Author Topic: Psychologia Socjalizmu - Gustaw Le Bon  (Read 2274 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Psychologia Socjalizmu - Gustaw Le Bon
« on: (Sun) 27.09.2015, 13:41:11 »
Psychologia Socjalizmu - Gustaw Le Bon

Link do skanu w wersji pdf
Link do wersji rtf

Nota od tłumacza

O ile poglądy Le Bona, słuszne czy błędne, z pewnością zapowiadają myśl naszego wieku, to jego język tkwi w poprzednim. Zjawiska społeczne, które w dzisiejszym języku mają pewne utarte nazwy, u niego zowią się inaczej. Gdzie publicysta współczesny mówiłby o różnych kulturach, Le Bon rozprawia o rasach. Jego 'tłumom' - 'foules' - odpowiadają po polsku raczej masy. 'Ludom' - narody lub społeczeństwa. Przymiotnik łaciński' dotyczy z zasady kultury (romańskiej bądź francuskiej), a nie języka - 'rasa łacińska ' oznacza więc w tej książce narody romańskie i ich cywilizację. Jego 'klasy' nie mają wiele z marksizmu, oznaczając grupy czy warstwy społeczne, albo w ogóle kategorie łudzi. Le Bon krytykuje dobroczynność - po francusku 'charité ' - ale ma na myśli mniej komitety parafialne, a więcej pomoc społeczną świadczoną oficjalnie. 'Solidarnością' nazywa współpracę, na ogól interesowną, a nie pomoc wzajemną. Gdy mówi o rozumie ('raison'), ma na myśli czasem po prostu zdolność do rozsądnego myślenia, czasem wyższe uzdolnienie człowieka, które można by pisać dużą literą, Rozum.
Tłumaczenie nie zachowuje en bloc tego sposobu mówienia, bo mógłby być mylący. Z drugiej strony nie można go było jednak w całości zastępować terminologią współczesną; to by oznaczało odejście zbyt daleko od oryginału. Przyjęto zasadę, że język jest modyfikowany wtedy, gdy dosłowne brzmienie mogłoby spowodować nieporozumienia. Pozostawiono terminy szczególnie dla autora typowe, jak owa 'rasa ' albo też 'lud' zamiast 'narodu '. Niekiedy odpowiednik współczesny dodano w nawiasie. Ponieważ terminologia psychologiczna i socjologiczna w czasach Le Bona nie była jeszcze ukształtowana, tłumaczenie też jej na ogół nie używa. Częściowo dotyczy to również terminów ekonomicznych.
Niektóre szczegółowe stwierdzenia Le Bona są jaskrawo fałszywe, choć dotyczy to kwestii dla całości dzieła pobocznych (np. zupełnie zniekształcił historię chrześcijaństwa). Popada on też czasem w sprzeczności. Jest to odnotowane w przypisach, przy czym tłumacz starał się wskazać genezę błędu. Dotyczy to zwłaszcza faktografii i analizy zjawisk, bo odnośnie przewidywań na przyszłość sam Le Bon wyraźnie podkreśla ich ryzykowność. Tłumacz zresztą nie wyręczał czytelnika w ocenie głównych tez Le Bona.
W przekładzie uwzględniono drobne uzupełnienia tekstu dodane w późniejszych wydaniach; natomiast przedmowa pochodzi w całości z wydania I.

Przedmowa autora do I wydania

Socjalizm, który dogłębnie przejmuje umysły stanowi syntezę zespołu dążeń, wierzeń i idei reformatorskich. Rządy się go obawiają, prawo¬dawcy go oszczędzają, ludy widzą w nim jutrzenkę przyszłego losu.
Dzieło to jest poświęcone jego zbadaniu. Znajdą w nim zastosowanie zasady wyłożone w moich ostatnich książkach: Psychologia rozwoju narodów  oraz Psychologia tłumu . Przeszedłszy pobieżniej przez szczegóły doktryny, by zatrzymać się tylko przy jej istocie, zbadamy następ¬nie przyczyny, które spowodowały powstanie socjalizmu, oraz te, które spowalniają bądź przyspieszają jego rozprzestrzenianie. Wskażemy na konflikt między dawnymi ideami ustalonymi przez dziedziczenie, na których nadal opierają się społeczeństwa, a ideami nowymi, wyrosłymi z nowego środowiska, stworzonego przez ewolucję naukową i przemysłową. Nie kwestionując słuszności dążenia wielkiej liczby ludzi do poprawy swojego losu, zbadamy, czy strona instytucjonalna może mieć realny wpływ na tę poprawę, czy też nasze przeznaczenie podlega władzy konieczności niezależnej od tych instytucji, które rodzą się z naszych zachceń.
Socjalizmowi nie zabrakło apologetów piszących jego historię, ekonomistów omawiających jego dogmaty, apostołów głoszących jego wiarę. Psychologowie jak dotychczas wzgardzili jego studiowaniem, widząc w socjalizmie temat nieprecyzyjny i wymykający się badaniu, tak jak religia lub polityka, nadający się raczej do dyskusji emocjonalnych a jałowych, do których umysły naukowe czują odrazę.
Wydaje się jednak, że jedynie uważne podejście psychologiczne może ukazać genezę tych nowych doktryn i wyjaśnić wpływ, jaki wywierają zarówno w warstwach ludu, jak wśród pewnej liczby umysłów wykształconych. Trzeba sięgnąć najgłębszych korzeni wydarzeń, których przebieg się obserwuje, by dojść do zrozumienia ich owoców.
Żaden apostoł nie wątpi w przyszłość swej wiary. Socjaliści też są przekonani o ostatecznym triumfie swojej. Takie zwycięstwo zakłada konieczność zniszczenia obecnego społeczeństwa i jego odbudowę na innej podstawie. Uczniom nowego dogmatyzmu nic nie wydaje się prostsze. Jest oczywiste, że można zdezorganizować społeczeństwo przemocą, tak jak można w godzinę unicestwić ogniem powoli wznoszony budynek. Ale czy nasza obecna znajomość ewolucji wydarzeń pozwala przyjąć, że ludzie są zdolni przebudować według swoich życzeń zniszczoną organizację? Gdy tylko wniknie się trochę w mechanizmy cywilizacji, odkrywa się szybko, iż społeczeństwo ze swymi instytucjami, wierzeniami i umiejętnościami przedstawia się jako sieć idei, uczuć, przyzwyczajeń i sposobów myślenia dziedzicznie utrwalonych, która stanowi o jego sile. Społeczeństwo jest zwarte tylko wtedy, gdy ta moralna spuścizna jest solidnie zakorzeniona, ale nie w kodeksach, lecz w duszach. Upada zaś, gdy się ona rozkłada. Jeśli rozkład jest zupełny, społeczeństwo skazane jest na zniknięcie.
Takie przekonanie nigdy nie wpłynęło na pisarzy i mężów stanu państw cywilizacji łacińskiej . Przekonani, iż naturalne prawidłowości znikną wobec ich ideału niwelowania różnic, regulacji, sprawiedliwości, wierzą oni, że wystarczy wyobrazić sobie naukową konstytucję i prawa oparte na rozumie, żeby przekształcić świat. Żywią jeszcze złudzenia heroicznej epoki Rewolucji, kiedy to filozofowie i prawodawcy uważali za pewnik, iż społeczeństwo jest tworem sztucznym, który dyktatorzy mogą w swej łaskawości całkowicie przebudować.
Podobne teorie wydają się dziś trudne do podtrzymywania. Nie należy ich jednak lekceważyć. Stanowią bowiem motyw działań o bardzo wielkiej niszczącej sile, która jest tym samym nader groźna. Moce twórcze czerpią z upływu czasu i nie podlegają wpływowi naszych doraźnych zachceń. Zdolność do niszczenia, przeciwnie, jest w naszym zasięgu. Zniszczenie społeczeństwa może być bardzo szybkie, zaś jego odtworzenie jest zawsze bardzo powolne. Niekiedy potrzeba ludziom wieków wysiłku, żeby mozol¬nie odbudować to, co zniszczyli w jeden dzień.
Jeśli chcemy zrozumieć głęboki wpływ wywierany przez współczesny socjalizm, trzeba zbadać jego dogmaty. Kiedy bada się przyczyny jego sukcesu, stwierdza się, że sukces ten wcale nie wiąże się z teoriami, które te dogmaty zakładają, ani z zaprzeczeniami, które narzucają. Jak religie, do których się coraz bardziej upodabnia, socjalizm rozprzestrzenia się inaczej niż dzięki przesłankom rozumowym. Słabiutki, gdy próbuje dyskutować i opierać się na argumentach ekonomicznych, staje się - przeciwnie - bardzo silny, gdy pozostaje w sferze deklaracji, marzeń i nierealnych obietnic. Byłby jeszcze groźniejszy, gdyby się do nich ograniczył.
Dzięki obietnicom odnowy, dzięki nadziei, którą budzi w wydziedziczonych, socjalizm staje się o wiele bardziej wierzeniem o formie religijnej, niż doktryną. Otóż siła wierzeń, kiedy przybierają ową formę religijną (której mechanizmy studiowałem gdzie indziej), polega na tym, że ich rozprzestrzenianie się nie zależy od udziału prawdy bądź błędu w nich zawartego. Skoro tylko wierzenie jest w duszy ludzkiej zakorzenione, jego absurdalność nie jest widziana, rozum go nie dosięga. Tylko czas może je nadwerężyć. Najświetniejsi myśliciele ludzkości, jak Leibniz, Kartezjusz, Newton, bez szemrania chylili czoła przed dogmatami religijnymi, których słabość Rozum szybko by im wykazał, gdyby mogli poddać je krytycznej kontroli. Co jednak weszło do sfery uczuć, nie może już być naruszone przez dyskusję. Religie, działając tylko na uczucia, nie mogą być podważone przez argumenty - dlatego ich panowanie nad duszami zawsze było tak absolutne.
Epoka współczesna stanowi jeden z tych okresów przejściowych, kiedy stare wierzenia straciły swoją władzę, a te, które miałyby je zastąpić, jeszcze się nie ustaliły. Ludziom jeszcze nie udało się żyć bez bóstw. Spadają one niekiedy z tronów, ale te nigdy nie pozostają puste. Nowe zjawy wznoszą się wkrótce z prochu martwych bogów.
Nauka, która pokonała bogów, nie potrafi zakwestionować ich niezwykłej władzy. Żadnej cywilizacji nie udało się jeszcze powstać i rosnąć bez nich. Kwitnące cywilizacje zawsze opierały się na dogmatach religijnych, które z punktu widzenia Rozumu nie miały najmniejszej nawet cząstki logiki, prawdy czy nawet zwykłego zdrowego rozsądku. Logika i rozum nigdy nie były prawdziwymi przewodnikami ludów. Irracjonalność zawsze stanowiła jeden z najpotężniejszych motywów działania w dziejach ludzkości.
To nie światło Rozumu przekształciło świat. Podczas gdy religie, oparte na utopiach, wycisnęły niezniszczalne znamię na wszystkich składnikach cywilizacji i trzymają ogromną większość ludzi pod władzą swych praw, to systemy filozoficzne, oparte na rozumowaniach, odgrywały w życiu ludów tylko nieznaczną rolę, wiodąc egzystencję efemeryczną. Proponują one bowiem masom argumenty, podczas gdy dusza ludzka domaga się jedynie nadziei.
Religie zawsze dawały nadzieje właśnie; dawały też ideał zdolny do uwiedzenia i uniesienia dusz. Swoją magiczną pałeczką tworzyły najpotężniejsze imperia, wydobyły z nicości cuda literatury i sztuki, które tworzą wspólny skarbiec cywilizacji.
Nadzieję proponuje również socjalizm i to właśnie stanowi o jego sile. Wierzenia, których naucza, są wysoce utopijne i pozornie mają nader nikłą szansę na rozprzestrzenienie się. Niemniej jednak osiągają skutek. Człowiek dysponuje cudownym uzdolnieniem do przekształ¬cania rzeczy zgodnie ze swoimi pragnieniami, do poznawania ich tylko przez magiczne szkło myśli i uczuć, które pokazuje świat, jakim chcemy go widzieć. Pod wpływem marzeń, ambicji, pragnień każdy widzi w socjalizmie rzeczy, o których twórcy tej nowej wiary nawet nie śnili. Kapłan odkrywa w nim dobroczynność o zasięgu uniwersalnym i marzy o nim, zapomniawszy o ołtarzu. Zgięty przez trudy nędzarz mylnie postrzega w nim świetlisty raj, gdzie z kolei on będzie obsypany dobrami. Niezmierzone zastępy niezadowolonych - a któż się dzisiaj do nich nie zalicza - mają nadzieję, że jego triumf przyniesie im poprawę losu. Właśnie suma wszystkich marzeń, niezadowolenia, nadziei daje nowej wierze jej niezaprzeczalną siłę.
Żeby socjalizm mógł tak szybko przybrać tę formę religijną, która stanowi tajemnicę jego wpływu, trzeba było, by pojawił się w jednej z tych rzadkich chwil historii, kiedy ludzie są zmęczeni swoimi bogami, a dawne religie tracą swoją dominację i tylko czekają na nowe wierzenia, które mają je zastąpić. Nadszedłszy w momencie, gdy władza dawnych bóstw znacząco przybladła, socjalizm, który też proponuje człowiekowi marzenia o szczęściu, dąży w naturalny sposób do zajęcia ich miejsca. Wszystko wskazuje, że uda mu się je zająć, ale że nie potrafi go długo utrzymać.


Zobacz na:
Psychologia tłumu - Gustaw Le Bon
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=418.0
Psychologia rozwoju narodów - Gustaw Le Bon
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=2133.0
Ekohumanizm, albo globalna katastrofa - Lesław Michnowski
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=2091.0
Ponerologia polityczna: Nauka o naturze zła w adaptacji do celów politycznych
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=525.0
O ład w historii - Feliks Koneczny
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1688.0
Jednostronne teorie rozwoju społecznego
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1430.0
Nauka o cywilizacjach - Józef Kossecki
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1562.0
Destabilizacja. Szeroka perspektywa.
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=2137.0
Inkwizycja Hiszpańska – hr. Józef Tyszkiewicz
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=2188.0
« Last Edit: (Tue) 01.12.2015, 20:15:03 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Psychologia Socjalizmu - Gustaw Le Bon
« Reply #1 on: (Tue) 29.09.2015, 17:13:06 »
Księga I TEORIE SOCJALISTYCZNE I ICH ZWOLENNICY

Rozdział 1 Różne oblicza socjalizmu
§ 1. Czynniki ewolucji społecznej

Cywilizacje zawsze miały za podstawę niewielką liczbę idei nimi rządzących. Kiedy te idee, stopniowo blednąc, w końcu całkiem tracą siłę, opierające się na nich cywilizacje skazane są na zmianę.
Jesteśmy dzisiaj świadkami jednego z takich okresów przemiany, rzadkich w historii świata. W ciągu wieków wielu filozofom nie było dane żyć akurat wtedy, gdy się kształtowały nowe idee, ani móc studiować je, jak to jest możliwe dziś, na kolejnych etapach krystalizacji.

Obecna ewolucja społeczeństw podlega działaniu czynników trojakiego rodzaju:
*politycznych,
*ekonomicznych i
*psychologicznych.

Istniały one we wszystkich epokach, ale ich względna ważność zmieniała się stosownie do wieku narodów.
Do czynników politycznych należą prawa i instytucje. Teoretycy wszystkich partii, a przede wszystkim współcześni socjaliści, przypisują im zazwyczaj bardzo duże znaczenie. Wszyscy są przekonani, iż szczęście ludu zależy od jego instytucji - i że wystarczy je zmienić, by od razu zmienić los. Paru myślicieli uważa, przeciwnie, że wpływ instytucji jest bardzo słaby, a losy ludów zależą od ich charakteru, to znaczy ducha ich rasy (kultury). W ten sposób by się wyjaśniało, dlaczego narody o podobnych instytucjach, żyjące w takim samym środowisku, zajmują bardzo różne miejsca na drabinie cywilizacyjnej.
Ogromny wpływ mają dziś czynniki ekonomiczne. Mało znaczące w czasach, gdy ludy żyły w izolacji i gdy rozmaite gałęzie gospodarki mało się zmieniały przez wieki, czynniki te w końcu zyskały wpływ dominujący. Odkrycia naukowe i techniczne przekształciły wszystkie warunki naszego życia. Prosta reakcja chemiczna, odkryta w laboratorium, rujnuje jeden kraj, a wzbogaca inny. Uprawa zboża w głębi Azji zmusza całe prowincje Europy do rezygnacji z rolnictwa. Rozwój maszyn wstrząsa życiem znacznej części ludów cywilizowanych.
Czynniki natury psychologicznej, jak rasa (kultura), wierzenia, opinie również mają znaczny wpływ. Był on niegdyś decydujący, dziś jednak przewagę osiągają czynniki ekonomiczne.
Społeczeństwa współczesne różnią się od dawnych przede wszystkim zmianą proporcji bodźców, których wpływowi ulegają. Niegdyś zdominowane przede wszystkim przez wierzenia, dziś coraz bardziej są posłuszne prawidłowościom ekonomicznym.
Jednakże czynniki psychologiczne dalekie są od utraty wpływu. W jakiej mierze człowiek unika tyranii czynników ekonomicznych, zależy to od jego konstytucji umysłowej czyli rasy (kultury) - dlatego widzimy, że pewne ludy podporządkowują czynniki ekonomiczne swoim potrzebom, podczas gdy inne pozwalają się im coraz bardziej zniewalać i tylko próbują się im przeciwstawić przez przepisy protekcjonistyczne, które jednak nie są w stanie ochronić ich przed zapanowaniem czynników ekonomicznych.
Takie są główne motory ewolucji społecznej. Ich przemilczanie nie sprawi, że przestaną funkcjonować. Naturalne prawa działają ze ślepą regularnością przekładni zębatej i miażdżą wszystko, co się z nimi zderza.

§ 2. Różne aspekty socjalizmu

Socjalizm prezentuje więc różne oblicza, które należy kolejno zbadać. Trzeba go studiować jako koncepcję polityczną, jako koncepcję ekonomiczną, jako koncepcję filozoficzną i jako wierzenie. Trzeba też brać pod uwagę konflikt między tymi różnymi koncepcjami a rzeczywistością społeczną, to znaczy między abstrakcyjnymi ideami a nieuniknionymi prawami natury, których człowiek zmienić nie potrafi.
Najłatwiej poddaje się analizie strona ekonomiczna socjalizmu. Stajemy tu bowiem wobec jasnych problemów. Jak powstaje i dzieli się bogactwo? Jakie są odpowiednio role pracy, kapitału i inteligencji? Jaki jest wpływ faktów ekonomicznych, na ile stymulują one ewolucję społeczną?
Jeżeli studiujemy socjalizm jako wierzenie - to znaczy badamy wpływ moralny, jaki wywiera, przekonania i zaangażowanie, które inspiruje - wtedy punkt widzenia jest bardzo różny i problem jawi się całkiem inaczej. Nie musząc się już zajmować teoretyczną wartością socjalizmu jako doktryny i niedorzecznościami ekonomicznymi, o które może się ona rozbić, mamy tylko do rozważenia nowe wierzenie od strony jego genezy, moralnych postępów i efektów psychologicznych, jakie może spowodować. Takie studium jest nieodzowne dla zrozumienia bezużyteczności wszelkiej dyskusji z obrońcami nowych dogmatów. Kiedy ekonomiści dziwią się, że przedstawienie bezdyskusyjnego dowodu zupełnie nie skutkuje na przekonanych socjalistów, należy ich odesłać do historii wszelkich wierzeń i do psychologii tłumu. Nie pokonuje się doktryny, pokazując jej strony utopijne. Marzeń nie zwalcza się ar¬gumentami.
By zrozumieć obecną siłę socjalizmu, trzeba go rozważać przede wszystkim jako wierzenie. Stwierdza się wtedy, że spoczywa on na bardzo mocnym fundamencie psychologicznym. Dla jego sukcesu mało znaczy to, że jego dogmaty są sprzeczne z rozumem. Historia wszystkich wierzeń, przede wszystkim religijnych, wystarczająco dowodzi, że ich sukces był najczęściej niezależny od udziału prawdy bądź błędu w nich zawartego.
Po przestudiowaniu socjalizmu jako wierzenia trzeba go zbadać jako koncepcję filozoficzną. To jego nowe oblicze zwolennicy najbardziej zaniedbują, a tymczasem właśnie jego mogliby bronić najskuteczniej. Z punktu widzenia czysto filozoficznego, to znaczy zostawiając na boku prawidłowości psychologiczne i ekonomiczne , wiele jego teorii nadawałoby się do obrony.
Czym jest bowiem, filozoficznie rzecz ujmując, socjalizm, a przynaj¬mniej jego najczęstsza forma - kolektywizm? Po prostu reakcją bytu zbiorowego przeciwko samodzielności bytu jednostkowego. Otóż, jeśli odłożyć na bok korzyści z inteligencji i ogromny pożytek, jaki może przynieść postępowi cywilizacji zagospodarowanie tych korzyści, nie ulega wątpliwości, że zbiorowość - choćby w imię prawa liczebności, które stało się wyznaniem wiary współczesnych demokracji - może się uważać za uprawnioną do podporządkowania sobie jednostki, która z jej łona wyszła i bez niej byłaby niczym.
Z filozoficznego punktu widzenia socjalizm jest reakcją zbiorowości przeciw jednostce, powrotem do przeszłości. Indywidualizm i kolek¬tywizm są w swym ogólnym duchu dwiema stojącymi naprzeciw siebie siłami, które zmierzają, jeśli nie do zniszczenia drugiej, to przynajmniej do jej sparaliżowania. W tej walce sprzecznych interesów jednostki i zbiorowości leży prawdziwy problem filozoficzny socjalizmu. Jedno¬stka dość silna, by liczyć tylko na swoją inicjatywę i inteligencję, a w konsekwencji wysoce zdolna do awansu, staje wobec mas o nikłej inicjatywie i inteligencji, ale silnych liczbą, jedynym oparciem prawa. Interesy tych dwóch stojących naprzeciw siebie zasad są sprzeczne. Pytanie, czy za cenę wzajemnych ustępstw będą mogły one utrzymać się bez niszczenia się. Dotychczas tylko religie były w stanie przekonać jednostkę do poświęcenia korzyści osobistych dla istot sobie podob¬nych, do zastąpienia egoizmu indywidualnego przez zbiorowy. Jed-nakowoż stare religie umierają , a te, które mają je zastąpić, jeszcze się nie narodziły. Studiując ewolucję solidarności (współpracy) społecznej, zbadamy, na ile prawidłowości ekonomiczne czynią możliwą zgodę między tymi dwiema sprzecznymi zasadami. Jak powiedział słusznie w jednej ze swych mów Leon Bourgeois: Nie można nic zdziałać wbrew prawom natury, to się rozumie samo przez się, ale trzeba je bezustannie studiować i posługiwać się nimi dla zmniejszenia wśród ludzi nierówności i niesprawiedliwości.
Kończąc badanie różnych stron socjalizmu: powinniśmy oczekiwać jego różnych odmian stosownie do kultury. Jeśli prawdziwe są zasady, które przedstawiłem w poprzednim dziele  na temat głębokich prze¬mian, jakim ulegają wszystkie elementy cywilizacji: instytucje, religie, sztuka, wierzenia itd., gdy przechodzić od jednego ludu do drugiego, można przeczuwać, że pod podobnymi niekiedy słowami, które służą opisaniu koncepcji państwa u różnych ludów, kryją się rzeczy nader rozmaite. Zobaczymy, że tak jest w istocie. U ras z wigorem, energicz¬nych, dochodzących do szczytu rozwoju obserwuje się zarówno przy instytucjach monarchicznych jak i republikańskich znaczny zakres inicjatywy indywidualnej i redukcję tego, co pozostaje państwu. Jest to przeciwieństwo roli, jaką przyznają państwu ludy, w których jednostki tak są wyczerpane umysłowo, że nie mogą już liczyć na własne siły. Bez względu na nazwy ich instytucji, rząd jest tam zawsze władzą pochłaniającą wszystko, wytwarzającą wszystko i rejestrującą najdrob¬niejsze szczegóły życia obywateli. Socjalizm jest tylko rozwinięciem tej koncepcji. Byłby on dyktaturą bezosobową, ale absolutną.
Widać, jak złożone są problemy, które mamy podjąć, ale widać też, jak się one upraszczają, gdy studiuje się osobno ich elementy.
Rozdział 2 Początki socjalizmu i przyczyny jego rozwoju

§ 1. Dawność socjalizmu

Socjalizm nie pojawił się na świecie dopiero dzisiaj. Naśladując sformułowanie bliskie historykom antycznym można by rzec, że pochodze¬nie socjalizmu ginie w pomroce dziejów. Ma on za cel zniszczyć nierówność warunków, a jest ona cechą zarówno świata starożytnego, jak i współczesnego. Jeśli jakieś wszechmocne bóstwo nie odmieni natury ludzkiej, przeznaczone jest tej nierówności trwać aż do osta¬tecznego wyziębienia się naszej planety. Walka bogatego i biednego wydaje się wieczna.
Bez sięgania do wspólnoty pierwotnej, niższej formy ewolucji, od której zaczynały wszystkie społeczności, możemy twierdzić, że już starożytność eksperymentowała z różnymi formami socjalizmu, które są nam dziś proponowane. Ich urzeczywistnienia próbowali mianowicie Grecy - i z powodu tych niebezpiecznych doświadczeń w końcu zginęli. Doktryny kolektywistyczne są wyłożone już w Rzeczypospolitej Plato¬na; Arystoteles je zwalczał. A jak to wyraził Guiraud podsumowując jego pisma w swojej książce o własności nieruchomości u Greków: Są tam reprezentowane wszystkie doktryny współczesne, od socjalizmu chrześcijańskiego po najdalej posunięty kolektywizm.
Owe doktryny były wielokrotnie zastosowane w praktyce. Greckie przewroty polityczne były jednocześnie przewrotami socjalnymi, to znaczy przewrotami mającymi za cel zmienić nierówność warunków przez ogołocenie bogatych i gnębienie arystokracji. Udały się one wiele razy, ale zawsze na krótko. Ich ostatecznym skutkiem była hellenistycz¬na dekadencja i utrata niepodległości. Socjaliści tej epoki nie zgadzali się między sobą lepiej niż obecni, czyli zgadzali się między sobą tylko co do niszczenia. Rzym położył kres ich nieustannym swarom redukując Grecję do poddaństwa, a wielu jej mieszkańców sprzedając jako niewolników.
Sami Rzymianie nie uniknęli zamachów socjalistycznych. Musieli doświadczyć socjalizmu agrarnego Grakchów, którzy ograniczyli posiadanie ziemi przez pojedynczych obywateli, nadwyżkę rozdali bied¬nym i zobowiązali państwo do żywienia jednostek w potrzebie. Stąd wynikły wszystkie walki, które zrodziły Mariusza, Sullę, wojny domo¬we, a w końcu zniesienie republiki i dominację cesarską.
Również Żydzi znali żądania socjalistyczne. Obelgi ich proroków, prawdziwych anarchistów swojej epoki, są skierowane przede wszystkim przeciw bogatym. Jezus, najsławniejszy z nich, domagał się przede wszystkim praw dla ubogich. Przekleństwa i groźby skierowane są tylko do bogaczy.  Królestwo Boże zarezerwowane jest dla samych biednych. Bogaci wejdą tam z większym trudem - stwierdził - niż wielbłąd przechodzący przez ucho igielne.
Podczas dwóch lub trzech pierwszych wieków naszej ery religia chrześcijańska była socjalizmem ubogich, wydziedziczonych, niezadowolonych, a jak współczesny socjalizm stale walczyła z instytucjami istniejącymi.  Socjalizm chrześcijański jednak w końcu zwyciężył, był to zresztą pierwszy przypadek, kiedy to idee socjalistyczne osiągnęły trwały sukces.
Ale choć posiadał ogromny atut w postaci obietnicy szczęścia w życiu przyszłym, a nie w obecnym - a tym samym miał pewność, że nie zobaczy jej kompromitacji - chrześcijański socjalizm mógł się utrzymać tylko rezygnując ze swych zasad natychmiast po zwycięstwie. Musiał oprzeć się na bogatych i silnych i stać się obrońcą majątku i własności, które przedtem przeklinał. Jak zwykle zwycięscy rewolucjoniści, sam stał się z kolei konserwatystą i katolicki Rzym nie miał ideału społecz¬nego różniącego się znacznie od Rzymu cesarskiego. Biedni od nowa musieli się zadowalać rezygnacją, pracą i posłuszeństwem, z perspek¬tywą nieba jako nagrody, a groźbą piekła, jeśli swoim panom szkodzi¬li.  Jakaż cudowna jest historia tego marzenia trwającego dwa tysiące lat! Kiedy nasi potomkowie, uwolnieni od odziedziczonych koncepcji, które krępują nasze myśli, będą mogli podjąć jego studium z punktu widzenia czysto psychologicznego, podziwiać będą potęgę tej wielkiej utopii, na której nadal opiera się nasza cywilizacja. Jak bledną najbar¬dziej błyskotliwe systemy filozoficzne wobec narodzin i rozwoju tego wierzenia, tak dziecinnego z punktu widzenia Rozumu, a mimo to tak potężnego! Trwałość jego rządów pokazuje, jak dalece rządzi światem to, co irracjonalne, a nie to, co realne. Założyciele religii stworzyli tylko nadzieje, a jednak to ich dzieła okazały się najtrwalsze. Jakie perspek¬tywy socjalistyczne dorównają kiedykolwiek rajowi Jezusa bądź Mahometa? Jak nędzne są w porównaniu z nimi widoki szczęścia ziemskiego, jakie obiecują nam dzisiaj apostołowie socjalizmu!
Ojcowie naszej rewolucji francuskiej także wprowadzali w życie teorie socjalistyczne, a jeśli uczeni autorzy nadal dyskutują, by ustalić, czy rewolucja była socjalistyczna, to dlatego, że termin socjalizm oznacza często idee bardzo różne, co utrudnia dotarcie do istoty rzeczy. Nader jasny cel, do którego dążyli zawsze socjaliści wszystkich czasów, to wywłaszczenie bogatych na rzecz biednych. Otóż nikt tak skutecznie tego nie wykonał, jak rewolucjoniści. Twierdzili oni bez wątpienia, że własność jest święta i nienaruszalna, ale uprzednio wywłaszczyli szlach¬tę i duchowieństwo, zastępując jedną nierówność społeczną przez drugą. Nikt nie wątpi, jak mniemam, że jeśli obecni socjaliści zdołają analogicznym jak rewolucja sposobem pozbawić burżuazję jej bogactw, to tak powstała nowa klasa właścicieli przekształci się natychmiast w zaciekłych konserwatystów, którzy oświadczą, że w przyszłości własność będzie rzeczą świętą i nienaruszalną.  Takie deklaracje są zresztą całkiem bezcelowe, kiedy jest się silnym, a bardziej jeszcze bezcelowe, gdy się jest słabym. W walce klas prawa i zasady nie odgrywają żadnej roli.
A jeśli historia tak się zawsze powtarza, to dlatego, że zależy od natury ludzkiej, natury, która się w ciągu wieków nie zmieniła. Ludzkość mocno się już zestarzała, a mimo to goni za tymi samymi marzeniami i nie ucząc się powtarza te same próby. Przeczytajmy na nowo pełne entuzjazmu i nadziei deklamacje naszych socjalistów sprzed lat sześćdziesięciu, z rewolucji 1848 roku, której byli najbardziej wojowniczymi obrońcami. Nadeszła nowa era, dzięki temu świat się zmieni. Tymczasem przez nich nasz kraj popadł wkrótce w despotyzm, a potem uległ rujnującej wojnie i najazdowi [1870-71]. Upłynęło zaledwie pół wieku od tej fazy socjalizmu, a zapomniawszy o tej przykrej lekcji, zabieramy się za powtórzenie takiego samego cyklu.

§ 2. Przyczyny obecnego rozwoju socjalizmu

Powtarzamy więc dziś tylko raz jeszcze skargę, którą w ciągu wieków wygłaszali nasi ojcowie; a jeśli powtarzamy ją głośniej, to dlatego, że postęp cywilizacji pobudził naszą wrażliwość. Nasze warunki życia stały się dużo lepsze niż niegdyś, a jednak jesteśmy coraz mniej zadowoleni. Pozbawiony swoich wierzeń, nie mający innych perspek¬tyw niż twardy obowiązek i bezbarwna współpraca, zaniepokojony wstrząsami i niestabilnością, wynikiem przemian gospodarczych, wi¬dzący walące się po kolei wszystkie instytucje społeczne, rodzinę i własność zagrożone zniknięciem, człowiek współczesny przywiązuje się łapczywie do teraźniejszości, jedynej rzeczywistości, jakiej może się chwycić. Interesując się już tylko sobą, chce za wszelką cenę cieszyć się chwilą obecną, choć czuje jej krótkość. Wobec utraty złudzeń trzeba mu dobrobytu, a tym samym bogactwa. Jest mu ono tym potrzebniej¬sze, że postęp nauki i techniki stworzył masę nieznanych dawniej przedmiotów luksusowych, które stały się dziś konieczne do życia. Pragnienie bogactwa staje się coraz powszechniejsze, a zarazem rośnie liczba tych, między których bogactwo ma być podzielone.
Potrzeby współczesnego człowieka stały się więc bardzo wielkie, postąpiły naprzód szybciej niż środki ich zaspokojenia. Statystyki dowodzą, że dobrobyt nigdy nie był powszechniejszy niż dziś, ale dowodzą też, że potrzeby nigdy nie były tak naglące. W równaniu dwie zmienne są sobie równe, jeśli jednocześnie rosną. Stosunek potrzeb i środków ich zaspokojenia stanowi równanie szczęścia. Jeśli dwie zmienne są sobie równe, choćby ich wielkość była nieznaczna, człowiek jest zadowolony. Jest jeszcze zadowolony, gdy nierówność wynikła z niedoboru środków zaspokojenia potrzeb, ale równowaga został przywrócona przez redukcję potrzeb. Takie rozwiązanie odkryto daw¬no temu na Wschodzie, dlatego widzimy tam ludzi zawsze zadowolo¬nych ze swego losu. Natomiast we współczesnej Europie potrzeby wzrosły niepomiernie, podczas gdy środki ich zaspokojenia nie nadąży¬ły. Stąd wynikło, że dwie zmienne równania stały się bardzo nierówne, zaś większość ludzi cywilizowanych przeklina dziś swój los. Od góry do dołu panuje to samo niezadowolenie, ponieważ od dołu do góry potrzeby są nadmierne. Każdy wciągnięty jest w jeden chaotyczny wyścig do majątku, marząc do obaleniu przeszkód, które go od niego oddzielają. Na podłożu pesymistycznej obojętności na dobro wspólne i na doktryny, egoizm indywidualny wzrósł niepohamowanie. Bogactwo stało się celem, do którego każdy zmierza, ten cel spowodował zapomnienie o wszystkich innych.
Takie tendencje nie są z pewnością w historii czymś nowym, ale jak się wydaje w przeszłości występowały w formie mniej powszechnej i wyłącznej. Ludzie XVIII wieku - powiada Tocqueville - wcale nie znali tego rodzaju pragnienia dobrobytu, które zniewala. W klasach wyższych troszczono się raczej o upiększenie życia, niż o uczynienie go wygodniej¬szym, o świetność niż o wzbogacenie się.
Koniecznym następstwem tej pogoni za bogactwem jest ogólny upa¬dek moralności ze wszystkimi jego konsekwencjami. Najwyraźniej wido¬czny jest dotkliwy spadek prestiżu burżuazji w oczach niższych warstw społecznych. Społeczeństwo burżuazyjne zestarzało się w stulecie tyleż, co arystokracja przez dziesięć wieków. Zużyło się w mniej niż trzy pokolenia i odnawia się tylko przez stały dopływ ze środowisk niżej stojących. Może synom pozostawić majątek, ale jak im pozostawi zalety, do których utrwalenia trzeba wieków? Wielkie fortuny zastąpiły wielkie dziedzictwa, ale te fortuny zbyt często przechodzą w marne ręce.
Być może właśnie bezczelne popisywanie się wielkimi fortunami i sposób ich wydawania najwięcej się przyczyniły do rozwoju idei socjalistycznych. Naprawdę cierpi się - mówi słusznie Faguet - tylko z powodu szczęścia innych. To jest nieszczęście ubogiego. Socjaliści dobrze wiedzą, że nie mogą urzeczywistnić równości w bogactwie, ale mają przynajmniej nadzieję zaprowadzić równość w biedzie.
Młodzież zamożna nie daje bynajmniej ludowi budującego przykładu. Coraz bardziej kwestionuje ona tradycje moralne, które są jedynym źródłem stabilności społeczeństw. Idee obowiązku, patriotyzmu i honoru wydają się jej zbyt często próżnymi przesądami, śmiesznymi ogranicze¬niami. Wychowana w zbytnim kulcie sukcesu, zdradza najdziksze apety¬ty i pragnienia. Kiedy spekulacja, intryga, bogate małżeństwo lub spadek daje jej w ręce fortunę, zużywa ją na najpospolitsze rozrywki.
Młodzież uniwersytecka nie przedstawia się bardziej pocieszająco. Jest ona żałosnym produktem naszego wykształcenia klasycznego. Przepojona łacińskim racjonalizmem, wykształcona teoretycznie i książkowo, nie jest zdolna niczego zrozumieć z realiów życia, z prawidłowości, które pod¬trzymują społeczeństwa w istnieniu. Idea ojczyzny, bez której żaden lud nie może trwać, wydaje się jej, jak to napisał niedawno pewien znany akademik, koncepcją szowinistycznych bęcwalów niedouczonych fdozoficznie.
Te nadużycia majątku i rosnąca demoralizacja burżuazji dostarczyły poważnego uzasadnienia diatrybom współczesnych socjalistów przeciw nierównemu podziałowi bogactw. Aż za łatwo było im dowodzić, że wielkie majątki współczesne mają często za podstawę gigantyczny rabunek skromnych dochodów tysięcy nędzarzy. Jak inaczej określić operacje finansowe takie, jak pożyczki dla zagranicy rozpisywane przez wielkie towarzystwa kredytowe, doskonale poinformowane co do war¬tości pożyczkobiorców, całkowicie pewne, że zbyt ufni subskrybenci będą zrujnowani, ale nie wahające się ich zrujnować dla pobrania prowizji, która wynosi niekiedy, jak przy pożyczce honduraskiej, więcej niż 50% pożyczki? Czyż nieszczęśnik, który pchany głodem zabiera wam w lesie zegarek, nie jest nieskończenie mniej winny niż ci piraci finansów?  A co powiedzieć o spekulacjach takich, jak tego młodego miliardera amerykańskiego, który w momencie wybuchu wojny Stanów Zjednoczonych z Hiszpanią wykupił prawie całe zboże oferowane na rynkach światowych i nie odsprzedał go, dopóki początek głodu, który sprowokował, nie wywołał znacznego wzrostu cen? Ta spekulacja spowodowała kryzys w Europie, głód i zamieszki we Włoszech i w Hi¬szpanii, śmierć głodową mnóstwa biedaków. Czy socjaliści naprawdę się mylą porównując sprawców tych operacji do zwykłych piratów i twierdząc, że zasługują na stryczek?
Dotykamy tu jednego z najtrudniejszych problemów czasów współ¬czesnych, dla którego rozwiązania socjaliści proponują środki infantyl¬ne. Problemem do rozwiązania byłoby uchronienie społeczeństw przed rosnącą potęgą wielkich finansistów. Przez gazety, które kupują, przez polityków, których mają na żołdzie, stają się coraz bardziej jedynymi panami kraju i stanowią rząd tym bardziej niebezpieczny, że ich władza jest zarazem potężna i tajna. Ten tworzący się rząd - pisze Faguet - nie ma żadnego ideału, ani moralnego ani intelektualnego. Nie jest ani dobry ani zły. Uważa ludzkość za stado, które trzeba skłonić do pracy, które trzeba żywić, któremu trzeba przeszkodzić w bijatykach i które trzeba strzyc... Nie troszczy się o postęp intelektualny, artystyczny lub moralny. Jest międzynarodowy, nie ma ojczyzny i zmierza bez wahań i niepokojów do usunięcia idei ojczyzny ze świata.
Trudno przewidzieć, jak współczesne społeczeństwa będą mogły uchronić się przed potężną tyranią, która im zagraża. Amerykanie, którzy wydają się być jej pierwszymi ofiarami przewidują już, ustami swych wybitnych przedstawicieli, krwawe wstrząsy. Ale o ile łatwo jest buntować się przeciw despocie, jak się buntować przeciwko władzy tajnej i anonimowej? Jak dosięgnąć fortun zręcznie rozmieszczonych po całym świecie? Jest jednak pewne, że trudno dłużej tolerować bez sprzeciwu sytuacje, w której jednostka może dla wzbogacenia się zadekretować głód lub ruinę tysięcy z większą łatwością niż Ludwik XIV wypowiadał wojnę.
Demoralizacja wyższych warstw społeczeństwa, nierówny a często niesprawiedliwy podział pieniędzy, niebezpieczne nadużycia bogactw, rosnąca rozdrażnienie szerszych mas, coraz większe zapotrzebowanie na rozrywki, słabość dawnych hierarchii i dawnych wierzeń - we wszystkich tych okolicznościach jest aż nadto powodów do niezadowo¬lenia, które tłumaczą szybkie rozszerzanie się socjalizmu.
Wybitniejsze umysły cierpią od niemniej głębokiej choroby, aczkol¬wiek o innej naturze. Ta choroba nie zawsze przekształca ich w zwolen¬ników nowych doktryn, ale przeszkadza im w obronie obecnej sytuacji społecznej. Stopniowy rozkład wszystkich wierzeń i opierających się na nich instytucji społecznych, zupełna niezdolność nauki do rzucenia światła na otaczające nas tajemnice, które tym bardziej się pogłębiają, im bardziej chcemy je przeniknąć, oczywiste dowody, że wszystkie nasze systemy filozoficzne stanowią tylko bezsilny i próżny galimatias, powszechny triumf brutalnej siły i wynikłe stąd zniechęcenie: wszystko to popchnęło wybrańców inteligencji w ponury pesymizm.
Tendencje pesymistyczne duszy współczesnej są niewątpliwe; można by wydać tom cytatów z naszych pisarzy wyrażających te nastroje. Następujące wyjątki wystarczą by pokazać powszechny zamęt w umysłach:
Jeśli chodzi o obraz cierpień ludzkości - pisze znakomity filozof współczesny Renouvier - nawet nie mówiąc o zlu, które wynika z ogólnych praw biologicznych królestwa zwierząt, to ten nakreślony przez Schopenhauera wyda się dziś raczej za łagodny niż przeczerniony. Pomyślmy o społecznych zjawiskach naszej epoki, wojnach między narodami, wojnach klasowych, powszechnym militaryzmie, postępach skrajnej nędzy równoległych do rozwoju bogactw i wyrafinowanego życia w przyjemnoś¬ciach, o stałym wzroście przestępczości tak dziedzicznej jak zawodowej, częstości samobójstw, rozluźnieniu obyczajów w rodzinie i porzucaniu wierzeń w świat wyższy, które są coraz bardziej wypierane przez sterylny materialistyczny kult zmarłych. Ogół tych zjawisk świadczy o widocznym cofaniu się od cywilizacji do barbarzyństwa, a nie można pominąć nasilenia kontaktów Europejczyków i Amerykanów z zatrzymanymi H' rozwoju bądź zdegradowanymi populacjami Starego Świata; to wszys¬tko nie ujawniło się jeszcze w czasach, gdy Schopenhauer dal umysłom sygnał do powrotu do pesymistycznego sądu o wartości świata.
Silniejsi bez żadnego wstydu depczą prawa słabszych - pisze inny filozof, Boiley - Amerykanie eksterminują czerwonoskórych, Anglicy uciskają Hindusów. Pod pretekstem cywilizowania narody europejskie dzielą się Afryką, ale w rzeczywistości zmierzają jedynie do korzyści handlowych. Zazdrość między mocarstwami przybrała niebywałe roz¬miary. Trójprzymierze grozi nam przez strach i żądzę. Rosja idzie z nami dla interesu.
Nienawiść i zawiść w szerszych masach; obojętność, intensywny egoizm i kult bogactwa w warstwach rządzących; pesymizm u myślicieli - takie są ogólne tendencje współczesności. Społeczeństwo musi być solidne, by oprzeć się takim czynnikom rozkładu. Jest wątpliwe, czy długo będzie się im opierać.
Kilku filozofów pociesza się mimo tego stanu ogólnego niezadowo¬lenia, twierdząc, iż stanowi on źródło postępu, podczas gdy ludy zadowolone z siebie, jak na Wschodzie, nie idą naprzód. Nierówność bogactw - pisze Wells - wydaje się stanowić największą z bolączek społecznych, ale jakkolwiek to zło byłoby wielkie, zło wynikłe z równości majątku byłoby jeszcze większe. Jeśli każdy byłby zadowolony ze swojej sytuacji, jeśli każdy by wierzył, że nie może jej poprawić, świat popadłby w stan paraliżu; tymczasem jest tak zbudowany, że nie może pozostać niezmienny. Niezadowolenie każdej jednostki ze swych warunków jest silą sprawczą wszelkiego ludzkiego postępu.
Jakkolwiek by było z tymi nadziejami i z oskarżeniami, które łatwo wnieść przeciw obecnemu stanowi rzeczy, trzeba przyznać, że te wszystkie społeczne nieprawości są nieuniknione, skoro w jakimś stopniu istniały zawsze. Wydają się więc zgubnym następstwem samej natury ludzkiej i żadne doświadczenia nie pozwalają wierzyć, że zmieniając nasze instytucje lub zastępując jedną klasę przez drugą można znieść, czy choćby złagodzić, nieprawości, na które się uskarżamy. Armia ludzi cnotliwych zawsze liczyła bardzo niewielu żołnierzy i jeszcze mniej oficerów, a sposobu powiększenia ich liczby jak dotąd nie wynaleziono. Trzeba więc z rezygnacją umieścić zło społeczne obok zła naturalnego, jak starość i śmierć, którego jarzmo musimy znosić i przeciw któremu wszelkie nasze protesty są daremne.
Reasumując: chociaż odczuwamy nasze dolegliwości żywiej niż kie¬dyś, wydaje się zupełnie pewne, że nigdy nie były one lżejsze! Nawet bez sięgania do czasów, gdy człowiek chronił się w głębi jaskiń i w trudzie walczył ze zwierzętami o nędzne przetrwanie, służąc im często za pokarm, przypomnieć możemy, że nasi ojcowie doznali niewolnictwa, najazdów, głodu, wojen wszelkiego rodzaju, śmiercio¬nośnych epidemii, inkwizycji, terroru rewolucyjnego i wielu innych nieszczęść. Nie zapominajmy, że dzięki postępowi nauki i techniki, wzrostowi płac i niskim cenom przedmiotów zbytku, najskromniejsza jednostka żyje dziś wygodniej niż niegdyś szlachcic-feudał w swoim dworze, wciąż zagrożony rabunkiem i zniszczeniem przez sąsiadów. Dzięki parze, elektryczności i wszystkim obecnym odkryciom, wieśniak posiada wiele przedmiotów, których nie znał Ludwik XIV, mimo całego swego przepychu.

§ 3. Metoda procentowa w ocenie zjawisk społecznych

Aby wyrazić wyważony sąd na temat danego środowiska społecznego, musimy brać pod uwagę nie tylko zło, które nas dotyka bądź nie¬sprawiedliwość, które rani nasze uczucia. Każde społeczeństwo zawiera w pewnej proporcji dobro i zło, określoną liczbę ludzi cnotliwych i łajdaków, geniuszy, przeciętnych i głupców. Dla porównania społe¬czeństw między sobą lub poprzez wieki, nie należy rozważać osobno ich elementów składowych, lecz proporcję jednych i drugich, to znaczy składniki w procentach. Trzeba zostawić na boku przypadki szczególne, które nas uderzają i zwodzą, jak też statystyczne średnie, które zwodzą nas jeszcze bardziej. Zjawiska społeczne zdominowane są przez udziały procentowe, a nie przez przypadki szczególne lub przez średnie.
Większość naszych błędnych sądów i pospiesznych uogólnień z nich wynikłych jest skutkiem niewystarczającej znajomości procentowej wielkości czynników obserwowanych. Tendencja typowa dla umysłów mało rozwiniętych to uogólnianie wypadków szczególnych bez bada¬nia, jaki udział stanowią. Naśladujemy w ten sposób podróżnego, który napadnięty przez złodziei w środku lasu, stwierdziłby, że ten las jest opanowany przez rabusiów, bez próby zbadania, ilu innych podróżnych przed nim "i w ciągu ilu lat zostało napadniętych.
Rygorystyczne stosowanie metody procentowej uczy wystrzegania się takich skrótowych uogólnień. Sądy, jakie wypowiemy na temat pewnego ludu czy społeczeństwa mają wartość tylko wtedy, gdy dotyczą dość dużej liczby jednostek, dzięki czemu możemy wiedzieć, w ja¬kich proporcjach występują stwierdzone zalety czy wady. Tylko na podstawie takich danych możliwe są uogólnienia. Jeśli zatem wysuwa¬my tezę, że pewien lud charakteryzuje się inicjatywą i energią, nie znaczy to bynajmniej, że w tym ludzie nie ma jednostek pozbawionych tych zalet, ale po prostu tyle, że procent jednostek tymi cechami obdarzonych jest znaczny. Jeśli można podstawić liczby na miejsce jasnego lecz jeszcze niedokładnego określenia 'znaczny', wartość tego sądu znacznie by wzrosła, ale w tego rodzaju oszacowaniach trzeba  z braku wystarczająco czułych odczynników zadowalać się przybliżeniami. Tych odczynników tak zupełnie nie brak, ale posługiwanie się nimi wymaga dużej zręczności.
To pojęcie udziału procentowego jest zasadnicze. Po jego wprowa¬dzeniu do antropologii mogłem pokazać głębokie różnice co do mózgu, które dzielą rasy ludzkie, różnice, których metoda wyciągania średnich nie mogła uchwycić. Jak dotąd, porównując średnie objętości czaszki u różnych ras, cóż widziano? Różnice naprawdę nieznaczne, które kazały wierzyć, jak wierzyło większość anatomów, że wielkość mózgu jest u wszystkich ras prawie taka sama. Za pomocą krzywych pokazu¬jących dokładny procent rozmaitych pojemności, mogłem na podstawie znacznej liczby czaszek dowieść w sposób niewątpliwy, że pojemność czaszki, wprost przeciwnie, różni się ogromnie w zależności od rasy. Rasy wyższe od niższych odróżnia to, że te pierwsze mają pewną liczbę dużych mózgów, których te drugie nie posiadają. Z powodu swej niewielkiej liczebności, te duże mózgi nie wpływają na średnią. Ten dowód anatomiczny potwierdza zresztą obserwację psychologiczną, że poziom umysłowy ludu jest wyznaczony przez liczbę umysłów wybit¬nych, które ten lud posiada.
W badaniu zjawisk społecznych procedury badawcze są jeszcze zbyt niedoskonałe, by zastosować te rygorystyczne metody oceny, które pozwoliłyby przedstawić zjawiska w formie krzywych geometrycznych. Nie mogąc widzieć na raz wszystkich stron zagadnienia musimy przy¬najmniej mieć świadomość, że te strony są bardzo rozmaite. Wielu rzeczy nie podejrzewamy lub nie rozumiemy. Tymczasem właśnie czynniki mniej widoczne są często najważniejsze. By wypowiadać sądy o zjawiskach złożonych (a takie są wszystkie zjawiska społeczne) nie błądząc zbytnio, należy bez przerwy poprawiać te sądy przez serię stopniowych weryfikacji i przybliżeń, starając się zostawić bezwzględnie na boku nasze interesy i upodobania. Trzeba długo stwierdzać fakty, nim się wyciągnie wnioski, a najczęściej ograniczyć się do stwierdzania faktów. Autorzy, którzy jak dotąd zajmowali się socjalizmem nie stosowali się do takich zasad - i z pewnością dlatego ich dzieła wywarły wpływ słaby i tymczasowy.

Rozdział 3 Teorie socjalistyczne
§ 1. Podstawowe zasady teorii socjalistycznych

Nie byłoby warto przedstawiać koncepcji politycznych i społecznych teoretyków socjalizmu, gdyby tym koncepcjom nie udawało się niekiedy odpowiedzieć na pewne aspiracje epoki, a z tej przyczyny również wywrzeć pewien wpływ na umysły. Jeżeli - jak to już tyle razy twierdziłem i zamierzam jeszcze raz dowieść - instytucje danego ludu są następstwem jego dziedzicznych właściwości umysłowych, a nie teorii filozoficznych stworzonych od nowa, zrozumiałe jest niewielkie znaczenie utopii społecznych i wymyślnych ustaw. Jednakowoż marzenia polityków i retorów często tylko ubierają nieświadome aspiracje ich epoki i rasy (kultury) w formy dostępne umysłom. Nieliczni autorzy, których książki wywarły jakiś wpływ w świecie, jak Adam Smith w Anglii czy Rousseau we Francji, jedynie skondensowali w jasnej i czytelnej formie idee, które już się rozpowszechniały wokół. Nie stworzyli sami tego, co wyrazili. Tylko upływ czasu może nas tu mylić.
Jeśli ograniczymy rozmaite koncepcje socjalistyczne do zasad podstawowych, na których się opierają, ich wykład będzie bardzo krótki.
Pod pozorami różnorodności współczesne teorie organizacji społeczeństwa sprowadzają się do dwóch sprzecznych zasad podstawowych: indywidualizmu i kolektywizmu. W indywidualizmie człowiek jest po¬zostawiony samemu sobie; jego działania mają maksymalny zasięg, zaś działania państwa - minimalny. W kolektywizmie, najmniejsze nawet jego działania są kierowane przez państwo, to znaczy zbiorowość; jednostka nie ma prawa do żadnej inicjatywy, wszystkie czynności jej życia są wyznaczone. Te dwie zasady zawsze pozostawały w większym lub mniejszym konflikcie, a współczesny rozwój cywilizacji uczynił ten konflikt żywszym niż kiedykolwiek. Same w sobie nie mają one wartości absolutnej, lecz należy je osądzać stosownie do epoki i rasy, w których się przejawiają. Przyjrzymy się temu w dalszych częściach tej pracy.

§ 2. Indywidualizm

To, co stanowi o wielkości cywilizacji: nauka, sztuka, filozofia, religia, potęga militarna itd., było dziełem jednostek, a nie zbiorowości. Dzięki jednostkom z elity - rzadkim i wyjątkowym owocom wyższych ras - urzeczywistniły się najważniejsze odkrycia i czynniki postępu, z któ¬rych korzysta cała ludzkość. Ludy, w których indywidualizm jest najbardziej rozwinięty, stoją dzięki temu na czele cywilizacji i panują dziś nad światem.
W epokach poprzedzających naszą, zbiorowość zawsze była wszech¬mocna, przynajmniej u ludów łacińskich. Poza nią jednostka była niczym. Rewolucja francuska, ukoronowanie doktryn pisarzy XVIII wieku być może stanowi pierwszą poważniejszą próbę sprzeciwu ze strony indywidualizmu, ale w teorii uwalniając jednostkę, w praktyce ją izolowała. Izolując ją od jej kasty, rodziny, od grup społecznych i religijnych, do których należała, zostawiła ją samą sobie, przekształ¬cając społeczeństwo w pył jednostek bez spójności i więzi.
Nie mogło to przynieść trwalszych skutków u ludów, które z racji ich dziedzicznego charakteru, ich instytucji i wychowania nie były przy¬stosowane do liczenia na siebie i rządzenia się bez panów. Chciwe równości, zawsze okazywały mało troski o wolność. Wolność oznacza konkurencję, stałą walkę, matkę postępu, w której zwyciężyć mogą tylko zdolniejsi i w której słabi są - jak w przyrodzie - skazani na rozdeptanie. Tylko silni potrafią znieść izolację i liczyć jedynie na siebie. Słabi nie potrafią. Od izolacji i braku oparcia wolą niewolę, nawet jeśli jest ona bardzo ciężka. Cechy i kasty zniszczone przez rewolucję tworzyły niegdyś sieć, która służyła człowiekowi za oparcie w życiu; jest oczywiste, że odpowiadały one na jakąś potrzebę psycho¬logiczną, skoro wszędzie się dziś odradzają pod różnymi nazwami, a w szczególności pod postacią związków zawodowych. Te związki zawodowe pozwalają jednostce zmniejszyć wysiłek do minimum, pod¬czas gdy indywidualizm zobowiązuje do wysiłku maksymalnego. W izolacji proletariusz jest niczym i niczego nie potrafi, w związku staje się groźną siłą. Choć związek nie może dać mu umiejętności ani inteligencji, daje mu przynajmniej siłę, zabierając mu jedynie jakąś tam wolność, którą i tak nie umiałby się posłużyć.
Zarzucano rewolucji przesadne rozwinięcie indywidualizmu, ale za¬rzut ten nie jest zbyt trafny. Daleko jest od formy indywidualizmu, której dała ona przewagę, do indywidualizmu istniejącego u ludów takich jak na przykład Anglosasi. Ideałem rewolucyjnym było rozbić korporacje i grupy, sprowadzić jednostki do jednego modelu, wchłonąć wszystkie jednostki oderwane do ich grup, poddając je nadzorowi wysoce scentralizowanego państwa. Nic bardziej sprzecznego z in-dywidualizmem anglosaskim, który sprzyja grupowaniu się jednostek, osiąga wszystkie cele dzięki takiemu grupowaniu się i zamyka działania państwa w granicach bardzo wąskich. Wyniki rewolucji były o wiele mniej rewolucyjne, niż się to zwykle sądzi. Przesadzając z centralizacją i rozszerzaniem państwa, jedynie kontynuowała ona zakorzenioną przez wieki monarchii tradycję łacińską, której wierne były wszystkie rządy. Niszcząc stowarzyszenia polityczne, robotnicze, religijne czy inne, uczyniła tę centralizację i to rozszerzenie państwa jeszcze pełniej-szymi, posłuszna podszeptom wszystkich filozofów epoki.
Rozwój indywidualizmu ma za konieczne następstwo pozostawienie jednostki izolowanej pośród gwałtownego, chciwego współzawodnict¬wa. Rasy młode i żywotne, gdzie różnice umysłowe między jednostkami nie są zbyt wielkie, jak u Anglosasów, bardzo dobrze dostosowują się do tego systemu. Dzięki stowarzyszeniom robotnicy angielscy czy amerykańscy dobrze umieją walczyć z żądaniami kapitału i nie po¬zwalają mu się tyranizować. W ten sposób znajduje się miejsce dla różnych interesów. Natomiast u ras (kultur) postarzałych, w których system wychowania od wieków niszczył inicjatywę, następstwa roz¬kwitu indywidualizmu stały się bardzo dotkliwe. Filozofowie wieku ubiegłego i rewolucji, niszcząc - i to z powodzeniem - więzi religijne i społeczne, które służyły człowiekowi za oparcie dając mu potężną podstawę Kościoła, rodziny, kasty czy cechu, ci filozofowie wierzyli z pewnością, że służą dziełu demokracji. Tymczasem sprzyjali oni, nie wiedząc o tym, narodzinom arystokracji finansowej o olbrzymiej sile, rządzącej sproszkowaną masą jednostek, pozbawionych obrony i moż¬liwości współpracy. Magnat feudalny nie traktował pańszczyźnianych chłopów gorzej niż dzisiejszy magnat przemysłowy swoich najemników. Ci w teorii cieszą się wszelakimi wolnościami i równie teoretycznie są równi swemu panu. W praktyce czują na sobie, przynajmniej jako groźbę, ciężkie łańcuchy zależności i lęku przed nędzą.
Myśl o zaradzeniu tym nieprzewidzianym następstwom rewolucji musiała zakiełkować, a przeciwnikom indywidualizmu nie brakło racji do zwalczania go. Łatwo im było twierdzić, że organizm społeczny jest ważniejszy niż jednostkowy, ten drugi powinien więc ustąpić pierwszemu; że słabi i mało uzdolnieni mają prawo do ochrony; że nierówności pochodzące od natury trzeba poprawiać przez nowy podział bogactwa dokonywany przez społeczeństwo. Tak się zrodził współczesny socjalizm, dziecko socjalizmu starożytnego, który - jak tamten - chce zmienić podział bogactw, grabiąc posiadaczy na rzecz nie posiadających.
Sposób na likwidację nierówności społecznych jest w teorii prosty. Wystarczy, by państwo interweniowało na rzecz dystrybucji dóbr i przywrócenia równowagi zakłóconej na korzyść nielicznych. Z tej idei, mało oryginalnej, a z pozoru bardzo pociągającej, wyszły koncepcje socjalistyczne, którymi się teraz zajmiemy.

§ 3. Kolektywizm

Doktryny socjalistyczne bardzo różnią się w szczegółach, ale są bardzo podobne co do zasad. Syntetyzuje je najogólniej kolektywizm. Powiemy kilka słów o ich początkach w rozdziale poświęconym socjalizmowi w Niemczech. Socjalizm dzieli się dziś na niezliczone sekty, ale mają one wszystkie te cechę wspólną, że chcą odwołać się do poparcia państwa dla naprawienia niesprawiedliwości losu i przystąpienia do redystrybucji bogactw.
Podstawowe propozycje socjalizmu mają przynajmniej tę zaletę, że są skrajnie proste: konfiskata kapitałów, kopalni, posiadłości przez państwo; nadzorowanie i dzielenie majątku publicznego przez ogromną armię urzędników. Państwo, albo jeśli kto woli wspólnota czy społeczeństwo (jako że kolektywiści nie używają obecnie słowa państwo), wytworzy wszystko bez dopuszczania konkurencji. Zostaną zniesione najmniejsze ślady inicjatywy, wolności indywidualnej, konkurencji. Państwo będzie czymś w rodzaju ogromnego klasztoru poddanego surowej dyscyplinie przez armię urzędników. Gromadzenie majątku będzie uniemożliwione przez zniesienie dziedziczenia dóbr. Jeśli chodzi o jednostkę, kolektywizm bierze pod uwagę jedynie jej potrzeby żyw¬nościowe i zajęty jest tylko ich zaspokojeniem.
Widać, iż ten system zakłada absolutną dyktaturę państwa w dzie¬dzinie rozdziału bogactw, albo też, co na jedno wychodzi, dyktaturę wspólnoty - jak też nie mniej absolutne niewolnictwo pracowników. Jednakże ten argument do nich nie trafia. Mało troszczą się oni
o wolność, czego dowodzi entuzjazm, z jakim witali wszystkich Ceza¬rów. Bardzo mało troszczą się też oni o to, co stanowi o wielkości cywilizacji: o sztukę, naukę, literaturę, które znikłyby zaraz w tego rodzaju społeczeństwie. W programie kolektywistycznym nie ma więc dla nich nic odstręczającego.
W zamian za racje żywnościowe, które im obiecują socjalistyczni teoretycy, robotnik wykona swoją pracę pod nadzorem urzędników państwowych, jak niegdyś galernicy pod okiem nadzorcy galer. Wszel¬ka indywidualna inicjatywa zostanie zduszona, a każdy pracownik będzie odpoczywał, jadł i spał na rozkaz dowódców straży; pożywienie, praca, rozrywki będą równe dla wszystkich.
Po zniszczeniu wszelkich bodźców nikt nie będzie czynił wysiłków, by poprawić swoją sytuację czy próbować ją zmienić. Byłoby to niewolnictwo jeszcze bardziej ponure, bez nadziei wyzwolenia. Pod panowaniem kapitalisty pracownik może przynajmniej marzyć o zostaniu samemu kapitalistą i niekiedy nim zostaje. A o czym mógłby marzyć poddany anonimowej i despotycznej tyranii państwa-zrównywacza, przewidującego wszystkie jego potrzeby i kierującego jego wolą? Bourdeau zauważył, że organizacja kolektywistyczna społeczeństwa dosyć by przypominała tę wprowadzoną przez jezuitów w Paragwaju. Czy bardziej by nie przypominała organizacji Negrów na plantacjach w epoce niewolnictwa?
Choć oślepieni przez swoje utopie i choć przekonani o władzy instytucji nad prawami ekonomii, co bardziej inteligentni spośród socjalistów nie przeoczyli faktu, że najpoważniejszymi przeszkodami dla ich systemu są straszliwe nierówności naturalne, na które żadne narzekania nigdy nie pomogły. Jeśli tylko nie będzie się systematycznie, w każdym pokoleniu mordować jednostek przekraczających skromny poziom średni, nierówności społeczne, będąc pochodną nierówności umysłowych, szybko powrócą.
Teoretycy zwalczają tę przeszkodę zapewniając, iż dzięki nowemu sztucznie stworzonemu środowisku społecznemu, uzdolnienia się szybko wyrównają, zaś bodźce interesu prywatnego, będące dotąd motorem działań ludzi i źródłem wszelkiego postępu, stana się bezużyteczne i zastąpione będą przez nagle ukształtowane instynkty altruistyczne, które powiodą jednostki do poświęcenia się interesom zbiorowym. Nie można zaprzeczyć, że tego rodzaju wyniki uzyskane zostały przez religie - przynajmniej w okresach żarliwej wiary u ich początków. Religie mogły jednak wierzącym obiecać niebo z życiem wiecznym jako rekompensatę; podczas gdy socjaliści w zamian za ofiarę z wolności proponują swoim zwolennikom jedynie piekło niewolnictwa i uniżenia bez nadziei.
Znieść skutki naturalnych nierówności jest teoretycznie łatwo, ale zniesienie samych nierówności pozostanie zawsze niemożliwością. Jak starości i śmierci, człowiek podlega im w sposób nieuchronny.
Ale póki pozostaje się na etapie marzeń, łatwo wszystko przyrzec, za Prometeuszem Ajschylosa składać ślepe nadzieje w duszach śmiertelników. Człowiek zmieni się więc, by dostosować się do nowego społe¬czeństwa stworzonego przez socjalistów. Znikną różnice dzielące jednostki i istnieć będzie tylko typ przeciętny tak trafnie opisany przez matematyka Bertranda: Bez pasji ani wad, ani szalony ani mądry, o przeciętnych ideałach i opiniach, umierający w wieku przeciętnym na przeciętną chorobę wynalezioną przez statystykę.
Sposoby realizacji proponowane przez rozmaite sekty socjalistyczne różnią się co do formy, choć zmierzają do tego samego celu. Sprowa¬dzają się one w końcu do zagarnięcia ziemi i bogactw przez państwo, bądź przez zwykłe zarządzenie, bądź przez ogromny podatek spadko¬wy, który doprowadzi w niewiele pokoleń do zniesienia majątków rodzinnych.
Wyliczenie programów i teorii tych różnych sekt byłoby mało interesujące, gdyż dominuje w nich kolektywizm i tylko on ma znacze¬nie, przynajmniej w krajach łacińskich. Większość tych sekt już popad¬ła zresztą w zapomnienie. Tak więc socjalizm chrześcijański, który wysuwał się na czoło w 1848, kroczy teraz w ostatnim szeregu - jak zauważył dawno temu Leon Say. Co do socjalizmu państwowego, zmieniła się tylko jego nazwa, jest to po prostu obecny kolektywizm.
Co się tyczy socjalizmu chrześcijańskiego, zauważono słusznie, że w wielu punktach zgadza się on z doktrynami współczesnymi. Jak socjalizm - pisze Bourdeau - Kościół nie przyznaje żadnej wartości temu, co jest dowcipem, talentem, wdziękiem, oryginalnością, uzdolnieniami osobistymi.  Indywidualizm jest dla niego synonimem egoizmu; starał się zawsze narzucić światu to, co jest celem socjalizmu: braterstwo pod władzą autorytetu. Tak samo organizację międzynarodową, tak samo potępienie wojny, tak samo przeżycie cierpienia z powodu potrzeb społecznych. Według Bebla, papież z wysokości Watykanu widzi lepiej burzę, która się zbiera na horyzoncie. Papiestwo mogłoby nawet potencjalnie stać się dla socjalizmu rewolucyjnego niebezpiecznym konkurentem, gdyby śmiało stanęło na czele powszechnej demokracji.
Program dzisiejszych socjalistów chrześcijańskich różni się mało od kolektywistycznego. Inni jednak socjaliści, nienawidząc wszelkich idei religijnych, odpychają ich; a jeśli socjalizm rewolucyjny zwycięży, socjaliści chrześcijańscy będą jego pierwszymi ofiarami. Nie znajdą z pewnością nikogo, kto by ich żałował.
Wśród różnych sekt socjalistycznych, które codziennie rodzą się i umierają, na osobną wzmiankę zasługuje anarchizm. Socjaliści anar¬chiczni wydają się w teorii zbliżać do indywidualizmu, ponieważ chcą jednostce pozostawić nieograniczoną wolność. W praktyce jednak trzeba ich uważać za skrajną lewicę socjalizmu, ponieważ również zmierzają do zniszczenia społeczeństwa obecnego. Ich teorie odznacza¬ją się tym zupełnym prostactwem, które jest dominującym akcentem wszystkich utopii socjalistycznych: społeczeństwo jest bezwartościowe, niszczmy je ogniem i mieczem. Dzięki siłom natury powstanie nowe, w oczywisty sposób doskonałe. Dzięki jakim niezwykłym cudom nowe społeczeństwo będzie różne od poprzednich? Tego żaden anarchista nam nigdy nie wytłumaczył. Jest bowiem oczywiste, że musi być przeciwnie: gdyby obecne cywilizacje zostały całkowicie zniszczone, ludzkość przeszłaby od nowa przez etapy, które już stopniowo poko-nała: dzikość, niewolnictwo, barbarzyństwo. Nie bardzo widać, co by na tym zyskali anarchiści. Przypuśćmy, że ich marzenia się zaraz zrealizują. To znaczy: rozstrzelać wszystkich burżujów, zebrać razem wszystkie kapitały, by każdy towarzysz mógł z nich do woli czerpać. Jak się odnowiłby ten kapitał po jego wyczerpaniu, gdy chwilowo anarchiści zostaliby z kolei kapitalistami?
Jakkolwiek by się rzeczy miały, anarchiści i kolektywiści są jedynymi sektami socjalistycznymi mającymi dziś wpływy wśród ludów cywilizacji łacińskiej.
Kolektywiści wierzą, że ich teorie stworzone zostały przez Niemca Marksa. Faktycznie są one dawne. Można je znaleźć ze szczegółami u pisarzy starożytnych. Nie sięgając tak daleko, można zauważyć wraz z piszącym o tym pięćdziesiąt lat temu Tocquevillem, że wszystkie teorie socjalistyczne są obszernie przedstawione w Code de la Naturę opublikowanym przez Morelly'ego w 1755.
Znajdziecie tam, wraz ze wszystkimi doktrynami na temat wszechwładzy państwa i jego nieograniczonych praw, wiele teorii politycznych, które ostatnio najbardziej przeraziły Francję, a które, jak to sobie wyobrażaliśmy, widzieliśmy u narodzin: wspólnota dóbr, prawo do pracy, absolut¬na równość, ujednolicenie wszystkiego, mechaniczna regularność działań jednostek, tyrania regulacji i całkowite wchłonięcie osobowości obywateli przez społeczność: „Nic w społeczeństwie nie będzie należało jako własność do nikogo" - mówi artykuł 4 kodeksu. „Każdy obywatel będzie utrzymywany, odżywiany i zatrudniany na koszt publiczny" - mówi artykuł 2. „ Wszystkie towary będą zbierane w publicznych magazynach, by je stamtąd rozdzielano wszystkim obywatelom i by służyły ich potrzebom życiowym". ,, W wieku lat pięciu wszystkie dzieci będą zabierane rodzinom i wychowywane razem, na koszt państwa, w sposób jednolity." Itd.

§ 4. Idee socjalistyczne, jak szereg instytucji u różnych ludów, są następstwem ich rasy (kultury)

Idea rasy (kultury) , choć tak źle rozumiana jeszcze niedawno, coraz bardziej się rozszerza, by zdominować wszystkie nasze koncepcje historyczne, polityczne i społeczne.
W innym dziele wykazałem, jak z ludów łączonych i mieszanych przez przypadki emigracji i podbojów, ukształtowały się historyczne rasy, praktycznie jedyne, jakie dziś istnieją, gdyż rasy z punktu widzenia antropologii czyste występują już tylko u dzikich. To ustaliwszy, wskazałem na granice zmienności cech rasowych, to znaczy jak na pewien stały substrat nakładają się cechy i zmienne. Stwierdziłem następnie, że wszystkie składniki cywilizacji: język, sztuka, zwyczaje, instytucje, wierzenia, są następstwami pewnego stanu umysłowego i nie można ich przenieść do odmiennych ludów bez bardzo głębokich przekształceń.
Tak samo jest z socjalizmem. Musi on ulec powszechnemu prawu przekształceń. Mimo mylących etykiet, które w polityce, jak i w religii oraz w moralności oznaczają nieraz rzeczy nader niepodobne, pod identycznymi słowami znajdziemy silnie różniące się koncepcje polityczne i społeczne, zaś pod słowami różnymi chowają się niekiedy koncepcje identyczne. Pewne ludy cywilizacji łacińskiej żyją w monarchii, inne w republice, ale w tych tak nominalnie sprzecznych systemach rola polityczna państwa i jednostki pozostaje taka sama, będąc w zgodzie z niezmiennym ideałem tej rasy. Jakimkolwiek byłby z nazwy rząd łaciński, działanie państwa będzie zawsze przeważać, a działania jedno¬stek pozostaną słabe. U Anglosasów system, monarchiczny czy republikański, urzeczywistnia ideał odwrotny do łacińskiego. Rola państwa, zamiast być rozwinięta do maksimum, jest sprowadzona do minimum, podczas gdy rola polityczna bądź społeczna pozostawiona inicjatywie prywatnej jest przeciwnie maksymalnie rozwinięta.
Stąd wynika, że natura instytucji odgrywa tylko niewielką rolę w życiu ludów. Potrzebne będą zapewne wieki, nim przeniknie to do szerszych kręgów.  Dopiero gdy do nich przeniknie, jasno ukaże sie bezużyteczność konstytucji i rewolucji. Ze wszystkich błędów zrodzonych przez historię, najgroźniejszy był, najwięcej krwi kosztował, spowodował najwięcej zniszczeń ten, jakoby ktokolwiek był w stanie dowolnie zmieniać instytucje. Wszystko, co można zrobić, to zmienić ich nazwy, dostosować nowe słowa do starych koncepcji, które stanowią owoc naturalnej i długotrwałej ewolucji.
Uzasadnić te stwierdzenia można tylko na przykładach. Dostarczyłem ich wiele w pracach poprzednich; jednak studium socjalizmu u rożnych ras, któremu poświęcone będzie kilka późniejszych rozdziałów, dostarczy nam szeregu innych. Pokażemy najpierw, zajmując się danym ludem, jak pojawienie sie socjalizmu było przygotowane przez stan umysłów, rasę (kulturę) i historię. Następnie zobaczymy, jak te same doktryny socjalistyczne nie przyjmowały się u innych ludów, należących do innej rasy.

Rozdział 4 Zwolennicy socjalizmu i ich stan umysłowy
§ 1. Klasyfikacja zwolenników socjalizmu

Socjalizm zawiera teorie bardzo różne i najwyraźniej sprzeczne. Armii jego wyznawców nie łączy inna wspólna więź niż gwałtowna niechęć do obecnego porządku rzeczy oraz luźna skłonność do nowego ideału, który ma im zapewnić lepszą sytuację, zastępując dawne wierzenia. Chociaż żołnierze tej armii razem maszerują ku zniszczeniu dziedzictwa przeszłości, ożywieni są bardzo różnymi uczuciami. Jedynie przez osobne zbadanie ich głównych grup można będzie wyrobić sobie jaśniejszy pogląd na ich psychologię - a w związku z tym na ich podatność na nowe doktryny.
Socjalizm rekrutuje swoich licznych zwolenników przede wszystkim wśród mas ludowych, zwłaszcza robotniczych. Nowa idea przedstawia się tam w formie najprostszej, a więc i najbardziej zrozumiałej: mniej pracy, więcej przyjemności. Na miejsce niepewnej płacy, często nędznej starości, niekiedy ciężkiej niewoli w fabryce, obiecuje się im odrodzone społeczeńs¬two, w którym dzięki nowemu podziałowi bogactw przez wszechmocne państwo praca będzie bardzo dobrze wynagradzana i bardzo łatwa.
Wobec tak wspaniałych i tak często powtarzanych obietnic masy ludowe nie powinny się wahać, tym bardziej, że dzięki głosowaniu powszechnemu, prawu wyboru prawodawców mają w rękach całą władzę. Wahają się jednak. Bardziej jest dziś uderzająca nie szybkość rozpowszechniania się nowych doktryn, lecz przeciwnie, względna powolność tego procesu. Aby zrozumieć tę nierównomierność wpływu trzeba będzie rozpatrzyć różne kategorie zwolenników socjalizmu.
Zbadamy z tego punktu widzenia następujące kategorie: warstwy robotnicze, warstwy kierownicze, grupę niedouków i doktrynerów.

§ 2. Warstwy robotnicze

Psychologia warstw robotniczych jest zbyt zróżnicowana w zależności od zawodu, prowincji, środowiska, by można ja było szczegółowo wyłożyć. Wymagałoby to zresztą bardzo długich studiów i wielkiej umiejętności obserwacji; z tych przyczyn przyczyn nigdy ich nie pod¬jęto.
Ograniczę swoje studia do jednej określonej warstwy robotników - paryskich. Tylko tę mogłem zbadać w sposób trochę pogłębiony. Jest też ona szczególnie interesująca, gdyż nasze rewolucje rodziły się w Paryżu. Są one możliwe lub nie w zależności od tego, czy wodzowie mają za sobą robotników paryskich.
Ta interesująca warstwa ma oczywiście niemało odmian; jednako¬woż, tak samo jak przyrodnik opisujący ogólne cechy gatunku właś¬ciwe wszystkim odmianom do niego należącym, zajmiemy się cechami wspólnymi dla większości obserwowanych odmian.
Istnieje jednak podział, który trzeba zaznaczyć na wstępie, by nie łączyć razem elementów zbyt niepodobnych. W ramach klasy robot¬niczej stwierdza się bowiem dwie osobne kategorie, każdą z odmienną psychologią: robotników najemnych (niewykwalifikowanych) i rzemie¬ślników (robotników wykwalifikowanych).
Warstwa robotników najemnych jest mniej inteligentna, ale też liczniejsza. Powiększa się co dzień w wyniku mechanizacji. Udos¬konalanie maszyn zmierza bowiem do zautomatyzowania pracy i w re¬zultacie coraz bardziej zmniejsza poziom inteligencji potrzebnej do ich obsługi. Rola robotnika fabrycznego polega jedynie na kierowaniu w tym samym kierunku przebiegu nici, albo też na wpychaniu między walce płyt metalowych, które same się gną, wykańczają, tłoczą. Przed¬mioty codziennego użytku, jak na przykład zwykłe latarnie za pięć sou, składają się z może pięćdziesięciu części, z których każda wykonywana jest przez specjalnego robotnika, nie robiącego w życiu niczego innego. Wykonując pracę łatwą, pracownik jest bardzo źle opłacany, tym bardziej, że konkuruje z kobietami i dziećmi, które tak samo jak on zdolne by były wykonywać tę pracę. Nie umiejąc niczego innego, robotnik jest z konieczności całkowicie zależny od dyrektora fabryki, który go zatrudnia.
Socjalizm może najbardziej liczyć na warstwę pracowników najem¬nych, głównie dlatego, że jest ona najmniej inteligentna i ponieważ będąc najmniej szczęśliwą z konieczności przejmuje się wszelkimi dokt¬rynami, które jej przyrzekają poprawę losu. Nigdy nie rozpocznie ona rewolucji, ale chętnie się opowie za wszystkimi rewolucjami.
Obok, a ściślej wyraźnie powyżej tej kategorii robotników, stoją rzemieślnicy (robotnicy wykwalifikowani). Warstwa ta obejmuje pracu¬jących przy budowach, mechanice, sztuce użytkowej, w drobnych przedsiębiorstwach: cieśli, stolarzy, monterów, galwanizerów, odlew¬ników, elektryków, malarzy, dekoratorów, murarzy itd. Mają oni codziennie do wykonania nową pracę i trudności do pokonania, które zmuszają ich do zastanawiania się i rozwijania inteligencji.
Ta kategoria jest w Paryżu najbardziej rozpowszechniona, tę też mam przede wszystkim na względzie w poniższym studium. Jej psycho¬logia jest tym bardziej interesująca, że cechy tej warstwy są bardzo wyraźne, co wcale nie zachodzi w przypadku wielu innych kategorii społecznych.
Rzemieślnik paryski (robotnik wykwalifikowany) należy do kasty, z której rzadko próbuje wyjść. Jest synem robotnika i zależy mu na tym, by jego synowie pozostali robotnikami, podczas gdy marzeniem rolnika i drobnego urzędnika jest uczynić ze swoich synów zamożnych mieszczan.
Pracownik biurowy pogardza rzemieślnikiem, ale rzemieślnik nie¬porównanie bardziej pogardza biuralistą, którego uważa za lenia i niedołęgę. Wie, że jest gorzej ubrany, że ma gorsze maniery, ale czuje się lepszy dzięki energii, aktywności, inteligencji - i najczęściej słusz¬nie. Rzemieślnik awansuje tylko dzięki swoim umiejętnościom, pracow¬nik biura dzięki stażowi. Urzędnik jest kimś tylko dzięki zespołowi, do którego należy. Rzemieślnik jest jednostką, która ma wartość sama z siebie. Jeśli rzemieślnik dobrze zna swój zawód, pewien jest znalezie¬nia pracy gdziekolwiek, podczas gdy urzędnik nie jest tego pewien; dlatego ten drugi drży zawsze przed dyrektorami, którzy mogą go pozbawić zatrudnienia. Rzemieślnik ma dużo więcej godności i nie¬zależności. Urzędnik nie jest zdolny poruszać się poza wąskimi rama¬mi reguł, całe jego zajęcie polega na ich przestrzeganiu. Rzemieśl¬nik przeciwnie, codziennie stawia czoła nowym trudnościom, które pobudzają jego inicjatywę i myślenie. Rzemieślnik jest wresz¬cie opłacany sporo lepiej od urzędnika, a nie mając jego potrzeb co do wyglądu zewnętrznego, może prowadzić życie dużo dostatniej- sze. W wieku dwudziestu pięciu lat jako tako zdolny rzemieślnik zarabia bez trudności sumę, którą pracownik handlu lub administracji otrzyma dopiero po dwudziestu latach pracy. Prawdziwym współczes¬nym pariasem jest drobny urzędnik, a nie robotnik. Dlatego ten pierwszy jest zawsze zaciekłym socjalistą. Jest to zresztą socjalizm niezbyt groźny, bo urzędnicy ze strachu przed utratą pracy nie mogą strajkować i łączyć się w związki, co ich skłania do ukrywania swych opinii.
Szczegółowe cechy psychologiczne, którymi się teraz zajmę, są wy¬starczająco powszechne, by przypisać je większości rzemieślników pa¬ryskich (robotników wykwalifikowanych) tej samej rasy. Nie byłoby tak z robotnikami innych ras, jako że wpływ rasy (kultury) są o wiele silniejsze niż środowiska. W innej części tej pracy pokażę, jak różnią się robotnik angielski i irlandzki w tym samym warsztacie, a więc w prak¬tycznie w tych samych warunkach. Stwierdzimy to też łatwo w Paryżu, jeśli zechcemy porównać robotnika paryskiego z robotnikami włoskimi czy niemieckimi pracującymi w tych samych warunkach, a więc pod¬danych tym samym wpływom środowiska. Nie podejmiemy tu tej kwestii, ograniczając się do obserwacji, że wpływ rasy (kultury) stwier¬dza się wyraźnie u robotników paryskich przybyłych z określonych prowincji, na przykład Limousin. Wiele cech psychologicznych, wymie-nionych poniżej, nie stosowałoby się wcale do tych ostatnich. Robotnik z Limousin jest trzeźwy, cierpliwy, spokojny, nie potrzebuje hałasu ani luksusu. Nie uczęszcza do winiarni ani teatrów, marzy o powrocie z oszczędnościami na wieś. Ogranicza się do zawodów ciężkich, ale dobrze płatnych, jak na przykład murarza, będąc w nich poszukiwany ze względu na trzeźwość i stałość.
Ustaliwszy ogólne zasady podziału, zajmiemy się teraz psychologią robotników paryskich, mając na względzie przede wszystkim, jak zaznaczono, warstwę rzemieślników (robotników wykwalifikowanych). Oto najbardziej uderzające cechy ich stanu umysłowego.
Robotnik paryski zbliża się do jednostek prymitywnych przez swą impulsywność, nieprzewidywalność, odmowę podporządkowania się i zwyczaj kierowania się chwilowym impulsem instynktu. Ma jednak pewien zmysł artystyczny i niekiedy krytyczny, subtelny jak na środo¬wisko, w którym żyje. Poza swoim zawodem, który wykonuje bardzo dobrze - choć bardziej z gustem niż dokładnie - rozumuje mało lub źle, pozostając niedostępny logice innej niż uczuć.
Lubi się skarżyć i wygadywać, ale jego narzekania są bardziej bierne niż czynne. Jest w gruncie rzeczy bardzo konserwatywnym domatorem i nie ma wcale upodobania do zmian. Obojętny na doktryny polityczne, podporządkowuje się łatwo różnym rządom o ile tylko stoją na ich czele ludzie z autorytetem. Generalskie epolety budzą w nim zawsze uczucie respektu, któremu się nie opiera. Łatwo go prowadzić przez argumenty z wyżyn autorytetu, ale wcale nie przez rozumowe.
Jest bardzo towarzyski i szuka kontaktu z kolegami: stąd wizyty w winiarniach, salonach ludu. Nie wiedzie go tam jednak, jak się często uważa, upodobanie do alkoholu. Picie jest pretekstem, który potem staje się zwyczajem - ale przecież to nie potrzeba alkoholu prowadzi do knajp.
Dlatego znajduje rozrywkę w knajpie, jak mieszczanin w klubie, bo skądinąd niewiele ma atrakcji dla swojego wnętrza. Żona robotnika, jego gospodyni, jak ją nazywa, ma za zalety oszczędność i przezorność, ale zajmuje się tylko dziećmi, cenami i zakupami. Całkowicie niewraż¬liwa na idee ogólne i dyskusje, przyłącza się do nich tylko wtedy, gdy ma pustą portmonetkę i spiżarnię. Nigdy nie głosowałaby za strajkiem tylko dla zasady.
Uczęszczanie do knajp, teatrzyków, na publiczne spotkania, jest dla robotnika paryskiego skutkiem zapotrzebowania na podniecenie, eks¬pansję, poruszenie, odurzenie słowami, głośną dyskusję. Żeby podobać się moralistom, uczyniłby z pewnością lepiej pozostając grzecznie w swoim pokoju, ale wtedy potrzebowałby zastąpienia stanu umys¬łowego robotnika przez mózg moralisty.
Idee polityczne czasami prowadzą robotnika, ale go wcale nie pochłaniają. Łatwo staje się na jedną chwilę buntownikiem i gwałtow- nikiem, ale nigdy nie pozostaje sekciarzem. Jest zbyt impulsywny, by jakakolwiek idea mogła opanować go na stałe. Jego niechęć do bur- żuazji jest często uczuciem powierzchownym i konwencjonalnym, po¬chodzącym po prostu stąd, że zamożny mieszczanin jest bogatszy i lepiej ubrany.
Trzeba go mało znać, żeby sądzić, że zdolny jest realizować z zapa¬łem jakiś ideał, socjalistyczny lub inny. Jeśli robotnik przypadkiem ma jakiś ideał, jest on najmniej rewolucyjny, najmniej socjalistyczny, naj¬bardziej mieszczański. Jest to zawsze mały dom na wsi, pod warun¬kiem, że winiarnia będzie blisko.
Jest w nim wielki zasób zaufania i hojności. Widać, jak gorliwie gości kolegów w kłopotach, niekiedy za cenę dużej niewygody, i świadczy im drobne usługi, do których ludzie z warstw wyższych w podobnych okolicznościach wcale nie byliby skłonni. Wolny jest od egoizmu i pod tym względem stoi wyżej od mieszczucha i urzędnika, których egoizm jest - przeciwnie - bardzo rozwinięty. Z tego punktu widzenia zasługuje na sympatie, której burżuazja nie zawsze jest godna. Rozwój egoizmu w klasach wyższych wydaje się koniecznym następstwem ich bogactwa i kultury, w proporcji do stopnia owego bogactwa i kultury. Tylko biedny jest naprawdę chętny do pomocy, bo tylko on rzeczywiście czuje, czym jest nędza.
Ta nieobecność egoizmu, w połączeniu z łatwością entuzjazmowania się osobami, które potrafią ich urzec, czyni robotników skłonnymi do poświęcenia się, choć nie tyle dla triumfu idei, co dla przywódcy, który pozyskał ich serce. Awantura generała Boulangera dostarcza tu po¬uczającego przykładu.
Robotnik paryski chętnie drwi z religii, ale w głębi duszy ma dla niej nieświadomy szacunek. Jego drwiny nie kierują się nigdy przeciw religii jako wierzeniu, lecz przeciw duchowieństwu, które postrzega jako pewnego rodzaju odgałęzienie rządu. Małżeństwa i pogrzeby bez Koś¬cioła są wśród robotników paryskich rzadkie. Małżeństwo zawarte tylko w merostwie robotnik zawsze odczuwa jako nieprawidłowe. Jego instynkty religijne - rozumiane jako skłonność do ulegania jakiemuś credo, politycznemu, religijnemu lub społecznemu - są uporczywe. Takie instynkty pewnego dnia staną się czynnikiem sukcesu socjalizmu, który w istocie jest nowym credo. Jeśli socjalizm zdoła się rozpowszech¬nić wśród robotników, nie stanie się to dzięki obietnicom pomyślności, jak wierzą teoretycy, lecz dzięki bezinteresownemu poświęceniu, jakie potrafią obudzić w duszach jego apostołowie.
Pojęcia polityczne robotników są zupełnie elementarne i skrajnie uproszczone. Rząd stanowi dla nich tajemniczą absolutną moc, mogącą dowolnie zarządzać wzrost i spadek płac, ale na ogół wrogą pracow¬nikom, a przychylną właścicielom. Wszystko, co zdarza się robotnikom niedobrego, jest z konieczności winą rządu, dlatego chętnie akceptują propozycję jego zmiany. Skądinąd mało się troszczą o naturę rządu i uważają za pewne tylko to, że jakiś musi istnieć. Dobry rząd to taki, który chroni robotników, podnosi płace i nęka właścicieli. Jeśli robot¬nik ma sympatię dla socjalizmu, to dlatego, że widzi w nim rząd podnoszący płace, zaś redukujący godziny pracy. Gdyby mógł sobie wyobrazić system militaryzacji i nadzoru, jakiemu socjaliści chcą pod¬dać wymarzone przez siebie społeczeństwo, stałby się natychmiast nieprzejednanym wrogiem nowych doktryn.
Teoretycy socjalizmu sądzą, że dobrze znają duszę klasy robotniczej, ale w rzeczywistości rozumieją ją bardzo słabo. Wyobrażają sobie, że przekonanie wynika z argumentacji i dyskusji. W rzeczywistości ma ono wiele innych źródeł. Co w masach zostaje z ich mów? Doprawdy niewiele. Kiedy zręcznie popytać robotnika, który podaje się za soc¬jalistę, to jeśli się pominie strzępy gotowych sloganów humanitarnych oraz obelgi pod adresem kapitału, widać, że koncepcje socjalistyczne są dla niego niejasnym marzeniem, podobnym oczekiwaniom pierwszych chrześcijan. W dalekiej przyszłości, zbyt dalekiej, by wiele go przejęła, przewiduje nadejście królestwa ubogich - ubogich majątkiem i duchem - królestwa, z którego wykluczeni zostaną zasobni w pieniądze lub inteligencję.
Odnośnie środków realizacji tego odległego marzenia robotnicy nawet o nich nie śnią. Teoretycy, bardzo słabo rozumiejący ich duszę, nawet nie podejrzewają, że to właśnie wśród robotników socjalizm napotka pewnego dnia swych najbardziej nieprzejednanych wrogów, gdy tylko zechce przejść od teorii do praktyki. Robotnicy - a jeszcze bardziej chłopi - mają instynkt własności co najmniej tak samo rozwinięty jak burżuazja. Chcą pomnożyć to, co posiadają, i uważają, iż powinni dysponować owocami swej pracy wedle swojej woli, a nie oddawać je zbiorowości, nawet jeśli ta zbiorowość miałaby zaspokajać ich potrzeby. Takie poczucie ma odwieczne korzenie i będzie zawsze wznosiło się jak nienaruszalny mur przeciw wszelkim próbom za¬prowadzenia kolektywizmu na serio.
Choć burzliwy, gwałtowny i zawsze chętny do stanięcia po stronie rewolucjonistów, robotnik jest bardzo przywiązany do rzeczy dawnych, bardzo zachowawczy, bardzo autorytarny i bardzo despotyczny. Za¬wsze oklaskiwał burzycieli tronów i ołtarzy, ale jeszcze bardziej tych, którzy je przywracali. Gdy przypadkiem staje się właścicielem, za¬chowuje się jak absolutny monarcha i jest twardszy dla swoich daw¬nych kolegów niż właściciel spośród burżuazji. Generał du Barrail następująco opisuje psychologię robotnika, który wyemigrował do Algierii, by zostać kolonistą, które to zajęcie polega po prostu na zmuszaniu kijem tubylców do pracy: Miał w sobie wszystkie instynkty feudalne, wyszedłszy z wielkomiejskich warsztatów mówił i rozumował jak wasale Pepina Krótkiego i Karola Wielkiego, albo jak rycerze Wilhelma Zdobywcy, którzy wykroili sobie rozlegle posiadłości na tere¬nach ludów podbitych.
Zawsze kpiarz, czasami dowcipny, robotnik paryski doskonale po¬trafi uchwycić zabawną stronę wydarzeń i w polityce docenia przede wszystkim stronę zabawną - oraz gwałtowną. Flekowanie ministra przez posła lub przez dziennikarza bardzo go bawi, ale poglądy ministra i jego przeciwników mało go interesują. Dyskusja polegająca na wymianie obelg pasjonuje go jak spektakl w 'L'Ambigu'. Dyskusja na argumenty pozostawia go zupełnie obojętnym.
Takie charakterystyczne nastawienie umysłowe odbija się na przebie¬gu dyskusji, jaką można obserwować na ludowych wiecach politycz¬nych. Robotnik nie mówi tam nigdy o wartości poglądów, ale wyłącz¬nie o osobach, które je przedstawiają. Urzeka go osobisty prestiż mówcy, a nie jego argumenty. Nie atakuje jego poglądów, które mu się nie podobają, lecz wyłącznie jego osobę. Uczciwość przeciwnika jest natychmiast kwestionowana i może on uważać się za szczęściarza, jeśli zostanie tylko nazwany łajdakiem, a nie spadną na niego rzeczy inne niż obelgi. Dyskusje na wiecach publicznych, jak wiadomo, nieodmien¬nie składają się z najgorszych wyzwisk i ciosów. Jest to zresztą przywara rasy, a nie samych robotników. Dla wielu ludzi jest niemoż¬liwością słuchać osoby wyrażającej opinie inne od jej własnych inaczej niż z głębokim przekonaniem, że osoba ta jest zupełnym imbecylem lub nikczemnym łotrem. Zrozumienie cudzych poglądów było zawsze nie¬dostępne ludom łacińskim.
Impulsywny, beztroski, ruchliwy i burzliwy charakter robotników paryskich zawsze im przeszkadzał w stowarzyszaniu się dla podjęcia większych przedsięwzięć, jak to czynią robotnicy angielscy. Ta nieusuwalna słabość czyni ich niezdolnymi do kierowania i przez samo to skazuje ich na stałą kuratelę. Odczuwają nieprzepartą potrzebę posiadania kogoś, kto będzie nimi rządził i kogo będą mogli bez przerwy obwiniać za wszystko, co im się przydarza. Raz jeszcze napotykamy tu cechę rasy.
Jedyny wyraźny skutek propagandy socjalistycznej wśród warstw robotniczych, to rozpowszechnienie wśród nich poglądu, że są wyzys¬kiwani przez właścicieli i że dzięki zmianie rządu otrzymają wyższe płace pracując mniej. Instynkty zachowawcze przeszkadzają jednak większości z nich w akceptacji tego poglądu. W wyborach parlamentar¬nych z 1893 roku na 10 milionów wyborców tylko 556 000 oddało głosy na deputowanych socjalistycznych, których było zatem tylko 49. Ten nikły procent, który tylko na pozór wzrósł w wyborach z 1898, pokazuje, jak uporczywe są instynkty zachowawcze klasy robotniczej.
Istnieje zresztą zasadnicza przyczyna, która szczególnie utrudni roz-powszechnianie się poglądów socjalistycznych. Wszędzie rośnie liczba robotników, którzy są drobnymi właścicielami lub akcjonariuszami. Mały domek, ale jednak własny, akcja firmy, choćby ułamek akcji, zmieniają ich właściciela w kalkulującego kapitalistę i zadziwiająco rozwijają instynkt własności. Skoro tylko ma rodzinę, mieszkanie i jakieś oszczędności, robotnik staje się natychmiast upartym konser¬watystą. Socjalista, a zwłaszcza anarchista, jest najczęściej kawalerem bez domu, dochodów, rodziny, to znaczy koczownikiem - a we wszystkich epokach koczownik był niezdyscyplinowanym barbarzyńcą. Kiedy ewolucja ekonomiczna uczyni robotnika właścicielem choćby najmniejszej części fabryki, w której pracuje, jego poglądy na relacje między kapitałem a pracą zostaną dogłębnie zmienione. Dowodu dostarcza kilka fabryk, w których takie zmiany zostały już urzeczywistnione - a także stan umysłowy chłopa. Wiedzie on zwykle życie cięższe niż robotnicy w mieście, ale posiada swoje pole do uprawy i z tej przyczyny prawie nigdy nie jest socjalistą. Staje się nim jedynie wtedy, gdy w prymitywnym mózgu zakiełkuje myśl, by zabrać pole sąsiada - bez rezygnowania, rzecz jasna, ze swojego.
Podsumujmy to, mówiąc, że najbardziej oporna wobec socjalizmu będzie właśnie paryska klasa robotnicza, na którą tak socjaliści liczą. Ich propaganda zrodziła zazdrość i nienawiść, ale nowe doktryny nie zapadły głęboko w dusze ludu. Jest nader prawdopodobne, że z powodu jakichś niepomyślnych zdarzeń, za które robotnicy zawsze winią rząd (jak długotrwałe bezrobocie bądź spadek płac wynikły z zagranicznej konkurencji) socjaliści będą mogli wśród nich zwerbować żołnierzy rewolucji - ale żołnierze ci szybko zwrócą się ku Cezarowi, który przybędzie, by tę rewolucję stłumić.

§ 3. Warstwy kierownicze

Do postępów socjalizmu bardzo przyczynia się to - pisze de Laveleye - że opanowuje on po trochu klasy wyższe i wykształcone. Przyczyny tej ekspansji są według mnie wielorakie: zarażenie się modnymi wierzenia¬mi, strach, obojętność.
Znaczna część burżuazji - pisze Garofalo - nawet patrząc z pewnym strachem na ruch socjalistyczny, myśli, że jest to dzisiaj ruch nie do pokonania i nie do uniknięcia. Wśród nich jest pewna liczba dusz czystych, zakochanych w socjalistycznym ideale, które widzą w nim aspirację do królestwa sprawiedliwości i szczęśliwości powszechnej.
Jest to prosty wyraz doznania powierzchownego, uczuciowego a nie rozumowego; przyjętego przez zarażenie się. Większość mózgów rasy łacińskiej wydaje się niezdolna do umysłowego procesu przyjęcia po¬glądu politycznego lub społecznego po dojrzałej refleksji, dopiero wtedy, gdy okazało się, iż odpowiada ona faktycznemu stanowi rzeczy. Jeśli przyjmując pogląd polityczny, religijny lub społeczny wysilimy umysł choćby w części, jak sklepikarz przy ubijaniu interesu, nie będziemy, jak jesteśmy w kwestiach politycznych i religijnych, na łasce mody, środowiska, uczuć, dryfując pod naporem wydarzeń i chwilo¬wych opinii.
Te chwilowe opinie, to znaczy moda, są jedną z głównych przyczyn przyjmowania lub odrzucania doktryn. Dla ogromnej większości jedno¬stek inne przyczyny nie istnieją. Lęk przed opinią imbecyli zawsze stanowił jeden z ważnych czynników historii.
Tendencje socjalistyczne są dzisiaj dużo bardziej rozpowszechnione wśród burżuazji niż wśród ludu. Rozchodzą się one tam z godną uwagi szybkością poprzez zarażenie. Filozofowie, pisarze, artyści idą potulnie za tym ruchem i czynnie przyczyniają się do jego rozpowszechnienia, chociaż nic z niego nie rozumieją.  Teatr, książki, nawet obrazy są coraz bardziej nasycone tym socjalizmem sentymentalnym, płaczliwym i mętnym, który całkiem przypomina humanitaryzm warstw wyższych w momencie wybuchu rewolucji francuskiej. Gilotyna szybko je nau¬czyła, że w walce o życie nie można wyrzec się obrony, nie wyrzekając się zarazem życia. Biorąc pod uwagę, jak łatwo klasy wyższe pozwalają dziś stopniowo się rozbrajać, przyszły historyk spojrzy z pogardą na ich żałosną niezdolność przewidywania i nie będzie się litował nad ich losem.
Strach to jeszcze jeden czynnik, który sprzyja rozpowszechnianiu się socjalizmu wśród burżuazji. Burżuazja - pisze autor właśnie cytowany - boi się. Waha się niezdecydowana i ma nadzieje się uratować dzięki ustępstwom, zapominając, że jest to polityka najmniej sensowna, i że niezdecydowanie, ugodowość, chęć zadowolenia całego świata, są wadami charakteru, które w swojej wieczystej niesprawiedliwości świat zawsze okrutnie karał, i to bardziej niż zbrodnie.
Ostatnie uczucie, które wspomniałem - obojętność - nie sprzyja bezpośrednio rozprzestrzenianiu się socjalizmu, ale ułatwia je, przeszkadzając w jego zwalczaniu. Sceptyczna obojętność, mówiąc językiem potocznym 'tumiwisizm', jest poważną chorobą współczesnej burżuazji. Kiedy deklamacjom i atakom rosnącej mniejszości, dążącej z zapałem do realizacji swoich idei, przeciwstawia się tylko obojętność, można być pewnym, że triumf tej mniejszości jest bliski. Czy gorszymi wrogami społeczeństwa są ci, którzy je atakują, czy ci, którzy nie zadają sobie trudu, by go bronić?

§ 4. Niedouki i doktrynerzy

Nazywam niedoukami te umysły, które nie mają innej wiedzy niż zaczerpnięta z książek, w następstwie czego nic nie wiedzą o realnym życiu. Są to produkty naszych uniwersytetów i szkół, tych żałosnych 'fabryk degeneracji', których katastrofalny wpływ stwierdzał Taine i tylu innych. Profesor, erudyta, absolwent szkoły wyższej jest przez długie lata, albo i zawsze, tylko niedoukiem. Młody Anglik czy Ame-rykanin, który już w wieku osiemnastu lat podróżował po świecie, zdobył zawód techniczny i umie na siebie zarobić, nigdy nie jest niedoukiem i nigdy się nie zdeklasuje. Może słabo znać łacinę, grekę i nauki teoretyczne - lecz nauczył się liczyć tylko na siebie i wybierać kierunek. Posiada tę dyscyplinę umysłową, nawyk zastanawiania się i osądzania, których nigdy nie dawała sama lektura książek.
Właśnie ciżba niedouków, a mianowicie magistrów i maturzystów bez zajęcia; nauczycieli niezadowolonych ze swego losu, odpadłych z konkursu, których państwo nie mogło zatrudnić; profesorów uniwer¬sytetu, którzy mniemają, że ich zasługi są niedoceniane - jest terenem rekrutacji najbardziej niebezpiecznych adeptów socjalizmu i niekiedy najgorszych anarchistów. Ostatni anarchista, na którym w Paryżu wykonano wyrok, był kandydatem do pracy na politechnice. Nie mogąc znaleźć zatrudnienia dla swojej wiedzy bezużytecznej i powierz¬chownej, stał się wrogiem społeczeństwa, które nie umiało docenić jego zalet* i chciał je zastąpić przez nowy świat, w którym możliwości, jakie we własnym mniemaniu posiadał, znajdą zastosowanie. Niezadowolo¬ny niedouk jest najgorszym z niezadowolonych. Z tego niezadowolenia wywodzi się częstość socjalizmu w pewnych grupach, na przykład wśród nauczycieli, którzy wszyscy czują się niedoceniani.
Chyba wśród nauczycieli, a przede wszystkim profesorów naszego uniwersytetu, socjalizm liczy najwięcej zwolenników. Główny przywód¬ca socjalistów francuskich jest dawnym profesorem uniwersytetu. W gazetach podano zdumiewający fakt, że gdy socjalista zażądał zezwolenia na prowadzenie wykładu z kolektywizmu na Sorbonie, 16 profesorów na 37 poparło wniosek.
Obecny wkład wykładowców uniwersyteckich z krajów łacińskich w rozwój socjalizmu stanowi groźbę dla społeczeństw, w których żyją. Całkowicie wyobcowani z rzeczywistego świata, są tym samym niezdo¬lni do zrozumienia warunków, sztucznych nawet lecz koniecznych, które umożliwiają istnienie społeczeństw. Społeczeństwo rządzone przez profesorski areopag, o czym marzył August Comte, nie prze¬trwałoby sześciu miesięcy. W kwestiach ważnych dla ogółu opinie specjalistów od nauk humanistycznych bądź ścisłych często nie są więcej warte niż sądy ignorantów, a często i mniej od nich, gdy ci ignoranci są rolnikami lub robotnikami, których zawód styka się z realnym życiem. Podkreślam ten punkt, bo stanowi on najsolidniejszy argument na rzecz głosowania powszechnego. Bardzo często w masach, a rzadko wśród specjalistów przejawia się zmysł polityczny, patriotyzm, chęć obrony interesu społecznego.
Masy często syntetyzują ducha rasy (kultury) i zrozumienie jej interesów.  Zdolne są do najdalej idących wyrzeczeń i ofiar, co im zresztą nie przeszkadza być nieraz bezgranicznie ograniczonymi pyszał¬kami, dzikusami, gotowymi do pójścia za najzwyczajniejszym szar¬latanem. Prowadzi je instynkt a nie rozum - ale czy czyny, które płyną ze sfery nieświadomej, nie stoją bardzo często wyżej od tych, które dyktuje rozum?
Nieświadomość, która rządzi całością naszego życia biologicznego i ogromną większością umysłowego, jest dla świadomego ducha tym, czym masa wód oceanu względem fal, które poruszają się po powierz¬chni. Gdyby stałe działanie nieświadomości się zatrzymało, człowiek nie mógłby przeżyć nawet jednego dnia. Nieświadomość stanowi po prostu dziedzictwo wszystkich adaptacji do środowiska, wytworzonych przez długą linię naszych przodków. W niej mieszczą się uczucia rasy i pojęcie o jej potrzebach, które połowiczna nauka często fałszuje.
Zdeklasowani, niezrozumieni, adwokaci bez spraw, pisarze bez czytelników, aptekarze i lekarze bez pacjentów, źle opłacani profesorowie, absolwenci bez posad, nieudolni pracownicy, z powodu swych braków zlekceważeni przez właścicieli itp. są naturalnymi zwolennikami socjalizmu. W rzeczywistości mało się oni troszczą o doktrynę. Marzą o stworzeniu przemocą społeczeństwa, w którym będą panami. Ich egalitarne narzekania nie przeszkadzają im wcale pogardzać motłochem, który nie kształcił się, jak oni, na książkach. Uważają się za wiele wyższych od robotnika, stojąc w rzeczywistości znacznie niżej z powodu braku zmysłu praktycznego i rozdętego egoizmu. Gdyby stali się panami, ich autorytaryzm nie byłby mniejszy niż Marata, Saint-Justa czy Robespierre'a, skądinąd doskonałych przykładów niedocenianego niedouka. Nadzieja zignorowanych, upokorzonych i stojących w cieniu, na to, że zostaną tyranami, dostarcza socjalizmowi wielu zwolenników.
Do tej kategorii niedouków należą najczęściej doktrynerzy, którzy w jadowitych publikacjach formułują teorie, rozgłaszane potem przez naiwnych apostołów. Są to wodzowie, którzy wydają się prowadzić żołnierzy, ale w rzeczywistości ograniczają się do pójścia za nimi. Ich wpływ jest bardziej pozorny niż rzeczywisty. Przekształcają bowiem jedynie dążenia, których wcale nie stworzyli, w hałaśliwe wyzwiska, nadając im formę dogmatyczną, którą przywódcy mogą się potem legitymować. Ich książki stają się niekiedy swoistymi ewangeliami, których nikt nigdy nie czyta, ale z których cytuje się jako argument tytuł albo urywki powtórzone w gazetach. Niejasność ich dzieł jest zresztą podstawowym warunkiem sukcesu. Jak Biblia dla pastorów protestanckich, służą one za księgę wróżebną, którą wystarczy ot¬worzyć na oślep i, pod warunkiem posiadania wiary, znaleźć odpowiedź na każde pytanie.
Doktryner może być wykształcony, ale to mu nie przeszkadza stale niczego nie rozumieć i upraszczać, a na dodatek być niezadowolonym i zawistnym. Wciąż zajęty tylko jedną stroną problemu, pozostaje obojętny na przebieg wydarzeń i ich reperkusje. Nie jest zdolny zrozumieć czegokolwiek ze złożoności zjawisk społecznych, z prawidłowości ekonomicznych, wpływów atawizmów i pasji, które kierują człowiekiem. Mając za przewodnika tylko logikę książkową i schematyczną, łatwo wierzy, że jego marzenia przekształcą ewolucję ludzkości i pokierują jej przeznaczeniem.
Przede wszystkim jednak wierzy w to, że społeczeństwo ma doznać jakiegoś przekształcenia na jego korzyść. Naprawdę zajmuje go nie nadejście socjalizmu, lecz nadejście socjalistów. W żadnej religii nie ma tak wielkiej wiary w masach i tak małej u większości przywódców.
Wypociny wszystkich tych hałaśliwych doktrynerów są nader mętne, ich ideał przyszłego społeczeństwa utopijny. Nie jest jednak utopią zaciekła nienawiść przeciw obecnemu społeczeństwu i gorące prag¬nienie zniszczenia go. O ile rewolucjoniści wszystkich czasów okazywali się zawsze niezdolni do zbudowania czegokolwiek, niszczenie przy¬chodziło im łatwo. Ręka dziecka wystarczy do spalenia skarbów sztuki gromadzonych przez wieki. Wpływ doktrynerów może spowodować rewolucję - zwycięską i rujnującą. Dalej pójść nie będzie zdolny. Nieusuwalna potrzeba bycia rządzonym, którą zawsze przejawiały masy, poprowadzi szybko nowatorów pod miecz jakiegoś despoty - którego zresztą pierwsi będą oklaskiwać, jak tego dowodzi nasza historia. Rewolucje nie mogą zmienić ducha ludów; dlatego nie powodowały niczego więcej niż zmiany słowne i powierzchowne. Dla takich nieznacznych zmian świat był jednak tylekroć niszczony i z pewnością będzie nadal.
Gdyby podsumować rolę różnych klas w rozkładzie społeczeństwa u ludów łacińskich, można by rzec, że doktrynerzy i niezadowoleni, wyprodukowani przez uniwersytet, działają przede wszystkim na rzecz podkopania idei i są poprzez anarchię intelektualną, jaką powodują, jednym z najzjadliwszych czynników zniszczenia. Burżuazja sprzyja mu przez swoją obojętność, strach, egoizm, słabość woli, brak zmysłu politycznego i inicjatywy. Masy ludowe wystąpią na sposób rewolucyjny, by dokończyć zniszczenia chwiejącej się w posadach budowli, gdy tylko będzie ona wystarczająco osłabiona.
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Psychologia Socjalizmu - Gustaw Le Bon
« Reply #2 on: (Tue) 29.09.2015, 17:26:47 »
Księga II SOCJALIZM JAKO WIERZENIE

Rozdział 1 Podstawy naszych wierzeń
§ 1. Odziedziczenie naszych wierzeń

Wszystkie cywilizacje, jakie następowały po sobie w ciągu wieków, opierały się na niewielkiej liczbie wierzeń, których rola w życiu ludów zawsze była podstawowa. Jak rodzą się i rozwijają te wierzenia? Kwestię tę omawiałem już pokrótce w Psychologicznych prawach ewolucji ludów. Byłoby użyteczne wrócić do niej. Socjalizm jest o wiele bardziej wierzeniem niż doktryną. Właśnie wniknąwszy w mechanizm powstawania wierzeń będziemy w stanie przewidzieć rolę, do której odegrania socjalizm jest być może powołany.
Człowiek nie zmienia wedle swojej woli uczuć i wierzeń, które nim kierują. Za daremną szarpaniną jednostek odnajdują się zawsze atawizmy. One czynią masy ciasno zachowawczymi, co natychmiast czyni nieszczerymi ich rewolty. Zmiany zwyczajów i odziedziczonych idei ludzie znoszą zawsze bardzo trudno, a nigdy na długo.
Właśnie te odziedziczone wpływy chronią jeszcze mocno postarzałe cywilizacje, których jesteśmy dziedzicami i którym grozi dziś tyle sił niszczących. Powolność ewolucji wierzeń stanowi jeden z najistotniej¬szych faktów historycznych, a zarazem jeden z najmniej przez historyków objaśnianych. Spróbujemy ustalić jej przyczyny.
Oprócz zewnętrznych, zmiennych okoliczności, którym człowiek jest w sposób konieczny poddany, kierują jego życiem dwa rodzaje idei (pojęć, koncepcji): idee odziedziczone, czyli uczuciowe, i idee nabyte, czyli umysłowe.
Idee odziedziczone są dziedzictwem rasy, spuścizną dalszych lub bezpośrednich przodków; spuścizną nieświadomą, otrzymywaną przy narodzinach, która określa główne motywy postępowania.
Idee nabyte czyli umysłowe są nabywane pod wpływem środowiska i wychowania. Służą do rozumowania, wyjaśniania, dyskutowania, ale rzadko do wyboru kierunku. Ich wpływ na czyny pozostaje prawie zupełnie zerowy, aż do dnia, kiedy - powtarzane i nagromadzone dziedzicznie - przenikną do nieświadomości i staną się uczuciami. Jeśli czasami idee nabyte zdołają zwyciężyć odziedziczone, to dlatego, że zostały one zneutralizowane przez dziedziczenie odwrotne, jak to się zdarza przy krzyżowaniu się różnych ras (kultur). Jednostka staje się wtedy jakby wytartą tabliczką. Straciła swoje idee dziedziczne, jest tylko mieszańcem bez moralności ani charakteru, pozostającym na łasce wszelkich impulsów.
Z powodu siły ciążenia wiekowego dziedzictwa tak niewiele spośród wierzeń i opinii rodzących się każdego dnia staje się z czasem dominu¬jącymi i powszechnymi. Można by nawet powiedzieć, że w mocno już postarzałej ludzkości żadne nowe powszechne wierzenie nie mogłoby się ukształtować, gdyby nie wiązało się ściśle z wierzeniami poprzed¬nimi. Ludy wcale nie znały wierzeń całkiem nowych. Religie, które wydają się oryginalne, jeśli się je rozpatruje tylko w rozwiniętym stadium ewolucji, takie jak buddyzm, chrześcijaństwo i islam - są w rzeczywistości wykwitem wierzeń dawniejszych. Mogły się rozwinąć dopiero wtedy, gdy wierzenia, które miały zastąpić, zerodowane przez czas straciły swoją władzę. Zmieniają się one w zależności od ludów, które je praktykują i nie mają nic uniwersalnego poza literą dogmatów. W poprzedniej pracy pokazaliśmy, że przechodząc od ludu do ludu doznawały one głębokich przekształceń, by nawiązać do poprzednich religii owych ludów. Nowe wierzenie po prostu odmładza dziedzictwo wierzenia poprzedniego. W chrześcijaństwie są nie tylko elementy żydowskie; ma ono źródło w dawnych religiach Europy i Azji. Wąski strumyk wypływający z Galilei stał się porywistą rzeką tylko dlatego, że cała starożytność pogańska wlała doń swe wody. Wkład Żydów do mitologii chrześcijańskiej jest zaledwie taki, jak Egipcjan i Persów - pisze słusznie Louis Menard.
Jakkolwiek proste i słabe byłyby te zmiany w wierzeniach, do zakorzenienia się w duszy ludu potrzeba im wieków. Wierzenie jest czymś całkiem innym niż pogląd, przedmiot dyskusji. Istnieje tylko jako motyw postępowania, a tym samym nie ma rzeczywistego wpływu, dopóki nie zejdzie do sfery nieświadomej, aby w niej utworzyć solidny blok zwany uczuciem. Wierzenie ma więc jako istotną cechę być imperatywem i nie podlegać wpływowi analizy i dyskusji.  Tylko u początków, kiedy jest jeszcze płynne, wierzenie może mieć jakieś korzenie w inteligencji; niemniej jednak, by zapewnić sobie zwycięstwo, potrzebuje, powtarzam, zejścia do sfery uczuć, a tym samym przejścia ze świadomości do nieświadomości.
Należy podkreślić ten wpływ przeszłości na kształtowanie się wierzeń oraz fakt, że nowe wierzenie może się utrwalić jedynie nawiązując do wierzeń poprzednich. To utrwalanie się wierzeń jest być może najważ¬niejszą fazą ewolucji cywilizacji. Jednym z największych dobrodziejstw utrwalonych wierzeń jest to, że dają one ludowi wspólne odczucia, wspólne formy myślenia, a tym samym wspólne słowa, to znaczy budzące identyczne skojarzenia. Ustalone wierzenie tworzy w końcu podobny stan umysłów, podobne łańcuchy rozumowań i dlatego odciska się na wszystkich składnikach cywilizacji. Wspólne wierzenie zapew¬ne stanowi najważniejszy czynnik powstania ducha narodu, woli naro¬du, a tym samym jednakowego ukierunkowania uczuć i idei danego ludu. Wielkie cywilizacje były zawsze logicznym wykwitem niewielu wierzeń, a rozkład cywilizacji zachodził zawsze wtedy, gdy wspólne wierzenia się rozpadały.
Wierzenie zbiorowe ma tę ogromną przewagę, że łączy w jedną wiązkę wszystkie małe indywidualne pragnienia i pozwala ludowi działać tak, jak działałaby jednostka. Można słusznie stwierdzić, że wielkie okresy w historii to te, w których ustaliły się powszechne wierzenia.
Rola powszechnych wierzeń dla egzystencji ludów jest tak pod¬stawowa, że nie można by przesadzić z jej znaczeniem. Historia nie zna przykładu cywilizacji, która by powstała i utrzymała się bez bazy wierzeń wspólnych wszystkim jednostkom danego ludu czy przynajmniej miasta. Ta wspólnota wierzeń daje narodowi, który ją ma, ogromną siłę - nawet jeśli to wierzenie jest przejściowe. Widzieliśmy to w chwili rewolucji, gdy lud francuski zwycięsko walczył przeciw Euro¬pie pod bronią, ożywiony nową wiarą, chociaż ta nie mogła przetrwać, gdyż nie była w stanie dotrzymać swych obietnic.

§ 2. Wpływ wierzeń na nasze idee i rozumowania. Psychologia niezrozumienia

Skoro tylko wierzenie ustaliło się trwale w rozumie, staje się regulatorem życia, kamieniem probierczym osądzania, kierownikiem inteligencji. Umysł nie może przyjąć niczego, co nie jest zgodne z nowym wierzeniem. Jak chrześcijaństwo w wiekach średnich, islam u Arabów, panująca wiara odciska swoją pieczęć na wszystkich składnikach cywilizacji - na filozofii, literaturze i sztuce. Jest najwyższym kryterium, dostarcza wyjaśnienia wszystkiemu.
Mechanizm naszego poznawania, tak samo u uczonego jak i u ig¬noranta, polega bowiem na sprowadzaniu tego, co nieznane, do tego, co znane, a dokładniej: do tego, co uważamy za znane. Zrozumienie zakłada obserwację faktu, a następnie jego powiązanie z tymi niewido¬ma ideami, które mamy. W ten sposób wiąże się fakty niezrozumiałe z faktami uznanymi za zrozumiałe, a każdy mózg dokonuje tego powiązania stosownie do nieświadomych pojęć, które w nim panują. Od umysłu niższego po wyższy mechanizm wyjaśniania jest zawsze taki sam i polega nieodmiennie na wbudowywaniu nowych pojęć do zespołu koncepcji już nabytych.
Ponieważ wiążemy nasze pojmowanie świata z pewnymi ideami odziedziczonymi, jednostki z różnych ras mają tak różne opinie. Nie postrzegamy rzeczy inaczej niż je zniekształcając; a zniekształcamy je zgodnie z naszymi wierzeniami.
Wierzenia przekształcone w odczucia wpływają nie tylko na nasze zachowanie się w życiu, lecz również na znaczenia, jakie przypisujemy słowom. Rozbieżności i spory, jakie dzielą ludzi, biorą się w większości stąd, że te same zjawiska wiodą, w zależności od różnych stanów umysłu, do różnych poglądów. Prześledźmy z wieku na wiek, z rasy na rasę, od jednej płci do drugiej skojarzenia budzone przez te same słowa. Zbadajmy, na przykład, czemu odpowiadają dla umysłów różnie ukształtowanych takie terminy jak religia, wolność, republika, burżua- zja, własność, kapitał, praca, a zobaczymy, jak głębokie są przepaści dzielące różne wyobrażenia umysłowe.  Różne klasy społeczne, osoby różnej płci wydają się mówić tym samym językiem; jest to jednak tylko
pozór.
Różne warstwy społeczne, a tym bardziej różne ludy, są tak samo rozdzielone przez rozbieżne idee, jak przez rozbieżne interesy - dlatego walka klas i ras, a nie ich utopijna zgoda, zawsze stanowiła dominujący czynnik w historii. Niezgoda może w przyszłości tylko wzrosnąć. Między potężnym feudalnym baronem a ostatnim z jego zbrojnych różnica umysłowa była nieporównywalnie mniejsza niż dziś między inżynierem a niewykwalifikowanymi robotnikami, którymi ten kieruje.
Między różnymi rasami, klasami, płciami zgoda jest możliwa tylko w kwestiach technicznych, na które nie wpływają odczucia nieświado¬me. W moralności, religii, polityce zgoda jest natomiast niemożliwa, albo jest możliwa tylko wtedy, gdy jednostki są tego samego po¬chodzenia. To nie rozumowania skłaniają je do zgody, ale identyczność pojęć. Przekonanie nigdy nie ma korzeni w rozumie. Kiedy jednostki zbierają się, by rozważać kwestię polityczną, religijną lub moralną, nie dyskutują już żywi, lecz zmarli. Przez ich usta mówią duchy przodków; to co rozbrzmiewa, to echo wiecznego głosu zmarłych, którym żywi są zawsze posłuszni.
Słowa mają więc sens bardzo różny w zależności od jednostek, budzą w ich umysłach idee i odczucia bardzo rozmaite. Najtrudniejsze zadanie myśli to chyba przeniknięcie do mózgów zbudowanych inaczej niż nasz. Osiągamy to z wielką trudnością, gdy chodzi o naszych rodaków, od których dzieli nas wiek, płeć, wychowanie; jak osiągniemy to wobec ludzi innej rasy, szczególnie gdy dzielą nas wieki? Żeby jednostka nas wysłuchała, trzeba mówić do niej w jej języku z osobistymi niuansami jej pojęć. Można żyć latami obok innej osoby nigdy jej nie rozumiejąc, jak to się zdarza rodzicom i dzieciom. Cała nasza pospolita psychologia jest oparta na hipotezie, że ludzie doznają takich samych odczuć pod wpływem podobnych bodźców - tymczasem nic bardziej błędnego.
Nie możemy nigdy żywić nadziei, że zobaczymy rzeczy takimi, jakie są one rzeczywiście, ponieważ postrzegamy tylko stany świadomości utworzone przez nasze zmysły. Tym bardziej nie możemy mieć nadziei, że zniekształcenia wrażeń są takie same u wszystkich ludzi, ponieważ to zniekształcenie zmienia się stosownie do ich pojęć odziedziczonych i nabytych, czyli stosownie do rasy, płci, środowiska itd.; dlatego można twierdzić, że relacjami między jednostkami różnej rasy, płci i środowiska zawsze rządzi powszechne niezrozumienie. Nie mogą one używać tych samych słów, nie przemówią nigdy tym samym językiem.
Nasze widzenie rzeczy jest zawsze zniekształcone, lecz nawet nie podejrzewamy, że tak jest. Jesteśmy powszechnie przekonani, że nie może ono istnieć, jest dla nas prawie niemożliwe przyjąć, że inni mogliby nie myśleć i nie działać dokładnie jak my. To niezrozumienie ma za ostateczny skutek doskonałą nietolerancję, przede wszystkim wobec wierzeń i poglądów, opierających się wyłącznie na uczuciach.
Jednostki wyznające poglądy odmienne od naszych w dziedzinie religii, moralności, sztuki, polityki stają się natychmiast w naszych oczach ludźmi złej woli, a przynajmniej szkodliwymi głupcami. Gdy tylko uzyskujemy jakąś władzę, uważamy za bezwzględny obowiązek energicznie zwalczać tak niebezpieczne bestie. Jeśli ich już nie palimy i nie gilotynujemy, to dlatego, że sprzeciwia się temu rozkład obycza¬jowy i godna ubolewania łagodność praw.
Co do jednostek całkiem innych ras przyznajemy wprawdzie, przy¬najmniej w teorii, że mogłyby nie myśleć całkiem jak my - ubolewamy jednak nad ich ślepotą. Uważamy zresztą, że byłoby dla nich dob¬rodziejstwem podporządkować ich, przy użyciu stanowczych środków, naszym zwyczajom i prawom, gdy tylko stalibyśmy się ich panami. Arabowie, Murzyni, Annamici, Malgasze itd., którym chcemy narzucić nasze obyczaje i prawa - zasymilować ich, jak mówią politycy - dowie¬dzieli się na własnej skórze, ile kosztuje myślenie inaczej niż zwycięzcy. Oczywiście nadal zachowują zwyczaje odziedziczone po przodkach, których nie potrafią zmienić, ale nauczyli się ukrywania swoich myśli i zarazem nieprzejednanej nienawiści do swych nowych panów.
Całkowite niezrozumienie panujące między ludami różnej rasy nie zawsze jest źródłem niechęci. Może nawet stać się pośrednio źródłem sympatii, gdyż wtedy nic nie przeszkadza ludom stworzyć sobie o in¬nych takie wyobrażenie, na jakie mają ochotę. Mówi się więc słusznie, że jedną z najtrwalszych podstaw przymierza francusko-rosyjskiego jest prawie zupełna wzajemna nieznajomość obu ludów.
Niezrozumienie przejawia się u różnych ludów w różnym stopniu. U tych, które wcale nie podróżują, jak ludy łacińskie, jest ono absolut¬ne, z czego wynika prawie zupełna nietolerancja. Nasza niezdolność do zrozumienia poglądów innych ludów, cywilizowanych bądź nie, jest doprawdy uderzająca. Jest ona zresztą główną przyczyną opłakanego stanu naszych kolonii. Najwybitniejsi przedstawiciele ludów łacińskich, nawet ludzie genialni, jak Napoleon, nie różnili się tu od ludzi zwyk¬łych. Napoleon nigdy nie miał zielonego pojęcia o psychologii Hisz¬pana czy Anglika. Jego opinie o nich były tyle warte, co te, które można było ostatnio przeczytać w jednej z naszych politycznych gazet a propos postępowania Anglii wobec dzikich w Afryce: Zawsze inter¬weniuje ona - pisze z oburzeniem poczciwy redaktor - by przeszkodzić tym ludom w pozbyciu się swych królów i ustanowieniu republiki. Niesposób mniej rozumieć i bardziej upraszczać.
Nasi historycy mnożą zresztą podobne oceny. W związku z tym doszedłem do następującego wniosku: pisma historyczne są czystymi powieściami bez związku z rzeczywistością. Pozwalają poznać ducha nie postaci historycznych, lecz wyłącznie historyków.
Ponieważ pojęcia różnych ras nie mają wspólnego mianownika, a podobne słowa budzą różne skojarzenia w niepodobnych mózgach, doszedłem do jeszcze jednego wniosku, pozornie paradoksalnego, że dzieła pisane są całkowicie nieprzekładalne z jednego języka na drugi. Jest to prawdą nawet dla języków współczesnych, a tym bardziej dla języków reprezentujących idee ludów martwych.
Takie przekłady są tym bardziej niemożliwe, że rzeczywisty sens słów, to znaczy odczucia i pojęcia, jakie one przywołują, zmieniają się z wieku na wiek. Nie mogąc zmieniać słów, które ewoluują dużo wolniej od idei, zmieniamy nieświadomie ich znaczenie. Dlatego religijny i moralny kodeks Anglosasów, Biblia, księga barbarzyńska napisa¬na trzy tysiące lat temu dla barbarzyńskich plemion , mogła się dostosować do zmieniających się potrzeb ludu wysoce ucywilizowane¬go. Na zasadzie umownej fikcji każdy podkłada pod stare słowa swoje współczesne idee. Tak interpretując Biblię można, jak to czynią Ang¬licy, otworzyć ją na oślep i znaleźć rozwiązanie jakiegoś problemu politycznego lub moralnego.
Tylko między jednostkami tej samej rasy, powtarzam, poddanymi od dawna tym samym warunkom egzystencji i środowiska, może istnieć jakieś zrozumienie w stosunkach wzajemnych. Dzięki dziedzicznym wzorom myślenia, słowa, jakie wymieniają w mowie lub piśmie, mogą budzić w nich podobne skojarzenia.

§ 3. Moralność odziedziczona po przodkach

Dla losów ludów decydująca jest rola pewnych cech moralnych. Pokażę to wkrótce, studiując psychologię porównawczą różnych ras. Na razie chcę tylko wskazać, że cechy moralne są - jak wierzenia - spuścizną dziedziczną, a tym samym stanowią część życia duchowego przekaza¬nego nam przez przodków. Na tym podłożu, spadku po praojcach, kiełkują motywy naszych działań, przy czym nasza świadoma aktyw¬ność odpowiada dopiero kwitnieniu. Ogólne zasady postępowania mają za drogowskazy odczucia nabyte przez dziedziczenie, a bardzo rzadko rozum.
Te odczucia przyswajane są powoli. Moralność nabywa pewnej stabilności dopiero wtedy, gdy stawszy się nieświadomą uchyla się przed wpływem rozumu, zawsze egoistycznym i najczęściej sprzecznym z interesem całej rasy. Zasady moralne wpajane przez wychowanie mają w rzeczywistości słaby wpływ; powiedziałbym nawet, że żaden, gdyby nie należało brać pod uwagę osób o charakterze neutralnym, które Ribot słusznie nazwał amorficznymi, a które są skrajnie nie¬zdecydowane, tak że najmniejsza presja może je skłonić do dobra lub do zła. Właśnie dla charakterów neutralnych użyteczne są kodeksy i żandarmi. Te charaktery nie przekroczą zakazów, ale ku wyższej moralności się nie wzniosą. Wychowanie inteligentne, to znaczy unika¬jące dyskusji filozoficznych i rozpraw, może ich nauczyć, że w ich dobrze pojętym interesie leży nie wchodzić w sferę działania policji.
Póki rozum nie wkracza, nasza moralność pozostaje instynktowna a nasze motywy działania nie różnią się od tych, które kierują najmniej świadomymi masami. Te motywy są pozarozumowe, w tym sensie, że są instynktowne, a nie wynikłe z refleksji. Nie są irracjonalne, w tym sensie, że są następstwem powolnej adaptacji, która wynikła z nacisku okoliczności. Z całą siłą przejawiają się więc w duszy ludu - dlatego instynkt mas jest tak głęboko zachowawczy i tak skłonny do obrony interesów zbiorowych rasy, choć go tak zakłócają teoretycy i retorzy.

Rozdział 2. Rola tradycji w różnych składnikach cywilizacji. Granice i zmienność dziedziczenia

§ 1. Wpływ tradycji na życie ludów

Stwierdziliśmy, że człowiek jest kierowany głównie czynnikami dziedzi¬cznymi, będąc posłusznym przede wszystkim tradycji.
Możemy przeklinać więzy tradycji, która nas wiedzie, ale jakże ograniczona jest w każdej epoce liczba artystów, myślicieli, filozofów zdolnych do zrzucenia jej jarzma. Niewielu ludziom dane jest uwolnić się od więzów przeszłości. Umysły, które uważają się za wolnomyślne, liczą się na miliony, ale prawdziwie myślących w sposób wolny jest w każdej epoce może kilka tuzinów. Prawdy naukowe najjaśniej dowiedzione przyjmowane są nieraz z największym trudem, a gdy się przyj¬mują, to nie dzięki dowodom, lecz dzięki autorytetowi ich obrońców. Lekarze przez wiek przeczyli zjawiskom hipnotycznym, choć mogli je wszędzie obserwować, aż do dnia, kiedy uczony z wystarczającym autorytetem potwierdził, że są one rzeczywiste.
W języku potocznym określenie 'wolnomyśliciel' jest po prostu synonimem antyklerykała. Prowincjonalny aptekarz, który się uznaje za wolnomyśliciela, ponieważ nie chodzi na mszę, dokucza swemu proboszczowi i drwi z dogmatów, jest wolnomyślicielem takim samym, jak ów proboszcz. Obaj należą do jednej rodziny psychologicznej, tak samo są prowadzeni przez myśli przejęte od zmarłych.
Należałoby przestudiować ze szczegółami codzienne opinie, jakie wyrażamy o wszystkim, żeby dostrzec, jak dalece powyższy pogląd jest trafny. Poglądy, które uważamy za wolne, przekazane nam zostały przez środowisko, książki, gazety, a stosownie do naszych dziedzicznych odczuć przyjmujemy je lub odrzucamy en bloc, najczęściej bez żadnego udziału rozumu w owym przyjęciu bądź odrzuceniu. Często powołujemy się na rozum, ale w rzeczywistości jego rola jest równie nikła w genezie naszych poglądów jak i naszych działań. Głównych źródeł naszych podstawowych opinii należy szukać w dziedziczeniu, zaś drugorzędnych - w sugestii. Dlatego jednostki z różnych klas społecznych i zawodów są do siebie tak podobne. Żyjąc w tym samym środowisku, przeżuwając wciąż te same słowa, zdania, idee, mają w końcu myśli równie banalne i identyczne.
Gdy chodzi o instytucje, wierzenia, sztukę czy jakikolwiek inny składnik cywilizacji, jesteśmy zawsze nisko schyleni pod ciężarem wpływu środowiska, a przede wszystkim przeszłości. Zazwyczaj nie widzimy tego dzięki łatwości, z jaką nadajemy nowe nazwy starym rzeczom, co pozwala nam wierzyć, że zmieniając nazwy zmieniliśmy również rzeczy przedstawiane.
Aby uwidocznić ciążenie wpływów dziedzicznych, należy rozpatrzyć wyraźne składniki cywilizacji, na przykład sztukę. Ciążenie przeszłości ujawnia się wówczas wyraźnie, zwłaszcza w walce między tradycją a nowymi ideami. Gdy artysta wierzy, że uniknął wpływów przeszłości, dowodzi tego wracając do form jeszcze starszych lub zmieniając konieczne składniki dzieła, na przykład zastępując jeden kolor przez drugi, róż twarzy przez zieleń, a wreszcie ulegając wszelkim fantazjom, które mogliśmy oglądać na ostatnich wystawach corocznych. Ale nawet tymi odstępstwami artysta tylko potwierdza swą niemożność uniknięcia jarzma tradycji i odwiecznych wzorów. Natchnienie, które uważa za wolne, jest zawsze zniewolone. Bez form ustalonych przez wieki nie potrafi niczego sobie wyobrazić. Ewoluować może tylko bardzo wolno.

§ 2. Granice i zmienność dziedziczenia

Taki jest wpływ przeszłości - i trzeba go zawsze być świadomym, jeśli chcemy zrozumieć, jak ewoluują składniki cywilizacji, jak kształtują się nasze instytucje, wierzenia i sztuka, jak wielki wpływ na ich genezę mają umarli. Człowiek współczesny dokonuje gorliwych i bezskutecznych wysiłków, by się uwolnić od przeszłości. Nasza wielka rewolucja wierzyła, że może ją całkowicie odrzucić. Jakże te próby są daremne! Można podbić lud, poddać go sobie, nawet go zniszczyć. Ale gdzież jest władza zdolna zmienić jego duszę?
Jednakże ten dziedziczny duch, którego wpływu tak trudno uniknąć, kształtował się przez wieki. Weszło do niego wiele różnych składników, tak że zależnie od rozmaitych bodźców, na powierzchnię mogą wyjść różne składniki. Gwałtowna zmiana otoczenia może rozwinąć zarodki, które w nas drzemią. Stąd te możliwości charakteru, o których pisałem w innej pracy, a które wydobywane są na wierzch przez pewne okoliczności. Takim sposobem w duszy spokojnego kierownika, sędzie¬go, sklepikarza, siedzą czasem Robespierre, Marat, Fouquier-Tinville. Wystarczy odpowiedni bodziec, by pojawiły się takie ukryte osobowo¬ści. Widzi się wtedy biurokratów każących rozstrzeliwać zakładników, artystów burzących pomniki, którzy po kryzysie wracają do swej duszy biorokraty lub artysty, zapytując samych siebie, jakiej aberracji ulegli. Mieszczanie z Konwentu, po zamieszkach wróciwszy do swych pokojowych zajęć notariuszy, poborców, profesorów, sędziów, adwokatów itd. zapytywali się wielekroć z osłupieniem, jak mogli okazywać tak krwiożercze instynkty i poświęcić tyle ofiar! Nie rusza się bezkarnie osadu złożonego na naszym dnie przez przodków. Nie wiadomo, co się z niego wyłoni: dusza bohatera czy bandyty.

§ 3. Walka między tradycyjnymi wierzeniami a wymogami współczesności. Obecna zmienność opinii.

Dzięki kilku oryginalnym umysłom, które rodzą się we wszystkich epokach, każda cywilizacja oswobadza się po trochu z więzów tradycji. Ponieważ takie umysły są rzadkie, dzieje się to bardzo powoli.
Najpierw stałość, a potem zmienność stanowią podstawowe warunki narodzin i rozwoju społeczeństw. Cywilizacja tylko wtedy powstaje, gdy stworzyła taką tradycję, a idzie naprzód tylko wtedy, gdy uda się jej w każdym pokoleniu tę tradycję zmodyfikować. Jeśli tego nie czyni - nie idzie naprzód i jak w Chinach pozostaje w bezruchu. Jeśli chce się zmodyfikować za szybko, traci wszelką stałość, rozpada się i wkrót¬ce skazana jest na zniknięcie. Siła Anglosasów leży przede wszystkim w tym, że akceptując wpływ przeszłości umieją uniknąć jej jarzma w potrzebnym zakresie. Słabość ludów łacińskich leży natomiast w tym, że chcą odrzucić w całości przeszłość, całkowicie odnowić swe instytu¬cje, wierzenia i prawa. Z tego powodu przeżywają od stulecia rewolucje i ciągłe przewroty, daleko będąc od ich zakończenia.
Wielkim niebezpieczeństwem obecnej epoki jest to, że już wcale nie mamy wspólnych wierzeń. Na miejsce takich samych interesów zbioro¬wych podstawiają się coraz bardziej rozmaite interesy indywidualne. Nasze instytucje, kodeksy, sztuka, wychowanie zostały zbudowane na wierzeniach, które co dzień kruszeją, a których nauka i filozofia nie potrafią zastąpić - co zresztą nigdy ich rolą nie było.
Nie jesteśmy z pewnością wolni od wpływu przeszłości, gdyż czło¬wiek nie potrafi uwolnić się od niego, ale nie wierzymy już w zasady, na których zbudowana została budowla społeczna. Istnieje wieczysta niezgoda między naszymi uczuciami dziedzicznymi, a ideami doby obecnej. W moralności, religii, polityce nie ma już, jak niegdyś, ustalo¬nego autorytetu, nikt nie może już mieć nadziei na narzucenie kierunku w tych podstawowych sprawach. Wynika stąd, że rządy, zamiast kierować opiniami, są zmuszone im ulegać i być posłusznymi ich nieustannym fluktuacjom.
Człowiek współczesny, zwłaszcza w cywilizacji łacińskiej, przez nie¬świadome pragnienia jest powiązany z przeszłością, gdy jego rozum stale dąży do uwolnienia się od niej. Oczekując pojawienia się ustalonych wierzeń, ulega wierzeniom przelotnym i chwilowym, jako że nie są one odziedziczone. Rodzą się spontanicznie pod wpływem codziennych wy¬darzeń, jak fale po burzy. Są niekiedy gwałtowne, ale równie efemerycz¬ne. Rodzą się z jakichś okoliczności, rozprzestrzeniają się przez na-śladownictwo i przez zarażenie. W stanie nerwowości, w jakim znajdują się dziś pewne ludy, najsłabsza przyczyna wyzwala przesadne odczucia. Wybuchy nienawiści, wściekłości, oburzenia, entuzjazmu z powodu najbłahszych zdarzeń rozbrzmiewają jak grom. Kilku żołnierzy zostało zaskoczonych w Langson przez Chińczyków - wybuch gniewu, który w kilka godzin wywraca rząd. Wioska zagubiona w zakątku Europy zalana przez powódź - wybuch narodowego współczucia, które wylewa składkami, festynami na dobroczynność itp. Wysyłamy gdzieś daleko sumy, których tak potrzebujemy dla ulżenia własnej nędzy. Opinia publiczna zna tylko skrajne odczucia lub głęboką obojętność. Jest straszliwie kobieca; jak kobieta nie potrafi opanować swoich odruchów. Chwieje się bez przerwy na wietrze zewnętrznych okoliczności.
Ta skrajna zmienność uczuć, którymi nie kieruje żadne podstawowe wierzenie, czyni je nader niebezpiecznymi. Z braku autorytetu, zbyt osłabłego, opinia publiczna staje się coraz bardziej panią wszystkiego. Ponieważ ma na swej służbie wszechmocną prasę, pobudzającą ją lub idącą za nią, zadanie rządu staje się z dnia na dzień coraz trudniejsze, zaś polityka mężów stanu coraz bardziej chwiejna. W duszy ludu można znaleźć wiele rzeczy przydatnych, ale nigdy myśl Richelieu ani nawet jasnego spojrzenia szeregowego dyplomaty o pewnej konsekwencji w poglądach i postępowaniu.
Ta wielka a zmienna moc opinii rozciąga się nie tylko na politykę, lecz na wszystkie składniki cywilizacji. Dyktuje dzieła artystom, sędziom wyroki,  rządom postępowanie.
Wpływ prądów opinii powszechnej jest o tyle niebezpieczny, że działają na nasze poglądy bez udziału świadomości i modyfikują je bez naszej wiedzy. Sędziowie, którzy skazują bądź uwalniają pod wpływem opinii powszechnej, są jej najczęściej posłuszni na sposób bezwiedny. Ich nieświadomość przekształca się, by iść za nią, a rozum służy tylko znalezieniu usprawiedliwienia dla nieświadomych zmian kierunku myślenia.
Te powszechne prądy, typowe dla epoki obecnej, pozbawiają rządy, jak to już zauważyłem wyżej, jakiejkolwiek stałości w postępowaniu. Opinia publiczna dyktuje przymierza, takie - na przykład - przymierze francusko-rosyjskie, wynikłe z wybuchu narodowego entuzjazmu. Dyk¬tuje wojny, na przykład wojnę Stanów Zjednoczonych z Hiszpanią, wynikłą z prądu opinii stworzonego przez dzienniki będące na żołdzie paru finansistów.
Autor amerykański, Godkin - w interesującej książce Unforeseen Tendencies of Democracy oskarżył gazety w Stanach Zjednoczonych, w większości będące na pasku spekulantów, o odgrywanie złowrogiego wpływu na kierunek opinii publicznej. Nadchodząca wojna będzie zawsze, jak twierdzi, pożądana dla gazet - po prostu dlatego, że wiadomości wojenne o zwycięstwach czy porażkach ogromnie zwięk¬szają sprzedaż. Książka była napisana przed wojną o Kubę, które to wydarzenie dowiodło, jak trafne były jego przewidywania. Gazety dyrygują w Stanach Zjednoczonych opinią, ale gazetami kieruje zza swych biurek paru finansistów. Ich potęga jest szkodliwsza niż najgorszych tyranów, gdyż jest anonimowa, a prowadzi ją sam interes własny, a nie ich kraju. Jak już zauważyłem, jednym z poważnych problemów przyszłości będzie zabezpieczenie się przed suwerenną i demoralizującą potęgą kosmopolitycznych bankierów, którzy w wielu krajach coraz bardziej dążą do tego, by stać się pośrednimi panami opinii publicznej, a w następstwie rządów. Amerykański dziennik Evening Post stwierdził niedawno, że o ile inne środki wpływania na ruchy masowe są słabe lub bezsilne, potęga skromnej prasy wzrosła niezmiernie. Potęga ta jest tym groźniejsza, że nie ma granic, odpowiedzialności, kontroli, a władają nią jednostki absolutnie byle jakie. Z dwóch najbardziej wpływowych popularnych dzienników Stanów Zjednoczonych, które wymogły na władzy publicznej wypowiedzenie wojny Hiszpanii, jeden był kierowany przez dawnego dorożkarza, a drugi przez młodzika, który odziedziczył grube miliony. Jak zauważył pewien krytyk amerykański, ich opinia ma na użytek, jaki kraj ma zrobić ze swojej armii, floty, finansów, tradycji, więcej wpływu, niż wszyscy mężowie stanu, filozofowie i profesorowie całego narodu.
Tu jeszcze raz widzimy jedną z wielkich potrzeb obecnej doby, a mianowicie konieczność znalezienie wierzenia powszechnie przyjętego, które by zastąpiło te, które dotąd rządziły światem.
Podsumujemy rozdziały ten i poprzedni, stwierdzając, że cywilizacje zawsze opierały się na niewielkiej liczbie wierzeń, które wolno się formowały i wolno ginęły; że wierzenie nie może zdobyć uznania, ani przynajmniej wystarczająco przeniknąć do umysłów, by stać się pobudką postępowania, jeśli nie zwiąże się mniej lub bar-dziej z wierzeniami dawniejszymi; że człowiek współczesny dziedziczy wierzenia, które służą jeszcze za podstawę jego instytucji i jego moral¬ności, ale które walczą dziś stale z jego rozumem. Z tej racji jest on zmuszony do prób wypracowania nowych dogmatów wiążących się wystarczająco mocno z dawnymi wierzeniami, a zarazem zgodnych z jego poglądami obecnymi. Przyczyny obecnej anarchii umysłowej leżą w tym konflikcie między przeszłością a teraźniejszością, to znaczy między naszym nieświadomym duchem a naszymi rozumowaniami świadomymi.
Czy socjalizm będzie tą nową religią, która wkrótce zastąpi dawne wierzenia? Brakuje mu do tego magicznej umiejętności tworzenia wizji życia przyszłego, głównej siły, dzięki której wielkie religie zdobyły świat i przetrwały. Wszystkie socjalistyczne obietnice szczęścia mają się urzeczywistnić już tutaj. Otóż realizacja takich obietnic rozbije się o prawidłowości ekonomiczne i psychologiczne, wobec których ludzka moc jest bezsilna; dlatego epoka nadejścia socjalizmu z pewnością będzie zarazem epoką jego schyłku. Socjalizm może triumfować przez chwilę, jak triumfowały idee humanistyczne rewolucji francuskiej, ale wkrótce zginie w krwawych kataklizmach, bo nie porywa się duszy ludu nadaremno. Będzie więc jedną z tych religii przejściowych, któ- ,-ych narodzin i śmierci ten sam wiek jest świadkiem, i które służą tylko przygotowaniu lub odnowieniu innych, lepiej dostosowanych do natury ludzkiej i do wszelkiego rodzaju praw, którym muszą podlegać społecz¬ności ludzkie. Być może biorąc pod uwagę tę funkcję rozpuszczalnika, mającego oczyścić miejsce dla rozkwitu nowych dogmatów, przyszłość nie uzna roli socjalizmu za zupełnie zgubną.

Rozdział 3 Ewolucja socjalizmu ku formie religijnej

§ 1. Obecna skłonność socjalizmu do wchodzenia na miejsce dawnych wierzeń

Rozważywszy rolę naszych wierzeń i dostrzegłszy dawność ich fun¬damentów, gotowi jesteśmy zrozumieć ewolucję religijną, jakiej ulega socjalizm obecny. Stanowi ona bez wątpienia najważniejszy czynnik jego sukcesów. Jak już dowiodłem w studium na temat psychologii tłumu, przekonania mas zawsze zmierzają do przybrania formy religij¬nej. Ludzka mnogość nie zna ani sceptycyzmu, ani nastawienia krytycznego. Credo polityczne, religijne lub społeczne, przez nią akceptowane, przyjmowane jest zawsze bez dyskusji i czczone z zapałem.
Nie zamierzam w tym rozdziale badać wartości filozoficznej lub ekonomicznej nowych doktryn, lecz jedynie wpływ, jaki wywierają one na ludzkie dusze. Wiele razy powtarzałem, że sukces danego wierzenia wcale nie zależy od udziału prawdy lub błędu w nim zawartego, lecz jedynie od uczuć, jakie rodzi, i poświęcenia, jakie inspiruje. Historia wszystkich wierzeń jest tego jawnym dowodem.
W koncepcjach socjalistycznych zawarty jest bezsprzecznie czynnik ich przyszłego sukcesu, jeśli widzieć je jako wierzenia religijne. Po pierwsze, nie muszą wiele walczyć z dawniejszymi wierzeniami, gdyż te są w zaniku1. Po drugie jawią się w formie skrajnie prostej, co czyni je dostępnymi dla wszystkich umysłów. Po trzecie, łatwo nawiązują do poprzednich wierzeń i dlatego mogą je bez trudu zastąpić. Jak już tego dowiodłem, socjaliści chrześcijańscy głoszą doktrynę prawie taką samą, jak inni socjaliści.
Punkt pierwszy, rozpad poprzednich wierzeń, jest zasadniczy. Ludzkość aż dotąd nie mogła żyć bez wierzeń. Skoro tylko dawna religia zaczyna zanikać, natychmiast nadchodzi nowa, by ją zastąpić. Jednym z naszych dominujących instynktów jest uczucie religijności, to znaczy potrzeba podporządkowania się jakiejkolwiek wierze: boskiej, politycz¬nej lub społecznej. Człowiek potrzebuje wierzeń, by mechanicznie kierować swym życiem i uniknąć wysiłku rozumowania. Nie dąży do wolności, lecz właśnie do zniewolenia myśli. Unika czasem panowania tyranów, którzy go gnębią - ale jak uniknie panowania innego rodzaju - swych własnych wierzeń? Najpierw będąc wyrazem jego potrzeb, a jeszcze bardziej nadziei, wierzenia w końcu je modyfikują, rządzą one bowiem sferą instynktownych dążeń.
Nowa doktryna doskonale odpowiada obecnym pragnieniom i na¬dziejom. Zjawia się akurat w momencie, gdy zamierają wierzenia religijne i społeczne, którymi żyli nasi ojcowie, i gotowa jest odnowić ich obietnice. Sama jej nazwa  jest słowem magicznym, które, jak w dawnych wiekach 'raj', syntetyzuje nasze sny i nadzieje. Choćby jej wartość była nie wiem jak nikła, a jej realizacja niepewna, stanowi nowy ideał, z którego taki przynajmniej będzie pożytek, że przywróci człowiekowi nadzieję, której mu już nie dają bogowie, i złudzenia, których pozbawiła go nauka. Jeśli jest prawdą, że długo jeszcze szczęście człowieka musi zależeć od cudownej zdolności tworzenia bóstw i wierzenia w nie, nie sposób przecenić znaczenia nowego dogmatu.
Co dzień rośnie w siłę, zwodniczy duch, a jego potęga coraz bardziej wzrasta. Stare dogmaty straciły swoją moc, ołtarze starych bóstw są opuszczone, rodzina się rozpada, instytucje upadają, hierarchie znikają. Jedynie miraż socjalny rozwija się na zwaliskach. Rozprzestrzeniając się nie napotyka naprawdę poważnych krytyków. Gdy jego zwolennicy są gorliwymi apostołami, którzy w oparciu o nowy ideał chcą przemienić świat, jak niegdyś uczniowie Jezusa, bojaźliwi obrońcy starego społe¬czeństwa są, przeciwnie, mało przejęci wartością sprawy, której bronią. Cała ich obrona polega jedynie na powtarzaniu dawnych formuł teologicznych i ekonomicznych, które się od dawna zużyły i straciły skuteczność. Sprawiają wrażenie mumii, które usiłują się ruszać pod opaskami. W raporcie z pewnego konkursu akademickiego Leon Say wydobył zdumiewającą słabość dzieł mających zwalczać socjalizm, mimo że proponowano za nie pokaźne wynagrodzenie. Obrońcy pogaństwa byli równie niemocni, gdy nowy Bóg przybyły z równin Galilei objął dziedzictwo po przygasających starych bóstwach i zadał im ostateczny cios.
Nowe wierzenia nie mają z pewnością logiki za podstawę, ale jakież wierzenia, począwszy od początku świata, opierały się na logice?
Niemniej jednak wiodły do rozwoju kwitnących cywilizacji. Trwała irracjonalność staje się racjonalna, człowiek w końcu się z nią godzi. Społeczeństwa opierają się na pragnieniach, wierzeniach, potrzebach, to znaczy na uczuciach, a nigdy na rozumie czy nawet na prawdopodobieństwie. Te uczucia z pewnością ewoluują według ukrytej logiki, ale jej praw żaden myśliciel nie rozpoznał.
Żadne z wielkich wierzeń, które rządziło ludzkością, nie było córą Rozumu. A jeśli nawet każde podlegało temu wspólnemu prawu, które każe bogom i imperiom chylić się ku upadkowi i umierać, to nie Rozum położył im kres.
To, co wierzenia w znacznym stopniu mają w sobie, tego rozum nigdy nie osiągnie: jest to wspaniała moc łączenia razem rzeczy bez związku, przekształcania jawnych błędów w błyskotliwe prawdy, zniewalania dusz przez oczarowanie serc - i w końcu przekształcania cywilizacji i imperiów. Nie są córkami logiki, ale są królowymi historii.
Biorąc pod uwagę uwodzicielską stronę nowych dogmatów, ich skrajne uproszczenie, które czyni je dostępnymi dla wszystkich umysłów, obecną nienawiść warstw ludowych do posiadaczy bogactwa i potęgi, absolutną władzę polityczną zmieniania swych instytucji, jaką te warstwy posiadają dzięki głosowaniu powszechnemu; biorąc to pod uwagę, powiadam, te warunki tak sprzyjające, można się zapytywać, czemu postęp nowych doktryn jest stosunkowo powolny i jakie tajemnicze siły sterują ich krokami. Uprzedni wywód na temat pochodzenia naszych wierzeń i powolności ich przemian daje odpowiedź na to pytanie.

§ 2. Rozprzestrzenianie wierzeń. Ich apostołowie (głosiciele)

Doba obecna pokazuje nam, jak się kształtuje religia socjalistyczna. Możemy badać działalność jej apostołów i wszystkie ważne czynniki jej skuteczności, których roli żeśmy skądinąd dowiedli: złudzenia, słowa i formułki, twierdzenia, powtórzenia, prestiż i zaraźliwość.
Właśnie dzięki swym apostołom socjalizm może w pewnej chwili zwyciężyć. Tylko przekonani mają dość zapału, by stworzyć wiarę, magiczną moc, która w wielu epokach przekształcała świat. Posiadają umiejętność przekonywania, sztukę zarazem subtelną i prostą, której prawdziwych reguł nie naucza żadna książka. Wiedzą, że masy czują strach przed wątpliwościami; znają one tylko skrajne uczucia gwałtownej afirmacji bądź negacji, wielką miłość lub gwałtowną nienawiść. Umieją wzbudzać i rozwijać te uczucia.
By spełnić swą rolę, apostołowie nie muszą być liczni. Uświadomić można sobie, jak małej grupy gorliwych wystarczyło, by sprowokować kolosalne wydarzenie, jakim były krucjaty - wydarzenie może bardziej zdumiewające niż powstanie nowej religii. Oto miliony ludzi skłonio¬nych zostało do porzucenia wszystkiego i ruszenia na wschód, oraz do zaczynania wiele razy, choć ponosili najgorsze porażki i najdotkliwsze wyrzeczenia.
Wszelkie wierzenia, które władały światem, czy to chodzi o chrześ¬cijaństwo, czy buddyzm, czy islam, czy też po prostu o teorie politycz¬ne, takie jak te, które poprzedziły rewolucję francuską, rozpowszech¬niały się dzięki wysiłkom tej specjalnej kategorii przekonanych, którą nazywa się 'apostołami'. Zahipnotyzowani przez wiarę, która ich sobie podporządkowała, gotowi są na wszystkie ofiary, by ją rozprzest¬rzeniać, i w końcu żyją tylko po to, by zapewnić jej władzę. Są to na pół ofiary halucynacji, których przebadanie z pewnością ujawniłoby patologię umysłową . Zawsze jednak odgrywali ogromną rolę w histo¬rii.
Rekrutują się oni głównie wśród umysłów obdarzonych zmysłem religijnym, którego znamienną cechą jest potrzeba bycia zdominowanym przez jakąkolwiek istotę względnie credo oraz poświęcenia się dla zwycięstwa przedmiotu adoracji.
Zmysł religijny, będąc uczuciem nieświadomym, żyje naturalnie nadal po zniknięciu wierzenia, które go z początku podtrzymywało. Apostołowie socjalizmu, którzy przeklinają stare dogmaty chrześcijańskie lub im przeczą, sami mają umysły w najwyższym stopniu religijne. Natura ich wiary się zmieniła, ale nadal są zdominowani przez instynkty swojej rasy odziedziczone po przodkach. Rajskie społeczeństwo, o którym marzą, jest bliskie rajowi niebieskiemu naszych ojców. W prostych mózgach, całkowicie zdominowanych przez atawizmy, stara wiara w Boga jest uprzedmiotowiona w ziemskiej formie opatrznościowego państwa, które naprawia wszystkie niesprawiedliwości, dysponując nieograniczoną mocą dawnych bogów. Człowiek czasami zmienia bożki, ale jak obali dziedziczne formy umysłowe, z których zrodził się ich kult?
Apostoł (głosiciel) to zatem zawsze umysł religijny, pragnący rozpowszechniania swej wiary, ale także, a nawet przede wszystkim, umysł prosty, oporny na rozumowanie. Jego logika jest prymitywna. Prawidłowości i relacje wymykają mu się zupełnie. Jasny pogląd na jego sposób pojmowania można wyrobić sobie przeglądając interesujące wyjątki ze stu siedemdziesięciu autobiografii działaczy socjalistycznych, wydane ostatnio przez autora z tej sekty, Hamona. Są między nimi ludzie wyznający bardzo różne poglądy, jako że anarchizm jest w rzeczywistości tylko przesadnym indywidualizmem - skoro chce znieść wszelkie rządy i pozostawić jednostkę samej sobie. Natomiast kolektywizm, przeciwnie, zakłada ścisłe podporządkowanie jednostki państwu. W praktyce jednak te różnice, na które zresztą apostołowie socjalizmu mało zważają, rozwiewają się zupełnie. Sekciarze różnych form socjalizmu przejawiają tę samą nienawiść do społeczeństwa, kapitału, burżuazji, i proponują te same sposoby ich usunięcia. Najbardziej pokojowi chcieliby tylko po¬zbawić posiadających ich bogactw; bardziej wojowniczy koniecznie chcą połączyć ten rabunek z wytępieniem pokonanych.
Ich deklaracje zdradzają przede wszystkim prostactwo umysłowe. Nie martwi ich żadna trudność. Nie ma dla nich nic prostszego niż przekształcenie społeczeństwa: Wystarczy na sposób rewolucyjny prze¬gnać rząd, wywłaszczyć posiadaczy bogactw społecznych, postawić wszystko do dyspozycji wszystkich... W społeczeństwie, w którym znikła różnica między kapitalistami a robotnikami, nie potrzeba już rządu.
Coraz bardziej zahipnotyzowany przez dwie lub trzy formuły, które bez przerwy powtarza, głosiciel doświadcza gwałtownej potrzeby propagowania swej wiary i zapoznania świata z dobrą nowiną, która uwolni ludzkość od błędu, w którym dotąd tkwiła.  Czyż światło, które niesie, nie jest olśniewające? Któż mógłby się nie nawrócić, oprócz ludzi nikczemnych i działających w złej wierze?
Popychani przez zapał do nawracania - pisze Hamon - rozgłaszają ideę bez obawy przed cierpieniem. Dla niej zrywają więzi rodzinne i przyjacielskie; tracą posadę, środki na życie. W swojej gorliwości ryzykują więzieniem, zesłaniem, śmiercią; chcą narzucić swój ideał, dążą do wybawienia mas ludowych, nawet wbrew nim samym. Podobni są do przywódców epoki terroru w 1793, którzy zabijali ludzi z miłości do ludzkości.
Potrzeba niszczenia jest zjawiskiem stwierdzonym u apostołów wszystkich kultów. Jeden z tych, których cytuje autor wymieniony, chce zniszczyć wszystkie pomniki przeszłości, przede wszystkim kościoły, przekonany, że ich zniszczenie będzie zniszczeniem religii spirytualistycznych. Ten prymitywny umysł naśladuje zresztą znakomite przykłady. Cesarz chrześcijański Teodozjusz nie rozumował inaczej, gdy w 389 roku n.e. spowodował zniszczenie wszystkich religijnych pomników, jakie Egipt wzniósł nad brzegami Nilu podczas 6000 lat, zostawiając tylko mury i kolumny zbyt solidne, by je zburzyć.
Wydaje się więc, że prawie powszechnym prawem psychologii wszystkich wieków jest to, że nie można być apostołem nie doświadczając silnej potrzeby zmasakrowania kogoś lub zburzenia czegoś.
Głosiciel, którzy zabiera się tylko za pomniki, należy do odmiany stosunkowo niegroźnej, ale oczywiście nieco letniej. Głosiciel doskonały nie zadowala się półśrodkami. Rozumie, że po zniszczeniu świątyni fałszywych bogów trzeba usunąć ich wyznawców. Cóż znaczą heka- tomby, jeśli trzeba odnowić rodzaj ludzki, ugruntować prawdę i znisz¬czyć błąd? Czyż nie jest oczywiste, że najlepszym sposobem pozbycia się niewiernych jest wybić wszystkich, jakich się napotka, pozostawia¬jąc tylko apostołów i ich uczniów? Taki jest program czystych: tych, którzy gardzą kompromisowymi obłudnikami, tchórzliwym paktowaniem z herezją.
Niestety heretycy wciąż się opierają. Oczekując sposobności do ich wyniszczenia trzeba się zadowolić pojedynczymi morderstwami i groźbami. Te groźby są zresztą kategoryczne i nie pozostawiają żadnej wątpliwości co do przyszłych masakr. Czołowy socjalista włoski cytowany przez Garofalo tak podsumowuje swój program: Zarżniemy wszystkich, których znajdziemy z bronią w ręku, a starców, kobiety i dzieci zrzucimy z balkonów albo ciśniemy w morze.
W metodach nowych sekciarzy nie ma wiele nowego, w różnych epokach historii były one zawsze obecne w tej samej formie. Wszyscy głosiciele grzmieli w taki sam sposób przeciw bezbożności swoich przeciwników; a gdy tylko doszli do władzy, stosowali wobec nich te same metody szybkiego i stanowczego niszczenia. Mahomet nawracał szablą, inkwizytorzy stosem, Konwent rewolucyjny gilotyną, anarchiści współcześni dynamitem. Tylko sposób niszczenia trochę się zmienił.
W tych wybuchach fanatyzmu, którym społeczeństwa muszą okresowo ulegać, najsmutniejsze wydaje się to, że u przekonanych nawet najbardziej rozwinięta inteligencja jest bezsilna wobec dzikiego porywu wiary. Nasi współcześni anarchiści nie mówią i nie działają inaczej niż Bossuet wobec heretyków, gdy zaczął kampanię, która potem miała zakończyć się ich masakrą i wygnaniem . W jakich piorunujących słowach znakomity prałat grzmiał przeciw wrogom swej wiary, którzy wolą gnić w ignorancji niż ją wyznać, żywić w swoim niesfornym umyśle wolność myślenia, co im się żywnie podoba, zamiast schylić się przed Bożym autorytetem. Trzeba czytać w pismach tego czasu, z jaką dziką radością duchowieństwo przyjęło odwołanie edyktu nantejskiego i dra- gonady. Biskupi i pobożny Bossuet szaleli z entuzjazmu. Ten ostatni zwracając się do Ludwika XIV rzecze, że wyniszczył heretyków. Jest to godne dzieło Waszego panowania. Jego ukoronowanie.
Wyniszczenie było rzeczywiście dość dokładne. Te godne dzieło miało za skutek emigrację 400 000 Francuzów - nie licząc znacznej liczby tych, co odstąpili, spalonych, poćwiartowanych, powieszonych, rozprutych i wysłanych na galery. Inkwizycja niemniej zdziesiątkowała Hiszpanię niż Konwent Francję.  Ten ostatni też posiadał prawdę absolutną i chciał wykorzenić błąd.  Zawsze miał rysy synodu raczej niż zgromadzenia politycznego.
Łatwo wyjaśnić spustoszenia spowodowane przez tych wszystkich potwornych niszczycieli człowieka, jeśli umie się czytać w ich duszy. Torąuemada, Bossuet, Marat, Robespierre uważali się za łagodnych filantropów marzących o szczęściu ludzkości. Filantropi religijni, filant¬ropi polityczni, filantropi społeczni należą do jednej rodziny. Uważają się w dobrej wierze za przyjaciół ludzkości, której byli zawsze najszkod- liwszymi wrogami. Ślepy fanatyzm prawdziwie wierzących czyni ich bardziej niebezpiecznymi niż dzikie zwierzęta.
Obecni psychiatrzy uważają zwykle, że sekciarze tworzący awangar¬dę socjalizmu należą do typu kryminalnego, do urodzonych prze¬stępców. Jest to jednak ocena zbyt pobieżna i najczęściej bardzo niedokładna, gdyż obejmuje jednostki należące do różnych kategorii, w większości wcale nie spokrewnione z prawdziwymi kryminalistami. Nie ulega wątpliwości, że wśród propagatorów nowej wiary jest nieco kryminalistów, ale większość przestępców podających się za socjalis¬tycznych anarchistów tylko przyozdabia motywacją polityczną pospolite zbrodnie. Prawdziwi głosiciele mogą popełniać czyny słusznie uznane za zbrodnie przez kodeks karny, ale z punktu widzenia psychologicznego nie mają nic z kryminalisty. Ich czyny bynajmniej nie mają na względzie interesu osobistego, co jest cechą typowego przestępstwa, wręcz przeciwnie, często są z takimi całkiem oczywistymi interesami sprzeczne. Są to umysły prymitywne i mistyczne, całkowicie niezdolne do rozumowania i zdominowane przez uczucia religijne, które opano¬wują całe ich pojmowanie. Są z pewnością niebezpieczni i społeczeństwo, które chce uniknąć zniszczenia przez nich, musi ich starannie eliminować, natomiast ich stan umysłowy zdradza bardziej szaleńców niż kryminalistów.
Historia pełna jest ich czynów, gdyż stanowią typ psychologiczny żywy we wszystkich epokach. Szaleńcy i pasjonaci o skłonnościach altruistycznych pojawiali się we wszystkich czasach - pisze Lombroso - nawet w epoce dzikości, ale wtedy znajdowali zaspokojenie w religii; później zwracali się ku frakcjom politycznym i spiskom antymonarchicznym epoki. Najpierw krzyżowcy, potem buntownicy, potem błędni rycerze, potem męczennicy wiary lub ateizmu.
W naszych czasach, a zwłaszcza w rasie łacińskiej, gdy powstaje któryś z tych altruistycznych fanatyków, znajduje pokarm dla swych pasji tylko na terenie społecznym i ekonomicznym.
Idee najbardziej dyskutowane i najmniej pewne pozostawiają wolne pole dla entuzjazmu fanatyków. Spotkacie stu fanatyków problemu teologicznego lub metafizycznego; ani jednego przy twierdzeniach z geometrii. Im idea jest dziwniejsza czy bardziej absurdalna, tym bardziej pociąga za sobą szalonych i histeryków, przede wszystkim w świecie politycznym, w którym każde prywatne zwycięstwo staje się porażką lub zwycięstwem publicznym. Idea podtrzymuje fanatyków aż do śmierci, służąc im jako wynagrodzenie za życie, które tracą, lub za męki, które znoszą.
Oprócz opisanej kategorii głosicieli-apostołów, którzy są konieczni jako propagatorzy wszystkich wierzeń, istnieją mniej ważne odmiany, których zahipnotyzowanie jest ograniczone do pojmowania jednej sprawy. Codzień spotyka się w życiu ludzi bardzo inteligentnych, nawet wybitnych, którzy stają się niezdolni do rozumowania, kiedy podejmują pewne tematy. Opanowani pasją polityczną lub religijną, okazują wtedy zaskakujące niezrozumienie i nietolerancję. Są to fanatycy okaz¬jonalni, których fanatyzm staje się niebezpieczny tylko wtedy, gdy zostanie pobudzony. Rozumują jasno i z umiarkowaniem we wszyst¬kich kwestiach, poza tą, w której pasja ich ogarniająca staje się ich jedynym przewodnikiem. Na tym ograniczonym terenie przejawiają całą prześladowczą furię prawdziwych głosicieli. Ci znajdują w nich w godzinach kryzysu pomocników zaślepionych i zaciekłych.
Istnieje w końcu inna jeszcze kategoria sekciarzy socjalistycznych, których sama idea nie pociąga i których przekonania są raczej słabe. Należą do wielkiej rodziny zdegenerowanych. Utrzymywani w nieprze- zwyciężalnej niższości przez swe wady dziedziczne, ułomności fizyczne lub umysłowe, są naturalnymi wrogami społeczeństwa, do którego ich nieuleczalna niezdolność i dziedziczna chorobliwość nie pozwalają im się zaadaptować. Są oni spontanicznymi obrońcami doktryny, która im obiecuje - wraz z lepszą przyszłością - pewnego rodzaju odrodzenie. Ci upośledzeni, którymi się zajmiemy w rozdziale o nieprzystosowanych, dają ogromne wsparcie tłumowi głosicieli. Jest cechą naszej współczesnej cywilizacji, że stworzyła - a przez osobliwą ironię humanitaryzmu podtrzymuje i ochrania z najbardziej nieprzewidująca troską - coraz większe nagromadzenie społecznych odpadów, pod których ciężarem może sama zatonąć.
Nowa religia, którą jest socjalizm, wchodzi w tę fazę, w której propaganda jest dziełem głosicieli. Do apostołów dochodzi paru męczenników: tworzą oni nowy czynnik sukcesu. Po ostatnich egzekuc¬jach anarchistów w Paryżu policja musiała interweniować, by przeszkodzić pobożnym pielgrzymkom do grobu ofiar oraz sprzedaży ich wizerunków otoczonych wszelkiego rodzaju atrybutami religijnymi. Fetyszyzm jest najdawniejszym z kultów i może być ostatnim. Ludowi zawsze potrzebne są fetysze, by wcielały jego sny, pragnienia i nienawiści.
Tak się rozpowszechniają dogmaty i żadne rozumowanie nie potrafi ich zwalczyć. Ich siła jest niezwyciężona, gdyż opiera się na odwiecznej niższości mas i na wieczystym złudzeniu szczęścia, którego miraż wiedzie ludzi i przeszkadza im dostrzegać bariery, które oddzielają rzeczywistość od snów.

§ 3. Rozprzestrzenianie się wierzeń w masach

Wyjaśniwszy obszernie w mych dwóch poprzednich pracach mechanizm rozprzestrzeniania się wierzeń, mogę tylko czytelnika do nich odesłać. Przekona się dzięki nim, że wszystkie cywilizacje wywodzą się z małej liczby idei podstawowych, które po serii przekształceń w końcu kiełkują w duszy ludu jako wierzenie. Proces tego ustalania się wierzeń ma wielkie znaczenie, gdyż idee pełnią swą rolę społeczną - dobroczyn¬ną lub szkodliwą - dopiero po zejściu do duszy mas. Wtedy, i tylko wtedy, stają się opiniami powszechnymi, to znaczy istotnymi czyn¬nikami religii, rewolucji i przemian cywilizacyjnych.
Na tym ostatecznym terenie, w duszy mas, zapuszczają w końcu korzenie wszystkie nasze koncepcje metafizyczne, polityczne, religijne i społeczne. Trzeba więc ją dobrze znać - i dlatego studium mechaniz¬mu ewolucji umysłowej ludów i psychologii tłumu wydaje się mi koniecznym wstępem do dzieła o socjalizmie. To studium było tym bardziej niezbędne, że ważne te kwestie, a zwłaszcza ostatnia, były nader mało znane. Nieliczni autorzy, którzy badali masy, dochodzili do wniosków, które stanowią odwrotność rzeczywistości lub przynajmniej tylko jedno oblicze problemu - gdy ma on ich wiele. Widzieli w tłumie jedynie nienasyconą dziką bestię chciwą łupu i krwi. Gdy się nieco zgłębia temat, odkrywa się, że wprost przeciwnie, najgorsze wybryki tłumów miały bardzo często za punkt wyjścia idee otwarte i bezin¬teresowne, i że tłum bywa równie łatwo ofiarą jak katem. Książka mająca tytuł Tłumy cnotliwe byłaby równie uzasadniona jak książka zatytułowana Tłumy zbrodnicze. Mocno zresztą podkreślałem, że jedną z zasadniczych cech najgłębiej różniących izolowaną jednostkę od zbiorowości jest to, że ta pierwsza ma prawie zawsze za przewodnika swój interes osobisty, podczas gdy tłumy rzadko idą za motywami egoistycznymi, a częściej za zbiorowymi i bezinteresownymi. Heroizm i zapomnienie o sobie są daleko częściej cechą mas niż jednostek. Za wszelkim zbiorowym okrucieństwem stoi często wierzenie, idea spra¬wiedliwości, potrzeba moralnej satysfakcji, zapomnienie o własnym interesie, ofiara na rzecz dobra wspólnego - to znaczy odwrotność egoizmu.
Tłum może stać się okrutny, ale przede wszystkim jest altruistyczny i równie łatwo pociągany bywa ku poświęcaniu się, jak ku niszczeniu. Zdominowany przez nieświadomość, ma w sobie moralność i hojność, które zawsze dążą do uaktywnienia się, podczas gdy w jednostce pozostają one namysłem i ograniczają się powszechnie do słów. Refleksja i rozumowanie najczęściej prowadzą do egoizmu. Ten egoizm, tak zakorzeniony w jednostce izolowanej, jest uczuciem tłumowi nieznanym, właśnie dlatego, że nie jest on zdolny ani do refleksji, ani do rozumowania. Założenie religii i imperiów nie byłoby możliwe w oparciu o armię uczniów rozumujących i zastanawiających się. Nader niewielu żołnierzy takiej armii poświęciłoby swe życie dla zwycięstwa jakiejkolwiek sprawy.
Historię rozumie się dobrze tylko wtedy, gdy ma się zawsze w pamięci, że moralność i postępowanie człowieka izolowanego są bardzo różne od tych, które ten sam człowiek przejawi należąc do zbiorowości. Masy podtrzymują interesy zbiorowe rasy, interesy, które zawsze wymagają mniejszego lub większego zapomnienia o interesach osobistych. Głęboki altruizm, altruizm czynów a nie słów, jest cnotą zbiorową. Tylko masy mogą wykonać jakiekolwiek dzieło leżące w powszechnym interesie, a wymagające do urzeczywistnienia minimum egoizmu a maksimum ślepego poświęcenia, wyrzeczenia i ofiary.
Mimo chwilowych czynów gwałtownych, masy zawsze okazywały się zdolne do zniesienia wszystkiego. Fanatycy i tyrani wszystkich czasów bez trudu znajdywali masy gotowe na śmierć w obronie sprawy. Nigdy się nie buntowały przeciwko tyranii religijnej lub politycznej, tyranii żywych bądź umarłych. By stać się ich panem, wystarczy wywołać w masach miłość lub strach, bardziej zresztą poprzez prestiż niż siłę.
Przejściowe gwałty (czasami) i ślepe oddanie (zazwyczaj) są to dwie cechy sprzeczne, ale nie należy ich rozdzielać, jeśli chce się dobrze zrozumieć duszę tłumów. Ich gwałty są porównywalne do burzliwych fal, jakie burza wznosi na oceanie, bez mącenia jednak spokoju głębszych warstw. Odruchy tłumu również opierają się na nieporuszonej głębinie, której ruchy powierzchni nie dosięgają. Stanowią ją instynkty dziedziczne, których ogół tworzy ducha rasy (kultury). Ta substancja jest tym trwalsza, im rasa jest starsza, a tym samym ma więcej stałości.
Socjaliści wierzą, że łatwo pociągną masy za sobą, ale wkrótce odkryją, że w tym środowisku znajdują się nie ich sojusznicy, lecz nieprzejednani wrogowie. Tłumy bez wątpienia mogą pewnego dnia obalić z wściekłością budowlę społeczną, ale nazajutrz powitają Cezara, którego zobaczą w mundurze i który obieca im przywrócić to, co rozbiły. U ludów mających długą przeszłość dominuje faktycznie w masach nie zmiana, lecz stałość. Ich instynkty niszczycielskie i rewolucyjne są przejściowe, zaś ich instynkty konserwatywne skrajnie uporczywe. Instynkty niszczycielskie mogą dać socjalizmowi chwilowe zwycięstwo, ale instynkty konserwatywne nie pozwolą mu przetrwać. W jego zwycięstwie i w jego upadku ciężkie argumentacje teoretyków nie będą miały żadnego udziału. Nie wybiła jeszcze godzina powołania logiki i rozumu do kierowania łańcuchem zdarzeń historycznych.
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Psychologia Socjalizmu - Gustaw Le Bon
« Reply #3 on: (Tue) 29.09.2015, 17:35:15 »
Księga V KONFLIKT MIĘDZY PRAWAMI EWOLUCJI, IDEAMI DEMOKRATYCZNYMI I DĄŻENIAMI SOCJALISTYCZNYMI

Rozdział 1 Prawa ewolucji, idee demokratyczne i dążenia socjalistyczne
§ 1. Relacje między jednostkami a ich środowiskiem

Przyrodnicy dowiedli dawno temu, że byt wszystkich istot jest ściśle uwarunkowany przez środowisko, w którym żyją, i że wystarczy bardzo mała modyfikacja środowiska, o ile tylko potrwa dłużej, by zupełnie przekształcić jego mieszkańców.
Ten proces przekształcania się jest dziś doskonale znany. Rozwój embrionów, który powtarza ewolucję przodków,  pokazuje nam głębokie zmiany doświadczone podczas kolejnych epok geologicznych.
Żeby te przekształcenia się dokonały nie jest konieczne, by zmiany w środowisku były bardzo duże, powinny być po prostu długotrwałe. Zmiana zbyt duża lub zbyt szybka spowodowałaby śmierć, a nie zmianę. Obniżenie lub podwyższenie temperatury o kilka stopni, trwające przez kilka pokoleń, wystarczy do zupełnego przekształcenia fauny i flory kraju drogą powolnych adaptacji.
W niedawnej pracy Quinton podaje ciekawy przykład zmian spowodowanych przez zwykłe zmiany temperatury:
W obliczu ochłodzenia się globu - powiada ten autor - złożone '"'ganizmy starają się sztucznie podtrzymać w swoich tkankach pierwotną
wysoką temperaturę zewnętrzną. Znaczenie tych tendencji jest zasadnicze. Wiadomo, że determinuje ona u kręgowców ewolucję narządów służących rozmnażaniu, a równolegle układu kostnego. Pociąga za sobą również modyfikację wszystkich innych narządów, a w konsekwencji samą ewolucję.
Jawi się to z siłą prostego wniosku a priori. Wyobraźmy sobie anatomicznie schematyczny typ pierwotny. Zachodzi oziębienie globu: życie dąży do podtrzymania swojej pierwotnej temperatury. To pod¬trzymanie może być uzyskane drogą produkcji ciepła w tkankach, to znaczy poprzez spalanie. Spalanie wymaga materiału do spalania oraz tlenu; tak określony jest, żeby tę potrzebę zaspokoił, układ trawienny i oddechowy. Potrzeba doprowadzenia do tkanek tego materiału i tlenu pociąga za sobą ewolucję układu krążenia. Z rozwoju tych trzech układów, do których dochodzą narządy rozrodcze, wynika logicznie postęp układu nerwowego. Następnie, produkcja ciepła to dopiero pierwszy punkt, trzeba je zachować: oto nakaz ewolucji okrywy skórnej. Jednakże oziębienie globu postępuje, rośnie termiczny rozziew, jaki trzeba utrzymać między dwoma środowiskami, zwierzęciem i otoczeniem. A zatem jest potrzebne jeszcze żywsze spalanie i doskonalsza organizacja. Widać więc, w jaki sposób wobec oziębienia się globu naturalna dążność życia do utrzymania warunków pierwotnych w oparciu o reakcje chemicz¬ne bezustannie określa ewolucję wszystkich narządów organizmu i im narzuca a priori stałe doskonalenie się z upływem czasu. Żeby potwierdzić ten pogląd teoretyczny, wystarczy umieścić różne grupy zwierząt w po-rządku ich pojawiania się na Ziemi, a następnie obserwować, w tym porządku, efektywny postęp narządów ich organizmów.
Co prawdziwe jest dla środowisk fizycznych, prawdziwe jest też dla środowisk moralnych, a mianowicie społecznych. Istoty żywe dążą zawsze do dostosowania się do nich; jednakowoż z powodu siły dziedziczenia, która walczy z tendencją do zmiany, dostosowują się do nich powoli. Dlatego gatunki rozpatrywane w krótkich odcinkach czasów historycznych wydają się niezmienne. Są takie tylko pozornie, jak jednostka, na którą się patrzy tylko przez chwilkę. Powolna przemiana, która prowadzi od młodości po zgrzybiałość i śmierć, nie ustaje w tym momencie. Dokonuje się, choć jej nie zobaczyliśmy.
Wszystkie istoty są więc uwarunkowane przez swoje środowiska fizyczne lub moralne. Jeśli znajdują się w środowiskach zmieniających się wolno - a tak jest z kontynentami i klimatami, jak również z cywilizacjami - mają czas na przystosowanie się. Jeśli jakaś szczegól¬na okoliczność nagle zmieni środowisko, adaptacja jest niemożliwa i istota jest skazana na zniknięcie. Jeśli na skutek wstrząsu geologicz¬nego we Francji zapanowałaby temperatura bieguna lub równika, kraj ten po dwóch czy trzech pokoleniach utraciłby większość mieszkańców, zaś jego cywilizacja nie mogłaby przetrwać w stanie obecnym.
Geologia nie zna jednak takich nagłych katastrof i wiemy dzisiaj, że większość przemian zaszłych na powierzchni Ziemi dokonała się bardzo powoli. Tak też dotąd było ze środowiskami społecznymi. Oprócz przypadków zniszczenia przez podbój, cywilizacje zawsze zmieniały się stopniowo. Wiele instytucji upadło, wielu bogów pokryło się kurzem, ale zastąpiono je innymi dopiero po długim okresie starości. Wielkie imperia upadały, ale po długim okresie rozkładu, którego społeczeńst¬wa tak jak i jednostki nie mogą uniknąć. Potęga Rzymu w końcu zniknęła na skutek inwazji barbarzyńców; jednakże dopiero stopniowo, po wielu wiekach rozpadu ustąpiła im w końcu miejsca. Świat starożyt¬ny przeszedł w nowoczesny poprzez szereg nieodczuwalnych zmian, przeciwnie niż to przedstawia większość książek.
Współczesne odkrycia naukowe i techniczne, zjawisko dotąd nie¬znane w dziejach świata, w ciągu niecałego wieku spowodowały głębsze zmiany w warunkach życia, niż te, jakie historia zarejestrowała od czasów, gdy nad brzegami Nilu i na równinach Chaldei człowiek zasiewał ziarna pierwszych cywilizacji. Stare społeczeństwa, oparte na podstawach, które mogły uważać za wiecznotrwałe, dostrzegły narusze¬nie tych podstaw. Środowisko zmieniło się zbyt szybko, by człowiek miał czas na dostosowanie się, a stąd wynika zamęt w umysłach, dotkliwy niepokój, ogólna sprzeczność między uczuciami określonymi przez dziedziczenie a warunkami życia i myślenia stworzonymi przez nowe konieczności. Wszędzie wybuchają konflikty między ideami starymi a nowymi, dziećmi nowych potrzeb.
Nie wiemy jeszcze, co wyniknie z tych wszystkich konfliktów, możemy tylko stwierdzić ich istnienie. Badając poniżej te, które wiążą się z kwestiami stanowiącymi przedmiot tej książki, stwierdzimy, jak głęboko sięgają niektóre z nich.

§ 2. Konflikt między naturalnymi prawami ewolucji a koncepcjami demokratycznymi

Wśród konfliktów, jakie szykuje nam nadchodząca epoka, a których narodzin już jesteśmy świadkami, jednym z najwyraźniej szych będzie zapewne rosnąca sprzeczność między teoretycznymi koncepcjami świata dawniej stworzonymi przez naszą wyobraźnię, a rzeczywistością, którą nauka w końcu wydobyła.
Oczywista sprzeczność istnieje nie tylko między koncepcjami religijnymi, na których nasza cywilizacja jest nadal oparta, a koncepcjami naukowymi wynikłymi ze współczesnych odkryć.  Ta dawna rozbieżność już nie razi, czas stępił jej kanty. Antagonizm rodzi się między nowymi poglądami naukowymi a koncepcjami politycznymi, na których ludy współczesne opierają swoje instytucje.
Gdy ludzie rewolucji francuskiej, wiedzeni przez marzenia filozofów, doprowadzili do zwycięstwa idei humanizmu i wypisali na frontonach budynków słowa ,,Wolność, Równość, Braterstwo", które podsumowywały ich marzenia, nauka nowoczesna jeszcze się nie narodziła. Mogli więc powoływać się bez ryzyka sprzeczności na stan naturalny, na pierwotną dobroć człowieka i jego zepsucie przez społeczeństwo, działając tak, jak gdyby społeczeństwa były tworami sztucznymi, które prawodawcy mogą dowolnie przebudowywać.
Nauka nowoczesna, zjawiwszy się na scenie, ujawniła jednak próżność takich koncepcji. Silnie podważyła je przede wszystkim teoria ewolucji, pokazująca wszędzie nieustanną walkę kończącą się zawsze zmiażdżeniem słabszego; prawo to z pewnością jest krwawe, ale rodzi wszelki postęp, bez niego ludzkość nigdy by nie wyszła z prymitywnego barbarzyństwa i nie zrodziłaby żadnej cywilizacji.
To że zasady naukowe mogły się wydać demokratyczne i że demo¬kracjom udało się zaakceptować je nie dostrzegając, jak dalece są z nimi sprzeczne,  należy do zjawisk, które zrozumieć mogą tylko myśliciele, którzy przestudiowawszy historię religii wiedzą, jak łatwo wierzący wyciągają ze świętych tekstów wnioski z tym tekstem sprzecz¬ne i najbardziej nieprawdopodobne. Nic bowiem nie jest bardziej arystokratycznego, niż prawa natury. Arystokracja, można by słusznie powiedzieć, jest prawem społeczeństw ludzkich, bo jest ona, pod nazwą selekcji, prawem gatunków. Dla pogodzenia nowych danych nauko¬wych z naszymi złudzeniami demokratycznymi jesteśmy zmuszeni za¬dać sobie tyle trudu, ile zadali sobie niegdyś teologowie dla pogodzenia Biblii z odkryciami geologicznymi.  Trwa jeszcze szarpanina dla zamas¬kowania rozbieżności, skoro jednak codziennie się one nasilają, wkrót¬ce ukażą się oczom wszystkich.
Choć bardzo realny, konflikt ten bynajmniej nie jest tak poważny, jak by się zdawało. Sądzę wręcz, że nie miał nigdy znaczenia praktycznego i nie wykroczył poza teren dyskusji filozoficznych. Sprzeczność jest prawdę mówiąc czysto teoretyczna. Nie leży w sferze faktów - jakże zresztą byłoby to możliwe, skoro fakty są następstwem silniej¬szych niż nasza wola praw naturalnych, których działania tym samym nie możemy uniknąć?
Stwierdzimy to badając, co jest rzeczywistą treścią demokracji. Jeśli wbrew pozorom sprzyja ona wszelkiego rodzaju wyższości, włącznie z wyższością urodzenia, są one w rzeczywistości równie arystokratyczne, to znaczy równie sprzyjające dla elit, jak dawniejsze formy rządu. Tym samym nie istnieje ich sprzeczność z prawami ewolucji.
Przy tym dowodzie pomińmy słowa, jakimi definiuje się demokracje, a poszukajmy ich ducha. Znakomicie określa go następujący fragment, który zapożyczyłem od Bourgeta:
Jeśli staracie się zdefiniować sobie, czemu rzeczywiście odpowiadają te dwa terminy: arystokracja i demokracja, stwierdzicie, że ten pierwszy oznacza ogól zwyczajów, których celem jest wytworzenie malej liczby jednostek wyższych. Jest to zastosowanie maksymy humanum paucis vivit genus.  Drugi, przeciwnie, oznacza ogół zwyczajów, które prowadzą do dobrobytu i kultury możliwie dużej liczby jednostek. Stąd najwyższym punktem społeczeństwa arystokratycznego, jego sprawdzianem, jest oso¬bowość wyjątkowa - najwyższy wynik i suma tysięcy ludzkich losów podporządkowanych podtrzymaniu tego rzadkiego zjawiska; najwyższym punktem społeczeństwa demokratycznego jest wspólnota, w której radość i praca są podzielone do końca między wielu. Nie trzeba wielkiego zmysłu obserwacji, że świat współczesny, a zwłaszcza nasz świat francuski, kieruje się cały ku tej drugiej formie egzystencji. O nowości współczes¬nego społeczeństwa stanowi podstawienie zorganizowanej masy na miejs¬ce indywidualnej inicjatywy, intronizacja tłumu i zniknięcie albo przynajmniej zmniejszenie władzy elit.
Takie są z pewnością teoretyczne tendencje demokracji. Sprawdźmy, czy rzeczywistość im odpowiada.
Demokracje stawiają jako zasadę podstawową równość praw wszystkich ludzi i wolną konkurencję. Kto jednak może zwyciężyć w tej konkurencji, jeśli nie najzdolniejsi, to znaczy posiadający pewne umiejętności, mniej lub bardziej uwarunkowane dziedzicznie, oraz ci, którym sprzyja wykształcenie i majątek? Odrzucamy dziś prawa urodzenia i słusznie, bo nie należy ich dodatkowo powiększać przez dodawanie przywilejów społecznych. W praktyce jednak zachowują one cały swój wpływ, a nawet mają wpływ większy niż kiedyś, bo wolne współzawod¬nictwo, nakładając się na uzdolnienia umysłowe, tylko faworyzuje selekcję dziedziczną. Demokracja jest w rzeczywistości systemem, który stwarza najwięcej nierówności społecznych. Arystokracje tworzą ich dużo mniej, jedynie umacniając te, które istniały przedtem. Instytucje demokratyczne są korzystne przede wszystkim dla elit wszelkiego rodzaju, dlatego te elity muszą ich bronić i przedkładać je nad inne systemy.
Czy można twierdzić, iż demokracje nie powodują powstania kast analogicznych do starych kast arystokratycznych? Oto co mówi na ten temat Tarde:
Możemy być pewni, że w każdej demokracji takiej jak nasza istnieje trwająca lub rodząca się hierarchia społeczna, uznana wyższość płynąca z dziedziczenia lub z wyboru. Nietrudno dostrzec, kto zastąpił u nas dawną szlachtę. Najpierw hierarchia administracyjna poszerzyła się co do liczby urzędników, komplikując się i tworząc wiele szczebli. Tak samo hierarchia wojskowa, z racji przyczyn, które zmusiły państwa europejskie do powszechnego zbrojenia się. Potem prałaci i książęta krwi, mnisi i szlachcice, klasztory i zamki: ich obalenie przyniosło ogromne korzyści publicystom i finansistom, artystom i politykom; teatrom, bankom, ministerstwom, domom towarowym, wielkim koszarom i innym gmachom znajdującym się w obrębie murów tej samej stolicy. Wszystkie znakomitości tam się spotykają; a czymże są wszelkie formy popularności i sławy, z różnymi ich stopniami, jak nie hierarchią świetnych miejsc, zajętych lub wolnych, którymi swobodnie dysponuje (albo tak przynajmniej uważa) opinia publiczna? Ta arystokracja daleka jest od prostoty i skromności, wzbija ją w pychę sytuacja, ta estrada z oświetlonymi miejscami czy tronami staje się na skutek przekształceń demokratycznych coraz wspanialsza.
Należy więc uznać, że demokracje tworzą kasty całkiem jak arystokracje. Różnica polega na tym, że w demokracjach kasty nie wydają się zamknięte. Każdy może do nich wejść lub przynajmniej w to wierzy. Jak jednak wejść do nich, jeśli nie ma się pewnych uzdolnień umys¬łowych, które mogą być tylko wrodzone, i które czynią ich posiadaczy przygniatająco wyższymi niż rywale, którzy ich nie posiadają? Wynika stąd, że instytucje demokratyczne sprzyjają tylko elitom. Powinny więc one cieszyć się, że te instytucje tak się rozprzestrzeniają. Daleka jest jeszcze godzina, w której masy odwrócą się od nich. W końcu jednak
200 wybije z przyczyn, o których wkrótce powiemy. Przedtem jednak demokracje są wystawione na inne niebezpieczeństwa wynikłe z ich istoty, które trzeba wymienić najpierw.
Pierwsze niebezpieczeństwo polega na tym, że demokracje są bardzo kosztowne. Dawno temu Leon Say dowiódł, iż demokracja musi stać się najdroższym z systemów. Pewna gazeta bardzo trafnie przeprowa¬dziła niedawno następujące rozumowanie:
Opinia słusznie się niegdyś oburzała na rozrzutność władzy monarszej, na dworzan, którzy pobudzali władcę do hojności spływającej na nich w postaci deszczu dobrodziejstw i pensji. Czy dworzanie zniknęli, odkąd lud został królem? Czyż raczej ich liczba nie wzrosła wraz z fantazjami nowego pana, któremu służą, nieodpowiedzialnego i mnogiego? Dworzanie nie są już w Wersalu czy dawnych salonach, które zajmował ich wyzłocony zastęp. Roi się od nich w naszych miastach i na wsi, w najskromniejszych stolicach dzielnicy czy gminy, wszędzie, gdzie głosowanie powszechne może decydować o mandacie czy przyznać kawałek władzy. Przynoszą ze sobą rujnującą rozrzutność, powstawanie zbędnych posad, nierozważne rozwija¬nie robót i służb publicznych, co pozwala zdobyć łatwą popularność przez zbyt wysoką licytację przedwyborczą. W parlamencie rozdają hojne obiet¬nice, starając się dotować swoje okręgi kosztem równowagi budżetowej; jest to zwycięstwo ciasnego lokalnego współzawodnictwa nad interesem państwa, zwycięstwo powiatu nad Francją.
Wymagania wyborcy są często wyjątkowo przesadne, a jednak deputowany, który chce być wybrany ponownie, musi się z nimi liczyć. Zbyt często musi słuchać poleceń kupców winnych i sklepikarzy o sła¬bym móżdżku, którzy są jego głównymi pomocnikami w wyborach. Wyborca żąda rzeczy niemożliwych, trzeba mu je przyrzec. Stąd pospieszne reformy, wprowadzane bez zastanowienia się nad ich skutkami. Każda partia, która chce dojść do władzy, wie, że może to uczynić tylko przelicytowując obietnice rywali.
Przy każdej partii powstaje nowa, która śledzi pierwszą, Iży ją i donosi na nią. Kiedy władał Konwent, słychać było groźny pomruk Góry przeciw niemu; Góra ze swej strony obawiała się Komuny, zaś Komuna lękała się, że okaże się zbyt letnia przy Biskupstwie. Aż do samego dna demagogii prawo to rządzi i się potwierdza. Istnieje jednak na tej drodze do skrajności rejon podejrzany i mętny, w którym już nie widać jasno: tam przebywają najgwaltowniejsi, najczystsi, najkrwawsi - jak Fouche, Tal- Hen, Barras - mogący być i dostawcami gilotyny, i pokojowcami Cezara. To także, to zatarcie granic partii, jest stałym prawem polityki. Mamy na ten temat rozstrzygające doświadczenia.
Groźba wynikła z takiej interwencji mas w rządy demokratyczne nie Polega tylko na zbytnich wydatkach, które są jej następstwem, lecz
przede wszystkim na rozpowszechnieniu się tego popularnego złudzenia, że można zaradzić wszelkiemu złu poprzez ustawy. Tak oto parlamenty są skazane na płodzenie ogromnej ilości ustaw i regulacji, których następstw nikt nie przewiduje i które nakładają tysiące pęt na wolność obywatela, jeszcze powiększając zło, któremu miały zaradzić.
Instytucje państwowe - pisze ekonomista włoski Luzzati - nie mogą zmienić cech naszej nędznej ludzkiej natury, ani tchnąć w dusze brakujących im cnót, ani podnieść płac pozwalając na odkładanie z nich dużych oszczędności, gdyż zależymy od powszechnej i nieuniknionej sytuacji gospodarki narodowej.
Filozofom to stwierdzenie wyda się zbyt proste, ale ma ono szansę na zrozumienie przez opinię publiczną dopiero po setkach lat wojen, wydaniu miliardów i krwawych rewolucjach. Skądinąd zresztą przyjęcie przez świat większości elementarnych prawd wymagało takiej ceny.
Następstwem instytucji demokratycznych jest jeszcze wielka niestabilność ministerialna, ale ma ona również zalety, które niekiedy równoważą wady. Składa ona realną władzę w ręce administracji, której potrzebuje każdy minister, nie mając jednak czasu zmieniać jej dawnej organizacji i tradycji, źródeł jej siły. Ponadto każdy minister, wiedząc, że jego urzędowanie będzie przejściowe i pragnąc zostawić po sobie jakiś ślad, otwarty bywa na propozycje liberalne. Bez częstej zmiany ministrów wiele naukowych przedsięwzięć nie doszłoby we Francji do skutku.
Należy też dorzucić, że łatwość zmiany rządu, która jest następstwem instytucji demokratycznych, czyni rewolucje bezużytecznymi, a tym samym bardzo rzadkimi. Ta korzyść w wypadku ludów łacińskich nie jest bynajmniej mała.
Najpoważniejszą wadą demokracji jest narastająca miernota ludzi, którzy w niej rządzą. Potrzebują oni tylko jednej istotnej zalety: umiejętności mówienia bez namysłu na każdy temat, znalezienia zado¬walających lub przynajmniej głośnych argumentów, by odpowiedzieć przeciwnikom. Umysły wyższe, które wolą zastanowić się, zanim przemówią, choćby to byli Pascal czy Newton, słabo by wypadły w zgromadzeniach parlamentarnych. Konieczność mówienia bez namysłu eliminuje z parlamentów wielu ludzi o rzetelnej wartości i wyważonym sądzie.
Są z nich eliminowani jeszcze z innych przyczyn, a zwłaszcza z tej, że demokracje nie znoszą wyższości u tych, którzy nimi rządzą. W bezpośrednim kontakcie z masami wybrani mogą się im spodobać tylko wtedy, gdy schlebiają ich pasjom oraz mniej wzniosłym potrzebom, czyniąc im niemożliwe do spełnienia obietnice. Pod wpływem tego tak naturalnego instynktu, który skłania zawsze ludzi do szukania podobnych sobie, masy idą za umysłami skłonnymi do utopii lub miernymi, coraz częściej je wprowadzając do demokratycznych rządów.

Z natury rzeczy większość woli osoby prymitywne niż wykształcone - pisał niedawno Revue politique et parlementaire - ulega raczej agitatorom i gadułom niż myślicielom i spokojnym, przez co trudno im być wysłuchanym i wybranym... Poziom obniża się więc prawie stale w zakresie problemów, jakie się pojawiają, motywów, które decydują, sprawach, jakie są podejmowane, osób, jakie są wyznaczane i motywów ich wyznaczenia.
Mamy to przed oczyma, trzeba się ośmielić,'' żeby nie spaść na poziom bardzo niski i bardzo nędzny. Dochodzimy do punktu, w którym dla pozyskania licznej masy wyborców nawet ludzie wykształceni i utalentowani uznają za najlepsze proponowanie jej na każdym kroku jako celu zabranie nagromadzonych majątków - i ledwo ktoś się ośmiela to ganić.
Wada ta jest nieodłączna od każdej demokracji i nie wynika z cech rasy. Dowodzi tego, jak się wydaje, fakt, iż zjawisko stwierdzone we Francji daje się też stwierdzić w Stanach Zjednoczonych i to nawet w o wiele większym stopniu. Spadek poziomu intelektualnego i moralnego w specjalnej klasie nazywanej polityczną nasila się stale i na skalę niepokojącą z punktu widzenia przyszłości tej wielkiej republiki. Wiąże się to również z tym, że ludzie uzdolnieni zazwyczaj gardzili funkcjami politycznymi, które są sprawowane przez wszelkiego rodzaju ludzi zde¬klasowanych. Nie jest to tak szkodliwe, jak byłoby w Europie, gdyż przy znikomej roli rządu wartość personelu politycznego jest mniej ważna.
Również w Ameryce obserwować można jedno z największych zagrożeń dla demokracji, a mianowicie sprzedajność. Nigdzie nie przybrała ona zasięgu takiego jak w Stanach Zjednoczonych. Korupcja pojawia się tam na wszystkich szczeblach władzy publicznej i nie ma wyborów, koncesji i przywilejów, których nie można by uzyskać za pieniądze. Według artykułu w Contemporary Review wybór na prezydenta kosztuje 200 milionów, wnoszonych przez amerykańską plutokrację. Zwycięskiej partii ta zaliczka zresztą zwraca się z zyskiem. Zaczyna się od zwolnienia wszystkich urzędników, a ich posady oddawane są zwolennikom nowej partii. Wielu działaczy, których nie dało się ulokować, otrzymuje renty pochodzące z funduszu rentowego wojny secesyjnej; fundusz ten stale rośnie, choć większość weteranów tej wojny dawno zmarła. Te renty wyborcze sięgają dziś sumy 800 milio¬nów franków rocznie.
Autor ten zapomniał nam powiedzieć, jak można się „ośmielić"; skoro nie przez ograniczenia, bo byłyby one zaprzeczeniem podstawowych zasad demokracji, jego propozy¬cja jest całkiem utopijna.
Jeśli chodzi o przywódców partyjnych, ich apetyty są jeszcze większe. Zwłaszcza wielcy spekulanci, których rola w wyborach zawsze była dominująca, każą się hojnie wynagradzać. Przed dwudziestu laty po wyborach uzyskali postanowienie, że będą mogli wymienić w Skarbie srebro na złoto według dawnej relacji wartości. Oznacza to po prostu, że składając w Skarbie srebro kupione na wolnym rynku za 12 franków otrzymywali w zamian sztukę złota wartą 20 franków. To ustalenie było tak rujnujące dla państwa, że trzeba było wkrótce prezent robiony przez rząd paru uprzywilejowanym ograniczyć do 240 milionów rocznie. Gdy Skarb był prawie pusty, wykonywanie ustawy zostało zawie¬szone. Ten kolosalny rozbój przyniósł spekulantom takie majątki, że nawet nie starali się zbytnio protestować.
Podnieśliśmy we Francji ogromny hałas z powodu Panamy; bez¬nadziejna głupota pewnych sędziów przyczyniła się znakomicie do skompromitowania nas wobec zagranicy w związku z paroma bank¬notami tysiącfrankowymi przyjętymi przez pół tuzina deputowanych będących w potrzebie. Amerykanie nic z tego nie zrozumieli, bo u nich nie ma polityka, który by tego nie robił, z tą różnicą, że żaden z nich nie zadowoliłby się tak nieznacznym wynagrodzeniem. W porównaniu do Izb amerykańskich nasz parlament posiada cnoty Katona. Zasługa jest tym większa, że honoraria naszych prawodawców ledwie wystar¬czają na potrzeby wynikłe z ich funkcji. Zachęcając do przedsięwzięcia w Panamie, co im tak wyrzucano, posłuszni zresztą byli jednomyśl¬nemu żądaniu swych wyborców. Budowa Kanału Sueskiego, który ze swego twórcy uczynił półboga, nie została przeprowadzona inaczej niż Panamskiego i nie mogła być inaczej przeprowadzona.  Sakiewek finansistów nie da się rozwiązać metodami rygorystycznie cnotliwymi.
Z punktu widzenia idei europejskich nie ma oczywiście żadnego usprawiedliwienia dla obyczajów politycznych w Stanach Zjednoczo¬nych. Są one dla tego kraju kompromitujące. Skoro jednak Ameryka¬nie bardzo dobrzeje znoszą i nie uważają ich wcale za kompromitujące, muszą one odpowiadać jakiemuś swoistemu ideałowi, o którego zro¬zumienie musimy się postarać. W Europie upodobanie do bogactwa jest co najmniej równie powszechne jak w Ameryce, ale zachowaliśmy dawne tradycje, które sprawiają, że kombinatorzy i nieuczciwi finansi¬ści są wprawdzie podziwiani, gdy odniosą sukces, ale są zarazem pogardzani i uważani za rabusiów, którym się powiodło. Znosi się ich, ale nikomu nie przyjdzie do głowy porównać ich do uczonych, artys¬tów, żołnierzy, marynarzy, to znaczy do osób wykonujących zawody wymagające pewnych wznioślejszych idei i uczuć, których większość spekulantów jest całkowicie pozbawiona.
W krajach takich jak Ameryka, bez tradycji, zajętych prawie wyłącz¬nie handlem i przemysłem, gdzie panuje doskonała równość, gdzie nie ma żadnej hierarchii społecznej, skoro wszystkie ważne stanowiska, łącznie z sędziowskimi, są zajmowane przez osoby stale zmieniane i nie cieszące się zresztą większym szacunkiem niż byle sklepikarz, w takim kraju, powiadam, jedyna możliwa różnica to majątek. Wartość i siła jednostki, a w konsekwencji jej pozycja społeczna, mają z konieczności za jedyny miernik liczbę posiadanych dolarów. Pogoń za dolarami staje się wtedy jedynym ideałem, ku któremu się zmierza, a by go osiągnąć wszystkie sposoby są dobre. Ważność funkcji jest mierzona przynoszonym dochodem. Polityka jest uważana za zwykły zawód mający dać należyty zarobek temu, który go wykonuje. Choć takie koncepcje są oczywiście bardzo niebezpieczne i bardzo płaskie, publiczność amerykańska widocznie je przyjmuje, skoro bez oporów oddaje swe głosy na polityków znanych z chciwości.
Polityka traktowana jak interes wyjaśnia powstawanie związków do jego prowadzenia. Tylko tak możemy pojąć z początku niezrozumiałą dla Europejczyka potęgę stowarzyszeń takich jak sławne nowojorskie Tam- many Hall, które od pięćdziesięciu lat na wielką skalę eksploatuje finanse miasta. Jest to rodzaj masonerii kontrolującej mianowanie pracowników miejskich, sędziów, policjantów, kontrahentów, dostawców, jednym sło¬wem całego personelu. Ten personel jest oddany duszą i ciałem ślepo słuchając rozkazów głównego szefa stowarzyszenia. Dwa razy tylko, w 1894 i w 1901 roku towarzystwu się nie udało. Jedno z oficjalnych dochodzeń na temat jego działań odsłoniło nieprawdopodobne nadużycia. Za jednego ze swych szefów, sławnego Williama Tweda, suma ukradziona do podziału między członków wyniosła według komisji śledczej 800 milionów franków. Po krótkim przyćmieniu związek odzyskał całą swoją władzę, którą ostatnio znów stracił, ale na krótko. W przedostatnich wyborach miał wydać 35 milionów, by jego kandydat został burmistrzem Nowego Jorku. Ta suma zwróciła się stowarzyszonym łatwo, gdyż bur¬mistrz ten dysponuje 400 milionami rocznego budżetu.
Każdy inny naród oprócz Amerykanów zostałby szybko przez takie obyczaje zdezorganizowany. Wiemy, do czego doprowadziły one w re¬publikach latynoamerykańskich. Ludność Stanów Zjednoczonych po¬siada jednak tę wyższą zaletę, energię, która zwycięża wszelkie prze¬szkody. Niebezpieczeństwo wtrącania się finansistów w sprawy państ¬wa nie stało się jeszcze zbyt widoczne, więc opinia się nim nie zajmuje. W niezbyt zapewne odległym dniu, gdy to niebezpieczeństwo się pojawi, Amerykanie użyją swej energii do zaradzenia złu. W takim wypadku stosują metody doraźne. Wiadomo, jak się pozbywają Mu¬rzynów i Chińczyków, gdy ci im zawadzają. Gdy finansiści i nieuczciwi urzędnicy zbyt im dokuczą, bez skrupułów zlinczują parudziesięciu, by skłonić innych do refleksji nad pożytkami z cnoty.
Demoralizacja, którą zasygnalizowałem, jak dotąd ogarnęła w Ame¬ryce tylko swoistą klasę polityków, a bardzo niewielu kupców i prze¬mysłowców. W Ameryce, jak we wszystkich krajach anglosaskich, interwencja rządu w gospodarowanie jest bardzo ograniczona, zamiast sięgać wszędzie, jak w krajach łacińskich. To znacznie zmniejsza, powtarzam, skutki tej demoralizacji.
Ten punkt ma zasadnicze znaczenie i wyjaśnia żywotność demokracji amerykańskiej w porównaniu do słabej żywotności demokracji w kra¬jach łacińskich. Instytucje demokratyczne mogą dobrze prosperować u ludów mających dość inicjatywy i woli, by umieć sobą kierować i załatwiać swoje sprawy bez ciągłego wtrącania się państwa. Korupcja urzędników ma niewiele złych skutków, kiedy wpływy władzy publicz¬nej są ograniczone. Kiedy zaś, przeciwnie, wpływ ten jest duży, demo¬ralizacja rozchodzi się wszędzie i bliski jest chaos. Ponury przykład republik latynoamerykańskich pokazuje nam los, jaki oczekuje demo-krację u ludów bez woli, bez moralności i bez energii. Rozwijają się wtedy szybko: duch autorytarny, nietolerancja, pogarda dla legalności, ignorancja w kwestiach praktycznych, zadawniona skłonność do kra¬dzieży. Wkrótce przychodzi anarchia, a po niej zawsze następuje dyktatura.
Taki koniec zawsze zagrażał rządom demokratycznym. Jeszcze bar¬dziej by zagrażał rządowi ludowemu opartemu na socjalizmie.
Oprócz niebezpieczeństw zasygnalizowanych powyżej, które wiążą się ze stanem moralnym, demokracje napotykają na jeszcze inne przeszkody do przezwyciężenia. Płyną one ze stanu ducha warstw ludowych, które są skądinąd przez demokrację faworyzowane.
Najgroźniejsi wrogowie demokracji znajdują się nie tam, gdzie się ich uparcie szuka. Nie są one zagrożone przez arystokracje, lecz przez warstwy ludowe. Skoro tylko masy ucierpią od niezgody i anarchii rządzących, zaczynają tęsknić za dyktatorem. Tak zawsze było w nie¬spokojnych okresach historii u ludów nie mających zalet pozwalających na utrzymanie instytucji wolnych. Po Sulli, Mariuszu i wojnach domo¬wych nastąpili Cezar, Tyberiusz i Neron. Po Konwencie Bonaparte, po 1848 roku Napoleon III. Wszyscy despoci, dzieci głosowania powszech¬nego dawnych epok, byli zawsze czczeni przez masy. Jak zresztą zdołaliby się utrzymać, gdyby dusza ludu nie była po ich stronie?
Ośmielmy się powtórzyć - pisał jeden z najbardziej zdecydowanych obrońców demokracji, Scherer — że skazujemy się na nieznajomość najbardziej typowych instynktów głosowania powszechnego, przynajmniej we Francji, jeśli upieramy się nie brać pod uwagę czterech plebiscytów, które wyniosły Ludwika Napoleona do prezydentury republiki, ratyfiko¬wały zamach z 2 grudnia, ustanowiły cesarstwo i w 1870 roku odnowiły pakt narodu ze szkodliwym awanturnikiem.
Niewiele lat upłynęło od czasów, gdy to samo powszechne głosowa¬nie odnowiło podobny pakt z awanturnikiem nie mającym nawet autorytetu nazwiska, lecz wyłącznie prestiż swego pióropusza na heł¬mie. Wielu jest sędziów, którzy wytaczają proces królom. Bardzo nieliczni są tacy, którzy się ośmielają wytaczać go narodom.

§ 3. Konflikt między ideami demokratycznymi a dążeniami socjalizmu

Takie są korzyści oraz niedogodności instytucji demokratycznych. Doskonale odpowiadają one rasom silnym i energicznym, u których jednostka jest przywykła do liczenia na swe siły. Nie mają one zdolności sprawienia jakiegokolwiek postępu, ale tworzą atmosferę sprzyjającą wszelkim postępom. Z tego punktu widzenia nic im nie dorównuje i nic nie mogłoby ich zastąpić. Żaden system nie zapewnia najzdolniejszym takiej swobody rozwoju, nie daje im takiej szansy sukcesu życiowego. Dzięki wolności, jaką zapewnia każdemu, i równości, jaką głosi, sprzyja rozwojowi wszelkiej wyższości, a przede wszystkim wy¬ższości inteligencji, z niej bowiem wypływa wszelki większy postęp.
Czy jednak ta równość i ta wolność przy walce nierówno uzdol¬nionych konkurentów stawiają na równej stopie uprzywilejowanych intelektualnie przez dziedziczenie oraz masy umysłów miernych mają¬cych słabo tylko rozwinięte zdolności umysłowe? Czy zostawi ona wiele szans wszystkim jednostkom mało uzdolnionym, nie żeby zwyciężyły swych rywali, lecz by po prostu nie zostały przez nich całkiem zmiaż¬dżone? Jednym słowem, czy istoty słabe, bez energii i waleczności mogą w wolnych instytucjach znaleźć oparcie, których nie mogą znaleźć w sobie samych? Wydaje się oczywiste, że odpowiedź jest negatywna, wydaje się też oczywiste, że im więcej jest równości i wolności, tym zupełniejsze jest zniewolenie niezdolnych czy nawet nie dość zdolnych.
Zaradzić temu zniewoleniu jest chyba najtrudniejszym problemem czasów obecnych. Jeśli się nie ograniczy wolności, sytuacja wydziedzi¬czonych może się tylko pogarszać z dnia na dzień; jeśli się ją ograniczy, a podjąć się tego może oczywiście tylko państwo, dochodzi się potem do socjalizmu państwowego, którego skutki są gorsze niż dolegliwości, którym miał zaradzić. Pozostaje zatem apelować do uczuć altruistycz- nych u silniejszych; jak dotąd jedynie religie, a i to tylko w wiekach wiary, potrafiły wzbudzić takie uczucia, choć nawet wówczas stanowiły one naprawdę bardzo kruchy fundament społeczny.
Tak czy inaczej jesteśmy zmuszeni stwierdzić, że los jednostek słabych i źle przystosowanych jest z pewnością dużo cięższy w krajach zupełnej wolności i równości, jak w Stanach Zjednoczonych, niż w krajach arystokratycznych. Mówiąc o Stanach Zjednoczonych w swym dziele na temat rządów ludowych znakomity historyk angielski Maine wyraża się tak: Nie widziano dotąd wspólnoty, w której slaby byłby bardziej bezlitośnie przyciskany do muru, gdzie ludzie sukcesu tak wyłącznie by pochodzili z rasy silnych, gdzie w tak krótkim czasie pojawiłaby się tak wielka nierówność majątku prywatnego i luksusu domów.
Są to oczywiście konieczne niedogodności wszelkich systemów mają¬cych za podstawę wolność, są one jednak niezbędnym warunkiem postępu. Jedyne pytanie, jakie tu można zadać, jest następujące: czy należy poświęcać te konieczne czynniki postępu, biorąc pod uwagę jedynie bezpośredni i widoczny interes mas oraz wszelkimi arbitralnymi środkami stale zwalczając konsekwencje nierówności ludzi, którą Natura uporczywie wznawia przy każdym pokoleniu?
Kto ma rację — pisze Fouquier — arystokratyczny indywidualizm, czy demokratyczna solidarność? Co jest korzystniejsze dla postępu ludzkości? Co więcej warte, nawet od strony praktycznej, jeden Molier czy dwustu dobrych nauczycieli? Kto ma większe zasługi, Fułton i Watt czy też sto towarzystw pomocy wzajemnej? Widać, że indywidualizm wznosi, a de¬mokracji obniża; widać, że kwiat ludzkości rośnie na ludzkim nawozie. Tyle że te istoty mierne, bezużyteczne, o niskich instynktach, o sercach często zawistnych, o inteligencji pozornej a chełpliwej, czasami niebez¬pieczne, zawsze głupie, są jednak nadal istotami ludzkimi!
W teorii można sobie założyć odwrócenie praw naturalnych i po¬święcić silnych, którzy są w mniejszości, na rzecz słabych stanowiących większość. Takie jest, po oczyszczeniu ze zbędnych formułek, marzenie socjalistów.
Przypuśćmy na chwilę, że to marzenie się realizuje. Przypuśćmy, że jednostka jest uwięziona w ciasnej sieci regulacji i więzów proponowanych przez socjalistów. Znieśmy kapitał, konkurencję i inteligencję.
Żeby dać satysfakcję teoriom egalitarnym, wprowadźmy pewien lud w ten stan słabości, w którym będzie na łasce pierwszych najeźdźców. Czy masy zyskają coś na tym, choćby na krótko?
Niestety nie. Najpierw niczego nie zyskają, a wkrótce stracą wszystko. Postęp, który wzbogaca pracowników, płynie wyłącznie z wpływu umysłów wyższych, tylko pod ich kierownictwem może funkcjonować tak skomplikowany mechanizm cywilizacji współczesnej. Bez umysłów wyższych wielki kraj będzie wkrótce ciałem bez duszy. Fabryka nie będzie działać długo bez inżyniera, który buduje i kieruje. Stanie się statkiem pozbawionym oficerów, klocem na łasce fal, który rozbije się o pierwszą napotkaną skałę. Bez obecności wybitnych i silnych przy¬szłość miernych i słabych okazałaby się nędzniejsza niż kiedykolwiek.
Rozumowanie czyni takie wnioski oczywistymi. Dowód nie jest jednak dostępny dla wszystkich umysłów, gdyż doświadczenia jeszcze nie spróbowano. Argumenty nie przekonają zwolenników wiary socjalistycznej.
Na mocy swoich zasad demokracje sprzyjają wolności i konkurencji, w której z natury rzeczy zwyciężają najzdolniejsi, podczas gdy socjalizm marzy, przeciwnie, o zniesieniu konkurencji, zniknięciu wolności i ogólnym zrównaniu. Istnieje więc oczywista i nieusuwalna sprzeczność między zasadami socjalistycznymi a demokratycznymi.
Sprzeczność tę współcześni socjaliści przewidują, przynajmniej instynktownie; nie mogą jej uznać jawnie, gdyż mniemają, że wszyscy ludzie mają równe zdolności. Z tego instynktu, najczęściej mętnego i nieświadomego, a jednak rzeczywistego, zrodziła się ich nienawiść do demokracji, nienawiść dużo gwałtowniejsza niż ta, którą rewolucja francuska żywiła do ancien regime'u. Nic nie jest bowiem mniej demokratyczne, niż ich idea, by zniszczyć skutki naturalnej wolności i nierówności przez system absolutnie despotyczny, który usunie wszelką konkurencję, da tę samą płacę umiejętnym i nieumiejętnym i będzie bez przerwy niszczył przy pomocy prawodawstwa nierówności społeczne wynikłe z nierówności naturalnych.
Nie brak dziś pochlebców gotowych przekonywać masy, że urzeczywistnienie takiego marzenia jest łatwe. Ci niebezpieczni prorocy sądzą, że będą żyli dość długo, by zebrać owoce swej popularności, ale nie tak długo, aż wydarzenia ujawnią ich szalbierstwo. Nie mają więc nic do stracenia.
Konflikt między ideami demokratycznymi a dążeniami socjalistycz¬nymi nie jest jeszcze wystarczająco widoczny dla umysłów pospolitych, większość uważa socjalizm za konieczny punkt dojścia, logiczne następ¬stwo idei demokratycznych. W rzeczywistości nie ma koncepcji poli¬tycznych, które by przedzielała głębsza przepaść. Ateista jest podwieloma względami bliższy dewotowi, niż socjalista demokracie wiernemu zasadom rewolucji francuskiej. Różnice między tymi doktrynami dopiero zaczynają się rysować; wkrótce ujawnią się jaskrawo i dojdzie do gwałtownego starcia.
Prawdziwy konflikt istnieje więc nie między demokracją a nauką, lecz między socjalizmem a demokracją. Demokracja pośrednio zrodziła socjalizm i może przez socjalizm zginąć.
Nie należy, jak to się czasem proponuje, dawać socjalizmowi sposobności do podjęcia swych eksperymentów, by ujawniła się w ten sposób jego słabość. Zrodzi on bowiem natychmiast cezaryzm, który szybko zlikwiduje wszystkie instytucje demokratyczne.
Swego groźnego wroga, socjalizm, demokraci powinni zwalczać dzisiaj, a nie w przyszłości. Stanowi on zagrożenie, przeciw któremu powinny sprzymierzyć się wszystkie partie bez wyjątku, i z którym żadna nie powinna paktować, a już najmniej republikanie. Można podważać teoretyczną wartość rządzących nami instytucji, można sobie życzyć, by bieg rzeczy był inny, ale takie życzenia muszą pozostać platoniczne. Wobec wspólnego wroga muszą się zjednoczyć wszystkie partie, jakiekolwiek by były ich dążenia. Mają bowiem małą szansę zyskania czegokolwiek na zmianie systemu, a ryzykowałyby utratę wszystkiego.
Z naukowego punktu widzenia idee demokratyczne nie są podstawą solidniejszą niż poglądy religijne. Ow brak jednak nie miał nigdy wpływu na los tych drugich, nie skrępuje też bardzo przyszłości tych pierwszych. Skłonność do demokracji jest dziś u wszystkich ludów powszechna, jakakolwiek byłaby forma ich rządów. Stoimy więc tu wobec jednego z tych wielkich prądów społecznych, których tamowanie byłoby daremne. Główny wróg demokracji, jedyny, który mógłby ją pokonać, to socjalizm.

Rozdział 2 Walka ludów i klas
§ 1. Naturalne walki jednostek i gatunków

Jedyną metodą wynalezioną przez przyrodę dla poprawienia gatunków jest rodzenie dużo większej liczby istot, niż może wyżywić, i wprowadzenie między nich ciągłej walki, w której mogą przeżyć tylko najsil¬niejsi, najlepiej przystosowani. Walka trwa nie tylko między różnymi gatunkami, ale i między jednostkami z tego samego gatunku, często właśnie między nimi jest najgwałtowniejsza.
Istoty żywe od początku świata doskonaliły się tylko tą metodą, tylko tak człowiek wyłonił się z bezkształtnych typów dawnych epok geologicznych, zaś nasi dzicy przodkowie z epoki jaskiniowej wznieśli się powoli ku cywilizacji. Z punktu widzenia naszych uczuć prawo walki o byt i przeżywanie najlepiej przystosowanych może się wydać całkiem barbarzyńskie. Nie należy jednak zapominać, że bez niego nadal walczylibyśmy o nędzne łupy ze wszystkimi zwierzętami, które w końcu żeśmy pokonali.
Walka, którą przyroda narzuca istotom przez siebie stworzonym, jest powszechna i stała. Gdzie walki nie ma, nie ma też postępu, lecz cofanie się.
Gdy stwierdziliśmy, że trwa walka między wszystkimi istotami, przyrodnicy dowiedli nam, że trwa ona także w nas. Dalekie od udzielania sobie wzajemnego wsparcia - pisze Kunstler - poszczególne części żywego ciała wydają się trwać w wiecznej walce między sobą. Wszelki rozwój jednej z nich ma za równoległy skutek zmniejszenie ważności innych. Inaczej mówiąc, rozwinięcie się jednej części powoduje osłabienie innych.
Geoffroy Saint-Hilaire zauważył już w zarysie to zjawisko ustalając zasadę równowagi między organami. Współczesna teoria fagocytozy wiele do niej nie dorzuca, lecz jedynie dokładniej określa przebieg tego zjawiska.
Nie tylko organy walczą między sobą, lecz także ich części, jakiekol¬wiek by były. Istnieje na przykład konflikt między tkankami i między elementami jednej tkanki. Rozwój słabszych jest w niej zwalniany i za¬trzymywany; mogą być bez litości poświęcone na korzyść silnych, które dzięki temu dochodzą do rozkwitu.
Sprawy wydają się przebiegać tak, jak gdyby organizmy żywe posia¬dały tylko określoną dozę energii rozwojowej do zużycia. Gdyby dzięki jakiejś sztuczce ta energia przeszła do jednego organu czy narządu, inne by z tego powodu znalazły się w stanie mniej lub bardziej stacjonarnym lub nawet mogłyby podupaść.
W społeczności komórek, która tworzy żywy organizm - pisze ze swej strony Duclaux — istnieją zawsze jednostki, które są chore lub umierają, komórki osłabione, a przede wszystkim całkiem martwe, które we wspól¬nym interesie muszą zniknąć. Tym zajmują się leukocyty. Są zbudowane dla stałej walki z komórkami środowiska, w którym krążą. Grożą wszystkim, a jeśli którakolwiek z jakiejś przyczyny słabnie w oporze, rzucają się na nią wszystkie leukocyty z sąsiedztwa, otaczają ją, zabijają, trawią i zabierają ze sobą jej resztki. Stałym stanem naszego organizmu jest więc nie pokój, lecz wojna i prześladowanie słabszych, chorych i starych. Przyroda daje nam w tym punkcie swą zwykłą lekcję okrucieńs¬twa.
Przyroda głosi więc zupełną nietolerancję dla słabości. Słabe jest przez nią skazane na rychłą zgubę. Uznaje tylko siłę.
Inteligencja pozostaje w związku z ilością materii mózgowej posiada¬nej przez jednostkę, skąd wynika, że w przyrodzie prawa istoty żywej są ściśle związane z możliwościami jej mózgu. Z powodu większych możliwości mózgu człowiek mógł sobie przyznać prawo zabijania i jedzenia istot niższych gatunkowo od siebie. Gdyby je można było o to zapytać, stwierdziłyby bez wątpienia, że prawa naturalne są bardzo przygnębiające. Jedyną pociechą im dostępną byłoby to, że cała przy¬roda jest pełna okoliczności równie przygnębiających. Z bardziej roz-winiętym mózgiem zwierzęta jadalne mogłyby zapewne zrzeszyć się dla uniknięcia noża rzeźnika, ale wiele by na tym nie zyskały. Jaki byłby ich los, zostawionych samym sobie i nie mogących już liczyć na interesowną, a więc bardzo staranną opiekę hodowcy? W krajach dziewiczych mogłyby znaleźć pastwisko na preriach, ale tam by natych¬miast napotkały zęby drapieżców; nawet ich uniknąwszy, nie uniknęły¬by powolnej śmierci głodowej w wieku podeszłym, gdy byłyby zbyt stare na szukanie pożywienia oraz na walkę o nie z podobnymi sobie.
Przyroda dała jednak istotom słabym skuteczny sposób przetrwania przez wieki mimo wrogów, wyposażając je w płodność zdolną za¬spokoić apetyty wszystkich wrogów. Samica śledzia składa rocznie ponad 60 000 jaj, zawsze więc wystarczająca liczba młodych śledzi przetrwa by przedłużyć gatunek.
Można nawet odnieść wrażenie, że przyroda poświęciła tyleż uwagi uwiecznieniu najdrobniejszych gatunków, najmarniejszych pasożytów, co zapewnieniu bytu istotom wyższym. Życie największych geniuszów nie znaczy dla niej więcej niż byt najnędzniejszych mikrobów. Przyroda nie jest ani opiekuńcza ani okrutna. Dba tylko o gatunek i pozostaje obojętna - imponująco obojętna - na jednostkę. Nie zna naszej idei sprawiedliwości. Można protestować przeciwko jej prawom, ale trzeba żyć pod ich władzą.

§ 2. Walki ludów

Czy człowiekowi powiodło się uniknąć działania twardych praw przy¬rody, którym są poddane wszystkie istoty? Czy cywilizacja złagodziła relacje między ludami? Czy w łonie ludzkości walka stała się mniej gwałtowna, niż między różnymi gatunkami?
Historia uczy, że jest przeciwnie. Mówi nam, że ludy zawsze pozo¬stawały w konflikcie i że od początku świata prawo silniejszego było jedynym sędzią ich losów. Takie było prawo starożytności; działa ono tak samo w czasach nowożytnych. Nic nie wskazuje na to, że nie obejmie wieków przyszłych.
Nie znaczy to oczywiście, że brakuje dziś teologów i filantropów, którzy by protestowali przeciw temu nieuniknionemu prawu. Zawdzię¬czamy im liczne książki, w których wygłaszają wymowne apele do prawa i sprawiedliwości, swoistych suwerennych bóstw, mających kie¬rować światem z wysokości niebios. Fakty zwsze jednak obalają tę próżną frazeologię. Mówią nam, że prawo istnieje tylko wtedy, gdy istnieje siła zmuszająca do jego respektowania. Nie można mówić, że siła dominuje nad prawem, gdyż siła i prawo są tym samym. Gdzie nie ma siły, nie może trwać żadne prawo.  Nikt jak sądzę nie wątpi, że kraj, który zaufałby prawu i sprawiedliwości i chciałby rozpuścić swe armie, zostałby natychmiast najechany, zrabowany i zniewolony przez sąsia¬dów. Jeśli państwa słabe jak Turcja, Grecja, Maroko, Portugalia, Hiszpania czy Chiny mogą jako tako przetrwać, to z powodu rywali¬zacji między ludami silniejszymi, które chciałyby je opanować. Zmuszo¬ne do liczenia się z rywalami o równej sile, wielkie państwa mogą dzielić kraje słabe z zachowaniem ostrożności i zagarniając ich prowincje tylko po kawałku. Księstwa duńskie, Bośnia, Malta, Cypr, Egipt, Transwaal, Kuba, Filipiny zostały na tej zasadzie po kolei odebrane narodom, do których należały.
Żaden lud nie może dziś zapominać, że granice jego praw są ściśle odmierzone siłami, jakimi dysponuje dla ich obrony. Jedynym uzna¬nym prawem barana jest posłużenie za pokarm istotom mającym większe mózgi niż on. Jedynym uznanym prawem Murzynów jest przyglądanie się zajmowaniu i rabowaniu swych ziem przez białych i padanie od strzałów karabinowych, jeśli się sprzeciwiają. Jeśli się nie sprzeciwiają, kończy się na zagarnięciu ich dóbr i zmuszeniu ich uderzeniami bata do pracy dla wzbogacenia zwycięzców. Taki był los tubylców amerykańskich. Taki sam jest dzisiaj los mieszkańców Afryki. Murzyni dowiedzieli się, ile kosztuje być słabym. Żeby sprawić przyje¬mność piszącym książki filantropom, wygłasza się piękne tyrady o nie¬szczęsnym losie tych ludów - a następnie strzela do nich z karabinów maszynowych. Przychylność posuwa się aż do wysyłania im misjona-rzy, którzy dla zapoznania ich z dobrodziejstwami cywilizacji mają torby pełne Biblii i butelek z alkoholem [?].
Odsuwając więc na bok dziecinne gadanie teologów i filantropów uznajemy za stały fakt, potwierdzony przez obserwację, że prawa ludzkie nigdy nie były zdolne do zmienienia przyrodniczych, i że te właśnie nadal rządzą stosunkami między ludami. Wszystkie teorie na temat prawa i sprawiedliwości nie mają na to żadnego wpływu. Relacje między ludami są dziś takie, jakie były od początku świata, odkąd pojawiają się sprzeczne interesy lub po prostu kraje odczuwają chęć powiększenia się. Prawo i sprawiedliwość nigdy nie odgrywały żadnej roli, gdy chodziło o relacje między ludami o nierównej sile. Albo zwycięzca albo zwyciężony, albo zwierzyna albo myśliwy, takie zawsze było prawo. Zdania dyplomatów i mowy retorów przypominają grzecz¬ności, jakie sobie wyświadczają ludzie światowi we frakach. Usuną się, by pozwolić wam przejść, i zapytają się o nowiny od waszych dalekich krewnych.'Gdy zajdzie jakakolwiek okoliczność, wejdzie w grę jakikol¬wiek interes, powierzchowne uczucia natychmiast znikną. Wtedy przej¬dą pierwsi, choćby mieli miażdżyć obcasami butów i ogłuszać ciosami pałki zawadzające im kobiety i dzieci, jak przy pożarze bazaru Charité lub przy zatonięciu Bourgogne. Można oczywiście wymienić wyjątki, osoby nieulękłe, gotowe do poświęcenia się dla innych, ale są one tak rzadkie, że uważa się ich za bohaterów i zapisuje ich imiona w historii.
Nikłe są więc powody do wiary, że walki między ludami będą w przyszłości mniej gwałtowne niż w przeszłości. Przeciwnie, istnieją bardzo solidne powody do przypuszczenia, iż będą one w przyszłości dużo gwałtowniejsze. Gdy narody były oddzielone przez wielkie odleg¬łości, których pokonywania nauka jeszcze nie opanowała, powody do konfliktu były rzadkie. Dziś stają się coraz częstsze. Kiedyś walki między narodami wynikały przede wszystkim z interesów dynastycz¬nych lub fantazji najeźdźców. W przyszłości będą one miały za główny motyw podstawowe interesy gospodarcze, od których zależy byt naro¬dów, a o których sile już mówiłem. Przyszłe walki między narodami będą prawdziwymi walkami o byt, które nie będą mogły się kończyć inaczej niż przez zupełnie zniszczenie jednego z walczących. Bardzo typowym przykładem była ostatnia wojna o Transwaal.
Oto istotne prawdy, których ukrywanie nie przynosi żadnych korzy¬ści, lecz przeciwnie, jest bardzo niebezpieczne. Można przyjąć za dość oczywiste, że oddało by się Hiszpanom znaczną przysługę wpajając im solidnie dwadzieścia pięć lat temu, iż skoro tylko wystarczająco osłabną od sporów wewnętrznych, jakiś naród skorzysta z pierwszego nasuwa¬jącego się pretekstu, żeby opanować ich ostatnie kolonie, dokonując tego bez trudu mimo modlitw mnichów i wstawiennictwa madonn. Może zrozumieliby wtedy korzyść z robienia mniej przewrotów, wy-głaszania mniej mów oraz zorganizowania obrony w taki sposób, by zniechęcić napastników do ataku. Lud mały a wystarczająco energiczny potrafi się dobrze bronić. Wiele narodów poświęca dziś jedną trzecią budżetu na wydatki wojskowe, a ta składka ubezpieczeniowa przeciw napaści sąsiadów nie jest z pewnością zbyt wygórowana, jeśli się jej tylko dobrze używa.

§ 3. Walka klas

Kolektywiści przypisują swojemu teoretykowi Karolowi Marksowi stwierdzenie faktu, że historia jest zdominowana przez walkę klas ścierających się z powodu interesów gospodarczych, jak też pogląd, że
ta walka musi zniknąć wraz z wchłonięciem wszystkich klas przez jedną: klasę robotniczą.
Pierwszy punkt, walka klas, jest banałem tak starym jak świat. Z powodu nierównego podziału bogactw i potęgi, wynikłego z natural¬nych różnic uzdolnień czy po prostu ze społecznej konieczności, ludzie byli zawsze podzieleni na klasy, których interesy były z natury rzeczy mniej lub bardziej sprzeczne, co prowadziło do starć. Natomiast myśl, że ta walka miałaby ustać, jest utopijna i przeczą jej wszystkie realia, należałoby się więc wystrzegać marzeń o jej urzeczywistnieniu. Bez walki jednostek, ras i klas, jednym słowem bez powszechnego współ-zawodnictwa, człowiek nigdy nie wyszedłby ze stanu pierwotnej dziko¬ści i nie wzniósłby się ku cywilizacji.
Wystarczy spojrzeć wokół - pisze B. Kidd - by dostrzec, że ciągła rywalizacja człowieka z innymi staje się dominującą cechą naszego charakteru. Odnajduje się ją we wszystkich częściach budowli społecznej. Jeśli przyjrzymy się motywom codziennych czynności wykonywanych przez nas i przez tych, którzy nas otaczają, musimy uznać, że pierwszą i główną myślą większości z nas jest umieć się bronić w społeczeństwie. Narzędzia przemysłu są groźniejsze niż miecze.
Istnieje nie tylko walka klas, ale i walka między jednostkami tej samej klasy, przy czym walka między nimi jest - jak w naturze
-   najostrzejsza. Sami socjaliści, choć czasami jednoczeni przez wspólny cel, zniszczenie obecnego społeczeństwa, nie mogą się zebrać bez wybuchu głośnych sporów między nimi.
Walka jest dziś gwałtowniejsza niż kiedykolwiek. Ta gwałtowność ma różne przyczyny, a między innymi tę, że gonimy za chimerami sprawiedliwości i równości, których przyroda nie zna. Te próżne formułki przyniosły i przyniosą ludziom więcej szkody, niż wszystkie nieszczęścia, na których znoszenie skazuje nas los.3
Nie ma sprawiedliwości społecznej - pisze bardzo słusznie Bouge
-   ponieważ przyroda sama jest nierówna. Niesprawiedliwość i nierówność stoją u kolebki. Od kolebki do śmierci, w ciągu życia, którego dobrodziej¬stwa i ciężary arbitralnie skraca lub przedłuża, naturalna nierówność idzie za człowiekiem krok w krok. Niesprawiedliwość pod tysiącem postaci! Nierówność naturalna, przypadek urodzenia i dziedziczenia, zalety i braki fizyczne, rozmaity intelekt, nierówność losu, popychają i wiodą życie ludzkie w przeciwnym kierunku i w bok.
Długo przed socjalizmem religie też marzyły o zniesieniu walki ludów, jednostek i klas; ale co uzyskały, oprócz zaostrzenia walk,
Z wywodów Le Bona wynika, że rozumie sprawiedliwość jako sprawiedliwość „społecz¬ną" i równość, podczas gdy klasyczne pojęcie sprawiedliwości wyrażone w formule „każdemu według jego zasług" uznaje różnice między ludźmi [przypis tłumacza].
216 których chciały uniknąć? Czyż wojny, jakie sprowokowały, nie były najokrutniejsze ze wszystkich, niosące najwięcej katastrof politycznych i społecznych?4
Czy możemy mieć nadzieję, że wraz z postępem cywilizacji walka klas się złagodzi? Wszystko prowadzi do przekonania, że jest przeciw¬nie, że stanie się dużo gwałtowniejsza niż w przeszłości.
Powód tego prawdopodobnego pogorszenia jest podwójny: po pier¬wsze głębszy przedział dzielący klasy;5 po drugie, potęga, jaką dadzą żądaniom różnych klas nowe formy stowarzyszania się.
Pierwszy punkt jest trudny do zakwestionowania. Różnice między klasami, na przykład robotnikami a pracodawcami, właścicielami a proletariuszami, są w widoczny sposób ostrzejsze niż te, które niegdyś dzieliły kasty, na przykład lud i szlachtę. Dystans stworzony przez narodzenie uważano wówczas za niemożliwy do przekroczenia. Skoro wynikał z woli Bożej, był przyjmowany bez dyskusji. Przemoc i nad¬użycia mogły niekiedy sprowokować bunty, lecz buntowano się prze-ciwko nadużyciom, nie przeciwko ustalonemu stanowi rzeczy.
Dziś jest całkiem inaczej. Bunty nie kierują się przeciwko naduży¬ciom, ale właśnie przeciwko całemu systemowi społecznemu, i nie były nigdy większe niż obecnie.6 Socjalizmowi chodzi o zniszczenie burżuazji dla zajęcia jej miejsca oraz przywłaszczenia sobie jej bogactw.
Cel jest jasno sformułowany - jak powiedział słusznie Boilley - chodzi bez żadnych uników o zebranie klasy ludowej dla wywłaszczenia bur¬żuazji. Chce się rzucić biednego przeciwko bogatemu, a korzyść z podboju będzie polegać na zlupieniu zwłok pokonanych. Timur i Dżyngiz Chan nie proponowali innych zachęt, by pociągnąć tłumy.
Zdobywcy istotnie nie proponowali innych, ale ci, którym zagrażał podbój, wiedzieli doskonale, że ich jedyną szansą jest bronić się energicznie, podczas gdy dziś przeciwnicy nowych barbarzyńców myślą
tylko o dyskutowaniu z nimi w parlamencie, o przedłużeniu swojej egzystencji przez serię ustępstw, które tylko zachęcają szturmujących i budzą ich pogardę.
Przyszłe walki zaostrzy to, że nie będą wynikały, jak podboje, jedynie z chęci złupienia wrogów, których jako pokonanych odbierano obojęt¬nie. Dziś między walczącymi panuje szalona nienawiść. Zmierza ona coraz bardziej do przybrania formy religijnej i nabiera tej drapieżności i nieprzejednania, którymi zawsze ożywieni byli „prawdziwie wierzący".
Stwierdziliśmy poprzednio, że jedną z najważniejszych przyczyn obecnej walki klas były fałszywe poglądy, jakie jedni i drudzy mają na temat strony przeciwnej. Badając podstawy naszych wierzeń wykaza¬łem, jak dalece niezrozumienie dominuje w relacjach między ludźmi - wystarczy to, by nie dać się przekonać, jakoby możliwe było ich usunięcie. Najstraszniejsze wojny, walki religijne, które skąpały świat we krwi, które najgłębiej zmieniły oblicze cywilizacji i imperiów, miały najczęściej za przyczynę wzajemne niezrozumienie stron i fałszywość ich poglądów.
Niekiedy właśnie błędność idei stanowi o ich sile. Błąd wystarczająco często powtarzany staję się dla mas jaskrawą prawdą. Nic nie kiełkuje łatwiej niż błąd, a kiedy się on zakorzeni, dysponuje wszechmocą religijnego dogmatu. Inspiruje wiarę, a wierze nic się nie oprze. W opar¬ciu o najzupełniej błędne koncepcje rzucono w średniowieczu część Zachodu przeciw Wschodowi; następcy Mahometa założyli swoje po¬tężne imperium; Europa skąpała je później w ogniu i krwi. Były to tylko niejasne słowa, których moc zużyła się przez wieki tak dalece, że nie potrafimy zrozumieć wpływu, jaki wywierały. Wpływ jednak nieodparty, skoro w pewnym momencie najjaśniejsze rozumowania, naj- oczywistsze dowody nie mogły go przezwyciężyć. Jedynie czas, a nie rozum, rozbił te utopie.
Nie tylko w dawnych czasach mylne koncepcje i zwodnicze słowa sprawowały niezwykłą władzę. Duch ludu się zmienił, ale jego wierzenia są zawsze równie fałszywe; słowa, które go prowadzą, równie zwodnicze. Pod nowymi nazwami błąd zachowuje taki sam magiczny wpływ, jaki miał w przeszłości.

§ 4. Przyszłe konflikty społeczne

Walka między klasami, nieunikniona ze względu na niemożliwe do przezwyciężenia prawa przyrody, będzie zaostrzona przez nowe warunki cywilizacyjne, przez niezrozumienie, jakie rządzi wzajemnymi stosunkami między klasami, przez rosnącą rozbieżność ich interesów a przede wszystkim ich poglądów. Walka ta zmierza do tego, by stać się gwałtowniejszą niż w jakiejkolwiek innej epoce. Nadchodzi godzina, w której budowla społeczna dozna ataków groźniejszych niż kiedykolwiek.
Nowi barbarzyńcy zagrażają nie tylko posiadaczom bogactw, lecz również samej naszej cywilizacji. Jawi się im ona jako protektorka luksusu, jako bezużyteczna komplikacja.
Wyzwiska ich wodzów nigdy nie były równie wściekłe; nigdy nie słyszał podobnych wyzwisk lud, którego domom i bogom zagrażał bezlitosny wróg. Najbardziej pokojowo usposobieni z socjalistów żądają wywłaszczenia burżuazji. N aj gwałtowniejsi chcą jej całkowitego unicestwienia. Jak powiedział jeden z nich na zjeździe (co cytuje książka Boilleya): Skóra ohydnych burżujów nadaje się co najwyżej na rękawi¬czki.
Ci wodzowie, o ile tylko mogą, łączą czyn ze słowem. Bardzo jest wymowny przegląd zbrodni popełnionych w Europie w ciągu ostatnich piętnastu lat przez awangardę partii socjalistycznej. Zamordowano pię¬ciu szefów państw, w tym cesarzową, dwóch innych raniono, zabito tuzin prefektów policji, znaczna liczba ludzi zginęła w następstwie wybuchów w pałacach, teatrach, domach i pociągach. Jedna tylko eksplozja, w teat¬rze Liceo w Barcelonie, przyniosła osiemdziesiąt trzy ofiary; w Pałacu Zimowym w Petersburgu zabiła osiem osób i raniła czterdzieści pięć. Liczbę pism w Europie, które podsycają to szaleństwo, szacuje się na czterdzieści. Gwałtowność tych potyczek pozwala odgadnąć, jaka dzika drapieżność towarzyszyć będzie walce powszechnej.
Przeszłość znała bez wątpienia równą gwałtowność, ale sytuacja walczących sił była inna, a obrona społeczna dużo łatwiejsza. Masy nie miały bowiem wtedy władzy politycznej. Nie umiały się zrzeszać i w ten sposób tworzyć armii ślepo posłusznych rozkazom absolutnych wład¬ców. Co mogą te związki, zobaczyliśmy dzięki ostatniemu strajkowi w Chicago. Wciągnął on wszystkich kolejarzy w Stanach Zjednoczo¬nych, a w końcu spowodował spalenie pałacu wystaw i ogromnych fabryk Pulmanna. Rząd zwyciężył dopiero zawiesiwszy prawa obywa¬telskie, zarządzając stan wojenny, wydając zbuntowanym prawdziwą bitwę. Strajkujących zwyciężono strzelając do nich bez litości z karabi¬nów maszynowych; nietrudno jednak zgadnąć, jaka nienawiść napeł¬niła dusze tych, którzy przeżyli.
Stany Zjednoczone wydają się dostarczać staremu światu pierwszych przykładów walki, która skonfrontuje inteligencję, uzdolnienia i mają¬tek z tą straszliwą armią nieprzystosowanych (będzie o nich wkrótce mowa), społecznych odpadów, których liczbę znacznie zwiększyła obe¬cna ewolucja przemysłowa. W wypadku Stanów Zjednoczonych wyni¬kiem walki będzie zapewne podział na więcej rywalizujących ze sobą republik. Nie musimy jednak zajmować się losem Stanów: interesują nas tu jako przykład. Przykład ten może uratuje Europę przed cał¬kowitym zwycięstwem socjalizmu, to znaczy cofnięciem się do najohyd- niejszego barbarzyństwa.
Problemy społeczne w Stanach Zjednoczonych komplikuje zwłaszcza to, że ta wielka republika dzieli się na regiony, których interesy są bardzo różne, a tym samym skonfliktowane. De Varigny dobrze to uwypuklił w poniższych słowach:
Waszyngton pozostaje terenem neutralnym i zneutralizowanym, gdzie się rozwiązuje problemy polityczne; w tym mieście problemy te nie rodzą się ani nie powodują wzburzenia. Życie toczy się gdzie indziej; jedności nie osiągnięto, nie istnieje jednorodność. W ramach pozornego zjed¬noczenia wielkiego ludu - bo zjednoczenie nie jest jednością - trwają głębokie rozbieżności, różne interesy, sprzeczne dążenia. W miarę marszu naprzód i kształtowania się historii zaznaczają się one coraz mocniej; potwierdzają to takie fakty jak wojna secesyjna, która postawiła Unię na krawędzi przepaści.
Jeśli się przyjrzymy bliżej tej wielkiej republice, którą pod względem powierzchni przewyższają tylko Rosja i Chiny, a która pod względem liczby ludności zajmuje już piąte miejsce w świecie, uderzy nas przede wszystkim jeden fakt: geograficzny i gospodarczy podział Stanów Zjed¬noczonych na trzy części: stany południowe, północne i zachodnie nad Pacyfikiem; między północą a równinami zachodu też kiełkuje podział. Różnica interesów między tymi grupami powoduje sprzeczne życzenia; od piętnastu lat szuka się bezskutecznie sposobu na przeżycie i pomyślność w ramach jednej skali gałęzi przemysłu wymagających specjalnego trak¬towania. Południe produkuje surowce, cukier i bawełnę; północ jest przemysłowa, zachód rolniczy, Pacyfik rolniczy i górniczy. Obecny system protekcjonistyczny rujnuje południe i przeszkadza zachodowi, bogacąc północ, dla której wolny handel byłby dotkliwym ciosem.
Rozdżwięk występuje nie tylko w sferze interesów materialnych: północ jest republikańska, południe demokratyczne; północ zmierza do cent¬ralizacji, południe broni praw stanów; północ chce silnej, zorganizowanej władzy federalnej oraz autorytetu Unii, południe żąda autonomii i prawa do dyskusji co do układu federalnego. Jedni zwyciężyli drugich, ale zwyciężeni nie wybaczyli zwycięzcy.
Nie należy jednak w wypadku żadnego ludu wysnuwać z paru ogólnych wskazówek zbyt precyzyjnych przepowiedni co do jego przy¬szłych losów. Nasze przeznaczenie okryte jest nadal nieprzeniknioną mgłą przyszłości. Jest niekiedy możliwe przeczuć kierunek sił, jakie nas wiodą, ale jakże próżna jest nadzieja określenia ich skutków lub wpłynięcia na ich bieg! Widzimy tylko tyle, że obrona dawnych społeczeństw stanie się trudniejsza. Ewolucja sytuacji podminowała fundamenty budowli z dawnych wieków. Armia, ostatnia kolumna tej budowli, jedyna zdolna do jej podtrzymania, rozkłada się z dnia na dzień, a jej najgorsi wrogowie rekrutują się dziś spośród osób wy¬kształconych. Ignorancja co do pewnych oczywistych faktów psycho¬logicznych, która wprawi przyszłych historyków w osłupienie, do¬prowadziła większość krajów europejskich do wyrzeczenia się prawie zupełnie środków obrony poprzez zastąpienie armii zawodowych, ta¬kich jak ta, którą się dziś słusznie zadowala Anglia, przez niezdyscyp¬linowane masy, którym usiłuje się wpoić w kilka miesięcy znajomość jednego z najtrudniejszych zawodów. Ucząc musztry miliony ludzi nie uczyni się z nich żołnierzy. Wytwarza się w ten sposób bandy bez dyscypliny, niezdolne do oporu i bezwartościowe, bardziej niebezpiecz¬ne dla tych, którzy się nimi zechcą posłużyć, niż dla wrogów.7
Zagrożenie ze strony tych tłumów z punktu widzenia obrony społe¬czeństwa polega nie tylko na ich wojskowej niewystarczalności, lecz również na duchu, jaki je ożywia. Armie zawodowe tworzyły specjalne kasty, zainteresowane obroną porządku społecznego; społeczeństwa mogły na nich polegać co do swej obrony. Czy podobne uczucia mogą ożywiać masy, spędzające w pułku tylko tyle czasu, ile trzeba dla poznania dolegliwości zawodu wojskowego i nabycia do niego wstrętu? Wyszedłszy z fabryki, warsztatu, stoczni, do których wkrótce wrócą, czy będą użyteczni przy obronie porządku społecznego? Widzą ciągłe ataki na ten porządek i coraz bardziej go nie znoszą. Tu kryje się niebezpieczeństwo, którego rządy jeszcze nie widzą, a tym samym nie warto na nie nalegać. Wątpię jednak, czy choć jedno społeczeństwo europejskie może długo przetrwać bez stałej armii, opierając się tylko na rekrutach z powszechnego poboru. Ten powszechny pobór za¬spokaja nasze chciwe pragnienie równości na niskim poziomie; ale czy można dopuścić, by zaspokojenie takiej potrzeby przeważyło nad samym przetrwaniem ludu?
Przyszłość pouczy narody i ich rządy co do tej sprawy. Doświadczenie jest jedyną książka, której czytanie może ludy czegoś nauczyć. Niestety, lektura ta zawsze je kosztowała bardzo drogo.

Rozdział 3 Nieprzystosowani - podstawowy problem socjalizmu
§ 1. Zwielokrotnianie się liczby nieprzystosowanych

Wśród najważniejszych znamion naszej epoki wspomnieć trzeba to, że w łonie społeczeństw znajdują się jednostki, które dla jakiejkolwiek przyczyny nie umiejąc przystosować się do wymogów nowoczesnej cywilizacji, nie znajdują w tej cywilizacji miejsca. Tworzą bezużyteczny odpad. Są to nieprzystosowani.
Wszystkie społeczeństwa miały zawsze pewną ich liczbę, ale nigdy nie była ona tak znaczna jak dziś. Nieprzystosowani do przemysłu i nauki, do zawodu i do sztuk, tworzą armię rosnącą z dnia na dzień. Mimo rozmaitego pochodzenia wszyscy są połączeni wspólnym uczuciem nienawiści do cywilizacji, w której nie umieją znaleźć miejsca. Wszyst¬kie rewolucje, jakikolwiek byłby ich cel, mogą być pewne, że nadbiegną na pierwsze skinienie. Spośród nich socjalizm rekrutuje najżarliwszych żołnierzy.
Ich ogromna liczba i ich obecność we wszystkich warstwach naszego społeczeństwa czynią ich bardziej dla niego niebezpiecznymi niż byli barbarzyńcy dla imperium rzymskiego. Rzym potrafił przez czas dłuż¬szy obronić się przed najeźdźcami z zewnątrz. Współcześni barbarzyńcy są w naszych murach. Jeśli w czasie Komuny nie spalili Paryża do cna, to tylko dlatego, że brakło im po temu środków.
Nie musimy badać, jak na wszystkich szczeblach drabiny społecznej ukształtowała się grupa wyrzutków, nieprzystosowanych. Wystarczy wskazać, że rozwój przemysłu przyczynił się do szybkiego wzrostu ich liczby. Liczby podane w poprzednim rozdziale pokazały stopniowy wzrost płac klas robotniczych i wzrost bogactwa w szerokich masach; jednakże ta ogólna poprawa dotyczy tylko robotników średniej kategorii. Co dzieje się z tymi, których naturalna niezdatność lokuje poniżej średniej? Po jasnym obrazie powszechnej poprawy, jaki nakreśliłem, nastąpi rysunek bardzo ponury.
W starym systemie cechowym zawody podlegały regulacjom, które ograniczały liczbę robotników i przeszkadzały konkurencji; skutki niższości nie były więc zbyt widoczne. Jednostka należąca do cechu nie wznosiła się zbyt wysoko, ale nie schodziła też zbyt nisko. Nie była odizolowana, nie była włóczęgą. Cech był dla niej rodziną, w żadnym momencie życia nie zostawała sama. Nie musiała mieć dużo miejsca, ale zawsze była pewna, że będzie miała jakieś miejsce, małą komórkę w wielkim społecznym ulu.
Wraz z prawidłowościami ekonomicznymi, które rządzą światem współczesnym, oraz konkurencją, która jest prawem produkcji, stosunki bardzo się zmieniły. Jak to wyraził trafnie Cheysson: Rozpadł się dawny cement spajający społeczeństwa, ziarna piasku, z których się one składają, podlegają dziś indywidualnemu przeznaczeniu. Każdy człowiek, który w walce o przeżycie przewyższa pod jakimś względem swoje otoczenie, wznosi się jak balonik lekkiego gazu w powietrze, zaś żadne więzy nie przeszkadzają mu w tym; tak samo każdego człowieka mało uzdolnionego pod względem umysłowym czy materialnym czeka groźny upadek, którego nie zahamuje żaden spadochron. Oto triumf indywidualizmu uwolnionego od wszelkiego poddaństwa, ale i pozbawionego opieki.
W epoce przejściowej, w jakiej żyjemy, nieprzystosowanym z powo¬du niezdolności jakoś udaje się przeżyć, choć bardzo nędznie. Jest rzeczą fatalną, że ich nędza, już dotkliwa, może tylko się pogorszyć. Zbadajmy dlaczego.
We wszystkich dziedzinach handlu, przemysłu i sztuki najzdolniejsi posuwają się bardzo szybko. Mniej zdolni stwierdziwszy, że lepsze miejsca są już zajęte, zaś z racji swej nieumiejętności potrafiąc dostar¬czyć tylko pracy podrzędnej, zmuszeni są oferować tę pracę, łatwą do wykonania, po minimalnej cenie. Jednakże konkurencja na terenie małych zdolności jest dużo silniejsza niż między zdolnymi, bo teren ten jest dużo bardziej zaludniony; praca łatwa znajduje więcej wykonawców niż trudna. Wynika stąd, że nieprzystosowany jest zmuszony dla wyprzedzenia rywali obniżać cenę tego, co robi [chałupniczo]. Pracodawca, nabywca miernego produktu przeznaczonego dla klienteli nie- wymagającej ale szerokiej, dąży oczywiście do płacenia możliwie mało, żeby tanio sprzedać i zwiększyć klientelę. Cena pracy niewykwalifikowanej spada wtedy do dolnej granicy, poniżej której pracujący, ofiara zarówno swojej niezdatności jak i prawideł ekonomii, umarłby z głodu.
System współzawodnictwa o łatwą pracę między nieprzystosowany¬mi stanowi to, co Anglicy określają w sposób dosadny i trafny jako "sweating system". Jest on w rzeczywistości następstwem „spiżowego prawa", które socjaliści zbyt szybko porzucili, gdyż nadal rządzi ono pracą nieprzystosowanych.
Sweating system - mówi de Rousiers - rządzi bezwzględnie tam, gdzie jednostki bez należytych umiejętności produkują na własną rękę zwykłe przedmioty niskiej jakości. Przybiera on mnóstwo form: w przemyśle odzieżowym krawiec, który zamiast wykonywać zamówienia w swoim warsztacie, oddaje pracę na zewnątrz z minimalnym wynagrodzeniem, praktykuje sweating. Tak samo dom towarowy, który daje szycie bied¬nym kobietom zajętym domem i dziećmi.
Poprzez chałupnictwo w tym systemie produkuje się dziś po nikłym koszcie wszystkie zwykłe towary ze sklepów odzieżowych i meblowych; szwaczki od gorsetów, kamizelek, kapci, koszul nie są w stanie zarobić więcej niż 1 frank 25-50 centymów dziennie; robotnicy stolarscy zara¬biają zaledwie 3 franki itd.
Nic smutniejszego niż taki los, ale też nic cięższego niż łańcuch koniecznych przyczyn, które czynią go nieuniknionym. Czy można zaatakować pracodawcę, który zmusza do pracy po niskiej cenie? W żaden sposób, gdyż pracodawcą rządzi pan suwerenny: klienci. Jeśli powiększy płace, będzie musiał podnieść o kilka sou cenę koszuli sprzedawanej za 2 franki 50, pary butów sprzedawanej za 5 franków. Zaraz opuszczą go klienci, idąc do sąsiada sprzedającego taniej. A jeśli wszyscy pracodawcy sprzymierzyliby się dla podwyżki płac? Ale wtedy cudzoziemcy, którzy pracują jeszcze taniej zaleją rynek swoimi towara¬mi, co uczyni los nieprzystosowanych jeszcze cięższym.
Robotnicy będący ofiarami tych okoliczności uwierzyli naiwnie, że można im zaradzić ustalając przy pomocy związków zawodowych płace stałe, poniżej których pracodawca nie może zejść, jeśli nie chce, by pracownicy ich porzucili. Pomocą dla ich żądań są taryfy minimalne ustalone przez zarządy wielkich miast, takich jak Paryż, poniżej któ¬rych przedsiębiorcy wykonujący roboty publiczne nie mają prawa zatrudniać robotników.
Te stałe płace oraz taryfy przynoszą jak dotąd więcej szkody niż pożytku tym, których mają chronić; posłużyły jedynie za dowód, jak dalece regulacje są bezsilne wobec konieczności ekonomicznej. Praco¬dawcy ulegli żądaniom związków w pewnych gałęziach przemysłu od dawna istniejących, wymagających drogiego i skomplikowanego sprzę¬tu oraz umiejętnych robotników. Przy innych, bardzo licznych, które nie wymagają takich komplikacji ani takich umiejętności, trudności zostały szybko pokonane na korzyść pracodawców.
Jako przykład pośród niezliczonych podobnych przypadków zacytu¬ję meblarstwo w Paryżu. Dawniej pracodawcy zatrudniali robotników w swoich warsztatach. Odkąd związki oznajmiły swoje wymagania, pracodawcy zwolnili trzy czwarte robotników, zatrzymując tylko najzdolniejszych do prac pilnych i napraw. Robotnicy musieli więc pra¬cować u siebie, a nie mając innych klientów niż pracodawca, właśnie jemu muszą zaoferować wytworzone meble. Pracodawca ze swojej strony dyktuje warunki. W następstwie konkurencji, jaką robili sobie producenci francuscy i zagraniczni, ceny spadły do połowy, a przeciętnie sprawny robotnik, który niegdyś zarabiał łatwo 78 franków w warsz¬tacie, nie osiąga teraz u siebie zarobku większego niż 45. Tak pracodaw¬ca nauczył się uniknąć wymagań socjalistów. Publiczność zyskała na tym tańsze meble, tandetniejsze co prawda, ale za niską cenę. Robotnik w zamian za pogorszenie zarobków uzyskał przynajmniej wiedzę, że prawidłowości ekonomiczne kierujące światem współczesnym nie zmie¬niają się dzięki związkom zawodowym ani regulacjom.
Jeśli chodzi o przedsiębiorców zmuszonych do przyjęcia taryf narzu¬conych przez miasta, to uniknęli oni trudności w sposób analogiczny, zatrudniając najlepszych robotników, czyli właśnie tych, którzy żadnej ochrony nie potrzebują, gdyż ich umiejętności wszędzie zapewniłyby im wyższe płace. Przymusowe taryfy mają tylko taki skutek, że zmuszają przedsiębiorców do eliminowania robotników miernych, których by w innym wypadku użyli do prac podrzędnych, kiepsko z pewnością płatnych, ale jednak płatnych. W sumie taryfy mające za cel ochronę robotników, którzy z powodu małych umiejętności ochrony potrzebo¬wali, zwróciły się przeciwko nim, mając za jedyny skutek to, że uczyniły ich sytuację gorszą niż przedtem.
Zasadniczą lekcję, jaka płynie z tego wszystkiego, wskazał de Rou- siers odnośnie do „sweating system": Nic nie uwolni robotnika od własnej wartości
Taki jest najwyraźniejszy rezultat konkurencji, jaką stworzyły współ¬czesne prawidłowości ekonomiczne. Jeśli nawet nie zawsze daje ona zwycięstwo zdolniejszym, z reguły jednak eliminuje mniej zdolnych. Ta formuła bliska jest prawu doboru naturalnego, z którego wynika doskonalenie się gatunków rozmaitych istot żywych, a którego człowiek jak dotąd nie potrafił uniknąć.
Osobiste walory są najważniejszym kapitałem, który trzeba ze wszystkich sił powiększać. Powinna być to rola edukacji. W krajach łacińskich spełnia ona tę rolę bardzo źle, a w innych bardzo dobrze. W artykule z Le Temps z 18 stycznia 1902 czytamy, że nasze towarzystwa kolejowe zostały zmuszone do zakupienia wielkiej ilości lokomotyw i sprzętu w Niemczech (za ponad 40 milionów franków w dwa lata), nie tylko dlatego, że ceny są tam 26% niższe niż we Francji, lecz przede wszystkim dlatego, że nasi przemysłowcy nie są gotowi do wykonania zamówienia. Skąd ta niższość? Po prostu stąd, że personelowi kierowniczemu i wykonawczemu brak odpowiednich umiejętności. Nasze metody produkcji Sit przestarzałe, narzędzia wadliwe, robotnicy mierni itd. Całość naszego przemysłu maszy¬nowego - twierdzi redaktor artykułu, który wspomniałem - sporo zostaje w tyle za Postępami poczynionymi przez konkurentów za granicą. W tym dziele wskazałem już wielokrotnie przyczyny naszej niewystarczalności, ale sprawy tak ważnej nie sposób za mało podkreślić. Nasza przyszłość zależy całkowicie od poprawienia techniki naukowej 1 Przemysłowej.
Zdolni mają więc w tej konkurencji wszystko do zyskania, niezdolni wszystko do stracenia. Łatwo więc pojąć, że socjaliści życzyliby sobie jej zniesienia. Ale nawet przypuściwszy, że mogliby ją zniszczyć w kra¬ju, którego panami by zostali, jak ją znieść w krajach, gdzie nie mieliby wpływu, a których towary, mimo wszelkich ceł ochronnych, zajęłyby ich rynki?
Badając walki handlowe między ludami Wschodu i Zachodu a potem między ludami Zachodu, zobaczyliśmy, że konkurencja jest nieuniknionym prawem epoki współczesnej. Przenika ona wszędzie, a wszyst¬kie zapory, jakie się stawia na jej drodze, czynią ją twardszą dla przegranych. Narzuca się sama z siebie wszędzie tam, gdzie chodzi o poprawienie jakiejś pracy, naukowej czy przemysłowej, wykonywanej w interesie własnym lub ogólnym. Jako typowy przykład skutków, jakie powoduje, zacytuję przypadek, jaki naocznie obserwowałem, a który w rozmaitych formach powtarza się tysiące razy.
Inżynier, jeden z mych przyjaciół, został postawiony na czele wiel¬kiego przedsięwzięcia utrzymywanego z budżetu, a polegającego na dokonaniu z większą precyzją pomiarów geodezyjnych kraju. Zosta¬wiono mu wolność wyboru pracowników i opłacania ich, pod warunkiem nie przekraczania rocznej sumy mu przyznanej. Pracownicy byli liczni, a suma dość niewielka. Inżynier najpierw próbował sumę, jaką dysponował, podzielić równo między nich. Po stwierdzeniu, że praca idzie marnie i powoli, powziął myśl płacenia wyłącznie akordowo, tworząc sposoby kontroli pozwalające sprawdzić jakość wykonanej pracy. Każdy zdolny pracownik wkrótce doszedł do wykonywania samemu pracy trzech lub czterech zwykłych, zarabiając trzy lub cztery razy więcej. Pracownicy niezdolni lub mało zdolni, nie mogąc wyżyć, sami się usunęli, tak że w niecałe dwa lata budżet przyznany przez państwo, który z początku ledwo wystarczał, przekroczył wydatki o 30%. Państwo zyskało więc na tej operacji pracę wykonaną lepiej, mniej przy tym wydając, zaś zdolni pracownicy osiągnęli potrojenie płacy. Wszyscy byli zadowoleni, naturalnie oprócz niezdolnych, którzy odpadli z powodu swojej nieumiejętności. Przy całej sympatii dla nich, czy można twierdzić, że wspólny interes miał zostać poświęcony na ich rzecz?
Czytelnik, który zechce podrążyć to pytanie, prędko stwierdzi wagę tego jednego z najtrudniejszych problemów społecznych i niemoc środków proponowanych przez socjalistów dla jego rozwiązania.
Waga problemu nie umknęła zresztą socjalistom. Oto jak się wyraża na jego temat w swej niedawnej książce mocno przekonany socjalista włoski Colejanni: Ta armia bezrobotnych została stworzona przez or¬ganizację kapitalistyczną dla swej korzyści, ma ona więc obowiązek utrzymywania jej zgodnie z zasadami sprawiedliwości. Zobowiązanie to nie zostało umniejszone przez przyrost liczby nieprzystosowanych, któ¬rym niepokoi się Gustave Le Bon. Zasada sprawiedliwości nie może zostać zmieniona, gdyż liczba zainteresowanych nią jest nieskończona. A jeśli liczba nieprzystosowanych przerażająco wzrasta, jest to znak, że obecna organizacja społeczeństwa jest zła, a więc należy ją przekształcić.
Widać, jak elementarnie łatwe może stać się dla socjalistów łacińs¬kich rozwiązanie najtrudniejszych problemów. Ich uniwersalna formuła „przekształcić społeczeństwo" pozwala rozwiązać wszystkie kwestie i sprawić, że na ziemi zapanuje szczęśliwość. Na ich dusze teologów ujarzmione przez wiarę, których żadna wątpliwość już nie dosięga, nie potrafi zadziałać żaden argument.

§ 2. Nieprzystosowani z powodu degeneracji

Do nieprzystosowanych stworzonych przez konkurencję należy dorzu¬cić masę zdegenerowanych rozmaitego rodzaju: alkoholików, rachity¬cznych itd., których obecna medycyna starannie poprzez postępy higieny podtrzymuje. Właśnie ci osobnicy oddają się bez ograniczeń płodzeniu, co jest wysoce niepokojące i potwierdza fakt już zasyg¬nalizowany, że społeczeństwa biologicznie odnawiają się dziś przede wszystkim w swych najniższych warstwach.
Wiadomo o postępach alkoholizmu w całej Europie. Knajpy mnożą się wszędzie szybko, tak samo we Francji,2 jak w innych krajach. Stanowią dziś jedyną rozrywkę dostępną tysiącom biedaków, jedyne miejsce złudzeń, jedyne centrum towarzyskie, gdzie na chwilę rozjaśnia się ich ponura zazwyczaj egzystencja. Kościół ich już nie urzeka, co by im zostało po odebraniu knajpy? Alkohol jest opium dla nędzy. Jego spożycie jest najpierw skutkiem, zanim stanie się przyczyną. Szkodliwy staje się zresztą tylko w nadmiarze. Zniszczenie, jakie powoduje, jest jednak tym groźniejsze, że rujnuje przyszłość, sprowadzając degenerację dziedziczną.
Zagrożenie z powodu zdegenerowanych: rachitycznych, alkoholików, epileptyków, wariatów, polega na tym, że nadmiernie mnożą oni masy istot stojących zbyt nisko, by się przystosować do wymagań cywilizacji, skutkiem czego stają się jej wrogami. Chcąc troskliwie zachować jednostkę zagraża się poważnie gatunkowi.
Pomaga się dzisiaj przeżyć - pisze Schera - masie istot, które przyroda odrzuciła, wątłym dzieciom, cherlakom, pólumrzykom, i za wielkie zwycięstwo się uważa przedłużenie ich dni, a troskę o to za współczesny postęp społeczny... Ale tkwi w tym ironia. Te zabiegi pełne poświęcenia i pomysłowości, które tyle istot ludzkich przywracają społeczeństwu, nie przywracają ich zdrowymi, żywotnymi, lecz obarczonymi wadami dziedzicznymi, jakie przyniosły ze sobą przy urodzeniu. A skoro nasze zwyczaje tak jak i prawa nie przeszkadzają tym istotom w małżeństwie, skazane są na przekazywanie trucizny. Stąd płynie oczywiście pogorszenie się ogólnego stanu zdrowia, zakażenie rasy.
Doktor Salomon przytaczał nader uderzający przykład wybrany spośród licznych przypadków, jakie codziennie obserwował. Chodziło o rodzinę pochodzącą ze związku alkoholika z epileptyczką. Mieli dwanaścioro dzieci, wśród których dokładnie dwanaście cierpiało na epilepsję lub gruźlicę.
Co czynić z tymi żałosnymi wytworami? - zapytuje się dr Salomon - czyż nie byłoby tysiąckroć lepiej, gdyby żadne z nich nie zaczęło istnieć? A jakim obciążeniem są takie rodziny dla społeczeństwa, dla budżetu pomocy społecznej, a w końcu dla wymiaru sprawiedliwości! Bywalec szpitala czy ofiara szubienicy, dziecko alkoholika tylko tyle może osiąg¬nąć. Mnożyć szpitale i policjantów - tak jawi się przyszłość społeczeństw cywilizowanych. W końcu zginą z tego powodu, jeśli płodność stanie się przywilejem tych, których obowiązkiem powinna być właśnie bezpłodność.
Wielu innych autorów, w tym bardzo sławnych, zajmowało się tym trudnym problemem. Oto co pisał na ten temat Darwin: U dzikich jednostki słabe na ciele czy umyśle są szybko eliminowane, a ci, co przeżyli, odznaczają się zwykle znakomitym stanem zdrowia. My zaś, ludzie cywilizowani, podejmujemy wszelkie wysiłki, by zatrzymać marsz eliminacji; budujemy schroniska dla idiotów, słabowitych i chorych; stanowimy prawa, by pomóc nędzarzom; nasi lekarze stosują całą swoją wiedzę, by o ile to możliwe przedłużyć każdemu życie. Słusznie się uważa, że szczepionka uratowała tysiące jednostek, które będąc słabej budowy uległyby w innym wypadku ospie. Niedorozwinięci członkowie społeczeństw cywilizowanych mogą się więc rozmnażać bez końca. Otóż każdy, kto się zajmował rozmnażaniem zwierząt domowych wie bez żadnej wątpliwości, jak to uwiecznianie istot niedorozwiniętych musi być szkodliwe dla rasy ludzkiej. Z zaskoczeniem widzi się, że zaniedbania, a choćby starania źle skierowane, prowadzą szybko do degeneracji ras udomowionych; pomijając samego człowieka, nikt nie jest więc takim nieudolnym ignorantem, żeby pozwalać niedorozwiniętym zwierzętom na rozmnażanie się.
Pozostając pod władzą naszego dziedzictwa chrześcijańskiego zachowujemy zdegenerowanych, ograniczając się do zamknięcia najniżej stojących, a troskliwie utrzymując pozostałych, którzy mogą się wtedy do woli rozmnażać. Trzeba zobaczyć paru tych degeneratów z bliska, by pojąć absurdalność idei, które prowadzą nas do przedłużania im życia.  Oto jak się wyraża na ten temat doktor Maurice de Fleury:
Piętnujemy Spartiatów, którzy w swojej rzece, Eurotasie dokonywali legalnego, administracyjnego topienia dzieci źle wyglądających, o ułomnym ciele i umyśle. Pewnego jednak dnia w Bicetre, gdy zwiedzałem oddział dzieci opóźnionych w rozwoju dra Bourneville, wobec tego stada całkowicie nieuleczalnych debili, żywo zapragnąłem bezzwłocznego usunięcia tych małych istot bez imienia.
Umieszczone na podwyższeniu, którego gładka podłoga żelazna wychodziła na kanał zbierający ich odchody, ubrane w wełniane koszulki i zawsze zabrudzone majtki, żyły tam, dzieci alkoholu i degeneracji, zniekształcone przy porodzie, ze źle ukształtowanymi czaszkami o koś¬ciach grubych i źle połączonych, z oczami mongołoidałnymi, przyrośniętymi uszami, spojrzeniem nieuważnym i na nic nie oczekującym, o cienkich szyjach słabo podtrzymujących dygocące głowy. Od czasu do czasu jedno z nich otwierało usta, podobne do błoniastego ptasiego dzioba, z którego wychodził dziki krzyk, krzyk gniewu bez przyczyny - tymczasem opiekunka, młoda, zrezygnowana, bez zniecierpliwienia szla od jednego do drugiego, tu wycierając nos, tam podcierając, przywiązując do prętów to, które próbowało bić łub gryźć, a wszystkim dając łapczywie połykane kluski. Mówiła do nich, nie rozumiana przez embrionalne mózgi. Daremne słowa, zadanie zawsze bezcelowe, bo są nieuleczalni, nigdy nie przejawią przebłysku myśli, żadnej cząstki duszy. Tacy urosną, bardziej zwierzęcy niż zwierzęta, bez słów, myśli ani uczuć. Nie zrobią postępów. Za dziesięć lat będą podobni, o ile nie zabierze ich litościwe zapalenie pluc.
Są jednak pod opieką, chowa się je w klatce, zachowuje od śmierci. Dlaczego, o bogowie! Czy rzeczywiście jest ludzkie pozwalać tym monstrom oddychać, tym tworom ciemności, koszmarnym larwom? Czy nie myślicie, że byłoby godniejsze zabić, unicestwić tę brzydotę i nieświadomość, których cierpienie nie uszlachetnia
Należy uznać, że gdyby dobroczynne bóstwo usuwało w każdym pokoleniu rosnące zastępy degeneratów, których tak troskliwie chroni¬my, oddałoby ogromną przysługę rasie, cywilizacji i samym degeneratom. Ale skoro nasze uczucia humanitarne wymagają, by ich zachować i sprzyjać ich rozmnażaniu, musimy znosić następstwa tych uczuć. Wiedzmy chociaż, jak to trafnie ujął John Fiske, że zdegenerowani stanowią element o mniejszej żywotności, podobny do raka ulokowanego wśród zdrowych komórek, a wszystkie ich starania będą wiodły do zniesienia cywilizacji, która ma za skutek ich nędzę. Są to rzecz jasna, pewni zwolennicy socjalizmu.  Posuwając się dalej przez tą książkę, zobaczymy, jak rozmaite i niebezpieczne elementy składają się na tłum uczniów nowej wiary.

§ 3. Sztuczna produkcja nieprzystosowanych

Do masy nieprzystosowanych, stworzonej przez konkurencję i przez degenerację, dochodzą u ludów łacińskich zdegenerowani, których niezdatność wytworzona została sztucznie. Ci nieprzystosowani są fabrykowani wielkim nakładem kosztów przez naszych kolegów na uniwersytetach. Legion maturzystów, magistrów, nauczycieli i profesorów bez zajęcia stać się może pewnego dnia jednym z poważniejszych niebezpieczeństw, przed którym społeczeństwa będą się musiały bronić.
Powstanie tej klasy sztucznie nieprzystosowanych jest rzeczą całkiem nową. Jej pochodzenie jest psychologiczne. Jest następstwem obecnych poglądów.
W każdej epoce ludzie żyli w oparciu o pewną liczbę idei politycz¬nych, religijnych i społecznych, uważanych za bezdyskusyjne dogmaty; z natury rzeczy musieli cierpieć ich skutki. Pośród najpotężniejszych dziś przekonań figuruje to, iż nauczanie teoretyczne, oferowane przez nasz system oświatowy, jest źródłem wyższości. Nauczyciel szkolny i profesor uniwersytetu, niegdyś trochę lekceważeni, stali się za jednym zamachem wielkimi fetyszami nowoczesności. Oni mają zaradzić natu¬ralnym nierównościom, zatrzeć różnice klasowe i wygrywać bitwy.
Skoro kształcenie stało się uniwersalnym panaceum, konieczne było napychać mózgi młodych obywateli greką, łaciną, historią i formuł¬kami naukowymi. By osiągnąć ten rezultat żadna ofiara, żaden wyda¬tek nie wydały się zbyt znaczne. Fabrykacja nauczycieli, maturzystów i magistrów stała się najważniejszą z łacińskich gałęzi przemysłu. Prawie jedyną, która nie zna dziś bezrobocia.
Badając w innej książce łacińską koncepcję wychowania, uwidocz¬niłem skutki naszego systemu nauczania. Stwierdziłem, że na zawsze fałszuje osąd, faszeruje umysł frazami i formułami, które wkrótce zostaną zapomniane, nie przygotowuje w niczym do wymagań życia współczesnego, wytwarza tylko ogromne zastępy nieudolnych, zde¬klasowanych, a w konsekwencji zbuntowanych.
Dlaczego jednak nasze wychowanie, zamiast być jak kiedyś po prostu bezużyteczne, zmierza dziś do wytwarzania zdeklasowanych i zbuntowanych?
Przyczyna jest bardzo jasna. Edukowanie teoretyczne uderzeniami podręcznika nie przygotowuje absolutnie do niczego oprócz pracy w urzędach państwowych, czyniąc młodych ludzi całkowicie niezdat¬nymi do niczego innego; żeby przeżyć są zmuszeni cisnąć się ze wszystkich sił do zajęć opłacanych przez państwo. Skoro jednak liczba kandydatów jest ogromna, zaś miejsc - minimalna, przeważająca większość jest eliminowana i nie mając żadnych źródeł utrzymania deklasuje się i buntuje. Dane, na których opiera się powyższe stwier¬dzenie, pokazują zasięg problemu.
Uniwersytet fabrykuje corocznie 1200 kandydatów na 200 stanowisk profesorskich, jakimi dysponuje. Zostawia więc tysiąc na bruku. Kie¬rują się oni naturalnie ku innym stanowiskom. Tam napotykają jednak zwartą armię wszelkiego rodzaju osób z dyplomami, które ubiegają się o każde zajęcie, nawet najnędzniejsze. Na 40 miejsc dla ekspedytorów, jakie corocznie wakują w prefekturze Sekwany, przypada 23 tysiące kandydatów. Na 150 miejsc dla nauczycieli wakujących w szkołach Paryża przypada 15 tysięcy konkurentów. Ci, którym się nie powiodło stopniowo obniżają swoje wymagania i czasami są zadowoleni, że dzięki protekcji dostali się do firmy robiącej taśmy z adresami, gdzie zarabia się 40 sou dziennie pracując przez dwanaście godzin bez przerwy. Nie potrzeba rozległej wiedzy psychologicznej, by zgadnąć, jakie uczucia wypełniają dusze tych nieszczęsnych wyrobników.
Co się tyczy wybranych, to znaczy szczęśliwych kandydatów, nie należy sądzić, że ich los godny jest pozazdroszczenia: urzędnicy za 1500 franków rocznie, sędziowie pokoju 1800 franków, inżynierowie w cen¬tralnej szkole zarabiający zaledwie tyle, co robotnicy z młotami na kolei lub chemicy w fabryce, wszyscy oni mają gorszą sytuację finan¬sową niż średnio zdolny robotnik, mając przy tym dużo mniej niezależ¬ności.
Skąd zatem ta pogoń za miejscami w urzędach? Dlaczego gromady dyplomowanych bez pracy nie zniżają się do przemysłu, rolnictwa, handlu i zawodów manualnych?
Z dwóch przyczyn: po pierwsze dlatego, że ci dyplomowani są z powodu swojego wykształcenia czysto teoretycznego całkowicie nie¬zdolni do robienia czegoś innego niż praca w łatwym zawodzie biuro¬kratów, sędziów czy nauczycieli. Mogliby z pewnością zacząć naukę od nowa i terminować. Tego nie robią - i tu leży druga przyczyna - z powodu niemożliwego do wykorzenienia przesądu o niższości pracy fizycznej, przemysłu i rolnictwa, który panuje wśród ludów łacińskich; tylko wśród nich zresztą.
Ludy łacińskie mają bowiem, wbrew zwodniczym pozorom, usposo¬bienie tak mało demokratyczne, że praca fizyczna, bardzo ceniona w arystokratycznej Anglii, uważana jest przez nie za poniżającą, a nawet uwłaczającą. Najpodrzędniejszy biuralista, najmniej ważny nauczyciel, najskromniejszy ekspedytor, uważają się za osobistości w porównaniu mechanikiem, mistrzem, monterem, rolnikiem, którzy tymczasem w swo¬im zawodzie spożytkowują zwykle nieskończenie więcej inteligencji, rozumowania, inicjatywy niż biurokraci i profesorowie w swoim. Nie mogłem nigdy wykryć i pewien jestem, że nikt tego nigdy nie wykryje, w czym latynista, urzędnik, nauczyciel gramatyki lub historii mogą być uważani za intelektualnie wyżej stojących od dobrego meblarza, zdol¬nego montera, inteligentnego mistrza. A jeśli po ich porównaniu z pun¬ktu widzenia intelektualnego porównać ich użyteczność, stwierdzić moż¬na, że latynista, biurokrata, nauczyciel stoją niżej od dobrego robotnika i dlatego ten ostatni jest zwykle lepiej opłacany.
Jedyna widoczna wyższość tych pierwszych, którą można uznać, polega na tym, że noszą garnitur, zwykle dość wytarty, który jednak zachowuje wygląd garnituru, podczas gdy robotnik wykonuje swą prace w bluzie, stroju pogardzanym przez elegancką publiczność. Gdyby zgłębić wpływ psychologiczny wywierany we Francji przez te dwie kategorie stroju, okaże się, że jest on ogromny, w każdym razie dużo większy niż wpływ wszystkich konstytucji wyprodukowanych od stu lat przez tłum adwokatów bez zajęcia. Gdyby za pomocą magicznej pałeczki ktoś nas przywiódł do przyznania, że bluza jest równie elegancka i równie dobrze leży, jak garnitur, nasze warunki życia zmieniłyby się za jednym zamachem. Bylibyśmy świadkami przewrotu w zwyczajach i poglądach o zasięgu większym niż jakikolwiek inny w przeszłości. Ale do tego nie dojdzie, ludy łacińskie długo jeszcze będą musiały dźwigać ciężar swych przesądów i pomyłek.
Następstwa naszej łacińskiej pogardy dla pracy fizycznej będą w przyszłości jeszcze poważniejsze. Z powodu tego uczucia rośnie coraz bardziej groźna armia nieprzystosowanych stworzonych przez nasze nauczanie. Stwierdzając małe uznanie, jakim się cieszy praca fizyczna, czując się wzgardzeni przez burżuazję i uniwersytet, chłop i robotnik w końcu zaczynają wierzyć, że należą do niższej kasty, z której trzeba za wszelką cenę wyjść. Ich jedynym marzeniem staje się za cenę wyrzeczeń umieścić synów w kaście ludzi z dyplomem. Najczęściej udaje się im jedynie stworzyć z nich nieprzystosowanych, z braku majątku niezdolnych do wzniesienia się ku burżuazji, a z powodu wykształcenia niezdolnych do wykonywania zawodu ojca. Ci nieprzy¬stosowani w swym nędznym życiu dźwigają ciężar fatalnych błędów, których ofiarami uczynili ich rodzice. Będą to pewni rekruci dla socjalizmu.
Obecny uniwersytet wywiera na Francję zgubny wpływ nie tylko z powodu nauczania, jakie daje, lecz również przez swego ducha, bardzo mało demokratycznego. Odgrywa zgubną rolę afiszując się z pogardą dla pracy fizycznej i wszystkiego, co nie jest teorią, frazą lub mową; przekonując swoich studentów, że dyplomy tworzą z nich rodzaj intelektualnej szlachty, lokując swych posiadaczy w wyższej kaście i dając im dostęp do bogactwa lub przynajmniej dobrobytu. Po długich i kosztownych studiach absolwenci są zmuszeni stwierdzić, że nie osiągnęli żadnego wzrostu inteligencji, że nie wyszli ze swej kasty, że muszą zaczynać od początku. Wobec straconego czasu, wobec uzdolnień straconych dla użytecznej pracy, wobec perspektywy upoka¬rzającej biedy, która ich czeka, jakże nie mają stać się buntownikami?
Nauczyciele uniwersyteccy nie widzą naturalnie żadnej z tych rzeczy. Przeciwnie, praca napełnia ich, jak wszystkich apostołów, najżywszym entuzjazmem; nie pomijają okazji do odśpiewania hymnów triumfal¬nych.
Żeby zrozumieć entuzjazm, jaki ich ogarnia wobec owoców swego dzieła - pisze H. Berenger - trzeba przeczytać książki Liarda i Lavisse'a, dwóch głównych budowniczych naszego szkolnictwa wyższego. Czy słyszą oni głuchy, lecz potężny pomruk tych wszystkich, których uniwersytet oszukał, dzięki któremu wznieśli się tylko po to, by spaść w większą nędzę; tych, których wszędzie zaczyna się nazywać intelektualnymi proletariuszami?
Niestety nie! Nie słyszą, a jeśli słyszą, wcale nie rozumieją. Dzieło tych akademików przyniosło istotnie skutki szczególnie zgubne, bar¬dziej zgubne niż czyny Marata i Robespierre'a, którzy przynajmniej nie deformowali dusz. Czy jednak można twierdzić, że było to naprawdę ich dzieło? Gdy pewne złudzenia królują w duszach z całą mocą, czy należy atakować podrzędnych wykonawców, ślepych wspólników, którzy jedynie byli posłuszni ogólnej tendencji swoich czasów?
Nie wybiła jeszcze godzina przebudzenia z koszmarnych złudzeń co do wartości wychowania łacińskiego. Przeciwnie, srożą się one bardziej niż kiedykolwiek. Pilna młodzież coraz liczniej żąda codziennie od uniwersytetu spełnienia swych marzeń i nadziei. Liczba studentów, która wynosiła 10 900 w 1878 roku, a 17 600 w 1888, waha się teraz koło 30 000. Jakaż to armia osób zdeklasowanych, zbuntowanych, zaś w konsekwencji przyszłych działaczy socjalistycznych!
Jakby liczba przyszłych zdeklasowanych nie wydawała się jeszcze dość duża, żąda się od państwa stypendiów, by umożliwić jej zwiększenie! Daremnie kilka światlejszych osób alarmuje, widząc niebez¬pieczeństwo. Ich głos rozbrzmiewa na pustyni bezużytecznie i bez echa.
Miliony, jakie budżet wydaje na stypendia - mówił niedawno Bouge wobec Izby Deputowanych - są drobiazgiem wobec problemu społecznego, jakim jest niedopuszczenie, by stały się wytwórnią zdeklasowanych. Tych i tak zbytnio przybywa, nawet bez pomocy państwa polegającej na rozdawnictwie stypendiów.
Czytelnik widzi teraz, w jaki sposób powstała, na sposób całkowicie sztuczny, nowa armia nieprzystosowanych. Właśnie ona stanie się pewnego dnia szczególnie niebezpieczna i dostarczy socjalizmowi naj¬groźniejszych batalionów. Jeszcze raz powtarzam, socjalizm kiełkuje najmocniej nie w duszy ludu, lecz wśród zdeklasowanych wyproduko¬wanych przez uniwersytet. W gotującym się zniszczeniu społecznym nasz uniwersytet odegra bardzo aktywną rolę. Przyszli historycy będą dla niego surowi i nie pożałują epitetów, widząc, ile uczynił zła, zwłaszcza jeśli je porównać do dobra, które uczynić mógł.
Klasyczne wykształcenie wyższe jest artykułem luksusowym, przydatnym tylko tym, którzy mają już pewne zasoby; nie ma więc istotnego powodu, by go udzielać bezpłatnie; dobrze to pojęli Amerykanie. Młody człowiek, który odczuje jego potrzebę w związku z posiadanymi uzdolnieniami, zawsze znajdzie sposób, by najpierw zarobić na życie, co będzie zresztą dla niego doskonałym przygotowaniem na przyszłość. Tak robią studenci biedni w kraju naprawdę demokratycznym, jakim jest Ameryka. W pracy na temat uniwersytetu w Chicago, który zwiedził, jeden z najwybitniejszych uczonych francuskich Moissan wyraża się tak:
W większości uniwersytetów amerykańskich spotyka się młodych ludzi bez majątku, którzy dla zapłacenia czesnego wynoszącego w Chicago około 175 franków za trymestr zajmują się poza godzinami wykładów i studiów jakąś pracą fizyczną. Jakiś student zapala lampy gazowe, inny pracuje wieczorem w hotelu. Inny zarabia na jedzenie jako służący czy kucharz swoich kolegów. Inny ze skromnej pensji zaoszczędziI przez kilka lat tyle, że może iść na uniwersytet po dyplom.
Można być pewnym, że ci młodzi ludzie, którzy mieli dość energii na taki wysiłek, nie będą nigdy zdeklasowani i powiedzie im się w życiu bez względu na rodzaj kariery, jaki wybiorą.

Rozdział 4 Wykorzystanie nieprzystosowanych
§ 1. Przyszły atak ze strony nieprzystosowanych

Przyjrzeliśmy się temu, w jaki sposób specyficzne warunki obecnej epoki ogromnie pomnożyły masę nieprzystosowanych. Ten tłum nie¬zdolnych, wydziedziczonych, zdegenerowanych jest poważnym zagro¬żeniem dla wszystkich cywilizacji. Zjednoczeni we wspólnej nienawiści przeciw społeczeństwu, w którym brak dla nich miejsca, chcą je tylko zwalczać. Jest to armia gotowa do wszelkich rewolucji, nie mająca nic do stracenia, a wszystko do zyskania, przynajmniej nadzieję. Jest gotowa przede wszystkim do każdego niszczenia. Nic bardziej natural¬nego, niż uczucie nienawiści, jakie zdeklasowani żywią wobec zbytnio dla nich zawiłej cywilizacji, do której przystosować się nie czują się zdolni. Czekają tylko na okazję do szturmu.
Niebezpieczeństwo grożące Europie w jeszcze bliższej przyszłości grozi Stanom Zjednoczonym. Wojna secesyjna była wstępem do krwa¬wej walki, która wkrótce wybuchnie między różnymi warstwami żyją¬cymi na ich terenie. Instynkt wszystkich nieprzystosowanych na ziemi kieruje ich ku Nowemu Światu.  Mimo tej inwazji, której ryzyka nie dostrzega żaden amerykański mąż stanu, rasa angielska jest nadal w Stanach Zjednoczonych większością, ale Irlandczycy, Słowianie, Murzyni, Włosi itd. mnożą się coraz bardziej. W szczególności Stany Zjednoczone liczą dziś około 8 milionów Murzynów.
Roczna imigracja 400 000 tysięcy cudzoziemców bez przerwy zwięk¬sza tę niebezpieczną populację. Cudzoziemcy tworzą prawdziwe kolo¬nie, zupełnie obojętne a czasami wręcz wrogie wobec przybranej ojczyzny. Nie związani z nią więzami krwi, tradycji, języka, nie troszczą się o jej interesy ogólne. Chcą tylko, by ich żywiła.
Ich byt jest tym trudniejszy a nędza tym dotkliwsza, że konkurują z najbardziej energiczną rasą na świecie. Mogą przeżyć prawie wyłącz¬nie pod warunkiem, że się podejmą prac najmniej ważnych, posad najpodrzędniejszych, a tym samym, że się zadowolą wysoce niewystar¬czającą płacą.
Ci cudzoziemcy tworzą dopiero 15% całej ludności Stanów Zjed¬noczonych, ale w pewnych regionach są bliscy stania się większością, i będą wkrótce większością, jeśli Murzyni nadal będą się mnożyli jak króliki. Ich liczba podwoiła się w trzydzieści lat. I tak stan Dakota Południowa liczy już 44% cudzoziemców. Dziewięć dziesiątych Murzy¬nów skupia się w piętnastu stanach południowych, gdzie tworzą trzecią część ludności. W Karolinie Południowej są większością, przekraczając 60%. Dorównują liczebnością białym w Luizjanie.
Wiadomo jak traktuje się Murzynów na ziemi amerykańskiej, gdzie powszechnie ich wyzwolenie z niewolnictwa uważane jest za kolosalną pomyłkę. W teorii cieszą się wszystkimi prawami przyznanymi innym obywatelom, ale w praktyce przy jakimkolwiek wykroczeniu są wieszani bądź powalani kulą bez żadnego procesu. Traktowani jak gatunek zwierząt pośredni między małpą a człowiekiem, gotowi będą do wstąpie¬nia do każdej armii, która podejmie walkę przeciw wielkiej republice.
Ludność czarna stała się koszmarem Ameryki. Tych 8 milionów dzikich nie dało się po trzydziestu latach wysiłków wznieść na poziom choćby pół cywilizowany, a co więcej od zniesienia niewolnictwa przeżyli widoczny regres umysłowy. Ich nieuleczalne lenistwo, głupota i niebezpieczna brutalność czynią ich bezużytecznymi w kraju cywilizowanym. Proponowano dla pozbycia się ich najróżniejsze środki. Radzono skupić ich w niektórych stanach, deportować na Kubę i na Filipiny itd. Poza nielicznymi wyjątkami Murzyn niestety stoi na tyle nisko, że można go czegoś nauczyć i uczynić go pożytecznym jedynie w niewoli. Ameryka¬nów doprowadza do desperacji to, że dla poznania tej elementarnej prawdy psychologicznej musieli w czasie wojny secesyjnej, podjętej jak wiadomo dla zniesienia niewolnictwa, wydać 5 miliardów i rzucić na śmierć milion ludzi. Dopiero za cenę takich wydatków mogły się przyjąć w masach pewne idee, wśród uczonych od dawna uznane za oczywiste.
Jakkolwiek by było, 8 milionów Murzynów amerykańskich tworzy tłum, którego niełatwo się pozbyć, a zbyt wiele rozmaitych interesów wchodzi dziś w grę, by można było przywrócić niewolnictwo. Amerykanie pozbyli się Chińczyków zabraniając im wstępu do Stanów, zaś Indian zamykając ich na terenach otoczonych czujnymi strażnikami wyposażonymi w powtarzal¬ne karabiny i poinstruowanych, że mają strzelać jak do królików do wszystkich, których głód zmusi do opuszczenia zamknięcia. Trudno jednak by było tak postąpić z milionami Murzynów, a zupełnie niemożliwe z masą białych cudzoziemców rozsianych po miastach. Tym bardziej, że ci biali są wyborcami i mogą wysyłać swych przedstawicieli, by zasiadali w Izbach i sprawowali władzę publiczną. Podczas ostatniego strajku w Chicago gubernator stanu opowiedział się po stronie powstańców.
Wielki historyk Macaulay w liście przesłanym pewnemu Amerykani¬nowi w 1857 roku w następujących słowach przewidywał wynik takich przyszłych starć:
Nadejdzie dzień, gdy w stanie Nowy Jork tłum ludzi jedzących nędzne śniadanie i nie oczekujących lepszego obiadu będzie wybierało Izby; czy można mieć wątpliwości co do charakteru Izb, jakie będą wybrane? Z jednej strony polityk, który wzywa do cierpliwości, szanowania praw nabytych, wierności zobowiązaniom publicznym; z drugiej demagog, który wygłasza deklamacje przeciwko tyranii kapitalistów i lichwiarzy, który pyta, jakim prawem ktoś pije szampana i jeździ powozem, gdy tysiącom zwykłych ludzi brak rzeczy niezbędnych. Który z tych kan¬dydatów ma większe szanse na głos robotnika, którego dzieci domagają się chleba? Obawiam się, że w takiej sytuacji podejmiecie złe środki zaradcze. Jedno z dwojga: albo jakiś Cezar czy Napoleon pochwyci w silne ręce wodze rządzenia, albo też wasza republika zostanie złupiona przez barbarzyńców XX wieku tak strasznie, jak imperium rzymskie przez barbarzyńców V wieku. Różnica polegać będzie na tym, że Huno- wie i Wandale przybyli z zewnątrz, podczas gdy wasi łupieżcy zrodzą się w waszym własnym kraju i z waszych własnych instytucji.
Od dawna jestem przekonany - konkluduje Macaulay - że instytucje całkowicie demokratyczne prędzej czy później zniszczą albo wolność, albo cywilizację, albo jedno i drugie.
Biorąc pod uwagę energiczny charakter Anglosasów z Ameryki jestem pewien, że uda im się pokonać niebezpieczeństwo, które widział Macaulay, ale jedynie za cenę walk bardziej niszczących niż wszystkie zapisane w historii.
Nie musimy się tu zresztą zajmować przeznaczeniem Ameryki. Jej wewnętrzne spory mało dotkną Europę, na którą rządzący Ameryką nie mają wpływu. Europa niczego na nich nie straci, a może zyskać użyteczną lekcję.
Nasi europejscy nieprzystosowani szczęśliwie nie są ani tak liczni, ani tak niebezpieczni, jak amerykańscy; niemniej jednak są bardzo groźni. Wybije godzina, w której zostaną zwerbowani pod sztandar socjalizmu, tak że trzeba będzie im wydać krwawą bitwę. Te ostre kryzysy będą jednak z natury rzeczy chwilowe. Jakikolwiek byłby ich wynik, problem wykorzystania nieprzystosowanych będzie występował jeszcze długo z ta¬kim samym nasileniem. Poszukiwanie rozwiązania będzie dotkliwie ciążyło na przeznaczeniu ludów przyszłości. Nie da się dziś przeczuć, jakimi sposobami będą mogły je znaleźć. Wskażemy dlaczego tak się dzieje.

§ 2. Wykorzystanie nieprzystosowanych

Dotychczas jedynymi metodami pomocy dla nieprzystosowanych była dobroczynność prywatna i pomoc państwa. Doświadczenie jednak dowiodło, że są to środki po pierwsze niewystarczające a po drugie niebezpieczne. Nawet zakładając, że państwo lub pojedyncze osoby byłyby wystarczająco bogate, by utrzymać tłum nieprzystosowanych, to utrzymywanie ich tylko by zwiększyło ich liczbę. Do prawdziwych nieprzystosowanych wkrótce dołączą na pół nieprzystosowani, którzy woląc lenistwo od trudu, pracują obecnie tylko dlatego, że ich głód do tego zmusza.
Dobroczynność publiczna czy prywatna doprowadziły jak dotąd tylko do znacznego zwiększenia się liczby nieprzystosowanych. Skoro tylko zaczyna gdzieś działać biuro opieki społecznej, liczba biednych rośnie gwałtownie. Znam wieś pod Paryżem, gdzie prawie połowa mieszkańców zapisana jest w biurze pomocy.
Badania nad tym tematem dowiodły, że 95% biednych otrzymujących we Francji pomoc to osobnicy odmawiający przyjęcia jakiejkolwiek pracy. Ta liczba wynika przede wszystkim z eksperymentów przeprowadzonych pod nadzorem Monoda, dyrektora w ministerstwie spraw wewnętrznych. Na wybranych przypadkowo 727 żebraków, którzy nie byli ułomni a skarżyli się na brak zajęcia, tylko 18 zgodziło się wykonywać łatwą pracę przynoszącą im 4 franki dziennie. Opieka prywatna czy publiczna pomaga więc im jedynie w lenistwie. W rapor¬cie na temat biedy we Francji de Waterville pisał kilka lat temu:
Od sześćdziesięciu lat działa czynnie administracja opieki społecznej w miejscu zamieszkania, a nigdy nie widziano ubogiego wydobytego z nędzy i mogącego zaspokoić swe potrzeby dzięki tej formie dobroczyn¬ności. Przeciwnie, czyni ona często z biedy stan dziedziczny. Widzimy więc w spisach tej administracji wnuków ubogiego, któremu przyznano pomoc w 1802 roku, zaś jego synowie w 1830 również zostali zarejest¬rowani w tych fatalnych spisach.
W Prawie ludności Malthus wyraził się na ten temat następująco: Główna i stała przyczyna biedy ma mało wspólnego z formą rządu lub z nierównym podziałem dóbr; nie jest we władzy bogatych dostarczyć biednym zajęcia i chleba; tym samym biedni z natury rzeczy nie mają wcale prawa, by tego od nich żądać... Skoro zarówno doświadczenie jak i teoria pokazują nieodparcie, że przyznanie takiego prawa zwiększyłoby potrzeby ponad jakąkolwiek możliwość ich zaspokojenia, jak też dlatego, że próba podjęcia takiego przedsięwzięcia w sposób nieunikniony wtrąciłaby rodzaj ludzki w najstraszniejsza nędzę, jest jasne, że nasze po-stępowanie, milcząco negujące istnienie prawa, o którym mowa, jest zgodniejsze z prawami naszej natury, niż jałowe deklamacje, przy pomocy których rzekomo owe prawa wprowadzamy.
Sławny pisarz angielski Herbert Spencer napisał na ten sam temat słowa jeszcze bardziej stanowcze:
Jest wielkim okrucieństwem żywić niezdatnych kosztem zdolnych. Jest to świadome gromadzenie biedy dla przyszłych pokoleń. Nie sposób zrobić potomności gorszego prezentu, niż rosnąca liczba idiotów, leni i kryminalistów. Pomagać złym w mnożeniu się, to w gruncie rzeczy mnożenie wrogów naszych potomków. Wolno się pytać, czy głupia filantropia, która myśli tylko o obecnych nieszczęściach i upiera się nie dostrzegać nieszczęść pośrednio wywołanych, nie wytwarza w sumie więcej nędzy, niż skrajny egoizm. Odmawiając rozważenia odległych następstw swej nierozważnej hojności, ten, co daje bezmyślnie, stoi trochę tylko wyżej niż pijak, który marzy o przyjemności dziś, zapominając o jutrzejszej przykrości, albo niż rozrzutnik, który szuka bliskich roz¬rywek za cenę końcowej biedy. Pod jednym względem jest gorszy, bo delektując się chwilą dawania przyjemności, innym pozostawia przyszłe nieszczęścia, których sam unika. Jedna rzecz zasługuje na jeszcze surowsze potępienie: a mianowicie marnotrawstwo pieniędzy inspirowane przez fałszywą interpretację maksymy ,,dobroczynność gładzi wiele grzechów"? U wielu ludzi, którzy pod wpływem tej fałszywej interpretacji wyobrażają sobie, że dużo rozdając mogą odkupić swe złe czyny, w rzeczywistości dochodzi do głosu podłość. Usiłują uzyskać dobre miejsce w innym świecie, nie martwiąc się, ile to może kosztować bliźnich.
( Chodzi o przekręcone zdanie biblijne z 1 Listu Św. Piotra (4,8): Miłość zakrywa wiele grzechów. [Uwaga tłumacza])
Oprócz jednak dobroczynności we właściwym znaczeniu, mającej po prostu dopomóc w potrzebie komuś, kto nie może czy nie chce pracować, nasuwa się inny problem, a mianowicie, czy państwo nie powinno, jak twierdzą socjaliści, podjąć się przydzielenia pracy jedno¬stkom, które jej nie mają, mimo iż jej poszukują?
Ta teoria w oczywisty sposób wypływa z łacińskiej koncepcji państwa i nie musimy jej tutaj dyskutować. Wystarczy nam, nie zajmując się samą zasadą, zbadać po prostu, czy państwo jest w stanie wypełnić rolę, którą chce się mu przyznać. Takiego doświadczenia dokonywano wiele razy, gdyż prawo do pracy nie zostało proklamowane dopiero dzisiaj, łatwo zatem odpowiedzieć na powyższe pytanie.
Zgromadzenie Narodowe i Konwent po zadekretowaniu w latach 1791 i 1793 stworzenia zakładu mającego dać pracę zdrowym biedakom, którzy nie mogą jej znaleźć, oraz stwierdzeniu, iż społeczeństwo winne jest utrzymanie obywatelom w niedoli, powołało warsztaty narodowe. W 1791 zatrudniały one w Paryżu 31 000 robotników zarabiających czterdzieści sou dziennie. Robotnicy ci przybywali na budowy około dziesiątej i wychodzili o trzeciej, w międzyczasie tylko pijąc, śpiewając i grając w karty. Gdy pytano o to inspektorów mających ich nadzorować, odpowiadali po prostu, że nie mogli wyegzekwować posłuszeństwa dla swoich rozkazów i nie chcieli ryzykować poderżnięcia gardła.
Taki sam obraz przedstawiały nasze warsztaty narodowe w 1848 roku - pisze Cheysson - które doprowadziły do krwawych dni lipcowych (kiedy próbowano je znieść)... Ciekawe, że mimo lekcji historii przesąd o prawie do pracy zachował wiernych zwolenników. Odbył się niedawno w Erfurcie szósty społeczny kongres ewangelików, rodzaj parlamentu Kościołów reformowanych, dokładnie przepojony socjalizmem chrześ¬cijańskim. Pod wpływem raportu znanego publicysty de Massona, aktywnego współpracownika pastora Badelswinga, w którym postulował stworzenie kolonii dla robotników, Kongres proklamował, iż ,jest ścisłym obowiązkiem dobrze zorganizowanego państwa zwalczyć, o ile to możliwe, społeczną plagę niezasłużonego bezrobocia". Jest to umiarkowana formuła prawa do pracy.
W systemie socjalistycznym państwo zorganizuje nowe warsztaty narodowe. Żeby stwierdzić, do czego może prowadzić taka organizacja, wystarczy odwiedzić nasze arsenały. Lockroy, dawny minister marynarki, sygnalizował w Le Temps z 2 listopada 1906 roku, że „tona uzbrojona" kosztuje w Breście 141 franków, 220 w Lorient i 460 w Rochefort.
Widać, dokąd może zaprowadzić teoria prawa do pracy i interwencja państwa. Problem dyskutowany w tym rozdziale zajmował wybitne umysły od dawna, żaden z nich jednak nie potrafił znaleźć choćby częściowej odpowiedzi. Jest zresztą oczywiste, że gdyby tę odpowiedź znaleziono, kwestia społeczna byłaby w znacznej części rozwiązana.
Skoro jednak pozostaje jak dotąd niemożliwa do znalezienia, socjalizm, pretendujący do rozwiązania problemów nierozwiązalnych i nie cofający się przed żadną obietnicą, jest dziś tak groźny. Ma za sojuszników wszystkich wydziedziczonych, wszystkich przegranych życiowo, wszystkich nieprzystosowanych, których pochodzenie objaśnione zostało wyżej. Stanowi dla nich ostatni promyk nadziei, która nigdy nie umiera w ludzkim sercu. Skoro jednak jego obietnice są w sposób konieczny próżne, jako że rządzące naszym losem prawa przyrody nie mogą ulec zmianie, jego niemoc objawi się wszystkim oczom natychmiast po zwycięstwie, a wtedy będzie miał za wrogów te same tłumy, które zwiódł, a które pokładają w nim teraz nadzieję. Raz jeszcze wykorzystany, człowiek raz jeszcze podejmie wieczny trud tworzenia utopii zdolnych na pewien czas rzucić czar na jego duszę.
« Last Edit: (Tue) 29.09.2015, 18:16:37 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje