Author Topic: Etyka - Józef Innocenty Maria o. Bocheński  (Read 829 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Etyka - Józef Innocenty Maria o. Bocheński
« on: (Wed) 17.02.2016, 15:26:27 »
Etyka - Józef Innocenty Maria o. Bocheński



[hide login=1]ETYKA - Józef Innocenty Maria Bocheński.pdf   [/hide]

O ETYCE

Rozumiem przez „etykę" zespół zasad postępowania uznawanych przez nas w kierowaniu naszym życiem. Bo to, co się w moim życiu stanie, jakim ono będzie zależy w pewnej mierze ode mnie samego. Mówię w pewnej mierze, bo tylko bardzo młodzi albo bardzo naiwni ludzie mogą sobie wyobrażać, że ich życie całkiem od nich zależy. Naprawdę jest tak, że człowiek napotyka wszędzie na przeszkody, opory, granice, których przekroczyć nie może. Nasze życie jest mniej podobne do wolnego lotu jaskółki niż do szamotania się muchy, ciasno opasanej przez nici pająka.
Ale, mimo wszystko, niewiele jest bodaj położeń, w których nie mógłbym czegoś uzyskać. I dlatego do najważniejszych pytań, jakie mogłem sobie w ogóle zadać należą te dwa: czego ja w życiu chcę? i: jak mam się zachowywać, aby to coś uzyskać? To są dla mnie podstawowe pytania etyczne. Wiem dobrze, że inni ludzie sobie etykę inaczej wyobrażają. Nie chcę się z nimi sprzeczać. Mówię tylko, że mnie te właśnie, a nie inne pytania wydają się ważne.
Czy etyka jest w ogóle potrzebna? Czy potrzeba jakichś zasad, według których się życiem kieruje? Czyż nie jest lepiej dać się po prostu nieść przez wypadki? Wydaje mi się, że niektórzy tak właśnie myślą: uważają, że szkoda wysiłku na szamotanie się z Zeusem i Przeznaczeniem, że więc żadne zasady etyczne nie są potrzebne. Ta postawa - którą chcę nazwać „biernictwem" - jest dziś bodaj bardziej rozpowszechniona niż dawniej, a to chyba dlatego, że odczuwamy bardzo boleśnie naszą bezsiłę wobec społeczeństwa-potwora, który nas ze wszystkich stron osaczył i każe to czynić, co on chce, nie my.
Co powiedzieć o tym biernictwie? Ściśle mówiąc, dowodu, że ono jest złe, niesłuszne, nikt dać nie może. Bo aby wykazać, że jakaś postawa jest niedobra, trzeba założyć, że się czegoś chce: dobre i złe jest coś zawsze ze względu na jakiś cel. Otóż bierniak właśnie niczego nie chce, trudno więc z nim się sprzeczać. Mogę tylko powiedzieć, że z mojego stanowiska biernictwo jest złe. a mianowicie, że prowadzi do zmniejszenia tego cze|o ja chcę w życiu. I aby od razu to jasno powiedzieć, jeśli o mnie chodzi, chcę osiągnąć możliwie najwięcej zadowolenia, szczęścia, czy jak to kto chce nazwać. Mówię więc, że biernictwo temu celowi szkodzi, że prowadzi do zmniejszenia szczęścia, do nieszczęścia. Dodam jeszcze, że bierniak to człowiek niejako umarły: zachowuje się jak martwy liść miotany wichurą, nie jak pilot co umie i chce swoim lotem kierować. Otóż ja wprawdzie wiem, że mnie niebawem zawiozą do instytutu anatomicznego (jestem wrogiem zabobonów praktykowanych na pogrzebach i kazałem mojego trupa oddać uczącej się młodzieży), ale na razie nie jestem jeszcze trupem i chciałbym, o ile się da, moim życiem pokierować - przynajmniej w tej mierze, w jakiej to jest możliwe. Otóż, jak już powiedziałem, takie kierowanie jest w pewnej mierze możliwe. A skoro ktoś może czymś kierować powinien wiedzieć ku czemu i jak; etyka mówi właśnie ku czemu i jak kierować życiem. Wynika stąd następujące twierdzenie.

Przyjęcie jakiejś etyki jest rozsądne i celowe.

Nasuwa się teraz dalsze pytanie: jeśli już mam jakąś etykę mieć, to skąd ją wziąć? Kto ma o tym rozstrzygać, jakimi zasadami będę się kierował w życiu? Rozglądając się po tym, co się wokoło mnie dzieje, widzę, że świat jest pełny moralistów. Są to osobniki, które uważają, że przysługuje im prawo pouczać mnie do czego powinienem w życiu dążyć i jak się mam w nim zachowywać. Wydaje mi się też, że dawniej było ich mniej niż dzisiaj. Prawo pouczania innych o obowiązkach mieli dawniej rodzice wobec dzieci i ksiądz proboszcz wobec para¬fian. Ale ostatnio ród moralistów rozmnożył się zastraszająco: mamy nie tylko cymbalistów, jak mówi poeta, ale i moralistów wielu. Nasi dziennikarze, politycy, ideologowie, a nawet artyści uważają dziś za swój obowiązek (i naturalnie za swoje prawo) pouczanie mnie, co mam czynić i jak moim życiem kierować. Aby tylko jeden przykład przytoczyć: komuniści zapaskudzili duchową atmosferę opanowanych przez siebie krajów moralizowaniem. Ze wszystkich stron hukają na człowieka nakazy, zakazy, wezwania moralne: powinieneś, winieneś, masz obowiązek i tak dalej.
Co o nich sądzić? Ja nie odrzucam wszelkiej rady od ludzi mą-drzejszych i uczciwszych ode mnie - nie raz i nie dwa zdarzyło mi się zapytać w trudnym położeniu przyjaciela: jak sądzisz? Czy wolno mi to zrobić? Czy to byłoby w porządku? To jest sprawa istnienia moral¬nych autorytetów, o których mam nadzieję później coś powiedzieć. Myślę, że takie autorytety istnieją.
Ale z tego nie wynika jeszcze bym miał uzależniać odpowiedź na zasadnicze pytania mojego życia od takich autorytetów. Chodzi o mo¬je własne życie, o to trochę co ja mogę z niego zrobić, chodzi o wy¬znaczenie celu tego życia - mojego własnego, jedynego życia. Nie wydaje mi się, bym mógł się w takiej sprawie na kogokolwiek zdawać. Powiedziałem sobie więc, że nie dam się zahukać. Muszę sam sobie określić, czego ja w życiu chcę i jakimi zasadami będę się w nim kierował.
Jeszcze jedna uwaga: mówi się często, że każda etyka jest wytwo¬rem społecznym, że wynika z potrzeb wspólnoty - że więc to owa wspólnota ma prawo nam mówić jak powinniśmy postępować, jaką etykę wyznawać. Otóż pomijając fakt, że przesłanka jest fałszywa (jako że człowiek jest zwierzęciem, które ma także własne, nie-spo- łeczne potrzeby) - rozumowanie jest sofistyczne. Nawet gdyby etyka była wytworem społecznym, nie wynikałoby z tego, że przyjęcie albo odrzucenie jej należy do kogokolwiek innego niż ja sam. Bo szewc wprawdzie robi buty, ale nie do niego należy rozstrzygać, jakie buty mam nosić, czarne czy żółte.

Wybór etyki jest sprawą osobistą.

Zastanawiając się nad tym wyborem widzę dalej, że podstawową rolę w każdej etyce odgrywa ogólna zasada, głosząca, że to i to jest dobre, moralne, a tamto niedobre, niemoralne. Otóż z tego, całkiem ogólnego stanowiska, istnieje zaledwie parę naprawdę różnych etyk.
Etyka pojmowana jest zwykle jako zbiór nieprzyjemnych zakazów. Co do mnie, nie wątpię, że wielu ludzi taką właśnie etykę wyznaje. Ale to nie jest moje podejście do niej.
Niemiecki poeta Schiller napisał na ten temat zabawny wierszyk. Kocham, pisze, przyjaciół i z przyjemnością oddaję im usługi. To jest oczywiście niemoralne. Co robić? Wiem! Zacznę ich nienawidzić i wtedy moje usługi przyjacielskie staną się zgodne z Obowiązkiem, moralne.
Wynika z tej zasady także, że tylko to, co wykonane pod nacis¬kiem woli jest dobre.
Co o tej etyce powiedzieć? Jest w niej zapewne ziarno prawdy. Ale zastanawiając się nad nią dochodzę do przekonania, że nie mogę się z nią zgodzić. Bo, po pierwsze, dlaczego ja mam właściwie żyć zgod¬nie z Obowiązkiem? W imię czego ci ludzie hukają na mnie o mo¬ralności i powinności? Otóż zdaniem zwolenników tej etyki, w imię niczego. Pytać o powód, o cel, można, powiadają, w technice. Na przykład, nakaz „załącz ogrzewanie gaźnika gdy jest zimno i wil¬gotno" jest słusznym nakazem dla pilota, bo jeśli nie załączy ogrze¬wania gaźnika w tych warunkach, silnik samolotu stanie. Ale, mówią dalej, takich pytań nie można z sensem stawiać, gdy chodzi o etykę, o Obowiązek. Na przykład, Henryk powiada Ignacemu: „Wiesz co, twoja matka śpi; ona ma sto franków w stoliku. Weź brzytwę, poderż¬nij jej gardło, i pójdziemy pić za te pieniądze". Na to Ignacy: „Ja przecież tego nie mogę zrobić!" Henryk: „Dlaczego?" Otóż na to „Dlaczego?" nie ma, powiadają, odpowiedzi. Jest już tak: „Nie będziesz podrzynał twojej matce gardła brzytwą, aby zdobyć sto franków na picie". To jest nakaz (uczenie nazywają go „impera¬tywem") kategoryczny, nie warunkowy.
Etyka nakazuje bezwarunkowo, bez żadnego uzasadnienia ani celu. Pytać się po co się nie podrzyna matce gardła, to jest pytać jaki za to niepodrzynanie dostanę napiwek. Taki napiwek obiecuje na przykład, powiadają, chrześcijaństwo, kiedy uczy, że powinienem to czy owo czynić, aby się dostać do nieba. Pfe: to z moralnością nie ma nic wspólnego: to jest podła, przyziemna technika, nie etyka.
Prawda? Nieprawda. Nie trzeba się dać zahukać. Człowiek nie może działać bez jakiegoś celu. Etyka bezcelowa to żelazne drzewo i kwadratowe koło. Ja przynajmniej nie potrafię niczego całkiem bez¬celowo zrobić. W sprawie owej brzytwy i matki, cel Ignacego jest moim skromnym zdaniem jasny. Nie jest nim zapewne jego dostanie się do nieba, ale całkiem oczywiście uniknięcie czegoś, co on odczu¬wa jako wstrętne, arcynieprzyjemne.
W każdym razie położenie jest takie, że ja w ramach tego poglądu dalej nie wiem, dlaczego mam Obowiązek pełnić.
Nasuwa to porównanie owej nauki z praktyką życiową. Oto dwa przykłady z niej zaczerpnięte. Wyobraźmy sobie, że przechadzam się po mieście ze św. Franciszkiem z Asyżu i że spotykamy żebraka. Ja wyciągam powoli sakiewkę i daję - z bólem serca, bo dawać bardzo nie lubię - pięćdziesiąt groszy. Natomiast św. Franciszek daje wszy¬stko co ma, odruchowo, z radością, bez najmniejszego przymusu. Kto z nas dwóch, pytam się, jest lepszym człowiekiem, stoi moralnie wyżej? Przecież nie ja, ale św. Franciszek! A według tej teorii to ja byłbym osobnikiem wysoko moralnym, nie on. Wolne żarty!
Albo weźmy dwóch żołnierzy, Jana i Karola. Jan ma ogromnego stracha i najchętniej schowałby się w jakąś szczelinę, ale siłą woli zmusza się, by iść naprzód i strzelać. Ręce mu się wprawdzie trzęsą i strzela Panu Bogu w okno, ale przecież strzela. Za to Karol nie boi się, idzie śmiało i strzela dobrze. Otóż według etyki Obowiązku, to nie Karol, ale Jan byłby dobrym żołnierzem. Muszę znowu powie¬dzieć: wolne żarty!
Wreszcie owa etyka Obowiązku wygląda mi na rodzaj nie¬znośnego chomąta, które mi pp. moraliści usiłują nałożyć. Że jakieś ograniczenia są konieczne, nie chcę przeczyć. Że, naprawdę, owa Pflichł pruskiego filozofa wydaje mi się czymś w najwyższym sto¬pniu niesympatycznym. Sądzę nawet, że nie tylko ja to tak odczuwam. Bodaj przytłaczająca większość ludzi uważa etykę za coś arcy- nieprzyjemnego. Skutek jest taki, że jeśli się nie mylę, przytłaczająca większość nie żyje zgodnie z etyką, którą wyznają - podkreślam, którą naprawdę, nie tylko słownie wyznają. Wreszcie, kiedy patrzę na skutki owego morał izowania w imię Obowiązku, przychodzę do wniosku, że jest ono w bardzo wielu wypadkach przyczyną nie¬szczęść.
Te i tym podobne rozważania skłaniają mnie do odrzucenia tej etyki. Uważam ją za nieporozumienie i to za groźne nieporozumienie, bo przyczynia się do wyrw ¿lia ludziom nawet tego trochę szczęścia jakie mogliby bez niej osiągnąć.
Otóż, odrzucając ją odczuwam silną pokusę wyrzucenia za burtę wszelkiego przymusu tego rodzaju - i z tym przechodzę do drugiego rodzaju etyki. Pokusa jest, by żyć według rady poety:

Quote
Hej, użyjmy żywota! Wszak żyjem tylko raz; Niechaj ta czara złota Nie próżno wabi nas.
Hejże do niej wesoło! Niechaj obiega w koło, Chwytaj i do dna chyl Zwiastunkę słodkich chwil!

Etyka to duchowe chomąto nałożone na człowieka, to przymus wykonywania rzeczy nieprzyjemnych. O ileż moje życie byłoby prostsze, jaśniejsze, bardziej radosne, gdybym mógł żyć według filareckiej maksymy! Jeśli o mnie przynajmniej chodzi, trudno mi nie marzyć o takim właśnie życiu. Przyznaję otwarcie, że wyobrażam sobie czasem siebie jako źrebraka, któremu zdjęto chomąto - może biegać wolno po łące, rżeć, wierzgać i robić, co mu się żywnie po¬doba. Wydaje mi się zresztą, że nie jestem wyjątkiem pod tym względem. Wygląda to tak, jak gdyby wakacje były czymś w rodzaju przejściowego ustępstwa na rzecz owej postawy; w ciągu kilku dni albo i tygodni nie czuję się zobowiązany do pracy, do wstawania o określonej godzinie, itp. Co prawda wakacje nie zwalniają mnie ze wszystkich przepisów etyki - ale przynajmniej od niektórych. A to jest nadzwyczaj przyjemne.
Spróbujmy nieco uściślić myśl wypowiedzianą w pięknych sło¬wach Mickiewicza. Chodzi w nich o pewną zasadę postępowania w życiu, a więc, mimo wszystko, o pewną etykę - tylko że ta etyka różni się od wszystkich innych zupełnym brakiem przymusu, zaleca pełną wolność działania. Nazwijmy ją „etyką źrebaczą". Jej myśl przewodnią można wypowiedzieć w takich oto słowach:

Dobre i moralne jest to, co daje działającemu natychmiast najwięcej przyjemności.

To jest więc druga możliwa postawa wobec etyki. Podobnie jak owa pierwsza, stoicka, tak i źrebacza jest chyba wielce rozpow¬szechniona. Co prawda mało kto ośmiela się ją otwarcie wyznawać: boi się, że go zahukają moraliści i społecznicy. Rzecz dość uderzająca także, że w całym, olbrzymim piśmiennictwie na temat spraw etycz¬nych znajduję tylko całkiem wyjątkowo filozofa, który by miał od- wagę ją głosić. Nie głosił jej np. nawet ów sławny Epikur, któremu przypisuje się Bóg wie jakie bezeceństwa. Epikur uczył potrzeby różnych aretai cnót, jak mówił - a więc sprawiedliwości (nie kraść), umiarkowania, (nie jeść i nie pić za wiele) i tym podobnych nieprzy¬jemnych zakazów. Inaczej, powiadał, nie będziemy szczęśliwi.
Ale jeśli filozofowi za coś płacą - bo płacą choć licho - to chyba za to, żeby się nie dał nabierać przez publiczną opinię - żeby miał odwagę myśleć nawet tam, gdzie nikt inny nie myśli. Trzeba więc so¬bie postawić pytanie, czy źrebacza etyka jest rozsądną, słuszną. Poku¬sa, aby tak uczynić jest, jak powiedziałem, wielka.
Ale muszę powiedzieć: niestety - nawet prosty namysł pokazuje dowodnie, że tak nie jest. Że etyka źrebacza jest kiepską etyką. Najpierw dlatego, że bardzo często prowadzi do zmniejszenia szcz꬜cia. Niejaki Joad, popularny filozof angielski i autor zabawnej książki pt. The Book of Joad pisze w niej, że się w ciągu wielu lat do takiej właśnie etyki przyznawał: robił zawsze to, co mu dawało natychmiast najwięcej przyjemności. Między innymi palił ile mu się zachciało. Niestety, pisze, palił coraz więcej i miał z tego palenia co¬raz mniej przyjemności. Porzucił więc z bólem serca swoją etykę źre- baczą i przyjął zasadę, że jakiś przymus trzeba sobie mimo wszystko nałożyć.
Pomyślmy zresztą tylko o skutkach, jakie przyjęcie tej etyki by za sobą pociągnęło. Jednym z nich byłby zakaz wspinania się na góry, taternictwa. Bo przecież taternik drapie się na szczyt z niemałym wy¬siłkiem i wbrew licznym nieprzyjemnościom. Kiedy dochodzi do niego jest nieraz zmęczony, zziębły, przemoknięty. Przyjemne to wszystko chyba nie jest. On ma zadowolenie, ale nieprawdą jest, że on szuka tylko natychmiastowej przyjemności, bo zadowolenie i przy¬jemność to nie to samo - i nasz taternik całkiem jasno poświęca przy¬jemność na rzecz osiągnięcia szczytu, a więc zadowolenia.
Podobne zjawiska znajdujemy także w innych dziedzinach. Fran¬cuski entomolog Favre opowiada, że chcąc się dowiedzieć, czy kał pewnych gąsienic zawiera truciznę, przylepił sobie porcję tej materii plastrem do ramienia i poszedł spać. Po paru godzinach zbudził się z gwałtownym bólem w ramieniu. Ten ból, pisze, sprawił mu ogrom¬ne zadowolenie. A więc i tu zadowolenie to nie to samo co przy¬jemność. Jest jasnym, że gdyby człowiek powodował się tylko przyjemnością, to pędziłby życie bardzo ubogie - ani taternictwa, ani osiągnięć naukowych by w nim na przykład nie było. No i jak do¬wodzi wypadek papierosów Joada, ten człowiek nie byłby szczęśliwy.
Tak więc przychodzi mi z przykrością i tę etykę odrzucić. Trzeba szukać czegoś lepszego.
Może najpierw taka oto uwaga. Dwie powyżej wspomniane etyki są fałszywe, ale to dlatego, że są jednostronne. Innymi słowami, wydaje mi się, że nie są całkiem fałszywe, że każda zawiera coś prawdziwego - a ich fałszywość polega tylko na tym, że uwzględniają tylko jedną stronę złożonego zagadnienia. W rzeczy samej kiedy zastanawiam się nad moim życiem, stwierdzam, że było ono bardzo często wahaniem się między etyką obowiązku a etyką przyjemności. Można by pójść jeszcze dalej i powiedzieć, że było kompromisem między obiema. A jeśli o innych chodzi, są może ludzie, którzy żyją tylko dla obowiązku i tacy, co gonią wyłącznie za przyjemnością - ale to są bodaj rzadkie wyjątki. Jeśli się nie mylę, przytłaczająca większość ludzi żyje, jak ja, w wahaniu się, w kompromisie.
Ot, teraz, gdy piszę te słowa, zachciewa mi się ogromnie papie¬rosa; zarazem wiem, że wypaliłem już moją porcję dzisiejszą, że dalsze palenie jest złe dla mojego zdrowia, że więc brać tego papie¬rosa nie powinienem. Dziś wieczór zwyciężył głos Obowiązku i nie zapaliłem; ale kiedy indziej poszedłem za wołaniem przyjemności. Wybierałem raz jedną, raz drugą etykę.
A jeśli tak jest, nasuwa się oczywiście pytanie, czy istnieją jakieś zasady, według których mógłbym rozsądnie wybierać, a jeśli tak, to jak one wyglądają? Szukam zasady, która by była słuszna, rozsądna, i która pozwoliłaby mi rozsądnie wybierać. Co to znaczy?
Wydaje mi się, że te wszystkie słowa znaczą to samo co „celowa". Mówimy, na przykład, że przysłowiowa rada „po obiedzie nie wylę¬gaj, ale tysiąc kroków biegaj" jest dobra, słuszna, rozsądna, bo takie bieganie przyczynia się do lepszego trawienia; a więc i lepszego zdrowia i humoru - co zdaje się być celem. Przepis „zwalniaj przed zakrętem" jest uważany za słuszny, bo zapewnia w pewnej mierze, że się na zakręcie z drogi nie wyleci. O słuszności i niesłuszności zasad można rozstrzygać tylko ze stanowiska jakiegoś celu.
Trzeba mi więc szukać owego celu. Aby wiedzieć, co jest dobre i moralne, muszę wiedzieć do czego w życiu dążę, jaki cel chcę osiągnąć.
Oczywiście, nie może chodzić o jakiś jeden, jedyny wielki Cel, o jakąś Sprawę jedyną, której chciałbym wyłącznie służyć. W życiu ludzkim jest wiele wzajemnie niezależnych celów. Pytanie dotyczy więc nie celów konkretnych, ale ogólnej racji, dlaczego takie właśnie cele stawiam. Dlaczego np. jeden chce się nauczyć nawigacji, a inny gry w szachy? Dlaczego Bernard uważa skrzyżowanie żubrów z krowami za swój cel najważniejszy? Co skłania młodych Irańczyków do zaciągania się do antyizraelskiego legionu?
Odpowiedź na to pytanie jest zdumiewająco prosta, ale zarazem, przynajmniej na pierwszy rzut oka, oburzająca. Brzmi bowiem tak:

Każdy człowiek stara się zawsze i wyłącznie osiągnąć to, o czym sądzi, że da mu stosunkowo największe zadowolenie.

Myślę, że to twierdzenie wyda się wielu dziwne. Mówię w nim bowiem, że człowiek szuka zawsze swojego zadowolenia. Otóż, po¬wie niejeden, znamy wiele wypadków, w których działający poświęca zadowolenie własne na rzecz zadowolenia czy nawet przyjemności innych. Tak na przykład Idzi, który koniak bardzo lubi, ale mimo to poświęca ciężko zarobione grosze nie na dobrą butelkę tego trunku, ale aby kupić zabawkę małej dziewczynce. Dlaczego tak czyni? Oczywiście, powie mi, aby sprawić przyjemność nie sobie, ale Jasi. Nieprawdą jest więc, będą mi mówili, że człowiek działa zawsze tak, aby uzyskać jak najwięcej własnego zadowolenia. Zresztą znamy bohaterów, którzy poświęcają nawet zdrowie i życie dla jakiejś Spra¬wy, to jest dla innych.
Zapewne. Ale kiedy się pytam, dlaczego Idzi chce raczej kupić ową zabawkę niż koniak, to pokazuje się, że po prostu dlatego, iż widok uszczęśliwionej Jasi sprawia mu więcej zadowolenia. A jeśli o męczenników chodzi, to oni wybierają raczej męki i śmierć niż zdradę swojej wiary, albo kolegów, bo myśl o niej jest im wstrętniejsza od myśli o męce i śmierci. Człowiek działa zawsze po to, aby osiągnąć możliwie największe własne zadowolenie.
A jeśli tak jest, trzeba mieć odwagę wyciągnąć wniosek.

Dobre i moralne jest to, co daje działającemu stosunkowo największe zadowolenie.


Muszę przyznać, że to twierdzenie zdaje się, na pierwszy rzut oka, podważać podstawy wszelkiej znanej nam etyki. Byli w dziejach i są zapewne jeszcze dzisiaj ludzie, którzy największe zadowolenie znaj¬dują w mordowaniu małych dzieci. Wielu jest takich, co widzą je w zastrzykiwaniu sobie jakiejś trutki. Czyż mamy powiedzieć, że ich postępowanie jest dobre i moralne? Taka myśl wydaje się oburzająca. Jakże można - powie mi niejeden - podobne rzeczy na serio głosić?
Co na to powiedzieć? Moim zdaniem zachodzą tutaj nieporozu¬mienia. Zacznijmy od wypadku owego narkomana. On wprawdzie sądzi, że wstrzykiwanie sobie heroiny da mu stosunkowo największe zadowolenie - ale to jest właśnie błąd, nieprawda. Trucizna sprowadzi na niego chorobę, cierpienie, przedwczesną śmierć. A więc nieprawdą jest, by jego czyn był dobry. Jest zły, bo zamiast prowadzić do stosunkowo największego zadowolenia, zmniejsza je ogromnie.
Jeśli chodzi o mordercę, zdarza się, że to rozumowanie stosuje się i do niego. On wprawdzie cieszy się z widoku krwi niewinnej, ale na długą metę przyjdą wyrzuty sumienia, no i nieszczęście. Rzecz w tym, że zabijając dzieci on postępuje wbrew bardzo podstawowej potrzebie człowieka, a mianowicie potrzebie zachowania gatunku. Ta potrzeba jest zwykle tak mocna, że prędzej czy później gwałcenie jej do¬prowadzi do nieszczęścia dla gwałcącego.
Teraz nie chcę twierdzić, by tak było zawsze. Są być może ludzie chorzy na morał insanity, jak mówią Anglicy, na chorobę moralną, to jest nieczuli na owe podstawowe potrzeby. Nam, przytłaczającej większości członków wspólnoty, do której morderca należy, jego czy¬ny są wstrętne. Dlatego mamy dobrą podstawę do przeszkodzenia im - na przykład do zamknięcia tego człowieka, by nie mógł mordować, albo nawet do stracenia go. Ale to jest dziedzina prawa, nie etyki. Etyka jest sprawą osobistą i nie może być narzucona z zewnątrz. Jeśli ktoś już jest taki, że znajduje zadowolenie w mordowaniu, to my, inni ludzie, tego zmienić nie możemy. Ze stanowiska etyki tego człowieka jego mord jest dobry i moralny, choć nie z naszego. Wybór jest przecież sprawą osobistą!
Czyż jednak, jeśli tak jest, etyka nie staje się czymś całkiem dowolnym? Wolnoć Tomku w swoim domku! Ignacy uważa, że ma¬tkę powinien szanować; Henryk, że należy ją zamordować i obaj mają rację. Oburzające, nieprawda? Najgłośniej będą się zapewne oburzali społecznicy, ci, dla których etyka jest wytworem stada. Tylko że róż¬nica między mną a nimi polega wyłącznie na tym, kto etykę wybiera. Oni sądzą, że społeczeństwo, mnie się wydaje, że każdy z nas, zwy¬kłych ludzi. Dowolność w każdym razie pozostaje. Nie ma więc i o czym mówić.
W dodatku ja nie twierdzę, by dowolność w wyborze etyki była zupełna. Wydaje mi się, że istnieją granice w wolności jej wyboru. Rzecz widzę mianowicie tak mniej więcej. Co to jest zadowolenie? To jest stan, który występuje, gdy jakaś potrzeba jest zaspokojona. A więc, im potrzeba jest większa, tym zadowolenie z jej zaspokojenia powinno być większe. Otóż prawdą jest, że my często wymyślamy potrzeby, tak np. ten chłopiec, który nie może żyć bez motocykla. Ale przecież przed i niejako ponad tymi wymyślonymi potrzebami muszą w nas tkwić jakieś potrzeby, także podstawowe, ramowe, niezależne od naszej woli. Otóż myślę, że one są związane z tym, czym jesteśmy, naszą budową ciełesno-duchową - czyli z ludzką naturą. Najjaśniej wypowiedzieli chyba tę myśl starożytni cynicy, ówcześni hipisi, któ¬rzy głosili zasadę homologiimenos te fyzej zen - należy żyć w zgodzie z przyrodą. Cynicy byli dziwnymi rewolucjonistami, za nic sobie mieli wszystkie umowy społeczne (na przykład, aby być do ich grona przyjętym, trzeba było popełnić publicznie samogwałt), ale przy całej przesadzie myśleli zdrowo w sposób przyrodniczy, uważali człowieka (jak trzeba go uważać) za rodzaj zwierzęcia. Nazywali się „cynikami" od kyon, co po grecku znaczy tyle co „pies": ich ideałem była sobaka.
Ja sam nie potrafię iść aż tak daleko. Wydaje mi się, że człowiek się przecież w tym czy owym od psa różni. Ale tyle jest w cynizmie prawdy, że, po pierwsze, istnieje jakaś przyroda (natura) ludzka i , po drugie, nie może być pełnego zadowolenia, gdy się ową przyrodę i jej podstawowe potrzeby gwałci. Dziś mało kto odważa się do tej zasady przyznać. Żyjemy w czasach rozpasanego społecznictwa. Karol Marks powiedział kiedyś, że przyroda ludzka to po prostu zespół spo¬łecznych stosunków - a za nim powtarzają to samo inni. Tylko że to jest dla przyrodniczo myślącego głupstwo: człowiek ma przecież nogi, nerki, nerwy, wątrobę i tym podobne, które, jako żywo, od żad¬nych stosunków społecznych nie zależą. Człowiek jest, co prawda, zwierzęciem stadnym i stoi pod silnym wpływem stada (to jest jak pięknie mówią: społeczeństwa), ale jest najpierw i przede wszystkim- zwierzęciem, organizmem. Ten organizm ma pewną budowę, pewne przyrodzone potrzeby. Ową budowę z jej potrzebami nazywam właś¬nie „przyrodą człowieka" i powiadam, że aby osiągnąć pełne zado¬wolenie wypada mi żyć zgodnie z jej potrzebami.
Stąd dla zwykłego, normalnego człowieka:

Dobre i moralne jest tylko to, co nie stoi w sprzeczności z podstawowymi potrzebami związanymi z naturą ludzką.

To cyniczne zdanie można, rzecz jasna, wykładać w rozmaity sposób. Można by z niego wywieść na przykład potępienie lotnictwa. Powiadają wprawdzie, że pochodzimy od ryby, ale nikt nie mówi byśmy pochodzili od jakiegoś ptaka. Stąd człowiek nie ma żadnych wrodzonych danych po temu aby latać i dlatego pierwsze lądowania ucznia-pilota są tak traumatyczne. Trzeba by więc latanie potępić, jako coś niemoralnego - a z nim bodaj całą technikę, albo prawie.
Ale ja tego zdania tak nie rozumiem. Aby wyjaśnić, co mam na myśli, muszę zapuścić się w krótki rozbiór owej ludzkiej natury. Sądzę, że znajdujemy w niej jakby trzy poziomy: osobisty, płciowy i stadny.
A więc każdy człowiek jest najpierw istotą żyjącą i jak każda istota żyjąca dąży do zachowania własnego życia, zdrowia, całości cielesnej, miejsca do rozwoju i tym podobnych. Odczuwa więc w pierwszym rzędzie potrzebę zapewnienia sobie bezpieczeństwa, żywności i tak dalej. Tak zwany „instynkt samozachowawczy" jest na pewno wyra¬zem tej potrzeby, ale nie on tylko.
Po drugie, człowiek jest istotą płciową, jak większość innych zwierząt. Rozumiem przez to fakt, że rozmnaża się przez spółkowanie i wychowanie dzieci. Stąd mężczyzna potrzebuje kobiety i odwrotnie. Stąd potężne uczucia miłości erotycznej, a także zespół tych uczuć, które łączą rodziców z dziećmi a dzieci między sobą i z rodzicami. Uzyskanie tego wszystkiego, co zapewnia przyszłość rodziny jest więc jedną z wielkich potrzeb człowieka.
Wreszcie człowiek jest zwierzęciem stadnym. Zbiera się z innymi ludźmi w gromady większe od rodziny, do pracy, na polowanie, a zwłaszcza na wojnę z innymi ludzkimi gromadami. Taka gromada musi mieć pewną spójność, aby móc sprawnie polować, walczyć. Stąd potrzeba tak zwanej miłości bliźniego, troski o dobro innych człon¬ków gromady; stąd też zasady tak zwanej sprawiedliwości społecznej i sprawiedliwości w ogóle, bez zachowania których nie byłoby po¬rządku a więc i sprawności w gromadzie. Stąd też niemal wszystko, co ma do czynienia z żądzą władzy, z tzw. honorem jednostki.
Nie sądzę, aby tej wielowarstwowości ludzkiej natury i człowie¬czych potrzeb można było przytomnie przeczyć. A jednak, kiedy prze¬glądam dzieje etyki, znajduję mnóstwo systemów jednostronnych, zalecających zaspokajanie potrzeb jednego tylko rodzaju. Jedni - jak Max Stimer - widzą tylko potrzeby osobnicze, nie dostrzegają oczy¬wistego faktu, że mamy także potrzeby rodzinne i stadne. Taki in¬dywidualizm musi być fałszem - w tym znaczeniu, że człowiek, któryby chciał żyć według jego zasad nie byłby szczęśliwy. Inną, dużo bardziej rozpowszechnioną jednostronnością jest spolecznictwo, pogląd, według którego powinniśmy wyłącznie służyć społeczeństwu, to jest zaspokajać tylko nasze potrzeby stadne, a nie osobnicze ani rodzinne. Ale dobra, prawdziwa etyka nie może być jednostronna - musi pozwałać, a nawet nakazywać zaspokojenie wszystkich trzech rodzajów potrzeb.

Dobra etyka nakazuje zaspokojenie potrzeb zarówno osobniczych, rodzinnych jak i stadnych.

Piszę to zdanie z pewną melancholią. Byłoby znacznie prościej mieć etykę uproszczoną - taką np. jaką głosił Lenin: dobre i moralne jest według niego to, co służy burzeniu dawnego ustroju, a więc jakimś celom społecznym. W takiej etyce wszystko jest jasne - wy¬raźne, nie ma konfliktów, trudności wyboru. Natomiast etyka wszech¬stronna stawia mnie w trudnym położeniu. Bo między potrzebami owych trzech poziomów zachodzą sprzeczności. Odczuwam potrzebę obrony mojego stada (np. narodu), a więc moja etyka nakazuje mi na¬rażanie się w walce - podczas gdy równocześnie odczuwam silną potrzebę nienarażania mojego zdrowia i życia. Etyka wszechstronna musi być etyką konfliktów i trudnych rozstrzygnięć.
Czy istnieje jakiś klucz, pozwalający mi wybierać? Na ogół sądzi się, że taki klucz istnieje. Wygląda on według przyjętych poglądów tak, że pierwszeństwo ma poziom stadny przed rodzinnym, a ten przed osobniczym. To jest, jeśli wolno ją tak nazwać, etyka Winkel- riedowa. Winkelried, legendarny bohater szwajcarski, chwycił dzidy nieprzyjacielskie i skierował je w swoją pierś, aby zrobić wyłom w szeregach wroga i umożliwić zwycięstwo swoim. Poświęcił swoje życie dla dobra Narodu, czy jakby on to nazwał - w każdym razie na rzecz stada. Innymi słowami, uznał, że zaspokojenie potrzeb stadnych idzie przed zaspokojeniem osobniczych. Wygląda tak, jak gdybyśmy wszyscy pochwalali ten sposób postępowania, a z nim ową Winkel- riedową bohaterską etykę. Zwłaszcza takie pokolenie, jak moje, które żyło w „dymie pożarów i kurzu krwi bratniej" myśli, jeśli się nie mylę, tak właśnie: stawia potrzeby stadne przed rodzinnymi i osobni¬czymi.
Wywołam zapewne znowu niemałe oburzenie, kiedy powiem, że tego poglądu nie podzielam. To jest, muszę przyznać, że czyn Winkelrieda uważam za piękny, podziwu godny. Ale o to nie chodzi. Pytanie jakie sobie stawiam brzmi: czy ten czyn jest zastosowaniem ogólnej i bezwzględnej zasady etycznej? Czy istnieją w ogóle zasady tego rodzaju? A jeśli nawet istnieją, czy zgodnie z nią należy ko¬niecznie stawiać zaspokojenie potrzeb stadnych na pierwszym miejscu, a osobniczych na ostatnim? Otóż ja jestem skłonny na każde z tych pytań odpowiedzieć przecząco.
Myślę więc, że żadna etyka nie może wymagać bohaterstwa - że więc czyn Winkelrieda nie jest zastosowaniem jakiejś ogólnej etycz¬nej zasady. Wydaje mi się, po drugie, że takiej ogólnej, jasnej, bez¬względnej zasady, która by przepisywała, że należy jeden rodzaj potrzeb zawsze zadawalać przed innymi, nie ma, że rozstrzygać mu¬szę od wypadku do wypadku, według okoliczności, czasem zaspa¬kajając najpierw potrzeby osobnicze, czasem dając pierwszeństwo rodzinnym, a w innych wypadkach jeszcze stadnym. Wreszcie jeśli¬bym już miał jakąś taką zasadę uznać - w moim wypadku byłaby to raczej wskazówka niż zasada - wybrałbym porządek odwrotny: najpierw potrzeby osobnicze, po tym rodzinne, a na końcu dopiero stadne. Tak naturalnie tylko pod warunkiem, że chodzi o sprawy równie ważkie: bo np. zapewnienie samego istnienia stada musi iść przed zaspokojeniem moich drugorzędnych potrzeb osobniczych, powiedzmy posiadania wozu, albo telewizora.
Powie mi ktoś może, że to jest skrajnie egoistyczna, samolubna nauka. Na to odpowiem, po pierwsze, że sprawa nie ma nic wspól¬nego z samolubstwem czy innolubstwem. Bo na przykład nasz Idzi, który kupuje Jasi zabawkę nie może być oskarżony o samolubstwo; a przecież on ją kupuje i daje zawsze i wyłącznie dlatego, że to mu daje, jemu, zadowolenie. Powiem, że samolubstwo jest powszechnie uważane za szpetną przywarę - ale to nie jest jeszcze racja, abym i ja je tak osądzał. Bo, jak już wspomniałem, jeśli coś jest powszechnie przyjęte, mam mocne podejrzenie, że jest fałszywe.
To zdanie zawiera ważny zwrot o stosunkowo największym zado-woleniu. To jest, tak mi się przynajmniej wydaje, sprawa kapitalna. Bo ja chcę nie tylko uzyskać jakiekolwiek zadowolenie, ale pragnę tak działać, aby z mojego czynu wynikło dla mnie stosunkowo największe zadowolenie w ogóle, jeśli wolno się tak wyrazić. Bywa mianowicie tak, że robiąc coś - na przykład paląc 40 papierosów dziennie, jak ów Joad - osiągam wprawdzie pewne zadowolenie na¬tychmiastowe - ale na długą metę tracę. Bywa też, że zaspokojenie jednej potrzeby zadawala mnie, ale równocześnie uniemożliwia zaspokojenie innej. Tak u Idziego. Wyobraźmy sobie, że on używa swoich pieniędzy na koniak, który mu wielce smakuje. Ma więc zado¬wolenie potrzeby picia - ale równocześnie pozbawia się możliwości kupienia zabawki Jasi, a więc zadowolenia, jakie mógłby uzyskać z widoku uszczęśliwionego dziecka. Jest tak z dwóch względów. Najpierw dlatego, że ja żyję „w czasie" i chcę nie tylko zadowolenia natychmiastowego, teraz, w tej chwili, ale także możliwie najwięk¬szego zadowolenia w ciągu dni, miesięcy czy lat. Następnie dlatego, że człowiek ma tyle różnych potrzeb, a one są niestety takie, że zaspokojenie jednej wyklucza zaspokojenie drugiej.
Stąd aby uzyskać możliwie największe zadowolenie, to jest aby działać dobrze, moralnie, nie mogę po prostu chwytać złotą czarę mickiewiczowskiego żywota i pić zaraz do dna. Nie raz i nie dwa wypada mi - właśnie w imię owego stosunkowo największego zado¬wolenia - wyrzec się jednej miłej rzeczy na rzecz innych. Muszę więc nałożyć sobie przymus - owo etyczne chomąto.
A z tym natrafiam na arcyważną, jak mi się zdaje, prawdę: ent- behren musst du. du musst entbehren w faustowskich słowach. Nie można żyć bez wyrzeczenia się czegoś. Nie mogę mieć wszystkiego czego pragnę. To jest jedno z najważniejszych, podstawowych praw życia - a więc i etyki. Ono jest oczywiste - a jednak ani ja sam, ani bodaj większość innych nie zdaje się go brać na serio: buntujemy się, „wierzgamy przeciw ościeniowi", jak pisał św. Paweł. Otóż ten bunt, to wierzganie nie daje buntującemu się niczego, prócz złego nastroju i dalszych nieprzyjemności. Stąd wypada mi wypisać tutaj takie oto zdanie:

Wyrzeczenie jest koniecznym warunkiem zadowolenia.

Wyciągam z niego kilka wniosków moralnych. Ja chciałbym być młody i sprawny jak ten mój uczeń Karol, co ma 20 lat, i jest piękny jak bóg grecki. Chciałbym mieć Falco do latania i berlinetto Ferrari do jazdy. Chciałbym mieć inteligencję Einsteina i chwałę ś.p. De Gaulle'a. Chciałbym być bogaty jak szach perski. Tego i wielu po¬dobnych rzeczy chciałbym. Byłbym zadowolony, gdybym je miał. Ale byłoby głupotą z mojej strony, gdybym ich chciał, to jest stawiał sobie za cel osiągnięcie ich: bo ja wiem, że nie będę już nigdy młody, że nie potrafię się wzbogacić, ani zdobyć wielkiej sławy. Wiem też, że moja inteligencja jest mierna. Ale nie jestem aż tak ograniczony, aby nie wiedzieć, że chcieć tego wszystkiego, że stawiać sobie nieosiągalne cele byłoby głupotą.

Nie trzeba stawiać sobie celów nieosiągalnych.

Drugi wniosek nakazuje mi wybieranie. Muszę wybierać między celami, które każdy z osobna są osiągalne, ale nie wszystkie razem. Mam w tej chwili sto franków (szwajcarskich). Mogę za nie albo od¬być lot wysokogórski, albo zaprosić przyjaciela na dobrą wieczerzę - ale nie mogę mieć i lotu, i owego miłego wieczoru. Muszę wybierać. Nie wybierać, nie wyrzekać się celów, nawet osiągalnych, byłoby nierozsądne, głupie:
Trzeba wybierać między celami osiągalnymi z osobna, ale nie razem.
Wreszcie równie ważny trzeci wniosek moralny: nie buntować się. Prawo wyrzeczenia jest nienaruszalnym prawem ludzkiego życia. W każdej chwili znajduję się w jakimś położeniu, które moim dąże¬niom narzuca granice. Te granice, niemożliwość pewnych rzeczy trze¬ba mi więc uznać. Buntowanie się przeciw położeniu jest głupotą.

Nie trzeba buntować się przeciw nieuchronnym wydarzeniom i położeniom.

Jeszcze jedna uwaga o owym ograniczeniu i wyrzeczeniu. Wyglą¬da tak, jak gdyby tkwiło w nas głębokie pragnienie przezwyciężenia ich - jak gdyby każdy człowiek żywił marzenie o raju, o życiu bez wyrzeczeń, w pełnym zadowoleniu wszystkich potrzeb. Jedno wydaje mi się tutaj pewne: urzeczywistnienie tego marzenia nie jest możliwe na ziemi - i dlatego wszystkie ideologie obiecujące ów raj są złowro¬gim nieporozumieniem. Natomiast jest taki stan logicznie możliwy w zaświatach. Tu leży zapewne korzeń myśli religijnych. Ale religia i wszystkie rzeczy, które są z nią związane nasuwają bardzo trudne zagadnienia. Być może, że będę mógł się nimi później zająć. To, co tu napisałem dotyczy, że tak powiem, położenia przed-religijnego etyki „naturalną" zwanej, ziemskiej.
Nie wydaje mi się, by można było pójść dużo dalej w rozważa¬niach ogólnych na temat etyki. Będę mógł może dodać jeszcze kilka dalszych zasad, gdy będzie mowa o poszczególnych zagadnieniach, np. o wojnie czy pracy. Tutaj zaryzykuję tylko przypomnienie dwóch maksym od wieków głoszonych przez naszych myślicieli, ale o któ¬rych bodaj zbyt często zapominamy.
Jedna, którą Rawls nazywa „arystotelesową zasadą" powiada, że człowiekowi, gdy tylko zaspokoi najbardziej podstawowe potrzeby, (np, pożywienia, snu), największe zadowolenie sprawia jak najbar¬dziej intensywne działanie w dziedzinie, którą dobrze opanowuje. Zgodnie z tą zasadą dobre i moralne jest przede wszystkim to (choć nie tylko to), co pozwala taką właśnie działalność rozwijać. Stąd za¬dowolenie, jakie znajduje w swoich wyczynach zawodnik sportowy, taternik wspinający się na szczyt, pilot latający w trudnych warunkach - ale chyba także adwokat broniący trudnej sprawy, uczony wobec wielkiego problemu i tak dalej. Uczniowie Arystotelesa poszli nawet tak daleko, że szczęście pojmowali właśnie jako taką działalność.
Druga zasada - jak i pierwsza po raz pierwszy jasno wyrażona przez tegoż myśliciela - to zasada złotego środka: nie przesadzać!
Takie są więc wyniki moich rozmyślań o etyce. Odrzucam za¬równo etykę obowiązku, jak i etykę natychmiastowej przyjemności. Myślę, że dobre i moralne może być tylko to, co daje mi ostatecznie stosunkowo największe zadowolenie. A to zadowolenie znajdę tylko (w zasadzie) o ile moje działanie będzie zgodne z trojakimi potrze¬bami ludzkiego zwierzęcia: osobistymi, rodzinnymi i stadnymi. Wre¬szcie, idąc za wielowiekowym doświadczeniem ludzkości i nauką mędrców, myślę, że mój czyn będzie dobry, o ile da mi możność mocnego działania w dostępnej mi dziedzinie, i o ile nie będzie ska¬żony przesadą.
Wszystko inne musi być rozstrzygnięte od wypadku do wypadku - nie można określić tego, co dobre i moralne, w oderwaniu od kon¬kretnych okoliczności. Ale owe ogólne zasady dają mi przecież jakiś klucz ogólny, który pozwoli mi może oprzeć się nagonce naszych moralizatorów i urządzić moje życie rozsądnie w tej skromnej mierze, w jakiej ono ode mnie zależy.
Niełatwo jest odpowiedzieć na dotyczące wyboru etyki pytanie. Ale, nie zaniedbując wysiłku w tym kierunku, wydało mi się, że zanim znajdę rozwiązanie zagadnienia, wolno mi, a nawet trzeba ko¬niecznie wybrać sobie jakiś zbiór zasad skromniejszych, tymcza¬sowych. Myśl o takiej tymczasowej etyce powziął pierwszy, o ile wiem, Kartezjusz. Zamierzał, jak wiadomo, podać w wątpliwość wszystko w co dotąd wierzył i potrzeba mu było po zburzeniu gmachu dotychczasowych przekonań jakoś żyć, czyli mieć namiot etyczny. Ten namiot jest u francuskiego myśliciela nader skromny. Składa się z trzech tylko zasad: żyć zgodnie z prawami i obyczajami oraz zachować wiarę, w której był wychowany, trzymać się mocno raz powziętego poglądu, wreszcie, starać się raczej przezwyciężyć sie¬bie niż los. Nie można przeczyć, że te rady zawierają wiele mądrości. Ale mnie się wydaje, że można powiedzieć znacznie więcej niż to.
Z biegiem lat zebrałem nie mniej niż dziesięć rad czy zasad tego rodzaju, których następnie starałem się trzymać, o ile potrafiłem. Mają one jedną cechę wspólną: chodzi w nich zawsze - zgodnie z powyższym twierdzeniem - o znalezienie możliwie największego zadowolenia. Nie twierdzę oczywiście, by one same mogły mi dać największe zadowolenie. Ale, tak przynajmniej sądzę, stanowią one rodzaj minimalnego programu życiowego. Wydaje mi się, że kto nawet tych zasad nie przestrzega, nie znajdzie wiele zadowolenia w życiu.
Owe reguły moralne rozpadają się u mnie na trzy zbiory: pierwszy dotyczy teraźniejszości, drugi przyszłości, a trzeci mojego stosunku do innych ludzi. Ubieram je w postać zdań a nie nakazów.
Pierwsze z tych zdań można tak oto ukształtować:

Stopień zadowolenia każdego człowieka zależy w znacznej mierze od jego woli, by być zadowolonym.

Przyznaję, że doszedłem do zrozumienia tej arcyważnej zasady bardzo późno. W ciągu długich lat dałem się, jak to mówią, ponosić przez wypadki i byłem w takim nastroju, jaki wynikał z przebiegu mojego trawienia, wpływów pogody i myśli o przyszłych zdarze¬niach, a zwłaszcza pracach. Później odkryłem, że choć te okoliczności wywierają wielki wpływ na moje zadowolenie, nastrój, humor itp., to wiele, a nawet bardzo wiele zależy tutaj ode mnie. Jeśli wstając rano postanawiam być zadowolony, jeśli chcę widzieć w pierwszym rzę¬dzie przyjemne strony wydarzeń, to i moje zadowolenie w ciągu dnia będzie większe, niż gdybym nie myślał o tym. Nawrócenie się do tej reguły moralnej nastąpiło u mnie przy czytaniu opowieści (bodaj prawdziwej) o zesłańcach na Syberii, którzy w okropnych warunkach zdołali wykrzesać ogień i zrobić sobie kipiatok. Wtedy jeden z nich, Moskal, wpadł w zachwyt i zaczął krzyczeć: wot żyzń! Jakie wspania¬łe życie! Prekrasno! Jakże on mógł się tak cieszyć? Chyba dlatego, że był nastawiony na ową jaśniejszą stronę w swoim życiu - na zdobycie ciepłej wody. Otóż takich jaśniejszych stron jest zawsze choć kilka, nawet w najgorszym położeniu. Aby zapewnić sobie zadowolenie, wystarczy więc chcieć te jasne rzeczy widzieć. Pójdę nawet dalej: aby być zadowolonym, trzeba chcieć być zadowolonym.
Jeśli moja pierwsza zasada jest, można powiedzieć, niewinna i światopoglądowo neutralna, druga zawiera wiele dynamitu i wyda się zapewne wielu bluźniercza. Pośpieszam dodać, że jestem wręcz przeciwnego zdania, i że uważam za bluźniercę nie tego, kto ją wyznaje, ale każdego kto jej przeczy. Chodzi o takie oto zdanie:

Nie ma w świecie ani świętości ani tragedii - są tylko przemijające stworzenia i zagadnienia.

Jestem więc zdania - aby tylko parę przykładów przytoczyć - że człowiek, czy ludzkość nie są żadną świętością, ale rzeczami nale¬żącymi do przyrody i podlegającymi prawom przyrodniczym - a więc prawu przemijania. Sądzę, że naród nie jest żadną świętością, ale pewną postacią życia stadnego ludzi. Nie wierzę w świętość kultury, a więc nauki, sztuki i tym podobnych. Uważam je za zespół przed¬miotów i sposobów zachowania się właściwych wyższemu zwierzę¬ciu, jakim jest każdy człowiek. Uważam przypisywanie świętości sztandarom, książkom, a tym bardziej ludziom, za bałwochwalczy zabobon, którego się używa, aby ludźmi móc kierować.
Zarazem twierdzę, że tragedia jest wymysłem. Dokładniej mówiąc, myślę, że tragedie opisane przez greckich klasyków istnieją naprawdę - występują mianowicie wtedy, gdy dany człowiek jest przekonany, że powinien wykonać dwa wzajemnie sprzeczne nakazy moralne. Tylko że dziś nikt tragedii nie pojmuje w ten sposób - i nazywa się tak po prostu bardzo przykre, bolesne przeżycia. Mówi się np. o tragedii, kiedy matka straci dziecko, albo bankier majątek. W rzeczy samej chodzi po prostu o bardzo nieprzyjemne przeżycia - i nie ma powodu, by im przypisywać inne znaczenie niż mniejszym niepowodzeniom i nieszczęściom. Chodzi o różnice stopnia i o nic więcej.
Każdy z nas ma tylko jedno życie, a ono przemija szybko; wydaje się więc arcyważną sprawą, by nim jakoś rozsądnie pokierować. Są wprawdzie ludzie, którzy w takie kierowanie własnym życiem nie wierzą: sądzą, że wszystko jest z góry przeznaczone, że jesteśmy zawsze i wyłącznie igraszką tzw. losu.
Ale to jest przesada. Co prawda tylko bardzo młodzi, albo bardzo naiwni ludzie mogą sobie wyobrażać, że wszystko w ich życiu od nich samych zależy. W rzeczywistości napotykamy w nim wszędzie opory, ściany, granice, których przekroczyć nie umiemy. Życie czło¬wieka podobne jest nie do wolnego lotu jaskółki, ale do szamotania się muchy, ciasno opasanej przez nici pająka. Niemniej mamy na nasze życie pewien wpływ. Powiem nawet więcej: nie ma bodaj poło¬żenia, w którym nie moglibyśmy czegoś zrobić, gdzie by nie było możliwości jakiejś decyzji, a więc i kierowania życiem.
Oto dwa przykłady położeń, w których jesteśmy pozornie całkiem zależni, bezsilni, a w których przecież coś uczynić możemy. Pierwszy to wypadek samochodowy, zawiniony przez innego kierowcę. W cią¬gu moich 60 lat prowadzenia wozu miałem takich wypadków kilka. Raz wyjechał mi na bardzo wąskiej górskiej drodze jakiś idiota tak szybko, że zahamować wozu nie było czasu. Można by było myśleć, że nie mogłem niczego zrobić. Nieprawda. Nie ma prawie zderzenia, w którym odpowiedzialność za skutki spoczywałaby wyłącznie na jednym kierowcy. Być może, że ponosi on 99% tej odpowiedzialności - ale jeden procent idzie przecież na rachunek drugiego. Ja miałem szczęście. Byłem młody, w dobrej formie, i miałem już znaczne doś¬wiadczenie. Zjechałem w bok, na stok; krzewy zatrzymały wóz nad przepaścią i wyszedłem z życiem (zderzenie czołowe to niemal zawsze śmierć). Ten wypadek stoi mi żywo w pamięci jako przykład położenia zdawałoby się beznadziejnego - a w którym mogłem przecież coś zrobić.
Drugi przykład to człowiek, który został wzięty na zakładnika, jak to jest dzisiaj w modzie. Jest skrępowany, bandyta stoi nad nim z na¬ganem. Co taki człowiek może zrobić? Nie może, zapewne, wykonać żadnych ruchów, prócz tych, na które pozwala jego kat. Ale może przynajmniej kierować własnymi myślami i uczuciami. Jeśli jest mą¬dry i ma dość siły, będzie się starał utrzymać w nich spokój i porzą¬dek. To jest niemałe i trudne zadanie; ale on może sam o nim rozstrzygać i w tej mierze swoim życiem kierować. A więc nawet w takim położeniu coś czynić można.
Przytoczyłem umyślnie wypadki skrajne. W innych zakres wol¬ności, dziedzina, w której możemy wybierać, jest oczywiście znacznie większa. Ogólnie mówiąc, wypadków, w których przytomny człowiek nie mógłby niczego zrobić, bodaj nie ma. Stawiam więc moje pierwsze twierdzenie:

Każdy przytomny człowiek może w każdej niemal chwili kierować swoim życiem w pewnej mierze.

A jeśli tak jest, pytanie, jak mam moim życiem (w tej mierze w jakiej ono ode mnie zależy) kierować, jest dla mnie ważnym pyta¬niem. Otóż zespół zasad, według których się to czyni, nazywamy niekiedy „etyką" (znaczenie słowa jest, co prawda, chwiejne, ale ja chcę go w tym znaczeniu używać). Więc pytanie, czy etyka jest w ogóle potrzebna i jaką ona ma być, jest dla mnie arcyważną sprawą życiową.
Ktoś powie mi pewnie, że głoszę jakąś etykę skrajnie fatalistyczną i ascetyczną, w gruncie rzeczy stoicką. Bo czyż np. moje ostatnie zdanie nie streszcza pięknych słów stoickiego hymnu:

Prowadź mnie Zeusie i ty Przeznaczenie gdzie zechcesz ja pójdę posłusznie. A nawet gdybym nie chciał to i tak pójdę.

Otóż nie sądzę, by ten zarzut był słuszny. Stoicy wierzyli, że nic od nas nie zależy, że wszystko jest z góry zaplanowane przez pronoia, przeznaczenie, że więc właściwie nie mam wyboru. Mnie natomiast - i wszystkim zwykłym ludziom - wydaje się, że pewne rzeczy zależą ode mnie, że istnieją cele osiągalne i pewien wybór między celami i środkami. Nie jestem więc bynajmniej fatalistą - myślę tylko, że są granice (i to dziwnie ciasne) naszej wolności. Piszę więc, że nie warto starać się je przełamać, że to co się nie da osiągnąć, nie jest osiągalne, że nie wypada się przeciw temu ograniczeniu buntować.
A co do zarzutu ascetyzmu i stoicyzmu wystarczy powiedzieć, że powyższe zdania podpisałby zapewne największy teoretyk etyki użycia, Epikur. Dodam, że czuję się go znacznie bliższy niż owych stoików, surowych aż do okrucieństwa i hipokryzji, albo ich nowo¬żytnego zwolennika, Kanta. Tyle apologii pro ethica mea. Zresztą, mniejsza o etykietki, jakie mi pewnie przylepią życzliwi czytelnicy: mnie nie chodzi o nie, ale o to, czy moje zasady są zdrowe (aby raz przynajmniej użyć stoickiego wyrażenia).

Każdy człowiek ma trzy rodzaje potrzeb: osobiste, rodzinne i stadne.

A jeśli tak jest, wynika jasno, że etyka, która zabrania nam zaspo¬kojenia jakiejkolwiek z tych trzech rodzajów potrzeb, jest niezgodna z ludzką przyrodą, a więc lałszywa. W szczególności fałszem jest, że człowiek nie ma prawa zaspakajać swoich potrzeb osobistych i ro¬dzinnych, że nie wolno mu żyć dla siebie i swoich bliskich - że powi¬nien wszystko podporządkować stadu, które się dziś nazywa szumnie społeczeństwem. Ale zarazem fałszem jest każda etyka potępiająca zaspokajanie potrzeb stadnych, tzw. indywidualizm. Bo potrzeby stadne są także ludzkimi potrzebami.
Parę wyjaśnień. Mówiąc o zadowoleniu mam na myśli także unikanie przykrości, a więc głodu, bólu, wstydu itp., bo wydaje mi się, że ono daje mi zadowolenie. Mówię o stosunkowo największym zadowoleniu, to jest sądzę, że gdy człowiek ma wybór między większym i mniejszym zadowoleniem (albo większą i mniejszą przy¬jemnością), wybiera zawsze pierwsze. Najważniejsza jest jednak na¬stępująca uwaga: mowa jest o zadowoleniu, a nie o przyjemności. Pomieszanie tych dwóch pojęć może prowadzić i nieraz prowadziło w dziejach do groźnych nieporozumień. Oto dwa przykłady, na któ¬rych widać jasno różnicę zachodzącą między zadowoleniem a przy¬jemnością.
Francuski entomolog Favre opowiada, że chcąc się dowiedzieć czy kał pewnych gąsienic zawiera truciznę, przylepił sobie porcję tej ma¬terii plastrem do ramienia i poszedł spać. Po paru godzinach obudził się z gwałtownym bólem w ramieniu. Ten ból sprawił mu, pisze, ogromne zadowolenie. A więc, coś nawet bardzo nieprzyjemnego może dać człowiekowi zadowolenie. Widać to wyraźnie u taterników. Drapie się taki człowiek w ciągu długich godzin w górę i wreszcie wydostaje się na szczyt. Jest zmęczony, przemoknięty, zziębły, głod¬ny - ale przecież zadowolony. Przyjemne nie jest być w takim stanie - ale zadowolenie to oczywiście coś innego.
Z tym jednak zastrzeżeniem moje twierdzenie jest chyba całkiem oczywiste: człowiek po prostu nie może chcieć niczego, co by mu się nie wydawało zadowalającym. Przeciw tej prawdzie argumentowano często powołując się na ludzi ofiarnych, którzy poświęcali swoje wy¬gody, przyjemności, zdrowie a nawet życie dla innych, albo dla jakiejś sprawy. Skrajnym wypadkiem takiego poświęcenia są męczen¬nicy, którzy wolą iść na męki i śmierć raczej niż wyrzec się swoich przekonań, albo zdradzić kolegów. Mówi się więc, że oni bynajmniej nie szukają swojego zadowolenia, ale dobra innych czy dobra Sprawy. Nieporozumienie! Męczennik woli śmierć od zdrady, bo ona wydaje mu się lepsza, to jest dająca więcej zadowolenia niż wyparcie się przekonań.
Wypada jeszcze położyć nacisk na podmiotowość owego zadowolenia. Chcę powiedzieć, że człowiek stara się zawsze i wyłącznie uzyskać zadowolenie własne a nie innych ludzi. To może się wydać dziwne, bo wiadomo, że często staramy się sprawić przyjemność, a więc i zadowolenie innym. Kiedy, na przykład, Idzi daje Jasi, dziewczynce, zabawkę, chce sprawić przyjemność nie sobie, ale właśnie Jasi. Chodzi jednak o nieporozumienie. Idzi daje zabawkę Jasi, niewątpliwie aby jej sprawić przyjemność; chce, aby była szcz꬜liwa. Ale dlaczego tego chce? Oczywiście dlatego, że sprawia mu zadowolenie wiedzieć, że dziewczynka jest szczęśliwa.

A jeśli tak jest, wolno chyba sformułować najbardziej podstawowe zasady prowadzenia życia. Takich zasad wypisano w dziejach wiele. Mówiono nam np. (Lenin), że dobre i moralne jest to, co służy do zniszczenia starego świata; albo to, co przyczynia się do postępu Ludzkości; albo co służy Człowiekowi. To wszystko są moim zda¬niem zabobony. Dobre i moralne może być tylko to, co jest zgodne z potrzebami działającego. A podstawową potrzebą jest u niego po¬trzeba zadowolenia. Mówię więc, że dobre i moralne jest to, co daje stosunkowo największe zadowolenie. Ściśle:

Czyn jest dokładnie wtedy dobry i moralny, kiedy prowadzi do stosunkowo największego zadowolenia działającego.

Być może że Schiller pewną krzywdę Kantowi robi - ale ten wierszyk dobrze służy mojemu celowi, a mianowicie zrozumieniu owej etyki czystego obowiązku.
Co powiedzieć o tych dwóch poglądach? Mnie się wydaje, że prawda leży gdzieś w środku między oboma. Że ideałem jest bym mógł dobrze działać bez żadnego wysiłku - ale że to nie jest zawsze możliwe, bo człowiek natrafia w tej dziedzinie na granice, poza któ¬rymi musi używać woli. Znowu przykład. We wojsku nikt nie myśli po kantowsku: dobry żołnierz to nie ten, któremu ręce się trzęsą ze strachu i który zmusza się do strzelania siłą woli - bo taki strzela Panu Bogu w okno - ale ten, któremu się ręce nie trzęsą, co strzela spokojnie i celowo. Etyka wojskowa jest więc arystotelesowska. Ale każdy z nas, który wojny używał wie, jak bliskie są granice, poza którymi człowiek musi się zmuszać do czynu. Kiedy trzeba np. wstać pod ogniem ckm-u; np. nawet człowiek mężny nie wstałby nigdy, gdyby miał tylko słuchać odruchów: potrzeba na to woli, przymusu wewnętrznego.
Wyciągam więc następujący wniosek: wypada, co prawda, tak się wychowywać aby jak najwięcej czynności dobrych stało się odrucho¬wymi - ale bez przymusu wewnętrznego etyki być nie może.

Każda etyka połączona jest z pewnym przymusem wewnętrznym.

Tyle o istocie etyki. Ale czy taka etyka jest w ogóle potrzebna? Czy nie można by się bez niej w życiu obejść? Rozglądając się po świecie widzę trzy rzeczy: po pierwsze, że znakomita większość ludzi nie żyje zgodnie z etyką, którą (i to na serio, nie tylko słownie) wy¬znają; po drugie, że uważają ją za coś arcynieprzyjemnego, po trzecie, że w rzeczy samej etyka była i jest ciągle jeszcze powodem wielkich nieszczęść dla ludzi.
Powiedziałem sobie, że nie dam się zahukać. Że ostatecznie chodzi o moje własne życie, o pytanie, jak mam nim kierować. Że ode mnie samego zależy, jaką etykę wybiorę - że ja sam jestem za ten wybór odpowiedzialny. Jak więc w sprawie sensu życia stawiam i tu zdanie:

Wybór etyki jest sprawą osobistą.

I jak w tamtej sprawie mówię, że on jest podwójnie sprawą oso¬bistą: raz dlatego, że chodzi o moje życie, a po drugie dlatego, że ja sam muszę dokonać wyboru.
Otóż zastanawiając się nad nim odczuwam mocną pokusę, aby się obejść bez żadnej etyki w ogóle. Etyka sama w sobie już nieprzy¬jemna stała się w dzisiejszych moralizatorskich czasach, przy owym stałym obstrzale moralnym, czymś wprost nieznośnym. Pokusa jest zaiste wielka by wyrzucić ją za burtę i żyć po prostu według rady poety.
Wstyd mi trochę stosować do pięknych słów młodego Mickiewi¬cza moje „szkiełko i oko" - ale na to rady nie ma, jeśli chodzi nie o piękno wyrażenia, ale o jego prawdziwość. Oto więc próba analizy:
Mamy dwie zwrotki: 1-4 i 5-8. Pierwsza zawiera myśl zasadniczą „użyjmy żywota", druga dodaje dwa uzupełnienia. Mamy więc (1) używać żywota. Co znaczy „żywot"? Oczywiście wszystkie owe przy¬jemne rzeczy, jakie napotkać możemy w życiu: soczyste potrawy, dobre trunki, ładne dziewczęta (do użytku Pań: przyjemni chłopcy, aby mi nie zaczynały prawić kazań o „kobiecie-przedmiocie"). Te wszystkie rzeczy „wabią nas". (4) Poeta stawia zadanie, ustanawia reguły: „niechaj"(6), „użyjmy"(l); formułuje przykazanie życiowe. Dodaje rację: „wszak żyjem tylko raz"(2). Sposobności użycia prze¬mijają, nadarzają się tylko raz w życiu, które przemija; trzeba korzystać z chwili: carpe diem, jak powiedział jego wielki poprzednik. Druga zwrotka dodaje dwa dalsze przykazania: najpierw, że używać powinniśmy ,,wesoło"(5), to jest bez troski, bez przymusu; następnie, że winniśmy korzystać z życia w pełni, „do dna"(7), bez żadnych ograniczeń.


“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje