Author Topic: Drapieżca i Ofiara - Christopher McGowen  (Read 1517 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Drapieżca i Ofiara - Christopher McGowen
« on: (Wed) 22.04.2015, 01:35:05 »
Drapieżca i Ofiara - Christopher McGowen*



Relacja między drapieżnikiem i jego ofiarą jest jedną z podstawowych zależności w przyrodzie. Spektrum strategii życiowych zwierząt jest bardzo szerokie - obejmuje ono najbardziej spektakularne przypadki drapieżnictwa i mniej znane zwyczaje pokarmowe bezkręgowców i kręgowców. Książka jest przebogatym źródłem wiedzy o świecie przyrody. Autor opisuje strategie łowieckie wielu gatunków zwierząt - od lwów poprzez drapieżniki morskie, takie jak orki i rekiny, po ptaki drapieżne: sokoły, myszołowy i wiele innych.
Książka zawiera też mnóstwo interesujących wiadomości z dziedziny ekologii uzupełnionych informacjami z zakresu morfologii i fizjologii. Czytelnik, który sięgnie po tę wspaniałą książkę, znajdzie się w fascynującym świecie drapieżników i ich ofiar - świecie, w którym bezustannie trwa walka na śmierć i życie.
Christopher McGowan jest kustoszem Royal Ontario Museum w Toronto i profesorem uniwersytetu w Toronto.

Poniżej fragment ksiązki:

Prolog

Większość zwierząt albo zjada inne zwierzęta, albo jest ich pokarmem. Również rośliny często kończą życie, stając się pokarmem zwierząt. W konsekwencji prawdopodobieństwo, że jeden organizm pożre inny, by przeżyć, lub stanie się pokarmem umożliwiającym przetrwanie innemu, jest niesłychanie wysokie. Odpowiednio silne są też naciski ewolucyjne prowadzące do kształtowania się cech, dzięki którym obie strony odnoszą sukcesy - drapieżniki w chwytaniu zdobyczy, a ich potencjalne ofiary - w unikaniu ataków. Na tej samej zasadzie roślinożercy nabywają cech zapewniających im sukces w zdobywaniu pożywienia, a rośliny - sukces w unikaniu zniszczenia przez istoty korzystające z pokarmu roślinnego. Ewolucyjna walka o przetrwanie, w której przeciwnikami są drapieżniki i ich ofiary lub rośliny i roślinożercy, często porównywana jest do wyścigu zbrojeń, ale ta analogia daleka jest od doskonałości, ponieważ zbytnio upraszcza sytuację. Gdyby w toku ewolucji antylopy stale zwiększały prędkość biegu, by nie paść ofiarą lwów, a lwy stawały się coraz szybsze, by schwytać antylopy, które z kolei stawałyby się jeszcze szybsze, by uciec lwom - i tak w nieskończoność - wtedy zarówno jedne, jak i drugie byłyby najszybszymi zwierzętami na Ziemi. Taka absurdalna konkurencja, charakteryzująca militarny wyścig zbrojeń między ludzkimi supermocarstwami, obca jest reszcie żywego świata. Są dwa główne powody, dla których taka ewolucyjna eskalacja nie może się zdarzyć w naturze. Po pierwsze, zabijanie i unikanie zabicia nie są jedynymi potrzebami życiowymi organizmów, a żadna istota żywa nie może być idealnie przystosowana do realizacji wszystkich potrzeb. Tak jak nie można zaprojektować samolotu, który równocześnie przenosiłby najcięższe ładunki i latał z największą prędkością, tak i drapieżnik nie może być jednocześnie najszybszy, największy i najsilniejszy. Gepard na przykład jest najszybszym lądowym zwierzęciem, osiągającym prędkość do około 110 km/h. Ta imponująca prędkość zapewnia mu większe sukcesy łowieckie niż odnoszą wolniejsi drapieżnicy, jak lwy, których maksymalna prędkość nie wynosi nawet 65 km/h. Gepardy płacą jednak wysoką cenę za swą szybkość: mniejsze rozmiary i smuklejsza budowa powodują, że nie mogą one przeciwstawić się atakowi lwów, które często rabują im ciężko zapracowaną zdobycz. Lwy są przy tym w stanie polować na zwierzęta większe niż ofiary gepardów, co daje im większy wybór potencjalnej zdobyczy. Podobne kompromisy ewolucyjne dotyczą także gatunków ofiar, na które polują drapieżniki. Długie i smukłe nogi antylopy pozwalają jej osiągać większą prędkość maksymalną niż lwu, ale mniejsza masa jej mięśni kończyn i grzbietu ogranicza zdolność przyspieszania. Przyspieszenie antylopy wzrosłoby, gdyby była lżejsza. Zmniejszenie masy ciała mogłaby osiągnąć poprzez redukcję masy narządów jamy brzusznej, ale wówczas zmalałaby jej sprawność w uzyskiwaniu energii z pokarmu.
Sugerowano, że nacisk ewolucyjny na przemiany w gatunkach zwierząt, które są ofiarami, powinien działać skuteczniej niż w wypadku drapieżników, ponieważ jeżeli w konfrontacji z potencjalną ofiarą przegrywa drapieżnik, traci on jedynie posiłek, natomiast przegrana ofiary oznacza utratę życia. Argument „życie-posiłek" brzmi przekonująco, ale nie daje się utrzymać, gdy przyjrzeć mu się bliżej. Jeżeli drapieżnik straci zbyt wiele posiłków, będzie tak samo martwy jak jagnię w paszczy wilka. Podobnie, jeżeli potencjalna ofiara całą ener¬gię, jaką dysponuje, zużyje wyłącznie na unikanie ataku drapieżnika, to nie będzie w stanie uzupełnić ubytków tej energii poprzez odżywianie się i będzie skazana na śmierć. I drapieżniki, i ich ofiary ewolucyjnie kształtują strategie podwyższa¬jące szanse sukcesu we wzajemnej konkurencji, ale nie kosz¬tem innych potrzeb życiowych. To samo dotyczy relacji pomiędzy roślinami i zwierzętami, które je zjadają. Odpowiedź przy-stosowawcza danego gatunku na zmiany zachodzące w gatunku jego antagonisty nie zawsze musi być rozwiązaniem najko-rzystniejszym. Wyobraźmy sobie, że jakiś gatunek ofiary uzy¬skuje drogą ewolucji przystosowanie doskonalące jego dotych¬czasową strategię obronną, powiedzmy większe możliwości przyspieszania lub zwiększoną czujność wobec zagrażających niebezpieczeństw. Jeżeli w gatunku drapieżnika w koewolucyj- nej odpowiedzi nie pojawią się nowe, odpowiednie usprawnienia w technikach polowania, osobniki tego gatunku będą pozba¬wione części zdobyczy. Liczebność potencjalnych ofiar zacznie więc wzrastać, ale to będzie równocześnie oznaczało zwiększe¬nie szans drapieżników na schwytanie ich i - w przyszłości - sytuacja gatunku drapieżnika nie ulegnie zmianie.
W rozważaniach zależności między drapieżnikiem i ofiarą można wykorzystać pojęcie kalkulacji ryzyka. Gdy liniowy samolot pasażerski wznosi się z płyty lotniska, pilot często ma listę drobnych usterek, na które trzeba zwracać uwagę. Żadna z nich nie jest na tyle poważna, by zagrozić życiu pasażerów, ale niektóre obniżają bezpieczeństwo lotu o drobny ułamek. Czynnik ryzyka można by wyeliminować całkowicie, poddając samolot naprawie, gdy tylko pojawi się jakikolwiek problem, jednak byłoby to zbyt kosztowne, bowiem wyłączałoby samo¬lot z ruchu. Linia lotnicza wkalkulowuje więc pewne ryzyko, oczekując, aż zbierze się pewna liczba usterek, i wtedy dopie¬ro przekazuje samolot do gruntownego przeglądu i napraw. Gdy głodny lew zbliża się do stada antylop gnu, szansa, że któreś z tych zwierząt stanie się ofiarą, jest - w przeliczeniu na jednego osobnika - bardzo mała. Takie ryzyko nie uzasad¬niałoby ewolucji nowych, innych niż posiadane dotychczas za¬bezpieczeń przed drapieżnikami. Reakcja antylop potwierdza ten wniosek - niezależnie od pewnego ryzyka utraty życia, poszczególne zwierzęta nie przestają się paść, przynajmniej do chwili, kiedy następuje bezpośredni atak. Koszty ewolucji Przystosowań obronnych w obrębie gatunku wyważane są w stosunku do ryzyka, jakie ponosi pojedynczy osobnik, który mógłby stać się ofiarą.
Innym powodem, dla którego termin „wyścig zbrojeń" należy uznać za nadmierne uproszczenie relacji między żywymi organizmami Jest fakt, że drapieżniki zazwyczaj polują na przedstawicieli kilku różnych gatunków. Podobnie roślinożercy, od gąsienicy po słonia, zwykle korzystają z więcej niż jednego gatunku roślin. Zatem odpowiedź jednego antagonisty na dzia¬łania drugiego uzależniona jest od tego, o który gatunek cho¬dzi. Stado zebr na przykład może pozwolić gepardowi zbliżyć się na odległość dwudziestu metrów, zanim zdecyduje się ruszyć do ucieczki, podczas gdy w wypadku zbliżającego się lwa ta granica tolerancji wynosi już czterdzieści metrów. Dzieje się tak dlatego, że prawdopodobieństwo ataku na zebry ze strony lwa jest większe niż ze strony geparda, co wynika z różnicy rozmiarów i siły między tymi dwoma drapieżnikami.
Kiedy osobnik stanie się pokarmem drapieżnika, dla niego jest to niewątpliwie katastrofa, z punktu widzenia populacji może to jednak wyglądać inaczej. W rzeczywistości stała eli¬minacja części osobników przez drapieżniki może działać na korzyść całej populacji ofiar. Mogłoby się zdarzyć, że po usta¬niu działania czynnika redukującego liczebność, jakim są dra¬pieżniki, doszłoby do wzrostu zagęszczenia w populacji, wy¬eksploatowania zasobów pokarmowych i w efekcie głodu. Na przykład wilki na pewnej wyspie na Jeziorze Górnym, zmniej¬szając populację łosi, pozwalają im przeżyć, ponieważ zasoby pokarmowe tej wyspy są ograniczone. Wzajemne oddziaływa¬nia gatunków drapieżników i ich ofiar można więc uznać za - w pewnym sensie - obustronnie korzystne, gdyż antagonizm tych gatunków pozwala na zachowanie dynamicznej równo¬wagi między wielkością populacji i zasobami środowiska. Nie¬co inny rodzaj mutualizmu występuje pomiędzy roślinami i niektórymi zwierzętami, szczególnie owadami, choć mogą one wyrządzać duże szkody. Gąsienice na przykład mogą działać niszczycielsko na wiele gatunków roślin, za to dorosłe formy motyli, podobnie jak pszczoły i wiele innych łatających owadów, mają decydujące znaczenie dla istnienia pewnych roślin, ponieważ je zapylają.
Niektóre zależności między drapieżnikami i ich ofiarami charakteryzują się niezwykłą złożonością, szczególnie wtedy, gdy obejmują tylko dwa gatunki. Pewien gatunek pająka na przykład wabi do swojej sieci samce określonego gatunku ćmy, wydzielając substancję imitującą feromon, jakim samice tego
gatunku ciem wabią swoich partnerów. Wyjaśnienie, jak taki podstęp mógł ukształtować się ewolucyjnie, jest intrygujące intelektualnie. Można by napisać całą książkę rozważającą wszelkie możliwe ścieżki ewolucyjne prowadzące do takiej interakcji między drapieżnikiem i jego ofiarą, większość z tych rozważań byłaby jednak czysto spekulatywna. Moim głównym celem, któremu poświęciłem tę książkę, było pokazanie rozmaitości przystosowań żywych istot do najróżniejszych, przyjętych przez nie sposobów życia. Łatwo jest zadać pytanie o korelację między określoną cechą i funkcją, jaką ta cecha spełnia, ale trudno na nie udzielić pełnej odpowiedzi. Zbyt długo zajmowałem się zwierzętami i ich skomplikowanymi przy¬stosowaniami, by wierzyć w proste odpowiedzi.
Pozwólcie, że zilustruję mój punkt widzenia pewnym przy-kładem. Kiedy ostatnio odwiedziłem Metro Zoo w Toronto, jeden z jego pracowników, który towarzyszył mi w zwiedzaniu, zaprowadził mnie do wybiegu antylop gnu. Te roślinożerne zwierzęta wielkości krowy mają ostre, przypominające kierow¬nicę roweru rogi, co mój przewodnik skomentował, wyjaśnia¬jąc, jak bardzo rogi te mogą być niebezpieczne. Pielęgniarze dobrze o tym wiedzą i starają się unikać wchodzenia na ten wybieg. Tymczasem na wolności samica gnu często bezczyn¬nie przygląda się, jak lew tuż obok zabija jej cielę i nie próbuje nawet interweniować. To paradoksalne zachowanie można wy¬jaśniać, odwołując się do pierwotnej funkcji rogów, jaką jest ich wykorzystywanie w zrytualizowanych walkach między kon¬kurującymi o samice samcami, ale muszę przyznać, że mnie to wyjaśnienie nie w pełni satysfakcjonuje.
W badaniach filogenetycznych, dotyczących ewolucyjnych powiązań między organizmami, w ostatnim ćwierćwieczu dokonał się olbrzymi postęp, wynikający przede wszystkim z roz¬woju technik pozwalających badać pokrewieństwa między gatunkami. Jednym z najpotężniejszych narzędzi służących temu celowi jest analiza DNA. Sekwencjonowanie DNA - badanie układu trójkowych kodonów budujących geny - wykazało na Przykład, że naszym najbliższym krewnym wśród naczelnych jest szympans. Celem badań filogenetycznych jest ustalanie naturalnych grup organizmów, grup tworzonych przez gatun¬ki wywodzące się od tych samych, wspólnych przodków. Owady na przykład tworzą naturalną, monofiletyczną grupę, która - jak się uważa - wyewoluowała ze wspólnego przodka. O pochodzeniu od wspólnego przodka wnioskuje się na pod¬stawie wyspecjalizowanych (zwanych także zaawansowany¬mi) cech obecnych u wszystkich członków grupy. U owadów występuje wiele takich cech, głównie w ich wewnętrznej budo¬wie. Należą do nich między innymi pokładełko - narząd służący do składania jaj - oraz przetchlinki, czyli zaopatrzone w zastawki otworki, przez które owad oddycha. Kierunki ewolucji, w jakich może podążać dana grupa form żywych, są w pewnej mierze zdeterminowane filogenetycznie. Psowate na przykład, o czym będzie mowa w rozdziale pierwszym, nie mogą pochwycić swojej ofiary w łapy (w odróżnieniu od kotów, które mogą to zrobić) ze względu na ograniczoną ruchliwość nadgarstka, którą odziedziczyły po swoim przodku. O tych ograniczeniach, o filogenetycznym bagażu niesionym przez ewoluujące organizmy, warto pamiętać przy lekturze dalszych stron tej książki.
Jest w nas coś takiego, że drapieżniki wydają nam się atrak-cyjne, przyciągają naszą uwagę, być może dlatego, że przez ogromną część dziejów naszego gatunku czuliśmy się potencjal¬nymi ofiarami. Czujemy również niezdrową ciekawość tego, co odczuwa ofiara, jak przebiegają ostatnie, dramatyczne chwile jej życia. Ale nie zawsze konfrontacja polującego z obiektem polowania wydaje się obserwatorowi tak jaskrawo okrutna jak widok wilka pożerającego jagnię. Znacznie częściej jest to ście¬ranie się ofensywnych i defensywnych strategii przypominających wojny, jakie my, ludzie, prowadzimy między sobą.
Do napisania tej książki zachęciło mnie coś, o czym pisałem już wcześniej w książce Diatoms to Dinosaurs, a dotyczyło to owadów. Fragment, który mam na myśli, mówił o subtelnych strategiach obronnych niektórych motyli nocnych, popularnie zwanych ćmami. Stanowią one ulubiony cel polowań nietoperzy, które również są nocnymi stworzeniami. Nietoperze świetnie latają i zdolnościami manewrowania w powietrzu dorównują ćmom, a nawet je przewyższają. Co więcej, zwierzęta te ewolucyjnie wykształciły skomplikowany system echolokacji, pozwalający dostrzec i zlokalizować ofiarę. Ten system wykrywania, w połączeniu z umiejętnościami lotniczymi powoduje, że nietoperze są perfekcyjnymi łowcami ciem. Wiele ciem uzyskało w drodze ewolucji czuły słuch, dzięki któremu słyszą ultradźwiękowe sygnały zbliżającego się nietoperza. Niektóre ćmy reagują na te sygnały, nurkując w stronę ziemi, ale są i takie, które w odpowiedzi wysyłają własne ultradźwięki zakłócające działanie systemu echolokacyjnego nietoperza. Ten osobliwy przykład koewolucji strategii ataku i obrony podziałał na moją wyobraźnię i naprowadził na pomysł napisania tej książki.
Koewolucja ofensywnych i defensywnych systemów uzbro¬jenia jest fascynującym polem badań, przyciągającym uwagę wielu uczonych. Ma więc ten problem bogatą literaturę, jed¬nak jest ona rozproszona w wielu czasopismach naukowych, a opracowania popularne są nieliczne. Moją książkę napisa¬łem z myślą o przeciętnym czytelniku. Rozumiem przez to czy¬telnika, który interesuje się przyrodą, ale nie musi mieć przy¬gotowania naukowego. Niemniej mam nadzieję, że przeczyta¬ją ją także niektórzy moi koledzy czy studenci i znajdą w niej coś interesującego dla siebie. Ponieważ przedstawiana książ¬ka nie jest rozprawą naukową, obszernej literatury naukowej, na której jest oparta, nie cytuję w przyjęty w takich rozpra¬wach sposób. Zamiast tego na końcu książki zgromadzone są przypisy odsyłające do najważniejszych pozycji piśmiennic¬twa dotyczącego poszczególnych rozdziałów. Poruszana tematyka obejmuje szerokie spektrum organizmów, od drzew akacjowych i ziemniaków do os i orek. Próba uporządkowania tak ogromnej różnorodności zagadnień była poważnym wyzwaniem i każdy sposób podziału treści wiązał się z pewnymi uproszczeniami. Ostatecznie poświęciłem poszczególne rozdziały specyficznym grupom organizmów, takim jak na przy¬kład stałocieplne zwierzęta lądowe czy mikroskopijne zwierzęta żyjące w morzach. Każdy rozdział jest zasadniczo odręb¬ną całością, jednak łączy je pewna myśl przewodnia. Mam nadzieję, że po przeczytaniu całości czytelnik ujrzy jedność całego żywego świata. Celowo starałem się włączać do książki możliwie liczne przykłady rozmaitych gatunków, by ukazać c°s z bogactwa i różnorodności przyrody, jakie ciągle jeszcze utrzymują się na naszej przeludnionej planecie.
Aktorami wydarzeń opisywanych w rozdziale pierwszym są ssaki lądowe. Przykłady interakcji między drapieżnikami i ich ofiarami na afrykańskich równinach, którymi rozpoczynam książkę, należą do tych najlepiej - jak się zdaje - znanych czytelnikom. W rozdziale drugim światło kieruje się na gady, zwierzęta, których fizjologia zasadniczo różni się od ssaczej, co spowodowało, że ewolucyjnie przystosowały się do zupełnie innych technik łowieckich. Rozdział trzeci poświęcony jest kręgowcom morskim. Woda jest prawie tysiąc razy gęstsza od powietrza i ten czynnik decyduje o tempie, w jakim dokonują się akty drapieżnictwa. W wodzie, dzięki wyporności, morskie zwierzęta mogą osiągać rozmiary nieosiągalne na lądzie. Wy¬tchnieniem od ciągłej walki między tymi, którzy polują, i tymi, na których się poluje, jest rozdział czwarty, o kamuflażu - o tym, jak zwierzęta starają się być niezauważalne. Piąty roz¬dział powraca do walki, tym razem w powietrzu; tu spotkania między drapieżnikiem i jego ofiarą przebiegają często z karko¬łomną prędkością. Rozdział szósty poświęcony jest zwierzę¬tom, które u wielu z nas wzbudzają najgłębszą niechęć i odra¬zę - pająkom i skorpionom, ale także innym stawonogom. Spektrum strategii łowieckich tych zwierząt rozciąga się od niewymyślnych zapasów między skorpionami do zastawiania skomplikowanych sideł przez samotnie polujące pająki i sko¬ordynowanych ataków armii mrówek. Podróż w przeszłość do ery dinozaurów w rozdziale siódmym otwiera pole dla wy¬obraźni. Ale na ile prawdziwe są rozpowszechnione rekonstrukcje dinozaurów i pokrewnych im istot oraz warunków ich życia na Ziemi ponad 65 milionów lat temu? Chociaż świat w tamtych czasach znacznie różnił się od naszego, wielu aktorów na jego scenie odgrywało podobne role jak dzisiaj. W roz¬dziale ósmym zajmiemy się żywym drobiazgiem - planktonem - którego przedstawiciele bywają tak piękni i niezwykli, jakby pochodzili z naszych najfantastyczniejszych snów. Życie jest tu zdominowane przez siły działające między cząsteczkami wody, co powoduje, że drobne organizmy zdają się pływać w gęstym syropie. Niektóre planktoniczne drapieżniki wykorzystują tę okoliczność do lokalizowania zdobyczy na odległość. Rozdział dziewiąty, ostatni, dotyczy roślin i ich nieustannej walki ze zwierzętami. Chociaż wiele zwierząt, w tym liczne owady, sieje wśród nich spustoszenie, rośliny pozostają zależne od zwierząt ze względu na zapylanie. Książka kończy się w angielskim wiejskim ogrodzie, tradycyjnej oazie ciszy
i spokoju.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Nie było moim zamiarem usprawiedliwianie bezsensownej przemocy, której tyle widzimy i o której tyle słyszymy w naszym codziennym życiu. Nie¬mniej jednak treścią tej książki w jej istocie jest przemoc, co może wzbudzać niepokój. Ja sam czułem się nieswojo, studiując niektóre z opisywanych tu faktów. Widok zwierzęcia pożeranego żywcem działa niewątpliwie stresująco, ale jest to normalny fakt przyrodniczy. Powinniśmy się starać unikać patrzenia na akty zwierzęcej agresji w sposób, w jaki patrzymy na ludzką przemoc. O ile nam wiadomo, tylko ludzkie zwierzę ma świadomość i poczucie moralności. Nieracjonalne byłoby więc traktowanie jako przejawów okrucieństwa tego, co na stronach tej książki wygląda jak zabójstwa popełniane z zimną krwią. Nie powinniśmy wartościujących sądów odnosić do drapieżników, biorąc niejako stronę ofiary. Lew pozbawiający życia antylopę zachowuje się tak samo naturalnie jak antylopa zjadająca trawy na sawannie.
 
(...)

Ostatnie zdanie, wzięte z Tennysona, streszcza popularny pogląd na ustawiczną walkę gatunków o przetrwanie, siłę napędową ewolucji - procesu pojawiania się nowych form, choć Darwin widział ten proces nieco inaczej i znacznie subtelniej. W czasie swej pięcioletniej podróży dookoła świata na statku Beagle (1831-1836) nabrał on przekonania, że wszystkie gatunki zamieszkujące dzisiaj Ziemię powstały - wyewoluowały - z gatunków, które istniały wcześniej, a nie zostały stworzone w gotowej postaci ręką Boga, jak mówi Pismo Święte. Przez następne dwa dziesięciolecia zastanawiał się nad mechanizmami ewolucji. Istotną dla niego obserwacją były wyniki selekcji prowadzonej przez hodowców udomowionych zwierząt w ciągu stosunkowo krótkiego czasu, zaledwie kilku stuleci. Rozmaitość ras psów, owiec czy bydła, jakie hodują dziś ludzie - to wszystko wynik wybierania do rozrodu zwierząt o odpowiadających hodowcy cechach. Jeśli człowiek mógł wytworzyć taką rozmaitość form drogą selektywnego rozrodu w ciągu tysiąclecia, a może nawet krótszego czasu, przyroda z pewnością mogła zdziałać o wiele więcej przez miliony lat. Zadanie Darwina polegało na tym, by wydedukować, jak to się odbywało.
Zaobserwował on, że w każdym gatunku rodzi się więcej osobników, niż może się utrzymać przy życiu. Uznał też, że niektóre osobniki dziedziczą po rodzicach korzystne cechy, które powodują wzrost szans na przeżycie. Połączenie tych dwu Przesłanek ukazało mechanizm ewolucji. Zwierzęta wyposażone w dziedziczne cechy podnoszące szansę ich przeżycia przekazują te cechy swojemu potomstwu, którego szanse - tym samym — również stają się większe. Akumulacja takich korzystnych cech przez niezliczone tysiąclecia powodowała modyfikacje w obrębie gatunków, zapewniając im lepsze przystosowanie do środowiska. Mechanizm ten Darwin nazwał doborem (selekcją) lepiej przystosowanych - doborem naturalnym. Dobór naturalny łącznie ze zmianami środowiska prowadzi ostatecznie do wyłaniania się nowych gatunków. Zestaw oko¬liczności wymuszających zmiany nazywa się naciskiem se¬lekcyjnym. Na przykład zebry na afrykańskiej sawannie podlegają naciskowi selekcyjnemu między innymi ze strony drapieżników. Zebra, która padła ofiarą lwów, była osobnikiem, który nie potrafił trzymać się dostatecznie blisko reszty zwierząt w stadzie. W zachowaniach zebry można wyróżnić wiele rozmaitych czynników, od sprawności biegu do orientacji przestrzennej. Jeśli zachowania te mają komponentę genetyczną, niekorzystne cechy zebry zostaną przez dobór naturalny usunięte z puli genów, to znaczy ze wspólnego zbioru wszystkich genów reprodukującej się populacji.

(...)

Ssaki są wytrzymałe, co pozwala im ścigać zdobycz, czasami nawet na znaczną odległość. W przeciwieństwie do nich większość gadów jest tak mało wytrzymała, że nie mogą gonić swej zdobyczy, chyba że na minimalnym dystansie. Nie znaczy to jednak, że nie potrafią poruszać się błyskawicznie, kiedy chcą spróbujcie złapać jaszczurkę w słoneczny dzień. Pomiędzy gwałtownym ruchem, który nie może trwać długo (sprinty), a długotrwałym wysiłkiem mięśni (biegi długodystansowe) istnieje oczywista różnica. Wynika ona z fizjologii i polega na sposobach dostarczania energii do mięśni szkieletowych.
Wyobraź sobie, że jesteś na ruchomej bieżni, a na twarzy masz maskę połączoną z przyrządami mierzącymi zużycie tlenu. Idziesz sobie spokojnie, bez wysiłku, a aparatura rejestruje małe zużycie tlenu. Gdy prędkość bieżni wzrasta, musisz przyspieszyć, twój metabolizm przyspiesza, a wraz z nim wzrasta zużycie tlenu. Twoje komórki mięśniowe otrzymują tyle tlenu, ile potrzebują, by rozłożyć węglowodanowe paliwo, z którego korzystają - ich metabolizm nazywa się więc aerobowym (tlenowym). Biegniesz teraz z wygodną dla ciebie prędkością, stale dostarczając do komórek właściwe ilości tlenu - nadal działasz aerobowo. Twoje zużycie tlenu wzrasta wraz ze wzrostem prędkości biegu, ale wreszcie następuje moment, kiedy dalszemu przyspieszaniu nie towarzyszy już zwiększanie zużycia tlenu. Twoje serce i płuca osiągnęły już największą wydajność w dostarczaniu tlenu do mięśni poprzez układ krwionośny. Jednak ciągle jeszcze jesteś w stanie biec trochę szybciej. Przyspieszasz dalej i w końcu biegniesz z maksymalną prędkością, a zużycie tlenu już się nie zmienia. Powodem, dla którego twoje mięśnie mogą intensywniej pracować bez dostarczenia dodatkowej porcji tlenu, jest to, że mogą one rozkładać węglowodany również pod nieobecność tlenu. Nazywa się to metabolizmem anaerobowym (beztlenowym). Sprinterzy przebiegają nieomal cały stumetrowy dystans anaerobowo, podczas gdy długodystansowcy - głównie aerobowo. Metabolizm anaerobowy jest o wiele mniej wydajny niż aerobowy, ale umożliwia wyzwolenie znacznych ilości energii w krótkim czasie. Powstaje przy tym, jako produkt uboczny, kwas mlekowy. Gromadzi się on w mięśniach i w nieunikniony sposób prowadzi do ich zmęczenia i ogólnego wyczerpania. Dlatego właśnie sprint nie może trwać zbyt długo. Po sprinterskim biegu kwas mlekowy nagromadzony w mięśniach musi ulec rozłożeniu, a do tego potrzebny jest tlen, co wyjaśnia, dlaczego sapiemy i dyszymy. Szarża lwa czy sprinterski pościg geparda odbywają się głównie anaerobowo, natomiast długo¬dystansowy pościg likaonów albo wilków - aerobowo.
Ponieważ gady mają znacznie niższe tempo metabolizmu niż zwierzęta endotermiczne, możliwości ich działań aerobowych są bardzo ograniczone; nie mogą one pokonywać tak długich dystansów jak ssaki ani tak szybko poruszać się aerobowo.
Drapieżne gady muszą więc polegać głównie na wysiłku anaerobowym, by pochwycić zdobycz. Mogą być szybkie jak błyskawica, ale brakuje im wytrzymałości. Większość gadów czatuje więc na zdobycz, stosując strategię: siedź i czekaj, a jej istotą jest pozostawanie w ukryciu i cierpliwość. Ale niektóre z nich wykształciły w trakcie ewolucji najwymyślniejsze urządzenia służące do wykrywania i niszczenia celu. Chłodne i beznamiętne działania gadów okazują się o wiele bardziej bezwzględne niż gorące rzezie dokonywane przez ssaki. Ale rozpocznijmy od najmniej skomplikowanego w swych metodach zabójcy - krokodyla nilowego (Crocodylus niloticus).
Krokodyle występują na większości obszarów Afryki, od Egiptu do Afryki Południowej. Są one najbliższymi wśród gadów krewnymi dinozaurów i zachowały w wyglądzie coś z drapieżnika odległych epok. Opowieści o ich gigantycznych rozmiarach osiągających 9 m (30 stóp) są grubo przesadzone, niemniej długość 6 m, a nawet nieco więcej, odnotowywano na początku naszego wieku, zanim krokodyle zostały zdziesiątkowane przez myśliwych. Największe krokodyle z Afryki dzisiaj mają około 4,5 m, ale gad o takich rozmiarach może ważyć do 450 kg i jest groźnym drapieżcą.
Krokodyle połowę czasu spędzają w wodzie, rzadko oddalając się od jej brzegów. Większość dnia wygrzewają się na słońcu lub chłodzą w cieniu, a gdy w środku dnia temperatura osiąga maksimum - zanurzają się dla ochłody w wodzie. Wybierając między słońcem i cieniem na lądzie i wodą, mogą utrzymać temperaturę ciała na poziomie ok. 25°C. Jest to o około dziesięciu stopni mniej, niż wynosi dzienna temperatura ciała większości gadów, co wynika prawdopodobnie z wodnego trybu życia. Po zachodzie słońca, gdy powietrze staje się chłodniejsze od wody, krokodyle zanurzają się w jeziorze czy rzece i pozostają tam do wschodu słońca.

(...)

Zwierzęta biegające szybciej wyróżniają się przede wszystkim dłuższymi dolnymi segmentami kończyn. Kości ich kończyn są smuklejsze, a całe kończyny dłuższe w stosunku do reszty ciała. Jeśli porównacie szkielety słonia i hipopotama, zauważycie, że hipopotamy mają wyraźnie krótsze nogi od słoni w stosunku do swojej wielkości. Które z nich biega szybciej. Słonie, nie zaliczane przecież do wiatronogich, osiągają największą prędkość około 35 km/h, natomiast szczyt możliwości hipopotama to około 25 km/h.
I koty, i psowate są dobrymi biegaczami, jednak - jak widzieliśmy — koty przystosowane są do krótkich sprintów, w czasie których premiowane jest przyspieszenie. Psowate natomiast przystosowane są do długodystansowych pościgów - w tej sytuacji efektywność biegu zależy od wytrzymałości. Tak jak wśród lekkoatletów sprinterzy przypominają budową ciężarowców, a maratończycy są wysmukli, lwy wyposażone są w masywne, silnie umięśnione kończyny, które u psowatych są z kolei smukłe. Mocno umięśnione kończyny sprzyjają przyspieszaniu, ale łączna masa mięśni i grubych kości, do których te mięśnie są przyczepione, istotnie zwiększają bezwładność kończyny. Bezwładność to tendencja do przeciwstawiania się zmianom położenia obiektu pozostającego w spoczynku lub w ruchu. Lekki kij baseballowy na przykład ma mniejszą bezwładność niż ciężki, wobec czego można wykonać nim ruch szybciej. A jeśli tymi dwoma kijami, lżejszym i cięższym, trzeba wykonać ruch z tą samą prędkością, to lżejszy wymaga mniej energii. Kończyny o większej bezwładności są więc bardziej energochłonne, co jest jednym z powodów, że lwy nie mogą zbyt długo ścigać zdobyczy z maksymalną prędkością.
Powróćmy do wspomnianego paradoksu, że dobrze uzbrojone kopytne wolą raczej uciekać, niż walczyć z napastnikiem. Przede wszystkim musimy pamiętać, że większość kopytnych wyspecjalizowana jest w wytrzymałościowym szybkim biegu, podczas gdy specjalnością drapieżców jest zabijanie. Logiczną strategią obronną kopytnych jest więc ucieczka, choć są też wyjątki, jak na przykład bawół czy hipopotam, które mogą być niebezpiecznymi przeciwnikami. O efektywności strategii polegającej na ucieczce świadczy fakt, że ścigane zwierzę częściej uchodzi z życiem, niż pada ofiarą - sukcesy drapieżców na ogół są mniejsze niż 50%3. Ponieważ koty polegają na swej zdolności gwałtownego przyspieszania, stają się one groźne, dopiero gdy znajdą się dostatecznie blisko. Jeśli więc zwierzę kopytne jest czujne i zachowuje odpowiedni dystans do skracających się kotów, nic mu nie grozi. Zagrożenie ze strony psowatych i hien (Hyaenidae) wygląda nieco inaczej, ponieważ są to drapieżniki wytrzymałe i mogą, ścigając, zamęczyć każde ¿wierzę, jak gobliny z Władcy Pierścieni. Jeśli więc upatrzą °ne konkretną ofiarę, jej los jest przesądzony, nie ma ona szans na kontratak. Pewnie dlatego większość zwierząt z bierną rezygnacją przyjmuje śmierć zadawaną im przez likaony czy hie ny. Z drugiej strony, atak kotów jest tak szybki, że ofiara ni ma właściwie czasu na obronę, nawet gdyby chciała. Od opisanej tu zasady są oczywiście wyjątki i niektórym zwierzętom udaje się skutecznie odeprzeć atak drapieżnika, ale nie zdarza się to zbyt często.
George Schaller, w swej pięknej książce The Serengeti Lion podaje znakomity przykład, jak bawół poddaje się napastnilkom. Bawół afrykański (Syncerus caffer) jest dużym i uzbrojonym w groźne rogi zwierzęciem, które może być niebezpiecznej dla lwów. Dlatego też lwy unikają ataków nań w pojedynkę] natomiast polując grupowo, chętnie wybierają ten gatunek Schaller opisuje następującą sytuację. Bawół-byk, poważni« ranny w czasie poprzedniego ataku lwów, stoi zanurzony pc brzuch w błotnistej kałuży. Otacza go duża, licząca czternaście osobników grupa lwów, które najwyraźniej nie mają ochoty wchodzić do wody. Mija półtorej godziny, gdy nadciąga pięć dalszych (nie należących do polującej grupy) wędrownych lwów samców, które odpędzają polującą grupę i same otaczają bawoła, nie wchodząc do wody. Po dalszych piętnastu minutach bawół dobrowolnie wychodzi z wody i powoli zbliża się do lwów. Schaller nazywa to „gestem samobójczym" i myślę, że zapewne ma rację.

Jakimi jeszcze strategiami obronnymi dysponują różne ofiary poza ucieczką? Jednym z najważniejszych ich przystosowań jest czujność. Gdy w pobliżu pojawiają się drapieżniki należy o tym wiedzieć, by podjąć właściwe kroki. Ważnym zmysłem jest oczywiście wzrok i u wielu gatunków ofiar oczy osadzone są z boków głowy. Pole widzenia oka kręgowca wyj nosi ok. 180°, wobec czego bocznie osadzone oczy dają możliwość dostrzeżenia wszystkiego, co dzieje się wokół zwierzę¬cia. Ta zdolność wzmocniona jest mocno wypukłym kształtem przedniej części gałki ocznej wystającej ponad powierzchnię głowy. Dlatego podejście do konia od tyłu w sposób nie zauważony jest prawie niemożliwe. Duże kopytne, jak zebra, eland czy bawół, mają rozległy, niczym nie przesłonięty widok ponad trawami, mniejsze natomiast, jak niektóre antylopy, często są pozbawione tej możliwości. Gazele Granta (Gazella granti) które są zarówno wyższe, jak i ostrożniejsze niż tomi, zauważa drapieżnika z większej odległości. W konsekwencji, gdy oba te gatunki pasą się wspólnie w przemieszanym stadzie, gazele Granta stanowią system wczesnego ostrzegania dla swych niniejszych krewnych. Słuch jest prawdopodobnie również istotny a długie i ruchliwe uszy kopytnych umożliwiają im kierunkowy odbiór dźwięków, który pozwala na lokalizację ich źródła.
Mniejsze znaczenie ma węch, jak można sądzić na podstawie znikomego znaczenia, jakie polujące lwy przywiązują do kierunku wiatru. Jednak gepardy prawie zawsze polują pod wiatr, więc węch ofiar nie jest chyba bez znaczenia. Ważną rolę może odgrywać również maskujące ubarwienie ciała, szczególnie u tych gatunków, które żyją w lasach i nie tworzą stad. Gdy drapieżnik zostanie dostrzeżony, po wzajemnej identyfikacji antagonistów dobierana jest właściwa reakcja. Tak jak drapieżnik ocenia wielkość potencjalnej ofiary, by zadecydować, czy i jak atakować, obiekt tej oceny podejmuje ze swej strony decyzję, jak reagować. Pierwsza i natychmiastowa reakcja polega na stałym utrzymywaniu bezpiecznej odległości od drapieżnika. Stado zebr, zanim ruszy do ucieczki, może dopuścić geparda na odległość nawet 20 m, ponieważ gepardy atakują zebrę jedynie wyjątkowo, ale podwaja ten dystans, gdy chodzi o lwa. Jeśli w stadzie są cielęta, może ono podjąć ucieczkę, zanim drapieżnik zbliży się na odległość 100 m.
Obecność młodych wpływa też na zachowanie rodziców. Samica tomi z młodym odważnie atakuje małe drapieżniki - na przykład szakale - bodąc je rogami. Ale gdy atakuje hiena, gazela ta może jedynie próbować odwrócić uwagę od cielęcia.
Gatunki ofiar muszą nieustannie zachowywać czujność, by nie znaleźć się w sytuacji zagrożenia. Zarośla czy inne miejsca, które mogłyby posłużyć drapieżnikom za ukrycie, traktowane są z ostrożnością. Wodopoje są ulubionym miejscem zasadzek, dlatego należy unikać ich nocą. Jeśli zwierzę jest już ścigane przez drapieżnika, może zastosować nieregularny, zygzakowaty sposób biegu. Niektóre antylopy w czasie biegu wyskakują wysoko w powietrze. Celują w tym impale (Aepyceros
melampus), których skoki osiągają 3 m wysokości. Te zwinne zwierzęta potrafią robić uniki i zmieniać kierunek ucieczki z szybkością błyskawicy, czasem nawet obracając się w miejscu i skacząc nad głową prześladowcy. Wiele antylop stosuj strategię obronną polegającą na chaotycznych skokach w po wietrze na sztywnych nogach, które rozpoczynają się, gdy ty] ko pojawi się zagrożenie. Ten rodzaj zachowania stosowany jest raczej przeciw drapieżnikom ścigającym, jak likaony i hieny, a nie atakującym z ukrycia lwom czy gepardom4. Widok stada antylop skaczących bezładnie we wszystkich kierunkach z pewnością działa deprymująco na obserwującego to drapieżnika; likaony najwyraźniej wolą nie podejmować pościgu z; tak zachowującymi się zwierzętami.
Wiele kopytnych żyje w dużych stadach, a jedną z oczywistych korzyści takiego życia jest wzrost bezpieczeństwa. Pojedyncze zwierzę nie może spędzać całego dnia na rozglądaniu się za drapieżnikami, zagłodziłoby się bowiem na śmierć W stadzie natomiast jest znaczne prawdopodobieństwo, że w każdym momencie któreś ze zwierząt jest czujne i zauważywszy niebezpieczeństwo, natychmiast da o tym znać innym członkom stada, na ogół dźwiękiem. Stado może również stanowić ochronę dla cieląt i innych słabszych zwierząt, jak mi to miejsce w stłoczonych w ucieczce stadach antylop gnu. Pewną wartość może mieć również efekt konfuzji wywoływanej u drapieżnika na skutek równoczesnego ruchu dużej grupy zwierząt. Ten efekt możecie sami sprawdzić, przyłączając się do grupy dzieci bawiących się w berka. Jeśli zechcesz złapać jednego konkretnego uczestnika zabawy, który znajduje się w środku biegającej grupy, przekonasz się, że szybko zmieni zamiar, gdy inny cel gonitwy znajdzie się bliżej. Ale gdy któreś z bawiących się dzieci odłączy się od grupy, to właśnie on( stanie się najdogodniejszym celem. Może to wyjaśniać, dlaczego kopytne, które zachowują się inaczej niż reszta stada są najchętniej atakowane. Nawet odmienny wygląd osobnika może przyciągać uwagę drapieżcy, co wykazano w pewnym eksperymencie, który polegał na tym, że niektórym osobni¬kom w stadzie antylop gnu pomalowano rogi na biało; zwie¬rzęta oznakowane szybko zniknęły ze stada. Drapieżniki są prawdopodobnie tak zaprogramowane, by koncentrować uwa¬gę na pojedynczym celu, niezależnie od tego, jakie dodatkowe okazje pojawią się w czasie pościgu. Chociaż zachowania stad¬ne przynoszą oczywiste korzyści, mają też pewne wady, szczególnie gdy stada są duże: są one widoczne z bardzo daleka i przyciągają wszelkich drapieżców liczących na posiłek. Pojedyncze kopytne są mniej widoczne, a niektóre z nich, jak na przykład ridbok (Redunca arundinum), stosują strategię obronną polegającą na chowaniu się w wysokich trawach. Tak więc można u kopytnych wyróżnić dwie szerokie kategorie strategii obronnych: albo żyją społecznie, są dobrze widoczne i wykorzystują zbiorową czujność stada, co pozwala w porę ostrzec je o niebezpieczeństwie, albo są samotnikami stosującymi kamuflaż i ukrywającymi się, by zachować życie.
Wraz z upływem czasu - przez miliony lat - drapieżniki drogą ewolucji kształtowały coraz efektywniejsze metody chwytania i zabijania zdobyczy. Ich potencjalne ofiary także się zmieniały, wypracowując coraz efektywniejsze sposoby unikania losu zdobyczy. Nasuwa to myśl, że obie strony połączone są z sobą w „wyścigu zbrojeń", w którym doskonalenie środków ataku wywołuje usprawnienia środków obrony. Pomysł wydaje się sensowny, ale czy są dowody na to, że naprawdę tak się dzieje?

(...)

Zasadniczą funkcją sonarowych systemów waleni jest echolokacja. Aby znaleźć jakiś obiekt drogą echolokacji, drapieżnik wysyła dźwięki, które odbijają się od ewentualnej ofiary j powracają do niego jako echo. Jeśli jest cicho i klaśniecie w dłonie w pobliżu dużej przegrody, takiej jak na przykład ściana, usłyszycie echo. Gdy powtórzycie ten eksperyment w pobliżu mniejszego obiektu, na przykład latarni ulicznej, prawdopodobnie nie zdołacie dosłyszeć echa. Jest to związane z długością fal, a więc częstotliwością dźwięku. Dźwięki o wysokiej częstotliwości, jak na przykład wysokie tony skrzypiec, mają krótkie fale, dźwięki o niskiej częstotliwości - jak niskie tony kontrabasu - mają większą długość fal. Aby powstało echo, przeszkoda musi być wystarczająco duża, by odbić dźwięk, który do niej dociera, to znaczy jej rozmiary muszą co najmniej dorównywać długości fali dźwiękowej. Częstotliwość dźwięku klaśnięcia jest stosunkowo niska, a więc długość fali stosunkowo duża. Ściana jednak jest o wiele szersza niż dłu¬gość tej fali, odbija więc dźwięk i słyszymy echo. Latarnia uliczna z kolei jest węższa od długości fali, nie odbija więc dźwięku i nie powstaje echo. Rozpoznawanie małych obiektów drogą echolokacji wymaga zatem dźwięków o wysokiej częstotliwości. Ujemną stroną korzystania z takich dźwięków jest ich niewielki zasięg - są one łatwo absorbowane przez ośrodek, w którym się rozchodzą, czy to powietrze, czy wodę. Dźwięki o niższej częstotliwości wysyłane na przykład przez trąbiącego słonia czy ryczącego lwa słyszalne są z odległości kilku kilometrów, podczas gdy wyższe okrzyki małp albo ptaków szybko zanikają.
U człowieka, podobnie jak u innych ssaków, dźwięki powstają w krtani. Niektórzy badacze utrzymują, że u zębowców dzieje się tak samo, ale wydaje się to mało prawdopodobne.


 
Choć do pełnego zrozumienia mechanizmu powstawania dźwięków u zębowców jest jeszcze daleko, ostatnie wyniki, będące uwieńczeniem dziesięcioletnich badań wykazały, że dźwięki najpraw-dopodobniej powstają w okolicy czołowej tych zwierząt. Jak już wspomnieliśmy wcześniej, zębowce w górnej części głowy mają złożony system przewodów nosowych i oleistych struktur. Przewody nosowe są parzyste, a przy końcu każdego z nich znajduje się złożony twór zwany, ze względu na kształt, małpimi wargami3 (u kaszalotów jest tylko jeden, ulokowany w prawym przewodzie). Sądzi się, że powietrze tłoczone do przewodu nosowego powoduje drgania małpich warg i powstawanie dźwięku o stosunkowo wysokiej częstotliwości. Takie dźwiękowe impulsy przewodzone są przez oleistą strukturę do otaczającej zwierzę wody. Wszystko to odbywa się przy zamkniętym otworze oddechowym, więc powietrze przechodzące przez małpie wargi po wprawieniu je w drgania cofa się.
Choć klaśnięcie o niskiej częstotliwości dźwięku odbija się od konkretnej ściany, echo wydaje się wracać zewsząd i trudno jest ustalić, gdzie znajduje się przeszkoda. Jest tak, ponieważ dźwięk rozchodzi się we wszystkie strony. Aby można było ustalić kierunek, potrzebna jest zogniskowana wiązka fal dźwiękowych, im węższa, tym dokładniej można określić jej kierunek. Wiązkę można zogniskować za pomocą reflektora, jak to robimy, otaczając usta rękami, gdy chcemy zawołać w czyimś kierunku. Reflektor powinien mieć rozmiary co najmniej dorównujące długości fali dźwięku, który ma być zogniskowany, zatem niskie dźwięki wymagają większego reflektora niż wysokie. Zwierzę, które posługuje się echolokacją, musi więc wytwarzać wąską wiązkę dźwięków, używając takich częstotliwości, które zapewnią optymalne długości fali w stosunku do rozmiarów lokalizowanego celu. Nawiasem mówiąc, ponieważ dźwięki rozchodzą się szybciej w wodzie niż w powietrzu, danej częstotliwości dźwięku odpowiada w wodzie krótsza fala niż w powietrzu.
Aby podwodny sonar miał odpowiednio daleki zasięg, czę-stotliwości dźwięków powinny być niższe niż 10 kHz (10 000 cykli na sekundę). Sonarowe impulsy kaszalota są tego właśnie rzędu, najczęściej 1-5 kHz. Długości fal odpowiadające tym częstotliwościom zawierają się między 0,35 a 1,4 m i umożliwiają kaszalotom lokalizowanie stosunkowo małych obiektów. Z drugiej strony jednak, niższy kraniec tej skali częstotliwości wymaga dużego reflektora. W ogniskowaniu wiązki, jak się okazuje, uczestniczy kompleks spermacetowy i stąd jego duże rozmiary. Ten kompleks bierze również udział w wytwarzaniu dźwięków, nie dziwi więc fakt, że w jego skład wchodzi gruba warstwa mięśni, która rozciąga się od sklepienia czaszki do przedniej części narządu spermacetowego. Oceniono, że skurcze tych mięśni, cofając ten narząd, mogą wytworzyć nacisk o wielkości 10 t. Ciśnienie, jakie powstaje wówczas w przestrzeniach wypełnionych powietrzem, umożliwia wytworzenie wiązki dźwiękowej o wysokim natężeniu. Czy są jednak dowody na to, że kaszaloty rzeczywiście emitują tak głośne dźwięki?
Przed paroma laty młody kaszalot zabłąkał się do nowojorskiego basenu jachtowego. Było to dla niego zdarzenie niepomyślne, ale stworzyło szansę przeprowadzenia badań na żywym osobniku. Serie dźwięków wydawanych przez tego wieloryba były tak donośne, że słychać je było w całej okolicy. Badacze próbowali określić miejsce, z którego wydobywa się dźwięk, przykładając ręce do głowy zwierzęcia. Stwierdzili, że najintensywniej wydobywa się on z kolistego obszaru nad czołem; intensywność dźwięków była tak wielka, że odrzucała rękę przyłożoną w tym miejscu do głowy.
Natężenie dźwięku mierzy się w decybelach (dB). Normalna mowa ludzka ma natężenie 50 dB, koncert rockowy - około 120 dB, a silnik odrzutowca osiąga około 160 dB, co przekracza już tak zwany próg bólu u odbiorcy dźwięku. Dźwięki waleni - zębowców, zmierzone u schwytanych osobników, osiągały 140-180 dB, a więc były bardzo głośne; podobnie wysokie wartości odnotowano u zwierząt na wolności. W eksperymentach, w których uczono delfiny lokalizować małe obiekty w warunkach panującego w tle hałasu, okazało się, że mogą one wy¬dawać dźwięki o intensywności 228 dB. Z obliczeń wynika, źe kaszaloty mogłyby wydawać jeszcze głośniejsze dźwięki, osiągające nawet 265 dB. Szczególnie interesujące jest to, że dźwięki o takim natężeniu mogą być śmiercionośne. Efektywną, choć niesportową metodą połowu ryb jest detonowanie w wodzie materiałów wybuchowych. Jeżeli użyje się w tym celu trotylu, ryby uśmiercane są wybuchem o natężeniu dźwięku około 260 dB. Jest to poziom porównywalny z najgłośniejszymi dźwiękami, jakie mogą wytwarzać delfiny, a niższy od oszacowań intensywności dźwięków kaszalota. Czy zatem kaszaloty, a także inne zębowce, mogą używać sonaru do ogłuszania ofiar? Czy to właśnie jest powodem, dla którego głowa kaszalota jest tak wielka? Jeżeli kaszaloty rzeczywiście dźwiękami unieruchamiają swoją zdobycz, to zrozumiałe staje się zróżnicowanie rozmiarów zjadanych przez nie zwierząt. Choć stwierdzenie, że drapieżne zwierzęta ogłuszają swe ofiary za pomocą dźwięku, wydaje się dosyć dziwaczne, chciałbym zwrócić uwagę, że walenie nie stwarzają w tym względzie prece¬densu. Istnieje pewien skorupiak, zwany alfeuszem albo kre- wetką-pistoletem (Alphaeus californiensis), który za pomocą swych powiększonych szczypiec wytwarza ostre, trzaskające dźwięki w wodzie. Dźwięki te są tak intensywne, że mogą ogłuszyć drobne rybki, co można zademonstrować, umieszczając tę krewetkę w akwarium z rybkami. Zbliża się ona do ryby z szeroko rozwartymi szczypcami i gdy znajdzie się wystar¬czająco blisko, zatrzaskuje je. Działa to obezwładniająco na rybę, którą krewetka może zacząć pożerać.
Eksperymenty dotyczące obezwładniania dźwiękiem ofiar przeprowadzone na schwytanych delfinach nie przyniosły - jak dotąd - ostatecznych rozstrzygnięć. W jednym z takich doświadczeń umieszczono delfina w zbiorniku, w którym znajdowało się stado ryb. Sonarowe dźwięki delfina nie działały ogłuszająco na ryby, ale po dwu godzinach eksperymentu niektóre z nich uległy dezorientacji i nie potrafiły utrzymać łączności ze stadem. Utraciwszy ochronę, jaką daje stado, łatwo stawały się łupem delfina. Istnieją także doniesienia, że gdy delfin przepływa przez ławicę ryb, popadają one w czasowe odrętwienie. Stwierdzono kiedyś, że ryby były do tego stopnia obezwładnione, że można je było schwytać ręką. Zauważono również, jak pewnego razu łosoś ścigany przez orkę nagle znieruchomiał, a chwilę później został przez napastnika połknięty. Ta ostatnia obserwacja pozwala zrozumieć, jak to jest możliwe, że dziewięciotonowej orce udaje się schwytać wielokrotnie mniejszego i zwinnego łososia.
 Wyobraźmy sobie kaszalota wykonującego jedno z jego głębi-nowych nurkowań. Może się to odbywać w niebieskich wodach oceanu tropików albo w zimnych, zielonych wodach Atlantyku. Olbrzymia, kwadratowa głowa zanurza się w fale, a po chwili na powierzchni widać już tylko wielki trójkątny ogon sterczący prostopadle z wody. Przez pierwsze 30 metrów woda jest niebieska, stopniowo przybierając coraz bardziej kobalto¬wy kolor. Równocześnie ze zmianą koloru na coraz ciemniejszy spada też temperatura wody. Granat ustępuje miejsca granatowej czerni, gdy wieloryb osiąga krainę wiecznej nocy. Jego oczy stają się tu bezużyteczne, a otoczenie rozpoznaje za pomocą sonaru. Z ciemności docierają błyski światła, tak różnorodne i fantastyczne jak wysyłające je niewidoczne stworzenia. Jaki jest powód tej wędrówki kaszalota do zimnej krainy nieustającej nocy? Prawdopodobnie polowanie na olbrzymie kałamarnice, ale do końca nie możemy być tego pewni. Jak wiele innych spraw związanych z życiem w oceanach, zachowania kaszalotów pozostają dla nas tajemnicą.
« Last Edit: (Wed) 22.04.2015, 12:38:48 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje