów UE kształtuje się na poziomie ok. 63 procent.

Stale rośnie znaczenie stosunków handlowych i gospodarczych z azjatyckimi krajami o wschodzących rynkach. Azja jest obecnie drugim najważniejszym rynkiem zbytu dla towarów niemieckich. W 2009 roku wielkość eksportu do tego regionu wynosiła 14 procent. Najważniejszym partnerem Niemiec są w tej dziedzinie Chiny. Od 1999 roku Niemcy są ponadto największym europejskim inwestorem w Chinach. Na ich terenie inwestuje prawie 2,5 tys. niemieckich przedsiębiorstw.

Niemcy są społeczną gospodarką rynkową, co oznacza, że państwo gwarantuje swobodną działalność gospodarczą, starając się jednak o społeczne wyrównywanie jej skutków. Między innymi dzięki realizacji tej koncepcji – spopularyzowanej w okresie powojennym przez ówczesnego ministra gospodarki Ludwiga Erharda – w Niemczech nawet w okresach trudności gospodarczych panuje w duży stopniu spokój społeczny, o czym świadczy nadzwyczaj rzadkie występowanie konfliktów pomiędzy pracobiorcami a pracodawcami. Partnerstwo społeczne pomiędzy związkami zawodowymi a pracodawcami jest zapisane w formie zinstytucjonalizowanego rozwiązywania konfliktów w ramach zbiorowego prawa pracy. Ustawa Zasadnicza gwarantuje tzw. autonomię taryfową, która daje pracodawcom i związkom zawodowym prawo regulowania warunków pracy na własną rękę, niezależnie od państwa, w układach zbiorowych pracy.

 

Podobnie jak wszystkie kraje uprzemysłowione, Niemcy od 2008 roku dotknięte są globalnym kryzysem panującym na rynku bankowym, gospodarczym i finansowym, który został wywołany przez spekulacje na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Kryzys zaskoczył Niemcy w trakcie fazy stabilnego wzrostu. Rząd federalny, podobnie jak inne kraje (USA, Francja, Wielka Brytania), jako skuteczną odpowiedź na systemowy kryzys gospodarki finansowej oraz dla ustabilizowania sytuacji na rynkach finansowych przygotował zimą 2008/2009 roku dwa pakiety ratunkowe dla banków o wartości kilkuset miliardów euro oraz uchwalił z myślą o przedsiębiorstwach dwa obszerne pakiety na rzecz ożywienia koniunktury. Sukcesem okazały się państwowe programy modernizacji szlaków komunikacyjnych, szkół i innych budynków publicznych, jak również obserwowane z dużą uwagą za granicą starania o utrzymanie poziomu zatrudnienia mimo poważnego niedoboru wykorzystania zdolności produkcyjnych (wprowadzenie skróconego czasu pracy z powodu braku zamówień) oraz wprowadzenie (do września 2009 r.) premii ekologicznej za zezłomowanie starego i zakup nowego samochodu. Uchwalona pod koniec 2009 roku ustawa o przyspieszeniu wzrostu gospodarczego przyniosła dalsze ulgi podatkowe oraz bodźce do zwiększenia popytu na rynku krajowym.

W obliczu kryzysu panującego na rynkach finansowych Niemcy z dużym zaangażowaniem i na wielu płaszczyznach (UE, G20, MFW) działają na rzecz reformy światowego ładu finansowego. W jej ramach przewidziane jest rozszerzenie zakresu regulacji na rynkach finansowych na wszystkich uczestników, produkty i rynki oraz zadbanie o ich spójne i pełne wdrożenie. W dziedzinie bankowości Niemcy chcą wprowadzenia surowszych reguł dotyczących kapitału własnego oraz płynności finansowej, międzynarodowo obowiązujących zasad rachunkowości oraz wzmocnienia kontroli przez nadzór finansowy. Równocześnie surowszej regulacji mają podlegać systemy wynagrodzeń w bankach i towarzystwach ubezpieczeniowych; powinna istnieć także możliwość zakazu przyznawania menedżerom nieproporcjonalnie wysokich premii. Polityka gospodarcza rządu federalnego zmierza do jak najszybszego przezwyciężenia załamania wzrostu gospodarczego, wzmocnienia kraju i wyprowadzenia go z kryzysu. Jeszcze przed nastaniem kryzysu po raz kolejny polepszono warunki ramowe dla działalności przedsiębiorstw poprzez obniżenie kosztów dodatkowych pracy, uelastycznienie rynku pracy i ograniczenie biurokracji. Ponadto w 2008 roku weszła w życie reforma podatku od przedsiębiorstw, która znacznie odciążyła sytuację finansową firm.

Sprężyną uzdrowienia sytuacji gospodarczej może raz jeszcze okazać się innowacyjność gospodarki niemieckiej. Niemcy na badania naukowe i rozwój wydają obecnie prawie 2,6 procent produktu krajowego brutto, co znacznie przekracza średnią w krajach UE, wynoszącą 1,9 procent (2008 r.). Rząd federalny, wspólnie z krajami związkowymi i gospodarką, zamierza do roku 2015 zwiększyć wydatki w tej dziedzinie do 3 procent PKB. Niemcy zajmują także czołowe miejsce pod względem wydatków na badania i rozwój finansowanych przez przedsiębiorstwa, które sięgają 49 mld dolarów USA. Nie słabnie także duch wynalazczości: w 2009 roku niemieccy inwestorzy i przedsiębiorstwa zgłosili prawie 11 procent wszystkich światowych patentów, zajmując trzecie miejsce na świecie (patrz rozdział 7).

 

Dzięki temu Niemcy należą do krajów wiodących w zakresie wielu przyszłościowych technologii. Do grupy tej zalicza się biotechnologię, nanotechnologię, technologię informacyjną oraz takie dziedziny zaawansowanej technologii, jak biometria, lotnictwo i kosmonautyka, elektrotechnika i logistyka. Na bardzo dobrej pozycji na rynkach światowych plasuje się także niemiecka branża technologii środowiskowych (wykorzystanie energii wiatru, energii słonecznej i biomasy). Udział niemieckich producentów elektrowni wiatrowych w rynku światowym wynosi prawie 28 procent (patrz rozdział 6). Technologie informacyjno-komunikacyjne należą, obok budowy pojazdów i maszyn oraz przemysłu elektronicznego, do największych gałęzi gospodarki. Branża informacyjno-komunikacyjna odnotowuje znacznie silniejszy wzrost niż cała gospodarka. W dziedzinie biotechnologii i technologii genetycznej Niemcy od lat zajmują czołowe miejsce w Europie, a w wielu dziedzinach nanotechnologii dysponują ogromnym potencjałem wiedzy.

Fundamentem międzynarodowej konkurencyjności gospodarki niemieckiej jest jednak nie tylko 30 wielkich przedsiębiorstw notowanych w Niemieckim Indeksie Giełdowym Akcji (DAX), takich jak Siemens, Volkswagen, Allianz, SAP czy BASF; są nim także dziesiątki tysięcy firm małej i średniej wielkości (do 500 zatrudnionych), które działają w przemyśle przetwórczym, a szczególnie w sektorze budowy maszyn, sektorze dostaw, a także w dziedzinie nano- i biotechnologii, i często tworzą klastry. Sektor MŚP, uważany za podstawę gospodarki niemieckiej, zatrudnia najwięcej pracowników (ponad 25 mln), a ponadto udostępnia młodym ludziom przeważającą ilość miejsc nauki zawodu. Mimo to najważniejszym filarem gospodarki niemieckiej jest przemysł. W porównaniu z innymi krajami uprzemysłowionymi, np. Wielką Brytanią lub USA, opiera się on na szerokiej podstawie o dużym potencjale zatrudnienia – w zakładach przemysłowych pracuje 5 mln osób. W żadnym innym kraju o tradycyjnie silnej gospodarce klasyczna produkcja przemysłowa nie odgrywa porównywalnej, centralnej roli. Jej udział w wydajności gospodarki niemieckiej wynosi ok. 37 procent.

 

Niemcy specjalizują się w rozwoju i produkcji złożonych dóbr przemysłowych, przede wszystkim dóbr inwestycyjnych oraz innowacyjnych technologii produkcyjnych. Najważniejszymi gałęziami przemysłu są budowa samochodów, budowa maszyn, elektrotechnika i przemysł chemiczny. Jedynie w tych czterech branżach zatrudnionych jest 2,9 mln osób, które wytwarzają obroty w wysokości 800 mld euro. Przemysł samochodowy jest jednocześnie motorem innowacji: z branży tej pochodzi 30 procent wszystkich finansowanych przez przedsiębiorstwa nakładów gospodarki niemieckiej na badania i rozwój. Za sprawą sześciu koncernów – VW, Audi, BMW, Daimlera, Porsche (VW) i Opla (General Motors) – Niemcy należą, obok Japonii, Chin i USA, do największych producentów samochodów i posiadają duże udziały w segmentach rynku obejmującego samochody wyższej klasy średniej i klasy wyższej. Mimo to światowy kryzys w dziedzinie zbytu samochodów dotknął boleśnie niemieckich producentów. Aby zabezpieczyć się na przyszłość, intensywnie pracują oni obecnie nad konstrukcją przyjaznych dla środowiska napędów – np. nową generacją silników diesla, napędami hybrydowymi oraz dalszą elektryfikacją układu przeniesienia napędu.

 

Na drugim miejscu za przemysłem samochodowym pod względem wielkości obrotów (13 proc.) znajduje się niecałe 6 tys. przedsiębiorstw budowy maszyn. Przemysł budowy maszyn zajmuje kluczową pozycję w gospodarce niemieckiej – jest największym przemysłowym „pracodawcą” (965 tys. miejsc pracy) i wiodącą branżą eksportową. Do branż o największym wzroście i szczególnie dużym stopniu innowacyjności należy przemysł elektrotechniczny. Przypada na niego ponad 20 procent inwestycji realizowanych w Niemczech przez przedsiębiorstwa przemysłowe w dziedzinie badań naukowych i rozwoju. Przemysł chemiczny, znajdujący się na skutek przejmowania i fuzji przedsiębiorstw częściowo w rękach zagranicznych, produkuje w przeważającej mierze surowce do produkcji. W Niemczech znajduje się największy koncern chemiczny na świecie – BASF z siedzibą w Ludwigshafen.

Prawie 29 mln osób pracuje w sektorze usług: nieomal 12 mln – w prywatnych i publicznych przedsiębiorstwach usługowych, 10 mln – w handlu, hotelach i restauracjach oraz w komunikacji, a 7 mln w sektorze finansów, wynajmu i usług dla przedsiębiorstw. Ważnym filarem sektora usług są banki i przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe. Głównym ich skupiskiem jest Frankfurt nad Menem, wiodący ośrodek bankowy w Europie kontynentalnej. Swoją siedzibę mają tutaj także Europejski Bank Centralny, niemiecki bank centralny Bundesbank oraz Giełda Niemiecka.

Coraz większego znaczenia nabiera w ostatnich czasach branża przemysłu kulturalnego i kreatywnego. Sektor ten obejmuje takie branże częściowe, jak muzyka, literatura, film i sztuki sceniczne, a także radio/telewizję, prasę, reklamę, wzornictwo i oprogramowanie, i liczy prawie 238 tys. przedsiębiorstw zatrudniających niecały milion pracowników. Dzięki tym liczbom przemysł kreatywny zyskał nie tylko duże znaczenie ekonomiczne, ale stał się także modelem nowoczesnej gospodarki: oferuje on nieprzeciętne możliwości zatrudnienia, odgrywa pionierską rolę na drodze do gospodarki opartej na wiedzy i jest znaczącym źródłem nowych, innowacyjnych pomysłów.

 

Najważniejszymi ośrodkami gospodarczymi w Niemczech są Zagłębie Ruhry (region przemysłowy przekształcający się w ośrodek zaawansowanej technologii i usług), Monachium i Stuttgart oraz ich okolice (high tech, przemysł samochodowy), region Renu i Neckaru (chemia), Frankfurt nad Menem (finanse), Kolonia i Hamburg (port, budowa samolotu Airbus, media). W nowych krajach związkowych powstał natomiast mały, ale za to bardzo wydajny sektor przemysłowy w różnych ośrodkach zaawansowanej technologii (np. Drezno, Jena, Lipsk, Leuna, region berlińsko-brandenburski), które ze względu na pozytywne oddziaływnie nazywa się „latarniami morskimi”.

Inwestorzy międzynarodowi zaliczają Niemcy do najbardziej atrakcyjnych ośrodków gospodarczych. Wartość zagranicznych inwestycji bezpośrednich, do których należą wielkie inwestycje takich koncernów, jak General Electric czy AMD ze Stanów Zjednoczonych, osiągnęła obecnie 460 mld euro. Zagraniczni inwestorzy cenią sobie centralne położenie geograficzne Niemiec i bezpieczeństwo prawne. W porównaniu z innymi ośrodkami gospodarczymi szczególnie dobrze wypadają niemiecka infrastruktura (komunikacja, telekomunikacja), poziom wyższych uczelni i placówek naukowo-badawczych, niemiecka działalność badawczo-rozwojowa oraz kwalifikacje pracowników. Ponad trzy czwarte dorosłych posiada wykształcenie zawodowe, w tym 13 procent – wykształcenie uniwersyteckie lub dyplom wyższej szkoły zawodowej. Wysoko oceniana przez inwestorów jest także jakość życia w Niemczech.

Źródło: http://www.tatsachen-ueber-deutschland.de/pl/gospodarka/main-content-06/moda-na-kulture-i-kreatywnosc.html
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • *
  • Wiadomości: 2 538
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Eksport - Polska - Stanisław Tymiński
« Odpowiedź #2 dnia: (Wto) 24.02.2015, 19:38:02 »
Ha-Joon Chang: Kraje zacofane nie rozwiną się nigdy, jeżeli maksymalnie otworzą swoje gospodarki

Gdyby Korea Płd. przyjęła bezkrytycznie popularną na Zachodzie opowieść o tym, że droga do rozwoju ekonomicznego wiedzie przez maksymalne otwarcie swojej gospodarki, to tkwili byśmy do dziś na peryferiach światowej gospodarki - mówi w wywiadzie koreański ekonomista Ha-Joon Chang.

Czy ekonomia naprawdę jest taka prosta?

Oczywiście. 95 proc. ekonomii można zrozumieć przy użyciu odrobiny zdrowego rozsądku. A bez tych niezrozumiałych 5 proc. można sobie spokojnie poradzić. Choć jeśli zejść naprawdę głęboko, to sprawa zaczyna się robić mocno skomplikowana, nierzadko skrajnie techniczna albo totalnie ezoteryczna. Ale bądźmy szczerzy: ilu fizyków tak naprawdę rozumie teorię względności Einsteina? A ilu tylko wie o jej istnieniu? Ale czy jeśli ktoś nie jest Einsteinem, to czy nie można powiedzieć, że jest fizykiem? Nie sądzę.

To czemu ekonomia uchodzi za trudną?

Bo ekonomiści wymyślili, że ten hermetyczny żargon i wciskana wszędzie – często na siłę – matematyka im się bardziej opłacają. To z resztą nie jest przypadłość wyłącznie ekonomistów. Każdy zawód bazujący na pewnej technicznej kompetencji radzi sobie w ten sposób. Dzięki tej hermetyczności piloci, hydraulicy czy lekarze sprawniej się z sobą komunikują. Nie bez znaczenia jest również to, że jeśli profesja uchodzi za skomplikowaną, to świadczący ją profesjonaliści mogą łatwiej usprawiedliwiać wysokie ceny swoich usług. Akurat w przypadku ekonomii – najlepiej opłacanej nauki społecznej – widać to bardzo dobrze.

Nie przesadza pan?

Ja przesadzam? Guru amerykańskiej ekonomii akademickiej Gregory Mankiw z Uniwersytetu Harvarda (prof. Mankiw jest autorem najważniejszego podręcznika ekonomii, z którego uczą się amerykańscy studenci – red.) powiedział kiedyś mniej więcej tak: „Ekonomiści lubią udawać naukowców. Wiem, bo sam to robię. Kiedy wchodzę na zajęcia ze studentami pierwszego roku, zaczynam od bardzo formalnego wykładu przedstawiającego ekonomię jako dziedzinę, w której wszystko można zmierzyć i w miarę precyzyjnie przewidzieć. Dlaczego to robię? A co? Mam mówić młodym, pełnym dobrych chęci ludziom, że zapisali się na jakieś chybotliwe akademickie rozważania, które nie zakończą się zdobyciem żadnej twardej wiedzy? Już wkrótce sami się o tym przekonają”.

Ekonomista chyba jednak zna się na gospodarce lepiej niż zwykły śmiertelnik.

I właśnie takie myślenie daje ekonomistom niesamowitą przewagę. Już na wstępie dostają do ręki możliwość wypowiadania się z lepszej, bo eksperckiej perspektywy. Z jakiegoś dziwnego powodu ludzie w tej akurat dziedzinie wyjątkowo łatwo akceptują tytularne autorytety. Proszę zwrócić uwagę, że większość zwykłych ludzi nie ma większego problemu z wypowiadaniem się na takie tematy, jak: wojna w Afganistanie, energia atomowa, zmiana klimatu, małżeństwa gejowskie albo aborcja. I robimy to, nawet jeśli nie jesteśmy wojskowymi i nie mamy doktoratów z fizyki jądrowej, biologii albo etyki. Bo wydaje nam się – i całkiem słusznie – że to są sprawy o dużym znaczeniu dla społeczeństwa. Jest więc nawet wskazane, by świadomi i aktywni obywatele się w te spory mieszali. W końcu tak funkcjonuje demokracja. A poza tym inteligentny człowiek potrafi zajmować stanowisko nie tylko w kwestiach, w których siedzi po uszy. Po to jest w końcu człowiekiem inteligentnym i potrafi wnioskować na podstawie dostępnej wiedzy, umie tę wiedzę poszerzać i oceniać wiarygodność argumentów.

A ze sporami ekonomicznymi tak nie jest?

Gdy rozmowa wchodzi na tematy ekonomiczne i wyjdzie na jaw, że w gronie dyskutujących jest ekonomista, wszyscy kładą uszy po sobie. A często ludzie w ogóle nie chcą się wypowiadać na tematy ekonomiczne. „To jakieś trudne, techniczne wyliczenia” – myślą i oddają ekonomię ekonomistom.

Wygląda na to, że tak to działa na wielu różnych poziomach. Wie pan, ilu polskich ministrów finansów po 1989 r. to byli ekonomiści?

Ilu?

Wszyscy. Cała siedemnastka. To coś jakby niepisana reguła polskiej polityki. Która nie ma precedensu w żadnej innej dziedzinie życia politycznego. Bo przecież ministrem zdrowia nie zostaje automatycznie lekarz, a na stanowisku szefa resortu sprawiedliwości nie musi zawsze pojawić się prawnik. Niekiedy – jak choćby w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej – wprowadzona zostaje zasada cywilnej kontroli nad resortem.

I tak to właśnie działa. Gdy dochodzi do tematu ekonomicznego, to skądinąd odpowiedzialni i inteligentni ludzie zaczynają się zachowywać jak dzieci. Bo przecież przekonanie, że ekonomista będzie najlepszym politykiem gospodarczym, jest oparte wyłącznie na wierze. Na to nie ma żadnych dowodów. A jeśli już mielibyśmy się tu doszukiwać jakiejś zależności, to będzie ona raczej odwrotna, niżbyśmy się spodziewali.

To intuicja czy ma pan jakieś dowody?

Porównajmy z sobą dwa regiony świata: Azję Wschodnią i Amerykę Łacińską. Oba mniej więcej w tym samym czasie podjęły próbę dogonienia rozwiniętego gospodarczo świata. W Ameryce Łacińskiej na czele tych przemian stanęła kasta zawodowych ekonomistów. Nierzadko wykształconych na najlepszych amerykańskich uniwersytetach: od Harvardu po Chicago. W Azji było inaczej. W Japonii w resortach gospodarczych dominowali prawnicy. A na Tajwanie i w Chinach inżynierowie. Podobnie w mojej rodzinnej Korei. Oh Won-chul, w latach 70. główny strateg przestawienia gospodarki z eksportera niskoprzetworzonych towarów na lidera elektroniki i przemysłu ciężkiego, był… właśnie inżynierem. A teraz porównajmy dorobek gospodarczy Ameryki Łacińskiej z Azją Wschodnią w okresie powojennym. Korea Południowa, Japonia, Tajwan, a potem Chiny rozwijały się wtedy w zawrotnym tempie, faktycznie dołączając do grona najbogatszych państw świata. A Ameryka Łacińska stała w zasadzie w miejscu, okresy koniunktury przeplatając regularnie powracającymi kryzysami. Inny przykład to Portugalia. Niedawno czytałem, że prawie 90 proc. tamtejszych ministrów finansów od czasów II wojny światowej miało tytuł doktorski z ekonomii. Mimo tego faktu Portugalia uchodzi dziś za jedną z najgorzej zarządzanych gospodarek Europy Zachodniej.

Może to przypadek.

Jasne, że tu nie musi być bezpośredniego wynikania. Ale to chyba dosyć powodów, by przestać wierzyć w bajeczkę, że dobra polityka gospodarcza wymaga zaangażowania dobrych ekonomistów. Na tym polu w stu procentach zgadzam się z królową Elżbietą II, która w listopadzie 2008 r. odwiedziła London School of Economics. Najpierw grzecznie wysłuchała wystąpienia o przyczynach wybuchu kryzysu finansowego, który właśnie ogarniał świat. A zaraz potem dobrodusznie, ale celnie zapytała: „No dobrze, ale jak to możliwe, że nikt z państwa tego nie przewidział?”.

Zawsze jest pan taki ostry wobec własnej profesji?

Tu nie chodzi o jakąś szczególną złośliwość wobec swojego plemienia. Raczej o uświadomienie sobie, że oddawanie tak kluczowej dziedziny życia jak gospodarka garstce technokratów nie jest dobrym pomysłem. I to z dwóch powodów. Po pierwsze to jest zaprzeczenie demokracji. Bo przecież nie po to mamy legalnie wybranych przedstawicieli, żeby zaraz potem mówić im: „O nie, bratku! Ty nosa w gospodarkę wkładać nie będziesz! W innych dziedzinach proszę bardzo, ale od gospodarki wara! Tu trzeba się znać”.

A drugi powód?

Drugi powód to ekonomiczny imperializm. Ekonomistom nie wystarcza to, że żaden laik nie śmie zapuszczać się na ich poletko. Oni sami bardzo chętnie mieszają się do innych dziedzin. Już w 1932 r. angielski ekonomista Lionel Robbins stworzył z pozoru niewinną definicję ekonomii. Czytamy w niej, że „ekonomia to nauka o ludzkim zachowaniu jako o stosunku między danymi celami i ograniczonymi środkami o alternatywnych zastosowaniach”.

Brzmi niewinnie.

Tylko z pozoru. De facto oznacza to, że ekonomia to badanie racjonalnych ludzkich zachowań. A jeśli tak, to niby dlaczego nie przyłożyć jej do wszystkich innych dziedzin życia. I to się właśnie dzieje! Gary Becker…

Zmarły w tym roku amerykański noblista i filar szkoły chicagowskiej.

Tenże Becker zasłynął używaniem ekonomii wszędzie: do analizowania relacji w małżeństwie, przestępczości czy polityki narkotykowej. W wersji pop to samo robią takie książki jak „Freakonomia” (wydania polskie 2008 i 2011 – red.), gdzie ekonomista Steven Levitt i dziennikarz Stephen Dubner piszą o ekonomicznych prawidłach stojących za zachowaniem japońskich zawodników sumo czy członków Ku-Klux-Klanu. I robią to rzecz jasna fantastycznie. Ale w ten sposób tworzy się wrażenie, że ekonomia jest wszędzie. I że wszędzie można – a nawet należy – zastosować żelazne reguły podaży i popytu. Tymczasem każdy z nas wie, że to bzdura. Choć większość ludzi gasi ten sprzeciw już w zarodku. Bo przecież skoro tak mówią ekonomiści, to coś musi być na rzeczy.

Cały czas mówimy o ekonomistach jako o jednym plemieniu. A przecież to profesja wewnętrznie podzielona jak żadna inna.

O, tak! Dzieje się tak dlatego, że ekonomia nie jest nauką ścisłą, która może się oprzeć na wiedzy pewnej. Dlatego pozostają interpretacje. A ponieważ interpretacje mogą być skraje różne, więc rodzą się gorące spory. Nieraz idzie naprawdę na noże.

Jak normalny człowiek ma się w tym chaosie połapać?

Wystarczy, że będzie świadom istnienia dziewięciu podstawowych szkół ekonomicznych.

Aż dziewięciu?! To nie jest tak, że wszystko sprowadza się do sporu wolnorynkowców z etatystami?

Gdyby to było takie proste, nie musiałbym pisać książki „Ekonomia. Instrukcja obsługi”! Moim zdaniem najważniejszych szkół jest dziewięć. I każda z nich ma trochę racji, a jednocześnie każda się trochę myli. Jak to w życiu.

Od czego zaczniemy?

Zacznijmy od szkoły klasycznej. To tradycja myślenia wywodząca się od Szkota Adama Smitha i kontynuowana w XIX w. przez Anglika Davida Ricardo czy Francuza Jeana Baptiste’a Saya. To oni wymyślili „niewidzialną rękę rynku” i byli zdecydowanymi zwolennikami wolnego handlu. W jednym zdaniu ich przesłanie można podsumować tak: wolne rynki są dobre, bo konkurencja dyscyplinuje wszystkich uczestników gry. Dlatego niech nikt tego mechanizmu nie rusza, bo go popsuje.

To myślenie dość popularne w polskiej publicystyce ekonomicznej.

Ono ma jednak parę słabych punktów. Klasycy generalnie nie potrafią radzić sobie z kryzysami i z problemami społecznymi, takimi jak bezrobocie. Każą się tym zjawiskom bezczynnie przyglądać, jakby to był jakiś dopust boży. Bo my, śmiertelnicy, zaradzić im i tak nie możemy.

Pesymiści.

I trochę niedzisiejsi. Poza tym myśl klasyczna – stworzona w czasach rewolucji przemysłowej – ma już jednak swoje lata. Dlatego gdzieś po drodze wykiełkowała z niej tradycja neoklasyczna. Jej najważniejszy przedstawiciel to zmarły w 1924 r. Alfred Marshall, guru angielskiej, a co za tym idzie – światowej ekonomii pierwszej ćwiartki XX w.

Co mówią neoklasycy?

Oni uważają, że jednostka wie, co robi. I dlatego nie należy uszczęśliwiać jej na siłę. Duch neoklasyczny jest w ekonomii obecny do dziś. To od nich pochodzi na przykład kluczowe w ekonomii pojęcie użyteczności. Czyli subiektywnego zadowolenia homo oeconomicus z rzeczy, które mu się przytrafiają. Według neoklasyków człowiek to jest taka racjonalna maszyna, która cały czas goni za tym, by tej użyteczności mieć jak najwięcej. A gospodarka to suma takich właśnie maszynek.

I to jest – jak rozumiem – jednocześnie słaby punkt podejścia neoklasyków do ekonomii.

Tak. Bo wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Czy widzimy tam takie racjonalne maszynki goniące za maksymalizacją swojego egoistycznego interesu?

Czasem tak, a czasem nie.

No właśnie. Czy bankowcy pompujący bańkę na rynku nieruchomości przed rokiem 2008 działali racjonalnie, czy głupio? Czy gospodarka dobrze na tym wyszła? Kilka takich pytań i całe neoklasyczne rozumowanie zaczyna się chwiać. Do tego dochodzi jeszcze zarzut natury klasowej. To znaczy, że neoklasycy są obrońcami status quo. Jesteś bogaty? Widocznie zasłużyłeś! Jesteś biedny? Pewnie byłeś głupi i leniwy! To dlatego neoklasyków więcej na wyższych partiach drabiny społecznej. A im niżej, tym jest ich mniej.

I tak dochodzimy do kolejnej szkoły ekonomicznej, czyli marksizmu.

Jej przedstawiać aż tak bardzo nie trzeba. Sedno marksizmu tkwi w przesłaniu: kapitalizm to znakomite narzędzie rozwoju ekonomicznego. Ale upadnie. Bo jest oparty na wyzysku. I ci wyzyskiwani w końcu upomną się o swoje interesy.

No i upomnieli się!

I tak, i nie. Bo historia pokazała, że Marks miał i ma nadal wiele racji w punktowaniu słabości kapitalizmu. Ale w jednym go nie docenił. Nie przewidział, że będzie on w stanie tak się przepoczwarzać, by uniknąć wielkiej rewolucji komunistycznej na szeroką skalę.

Dzięki czwartej szkole, czyli keynesizmowi.

Dlatego trudno powiedzieć, czy keynesizm jest lewicowy, czy raczej konserwatywny. Bo z jednej strony forsuje on konieczność stworzenia takich mechanizmów, które przesuną środki od bogatych w kierunku biednych. Głównie w formie rządowej interwencji w gospodarkę. Jednak z drugiej strony keynesiści stawiają na redystrybucję nie dlatego, by raz na zawsze zniwelować podziały społeczne. O, nie! Oni nie są marksistami. Chcą tylko, żeby biedniejsi mieli środki, które pozwolą im na kupowanie produktów tworzonych przez kapitalistów. Żeby te pieniądze mogły do nich wrócić. Keynesizm jest więc szkołą pokojowego zmniejszania nabrzmiałych problemów społecznych. Ale nie rości sobie ambicji do ich rozwiązania raz na zawsze.

A słabe strony Keynesa?

Skupienie się na krótkim okresie. Keynes jest autorem słynnej frazy, że „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”. I to była wielka siła jego szkoły, bo ona nie pozwalała chować głowy w piasek, gdy gospodarką wstrząsała recesja. Ale to miało też swoje negatywne strony. Bo stosowany zbyt długo keynesizm rodzi skostnienie. Jest raczej słaby w radzeniu sobie z długofalowymi problemami: skutkami postępu technologicznego albo wypaczania się instytucji.

Jak Keynes, to i jego główny rywal – Friedrich von Hayek. Czyli szkoła austriacka. O co im – jednym zdaniem – chodziło?

Austriacy mówią: nie ma takiej instytucji, która byłaby w stanie przetworzyć wszystkie informacje od nabywców i sprzedawców. Dlatego najlepiej zostawić wszystko rynkowi. Szkoła austriacka była dzieckiem swoich czasów. Miała być odtrutką na próby zaprowadzenia centralnego planowania. Jej popularność w USA – począwszy od lat 70. – wiązała się również z ponownym zaostrzeniem zimnej wojny. Bo każdy pocisk, który można było odpalić w znienawidzony Związek Radziecki, był dobry.

Wyczuwam ironię.

Szkoła austriacka jest tyleż spójna, ile oderwana od rzeczywistości. Hayek był bowiem radykałem. W swoim sztandarowym dziele „Droga do niewolnictwa” pisał wręcz, że każda interwencja rządu w gospodarkę wprowadza kraj na równię pochyłą wiodącą wprost do socjalizmu. Podkreślam słowo „każda”. Rzecz w tym, że nie ma świecie kraju, w którym rząd zupełnie wycofał się z gospodarki. I nigdy nie będzie. Bo to by był jakiś horror.

Szkoły, o których do tej pory mówiliśmy, są dość znane. Te mniej oczywiste zostawił pan na koniec.

Moim zdaniem najważniejszą spośród niedocenianych szkół ekonomicznych jest ekonomia rozwoju. Pokazuje ona świat z nieco innej perspektywy niż te poprzednie. To jest optyka krajów biednych i słabo rozwiniętych. Takich jak pańska ojczyzna Polska i moja – Korea.

Korea trochę jednak bogatsza.

Ale nie zmienia to faktu, że gdyby Korea przyjęła bezkrytycznie popularną na Zachodzie opowieść o tym, że droga do rozwoju ekonomicznego wiedzie przez maksymalne otwarcie swojej gospodarki, to tkwili byśmy do dziś na peryferiach światowej gospodarki. I to jest właśnie główne przesłanie ekonomii rozwoju. Dowodzi, że kraje zacofane nie rozwiną się nigdy, jeżeli zdadzą się tylko na rynek. Bo ten zawsze premiuje silniejszych. Wbrew pozorom tego typu myślenie nie zrodziło się w Korei, Japonii ani w Chinach.

Tylko gdzie?

W średniowiecznej Anglii. W renesansowych Włoszech. A potem w USA po zwycięskiej wojnie o niepodległość.

To Ameryka nie była od początku swego istnienia wolnorynkowym rajem?

To jeden z największych mitów historii gospodarczej. Amerykanie stali się promotorami wolnego handlu, gdy już poczuli, że mogą sobie na to pozwolić. Ale wcześniej należeli do największych zwolenników ekonomicznego protekcjonizmu. Takie podejście wymyślił sekretarz skarbu Alexander Hamilton.

Ten z banknotu dziesięciodolarowego.

Ten sam. On jest autorem koncepcji „raczkujących gałęzi przemysłu”, które państwo musi chronić z pomocą wszystkich dostępnych środków: barier celnych, a – jeśli zajdzie taka potrzeba – nawet metodami wojskowymi. A dopiero gdy przemysł się rozwinie, może się boksować na bardziej otwartych rynkach. Mówiąc krótko, Hamilton był ojcem tej samej koncepcji, z którą 200 lat później walczyły ulokowane w Waszyngtonie instytucje finansowe: MFW i Bank Światowy.

Dużo tego wszystkiego się robi. Jakie szkoły nam jeszcze zostały?

Ważna jest też szkoła schumpeterowska. Jej guru Joseph Schumpeter też był Austriakiem. Ale z Hayekiem łączyło go niewiele. Schumpeter był trochę jak Marks. Bo też przewidywał, że kapitalizm wpadnie w kłopoty. Choć nie z powodu rosnących różnic społecznych. Zdaniem Schumpetera firmy będą rosły i rosły, aż w końcu staną się niewydolnymi biurokratycznymi potworami. Niezdolnymi do wygenerowania jakichkolwiek innowacji.

Miał wiele racji.

Ale nie sprawdziła się jego główna przepowiednia – kapitalizm nie upadł. Bo kapitalizm i na tym polu okazał się sprytniejszy. Wytworzył mechanizmy samonaprawy. Na przykład na polu innowacji wielkie koncerny zaczęły współpracować z rządem. I to w ten sposób powstaje dziś większość przełomowych odkryć, które ciągną gospodarkę do przodu. Wystarczy wspomnieć internet.

Czy to już wszyscy?

Skąd. Możemy jeszcze wspomnieć o szkole instytucjonalnej i szkole ekonomii behawioralnej. Obie są wynikiem niezgody na ograniczanie ekonomii tylko do spojrzenia szkoły klasycznej i szkoły neoklasycznej. Czyli sprowadzania ludzi do tych racjonalnych i egoistycznych maszynek, które gonią jedynie za maksymalizacją użyteczności.

Co mówią instytucjonaliści?

Że każdy z nas jest produktem społeczeństwa, z którego wyrósł. Nawet wtedy, gdy może zmieniać panujące w nim zasady.

A jaśniej?

Weźmy pod rozwagę taką zagadkę: dlaczego w gospodarce rynkowej w ogóle istnieją firmy, nierzadko organizujące więcej niż jeden etap produkcji jakiegoś towaru? Przecież teoretycznie na każdym z nich powinien zarabiać osobny homo oeconomicus.

To się nie opłaca.

No właśnie. Instytucjonaliści spopularyzowali termin kosztu transakcyjnego. W każdym społeczeństwie takie koszty kształtują się inaczej. I dlatego homo oeconomicus w Brazylii zachowuje się inaczej niż jego odpowiednik w Wielkiej Brytanii.

A ostatnia szkoła twierdzi, że homo oeconomicus… nie istnieje. I nigdy go nie było.

To behawioryści. Oni z kolei poddali w wątpliwość inne założenie szkoły klasycznej, czyli racjonalność pojedynczego uczestnika ekonomicznej gry. Bo niby na jakiej zasadzie ekonomiści mówią, że ludzie zareagują w ten albo inny sposób na jakiś ekonomiczny impuls? Czy nie przeceniają ich zdolności do analizy sytuacji? Czy nie zapominają o pułapkach myślowych, w które każdy z nas wpada?

Mamy zatem dziewięć szkół...

A teraz pora uświadomić sobie, że w praktyce nigdy nie mamy do czynienia z tylko jedną z nich. Zawsze to będzie koktajl złożony z różnych szkół i tradycji.

To dobrze?

Bardzo dobrze. Dlatego na podręcznikach ekonomii powinno się zawsze znajdować ostrzeżenie: „Wypicie tylko jednego składnika surowo wzbronione. Może prowadzić do arogancji, a nawet martwicy intelektualnej”.

To już nawet nie pytam, do której szkoły pan siebie zalicza.

I słusznie.

Ha-Joon Chang - koreański ekonomista pracujący na Uniwersytecie Cambridge. Autor kilku głośnych książek, w tym „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie” (wydanie polskie 2013 r.). W 2014 r. ukazała się jego najnowsza książka „Economics: The Users Guide” (Ekonomia. Instrukcja obsługi).

Źródło: http://forsal.pl/artykuly/839775,ha-joon-chang-kraje-zacofane-nie-rozwina-sie-nigdy-jezeli-maksymalnie-otworza-swoje-gospodarki.html
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline Antagonista Esklaważu

  • Sen płytki
  • *
  • Wiadomości: 28
  • Reputacja: +0/-2
  • Jan Stachniuk->Wspakultura totalna->To forum
Odp: Eksport - Polska - Stanisław Tymiński
« Odpowiedź #3 dnia: (Wto) 03.05.2016, 09:28:45 »
Celem handlu międzynarodowego jest przywożenie bogactw do nas, a nie wywożenie ich. Każdy kto gada o konieczności dbania o bilans handlowy, albo wygłasza peany na cześć eksportu, zatrzymał się na przedszkolnym myśleniu w tych sprawach i widać, że nie sięgnął do klasyki. Polecam krótki pamflet Bastiata "Bilans handlowy" z "Sofizmatów ekonomicznych".

Udostępnianie na tym forum Chujoczanga, mimo obecności wszelkich innych materiałów z dziedziny ekonomii wskazuje na
a)niezrozumienie tych materiałów
b)brak szacunku do swojego czasu i czasu innych
c)złe zamiary

"Gdyby Korea Płd. przyjęła bezkrytycznie popularną na Zachodzie opowieść o tym, że droga do rozwoju ekonomicznego wiedzie przez maksymalne otwarcie swojej gospodarki"
Na zachodzie czego panuje taka idea? Bo chyba nie planety Ziemi. Jak można zacząć wywiad od kłamstwa, nie mówiąc jeszcze nic konkretnego?

"koreański ekonomista Ha-Joon Chang"
Osoba miotająca pozbawionym znaczenia słowem "neoliberalizm" ekonomistą nie jest, sorry.

"Czy ekonomia naprawdę jest taka prosta?"
A matematyka? A fizyka? Co to za pytanie?

"Ale bądźmy szczerzy: ilu fizyków tak naprawdę rozumie teorię względności Einsteina?"
Fizyków? Ludzi po studiach po fizycznych? Eee 99,99999999%?

"Ale czy jeśli ktoś nie jest Einsteinem, to czy nie można powiedzieć, że jest fizykiem? Nie sądzę."
Przy tej akrobacji szczerze się zaśmiałem.

"Bo ekonomiści wymyślili, że ten hermetyczny żargon i wciskana wszędzie – często na siłę – matematyka im się bardziej opłacają. "
Z żargonem to populizm, ale z matematyką to prawda. Tylko co z tego, skoro Chujoczang jest właśnie matematycznym pseudoekonomistą?

"Dzięki tej hermetyczności piloci, hydraulicy czy lekarze sprawniej się z sobą komunikują. Nie bez znaczenia jest również to, że jeśli profesja uchodzi za skomplikowaną, to świadczący ją profesjonaliści mogą łatwiej usprawiedliwiać wysokie ceny swoich usług. "
Na litość boską. Tym odróżniamy naukę od pijackich wywodów szwagra, że posługujemy się ściśle zdefiniowanymi pojęciami, coby nasz przekaz oznaczał tylko jedno i by był zrozumiały dla każdego, kto uzna, że chce go zrozumieć.

"Porównajmy z sobą dwa regiony świata: Azję Wschodnią i Amerykę Łacińską. Oba mniej więcej w tym samym czasie podjęły próbę dogonienia rozwiniętego gospodarczo świata. W Ameryce Łacińskiej na czele tych przemian stanęła kasta zawodowych ekonomistów. "
W Ameryce Łacińskiej nie rozwiązano poprawnie stosunków własnościowych i właściciele niewolników zostali właścicielami nieswojej ziemi, nawet po uwolnieniu tych niewolników. W takim że prawie feudalnym systemie, gdzie bogaci właściciele ziemscy i zachodnie korpo kręcą lody, nie może być mowy o sukcesie gospodarczym (wyjątek to Chile - tam właśnie działali ci źli ekonomiści).

"Korea Południowa, Japonia, Tajwan, a potem Chiny rozwijały się wtedy w zawrotnym tempie, faktycznie dołączając do grona najbogatszych państw świata."
Chiny bogatym krajem? Ktoś tu chciałby żyć w Chinach? Co do Korei i Japonii, to nalezy pamiętać, że korelacja nie oznacza przyczynowości.

"Najpierw grzecznie wysłuchała wystąpienia o przyczynach wybuchu kryzysu finansowego, który właśnie ogarniał świat. A zaraz potem dobrodusznie, ale celnie zapytała: „No dobrze, ale jak to możliwe, że nikt z państwa tego nie przewidział?”."
Przecież przewidział, tylko nie wiem czy ktoś z LSE. Wszystkie kryzysy są przewidywane przez ekonomistów austriackich.

"Raczej o uświadomienie sobie, że oddawanie tak kluczowej dziedziny życia jak gospodarka garstce technokratów nie jest dobrym pomysłem. I to z dwóch powodów. Po pierwsze to jest zaprzeczenie demokracji."
Piękne przyznanie, że w demokracji chodzi o to, by każdy męt mógł się wypowiadać z taką samą powagą na poważne tematy jak np. ludzie z wykształceniem kierunkowym lub po prostu zainteresowani daną tematyką. Wstydu trzeba nie mieć, by bronić takiego systemu.

"Czytamy w niej, że „ekonomia to nauka o ludzkim zachowaniu jako o stosunku między danymi celami i ograniczonymi środkami o alternatywnych zastosowaniach”.

Brzmi niewinnie.

Tylko z pozoru. De facto oznacza to, że ekonomia to badanie racjonalnych ludzkich zachowań. A jeśli tak, to niby dlaczego nie przyłożyć jej do wszystkich innych dziedzin życia"
No mamy produkcję i mamy konsumpcję. Co w tym nadzwyczajnego?

"O, tak! Dzieje się tak dlatego, że ekonomia nie jest nauką ścisłą"
Prakseologia jest nauką ścisłą.

" Bo historia pokazała, że Marks miał i ma nadal wiele racji w punktowaniu słabości kapitalizmu."
Marks nie pisał o kapitalizmie tylko o korporacjonizmie. Po prostu ich nie rozróżniał.

"Szkoła austriacka była dzieckiem swoich czasów. Miała być odtrutką na próby zaprowadzenia centralnego planowania. Jej popularność w USA – począwszy od lat 70. – wiązała się również z ponownym zaostrzeniem zimnej wojny"
Szkoła austriacka została założona w 1871 roku, czyli 100 lat wcześniej, a jej korzenie sięgają hiszpańskich scholastyków z Salamanki. Rzeczywiście odtrutka czasów XD Pała, siadaj, chujoczang.

"Szkoła austriacka jest tyleż spójna, ile oderwana od rzeczywistości. Hayek był bowiem radykałem."
Nazwanie socjaldemokraty Hayeka radykałem to niezła beka. Ciekawe jakby nazwał Rothbarda jakby go kiedykolwiek przeczytał.

". W swoim sztandarowym dziele „Droga do niewolnictwa” pisał wręcz, że każda interwencja rządu w gospodarkę wprowadza kraj na równię pochyłą wiodącą wprost do socjalizmu."
Nie "pisał", tylko "dowodził". A ty tego nie obaliłeś.

" Rzecz w tym, że nie ma świecie kraju, w którym rząd zupełnie wycofał się z gospodarki. I nigdy nie będzie. Bo to by był jakiś horror."
Super uzasadnienie.

Dobra, znudziło mi się. Starczy tyle.