Author Topic: In vitro to wielki biznes, a nie nauka - Prof. Cebrat  (Read 2303 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 559
  • Reputacja: +12/-0
In vitro to wielki biznes, a nie nauka - Prof. Cebrat
« on: (Tue) 15.04.2014, 13:11:33 »
In vitro to wielki biznes, a nie nauka - Prof. Cebrat

Źródło



Czy metoda in vitro jest bezpieczna dla dzieci poczętych w ten sposób? Czy państwo powinno ją refundować? Czy powinniśmy eksperymentować z genomem człowieka? Z prof. Stanisławem Cebratem, kierownikiem Zakładu Genomiki Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia o tym Maciej Sas

Spodziewałem się, że będzie u Pana kolejka polityków, którzy chcą się dowiedzieć czegoś o in vitro. Tyle przecież ostatnio o tym mówią, więc taka wiedza powinna być im potrzebna... Tłumu nie widzę. Ktoś próbował się z Panem spotkać?

Z polityków nie. Chociaż wiedza naukowa bez wątpienia przydałaby się im w tym przypadku. Jednak - jak pan zapewne zauważył - w dyskusji na temat in vitro w ogóle nie mówi się o meritum sprawy, a więc o jakichkolwiek zagrożeniach, jaki to problem, co może zrodzić stosowanie tej technologii.

Mnóstwo jest ideologii, emocji, a z wiedzą krucho w tych dyskusjach.
Zawsze się mówi o problemach natury religijnej, politycznej, jeśli o społecznej to zwykle omija się zasadnicze problemy.

Kończy się na tym, że ktoś będzie musiał do tego dopłacać.
Czytaj także:
 Na adopcję zarodka czeka w Polsce w długiej kolejce wiele...  Nikt nie mówi natomiast o tym, jakie wady genetyczne mogą mieć dzieci, które przyjdą na świat dzięki in vitro. I o tym, kto je będzie utrzymywał.

Przede wszystkim jednak proszę mi wyjaśnić wątpliwość - mówi się, że in vitro to metoda leczenia niepłodności...
To wielki absurd. Porozmawiajmy o tym, jak wygląda samo in vitro, gdy mężczyzna jest niepłodny. Mężczyzna może być niepłodny z powodu braku wykształconych nasieniowodów lub ich niedrożności spowodowanej łagodną formy mukowiscydozy (na ogół to choroba śmiertelna). W tym przypadku mamy do czynienia z łagodną formą - mężczyzna nie ma wykształconych nasieniowodów, ale nie jest on sterylny. Produkuje plemniki, ale nie może doprowadzić do zapłodnienia w naturalny sposób. Plemniki można pobrać dzięki biopsji jąder i użyć ich do zapłodnienia komórki jajowej. I co - ten człowiek został wyleczony? Trudno to nazwać wyleczeniem, bo będzie miał dziecko, ale stan jego organizmu absolutnie nie poprawił się.
Druga rzecz - jeśli w ten sposób uzyska się plemniki to każdy z nich niesie defekt z genem odpowiedzialnym za mukowiscydozę. Jeżeli matka jest nosicielką, to mamy 50 procent prawdopodobieństwa, że dziecko będzie mieć mukowiscydozę. I wtedy najprawdopodobniej cięższą, śmiertelną postać. Tego typu zabiegi są bardzo niebezpieczne, bo związane są z ryzykiem przeniesienia defektu genetycznego.
Leczeniem można by nazwać udrożnienie jajowodów kobiety - bo leczymy w ten sposób stan jej niepłodności.

Zaintrygowało mnie to, o czym się nie mówi. Politycy krzyczą, że ludzie chcą mieć dzieci - zgodzić się na finansowanie tej procedury z kasy państwa, czy nie. Nie mówi się o blaskach i cieniach tej metody z punktu widzenia naukowego i ekonomicznego. A z tego, co Pan mówi, wynika, że nie wszystko tu jest tylko dobre.
Jeśli się mówi o takiej metodzie, gdzie mamy parę bezpłodną, pierwsze pytanie, jakie należy zadać, brzmi: "Dlaczego oni są bezpłodni?" To znaczy, że jest naturalna bariera, która nie dopuszcza do zapłodnienia...

... czyli natura sama zabezpiecza się przed kłopotami?
Natura hamuje rozwój gamet, czyli komórek jajowych i plemników, w takich przypadkach, gdy doszło do przestawienia fragmentu genomu z jednego miejsca w inne. Nazywa się to translokacją, czyli swego rodzaju mutacją. Wyobraźmy sobie, że nasz genom to dwa wydania jakiegoś dzieła - jedno dostaliśmy od matki, drugie - od ojca. Te wydania powinny być prawie identyczne. Ale jednak różnią się. Każde z nich ma trzy miliardy znaczków, którymi zapisana jest informacja genetyczna. Może się zdarzyć, że jedno wydawnictwo, przygotowując to dzieło, doszło do wniosku, że można zamienić miejscami jakieś opowiadania, że tak będzie lepiej, bardziej czytelnie. Takie dwa różne wydania spotkają się u jednego z rodziców. Jeśli teraz ten rodzic tworzy gametę, czyli komórkę rozrodczą, to tworzy swoje wydanie (z dwóch, które dostał od swoich rodziców) i przekazuje je swojemu dziecku. Tworzy nowe wydanie wybierając losowo tomy z wydań rodzicielskich. Jeżeli więc wziął V tom, a tam była ta historia, którą przeniesiono z tomu III, to w obu wydaniach może mieć tę samą historię powtórzoną dwa razy, czyli - trzymając się przykładu wydawnictwa - ma dwa razy ten sam rozdział. Nie ma za to historii, która była pierwotnie w V tomie. Coś się powtórzyło, a coś innego zgubiło. A prawdopodobieństwo tego jest bardzo duże. Jeżeli taka gameta zostanie użyta do spłodzenia nowego człowieka, będziemy mieli ciężki defekt genetyczny. Najprawdopodobniej w takim przypadku dziecko w ogóle się nie urodzi. I to jest najszczęśliwsze rozwiązanie. Natura przed produkcją gamet sprawdza, czy te dwa wydania pasują do siebie, czy nie ma istotnych przemieszczeń. Jeśli są - nic z tego nie będzie, produkcja gamet jest zablokowana.

Sam organizm eliminuje gamety z defektem?
Ogranicza ich produkcję. Można jednak przełamać tę barierę, zrobić biopsję jąder, znaleźć plemnik i wstrzyknąć go do komórki jajowej, ryzykując przeniesienie ciężkiego defektu. Natura właśnie ogranicza takie przypadki.

Czyli czasami warto zaufać naturze.
W tych przypadkach z całą pewnością. Natura zwykle nie tworzy organizmów, których prawdopodobieństwo dożycia wieku rozrodczego jest bardzo małe.

Pisząc w swojej książce o in vitro, zwraca Pan uwagę na rzeczy, o których wcześniej nie słyszałem i nie czytałem. Choćby o tym, że dzieci poczęte dzięki tej procedurze częściej niż inne są wcześniakami, co też rodzi inne konsekwencje.
Przed tym ortodoksyjni zwolennicy in vitro nie są w stanie się obronić.
Bardzo często, gdy o tym mówią, twierdzą, że defektów genetycznych nie jest więcej niż normalnie.
Ale jeżeli rodzą się wcześniaki i dzieci z bardzo niską wagą urodzeniową, to od razu wiadomo, że te dzieci są obarczone większą skłonnością do rozmaitych defektów rozwojowych. Przede wszystkim za sprawą in vitro 27 razy częściej niż normalnie rodzą się bliźnięta! A one są obciążone częściej wadami rozwojowymi. Nie trzeba wykonywać specjalnych badań, żeby się o tym dowiedzieć. Zwolennicy in vitro od razu twierdzą, że bliźnięta poczęte tą metodą wcale nie mają częściej wad niż bliźnięta poczęte drogą naturalną. Nawet gdyby tak było, to rodzą się 27 razy częściej. Najgorsze jest coś innego - ukrywa się inne efekty korzystania z tej technologii.

Sugeruje Pan, że ktoś to robi celowo, świadomie?
Myślę, że tak. Gdyby o wszystkim ludzi informować, zmniejszyłby się popyt na in vitro. A to olbrzymi biznes. Znakomitym przykładem jest siatkówczak (nowotwór dna oka). To choroba wywoływana przez defekt recesywny, to znaczy, że obydwa geny muszą być wadliwe, żeby pojawił się siatkówczak. W połowie przypadków pierwszy defekt jest dziedziczony od jednego z rodziców. Natomiast ta choroba pojawia się również wtedy, gdy gen uszkodzony pojawi się w trakcie produkcji gamety lub już po utworzeniu zygoty - w zarodku. Są takie błędy genetyczne, które sprzyjają temu, żeby doszło do tego, że ten drugi allel (jedna z wersji tego samego genu - przyp. red.) też będzie uszkodzony. Wtedy nowotwór pojawia się w jednej gałce ocznej, a nie w dwóch. Ten defekt zdarza się po in vitro częściej niż po poczęciu naturalnym. To jest najbardziej niebezpieczny efekt zapłodnienia in vitro, bo wskazuje na o wiele większą częstość mutacji.

Dlaczego tak się dzieje w przypadku dzieci poczętych za sprawą in vitro?
Nie wiadomo. Ale znamienne jest to, w jaki sposób takie badania były publikowane. Pierwszy raz zostało to opublikowane przez Holendrów, to znaczy sprawdzili, jak to jest z częstością występowania siatkówczaka. A jak się to w ogóle sprawdza? Na zdrowy rozum powinno to wyglądać tak: mamy dzieci po in vitro i sprawdzamy, jak często u nich pojawia się siatkówczak. On się ujawnia do 5. roku życia. Ale nikt nie śledzi losów dzieci poczętych tą metodą. Badania prowadzi się inaczej. Holendrzy wzięli wszystkie dzieci z siatkówczakiem i sprawdzili, które urodziło się po in vitro. Tylko żeby się o tym dowiedzieć, to trzeba o to zapytać rodziców, a oni wcale nie muszą się przyznać... Okazało się, że te maluchy cierpią na siatkówczaka pięć razy częściej niż poczęte naturalnie. Oni to opublikowali, a jeszcze przy okazji kilku innych naukowców stwierdziło, że oni też zauważyli pojawianie się siatkówczaka po in vitro. Jakie były komentarze lekarzy? "No i co z tego? Jeden przypadek na trzy tysiące urodzeń to i tak jest mało" Dodajmy, że u dzieci poczętych tradycyjnie to jeden przypadek na 17 tysięcy urodzeń.


A jak się to ma do etyki lekarskiej? Gdy idę na operację, lekarz informuje mnie przecież o ryzyku.
Tutaj tak się nie dzieje. Jeden z lekarzy powiedział, że nawet nie należy ludzi o tym informować, bo po co straszyć tym ludzi. "Przecież jak idą do łóżka, żeby począć dziecko, to też wiedzą, że jest pewne zagrożenie..." - przekonywał.
Ale wróćmy do siatkówczaka. Wszystkie przypadki po in vitro, jakie do tej pory stwierdzono, nie są wrodzone, przeniesione przez rodzica. One pojawiły się w trakcie procedury. Dzieci urodziły się z siatkówczakiem, mimo że żadne z rodziców nie nosiło defektu. Taki przypadek zdarza się raz na 30 tysięcy urodzeń.
A tu stwierdza się go raz na trzy tysiące.
Mamy więc do czynienia z nową mutacją. Gen odpowiedzialny za tę chorobę, to nie jest jakiś szczególny, wyjątkowy gen. To znaczy, że mutacje w innych genach też mogą się zdarzać 10 razy częściej! I jeżeli tak jest, to cała populacja jest zagrożona, nie tylko ludzie poczęci za sprawą in vitro. Dlatego, że te wadliwe geny muszą być kiedyś wyrzucone z puli genetycznej człowieka. Jak? Spotkają się w którejś z kolejnych generacji i zostaną wyeliminowane przez tak zwaną śmierć genetyczną. Drugi problem związany z siatkówczakiem - szacuje się, że urodziło się na świecie 4-5 milionów ludzi po in vitro. Wśród nich znalazłem w literaturze zaledwie kilkanaście przypadków siatkówczaka. Gdyby występował on tak samo często, jak w całej populacji, to powinno się obserwować około 300 przypadków. Gdzie więc są te przypadki? Nie są raportowane. Przede wszystkim nikt tego nie śledzi. Jeśli już ktoś się do tego niełatwego zadania zabierze, wychodzi mu, że do tej choroby dochodzi znacznie częściej niż normalnie. Takie wyniki, jak w Holandii, pojawiły się we Francji. Niestety, nigdzie poza materiałami z konferencji naukowej nie znalazłem ich...

Z tego, co Pan mówi, ludzie poczęci metodą in vitro są narażeni na więcej kłopotów ze zdrowiem. Nikt tego nie śledzi, nie mówi o tym? Dlaczego?
Bo in vitro to nie nauka, to wielki biznes. Nauką nazwałbym terapię genową. Niekorzystnych danych się nie publikuje. W USA, chyba w stanie Minnesota, próbowano do książeczki zdrowia dziecka wprowadzić zapis o tym, jaka metodą zostało poczęte. Nie wiem, czy to się udało. Ale kliniki in vitro bronią się przed tym, twierdząc, że to ochrona dóbr osobistych. "Dlaczego ktoś ma wiedzieć, jak mnie poczęto?" - pada taki argument.

A czy są inne przypadłości, o których wiemy, że częściej dotyczą ludzi poczętych wskutek in vitro? Przecież brak tej wiedzy najbardziej uderza w człowieka tak poczętego i w jego bliskich.
Gubią się ślady o tych dzieciach. W amerykańskich raportach dotyczących bezpośrednio efektów in vitro takich danych nie ma. Dlaczego? Albo kliniki używają różnych standardów do oceny, albo np. w przypadku in vitro kobieta zgłasza się do kliniki, a gdy dowie się, że jest w ciąży, znika. I klinika traci możliwość śledzenia losów człowieka poczętego drogą in vitro. A może należałoby zapisać w umowie, że trzeba wpisać w dokumentach, jak dziecko zostało poczęte, że należy pozwolić na kontrolowanie stanu zdrowia dziecka. Tylko, że wtedy mogłoby się okazać, że należy płacić podwyższone ubezpieczenie za to dziecko.

W przypadku tej metody poczęć nie tylko nie mówi się o jej kosztach bezpośrednich, ale i tych, które towarzyszą później człowiekowi tak poczętemu. O tym politycy milczą.
Koszty in vitro nie są małe. Najdroższym elementem jest komórka jajowa, którą można kupić. Trzeba zapłacić kobiecie poddającej się zabiegom, które mogą stanowić poważny uszczerbek na jej zdrowiu. Dlatego w USA obowiązuje limit, ile razy kobieta może być dawczynią komórek jajowych. Taka kobieta jest poddawana intensywnej stymulacji hormonalnej, która wywołuje kilkanaście jajeczkowań w czasie jednego cyklu. W jednym ze szpitali australijskich wyliczono również, jakie są koszty przyjęcia kobiety do porodu. One nawet dla pojedynczego dziecka są trzy razy wyższe po in vitro niż po normalnym poczęciu. Natomiast poród bliźniaków, które jak wspomniałem rodzą się wskutek tej metody 27 razy częściej niż normalnie, kosztuje około 10 razy więcej.

Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje? Przecież i tu, i tu rodzi się dziecko.
Ale widać prawdopodobieństwo powikłań ciąży i rozwoju płodu jest znacznie wyższe niż w przypadku klasycznego poczęcia. To nie jest jednak problem tylko tych kosztów porodu. Należy postawić pytanie: "Dlaczego tak się dzieje?!" Odpowiedź jest znacząca, in vitro prowadzi do zaburzeń w biologii rozwoju.

Natura podnosi poprzeczkę?
Nie, natura unika kłopotów. Przecież gdyby nie było opieki medycznej na takim poziomie, takiej trudnej ciąży też by nie było. Żeby takie dziecko mogło się urodzić, należy się liczyć z dodatkowymi kosztami. Zresztą, na to zwrócił uwagę poznański neonatolog, profesor Janusz Gadzinowski. Powiedział, że jeśli in vitro będzie refundowane, to trzeba też od razu zwiększyć nakłady na oddziały neonatologiczne i położnicze, bo to będzie kosztować znacznie więcej. W odpowiedzi usłyszał, że nie miał prawa się odzywać bez zezwolenia rektora. A on mówił o tym, bo interesują go koszty utrzymania oddziału. Ja nie jestem lekarzem, mnie interesuje coś innego - dlaczego to ma więcej kosztować?

Ale, jak czytałem, nawet wśród lekarzy in vitro budzi mieszane uczucia.
Są metody, nawet w in vitro, których się nie poleca. Zdarza się, że komórka jajowa jest zapłodniona dwoma plemnikami. Taka zygota ginie. Natomiast kiedyś wyciągnięto jądro jednego plemnika i dziecko się urodziło. Ogłoszono, że to wielki sukces. Ale opinia o tym sukcesie była dość wstrzemięźliwa.
Pewien uznany ginekolog-położnik, zajmujący się in vitro, pisał o bezpośrednim wstrzykiwaniu plemników do komórek jajowych: "gdy już opracowali tak dobrą metodę, jak na ironię dowiedzieli się, skąd się biorą te defekty". Miał na myśli poznanie faktów wskazujących na to, że technika ta może przenosić defekty na następne pokolenia.
Paradoksalnie w USA więcej niż połowa zabiegów in vitro odbywa się właśnie przez bezpośrednie wstrzyknięcie plemnika do komórki jajowej.

Dzięki temu klinika będzie miała nowych klientów...
W niektórych przypadkach tak się dzieje. Jeśli ojciec ma defekt genów w chromosomie Y, odpowiedzialnych za produkcję plemników i będzie miał syna dzięki in vitro, to na pewno przekaże mu swoja wadę.
Przyjrzyjmy się parom, które zgłaszają się do kliniki i są oceniane jako bezpłodne. Niech pan pomyśli - 1/3 to pary, w których oboje są niepłodni, 1/3 z powodu niepłodnego mężczyzny, 1/3 z powodu niepłodnej kobiety. Po drobnym wysiłku intelektualnym wychodzi, że niepłodna kobieta trafia na niepłodnego mężczyznę z prawdopodobieństwem 50 procent. Gdyby tak było rzeczywiście, to dzięki in vitro w 4-5 generacji nie byłoby już płodnych mężczyzn. Oczywiście absurdem jest to, że połowa mężczyzn jest bezpłodna, tylko dlaczego dane podawane przez kliniki rozrodu są tak absurdalne?

Sugeruje Pan, że to nieprawdziwe dane?
Oczywiście, że tak. Dlaczego? Bo gdy mężczyzna jest bezpłodny, wybiera się zapłodnienie przez bezpośrednie wstrzykiwanie plemników (w odróżnieniu od standardowej w tym przypadku metody polegającej na zanurzeniu komórki jajowej w zawiesinie plemników). Ta metoda jest droższa.
Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa związana z in vitro - w niektórych krajach ogranicza się możliwość ingerencji, np. nie wolno wykonywać badań preimplantacyjnych zarodków, jeśli nie ma do tego wskazań genetycznych. Co prawda jest do tego taka furtka, że zawsze można znaleźć wskazanie, ale pojawienie się tego zapisu już jest pewnym sygnałem.

Co znaczy "preimplantacyjnych"?
To znaczy jeszcze przed wprowadzeniem zarodka do macicy. Na przykład gdybyśmy chcieli sprawdzić, czy z zarodka urodzi się blondynka, czy brunetka i od tego uzależniali decyzję o jego wprowadzeniu do macicy. W czasie pewnej serii badań prenatalnych, na nosicielstwo śmiertelnej choroby, jaką jest pląsawica Huntingtona sprawdzano płeć płodu. Jest to bardzo łatwe; jest chromosom Y - będzie chłopiec, nie ma - dziewczynka. Oczywiście rodzice chcieli wiedzieć już w pierwszych tygodniach po poczęciu, czy to chłopiec, czy dziewczynka. I okazało się, że dochodziło do aborcji, bo dziecko było nie takiej płci, jaką sobie życzyli chociaż dziecko nie było obarczone defektem Huntingtona. Teraz zaleca się, żeby informacji o płci nie udzielać w I trymestrze, gdy aborcja jest dozwolona, prosta.

W niektórych społecznościach wielu jest bogatych ludzi, którzy nie mieliby chyba oporów, żeby płacić i dowiedzieć się? Np. w Chinach czy w Indiach, gdzie chłopiec jest cenniejszym dzieckiem niż dziewczynka.
Ależ wiadomo, że to jest wykorzystywane. W Chinach mamy 100 milionów więcej mężczyzn niż kobiet. Można sobie wyobrazić, że ta metoda jest tam wykorzystywana.

Przychodzi do kliniki bogaty człowiek i mówi, że chce mieć ładnego, zdrowego syna...
… i nie miałby z uzyskaniem obietnicy rozwiązania jego problemu (gorzej z samym wykonaniem). Z taką selekcją zarodków nie ma kłopotu, a nawet w pewnych przypadkach jest zalecana. Jeżeli matka jest nosicielką genu odpowiedzialnego za hemofilię, a urodzi się syn, to jest 50 procent prawdopodobieństwa, że będzie hemofilikiem. Dlatego sprawdza się płeć - jeśli syn, czeka go aborcja, choć jest 50 procent szans, że będzie zdrowy. Rodzą się więc tylko córki, bo one mogą być jedynie nosicielkami genu, ale nie chorują.

Wyobraźmy sobie, że trafia do Pana zasmucona para i pyta, czy powinna skorzystać z in vitro. Co by Pan doradził?
Żeby tego nie robili. Z punktu widzenia biologicznego in vitro powinno być zabronione.

Teraz i Pan, i ja zostaniemy okrzyknięci ciemnogrodzianami, talibami pisowskimi itd.
To bez sensu - nie chcę być kojarzony z jakąkolwiek partią. To nie jest problem polityczny, czy religijny, a tylko biologiczny! Ta metoda niesie tak wielkie ryzyko, że nie powinna być stosowana, ba, moim zdaniem trzeba zabronić jej stosowania!
Kiedyś myślałem tak: "Skoro ktoś chce mieć dziecko, a to zrozumiałe, bo to chyba największa instynktowna dążność człowieka, i chce ponieść ryzyko, niech za to zapłaci - i za procedurę, i za ubezpieczenie dziecka". Tylko że jak wyliczyłem po badaniach z siatkówczakiem, że mamy do czynienia prawdopodobnie z wielokrotnie częstszymi mutacjami w genomie po in vitro, to będą to efekty, które przeniosą się na kolejne generacje. Żadna firma ubezpieczeniowa nie jest w stanie tego wyliczyć. Dlatego uważam, że to powinno być zabronione. Bo to się nam odbije czkawką w kolejnych generacjach.
Pamiętajmy, że mutacje z jednej strony generują coś nowego, ale z drugiej - nie może ich być za dużo, bo są ryzykowne. Ich nadmiar zabierałyby do grobu nawet te korzystne. Populacja cały czas balansuje na granicy dopuszczalności. Nasze komputerowe symulacje ewolucji populacji wskazują, że zwiększenie częstości mutacji może zabić populację, nawet jeżeli te nowe mutacje będą wprowadzane jedynie przez małą część populacji.

Ale muszę zapytać o coś jeszcze bardziej niepokojącego. Kilka tygodni temu media doniosły, że w Stanach Zjednoczonych urodziło się już około 30 dzieci poczętych wskutek manipulacji genetycznych. Takich dzieci jest około 30 w USA.
Teoretycznie to jest możliwe, chociaż bardzo ryzykowne. Jest memorandum na takie techniki w przypadku terapii genowych - bo to się z tym wiąże - nie wolno prowadzić terapii w sposób ingerujący w linie komórek rozrodczych. Nie można więc ingerować w genom dziecka, sięgać metodami służącymi do naprawy genów w linii komórek rozrodczych. To jest ryzykowne - można raczej popsuć, niż naprawić. Najlepiej wiedzą o tym ci, którzy pracowali nad transgenicznymi myszami. Trzeba być bardzo sprawnym, żeby eksperyment się udał. Poza tym zwykle tymi technikami rodzi się biedna mysz, czyli niepełnosprawna, bo czegoś jej brakuje albo czegoś może mieć za dużo, albo nie w tym miejscu, co trzeba. Ale każdy wie, że to majstersztyk - powołać do życia, a potem utrzymać przy życiu taką mysz. Natomiast próby robienia tego na ludziach są co najmniej tak samo ryzykowne. Tego się unika, to już jest drastyczna metoda eugeniczna, czyli próba ulepszania człowieka droga manipulacji genetycznych. Ulepszania za wszelką cenę. Bo to nie oznacza jedynie usunięcia genu z defektem, ale wprowadzenie również takiego, który uważamy, że jest lepszy.

Czyli chcemy wyprodukować stadko wysokich, niebieskookich, inteligentnych blondynów.
Tak, ale prawdopodobieństwo popełnienia błędu przy takich manipulacjach genetycznych jest bardzo duże. Gen, jak już wspomniałem, można wbudować w inne miejsce niż pierwotnie. Ale czy to się utrzyma w kolejnych generacjach, czy okaże się, że wywołujemy poważny defekt genetyczny?

Czyli urodzi się wysoki blondyn, ale nie spłodzi kolejnych takich samych?
Jego dzieci mogą mieć o wiele więcej defektów niż jego rodzice, którzy przekazali mu geny.

Przypadek z USA to otwarcie furtki do tego, by mieć "dziecko na zamówienie". Takie o określonych cechach.
Jest znany przypadek, gdy dwie niesłyszące panie chciały mieć dziewczynkę - też niesłyszącą. No i zrobioną tak jak chciały. Czyli "zrób sobie dziecko, jakie chcesz..."

No i teraz jeśli zezwalamy na in vitro, a o ile wiem, jeden z projektów pozwala na to ludziom, którzy nie są małżeństwem, to teoretycznie może to być para lesbijek.

Upodobania seksualne dziecka też można by sobie zamówić?
Z tym nie jest tak prosto, bo jeszcze nie bardzo wiadomo, czym one są warunkowane. Czy to jest sprawa genów. Moim zdaniem to mało prawdopodobne, bo jeżeli to jest zawsze kilkanaście procent populacji, to jaki miałby być mechanizm genetycznego przenoszenia się na kolejną generację?

Słucham tego, co Pan opowiada, i rysuje mi się dość ponury obraz. Czy niebawem, starając się o pracę, będziemy musieli np. pokazać badania genomu zamiast CV.
Rzeczywiście, jesteśmy u progu tego. Skoro wiemy, jakie człowiek ma predyspozycje genetyczne, kalkulujemy mu od razu odpowiednio wyższe stawki ubezpieczenia, kształcimy go albo nie - no bo po co, skoro geny mówią, że on nie ma odpowiednich predyspozycji? Niech zajmie się prostą pracą fizyczną. Wysokie stanowiska są dla inteligentnych - takie selekcjonowanie ludzi niebawem będzie możliwe. Praktycznie rzecz biorąc, takie badania już zaczyna się robić. Bada się pewną cechę genetyczną i przypisuje się ją jakiemuś genowi czy grupie genów. To nieprawdopodobnie trudne i wymagające gigantycznych mocy obliczeniowych. Czasem o jakiejś cesze decyduje odpowiednia konfiguracja kilkudziesięciu, a nawet kilkuset genów! To bardzo wymagające badania, ale jesteśmy blisko osiągnięcia takich możliwości.

Skoro tak, to zawczasu można by się dowiedzieć, kto ma predyspozycje, by stać się zabójcą, i odpowiednio go wyizolować. Takie wizje pojawiały się w filmach.
Tyle że jest dużo problemów, które wiążą się z takimi badaniami, m.in. predyspozycje do agresywnych zachowań. Jeżeli stwierdzimy, że istnieje układ genów, który oznacza takie predyspozycje, to co zrobić? Wyobraźmy sobie, że ktoś popełnił przestępstwo i trzeba go osądzić. Ale on ma właśnie strukturę genetyczną predysponującą go do tego. To co zrobić? Traktować go łagodniej, bo jest chory? Część ludzi mówi, że tak należy postąpić. Ale chwilkę - jak my się zachowujemy w tej chwili? Jeśli ktoś ma takie skłonności, to jest skłonny do recydywy, a przecież to obecnie oznacza zaostrzenie kary. Ale posuńmy sprawę do absurdu - czy agresja może być genetycznie warunkowana? Pewnie, że tak! Nie są potrzebne żadne ekstrabadania. Wystarczy pójść sprawdzić, kto siedzi w celach za najcięższe przestępstwa. Kto? Osobniki z chromosomem Y, czyli mężczyźni! O wiele częściej niż kobiety. A czy inaczej traktujemy kobiety i mężczyzn, osądzając ich czyny? Chyba sąd bierze to pod uwagę.

Przy Pańskiej wiedzy genetycznej, która - mówiąc delikatnie - jest ponadprzeciętna, są rzeczy związane z genetyką, których Pan się boi szczególnie?
Boję się dyskryminacji. Podobno z historii nikt się dotąd niczego nie nauczył. Przyjrzyjmy się ruchom eugenicznym, a więc "szukajmy metody, która ulepszy ludzi". Zaczęło się to wieki temu, ale 150 lat temu zostało ubrane w naukowe łaszki. Zawsze grupa uczonych dostarczała argumentów, że "my już wiemy, jak to zrobić, jakie cechy są dobre". W okresie międzywojennym tak mówili nawet niektórzy nobliści. A później nadworny lekarz Hitlera powiedział w czasie procesu norymberskiego: "Przecież my nie robiliśmy niczego innego, niż powiedzieli Amerykanie. I zacytował lekarza Alexisa Carella, noblistę z fizjologii i medycyny, który był Francuzem, ale żył w USA. On też twierdził, że człowiek może wziąć losy ludzkości w swoje ręce i sprawić, że ta stanie się lepsza. On nawet mówił, co trzeba zrobić, żeby się pozbyć tych gorszych - komory gazowe były jego zdaniem całkiem dobrym rozwiązaniem, nie mówiąc o sterylizacji, której w Stanach Zjednoczonych w okresie międzywojennym poddano dziesiątki tysięcy ludzi. Żeby ulepszyć rasę. W Szwecji do 1976 roku sterylizowano ludzi, np. epileptyków.

A w Danii, idąc tym tropem, nie ma dzieci z zespołem Downa..
Bo one się tam nie rodzą, nie dopuszcza się do ich urodzenia. Ale to w ogóle ciekawy kraj, bo tam najczęściej przeprowadza się zabiegi in vitro. Za jej sprawą rodzi się 4-5 procent populacji. A średnio jest to 1-1,5 procenta.

Skąd taka różnica?
To się stało tam modne. Jest świetnie reklamowane. "Mam piękny dom, luksusowe auto i bliźniaki poczęte dzięki in vitro..." jeśli tam spotkamy bliźniaki na ulicy, to jest to bardzo prawdopodobne, że to efekt in vitro. No bo skoro one wskutek użycia tej technologii rodzą się 27 razy częściej, a w Danii po in vitro rodzi się trzy razy więcej ludzi niż gdzie indziej, to wniosek jest prosty.

Czy Pana zdaniem gwałtowny rozwój nauki oznacza schyłek naszej cywilizacji?
Jeżeli to będziemy eksperymentować na ludziach, to jest to realne zagrożenie. Cały czas ruchy eugeniczne cieszyły się poparciem naukowców. Potem następował upadek. I znowu mamy to samo - uczeni mówią, że wiedzą "jak to zrobić". Moim zdaniem wcale nie wiemy. Pokazują to ciekawe badania na myszach. Myszy są podobne do nas. Około dwa procent ich genomu koduje białka. Do niedawna sądziliśmy, że tylko te dwa procent jest ważne, a cała reszta to śmieci. Później zaczęliśmy zauważać, że to wcale nie śmieci... Teraz stwierdzono, że u myszy co najmniej 15 razy więcej DNA jest odpowiedzialne za pilnowanie tych dwóch procent, która kodują białka.

Będziemy kiedyś mieli taką wiedzę, żeby nie obawiać się tego, przed czym Pan przestrzega?
Nie sądzę, żebyśmy byli gotowi do podjęcia takiego ryzyka przyjmując, że za 20-30 lat damy sobie radę z mutacjami, które sami naprodukujemy. Nie powinniśmy robić żadnych ruchów, które by nas zmuszały do manipulowania genomem człowieka.

To wszystko brzmi dość ponuro. Ale terapie genowe mogą przynieść ulgę ludziom.
Może niezbyt wielu, ale mogą pomóc, to prawda. Założenia terapii genowych są jednak inne. One mają przynieść ulgę w cierpieniu. Terapii genowej nikt nie forsuje w przypadku grypy. Stosuje się ją tylko wtedy, gdy inaczej nie można człowieka wyleczyć. Uważa się, że ryzyko tej terapii jest wysokie i trudne do oszacowania. Dlatego przyjmuje się, że się jej nie stosuje, jeśli jest szansa, że człowiek przeżyje dzięki innej terapii. Był taki przypadek, gdy komisja etyczna nie zgodziła się na terapię genową. Uznano, że ten człowiek będzie żył, choć może mało komfortowo. Potem zmieniono zdanie i przeprowadzono terapię, ale człowiek zmarł. To był jeden przypadek. Na całym świecie wywołało to dyskusję na temat zasad etycznych stosowania takiej terapii. A in vitro? Nikt tego nie pilnuje, nie mówi o tym.

To ciekawe, zwłaszcza że codziennie niemal dostaję na dziennikarską pocztę wiadomości dotyczące szkodliwości GMO, czyli organizmów genetycznie modyfikowanych. O in vitro nic podobnego nie dostałem nigdy...
Bo GMO jest pilnowane. Gdyby pan sięgnął do polskiej ustawy o GMO, tam jest taki zapis "za wyjątkiem człowieka". Czyli ktoś zauważył, że gdyby tego zapisu nie wprowadzić, to ludzie po in vitro zostaliby uznani za organizmy GMO. Dlatego że GMO to organizm, który nie może powstać drogą naturalną. A in vitro? Tak samo. Ale to, jak już wspominałem, wielki biznes. W USA wykonuje się rocznie ponad 100 tysięcy zabiegów. To są setki miliardów dolarów zysku.

A gdyby, tu popuśćmy wodze fantazji, jednak zgłosił się do Pana polityk, prosząc o podzielenie się wiedzą o in vitro, porozmawiałby Pan z nim?
A gdyby, tu popuśćmy wodze fantazji, jednak zgłosił się do Pana polityk, prosząc o podzielenie się wiedzą o in vitro, porozmawiałby Pan z nim?
Oczywiście, i to bez względu na to, jaką partię by reprezentował. Uważam, że tę dyskusję trzeba całkiem oddzielić od polityki i religii. Katolicy nie akceptują metody in vitro z innych powodów, ale to nie wyklucza dyskusji merytorycznej. Bo w dyskusji merytorycznej nie ma sensownych argumentów politycznych, ani religijnych. Tu pojawia się jeden argument natury etycznej: odpowiedzialność. Z tego, co pamiętam, tę kategorię do etyki wprowadził Budda. Żeby postępować odpowiedzialnie, człowiek powinien wiedzieć, jakie będą konsekwencje tego, co robi. Jeśli nie ma się pewności, a jednak to coś się robi, to już nie można postępować odpowiedzialnie. A jeśli się jest pewnym, że się zaszkodzi, to już jest karygodne.


Historia in vitro
Pierwsze udane eksperymenty związane z zapłodnieniem pozaustrojowym przeprowadzono w połowie lat 50. XX wieku na królikach. Pierwszy człowiek poczęty metoda in vitro przyszedł na świat w 1978 roku. Do tej pory urodziło się około 5 milionów ludzi poczętych w ten sposób.

Poczytaj o in vitro
Ci, którzy chcą dowiedzieć się więcej o meandrach badań nad genomem człowieka, powinni przeczytać książkę Stanisława Cebrata i Małgorzaty Cebrat pt. "Człowiek przejrzysty, czyli jego problemy z własną genetyka".

Zobacz na:
SZCZEPIENIE przeciw CIĄŻY. Cud czy zagrożenie?
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1912.0
Dziecko z Google'a, film o fabryce dzieci
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=685.0
« Last Edit: (Thu) 30.04.2015, 01:59:56 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 559
  • Reputacja: +12/-0
Re: In vitro to wielki biznes, a nie nauka - Prof. Cebrat
« Reply #1 on: (Tue) 15.04.2014, 13:12:39 »
J. Kossecki o Marszu Niepodległości oraz katastrofie demograficznej w kontekście debaty sejmowej
http://www.youtube.com/watch?v=KnBKBSDHH1A

Najciekawsze fragmenty między 10:30 a 14:35 oraz 15:20 – 21:10

Quote
Proszę państwa tak tutaj dla informacji dodam że swego czasu w 71 roku uczestniczyłem w interdyscyplinarnej konferencji demograficznej w której również uczestniczył ówczesny krajowy specjalista do spraw ginekologii i położnictwa który wyraźnie powiedział że optymalny wiek do pierwszej ciąży to jest 20-24 lata, a reszta to już mogą być nawet do 50. Jeżeli ta pierwsza ciąża nie nastąpi miedzy 20 a 24, to potem prawdopodobieństwo różnych komplikacji rośnie, no w ostateczności 25- 29 . Mówimy o pierwszej ciąży no więc jak widzimy specjaliści niemieccy III rzeszy znali się na ginekologii i położnictwie i bardzo precyzyjnie planowali politykę depopulacyjną w stosunku do ludności Polski.




In vitro przyspiesza - już 5 milionów urodzonych dzieci



Podczas gdy w naszym kraju toczy się zażarta polityczna dyskusja o technikę zapładniania pozaustrojowego (znaną szerzej jako zapładnianie in vitro) to globalnie pokonano właśnie kolejną barierę - urodziło się już 5 milionów dzieci poczętych w warunkach laboratoryjnych.

Technikę tę stosujemy już od 1978 roku, lecz do roku 1984 rocznie rodziło się zaledwie ok. 350 dzieci poczętych in vitro. Oczywiście było to wynikiem tego, że technika ta dopiero raczkowała i ludzie nie byli jeszcze do niej przekonani.

Barierę 1 miliona urodzonych dzieci "z probówki" udało się pokonać dopiero w roku 2001, lecz od tego czasu znacznie wzrosła liczba narodzin.

Niemożliwość zajścia w ciążę jest poważnym problemem, który dotyka ok. 10-15% par w wieku reprodukcyjnym - a więc około 80-100 milionów osób na całym świecie. Dla nich często zapłodnienie pozaustrojowe jest jedyną szansą na posiadanie biologicznego potomstwa.

Jednak w jej przypadku okoniem stoją środowiska religijne, dla których nie do zaakceptowania jest głównie fakt krioprezerwacji zarodków - czyli po prostu zamrażania nadprogramowych embrionów, a także wykorzystania ich do innych medycznych celów (np uzyskanie komórek macierzystych) bądź po prostu ich niszczenia.

Obecnie dzieci poczęte przez IVF stanowią około 1% wszystkich urodzonych w USA. W skali globu jest to 0.25% wszystkich narodzonych dzieci.

Źródło: www.geekweek.pl

« Last Edit: (Fri) 13.03.2015, 12:28:43 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 559
  • Reputacja: +12/-0
Odp: In vitro to wielki biznes, a nie nauka - Prof. Cebrat
« Reply #2 on: (Fri) 13.03.2015, 12:32:50 »
Materiał związany z tematem

Sterylizacja zwierząt i szczepienia - fragment Lethal Injection
https://www.youtube.com/watch?v=BFL-hwMm008
« Last Edit: (Wed) 29.04.2015, 12:22:26 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 559
  • Reputacja: +12/-0
Odp: In vitro to wielki biznes, a nie nauka - Prof. Cebrat
« Reply #3 on: (Thu) 25.06.2015, 12:28:36 »
Czego nie wiemy o in vitro

Autoryzowana wersja wywiadu dla Rzeczpospolitej z dnia 9-10 marca 2013

   Znany ojciec wielodzietnej rodziny powiedział, że akt miłosny podjęty świadomie by począć dziecko pamięta się do śmierci, podczas gdy inne zostają zamazane. Okiem genetyka zapłodnienie jest równie doniosłe?

-   Tak i ... tajemnicze. Ale należy przyznać, że to oświadczenie, które Pani przytoczyła jest pełne emocjonalnego ładunku. Wolałbym naszą dyskusję utrzymać w bardziej spokojnej atmosferze, wręcz suchej i racjonalnej. Wracając do sedna sprawy, za zapłodnienie uznaje się wniknięcie plemnika do komórki jajowej. Przyjmuje się czasem, że nowy człowiek powstaje około 22 godziny później, wtedy jądra obu gamet łączą się. Śmiało można powiedzieć, że to początek każdego z nas.

-   Czego zatem nie wiemy?

-   Nie wiemy jeszcze na przykład, czym kieruje się komórka jajowa wybierając ten, a nie inny plemnik by ją zapłodnił.

-   Uczono nas, że to raczej szybki i sprytny plemnik dopada bierną komórkę.

-   To nie jest cała prawda. Owszem, plemniki wyczuwają komórkę jajową, jedne lepiej inne gorzej i pędzą w jej kierunku, to już jest pierwszy etap wyścigu i selekcji, ale wydaje się, że to ostatecznie komórka jajowa, w nieznany jeszcze nauce sposób wybiera ten właściwy, z którym się złączy.

-   W przypadku zapłodnienia in vitro to samo dzieje się w szkle. Gdzie jest różnica?

-   Wszędzie. Przede wszystkim komórka jajowa często nie ma z czego wybrać, na przykład jeżeli na in vitro decydują się mężczyźni z mocno obniżoną liczbą plemników, a zastosowaną wersją jest bezpośrednie wstrzyknięcie plemnika do tej komórki, tak zwane ICSI. Z naszych badań wynika, że do dobrego wyboru potrzeba ich w ejakulacie co najmniej 10 mln. Chyba ta liczba nieprzypadkowo jest graniczną wartością płodności mężczyzny. W przypadku ICSI komórka jajowa nie ma żadnego wyboru, wstrzykuje się do niej losowo złapany plemnik. Co gorsze, ten plemnik, można czasem powiedzieć, że z definicji musi być defektywny.

-   Może komórka jajowa też wybiera losowo...

-Widzi pani, nawet słynny francuski pionier sztucznego zapłodnienia Jacque Testart wycofał się z tej procedury twierdząc, że losowość jest tu absolutnie niemożliwa. Istnieje wiele dowodów na to, że ten proces nie jest losowy. Ale to tylko początek różnic, bo jeśli cały proces poczęcia przeniesiemy w warunki sztuczne to wiele innych etapów również przebiega w warunkach istotnie różnych niż naturalne. Zaczyna się od intensywnego hormonizowania kobiety, aby wywołać dojrzewanie wielu jajeczek równocześnie.

-   Mówi pan o hormonalnej stymulacji jajników ?

-   Proszę sobie wyobrazić, że cykle menstruacyjne kobiety z dwóch, trzech lat ściskamy nagle do jednego cyklu. W jakich warunkach dojrzewają wtedy komórki jajowe? A w świetle najnowszych badań oznacza to, że ich informacja genetyczna może zostać zaburzona. Niedawno na konferencji oglądałem prezentację na temat hodowli komórek jajowych w różnych warunkach. Zaskoczony, zapytałem badaczkę, czy ma jakieś wyobrażenie o tym, jak wpłynie to na piętnowanie rodzicielskie. Nie miała pojęcia, o czym mówię - co to jest piętnowanie rodzicielskie?

-   Ja też nie mam pojęcia.

   Otóż piętnowanie rodzicielskie polega na jakby znakowaniu informacji, którą uzyskujemy od rodziców. Człowiek otrzymuje dwa, niemal identyczne zestawy genów; jeden od matki, drugi od ojca. Posiadamy zatem parę każdego z genów. Niektóre z nich są jednak aktywne, jeżeli pochodzą od matki, inne - gdy od ojca. Geny pamiętają swoje pochodzenie przez całe nasze życie. To zapobiega na przykład stworzeniu człowieka z dwóch plemników czy dwóch komórek jajowych. Jeśli jednak ta pamięć o pochodzeniu zostanie zaburzona, to może dojść do pojawienia się poważnych wad genetycznych. Jednym z takich defektów jest tak zwany syndrom dużego płodu. Niektóre szacunki wskazują, że po in vitro wadliwe piętnowanie zdarza się około 10 razy częściej niż przy naturalnym poczęciu. I przyczyną nie jest bezpłodność rodziców, ale sama procedura. Przy stosowaniu in vitro u myszy i bydła problem z defektami związanymi z piętnowaniem jest podobny, a nikt przecież nie dokonuje u nich zabiegów in vitro z powodu ich bezpłodności.

-   Komórka jajowa widać jest dziś w cenie.

-   To najdroższy element w procedurze in vitro. Między innymi dlatego, że stymulowanie hormonalne i pobieranie komórek znacząco obciąża zdrowie kobiety i wolno ją poddać tym zabiegom tylko kilka razy w całym jej życiu. Najtańszym źródłem komórek mogłyby być jajniki żeńskich płodów po aborcji. Komórki jajowe są tam już prawie dojrzałe.

-   To jakiś szatański pomysł, kto by to robił?

-   Jeżeli komórka jajowa kosztuje pięć tysięcy dolarów? Już kilkanaście lat temu informowano o tego typu pracach. Lepiej cieszmy się, że nie wpadli na ten pomysł naziści. Proszę sobie wyobrazić jak wyglądałyby wtedy obozy dla kobiet. Aborcji poddawane byłyby Niemki zapłodnione przez rasowych Niemców. Potem, z żeńskich płodów pozyskiwano by komórki jajowe, zapładniano by je plemnikami rasy panów, a zarodki można by już wszczepiać Żydówkom czy Cygankom. Ot, produkcja czystej rasy na wysoką skalę. Stosowane czasem w hodowli bydła.

-   Ale stymulacja jajników sama w sobie jest metodą leczenia niepłodności i nie zawsze wiąże się z in vitro.

-   Tylko, że jeśli po niej dokonamy zapłodnienia na sztucznym podłożu to ryzyko defektów wielokrotnie wzrośnie. Okazuje się bowiem, że środowisko, w którym dochodzi do zapłodnienia i pierwszych podziałów zarodka przed wszczepieniem go do macicy silnie wpływa na zależności między informacją genetyczną komórki jajowej i plemnika tworzących zygotę i ma to również istotny wpływ na dalszy rozwój organizmu. Zarówno piętnowanie rodzicielskie, jak i skomplikowane relacje między informacją komórki jajowej i plemnika zalicza się do tak zwanych zjawisk epigenetycznych, a nasza wiedza o nich ciągle jest bardzo skąpa. Dopiero ostatnio oszacowano, że w procesach epigenetycznych bierze udział wiele więcej sekwencji DNA, niż jest tych, które kodują białka. A do niedawna uważaliśmy, że istotne są tylko te, które kodują, a reszta to śmieci...

-   A gdyby porównać zarodek z próbówki z poczętym naturalnie?

-   Robiono to na zwierzętach. Zarodek zrobiony in vitro porównywano z wydobytym z ciała myszy, bezpośrednio po jej zapłodnieniu. Różniły się od siebie aktywnością 2,5 tysiąca genów. Trudno uwierzyć, że z takiego zarodka powstałego in vitro może mimo wszystko rozwinąć się normalny organizm.

-   Jednak dzieci z in vitro rodzą się normalne.

-   Tak, oczywiście - wiele z nich nie wykazuje żadnych wad rozwojowych. Możliwości kompensowania zmian wywołanych przez środowisko są niewiarygodne! Proszę jednak zrozumieć, że system kontroli aktywności naszego genomu z zewnątrz został zoptymalizowany przez ewolucję. Jeśli zmienimy warunki na sztuczne, których nie potrafimy do końca kontrolować, to mogą dziać się rzeczy, o których nie mamy pojęcia i nie potrafimy też ich przewidzieć. Proces in vitro z angielska nazywa się ART, jak sztuka. Przy naszej raczkującej jeszcze wiedzy przypomina też bardziej sztukę niż naukę. Ale z innych powodów też nie przypomina nauki.

-   Jakie defekty obserwuje się u dzieci z in vitro?

-Zacytuję badania dużego amerykańskiego instytutu: ciężkie wrodzone wady serca stwierdza się 2,1 razy częściej niż u poczętych naturalnie, rozszczepienie wargi 2,4 razy częściej. Cztery i pół razy częściej dzieci te chorują na zrośnięcie przełyku. Te dane dotyczą tylko ciąż pojedynczych. Obciążenie ciąż mnogich jest o wiele wyższe, a ciąż mnogich po in vitro jest ponad dwadzieścia razy więcej niż po naturalnym poczęciu. To są wady wrodzone, które niekoniecznie muszą być warunkowane genetycznie. Ale już w 2003 badania brytyjskie wykazały, że in vitro zwiększa ryzyko wystąpienia zespołu Beckwitha i Wiedemanna, związanego z piętnowaniem rodzicielskim aż 10 krotnie.

-   Nadmierna masa ciała, deformacja twarzy, przerost języka ,asymetria i skłonność do nowotworów?

-   Niestety. Podobna skala zagrożenia wiąże się z zespołem Russela i Silvera. A to z kolei asymetria, niski wzrost i waga, duży obwód głowy i trójkątna twarz. Dzieci po in vitro częściej chorują też na nowotwory.

-   O jakich nowotworach Pan mówi?

-   Na przykład wątroby. Przytoczę pracę z 2012 roku. Otóż na 383 zarejestrowanych przypadków nowotworów, 16 dzieci pochodziło z in vitro. Ustalono to kontaktując się telefonicznie z rodzicami tych dzieci. Niby to mniej, a jednak... Dzieci po in vitro rodziło się wtedy około 100 razy mniej niż po naturalnym poczęciu, zatem 16 należy pomnożyć przez 100, by odpowiadało to liczbie poczętych naturalnie. A więc 1600 przypadków raka wątroby po in vitro odpowiada 367 przypadkom wśród poczętych naturalnie. Ponad cztery razy więcej.
Co gorsze, wśród tych 16 syndrom Beckwitha-Widemanna pojawił się 4 razy, a wśród pozostałych 367 - 9 razy. A zatem ponad 40 razy częściej po in vitro.

-   Jak brzmiał wniosek autorów pracy?.

-Dla mnie przerażająco. Stwierdzono „bardzo słaby związek między in vitro a rakiem wątroby". Ale występowanie nowotworów powiązali oni z niską wagą urodzeniową tych dzieci. Tylko, że niska waga urodzeniowa zdarza się wielokrotnie częściej u dzieci z in vitro. Rodzą się po nim wcześniaki, a powszechnie wiadomo, że to między innymi błąd genetyczny może spowodować przedwczesny poród.

-   Powodem defektów może być sam zabieg?

-   Tak, ale przyczyna może też leżeć po stronie rodziców. W końcu z in vitro korzystają pary z jakiegoś powodu bezpłodne. Wbrew ogólnie przyjętemu przekonaniu, że to kobiety częściej przenoszą defekty genetyczne na potomstwo, to jednak mężczyźni są w tym niechlubnym procesie bardziej skuteczni. Głównie dlatego, że mutacje zdarzają się w czasie podziałów komórek, a tych jest wielokrotnie więcej w czasie produkcji plemników niż komórek jajowych...

-   To już prawie komplement...

-   Niechby. Ale do rzeczy. Wyobraźmy sobie, że mężczyzna jest bezpłodny, ponieważ ma defekt w chromosomie Y Jest to chromosom, który odpowiada za to, by organizm rozwijał się w „męską stronę". Taki mężczyzna produkuje mało plemników, ale można je uzyskać poprzez biopsję jąder. Jeśli urodzi mu się syn, to znaczy, że chromosom Y uzyskał on od ojca, i nie ma cudów, musi być defektywny. A więc także i on będzie bezpłodny. I zasili w przyszłości klinikę wykonującą in vitro.

-   Pan ironizuje?

-   Skądże. To jest zresztą najmniej istotny defekt, jaki bezpłodny mężczyzna może przenieść, bo przecież możemy go skompensować poprzez in vitro. W innych przypadkach bezpłodność może być tylko „produktem ubocznym" defektu genetycznego. Na przykład niewykształcone lub niedrożne nasieniowody. Dlaczego? Bo mężczyzna cierpi na łagodną postać mukowiscydozy. Jest zatem bezpłodny ale nie sterylny - produkuje plemniki i można je pobrać przez biopsję jąder. Jeśli jego żona jest nosicielką mukowiscydozy, a to w naszej populacji zdarza się raz na 25 osób, to dziecko z prawdopodobieństwem 50% urodzi się z tą chorobą. Najprawdopodobniej z postacią śmiertelną. Nawet, jeżeli ta procedura nie zakończy się mukowiscydozą, to trzeba wiedzieć, że w czasie jej przeprowadzania przenosi się defektywny gen ojca na dziecko ze stuprocentową pewnością.

-   In vitro odblokowuje to, co blokuje natura.

-   Niestety. Jak mówiłem, mamy dwa komplety genów - od matki i od ojca. Korzystamy z nich tworząc własne gamety, czyli plemniki bądź komórki jajowe. Ale natura, zanim rozpocznie produkcję gamet, sprawdza prawidłowość ułożenia tych genów w obu kompletach. Gdy wykryje przesunięcia genów, mówi produkcji gamet: stop. Wtedy tych gamet jest bardzo mało, z dużym prawdopodobieństwem są defektywne, a takie pary są kwalifikowane do ... in vitro. Tego typu bezpłodność może dotyczyć do kilku procent populacji. Dlatego z punktu widzenia genetyki oczywistym jest, że po in vitro musi się rodzić więcej dzieci z wadami genetycznymi. Każde inne twierdzenie nie może być prawdą, a wmawianie tego potencjalnym chętnym do skorzystania z tej metody uważam za nieetyczne i za poważne nadużycie. Zresztą kanadyjskie towarzystwo ginekologiczne wydało w tym względzie bardzo szczegółowe zalecenia o konieczności informowania par o zwiększonym ryzyku defektów genetycznych, w tym nowych defektów.

-   A jednak podczas wręczania nagrody Nobla określono sztuczne zapłodnienie jako bezpieczny eksperyment. Może za wcześnie było na ten wniosek? Najstarsze dziecko ma ponad trzydzieści lat.

-   Nagroda Nobla dla Edwardsa? On powtórzył na człowieku eksperymenty wykonane 25 lat wcześniej na innych ssakach. A jeżeli chodzi o zbyt wczesne odtrąbienie sukcesu... Widzi pani, mówiłem już, że nasze geny występują parami i najczęściej jest tak, że jeżeli się zdarzy coś fatalnego w jednym genie z pary, to tego nie widać. Mówimy, że defekt jest recesywny. Mamy przecież kopię zapasową. Jak się to zdarzyło w genie od mamy, to korzystamy z tego od taty. Dlatego dziecko, nawet z defektem w jednym genie będzie zdrowe, ale ów defektywny gen przeniesie ono na własne potomstwo w następnej generacji. A on ujawni się w którymś, nie potrafimy przewidzieć, w którym pokoleniu, gdy spotka drugi ze swojej pary, również defektywny.

-   Narażamy zatem zdrowie naszych wnucząt?

-   Narażamy życie całej populacji. Wyniki analiz komputerowych są zaskakujące. Pokazują, że metody zwiększające częstość mutacji, jak in vitro, mogą zabić całą populację, nawet jeśli stosuje się je u jednego czy dwóch procent osobników. Załóżmy, że z in vitro rodzi się kobieta z wieloma defektami recesywnymi, czyli takimi, których nie widać. W życiu spotyka mężczyznę poczętego, co prawda naturalnie, ale także nie bez wadliwych genów, bo każdy z nas ma ich kilka. Ponieważ ona ma takich genów więcej niż normalnie, więc istnieje większe prawdopodobieństwo, że któryś z nich zetknie się z innym z pary również uszkodzonym. Wtedy dopiero ujawni się defekt. Zwiększanie częstości mutacji prowadzi do osiągnięcia wartości krytycznej, fizycy nazywają to przejściem fazowym. A wówczas populacja ginie. To tak, jak z podgrzewaniem wody. Jest coraz cieplejsza aż zaczyna wrzeć i „znika".

-   Ponoć nowotwór dna oka wymagający amputacji gałek ocznych ujawnia się jednak już w dzieciństwie.

-   Najczęściej do piątego roku życia. Przypadek tego nowotworu - siatkówczaka - zasługuje z wielu powodów na szczególną uwagę. Znamy bezpośrednią przyczynę jego występowania. Jest nią mutacja w konkretnym genie. Może ona zostać wniesiona do zarodka przez gametę i wtedy nazywamy taką postać dziedziczną, albo może się ona tam pojawić na skutek nowego błędu. Wtedy tę postać choroby nazywamy sporadyczną. Z badań Holendrów, potwierdzonych później przez Francuzów wynika, że siatkówczak oka występuje u dzieci po in vitro pięć razy częściej niż u poczętych naturalnie. A co najgorsze, wszystkie badane przypadki okazały się nowymi mutacjami, które pojawiły się w trakcie zabiegu, ponieważ nie stwierdzono ich u żadnego z rodziców. Sugeruje to, że nowe mutacje w tym genie po in vitro pojawiają się 10 razy częściej niż po naturalnym poczęciu. Uważam to za najbardziej niebezpieczny efekt procedury in vitro.

-   Dlaczego? Przecież nawet po in vitro ta choroba nie występuje tak często.

Proszę się zastanowić, dlaczego gen, którego defekt odpowiada za siatkówczaka miałby wyjątkowo często ulegać mutacji? Czy nie sugeruje to, że inne geny też mogą w tej procedurze mutować równie często? Obrońcy in vitro zapytają, dlaczego w takim razie tych defektów nie widać? Ponieważ pod tym względem gen odpowiadający za siatkówczaka jest wyjątkowy, defekt w nim ujawnia się bardzo wcześnie. Znakomita większość defektów w innych genach, to defekty recesywne, o których mówiłem wcześniej, które mogą się nam dać we znaki dopiero w następnych generacjach. Jest jeszcze jeden powód, dla którego siatkówczak jest tak istotny w tej dyskusji. Otóż, publikacje na temat większej częstości jego występowania po in vitro wzbudziły niepokój i dyskusję na temat znaczenia tego odkrycia. Jeden z głosów w dyskusji: „No przecież to i tak nie jest tak często, a ponadto wyleczono wszystkie te dzieci". Nie wiem, jaką metodą - przez amputację oczu, chemioterapię, czy radioterapię, ale wiadomo, że dzieci z defektem w tym genie zapadają w swoim przyszłym życiu na nowotwory z prawdopodobieństwem 1% rocznie. Wobec tego - czy rzeczywiście je wyleczono? Inny głos: „ale to i tak nie jest dużo przypadków, więc nie należy o tym informować pary skłonne do poddania się in vitro". Siatkówczak pojawia się w naturalnej populacji z częstością 1 na 15 000. W odpowiedzi na publikację Holendrów, pewien zespół opublikował pracę w doskonałym czasopiśmie naukowym, w której stwierdził, że „pośród przebadanych 176 dzieci po in vitro u żadnego nie stwierdzono siatkówczaka, wobec tego jest nieuzasadnionym twierdzenie, że po in vitro występuje on częściej". A jakie oni mieli szanse znaleźć choćby jeden przypadek siatkówczaka w swojej maleńkiej próbie? W końcu jeszcze jeden znamienny element w dyskusji związany z siatkówczakiem: Gdybyśmy przyjęli, że jego częstość po in vitro jest niewiększa niż po naturalnym poczęciu, to wśród około 5 mln ludzi urodzonych po in vitro powinniśmy się spodziewać 300 - 400 przypadków siatkówczaka. W całej światowej literaturze odnotowano ich kilkanaście. To gdzie jest reszta? Dlaczego ich nie raportowano?

-   Dlaczego?

-   Ponieważ w ogóle nie prowadzi się tego typu badań. W niektórych państwach prowadzących rejestry zabiegów in vitro ogłasza się sukces zabiegu, jeżeli kobieta utrzymuje ciążę przez 10 tygodni. Dalsze jej losy i losy jej dziecka nie są odnotowywane. W Stanach Zjednoczonych informacje kończą się na urodzeniu - żywe, martwe, ile dzieci z jednego cyklu. Bez informacji na temat statusu zdrowotnego. Pewien zespół naukowy miał ambicje zebrać wszystkie źródła danych na temat dzieci urodzonych po in vitro, ale właśnie metodą prześledzenia ich losów od urodzenia. Po przeszukaniu całej dostępnej literatury na ten temat znaleziono 48 takich źródeł. Zwrócono się z prośbą o współpracę. Część definitywnie odmówiła, część, jak się okazało wcale nie dysponowała takimi danymi. Pozostały jedynie cztery źródła, których nie można było jednak porównywać, ponieważ posługiwały się różnymi kryteriami oceny. Po milionach urodzonych tą metodą dzieci, jedyna droga oceny ich statusu genetycznego i zdrowotnego to sięgnięcie do rejestru chorych i następnie pytanie rodziców o sposób ich poczęcia. Jest to metoda niemal z definicji obarczona systematycznym błędem statystycznym.

-   Zarodki można poddać badaniom przedimplantacyjnym i pozbyć się wadliwych ...

-   To zależy czy chcemy pozbyć się genów letalnych czy tych, które się nam mniej podobają. To już jest metoda eugeniczna. Chcielibyśmy zająć się doborem genów do naszej przyszłej puli genetycznej. Taka dyskryminacja niepokoi mnie także jako człowieka.

-   Znów myśli Pan o nazizmie?

A wie pani, że w procesie norymberskim lekarz Hitlera powoływał się na zalecenia Alexisa Carella, Amerykanina francuskiego pochodzenia, noblistę z medycyny. Uważał on, że należy pozbyć się gorszych nie tylko w komorach gazowych ale i przez sterylizację. W Szwecji do 1976 roku sterylizowano epileptyków. A teraz czytam, że oto głuche małżeństwo zamówiło głuchego syna.

-   Chyba nie zaszkodzimy sobie jednak eliminując tylko defektywne geny?

-   Paradoksalnie - tak. Bo okazuje się, że niszcząc zarodki będące nosicielami na przykład genu mukowizscydozy czy anemii sierpowatej eliminujemy heterozygoty. Heterozygota, to osoba, która jeden gen ma dobry a drugi defektywny. Uprzedzam, że gołym okiem tego nie widać. Natychmiastowy skutek usuwania hetrozygot jest oczywiście pozytywny, bo mamy coraz „zdrowszą" populację, która może w pewnym momencie zginąć, bo jest nieprzystosowana do zmian środowiska.

-   Dlaczego?

-   Bo na przykład heterozygoty noszące w jednym genie hemoglobiny defekt są odporne na malarię, a to jest chyba drugi światowy zabójca. Inne heterozygoty łatwiej przeżywają cholerę, czerwonkę czy inne infekcje przewodu pokarmowego, które dziesiątkowały do niedawna nawet europejskie kraje. Niektórzy twierdzą, że posiadanie jednego defektywnego genu w specyficznej parze genów może zwiększać inteligencję. Warunki naturalne sprawiają, że częstość występowania takich defektów w przyrodzie jest większa niż można by się spodziewać, bo w układzie heterozygotycznym ludzie mają większą szansę na przeżycie.

-   Czy z tego co pan mówi wynika, że niektórzy po prostu nie powinni mieć dzieci?

-   Tak uważam. Jeśli natura w czasie ewolucji postawiła takie bariery, to nie powinniśmy ich łamać bez wiedzy na temat konsekwencji tego, co robimy. Nie bądźmy zarozumiali, nasza wiedza ciągle jest raczej skromna i nie jesteśmy w stanie przewidzieć skutków zmian w naturalnych regułach gry. W naszym zakładzie prowadzimy badania nad ewolucją populacji używając czasem do obliczeń tysięcy procesorów. Wnioski są dość jednoznaczne. Naturalne populacje zdają się balansować blisko krytycznych warunków i jeśli choć odrobinę zwiększymy częstość mutacji w genach, to olbrzymie populacje giną. W przypadku in vitro zwiększamy ją dziesięciokrotnie.

-   Motylek w Chinach powoduje tornado w Teksasie?

-   Prawie dokładnie to zjawisko. Drobna zmiana powiela się, amplifikuje. Mówi o tym olbrzymia dziedzina fizyki - Teoria Chaosu. Chaos nie jest bałaganem, jak to się często kojarzy. Jego prawa rządzą w wielu dziedzinach naszego życia, nie tylko pogodą, do której Pani nawiązała.

-   Ale patrząc na to z punktu widzenia jednostki, pary, która tylko chce mieć dziecko...

-   Takie pary przychodzą do mnie czasem po radę. Ja im nie radzę, ponieważ nie będąc lekarzem, nie mam do tego prawa. Mam jednak prawo do opisania im problemu. Według mojej opinii mają oni prawo do uzyskania rzetelnej informacji na temat ich problemu i ryzyka. Jeśli zagrożenie defektem jest większe, to mają prawo rozważyć, czy są w stanie takie ryzyko znieść. Ale oceniając cały system uważam, że jest niegodziwy i karygodny. Rodziców i społeczeństwo należy informować o tym, że in vitro zwiększa ryzyko urodzenia dziecka z wadą genetyczną nie o jeden, czy o kilkadziesiąt procent. Jeżeli kilkukrotnie, to mówimy przecież o setkach procent. Mówimy o tysiącach chorych dzieci więcej. Bardzo dobrze ujęła to francuska badaczka mówiąc, że jeżeli we Francji urodziło się 200 000 dzieci po in vitro (rok 2010) to o pięciokrotnym wzroście liczby dzieci z defektami genetycznymi w tej grupie powinni wiedzieć nie tylko lekarze, ale również politycy. Można by przypuszczać, że w tej dyskusji nad in vitro przeważa entuzjazm wywołany naszymi osiągnięciami naukowymi nad sceptycyzmem i pokorą, które skłaniają nas do ostrożnej oceny tych osiągnięć i podejmowania dalszych badań raczej na zwierzętach niż ludziach.

- Ale inni patrzą na to z punktu widzenia ekonomii. Ocena zdrowia dzieci po in vitro, jak pan powiedział, jest praktycznie nieosiągalne. Dlaczego?

-No właśnie dlatego, że in vitro nie jest traktowane jak rzetelny eksperyment naukowy. To raczej potężny biznes. Przychody szacuje się na setki miliardów dolarów rocznie. W samym Białymstoku urodziło się podobno po in vitro 10 000 dzieci, co przy skuteczności rzędu 40% (powyżej światowych osiągnięć) i 10 000 PLN za cykl daje okrągłą sumę 250 mln. Gdyby in vitro było przedsięwzięciem naukowym, to po kilkunastu milionach wykonanych prób, z których urodziło się 5 milionów dzieci, wiedzielibyśmy o wynikach stosowania metody wszystko i naszej dyskusji dzisiaj w ogóle nie musiałoby być.

Stanisław Cebrat

Znalezione na: http://www.smorfland.uni.wroc.pl/uploads/Papers/wywiad2013.pdf


Poniżej skrót tego co powyżej

Prof. Cebrat: Zwiększanie częstości mutacji, np. przez in vitro, może zabić całą populację

Prof. Stanisław Cebrat przedstawia zagrożenia wynikające z manipulowania przy procesie zapłodnienia komórki jajowej. Czy niepłodność nie jest czasami mechanizmem ratującym ciągłość gatunku ludzkiego? Czy nie jest to stan czasami przejściowy, który daje organizmowi ludzkiemu czas na przywrócenie jego prawidłowej płodności? - o tym wszystkim w artykule ostatniego wydania magazynu Plus Minus: http://www.rp.pl/artykul/61991,988168.html.

Entuzjaści in vitro mówią tylko o ludzkich dramatach i sukcesach medycznych. Czego nie wiemy?




Prof. Cebrat: Zwiększanie częstości mutacji, np. przez in vitro, może zabić całą populację

- Ciężkie wrodzone wady serca stwierdza się 2,1 razy częściej [u dzieci poczętych metodą in vitro], niż u poczętych naturalnie, rozszczepienie wargi 2,4 razy częściej. Cztery i pół razy częściej dzieci te chorują na zrośnięcie przełyku. To dane z ciąż pojedynczych. Defekty w ciążach mnogich są o wiele częstsze, a takich jest po in vitro 20 razy więcej – nie pozostawia złudzeń kierownik Zakładu Genomiki Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Stanisław Cebrat w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. – Już w 2003 roku Brytyjczycy wykazali, że po zapłodnieniu w szkle zespół Beckwitha i Wiedemanna, związany z piętnowaniem rodzicielskim, występuje aż dziesięciokrotnie częściej – twierdzi naukowiec, który dodaje, że osoby poczęte metodą in vitro czterokrotnie częściej chorują na raka wątroby.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest sztuczność metody. Tłumaczy, że nie wiadomo, czym kieruje się komórka jajowa, wybierając plemnik, który w nią wniknie, rzadko jest to ten, który dotrze do niej najszybciej. W przypadku in vitro ten element zostaje zaburzony, co może prowadzić do częstszych chorób potomstwa, gdyż dzieci mają osoby, które w innym wypadku by ich nie miały. Na pytanie dziennikarki: - In vitro odblokowuje to, co blokuje natura? – odpowiada: - Natura, zanim rozpocznie produkcję gamet, sprawdza prawidłowość ułożenia tych genów w obu kompletach. Gdy wykryje przesunięcia genów, mówi produkcji gamet: stop. Wtedy jest ich mało, w tym mnóstwo defektywnych, a takie pary małżeńskie kwalifikowane są do… in vitro. Tego typu bezpłodność dotyczy kilku procent populacji. Dlatego z punktu widzenia genetyki po in vitro musi rodzić się więcej dzieci z wadami.

Zdaniem naukowca jest to szkodliwe nie tylko dla samych dzieci, ale dla całej populacji. – Zwiększanie częstości mutacji prowadzi w końcu do osiągnięcia wartości krytycznej. A wówczas populacja ginie – mówi prof. Cebrat. Genetyk nie zgadza się z twierdzeniem, że diagnostyka preimplantacyjna, w wyniku której można by „pozbyć się” wadliwych zarodków rozwiązuje problem. - Taka dyskryminacja niepokoi mnie jako człowieka. Czy wie Pani, że w procesie norymberskim lekarz Hitlera powołuwał się na zalecenia Alexisa Carella, Amerykanina francuskiego pochodzenia, laureata medycznej Nagrody Nobla? Carell uważał, że należy pozbyć się „gorszych” nie tylko w komorach gazowych, ale i przez sterylizację – tłumaczy dziennikarce. Ponadto likwidacja osób z wadami jest szkodliwa także dla całej populacji, gdyż jest ona nieprzystosowana do zmian środowiska.

Prof. Cebrat wskazuje także na inny makabryczny aspekt przemysłu in vitro. Pozyskanie komórki jajowej kosztuje 5 tysięcy dolarów. – Najtańszym źródłem komórek byłyby jajniki żeńskich płodów po aborcji. Komórwki jajowe są tam już prawie dojrzałe. (…) Już kilkanaście lat temu informowano o tego typu pracach. Lepiej cieszmy się, że nie wpadli na ten pomysł naziści – mówi.

Znalezione na: http://www.instytut-rodziny.pl/naprotechnologia/baza-wiedzy/files/af4c7d809d1db5073062f04f2de20ae9-0.html


In vitro - zapłodnienie (prof. Stanisław Cebrat)
https://www.youtube.com/watch?v=CQJgGwXJI1E

Na czym polega in vitro z punktu widzenia biologicznego? Jakie są rodzaje zabiegów in vitro? Czym się różnią? Co to jest metoda ICSI? Jak wygląda proces zapłodnienia in vitro? Kiedy i kto pozwala na badanie zarodków? Tłumaczy prof. Cebrat.
« Last Edit: (Sun) 01.11.2015, 19:38:56 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 559
  • Reputacja: +12/-0
Odp: In vitro to wielki biznes, a nie nauka - Prof. Cebrat
« Reply #4 on: (Sat) 04.07.2015, 12:49:30 »
Czy rząd, jako eksperta, skierował do prac nad ustawą o in vitro lobbystę?

Determinacja polskiego rządu w promowaniu interesów podmiotów gospodarczych świadczących usługi in vitro budzi szereg poważnych wątpliwości prawnych zwłaszcza w kontekście konstytucyjnej ochrony godności człowieka, praw dziecka oraz praw pacjenta.
 
Instytut Ordo Iuris informował niedawno o podejrzeniu łamania zbiorowych praw pacjentów przez kliniki korzystające ze środków publicznych na podstawie rządowego programu „Leczenie Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego 2013-2016". Wątpliwości budzi to, czy należycie respektowane jest prawo pacjentów do informacji. Ponadto, niepokój wzbudza umieszczanie w stosowanych przez kliniki in vitro wzorach umów, klauzul o zrzeczeniu się przez pacjenta prawa do wytoczenia powództwa o zaprzeczenie ojcostwa w sytuacji, gdy biologicznym ojcem dziecka okaże się inny mężczyzna niż mąż matki. Przypomnieć również warto, że sam program finansowania in vitro budzi zasadnicze wątpliwości konstytucyjne i jest obecnie przedmiotem kontroli w Trybunale Konstytucyjnym.
 
Jednak wątpliwości prawnych co do zaangażowania rządu w promocję interesów biznesu in vitro jest więcej. Jako rządowy ekspert, w pracach nadzwyczajnej podkomisji rozpatrującej rządowy projekt ustawy o leczeniu niepłodności brała udział lek. med. Katarzyna Kozioł. Jest ona wspólnikiem w spółce jawnej Przychodnia Lekarska nOvum, która świadczy usługi w zakresie sztucznego zapłodnienia. Będąc współwłaścicielem kliniki in vitro jest osobą, której interesy majątkowe są ściśle związane z kształtem regulacji tworzącej prawne ramy dla biznesowej działalności jej przedsiębiorstwa. Okoliczność ta nakazuje postrzegać zaangażowanie Katarzyny Kozioł w prace sejmowe nad rządowym projektem ustawy legalizującej in vitro jako działalność lobbingową.
 
Pani Kozioł aktywnie uczestniczyła w posiedzeniach podkomisji nadzwyczajnej ds. in vitro, które odbyły się m.in. 13 maja i 9 czerwca. Wygłaszane przez nią opinie, w świetle aktualnej wiedzy naukowej, mogą budzić wątpliwości co do ich obiektywizmu, jednoznacznie wspierając przy tym interes przedsiębiorców świadczących usługi w zakresie zapłodnienia in vitro. Dlatego Instytut Ordo Iuris zwrócił się do Ministra Administracji i Cyfryzacji z zawiadomieniem o podejrzeniu podjęcia czynności wchodzących w zakres zawodowej działalności lobbingowej bez ujawnienia tego faktu w prawem przewidziany sposób.
 
W zawiadomieniu Instytut zwraca uwagę, że Katarzyna Kozioł jest wspólnikiem w Przychodni Lekarskiej „nOvum", która prowadzi działalność w formie spółki jawnej i jako przedsiębiorca jest osobiście zainteresowana przyjęciem projektu w określonym kształcie. Tym samym prowadzi ona działalność lobbingową bezpośrednio na rzecz spółki jawnej, której jest wspólnikiem oraz na rzecz swego wspólnika a pośrednio również na rzecz innych przedsiębiorców świadczących usługi zapłodnienia pozaustrojowego, w tym członków Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu. W opinii Instytutu Ordo Iuris zasadne wydaje się przeprowadzenie postępowania w celu wyjaśnienia, czy czynności lobbingowej podejmowane przez p. Katarzynę Kozioł w toku prac legislacyjnych nad projektem ustawy o in vitro można zakwalifikować jako czynności zawodowego lobbingu na rzecz osób trzecich. W razie takiej kwalifikacji, zasadne będzie zastosowanie środków przewidzianych, na wypadek naruszenia obowiązku wpisu do rejestru lobbystów, przez w art. 19 ustawy o działalności lobbingowej w procesie stanowienia prawa.
 
Niezależnie od powyższych wątpliwości, należy uznać za poważne uchybienie, ustanowienie przez stronę rządową ekspertem w toku pracy legislacyjnych osoby pozostającej w drastycznym konflikcie interesów poprzez bezpośrednie osobiste zainteresowanie uchwaleniem korzystnych dla przedsiębiorców in vitro rozwiązań ustawowych. W związku z drastycznym ograniczeniem w projekcie praw osób uwikłanych w procedury in vitro, powstaje zasadna obawa, czy naruszające godność dzieci poczętych in vitro, które na mocy art. 91 pkt 3 rządowego projektu, mogą być przedmiotem transakcji macierzyństwa zastępczego i trafiać do homoseksualnej adopcji, nie są wynikiem lobbingu klinik in vitro.


Zobacz na:
Dzieci z Google'a
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=685.0
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje