Author Topic: Kto na prezesa od leków  (Read 837 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Kto na prezesa od leków
« on: (Sat) 06.06.2015, 17:06:44 »
Kto na prezesa od leków



W konkursie na prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji uczestniczy jej była pracownica zwolniona za niszczenie dokumentów. Ministerstwo Zdrowia nie widzi w tym problemu.

Do udziału w konkursie ministerialna komisja dopuściła trzy osoby: obecnego prezesa Wojciecha Matusewicza, który kieruje AOTMiT od 10 lat i kończy mu się kadencja, dr. Sławomira Janusa, byłego szefa Instytutu Matki i Dziecka, oraz Igę Lipską, byłą dyrektorkę Wydziału Oceny Technologii Medycznych w AOTMiT. Przesłuchania odbyły się 22 maja. Zgodnie z przepisami komisja konkursowa powinna niezwłocznie po przesłuchaniach wyłonić i ogłosić w Biuletynie Informacji Publicznej nazwiska maksimum trzech kandydatów, których typuje na stanowisko prezesa i przedstawia ministrowi. Do niego należy ostateczna decyzja. Powinien ją podjąć do 30 czerwca - wtedy kończy się kadencja Matusewicza.

Na razie jednak w BIP żadnej informacji o naborze nie ma. W ministerstwie za to huczy od plotek, że faworytką konkursu jest Lipska, bo Matusewicz podpadł szefom departamentu polityki lekowej. Trzeci kandydat, czyli Janus, ponoć w ogóle się nie liczy.

AOTMiT za dobrze opiniuje leki

W tle konkursu rozgrywa się spór o niezależność Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji oraz działającej przy niej Rady Przejrzystości. Obydwie instytucje zajmują się wydawaniem opinii o nowych lekach i terapiach. Rekomendacje Agencji i Rady mają być dla ministra zdrowia pomocą przy podejmowaniu decyzji o tym, jakie leki i terapie mają być refundowane przez NFZ. Nie są jednak dla niego wiążące. W świetle przepisów i unijnych wymogów Agencja i Rada powinny być całkowicie niezależne od Ministerstwa Zdrowia.

Problem w tym, że w ministerstwie niezależność Agencji i Rady wcale się nie podoba. Dowodem na to był list, który na początku roku wysłał do Agencji i Rady wiceminister Radziewicz-Winnicki. Skrytykował w nim i AOTMiT, i Radę za to, że wydają pozytywne opinie o drogich lekach. Pozytywne rekomendacje szkodzą, bo "eskalują żądania pacjentów". "Pacjenci nie przyjmują argumentu ekonomicznego" - ubolewał w liście wiceminister. Nie pozostawił też wątpliwości co do swoich intencji. "Proszę o dostosowanie swoich działań do oczekiwań ministra" - napisał.

Chodzi o to, że choć NFZ zaoszczędził na lekach ponad 4 mld zł w ciągu ostatnich trzech lat, to ministerstwo chce, by oszczędzał jeszcze więcej.

W lutym Radziewicz-Winnicki, a także Artur Fałek, dyrektor departamentu polityki lekowej w MZ, i jego zastępca Grzegorz Bartolik spotkali się z Radą i powtarzali to samo: opinie mają być negatywne. - Nie znajduję argumentów za tezą, że osoby cierpiące na choroby rzadkie mają większe prawo do pieniędzy ze składek zdrowotnych niż pacjenci z chorobami częstymi - przekonywał wiceminister.

Fałek i Bartolik mówili nawet, że negatywne opinie ułatwią im rozmowy z firmami farmaceutycznymi (obydwaj zasiadają w Komisji Ekonomicznej zajmującej się negocjowaniem cen leków, które firmy chcą wprowadzić do refundacji), bo "zmiękczą" ich stanowisko.

Członkowie Rady byli zaniepokojeni i listem, i spotkaniem. Liczba pozytywnych rekomendacji dla nowych leków spadła. W lutym nie było ani jednej, w marcu i kwietniu - łącznie trzy. Rok wcześniej w tym samym okresie było ich 11.

Kontrowersyjna kandydatka

Przebieg konkursu budzi emocje także dlatego, że Iga Lipska jest w sporze prawnym z Agencją. AOTMiT nie udziela w tej sprawie żadnych informacji, zasłaniając się ochroną prywatności i danych osobowych. Z innych źródeł wiemy jednak, że Lipska została dyscyplinarnie zwolniona w 2011 r. za to, że używając profesjonalnego programu, skasowała ze służbowego komputera dokumenty Agencji, a nawet część oprogramowania. Prokuratura postawiła jej w tej sprawie zarzuty. Ostatecznie sąd ją uniewinnił, ponieważ prokuratura nie wykazała, o jakiej wagi dokumenty chodziło.

- Nie było powodu, żeby mnie zwalniać - zapewnia Lipska w rozmowie z "Wyborczą".

Przekazała sprawę do sądu pracy. Ten na jej wniosek powołał na świadka dyrektora Fałka, który zeznawał na korzyść Lipskiej. Wywalczyła zwolnienie za porozumieniem stron. Na Facebooku winszował jej tego otwarcie Grzegorz Bartolik. "Gratuluję. Nigdy nie miałem wątpliwości, po czyjej stronie jest racja" - napisał.

Lipska nie była jednak w pełni zadowolona z wyroku i w Sądzie Najwyższym złożyła wniosek o jego kasację. Domaga się przywrócenia do pracy w AOTMiT i odszkodowania za czas, kiedy była jej pozbawiona. Nie widzi żadnego problemu w tym, że teraz chce zostać prezeską Agencji, z którą jest w sporze.

Czy jeśli wygra konkurs, sama wypłaci sobie odszkodowanie? - pytamy.

- Mam nadzieję, że sąd rozstrzygnie sprawę przed moją ewentualną nominacją - odpowiada.

Na to nie ma jednak szans: nawet jeśli Sąd Najwyższy przychyli się do jej skargi, to sprawa wróci do pierwszej instancji i spór sądowy będzie się jeszcze toczyć latami.

Kto zadba o standardy?

"Świetna menedżerska merytoryczna rozmowa" - napisała Lipska na Facebooku tuż po swoim przesłuchaniu w komisji konkursowej. Zasiedli w niej: Artur Fałek, jego zastępczyni Małgorzata Szumowska i dwóch wicedyrektorów innych departamentów w ministerstwie. Dlaczego zabrakło Radziewicza-Winnickiego, który formalnie odpowiada za politykę lekową? Nie sposób się dowiedzieć, bo nie odbiera naszych telefonów. Dla ludzi w resorcie jest to jasne: wiceminister oddał pole Fałkowi.

Krzysztof Bąk, rzecznik Ministerstwa Zdrowia, na pytania o kandydaturę Lipskiej w kontekście jej sporu z AOTMiT nie odpowiada wprost. "Każdy z kandydatów biorących udział w naborze ma takie same uprawnienia, jeżeli więc dany kandydat spełnił wymagania formalne, nie może nie zostać zakwalifikowany do rozmowy kwalifikacyjnej" - pisze. Na pytania o obecność Fałka Bąk odpowiada: "Posiada odpowiednią wiedzę z zakresu spraw należących do właściwości AOTMiT oraz doświadczenie, które pozwala na udział w wyłonieniu najlepszych kandydatów na stanowisko prezesa". To, że Fałek był świadkiem Lipskiej, "nie miało żadnego wpływu na prace komisji".

- Ministerstwo nie dba o standardy. Nawet jeśli nie ma formalnych przeszkód, by się ubiegać o stanowisko w instytucji, z którą ma się sądowy spór, to wymagają tego dobre obyczaje i zasada przejrzystości w podejmowaniu decyzji - komentuje były minister zdrowia Marek Balicki.

Zrodlo: http://wyborcza.pl/1,75478,18034264,Kto_na_prezesa_od_lekow.html


Zobacz na:
Kary dla koncernów farmaceutycznych
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1744.0
Korupcja nauki
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1803.0
« Last Edit: (Thu) 03.12.2015, 21:35:44 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Kto na prezesa od leków
« Reply #1 on: (Thu) 03.12.2015, 21:33:26 »
Jak koncerny farmaceutyczne utrzymują prezesa Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków

01.08.2005

Miliony złotych kosztuje koncerny farmaceutyczne życzliwość prezesa Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków. Fundują mu wycieczki po całym globie, noclegi w ekskluzywnych hotelach, a co trzy lata - nowe auto

Andrzej Bauman, były sekretarz zakładowy PZPR w bydgoskiej szwalni Modus, zarabia więcej niż premier Belka (ponad 12 tys. zł), po świecie podróżuje więcej niż prezydent Kwaśniewski, ma pod sobą armię ludzi większą niż policja.

Takie przywileje daje mu funkcja prezesa Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków. Bauman przyznaje, że w ubiegłym roku do PSD trafiło 1,5 mln zł darowizn. W tym roku wpłynie przynajmniej 3 mln zł. Pieniądze pochodzą od koncernów farmaceutycznych produkujących leki dla cukrzyków. Roczna wartość rynku tych leków przekracza miliard złotych.

- Najdroższa kampania reklamowa nie przyniesie producentom takich korzyści, jak układy ze stowarzyszeniem diabetyków - mówi Bogusław Winkler, były szef świętokrzyskiego oddziału PSD, wykluczony wyrokiem sądu koleżeńskiego za krytykę władz. - Mamy pięćset oddziałów, w nich dziesiątki tysięcy chorych szuka informacji, z jakiej firmy brać insulinę, a z jakiej glukometr. Prezes decyduje, który koncern jest dobry, a który zły.

Elżbieta Gnas, szefowa mazowieckiego oddziału PSD, dodaje: - Od lat razi nas jawne przyjmowanie drogocennych prezentów przez prezesa. Do pewnego stopnia jest to niezbędne i pozwala dobrze funkcjonować stowarzyszeniu. Ale Bauman przekracza granice.

Koncernom zależy nie tylko na dobrej marce - bój idzie o wpisanie ich produktów na listę leków refundowanych. Paweł Trzciński, rzecznik prasowy ministerstwa, przyznaje: - Minister, ustalając kształt listy, liczy się z opinią diabetyków i prezesa Baumana. Musi się liczyć, bo PSD reprezentuje pacjentów, czyli najbardziej zainteresowanych.

Chiny, hotel, limuzyny

Z Baumanem spotykam się w bydgoskiej siedzibie PSD. Sekretarka podaje kawę w wytwornej porcelanie z napisem Eli Lilly (amerykański koncern produkujący m.in. insulinę).

- Ofiarodawców nie ujawnię, bo zawarliśmy umowę dżentelmeńską - zastrzega. I opowiada: - W Afryce byłem trzy razy, w USA nie jestem w stanie policzyć ile, po razie w Ameryce Południowej, Chinach, Japonii. Byłem też we wszystkich krajach Europy.

- Kto opłaca wyjazdy?
- Nie wyjazdy, tylko szkolenia albo konferencje. Płacą koncerny.
- Za samochody też?
- Też. Ale to nie dla mnie, tylko dla zarządu głównego PSD. Ja jeżdżę tymi samochodami. To coś przyjemnego zrobić w kilka lat dwa miliony kilometrów?
- Ile aut kupili?
- Przynajmniej siedem. Co trzy lata wymieniamy, jak jest duży przebieg.
- Kto płaci za Pańskie rachunki w hotelach?
- Często jakaś firma farmaceutyczna. Ale to konieczność. Siedziba główna PSD jest w Bydgoszczy, a wiele spraw do załatwienia mam w Warszawie.
- Podobno wybiera Pan Sheraton, Sobieski albo Marriott?
- Marriott? Już przeżytek. Myśli pan, że to takie luksusy spać w hotelach?

Prezes rozdaje razy i medale

Firmy farmaceutyczne, które podpadły prezesowi, muszą się liczyć z kłopotami. W lutym "Gazeta" ujawniła, że Bauman rozpętał kampanię przeciwko polskiej spółce Bioton, która obniżyła ceny insuliny, na czym straciły zachodnie koncerny. W liście do mediów napisał: "Większość chorych korzysta z insulin firm zagranicznych. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zmuszeni będą do przestawiania insulinoterapii na polską insulinę, (...) zmiana insulinoterapii jest stresorodna dla chorego".

List wysłał też do ministra zdrowia. Z inicjatywy działaczy PSD w kilkudziesięciu lokalnych gazetach opublikowano artykuły o "złej polskiej insulinie".
Bioton nie ugiął się pod presją i ceny obniżył. Podarował też PSD forda focusa, którym aktualnie jeździ Bauman. Burza wokół firmy ucichła.

Inny przypadek: Polfa Tarchomin. Gwiazdą konferencji prasowej w warszawskim Domu Dziennikarza, podczas której prezentowano nową insulinę tej polskiej firmy, był prezes Bauman. Przedstawił się, powiedział kogo reprezentuje i oskarżył publicznie Polfę o produkowanie insuliny zanieczyszczonej szkłem. Od tej pory dziennikarze zadawali pytania już tylko Baumanowi. Przedstawiciele Polfy odmawiają dziennikarzom rozmowy na temat incydentu.

Bauman komentuje: - Mieć swoje zdanie i publicznie je przedstawiać to chyba nic złego?
Zachodnie koncerny nie mają z PSD takich kłopotów jak polskie.
- Wraz z kilkoma innymi firmami farmaceutycznymi współpracujemy z PSD wspierając ich programy - mówi Hubert Zawadzki z amerykańskiego Eli Lilly. - W 2005 r. wyniesie to ok. 2 mln zł. Pieniądze przeznaczone będą na edukację pacjentów oraz programy zdrowotne.
- Novo Nordisk konsekwentnie wspiera PSD we wszystkich inicjatywach zwiększających świadomość społeczną problemu, jakim jest cukrzyca - mówi Andrzej Popkowski, szef sprzedaży i marketingu leków diabetycznych w duńskim koncernie. - Od ośmiu lat sponsorujemy ich konkurs plastyczno-literacki dla dzieci z cukrzycą, płacimy za stronę internetową i kafejki internetowe dla diabetyków. Oprócz tego raz na kwartał wspieramy stowarzyszenie darowizną w kwocie 10 tys. zł.
Co w zamian? Z rozmowy z Popkowskin wynika, że za dobrą współpracę z PSD można dostać nawet wysokie odznaczenie. On sam z rekomendacji prezesa Baumana otrzymał Brązowy Krzyż Zasługi, a Jerzy Gruhn, dyrektor generalny Novo Nordisk - Srebrny Krzyż Zasługi.

2, 5 mln cukrzyków w Polsce

Z tego ok. 0,5 mln chorych przyjmuje insulinę. Miesięczny koszt to od 90 do 140 zł (w zależności od producenta). Pacjenci płacą od 3 do 20 zł, resztę refunduje państwo.
Na rynku działa czterech producentów insuliny: Novo Nordisk - ok. 70 proc. rynku, Eli Lilly - 23 proc., Aventis - 1 proc. i polski Bioton - ponad 7 proc.

Polskie Stowarzyszenie Diabetyków

Najliczniejsze stowarzyszenie w Polsce. Choć składki płaci tylko ok. 50 tys. członków, to legitymacje PSD posiada ok. 110 tys. osób. Powstało w 1981 r. w Bydgoszczy i do dzisiaj tu ma główną siedzibę.

W stanie wojennym zrzeszało prawie 800 tys. Polaków - tylko za przynależność można było dostać więcej kartek na żywność. Od 1989 r. prezesem PSD jest Andrzej Bauman. Dwa lata temu na jego prośbę delegaci krajowego zjazdu PSD wydłużyli kadencję prezesa z czterech do sześciu lat i zapisali, że prezes może sprawować tę funkcję dożywotnio. Bauman mówi, że do następnych wyborów chętnie by nie wystartował, ale musi sobie wychować następcę. Na razie nikogo takiego nie znalazł.

Dla Gazety

Są granice, których władze stowarzyszeń pacjenckich nie powinny przekraczać.

Pierwsza - prezes takiego stowarzyszenia powinien pełnić funkcję społecznie, nie etatowo. Tym bardziej, jeśli stowarzyszenie utrzymuje się z datków od koncernów farmaceutycznych. W takim przypadku występuje ryzyko uzależnienia prezesa od ofiarodawców.

Druga - darowiznami powinna zarządzać np. wynajęta przez stowarzyszenie kancelaria. Zarząd stowarzyszenia powinien zająć się działaniem na rzecz pacjenta, a nie dzieleniem pieniędzy.

Trzecia - w zarządach stowarzyszeń konieczna jest rotacyjność. Nie może być tak, że prezes sprawuje funkcję przez 20 lat, a jak będzie miał ochotę i wystarczy mu sił, to dożywotnio! To bardzo niebezpieczne i korupcjogenne.

Bardzo dobrze, że stowarzyszenia dostają pieniądze od firm. Niedopuszczalne jest korzystanie z tych pieniędzy głównie przez zarządy stowarzyszeń, a nie przez zwykłych członków. Jak to zmienić?

Tu pojawia się problem, bo stowarzyszenia postępują w myśl swoich statutów, czyli o regułach gry decydują sami członkowie.

Ogromną rolę mają więc do odegrania media. Powinny obiektywnie, nie pod czyjeś dyktando, pisać o tym, co się dzieje w tych stowarzyszeniach. To może doprowadzić do mądrych zmian.

Źródło: http://wyborcza.pl/1,75248,2848909.html


Ile dała ci firma farmaceutyczna? Dlaczego lekarze boją się tego pytania


Z sondażu przeprowadzonego na zlecenie Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że dwie trzecie lekarzy jest za tym, by ujawniać wszystkie korzyści uzyskiwane od przemysłu farmaceutycznego (123RF)

Każdy będzie mógł sprawdzić, ile jego lekarz zyskał na kontaktach z producentami leków. Wielu lekarzy boi się takiej jawności.

Rok 2015 jest pierwszym rokiem obowiązywania kodeksu przejrzystości przygotowanego przez EFPIA, czyli Europejską Federację Przemysłu i Stowarzyszeń Farmaceutycznych. Firmy skupione w EFPIA to czołowi producenci leków na świecie. Działają również w Polsce, dlatego kodeks przejrzystości wchodzi w życie także w naszym kraju.

Od stycznia firmy zbierają więc dane o tym, jakie wynagrodzenia płacą lekarzom. Dane za całe 12 miesięcy opublikują w czerwcu 2016 roku.

Po co nam przejrzystość

Kontakty lekarzy z firmami farmaceutycznymi same w sobie nie są złe. Skończyły się już czasy, kiedy zdolny lekarz odkrywał nowy lek i bez badań zaczynał podawać go chorym. Taki lekarz najpewniej zostałby pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Bo eksperymenty w medycynie przynosiły chorym raz korzyści, raz śmierć. Dziś więc ten, kto chce wprowadzić nową terapię, musi ją przetestować, najpierw na setkach lub tysiącach zdrowych ludzi, potem na tysiącach chorych. Żeby wyniki badań były wiarygodne, testy są podwójnie randomizowane. I pacjent, i lekarz nie wiedzą, czy dostaje on nowy lek czy tylko placebo. Takie badania kosztują fortunę.

Na całym świecie firmy farmaceutyczne wynagradzają lekarzy za prowadzenie na ich zlecenie badań klinicznych, doradzanie przy ich planowaniu oraz konsultacje. Do niedawna firmy nie żałowały też na prezenty, wizyty w drogich restauracjach, a co cenniejszym ekspertom finansowały przeloty pierwszą klasą na konferencje do egzotycznych krajów. Na miejscu zapewniały pobyt w luksusowych hotelach i wycieczki.

Temu rozpasaniu sprzeciwiono się kilka lat temu. Firmy nie chciały być już postrzegane jako te, które kupują sobie lekarzy, gdyż zauważyły, że budzą tym nieufność u pacjentów. Wiele towarzystw naukowych wprowadziło również ograniczenia i nie organizuje już konferencji na tropikalnych wyspach.

Nie znaczy to jednak, że problem całkowicie zniknął. Dwa lata temu rząd Chin oskarżył firmę GlaxoSmithKline (GSK), że wysyłała chińskich lekarzy na zagraniczne wycieczki, jeśli przepisywali oni pacjentom jej drogie leki. I że wydała na to pół miliarda dolarów. Pod naciskiem rządu koncern obniżył ceny leków na chińskim rynku. Zapowiedział też, że nigdzie na świecie nie będzie już finansował lekarzom wyjazdów.

Decyzja GSK wywołała szok. Fundowanie lekarzom wyjazdów na konferencje naukowe to bowiem przyjęta w świecie praktyka. W Polsce do wyjątków należą ci doktorzy, którzy jeżdżą na własny koszt. Wyjazd lekarza na krajową konferencję to koszt kilkuset złotych, bo poza podróżą trzeba jeszcze zapłacić za wejście. Jeśli konferencja trwa dłużej niż dzień, dochodzi hotel. A uczestnictwo w konferencjach jest dla lekarzy obowiązkowe. Za udział w nich dostają tzw. punkty edukacyjne. Ze zdobytych punktów doktorzy są rozliczani przez samorząd lekarski.

Właściciele poradni i dyrektorzy szpitali od lat twierdzą, że ich placówek nie stać na płacenie za udział lekarzy w konferencjach, zwłaszcza zagranicznych, bo wtedy podróż z hotelem i opłatą konferencyjną to koszt 3-10 tys. zł. Jeżdżą więc na koszt firm farmaceutycznych.

Ale pozostaje pytanie: Czy taki dyrektor jest obiektywny, podejmując decyzję, jaki kupić sprzęt i leki dla szpitala? Czy obiektywny jest lekarz wypisujący na recepcie ten, a nie inny lek? Czy aby uniknąć podejrzeń o konflikt interesów, nie lepiej ujawnić wszystkie korzyści?

Firmy uznały, że lepiej, i wymyśliły kodeks przejrzystości. Popiera go wielu lekarzy, także w Polsce, bo uważają, że w ten sposób są bardziej wiarygodni dla pacjentów.

Jak to się robi w Ameryce

Idea, by ujawniać korzyści, które odnoszą lekarze z kontaktów z firmami farmaceutycznymi, a także fundacjami i całym przemysłem medycznym, narodziła się w Stanach Zjednoczonych. Od dwóch lat obowiązuje tam ustawa Sunshine Act. Jej wprowadzenie nie wywołało wielkich protestów: być za przejrzystością jest dziś w modzie. Miało jednak inny efekt - firmy oszacowały, że po jej wprowadzeniu ich wydatki na honoraria, kolacje i sponsorowane wyjazdy dla lekarzy stopniały o jedną trzecią. Najpopularniejsze tłumaczenie jest takie: kiedy już lekarze uświadomili sobie, że firmy wyspowiadają się z wszystkich pieniędzy, które na nich wydały, ich apetyt znacząco zmalał.

Zaglądamy do rejestru Openpaymentsdata.cms.gov. Wystarczy wpisać nazwisko lekarza i już pojawią się dane o jego korzyściach (na razie tylko za 2013 rok).

Ci, którzy spodziewają się sensacyjnie wielkich kwot, będą rozczarowani. Z rejestru możemy się na przykład dowiedzieć, że prof. Maria Siemionow, sławna na całym świecie Polka, która od lat pracuje w klinice w Cleveland w USA i przeprowadziła tam pierwszą w świecie pełną transplantację twarzy, zarobiła w 2013 roku 620 dol., z czego 550 dol. to było honorarium za wykład dla fundacji Musculoskeletal Transplant. Pozostałe 70 dol. zapłaciła firma Lumenis, producent zaawansowanego technologicznie sprzętu operacyjnego (m.in. mikroskopów), za rozrywkę, czyli - jak można przypuszczać - bilet na koncert lub przedstawienie.

Natomiast dr David Williams, prezes Amerykańskiego Towarzystwa Hematologicznego, zarobił na kontaktach z firmami 15 816 dol. i 10 centów. Największa pozycja w jego przypadku to 3,8 tys. dol. za udzielenie konsultacji firmie Novo Nordisk. Lektura wymaga cierpliwości, bo w dziale "posiłki i napoje" wylicza się chyba wszystkie kawy za niecałe 2-3 dol. wypite przez dr. Williamsa na koszt tej czy innej firmy.

W rejestrze wymienione są też szpitale. Np. renomowana Mayo Clinic w Arizonie zarobiła na badaniach klinicznych prawie 2 mln dol., a Mayo Clinic Saint Marys Hospital w Rochester - przeszło 4,2 mln dol.

W Europie śladem Stanów poszła na razie tylko Francja i uchwaliła ustawę, która zmusza do ujawniania korzyści zarówno lekarzy, jak i innych przedstawicieli zawodów medycznych, takich jak pielęgniarki, fizjoterapeuci, położne czy dietetyczki. Muszą to robić nawet studenci medycyny i stażyści. I chodzi o korzyści uzyskane od producentów nie tylko leków, lecz także m.in. kosmetyków, soczewek, materiałów medycznych (protezy, pieluchomajtki) i oprogramowania komputerowego służącego w medycynie. Francuskie prawo jest więc jeszcze bardziej restrykcyjne niż amerykańskie.

Podzielona Europa

Nim uchwalono przepisy we Francji, rejestr lekarskich korzyści powstał w Holandii. Wystarczył wniosek ministra zdrowia, a firmy farmaceutyczne oraz eksperci Królewskiego Holenderskiego Towarzystwa Lekarskiego utworzyli fundację, która sama opracowała kodeks i utworzyła bazę danych dostępną od dwóch lat w internecie. Podobnie jak w USA wystarczy wpisać nazwisko lekarza i miasto, w którym pracuje, a wyświetli się, kto i ile zapłacił mu za wykład czy wyjazd na konferencję. W bazie są nazwiska tylko tych lekarzy, którzy kosztowali firmy łącznie więcej niż 500 euro. - Kiedyś lekarze bezmyślnie korzystali ze sponsorowanych wyjazdów. Dziś już tego nie robią, ale potrzebowali czasu, aby zrozumieć, że taki rejestr jest potrzebny. Negatywne zdanie o naszej bazie ma 20 proc. lekarzy - mówił Lode Wigersma, szef Towarzystwa, podczas niedawnej konferencji w Rotterdamie poświęconej kodeksowi przejrzystości.

Holendrzy podkreślają, że przez pierwsze tygodnie funkcjonowania rejestru zainteresowanie nim było bardzo duże. Potem, kiedy się okazało, że nie ma w nim sensacji, zmalało. Dziś 17 proc. lekarzy w Holandii nawet nie wie, czy ich nazwisko jest w rejestrze czy nie.

Europa w sprawie kodeksu przejrzystości jest podzielona. - W Wielkiej Brytanii czy krajach skandynawskich poparcie dla jawności jest większe, bo tam od dawna panuje kultura przejrzystości, a lekarze uważają się za kogoś w rodzaju pracowników państwowych. Inaczej jest w Niemczech, gdzie lekarze mają poczucie własnej niezależności i wysokiej pozycji. Niewielkie poparcie dla jawności jest też w niektórych krajach południa Europy - mówił nam przed dwoma laty Richard Bergström, dyrektor generalny EFPIA.

Od tamtego czasu sytuacja się nie zmieniła. Dlatego trudno się spodziewać szybkiego uchwalenia przepisów, które obowiązywałyby w całej Unii Europejskiej. Kodeks opracowany przez EFPIA będzie realizowany na zasadzie dobrowolności.

W Polsce będą go realizować firmy zrzeszone w stowarzyszeniu Infarma (polski odpowiednik EFPIA), która skupia tylko zagraniczne firmy. Polskie firmy produkujące leki generyczne nie były zainteresowane kodeksem przejrzystości.

Informacje o tym, jakie korzyści odniósł konkretny lekarz, będą publikowane w rejestrze tylko za jego zgodą. Inaczej firmy złamałyby przepisy o ochronie danych osobowych. Ilu lekarzy będzie odważnych?

Z sondażu przeprowadzonego na zlecenie Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że dwie trzecie lekarzy jest za tym, by ujawniać wszystkie korzyści uzyskiwane od przemysłu farmaceutycznego. Jednak pytani bezpośrednio, czy sami by to zrobili, już tak otwarci nie są. - Lekarze rodzinni są za, bo wielkich korzyści nie mają. Gorzej będzie z profesorami - uważa Jacek Krajewski, szef Porozumienia Zielonogórskiego.

- Owszem, ujawnienie honorariów za wykłady będzie budzić opór. To z obawy. Ludzie nie mają nic przeciwko temu, że celebryci świetnie zarabiają. Zarobki lekarzy, choćby byli wybitnymi specjalistami, wciąż budzą złe emocje - mówiła prof. Janina Stępińska, kardiolog, krajowa konsultantka w dziedzinie intensywnej terapii podczas debaty o przejrzystości w Fundacji Batorego. Inni mówili o tym, że Polacy są z natury zazdrośni o to, że komuś się lepiej powodzi. A prof. Zbigniew Gaciong, krajowy konsultant w dziedzinie hipertensjologii, otwarcie zadeklarował, że własnych korzyści nie ujawni, bo wystarczy, że składa oświadczenia o dochodach w urzędzie skarbowym.

W kodeksie chodzi jednak tylko o korzyści z kontaktów z firmami, i to nie wszystkie. W europejskich rejestrach nie będzie danych o wynagrodzeniach za badania kliniczne, choć są one znacznie wyższe niż honoraria za wykłady. Firmy farmaceutyczne wydają na nie w Polsce rocznie ponad 800 mln zł, z czego znacząca część to właśnie wynagrodzenia dla badaczy. W czasach, kiedy lekarze podpisywali z firmami dwustronne umowy (nie dzielili się ze szpitalem, w którym badanie było realizowane), szły one w miliony.

Jak jest teraz - niestety się nie dowiemy. Ewa Grenda, prezes Infarmy, tłumaczy to tym, że w każdej placówce rozliczenia dotyczące badań klinicznych "są nieco inaczej zorganizowane - różny procent tego, co firmy przekazują, trafia do lekarzy". Inni tłumaczą, że chodzi o ochronę konkurencji - firmy nie chcą zdradzać, ile komu płacą. Będą więc tylko ogólnie podawać, ile każda z nich wydała w naszym kraju na badania. W przyszłości te raporty będą bardziej szczegółowe. Na razie taka przejrzystość na raty jednak trochę rozczarowuje.

Źródło: http://wyborcza.pl/TylkoZdrowie/1,137474,17476654,Ile_dala_ci_firma_farmaceutyczna__Dlaczego_lekarze.html



« Last Edit: (Thu) 03.12.2015, 21:56:02 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje