Author Topic: Ukrywane zakażenia.  (Read 1538 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Ukrywane zakażenia.
« on: (Mon) 02.03.2015, 12:44:15 »
Ukrywane zakażenia. U 6 proc. chorych dochodzi do zakażeń szpitalnych



Co roku w Polsce dochodzi do kilkuset tysięcy zakażeń szpitalnych. Co najmniej połowa nie jest wykrywana m.in. dlatego, że szpitale oszczędzają na badaniach mikrobiologicznych, twierdzi „Gazeta Wyborcza”.

Na podstawie ankiet z ponad tysiąca szpitali w 30 krajach Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) oszacowało w ub. roku, że rocznie u 5-6 proc. chorych dochodzi do zakażeń szpitalnych. W sumie jest ich 3,2 mln; 37 tys. kończy się śmiercią.

W Polsce ECDC ankietowało 35 szpitali, które w tym czasie hospitalizowały ponad 8 tys. pacjentów. Wynik był podobny jak w innych krajach – ponad 6 proc. zakażonych. Rocznie NFZ płaci za ponad 8 mln hospitalizacji, zakażeń jest więc ok. 500 tys., pisze gazeta (PAP)

Nikt jednak takich danych nie zbiera, mimo ze upominają się o to od lat epidemiolodzy. Wojewódzkie stacje
sanepidu zbierają tylko informacje o tzw. ogniskach zakażeń, czyli przypadkach, kiedy jedną bakterią
zainfekowanych jest co najmniej dwóch pacjentów na jakimś oddziale. Według danych za 2012 r. w woj. śląskim
(4,5 min mieszkańców) takich przypadków było 35, ale zakażonych pacjentów - prawie 300

- Brak uzasadnienia do zbierania innych danych na szczeblu ogólnokrajowym - twierdzi Jan Bondar, rzecznik
Głównego Inspektoratu Sanitarnego (GIS). Dodaje, że nie robi się tego "w żadnym cywilizowanym kraju".

To nieprawda. W USA prowadzi się szczegółowe statystyki dotyczące bakterii najczęściej wywołujących
zakażenia szpitalne i rodzaju leczenia, przy którym do nich dochodzi, np. osobno analizuje się zakażenia przy
wszczepianiu by-passów, a osobno przy usuwaniu pęcherzyka żółciowego

W ocenie ECDC jednej trzeciej zakażeń szpitalnych można uniknąć, poprawiając warunki higieny.

W Polsce 15-20 lat temu kontrola zakażeń praktycznie nie istniała. - Niemal wszyscy pacjenci, którzy żądali
wtedy odszkodowania, wygrywali sprawy, bo szpitale nie były w stanie udowodnić, że chory zakaził się
wcześniej. Dziś już tak nie jest - mówi sędzia Krzysztof Zawała z Sądu Okręgowego w Katowicach orzekający
często w sprawach wytaczanych przez pacjentów szpitalom.

Sytuacja się poprawiła, bo większość szpitali ma zespoły ds. zakażeń. Ale ich praca często ogranicza się do
wypełniania dokumentów, a nie rzeczywistej kontroli. Dyrektorzy niechętnie też godzą się na zbyt częste zlecanie kosztownych badań. tzw. posiewów.

W 300-łóżkowym szpitalu na Śląsku, który rocznie hospitalizuje ponad 11 tys. chorych, kosztuje to prawie 130
tys. zł. Odsetek wykrywanych tam zakażeń to 2 proc rocznie; na intensywnej terapii -11 proc. Ponad 11 proc.
zakażeń jest również na urologii (m in. z powodu cewników).

W kilkunastu innych szpitalach, którym zadaliśmy to pytanie, wyniki są zbliżone, a odpowiedzi udzielono od ręki.
Tylko warszawski szpital na Banacha (ma głośny proces o 5 min zl odszkodowania za wielokrotne zakażenie
pacjentki, dla której skończyło się to trwałym kalectwem) odpisał, że na odpowiedź potrzebuje dwóch miesięcy,
bo musi dokonać "czasochłonnych wyliczeń"

- Pokutuje u nas myślenie, że jak ktoś pokaże, ile ma zakażeń, to jakby się przyznawał, że źle lecą/. Jest na
odwrót. Najwięcej zakażeń wykrywa się w krajach o najwyżej rozwiniętej opiece medycznej, takich jak USA,
Kanada czy Szwajcaria, bo tam są najlepiej kontrolowane - mówi dr Andrzej Wojtyła, były główny inspektor
sanitarny. W 2007 r.. kiedy był szefem GIS, prezentował dane z Polski na sesji Światowej Organizacji Zdrowia. -
Powiedziałem, że odsetek zakażonych to u nas najwyżej 2 proc Zostałem wyśmiany, bo wszyscy uznali. że to
zupełnie niewiarygodny wynik - mówi Wojtyła.

Co przyjdzie chorym z lepszego wykrywania zakażeń? - Będą bezpieczniej leczeni - odpowiada prof. Jadwiga
Wójkowska-Mach z Katedry Mikrobiologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Postawa szefów
wielu szpitali przywodzi na myśl ludzi, którzy nie chcą się badać, by nie dowiedzieć się, że są chorzy. Ale
przecież badanie pozwala zidentyfikować zagrożenie. To samo dotyczy zakażeń szpitalnych. Kiedy medycyna
się rozwija i przeprowadza się coraz więcej zabiegów, są nie do uniknięcia. Chodzi o to, by jak najskuteczniej im
zapobiegać. Korzyści dla chorych są oczywiste.

Źródło: http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,15833304,Ukrywane_zakazenia.html
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Ukrywane zakażenia.
« Reply #1 on: (Tue) 19.05.2015, 15:09:20 »
Co roku z powodu błędów lekarzy znika miasto

Każdego roku umiera w Polsce z powodów błędów lekarskich od 7 do 23 tysięcy osób. To tak jakby znikało z mapy nieduże miasto. Ale szpitalna rzeczywistość pozostaje wciąż społecznym tabu. Obszerny raport o błędach lekarskich przygotował najnowszy "Tygodnik Powszechny".



To się czasami śni, sekwencja po sekwencji. Wraca w hipernaturalistycznym zbliżeniu. Sufit jednego z bydgoskich szpitali, to oddalający się w skurczach, to przybliżający w przerwach między nimi. Słowa położnej do Tomasza, męża Justyny: "Jak byś pan zamknął przed nią lodówkę, to dziecko byłoby mniejsze i już dawno by wyszło".

Na co oni czekają!?

10 godzin później zaczynają się skurcze parte. Położna: "Pani kucnie". Tomasz, zdenerwowany: "A dziecko nie wypadnie?". Położna wychodzi. Jej słowa do koleżanki: "No myślałam, że faceta jebnę!".

Jest początek lipca 2007 r. Sekwencja z dobiegającym zza okien świergotem ptaków. Dwie godziny później: dyżurny lekarz pytany, czy nie można by skrócić tej męki cesarskim cięciem, komunikuje: "To nie Brazylia, tu cesarka na zawołanie nie jest. Zresztą, już na nią za późno". Justyna Grechuta: - Pomyślałam: "Brazylijczyk".

"Brazylijczyk" mówi: "Wycisnę dziecko". Kładzie się na jej brzuch. Justyna: - Zepchnęłam go z siebie, taki był ból.

"Brazylijczyk" kładzie się ponownie. Pik, pik, pik - zaczyna szaleć maszyna monitorująca tętno dziecka. Justyna wpada w panikę, podają jej tlen. Jakieś głosy, bieganina. "Wieźcie ją na salę operacyjną!" - to głos wezwanego na pomoc ordynatora. I sekwencja ciszy. Martwej - podkreśla Justyna, bo Piotruś rodzi się w zamartwicy, ma tylko dwa punkty w skali Apgar. Po trzech miesiącach diagnoza: poważne uszkodzenie mózgu, w języku medycznym: tetrapareza spastyczna.

Justyna: - Myśmy na początku nie chcieli, żeby ktokolwiek wiedział. Dopiero potem coś pękło. Pomyśleliśmy: trzeba mówić. Bo może uratuje się inne dzieci.

Uratować chciał się syn Bożeny Kochan. Walczył trzy dni. Wiosną 2006 r., na sześć dni przed terminem porodu, 35-letnia Bożena przyjeżdża do szpitala w Gdyni, bo czuje silne bóle w okolicy krzyżowo-lędźwiowej. Dają jej lewatywę. Lekarz nie stwierdza akcji porodowej, odsyła na patologię ciąży. Jest czwartek. Kochan: - Strasznie bolało, całą noc się modliłam, żeby wytrzymać do rana.

Piątek: ból pleców narasta, dają jej środki rozkurczowe. Pod wieczór Bożena Kochan nie może stać, siedzieć ani leżeć. Błaga: "Pomóżcie!". Lekarz: "Teraz to każda by chciała cesarkę". Wiozą ją na porodówkę. Dają lewatywę. Nie rodzi - odsyłają na oddział. Sobota: ból rozrywa ciało. Podpierając się ścian, Bożena człapie na korytarz, zatrzymuje kogoś z personelu, płacze: "Ja już dłużej nie wytrzymam". Prosi, żeby nie dawali trzeciej lewatywy, przecież odkąd jest w szpitalu, nic nie jadła.

Dali. 15.20: zanika tętno dziecka. 16.20: lekarz cedzi przez zęby: "Ja już nie wiem, co panią boli". Decyduje o cesarce. Za późno, dziecko nie oddycha. "Po prostu się udusiło" - komentuje personel.

Wiadomo, że ratować chciały się bliźniaki 20-letniej Karoliny Maślanki, która z początkiem 2008 r. trafia na oddział ginekologiczno-położniczy poznańskiego szpitala. Choć choruje na skazę krwotoczną małopłytkową, lekarze nie ordynują specjalistycznych badań, nie robią USG. Sekcja zwłok matki i bliźniąt ujawni potem: jedno z nich żyło w macicy jeszcze 11 godzin po śmierci drugiego, można je było ocalić. Ale lekarze zrobili cesarskie cięcie dopiero wtedy, gdy serce Karoliny stanęło.

Pierwsi byli Amerykanie

W Polsce tylko jedna instytucja podjęła się zliczenia śmiertelnych błędów lekarskich w skali kraju. Instytut Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego szacuje, że każdego roku umiera z tego powodu od 7 do 23 tysięcy osób. 370 tysięcy jest trwale okaleczanych.

Na początku lat 90. badacze z Harvard School of Public Health policzyli, że w USA każdego roku z powodu błędów lekarskich może umierać nawet 100 tysięcy osób. Wyniki zszokowały opinię publiczną, za ciosem poszli Niemcy i Brytyjczycy. Okazało się, że medyczne pomyłki są częstszą przyczyną zgonów niż rak.

Obszerny raport o błędach lekarskich i rozmowy z lekarzami w najnowszym "Tygodniku Powszechnym".


Źródło: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/co-roku-z-powodu-bledow-lekarzy-znika-miasto/19vgc


"Chodzi o to, by błędów lekarskich nie zamiatać pod dywan"

5 mln złotych zadośćuczynienia (z odsetkami) i dożywotnia renta - jest prawomocny wyrok za błąd medyczny w warszawskim szpitalu przy ulicy Banacha. Placówka musi zapłacić byłej pacjentce za ciężką szkodę na zdrowiu jedną z najwyższych kwot zasądzonych w Polsce w takiej sprawie. Kobieta walczyła o to blisko 10 lat. Jednak większość głośnych spraw zwykle pozostaje bez finału. Procesy trwają latami i często kończą się umorzeniem lub wyrokiem w zawieszeniu. Dlaczego tak się dzieje? Czy rozwiązaniem byłoby uruchomienie rejestru błędów medycznych?

‪Sprawa dotyczy 62-letniej dziś Grażyny Garboś-Jędral, która trafiła do szpitala na Banacha z zawałem serca. Sama wówczas wielokrotnie reprezentowała placówkę jako radca prawny - właśnie - w sprawach lekarzy za błędy medyczne. Po jej operacji pojawiły się komplikacje, w tym zakażenie.

W wyniku kolejnych nieudanych zabiegów i operacji lekarze doprowadzili u pacjentki do uszkodzenia kręgosłupa, niedowładu kończyn, nieuleczalnych problemów z trawieniem oraz całkowitą utratą funkcji seksualnych. Niegdyś żyjąca z mężem, obecnie mieszka sama, niezdolna do pracy i samodzielnego utrzymania. Zdaniem sądu krzywda 62-latki jest "bardzo duża", a jej wysokie roszczenia uzasadnia też sposób traktowania jej w szpitalu. To w sumie 1 mln złotych plus 4-milionowe odsetki. Z kolei w miesięcznej rencie w wysokości 6 tys. złotych przyznanej od szpitala sąd zawarł koszty leków i rehabilitacji, a także utracone przez kobietę korzyści, które miałaby, gdyby cały czas pracowała jako radca prawny.

To jedna z najwyższych kwot, jakie sąd przyznał pacjentowi za to, że lekarz zamiast pomóc - zaszkodził.

Lista tragedii

W marcu 2013 roku media obiegła tragiczna historia śmierci 2,5-letniej Dominiki z okolic Skierniewic. Do dziewczynki z 40-stopniową gorączką przyjazdu odmówili zarówno lekarz z dyżurującej przychodni, jak i zespół karetki pogotowia. Dziecko trafiło do szpitala w tak ciężkim stanie, że specjaliści nie mogli już nic zrobić. Prokuratura nie dopatrzyła się błędów lekarzy i po kilku miesiącach umorzyła sprawę.

Pod koniec września specjaliści z wrocławskiego szpitala odesłali do innej placówki helikopter z umierającym 8-latkiem rannym w wypadku. Lekarze podeszli do śmigłowca, spojrzeli na dziecko, a następnie stwierdzili, że nie mogą go przyjąć, bo akurat "nie pełnią ostrego dyżuru". Chłopiec zmarł. Lekarze zostali zawieszeni, sprawa jest w toku.

Sprawa śmierci noworodka w Szubinie. Proces trwał pięć lat. Zakończył się na początku października. Sąd podzielił opinię rodziców, że winna śmierci płodu jest lekarka dyżurna Irena K., która nie poświęciła rodzącej wystarczającej uwagi. Nie zgodziła się też na wykonanie cesarskiego cięcia. Kobieta została ukarana grzywną w wysokości 15 tys. złotych. Wobec drugiej oskarżonej - położnej - warunkowo umorzono postępowanie na dwa lata próby. Obie dalej pracują w tym samym szpitalu.

5 tys. zł na ministerialny fundusz pomocowy oraz 15 tys. zł kosztów postępowania - taką karę orzekł sąd wobec toruńskiego ginekologa, któremu zarzucono narażenie życia dziecka jego pacjentki. W czerwcu 2011 roku doktor S. przyjął po południu na oddział 29-letnią kobietę, której odeszły wody płodowe. Nie skierował jej jednak na potrzebne badania, które mogły wykryć problem. Wykazało je dopiero badanie KTG wykonane w nocy. Przed północą lekarz zrobił cesarskie cięcie, jednak dziecko już nie żyło. W czerwcu br. Sąd Rejonowy warunkowo umorzył postępowanie wobec ginekologa na dwa lata próby (prokuratura domagała się m.in. dwóch lat zakazu wykonywania zawodu).

Ciekawa jest droga zawodowa dr. Rafała K. Z Tarnowa trafił do Limanowej, a stamtąd do Nowego Sącza. I to wszystko zaledwie w ciągu kilku lat. Dlaczego? Z Tarnowa został zwolniony z powodu śmierci pacjenta. Usłyszał wtedy wyrok - 1,5 roku ograniczenia wolności w zawieszeniu oraz roczne zawieszenie prawa do wykonywania zawodu. W nowej pracy dwukrotnie odesłał do domu tego samego człowieka w stanie zagrażającym życiu. Trzeciej wizyty pacjent już nie doczekał, co dla K. skończyło się zawieszeniem w obowiązkach (maj 2013). Obecnie mężczyzna pracuje w szpitalu w Nowym Sączu. Zdaniem dyrekcji ‪odbył zasądzoną karę i nie ma formalnych podstaw, by zakazać mu pracy w szpitalu.

Odszkodowanie? Tak, ale się odwołamy

To tylko kilka najgłośniejszych przypadków z ostatnich lat. Jak to możliwe, że za nimi nie idą równie głośne wyroki? Dlaczego głosu nie zabiera środowisko lekarskie, werdyktów nie wydaje lekarski sąd? Na palcach jednej ręki można policzyć sprawy, które w tym czasie zakończyły się na korzyść pacjenta. Chociaż "zakończyły się" to nie jest dobre słowo - wyroki te w większości nie są prawomocne.

- Człowiek, który jest ofiarą błędu, cierpi, jest chory, potrzebuje pomocy, żeby mu zdrowie powróciło. A w sądzie słyszy "spadaj na drzewo" - mówi przewodniczący Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere, dr Adam Sandauer. Dodaje, że często sądy prowadzą długie postępowania w sprawach oczywistych. - Sąd nie zna się na medycynie. Dlatego powołuje biegłych, często kolegów oskarżonego, którzy sprawdzają dokumenty medyczne z danego zabiegu. Dokumenty, które zostały przygotowane przez tego oskarżonego lekarza. Oczywiste jest, że lekarz nie napisze w tych dokumentach tego, co przeoczył, np. objawów, które zignorowane, mogły doprowadzić do błędu. A jak nie ma tego w dokumentach, to znaczy, że tego nie było, dlatego tak trudno udowodnić winę bezpośrednio lekarzowi - zaznacza Sandauer.

Wina bez kary

Wobec tych, którzy zaszkodzą pacjentowi, postępowanie prowadzą nie tylko sądy powszechne, ale też lekarskie.  W 2012 r. do Okręgowych Rzeczników Odpowiedzialności Zawodowej na lekarzy wpłynęło ‪3055 skarg, w 2013 r. - 3392 skargi, a w pierwszym półroczu tego roku - 1808 skarg. Blisko połowa z nich jest jednak odrzucana. Powodem zwykle jest to, że są one nieuzasadnione (np. dotyczą tego, że lekarz był opryskliwy). Reszta kończy się upomnieniem (174 w 2012 roku i 105 rok później) albo - rzadziej - karą pieniężną (27 w 2012 roku i 14 w 2013). Natomiast decyzji o odebraniu prawa do wykonywania zawodu jest jak na lekarstwo. W ciągu ostatnich pięciu lat sąd lekarski wydał tylko dwa takie orzeczenia (w roku 2009 i 2014).

- W przypadkach molestowania seksualnego, pedofilii, a także doprowadzenia do przebicia macicy oraz uszkodzenia jelita podczas nielegalnego zabiegu przerwania ciąży i odesłania pacjentki do domu - mówi w rozmowie z tvn24.pl Katarzyna Strzałkowska, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej.

Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Maciej Hamankiewicz podkreśla natomiast, że odebranie lekarzowi prawa do wykonywania zawodu to ostateczność. - Katalog kar, jakie może wymierzyć sąd lekarski, jest szeroki: od upomnienia, nagany, poprzez kary pieniężne do zakazu pełnienia funkcji kierowniczych.
‪‪Pomimo złożonych postępowań wiele błędów uchodzi jednak bezkarnie - uważa prezes Fundacji My Pacjenci, Ewa Borek. - Popełniane są wielokrotnie te same błędy, przez te same zespoły - zaznacza.

- Te same błędy są powtarzane systematycznie w całym kraju - podkreśla to też Adam Sandauer. Stowarzyszenie Pacjentów Primum Non Nocere prowadzi statystykę lekarskich "potknięć". Miejsca, które wymagają naprawy, są dobrze określone: 90 proc. błędów dotyczy 6 grup: położnictwa, zakażeń wewnątrzszpitalnych, lekceważenia objawów udarów i zawałów, uszkodzenia nerwów po operacji tarczycy, pozostawienia ciała obcego po zabiegu chirurgicznym oraz stomatologii.

- Z naszych danych wynika, że w Polsce rocznie dochodzi do około 20-30 tys. nieszczęść wynikających z błędów w ochronie zdrowia. Tymczasem wyroków uznających błędy jest 200-300. Coś tu nie gra - podkreśla w rozmowie z portalem tvn24.pl.

‪‪- Każda skarga jest wnikliwie rozpatrywana. Odebranie prawa do wykonywania zawodu można porównać z dożywotnim więzieniem, równoznacznym z tzw. śmiercią zawodową. Orzeczenie takiej kary musi mieć związek z najcięższymi przestępstwami, w przypadku których nie ma absolutnie żadnych wątpliwości co do winy lekarza i pobudek, które nim kierowały. Takie postępowania mogą być bardzo skomplikowane. Zauważmy, że przed sądami powszechnymi takie procesy potrafią trwać latami. Sądy lekarskie - tak, jak inne sądy - nie mogą podejmować decyzji pochopnie, pod wpływem emocji czy publikacji medialnych. Każdy z nas musi mieć świadomość, że ferowanie wyroków przed decyzjami sądów i sugerowanie czyjejkolwiek winy może skrzywdzić zarówno lekarza, jak i pacjenta - odpiera zarzuty Hamankiewicz.

Jednak zdaniem przewodniczącego Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere wcale nie chodzi o unikanie pochopnych decyzji. - Samorządy lekarskie dbają o dobry wizerunek zawodu lekarza. A postępowanie wyjaśniające ma na celu zamiecenie sprawy pod dywan - ocenia.

Ściganie patologii

W ubiegłym roku minister zdrowia Bartosz Arłukowicz mówił na antenie TVN24, że będzie "z pełną determinacją ścigał każdą patologię i mówił o niej głośno po to, żeby fałszywe rozumienie solidarności środowiskowej nie rzucało cienia na cale dziesiątki tysięcy lekarzy uczciwie pracujących".

- Zarzuty ze strony ministra zdrowia, że samorząd karze zbyt łagodnie, nigdy nie były podparte konkretnymi przykładami. Minister ma możliwość złożenia wniosku o kasację wyroku sądu lekarskiego. Niestety, nie skorzystał ani razu z przysługującego mu prawa, a może o to wnioskować w każdym przypadku, w którym ma choć cień wątpliwości, że wymierzona kara jest nieadekwatna do czynu. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej również ma do tego prawo i ja z tego prawa skorzystałem, minister natomiast nie skorzystał ani razu, uznając w ten sposób, że kary są wystarczające. Równocześnie w mediach wyznaje całkiem inną tezę - odpiera zarzuty resortu Hamankiewicz.

‪‪W jego opinii niewiele zdarzeń jest powodowanych nieprawidłowym postępowaniem ludzi, większość stanowią błędy techniczne lub organizacyjne, wynikające także z niedofinansowania różnych obszarów w ochronie zdrowia.

Brakuje statystyk

Zdaniem niektórych specjalistów z branży medycznej problem tkwi jednak nie w zbyt łagodnych karach, ale w tym, że w Polsce nikt nie prowadzi statystyk dotyczących zdarzeń niepożądanych, które mogą zostać uznane za błędy. Bez statystyk natomiast trudno opracować plan naprawczy. - W większości krajów europejskich czynią to ministerstwa zdrowia lub wyznaczone przez ten resort inne instytucje państwowe i o to od wielu lat apelujemy - wyjaśnia prezes NRL.
Ministerstwo zdrowia nie odpowiedziało nam na pytanie, dlaczego Polska nie prowadzi takiego rejestru błędów medycznych. Rzecznik prasowy Bartosza Arłukowicza, Krzysztof Bąk poinformował jedynie, że "w przypadku wystąpienia ciężkiego działania niepożądanego, każdorazowo prowadzone jest postępowanie wyjaśniające jego przyczynę". Jak chociażby we Włocławku, gdzie z powodu zaniedbań lekarzy zmarły bliźnięta. Po kontroli resortu i NFZ ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego stracił pracę. W tym szpitalu. W innym - prywatnym - pracuje nadal.‪‪

- Takie rejestry mają na celu nie szukanie winnych i penalizowanie lekarzy poprzez odbieranie im prawa wykonywania zawodu, chodzi głównie o budowanie wiedzy na temat zdarzeń, analizowanie ich przyczyn i wdrażanie usprawnień, które mają zapobiec powtarzaniu tych samych błędów przez tych samych ludzi w przyszłości - tłumaczy Ewa Borek.

Takie statystyki są prowadzone m.in. w Niemczech czy w Danii. Tam za szkody wyrządzone pacjentom kary nie ponosi lekarz, tylko placówka medyczna. - Cel jest absolutnie sprzyjający poprawie jakości opieki medycznej świadczonej przez lekarzy, ale także przez świadczeniodawców. Dane z rejestru udostępniane publicznie pozwalają na ocenę jakości opieki medycznej sprawowanej przez poszczególne placówki. Co się piętnuje w systemach opieki zdrowotnej, które wdrożyły takie mechanizmy, to nie błędy medyczne, które zawsze mogą się zdarzyć, tylko brak reakcji na powtarzające się błędy i niepodejmowanie działań naprawczych - zaznacza Borek.

Podobnego zdania jest Adam Sandauer. - Odbieranie lekarzowi prawa do wykonywania zawodu nie jest w niczyim interesie. Chodzi o to, żeby nie zamiatać spraw pod dywan. Za takie zachowanie powinny być najdotkliwsze kary - podkreśla.

Źródło: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/bledy-lekarskie-zamiatane-pod-dywan-bledy-medyczne-bez-odszkodowania,488683.html


Błędy medyczne - Co roku ponad 45 tys. osób pada ofiarą pomyłek lekarskich - informacje do wiadomości ministra zdrowia Zbigniewa Religi.

opublikowano: 26-10-2010

W Stowarzyszeniu Pacjentów Primum Non Nocere segregatory puchną od listów. Pisze Marta H. z Warszawy: „Syna skierowano do szpitala z powodu braku prawego jądra w mosznie. Po operacji okazało się, że jądra nadal nie ma, a zoperowano jądro lewe”.

Beata G., Jaświły: „Urodziłam w domu dziecko. Przybyły lekarz stwierdził zgon, nie badając go, i zawinął w reklamówkę. Po godzinie pielęgniarka, chcąc zważyć »zwłoki«, stwierdziła, że dziecko się rusza”. Anna G., Prudnik: „Mąż zgłosił się z bólem klatki piersiowej i drętwiejącą lewą ręką. Stwierdzono, że to kręgosłup, nie robiąc nawet EKG. Następnego dnia zmarł na zawał serca”.

Pewien lekarz opowiada mi dowcip: – Są wśród nas trzy grupy: interniści, którzy wszystko wiedzą i nic nie robią, chirurdzy, którzy wszystko robią i nic nie wiedzą, patolodzy, co wszystko robią i wszystko wiedzą, z tym, że za póĽno... Brzmi jak z horroru, ale to nie film.

Nigdy w Polsce nie zrobiono statystyk pomyłek lekarskich. Według Naczelnego Sądu Lekarskiego, liczba błędów nad Wisłą jest 200 razy mniejsza niż w USA! Z analizy spraw wygranych przez ofiary przed sądem lekarskim wynika, że polscy lekarze popełniają zaledwie 100-200 błędów rocznie. Kolosalna rozbieżność z danymi innych państw sprawia, że w kuluarach mówi się, iż ukrywa się u nas 50-96% pomyłek.

W USA co roku z powodu pomyłek lekarskich umiera 100 tys. osób, to piąta przyczyna zgonów. Kolejne 200 tys. zostaje kalekami (raport Harvard School of Public Health). Porównując amerykańskie wyniki do kraju wielkości Polski, można obliczyć, że co roku z powodu (?!) leczenia może u nas umierać 15 tys. osób, a 30 tys. doznawać uszkodzeń ciała.

Tymczasem do sądów lekarskich trafia zaledwie ok. 2 tys. pozwów rocznie. Tylko tyle osób upomina się o życie swoje lub bliskich. Co się dzieje z resztą? Kalekami z chustą w brzuchu, ze Ľle rozpoznanym wyrostkiem, wdowami po zawałowcach, rodzicami dzieci okaleczonych przy urodzeniu? Zwyczajnie, nie wierzą w sprawiedliwość.

Lekarz też człowiek
„K... odwiążcie go szybko, bo nam się cały spali!”, usłyszał wtedy Paweł Drzewiecki. Przypięty pasami do stołu operacyjnego błagał, żeby ktoś go uwolnił. Paliły się na nim opatrunki, obicie stołu, na którym leżał, już zaczęło się topić...

Do szpitala w Gorzowie Wielkopolskim trafił na zwykły zabieg hemoroidów. Lekarze znieczulili go od pasa w dół, spryskali krocze chlorkiem etylu, wyciągnęli skalpel elektryczny i... wyszli z sali. Nagle chlorek zapalił się od rozgrzanego skalpela i Paweł zaczął płonąć. Urolog, który zobaczył go przez przypadek, odwiązywał pasy. Spaliło się krocze i pośladki. Tygodniami leżał w pampersie – młody, zdrowy chłopak. Od tamtej pory jest bezpłodny i oszpecony, nie pójdzie nawet na basen. W sądzie walka trwała na noże. Paweł wnosił o 90 tys. zadośćuczynienia, po trzech latach szarpania dostał 30 tys. w drodze ugody.

Chirurgia to w Polsce specjalizacja o największym zagrożeniu błędem (29%). Najczęstsze pomyłki to zabieg na niewłaściwym pacjencie, operacja narządu po odwrotnej stronie, pozostawione ciało obce, oparzenia sprzętem lub środkami chemicznymi. Dalej w tym rankingu ryzyka plasuje się ginekologia i położnictwo (22%), potem ortopedia (21%). Tylko 20% nieszczęść następuje z winy sprzętu, 80% to wina człowieka. Ale nie błąd. To słowo nie istnieje w kodeksie etyki lekarskiej. Jest – zdarzenie niepożądane.

Gdy przed stołem operacyjnym staje prof. Krzysztof Bielecki, chirurg z warszawskiego szpitala im. Orłowskiego, jeszcze w ostatniej chwili pyta: „Czy pan nazywa się...?, Czy robimy operację przepukliny? Lewa czy prawa strona?”. Żeby się nie pomylić. Bo człowiek jest człowiekiem. – Tak, zawsze jest ten strach – opowiada. – W chirurgii liczy się czas, nikt się nie zastanawia, co by było, gdyby, jak na internie czy psychiatrii. Ale nie da się przewidzieć wszystkiego, bo operacja to praca wielu ludzi. Ktoś zakręca wodę urologom, którzy operują pod ciśnieniem, i następuje krwotok, konserwator nie wymienia filtrów bakteriobójczych i dochodzi do zakażenia, pracownik gazowni myli rurki i zamiast tlenu podłącza dwutlenek węgla. Miałem pacjenta na stole, gdy nastąpiła awaria prądu, a agregaty się nie włączyły, bo ktoś je ukradł. Umarł. Czy jestem winien? Operuję 45 lat. Na pewno zdarzyło się, że popełniłem błąd. Może nie błąd, ale mogłem inaczej...

W środowisku nie od dziś toczy się dyskusja: skoro mylić się mogą księgowy i dziennikarz, dlaczego nie może lekarz? Tłumaczą, że jest ich w Polsce 100 tys., niech większość przyjmuje ok. 10 pacjentów dziennie, to blisko 300 mln wizyt rocznie. Zatem te 45 tys. nieszczęść jest ułamkiem procentu. Większość z tego to zdarzenia niepożądane. Lekarze porównują je do wypadków na drogach. – Przecież kierowcy nie zabiera się prawa jazdy na całe życie. Czy to ma być śmierć zawodowa lekarza, bo raz popełnił błąd? – pyta prof. Bielecki.
Problem tylko w tym, że gdy chodzi o życie, więcej niż raz pomylić się nie można.

Oblicza się, że ewidentny błąd lekarza to 20% spośród wszystkich zdarzeń niepożądanych. Ale ponieważ w Polsce wciąż brakuje standardów, trudno zweryfikować, gdzie kończy się nieumyślność, a zaczyna zwykła ignorancja. – U nas zbyt mało ceni się zdrowie, nie ma kanonów rzemiosła – mówi Jerzy Jarosz, specjalista medycyny paliatywnej i anestezjolog. – Za granicą, jeżeli leczą pacjenta na kręgosłup sześć tygodni i jego stan się nie poprawia, trzeba go operować. W Polsce lekarze to artyści, robią po swojemu. To powoduje, że błędy trudno rozliczyć. Zawsze można powiedzieć: objawy były nieksiążkowe.

Prof. Roman Szulc, kierownik Katedry Anestezjologii i Intensywnej Terapii AM w Poznaniu, przyznaje: – Lekarzom trudno udowodnić błąd. Medycyna nie jest mechaniką, a pacjent autem, które można postawić na lawetę. Są dwa klasyczne przypadki, gdy nic go nie chroni: jeżeli był pod wpływem alkoholu lub gdy w sposób zamierzony, wbrew opiniom innych, wybrał swój sposób postępowania. Ale z tym wyborem jest tak, że w leczeniu danej choroby istnieje wiele wariantów. Jeśli lekarz wybrał wariant B, ja uważam, że powinien wybrać A, czy to już błąd?

W Polsce błędów nie ma

Dariusz Rafalski, zdrowy 40-letni mężczyzna, ojciec dwójki dzieci, własnym autem przyjechał do warszawskiego szpitala na banalne usunięcie polipa w gardle. Po rutynowym pobraniu krwi nagle osunął się z krzesła, uderzając głową o posadzkę, i stracił przytomność. Dopiero po dwóch godzinach, gdy już zesztywniał, zawieĽli go na badanie czaszki. Zmarł po trzech dniach. Tadeusz nie rozumie dlaczego... Dzień wcześniej był u brata, żartowali. Sekcja wykazała, że przyczyną śmierci było pęknięcie czaszki w wyniku upadku: – Na chłopski rozum, nie pomyśleć od razu, że mogła pęknąć? – Rafalski jeszcze jednego na chłopski rozum nie rozumie: – Tak zabezpiecza się pacjenta przy pobieraniu krwi? Posadzili go na stołku, a szpital tłumaczył w dokumentach, że były specjalne fotele. Nie było.

Gdyby doszło do takiej sytuacji w Anglii, wszystkie ośrodki dostałyby zalecenie sprowadzenia foteli z podłokietnikami. Głośno i oficjalnie. U nas też je wtedy sprowadzono do szpitala, ale po cichutku. Bo u nas oficjalnie błędów nie ma.

W 2004 r. w Danii wprowadzono ustawę, zgodnie z którą lekarze mają obowiązek raportowania zdarzeń niepożądanych i upubliczniania ich w celu zapobiegania temu, co może się wydarzyć. Przy czym zgłaszający zdarzenie nie mogą być pociągani do odpowiedzialności karnej. – W Polsce jest konieczna podobna ustawa – twierdzi Krzysztof Bielecki. – Gdy spada samolot, dowiaduje się o tym cały świat, a specjalne komisje badają, jak do tego doszło, żeby tragedia nie wydarzyła się ponownie. Dlaczego takich rozwiązań nie wprowadzić w medycynie? Po nagłośnieniu przypadków wybuchu eteru i benzyny, którymi dezynfekowano skórę chorych, wyeliminowano je z bloków operacyjnych. Ale większość spraw się tuszuje, bo upublicznienie ich jest w Polsce traktowane jako donos do prokuratury.

Ci, którzy raz upomnieli się o swoje życie, mówią dziś o własnej chorobie z podręcznikową precyzją. Wystarczy 3,5 roku pochodzić po sądach. Tyle upłynęło, odkąd lekarz zasypał Jolantę Soszkę zlepkiem fachowych definicji i wcisnął medyczny periodyk po angielsku, zanim prosta kobieta z wioski pod Bielskiem opanowała niezrozumiały slang. – Był pewien, że nic mu nie grozi, bo to tylko baba ze wsi – opowiada.

Na kasetach wideo sprzed marca 2002 r. Piotruś Soszka, mimo wrodzonej wady układu moczowego, biega jak każdy dzieciak. Ta operacja miała być ostatnią. W trakcie założono mu cewnik, przez który do kręgosłupa podaje się środki uśmierzające ból. Matka całą noc siedziała przy łóżku, pytając, dlaczego w pompie infuzyjnej, przez którą podawano kroplówkę, włącza się alarm. Te pompy takie są, mówiła pielęgniarka. Rano synowi zesztywniały nogi. Nikt jej nie chciał powiedzieć o tej pomyłce... Że przez cewnik do rdzenia kręgowego Piotrka zamiast środka znieczulającego wtłoczono 1,5 litra płynu żywieniowego.

Na ostatnich kasetach mały siedzi na wózku. Do końca życia nogi będą jak kłody... Niedawno zapadł wyrok na pielęgniarkę i panią doktor – pozbawienie wolności w zawieszeniu i dwuletni zakaz wykonywania zawodu. Lekarka już złożyła apelację, że jest samotna i nie ma za co żyć. – Przez nieuwagę zniszczyli mi dziecko – Jolancie Soszce nie zmięknie serce.
Dopiero gdy zrobiło się głośno o błędzie na Piotrku, w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach uporządkowano zasady opisywania kłuć przy przekazywaniu pacjentów z oddziału na oddział. To w tym szpitalu niejedyny skandal. Ostatni dotyczył pielęgniarek zabawiających się wcześniakami.

Czy w Polsce szpitali należy się bać? Który wybrać, żeby mieć pewność, że nie odetną człowiekowi zdrowej nogi? Halina Wąsikowska z Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia, instytucji zajmującej się oceną jakości w polskich szpitalach, mówi: – W przypadku choroby jednym z najpoważniejszych kłopotów jest wybór szpitala. Można się posługiwać wynikami rankingów, skandalizującymi doniesieniami mediów na temat drastycznych błędów albo sugerować się opinią rodziny. Lecz żadna z powyższych opcji nie zmienia faktu, że niczego nie kupujemy tak w ciemno jak procedury medycznej i nic nie dotyczy kupującego tak bezpośrednio. W większości krajów na świecie system oceny jakości – przyznawane akredytacje, uznaje się za najlepszą formę zewnętrznej oceny służby zdrowia, która redukuje m.in. możliwość popełniania błędów. W Polsce o akredytację postarało się zaledwie 10% placówek. Powód – duży wysiłek i koszt, którego finansowo nikt nie premiuje.

Dlatego większość szpitali działa „po swojemu”.

Zdążyć wygrać przed śmiercią
Kazimierz W., dyrektor dużego przedsiębiorstwa, 15 lat temu przeszedł operację woreczka żółciowego. Kilkanaście lat chodził po szpitalach z bólem brzucha. Najpierw wmówiono mu nerwicę jelit, potem wysłano na przymusowe leczenie psychiatryczne z adnotacją, że zagraża swojemu życiu, w końcu przyznano 500 zł renty. Dopiero niedawno okazało się, że w brzuchu zostawiono mu dren. Szpitala już nie ma, winnych też. Odpowiedzialności cywilnej nie można dochodzić, bo dowiedział się o szkodzie po okresie przedawnienia, czyli po 10 latach.

Polskie prawo na schorowaną ofiarę lekarskiej pomyłki nakłada obowiązek udowodnienia, iż winę za fakt, że wychodzi ze szpitala chora na coś innego, ponosi instytucja. – Sprawy toczą się latami, razem z apelacją co najmniej kilka – mówi Jolanta Budzowska, radca prawny, specjalizująca się w procesach o odszkodowania za błędy medyczne. – Najdłuższa, jaką prowadzę, trwa już 14 lat, przejęłam ją trzy lata temu. Powódka ma obawy, czy dożyje. Bo żeby zdobyć pieniądze na rehabilitację, traci w sądzie resztki zdrowia. Dwójka innych klientów zmarła przed końcem sprawy. Są wyjątkowo trudne ze względu na ogromną nierównowagę sił. Po jednej stronie stoi pacjent, który niewiele rozumie z tego, co musi udowodnić, czasem po prostu nie wie, co się z nim działo, bo na przykład był w narkozie podczas operacji, i na bazie dokumentów, sporządzanych przez szpital, swojego przeciwnika w sporze, ma wykazać, że zrobiono mu krzywdę. Po drugiej stronie jest instytucja, sztab profesjonalistów, pełnomocnicy, lekarze, radcy i adwokaci. Mają wiedzę, jak fachowo polemizować z zarzutami natury medycznej, o co pytać świadków i biegłych, żeby zasiać w nich wątpliwości, a znajomość medycyny u sędziów często jest niewystarczająca, by wnikać w tę polemikę.

Jolanta Budzowska prowadzi kilkadziesiąt podobnych spraw. Ugodą kończy się nie więcej niż 5%, choć powinna połowa. Szpitale walczą do upadłego, żeby nie wypłacić ani złotówki. – Najczęstsze argumenty – mówi – to: „pacjent podpisał zgodę, a powikłanie jest wkalkulowane w ryzyko zabiegu”, „to nie błąd, tylko skutek uboczny, naturalna kolej rzeczy”, „mimo dołożenia należytych starań nic nie dało się zrobić”, „medycyna to sztuka, a nie nauka, i nie wszystko da się przewidzieć”.

Inne argumenty: lekarz to nie cudotwórca, objawy są atypowe, pacjent ma problemy z psychiką, jest roszczeniowy i nawet się okaleczy, żeby wyłudzić odszkodowanie. – Za granicą ugoda jest standardem – przyznaje Budzowska. – U nas idzie się w zaparte. Bo żeby do niej doszło, sprawca musi się przyznać do błędu, a w Polsce nie ma tego zwyczaju. Po drugie, towarzystwo ubezpieczeniowe zapłaci tylko wtedy, kiedy ubezpieczony szpital uzna swoją winę. I kółko się zamyka – w tym kraju trudno o dobrowolną zapłatę.

Czasem za pieniądze, które miały pójść na leczenie i rentę dla pacjenta, trzeba postawić mu nagrobek.

Biegły, kolega po fachu

Błędy zdarzają się wszędzie, ale w Polsce pozostają bezkarne. Do rzeczników odpowiedzialności zawodowej izb lekarskich trafia rocznie 2-3 tys. skarg. 88% się umarza, ok. 12% (320 spraw) kończy się wniesieniem wniosku o ukaranie do sądu lekarskiego. Z tego 70% spraw wygrywają ofiary. Najczęstszą karą wymierzaną lekarzom jest upomnienie. Przez ostatnich pięć lat otrzymało je zaledwie 649 osób.

Jest zasada, że w każdej sprawie powołuje się biegłego. Ale całe środowisko medyczne wie, iż w ekspertyzach z żadnej innej dziedziny nie występuje taka skłonność biegłych do rozmazywania faktów. Adam Sandauer, szef Stowarzyszenia Primum Non Nocere, przyznaje: – Korporacja jest tak potężna, że błędów prawie nie ma, a poszkodowanemu mówi się: udowodnij mi. Dowodem dla sądu może być dokumentacja szpitalna, zeznania świadków i opinia biegłych, ale przecież każdym dokumentem można manipulować post factum, bo zazwyczaj pacjent nie bierze ich do domu. W tym względzie nie ma żadnych uszczelnień, druków ścisłego zarachowania, podpisów pacjenta na każdej kartce itp. Drugi dowód to biegli, w końcu koledzy po fachu i praktykujący lekarze. Mają świadomość, że dziś on opiniuje kolegę, jutro tamten może opiniować jego.


W kodeksie etyki lekarskiej stoi jasno: „Lekarz nie powinien wypowiadać niekorzystnej oceny działalności innego lekarza”. Znany jest przykład prof. Jana Kuydowicza, wirusologa z Łodzi, który zgłosił popełnienie błędu przez kolegę, a komisja etyczna izby lekarskiej ukarała go za pomówienie.

Wiedzą, że prawdę lepiej mówić tylko w zaciszu korytarzy. Przez przypadek usłyszała ją Michalina M. z Wólki Kosowskiej. Syn z bólami brzucha trafił do warszawskiego szpitala na ul. Banacha. Zrobiono zastrzyk i pobrano krew. Diagnoza: zaburzenia żołądka. Z czopkami przeciwbólowymi odesłano go do domu. Na drugi dzień już opuchły jądra. Kolejna wizyta. Diagnoza: stan zapalny (z dygresją „na to się nie umiera”). Lekarz dał antybiotyk na pięć dni i czopki. Po kolejnym ataku pacjenta skierowano na urologię na Lindleya, gdzie w końcu zrobiono USG. Jądro było już martwe. Gdyby pokój lekarzy nie był blisko dyżurki, matka nie usłyszałaby wtedy tej rozmowy: „Jakby chłopak był mądry, toby im narobił”. Po czterech latach szpital zapłacił 31 tys. zadośćuczynienia, ale to była prawdziwa walka: – Powołano trzech biegłych – opowiada Michalina M.
– Motali się, na siłę szukali argumentów, że już nie było szans. Liczyli nawet, ile syn miał drogi z domu na przystanek, żeby udowodnić, że już nie było czasu na ratunek. W osiem godzin jądro jest do odratowania, ale oni „leczyli” go dwa dni. Od tamtej pory jest załamany psychicznie. Niby ma dziewczynę, ale nigdy o tym nie rozmawiamy.

Zepsuli moje dziecko
Wojciech i Danuta F., drobni rolnicy z Grzybowej Góry, w trakcie gdy domagali się renty dla syna, postawili mu grób. Kamil miał 11 lat, gdy nagle rozbolała go noga. Miejscowy lekarz kazał robić okłady z altacetu. Matka robiła te okłady długo, zanim trafiła do chirurga ortopedy z Kielc. Diagnoza – zapalenie kości. Od razu na stół. Ortopeda nie wpadł na to, żeby przy operacji pobrać wycinek, leczył Kamila po swojemu, choć radiolog opisywał na zdjęciach, że jest progresja, rano lekarz ściskał gips i pytał, czy boli, z nikim nie konsultując. Po trzech miesiącach tej „opieki” czterocentymetrowy nowotwór powiększył się sześciokrotnie. Po co dalej Danuta F. szarpie się w sądach, skoro syna nie ma? – Może inne dziecko potraktują inaczej – ucina.

Nierozpoznany w porę nowotwór jest najczęstszą lekarską pomyłką wobec dzieci. Onkolodzy znają przypadki, które przyprawiają o dreszcz: wypukłe brzuszki, puchnące bulwy na ciele, wycieki z ucha, wytrzeszcz gałek ocznych, obrzęk twarzy i szyi, bóle, które zżerały dzieci na oczach rejonowych pediatrów, przepisujących antybiotyki. Choć w 85% wszystkich nowotworów dziecięcych to najbardziej charakterystyczne objawy, lekarze mówią rodzicom: „trzeba obserwować”, „przejdzie, na razie dzieciak dorasta”. Czy to zdarzenie niepożądane, czy brak elementarnej wiedzy?
– Trudno wyrokować o błędach lekarskich – tłumaczy doc. Walentyna Balwierz z Kliniki Onkologii i Hematologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, gdzie trafia 20% dzieci z nowotworem, który mógł być leczony wcześniej. – Lekarz rodzinny, który po reformie z 1999 r. przejął pieczę nad dzieckiem, ma ograniczony czas dla pacjenta, by dobrze na niego popatrzeć. Po 1999 r. nierozpoznanych nowotworów notujemy więcej. Dotyczą zwłaszcza tzw. złośliwych guzów litych, zbyt często rozpoznawanych w czwartym stopniu zaawansowania, kiedy mniej niż 30% pacjentów udaje się wyleczyć. Przykład z tego roku – dziewczynka została skierowana z dużym guzem śródpiersia i powiększonymi węzłami chłonnymi na szyi. Pół roku była leczona na astmę oskrzelową. Nie wykonano nawet zdjęcia radiologicznego. W naszym kraju lekarze bagatelizują też często takie objawy jak zez, przewlekłe zapalenie spojówek, rozpoznając złośliwego guza siatkówki, gdy już trzeba usunąć gałkę oczną.

Prof. Szulc dodaje: – Jeśli lekarz po kolejnych pięciu latach specjalizacji otrzymuje 1000 zł i nie bierze łapówek, musi biegać od pracy do pracy, żeby żyć. Pracuje 70 godzin tygodniowo. To już przesłanka do niezawinionych błędów, mimo dobrej woli i wiedzy. Strażak czy komandos musi być wypoczęty przed akcją, lekarz nie ma prawa ani do wypoczynku, ani do nauki. A on uczy się całe życie. Bo to, co przyswoił na studiach, już w momencie, gdy dostaje dyplom, jest aktualne w 20%.

Uwaga! Lekarz idzie

Rano Ewa Lawrenc odłącza dializę i szykuje jedzenie. Papkowatą maĽ podaje Dorocie łyżeczką albo strzykawką. Potem wyprawia do szkoły czwórkę innych dzieci. W pudełku trzyma kilka zdjęć dziewczynki z warkoczami. Dziś Dorota jest roślinką. Matka patrzy, czy jej wygodnie, zmienia pozycję. Czasem Dorota zatrzyma na niej wzrok. Nie wiadomo, czy widzi, ale pewne jest, że słyszy, bo gdy ktoś krzyknie, podskakuje na łóżku.
Był 2002 r., gdy poszła do pierwszej klasy. Zatorowizna w gminie Lubowidz to mała wieś. Choć do przystanku PKS miała ledwie kilometr, słaniała się ze zmęczenia. Diagnoza w miejscowym szpitalu: ostra niewydolność nerki, druga się zeschła. Dializa w Centrum Zdrowia Dziecka. Co prości ludzie mieli wtedy odpowiedzieć, gdy oznajmiono, że do nich należy decyzja: „Czy hemodializa dożylna, czy dializa otrzewnowa z cyklerem w domu”. Wybrali to pierwsze. Przecież nie wiedzieli, że trzeba co dwa dni jeĽdzić 180 km do Warszawy... Kolejna wizyta. Nagle coś zaczęło się dziać z Dorotą. Operacja. Wylew płynów do jamy brzusznej. Serce przestało bić. Czekanie i te słowa lekarzy: „Powinno być dobrze”. Nie było. Obudziła się już roślinką na skutek niedotlenienia mózgu. Leżała w śpiączce w szpitalu, a ojciec dobudowywał sterylny pokój, żeby dziecko dializować w domu. Sam, bo na murarzy ich nie stać. Nagle zawalił się na niego strop. Śmierć na miejscu. Był jedynym żywicielem rodziny. Gdy podczas ostatniej sprawy sędzia zapytał lekarzy, czy przyznają się do winy, tylko prawnik kiwnął głową.

„Boję się szpitali”, napisała Halina G. To żadna fobia. Sondaż przeprowadzony przez CBOS w 2001 r. wskazuje, iż prawie każdy zna kogoś, kto ucierpiał na skutek błędów medycznych, co trzeci spotkał się z nimi bezpośrednio, ale ponad jedna czwarta nic by w takiej sytuacji nie zrobiła.

Wegetują w nędzy, czasem piszą skargi do rozmaitych rzeczników. Wielu już nie ma. A ilu nawet nie wiedziało, że w trakcie leczenia zepsuto im zdrowie?
Edyta Gietka 03.01.2006

 Fakty z ostatniej chwili.
Lekarz wezwany do wypadku stwierdził zgon kierowcy, 19-letniego Huberta. Około pół godziny później policjanci zauważyli, że chłopak się rusza. Teraz walczy o życie w szpitalu.
Jak to możliwe, że doktor Andrzej M. uznał za zmarłego człowieka, który wciąż żył? - Niemożliwe! Sprawdziłem
W poniedziałek ok. godz. 23 skoda octavia prowadzona przez 19-letniego Huberta N. pędziła wiaduktem na Płowieckiej w kierunku skrzyżowania z ul. Marsa i Ostrobramską. Samochód zahaczył o krawężnik, wypadł z jezdni, przeleciał kilkanaście metrów i wpadł na słup trakcji elektrycznej. Uderzył w niego tak pechowo, że blacha samochodu zetknęła się z kablami pod napięciem. Zanim więc ratownicy mogli przystąpić do pracy, trzeba było wezwać pogotowie energetyczne.

Była dokładnie godz. 23.55, gdy do uwięzionego w skodzie kierowcy wreszcie podszedł lekarz. - Nie żyje - orzekł.
Policjanci podejrzewają, że lekarza, który od wielu lat pracuje w pogotowiu, zgubiła rutyna. Dyrekcja stacji prowadzi postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Żadnych szczegółowych informacji nie udziela.
Policjanci zaczęli robić to, co zwykle w takich przypadkach: szkice, zdjęcia, opis zdarzenia. - Przygotowywałem dokumentację fotograficzną, gdy jeden z moich kolegów podszedł bliżej auta i poświecił do środka latarką. Kierowca się ruszał! Krzyknąłem do strażaków, żeby natychmiast go wycinać - opowiada podinsp. Wojciech Pasieczny ze stołecznej drogówki.
Lekarz wciąż stał obok - czekał na dokumenty, by wypisać kartę zgonu. Policjanci twierdzą, że odpowiedział: - To niemożliwe. Sprawdziłem, nie żyje.
Mimo to Pasieczny ponaglał strażaków: - Wycinajcie! Wycinajcie!
Dokładnie 41 min po pierwszym badaniu, o godz. 0.35, udało się wydobyć rannego i ten sam lekarz raz jeszcze zbadał mężczyznę. Wtedy orzekł, że żyje. Wezwano erkę, która odwiozła kierowcę do szpitala przy ul. Szaserów.

Będzie śledztwo.
Ani z dr. Andrzejem M., ani z jego przełożonymi z warszawskiego pogotowia nie udało nam się wczoraj porozmawiać. Chcieliśmy się dowiedzieć m.in.:
•  w jaki sposób lekarz sprawdził, czy ofiara wypadku żyje,
•  ile godzin był tego dnia w pracy,
•  czy przedtem pracował też w innych placówkach służby zdrowia.
Na te pytania nie dostaliśmy odpowiedzi. Rzeczniczka stacji Edyta Grabowska poinformowała nas jedynie, że Andrzej M. jest chirurgiem i pracuje w pogotowiu od wielu lat. Do czasu wyjaśnienia sprawy został zawieszony i nie będzie pełnił dyżurów, a jeśli zarzuty się potwierdzą, zostanie zwolniony z pracy.
Edyta Grabowska przekazała też wyrazy współczucia rodzinie rannego i życzyła mu szybkiego powrotu do zdrowia.
Południowopraska prokuratura zdecydowała wczoraj po południu o wszczęciu śledztwa w sprawie nieudzielenia pomocy rannemu. Na razie wiadomo jedynie, że lekarz był trzeĽwy.
19-letni Hubert nie odzyskał do tej pory przytomności. Leży pod respiratorem.

To nie pierwsza taka historia

Opowiada podinsp. Wojciech Pasieczny z drogówki: - Ze trzy, może cztery lata temu wzywają mnie do śmiertelnego potrącenia w Alejach, koło Smyka. Na miejscu jest zwykły patrol prewencji, sprowadzili już pogotowie. Więc ja jadę. A tu nagle sygnał, że mogę wracać, bo nieboszczyk ożył.
Wtedy pogotowie próbowało nam wmówić, że to policjant stwierdził zgon. Ale uratowała nas folia, którą przykrywa się ciało, bo człowiek był już przykryty. My mieliśmy wówczas krótką, spod której wystawały nogi. Kto to zresztą słyszał, żeby policjant stwierdzał zgon.
 i kolejno,
Były ordynator chirurgii szpitala w Lubaczowie, a wcześniej w Zamościu został oskarżony o popełnienie błędu w sztuce lekarskiej. Pacjent, którego operował w Zamościu zmarł.

Prokuratura w Zamościu skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Zbigniewowi W. Stanie przed sądem za nieumyślne spowodowanie śmierci pacjenta. Grozi mu za nawet pięć lat więzienia. Dramat wydarzył się w lipcu 2003 r. na oddziale chirurgii zamojskiego szpitala im. Jana Pawła II. W. był tam wtedy ordynatorem i operował 50-letniego Władysława S. Pacjent zmarł z powodu zatrucia organizmu. Sekcja zwłok potwierdziła, że było ono spowodowane przecięciem jelita cienkiego.

Doktor Zbigniew W. był także oskarżony o przyjęcie łapówki. Sąd Rejonowy w Zamościu skazał go na dwa lata w zawieszeniu na cztery i zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych w publicznych ZOZ-ach. Sąd Okręgowy wyrok uchylił, sprawa wróciła do ponownego rozpoznania. W. przeniósł się ze szpitala w Zamościu do Lubaczowa, gdzie również kierował oddziałem chirurgicznym. I tu w marcu ub. r. historia się powtórzyła. Doktor W. wykonywał laparoskopową operację usunięcia woreczka żółciowego 35-letniej Agnieszce Szpyt. W trakcie zabiegu doszło do przebicia aorty i głównej żyły brzusznej. Potem wystąpił krwotok i zatrzymanie akcji serca. Reanimacja Agnieszki Szpyt trwała kilkadziesiąt minut. Chirurg załatał przecięte naczynia, zdecydował się jednak na kontynuację zaplanowanej operacji i usunął również woreczek żółciowy. - W trakcie operacji żona straciła około pięć litrów krwi. Po operacji była tak w ciężkim, stanie że wysłano ją do szpitala w Lublinie. Zmarła na skutek pooeracyjnych powikłań - wyjaśnia Piotr Szpyt, mąż zmarłej 35-latki. Śledztwo w tej sprawie prowadzi prokuratura w Lubaczowie. - Skończyły się już przesłuchania świadków, jest też opinia lekarska z kliniki w Lublinie. Cała dokumentacja trafiła do biegłych z medycyny sądowej w Łodzi. Ich opinii można się spodziewać dopiero w maju, dlatego pod koniec ubiegłego roku prokuratura zawiesiła śledztwo - mówi Piotr Szpyt.
Z wypowiedzi czytelników:
Żałuję, że z żoną nie zgłosiliśmy błędu lekarskiego  Żonę bardzo bolał brzuch. Ginekolog L. w naszym szpitalu w Wo. sprawę zbagatelizował - prawdopodobnie miesiączka (żona ma je dość nieregularnie), to musi boleć. W szpitalu klinicznym w Wa., do którego żona udała się następnego dnia, rozpoznano ciążę pozamaciczną. Wszystko skończyło się dobrze, więc nigdzie nie zgłosiliśmy tego incydentu, ale gdy teraz przeczytałem ten artykuł i przypominam sobie, że od czasu do czasu w lokalnej gazecie widuję artykuły, w których ten ginekolog występuje w roli eksperta, to mnie szlag trafia i bardzo żałuje, że nie zgłosiliśmy tego przypadku.

Zresztą w tym szpitalu klinicznym (w Wa.) też raz przeżyliśmy horror: jeden z operatorów USG był tak niekompetentny, że z jego opisu wynikało, iż nasze przyszłe dziecko (zdarzenie miało miejsce ok. rok póĽniej niż wyżej opisane) jest strasznie zniekształcone - ma bodajże za małą głowę (nie pamiętam już dokładnie). Na szczęście na następnym badaniu inny operator (zresztą za każdym razem kto inny obsługiwał USG) wyśmiał wręcz wyniki poprzednika. Nie muszę chyba dodawać, że nam w międzyczasie wcale nie było do śmiechu. To miało być nasze pierwsze, długo wyczekane i bardzo upragnione dziecko. Dzisiaj córcia ma się dobrze i rozwija się nadzwyczaj szybko.

Przypomina mi się dowcip o inżynierze mówiącym do kolegi: "Jak sobie przypomnę, jakim jestem inżynierem, to boję się iść do lekarza."
Tuż przed tym, gdy ja miałem bronić swojej pracy, komisja długo debatowała, czy uznać pracę pewnego mojego kolegi z roku. Podobno w końcu mu zaliczyli - z oporami - i dostał 3. Jest inżynierem. Po mojej obronie komisja też długo debatowała... czy dać mi wyróżnienie, czy nie. Obaj - on i ja - jesteśmy inżynierami (mgr inż.).

Gdy zdarza mi się stykać z lekarzami, obserwuję ich i dochodzę do wniosku, że rzadko mam okazję natrafić na tych naprawdę dobrych. Niestety owocuje to tym, że mam nadzwyczaj ograniczone zaufanie do ich diagnoz.
"nieprzewidziany rozwój wypadków" to jedno...  ... ale przypadki takie jak zaszycie sprzętu medycznego w brzuchu albo podłączenie kroplówki/cewnika z niewłaściwym płynem - to zupełnie co innego.  To nie "pomyłka medyczna" tylko "niechlujstwo towarzyszące."
Takie przypadki nie powinny budzić żadnej wątpliwości sądu!
Jest skandaliczne, że nawet w takich przypadkach biegli mogą mieszać. 
O jednym pacjencie z czymś zaszytym w brzuchu po operacji usłyszałem, że sąd stwierdził, że nie ma dowodów, że w międzyczasie pacjent nie dał się zoperować gdzieś indziej (może w domu?) - a więc być może to ktoś inny zostawił mu mu "prezent" w brzuchu.
W dodatku winy lekarza nie udało się udowodnić. 
zgroza.

Źródło: http://www.aferyprawa.eu/Zycie/Bledy-medyczne-Co-roku-ponad-45-tys-osob-pada-ofiara-pomylek-lekarskich-informacje-do-wiadomosci-ministra-zdrowia-Zbigniewa-Religi-880

BŁĘDY LEKARSKIE
Odpowiedzialność lekarska...? - czym to się je?, jak ukrywa?...


Błędy popełniane "w sztuce" przez lekarzy zawsze były i będą. Taka jest natura człowieka - ten tylko nie popełnia błędów, kto nic nie robi. Oczywiście dotyczy to, i uważających się za nieomylnych, czyli "bosskich" sędziów.
Prawdopodobieństwo według amerykańskich badań, zgonu źle leczonego pacjenta, jest jak 1:200. Czyli lekarze uśmiercają więcej pacjentów, niż ginie ich w wypadkach samochodowych. Wspomnę tylko, że prawdopodobieństwo wypadku śmiertelnego w samolocie wynosi 1:3000000. Te dane są skrzętnie ukrywane przez samych lekarze, Izby Lekarskie i ich rzeczników, jak też przez naszych, wymagających leczenia, pełnych impotencji sędziów. [Nie ma sensu zwalać na coś takiego, jak bezosobowy Sąd ]   

Zastanówmy się jakie elementy wpływają na błędy lekarskie. Zaczynając od początku:
1/ diagnoza choroby - jest wiele chorób rzadko występujących, mających nietypowy przebieg, lub te typowe mogą u każdego osobnika mogą mieć odmienny przebieg. Efektem złego zdiagnozowania jest leczenie nie tego schorzenia, nie tymi medykamentami. Lekarz ma szczęście jeżeli pacjent przeżyje taki eksperyment. Często pozostaje trwałe uszkodzenie organów. A mylą się nawet doświadczeni lekarze...   

2/ złe dawkowanie leków - to nie te czasy, kiedy była setka leków. Dzisiaj jest ich tysiące, mają często podobne nazwy, a działają na co innego. Bardzo łatwo "pomylić się" zmęczonemu, lub niedouczonemu lekarzowi. Opakowania mają też różne dawki czynnika aktywnego. O " wpadkę" wcale nie tak trudno. A konsekwencje ponosi pacjent...

3/ zabiegi chirurgiczne - do tego trzeba oprócz wiedzy mieć jeszcze praktykę. Młodzi lekarze często nie mają takiej możliwości. Nie ma na to funduszy. W efekcie zmuszeni są uczyć się i eksperymentować na "żywych organizmach" . Ile pacjentów z tego powodu zostaje kalekami, a ile "padnie" podczas takich eksperymentów, w Polsce dla ukrycia tych faktów nie prowadzi się statystyk. Winę zwala się na pacjenta, albo na Boga. Po cholerę zachciało mu się zachorować...

4/ oprzyrządowanie sal operacyjnych, gabinetów, karetek itp. - w większości szpitali z poprzedniego wieku. Jeden Owsiak to za mało. A ZUS zabiera nam 50% wynagrodzenia, ale woli, podobnie jak Rząd, zadbać o swoje gaże i wyposażać pałace. Wiele osób ginie z powodu nie dofinansowania [w szerokim znaczeniu] Społecznej Opieki Zdrowotnej. I tu nie chodzi tylko o narzędzia, czy aparaturę. Brak substratów krwi, tkanek, organów...     
5/ 50% zgonów to typowe błędy lekarskie wynikające z lekceważenia pacjenta, niedyspozycji lekarzy - zmęczenie, pijaństwa, bałaganu, niechlujstwa, np. zarażenia poszpitalne, itd. 

Z uwagi na tematykę witryny tutaj zajmę się problemami pacjenta, któremu udało się przeżyć jakoś wykonywane eksperymenty na swoim ciele, ale doznał z tego tytułu "trwałego uszczerbku na zdrowiu" - czyli został kaleką. I sprawa trafia do sądu. Ma mierną szansę odszkodowania, jeżeli szpital ubezpieczył się w PZU. PZU wypłaca odszkodowanie tylko na podstawie prawomocnego wyroku sądowego. Jednocześnie ubezpieczy ciel zawarł z sądem układ, żeby sądy nie wydawały takich wyroków. I takim to sposobem mamy "zamknięte koło". Znowu wszystkiemu winien jest pacjent.

Typowy przykład. Tomasz G. zdrowy młody mężczyzna, miał pecha - zapalenie wyrostka robaczkowego. Niby drobnostka, ale nie w szpitalu nr 1 w Rzeszowie. Chirurg podczas operacji niechcąco naciął mu śledzionę. Krwawienie było tak duże, ze dla ratowania jego życia musiano mu ją usunąć.  Ewidentnie nastąpiło szereg błędów lekarskich - na dzień dzisiejszy taki zabieg to codzienność, łatwizna.  Trwałe uszkodzenie zdrowia wyceniono na 15%. Na podstawie tego, pacjent wnosi do Sądu Okręgowego w Rzeszowie pozew o odszkodowanie w wysokości 200tyś. zł. Sprawę rozpatruje kolejny genialny, czyli "bosski" sędzia Wiesława Kosik. Sędzina autorytatywnie stwierdza: Powód nie zdołał jednak wykazać popełnienia "błędu lekarskiego". Tym samym bezprzedmiotowe pozostawało ustaleń na okoliczność istnienia związku przyczynowego pomiędzy prawidłowo wykazaną szkodą, a tą ostatnią okolicznością....  cóż, mamy tu przykład typowej pomroczności intelektualnej sędzi. W końcu pacjent był uśpiony, tak więc z żaden sposób nie będzie w stanie zaświadczyć czegokolwiek, proste...  Opisuję tą sytuację, ponieważ ma typowy korupcyjny charakter, a takie wyroki sądowe są pozwoleniem na lekarską bezkarność i ukrywaniem faktów i przestępstw lekarskich. I tak dla informacji sędzi W. Kosika: Ryzyko operacyjne, jakie bierze na siebie pacjent, obejmuje zwykłe powikłania pooperacyjne, nie zaś komplikacje i szkody wynikłe wskutek pomyłki lekarza. Jeżeli więc lekarz pomyłkowo uszkodził w czasie operacji inny organ, to chociażby pomyłka była niezawiniona, nie może ona obciążać pacjenta. - orzeczenie Sądu Najwyższego. 
Ja w tym błędnym wyroku widzę jeszcze jedną rzecz. Sędziowie często orzekają w sprawach, o rzeczach, o których nie mają "zielonego pojęcia". Tak jest w tym przypadku, kiedy sędzia nie jest rzeczoznawca w sprawach leczenia chirurgicznego, tak jest często, kiedy sędzia ma rozpatrywać sprawy związane z księgowością, czy błędów w sztuce budowlanej. Takich przykładów jest setki. Osoba niekompetentna ma decydować o czymś, co jest dla niej tylko abstrakcją. Dlatego mamy tyle błędów w decyzjach sędziowskich, przypuszczam że nawet więcej niż lekarskich. W końcu oni nie ponoszą odpowiedzialności swej ułomności...

A na koniec tego artykułu uwaga dla pacjentów. Jest przyjęte, ze w "dowód wdzięczności" lekarzowi daje się koniak. Zwyczaj ten zakorzenił się jeszcze w czasach PRL. Osobiście znam lekarza, który ma cała piwnicę zawaloną takimi "prezentami". Co najmniej 50% lekarzy nie jest w stanie powstrzymać się od regularnego "spożycia" takich prezentów. Do tej specjalistycznej "grupy ryzyka" [wg statystyk Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych] należą też prawnicy, służby mundurowi i ... dziennikarze. Stres, zaczyna się od jednego, a potem jest konieczność wypicia "setki" przed każdym zabiegiem, stresującą sytuacją - inaczej "drżą ręce".  Jest to typowo polska specjalność. A efektem tego musi być prędzej czy później tzw. błąd w sztuce.... Co ciekawe, środowisko lekarskie ma bardzo małą świadomość choroby alkoholowej. "Koledzy" lekarze co najwyżej ograniczają się do "wymigania" uzależnionym od konsekwencji i ukrycia ich wpadek. Tych, którzy już w żaden sposób nie mogą pracować, ponieważ piją całymi miesiącami, "odtruwa się" na internie, oddziale zakaźnym itp. Zazwyczaj nie wpisuje się faktycznej choroby w kartę. Przyjęło się w społeczeństwie, że ten jest alkoholikiem, kto się leczy, a nie ten co pije...
    Tak więc drodzy pacjenci, dbając o własne zdrowie i życie, przestańcie rozpijać lekarzy... może wystarczyłby kwiatek, a dla "ambitnych" coś ze sztuki...?
Jan Kasprzak, terapeuta - Jak działa pijany lekarz.
Niepijący lekarz po wypiciu kilku kieliszków nie powinien iść na salę operacyjną, bo jest po prostu pijany. Widzi nieostro, ma spowolnione ruchy, nie potrafi się skupić, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że coś jest nie tak. Alkoholik musi wypić dużo więcej, by się poczuć pijanym. Po niewielkiej dawce jest skoncentrowany, pewny siebie, ale to tylko subiektywne odczucie.  Badania wykazały, że jego organizm funkcjonuje, jak u osoby nietrzeźwej. Chirurg, który pił przez trzy dni, pójdzie na operację, pod warunkiem ze strzeli sobie klina.  Wtedy ręce przestają mu się trząść, ustaje szum w głowie, czuje w sobie moc. Jednak jego organizm nie funkcjonuje poprawnie.  Chirurdzy alkoholicy często operują pod wpływem alkoholu, bo działają automatycznie. Pewne czynności wykonują po raz tysięczny rutynowo. Gdy jednak nagle dzieje się coś nieprzewidzialnego ,ich reakcje są opóźnione. Często najlepsi specjaliści są alkoholikami. Inni nawet na trzeźwo nie potrafią tak szybko przeprowadzić cesarskiego cięcia. Kiedy jednak utalentowany lekarz alkoholik przestaje pić, jego umiejętności się wyostrzają. Jest jeszcze lepszy.   
za Przekrojem, nr 3 (18.01) - Po pierwsze - nie pić!
     
Wszystkim życzę, żeby nie było tak jak w tym dowcipie:
Czyś ty zwariował? Uciekać z sali operacyjnej! Czego  przestraszyłeś się?
   - Bo pielęgniarka mówiła: "Nie ma się czego bać, to prosta, rutynowa operacja".
   - No właśnie, A ty i tak uciekłeś.
   - Bo ona to mówiła to do chirurga...
.........no i może coś tak z "czarnego humoru"?
  Mąż z żoną ulegli bardzo poważnemu wypadkowi. Po kilkunastogodzinnej operacji żony, do męża wychodzi lekarz i mówi:
  - Proszę Pana, na początek dobra wiadomość, żona  operację przeżyła.    Mąż wyraża radość.
   No tak,- mówi lekarz - ale, wie Pan, muszę Pana poinformować o paru sprawach. Otóż po pierwsze ta operacja nie jest jedyna, żona musi przejść jeszcze bardzo poważny zabieg w specjalistycznej klinice, tego  nie refunduje Narodowy Fundusz Zdrowia, koszt operacji to około 70-80 tysięcy złotych.
   To nie wszystko, żona wymagać będzie długotrwałej, w  zasadzie dożywotniej rehabilitacji w bardzo specyficznych warunkach, nie muszę dodawać, że nie refunduje tego NFZ, koszt miesięczny to jakieś 2 000 zł. No i ponadto żona jako inwalida wymagać będzie specjalistycznego sprzętu  i środków higienicznych, to kosztuje jakieś 1500-2000 zł miesięcznie, oczywiście NFZ w żaden sposób w kosztach nie partycypuje.
   Zapada cisza.
   Wtem lekarz klepie męża w ramie i mówi:
  Eee, żartowałem, nie żyje...

Źródło: http://www.aferyprawa.eu/index2.php?p=teksty/show&dzial=wyceny&id=318


Prasa: przerażające dane, Polska na końcu

21 wrzesień 2012

Dziennik Süddeutsche Zeitung zamieszcza w swoim piątkowym wydaniu wyniki badań na temat śmiertelności pacjentów w szpitalach po przebytych operacjach.

Jak wynika z badań w wyniku pooperacyjnych komplikacji w Europie umiera znacznie więcej osób, niż dotychczas przypuszczano. SZ powołuje się na ankietę przeprowadzoną przez czasopismo fachowe "Lancet". Wynika z niej, że średnia śmiertelności pooperacyjnej wynosi w Europie cztery procent, a tym samym jest dwukrotnie wyższa niż zakładano.

Badania uwzględniły dane 46 tys. chorych z 500 szpitali w 28 krajach. Większość operacji były tzw. operacjami rutynowymi. Z porównania wyłączono więc pacjentów chorych na serce czy operacje mózgu. Mimo to średnio cztery procent operacji zakończyło się śmiertelnie. Najwięcej tragicznych przypadków występuje według nowych danych przy wyjątkowo trudnych zabiegach lub gdy pojawia się nagła konieczność operacji. W ogólnoeuropejskim porównaniu najlepiej wypadła Islandia, gdzie umiera zaledwie 1,5 procent operowanych oraz Szwecja (1,8 proc.). W Niemczech śmiertelność wynosi 2,5 proc. Najgorzej wygląda sytuacja w Łotwie, Polsce oraz Słowacji. We wszystkich tych krajach umiera nawet po kilkanaście procent operowanych.

afp/ Róża Romaniec

Źródło: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/prasa-przerazajace-dane-polska-na-koncu/bmvbj
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Ukrywane zakażenia.
« Reply #2 on: (Thu) 21.05.2015, 12:34:38 »
Ciekawe, ponieważ to mainstreamowy Forbes - w 1999 umierało szacunkowo 100 tysięcy ludzi w wyniku błędów medycznych - to był szok, ale jak się okazuje, na podstawie nowego badania, to były złote czasy, teraz około 440 tysięcy !
"Błędy stanowią nieodłączny element baseballu, a także medycyny, biznesu, nauki, prawa, miłości i życia w ogóle. W ostatecznym rozrachunku ocena charakteru całego narodu oraz szlachetności jednostki nie zależy od tego, czy ów naród lub osoba działają bezbłędnie, lecz od tego, co robią po popełnieniu błędu.''

http://www.forbes.com/fdc/welcome_mjx.shtml

Quote
In 1999, Americans learned that 98,000 people were dying every year from preventable errors in hospitals. That came from a widely touted analysis by the Institute of Medicine (IOM) called To Err Is Human. This was the “Silent Spring” of the health care world, grabbing headlines for revealing a serious and deadly problem that required policy and action.

As it turns out, those were the good old days.

According to a new study just out from the prestigious Journal of Patient Safety, four times as many people die from preventable medical errors than we thought, as many as 440,000 a year.

Back in the old days, the IOM experts had very little concrete information to use in estimating the extent of killer errors in hospitals. But with innovations in research techniques led by Dr. David Classen, the Institute for Healthcare Improvement and others, we now have more tools to tell us where the bodies are buried.

With these latest revelations, medical errors now claim the spot as the third leading cause of death in the United States, dwarfing auto accidents, diabetes and everything else besides Cancer and heart disease. Harvard’s Dr. Lucian Leape, the father of the patient safety movement and one of the experts behind the original IOM report, says the numbers in this new study should supplant the IOM estimates from 1999. That means hospitals are killing off the equivalent of the entire population of Atlanta one year, Miami the next, then moving to Oakland, and on and on.

A New, Evidence-based Estimate of Patient Harms Associated with Hospital Care
James, John T. PhD

http://journals.lww.com/journalpatientsafety/Fulltext/2013/09000/A_New,_Evidence_based_Estimate_of_Patient_Harms.2.aspx
« Last Edit: (Thu) 21.05.2015, 12:36:21 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje