Author Topic: Europejskie przerażenie  (Read 1118 times)

Ardek

  • Guest
Europejskie przerażenie
« on: (Tue) 04.03.2014, 17:24:03 »
Europejskie przerażenie

Pozbądźmy się złudzeń. Unia Europejska, czymkolwiek miała być i czymkolwiek jej liderzy chcą, żeby się stała, jest decyzyjną próżnią. Podczas gdy na Krymie wylądowało już prawie 16 tys. żołnierzy rosyjskich, von Rompuy zwołuje kryzysowe posiedzenie UE na… czwartek. Piękny przykład starcia deliberującej demokracji z autorytaryzmem. Wystarczy jeden zdecydowany człowiek na czele autorytarnego państwa i Europa od 1918 nie ma żadnej odpowiedzi. Martwica w mózgu, chłód w sercu, paraliż w nogach.

Demokracja to ustrój na dobrą pogodę. Dobry dla starych ludzi. To ustrój, gdzie można przysiąść do stołu, pogadać, podyskutować, znaleźć rzekomo najlepsze rozwiązanie (czy tam kompromis) i zapisać je na kilkudziesięciu stronach rezolucji czy projektu ustawy. Kiedy jednak na pokładzie państwa jest sztorm, nikt jednak nie powinien deliberować o kierunku – liczy się ten, kto umie przeprowadzić okręt przez fale, rafy i mielizny. Krytykowany przeze mnie Janusz Korwin-Mikke miał w tym stuprocentową rację. Przykładem tego jest obecnie Ukraina. Putin sadzi wielkie susy w kierunku jej opanowania – albo, co bardziej prawdopodobne, opanowania lub „nadniestryzacji” samego Krymu i destabilizacji reszty. Europejscy politycy wydają tony papierów z rezolucjami i oświadczeniami, udzielają potępieńczych wywiadów, godzinami telefonują między sobą, wysyłają wyrazy wsparcia przez portale społecznościowe… Najbliżej czegokolwiek realnego była Angela Merkel, kiedy Putin – jak się później okazało, na parę godzin – przystał na projekt pracy komisji OBWE na Ukrainie. Jednak to było w poniedziałek rano. Popołudniu nikt już o tym w Rosji na poważnie nie rozmawiał. Nerwów kanclerz Niemiec nie opanowała: W rozmowie z Obamą rzekła, że „nie jest pewna, czy Putin nie stracił kontaktu z rzeczywistością”. W jakim zatem świecie żyją nasi pacyfistyczni demokraci?

To już nawet nie są szachy, bo w szachach czeka się na swój ruch po ruchu przeciwnika i długo planuje następne ruchy. Bardziej przypomina to inną ulubioną grę oligarchów, czyli tenis ziemny. Putin serwuje z niedźwiedzią siłą same asy. Nawet jeśli Europie uda się odegrać return, Putin smeczuje. Gra jest dla europejskich staruszków za szybka, tempo przyprawia o zawał serca. Fakty, o których tu mówię, staną się za parę godzin nieaktualne.

Truizmem jest, że po ok. dekadzie wielkiej smuty Rosja wstała z kolan. Aspekt ekonomiczny jest tutaj mało istotny, nawet odczuwalny wzrost gospodarczy gra tutaj bardzo małą rolę. W rosyjskiej duszy śpiewa zupełnie inna melodia niż w do bólu nudnej, przewidywalnej i utylitarystycznej duszy Europejczyka. Europejczyk liczy pieniądze. Nawet na ulicę wychodzi dla pieniędzy. Wszystko się kręci wokół tego, ile państwo mu da lub nie. Tymczasem Rosjanie zupełnie się tym nie interesują. Przeżyli 70 lat na wódce i chlebie. Przeżyli bolszewizm, stalinizm i realny socjalizm, a potem najbardziej koślawą transformację ustrojową, jaką można było przeprowadzić. Są odporni na każdą ekonomiczną katastrofę. Dlatego i sankcje co najwyżej mogą wzburzyć rosyjskich oligarchów i częściowo rosyjski budżet. Izolacja ekonomiczna jednak może nie wystarczyć.

Rosyjska dusza to od Iwana Groźnego niekończący się sen o potędze. Potędze mierzonej bardzo prosto: Geograficznym zasięgiem rosyjskich macek. Zmieniały się caraty, ustroje, przywódcy. Ale rosyjski Drang nach Westen pozostał. Fukuyama, najsłynniejszy idiota w historii, sformułował tezę o „końcu historii”. I faktycznie, początkowo trochę się ten rosyjski niedźwiedź uspokoił. Ale tylko trochę. Jelcynowa Wielka Smuta pozostawiła w duszy Rosjanina wielki resentyment nie dlatego, że była bieda (większej niż za Gorbaczowa i tak nie można było sobie wyobrazić), ale dlatego, że rosyjskiej państwowości odebrano atrybut siły. Ponad 400-letnia kolektywna godność rosyjskiej duszy leżała pijana w błocie. Dopiero Putin ją przywrócił. Dlatego Rosja nie odpuszczała najbardziej nawet bezużytecznych kawałków ziemi jak Czeczenia czy Abchazja. To nie jest kwestia o ilość terytorium, to nie jest kwestia o siłę ekonomiczną, Rosja nie szuka ropy naftowej na terytoriach, dokąd wysyła swoje wojska. Tu chodzi o czystą, diaboliczną, makiaweliczną siłę. Pokazując ją, rosyjski przywódca umacnia swoje poparcie w kolektywnym ludzie, który połechtany poczuciem siły wzmacnia mandat swoich przywódców. Sprzężenie zwrotne na poziomie mentalności, która jest dla Europejczyków nie do skompilowania w ich prostych, przyziemnych głowach, wypełnionych polityczną poprawnością, pacyfizmem i hołdem dla św. Spokoju. Ostatnim „świętym”, jaki patronuje Staremu Kontynentowi.

Rosja ma ideę i pomysł na siebie. W dodatku nie jest to już to samo siermiężne sowieckie żołdactwo z partyjnym betonem na czele. Kuriozalne problemy, z jakimi musiała sobie poradzić Rosja w Czeczenii (dwukrotnie), popchnęły ją ku zmianom, ku większej elastyczności. Ale pod tą maską ciągle kryje się głodny krwi niedźwiedź. Miły, uśmiechający się Misza istniał tylko w Soczi. Igrzyska dla ludu skończone, Misza przestaje przypominać Koalę i staje się bestią w całej okazałości. Nowa idea Rosji: jako przeciwwaga dla USA Rosja zdefiniowała się jako obrońca tradycyjnych kultur. Nie jest tragiczną koincydencją, że państwa takie jak Syria czy Iran są dziś sojusznikami Rosji. Fanatycy eksportu demokracji sami sprowokowali taką sytuację. Rosja jawi się jako gwarant przed amerykanizacją, kultem MacDonalda, liberalizmem obyczajowym i narzucaniem ideologii, których bardziej zacofane, chociaż obdarzone wyższym poziomem społecznej równowagi społeczeństwa nie są w stanie przetrawić. Będąca na cywilizacyjnym rozdrożu Polska jest w najgorszej sytuacji. Popierając USA i UE, niszczy swoją kulturę. Ochronę przed tym oferuje Rosja, kraj wobec którego polska ludność nagromadziła od XVIII w. najwięcej resentymentu.

Taka Rosja ze swoim nowym Rasputinem w postaci Aleksandra Dugina (który formułuje geopolityczny sojusz „tradycji”) odbudowuje siłę, która jest jej najwyższym sensem istnienia. Szczypta sprytu, którą Rosja po „tragedii” 1991 dodała do swojego instrumentarium, nie zmieniła jednak zasadniczego założenia: Kto ma siłę, ten nie robi nawet kroku w tył. Stąd dwukrotna czeczeńska masakra. Stąd wjazd rosyjskich czołgów do Gruzji. Stąd teraz nieprzejednane stanowisko ws. Krymu i Ukrainy. Wycofać się? W życiu. Prędzej enkawudziści, wróć, kagiebiści, strzelą wycofującym się w plecy.

Widząc taki spektakl, europejscy przywódcy po prostu otworzyli szeroko usta i zamarli z wrażenia. Wystarczy poczytać europejską prasę: Nikt nie mówi o zbrojnej inwazji na Ukrainę, tylko o „kryzysie”, „konflikcie” czy co najwyżej „zbrojnych incydentach”. Nic to, że w zasadzie cała prowincja Ukrainy została de facto zaanektowana. Nic to, że zajęto parę posterunków pogranicznych, składy amunicji, porty, rosyjskie lotnictwo krąży nad Ukrainą, Flota Czarnomorska blokuje ukraińskie statki w krymskich portach. Żołnierze ukraińscy, ci, którzy zdecydowali się pozostać wiernym nowemu rządowi Ukrainy, zostali otoczeni w kotłach, za które robią ich koszary i mają w zasadzie trzy wyjścia: Przejść na stronę samostanowiącego się Krymu, dać się rozbroić i odejść bez szwanku oraz dać się zmasakrować bez zbędnych ceregieli.

Odpowiedź na te wydarzenia ze strony tzw. Zachodu jest jawną kpiną, ponurym szyderstwem z ich dramatycznej sytuacji. Postmodernistyczni postpolitycy nie są w stanie przyjąć do siebie informacji, że trwa regularna wojna – bezkrwawa, zimna – ale wojna. Że tuż za ich drzwiami dokonuje się aneksji części terytorium bądź co bądź niezawisłego państwa, które zechciało przewerbować się z jednej sfery wpływów do drugiej. Część środowisk prawicowych (tych niezwiązanych z osobą Jarosława Kaczyńskiego) zdawała sobie sprawę z tego, że obalenie jednego zła w postaci Janukowycza, poskutkuje pojawieniem się nowego, gorszego. I choć co prawda przewidywali dyktat banderowskich szowinistów, zło, które przyszło, przekroczyło najśmielsze przepowiednie. Nie, nie zabiera się rosyjskiemu niedźwiedziowi jego zdobyczy wprost z talerza. Rosyjskie poczucie siły na to nie pozwoli. I to użycie siły przeraża wszystkich na zachód od Dniepru, łącznie z ducha Bogu winnymi Ukraińcami, których aspiracje rozbudzono i których krew polała się na darmo (z ich punktu widzenia), ale dla Putina to jak zaliczka. Kto wie, czy nie poleje się jej więcej, wszystko zależy w doczesnej Europie od Putina.

Demonstracja nagiej siły ujawniła całkowitą niepodmiotowość Unii Europejskiej na arenie międzynarodowej, jak i słabość (brak odpowiedniego zainteresowania) USA. Francuskie media już mówią o tym, by poświęcić Krym. O tak, w imię świętego spokoju Francuzi jak zwykle gotowi pierwsi wywiesić białą flagę. Wielka Brytania odwołuje swoich przedstawicieli z paraolimpiady w Soczi. Zabawne. Ironiczne. Europejscy politycy przypominają paraolimpijczyków startujących w szranki z mistrzem świata, zdrowym i pełnym sił (chciałoby się dośpiewać „takiego jak Putin”).

Różnice w narracjach się sypią albo zostają zasypane. Bredzący rok temu o likwidacji polskiej armii Palikot dzisiaj proponuje natychmiastowe przyjęcie Ukrainy do NATO (nie wie, że natychmiastowo oznaczałoby to globalną wojnę?). Wieszcząca polsko-rosyjskie pojednanie Platforma Obywatelska doznaje oczekiwanego resetu w tych stosunkach – z wynikiem całkowicie odwrotnym od oczekiwanego. Prorocze słowa śp. Lecha Kaczyńskiego nie są już słowami szaleńca goniącego z szabelką w obronie „wolności waszej i naszej”. Cała klasa polityczna dostrzegła nagle mizerny potencjał obronny naszego kraju, a strach przed Rosją jest dużo większy u niej, niż w samej ludności. Koniec złudzeń! Pozostaje kwestią odrębną, czy fakt, że Palikot, Tusk i Michnik grają w jednej drużynie z Kaczyńskim nie powinien dawać nam konserwatystom do myślenia, czy przypadkiem nie gramy w złej drużynie popierając Majdanową rewolucję (Krym to jej akord).

Ale wracając do tematu: Co to jest ta Unia Europejska? To takie ciało z jednej strony od regulowania krzywizn banana i zalewania krajów członkowskich swoją legislacyjną biegunką, drugim ostrzem tego ciała jest ideologiczna presja kulturowego marksizmu i obyczajowego liberalizmu. A ponadto politycznej poprawności, pacyfizmu i wiary w postęp zaprowadzony przez technokratów. Co to za idea? Co to za pomysł na siebie? Co przeciw Putinowi da kolejny program wspierania gender studies, przeciwdziałaniu dyskryminacji, parytetów w radach nadzorczych, zżymaniem się na bankierów i dawno pogrzebanym śnie o jedności i podmiotowości?

To jest truchło bez ducha. Przywiązani do doczesności, bez żadnej wizji przyszłości, bez historycznego spoiwa (a takie gwarantuje tylko średniowieczne unitas christiana), targane sprzecznymi interesami wewnątrz. Na końcu i tak się okazuje, że gadane ma Angela Merkel lub aktualny prezydent Francji (ten coraz mniej, bo Francja stacza się w ostry kryzys finansów państwa). Jak można mieć jeszcze złudzenia co do tego tworu? Nadal będą debatować, gdy obce wojska są 500 kilometrów od unijnych granic? Rosja zajęła Krym. Unia Europejska dopiero zajmuje stanowisko. Z kim graniczy Rosja? Z kim chce. Z kim chce? Z nikim…

Na dzień dzisiejszy (4 III 2014) sytuacja jest tymczasowo wyklarowana: Ukraina długo nie pociągnie gospodarczo, Putin będzie starał się zalegalizować fakty dokonane na Krymie i prowokował Ukraińców do taktycznego błędu. 30 marca referendum krymskiej autonomii ws. niepodległości (i przyłączenia do Rosji?). Gotowanie Ukrainy w celu jej całkowitej destabilizacji to gra na parę miesięcy. Czy ten czas wystarczy na sformułowanie strategii ukraińskiej przez UE? Wątpię. Raczej uspokoi to nastroje, giełdy znormalizują wahania, Europejczycy będą w błogim spokoju, niczym po traktacie monachijskim. Szachista Putin to wie i wykorzysta z premedytacją. Gra va banque o Ukrainę nie skończyła się, wchodzi w nową, subtelniejszą i przez to groźniejszą fazę.

„Papież? A ile on ma dywizji?” – zapytał kiedyś Stalin w odpowiedzi na zruganie go przez Piusa XII. „Odpowiedzcie mojemu synowi Józefowi, że ujrzy moje dywizje w niebie” – miała brzmieć papieska riposta. Problem w tym, że na takie wsparcie to akurat UE liczyć nie może.

Kamil Kisiel (Zdziwiłem się)

Źródło

Zobacz na:
Naziści zaplanowali Czwartą Rzeszę ala UE.
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=336.0
Unia Europejska jak Związek Sowiecki
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=34.0
« Last Edit: (Sat) 18.04.2015, 00:56:13 by BladyMamut »

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Europejskie przerażenie
« Reply #1 on: (Sat) 18.04.2015, 00:59:14 »
Czym jest Unia Europejska? Analiza propozycji Jadwigi Staniszkis



Główne tezy, wydanych w ostatnich latach, książek Jadwigi Staniszkis wpisują się w podejmowane w Europie próby opisania i zrozumienia kryzysu struktur decyzyjnych Unii Europejskiej wywołanego zmierzchem hierarchicznych a dominacją sieciowych, charakteryzujących się dużą złożonością, relacji społecznych. Warszawska socjolog analizuje przy tym funkcjonowanie instytucji unijnych (Europejski Trybunał Sprawiedliwości) oraz zapisy Traktatu Lizbońskiego. Zajmuje się procesem, który można nazwać globalizacją strukturalną – zarówno Antropologia władzy. Pomiędzy Traktatem Lizbońskim a kryzysem, jak i Władza globalizacji odwołują się do ustaleń nurtu badawczego stosunkowo rzadko przywoływanego przez teoretyków globalizacji. Analizuje on zjawisko wzajemnego nakładania się na siebie struktur społecznych i decyzyjnych, które pochodzą z różnych kultur, zakątków kuli ziemskiej i różnych faz rozwoju kapitalizmu (wraz z towarzyszącym im różnym poziomem rozwoju gospodarczego i technologicznego), co powoduje wzajemną nieprzystawalność struktur – asymetrię racjonalności. Konsekwencją tego procesu jest z jednej strony włączanie gospodarek krajów półperyferyjnych (takich jak Polska) w zasięg oddziaływania rynków i ośrodków akumulacji państw rozwiniętych i praca na ich rzecz (Staniszkis określa to mianem przemocy strukturalnej); z drugiej zaś pogłębiający się stan chaosu, rozproszenia i nieprzystawalności.

Zmierzch europejskiego uniwersum

Główne rozważania autorki dotyczą zjawiska opisywanego przez nią jako zmierzch podejścia uniwersalistycznego w UE, który obejmuje także towarzyszące uniwersalizmowi ujęcie normatywistyczne i „platoński dyktat idei”. Współczesna Europa ulega wpływom kultury dalekowschodniej i jej synkretyzmowi, co sprzyja logice wielowartościowej. Z drugiej zaś strony inspiracją dla nowych mechanizmów władzy może być także Arystotelesowska koncepcja państwa jako zbioru relacji bądź koncepcja „gry w kule” Mikołaja z Kuzy. Zanim jednak doszło do tego epokowego, choć dokonującego się w sposób cichy i niewidoczny, przeobrażenia, w efekcie którego to przypadkowe „odbicia kul” zaczęły decydować o naszym losie, Europa ulegała silnym inklinacjom uniwersalistycznym. Wpierw był to uniwersalizm chrześcijański, później zaś uniwersalizm świecki, laicki i liberalny z jego humanitarnymi hasłami oraz oświeceniową wiarą w człowieka i nieustający postęp. Realizacja jego postulatów była możliwa właśnie dzięki instytucjom państwowym oraz pozytywistycznemu systemowi prawnemu, który miał charakter zamknięty, i którego „głównym wyznacznikiem legalności była wewnętrzna, formalna niesprzeczność, uwarunkowana kanonem logiki dwuwartościowej”. Stał za tym weberowski paradygmat racjonalnej, liniowej biurokracji.

Oczywiście dyskusja wokół tego, czy Europa zmierza ku jakiemuś finalnemu celowi, nadal trwa. Generalnie jednak, zwycięża koncepcja Europy jako dynamicznego procesu, a nie jako stanu docelowego; procesu, który ma charakter otwarty, toczy się, ale nie bardzo wiadomo w jakim kierunku. Dlatego prawodawcy nie są w stanie dojść do zgodnego i jednoznacznego przekonania, czym jest i czym powinna być UE. W miejsce uniwersalistycznych roszczeń wkracza pluralizm i relatywizm.

Nieokreśloność porządku prawnego Unii Europejskiej

W systemie prawnym Unii przestaje obowiązywać zasada słuszności, która była fundamentem prawa rzymskiego, co powoduje, że prawo przestaje mieć charakter dydaktyczny. Traci na tym jego spójność. Staniszkis definiuje porządek prawny UE jako „skomplikowaną, pełną napięć, ruchomą konstrukcję opartą na nieustannej samoorganizacji”. UE rezygnuje z postulatu ujednolicenia struktur wprowadzając „wielość sposobów istnienia prawa” dostosowaną do poszczególnych krajów, społeczno-kulturowych kontekstów i sytuacji; dostarcza jedynie warunków brzegowych. Jednak w gruncie rzeczy Unia niczego nie dostarcza, a tym bardziej nie narzuca, choćby miała to być jakaś pluralistyczna, demoliberalna hybryda. Na odwrót, to same konteksty generują precedensy i orzeczenia będące odbiciem indywidualnych „konfiguracji standardów, norm i procedur”. Przemiana ta wiedzie do podważenia w UE roli procesów politycznych oraz do wzrostu znaczenia administracji. Konieczność podejmowania szczegółowych rozstrzygnięć wynikających z interpretacji ogólnych dyrektyw, niezrozumiałych dla obywateli powoduje, że realne decyzje podejmowane są przez olbrzymi, wieloszczeblowy „korpus urzędniczy” sprzężony z systemami eksperckimi.

Proces ten Staniszkis analizuje na przykładzie zapisów Traktatu Lizbońskiego, Karty Praw Podstawowych oraz uprawnień Trybunału Sprawiedliwości. System UE mnoży okresy przejściowe, wyjątki, precedensy, zawieszenia obowiązywania określonych procedur, generuje możliwości dopasowania procedur do konkretnych sytuacji, stosuje też dla tej samej sprawy różne algorytmy. Sytuacja „wielości sposobów/poziomów istnienia unijnego prawa” stwarza duże pole manewru dla indywidualnych rozstrzygnięć, znajdujących się w gestii aparatu urzędniczego, co Staniszkis określa mianem „manipulowania nieokreślonością”. Przeobrażenia obejmują też system sądownictwa unijnego. Autorka zwraca uwagę zwłaszcza na wprowadzenie do praktyki unijnej zasady institutional reform litigation, w ramach której Europejski Trybunał Sprawiedliwości (podobnie działają sądy w USA) wydaje głównie orzeczenia będące konsekwencją sporów obywateli z ich własnymi państwami, co stwarza szanse dla rozwoju różnych niezależnych, oddolnych inicjatyw obywatelskich. Sądy nie tyle stoją na straży przestrzegania istniejącego porządku prawnego, co stają się inicjatorami zmian prawa.

Analizując ten proces autorka odwołuje się także do koncepcji procesu dialektycznego pozbawionego jednak syntezy, czyli stanu docelowego. „TL opiera się na synkretyzmie i paradoksalnej dialektyce bez syntezy” – pisze Staniszkis – „z nieredukowalnymi napięciami między równoległymi, uznawanymi za równoprawne systemami norm”. Zgodnie z tym uzasadnieniem zgłoszony na forum EU problem (temat) „wędruje pomiędzy sprzecznościami” od komisji do komisji, od orzeczenia do orzeczenia, nigdy nie dochodząc do ostatecznego finału; przechodzi kolejne fazy i wciąż ewoluuje. W efekcie proces wydłuża się w nieskończoność, gdyż zgodnie z dalekowschodnią ontologią czasu, jego istotą jest trwanie, procesualność, złożoność, sekwencyjność.

Unia Europejska a władza

Odejście od normatywnej wykładni prawa można analizować przez pryzmat zmierzchu kategorii suwerenności władzy. Wedle Staniszkis rozstrzygnięcia UE nie są już domeną polityków, lecz scedowane zostały na decyzje urzędnicze, a te dostosowane są do indywidualnych przypadków, zakorzenionych w lokalnych tożsamościach. Formalizacja wkracza do tych indywidualnych, dotąd regulowanych zwyczajowo, partykularności, natomiast wycofuje się z określania standardów uniwersalnych. Wygląda to w ten sposób, że przypadkowe orzeczenia i rozstrzygnięcia, będące odpowiedzią na konkretne potrzeby społeczne zyskują status best practice, podczas gdy dokładnie nie wiadomo jakie są kryteria przyznawania tego statusu.

Przykładem może być europejska polityka wspierania różnorodności, lokalności, tożsamości kulturowych, indywidualnych stylów życia, grup mniejszościowych, organizacji pozarządowych o najróżniejszych celach, o ile tylko zdołają one zainteresować sobą administracje odpowiedzialne za pomoc społeczną bądź dystrybucję funduszy unijnych. Brakuje jednak jakichkolwiek ogólnych wytycznych, choćby w zakresie polityki gospodarczej UE, czego potwierdzeniem jest płytki i technokratyczny charakter cytowanej już Strategii Lizbońskiej.

Choć autorka wprost nie porusza tego zagadnienia, ciekawym byłoby przebadanie w tym kontekście zależności pomiędzy analizowaną przez Staniszkis strukturalną złożonością Unii Europejskiej a niespotykanym w dziejach rozrostem biurokracji, który dławi instytucje unijne. W potocznym rozumieniu biurokrację kojarzy się z dużymi prerogatywami władzy i brakiem rynku. Jako antidotum na nią propaguje się wolny rynek i społeczeństwo obywatelskie z dużą rolą inicjatyw oddolnych. W rzeczywistości jednak rozrost biurokracji i nadmiar regulacji dotyczących funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego spowodowane są nie nadmiarem, ale właśnie brakiem jasno identyfikowalnych, obdarzonych określonymi prerogatywami, ośrodków władzy.

Władza ma bowiem charakter zewnętrzny względem wspólnoty, gdyż odwołuje się do jakiegoś zewnętrznego kryterium słuszności. To dlatego często projektodawcy próbowali ją wyposażyć w boskie sankcje. Brak jednolitej władzy stojącej na straży uniwersalnych zasad powoduje decentralizację, jednak nie tylko i nie tyle inicjatyw obywatelskich, co samych procedur, które wyzwolone od zewnętrznych nakazów słuszności i towarzyszącej im hierarchii norm mogą teraz się mnożyć w nieskończoność, w zależności od społecznych potrzeb i, zgodnie z prawami Parkinsona, żyć własnym życiem. Za biurokrację i rygor administracyjny odpowiedzialna jest globalizacja struktur administracyjnych wraz z towarzyszącą jej asynchronią.

Co prawda, świadomość społeczna (a także opinia publiczna) wciąż postrzega otaczający nas świat w kategoriach czynników władzy; co więcej, wydaje się, że coraz powszechniejszy staje się taki sposób postrzegania rzeczywistości unijnej. Z reguły bowiem nasze problemy skłonni jesteśmy postrzegać przez pryzmat czyichś interesów bądź intencji (także tych szlachetnych o podłożu normatywnym), które w sposób jawny bądź ukryty zawarte są w unijnych decyzjach, projektach, orzeczeniach, rozstrzygnięciach. Doszukujemy się zatem jawnych bądź ukrytych mechanizmów władzy. Z podobnych powodów wiele środowisk politycznych w Polsce skłonnych jest doszukiwać się w UE instytucji zagrażającej suwerenności narodowej, która stopniowo poszerzając zakresy własnych kompetencji, ewoluuje skrycie w kierunku federacji, czyli zintegrowanej, ponadnarodowej władzy w stylu Stanów Zjednoczonych Europy.

Zgodnie z tym rozumowaniem Traktat Lizboński pod płaszczykiem haseł o wolności, równości i braterstwie ogranicza kompetencje krajowe i sprzyja realizacji określonych interesów politycznych. Wedle Staniszkis jest dokładnie odwrotnie: UE nie jest już w stanie odwołać się do żadnego wspólnego politycznego mianownika, nawet choćby miały nim być Prawa Człowieka i Obywatela zrodzone z ducha rewolucji francuskiej. W tendencji tej autorka dostrzega powrót do relatywizmu kulturowego sprzed zdominowania Europy przez nurty i koncepcje uniwersalistyczne. Unia to jedynie proceduralna machina pozbawiona woli politycznej. Jak w analizie rynku Hayeka – konflikt interesów nie jest bowiem skutkiem arbitralnych decyzji, lecz stanowi naturalny i automatyczny rezultat napięcia, w sytuacji gdy unijna gra została wyzwolona od centrum. „Być może (…) władza istnieje już tylko jako założenie (samosprawdzająca się przepowiednia) w umysłach samych obywateli” – konkluduje Staniszkis.

Według Staniszkis na naszych oczach obserwujemy zmierzch, datującej się od czasów rzymskich, zasady, w myśl której prawo odwołuje się do jakiejś zasady słuszności. Można by powiedzieć, iż prawo (i stojące na jego straży instytucje unijne) jest jedynie zwierciadłem, kabiną pogłosową bezwiednie odbijającą dochodzące do niej głosy. Paradoksalnie jednak właśnie odejście od tej zasady daje szansę zaistnienia w przestrzeni europejskich instytucji różnym niezależnym, oddolnym inicjatywom, o ile tylko odwoływać się one będą do jakichś nośnych społecznie tematów. Daje też szansę wykluczonym dotychczas państwom i grupom społecznym wierzącym jeszcze, że głoszona przez nie prawda może wedrzeć się w europejską przestrzeń społeczną, o ile tylko będzie głoszona z odpowiednia żarliwością.

Różnorodność kultur i nowy neokolonializm

Oceniając z perspektywy tożsamościowej dokonujące się przeobrażenia, zauważamy, że współczesna Europa ulega silnemu multikulturalizmowi, co należy postrzegać nie tyle przez pryzmat utworzenia jakiejś synkretycznej hybrydy, co poprzez zwiększenie rangi różnorodności. To dobry grunt dla rozwoju rozmaitych tożsamości etnicznych, narodowych, ideologicznych, także tych o silnym, ba, fundamentalistycznym, charakterze. We współczesnej UE powstają wyspy obowiązywania prawa rodzinnego i majątkowego mediowanego przez określoną wspólnotę a unijne prawo zachęca do tworzenia takich wspólnot. Skoro bowiem instytucje unijne nie odwołują się już do żadnych uniwersalnych wartości, ludzie szukają oparcia i schronienia przed globalizacją w małych wspólnotach, wśród ludzi podobnie myślących, a takiego poczucia pewności nie daje już im żadna postać europejskiej jedności. Staniszkis analizuje w tym kontekście zjawisko swoistego neokolonializmu, w myśl którego Unia legalizuje normy spoza systemu wartości dominującego w tradycji danego kraju. W przeciwieństwie jednak do dawnych praktyk kolonialnych to państwa zachodnie zmuszane są aktualnie do dokonywania selekcji ich własnej tradycji i systemu prawnego pod kątem zgodności z prawem ludności migrującej do nich z dotychczasowych peryferii – zwłaszcza wspólnot muzułmańskich. Rolą Unii, a zwłaszcza Trybunału Sprawiedliwości staje się mediacja na linii państwo-obywatel, który reprezentuje z reguły węższą wspólnotę. Przykładem tej tendencji może być np. inicjatywa na rzecz uznania szariatu w prawie rodzinnym dla wybranych grup na terenie Anglii. Jak konkluduje Staniszkis: „odrzucenie w TL zasady hierarchizacji norm i równoczesne legalizowanie norm sprzecznych, połączone z kooptowaniem (i często – etatyzowaniem) wspólnot fundamentalistycznych – może stworzyć bardzo opresyjną całość. Warto się przyglądać owej, kształtującej się na naszych oczach, antynomicznej całości (z przeciwieństwami pozornie walczącymi ze sobą, ale de facto produkującymi się nawzajem), bo być może to będzie właśnie fundament przyszłych form życia społecznego (i form kontroli) w UE”.

Zakończenie

Zaproponowana przez Staniszkis wizja Europy doprowadza do końca procesualną wykładnię UE, w myśl której nie ma ona nic wspólnego z organizacją wyposażoną we własną wizję, na straży której stoją jakieś czynniki władzy. To Europa dynamiczna, płynna i modularna z ogromną liczbą zmiennych, Europa wielu konkurujących ze sobą tożsamości. Taka wykładnia każe nam przewartościować nasze dotychczasowe przyzwyczajenia myślowe. Nie jest prawdą, że UE dryfuje w stronę Stanów Zjednoczonych Europy, z czym wiąże się zagrożenie dla niepodległości Polski. Jest dokładnie odwrotnie, choć nie znaczy to, że nasza sytuacja jest w związku z tym bardziej korzystna. UE staje się wehikułem realizacji partykularnych interesów jednostkowych – narodowych, etnicznych, regionalnych bądź innych, zgłaszanych przez jednostki lub grupy obywatelskie.

Zarówno we Władzy globalizacji, jak i Antropologii władzy ważną rolę odgrywa podkreślenie konieczności podejmowania działań politycznych na rzecz zapewnienia odpowiedniej pozycji jednostki politycznej w świecie. Autorka definiuje je przez pryzmat „czujności, orientacji na siebie (self-referentiality), zdolności do samoorganizacji, zdolności do ogarnięcia całości systemu” bądź do „zachowania sterowności”, ponieważ to my sami, a nie inne „wrogie” państwa, jak było dotychczas, posiadamy klucz do sytuacji. Z tego punktu widzenia istotna byłaby umiejętność wykorzystania swoich słabości tak, aby w innym kontekście polityczno-społecznym przydały się do wzmocnienia własnej pozycji, jak to uczyniły np. Chiny, które z kraju zacofanego stały się czołowym mocarstwem gospodarczym świata. Chodzi o umiejętność przeorientowania zasobów danego kraju na rzecz pracy dla rynków szerszej skali.

Jadwiga Staniszkis pozytywnie ocenia zastosowaną w UE nowatorską formułę władzy i rozwiązywania konfliktów , widząc w niej szansę powrotu do zapomnianych wzorców kultury obywatelskiej. Nie jest jednak całkiem jasne, skąd właściwie autorka czerpie swój optymizm. Opisywana przez nią strukturalna złożoność wiedzie do rozmycia kryteriów decyzyjnych, implikuje rozrost biurokracji i administracyjny chaos. W systemie prawnym UE przypadki i sytuacje wyjątkowe zastępują normy, gdyż tych ostatnich nikt już nie ma odwagi sformułować. Żyjemy w kleszczach przypadku, co znaczy, że znajdujemy się na okręcie pozbawionym sternika. Ponadto naszkicowana przez nią wizja, choć realistyczna, jawi się jako dosyć smutna, pozbawiona politycznej i ideowej nośności. Społeczeństwa, które za wszelką cenę pragną jedynie bezpieczeństwa, sytości i wysokiej jakości życia pozbawiają się kulturowej witalności i zdolności do samoobrony.

Inna sprawa to, czy na skutek narastających obiektywnie procesów globalizacyjnych (wraz z ich strukturalną złożonością) jakakolwiek inna rzeczywistość polityczna jest jeszcze możliwa. Toteż rozumiem zastosowany przez Staniszkis zabieg jako impuls zmierzający do ucywilizowania i odczarowania demonicznego systemu UE oraz do zachęcenia Polaków, aby brali sprawy w swoje ręce organizując się w różne grupy nacisku. Współczesna UE stanowi dobre podłoże dla rozwoju niezależnych inicjatyw stojących na straży różnych interesów i tożsamości, w tym narodowych. Problem pojawia się zatem w momencie, gdy myślimy o Europie jako spójnym konstrukcie politycznym, wyposażonym w jakąś wizję działania. Na skutek bowiem obiektywnych przeobrażeń cywilizacyjnych, którym towarzyszy „zmierzch wielkich narracji” a więc także zanik towarzyszących im ujęć całościowych i systemowych, już samo wyobrażenie sobie takiej wizji staje się trudne, jeżeli nie niemożliwe.

Michał Graban

Ilustracja: Honoré Daumier, The Legislative Belly (1834)

Zrodlo: http://nowadebata.pl/2015/03/30/czym-jest-unia-europejska-analiza-propozycji-jadwigi-staniszkis/
« Last Edit: (Sat) 18.04.2015, 01:03:25 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje