Author Topic: Jak dawniej leczono - Nathan Belofsky  (Read 1039 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Jak dawniej leczono - Nathan Belofsky
« on: (Sun) 11.10.2015, 12:49:37 »
Jak dawniej leczono - Nathan Belofsky

Kilka z fragmentów książki. Szkoda, że autor nie pociągnął tematu na cały XX wiek, a jedynie zahaczył o lata dwudzieste, bo tradycja wysokiej jakości usług medycznych raczej jest kontynuowana.

Wielka epidemia kiły

Syfilis, czyli kiła, zwana „francuską chorobą", a przez Rosjan „polską przypadłością", siała spustoszenie w Europie w XV wieku. Zdaniem czołowych ówczesnych mędrców zajmujących się medycyną tamtych czasów, epidemia ta została zapowiedziana przez układ planet i była karą dla grzeszników.
Najlepszym lekarzem tej choroby był Girolamo Fracastoro. Poświęcił jej poemat epicki, pisany przez dwadzieścia lat i długi na trzydzieści sześć stron. Przedstawił w nim zawiłą historię podróży małego pasterza o imieniu Syphilus (z łac. „kochanek świń"), którego niepoprawne zachowanie uraziło boga Apol- lina, dlatego musiał ponieść wynikające z tego konsekwencje.
Prawdziwe życie nie wyglądało dużo lepiej. Szesnastowieczny niemiecki poeta i kobieciarz Urlich von Hutten zaraził się kiłą:
Quote
Czyraki wystawały niczym żołędzie, a z nich wypływała ohydnie cuchnąca substancja. Barwę miały ciemnozielo-ną, a wygląd tak samo okropny jak ból, przez co chory czuł się tak, jakby leżał w ogniu.
Włoski lekarz Gaspar Torella aplikował na tę przypadłość świeżo obdarte ze skóry gołębie. Inni medycy posługiwali się rozpalonym żelazem, nożami oraz wiertłami. Maść rtęciowa oraz ciepło były stosowane w pierwszej kolejności.
Fracastoro polewał swoich pacjentów jak indyka podczas pieczenia. Jeden z lekarzy napisał: „Swąd smażonego tłuszczu roznosił się w powietrzu". Celem takich poczynań, zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośnym, było oczyszczenie ciała, aby „cała zgnilizna wyszła z organizmu wraz z kroplami potu". Czasami pacjenci wypluwali cztery litry czarnej flegmy dziennie.
Wbrew radom przyjaciół von Hutten nie zgodził się na popełnienie samobójstwa. Był rozgoryczony, uważając, że wyniośli lekarze odwrócili się od niego i jak zwykle pouciekali. Opisywał też między innymi metody kuracji stosowane przez niedouczonych, lecz odważnych chirurgów, którzy pozostali na miejscu:
Quote
Żrące środki do wypalania wrzodów, rtęć, zamykanie w łaźni parowej na dwadzieścia i trzydzieści dni, owrzo-dzenie dziąseł, poluzowanie i wypadanie zębów. Wielu cierpiących marzyło o śmierci.
Chorym często spełniały się pragnienia „w uścisku najpotworniejszej agonii". Von Hutten podejmował leczenie jede-naście razy i zmarł w wieku trzydziestu pięciu lat.
Potrzeba znalezienia skutecznej metody leczniczej była tak pilna, a podejście do chorych na kiłę tak żenujące, że rząd fran¬cuski przyznał pewnemu arystokracie o nazwisku Le Febure wy¬łączne prawo do sprzedawania czekolady wymieszanej z rtęcią:
Quote
Mąż mógł raczyć się taką czekoladą w obecności żony, nie wzbudzając jej podejrzeń, a i ona częstowała się nią, nie zdając sobie sprawy, że połyka lekarstwo na chorobę we-neryczną. Dzięki takim niewinnym środkom udawało się zachować spokój i zgodę w domu.
Jak się z czasem okazało, rtęć wyniszczała chorych na syfilis. W XVII wieku niemieccy kandydaci na lekarzy składali przy-sięgę, że nie staną się „mordercami i wytwórcami trujących mieszanek", przepisując pacjentom rtęć. Pierwiastek ten jednak nadal znajdował się w powszechnym użyciu nawet w Stanach Zjednoczonych. Doktor Nathaniel Chapman, pierwszy prezes Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego, napisał:
Quote
Gdybyście mogli zobaczyć to, co widzę: postacie wychudzone jak szkielety z obiema płytami czaszki niemal zupełnie podziurawionymi, bez połowy nosów, z gnijącymi żuchwami i owrzodzonymi gardłami... Zawołalibyście tak, jak ja to często czyniłem - straszna, zabójcza szarlataneria.
(...)
Dziewiąty prezydent Stanów Zjednoczonych William Henry Harrison złapał przeziębienie, które przerodziło się w zapalenie płuc. Wywołano u niego pęcherze, upuszczono mu krew, zmuszono go do wymiotów i zaaplikowano śro¬dek przeczyszczający. Podano także opium, koniak oraz ziele o nazwie rdest wężownik. Takiej samej terapii poddano rów¬nież Zacharego Taylora, dwudziestego prezydenta USA, który zjadł zbyt dużo jagód. Obaj zmarli.
Abraham Lincoln cierpiał na melancholię (depresję). Le¬karze i historycy uważają, że przyjmował „niebieskie piguł¬ki", przepisywane przez dziewiętnastowiecznych medyków na wszystko, łącznie z depresją. Tabletki te zawierały rtęć, silną neurotoksynę. Zażywana przeważnie dwa lub trzy razy dziennie, dostarczała dawkę niemal dziesięć tysięcy razy większą od tej, którą obecnie uważa się za dopuszczalną.
Pigułki te prawdopodobnie nasilały już istniejące skłonności do melancholii. Henry Clay Whitney, młody prawnik zdobywający właśnie doświadczenie w pracy w sądzie, widywał Lincolna przesiadującego samotnie w kącie.
Quote
Przygnębiająca i posępna melancholia nie dawała żadnej ulgi do chwili, gdy ożywiał się podczas przerw w rozpra-wach sądowych, wyłaniając się ze swej pieczary niczym człowiek przebudzony ze snu.
(...)
Usta dzieci

Według danych miejskiego urzędu stanu cywilnego ząbkowanie doprowadziło w 1839 roku do zgonów 5016 londyńskich dzieci.
Doktor Jacob Plank, ojciec współczesnej dermatologii, uważał, że ząbkowanie może powodować kalectwo lub też osłabienie. Natomiast wybitny chirurg z Londynu John Hun¬ter dopatrywał się w tym zjawisku przyczyny wydostawania się wydzielin z penisa.
Chcąc opanować tę tragedię, lekarze rzucili się na dziecię¬ce zęby i dziąsła wyposażeni we wszystko, co tylko mieli po ręką. W 1844 roku w czasopiśmie „Lancet" radzono lekarzom „nacinać" ostrym nożem wszystkie mleczne zęby raz a nawet i dwa razy dziennie. W innym czasopiśmie lamentowano nad nieśmiałymi „pozornymi nacięciami", zalecając kaleczenie zę¬bów i dziąseł aż do kości.
Szwedzki lekarz Rosen von Rosenstein stosował pijawki, które nękały małych pacjentów własnymi ząbkami. Zazwy¬czaj jednak narzędziem używanym w pierwszej kolejności był skalpel do dziąseł, noszony przez lekarzy w tylnej kieszeni. W ramach profilaktyki niektórym dzieciom przyżegano też tył głowy rozpalonym prętem.
Aby powstrzymać krzyki dzieci, lekarze zalecali leki bez recepty, takie jak woda koperkowa Woodward na kolki, skła-dająca się z alkoholu, oraz „Przyjaciel matki", czyli syrop ko¬jący niejakiej pani Windslow, zawierający morfinę i czasem wywołujący u dzieci uzależnienie. W Stanach Zjednoczonych winiono go za szereg śpiączek i zgonów niemowląt. Elektro-medyczny naszyjnik do ząbkowania marki Butler być może wyglądał przerażająco, ale to raczej leki zawierające rtęć wy-wołały epidemię „różowej choroby" (zatrucia rtęcią). Dopro-wadziła ona do śmierci od 10 do 25 procent dotkniętych nią dzieci.
Za zgony w Londynie odpowiedzialni byli lekarze, a nie ząbkowanie. Większość z pięciu tysięcy dzieci zmarła z powodu infekcji wywołanej używaniem brudnych narzędzi medycznych.
(...)

Sekret

W XVI wieku Peter Chamberlen wynalazł nowy rodzaj kleszczy. Ich konstrukcja była na tyle pomysłowa, że mogła wywołać małą rewolucję w położnictwie. Ta jednak nigdy nie nastąpiła, ponieważ Chamberlen trzymał swój wynalazek w tajemnicy.
W jednej z publikacji krytykował innych lekarzy za używanie „haków", które doprowadzały do śmierci zarówno dziecka, jak i rodzącej matki. Chwalił się swoim ratującym życie urządzeniem i wyrażał żal, że nie może wyjawić więcej, bo musi dbać o swoje interesy.
Rodzina Chamberlena zachowywała sekret przez dwieście lat. Kleszcze były ukryte w schowku, w atrakcyjnej skrzyni, ozdobionej tak, by przypominała szkatułę na pirackie łupy. Ta skrzynia ze skarbem, zaopatrzona w zamki, była tak ciężka, że dwóch silnych mężczyzn musiało wnosić ją do domu.
Podczas porodu drzwi do sypialni były zamknięte, zasłony opuszczone, a rodząca kobieta miała opaskę na oczach. Po-mocnicy walili młotami i uderzali w dzwonki, żeby odwrócić uwagę i zmylić innych, udaremniając odkrycie tajemnicy
Pod koniec XVII wieku Hugh, syn Petera, który potrze¬bował pieniędzy na sfinansowanie pewnych ciemnych ma¬chinacji na rynku nieruchomości, doszedł do wniosku, że sprzedaż tajemnego wynalazku będzie bardziej opłacalna niż trzymanie go dalej w sekrecie. Jego umowa z Francuzami nie doszła jednak do skutku, po tym jak matka i dziecko zmarli podczas prezentacji działania tego urządzenia. W 1693 roku Hugh sprzedał w końcu swój sekret Holendrom. Przekazał im połowę kleszczy, a oni naiwnie przyjęli ją z radością.
Tajemnica kleszczy przepadła wraz ze śmiercią rodziny Chamberlenów, nie wspominając już o zgonach noworodków i ich matek. Jednakże w 1813 roku pokojówka sprzątająca vv starym domostwie tego rodu znalazła schowaną pod podłogą klapę prowadzącą do ukrytej komory. Znajdowała się w niej skrzynia, a w niej listy miłosne oraz pierwsze kleszcze zaprojektowane przez Petera Chamberlena w XVI wieku. Nie stanowiąc już sekretu, są obecnie prezentowane na wystawie w Królewskim Kolegium Położników i Ginekologów w Londynie.
(...)

Gorączka połogowa

Wielki Ignaz Semmelweis, węgierski lekarz, który położył podwaliny pod nową gałąź medycyny - antyseptykę, zmarł w samotności i zapomnieniu, tak jak było mu pisane.
Gdy w 1846 roku został ordynatorem Szpitala Ogólnego w Wiedniu, kobiety tam rodzące umierały tak szybko i często, że przezorniejsze matki decydowały się na poród w domu.
Sekcje zwłok matek z oddziału położniczego tego szpitala wykazywały, że w organizmie kobiet znajdywano pełno „skrzepniętego mleka". Przyczyny pojawiania się takiego „mleka", o którym teraz wiadomo, że było zakażone, dopatrywano się w aurze czy też „wpływach atmosferycznych" wiszących niczym chmura nad szpitalem.
Semmelweis nie miał pojęcia o drobnoustrojach, ale wiedział, że ci sami lekarze, którzy rano kroją ciała zmarłych matek, popołudniu odbierają porody, nie myjąc przed tym rąk. Przypuszczał, że przyczyną zgonów pacjentek jest coś związanego z tymi medykami, a nie jakieś tajemnicze opary.
Nalegał, aby lekarze się myli, ale oni poczuli się dotknięci taką uwagą i nie wyrazili na to zgody. Wśród starszych medyków o ustalonej reputacji noszenie niechlujnego, poplamionego krwią kitla i rozsiewanie wokół „szpitalnego zapachu" uważane było za oznakę honoru.
W XX wieku temat dotyczący tego zjawiska wypalił się sam, znikając przynajmniej z poważanych czasopism medycznych.
Kiedy stażyści o bardziej otwartych umysłach zaczęli myć ręce, matki przestały umierać. Jednakże bardziej doświadczeni lekarze ze szpitala wygnali Semmelwiesa z miasta, do
czego przyczyniła się również nagonka w „Wiedeńskim Żurnalu Medycznym". I znowu więcej rodzących umierało.
W 1865 roku Semmelweis trafił za kratki w kaftanie bezpieczeństwa. Kiedy zmarł, najwyraźniej z powodu infekcji, jakiej nabawił się na oddziale, Węgierskie Stowarzyszenie Lekarzy z jego rodzinnego kraju odmówiło wydrukowania nekrologu. Jego smutny i haniebny koniec dowiódł raz na zawsze, że Semmelweis był zupełnie szalony.
W jego domu znajduje się obecnie muzeum. Na austriackich monetach widnieje jego podobizna, a mieszkanki Wiednia bezpiecznie rodzą w Klinice im. Semmelweisa.
(...)

Choroby psychiczne

Benjamin Rush, skarbnik amerykańskiej mennicy i sygnatariusz Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych oraz jeden z jej twórców, był najbardziej znanym amerykańskim lekarzem. Według jednego z historyków „przelał czy też upuścił więcej krwi niż jakikolwiek generał w dziejach".
Seria pomyłek Rusha rozpoczęła się podczas epidemii żółtej febry w Filadelfii w 1793 roku, kiedy to obstawał przy tym, że przyczyną wybuchu śmiercionośnej zarazy był zapach nasion kawy gnijących nad rzeką Delaware. Twierdził z przekonaniem, że choroba ta nie jest zaraźliwa, mimo że zmarła na nią jego siostra oraz jego trzech pomocników. Doktor Rush wywoływał pęcherze u swoich pacjentów, owijał ich w materiały nasączone octem, polewał zimną wodą i powodował u nich „sztuczne biegunki". A przede wszystkim upuszczał im krew - niejakiemu panu D.T. upuścił jej w sumie, choć nie na raz, ponad 15 litrów.
W 1773 roku Rush opublikował broszurę nawołującą do abolicji i został przywódcą ruchu na rzecz zniesienia nie¬wolnictwa. Jednakże w roku 1776 kupił sobie niewolnika. Gdy w 1784 roku przyłączył się do Pensylwańskiego Stowa¬rzyszenia Na Rzecz Zniesienia Niewolnictwa, wciąż był wła¬ścicielem niewolnika.
Rush, uważany za ojca amerykańskiej psychiatrii, twier¬dził, że przyczyną chorób psychicznych jest złe krążenie krwi w komorach mózgu, a także kiepska pogoda, przetaczanie ludziom zwierzęcej krwi, robaki oraz „powiązanie" istniejące między mózgiem a hemoroidami.
Zdaniem Rusha schorzenia umysłowe mogły być również wywoływane przez czynniki środowiskowe. Temu twierdze¬niu poświęcił większą część swojej książki Medical Inquiries and Observations, Upon the Diseases of the Mind (1812), która stała się najważniejszym podręcznikiem psychiatrii na niemal pięćdziesiąt lat.
Cytując znane twierdzenie barona Humboldta: „To rzadka sprawa... znaleźć rozeźlonego rosyjskiego wieśniaka", Rush uważał, że harmider związany z codziennym życiem na Za-chodzie wywołuje napady psychotyczne. Opisał przypadki bardzo uzdolnionych ludzi, którzy oszaleli pod wpływem my¬śli na temat wiecznego ruchu lub alchemii. Wspomniał o ak¬torze, który rozchorował się, gdy wygwizdano go na scenie, oraz niegdyś pięknej pani Montague, która postradała zmysły, kiedy spojrzała w lustro po raz pierwszy po jedenastu latach nieoglądania swojego oblicza.
Doktor Rush najbardziej zasłynął ze swojego poparcia dla humanitarnych metod leczenia osób chorych psychicznie. W szpitalu w Pensylwanii, gdzie pracował, kazał wyrzucić łańcuchy do przykuwania pacjentów i nalegał, żeby trakto¬wać ich jak rodzinę. Czasami sam przynosił chorym placek z owocami, ale także sprawiał im cierpienie dla ich własnego dobra. Uważał, że szaleńcy odczuwają wielki spokój na przy¬kład podczas ich podtapiania.
Polewał im plecy kwasem i nacinał nożami, a potem utrzymywał otwarte rany przez „miesiące lub lata", co miało ułatwić „stały wypływ wydzieliny z okolicy mózgu". A kiedy usłyszał o pochodzących ze środkowych Indii dzikich słoniach, które poskramiano, nie dając im jedzenia, fundował głodówki cho¬rym i cierpiącym.
Wieści o sposobach kuracji polecanych przez Rusha roze¬szły się po świecie. Doktor Gregory ze Szkocji zaprzągł kilku chorych psychicznie do wiejskiego pługa. Inny europejski medyk leczący pacjenta, któremu się wydawało, że jest rośli¬ną, podlewał go moczem z dzbanka do herbaty. Doktor Rush z aprobatą pisał o koledze po fachu, który włożył sztucznego węża do tabakierki chorego, oraz innym, który chwalił rysu¬nek kapusty swojego pacjenta, dobrze wiedząc, że chory za¬mierzał narysować piękny kwiat.
Zdaniem niektórych największym wkładem doktora Ru¬sha w dziedzinę psychiatrii było wirowanie. Jego pacjentów przywiązywano do krzeseł wiszących na łańcuchu przymo-cowanym do sufitu. Przez wiele godzin obracano ich dooko¬ła jak bączki do zabawy. „Nazwałem to wirówką" - oznajmił medyk. Doktor Rush wymyślił też szeroko stosowane „krzesło uspokajające" z dziurą w środku, umożliwiającą wypróżnianie się, na którym całymi godzinami lub dniami przetrzymywa no pacjenta zakneblowanego i z przewiązanymi oczami. Rush zaprojektował również obrotową tablicę podobną do koła fortuny, która miała służyć do przywiązywania i wirowania pacjentów, ale najwyraźniej nigdy nie używano jej w szpitalu Podobizna doktora Rusha wciąż zdobi pieczęć Amerykań skiego Towarzystwa Psychiatrycznego.
(...)

Lekarze od wirówek

Beztroscy lekarze obracali pacjentów na centryfugach, chcąc pozbyć się złych humorów w ich głowach.
Doktor Erazm Darwin, dziadek Karola i człowiek, który później ożywił nitkę wermiszelu w szklanej fiolce , w książce Zoonomia (Świątynia przyrody), wydanej w roku 1801, zapoznał świat z obrotową kozetką. Kanapa ta, choć niezbyt do¬brze wyściełana, miała służyć do tego, by pacjenci mogli spać podczas wirowania.
Kozetka Darwina zainspirowała takich pionierów leczenia chorób psychicznych, jak Joseph Mason Cox z prywatnego szpitala dla obłąkanych w Fishponds oraz William Hallo-
ran.
Stworzyli oni własne urządzenia obrotowe, na których można było wirować pacjentami sto razy na minutę. Hallo- ran zachłystywał się tym, że ma posłuch u pacjentów: „Od początku stosowania tego przyrządu nigdy nie straciłem władzy nawet nad najbardziej niespokojnymi i krnąbrnymi chorymi".
Kilka lat później doktor Ernst Horn z Berlina umieszczał setki swoich pacjentów na wirującym łóżku o średnicy blisko czterech metrów, obracanym za pomocą wału korbowego i sterowanym przez liny zwisające z sufitu.
Terapia Horna trwała od sześćdziesięciu do dziewięćdziesięciu sekund, a łóżko wirowało z prędkością stu dwudziestu obrotów na minutę. Horn, który został później generałem w wojsku pruskim, uważał tę centryfugę za jedno z narzędzi „terapii porządkowej". Napisał: „Im większe przerażenie chorego na widok tego urządzenia... tym bardziej dobroczynne skutki leczenia".
Horn został usunięty ze stanowiska za uduszenie pacjentki w jutowym worku, ale nie wpłynęło to zbytnio na powodzenie metody wirowania, która nadal była szeroko stosowana w kilku krajach. Działający model jego urządzenia ciągle istnieje i znajduje się w miejscu, gdzie mieścił się kiedyś szpital psychiatryczny Waldau, w Bernie, w Szwajcarii.
(...)
Niech rzeka płynie
Hemofilia (której nazwa oznacza dosłownie „umiłowanie krwi") była leczona w sposób okrutny, jeśli w ogóle próbo¬wano ją leczyć.
W dawnych czasach chorobę tę przeważnie lekceważono, chociaż w X wieku opisano hiszpańską wioskę hemofilików. Podobno w 1539 roku pewien golibroda zmarł po zadrapaniu się w nos nożyczkami.
Dopiero w XVIII wieku zwrócono uwagę na to schorze¬nie. Historie chorób ujawniają, że członkowie nieszczęsnego rodu Mampelów umierali z powodu skaleczenia warg, upadku z krzesła, przeskoczenia przez pień drzewa, uderzenia się ustami w drzwi, wpadnięcia pod koła wozu, potknięcia się o kamień po pijanemu oraz upadku z kijem w ustach. Pewien chory na hemofilię człowiek z innej rodziny przeżył podobno wszystkich, nie ruszając się z krzesła przez trzydzieści lat.
W latach trzydziestych XIX wieku specjaliści wiedzieli już, że przyczyną tej choroby są zaburzenia krzepnięcia krwi, ale lekarze pomijali ten prosty fakt przez siedemdziesiąt pięć lat. W tym czasie pacjentów z hemofilią często namawiano do poddania się zabiegom mającym poprawiać jakość życia, na przykład operacjom kolan, które czasem kończyły się śmiercią.
Wielu lekarzy uważało, że najlepiej pozwolić pacjentom całkowicie się wykrwawić. „Jednym z najbardziej zadowalających sposobów leczenia hemofilików jest pozostawienie ich samym sobie" - pisano w jednym z wiodących czasopism medycznych. W pewnym szpitalu taką kurację zastosowano u trzyletniego chłopca, który skaleczył się w język. „Krew tryskała z jego ust. Krwawienie trwało siedem dni, a on sam wyglądał jak woskowa lalka". Chłopiec zmarł.
Inni lekarze byli bardziej dynamiczni. W słynnym Szpitalu Salpetriere w Paryżu przystawili dwadzieścia pięć pijawek do
odbytu pacjenta, wiedząc, że ma hemofilię; on również odszedł z tego świata*.
Lekarze winą za chorobę obarczali hemofilików, uważając, że są nieostrożni i nieodpowiedzialni. Atakowano ich między innymi za to, że spacerują, chodzą do pracy i mieszkają w domach, gdzie nie ma mebli ze spiłowanymi kantami.
W 1898 roku w liście zamieszczonym w „British Medical Journal" nazywano chorych na hemofilię „uciążliwymi dziwakami", „niechętnie mówiącymi prawdę".
Pewien zniesmaczony doktor leczył nastoletniego chłopca z krwotokiem z ust. Zakłopotany pacjent zaprzeczał, jakoby był hemofilikiem. Kiedy jego matka stwierdziła co innego, chłopak dostał napadu złości. Wydając ostatnie tchnienie, upierał się, że krwawi nie częściej niż jego rówieśnicy. Autor listu uważał zmarłego chłopca oraz innych jemu podobnych za istną zmorę. Na list odpowiedział inny lekarz. Znał osobiście dwóch młodych chorych na hemofilię, którzy także nie przyznawali się do choroby. Trzeci zachowywał się tak okropnie, że jego rodzice mieli już dość i zapragnęli jego śmierci.
(...)

Zębowa wróżka

Amerykański psychiatra doktor Henry Cotton odkrył w koń¬cu przyczynę chorób psychicznych - były nią zepsute zęby. Wyrywając spróchniały ząb trzonowy, mógł powstrzymać „ognisko infekcji" przed rozprzestrzenianiem się i uchronić daną osobę przed depresją, schizofrenią i psychozą.
W latach dwudziestych XX wieku teoria zakażenia ognis-kowego, bardziej „naukowa" od twierdzeń Freuda i jemu po-dobnych, omal nie zrewolucjonizowała medycyny, a może na¬wet całego przyszłego kierunku rozwoju ludzkości. Wszystko, co lekarze mieli robić, sprowadzało się do wyrywania zainfe-kowanych zębów, a być może także wszystkich innych, które mogłyby się później zepsuć. W szpitalu stanowym w Trenton doktor Cotton oraz jego pracownicy wyrwali ponad jedena¬ście tysięcy zębów, w tym kilka należących do samego Cotto- na oraz jego żony i dzieci.
Zakażenie jednak rozwijało się nie tylko w zębach, a więc doktor Cotton zaczął usuwać pacjentom także inne narządy. Jak przenikliwie zauważył, wiele z nich było zupełnie niepo¬trzebnych. Wycinał zatem nerki, pęcherzyki żółciowe, jajniki i wszystko, co wpadło mu pod nóż. Niewiele osób się skarżyło, a ci, którzy to robili, byli uznawani za wariatów, więc nikt ich nie słuchał.
Psychicznie chorzy pacjenci doktora Cottona, po leczeniu czyści jak łza, doznawali niezwykłych uzdrowień, a jego epokowe odkrycia zostały potwierdzone przez wybitnych lekarzy z całego świata. W 1922 roku napisano w „New York Times":
Quote
W szpitalu stanowym w Trenton w New Jersey, pod przewodnictwem wspaniałego dyrektora medycznego doktora Henryego A. Cottona, trwają najbardziej dociekliwe, śmiałe i dogłębne badania, jakie kiedykolwiek przeprowadzano w dziedzinie chorób psychicznych i nerwowych. Jest nadzieja, wielka nadzieja na przyszłość.
Pacjenci doktora Cottona wcale nie powracali do zdrowia; umierali, często na stole operacyjnym. Sam Cotton zaczął za-chowywać się dziwnie. Dochodzenie jednak zostało umorzo¬ne. Narządy usuwano nadal, a pacjenci umierali.
Energiczny i ustosunkowany doktor Cotton pozostał bo-żyszczem medycznego establishmentu. Czasopisma medyczne go chwaliły i wydawano obiady na jego cześć. Powoływano się na jego „znakomitą technikę i trafny osąd w sprawach chirurgii" w „najbardziej postępowej na świecie instytucji opie¬kującej się chorymi psychicznie". Zamożni ludzie ustawiali się w kolejkach, aby wyrywać sobie zęby w drogich prywatnych uzdrowiskach i kurortach.
W 1925 roku Cotton zapadł na chorobę psychiczną. Po krótkim wypoczynku i wyrwaniu sobie kilku kolejnych zębów powrócił do pracy.
Kiedy zmarł, w „American Journal of Psychiatry" pisano o „niezwykłych dokonaniach tej jednej z najbardziej inspirujących postaci naszego pokolenia", a w „New England Journal of Medicine" chwalono wielki wkład doktora Cottona w sprawy dotyczące zdrowia i dobrego samopoczucia pacjentów.


Zobacz na:
Jatrogenia - choroby wywołane przez lekarzy
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=2077.0
Niewłaściwy Lek - Ludzki Koszt Wiwisekcji
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=909.0
Pacjentyzm
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=769.0
Film „Bought” czyli „Kupieni”
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1781.0
« Last Edit: (Sun) 11.10.2015, 12:53:55 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje