Author Topic: Eksperyment Rosenhana - jak łatwo zostać schizofrenikiem  (Read 1533 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Eksperyment Rosenhana - jak łatwo zostać schizofrenikiem
« on: (Sat) 15.02.2014, 20:48:58 »
Eksperyment Rosenhana - jak łatwo zostać schizofrenikiem




"Zdrowy w chorym otoczeniu'' - tak brzmiał tytuł pracy prof. Rosenhana, opublikowanej w magazynie naukowym "Science''*. Mowa w niej o ośmiu uczestnikach niebywałego dotąd eksperymentu, który po opublikowaniu nieźle wstrząsnął psychiatrią.

Prof. David Rosenhan był amerykańskim profesorem psychologii na Uniwersytecie Stanford i już w 1968 roku jako 40-latek zadał sobie pytanie, czy rzeczywiście istnieje różnica pomiędzy byciem ,,normalnym'' i kimś potocznie nazywanym ,,wariatem''. Aby poszukać odpowiedzi na to pytanie zorganizował on 4-letnie badania, które przeszły do historii psychologii, jako „Eksperyment Rosenhana”. W tej iście szerlokoholmskiej pracy towarzyszyło mu 7 osób (czterech mężczyzn i trzy kobiety): trzech psychologów, jeden lekarz pediatra, student psychologii, malarz i gospodyni domowa. Francuski filozof Michel Foucault po zakończeniu badań życzył Rosenhanowi ,,Nagrody Nobla za humor naukowy''...

Plan Rosenhana wydawał się w miarę prosty i miał odpowiedzieć na pytanie, jak długo psychiatria będzie potrzebowała aby orzec, że w przypadku tej ósemki ma do czynienia z ,,normalnymi'' ludźmi, którzy faktycznie nigdy wcześniej nie mieli żadnych form tzw. zaburzeń psychicznych. ,,To pytanie nie jest ani niepotrzebne, ani zwariowane'' napisze on później we wspomnianej publikacji. ,,Nawet jeżeli jesteśmy osobiście przekonani, że potrafimy rozgraniczyć, co jest normalne, a co nienormalne, to nie ma na to przekonywujących dowodów.''

Co prawda Księga Diagnostyczna (DSM) Zjednoczenia Psychiatrów Amerykańskich dzieli pacjentów na kategorie według symptomów, co ma umożliwić odróżnienie osoby zdrowej od ,,chorej psychicznie'', ale w Rosenhanie pojawiło i umocniło się zwątpienie w sens tak stawianych diagnoz. Stwierdził on, że ,,choroba psychiczna'' nie jest diagnozowana na bazie obiektywnych symptomów, a na subiektywnym postrzeganiu ,,pacjenta'' przez obserwującego lekarza. Wierzył, że do rozjaśnienia problemu przyczyni się właśnie jego eksperyment, w którym sprawdzone będzie, czy ludzie nigdy nie cierpiący na żadne ,,choroby psychiczne'' zostaną w szpitalu rozpoznane, jako zdrowe i jeśli tak, to na jakiej zasadzie to się odbędzie.

Przygotowania do eksperymentu

wyglądały zawsze tak samo: pan profesor oraz współuczestnicy projektu przez kilka dni nie myli zębów, panowie się nie golili, następnie pseudopacjenci ubierali się w nieco przybrudzone ciuchy, pod fałszywym nazwiskiem umawiali telefonicznie z wybraną kliniką psychiatryczną i krótko po tym pojawiali się tam twierdząc podczas przyjęcia, że... słyszą głosy. Było to oczywiście nieprawdą, tak jak nieprawdziwe były podane przez nich nazwiska i zawody. Mało tego, nawet opisywane przez pseudopacjentów ,,głosy'' nie miały odniesienia do znanych w psychiatrii opisów, gdyż nie ma głosów ,,pustych'', ,próżnych'' i ,,głuchych'', jak to z premedytacją przedstawili uczestnicy eksperymentu w pierwszej rozmowie z lekarzem...

Po diagnozie, która w siedmiu przypadkach brzmiała ,,schizofrenia'', a w jednym ,,zespół depresyjno-maniakalny'', nasi ,,pacjenci'' zaczynali zachowywać się już tak, jak na co dzień w normalnym życiu, o głosach więcej nie wspominali, przestrzegali regulaminu, byli kooperatywni wobec lekarzy i personelu oraz mili i rzeczowi w swoich wypowiedziach. Ich zadaniem było przecież jak najszybsze przekonanie lekarzy i personelu szpitalnego o swoim zdrowiu psychicznym i wyjście z kliniki bez pomocy z zewnątrz.

Jak się szybko okazało ich wzorowe zachowanie nie zmieniło niestety postaci rzeczy, a raz wypowiedziana diagnoza okazała się już nieodłączną i stygmatyzującą etykietą pacjenta. Naukowcy z niepokojem obserwowali nagminnie pojawiającą się psychiczną i fizyczną brutalność personelu wobec hospitalizowanych. Eksperyment okazał się więc już w początkowej fazie bardzo niebezpieczny, przez co część jego uczestników poczuła wyraźny strach ,,przed pobiciem lub gwałtem''. W efekcie tych pierwszych doświadczeń do projektu dokooptowano prawnika, z którym ustalono plan ewentualnego działania na wypadek okaleczenia lub śmierci któregoś z uczestników eksperymentu i dopiero wtedy grupa ,,ruszyła'' na kolejne kliniki. Ogólnie eksperyment przeprowadzono w 12 szpitalach, po części tych starszych, o ściśle konwencjonalnym podejściu do ,,pacjenta'', a po części w nowoczesnych, nastawionych badawczo.

Nikogo nie rozpoznano, jako zdrowego

a pobyt w szpitalach psychiatrycznych trwał średnio blisko 3 tygodnie (od 7 do 52 dni). W czasie eksperymentu pseudopacjenci otrzymali 2100 różnych leków antypsychotycznych, które po kryjomu wypluwali; były to różne preparaty na za każdym razem te same objawy. Grupie badaczy aż niewiarygodny wydawał się fakt braku zainteresowania ze strony lekarzy i personelu, którzy ,,przechodzą koło człowieka, jakby go nie było''. Okazało się, że po raz wypowiedzianej diagnozie nikt już nie traktuje pacjenta, jak człowieka, a jego zachowania, jakie by nie były, będą już zawsze odbierane, jako symptom ,,choroby psychicznej''. Notatki na przykład, które początkowo nasi pseudopacjenci robili w tajemnicy i szmuglowali poza szpital, już po krótkim czasie mogły być czynione bez kamuflażu, gdyż ani lekarze, ani obsługa szpitala się tym nie interesowali. Z raportów szpitalnych wynikało później, że ciągłe prowadzenie notatek było jednym z symptomów choroby psychicznej.

Nie wyjdziesz, aż się nie przyznasz!

Rosenhan w swoim eksperymencie podkreśla szczególny problem władzy psychiatrii nad ,,pacjentem''. Zdiagnozowanie u pseudopacjentów (w jednej rozmowie!) ,,schizofrenii'' oznaczało nieuchronne zaszufladkowanie ich, utratę podstawowych praw i od tego momentu nie tylko każde ich (bądź co bądź normalne) zachowanie było interpretowane już, jako choroba, ale do diagnozy dopasowywany był cały ich życiorys! Jeden z uczestników eksperymentu odnotował pół żartem pół serio, że w klinice miał poczucie ,,bycia niewidzialnym'', gdyż statystycznie 71 proc. psychiatrów i 88 proc. sióstr i sanitariuszy w ogóle nie reagowało na proste pytania, które zadawał im w ciągu dnia, jako ,,pacjent'', a jeśli była jakakolwiek reakcja to wyglądało to tak, jak w poniższym przykładzie:

Pacjent: Przepraszam, panie doktorze... Mógłby mi pan powiedzieć, kiedy będę mógł skorzystać z możliwości spaceru w ogrodzie?

Lekarz: Dzień dobry Dave. Jak się pan dzisiaj czuje? (Lekarz odchodzi nie czekając na odpowiedź...)

Samo wyjście ze szpitala psychiatrycznego okazało się w każdym przypadku niemożliwe bez przyznania się ,,pacjenta'' do tego, że... jest chory. Dopiero po takim określeniu się nasi pseudopacjenci opuszczali szpitale. Dodajmy tylko, iż nie, jako ,,zdrowi'', ale ze zdiagnozowaną ,,schizofrenią w remisji'' (czyli zaleczoną na pewien czas)...

Wielkie oburzenie psychiatrii konwencjonalnej

jakie wybuchło po upublicznieniu badań Rosenhana przyniosło za sobą niespodziewanie drugą fazę eksperymentu, przy czym pierwsza jego część została odrzucona przez rozzłoszczonych psychiatrów, jako ,,wybrakowana metodycznie''. Dyrekcja jednego ze szpitali psychiatrycznych stwierdziła wtedy w debacie publicznej, że ,,w naszej klinice coś takiego nie mogłoby mieć miejsca'', na co Rosenhan odpowiedział eleganckim wyzwaniem na pojedynek obiecując, że na przestrzeni następnych 3 miesięcy wyśle tam swoich pseudopacjentów.

Trzy miesiące później, kiedy doszło do weryfikacji drugiej fazy „Eksperymentu Rosenhana'' okazało się, że wyzwany na pojedynek szpital ze 193 ogólnie przyjętych w tym czasie pacjentów określił 41, jako podejrzanych o bycie pseudopacjentami Rosenhana i kolejnych 42, jako zdemaskowanych pseudopacjentów. Tylko, że druga faza projektu prof. Rosenhana polegała na tym, jak się okazało, że... nikogo tam nie wysłał...

Jako materiał uzupełniający

który bardziej ,,po polsku'' traktuje sprawę, dołączam i polecam do obejrzenia poruszającą sztukę

,Teatru Telewizji pt.: ,,Kuracja''

według książki Jacka Głębskiego (reż.: Wojtek Smarzowski, w roli głównej: Bartek Topa). Sztuka opowiada o psychiatrze naukowcu, który chcąc poznać tajniki swoich podopiecznych postanawia symulować schizofrenię, stając się ,,zwykłym pacjentem psychiatryka''. O eksperymencie mało kto wie, a sytuacja szybko wymyka się spod kontroli...

*Publikacja: On Being Sane in Insane Places, w: Science, 1973 r., 179, 250-8.

Źródło
« Last Edit: (Fri) 25.07.2014, 07:21:06 by Anomalia »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Re: Eksperyment Rosenhana - jak łatwo zostać schizofrenikiem
« Reply #1 on: (Sat) 15.02.2014, 20:54:55 »
System przemocy psychiatrycznej w Polsce

Jak wygląda rzeczywistość polskich psychuszek?

- kontakt pacjenta z rodziną może zostać zawieszony na każdym etapie; znam przypadki ludzi, którym zabroniono odwiedzin osób bliskich.
- racje żywnościowe są dużo uboższe niż w szpitalach innego typu. Szpitalni dietetycy wychodzą z założenia, że “psychole” nie są rekonwalestentami i nie muszą się za dobrze odżywiać. Ogólnie szpitale bardzo oszczędzają na żywieniu.
- ponad 3/4 pacjentów pali papierosy. Wytłumacz takiemu schizofrenikowi że ma zamykać drzwi do palarni żeby smród nie roznosił się po całym szpitalu. Szpitalniane palarnie są fikcją, bo pacjenci palą papierosy także poza nimi – i co im zrobisz?
- pacjenci dowożeni na oddział przez policję mają w zwyczaju np plucie do dzbanków z kompotem lub inną lurą, o innych aspołecznych zachowaniach nie wspomnę.
- leczenia psychologicznego w polskich szpitalach brak. Po prostu brak i koniec, choć zdarzają się bardzo nieliczne wyjątki.
- powszechne są kradzieże dosłownie wszystkiego, regulaminy są tak dostosowywane, by umożliwić szpitalnym złodziejaszkom komfortowe życie cudzym kosztem. Słyszałem historię o tym, jak jednej pacjentce w ciągu jednego dnia zabrano 20 paczek papierosów, bo nie dopilnowała tego, by je wziąć z palarni.
- powszechne jest żebranie dosłownie co chwila i groźby karalne w wypadku odmowy dania: papierosów, kawy, pieniędzy. -dlatego wszystko co masz wartościowe musisz non stop trzymać ze sobą.
- w niektórych szpitalach powszechną praktyką jest to, iż nie leczy się objawów niepożądanych po neuroleptykach, np wykręcania oczu do góry czy kręczu karku.
- wszelkie zachowania będące wynikiem szoku wywołanego nagłym zamknięciem w psychuszce są interpretowane jako objaw chorobowy i są przyczyną nieraz drastycznego zwiększenia dawek leków.
- możesz w każdej chwili dostać wpierdol, zostać okradzionym, zgwałconym, zamordowanym i nikt za to nie poniesie odpowiedzialności.
- przemycenie noża, żyletki, kawałka szkła dla pacjenta o przeszłości kryminalnej jest bardzo proste, ponieważ prawie w ogóle nie są kontrolowane rzeczy wnoszone przez bliskie osoby i darowane osadzonemu.
- na jednym oddziale, w jednym pokoju przebywają pacjenci kryminalni, ze zwykłą nerwicą razem z pacjentami upośledzonymi umysłowo którym nic nie wytłumaczysz i którzy robią co chcą.
- leczenie w szpitalach akademickich (kliniki) polega na faszerowaniu pacjenta megadawkami farmaceutyków. Ogólnie lekarze ze szpitali klinicznych uważają się za jakichś bogów i roszczą sobie prawo do podawania nieraz maksymalnych dawek leków, co w zwykłym szpitalu nie przejdzie.

Leczenie

W szpitalach stosuje się bardzo często leki przestarzałe, starej generacji. Są po prostu tańsze niż leki nowej generacji.

- leczenie polega na podaniu neuroleptyku. Po dużej dawce neuroleptyku dostajesz depresji, więc wprowadzają do leczenia antydepresant, na ogół starej generacji. Dodatkowo, po dużej dawce neuroleptyku występują działania niepożądane. Aby dać ulgę skręconemu w pół pacjentowi należy dać np zestaw – siekierę clonazepam + baklofen. Zaś po antydepresancie dostajesz suchości w ustach, chronicznych zaparć, czasami problemów z sercem i mózgiem (zapis EEG – RAM, czyli zmiany padaczkowe).
- nigdy nie wiesz czy aby przypadkiem nie testują na Tobie jakichś nowych, niesprawdzonych leków. Przecież często pacjenci dostają leki pokruszone, w kieliszku wypełnionym wodą.
- często depresja i zamulenie, powstałe w wyniku podania klasycznego neuroleptyku są interpretowane na niekorzyść pacjenta – że nie chce współpracować, że choroba mu się pogłębia “bo nie ma z nim kontaktu”. To skutkuje wzmocnieniem leczenia.
- leczenie farmakologiczne zależy od widzimisię lekarza i jakikolwiek opór nie wchodzi nawet w grę.
- często działania niepożądane po neuroleptyku są interpretowane na niekorzyść pacjenta jako że niby pacjent odstawił lek bo wypluwa tabletki, i czasami wymusza się na nim podawanie leków w zastrzykach,
a to już w ogóle kosmos.
- lekarz woli dać dodatkowy lek niż zmienić źle tolerowany neuroleptyk lub zmniejszyć jego dawkę.
- korespondencja pacjenta może być cenzurowana,
jeśli ma zakaz odwiedzin. Może być też w ogóle nie dostarczana.
w szpitalach stosuje się bardzo często leki przestarzałe, starej generacji. Są po prostu tańsze niż leki nowej generacji.


A teraz kilka słów o pacjentach na przymusowym (sądowym) “leczeniu”:
- w praktyce nie mają oni praw do niczego, a ich hospitalizacja może trwać bezterminowo lub latami.
- leczy się ich wyższymi dawkami leków niż w wypadku innych pacjentów.
- kolejna kwestia to osoby wrobione, czyli wsadzone do psychuszki na podstawie sfabrykowanych zarzutów. Takich przypadków jest bardzo wiele: społecznicy, dziennikarze śledczy, blogerzy, biegli w prawach człowieka, obrońcy naszych konstytucyjnych praw, obrońcy patriotyzmu. Ci wszyscy ludzie mogą zostać wsadzeni przez lokalne mafie i układziki do wariatkowa.
- tacy ludzie są czasami po prostu uśmiercani – skorumpowany lekarz tak dobiera dawki leków i ich kombinacje, by np wywołać bardzo groźną arytmię serca typu torsades de pointes.
-bw innych wypadkach takich ludzi przetrzymuje się długotrwale i poddaje torturom farmakologicznym, np poprzez odpowiednie manipulowanie dawkami i kombinacjami leków. Nawet jak taki niesłusznie wsadzony człowiek wyjdzie po kilku latach, to będzie albo warzywem albo wrakiem człowieka bez szans na normalną egzystencję.
- ludzie tacy są przetrzymywani latami bez wyraźnego powodu; jako diagnozę wpisuje się im “trwała zmiana osobowości” bądź “schizofrenia rezydualna”. Są to tzw diagnozy – słupy, gdzie jakąkolwiek aktywność chorego można podpiąć pod jakiś objaw chorobowy i “leczyć”.


O pacjentach penitencjarnych na specjalnych oddziałach:
- dzienna stawka żywieniowa na pacjenta jest niższa niż więźnia penitencjarnego, dodatkowo personel stołuje się z kuchni pacjentów i kradnie artykuły, w wyniku tego racje psychiatryczne stanowią może 60% racji więźnia.
- pacjent jest pod ciągłą kuratela dominującego personelu, który nieustanie dyscyplinuje go wg swojego widzimisię.
- pacjent nie ma praw do posiadania, prywatności, życia seksualnego, gniewu, agresji, swojego zdania.
- pacjent nie ma prawa do zewnętrznej opieki internistycznej i dentystycznej, opieka dentystyczna polega na tym ze pacjentom wyrywa się zęby, opieka internistyczna po macoszemu zajmują się psychiatrzy.
- internowany nie ma praw do przepustki, pracy, nauki, przebywa w zakładzie bezterminowo.
- pacjent może zostać bez konsekwencji pobity, okradziony, zgwałcony, i niema możliwości skutecznej skargi i wszczęcia postępowania wobec sprawcy.
- korespondencja do pacjenta jest cenzurowana tzn. jeżeli zacznie się gdzieś skarżyć korespondencja zwrotna nie będzie mu doręczana
- pacjent może dostać zakaz wyjść z oddziału na dowolne okresy i wtedy może sobie pospacerować najwyżej po korytarzu.
- pacjent może zostać uśmiercony na tzw. „złośliwy zespół neuroleptyczny” lub zatrzymanie akcji serca spowodowane niedoborem dopaminy, lub umrzeć na niezdiagnozowana chorobę, personel nie ponosi żadnej odpowiedzialności
- normalna koleją rzeczy intoksykacji psychiatrycznej jest stopniowa degradacja fizyczna i psychiczna spowodowana zahamowana homeostaza hormonalna, otłuszczenie, zanik mięśni, osteoporoza, parkinsonizm, uszkodzenia wątroby, cukrzyca, dyskinezy, uszkodzenia wzroku, zaburzona kineza, dodatkowo środki psychiatryczne powodują wyłączenie obiegu dopaminy która jest hormonem stymulującym układ nagrody w wyniku czego jakość życia osiąga dno, anhedonia, parkinsonizm, brak orgazmów, itp.
- nawet po pozytywnej opinii psychiatrycznej sad może bezkarnie i dowolnie zwlekać z zwolnieniem, potem jeszcze zakład psychiatryczny dowolnie zatrzymuje osobę do uprawomocnienia. Podczas swoich pobytów w zakładzie bylem świadkiem jak pacjenci w ciągu miesiąca zostawiali przerabiani na robiące pod siebie warzywa, niektórzy w okresie kilkumiesięcznym przeobrażali się pod wpływem „leków” w coś co bym nazwał otłuszczonym, zkretyniałym, wykastrowanym, parkinsonem. Natomiast wieloletni pacjenci prezentowali sobą obraz bezuczuciowego wraku fizycznego i intelektualnego, z brakiem koordynacji motorycznej i zaawansowanymi dyskinezami.


Ciekawe spostrzeżenia:
- pacjenci na odziale internowanych dostawali 2/3 racji żywnościowych pacjentów z innych odziałów
- jak pacjentowi wykręcało ciało i gałki oczne to personel mówił że pacjent ma atak lub halo i że to objawy shizofrenii.
- jak pacjent zapyskował do ordynatora to zostawał „zalekowany” na kilka dni, tak że spał. [prawdopodobnie megadawki benzodiazepin, np 100 mg relanium w zastrzyku (dawki dostępne na rynku to 2, 5 i 10 mg) przyp. Jarek ]
- jak przywozili pacjenta który uciekł to taki pacjent za karę leżał jak warzywo kilka dni w pasach z oczami w sufit i kuriozalnym wyrazem twarzy, (prawdopodobnie działanie wysokiej dawki haloperidolu) czasami tacy pacjenci byli wywożeni do zakładów o maksymalnym stopniu zabezpieczenia które mieściły się w zakładach karnych (z takich zakładów nie ma już powrotu, osadzony jest tam maksymalnie intoksynowany, jest to również sposob na osadzenie na dożywociu formalnie w zakładzie psychiatrycznym a materialnie w zakładzie penitencjalnym BEZ PROCESU SĄDOWEGO NA PODSTAWIE JAKICHKOLWIEK ZARZUTÓW. źródło (<!-- m -->http://www.eioba.pl/a/3a6c/kubel-zimnej-...1S1O3Z0Dd<!-- m -->)


Dostałem mailem:
cyt. “Lata temu, razu pewnego, załamał mi się świat. Jeszcze za gówniarza trafiłem na oddział leczenia nerwic prowadzony przy szpitalu ogólnopsychiatrycznym w Łodzi, gdzie przebywałem “wakacyjnie”. Objawy jakie mi dokuczały: szybka akcja serca, wrażenie, że zaraz umrę, zawroty głowy. Prosta sprawa – na Zachodzie takie rzeczy leczy się poprzez terapie poznawczo – behawioralną w kilka tygodni. Jednak nie w moim przypadku. Jako, że dokuczała mi również bezsenność, dodano do mojego procesu leczenia farmaceutyki psychiatryczne. Najpierw był to chlorprothixen w dawce od 50 mg aż do osiągnięcia kosmicznej dawki 600 mg.

Objawy uboczne, jakie miałem po tym świństwie:
-depersonalizacja
-drętwienie ciała, kończyn, karku
-ślinienie się
-brak myśli, pustka w głowie, jak po lobotomii
-zespół niespokojnych nóg i niemożność usiedzenia na jednym miejscu bez poruszania nogami
-i wiele innych.


Zespół lekarski ubzdurał sobie, że to ja sam odstawiłem leki i że są to objawy ODSTAWIENNE, a nie objawy UBOCZNE. Tak więc odstawili mi chlorprothixen i zaczęli mi podawać leki antydepresyjne starej generacji, w równie kosmicznej dawce 300 mg (maksymalna dawka zarejestrowana w Polsce jest dwa razy niższa (sic!) ). Leki podawano mi pokruszone, w kieliszku wypełnionym wodą, więc istnieje możliwość, że coś na mnie testowali. Bo przecież nie widziałem fizycznie jakie tabletki mi podawali – wiecie, kolor, wielkość itp. od tych drugich leków (antydepresyjnych) dostałem stanu obłąkania: spanie po maksimum 3 godziny na dobę, skrajne pobudzenie, słowotok i sałatka słowna tzw. Panowie doktorzy wezwali mnie na konsylium, po którym stwierdzili, że cierpię na schizofrenię paranoidalną i że ukrywam swoje urojenia i słyszane (nierealne) głosy, halucynacje, że nie wypowiadam ich zespołowi medycznemu (!!!). Normalnie aż mnie zatkało gdy to usłyszałem. Więc oni lepiej wiedzieli, co ja słyszę, widzę i czuję i że jest to oczywiście nierealne? Tak więc de facto nieistniejące objawy były wskazaniem do postawienia radykalnej diagnozy: schizofrenia paranoidalna i dalszemu internowaniu mnie w psychuszce. Po tym konsylium zdecydowano, że wycofają mi całkowicie leki przeciwdepresyjne, za to podali mi zestaw aż dwóch leków neuroleptycznych ala’ chlorprothixen (!) w maksymalnych dawkach. Chyba nie muszę mówić, jakie objawy uboczne doszły po podaniu takiej torpedy – były one podobne jak w wypadku chlorprothixenu, ale cięższe i bardziej uporczywe. Ale to nie koniec. Aby zredukować objawy niepożądane tej mega torpedy neuroleptycznej, podawali mi nieraz 3 zastrzyki dziennie – clonazepam (najsilniejszy lek w swojej generacji, działa 4 dni), papawerynę, pridinol, akineton, baklofen, relanium (działa aż 4 – 7 dni). Rodzice przerażeni tymi objawami niepożądanymi i wiedzący, że personel coś kręci (nieistniejące objawy przyczynkiem do diagnozy: schizofrenia paranoidalna), chcieli mnie wypisać ze szpitala. Na to ordynator oddziału leczenia nerwic powiedział, że jeśli ja wypiszę się na własne żądanie, to grozi mi przymusowa hospitalizacja psychiatryczna. Ponieważ on skieruje sprawę do sądu i wtedy będę leczony bezterminowo. Rodzice się wkurwili i przenieśli mnie do innego szpitala do innego miasta, na oddział ogólny. To, co widziałem i czego nasłuchałem się w dwóch szpitalach – nie zapomnę do końca życia. Swoich przeżyć także nie zapomnę, W drugim szpitalu na oddziale ogólnym, w innym mieście, poza Łodzią, lekarze byli potwornie zdumieni, że otrzymywałem tak duże dawki, cytuję: “Ty, widziałeś TE DAWKI? “.”

http://kefir2010.wordpress.com/2011/07/ ... -w-polsce/
« Last Edit: (Fri) 25.07.2014, 07:21:30 by Anomalia »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje