Author Topic: John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa  (Read 2292 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
« on: (Mon) 03.03.2014, 14:24:47 »
John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
https://www.youtube.com/watch?v=CWoAZ6S0BHA



John Taylor Gatto

Tym razem chciałabym przybliżyć Państwu postać i poglądy najsurowszego amerykańskiego krytyka publicznej oświaty (w tłumaczeniu mojego męża). Drugą część proszę znaleźć poniżej.

John Taylor Gatto dwukrotnie zdobył na przełomie lat 80/90 tytuł Nauczyciela Roku Stanu Nowy Jork i trzykrotnie tytuł Nauczyciela Roku Miasta Nowy Jork. Jest autorem szeregu książek, m.in. tomu pt. The Underground History of American Education. Należy do najsurowszych krytyków współczesnego amerykańskiego systemu oświaty. Był uczestnikiem forum zorganizowanego przez Harper's Magazine pt. „School on a Hill”, gdzie zaprezentował powyższy tekst, opublikowany we wrześniowym numerze tego pisma z 2003 r.

Przeciwko szkole. Jak oświata publiczna upośledza nasze dzieci i dlaczego?

Przez trzydzieści lat nauczałem w kilku spośród najgorszych oraz kilku spomiędzy najlepszych szkół Manhattanu i stałem się przez ten czas ekspertem ... w zakresie nudy. Nuda była wszędzie w moim świecie, a gdybyście zapytali dzieci, jak sam to często czyniłem, dlaczego czują się takie znudzone, zawsze udzielą tych samych odpowiedzi: Powiedzą, że ta praca jest głupia, że nie ma żadnego sensu, że już od dawna to wszystko wiedzą. Powiedzą, że chciały-by robić coś rzeczywistego, a nie siedzieć w ławkach. Powiedzą, że nauczyciele nie wydają się wiedzieć zbyt wiele o swoich przedmiotach, a już zdecydowanie nie są zainteresowani poszerzaniem swojej wiedzy. I będą mieć rację: ich nauczyciele są w każdym calu tak bardzo znudzeni, jak one same.

Nuda jest powszechną kondycją nauczycieli szkolnych i każdy, kto spędził jakiś czas w pokoju nauczycielskim, może potwierdzić, że taki olbrzymi brak energii, takie wyrzekanie na uczniów, takie bezduszne postawy można tam znaleźć. Gdyby pytać nauczycieli, dlaczego odczuwają nudę, jak można się spodziewać, będą obwiniać dzieci. Kto nie poczułby się znudzony nauczając uczniów, którzy są aroganccy i interesują się wyłącznie ocenami? Jeśli w ogóle czymkolwiek. Oczywiście, nauczyciele sami są produktem tych samych programów dwunastoletniej obowiązkowej szkoły, które tak do głębi nudzą ich uczniów, a jako personel szkolny są uwięzieni wewnątrz struktur nawet bardziej sztywnych, niż te narzucone dzieciom. Kto zatem jest temu wszystkiemu winien?

My wszyscy! Tę prawdę uświadomił mi mój dziadek. Pewnego popołudnia, gdy miałem siedem lat, poskarżyłem mu się na nudę, a on trzepnął mnie mocno po głowie. Powiedział mi, żebym nigdy w jego obecności nie używał więcej tego określenia, ponieważ jeśli się nudzę, to jest to moja wina, a nie kogokolwiek innego. Obowiązek zabawiania mnie i kształcenia dotyczy wyłącznie mnie samego, a ludzie, którzy tego nie rozumieją, są dziecinni i winno się ich w miarę możliwości unikać. Na pewno zaś nie wolno im ufać. Epizod ten wyleczył mnie z nudy raz na zawsze, a tu czy tam, przez te wszystkie lata, udało mi się przekazać tę lekcję niektórym moim uczniom. Przez większość czasu jednak, uważałem za bezskuteczne kwestionowanie oficjalnego przekonania, że nuda i dziecinność są naturalnymi stanami rzeczy w klasie szkolnej. Sam często musiałem ignorować szkolne obyczaje, a nawet naginać prawo, by pomagać dzieciom wyrwać się z tego potrzasku.

Imperium, oczywiście, kontratakowało; zdziecinniali dorośli stale utożsamiają opozycję z nielojalnością. Kiedyś wróciłem z chorobowego zwolnienia by odkryć, że wszystkie moje świadectwa lekarskie zostały celowo zniszczone, że wygasło zatrudnienie i że nawet nie dysponuję nauczycielskim dyplomem. Po dziewięciu miesiącach olbrzymiego wysiłku zdołałem odtworzyć swój dyplom, kiedy sekretarka szkoły zeznała, że była świadkiem rozwijania się spisku przeciwko mnie. W międzyczasie moja rodzina cierpiała tak bardzo, że nie chcę nawet o tym wspominać. Do czasu zanim ostatecznie wycofałem się z pracy w szkole, co miało miejsce w 1991 r., znalazłem więcej powodów niż trzeba, by myśleć o naszych szkołach – z ich długoterminowym, realizowanym w więziennej w stylu architekturze, przymusowym uwięzieniem zarówno uczniów jak i nauczycieli – jako o wirtualnych fabrykach „dziecinności”. W dodatku, mówiąc szczerze, nie byłem w stanie dostrzec, dlaczego muszą wyglądać w taki sposób. Moje własne doświadczenie ujawniło mi to, co wielu nauczycieli musi sobie również uświadamiać na swej drodze, choć zachowują to dla siebie z obawy przed odwetem: gdybyśmy tylko chcieli, z łatwością i tanim kosztem moglibyśmy wyrzucić „za burtę” stare, tępe struktury oraz pomóc dzieciom zyskiwać edukację, aniżeli tylko „pobierać” szkolne kształcenie. Moglibyśmy stymulować najlepsze cechy młodości – ciekawość, ducha przygody, prężność, zdolność do zdumiewających wglądów – po prostu dzięki większej elastyczności co do czasu, tekstów i testów, dzięki przedstawianiu dzieci naprawdę kompetentnym dorosłym oraz poprzez udzielanie każdemu uczniowi i uczennicy takiej autonomii, jakiej potrzebuje, by odtąd brać na siebie każde ryzyko życiowe.

Lecz my tego nie robimy. A im częściej zapytywałem, dlaczego nie, i upierałem się przy myśleniu o „problemie” szkoły jak to czyniłby inżynier, tym częściej chybiałem celu, jakim jest pytanie: A co, jeśli nie zachodzi żaden problem „z” naszymi szkołami? Co, jeśli są one takie, jakie są, tak kosztownie nieadekwatne w obliczu zdrowego rozsądku i wielowiekowych do-świadczeń co do tego, jak dzieci się uczą, nie dlatego, że robią coś nie tak jak trzeba, lecz dla-tego właśnie, że czynią to co należy? Czy to możliwe, że George W. Bush przypadkiem wy-raził prawdę, kiedy powiedział, że nie wolno nam „zaniedbać żadnego dziecka” [„No child left behind” to motto dzisiejszej amerykańskiej polityki oświatowej – przyp. tł.]? Czy może być prawdą, że nasze szkoły są zaprojektowane tak, by dawać pewność, że żadne z dzieci nigdy naprawdę nie wydorośleje?!

Czy naprawdę potrzebujemy szkoły? Nie mam na myśli edukacji, ale właśnie obowiązkową szkołę: sześć lekcji dziennie, przez pięć dni w tygodniu, przez dziewięć miesięcy w roku, w ciągu dwunastu lat. Czy ta martwa rutyna rzeczywiście jest konieczna? A jeśli tak, to w jakim celu? Nie chowajmy się jednak za nauką czytania, pisania i liczenia jako uzasadnieniem, ponieważ dwa miliony szczęśliwych dzieci, które uczą się wyłącznie w domu [Autor mówi o formie edukacji jaką jest w USA „homeschooling” – „edukacja domowa” – przyp. tł.], w oczywisty sposób obracają ten argument wniwecz. Nawet gdyby tego nie czyniły, to znacząca liczba dobrze znanych Amerykanów nigdy nie przeszła przez tę dwunastoletnią wyżymaczkę, przez którą nasze dzieci obecnie przechodzą i „wyszła na ludzi”. George Washington, Benjamin Franklin, Thomas Jefferson, Abraham Lincoln? Ktoś ich nauczał, bez wątpienia, lecz nie byli oni produktem szkolnego systemu i ani jeden spośród nich nie został absolwentem szkoły średniej. Przez większość amerykańskiej historii dzieci zasadniczo nie chodziły do szkoły średniej i ci „niedokształceńcy” wyrastali na admirałów, takich jak Farragut; wynalazców, jak Edison; ojców przemysłu, jak Carnegie i Rockefeller; pisarzy, jak Mellville, Twain czy Conrad; a nawet na uniwersyteckich profesorów, jak Margaret Mead. Tak naprawdę, prawie do naszej współczesności w ogóle nie uważało się ludzi, którzy osiągnęli trzynasty rok życia, za dzieci. Wobec Ariel Dunant, która współtworzyła wraz ze swym mężem olbrzymią i bardzo dobrą, wielotomową historię świata, i która wyszła szczęśliwie za mąż w wieku lat piętnastu, czy ktoś mógłby racjonalnie utrzymywać, że była ona osobą niewykształconą? Nie-przeszkoloną, możliwe, lecz nie niewykształconą.

Nauczono nas w tym kraju (a raczej „wyszkolono” w myśleniu), że „sukces” jest synonimem, lub co najmniej jest zależny od „nauki w szkole”, choć historycznie rzecz biorąc, nie jest to prawda ani w intelektualnym, ani w ekonomicznym sensie. A tymczasem wielu ludzi na całym świecie uczy się dziś samodzielnie, bez uciekania się do systemu obowiązkowych szkół średnich, które nazbyt często przypominają więzienia. Dlaczego zatem mylą Ameryka-nie edukację z tym właśnie systemem? Co w rzeczywistości jest celem naszych szkół publicznych?

Masowe obowiązkowe kształcenie szkolne w USA okrzepło tak naprawdę między 1905 a 1915 rokiem, choć już znacznie wcześniej zostało opracowane, a nacisk na nie trwał przez większą część dziewiętnastego wieku.
Powody jaki podawano dla tego olbrzymiego wstrząsu dla życia rodzin i tradycji kulturalnych były, z grubsza mówiąc, trojakie:
1) Wykształcenie dobrych ludzi.
2) Wykształcenie dobrych obywateli.
3) Rozwinięcie talentów danej jednostki.

Cele te są i dziś regularnie odmieniane przez wszystkie przypadki, a większość z nas przyjmuje je w takiej czy innej formie jako słuszną definicję misji edukacji publicznej, niezależnie od faktu, jak daleka jest obecna szkoła od ich osiągania. I tu srodze się mylimy. Nasz błąd powiększa fakt, że dysponujemy w literaturze narodowej wieloma zdumiewająco spójnymi określeniami prawdziwego celu przymusowej szkoły. Mamy na przykład, wielkiego H.L. Menckena, który w piśmie „The American Mercury” z kwietnia 1924 r. napisał, że celem publicznej oświaty nie jest „napełnianie młodych osobników naszego gatunku wiedzą i budzenie ich inteligencji. ... Nic nie jest dalsze od tej „prawdy. Prawdziwym celem ... jest po prostu zredukowanie tak wielu jednostek jak to tylko możliwe do tego samego bezpiecznego poziomu, hodowanie i tresowanie znormalizowanych obywateli, dla zlikwidowania różnicy zdań i oryginalności. Oto jej cel w USA ... i wszędzie indziej.”

Z powodu sławy Menckena jako satyryka, moglibyśmy się skusić na zignorowanie tego fragmentu jako wykwitu hiperbolicznego sarkazmu. Jego artykuł wszakże, stanowi śledztwo w poszukiwaniu wzorca dla naszego systemu edukacyjnego w zapomnianych już czasach, które jednak nie dają o sobie zapomnieć, militarnego państwa Prus. I mimo, iż był on z pewnością świadom tej ironii, że choć byliśmy wówczas w stanie wojny z Niemcami, jednocześnie podzielaliśmy pruską myśl i kulturę, to w tym miejscu był całkowicie poważny. Nasz system edukacyjny jest naprawdę pruski w swoich korzeniach i jest to rzeczywisty powód do troski.

Szczególny fakt pruskiego pochodzenia naszego szkolnictwa ujawnia się ciągle na nowo, gdy dowiadujemy się, gdzie go poszukiwać. William James wielokrotnie czynił do niego aluzje na przełomie XIX i XX wieku. Orestes Brownson, bohater książki Christophera Lascha z 1991 r. pt. “The True and Only Heaven”, publicznie ujawniał „prusjanizację” amerykańskich szkół już w latach czterdziestych XIX wieku. „Siódmy Doroczny Raport” Horace Manna z 1843 r. przedstawiony Radzie d.s. Edukacji Stanu Massachusetts jest w swojej istocie peanem na cześć kraju Fryderyka Wielkiego i wezwaniem do sprowadzenia stamtąd tamtejszego szkolnictwa. To, że pruska kultura szeroko ujawnia się w Ameryce nie jest żadnym zaskoczeniem, gdy weźmie się pod uwagę nasze wczesne związki z tym utopijnym państwem. Pewien Prusak służył jako adiutant Washingtona w trakcie wojny o niepodległość, a tak wiele niemieckojęzycznych osób osiedliło się u nas przed 1795 rokiem, że Kongres rozważał nawet publikację praw federalnych w języku niemieckim. Ale co najbardziej szokujące to fakt, że z taką gorliwością przyjęliśmy jeden z najgorszych aspektów pruskiej kultury: system oświaty, z premedytacją zaprojektowany, by produkować mierne umysły, paraliżować życie wewnętrzne jednostki, pozbawiać uczniów wartościowych umiejętności samosterowania i by zapewniać, że obywatele będą potulni i wewnętrznie rozbici, w zamiarze uczynienia całości populacji „sterowalną”.

Źródło: izabudajczak.blox.pl

To dzięki Jamesowi Bryant Conantowi - prezesowi Harvardu przez dwadzieścia lat, specjaliście z zakresu gazów bojowych podczas II wojny światowej, wykonawcy projektu bomby atomowej, Wysokiemu Komisarzowi amerykańskiej strefy okupacyjnej powojennych Niemiec i zdecydowanie jednej z najbardziej wpływowych postaci XX wieku – po raz pierwszy przejrzałem na oczy, co do prawdziwych celów amerykańskiego szkolnictwa. Bez Conanta najprawdopodobniej nie dysponowalibyśmy tak wystandaryzowanymi (co do ich stylu i stopnia) testami szkolnymi, z jakich korzystamy dzisiaj, ani nie bylibyśmy uszczęśliwieni gargantuicznymi szkołami średnimi, które magazynują jednocześnie od 2 do 4 tysięcy uczniów, jak np. osławiona Columbine High School w Littleton, Colorado [znana z masakry dokonanej przez dwóch uczniów – przyp. tł.]. Krótko po tym, jak wycofałem się z nauczania w szkole, odkryłem książkowy esej Conanta z 1959 r. pt. „The Child the Parent and the State” i byłem bardziej niż tylko zaintrygowany, zauważając jak mimochodem napomyka, iż współczesne szkoły, do których uczęszczamy, są rezultatem „rewolucji” wdrożonej „inżynieryjnie” między 1905 a 1930 rokiem. „Rewolucja”?! A choć on sam uchylił się od rozwinięcia tego zagadnienia, to zaintrygowanych a niedoinformowanych odesłał wprost do książki Alexandra Inglisa z 1918 r. pt. „Principles of Secondary Education”, w której „można oglądać ową ‘rewolucję’ z perspektywy jednego z ‘rewolucjonistów’”.

Inglis, od którego nazwiska nazwano wykłady z pedagogiki na Harvardzie, czyni doskonale jasnym fakt, że obowiązkowe szkolnictwo („przymus szkolny”) na tym kontynencie zaplanowano jako dokładną kopię oświaty pruskiej z 1820 r.: jako „piątą kolumnę” dla rozwijającego się ruchu demokratycznego, stwarzającego zagrożenie udzieleniem głosu przy okrągłym stole chłopom i robotnikom . Współczesna, uprzemysłowiona, przymusowa oświata miała służyć rodzajem chirurgicznego rozcięcia potencjalnego zjednoczenia wspomnianych klas niższych. Podziel dzieci według przedmiotów szkolnych, wieku, przez ciągłe rankingi w testach oraz za pomocą wielu innych subtelnych środków, a będzie nieprawdopodobnym, aby ciemne masy ludzkie, tak poróżnione w dzieciństwie, mogły kiedykolwiek zreintegrować się w niebezpieczną całość. Inglis rozdziela cel nowoczesnej oświaty – obecny jej cel – na sześć podstawowych funkcji, z których każda z osobna jest w stanie zjeżyć włos na głowie osobie naiwnie ufającej w trzy tradycyjne cele wskazane wcześniej:

1) Funkcja dostosowawcza (adjustive) albo adaptacyjna (adaptive). Szkoły mają wbudowywać trwałe nawyki reakcji na autorytet. To, oczywiście, całkowicie wyklucza krytyczny sąd. To także w znacznym stopniu eliminuje ideę, że winno się nauczać użytecznego lub interesującego materiału, ponieważ nie zdołasz sprawdzić warunkowego odruchu posłuszeństwa, dopóki nie dowiesz się, czy jesteś w stanie sprawić, by dzieci uczyły się i wykonywały głupie i nudne rzeczy.

2) Funkcja integrująca (integrating). Ta może być równie dobrze nazwana „funkcją konformizacji”, ponieważ jej intencją jest upodobnienie dzieci do siebie tak dalece, jak to tylko możliwe. Ludzie, którzy się podporządkowują normie są przewidywalni, a to jest wielce użyteczne dla tych, którzy chcą okiełznać i manipulować liczną siłą roboczą.

3) Funkcja diagnostyczno-dyrektywna (diagnostic and directive).
Szkoła ma za zadanie określić odpowiednią dla każdego ucznia rolę społeczną. Dokonuje się tego poprzez liczbowe i słowne odnotowywanie danych w systematycznie prowadzonej dokumentacji.

4) Funkcja różnicująca (differentiating). Kiedy tylko ich rola społeczna zostaje „zdiagnozowana”, dzieci mają być zgodnie z nią sortowane i kształcone tak dalece, jak wskazuje na to ich „stacja docelowa” w machinie społecznej – ani kroku dalej. To tyle o konstruowaniu pułapu możliwości dzieci.

5) Funkcja selekcyjna (selective). Ta nie odnosi się w ogóle do ludzkiego prawa do dokonywania wyborów, lecz do Darwinowskiej teorii naturalnego doboru, jako stosującej się do, jak on sam to nazywał, „ras uprzywilejowanych”. Mówiąc w skrócie, idea ta ma pomagać, aby sprawy działy się jak należy, poprzez świadome próby „poprawiania” wartości hodowanego stada. Szkoły są pomyślane jako narzędzia do etykietowania nieprzystosowanych – słabymi ocenami, lokowaniem w instytucjach poprawczych i innymi karami – na tyle wyraźnie, żeby ich rówieśnicy uznali ich za gorszych i efektywnie odgradzali ich od reprodukcyjnej loterii. Oto, co wszystkie te małe upokorzenia od pierwszej klasy w szkole począwszy mają zgodnie z projektem uczynić: zmyć „brud” do „ścieku”.

6) Funkcja propedeutyczna (propaedeutic). System społeczny implikowany przez
wskazane zasady będzie wymagał elitarnej grupy dozorców. W tym celu, niewielka część dzieci jest po cichu nauczana jak radzić sobie z kontynuowaniem owego projektu, jak nadzorować i kontrolować populację świadomie ogłupianych i rozbrajanych ludzi, aby rząd mógł działać dalej nie niepokojony, a korporacjom nigdy nie zbrakło posłusznej siły roboczej.

To właśnie, i niestety, jest celem obowiązkowej publicznej oświaty w tym kraju. Ale choćbyście uznali Inglisa za samotnego „nawiedzonego”, z nazbyt cynicznym podejściem do edukacyjnego przedsięwzięcia, to musicie wiedzieć, że wcale nie był on osamotniony w forsowaniu takich idei. Sam Conant, tworząc swoje dzieła na podstawach idei Horace Manna i innych, prowadził niestrudzenie kampanię na rzecz zaprojektowania według tego schematu amerykańskiego systemu szkolnego. Ludzie tacy jak George Peabody, który sfinansował wprowadzenie obowiązkowego szkolnictwa na całym amerykańskim Południu, z pewnością rozumie-li, że pruski system jest użyteczny w tworzeniu nie tylko nieszkodliwego elektoratu i służalczej siły roboczej, lecz także wirtualnego stada bezmyślnych konsumentów. Po pewnym czasie olbrzymia ilość industrialnych gigantów, wśród nich także Andrew Carnegie i John D. Rockefeller, uświadomiła sobie kolosalne profity, które można uzyskać poprzez kultywowanie i zwykłe nadzorowanie takiego stada przy wykorzystaniu publicznej oświaty.

Proszę więc bardzo. Już wiecie. Nie potrzebujemy koncepcji Karola Marksa o wielkiej wojnie pomiędzy klasami, by zauważyć, że w interesie kompleksowego sterowania, tak ekonomicznego, jak i politycznego, leży ogłupianie ludzi, demoralizowanie ich, wprowadzanie między nich podziałów i odsądzanie ich od czci i wiary, jeśli się nie podporządkowują. Klasowość może determinować ten projekt, jak to wyraził Woodrow Wilson, wówczas prezes Uniwersytetu Princeton, wobec Nowojorskiego Stowarzyszenia Nauczycieli w 1909 r.: „Życzymy sobie jednej klasy osób z liberalnym wykształceniem i drugiej klasy ludzi, z konieczności o wiele większej klasy i w każdym społeczeństwie, która zrzeknie się przywilejów liberalnej edukacji i przyłączy się do wykonywania specjalnych a trudnych zadań manualnych.” Jednak motywy stojące za tymi obrzydliwymi decyzjami, które przynoszą takież cele, wcale nie muszą opierać się na klasowości. Mogą one płynąć wprost ze strachu lub z pospolitego dziś przekonania, że „wydajność” jest cnotą naczelną, bardziej niż miłość, wolność, śmiech czy nadzieja. Ponad wszystko jednak płyną ze zwyczajnej chciwości.

Czekały przecież i przede wszystkim wielkie fortuny do zdobycia, w ekonomii bazującej na masowej produkcji i zorganizowanej na korzyść wielkich korporacji, a nie małych firm czy rodzinnych gospodarstw rolnych. Ale masowa produkcja wymaga masowej konsumpcji, a na początku XX wieku większość Amerykanów uważała zarówno za nienaturalne, jak i nierozsądne kupowanie przedmiotów, których się aktualnie nie potrzebuje. Obowiązkowe kształcenie w szkole okazało się darem niebios w tym względzie. Szkoła nie musiała wćwiczać dzieci w jakimkolwiek bezpośrednim sensie w myślenie, że powinny konsumować non-stop, ponieważ zrobiła coś znacznie lepszego: zachęcała je do niemyślenia w ogóle. A to pozostawiło je bezbronnymi na pastwę następnego wielkiego wynalazku ery nowożytnej – marketingu.

Cóż, nie trzeba ukończyć studiów z marketingu, by wiedzieć, że istnieją dwie grupy ludzi, którzy zawsze dadzą się przekonać do konsumowania więcej, niż jest im to potrzebne: nałogowcy i dzieci. Szkoła wykonała olbrzymi kawał roboty, zmieniając nasze dzieci w nałogowców, ale wykonała też spektakularne zadanie przemieniania naszych dzieci w ... dzieci. Tak jest, to nie przypadek. Teoretycy od Platona przez Rousseau do naszego profesora Inglisa wiedzieli, że jeśli dzieci mogłyby być zamknięte z innymi dziećmi, odarte z odpowiedzialności i niezależności, zachęcane do rozwijania jedynie banalizujących wszystko emocji chciwości, zawiści, zazdrości i lęku, to wyrosłyby, nigdy jednak nie zyskując prawdziwej dojrzałości. W wydaniu z 1934 r. sławnej swego czasu książki pt. „Public Education in the United States”, Ellwood P. Cubberley opisał szczegółowo i wychwalał sposób, w jaki ówczesna strategia powiększania szkół poszerzyła zakres dzieciństwa od dwóch do sześciu lat, gdy przymusowe kształcenie było w tym odniesieniu ciągle dość nowe. Ten sam Cubberley – który był dziekanem Szkoły Edukacji Uniwersytetu Stanford, wydawcą książek w Houghton Mifflin, przyjacielem Conanta i korespondentem na Harvardzie – napisał takie oto słowa w swej książce pt. „Public School Administration”, wydanej w 1922 r.: “Nasze szkoły są fabrykami, w których odpowiednie surowce (tj. dzieci) mają być kształtowane i modelowane. ... Obowiązkiem szkoły jest formować uczniów według przedłożonych jej specyfikacji.”

Jest całkowicie oczywistym w naszym dzisiejszym społeczeństwie, jakimi są owe specyfikacje. Do naszych czasów dojrzałość została wypędzona nieomal z każdego aspektu naszego życia. Łatwe prawo rozwodowe usunęło potrzebę pracy nad własnymi związkami; łatwe kredyty usunęły potrzebę fiskalnej samokontroli; łatwa rozrywka usunęła potrzebę uczenia się, jak organizować rozrywkę dla samego siebie; łatwe odpowiedzi usunęły potrzebę zadawania pytań. Staliśmy się narodem dzieci, szczęśliwych, że mogą poddać swe osądy i wolę politycznym nawoływaniom i reklamowym namowom, które oburzyłyby ludzi prawdziwie dorosłych. Kupujemy telewizory, a potem kupujemy te rzeczy, które w nich oglądamy. Kupujemy komputery, a potem rzeczy, które nam w nich oferują. Kupujemy za 150 $ tenisówki, czy ich potrzebujemy czy nie, a kiedy wylądują wkrótce potem w kącie, kupujemy następną parę. Jeździmy drogimi samochodami i wierzymy w kłamstwo, że stanowią one naszą polisę bezpieczeństwa, nawet kiedy lądujemy w nich do góry nogami. Ari Fleischer [były Rzecznik Prasowy Białego Domu – przyp. tł.] mówi nam byśmy „baczyli, co mówimy”, nawet kiedy pamiętamy, że mówiono nam niegdyś w szkole, iż Ameryka jest krajem ludzi wolnych. Takie słowa także zwyczajnie „kupujemy”. Nasze szkolne kształcenie, zgodnie z zamiarami swoich autorów, zajęło się tą właśnie sprawą.

A teraz trochę dobrych wieści. Kiedy już raz zrozumiesz logikę skrytą za nowoczesną oświatą, jej sztuczki i pułapki będą łatwe do uniknięcia. Szkoła kształci dzieci do bycia pracowni-kami i konsumentami; ucz je więc na własną rękę bycia liderami i poszukiwaczami przygód. Szkoła uczy dzieci bycia odruchowo posłusznymi; sam nauczaj je zatem krytycznego i niezależnego myślenia. Dobrze „wyszkolone” dzieci mają niski próg dla nudy; pomóż im więc rozwijać ich życie wewnętrzne , tak by już nigdy się nie nudziły. Zmuszaj je do brania na siebie poważnego materiału, dorosłego materiału z historii, literatury, filozofii, muzyki, sztuki, ekonomii, teologii – wszystkiego tego, czego nauczyciele świadomie unikają. Stawiaj swoim dzieciom wyzwania, zostawiając je z nimi na długie okresy samotności, tak by były zdolne do radowania się własnym towarzystwem, do prowadzenia wewnętrznych dialogów. Dobrze „wyszkoleni” ludzie są uwarunkowani do lęku przed byciem samotnymi i szukają ciągłego towarzystwa poprzez telewizję, komputer, telefon komórkowy oraz przez płytkie znajomości, szybko nawiązywane i równie szybko porzucane. Wasze dzieci powinny mieć bardziej znaczące życie i są do tego zdolne.

Najpierw, jednakże, musimy obudzić się, by dostrzec czym nasze szkoły są naprawdę: laboratoriami eksperymentowania na młodych umysłach, centrami treningowymi dla nawyków i postaw, których domaga się korporacyjne społeczeństwo. Obowiązkowa edukacja służy dzieciom jedynie incydentalnie; jej prawdziwym celem jest przekształcenie ich w „służących”. W miarę swoich możliwości nie dozwólcie, by ich dzieciństwo zostało rozciągnięte, nawet o jeden dzień. Jeśli David Farragut mógł objąć dowództwo nad przechwyconym brytyjskim okrętem wojennym jako przednastolatek [nie miał wtedy jeszcze ukończonych jedenastu lat życia – przyp. tł], jeśli Thomas Edison mógł publikować swoje czasopismo w wieku lat dwunastu, jeśli Ben Franklin mógł terminować w wydawnictwie w tym samym wieku (po czym przeszedł kurs studiów nieosiągalny dla absolwenta dzisiejszego Yale), nie ma potrzeby opowiadać, co wasze własne dzieci byłyby zdolne zrobić. U schyłku życia, po trzydziestu latach spędzonych w okopach publicznej szkoły zrozumiałem, że geniusz jest tak pospolity jak ziemia. Sami dławimy nasz geniusz tylko dlatego, że jeszcze nie uzmysłowiliśmy sobie jak kierować populacją wykształconych mężczyzn i kobiet. Rozwiązanie, jak sądzę, jest proste i pełne chwały. Niech kierują sobą sami!

http://izabudajczak.blox.pl/2009/09/Joh ... to-cd.html


Zobacz na:
Procesy niszczenia systemu szkolenia polskich elit od 1948 roku
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=2118.0
Broń Masowej Instrukcji – John Gatto
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=378.0
Jak wyprać dziecku mózg – przewodnik
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=182.0
Zasoby Ludzkie - Inżynieria Społeczna XX wieku
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=267.0
O obecnej edukacji
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=543.0
14 zasad w prywatnych elitarnych szkołach - John Gatto
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=2114.0
« Last Edit: (Thu) 04.02.2016, 22:34:11 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
« Reply #1 on: (Sun) 23.08.2015, 22:38:30 »
Szkoła po amerykańsku jest do kitu - napisy PL
https://www.youtube.com/watch?v=JiOGF2i-eBY

Ucząc się historii z podręczników szkolnych znajdujemy przewidywalny zestaw konkretów – co, kto, gdzie i oczywiście kiedy. Ale niemal zawsze brakuje kontekstu, czyli DLACZEGO i JAK?

W tym materiale jest opisane to jak publiczne szkoły przyczyniają się do powstawania socjalizmu, imperializmu, a w końcu nazizmu w Niemczech pomiędzy 1890 a 1940 rokiem.
W szkole przyzwyczajani jesteśmy do myślenia, że żyjemy w idealnej wizji tego jak społeczeństwo powinno wyglądać.
Ale czyja to jest wizja?
I jakie są ich ideały?
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
« Reply #2 on: (Tue) 01.09.2015, 16:12:30 »
Pruskie powiązania z amerykańskim szkolnictwem - napisy PL
https://www.youtube.com/watch?v=RPE23CMYBrA

Skąd pochodzi amerykański (obecny polski) system szkolnictwa? Jaki jest jego cel?
Jest to fragment z książki Johna Gatto "The Underground History of American Education"
Ludzie znający kontekst historyczny są niebezpieczni dla strategicznych planów elit



-----------------
Jeden z efektów uczenia posłuszeństwa

Eksperyment Milgrama dotyczący posłuszeństwa wobec autorytetu - napisy PL [2009]
https://www.youtube.com/watch?v=5Oe04XRjFIQ
« Last Edit: (Fri) 25.09.2015, 12:51:07 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
« Reply #3 on: (Fri) 25.09.2015, 12:42:37 »
Złe usposobienie/osobowość jako narzędzie zarządzania - napisy PL [John Gatto]
https://www.youtube.com/watch?v=fA74Ng9ymr0

Na wszystkich etapach eksperymentu szkolnego, testy były niezbędne do umiejscowienia stanu psychicznego dziecka na oficjalnej skali klasyfikacji. Skala Blooma zrodziła ważne formy: stopniowe dochodzenie do mistrzostwa, edukację opartą na efektach uczenia i współpracę rządu i przedsiębiorstw w sprawie przejścia z etapu nauki do zatrudnienia. Dla wygody przedsiębiorstw i zarządców społecznych, każda zaklasyfikowana jednostka oferowała dane przydatne w kontrolowaniu ruchów i umysłów młodych ludzi, tworząc obraz kolejnego pokolenia dorosłych. Ale w jakim celu? Dlaczego to miało miejsce?

Część odpowiedzi na to pytanie można dostrzec pomiędzy wierszami artykułu ukazanego w czerwcu 1998 r. wydania magazynu Foreign Affairs. Esej napisany przez Mortimera Zuckermana zachwala amerykańską gospodarkę, określając jej przewagę nad Europą i Azją jako na tyle strukturalnie stabilną, że żaden kraj nie jest w stanie jej doścignąć w ciągu 100 lat. Amerykański system zarządczy i amerykańscy pracownicy są jedyni w swoim rodzaju. Mam nadzieję, że cię to zaintrygowało. Tak jak i mnie. O ile nie wierzysz w biologiczną "rasę panów", nasza przewaga mogła jedynie wywieźć się ze sposobu, w jakim szkolimy amerykańską młodzież w szkole i poza nią; szkolenia, które produkuje postawy i zachowania przydatne dla zarządzania. Czym mogą być te niezbędne wyznaczniki sukcesu biznesowego? Po pierwsze, mówi Zuckerman, amerykański pracownik to popychadło. To moje tłumaczenie, nie jego, ale myślę, że to słuszne określenie biorąc pod uwagę jego stwierdzenie, że Amerykaninowi obojętne jest wszystko poza wypłatą. Kolejną rzeczą według Zuckermana jest to, że pracownicy w Ameryce żyją w ciągłej panice, a strach jest naszą tajną turbosprężarką dającą nam elastyczność zarządzania, której nie posiada żaden inny kraj. Idąc dalej, w Stanach Zjednoczonych to abstrakcyjne wzory podejmują decyzje, nie istoty ludzkie; zarządzanie przy pomocy zasad matematycznych czyni firmę odporną na zarządców oraz odporną na pracowników. Wreszcie naszą niekończąca się konsumpcję wieńczy zaczarowane koło; konsumpcja napędzana jest przez nieustające uzależnienie od nowości – nawyk, który zapewnia amerykańskiemu biznesowi jedyny niezawodny rynek krajowy na świecie. Gdzie indziej w ciężkich czasach można zauważyć mniejsze obroty w biznesie, ale tutaj kupujemy do upadłego zadłużając się na przyszłość zarówno w dobrych, jak i złych czasach. Czy nie czujesz w głębi duszy, że Zuckerman ma rację? Nie mam wątpliwości, że nieprawdopodobny dobrobyt ogromnych amerykańskich przedsiębiorstw jest ugruntowany psychologicznie i procesowo w naszej formie nauczania. Miejscem, gdzie obywa się kształcenie tych groteskowych cech ludzkich jest sala lekcyjna. Szkoły uczą jednostki reagowania jako tłum/masa.
Tresuje się chłopców i dziewczęta, aby byli znudzeni, przestraszeni, zawistni, wymagający emocjonalnie i ogólnie niekompletni. Pomyślna gospodarka masowej produkcji wymaga takiej właśnie klienteli. Małe przedsiębiorstwo, niewielka gospodarka rolna podobna do amiszowej wymaga indywidualnych umiejętności, troskliwości i uniwersalnego uczestnictwa; nasza gospodarka wymaga nakierowanej masy ujednoliconych, apatycznych, zaniepokojonych, posłusznych ludzi bez przyjaciół i rodzin wierzących, że warto wykłócać się o to, jaka jest różnica między serialami „Cheers” a „Seinfeld”. Niezwykłe bogactwo wielkiego amerykańskiego biznesu jest bezpośrednim wynikiem wyszkolenia w nas pewnych postaw, takich jak pogoń za nowościami. Po to są dzwonki na przerwę. Nie dzwonią po to, żeby przekazać: "czas na coś innego".

Sekretem edukacji w Ameryce jest fakt, że szkoła nie naucza zgodnie ze sposobem, w jakim uczą się dzieci i tak naprawdę nie jest to jej zadaniem; szkoły zostały zaprojektowane, aby służyć ukrytej gospodarce sterowanej i rozmyślnie przewarstwowanemu porządkowi społecznemu. Nie zostały stworzone dla pożytku rodzin i dzieci; te jednostki i instytucje określałyby ich własne potrzeby. Pierwszym wrażeniem zorganizowanego społeczeństwa jest szkoła; podobnie jak większość pierwszych wrażeń, jest ono długotrwałe. Według szkoły życie jest nieciekawe i głupie, tylko konsumpcja jest w stanie zapewnić ulgę. Coca Cola, Big Mac, modne dżinsy, to ma prawdziwy sens, takie przesłanie wynosi się z lekcji, choć przekazane jest w pośredni sposób. Nietrudno zauważyć tę dynamikę decyzyjności, która czyni przymusową edukację toksyczną dla zdrowego rozwoju człowieka. Praca w sali lekcyjnej nie jest istotna; nie zaspokaja prawdziwych, pilnych potrzeb pojedynczych osób; nie odpowiada na rzeczywiste pytania zadawane w umyśle młodego człowieka rodzące się z doświadczenia; nie przyczynia się do rozwiązywania jakichkolwiek problemów, z którymi można się zetknąć w prawdziwym życiu. Efektem „netto” tworzenia nauki w szkole zamkniętej na osobiste pragnienia, doświadczenia, pytania i problemy jest czynienie ofiar zobojętniałymi. To zjawisko było dobrze znane co najmniej od ruchu grodzeń w Anglii, kiedy to drobni rolnicy zmuszeni byli zamienić własne grunty rolne na pracę w fabrykach. Mistrzostwo i rozwój należy się tylko tym, którzy potrafią samodzielnie i energicznie zarządzać. Inicjowanie, tworzenie, robienie, myślenie, swobodne zrzeszanie, korzystanie z prywatności – dokładnie tym czynnościom zapobiega system edukacji, pod tym czy innym pretekstem. Kiedy obserwowałem to zjawisko, zajmowało około trzech lat, żeby złamać większość dzieciaków; trzy lata zamknięcia w otoczeniu emocjonalnego niedostatku, gdzie nie ma za bardzo co robić. W takim otoczeniu piosenki, uśmiechy, jasne kolory, gry kooperacyjne i inne zabawy rozładowujące napięcie są bardziej efektywnie niż kary czy gniewne słowa. Lata temu wydało mi się bardzo dziwne, że pruski rząd był patronem Henryka Pestalozziego, twórcy wielokulturowego, psychologicznego nauczania początkowego opartego na grach i zabawach, a także Friedricha Froebla, twórcy przedszkola. Wydało mi się dziwne, że Peabody, wspólnik J.P. Morgana, przyczynił się do wprowadzenia pruskiego szkolnictwa na amerykańskim Południu znajdującym się w krytycznym stanie po wojnie domowej. Jednak po jakimś czasie zacząłem dostrzegać, że za całą filantropią stał racjonalny powód ekonomiczny. Najmocniejsze oczka szkolnej siatki są niewidzialne. Nieustanne zabieganie o uwagę obcej osoby wytwarza chemię, która z kolei daje początek wspólnym cechom współczesnych uczniów: narzekaniu, nieuczciwości, złośliwości, oszustwa i okrucieństwa. Bezustanna rywalizacja o oficjalne uznanie w miejscu uniemożliwiającym poczucie prywatności takim jak sala lekcyjna produkuje tchórzliwe dzieci, małych ludzi zatopionych w przewlekłej nudzie, małych ludzi bez jasnego powodu do życia. Najbardziej niszczycielska dynamika jest identyczna z tą, która przyczynia się do rozwinięcia ekscentrycznych, a nawet agresywnych nawyków przez zamknięte w klatce szczury w momencie, kiedy dotykają one dźwignię, której naciśnięcie powoduje podanie pokarmu według aperiodycznego harmonogramu wzmocnienia. Dziwaczne zachowanie uczniów jest funkcją aperiodycznego harmonogramu wzmocnienia. Wieczne zamknięcie i bezczynność powoli doprowadzają dzieci do szału. Podobnie jak uwięzione szczury, uwięzione dzieci wymagają dokładnego nakierowania. Każdy psycholog zajmujący się szczurami ci to powie.

Quote
„W naszych marzeniach, ludzie poddają się naszym formującym dłoniom z doskonałą uległością. Współczesne konwencje edukacyjne kształcenia intelektualnego i charakteru, zamierają w ich umysłach a my, nieskrępowani tradycją, ćwiczymy naszą własną dobrą wolę na wdzięcznym i wrażliwym ludzie. Nie będziemy próbować zrobić z tych ludzi, ani z ich dzieci, filozofów czy naukowców. Nie będziemy ich wychowywać na autorów, nauczycieli, poetów czy pisarzy. Nie będziemy szukać wśród nich wielkich artystów, malarzy, muzyków, ani prawników, lekarzy, kaznodziejów, polityków, mężów stanu – których mamy nadmiar. Zadanie jest proste. Uporządkujemy dzieci i będziemy je uczyć w sposób doskonały rzeczy, które ich ojcowie i matki robią w niedoskonały sposób”. – Rockefeller Education Board, Occasional Letter Number One (1906)


Zobacz na:
Inwazja motywacji konsumpcyjnych w kontekście integracji europejskiej
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1610.0
« Last Edit: (Fri) 25.09.2015, 12:44:48 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
« Reply #4 on: (Sun) 27.09.2015, 14:08:54 »
Z książki Psychologia Socjalizmu - Gustaw Le Bon, już wtedy czyli przeszło 100 lat temu autor dostrzegł ciekawe prawidłowości dotyczące wykształcenia opartego tylko na książkach.

Rozdział 2
Socjalizm w Anglii i Ameryce

§ 1. Koncepcja państwa u Anglosasów i ich psychologia

Właśnie porównując koncepcje państwa u Anglików i u ludów łacińskich dostrzega się jasno, jak dalece instytucje są dziełem rasy (kultury) i jak bardzo pod podobnymi nazwami mogą się kryć diametralnie różne treści. Można rozprawiać do utraty tchu, jak to czynił Monteskiusz i wielu innych, nad korzyściami, jakie przynosi republika zamiast monarchii lub odwrotnie. Skoro jednak dostrzeżemy ludy mające pod tak różnymi rządami identyczne koncepcje społeczne i bardzo podobne instytucje, wyciągniemy wniosek, że systemy polityczne, formalnie tak różne, nie mają żadnego rzeczywistego wpływu na ducha ludów, którymi władają.
W poprzednich książkach podkreślałem już tę zupełnie podstawową tezę. W pracy o psychologicznych prawach ewolucji ludów wykazałem odnośnie ludów sąsiadujących, społeczeństwa anglosaskiego w Stanach Zjednoczonych i łacińskiego w republikach latynoamerykańskich, jak przy bardzo podobnych instytucjach politycznych (bo te drugie są zwykle kopią tych pierwszych) ewolucja przebiegła tak różnie. Podczas gdy wielka republika anglosaska jest u szczytu powodzenia, republiki latynoamerykańskie, mimo znakomitej ziemi i niewyczerpanych bogactw naturalnych, są w zupełnym rozkładzie. Bez sztuk, handlu, przemysłu wszystkie popadły w ruinę, upadek i anarchię. Miały za przywódców tak wiele osobistości, że niektóre z nich musiały być kompetentne - żadna jednak nie potrafiła zmienić losu ludu.
Dla ludu nie jest więc ważny przyjęty system polityczny. Ten próżny kostium zewnętrzny, jak wszystkie kostiumy, nie ma realnego wpływu na ducha ludu, który go nosi. Żeby zrozumieć ewolucję narodu, trzeba znać pogląd, jaki ma on na wzajemną funkcję jednostki i państwa. Etykieta wypisana na fasadzie budowli społecznej - republika bądź monarchia - sama w sobie nie ma żadnej wartości.
To, co teraz powiemy o koncepcji państwa w Anglii i Ameryce, uzasadni powyższe stwierdzenia. Przedstawiwszy już we wspomnianym wyżej dziele cechy ducha anglosaskiego, ograniczę się do podsumowania ich jak najkrócej.
Jego najistotniejsze zalety mogą być zresztą wyrażone w kilku słowach: inicjatywa, energia, wola, a przede wszystkim panowanie nad sobą, to znaczy posiadanie tej wewnętrznej dyscypliny, która zwalnia jednostkę z szukania przewodników.
Ideał społeczny Anglosasów jest bardzo wyraźny, ten sam w monarchii angielskiej i republice amerykańskiej. Polega na zmniejszeniu do minimum roli państwa i zwiększeniu do maksimum roli jednostki; jest to dokładne przeciwieństwo ideału łacińskiego. Koleje, porty, uniwersytety, szkoły nie mają innych twórców niż prywatna inicjatywa, i państwo, zwłaszcza w Ameryce, nigdy się nimi nie musiało zajmować.
W zrozumieniu charakteru angielskiego przeszkadza innym ludom to, że zapominają o bardzo wyraźnym oddzieleniu indywidualnego postępowania Anglika wobec Anglika od ich postępowania zbiorowego wobec innych ludów. Ich osobista moralność jest na ogół bardzo rygorystyczna. Anglik działając jako osoba prywatna jest bardzo sumienny, uczciwy i szanuje swoje zobowiązania; natomiast gdy mężowie stanu działają w imię zbiorowych interesów Anglii, jest z tym całkiem inaczej. Ich brak skrupułów jest niekiedy zupełny. Osobnik, który zaproponowałby ministrowi angielskiemu sposobność do wzbogacenia się bez ryzyka dzięki uduszeniu staruszki milionerki, zostałby natychmiast wysłany do więzienia; natomiast jakiś awanturnik, proponujący angielskiemu mężowi stanu, powiedzmy, zebranie bandy łotrzyków i najechanie z bronią w ręku małej republiki na południu Afryki, zmasakrowanie części mieszkańców, opanowanie kraju i zwiększenie w ten sposób bogactwa Anglii - taki awanturnik z pewnością może liczyć na najlepsze przyjęcie i na natychmiastową akceptację swej propozycji.  Jeśli mu się uda, opinia stanie za nim. Analogicznymi metodami angielscy mężowie stanu zdołali podbić większość małych królestw Indii. Widać zresztą, że te metody są analogiczne do tych, jakie inne narody stosują w trakcie kolonizacji. Jeśli u Anglików są one bardziej uderzające, to dlatego, że będąc śmielsi i zręczniejsi częściej osiągają w swych przedsięwzięciach sukces. Żałosne fantazje, które grafomani zowią prawem narodów czy prawem międzynarodowym, stanowią jedynie rodzaj teoretycznego kodeksu towarzyskiego, dobrego jako rozrywka dla podstarzałych prawoznawców, zbyt zużytych, by się zająć czymś pożytecznym. W praktyce przypisuje się im tyle znaczenia, co wyrazom szacunku czy przyjaźni, jakimi kończą się listy dyplomatyczne.
Wobec jednostek ze swojej rasy (inne się dla niego nie liczą) Anglik przejawia uczucie solidarności, jakiego nie spotka się w tym stopniu u innych ludów. To uczucie bierze się ze wspólnoty myśli wynikłej stąd, że angielski duch narodowy jest bardzo solidnie utwierdzony. Pojedynczy Anglik w jakimkolwiek punkcie świata uważa się za przedstawiciela Anglii i uważa za swój ścisły obowiązek działać w jej interesie. Jest ona dla niego pierwszą potęgą świata i tylko ona się liczy.
W krajach, w których już zdobył przewagę, przede wszystkich w tych, których pożąda, Anglik - pisze korespondent Le Temps w Transwaalu - przyjmuje najpierw za założenie swoją wyższość wobec wszystkich ludów świata. Dzięki swej wytrwałości i uporczywości, dzięki jedności i zgodzie, wprowadza swoje obyczaje, swoje rozrywki, swój język, swoje gazety, a nawet udaje mu się wprowadzić swą kuchnię! Na inne narody patrzy z pogarda suwerena, a nawet z wrogością, jeśli ich przedstawiciele mają zamiar lub możliwość kwestionowania małego kawałka tego, co posiada pod kolonialnym słońcem. W Transwaalu mamy tego codziennie dowody. Anglia jest nie tylko przeważającą potęgą, jest także pierwszym, wyjątkowym, jedynym narodem świata.
Ta solidarność, tak rzadka u ludów łacińskich, daje Anglikom nieodpartą siłę. Czyni wszędzie ich dyplomację tak skuteczną. Skoro duch rasy został ustalony od dawna, wszyscy ich dyplomaci myślą tak samo w kwestiach istotnych. Spośród wszystkich przedstawicieli róż¬nych narodów otrzymują może najmniej instrukcji, a jednak przejawia¬ją najwięcej jedności w działaniu i umiejętności kontynuacji. Można ich uważać za elementy wymienne. Dyplomata angielski, który zastąpi innego, będzie działał tak samo jak on.  U ludów łacińskich jest dokładnie odwrotnie. Mieliśmy w Tonkinie czy na Madagaskarze tyle różnych systemów politycznych, co gubernatorów, a wiadomo, że zmieniają się oni często. Dyplomata francuski uprawia politykę, ale nie jest zdolny do tego, by mieć jakąkolwiek politykę.
Dziedziczne zalety rasy angielskiej są starannie podtrzymywane przez wychowanie, tak dogłębnie różne od naszego. Obojętność, a nawet pogarda wobec wiedzy książkowej; najwyższy szacunek dla tego wszystkiego, co rozwija charakter; szkolnictwo wyższe i szkoły średnie co najmniej mierne, mało uniwersytetów - przynajmniej w Anglii. Inżynier, agronom, prawnik (adwokat, sędzia itd.) kształcą się praktycznie w warsztacie, w biurze. Praktyka zawodowa wyprzedza wszędzie nauczanie poprzez książki i wykłady. Nauka podstawowa, przerabiana w jakichś szkołach powstałych z prywatnej inicjatywy i kończonych w wieku lat piętnastu, uważana jest w Anglii za zupełnie wystarczającą.
Angielskie nauczanie średnie odbywa się albo w domu rodzinnym z pomocą kursów wieczorowych, albo w kolegiach założonych z reguły na wsi i zupełnie niepodobnych do naszych liceów. Udział pracy umysłowej jest tam bardzo mały, pracy ręcznej dominujący (stolarstwo, murarstwo, ogrodnictwo, gospodarstwo wiejskie). Są nawet szkoły, których uczniowie, wybierając się do kolonii, zajmują się wszystkimi szczegółami hodowli, rolnictwa, budownictwa, samemu fabrykując wszystkie przedmioty, które mogą być potrzebne koloniście w pustym kraju. Nigdzie nie wprowadza się współzawodnictwa między uczniami, ani nie daje im nagród. Rywalizacja uważana jest przez Anglików za formę zazdrości, godną pogardy i niebezpieczną. Języki, przyroda, fizyka są nauczane, ale zawsze na sposób praktyczny: języki przez mówienie nimi, nauki przez czynności a często wytwarzanie przyrządów. W wieku około piętnastu lat uczeń opuszcza kolegium, podróżuje, wreszcie rozpoczyna wykonywanie zawodu.
To nauczanie, pozornie pobieżne, nie przeszkadza Anglikom mieć elitę uczonych i myślicieli równą tej, którą mają ludy posiadające szkoły bardziej intelektualne. Ci uczeni, rekrutowani poza uniwersytetami i konkursami, odznaczają się przede wszystkim oryginalnością, jaka może cechować tylko umysły, które same się ukształtowały, a jakiej nigdy nie przejawiają te, które odlano z jednej formy na szkolnej ławie.
Ta oryginalność formy i myśli odnajduje się nawet w pracach naukowych, gdzie - wydawałoby się - ma najmniejsze szanse dojścia do głosu. Porównajmy dla przykładu książki o fizyce Tyndalla, Taita, lorda Kelvina itd. z analogicznymi dziełami napisanymi przez naszych profesorów. Oryginalność, wywód wyrazisty i uderzający spotkać można na każdej stronie, podczas gdy poprawne i zimne książki naszych profesorów są wszystkie skopiowane z jednego modelu. Przeczytawszy jedną, można sobie darować otwieranie pozostałych. Ich celem nie jest żadną miarą sama nauka, lecz przygotowanie do egzaminu. Zaznaczyli to zresztą troskliwie na okładkach.
Podsumowując, Anglik stara się zrobić ze swoich synów mężczyzn przygotowanych na całe życie, zdolnych do kierowania samym sobą i obywania się bez stałego nadzoru, którego ludy łacińskie nie potrafią uniknąć. To wychowanie daje przede wszystkim i nade wszystko self-control - co nazywam wewnętrzną dyscypliną - która jest narodową cnotą Anglii i która sama prawie by wystarczyła do zapewnienia jej pomyślności i wielkości.
Skoro zasady omówione powyżej są następstwem uczuć, które łącznie tworzą ducha angielskiego, powinniśmy je oczywiście odnaleźć we wszystkich krajach zamieszkałych przez tę samą rasę, a w szczególności w Ameryce. Rzeczywiście się tam one odnajdują. Oto jak wyraża się na ten temat pilny obserwator, de Chasseloup-Labat:
Sposób, w jaki Amerykanie pojmują społeczną funkcję nauczania, jest jeszcze jedną przyczyną stabilności ich instytucji. Pomijając minimum wiadomości, które w ich ocenie ma dostarczyć dzieciom szkoła podstawowa, uważają, że głównym celem pedagogów ma być ogólne wychowanie, a nie wykształcenie. W ich oczach wychowanie fizyczne, intelektualne i moralne, to znaczy rozwijanie energii i wytrzymałości - czy chodzi o ciało, umysł czy charakter - stanowi dla każdej jednostki główny czynnik powodzenia. Jest pewne, że usilność pracy, wola sukcesu i zwyczaj ponawiania wysiłków są nieocenionymi siłami, ponieważ mogą znaleźć zastosowanie w każdej chwili kariery. Wiedza, przeciwnie, musi zmieniać się stosownie do sytuacji, w której się jest, oraz zadań, którym się poświęca.
Przygotować ludzi do życia, a nie do zdobywania dyplomów - oto co stanowi ideał Amerykanów. Rezultatem jest rozwinięcie inicjatywy, siły woli, zwyczaju samodzielnego myślenia. Daleko, jak widać, od tych idei do idei łacińskich. Kontynuując studium zobaczymy, jak te różnice stają się coraz wyraźniejsze.
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
« Reply #5 on: (Mon) 28.09.2015, 17:03:47 »
The Untold Historical Truth Of American Education - Charlotte Iserby
https://www.youtube.com/watch?v=R2RWgVRfaSE

http://www.deliberatedumbingdown.com

BUILDING THE MACHINE - The Common Core Documentary
https://www.youtube.com/watch?v=zjxBClx01jc

http://www.commoncoremovie.com/
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
« Reply #6 on: (Tue) 09.02.2016, 12:17:49 »
Obowiązek szkolny i obywatelska tresura

Na początku XIX wieku Prusy jako pierwsze państwo wprowadziły obowiązek szkolny. Rosnące w siłę państwo potrzebowało rekruta i tak rozpoczęła się masowa tresura. Siadać, milczeć, wykonywać polecenia.
 
Ktoś powiedziałby: konserwatywne miodzio. Ale było akurat inaczej. Gdy na wzór pruski inne państwa europejskie zaczęły wprowadzać obowiązek szkolny, protestowali przede wszystkim konserwatyści. Siły postępowe były zawsze za. Postęp potrzebuje bowiem odpowiedniej tresury. Stąd siły postępu chętnie uciekają się do metod totalitarnych - na przykład masowej i obowiązkowej szkoły.
 
Tak, przerysowałem całą sytuację. Chciałbym jednak sprowokować czytelników do postawienia sobie zasadniczego pytania: czy szkoła w jej obecnej postaci musi być obowiązkowa? Czy dotychczasowe argumenty za jej powszechnością i obowiązkowością są naprawdę przekonujące? Z żoną uczymy dzieci w domu i ten temat przerabiamy prawie na co dzień.
 
Jaka jest najczęstsza reakcja na informacje, że ktoś uczy dzieci w domu? Następuje chwila milczenia, a potem sakralne pytanie: A co z socjalizacją? Właściwie to ja powinienem to pytanie zadawać rodzicom dzieci szkolnych. Jesteście pewni, że szkoła socjalizuje?
 
Zgodnie ze słownikową definicją, socjalizacja to "proces (oraz rezultat tego procesu) nabywania przez jednostkę systemu wartości, norm oraz wzorów zachowań, obowiązujących w danej zbiorowości". I teraz problem: czy spędzanie większości czasu w grupie rówieśniczej kontrolowanej przez tzw. Panią jest najlepszym środowiskiem do socjalizacji? Gdyby tak było, klasa musiałaby być jakimś modelem społeczeństwa. A nie jest!

Bill Gates, Thomas Edison, Theodore Roosevelt - te nazwiska padają jako przykłady. Dlaczego? Bo oni też nigdy nie chodzili do szkoły - uczyli się w domu
 
Społeczeństwo jest, na przykład, zróżnicowane pod względem wieku i pozycji w hierarchii - a klasa to po prostu sztucznie stworzona grupa rówieśnicza. Po wejściu w dorosłe życie już nigdy nie spotkamy się z taką sytuacją. Do modelu społecznego o wiele lepiej pasuje rodzina i to w niej odbywa się przede wszystkim socjalizacja. W dodatku pada argument, że w klasie dziecko ma okazję spotkać kolegów z innych grup społecznych - proces tworzenia szkół dla lepszych i gorszych, więcej i mniej zarabiających jest faktem. Dzisiejsza szkoła staje się kolejnym elementem segregacji społecznej. Dlatego na edukacje domową w USA nie decydują się bardzo zamożni, ale częściej ci mniej zarabiający. O wiele lepszy i częstszy kontakt z różnymi grupami może zapewnić regularna wizyta z dzieckiem w okolicznym warzywniaku.
 
Argument drugi: edukacja domowa to zamykanie dziecka w czterech ścianach… Zaiste, a czym jest spędzanie większości młodocianego życia w klasie?
 
Argument trzeci: w szkole dziecko ma zapewniona fachową obsługę. Kierunkowo wykształconych nauczycieli i doświadczonych pedagogów. To prawda, ale edukacja domowa też jest efektywna, często o wiele bardziej niż szkolna. Uczy samodzielności, indywidualnego podejścia, kompleksowego potraktowania problematyki. Co więcej, dzieci uczone w domu wkładają w naukę więcej pasji. Zapewne dlatego amerykańskie uniwersytety specjalnie zabiegają o kandydatów, którzy uczyli się wcześniej w domu.
 
Wiem, że nie każdy się na to zdecyduje - trzeba naprawdę chcieć i mieć taką możliwość - chociażby to, żeby jeden z rodziców mógł być w domu. Ale czy samo zjawisko edukacji domowej i jej pozytywnych skutków nie podważa dziewiętnastowiecznych dogmatów na temat państwowego systemu szkolnictwa? Czy nie nadszedł czas, by myśleć nad zniesieniem obowiązku szkolnego, pozostawiając sam obowiązek nauki?
 
Nie oddawajmy państwu monopolu na decydowanie o naszych dzieciach - tradycyjna władza polityczna opiera się na władzy rodzicielskiej, a nie próbuje jej zastępować. Konserwatyści też powinni to przemyśleć.

Źródło: http://www.deon.pl/wiadomosci/komentarze-opinie/art,350,obowiazek-szkolny-i-obywatelska-tresura.html


W domu jak w szkole

Bill Gates, Thomas Edison, Theodore Roosevelt - te nazwiska padają jako przykłady. Dlaczego? Bo oni też nigdy nie chodzili do szkoły - uczyli się w domu. Byli homeschoolerami - tak bowiem dziś nazywani są zwolennicy edukacji domowej. W Stanach Zjednoczonych ta metoda ma miliony zwolenników. W Polsce także rośnie liczba rodziców, którzy dla swoich dzieci wybierają naukę w domu.
 
Amerykański prozaik i poeta John Updike powiedział kiedyś nie szczędząc ironii: "Ojcowie Założyciele zdecydowali w swej mądrości, że dzieci są nienaturalnym obciążeniem dla swoich rodziców. Zorganizowali więc więzienia nazywane szkołami, w których stosuje się tortury, nazywane edukacją".
 
Ci, którzy zabierają dzieci ze szkoły, nie mają tak drastycznej oceny tradycyjnego systemu edukacji. Nie mają także złudzeń. Nauczycielom brak czasu na indywidualne podejście do dzieci. A te ostatnie są przecież różne.
 
Rodziców o mdłości przyprawiają gigantyczne rozmiary podstaw programowych i podręczników, które narzucają dzieciom, co mają myśleć. Woleliby, żeby ich dzieci uczone były tak, by same zainteresowały się, zrozumiały i pokochały temat, a nie po prostu by zaliczyły kolejny egzamin.
 
W Stanach Zjednoczonych już ponad trzy i pół miliona rodzin zdecydowało się na system edukacji domowej. W Polsce ta liczba jest zdecydowanie skromniejsza. Szacuje się, że około stu dwudziestu rodziców zabrało dzieci ze szkoły i podjęło się zadania ich edukacji. Powody są różne. W USA decyzja często motywowana jest względami ideologicznymi. Rodzice chcą wychowywać dzieci zgodnie z wyznawanym systemem wartości, a szkoła im tego nie zapewnia.
 
Wśród polskich rodzin zdecydowanie częściej powodem stają się trudności, na jakie napotyka dziecko, a brak indywidulanego podejścia w szkole zmusza rodziców do szukania alternatywnego rozwiązania. Równie często rodzicami kieruje chęć stworzenia dziecku warunków, w których będzie miało szansę lepiej się rozwijać, zwłaszcza wtedy, gdy dziecko okazuje się zdolniejsze od rówieśników, a w 30-osobowej klasie nie ma miejsca i czasu na indywidualne traktowanie.
 
Posyłać do szkoły czy uczyć w domu?
 
Dla 6-letniego Mateusza start szkolny okazał się trudny. - Nie zaklimatyzował się w zerówce, do szkoły chodził niechętnie - opowiada mama, Joanna Dzieciątko. - Jest wcześniakiem i nie odnalazł się wśród dzieci, ktore okazały się emocjonalnie bardziej dojrzałe. Widzieliśmy, że jest mu naprawdę trudno, więc zaczęliśmy razem z mężem szukać jakiegoś rozwiązania. Ktoś podsunął nam pomysł edukacji domowej.
 
Państwo Dzieciątko poznali ludzi, którzy sami uczyli swoje dzieci i postanowili spróbować. Dziś oboje są zwolennikami tej metody. Założyli stowarzyszenie, by móc mieć realny wpływ na kształt ustawy regulującej edukację domową. Z innymi rodzinami dzielą się doświadczeniami. Wzajemnie się wspierają.
 
W Polsce możliwość prowadzenia edukacji domowej istnieje od 1991 roku. Rodzic, który decyduje się zabrać dziecko ze szkoły, by samemu je uczyć, musi uzyskać na to zgodę dyrektora szkoły. Potem taki uczeń musi dwa razy w roku zdawać w szkole, do której jest zapisany, egzaminy z prawie wszystkich przedmiotów (poza wychowaniem fizycznym, muzyką, plastyką i pracami technicznymi). Na tej podstawie dostaje świadectwo.
 
Czy jednak edukacja dziecka w domu nie jest rodzajem klosza? Syn lub córka nie radzi sobie w szkole, oszczędzamy mu więc trudności i zabieramy do domu. Czy w ten sposób nie wyrządzamy mu większej krzywdy? Czy w przyszłości każda trudna sytuacja nie będzie go przerastać?

- A więc mit o społecznym nieprzystosowaniu - pani Joanna wzdycha. - To, jak moje dziecko poradzi sobie w przyszłości, zależy od tego, jak mocne będzie jego poczucie wartości i kręgosłup moralny. Rodzina jest najlepszym miejscem, by to wypracować. To bezpieczne środowisko, które nie naraża dziecka na odrzucenie i wyśmianie. Nie sądzę, by fałszywa szkolna rywalizacja pomogła mu odnaleźć się w świecie.
 
Uczenie w domu nie oznacza, że jest łatwiej, że rodzice rezygnują z mierzenia się z trudnymi zadaniami. - Dziecko uczące się w domu tak samo jak inne dzieci stawia czoło trudnym sytuacjom i zadaniom. My ich w żaden sposób nie eliminujemy, poprzeczka ustawiona jest wysoko. Dziecko zdobywa wiedzę, ale też sprawności w relacjach, choćby z rodzeństwem, a to przecież czasem trudniejsze niż z kolegami w szkole - podkreśla mama Mateusza.
 
Na spotkania stowarzyszenia przyjeżdżają rodziny z całej Polski. - Nie zauważyłam eskalacji nieumiejętności i dziwactw, gdy dzieci bawią się razem - śmieje się. - Wręcz przeciwnie. Opiekunowie, których wynajęliśmy do opieki nad dziećmi w czasie, gdy rodzice uczestniczyli w spotkaniach, byli zaskoczeni ich samodzielnością, pomysłowością i niewielką ilością konfliktów, które między nimi wybuchały. To chyba o czymś jednak świadczy?
 
Z mitem o braku socjalizacji równie łatwo rozprawia się Marek Budajczak, pedagog i wykładowca akademicki. - Funkcjonuje takie wyobrażenie, że dzieci edukowane w domu są odizolowane od rówieśników, zamknięte w czterech ścianach, wręcz przykute do ściany - śmieje się. - Nic bardziej mylnego. Rodzice, ucząc samodzielnie swoje dzieci, mają szansę robić to w sposób bardziej twórczy niż niejedna szkoła. Korzystają z oferty muzeów, bibliotek, spotykają ciekawych ludzi, dzięki czemu ich dzieci są bardziej aktywne, niż te, które ze szkolnej ławki przesiadają się na kanapę przed telewizorem. Nie można też zapominać, że przecież dzieci bywają różne. W szkole nietrudno dostrzec nieśmiałe czy wyobcowane dzieci. To często sprawa charakteru i szkoła niewiele zmienia w tej kwestii - dodaje Budajczyk.
 
Dobre efekty edukacji domowej potwierdzają amerykańskie badania: w standaryzowanych testach homeschoolerzy w 30 proc. wypadają lepiej. Są też znacznie chętniej przyjmowani na uczelnie wyższe, bo są zazwyczaj lepiej przygotowani, bardziej samodzielni i bardziej aktywni społecznie.

Tyle w nas kreatywności!
 
- To zaskakujące, ile genialnych pomysłów tkwi w głowach rodziców, jak skutecznie wypracowują swoje własne sposoby na przekazywanie wiedzy. A spektrum jest naprawdę ogromne - mówi Joanna Dzieciątko. - Często nauka w domu ma wymiar bardziej praktyczny. Np. do nauki tabliczki mnożenia nasz starszy syn napisał dla młodszego specjalny program komputerowy. Często zdarza się, że jakieś zagadnienie przerabiamy oglądając dobry film albo robiąc wycieczkę do biblioteki. Pamiętam, jak któryś rodzice przećwiczyli z dziećmi pierwszą pomoc, łącznie ze sztucznym oddychaniem i dzwonieniem po pomoc. Inni rodzice rzeźbią, fotografuję, hodują rośliny, robią eksperymenty.
 
Wspólnie przygotowywany posiłek jest dobrą okazją do nauki fizyki, a spacer po lesie doskonałym bodźcem do nauki biologii. To wszystko świetnie dopełnia tradycyjne metody nauczania - podkreślają domowi nauczyciele.

- Zajęcia w domu pozwalają na ogromną elastyczność i nieograniczoną kreatywność. Lekcje nie muszą trwać mechanicznie od dzwonka do dzwonka. Nie musimy marnować czasu na zagadnienie, z którym dziecko radzi sobie błyskawicznie. Za to zyskany czas możemy poświęcić na materiał, który jest trudniejszy. Efekt edukacji domowej może być równie dobry, jak w dobrej szkole. A zdarza sie nierzadko, że jest lepszy - dodaje Marek Budajczak.

W polskim labiryncie urzędniczym
 
Marek Budajczak dziś jest już ojcem dwójki dorosłych młodych ludzi. Gdy w 1995 roku razem z żoną rozpoczeli domową edukację dzieci, wraz z pewną rodziną na Śląsku byli jedynymi rodzicami w Polsce, którzy podjęli się tego zadania.
 
- Pionierzy... a może i męczennicy - żartuje Budajczak.

Byli traktowani jak odmieńcy i szaleńcy, którzy chcą skrzywdzić swoje dzieci. Przysporzyło im to wiele problemów i bolesnych doświadczeń. A oni po prostu chcieli spróbować, jak to jest. Nie kierowały nimi żadne negatywne doświadczenia czy motywacje.
 
- Edukacja domowa od samego początku była w Polsce kłopotliwa - tłumaczy Budajczak. - Reglamentowana jest przez urzędników, od których decyzji nie ma odwołania. Oni dyktują warunki, rodzice muszą się podporządkwoać. Szereg kwestii jest nieuregulowanych, co pozwala na nadużycia. A szkoła decyzję o zabraniu dziecka traktuje jak policzek, więc, gdy przychodzą egzaminy, robi wszystko, by rodziców zniechęcić.
 
Rodzice są rozdarci, nierzadko się wycofują. Zdarzają się dyrektorzy, którzy pomagają, wspierają rodziców, ale niestety większość darzy ich niechęcią i wolałaby pozbyć się "problemu".
 
Budajczak podaje przykład szkoły, w której egzaminowano dziewczynkę z V klasy. W przeciągu kilku zaledwie dni była zmuszona do odpowiadania na 460 pytań pisemnych i 120 pytań ustnych (podczas gdy dla egzaminów eksternistycznych ustalona jest zdecydowanie skromniejsza liczba pytań - 20-30 z każdego kolejnego przedmiotu). Zdaniem Budajczaka, to jawna dyskryminacja, bo żadne polskie dziecko nie zdaje takich egzaminów, a przecież prawo powinno obowiązywać wszystkich.
 
Takie działania są motywowane nieufnością, są formą kary. Pytanie tylko, za co? Za to, że ktoś chce wziąć na siebie odpowiedzialność za wykształcenie własnych dzieci.
 
Budajczak: - Dzieci mają prawo do edukacji, a rodzice z kolei mają obowiązek im dostęp do edukacji zapewnić. Ale to nie oznacza, że muszą posyłać dziecko do szkoły.
 
- Ja nie twierdzę, że edukacja domowa jest lepsza od szkolnej. Chciałbym tylko, żeby w demokratycznym państwie każdy obywatel miał prawo wybrać, w jaki sposób chce kształcić swoje dzieci - tłumaczy. - A jeśli dzieci muszą być poddawane egzaminom, niech ministerstwo stworzy klarowne przepisy, jak te egzaminy mają wyglądać.
 
Budajczakowie są jedyną polską rodziną, która przeszłą całą drogę edukacji domowej. - Zaczynając, nie mieliśmy planów, by całą edukację dzieci kontynuować w domu. Niestety w miarę rozwijania się sporu z urzędnikami, zostaliśmy do tego zmuszeni - relacjonuje.
 
Droga nie była łatwa. - Nasze dzieci nie podchodziły do egzaminów sprawdzających, po tym, gdy władze ustaliły, naszym zdaniem, krzywdzące i niesprawiedliwe warunki, w związku z czym w świetle polskiego prawa, nasze dzieci nie mają nawet wykształcenia podstawowego. Zdały natomiast egzaminy amerykańskie (SAT) umożliwiające podjęcie studiów na uczelniach wyższych. Niestety nie w Polsce - o nostryfikację wyników tych egzaminów w kraju starają się dziś Budajczakowie.
 
Po latach długich sporów sądowych, została im przyznana racja, a szereg decyzji urzędników oświatowych zostało uznanych za wykroczenia. - Gorzka to jednak satysfakcja po tylu latach bojów i szykan. Ale niczego nie żałujemy - mówią dziś.
 
Joanna Dzieciątko przyznaje, że również im, choć zaczynali trzy lata temu, nie było łatwo. - Dyrektor, która podejmowała decyzję, była niechętna naszemu pomysłowi. Musieliśmy trochę powalczyć - opowiada.
 
Ale odkąd wprowadzono zmiany do ustawy o oświacie znoszące rejonizację, rodzice mają możliwość zapisania dziecka do szkoły, w której dyrektor wspiera rodziców wybierających edukację domową, a nie zniechęca.  - Proszę mi wierzyć, to naprawdę ułatwia życie - mówi Dzieciątko.

Amerykański zestaw "zrób to sam"
 
W USA, gdzie metoda zyskała już znacznie więcej zwolenników, rodzice nie muszą toczyć tak zażartych bojów z urzędnikami. W zależności od regulacji obowiązujących w poszczególnych stanach, muszą spełniać konkretne wymagania (np. w niektórych stanach nie można podjąć się edukacji własnego dziecka, jeśli nie posiada się dyplomu studiów wyższych). Niezależnie jednak od tego, rodzice mogą liczyć na duże wsparcie, choćby w postaci programów nauczania przystosowanych do pracy z dziećmi w domu (o tym polscy rodzice mogą jak na razie jedynie marzyć).

 - Rodzice dostają zestaw "zrób to sam" - śmieje się John Hofland, profesor uniwersytetu, którego córki przez kilka lat uczyły się w domu. - To opracowany perfekcyjnie zestaw, łącznie z ołówkiem i gumką. Rodzice nie są osamotnieni.
 
John i jego żona Joyce uczyli córki w domu podczas swojego pobytu na Ukrainie. - John pracował wtedy jako nauczyciel teatru, dziewczynki wyjechały z nami i pomyśleliśmy, że homeschooling to świetna metoda, która pozwoli Christi i Stephanie nie przerywać edukacji - opowiada Joyce.
 
Mieli obawy, że dzieci nabiorą złych nawyków, albo że oni nie zdołają im właściwie zorganizować nauki. Doświadczenie okazało się jednak na tyle ciekawe i owocne, że po powrocie do Stanów jeszcze przez jakiś czas kontynuowali edukację domową. Nie mają jednak złudzeń, że nie jest to metoda dla każdego.
 
- Mieliśmy trochę kłopotów, np. z chemią, której nie potrafiłam skutecznie wyjaśnić Stephanie - wspomina Joyce. - Szukaliśmy wtedy pomocy u studenta. To było jednak stresujące - poczucie, że pomimo dobrych chęci w którymś momencie nie dajesz rady.
 
- Nasze córki mają zupełnie inne charaktery i różnie znosiły rozstanie ze szkołą - mówi John. - Christi jest bardziej otwarta, więc nie miała problemów z nawiązywaniem nowych przyjaźni, nie stanowiło to dla niej problemu, podczas gdy Stephanie tęskniła za przyjaciółmi ze szkoły.
 
Nie mają jednak wątpliwości, że to dobra metoda. John jest wykładowcą akademickim i, jak twierdzi, na uczelniach amerykańskich homeschoolerzy wyróżniają się samodzielnością i kreatywnością, a to coś, co niezwykle cenią pracownicy uniwersytetów. Obserwował też postępy własnych córek. - Po powrocie do szkoły, okazało się, że na tle innych uczniów są świetne - dodaje.
 
Relacje to największa wartość

Każda rodzina jest inna, więc i homeschooling posiada dziesiątki "odmian". Choć to właściwie zwrot ku "starym" metodom, jak kształcenie dzieci z pomocą guwernera. Nie jest to metoda tania. Decyzja o podjęciu się zadania edukacji domowej wiąże się z rezygnacją jednego z rodziców z pracy zawodowej, a to nierzadko oznacza, że rodzinę czekają wyrzeczenia. - To nie jest łatwe zadanie, ale dla ludzi, którzy uczą swoje dzieci w domu najważniejsze jest, że odnajdują w tym radość - podkreśla Budajczak.
 
- Edukacja domowa to bieg długodystansowy, efekty widoczne są po miesiącach albo po latach. My uczymy dopiero od 3 lat, ale znamy rodziny, które uczą dłużej i efekty są naprawdę zachwycające - dodaje Joanna Dzieciątko. - To nie oznacza oczywiście, że nie ogarniają nas wątpliwości - przyznaje. - Bywają chwile, gdy czuję się wypalona, zastanawiam się, czy sprostam temu zadaniu. Uczenie dziecka w domu oznacza, że jest się mamą i nauczycielem w jednym i trzeba dobrze zorganizwoać swój domowy świat, by znaleźć chwilę dla samego siebie, dla odbudowania sił.
 
A rodzicom, którzy stoją przed taką decyzją pani Joanna radzi, by była to decyzja obojga rodziców: - Wsparcie współmałżonka jest absolutnie niezbędne, zwłaszcza w chwilach gdy ogarnia nas zmęczenie i zniechęcenie. Edukacja domowa to cudowne, ale też niełatwe zajęcie. Jeśli któryś z rodziców ma wątpliwości, to może warto raz jeszcze przemyśleć sprawę.
 
Państwo Dzieciątko przyznają, że nie wiedzą jeszcze, czy będą kontynuować edukację Mateusza w domu: - Na razie jest to dla niego dobre rozwiązanie, ale nie wykluczamy, że w którymś momencie zdecydujemy się na powrót do szkoły. Czas pokaże.
 
W czym tkwi największa wartość homeschoolingu? Jak mówią rodzice, dziecko nie tylko otrzymuje solidną dawkę wiedzy. Przede wszystkim buduje silne i trwałe relacje z rodzicami. Doświadczenie rodzin praktykujących edukację domową pokazuje, że dzieci zupełnie inaczej przechodzą przez fazę nastoletniego buntu - jest albo bardzo słaby, albo go nie ma w ogóle. Dzieci mają po prostu świetne relacje z rodzicami.
 
- Bo nasza wspólna praca w domu, to przede wszystkim dzielenie się pasjami - wyjaśnia Dzieciątko. - Rodzina wykorzystuje potencjał każdego z rodziców. Dzielimy się tym, co kochamy i co nas interesuje. Bez pośpiechu i niepotrzebnego napięcia możemy zatrzymać się nad tym, co dziecko najbardziej zaintrygowało. Mamy czas, by odpowiadać na pytania dzieci, które rodzą się na gorąco, a to naprawdę owocuje.
 
 
Strony stowarzyszeń wspierających edukację domową, na których można znaleźć dodatkowe informacje,
to: www.edukacjadomowa.pl i www.edukacja.domowa.pl

Źródło: http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/obiektyw/art,29,w-domu-jak-w-szkole,strona,4.html
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: John Taylor Gatto - Cel Szkolnictwa
« Reply #7 on: (Fri) 08.04.2016, 14:24:12 »
Co szkoła robi z mózgami dzieci?
https://www.youtube.com/watch?v=XnPaz5e-uD8&nohtml5=False

Szkoła nie uczy, szkoła naucza. A to krzywdzi nasze dzieci.

Prowadzi firmę Godmother, dbając o rozwój intelektualny dzieci i edukację rodziców, promując jednocześnie niekonwencjonalne rozwiązania w tych dziedzinach. Marzy, by każde dziecko wykorzystywało potencjał swojego umysłu i rozwijało swoje indywidualne talenty.Na co dzień entuzjastka jogi, ekonomii austriackiej i poszukiwaczka prawdy.
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje