Author Topic: Korupcja nauki  (Read 2186 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Korupcja nauki
« on: (Mon) 30.03.2015, 13:57:02 »
Korupcja nauki w Ameryce



dr J. Marvin Herndon
Dot Connector Magazine / Sott.net
30 sierpnia 2011

Prawda jest fundamentem cywilizacji. W Biblii Króla Jakuba słowo „prawda” pojawia się 224 razy. Świadkowie zeznający przed amerykańskimi sądami i Kongresem składają przysięgę mówienia prawdy; rozporządzenia prawne i kodeks cywilny narzucają obowiązek działania w zgodzie z prawdą w reklamie i biznesie – by podać tylko kilka przykładów.

Celem nauki jest poznanie prawdy o Ziemi i Wszechświecie oraz przekazanie tej wiedzy – zgodnie z prawdą – ludziom. Nauka zrodziła technologię, dzięki której nasze życie jest łatwiejsze i lepsze. Nauka zapewnia nam lepsze zdrowie i pozwala nam widzieć świat w sposób wcześniej nie do pomyślenia. To ona nas uskrzydla i napawa optymizmem. Do tego nauka dostarcza standard prawdy, bezpiecznie i trwale związany z właściwościami materii, co umożliwia wykrycie i zdemaskowanie szarlatanów i pseudonaukowych barbarzyńców, którzy kłamią, kradną i tyranizują pod pozorem naukowości.

Przed drugą wojną światową rządy nie wspierały nauki wysokimi dotacjami. Niemniej jednak XX wiek zasiał nadzieję na nadejście czasów oświecenia i rozumu na niespotykaną dotąd skalę. Dorabiając w szwajcarskim urzędzie patentowym, Albert Einstein objaśnił ruchy Browna, efekt fotoelektryczny i opracował szczególną teorię względności. Niels Bohr, którego dotował browar Carlsberga, dokonał fundamentalnych odkryć w zakresie struktury atomu, był także siłą sprawczą i napędową dla grupowego wysiłku stworzenia mechaniki kwantowej – gałęzi nauki, bez której nie byłoby technologii opartej na elektronice ciała stałego, a więc dzisiejszej komunikacji czy komputerów. Był to czas żywych dyskusji nad nowymi obserwacjami. Płodne umysły tworzyły idee, które podważały obowiązujące wówczas poglądy. Wypływać zaczęły nowe poglądy i teorie, czasem trafne, czasem niedoskonałe, ale dążące do prawdy, przez co inspirowały do następnych przemyśleń i do nowej dyskusji. Wyobraźnia i pomysłowość, pobudzane dążeniem do poznania prawdy o Ziemi i Wszechświecie, rodziły entuzjazm i ekscytację, a nowe teorie i odkrycia oświecały społeczeństwo, rozbudzały wyobraźnię młodych. Zapanowała atmosfera optymizmu.

Mimo że brakowało wówczas pieniędzy na naukę, naukowcy zachowali pewną samodyscyplinę. Po doktorancie oczekiwano, by w ramach swojej dysertacji dokonał nowego odkrycia, nawet jeśli oznaczało to rozpoczęcie – po latach pracy – nowych badań, gdy okazywało się, że ktoś inny zdążył już dokonać danego odkrycia. Samodyscyplina była także częścią systemu publikacji naukowych. Przed drugą wojną światową, kiedy naukowiec chciał opublikować swoją pracę, po prostu wysyłał ją do redaktora danego czasopisma naukowego. Zaś młody badacz, który nic jeszcze nie opublikował, musiał zyskać aprobatę starszych kolegów, zanim mógł wysłać manuskrypt artykułu do wydawcy. Idea anonimowej recenzji naukowej (peer review) jeszcze się nie zrodziła.

Jednak w ostatnich dekadach XX wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. Z jednej strony wydawało się, że nastał kolejny renesans – wraz z nowoczesnymi komputerami, obrazami satelitarnymi, sieciami komputerowymi i globalną komunikacją. Ale z drugiej strony stało się coś niedobrego, co umknęło niemal wszystkim. Otóż całe te nowinki przesłoniły skorumpowany system, który zaczął wspierać „poprawne politycznie” poglądy na naszą planetę i Wszechświat, zarazem odpychając, ignorując i tłumiąc postępowe i odważne działania indywidualnych badaczy.

Przed wojną rząd niewiele łożył na naukę, to jednak się zmieniło ze względu na zapotrzebowania wojenne. W 1951 r. utworzono amerykańską National Science Foundation (NSF), która miała wspierać powojenne badania cywilnych naukowców. System zarządzania funduszami, wymyślony na początku lat 50. przez NSF, przejęły w prawie niezmienionej formie wszystkie rządowe agencje dotujące naukę, takie jak NASA czy Departament Energetyki (DOE).

Jak odkryłem, problem w tym, że system dotacji, wymyślony przez NSF i przekazywany innym agencjom rządowym, ma poważne fundamentalne błędy. W konsekwencji, od ponad pół wieku NSF robi coś, czego nie zdołały dokonać ani obce rządy, ani organizacje terrorystyczne – powoli i niepostrzeżenie niszczy amerykańskie zaplecze naukowe, prowadząc do tego, że  w dziedzinie nauki i edukacji Ameryka stanie się państwem trzeciego świata, korumpując jednostki i instytucje, faworyzując kłamców i instytucje, którym służą, hamując rozwój nauki oraz zaszczepiając w środowisku naukowym błędne, antynaukowe praktyki, oparte na nieracjonalnym obrazie ludzkiego zachowania. Oto główne błędy NSF:

Błąd nr 1: Projekt ubiegający się o dotację jest zwykle oceniany przez anonimowych recenzentów. „Peer review” to wytwór NSF, w ramach którego naukowcy, często konkurenci autora bądź autorów artykułu, anonimowo recenzują i oceniają dany wniosek. Pomysł anonimowej recenzji musiał wydać się efektem przypływu geniuszu, ponieważ przyjęły go praktycznie wszystkie rządowe agencje dotujące naukę i w efekcie niemal wszystkie czasopisma naukowe. Jednak wygląda na to, że nikt nie wyciągnął nauk z lekcji historii w zakresie tajności. Oczywiście tajność jest konieczna w sprawach bezpieczeństwa narodowego i obrony. Ale czy w cywilnej nauce tajemnica i towarzyszące temu zwolnienie od odpowiedzialności rzeczywiście działa na korzyść obiektywizmu? Jeśli tajemnica istotnie służyłaby prawdzie, miałaby uprzywilejowaną pozycję w sądach. Sądy stosowały już zasadę tajemnicy – było tak w czasach niesławnej hiszpańskiej Inkwizycji i w praktycznie każdym totalitarnym reżimie – a skutek był zawsze ten sam: fałszywe oskarżenia ze strony pozbawionych skrupułów obywateli oraz rozwój korupcji. Zasada anonimowości i brak odpowiedzialności za słowa, obecne w systemie peer review, zapewnia niesprawiedliwe przywileje tym, którzy chcą udaremnić konkurentom otrzymanie grantów na swój projekt i publikację wyników badań. Anonimowa recenzja stała się główną metodą hamowania rozwoju nauki stosowaną przez pseudonaukowców. Co więcej, sama świadomość – słuszna lub nie – że niektórzy mogą posunąć się do takiego kroku, jest przytłaczająca i zmusza naukowców do pasywności i przyjmowania tylko poprawnych politycznie, powszechnie uznanych poglądów oraz do powstrzymywania się od dyskusji nad czymkolwiek, co podważałoby badania innych albo nie zgadzało się z programem agencji udzielającej dotacji. A to całkowicie przeczy celom nauki. Nie dziwi więc powszechna obecnie opinia, że podważenie wyników badań wspieranych przez którąś z rządowych agencji oznacza utratę poparcia dla własnych badań.

Błąd nr 2: Pomysł NFS, by naukowcy zgłaszali swoje projekty dla uzyskania dotacji, doprowadził do trywializacji i biurokratyzacji nauki. Dlaczego? Otóż problem w tym, że absolutnie niemożliwe jest określenie przed rozpoczęciem badań, co nowego się odkryje i co się zrobi, by doprowadzić do tego odkrycia. W konsekwencji proponuje się banalne projekty z nienaukowymi wynikami, czego przykładem jest powszechna praktyka tworzenia modeli opartych na domysłach, zamiast dokonywania odkryć. Co więcej, to biurokraci – kierownicy projektu i anonimowi recenzenci – decydują, który projekt pasuje do ich programu. Natomiast „ocena” projektu jest zwykle przykrywką dla nieetycznych praktyk „recenzentów” i biurokratów zwalczających konkurencję. Stąd naukowcom brak motywacji do dokonywania ważnych odkryć lub podważania istniejących teorii.



Błąd nr 3: NSF zapoczątkowało powszechną obecnie praktykę dotowania uniwersytetów i innych instytucji non-profit, których naukowcy, zwykle pracownicy wydziałów, są uznawani za „pierwszoplanowych badaczy”. Skutkiem tej metodologii jest brak odpowiedzialności prawnej i osobistej za działania naukowców. Nader często naukowcy z bezkarnością wypaczają stan wiedzy naukowej i stosują praktyki dławiące współzawodnictwo, jak choćby oczernianie innych, zdolnych i doświadczonych, naukowców. Z własnego doświadczenia wiem, że władze uniwersytetów i instytucji, powiadomione o takim procederze, nie robią nic, by zmienić tę sytuację, nie mając ani doświadczenia, ani też, z racji kadencyjności ich stanowisk, nie znają prawdziwego pojęcia autorytetu i odpowiedzialności. To powoduje, że pieniądze amerykańskich podatników idą w błoto, i to na wielką skalę, zaś nauka w marnym stopniu odzwierciedla swój potencjał.

Błąd nr 4: NSF zapoczątkowało obecnie powszechną praktykę, w ramach której rząd opłaca koszty publikacji artykułów naukowych w czasopismach należących do organizacji nastawionych na zysk bądź naukowych grup interesu. Ze względu na posiadane prawa autorskie, wymuszone przez tych wydawców, podatnicy, chcąc uzyskać elektroniczną kopię artykułu, muszą zwykle zapłacić 40 dolarów, mimo że koszty badań i publikacji tego artykułu zostały już opłacone z ich podatków. Co więcej, komercyjne i protekcjonistyczne praktyki często dławią darmową wymianę informacji, która powinna być jednym z celów nauki, co powoduje, że publikacja krytycznych i nowatorskich badań jest bardzo trudna. Nie dość na tym, wydawcy ani nie dysponują właściwymi procedurami, ani nie są skorzy do obstawania przy rzetelnym cytowaniu. Na przykład, zgodnie z etyką naukową opublikowane już badania, krytycznie odnoszące się do jakiejś kwestii, powinny być cytowane przez naukowców, jednak obecnie powszechną praktyką jest ignorowanie takich artykułów, które mogą podważyć rzetelność danej publikacji. W efekcie, nieetyczni naukowcy nieustannie zwodzą społeczeństwo i środowisko naukowe oraz trwonią pieniądze podatników na dyskusyjne badania.

Opisałem te cztery fundamentalne błędy NFS, które obecnie przeniknęły praktycznie wszystkie cywilne programy amerykańskich dotacji rządowych, i zaproponowałem praktyczne metody ich naprawy [1], i przedstawiłem to dwóm kierownikom NSF, jednak obaj woleli moją analizę zignorować. W kompleksie rządowo-uniwersyteckim zdaje się istnieć powszechna wizja „nieomylności”, gdzie żadnemu działaniu, bez względu na wagę jego konsekwencji, nie można nic zarzucić.

16 grudnia 2004 roku pewien człowiek w Białym Domu, na ręce którego złożyłem skargę na stronniczość anonimowego recenzowania, przesłał mi kopię dotyczącego tej kwestii (peer review) biuletynu Prezydenckiego Biura ds. Budżetu z 15 grudnia 2004 roku. 26 grudnia wysłałem do Białego Domu krytykę owego biuletynu wraz z propozycjami jego gruntownych zmian, co jednak nie spotkało się z żadną reakcją urzędników [2]. Po sześciu latach rząd amerykański nadal stosuje system anonimowego recenzowania zgodnie ze wspomnianym biuletynem, który: (1) Obejmuje ciche założenie o niezmiennej rzetelności anonimowych recenzji, nie dając przy tym żadnych instrukcji postępowania i wymogów, które by zapobiegały nieuczciwości recenzji albo stawiały w stan oskarżenia osoby podejrzane o napisanie recenzji niezgodnej z prawdą; (2) Zatwierdza zasadę anonimowości, a nawet promuje rzekome walory tej metody, takie jak „zachowanie bezstronności”; (3) Daje ciche przyzwolenie dla sytuacji sprzyjających konfliktowi interesów, jednocześnie nie dopuszczając do unikania takiej sytuacji; i wreszcie, (4) milczy na temat fatalnych skutków, do jakich doprowadzi długofalowe stosowanie praktyk przezeń zaakceptowanych.



Jedną z konsekwencji anonimowego recenzowania – czytaj: wymysłu NFS – jest opóźnianie publikacji naukowych o lata albo ich wstrzymanie, kiedy tzw. recenzenci chcą osłabić konkurencję lub się jej pozbyć. W latach 90. National Science Foundation sfinansowała stworzenie samodzielnego i autorskiego archiwum publikacji w Los Alamos National Laboratorium, gdzie fizycy i matematycy mogli zamieszczać preprinty swoich artykułów wolne od ingerencji konkurentów, które momentalnie stawały się dostępne dla całego świata. Po wielu zmianach archiwum ostatecznie przyjęło nazwę arXiv.org.

Od samego początku arXiv.org stało się najważniejszym środkiem komunikacji w dziedzinach nauki, jakie obejmuje. Zamiast grzebać w setkach czasopism, nierzadko udostępniających większość treści za opłatą, naukowcy mogą otrzymywać mailem dzienną listę artykułów z różnych dziedzin, pojawiających się na arXiv.org, i ściągać je za darmo. Samodzielne archiwum autorskie mogło stać się perłą w koronie NSF, jednym z jej największych osiągnięć. Zamiast tego, fatalna administracja NSF pozwoliła, by archiwum zostało narzędziem do walki z nauką i posłużyło do oczerniania i dyskryminacji kompetentnych, dobrze przygotowanych naukowców z całego świata.

W okolicach 2001 roku kluczowa obsada, odpowiedzialna za rozwój samodzielnego archiwum autorskiego, opuściła Los Alamos National Laboratory, zatrudniając się w Cornell University. Przypuszczalnie w ramach skoordynowanych działań, które doprowadziły do przyjęcia przez National Science Foundation wniosku [NSF # 0132355 z dn. 16 lipca 2001 r.], Cornell University przejął kontrolę nad arXiv.org i przypuszczalnie otrzymał kwotę 958,798 tys. dol., niezbędą do zrealizowania swojego zamiaru. Wspomniany wniosek zawiera następującą argumentację CU za przyjęciem „sędziowskiego mechanizmu”: „Archiwa badawcze tracą swą użyteczność, kiedy są zalewane pomysłami ekscentrycznych ‚amatorów’, promujących swoje cudowne wynalazki”.

Strona archivefreedom.org zamieściła historie niektórych osób, które padły ofiarą cenzury ze strony władz arXiv.org oraz jego „tajnych moderatorów”. Zawarto tam również wypowiedź naukowca-heretyka, noblisty Briana D. Josephsona, który wyjaśnił znaczenie cenzury stosowanej przez arXiv.org [3]. Bycie na czarnej liście arXiv.org oznacza, że twoje artykuły nie zostaną przyjęte do archiwum albo są „zagrzebywane”, tzn. umieszczane w takich kategoriach, jak fizyka czy matematyka ogólna, gdzie naukowcy lub matematycy zajmujący się wąskim zakresem badań ich nie odnajdą. W rezultacie, urzędnicy rządowych agencji dotacji naukowej oraz naukowcy prowadzący badania i wykładający na uczelniach nie są na bieżąco z nowymi teoriami i odkryciami. Poza finansowym i naukowym uszczerbkiem dotykającym naukowców z czarnej listy, jest jeszcze ludzki czynnik, o którym wspomniał jeden z ocenzurowanych: „Naukowcy z czarnej listy stają się obiektem drwin, ignorancji, wyzwisk, kłamstw, pomówień, ataków osobistych, przekłamań dotyczących ich badań, kultury, wiary, itd.”

Setki tysięcy prac naukowych umieszczonych na arXive.org zdołały obejść się bez niczyjej interwencji. Taka interwencja, ale nie anonimowa recenzja, ma miejsce jedynie wtedy, gdy na kogoś „doniesiono”, czyli celowo wskazano do nierównego traktowania za pomocą stosowania niesprawiedliwych, arbitralnych i kapryśnych standardów. Do dyskryminacji dochodzi z wielu, nigdy nie sprecyzowanych, przyczyn. Takie praktyki stosowane są przez administratorów arXiv.org we współpracy z niewielką grupką „insiderów”, czasem określających się moderatorami, którzy po cichu i bezkarnie dyskryminują wybrane osoby. I nie ma przed tym ratunku – z własnego doświadczenia wiem, że ani bibliotekarz Cornell University, ani dziekan, ani rektor nie biorą żadnej odpowiedzialności za zachowania arXiv.org, odsyłając skargi do administratorów archiwum, którzy najczęściej sami są obiektem tych skarg. Istnienia tajnych „donosicieli” można się spodziewać po byłym Związku Radzieckim czy Rumunii z czasów Ceausescu. Ale to się dzieje w Ameryce, za pieniądze National Science Foundation. Jako obywatel amerykański, weteran wojenny i podatnik, mam prawo być oburzony!



Moim zdaniem jest coś zasadniczo niewłaściwego w tym, że Cornell University otrzymuje rządowe dotacje i kontrakty na prowadzenie badań, a następnie okłamywanie społeczności naukowej poprzez arXiv.org, ukrywając postępy badań czy kontrowersyjne teorie, zwłaszcza w tych przypadkach, które mogą podważyć finansowane przez rząd badania, prowadzone na tym uniwersytecie. Cornell University otrzymuje od rządu dotacje i kontrakty na miliony dolarów rocznie, przez co stał się miejscem rywalizacji o rządowe pieniądze. Uważam, że National Science Foundation popełniła instytucjonalną pomyłkę przekazując w ręce Cornell University potężne narzędzie (arXiv.org), którego uczelnia ta może użyć przeciwko swoim konkurentom. Postępując tak, National Science Foundation pogwałciła prawo, które ją stworzyło:

Quote
„W zakresie swoich upoważnień oraz spełniania czynności, których dotyczą kolejne podrozdziały, NSF ma dążyć do rozwoju badań i kształcenia w zakresie nauk ścisłych oraz inżynierii w Stanach Zjednoczonych, obejmując niezależne badania indywidualnych naukowców, a także zapobiegać nierównej koncentracji tych badań”. [42 United States Code 1862 (e)]

Zamiast przestrzegać tego prawa, NFS przekazała potężne narzędzie (arXiv.org) w ręce wiodącego, dobrze opłacanego konkurenta, który nie tylko może go stronniczo używać przeciwko swoim rywalom, ale i prowokować strach przed potajemnym „donosem” i umieszczeniem na czarnej liście, co skutkuje umocnieniem poprawnego politycznie konsensusu i dławieniem postępu nauki. Co zatem należy uczynić?

Moim zdaniem Kongres USA powinien wszcząć śledztwo w sprawie oskarżeń o nadużycia i możliwe popełnienie przestępstwa w kwestii przejęcia i funkcjonowania arXiv.org pod szyldem Cornell University, włączając w to ewentualny współudział lub zgodę (bądź jedno i drugie) pracowników innych uniwersytetów oraz instytucji rządowych, w tym Departamentu Sprawiedliwości i Prokuratury Generalnej stanu Nowy Jork. Jeżeli dowody okażą się wiążące, rząd Stanów Zjednoczonych powinien rozpatrzyć kwestię wszczęcia postępowania karnego w celu odzyskania arXiv.org i przekazania go w ręce neutralnej organizacji, jak National Archive czy Library of Congress – co powinno zostać zrobione już na samym początku.

Znany ekonomista George E.P. Box tak się wypowiedział o modelach: wszystkie modele są złe, ale niektóre są użyteczne. Zasadniczo modele mają odtwarzać rzeczywiste lub hipotetyczne zdarzenia czy procesy i prowadzić do uzyskania wyniku zgodnego z oczekiwaniami twórcy – oczekiwaniami opartymi na subiektywnych założeniach i dopasowanych zmiennych; modele te nie muszą być poprawne, a do tego można je zastąpić kolejnymi. Dla mnie jednak ważniejsze jest odkrycie prawdy o Ziemi i Wszechświecie, niż tworzenie takich modeli.

Astronomowie dokonali do chwili obecnej niezwykłych obserwacji. Astrofizycy usiłują zrozumieć fizyczne podstawy kryjące się za tymi obserwacjami, tworząc modele oparte na jakichś założeniach lub na innych modelach opartych na innych założeniach. W latach 20. naukowcy dokonali syntezy jądrowej – złączenia dwóch bardzo lekkich jąder atomowych, skutkującego wydzieleniem potężnej energii. Proces ten nazwano termojądrowym z racji temperatury około miliona stopni Celsjusza, potrzebnej do zainicjowania reakcji. W latach 30. rozpracowano reakcje termonuklearne, które miały być odpowiedzialne za zasilanie Słońca i innych gwiazd. Ale skąd się wziął milion stopni „na rozruch”? Zakładano, że taką temperaturę wygenerowało zapadnięcie się pyłu i gazu podczas formowania się gwiazd. Istnieją jednak poważne problemy, o czym się później przekonałem, z osiągnięciem tym sposobem temperatury rzędu miliona stopni.



Gwiazda przypomina bombę wodorową trzymaną w jednym kawałku przez grawitację. Reakcję syntezy jądrowej każdej bomby wodorowej inicjuje rozszczepienie jądra atomowego w niewielkim ładunku atomowym, pełniącym rolę zapalnika. W 1994 roku, w swoim artykule opublikowanym w Proceedings of the Royal Society of London, zaproponowałem, że gwiazdy, podobnie jak bomby wodorowe, odpalane są przez rozszczepienie jądra atomowego – rozpad jąder uranu i cięższych jąder atomowych [4]. Niesie to ze sobą poważne konsekwencje – gwiazdy nie rozbłyskują podczas formowania się, jak myślano poprzednio, ale potrzebują rozszczepialnego zapalnika. Moja teoria termojądrowego rozbłysku gwiazd za pomocą rozszczepienia jądra atomowego została całkowicie zignorowana przez modelujących astrofizyków. Ignorowanie teorii podważających politycznie poprawny konsensus jest powszechną praktyką, a wszystko dzięki strachowi przed anonimowymi recenzentami albo przed „donosami” i trafieniem na czarną listę.

W 2006 roku złożyłem do publikacji w Astrophysical Journal Letters krótki manuskrypt artykułu o termojądrowym zapłonie ciemnych galaktyk. Podpisałem wymagany formularz o przeniesieniu praw autorskich i mój artykuł powędrował do anonimowego zrecenzowania, został jednak odrzucony bez przedstawienia rzeczowej krytyki. Wysłałem więc dwa kolejne – krótkie, ale też ważne – manuskrypty. Sam fakt, że nie musiałem podpisać formularzy o przeniesieniu praw autorskich do obu tych manuskryptów przed oddaniem do recenzji, co było przecież wymogiem, stanowiło oczywisty dowód na brak zasady bezstronności, rzekomo nieodłącznego elementu Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego (AAS), finansującego to czasopismo. Nic więc dziwnego, że oba manuskrypty zostały odrzucone bez podania jakichkolwiek naukowych podstaw. Złożyłem skargę do władz AAS, którzy do tej pory nie zareagowali, mimo że statut Towarzystwa wyraźnie stwierdza: „Jako profesjonalne towarzystwo AAS ma obowiązek zapewnić atmosferę sprzyjającą swobodnemu głoszeniu i wymianie poglądów naukowych”. Odrzucając te manuskrypty, Amerykańskie Towarzystwo Astronomiczne uciekło przed własnymi członkami, środowiskiem naukowym i urzędnikami finansującymi naukę; uciekło przed zupełnie nowymi poglądami na Wszechświat, w tym kwestią powstawania charakterystycznych cech wizualnych galaktyk [5].

Niedługo po incydencie z Astrophysical Journal Letters okazało się, że figuruję na czarnej liście arXiv.org. Przedtem mogłem nie tylko zamieszczać tam artykuły, ale nawet zatwierdzać prace innych badaczy w następujących kategoriach: astrofizyka, nauczanie fizyki, fizyka ogólna, geofizyka, historia fizyki oraz fizyka kosmosu. A teraz, zupełnie bez powodu, zostałem napiętnowany, pozbawiony możliwości popierania prac innych, zaś moje prace zostały „pogrzebane” w dziale fizyki ogólnej, gdzie nikt ich nie zauważy, o ile oczywiście w ogóle zostaną wpuszczone. Nawet moje naukowe rozprawy, które kwestionowały finansowane przez rząd badania na Cornell University, albo zagrzebano, albo nie wpuszczono do archiwum – miejsca, gdzie zamieszczono już setki tysięcy artykułów bez niczyjej interwencji.

Pół wieku stosowania anonimowej recenzji przez naukowych rywali – w National Science Foundation i innych agencjach, takich jak NASA – narzuciło mentalność „nigdy nie krytykuj nauki” osobom otrzymującym granty. A przecież nauka jest po to, aby wykrywać błędy w dzisiejszym myśleniu i poprawiać je. Amerykański system kształcenia został zahamowany przez tę mentalność. Organizacje oświatowe finansowane prze NSF czy NASA prawie nigdy nie uczą studentów czy nauczycieli postępowania, które podważałoby „polityczną poprawność” w sprawie panujących dogmatów. To samo dotyczy organizacji zajmujących się informowaniem o postępach w nauce, które rzadko donoszą o wynikach badań kwestionujących ów „politycznie poprawny” paradygmat. Korupcja amerykańskiej nauki jest wszechobecna i przytłaczająca, a odbija się to w skali globalnej – przykładem jest choćby niedawna afera „Climategate”.

Niegdyś naukowcy sądzili, że planety nie wytwarzają energii poza niewielkimi ilościami powstałymi z rozpadu radioaktywnego – planety po prostu otrzymują energię od Słońca i odbijają ją w przestrzeń. Pod koniec lat 60. astronomowie zaobserwowali, że Jowisz, Saturn i Neptun wysyłają w przestrzeń kosmiczną niemal dwukrotnie większą ilość energii, niż otrzymują od Słońca. Przez dwadzieścia lat owo źródło wewnętrznej energii stanowiło zagadkę dla naukowców finansowanych przez NASA, którzy błędnie myśleli, że rozpatrzyli już i odrzucili wszystkie możliwości. W 1991 roku przesłałem do niemieckiego Naturwissenschaften pracę, w której jako prawdopodobne źródło tej energii wskazałem naturalne reaktory jądrowe, znajdujące się w jądrach planet. Użyłem tej samej metody badawczej co Paul K. Kuroda w 1956 roku, który przewidział występowanie naturalnych mini-reaktorów nuklearnych w prehistorycznych złożach uranu, których pozostałości odnaleziono w 1972 r. w Oklo w Gabonie.

Po przyjęciu artykułu do publikacji [6], wysłałem do Planetary Geophysics Program przy NASA przekrój moich badań. Paul K. Kuroda przyjął moją propozycję współpracy, jednak podkreślił, że badania prowadzi pro bono, bo „nie potrzebuje pieniędzy”.



Universities Space Research Association, stowarzyszenie głównych instytucjonalnych odbiorców funduszy NASA, sprawuje kontrolę nad Lunar and Planetery Institute, który zorganizował panel dyskusyjny akurat w czasie, gdy przesłałem moje zgłoszenie. Panel przysłużył się NASA, nawołując do anonimowego recenzowania nadesłanych wniosków, a następnie oceniając je na potajemnym spotkaniu na podstawie wystawionych recenzji, oraz tworząc ich ranking, co miało ułatwić ludziom z NASA decyzję, kogo dofinansować. Panel, złożony z czołowych odbiorców grantów od NASA, otrzymujących je poprzez Planetary Geophysics Program albo Planetary Geology Program, w tajemnicy dokonał rankingu wszystkich wniosków przesłanych do obu tych programów. Innymi słowy, moje zgłoszenie walczyło o te same ograniczone środki, co zgłoszenia instytucji, których personel obsługiwał powyższy panel. Ówczesny przewodniczący panelu związany był z Laboratorium Napędu Odrzutowego przy NASA, którym kieruje California Institute of Technology (Caltech), i który pochłonął ponad 40% budżetu z Planetary Geophysics Program.

Nie muszę wspominać, że mój wniosek został odrzucony. Normalnie, każdy ranking wniosków stworzony przez ten panel jest poufny, jednak dzięki nadzwyczajnym staraniom uzyskałem informację od kongresowego General Accounting Office (od 2004 roku Government Accountability Office), że pod względem technicznym panel ocenił mój wniosek najniżej spośród 120 innych zgłoszonych do Planetary Geophysics Program. Można by mieć poważne zastrzeżenia co do spójności tego rankingu, jako że później samodzielnie przeprowadziłem wszystkie badania zawarte w moim wniosku, a nawet więcej, łącznie z wykazaniem możliwości istnienia reaktora nuklearnego w jądrze Ziemi, zwanego georeaktorem, będącego źródłem energii oraz mechanizmem tworzącym ziemskie pole magnetyczne [4, 7-11]. Rozszerzyłem tę teorię również na inne planety i duże księżyce [12]. Koncepcja wewnątrzplanetarnych reaktorów jądrowych spotkała się z dość sporym zainteresowaniem wśród międzynarodowej społeczności naukowej. A jaka była odpowiedź NASA?

W ciągu dwudziestu lat od fiaska mojego wniosku naukowcy finansowani przez NASA – o ile mi wiadomo – nigdy nie wspomnieli o teorii naturalnych reaktorów ani nie zacytowali żadnej mojej publikacji. A jednak dyskutowali – bo należało – nad licznymi obserwacjami „tajemniczej” produkcji wewnętrznego ciepła czy generowania pola magnetycznego planet,  np.: (1) Wytwarzanie wewnętrznego ciepła na Jowiszu, Saturnie czy Neptunie; (2) Miękki lub płynny rdzeń Księżyca; (3) Posiadanie pola magnetycznego przez malutkiego Merkurego; (4) Dowody na istnienie w przeszłości globalnego pola magnetycznego na Marsie; (5) Dowody na istnienie w przeszłości podobnego pola na Księżycu; (6) Księżyc Jowisza, Ganimedes, posiada wewnętrznie generowane pole magnetyczne; (7) Dowody na wewnętrzną produkcję ciepła przez księżyc Saturna, Enceladusa; (8) Dowody na identyczne zjawisko wewnątrz księżyca Plutona, Charona. Otrzymuję wiele emaili od osób z całego świata, które przeczytały raporty NASA w tej kwestii, i dziwią się, dlaczego nie wspomniano tam moich prac, skoro oferowałem w nich wiarygodne wyjaśnienie tych problemów.

Podobnie jak astrofizycy, amerykańska społeczność geofizyków uparcie ignoruje moje naukowe wyzwania, obstając przy przestarzałych, bo z lat 40., poglądów stanowiących podstawę ich wydumanych modeli. Nauka nie ma prezentować „politycznie poprawnych” poglądów i ignorować innych. Zadaniem nauki jest wykrywanie błędów w obecnych teoriach i korygowanie ich. Amerykańscy geofizycy roztrwonili grube miliony dolarów podatników na zupełnie niepotrzebne rzeczy, zamiast poświęcić je na rokujące badania. Publikuję w światowej klasy czasopismach ważne i dobrze udokumentowane prace, wskazujące sprzeczności w obecnej myśli naukowej. Etycznym obowiązkiem środowiska naukowego jest podjęcie próby potwierdzenia lub obalenia idei zawartych w tych pracach. W każdym razie, sprzeczności te powinny być cytowane [13].



W 1936 roku Inge Lehmann dokonała odkrycia jądra wewnętrznego Ziemi, rozmiarami zbliżonego do Księżyca i około 3 razy od niego cięższego, co około 1940 roku skłoniło naukowców do przekonania, że jest to zastygające płynne żelazo. W 1979 roku opublikowałem całkowicie odmienną teorię dotyczącą składu jądra wewnętrznego. Do artykułu odniósł się laureat Nagrody Nobla, Harold C. Urey, w Proceedings of the Royal Society of London [14], otrzymałem także pochlebny list od Inge Lehmann. Jednak zamiast debaty, dyskusji oraz eksperymentalnego i/lub teoretycznego potwierdzenia bądź obalenia mojej teorii, napotkałem ścianę milczenia ze strony środowiska geofizyków nie tylko w tym przypadku, ale też w całej serii kolejnych odkryć [15]. Prawdziwy naukowiec wita nowe teorie i odkrycia z otwartymi ramionami, gdyż prowadzą one do dalszych postępów. Pseudonaukowy barbarzyńca przeciwnie – ignoruje to, czego nie lubi, a tym samym okłamuje społeczność naukową, szerszego odbiorcę oraz rząd USA, który finansuje te jego wątpliwej wartości wypociny.

W 1838 roku, w trakcie swojej przemowy w Męskim Liceum w Springfield (Illinois), Abraham Lincoln oświadczył: „Kiedy zatem mamy się spodziewać nadejścia zagrożenia? Odpowiem tak: jeżeli kiedykolwiek nas ono dosięgnie, będzie musiało zrodzić się wśród nas. Nie może przybyć z zagranicy. Jeżeli zniszczenie ma być nam pisane, musimy sami być jego twórcami i wykonawcami”. Później, już jako prezydent, Lincoln nieświadomie pomógł zasiać owe nasiona samozniszczenia, gdy w 1863 roku podpisał ustawę o powołaniu National Academy of Sciences (Narodowej Akademii Nauk, NAS), mówiącą: „National Academy of Sciences… na wniosek dowolnego departamentu rządu ma przeprowadzić badania i eksperymenty, a także zdać relację na temat dowolnego przedmiotu z zakresu nauki i sztuki”.

Czy National Academy of Sciences kiedykolwiek wskazała amerykańskiemu rządowi błędy istniejące w obecnych procedurach agencji dotujących naukę, jak te, które sam ujawniłem [1,2], a które korumpują i trywializują amerykańską naukę? Czy kiedykolwiek ujawniła zjawisko zorganizowanego dławienia postępu naukowego, kryjącego się pod nazwą anonimowej recenzji, praktykowane przez tak zwane profesjonalne środowiska – łącznie z kręgami wewnątrz NAS, na temat których przesłałem dokumentację prezesowi Akademii – a co będzie kosztować amerykańskich podatników wiele milionów dolarów wyrzuconych w błoto? Wątpię. Pomimo stale rosnących budżetów amerykańska nauka i edukacja kontynuują wieloletnią tendencję spadkową, zbliżając się do poziomu krajów Trzeciego Świata. W sprawach prywatnych, zdrowotnych, prawnych czy biznesowych czymś powszechnym jest korzystanie z usług doradcy. Wszyscy tak robimy. A jeśli porada okazuje się błędna, rezygnujemy z tego doradcy i wynajmujemy drugiego. Moim zdaniem Kongres USA powinien rozwiązać National Academy of Sciences i znaleźć inne źródło naukowych i edukacyjnych porad.

Hamowanie oraz ignorowanie postępu nauki może mieć poważne, realne konsekwencje. Ziemia jest nieustannie bombardowana przez wiatr słoneczny – zjonizowaną i przewodzącą elektryczność plazmę, podgrzaną do około 1 mln ºC. Na szczęście ziemskie pole magnetyczne odchyla główne uderzenie wiatru słonecznego, powodując, że bezpiecznie omija on naszą planetę, chroniąc ludzkość przed nieustającym słonecznym szturmem. Jednak przebiegunowanie lub zanik pola geomagnetycznego niewątpliwie będzie katastrofą o niewyobrażalnych konsekwencjach dla naszej, uzależnionej od technologii, cywilizacji.
W razie utraty pola geomagnetycznego ogromne masy ludzi zostaną pozbawione elektryczności. Sieci elektryczne będą przypominać niekontrolowane generatory, kiedy naładowana elektrycznie fala szalejącego wiatru słonecznego indukuje samobójcze przepływy prądu na liniach przesyłowych, doprowadzając do zwarć i eksplozji kluczowych elementów sieci. Potężne i destrukcyjne przepływy prądu zostaną także wywołane w gazociągach i ropociągach, prowadząc do eksplozji i pożarów. Na wszelkich powierzchniach gromadzić się będą ładunki elektryczne, osiągając niebezpiecznie wysoki potencjał na krawędziach i spiczastych punktach, grożąc porażeniem i pożarem. Satelity przestaną działać wskutek  spalenia całej ich elektroniki przez podmuch plazmy. Dojdzie do globalnego załamania systemów komunikacji i nawigacji. I, co gorsza, katastrofa ta będzie miała poważny, długofalowy i z pewnością niszczący wpływ na nasze zdrowie.



Do niedawna przebiegunowanie pola geomagnetycznego lub jego całkowity zanik uważano za wydarzenia czekające nas w odległej przyszłości, które do tego będą zachodzić bardzo powoli. Ten pogląd może się jednak radykalnie zmienić.

Zauważcie, że w wodzie gotowanej na kuchence, przed procesem wrzenia dochodzi do cyrkulacji z dołu do góry i z góry na dół. Jest to zjawisko konwekcji, które można lepiej zaobserwować, dodając kilka liści herbaty, nasion selera, itp., które będą się przemieszczać dzięki zachodzącej cyrkulacji. Dzieje się tak, ponieważ ciepło na dnie sprawia, że woda nieco się rozszerza, stając się lżejszą, mniej gęstą, aniżeli zimniejsza woda w górnej części naczynia. Proces konwekcji jest niestabilnym, przeciążonym od góry układem, dążącym do odzyskania równowagi poprzez ruch cieczy.

W 1939 roku Walter Elsasser zaproponował teorię, zgodnie z którą ziemskie pole magnetyczne jest tworzone przez ruchy konwekcyjne w płynnym jądrze Ziemi, odchylane przez obrót planety, w wyniku czego powstaje rodzaj dynama. Przez siedemdziesiąt lat środowisko geofizyków zakładało, że konwekcja „musi” zachodzić w jądrze. Niezliczone miliony dolarów wydano na modelowanie procesu konwekcji i jego roli w płynnym jądrze ziemskim.

27 stycznia 2009 r. przesłałem do Physical Review Letters krótką, ale ważną notkę, w której wykazałem, że konwekcja zachodząca w jądrze ziemskim jest fizycznie niemożliwa, ponieważ: (1) Jądro jest zbyt ciężkie u dołu z powodu zagęszczenia przez masę znajdującą się powyżej; (2) Dno jądra nie może być gorętsze od górnych warstw, co jest wymagane w procesie konwekcji, jądro jest bowiem otoczone izolującą powłoką; oraz (3) liczba Rayleigha została błędnie zastosowana w celu potwierdzenia teorii konwekcyjnej. Zaproponowałem teorię, że ziemskie pole magnetyczne wytwarzane jest przez działanie mechanizmu Elsassera w podpowłoce nuklearnego georeaktora. Przez cały proces recenzowania ani Physical Review Letters, ani jego sponsor, American Physical Society, nie przedstawiły rzetelnej, naukowej krytyki, a jedynie negatywne opinie i przekręcanie faktów, czego dopuścił się także co najmniej jeden z członków National Academy of Sciences. Rzecz jasna, artykuł został odrzucony przez Physical Review Letters, a jego preprint „pogrzebany” przez arXiv.org w kategorii Fizyki Ogólnej [16], skutecznie ukrywając go przed urzędnikami rządowych agencji dotujących naukę, a tym samym niemal gwarantując, że pieniądze podatników nadal będą marnowane na bezowocne, fizycznie niemożliwe modele oparte na płynnym jądrze ziemskim. Bezzasadne odrzucenie i ukrywanie tego artykułu może mieć jednak bardzo poważne konsekwencje.

Płynne jądro Ziemi to około 30% całkowitej masy planety. Masa nuklearnego georeaktora wynosi zaledwie jedną milionową tej wartości, co oznacza, że zaburzenie w nim konwekcji może prowadzić do bardzo gwałtownych zmian, w tym do nagłego przebiegunowania pola magnetycznego. Wyobraźcie to sobie w ten sposób: kierunek i prędkość małego elektrycznego pociągu-zabawki można zmienić szybciej i przy użyciu mniejszej siły, niż prawdziwego pociągu z pełnym ładunkiem i kompletem wagonów. Badając zaschnięte strumienie lawy naukowcy potwierdzili niedawno, że nagłe zmiany pola magnetycznego – sześć stopni dziennie dla jednego przebiegunowania i stopień tygodniowo dla kolejnego – miały już miejsce w przeszłości [17,18]. Stosunkowo niewielka masa georeaktora zgadza się z możliwością bardzo szybkiego odwrócenia biegunów – trwającego od miesiąca do kilku lat. Obserwowane od niedawna szybsze niż zwykle przesuwanie się bieguna północnego ku Syberii niektórzy naukowcy uważają za oznakę bliskiego przebiegunowania, chociaż nie ma co do tego żadnej pewności.  Z uwagi na globalne konsekwencje, hamowanie badań związanych z teorią nagłych zmian ziemskiego pola magnetycznego jest moim zdaniem równoznaczne z  nadużyciem zaufania i zdradą wobec ludzkości.

Dla dobra nas wszystkich, najwyższy czas, by usunąć szarlatanów i pseudonaukowych barbarzyńców i stworzyć środowisko, w którym nauka będzie mogła rozwijać się w zgodzie z prawdą, a naukowcy pracować bez strachu przed zemstą i donosem za nowatorskie teorie lub niedostosowanie się do obowiązujących, „politycznie poprawnych” poglądów. Opisałem cztery główne, szkodzące nauce błędy, zapoczątkowane przez National Science Foundation pół wieku temu, które istnieją do dziś także w wielu innych rządowych agencjach dotujących naukę, oraz przedstawiłem praktyczne sposoby ich naprawy [1]. Wdrożenie tych metod nie będzie zbyt trudne – wymaga jedynie odwagi i uczciwości.

O autorze:


J. Marvin Herndon posiada gruntowne wykształcenie: tytuł B.A. z fizyki (UCSD), doktorat z chemii jądrowej (Texas A&M), odbyte stanowisko adiunkta na przedmiotach geochemii i kosmochemii pod opieką Hansa E. Suessa i Harolda C. Ureya. Nazwany przez Washington Post „niepokornym geofizykiem”, ten interdyscyplinarny naukowiec zidentyfikował skład ziemskiego jądra wewnętrznego – jako niklowo-krzemkowe – oraz przedstawił argumenty na rzecz teorii o naturalnym reaktorze jądrowym w jądrze ziemskim jako źródle energii i miejscu powstawania pola magnetycznego. Swoją karierę naukową poświęcił na wykrywanie utrwalonych fundamentalnych błędów w nauce, obecnie zaś ujawnia błędy administracyjne, które od dziesięcioleci niszczą i korumpują amerykańską naukę i oświatę.

Przypisy:
1. Herndon, J. M., American Science Decline: The Cause and Cure http://www.bestthinking.com/articles/law/government_law/federal_regulation/american-science-decline-the-cause-and-cure

2. Herndon, J. M., Peer Review Folly: Independent Critique and Recommendations http://www.bestthinking.com/articles/law/government_law/federal_regulation/peer-review-folly-independent-critique-and-recommendations

3. Josephson, B. D., Covert censorship by the physics preprint archive. http://www.tcm.phy.cam.ac.uk/~bdj10/archivefreedom/main.html

4. Herndon, J. M., Planetary and protostellar nuclear fission: Implications for planetary change, stellar ignition and dark matter. Proceedings of the Royal Society of London, 1994. A455: p. 453-461.

5. Herndon, J. M., New concept for internal heat production in hot Jupiter exo-planets, thermonuclear ignition of dark galaxies, and the basis for galactic luminous star distributions. Current Science (India), 2009. 96: p. 1453-1456. http://nuclearplanet.com/Herndon%20Current%20Science%2090610.pdf

6. Herndon, J. M., Nuclear fission reactors as energy sources for the giant outer planets. Naturwissenschaften, 1992. 79: p. 7-14.

7. Herndon, J. M., Feasibility of a nuclear fission reactor at the center of the Earth as the energy source for the geomagnetic field. Journal of Geomagnetism and Geoelectricity, 1993. 45: p. 423-437. http://nuclearplanet.com/Herndon%20JGG93.pdf

8. Herndon, J. M., Sub-structure of the inner core of the earth. Proceedings of the National Academy of Sciences (USA), 1996. 93: p. 646-648. http://nuclearplanet.com/pnas-1996.pdf

9. Herndon, J. M., Nuclear georeactor origin of oceanic basalt 3He/4He, evidence, and implications. Proceedings of the National Academy of Sciences (USA), 2003. 100(6): p. 3047-3050. http://nuclearplanet.com/pnas%202003.pdf

10. Herndon, J. M., Nuclear georeactor generation of the earth’s geomagnetic field. Current Science (India), 2007. 93(11): p. 1485-1487. http://nuclearplanet.com/Herndon%20Current%20Science%2071210.pdf

11. Hollenbach, D. F. and J. M. Herndon, Deep-earth reactor: nuclear fission, helium, and the geomagnetic field. Proceedings of the National Academy of Sciences (USA) , 2001, 98(20): p. 11085-11090. http://nuclearplanet.com/pnas%202003.pdf

12. Herndon, J. M., Nature of planetary matter and magnetic field generation in the solar system. Current Science (India), 2009. 96: p. 1033-1039. http://nuclearplanet.com/Herndon%20Current%20Science%2090425.pdf

13. Herndon, J. M., Inseparability of science history and discovery. History of Geo- and Space Science, 2010. 1: p. 25-41. http://nuclearplanet.com/hgss-1-25-2010.pdf

14. Herndon, J. M., The nickel silicide inner core of the Earth. Proceedings of the Royal Society of London, 1979. A368: p. 495-500.

15. Herndon, J. M., Brief Biography. http://nuclearplanet.com/JMH%20Biography.html

16. Herndon, J. M., Uniqueness of Herndon’s georeactor: Energy source and production mechanism for Earth’s magnetic field. arXiv.org/abs/0901.4509, 2009. http://nuclearplanet.com/Herndon%20Uniqueness.pdf

17. Bogue, S. W., Very rapid geomagnetic field change recorded by the partial remagnetization of a lava flow. Geophysical Research Letters, 2010. 37: p. doi: 10.1029/2010GL044286.

18. Coe, R. S. and M. Prevot, Evidence suggesting extremely rapid field variation during a geomagnetic reversal. Earth and Planetary Science Letters, 1989. 92: p. 192-198.

Dodatkowa lektura

Ogrin, S., Ghost in the Machine. The Dot Connector Magazine, 2010(11): p. 38-40.

Perelman, C. C., The Trouble with Physicists. The Dot Connector Magazine, 2010(11): p. 41-43.

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:
The Corruption of Science in America
dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Źródło: https://pracownia4.wordpress.com/2012/01/10/korupcja-nauki-w-ameryce/#comment-65343



Zobacz na:
Społeczne funkcjonowanie pojęć prawdy i piękna w różnych cywilizacjach
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1672.0
Inwazja motywacji konsumpcyjnych w kontekście integracji europejskiej
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1610.0
Ogólna jakościowa teoria informacji
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1743.0
« Last Edit: (Fri) 06.11.2015, 21:43:10 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Korupcja nauki w Ameryce
« Reply #1 on: (Wed) 02.09.2015, 16:23:03 »
Laureat Nobla ogłasza bojkot periodyków naukowych



Prof. Schekman, laureat Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny, ogłosił bojkot znanych periodyków naukowych. Jego zdaniem "Nature", "Cell" i "Science" "zniekształcają proces naukowy".

Profesor Randy Schekman, amerykański biolog, laureat tegorocznej nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, w artykule opublikowanym na łamach "Guardiana" ogłosił, że nie będzie więcej publikował prac naukowych w magazynach "Nature", "Cell" i "Science", które oskarża o "zniekształcanie procesu naukowego" i "tyranię".

Schekman używa analogii, w której przyrównuje publikowanie prac w tych trzech największych periodykach naukowych do premii wypłacanych bankowcom przez największe banki. Jego zdaniem publikacja w tych periodykach stała się celem samym w sobie i naukowcy, aby móc się poszczycić nią w tak renomowanych czasopismach, często badają modne dziedziny naukowe, zamiast poświęcać się istotniejszej pracy. Presja związana z prestiżem przyjęcia publikacji naukowej do jednego z tytułów jest tak duża, że niektórzy naukowcy naginają wyniki swoich badań lub publikują wręcz fałszywe wyniki - sugeruje noblista.

Ponadto noblista twierdzi, że marketing tych periodyków jest prowadzony w sposób agresywny, a wydawcom zależy bardziej na wpływach ze sprzedaży niż na jakości publikowanych badań. Prestiż tych pism polega w dużej mierze na tym, jak często prace opublikowane w danym magazynie są cytowane. Tymczasem prace mogą być cytowane nie tylko dlatego, że są dobre, lecz także dlatego, że są chwytliwe, prowokujące albo po prostu złe - twierdzi Schekman.

Problem pogłębia to, że redaktorzy tych periodyków nie są aktywnymi zawodowo naukowcami, lecz "zawodowcami, którzy faworyzują takie badania, które wywołują sensację". Współpracownik naukowy Schekmana Sebastian Springer mówi "Guardianowi", że taki system jest daleki od merytokracji, czyli nagradzania rzeczywistych kompetencji. "W tych periodykach nie ukazują się wyłącznie najlepsze badania. Ich redaktorzy nie są zawodowymi naukowcami, są dziennikarzami, co nie stanowi może największego problemu, ale stawiają nowinki przed solidną pracą".

Schekman twierdzi też, że Chińska Akademia Nauk płaci naukowcom za przyjęcie prac do tych magazynów równowartość 30 tys. dol. Niektórzy autorzy prac z takich dwuznacznych etycznie nagród czerpią połowę swoich dochodów.

Wiele cenionych instytucji naukowych zatrudnia naukowców na podstawie tego, czy (i ile razy) opublikowali swoje wyniki badań w renomowanych periodykach. Za utrzymanie instytucji naukowych, na których prowadzone są badania, płacą zwykle podatnicy - ale wyniki pracy uczonych publikują prywatni wydawcy. Za dostęp do wyników prac naukowców zatrudnianych z publicznych środków trzeba zapłacić. I to drogo.

Światowy rynek prasy naukowej jest bowiem zmonopolizowany przez kilku wielkich wydawców, którzy nie mają motywacji, żeby ze sobą konkurować. Przez to ceny naukowych czasopism są niezwykle wysokie, nawet jak na realia zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych. Prenumerata jednego tytułu kosztuje od kilkunastu do prawie 50 tys. dol. rocznie. W maju ubiegłego roku władze Uniwersytetu Harvarda opublikowały list otwarty do swoich naukowców, w którym wzywały do publikacji w ogólnodostępnych serwisach (zwykle internetowych). Sam Harvard za dostęp do czasopism płaci rocznie 3,75 mln dol.

Schenker nie jest pierwszym naukowcem o światowej sławie, który wzywa do bojkotu wydawnictw naukowych. W 2012 r. zrobił to Tim Gowers, wybitny matematyk z Cambridge, wyróżniony Medalem Fieldsa, czyli matematycznym Noblem. Jego wezwanie spotkało się ze sporym odzewem - na stronie internetowej The Cost of Knowledge podpisało się już ponad 14 tys. naukowców.

"Tak jak Wall Street musi skończyć z kulturą premii, która napędza chęć ryzyka jednostek, ale szkodzi systemowi finansowemu, tak nauka musi zerwać z tyranią luksusowych periodyków. Skutkiem będą lepsze badania, które lepiej posłużą i nauce, i społeczeństwu" - kończy swój list noblista.

Źródło: http://wyborcza.pl/1,75400,15128562,Laureat_Nobla_oglasza_bojkot_periodykow_naukowych.html#TRrelSST

------------

Nearly All Scientific Papers Controlled By Same Six Corporations

Researchers looked at scientific literature published between 1973 – 2013 and found that companies
ACS, Reed Elsevier, Sage, Taylor & Francis, Springer, Wiley-Blackwell controlled nearly every single one.



Źródło: http://yournewswire.com/nearly-all-scientific-papers-controlled-by-same-six-corporations/
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Korupcja nauki w Ameryce
« Reply #2 on: (Thu) 03.09.2015, 22:12:17 »
2/3 eksperymentów naukowych nie udaje się powtórzyć. Dlaczego?

W ubiegłym tygodniu opublikowano badanie, z którego wynika, że większość prac naukowych z dziedziny psychologii zawiera zbyt daleko idące wnioski, a rezultatów badań nie da się powtórzyć. Ale problem mają nie tylko psychologowie.

To niedobre wieści dla psychologów. Okazuje się, że większość ich badań nie ma zbyt wielkiej wartości naukowej. Badacze z University of Virginia od 2011 r. prowadzą "Reproducibility Project", czyli projekt mający na celu odtworzenie (z tymi samymi wynikami) badań naukowych z dziedziny psychologii. Powtórzyli sto badań, których wyniki opublikowano w różnych periodykach psychologicznych. Starali się przy tym, aby przeprowadzone przez nich eksperymenty były jak najbliższe oryginalnym. W 60 przypadkach nie uzyskali tego samego rezultatu jak w pierwotnym przypadku. Swoją pracę publikują w czasopiśmie "Science".

Choć przypadki naukowych fałszerstw nie są wcale rzadkie, nie oznacza to, że badania, których nie udało się z tym samym rezultatem powtórzyć, były sfałszowane lub naukowcy dopuścili się nadużycia. W psychologii znany jest efekt Rosenthala, określany inaczej efektem oczekiwań eksperymentatora. W niektórych dziedzinach nauki wyniki badań często bywają zgodne z wcześniejszymi oczekiwaniami przeprowadzającego je badacza. Do tego stopnia, że jeśli dwa identyczne eksperymenty przeprowadza dwóch badaczy, którzy mają sprzeczne oczekiwania, wyniki dwóch identycznych eksperymentów bywają sprzeczne - za to zgodne z oczekiwaniami prowadzącego.

Oczywiście o taki efekt trudniej jest w naukach ścisłych - jeśli będziemy mierzyć prędkość światła lub zachodzące reakcje chemiczne, w identycznych warunkach otrzymamy takie same wyniki. Efekt Rosenthala praktycznie nie dotyczy więc badań z dziedziny fizyki i chemii, rzadko zdarza się też w naukach przyrodniczych. Jednak w naukach społecznych, takich jak psychologia czy ekonomia, gdzie nastawienie badacza może mieć istotny wpływ na sposób prowadzenia eksperymentu i osoby badane, może być zjawiskiem, jak się okazuje, powszechnym.

Badacze z University of Virginia prowadzą swoje metabadania (czyli badania nad badaniami) od 2011 r. Ale sygnały, że spora część prac naukowych, nie tylko z dziedziny psychologii, ma niewielką naukową wartość, docierają już od dekady.

Nie tylko psychologia

Dr John Ioannidis, szef zespołu zajmującego się metabadaniami na Stanford University, szacuje, że proporcja złych badań naukowych w medycynie jest porównywalna i około połowy wszystkich publikowanych w tej dziedzinie prac zawiera przesadne lub fałszywe wnioski. Twierdzi, że liczba prac naukowych, które nie mają zbytniej wartości, w innych dziedzinach niż psychologia i medycyna, może być jeszcze większa. I nie chodzi o nastawienie badacza, ale o metodologiczne błędy.

Za złą jakość naukowych prac może odpowiadać zbyt mała próba (grupy badanych osób lub próbek), zły (statystycznie niereprezentatywny) dobór próby, źle skonstruowane eksperymenty, uprzedzenia i nastawienie eksperymentatorów oraz przedstawianie w pracach naukowych tylko wybranych wyników, czyli na przykład pomijanie faktów niezgodnych z tezą autora. Według Ioannidisa wszystkie te czynniki wpływają na większość prac naukowych. I dodaje, że nawet badania prowadzone na dużych próbach nie zawsze są dobre.

Złych badań może być nawet więcej niż połowa. Ioannidis już w opublikowanej w 2005 r. na łamach "PLOS One pracy" stwierdził, że statystycznie rzecz biorąc, prawdopodobieństwo, że wyniki badań naukowych będą błędne, jest większe niż to, że będą prawdziwe!

Tradycyjnie się uznaje, że wynik badania jest "statystycznie znaczący", jeśli szansa, że nie jest on dziełem przypadku, wynosi co najmniej 95 proc. Jednak w wielu przypadkach nic to nie wnosi.

95 proc. to za mało? Nie, jest bez znaczenia

95 proc. pewności, że wynik nie jest dziełem przypadku, oznacza, że pozostaje 5 proc. prawdopodobieństwa (czyli 1 szansa na 20), że wynik może być przypadkowy.

Jeśli jednak zbada się 20 fałszywych hipotez, to przy założeniu takich standardów statystycznie jedna z nich wyda się prawdziwa. Zdarza się tak szczególnie często w dziedzinach, w których istnieje wiele hipotez do potwierdzenia lub obalenia (na przykład w genetyce, gdy poszukuje się jednego z wielu genów wywołujących schorzenie). Ów statystyczny standard (czyli P-wartość) na poziomie 0,05 lub niższa ma krytyków już od dawna.

Ironią jest to, że gdy brytyjski statystyk Ronald Fisher wprowadził P-wartość w latach 20. ubiegłego wieku, nigdy nie zamierzał nadawać jej szczególnego znaczenia. Według niego była tylko nieformalnym sposobem stwierdzenia, czy uzyskane wyniki są znaczące w potocznym tego słowa znaczeniu i zasługują na dalsze badania.

W tym samym czasie, czyli niemal wiek temu, rywale Fishera polski matematyk Jerzy Neyman i brytyjski statystyk Egon Pearson do analizy danych wprowadzili ściślejsze metody badań i wskaźniki. Nie mieli wielkiego szacunku dla prac Fishera, które Neyman uważał wręcz za "mniej niż bezużyteczne". Jednak większość naukowców nie jest statystykami i P-wartość wprowadzona przez Fishera była prosta do obliczenia i wygodna dla niematematyka. Przyjęła się ze względu na łatwość stosowania.

Sęk w tym, że P-wartość określa tylko prawdopodobieństwo tego, iż uzyskany wynik jest dziełem przypadku. Zupełnie nic nie mówi o tym, czy uzyskany w badaniu wynik jest prawdziwy czy nie.

Powtarzalność (i jeszcze raz powtarzalność)

Niepotrzebne koncentrowanie się na tym wskaźniku może sprawić, że badaczom, recenzentom ich prac i środowisku naukowców umykają inne, istotne rzeczy. Zwłaszcza odpowiedź na najważniejsze w badaniach naukowych pytanie: jakie jest prawdopodobieństwo tego, że badana hipoteza jest prawdziwa?

Na to pytanie można odpowiedzieć dopiero po przeprowadzeniu wielu takich samych badań w takich samych (lub możliwie jak najbardziej podobnych) warunkach. Dopiero wielokrotne powtórzenie badania i otrzymanie takich samych wyników potwierdza, że dana hipoteza jest prawdziwa. I dlatego właśnie w nauce niezmiernie istotne jest to, aby eksperyment był odtwarzalny, a publikacje naukowe podawały wszelkie dane, żeby móc badanie powtórzyć.

Łatwo to zrozumieć, jeśli badania naukowe wyobrazimy sobie jako rzucanie monetą. Rzucając trzy razy monetą, możemy wyrzucić trzy orły - nie jest to niemożliwe. Wyciągnięcie na tej podstawie wniosku, że przy rzucie monetą wypada zawsze orzeł, jest błędne. Dopiero rzucenie monetą wiele więcej razy - sto, tysiąc - sprawia, że widać, iż prawdopodobieństwo wyrzucenia orła wynosi 50 proc.

Szczepionki i GMO, czyli jeden wynik nie świadczy o niczym

Doskonałym przykładem na to, że jeden wynik nie świadczy o prawdziwości hipotezy, były kontrowersyjne badania nad szkodliwością tiomersalu w szczepionkach (który miał wywoływać autyzm) czy szkodliwością modyfikowanej genetycznie kukurydzy (która miała wywoływać nowotwory u szczurów). Były to wyniki uzyskane w pojedynczych badaniach, czyli z naukowego punktu widzenia bezwartościowe, póki w kolejnych, podobnych badaniach nie uzyskano by takich samych wyników.

Nikomu wyników tych dwóch kontrowersyjnych badań nie udało się powtórzyć, co oznacza, że tiomersal nie ma związku z autyzmem, a żywność GMO nie jest szkodliwa. Mimo to nadal wiele osób żywi błędne przekonanie, że szczepienia i genetycznie modyfikowana żywność mogą być niezdrowe - choć wskazywały na to pojedyncze badania, a dziesiątki innych zupełnie tego nie potwierdziły.

W nauce jest ważne, aby jednorazowe odkrycie zostało potwierdzone w wielu innych, niezależnych od siebie eksperymentach. Dopiero wielokrotnie powtórzone i przynoszące te same wyniki uważane są za fakt naukowy. Jeden wynik często nie świadczy bowiem o niczym - poza przypadkiem lub źle skonstruowanym badaniem.

Zrodlo: http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105407,18666217,wiekszosc-prac-naukowych-z-dziedziny-psychologii-jest-zla.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Korupcja nauki
« Reply #3 on: (Fri) 06.11.2015, 21:48:39 »
Naczelny Lancet: Badania naukowe są fałszowane!



W ciągu ostatnich kilku lat, coraz więcej specjalistów zaczęło mówić prawdę, trudną do przełknięcia dla wielu osób. Doktor Richard Horton jest redaktorem naczelnym w czasopiśmie Lancet. Jest to najbardziej szanowane pismo medyczne na świecie. Do tej pory, cokolwiek ukazało się w Lancet, było świętością i wyznacznikiem kierunków w medycynie.

Coś jednak drgnęło i okrutna prawda wychodzi na światło dzienne.
Lancet – wyznacznikiem kłamstwa

Dr Horton, redaktor naczelny magazynu Lancet, opublikował następujące oświadczenie:
 
Quote
  „Sprawa przeciwko nauce jest prosta: większość literatury naukowej, być może połowa, może być nieprawdziwa. Ich fałsz polega na nierzetelności. Badania przeprowadzane są na małą skalę, na małych rozmiarach i na małej ilości próbek. Przez to są niewiarygodne, a ich analiza i wnioski uderzają w konflikt interesów. Nauka podjęła zwrot ku ciemności”.
http://www.thelancet.com/pdfs/journals/lancet/PIIS0140-6736%2815%2960696-1.pdf

Jest to dość niepokojące, biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie badania sponsorowane przez farmacje są wykorzystywane do opracowania leków, szczepionek, do szkolenia personelu medycznego, do kształcenia studentów medycyny i używane w wielu innych aspektach.

Bardzo często zdarza się, że odrzucamy wiele wspaniałych badań opracowanych przez ekspertów i naukowców z różnych instytucji na całym świecie, którzy nie są „recenzowani” i nie pojawiają się w „wiarygodnych” czasopismach medycznych. Jednak, „recenzowane” już nie jest odpowiednikiem prawdy, a „wiarygodne” traci wartość w oczach uczciwych lekarzy i ekspertów.

Doktor Horton odważnie wyznaje prawdę. Powiedział, że redaktorzy czasopism wspomagają i nakłaniają do najgorszych zachowań, że ilość złych badań jest alarmująca, że badania są naciągane w celu dopasowania ich do preferowanej teorii. A najgorsze jest to, że ważne, uczciwe badania są często odrzucane, marginalizowane.

To jest nic innego, jak przekroczenie granic uczciwości. To wszystko podąża w kierunku przestępstwa.

Przez takie zachowania miliony ludzi umiera na całym świecie.

Już nie można wierzyć badaniom… ?

Kolejną osobą, która otworzyła oczy na prawdę jest redaktor naczelny New England Medical Journal (NEMJ) – Dr Marcia Angell. Jest to jedno z najbardziej prestiżowych czasopism medycznych na świecie.

Dr Marcia Angell wyznaje:
Quote
„To jest po prostu niemożliwe, aby wierzyć jakimkolwiek badaniom klinicznym, aby polegać na ocenie zaufanych lekarzy lub autorytatywnym informacjom medycznym. Nie mam przyjemności w oznajmianiu tego wniosku, do którego doszłam powoli i niechętnie, po moich dwóch dekadach pracy jako redaktor New England Journal of Medicine”.
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2964337/

Jest więcej dowodów na poparcie tych twierdzeń.

Dokumenty otrzymane przez Lucija Tomljenovic, PhD, z Grupy Naukowej Neural Dynamics w Klinice Okulistyki i Nauk Wizualnych na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej, informują:
Quote
producenci szczepionek, firmy farmaceutyczne i politycy związani z medycyną, wiedzą o wielu zagrożeniach związanych ze szczepionkami. Zdecydowali się nie mówić prawdy społeczeństwu.
BSEM March 2011 - The Health Hazards of Disease Prevention

 Ta straszne informacje mogą wydawać się przytłaczająca dla tych, którzy wierzą we wszystkie publikowane badania, w słowa medialnych lekarzy. Z tego wynika, że rzeczywistość jest jeszcze bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje.

Uczciwi naukowcy, lekarze, politycy, będą musieli od nowa budować zaufanie, wiarę w ogólnodostępną medycynę. A przede wszystkim, należy zweryfikować metody leczenia wielu chorób, jak i dostępne na rynku lekarstwa.

Zrodlo: http://onalubi.pl/badania-naukowe/naczelny-lancet-badania-naukowe-sa-falszowane/
Zrodlo: Editor In Chief Of World’s Best Known Medical Journal: Half Of All The Literature Is False
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Korupcja nauki
« Reply #4 on: (Thu) 03.12.2015, 21:09:55 »
60 proc. badań klinicznych w Polsce i UE zawiera nieprawdziwe dane



Aż 60 proc. badań klinicznych prowadzonych w Polsce i Europie zawiera nieprawdziwe dane, najczęściej takie, których nie było w dokumentacji medycznej opisującej stan chorych – powiedział dr hab. Marek Wroński z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rzecznik rzetelności naukowej WUM na konferencji w Warszawie poświęconej zasadom oceny technologii medycznych mówił o nierzetelności badań wykazujących na ile różne metody terapii są przydatne i efektywne kosztowo. Jego zdaniem, takie sytuacje zdarzają się coraz częściej.

Z przedstawionych przez niego danych wynika, że 2 proc. ankietowanych uczonych przynajmniej raz sfałszowało wyniki prowadzonych przez siebie badań; 14 wiedziało, że robią to inni specjaliści, a 34 proc. przyznało się do innych praktyk niezgodnych z zasadami rzetelności badań. „Dopuszczają się tego nawet uznani profesorowie na wysokich stanowiskach” – podkreślił dr Wroński.

Jego zdaniem, trzeba o tym mówić, gdyż coraz częściej dochodzi do olbrzymich fałszerstw, które nie zawsze udaje się ujawnić. W zaproponowanych do druku pracach często nie są w stanie ich wykryć recenzenci. Toteż nierzadko mija wiele czasu zanim badania w innych ośrodkach podważą skuteczność jakiejś propagowanej od dawna technologii medycznej.

Według dr. Wrońskiego, skala oszustw jest „bardzo duża”. Najczęściej w badaniach klinicznych podawane są dane dotyczące chorych, których nie było w karcie ich choroby. Tymczasem wystarczy, że brakuje informacji o wieku czy wadze pacjenta, by nie można było już włączyć wszystkich jego danych do wyników całego badania. Inne uchybienia polegają na przekształcaniu lub selektywnym wybieraniu danych, jedynie takich, które pasują do tezy prowadzonych badań.

Publikowane są nawet badania całkowicie sfałszowane. Rzecznik rzetelności naukowej WUM jako przykład podał dr. Wernera Bezwodę z RPA. To był jeden z największych przekrętów medycynie. W Połowie lat 90. XX w. przekonywał on do leczenia raka piersi u kobiet z przerzutami przy pomocy przy pomocy przeszczepu komórek macierzystych.

Terapia polegało na tym, że pacjentkom podawano silną dawkę chemioterapeutyków, które miały zniszczyć wszystkie znajdujące się w ich organizmie komórki rakowe wraz z przerzutami. Ponieważ taka terapia powodowała również zniszczenie ich układu odpornościowego, trzeba było go odtworzyć przy użyciu przeszczepu pobranych wcześniej od kobiet ich własnych komórek macierzystych szpiku kostnego.

„Kuracja kosztowała od 200 do 250 tys. dolarów, ale zaczęto ją masowo stosować choć na jej temat ukazała się tylko jednak publikacja naukowa. Jedynym jej autorem był dr Bezwoda” – wyjaśniał dr Wroński. Był on tak przekonywający, że w drugiej połowie lat 90. minionego wieku w okresie zaledwie pięciu lat na całym świecie przeprowadzono 30 tys. takich zabiegów, z tego 16 tys. w USA. Na te terapie przeznaczono w sumie aż 100 mld dolarów.

W 1999 r. ukazały się pierwsze doniesienia podważające jej skuteczność, ale dr Bezwoda publikował kolejne badania wykazujące, że przeszczepy komórek dają świetne wyniki. Dowodził, że dzięki nim przeżywa znacznie więcej kobiet z przerzutowym rakiem piersi. W tej sytuacji do jego kliniki w RPA wysłano amerykańskich specjalistów, którzy na miejscu mieli sprawdzić jak jest faktycznie. Wtedy dopiero się okazało, że południowoafrykański onkolog fabrykował wyniki badań.

Twierdził on, że przebadał 154 kobiety, tymczasem było ich zaledwie 58, w dodatku dane o przebiegu ich choroby i zastosowanych leczeniu były niepełne. Nie było nawet grupy kontrolnej, by porównać efekty terapii. A spośród tych pacjentek, u których zastosowano przeszczepy komórek macierzystych, wbrew temu o czym zapewniał, nadal żyło jedynie siedem. W 2001 r. American Society of Clinical Oncology wydało oświadczenie, że badania te są nic nie warte i trzeba zaniechać stosowania tej metody leczenia.

Fałszerstwa w medycynie ujawniono także w tym roku. Pod koniec kwietnia 2012 r. ujawniono, że prof. Edward Shang z uniwersytetu w Lipsku sfałszował badania dotyczące operacyjnego leczenia otyłości. Przekonywał do jednej z metod podając, że skutecznie zoperował nią 60 chorych. Okazało się, że było ich tylko 20, a uzyskane wyniki nie dają podstaw do tego, by te technikę propagować. „Na początku maja zwolniono go z uczelni” – powiedział dr Wroński.

Źródło: http://www.sluzbazdrowia.com.pl/news.php?nid=11416096
http://www.rynekzdrowia.pl/Badania-i-rozwoj/60-proc-badan-klinicznych-w-Polsce-i-UE-zawiera-nieprawdziwe-dane,119685,11.html


Naukowiec z „Big Pharma” przyznaje się do sfałszowania kilkudziesięciu prac badawczych dla Pfizer’a i Merck’a

To jest chyba największe oszustwo naukowe w historii medycyny. Doktor Scott Reuben, były członek biura rzecznika prasowego firmy Pfizer, zgodził się przyznać się do winy sfałszowania [swych] kilkudziesięciu prac badawczych, które zostały opublikowane w czasopismach medycznych.

Główne media podają fakt, że doktor Reuben przyjął od Pfizera 75.000 dolarów dotacji na badania leku Celebrex w 2005 roku. Jego badania, które zostały opublikowane w czasopiśmie medycznym, były od tamtego czasu cytowane przez setki innych lekarzy i naukowców jako “dowód“, że Celebrex pomógł zmniejszyć ból podczas terapii po operacjach chirurgicznych. Jest tylko jeden problem z tym wszystkim: żaden z pacjentów nie był nigdy objęty tymi badaniami!
Okazuje się, że doktor Scott Reuben sfałszował całe badania i pomimo to opublikował je.
To nie pierwsze badania sfałszowane przez doktora Reubena: jak podaje Wall Street Journal on także sfałszował dane z badań leków Bextra i Vioxx.

W wyniku sfałszowanych przez doktora Reubena badań recenzowane czasopismo medyczne “Anesthesia & Analgesia” musiało wycofać 10 “naukowych” artykułów autorstwa Reubena. Londyński The Day podaje, że 21 artykułów napisanych przez doktora Reubena, które pojawiły się w czasopismach medycznych najwyraźniej zostały również sfabrykowane i muszą być wycofane.
Po przyłapaniu na fabrykowaniu badań dla Big Pharmy doktor Reuben – jak podano – podpisał zobowiązanie, które będzie wymagać od niego zwrotu 420.000 dolarów otrzymanych od firm farmaceutycznych. Grozi mu również kara do 10 lat więzienia oraz grzywna 250.000 dolarów.
Został także zwolniony z pracy w Baystate Medical Center w Springfield w stanie Massachusetts, po wewnętrznym audycie, który wykazał, że doktor Reuben fałszował dane z badań przez 13 lat.

Biznesowy standard Big Pharma

Co zasługuje na uwagę w tej historii, to nie fakt, że lekarz sfałszował badania kliniczne dla przemysłu farmaceutycznego. To również nie fakt, że tak zwane “naukowe” czasopisma medyczne opublikowały jego sfabrykowane badania. To nawet nie fakt, że firmy farmaceutyczne wypłaciły temu szarlatanowi blisko pół miliona dolarów, podczas gdy on pompował kolejne sfabrykowane badania.

Sedno sprawy polega bowiem na tym, że jest to biznesowy standard w przemyśle farmaceutycznym.
Tak naprawdę działania doktora Reubena nie są aż tak niezwykłe. Firmy farmaceutyczne rutynowo płacą łapówki naukowcom oraz lekarzom. Czasopisma medyczne regularnie publikują fałszywe, oszukańcze badania. Członkowie paneli certyfikujących FDA (Food and Drug Administration – federalna agencja dopuszczania żywności i lekarstw w USA) regularnie powołują się na sfałszowane badania w procesie podejmowania decyzji. Media w relacjach z badań naukowych też regularnie cytują sfałszowane wyniki.

Innymi słowy – sfałszowane wyniki są szeroko rozpowszechnione we współczesnej medycynie. Właściwie przemysł farmaceutyczny nie może bez tego funkcjonować. To właśnie sfałszowane badania dają mu najskuteczniejsze efekty rynkowe oraz najsilniejsze aprobaty FDA. Tacy szarlatani, jak doktor Scott Reuben, są ważną częścią farmaceutycznego mechanizmu do robienia zysków, ponieważ bez sfałszowanych badań, przekupstwa i korupcji ten sektor przemysłu miałby bardzo niewiele badań.

Zwróćmy szczególną uwagę na fakt, że w Anesthesia & Analgesia (usypianie i znieczulanie) chętnie publikowano sfałszowane badania doktora Reubena nawet pomimo tego, że to medyczne czasopismo twierdzi, iż jest “naukowym” medycznym wydawnictwem recenzowanym (peer review). Doprawdy to śmieszne, że naukowe medyczne czasopismo chętnie publikuje fałszywe badania z danymi, które po prostu wymyślił sobie autor badań. Być może te czasopisma medyczne powinny w uniwersyteckich bibliotekach zostać przeniesione z sekcji non-fiction i umieszczone w działach z literaturą science fiction.

Pamiętajmy też, że wszyscy orędownicy leków, szczepionek i mammografii z ignorancją twierdzą, że ich medycyna konwencjonalna jest oparta na “rzetelnej nauce.” To jest wszystko naukowe i godne zaufania – twierdzą – oskarżając medycynę alternatywną, że jest “umizgiwaniem się” i nienaukowym myśleniem życzeniowym. Powinni teraz spojrzeć w lustro i zdać sobie sprawę, że to ich własny system medycyny szarlatańskiej w dużej mierze jest oparty na fałszywych badaniach naukowych, przekupstwie i korupcji.

Właściwie trzeba się śmiać, gdy słyszymy jak promotorzy szczepionek i leków twierdzą, że ich medycyna jest “naukowa“, podczas kiedy medycyna naturalna jest “niesprawdzona“. Z pewnością to jest naukowe – prawie tak naukowe, jak fabuła w popularnym komiksie, albo tak wiarygodne, jak lekarska licencja sześciolatka, który właśnie wśród podarków pod choinkę otrzymał zestaw “Pobaw się w doktora“. Wielu badaczy-farmakologów miałoby lepsze kariery, gdyby zamiast prac naukowych pisali powieści fiction.
Wszystkim tym, którzy z ignorancją twierdzą, że nowoczesna nauka farmaceutyczna jest oparta na “dowodach naukowych”, trzeba tylko podać te trzy słowa: Doktor Scott Reuben.


Firmy farmaceutyczne wspierają fałszywe badania

Nie zapominajmy, że firmy farmaceutyczne otwarcie wspierały badania doktora Scotta Reubena. Bowiem one płaciły mu za to, ażeby kontynuował fabrykowanie badań.

Firmy farmaceutyczne uważają się za niewinne temu wszystkiemu, ale przecież za kulisami musiały wiedzieć co się faktycznie dzieje. Badania doktora Reubena były po prostu zbyt konsekwentnie korzystne dla interesów firmy farmaceutycznej, aby być naukowo uzasadnione. Jeżeli firma farmaceutyczna chciała “udowodnić”, że ich specyfik był dobry dla nowych zastosowań, wszystko co musieli zrobić, to poprosić doktora Reubena o przeprowadzenie badań, puszczając oko. ‑ Oto kolejne pięćdziesiąt tysięcy dolarów na badania, czy nasz lek jest dobry na ból po operacjach chirurgicznych (i znowu mrugnięcie).

I niebawem doktor Reuben magicznie zmaterializuje całkiem nowe badania, które właśnie “udowodnią” to, co dokładnie sponsorująca firma farmaceutyczna chciała udowodnić. Zwolennicy zachodniej medycyny twierdzą, że nie wierzą w magię, ale jeżeli chodzi o badania kliniczne, faktycznie to robią: wszystkie wyniki, które chcą zobaczyć, zaraz pojawiają się magicznie, gdy tylko odpowiedni naukowiec zostaje opłacony za zmaterializowanie wyników z cienkiego powietrza, i jak magik wymachując różdżką czarodziejską zaśpiewa „Abra kadabra … niech się staną DANE NAUKOWE!” Shazam! Dane z badań naukowych materializują się tak po prostu. To wszystko zostaje wpisane do artykułu “naukowego“, który również w magiczny sposób zostaje opublikowany w czasopismach medycznych, które nie zadają choćby jednego pytania, mogącego wykryć oszustwo naukowe. Sądzę, że poza wszystkim ci ludzie wierzą w magię, prawda? W przypadku gdy brakuje nauki, trochę “badawczej magii” wygodnie wypełnia lukę.

Cały ten system to jest kpina z prawdziwej nauki. Jest to system obsługiwany przez przestępców, którzy wytwarzają wszelkie “dowody naukowe” potrzebne, aby je opublikować w czasopismach medycznych i uzyskać dopuszczenie przez FDA dla leków, co do których są w pełni świadomi, że zabijają ludzi.


Czym jest “Medycyna oparta na dowodach”?

Fakt, że taki naukowiec, jak doktor Reuben może z powodzeniem wytwarzać fałszywe wyniki badań, potem je opublikować w recenzowanych czasopismach naukowych, i czynić tak bezkarnie przez 13 lat – rzuca teraz nowe światło na to, co się naprawdę kryje pod pojęciem “Medycyny opartej na dowodach”.

Przepis na medycynę opartą na dowodach jest dość prosty: Sfabrykuj dowód! I opublikuj w jakimkolwiek wiodącym czasopiśmie medycznym. Następnie możesz powoływać sfabrykowany dowód jako “fakt!”.

Gdy promotorzy leków i szczepionek w swojej obronie uciekają się do “Medycyny opartej na dowodach”, należy pamiętać, iż spośród ich tzw. dowodów wiele zostało całkowicie sfabrykowanych. Kiedy twierdzą, że ich dział chemicznej i toksycznej medycyny opiera się na “prawdziwej nauce“, to naprawdę oznacza, że jest oparta na fałszywej nauce, którą oni wszyscy potajemnie zgodzili się nazywać “prawdziwą nauką“. Kiedy twierdzą, że “fakty naukowe” wspierają ich stanowisko, to tak naprawdę oznacza, że owe “fakty” zostały sfabrykowane przez naukowców-kryminalistów za łapówki płacone przez firmy farmaceutyczne.


Okazuje się, że “Medycyna oparta na dowodach” prawie już nie istnieje. A nawet jeśli, to skąd wiesz, które badania są rzetelne, a które sfabrykowano? Jeżeli renomowany, dobrze płatny naukowiec może sfałszowane artykuły publikować przez 13 lat w wiodących czasopismach naukowych – bez przyłapania przez recenzentów – to jaka jest wiarygodność całego recenzowanego procesu wydawniczego w nauce? A to oznacza: “Medycyna naukowa” jest całkowitym oszustwem.

I to oszustwo nie ogranicza się jedynie do doktora Scotta Reubena. Pamiętajmy: on zaangażował się w rutynowe oszustwa badawcze przez 13 lat zanim go przyłapano. Jest prawdopodobnie tysiące innych naukowców zaangażowanych w podobne nadużycia badawcze w tej chwili, którzy nie zostali jeszcze złapani na gorącym uczynku. Ich fałszywe prace badawcze bez wątpienia zostały już opublikowane w “naukowych” czasopismach medycznych. Zostały zacytowane w prasie popularnej. Zostały powołane przez decydentów FDA dla podjęcia decyzji o dopuszczeniu leków jako “bezpiecznych i skutecznych” do powszechnego stosowania.
Czyli jednak pod tym wszystkim nie ma nic więcej, niż oszustwa i szarlataneria. Jasne, że mogą wystąpić jakieś rzetelne badania pomieszane z fałszywymi, ale jak możemy odróżnić jedne od drugich?

Jak mamy mieć zaufanie do tego systemu, który twierdzi, że posiada monopol na prawdę naukową, ale w rzeczywistości jest tylko przykrywką dla bezspornych oszustw naukowych?


Nie ustawaj w dobrej robocie, doktorze Reuben

Dziękuję ci, doktorze Reuben, za pokazanie nam prawdy o przemyśle farmaceutycznym, o szarlatanerii badawczej, o śmiesznych “naukowych” czasopismach, o przekupstwie oraz korupcji, które charakteryzują dzisiejszy przemysł farmaceutyczny. Zrobiłeś więcej, aby rzucić światło na prawdziwą naturę przemysłu farmaceutycznego, niż mogłoby kiedykolwiek dokonać tysiąc artykułów na stronie NaturalNews.com .

Wytrwaj w dobrej robocie. Jestem pewien, że po zapłaceniu grzywny i odsiedzeniu niewielkiego wyroku w więzieniu, na twoje usługi będzie wciąż duże zapotrzebowanie od wszystkich czołowych firm farmaceutycznych, które potrzebują jeszcze więcej “naukowych” badań do sfabrykowania i dostarczenia do czasopism medycznych.

Możesz być nieuczciwą, odrażającą istotą ludzką dla większości tego świata, ale jesteś ogromnym atutem dla przemysłu farmaceutycznego i oni ciebie potrzebują żebyś powrócił! Jest więcej badań, które muszą być sfabrykowane w niedalekiej przyszłości, jest więcej sfałszowanych artykułów, które muszą zostać opublikowane, i jest więcej jeszcze bardziej niebezpiecznych lekarstw, które muszą otrzymać zatwierdzenie przez FDA. Pospiesz się!

Bo jeżeli jest takie miejsce, gdzie skrajna nieuczciwość jest szczodrze nagradzana, to jest to w przemyśle farmaceutycznym, gdzie trucizny są dopuszczane jako leki, a fikcja jest publikowana jako prawda.

Mike Adams, Natural News 18.02.2010

Tłumaczenie Maciej Pokora

Źródła dla tego artykułu:
http://www.nbcconnecticut.com/news/local-beat/Fake-Study-Lands-Doctor-in-Hot-Water-81727667.html
http://blogs.wsj.com/health/2010/02/10/vioxx-lawsuits-whats-been-settled-whats-still-going/
http://www.medpagetoday.com/PublicHealthPolicy/Ethics/17985
http://www.theday.com/article/20100115/NWS01/100119833


Źródło: http://www.naturalnews.com/028194_Scott_Reuben_research_fraud.html
Znalezione na: http://www.bibula.com/?p=18698



Psychiatria jest kupiona przez przemysł farmaceutyczny

Na znak protestu dr Loren R. Mosher wystȩpuje w 1998 roku z APA, Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego. Jako kierownik waszyngtońskiego centrum badań naukowych nad Schizofrenią (NIMH) i twórca ośrodków pod nazwą SOTERIA udowodnił, że 85 90 % jego pacjentów, dotkniȩtych tą „chorobą“, powraca do życia w społeczeństwie, bez konieczności stosowania medykamentacji psychotropowej.

W nadziei na coraz szybsze szerzenie siȩ informacji w temacie, że Schizofrenia nie jest chorobą biologiczną i nie powinna być „leczona“ psychotropami (neuroleptykami), przypomnijmy choć w kilku zdaniach jedną z wielu ciekawych postaci, która – jako członek APA (American Psychiatric Association = Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego) – oficjalnie przeciwstawiała siȩ nie tylko zaprzedaniu siȩ psychiatrii przemysłowi farmakologicznemu, ale właśnie bezsensownemu aplikowaniu neuroleptyków osobom dotkniȩtym Schizofrenią. W roku 1971 Loren R. Mosher zainicjował w Kalifornii pierwszy w swym rodzaju projekt alternatywnego obchodzenia siȩ ze Schizofrenią pod nazwą „Soteria“ (z greckiego: schronienie, bezpieczeństwo), który do dziś na całym świecie znajduje coraz szerszą rzeszȩ sympatyków tej koncepcji, zakładającej, że nie psychotropy, a po prostu intensywniejszy wkład ludzkiej energii, opieki i zrozumienia przynosi osobom dotkniȩtym trwałą ulgȩ emocjonalną.

Dr Loren R. Mosher (1933-2004) – ekspert d/s Schizofrenii. Od 1968 1980 roku był kierownikiem amerykańskiego centrum badań naukowych nad Schizofrenią w Waszyngtonie, NIMH (Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego), ostro protestującym przeciwko używaniu psychotropów wobec ludzi z problemami natury psychicznej oraz całkowitemu uzależnieniu siȩ zrzeszeń psychiatrycznych od przemysłu farmakologicznego. W swoich licznych wystąpieniach opowiadał siȩ, że na przykład takie centra terapeutyczne, jak St. Elisabeth Hospital (USA) najchȩtniej widziałby „zrównane z ziemią“. Również jako redaktor naczelny Schizophrenia Bulletin Mosher przez dziesiątki lat odgrywał poważną rolȩ na arenie miȩdzynarodowej. Pomimo tego, a może właśnie dziȩki jego wielkiemu zaangażowaniu w badania nad Schizofrenią, stał on niezwykle krytycznie wobec wciąż stosowanych metod psychiatrii konwencjonalnej.

Dr Mosher medycynȩ ukończył na uniwersytetach Stanford i Havard. Angażował siȩ na rzecz niefarmakologicznej terapii Schizofreników twierdząc, że są to ludzie o udrȩczanych duszach, którym potrzebne jest wsparcie środowiska, gdzie bȩdą mogli odbudować pewność siebie. Leki uważał za niedopuszczalne z zasady, a użycie ich akceptował jedynie w sytuacjach, kiedy wystȩpują drastyczne epizody, w których istniałoby zagrożenie używania przemocy ze strony osoby dotkniȩtej lub widoczna wola popełnienia samobójstwa. Był twórcą małych, bezlekowych ośrodków terapeutycznych, które były bardziej podobne do domów rodzinnych, aniżeli do szpitali. W jednym z takich ośrodków, „Dom Soteria w San Jose“, personel opiekuńczy żył razem z małą grupą pacjentów, dzieląc siȩ z nimi wszystkimi pracami dnia codziennego. Jak mówił sam dr Mosher: „Pomysłem było, żeby poradzić sobie ze Schizofrenią nie za pomocą leków, a na bazie i przy pomocy ludzkiego związku z samymi Schizofrenikami, co bezsprzecznie daje im dużo wyższą jakość życia“. W efekcie tej pracy, której metod nie chciało i do dzisiaj nie chce zaakceptować – jak mówił Mosher – „zaprzedane farmaceutyce Amerykańskie Zrzeszenie Psychiatryczne“, ogłoszono w ostatnich zapisach z roku 2002, że 85 90 % klientów jego projektów powracało do życia w społeczeństwie bez użycia konwencjonalnych metod, stosowanych w szpitalach klinicznych.

Niestety tworzenie i prowadzenie projektów Soteria doprowadzało do ciągłych spiȩć w stosunkach Dr Moshera z oficjałami krȩgów psychiatrycznych, a po opublikowaniu wyników prac, z których jednoznacznie wynikało, że dają one wiȩksze efekty w stosunku do metod opartych na terapiach farmakologicznych w psychiatrii, obciȩto wszelkie dotacje finansowe oraz pozbawiono go w roku 1980 wszystkich pelnionych funkcji, m.in. kierownictwa we wspomnianym Narodowym Instytucie Zdrowia Psychicznego (NIMH). Dr Mosher pisał w tym czasie: „Wszystko to wydarzyło siȩ na skutek mojej nieustȩpliwej krytyki wobec przesadnego używania medykamentów i stanowiło pogwałcenie prawa do niefarmakologicznej interwencji psychologicznej w leczeniu zaburzeń psychicznych“.

Nastȩpnie dr Mosher zaczął wykładać psychiatriȩ na Uniformed Service University w Betheseda (nauki medyczne) i został kierownikiem Urzȩdu d/s Zdrowia w Montgomery. Był założycielem domu kryzysowego w Rockville, zwanego „Domem McAuliffe“, który oczywiście również bazował na pomyśle Soterii. Oprócz tego intensywnie dzielił siȩ osiągniȩtą wiedzą w czasopismach naukowych i w swoich książkach, a jego liczne publikacje miały duży wpływ na rozwój psychiatrii socjalnej. Ostatnim punktem w jego karierze był Uniwersytet Kalifornia w San Diego, gdzie był klinicznym profesorem psychiatrii na fakultecie medycznym.

Mosher nawoływał psychiatriȩ do konieczności zmiany spojrzenia na Schizofreniȩ i potrzeby przejścia na płaszczyznȩ fenomenu, a nie – jak dotychczas jest to praktykowane - choroby biologicznej. Osiągając wyjątkowe sukcesy w Soterii Mosher wciąż dopominał siȩ o radykalny zwrot w leczeniu Schizofrenii i wprowadzenie metod terapeutycznych, opartych na subtelnym towarzyszeniu i współuczestniczeniu w życiu Schizofrenika, w atmosferze wzajemnego zaufania i wsparcia. Koncepcją jego „otwartych domów“ były nastȩpujące pryncypia: „Być z nim“ (dotkniȩtym), „Wysłuchiwać“, „Wspierać zdolność samoleczenia“, „Przede wszystkiim - nie szkodzić“, czy też „Small is beautufull“ (skromność jest piȩkna). W późniejszym czasie, jako kierownik regionalnej służby psychiatrycznej w Montgomery Country i San Diego, tworzył podobne ośrodki dla ludzi z innymi diagnozami psychiatrycznymi. Jednocześnie nawiązywał kontakty na całym świecie z psychiatrami, domagającymi siȩ natychmiastowych reform tego kierunku medycyny, czego efektem była imponująca książka, napisana w roku 1989 przy współpracy Lorenzo Burti z Verony, Community Mental Health, zawierająca zbiór innowacyjnych doświadczeń psychiatrii socjalnej.

W roku 1998 w spektakularnym proteście przeciwko „nieświȩtej koalicji przemysłu farmakologicznego i Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego“ Mosher wystąpił z tej organizacji i już do końca życia zagorzale walczył przeciwko dewartościowaniu jego koncepcji leczenia Schizofrenii. Treść tego listu, złożonego wraz z jego wystąpieniem z APA na rȩce ówczesnego Prezydenta Stowarzyszenia, Rodrigo Munoz, publikujemy poniżej w tłumaczeniu na jȩzyk polski:

"Drogi Rod,
...po niemalże trzech dekadach i z mieszanymi uczuciami radości i zawodu składam (na twoje rȩce – A.S.) ten list, który zawiera również moje oświadczenie o rezygnacji. Głównym powodem tej akcji jest moje przekonanie, że w rzeczywistości wystȩpujȩ z Amerykańskiego Towarzystwa Farmakologii. Szczȩśliwym przypadkiem prawdziwa identyfikacja tej organizacji nie wymaga zmiany akronimu (obydwie organizacje posługują siȩ skrótem APA – American Psychiatric Association oraz APA - American Pharmacology Association – przyp. A.S.). Nieszczȩśliwym natomiast jest, że APA odzwierciedla w tym, co mówi i robi nasze uzależnione od narkotyków społeczeństwo i jeszcze to wzmacnia. Nawet wspiera wojnȩ narkotykową!

Klienci z wieloma diagnozami na przykład stanowią dla psychiatrii bardzo poważny problem. Przyczyną tego nie mogą być oczywiście te dobre leki, czytaj: na receptȩ, które przypisuje psychiatria. Te „złe“ medykamenty to oczywiście tylko te, które można nabyć bez recepty! Marksista zauważyłby w tym przypadku, że APA, jako organizacja kapitalistyczna, lubi tylko te narkotyki, z których może czerpać profit w sposób bezpośredni lub pośredni.

Nie chcȩ przynależeć do tej grupy. W tym momencie historii psychiatria, według mnie, została już prawie doszczȩtnie kupiona przez przemysł farmaceutyczny. APA nie mogła dalej funkcjonować bez wsparcia firm farmaceutycznych w formie mityngów, sympozjów, warsztatów, ogłoszeń prasowych, wspaniałych konferencji, właściwie bezgranicznego dostȩpu do dokształcania i tak dalej; i tym podobne. Psychiatrzy stali siȩ faworytami kampani prasowych przemysłu farmakologicznego. APA oczywiście broni poglądu, że - przy tak uwodzicielskich warunkach - niezależność i autonomia nie stoją do dyspozycji.

Każdy, kto posiada jeszcze resztkȩ zdrowego rozsądku, a bierze udział w naszych corocznych spotkaniach; bȩdzie mógł dostrzec, jak mocno przykłada siȩ swoimi róznorodnymi; ponȩtnymi ofertami przemysł farmaceutyczny i jak wielkie masy przyciągają sponsorowane przez nią sympozja w czasie, kiedy poważne posiedzenia naukowe odwiedzane są bardzo znikomo. Wpływ przemysłu farmaceutycznego odzwierciedla siȩ również w edukacji psychiatrów. Głównym tematem jednego z tutejszych Curriculum była np. owa pół-nauka sprytnego i efektywnego handlowania medykamentami, chodziło przede wszystkim o polecanie recept lekarskich.

Takie psycho-farmakologiczne ograniczanie naszej wiedzy medycznej, bo żadaja, abyśmy byli wykształconymi lekarzami, ogranicza też nasze horyzonty intelektualne. Nie staramy siȩ już o zrozumienie człowieka w jego całościowym kontekście socjalnym, ale jesteśmy po to, aby regulować neuroprzekażniki naszych pacjentów. Problemem jest jednak, że niezmiernie trudnym jest (rozpoznać – przyp. A.S.), jak miałaby wyglądać ich konfiguracja.
Przez takie tunelowe spojrzenie, oparte prynzypialnie na podstawach neurologicznych, definiujemy pacjenta, aby trzymać nas na dystans do konglomeratów molekularnych, których siȩ podjȩliśmy. Nie tylko nie zauważamy nadużycia i szerokiego stosowania chemikalii w nadmiernych ilościach, ale napȩdzamy to wrecz wszȩdzie tam, gdzie dokładnie wiemy, że bȩdzie to miało trwałe nastȩpstwa: dyskineza późna, demencja oraz poważne symptomy odwykowe (dyskineza = zespół objawów chorób nerwowych /neurologicznych/, związany ze stosowaniem leków psychotropowych; dymensja = otępienie, spowodowane uszkodzeniem mózgu, znaczne obniżenie się sprawności umysłowej – przyp. A.S.). Tak wiȩc, czy chcȩ być chemikiem przemysłu farmaceutycznego, który traktuje swoje molekuły jego książką formułek? Nie, wielkie dziȩki. Napawa mnie raczej smutkiem, że po 35 latach odłączam siȩ od takiej organizacji, która w żaden sposób nie potrafi reprezentować moich interesów. Nie leży w moich możliwościach wkupowanie siȩ w przyjȩty, zredukowany, biomedyczny model, który grupy kierownicze organizacji wpisały sobie na swoje sztandary psychiatryczne, aby żenić siȩ z somatyczną (cielesną – przyp. A.S.) medycyną. Tutaj rozchodzi siȩ o jakiś nurt mody, o politykȩ, o pieniądze – jak w przypadku wewnȩtrznej fuzji z przemysłem farmaceutycznym.
Na domiar złego APA wkroczyła jeszcze na drogȩ nieświȩtego związku z NAMI (National Alliance for the Mentally Ill = Narodowa Aliancja na rzecz Chorób Psychicznych). (Nie mogȩ sobie przypomnieć, żeby członkowie naszej organizacji byli zapytani o zgodȩ na popieranie koalicji z taką organizacją.) Prowadzi to wiȩc do tego, że publicznie rozpowszechniane przez obydwie te organizacje dogmaty, jeżeli chodzi o określanie przyczyn „wariactwa“, są do siebie w fatalny sposób podobne. W czasie, kiedy ona sama określa siȩ, jako obrońca interesów klientów, APA wspiera równocześnie nie-członków, np. rodziców w ich życzeniu przejȩcia kontroli nad ich złym lub zwariowanym potomstwem na drodze legalnie podtrzymywanego uzależniania. NAMI, za aprobatą APA, powołała do życia agendȩ (dokument programowy – przyp. A.S.), który popiera neuroleptyki i umożliwia ich używanie, pomimo przyspieszania uzależnienia do tego stopnia, że pogwałcone zostają prawa obywatelskie ich potomstwa. Zazwyczaj stoimy po prostu z boku i pozwalamy na to, aby takie faszystowskie agendy mogły siȩ rozprzestrzeniać. Ich psychiatryczny Bóg, dr E. Fuller Torrey, może wypowiadać diagnozy i proponować leczenie psychiatryczne wszystkim tym, z którymi siȩ nie dogadał w organizacji NAMI. Stanowi to jasne pogwałcenie etyki medycznej. Czy APA protestuje z tego powodu? Oczywiście nie, gdyż dr. Torrey wypowiada to, z czym APA zgadza siȩ, a czego jednak nie może wyrażnie określić, jako własnej sprawy. Jest on szpikulcem dzidy, ale nie jest już członkiem APA (sprytna działalność, APA!).

Krótkowzroczność tego małżeństwa z rozsądku, pomiȩdzy APA, NAMI oraz przedsiȩbiorstwami farmaceutycznymi, które z radością wspierają obydwie te grupy w związku z ich wspólnym stanowiskiem wobec leczenia pro-medykamentacja, jest obrzydliwością. Nie chcȩ być czȩścią psychiatrii ucisku i kontroli socjalnej.

Choroby umysłowe, które niby mają mieć podłoże biologiczne, pasują w takim samym stopniu zarówno rodzinom, jak i lekarzom praktycznym. Ale to nie jest ubezpieczeniem od odpowiedzialności osobistej. Jesteśmy po prostu bezsilnie uwiȩzieni w wirze patologii mózgu, za co odpowiedzialne jest nic innego, jak tylko DNA. Tak wiȩc niech wszyscy, którzy mają patologiȩ mózgu, staną siȩ zadaniem dla neurologów. (Syfilis bȩdzie tutaj świetnym przykładem.) Żeby osiągnąć zgodność co do „chorób umysłowych“, wszystkie rodzaje zaburzeń psychiatrycznych bȩdą neurologicznym terytorium tych kolegów. My zepchniemy to na nich, a oni bȩdą unikać przejȩcia odpowiedzialności i opiniowania problematycznych indywiduów, bez oglȩdzin. Bȩdzie to wymagało oparcia siȩ na pryncypium konsystencji, że przekażemy im nasze „biologicznie spowodowane choroby umysłowe“. Fakt, że nie ma niepodważalnej zgodności, która by potwierdzała taką klasyfikacjȩ „chorób psychicznych“, jest w tym miejscu małoznaczącym szczegółem. Moda, polityka i pieniądze – to o to w tym wszystkim chodzi. Rozmiary tej intelektualnej i naukowej nieprawości stały siȩ dla mnie zbyt bezczelne, żebym popierał je swoim członkostwem.

Nie jest dla mnie zaskakujące, że opuszczający uczelnie psychiatrzy są nastȩpnie słusznie potȩpiani przez inne szkoły amerykańskie. Powinno być to powodem do niepokoju, kiedy spogląda siȩ na dzisiejszy stan psychiatrii. Może to oznaczać, że psychiatriȩ uważają, bynajmniej po czȩści, jako coś ograniczonego i bez wyzwań. Dla mnie wydaje siȩ być jasne, że zbliżamy siȩ do sytuacji, w której, może wykluczając akademików, wiȩkszość psychiatrów nie ma żadnego rzeczywistego związku z osobami z zaburzeniami i tymi „zaburzającymi“, które leczą – a co ma przecież tak poważny wpływ na proces zdrowienia. Ich jedyną rolą bȩdzie już tylko wypisywanie recept i są nic nie mówiącymi postaciami w przebraniu ludzi pomagających.

I w końcu dlaczego APA musi udawać, że wie wiȩcej niż wie rzeczywiście? DSM IV Diagnostic and Statistic Manual for Mental Health (podrȩcznik z definicjami diagnoz dla lekarzy rodzinnych, psychiatrów, psychologów i psychoterapeutów – przyp. A.S.) jest wymysłem, na bazie którego psychiatria generalnie szuka uznania wśród innych ludzi medycyny. Wtajemniczeni wiedzą, że jest to dokument bardziej polityczny, niż naukowy. /.../ DSM IV stał siȩ biblią, bestselerem, na którym można robić pieniądze, pomimo jego ciȩżkich, merytorycznych słabości. Ta instrukcja obsługi ogranicza i definiuje praktykȩ, niektórzy traktują ją, jak poważne zalecenia do działania, inni są w jej przypadku bardziej realistyczni. Że w ten sposób można być dobrze opłacanym. W ten sposób można też łatwo osiągnąć usprawiedliwienie dla diagnostycznej niezawodności projektów badawczych.

Zasadniczym punktem jest jednak (pytanie): o czym opowiadają nam te kategorie? Reprezentują one faktycznie osobȩ z jakimś problemem? Nie robią tego i nie mogą tego czynić, gdyż - nie mając zewnȩtrznych kryteriów wartościowania - nie są w stanie dać diagnoz psychologicznych. Nie ma ani żadnych wyników testów krwi, ani specyficznych, anatomicznych zmian chorobowych, które pozwalałyby wykryć jakąś wiȩkszą chorobȩ umysłową. No, a gdzie my jesteśmy? Organizacja APA wkupiła siȩ w domyślny lub wyjaśniający teoretyczny manewr oszustwa. Czy psychiatria, w dzisiejszej jej formie, praktykowania jest manewrem oszustwa?

Co polecam organizacji, którą opuszczam po tym, jak przez trzy dekady przeżywałem jej historiȩ?

1.   Najważniejsze na początek: dopuście, abyśmy znowu byli sobą. Pozwólcie nam na skończenie tych nieświȩtych aliancji, bez pytania o pozwolenie ich członków.
2.   Pozwólcie nam na rozgraniczenie nauki, polityki i pieniȩdzy. Pozwólcie nam wszystko porządnie poetykietować, to znaczy: pozwólcie nam być samymi sobą.
3.   Pozwólcie nam na opuszczenie wspólnego łóżka, które dzielimy z NAMI i towarzystwami farmakologicznymi. APA powinna - jeżeli w ogole chce być wiarygodna – służyć docelowo właściwym grupom ludzi, czyli byłym pacjentom, tym którzy przeżyli psychiatriȩ etc.
4.   Pozwólcie nam na rozmowy z innymi członkami. Nie może po prostu być tak, żebym stał bezradnie sam ze swoimi poglądami.

Wydaje siȩ, że zapomnieliśmy o podstawowych pryncypiach: że koniecznością jest zaspokajanie potrzeb pacjentów, klientów i konsumentów. Nigdy nie zapomnȩ tej mądrej wypowiedzi Manfreda Bleuler, która brzmiała: „Loren, nigdy nie możesz zapomnieć, że jesteś osobą zatrudnioną u pacjentów“. W końcu to pacjenci bȩdą tymi, którzy zadecydują, czy psychiatria przeżyje na rynku usług, czy też nie.

Loren Mosher"

List opublikowany był m.in. w Niemczech, w piśmie Soziale Psychiatrie, nr 3 (2000), str. 28 – 29.

Znalezione na: http://anty-psychiatria.blogspot.co.uk/p/c-z-y-t-e-l-n-i.html


Jak firmy farmaceutyczne korumpują lekarzy - Uwaga TVN
http://www.dailymotion.com/video/xkmdt4_jak-firmy-farmaceutyczne-korumpuja-lekarzy_news
« Last Edit: (Thu) 03.12.2015, 21:41:03 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje