Author Topic: PRZEZ CHOROBĘ DO SAMOPOZNANIA - Thorwald Dethlefsen, Rudiger  (Read 1251 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
PRZEZ CHOROBĘ DO SAMOPOZNANIA - Thorwald Dethlefsen, Rudiger Dahlke

Przedmowa


Jest to książka niewygodna, gdyż odbiera człowiekowi chorobę jako alibi dla jego nie rozwiązanych problemów. Chcemy w niej pokazać, że chory nie jest niewinną ofiarą jakichś niedoskonałości natury, lecz także sam jest sprawcą swej choroby. Nie mamy przy tym na myśli jakiegoś zanieczyszczenia środowiska, cywilizacji, niezdrowego try­bu życia lub tym podobnych znanych „winnych”; chcieliby­śmy natomiast na plan pierwszy wysunąć metafizyczny aspekt „bycia chorym”. Symptomy widziane od tej strony okazują się cielesnymi formami wyrazu konfliktów psychi­cznych, a poprzez swą symbolikę wskazują każdorazowy problem pacjenta.
W pierwszej części książki przedstawimy teoretyczne przesłanki i filozofię choroby.
Gorąco polecamy staranne i dokładne, a nawet kilkakrot­ne przeczytanie pierwszej części przed przystąpieniem do lektury części drugiej. Tę książkę można by określić mianem kontynuacji czy też egzegezy naszej pierwszej książki zatytu­łowanej Schicksal als Chance (Przeznaczenie twoją szansą), chociaż staraliśmy się nadać jej własny wymiar i odrębność. Niemniej uważamy lekturę książki Schicksal als Chance za dobry wstęp lub uzupełnienie zwłaszcza gdyby część teoretyczna miała sprawić trudności.
W części drugiej przedstawiamy najczęstsze objawy chorobowe w ich symbolicznym znaczeniu, odczytując je jako formy wyrazu problemów psychicznych. Indeks po­szczególnych symptomów zamieszczony na końcu książki umożliwi czytelnikowi w razie potrzeby szybkie odnalezie­nie określonego symptomu. Niemniej naszym pierwszorzęd­nym zamiarem jest nauczenie czytelnika – poprzez inter­pretacje – nowego sposobu widzenia, które ma mu umoż­liwić samodzielne rozpoznawanie oraz rozumienie sensu i znaczenia symboli.
Jednocześnie posłużyliśmy się tematem choroby jako pretekstem do poruszenia wielu tematów światopoglądo­wych i ezoterycznych, których znaczenie rozsadza węższe ramy choroby. Ta książka nie jest trudna, ale też nie jest tak prosta i banalna, jak może się wydać tym wszystkim, którzy nie rozumieją naszej koncepcji. Ta książka nie jest naukowa, gdyż brak w niej ostrożności cechującej „naukową prezenta­cję”. Została napisana dla ludzi gotowych pójść drogą zamiast usiąść na jej skraju i spędzać czas na żonglowaniu nie wiążącymi i pustymi frazesami. Ludzie, których celem jest oświecenie, nie mają czasu na naukę – oni potrzebują wiedzy. Ta książka natrafi na bardzo wielki opór – jedno­cześnie mamy jednak nadzieję, że trafi także do ludzi (niewielu lub wielu), którzy zechcą ją potraktować jako pomoc na swej drodze. Bo właśnie dla nich ją napisaliśmy!

[align=right:zz1p3p12]Autorzy[/align:zz1p3p12]


CZĘŚĆ I

Teoretyczne przesłanki rozumienia choroby i zdrowia
1. Choroba i symptomy


Rozum człowieka
Nie jest w stanie uchwycić prawdziwej nauki.
Wszakże gdy wątpi
I nie rozumie,
Możecie ze mną spokojnie o tym Podyskutować.
Yoka Daishi „Shodoka”


Żyjemy w czasach, w których współczesna medycyna stale prezentuje zdumionym oczom laika świadectwa swych graniczących z cudem możliwości i umiejętności. Jednocześ­nie coraz donośniejsze stają się głosy tych wszystkich, którzy wyrażają zasadnicze votum nieufności pod jej adresem. Coraz większa jest liczba tych, którzy znacznie większym zaufaniem darzą po części bardzo stare, po części także nowoczesne metody przyrodolecznictwa czy sztuki homeo­patii niż metody naszej wielce naukowej medycyny akade­mickiej. W przypadku tej ostatniej nie brak rozlicznych podstaw do krytyki – skutki uboczne, zamazanie różnicy między objawem i przyczyną, zagubienie wymiaru ludz­kiego, eksplozja kosztów – ale znacznie ciekawszy od samego przedmiotu krytyki jest fakt, że się w ogóle pojawiła. Krytyka bowiem ma to do siebie, że nim pojawi się w racjonalnym kształcie, wypływa z niejasnego odczucia, że coś jest nie w porządku i że obrana droga mimo, a może właśnie z powodu konsekwentnej realizacji nie prowadzi do oczekiwanego celu. Niezadowolenie z medycyny odczuwa niemało ludzi – łącznie z wielu młodymi lekarzami. Ale ta jednomyślność ginie gdzieś z chwilą, gdy zaczyna się wska­zywać nowe alternatywne sposoby rozwiązań. Jedni widzą zbawienie w socjalizacji medycyny, inni w zastąpieniu chemioterapeutyków na­tu­ral­ny­mi środkami roślinnymi. Gdy jedni widzą rozwiązanie wszelkich problemów w bada­niu promieniowania ziemskiego, inni zaklinają się, że nie ma nic skuteczniejszego niż homeopatia. Specjaliści od akupunktury i poszukiwacze ognisk zapalnych w organiz­mie żądają odejścia od patrzenia na wszystko w perspek­tywie morfologicznej i zwrócenia się ku sferze energetycznej procesów zachodzących w organizmie. Wszystkie te alter­natywne kierunki i metody chętnie określa się mianem medycyny holistycznej, które to pojęcie oznacza dążenie do tego, by obok otwartości na różnorodność sto­so­wa­ny­ch metod nie tracić z oczu całego człowieka jako jedności cielesno-duchowej. Fakt, że medycyna klasyczna straciła z oczu człowieka, stał się już zresztą widoczny prawie dla każdego. Daleko posunięta specjalizacja i analiza jako podstawowa koncepcja ba­daw­cza, prowadzona równolegle z coraz większym i dokładniejszym rozpoznaniem detalu, musiały nieuchronnie doprowadzić do utraty z po1a widze­nia całości.

Gdy się śledzi tę bardzo odświeżającą dyskusję i procesy zachodzące w medycynie, zwraca uwagę fakt, jak bardzo owa dyskusja ogranicza się do metod i ich fun­k­cjo­no­wa­nia i jak niewiele dotychczas mówi się o teorii czy też filozofii medycyny. Choć, co praw­da, medycyna w znacznym stop­niu żyje konkretnym działaniem praktycznym, to przecież w każdym działaniu wyraża się – świadomie lub nie – stojąca za nim filozofia. Współczesna medycyna ponosi fiasko nie z powodu braku możliwości swego działania, lecz z powodu sposobu widzenia świata, sposobu, na którym – często milcząco i bez­ref­lek­syj­nie – opiera swe działania. Medycyna ponosi fiasko z powodu swej filozofii lub – ściś­lej rzecz biorąc – z powodu braku tej filozofii. Działania medycyny kierowały się dotychczas jedynie funkcjonaliz­mem i skutecznością; brak wszelkich głębszych as­pek­tów wewnętrznych wywołał w końcu pod jej adresem krytykę, że jest nieludzka. Wprawdzie owa nieludzkość wyraża się w wielu konkretnych sytuacjach zewnętrznych, ale prob­lemu nie da się rozwiązać poprzez sięganie po dalsze funkcjonalne zmiany sytuacji. Wiele symptomów dowodzi, że medycyna jest chora. I jak każdego innego pacjenta tak i „pacjenta medycyny” nie da się wyleczyć majstrowaniem przy sym­pto­mach. Tymczasem większość krytyków medy­cyny klasycznej i zwolenników al.­ter­na­tyw­nych sposobów leczenia przejmuje jako oczywistość jej światopogląd i cele, koncentrując całą swą energię wyłącznie na zmianie form (metod).

W książce tej pragniemy na nowo zastanowić się nad problemem choroby i leczenia. Nie zamierzamy bynajmniej przyjmować przy tym jej tradycyjnych i podstawowych wartości, uważanych przez wszystkich za niepodważalne. Ta postawa czyni wszakże nasze przedsięwzięcie dość trud­nym i niebezpiecznym, gdyż w tej sytuacji musimy postawić kilka niewygodnych pytań także w sprawach będących przedmiotem zbiorowego tabu. Zdajemy sobie sprawę, że tym samym czynimy krok, który z pewnością nie będzie następnym krokiem medycyny na drodze jej rozwoju. Pomijamy w tych rozważaniach pewną liczbę kroków, które medycyna będzie musiała jeszcze uczynić. Zapewne dopiero ich głębokie zrozumienie dostarczy przesłanek dla meryto­rycznego przyswojenia sobie koncepcji, która legła u pod­staw tej książki. Dlatego niniejszą prezentacją nie myślimy pobudzać rozwoju medycyny jako pewnej zbio­ro­wo­ści, zwracamy się raczej do tych jednostek, których indywidual­ne możliwości ro­zu­mie­nia sytuacji wyprzedzają nieco jej (zawierający sporą dozę inercji) rozwój jako całości.

Procesy funkcjonalne jako takie nigdy nie są obarczone znaczeniowo. Sens wydarzeń wynika z ich interpretacji. Dopiero ona umożliwia nam odczytanie ich znaczenia. Tak więc podniesienie się słupka rtęci w szklanej rurce, widzia­ne w izolacji, nie ma absolutnie żadnego sensu; dopiero gdy ten proces zinterpretujemy jako wyraz zmiany temperatu­ry, rzecz cała nabierze znaczenia. Gdy ludzie zaprzestają interpretowania wydarzeń zachodzących w świecie i biegu własnego losu, ich byt pogrąża się w miałkości i bezsensie. By umieć coś zinterpretować, potrzeba układu odniesienia, układu istniejącego na zewnątrz, poza obszarem, wewnątrz którego manifestuje się rzecz interpretowana. Tak więc procesy tego materialnego i formalnego świata stają się interpretowalne dopiero wtedy, gdy sięgnie się po metafi­zyczny system odniesienia. Dopiero gdy widzialny świat form „stanie się alegorią” (Goethe), nabierze on dla ludzi znaczenia i sensu. Tak jak litera i cyfra są formalnymi nośnikami kryjącej się za nimi idei, tak też wszystko, co widzialne, wszystko, co konkretne i funkcjonalne, jest jedynie wyrazem idei, a tym samym łącznikiem ze światem niewidzialnym. W uproszczeniu można te dwie sfery na­zwać także formą i treścią. W formie wyraża się treść i to przez nią formy stają się pełne znaczeń. Znaki pisma, nie przekazujące żadnych idei ani znaczeń, pozostają dla nas bezsensowne i puste. I nic tu nie zmieni choćby naj­skrupulatniejsza analiza znaków. Wyraźnie i w sposób dla każdego zrozumiały wyraża się ten związek w sztuce. Wartość obrazu nie wynika z jakości płótna i farb; materialne składniki obrazu są jedynie nośnikami i pośred­nikami idei, którą w swym wnętrzu nosił artysta. Płótno i farba umożliwiają uwidocznienie tego, co zwykle pozo­staje nie­wi­docz­ne, a tym samym stają się fizycznym wyrazem metafizycznej treści.
Te proste przykłady są jedynie próbą zbudowania mostu ułatwiającego zrozumienie prezentowanej w tej książce metody interpretującego traktowania tematu choroby i le­czenia. Tym samym opuszczamy, jednoznacznie i rozmyśl­nie, obszar „medycyny naukowej”. Nie rościmy sobie pretensji do „naukowości”, gdyż punkt, z którego wy­chodzimy, jest zupełnie inny – z czego wynika również, że nie tyczy nas naukowa argumentacja ani sięga krytyka naszego sposobu podejścia do tematu. Z rozmysłem wy­chodzimy poza ramy nauki, gdyż ta ogranicza się przecież do szczebla funkcjonalnego, tym samym jednocześnie unie­możliwiając zamanifestowanie się znaczenia i sensu. Po­stępując w ten sposób, nie wychodzimy naprzeciw oczekiwa­niom zagorzałych racjonalistów i materialistów; zwracamy się do ludzi gotowych podążać krętymi i bynajmniej nie zawsze logicznymi ścieżkami ludzkiej świadomości. Dobrą pomocą w takiej podróży przez ludzką duszę są: obrazowe myślenie, fantazja, umiejętność kojarzenia, ironia i słyszenie podtekstów językowych. Nasza droga będzie wymagać – i to w znacznej mierze – umiejętności radzenia sobie z paradoksami i dwuznacznościami bez natychmiastowego wymuszania jednoznaczności poprzez niszczenie jej biegunów.

W medycynie jak i w języku potocznym mówi się o najróżniejszych chorobach. W tym językowym niechlujst­wie uwidacznia się bardzo wyraźnie szeroko rozpowszech­nione niezrozumienie faktu, który legł u podstaw pojęcia zwanego chorobą. Choroba jest słowem, które w zasadzie może być używane tylko w liczbie pojedynczej – liczba mnoga, choroby, jest równie bezsensowna jak liczba mnoga od słowa zdrowie – zdrowia. Choroba i zdrowie są pojęcia­mi wymagającymi liczby pojedynczej, ponieważ odnoszą się do stanu człowieka, a nie – jak się to przyjęło w dzisiejszym języku – do organów czy części ciała. Ciało nigdy nie jest chore lub zdrowe, gdyż wyrażają się w nim jedynie informa­cje pochodzące ze świadomości. Ciało samo z siebie niczego nie czyni, o czym każdy może się przekonać, obserwując zwłoki. Ciało żywego człowieka zawdzięcza swe funkcje właśnie owym dwóm instancjom niematerialnym, które zazwyczaj nazywamy świadomością (duszą) i życiem (du­chem). Świadomość przedstawia przy tym informację, która objawia się w ciele i podlega transpozycji do sfery widzialnej. Świadomość ma się do ciała tak jak program radiowy do odbiornika. Ponieważ świadomość stanowi jakość niemate­rialną i samodzielną, więc oczywiście ani nie jest produktem ciała, ani nie zależy od jego istnienia.
To, co nieustannie dzieje się w ciele istoty żywej, jest wyrazem odpowiedniej informacji ewentualnie zagęszczenia odpowiedniego obrazu (obraz to po grecku eidolon, od­powiada mu zatem również pojęcie „idei”). Gdy puls i serce podążają określonym rytmem, temperatura ciała zachowuje stałą wartość, gruczoły produkują hormony lub gdy tworzą się przeciwciała (antygeny), to są to funkcje niewytłumaczal­ne na bazie samej tylko materii, są natomiast w całości zależne od odpowiedniej informacji, której punktem wyjścia jest świadomość. Gdy różnorakie funkcje ciała w określony sposób współgrają, powstaje wzorzec, który odczuwamy jako harmonijny i dlatego nazywamy go zdrowiem. Gdy jakaś funkcja wymyka się spod kontroli, w mniejszym lub więk­szym stopniu zaczyna zagrażać harmonii całości, wtedy mówimy o chorobie.

Choroba oznacza więc odejście od harmonii czy też zakwestionowanie zrów­no­wa­żo­ne­go dotychczas porządku (później przekonamy się, że, widziana pod innym kątem, choroba jest właściwie ustanowieniem równowagi). Za­kłócenie harmonii dokonuje się jednak w świadomości na płaszczyźnie informacji i objawia się jedynie w ciele. Ciało jest zatem sferą objawiania się i urzeczywistniania świado­mości, a tym samym także wszystkich procesów i zmian, które dokonują się w świadomości. Tak jak cały świat materialny jest jedynie sceną, na której przyjmuje kształt gra archetypów, stając się w ten sposób alegorią, tak i materialne ciało jest sceną, na której obrazy świadomości pragną uzyskać swój wyraz. Dlatego gdy świadomość człowieka popada w stan nierównowagi, staje się to widoczne i od­czuwalne w jego ciele jako symptom. Stąd wprowadzającym w błąd jest twierdzenie, że ciało jest chore – chory może być jedynie człowiek – natomiast owo bycie chorym objawia się w ciele jako symptom. (Gdy wystawia się tragedię, przecież nie scena jest tragiczna, lecz utwór!)

Symptomów jest wiele – ale wszystkie są wyrazem jednego i tego samego zdarzenia, które nazywamy chorobą, a które zawsze dokonuje się w świadomości człowieka. Tak jak ciało nie może żyć bez świadomości, tak też bez świadomości nie może „chorować”. W tym miejscu zapewne zrozumiałe stanie się zastrzeżenie, że nie akceptujemy przyjętego dziś powszechnie podziału na choroby somatycz­ne, psychosomatyczne, psychiczne i umysłowe. Tego rodza­ju koncepcja raczej utrudnia niż ułatwia możliwość rozu­mienia istoty rzeczy.
Nasz sposób widzenia sprawy odpowiada do pewnego stopnia modelowi psy­cho­so­ma­tycz­ne­mu, z tą wszakże róż­nicą, że odnosimy go do wszystkich symptomów, nie czyniąc żadnych wyjątków. Rozróżnienie „somatyczny” / ”psychicz­ny” można w najlepszym razie odnieść do płaszczyzny, na której symptom się manifestuje – ale jest ono bezużyteczne, gdy idzie o lokalizację choroby. Starożytne pojęcie chorób ducha jest zupełnie mylące, gdyż duch nigdy nie może zachorować – w tym wypadku chodzi wyłącznie o sym­ptomy, które manifestują się na płaszczyźnie psychicznej, a więc w świadomości człowieka.
Tak więc będziemy tu próbować rozwinąć jednolity obraz choroby, w którym rozróżnienie „somatyczny”/ ”psy­chiczny” w najlepszym razie będzie się odnosiła do dominu­jącej płaszczyzny wyrażania się symptomu.
Wraz z pojęciowym rozróżnieniem między chorobą (płaszczyzna świadomości) a symptomem (płaszczyzna cielesna) nasz sposób widzenia choroby nieuchronnie ulegnie przemieszczeniu, odchodząc od dobrze znanej ana­lizy wydarzenia cielesnego w stronę słabo nam dziś jeszcze w tym kontekście znanego widzenia go w płaszczyźnie psychicznej. Działamy zatem jak krytyk, który próbuje poprawić złą sztukę teatralną nie poprzez analizę i zmianę kulis, rekwizytów i aktorów, lecz od razu zabiera się do samego tekstu.

Konsekwencją pojawienia się symptomu w ciele człowie­ka jest (w mniejszym lub większym stopniu) zwrócenie nań uwagi i przerwanie w ten sposób, niekiedy gwałtownie, dotychczasowej jednostajności życia. Symptom jest syg­nałem, który ściąga na siebie uwagę, zainteresowanie i ener­gię, a tym samym powoduje zakwestionowanie normalnego, równomiernego toku życia. Symptom wymusza na nas uwagę – czy chcemy tego, czy też nie. To pochodzące z zewnątrz zakłócenie odczuwamy jako pewnego rodzaju dyskomfort i dlatego mamy zazwyczaj tylko jedno prag­nienie: spowodować, by czynnik zakłócający zniknął. Czło­wiek nie lubi, gdy mu coś zakłóca normalny tok życia – dlatego podejmuje walkę z symptomem. Walka absor­buje, jest zajęciem przykuwającym uwagę – w ten spo­sób symptom powoduje sytuację, w której musimy się nim zająć.
Od czasów Hipokratesa medycyna szkolna próbuje wmawiać chorym, że symptom jest wydarzeniem mniej lub bardziej przypadkowym, którego przyczyn należy szukać w procesach funkcjonalnych. By je zbadać, dokłada się znacznych starań. Medycyna szkolna starannie unika nada­wania symptomowi znaczenia, odsyłając tym samym zarów­no sam symptom, jak i całą chorobę w obszar pozbawionej znaczenia błahości. Ale tym sposobem sygnał traci swą właściwą funkcję – symptomy zostają pozbawione znacze­nia sygnalnego.

W celu lepszego zrozumienia tej sytuacji posłużmy się porównaniem: samochód ma na desce rozdzielczej różne lampki kontrolne, które zapalają się tylko wtedy, gdy jakaś ważna funkcja mechanizmu przestaje prawidłowo działać. Jeśli podczas jazdy zapali się taka lampka kontrolna, bynajmniej nas to nie ucieszy. Przecież to znak, że powinniś­my przerwać jazdę. Czujemy to. Mimo zrozumiałego niepo­koju bardzo głupio byśmy postąpili, wyładowując naszą złość na lampce, w końcu to dzięki niej dowiedzieliśmy się o czymś, z czego wcale nie tak szybko zdalibyśmy sobie sprawę, gdyż to coś znajduje się na obszarze dla nas „niewidocznym”. Tak więc zapalenie się owej lampki po­traktujemy jako bodziec do wezwania mechanika, który spowoduje, że lampka przestanie świecić, a my, teraz już spokojni, pojedziemy sobie dalej. Ale niewątpliwie bardzo byśmy się zdenerwowali, gdyby interwencja mechanika ograniczyła się do samego tylko usunięcia żaróweczki. Wprawdzie lampka przestałaby świecić – czego wszak również sobie życzyliśmy – ale droga prowadząca do uzyskania oczekiwanego przez nas rezultatu wydałaby się nam zbyt prosta. Wiemy, że znacznie sensowniejsze będzie stworzenie sytuacji, w której świecenie lampki okaże się zbędne, niż uniemożliwienie jej świecenia. W tym celu trzeba jednak oderwać wzrok od lampki i skierować go na obszary położone głębiej w celu ustalenia, co właściwie nie jest w porządku. Lampka swym świeceniem miała jedynie zwrócić naszą uwagę i skłonić do zadania pytania o przy­czynę.

Czym w powyższym przykładzie jest lampka kontrolna, tym w interesującej nas materii jest symptom. Cokolwiek w naszym organizmie manifestuje się jako symptom, jest ujawnieniem niewidzialnego procesu i przez swą funkcję sygnalną ma przerwać nasz dotychczasowy sposób po­stępowania, wskazać na fakt, że coś jest nie w porządku, i skłonić nas do zastanowienia się nad przyczyną. Tu też nie byłoby rzeczą rozsądną wyładowanie złości na symptomie, a chęć jego wyeliminowania przez uniemożliwienie mu manifestowania się byłaby wręcz absurdalna. Symptomu nie wo1no zablokować, trzeba natomiast spowodować sytuację, w której okaże się zbędny. Ale i tutaj trzeba odwrócić wzrok od symptomu i spojrzeć głębiej, jeśli mamy się nauczyć rozumienia znaczenia symptomu.

Wszakże na niezdolności do dokonania tego kroku polega problem medycyny szkolnej – jest za bardzo zafascynowana symptomami. Dlatego właśnie stawia na jednej płaszczyźnie symptom i chorobę, tzn. nie potrafi rozdzielić treści i formy. Dlatego też z tak wielkim nakładem sił i środków technicznych zabieramy się do leczenia narzą­dów i części ciała – nigdy zaś człowieka, który jest chory. Dążymy do tego, by kiedyś tam, w przyszłości, móc uniemożliwić pojawianie się jakichkolwiek symptomów, bez zastanowienia się, czy taka koncepcja może być w ogóle zrealizowana i czy ma sens. To zdumiewające, w jak niewielkim stopniu rzeczywistość jest w stanie otrzeźwić rozgorączkowane głowy ludzi goniących za takim celem. Wszak od czasów pojawienia się tak zwanej współczesnej medycyny naukowej liczba chorych nie zmniejszyła się nawet o ułamek procenta. Jest, jak dawniej, tak dziś, tyle samo chorych – jedynie symptomy uległy zmianom. Ten otrzeźwiający fakt próbuje się maskować różnymi statys­tykami, które odwołują się do określonych grup sym­ptomów. Tak na przykład z dumą obwieszcza się zwycięst­wo nad chorobami zakaźnymi, zapominając jednocześnie wspomnieć, jakie symptomy w tym okresie zyskały na znaczeniu i częstotliwości.

Patrzenie staje się uczciwe dopiero z chwilą, gdy zamiast symptomów widzi się „chorobę jako taką” – a liczba tych przypadków jak dotąd nie zmalała i z pewnością także w przyszłości nie zmaleje. Choroba tkwi w ludzkim życiu równie głęboko jak śmierć i nie da się wyeliminować przez zastosowanie kilku nieszkodliwych, funkcjonalnych trików. Gdybyśmy potrafili zrozumieć chorobę i śmierć w ich wielkości i godności, moglibyśmy dostrzec, jak śmieszne na tym tle są nasze chełpliwe wysiłki pokonania ich własnymi siłami. Przed tego rodzaju rozczarowaniem można się oczywiście bronić, by następnie móc żyć z wiarą we własną wielkość i potęgę. Wystarczy sięgnąć po niepoważne ar­gumenty wskazujące, że choroba i śmierć mają jedynie funkcjonalny charakter.

Podsumujmy raz jeszcze: choroba jest stanem wskazują­cym, że człowiek w swej świadomości przestał być w po­rządku czy też w harmonii. Ta utrata wewnętrznej równo­wagi objawia się w ciele jako symptom. Symptom jest zatem sygnałem i nośnikiem informacji, gdyż poprzez fakt swego pojawienia się przerywa dotychczasowy tok życia i zmusza nas do zwrócenia nań uwagi. Symptom sygnalizuje nam, że jako człowiek, jako istota posiadająca duszę, jesteśmy chorzy, tzn. wypadliśmy ze stanu równowagi naszych wewnętrznych sił duchowych. Symptom mówi nam, że czegoś nam brakuje. „Co panu dolega?” (po niemiecku gra słów: Was fehlt Ihnen = [dosł.] czego panu brakuje?) pytano dawniej chorego – ten zawsze odpowiadał: „Mam bóle”. Choremu zawsze czegoś brakuje i jest to jakiś brak w świa­domości – gdyby mu nie brakowało, byłby przecież zdrowy, tzn. cały i doskonały. Jeśli wszakże czegoś mu do zdrowia brakuje, wtedy jest nie-cały, czyli chory. Owo bycie chorym przejawia się w ciele jako symptom, który się ma. Zatem wyrażenie mówiące o tym, co się ma, jest jednocześnie opisem sytuacji, w której czegoś brakuje. Brakuje czegoś w świadomości, a znakiem owego braku jest symptom, który się ma.
Gdy człowiekowi udaje się pojąć ową różnicę między chorobą a symptomem, wtedy za jednym zamachem zmie­nia się jego zasadnicza postawa wobec choroby i sposób podejścia do niej. Przestaje on traktować symptom jako swego głównego wroga, którego zwalczanie i zniszczenie jest celem najwyższym; odkrywa w nim partnera, który może mu pomóc odnaleźć to, czego mu brakuje, a tym samym przezwyciężyć rzeczywistą chorobę. Tym razem symptom staje się nauczycielem, który pomoże nam zatroszczyć się o własny rozwój i własną świadomość, który potrafi też okazać się wielce surowy i twardy, jeśli będziemy lekce sobie ważyć to nasze najwyższe przykazanie. Choroba zna tylko jeden cel: pozwolić nam wyzdrowieć.
Symptom może nam powiedzieć, czego nam na tej drodze jeszcze brak – wszakże pod warunkiem, że po­trafimy zrozumieć mowę symptomów. Ponowne nauczenie się języka symptomów jest zadaniem tej książki. Mówimy ponowne nauczenie się, gdyż język ten istnieje z dawien dawna i dlatego nie trzeba go odkrywać, a jedynie ponownie odnaleźć. Cały nasz język jest psychosomatyczny, a to znaczy, że zna on związki między ciałem a duszą. Nauczmy się na nowo wsłuchiwać w tę dwuznaczeniowość naszego języka, a wtedy bardzo szybko usłyszymy i zrozumiemy, o czym mówią nasze symptomy. Mają nam więcej do powiedzenia, i to rzeczy ważniejszych, niż nasi bliźni, są bowiem intymniejszymi od nich partnerami, należą do nas całkowicie i tylko one znają nas naprawdę.
Jednakże zrodzoną w ten sposób uczciwość dość trudno znieść. Nasz najlepszy przyjaciel nigdy by nie śmiał powie­dzieć nam prawdy o nas w sposób tak bezpośredni, bez owijania w bawełnę i prosto w twarz – jak zawsze czynią to symptomy. W tej sytuacji trudno się dziwić, że zapomnieliś­my języka symptomów – zawsze przyjemniej żyje się nieuczciwie! Ale z samego tylko nie słyszenia i nie rozumienia symptomy nie znikają. W jakiś tam sposób zawsze nas zaprzątają. Jeśli odważymy się wsłuchać w to, co mają nam do powiedzenia, i zaczniemy się z nimi komunikować, staną się naszym nieprzekupnym nauczycielem na drodze do prawdziwego uzdrowienia. Mówiąc, czego nam właściwie brak, zapoznając ze sprawami, które jeszcze musimy zinteg­rować w naszej świadomości, dają nam szansę uczynienia zbędnymi symptomów jako takich – właśnie poprzez proces uczenia się i przyswajania przez świadomość.
Tutaj tkwi różnica między zwalczaniem a transmutowa­niem choroby. Wyleczenie rodzi się wyłącznie z transmuto­wanej choroby, a nigdy z przezwyciężonego symptomu, gdyż wyleczenie zakłada, jeśli spojrzymy na to z samego tylko językowego punktu widzenia, że człowiek jest zdrow­szy, a to znaczy w większym stopniu cały, doskonalszy. (Niedozwolony z punktu widzenia gramatyki stopień wyż­szy od przymiotnika cały oznacza tu tyle co bliższy całości – słowo wyleczony stopniuje się równie trudno.) Wylecze­nie oznacza zawsze zbliżenie się do stanu zdrowia, do owej całościowej świadomości, którą zwie się także oświeceniem. Wyleczenie polega na dołączeniu do niej elementu brakujące­go, jest zatem niemożliwe bez rozszerzenia świadomości. Choroba i zdrowie są parą pojęć, które odnoszą się tylko do świadomości i nie mają zastosowania do ciała – ciało nie może być ani chore, ani zdrowe. Mogą się w nim jedynie odzwierciedlać odpowiadające tym pojęciom stany świadomości.

Już choćby w tym punkcie możliwe jest krytyczne podejście do medycyny szkolnej. Posługuje się ona pojęciem zdrowia, nie zwracając uwagi na jedyny obszar, na którym wyleczenie jest w ogóle możliwe. Nie jest naszym zamiarem krytykowanie poczynań medycyny, o ile nie łączy się to z twierdzeniem, że dzięki nim dokonało się wyleczenie. Działanie medycyny ogranicza się do środków czysto funk­cjonalnych; jako takie nie są one ani złe, ani dobre, są po prostu interwencjami w płaszczyźnie materialnej. Na tej płaszczyźnie odnosi zresztą medycyna zdumiewające niekie­dy sukcesy; potępić w czambuł jej metody można tylko we własnym imieniu, nigdy w imieniu innych. Pojawia się tu problem, czy i na ile jest się gotowym do podjęcia próby zmiany świata za pomocą posunięć funkcjonalnych lub czy tego rodzaju postępowanie uważa się za iluzję. Kto przejrzał tę grę, nie musi brać w niej dalszego udziału (choć też nic przeciw temu nie przemawia!), ale tylko z tego powodu, że sam już jej nie potrzebuje, nie wynika, że może odmawiać innym prawa do uczestniczenia w niej – bo także rozprawa z iluzją w ostatecznym rachunku posuwa nas naprzód!

Mniej chodzi nam o samo to, co się czyni, bardziej o świadomość tego, co się czyni. Kto zrozumiał nasz dotych­czasowy wywód, zauważy w tym miejscu, że nasza krytyka odnosi się oczywiście dokładnie tak samo do medycyny naturalnej jak do medycyny szkolnej, gdyż także naturalna medycyna próbuje powodować „wyleczenie” środkami funk­cjonalnymi, próbuje uniemożliwiać istnienie choroby i mówi o zdrowym życiu. Filozofia jest w jej wypadku taka sama jak w medycynie szkolnej, jedynie metody są mniej trujące i naturalniejsze. (Wyjątek stanowi homeopatia, która nie należy ani do medycyny szkolnej, ani naturalnej.)
Droga człowieka jest drogą od nieszczęścia do szczęścia – od choroby do zdrowia i uświęcenia. Choroba nie jest przypadkowym i dlatego nieprzyjemnym zakłóceniem na tej drodze, lecz sama jest drogą, na której człowiek kroczy w kierunku szczęścia i zdrowia. Im bardziej świadomie patrzymy na tę drogę, tym lepiej potrafimy zrealizować nasz cel. Naszym zamiarem nie jest zwalczanie choroby, lecz jej wykorzystanie; by jednak móc to osiągnąć, musimy się jeszcze nieco cofnąć.

Źródło: qualitylife.pl
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: PRZEZ CHOROBĘ DO SAMOPOZNANIA - Thorwald Dethlefsen, Rudiger
« Reply #1 on: (Tue) 08.04.2014, 19:05:16 »
2. Biegunowość i jedność

Odrzekł im Jezus:
Quote
„Wejdźcie, jeśli macie zwyczaj czynić dwa jednością
i stronę wewnętrzną czynić tak, jak stronę zewnętrzną,
a stronę zewnętrzną tak, jak wewnętrzną,
stronę górną jak stronę dolną, i jeśli macie zwyczaj czynić to,
co męskie i żeńskie jednością, aby to, co jest męskie, nie było męskim,
a to, co jest żeńskie, nie było żeńskim; jeśli będziecie mieli zwyczaj
czynić oczy jednym okiem, a jedną rękę dacie w miejsce ręki
i nogę w miejsce nogi, i obraz w miejsce obrazu
wtedy wejdziecie do Królestwa”.
Ewangelia Tomasza log. 22

Czujemy się w obowiązku również i w tej książce podjąć problem, który omawialiśmy już wcześniej, w książce pt. Przeznaczenie twoją szansą – mianowicie problem bie­gunowości. Z jednej strony chcielibyśmy uniknąć nudnych powtórzeń, z drugiej zaś zdajemy sobie sprawę, że rozumie­nie biegunowości jest warunkiem koniecznym dla zrozumie­nia dalszego toku wywodu. W końcu zaś nie można chyba przesadzić w podejmowaniu problemu biegunowości, skoro stanowi ona centralny problem naszego bytu.

Już choćby tylko mówiąc ja, człowiek odgranicza się od wszystkiego co odczuwa jako nie ja, jako ty – a czyniąc ten krok, staje się więźniem biegunowości. Jego ja wiąże go ze światem przeciwieństw, dzielących się nie tylko na ja i ty, lecz także na wewnątrz i zewnątrz, mężczyznę i kobietę, dobro i zło, prawdę i fałsz itd. Ego człowieka uniemożliwia mu po­strzeganie, rozpoznanie lub choćby tylko wyobrażenie sobie jedności i całości – w jakiejkolwiek formie. Świadomość rozszczepia i rozkłada wszystko na pary przeciwieństw, które będziemy odczuwać jako konflikt, gdy tylko pojawią się przed nami jako wyzwanie, zmuszą do dokonania między ni­mi rozróżnienia i podjęcia decyzji. Nasz rozum nie czyni nic innego nad to, że stale rozkłada rzeczywistość na coraz to mniejsze cząsteczki (analiza) i stale je różnicuje (zdolność róż­nicowania). W ten sposób mówimy tak w stosunku do jednej rzeczy i jednocześnie nie w stosunku do jej przeciwieństwa – gdyż „przeciwieństwa, jak wiadomo, się wykluczają”. Ale każdym nie, każdym takim wykluczeniem, ugruntowujemy nasze bycie chorym, gdyż aby być zdrowym, nie może nam przecież niczego brakować. Być może już tu daje się odczuć, jak ściśle temat choroba-zdrowie łączy się z biegunowością ­można to sformułować jeszcze wyraźniej: choroba to bieguno­wość, zdrowie zaś jest przezwyciężeniem tej biegunowości.
Za biegunowością, którą odnajdujemy w człowieku, kryje się jedność, owa wszystko obejmująca jednia, w której spoczywają jeszcze nie zróżnicowane przeciwieństwa. Ten obszar bytu bywa także nazywany wszechświatem, i już ex definitione obejmuje wszystko, przeto poza ową jednością, owym wszechświatem niczego innego być nie może. W jed­ności nie ma ani zmian, ani przeobrażeń czy rozwoju, gdyż jedność nie podlega ani czasowi, ani przestrzeni. Jedność wszechświata polega na wiecznym spokoju; jest czystym byciem, bez formy i bez aktywności. Właściwie winien zwracać uwagę fakt, że wszelkie orzeczenia dotyczące jedności wymagają sformułowań negatywnych, tzn. muszą zawierać przeczenie: bez czasu, bez przestrzeni, bez zmian, bez granic.

Każde orzeczenie pozytywne pochodzi z naszego od­dzielonego świata i dlatego nie przystaje do owej jedności. Dlatego z powodu tej naszej biegunowej świadomości jedność jawi się nam jako nicość. To sformułowanie jest słuszne, wszelako często wywołuje w nas, ludziach, fałszywe skojarze­nia. Zwłaszcza ludzie Zachodu reagują przeważnie rozczaro­waniem, gdy na przykład dowiadują się, że stan świadomości zwany nirwaną, stanowiący cel, którego osiągnięcie postuluje filozofia buddyjska, oznacza tyle co „nicość” (dosłownie: zgaszenie). Ego człowieka chciałoby zawsze mieć coś, co znajduje się poza nim, i nadzwyczaj niechętnie przyjmuje do wiadomości, że wystarczy zgasnąć, by być jednością ze wszystkim. W jedności wszystko i nic stają się tym samym. Nicość rezygnuje z jakiejkolwiek manifestacji i odgraniczenia siebie, dzięki czemu chroni się przed biegunowością. Pra­przyczyną wszelkiego bytu jest nicość (ain soph u kabalistów, tao u Chińczyków, neti-neti u Hindusów). Jest to jedyne, co istnieje naprawdę, bez początku i bez końca, wiecznie.
Na tę jedność możemy wskazać, ale nie możemy jej sobie wyobrazić. Jedność jest biegunowością biegunowości i d1a­tego jest myślowo przekonywająca – ba, do pewnego stopnia ludzie są w stanie przeżyć ją i doświadczyć jej, gdy poprzez określone ćwiczenia lub techniki medytacyjne roz­winą w sobie zdolność choćby krótkotrwałego zniesienia biegunowości swej świadomości. Zawsze będzie ona jednak umykać opisowi językowemu lub myślowej analizie, gdyż nasze myślenie wymaga wręcz biegunowości; ona jest jego warunkiem. Poznanie bez biegunowości, bez podziału na podmiot i przedmiot, na stronę poznającą i poznawaną nie jest możliwe. W jedności nie ma poznania, a tylko bycie. W jedności ustaje wszelka tęsknota, wszelka wola i dążenie, wszelki ruch – gdyż nie ma niczego, co byłoby na zewnątrz niej, za czym można by tęsknić. To stary paradoks, że tylko w nicości można znaleźć pełnię.

Powróćmy jednak do obszaru, który niewątpliwie jest bezpośrednio dostępny naszemu doświadczeniu. Nasza świadomość jest świadomością biegunową, dzięki czemu świat, który się nam jawi, też jest biegunowy. Jest rzeczą ważną zdać sobie jednak sprawę, że to nie tyle świat jest biegunowy, ile nasza świadomość, poprzez którą ów świat poznajemy. Przyjrzyjmy się prawom biegunowości na kon­kretnym przykładzie oddechu, który stanowi dla człowieka podstawowe doświadczenie biegunowości. Wdychany i wy­dychany strumień powietrza stale się wzajemnie zastępują, tworząc w ten sposób pewien rytm. Ale ten rytm nie jest niczym innym, jak stałą zmianą biegunów. Rytm jest podstawowym wzorcem wszelkiego życia. to samo twierdzi fizyka, gdy mówi, że wszystkie zjawiska dadzą się zreduko­wać do drgań. Zniszczenie rytmu oznacza zniszczenie życia, gdyż życie jest rytmem. Kto zatrzyma wydech, nie wykona wdechu. Tak więc widzimy, że wdech żyje wydechem i bez swego przeciwieństwa nie jest zdolny do istnienia. Jeden biegun żyje drugim biegunem. Zabierzmy jeden biegun, a okaże się, że zniknie również drugi. Tak też powstaje prąd elektryczny – z napięcia między dwoma biegunami. Jeśli któryś z nich zlikwidujemy, zniknie i prąd – całkowicie.



Na tej stronie widzimy znaną zagadkę obraz­kową, na podstawie której każdy łatwo potrafi sobie uzmysłowić problem biegunowości. Biegunowość oznacza w tym wypadku: albo pierwszy/tło, a tu konkretnie: twa­rze/wazon. Którą z tych dwóch możliwości dostrzeżemy, zależy od tego, czy tłem uczynimy płaszczyznę białą, czy czarną. Jeśli za tło uznamy płaszczyznę czarną, wtedy płaszczyzna biała stanie się pierwszoplanowa i ujrzymy wazon. Rzecz ulegnie odwróceniu, jeśli tłem uczynimy powierzchnię białą, gdyż wtedy postrzeżemy powierzchnię czarną jako pierwszoplanową i zobaczymy dwie twarze z profilu. Prezentując te zabawę optyczną, chcielibyśmy zwrócić uwagę na to, co się tak naprawdę dzieje w nas samych, gdy przechodzimy od postrzegania wazonu do postrzegania twarzy i odwrotnie. Oba te elementy istnieją przecież na tym obrazie jednocześnie, są w nim jakby zjednoczone, ale zmuszają obserwatora do podjęcia decyzji „albo-albo”. Albo widzimy wazon, albo twarze. Oba te aspekty możemy w najlepszym razie obserwować kolejno – jeden po drugim. Jest rzeczą bardzo trudną widzieć oba jednocześnie i równorzędnie.
Ta optyczna zabawa może nam bardzo ułatwić zro­zumienie problemu biegunowości. W obrazie tym biegun czarny jest zależny od bieguna białego i odwrotnie. Jeśli zabrać obrazowi jeden biegun (wszystko jedno biały czy czarny), zniknie całość z jej obu aspektami. Także i tutaj czarne żyje z białego, ewentualnie plan pierwszy z tła, tak jak wdech z wydechu czy biegun dodatni prądu z bieguna ujemnego. Ta wysoka zależność od siebie dwóch przeci­wieństw dowodzi, że za każdą biegunowością niewątpliwie stoi jakaś jedność, której my, ludzie, z naszą ludzką świadomością nie potrafimy rozpoznać i postrzegać jako jedności w jej całościowym aspekcie. Tak więc jesteśmy zmuszeni każdą rzeczywistą jedność rozłożyć na dwa biegu­ny i rozpatrywać ją w zależności od nich.
Nawiasem mówiąc, to właśnie jest moment narodzin czasu, owego oszusta; on również zawdzięcza swe istnienie jedynie biegunowości naszej świadomości. Biegunowość ujawnia się tu w postaci dwóch aspektów jednej i tej samej rzeczywistej jedności, którą jesteśmy w stanie rozpatrywać tylko w kolejności ich pojawiania się przed naszymi zmys­łami. Dlatego od naszego stanowiska zależy, którą z dwu stron medalu dostrzeżemy najpierw. Tylko powierzchow­nemu obserwatorowi biegunowości mogą się wydać przeci­wieństwami, które się wzajemnie wykluczają – przy bliż­szym oglądzie okaże się, że biegunowości wspólnie tworzą jedność i w swym istnieniu są od siebie wzajemnie zależne. Nauka po raz pierwszy uczyniła to fundamentalne spo­strzeżenie, badając naturę światła.
Istniały dwa sprzeczne ze sobą poglądy w sprawie natury promieni świetlnych: jeden z nich stał się podstawą do sformułowania falowej teorii światła, drugi legł u podstaw teorii korpuskularnej – obie teorie pozornie nawzajem się wykluczają. Jeśli światło składa się z fal, nie składa się z cząstek i odwrotnie – albo-albo. Dziś już wiadomo, że owo „albo-albo” jest fałszywym postawieniem kwestii. Światło jest zarówno falą, jak korpuskułą. Można inaczej wyrazić biegunowość tego zdania i powiedzieć: światło nie jest ani falą, ani korpuskułą. Światło jest w swojej jedności światłem – i jako takie jest niedostępne biegunowej świado­mości człowieka. I tylko obserwatorowi jawi się, w zależno­ści od tego, z której strony do niego podchodzi, raz jako fala, innym razem jako cząsteczka.
Biegunowość jest jak drzwi, na których z jednej strony widnieje napis wejście, a z drugiej – wyjście, ale w zależności od strony, z której się do nich zbliżymy, pokażą nam tylko jeden aspekt swego bycia. Z powodu konieczności roz­kładania jedności na aspekty, by później móc je oglądać w następowaniu po sobie, powstaje czas, gdyż dopiero ogląd za pośrednictwem naszej biegunowej świadomości przeob­raża jednoczesność bytu w następujące po sobie etapy. Tak jak za biegunowością stoi jedność, tak za czasem stoi wieczność. Jeśli chodzi o wieczność, powinno się pamiętać, że w sensie metafizycznym oznacza ona bezczasowość, a nie, jak błędnie to pojmuje teologia chrześcijańska, długie i nie kończące się kontinuum czasowe.
Analizując stare języki, doskonale można odtworzyć sobie, w jaki sposób nasza świadomość i pęd do poznania rozbija pierwotne jedności na przeciwieństwa. Wydaje się, że ludziom dawnych kultur lepiej udawało się dostrzegać jedność w biegunowości, gdyż w dawnych językach wiele słów nie zawiera jeszcze biegunowości. Dopiero w procesie dalszego rozwoju języka zaczęto, zazwyczaj przez przesuwki samogłosek lub ich wydłużanie, przyporządkowywać jed­nemu tylko biegunowi ambiwalentne początkowo słowa. (Już Sigmund Freud zwrócił uwagę na to zjawisko w swej pracy zatytułowanej Gegensinn der Urworte– Przeciwstaw­ny sens słów pierwotnych.)
I tak bez trudu rozpoznajemy wspólny rdzeń łączący na przykład następujące słowa łacińskie: clamare = krzyczeć i clam = cicho, czy siccus = suchy i sucus = sok; altus zawsze znaczyło zarówno wysoki, jak i głęboki. W grece słowo pharmacon to zarówno trucizna, jak i lekarstwo. W niemieckim słowa stumm (głuchy) i Stimme (głos) są spo­krewnione, w angielskim zaś całą esencję biegunowości widzimy w słowie without, co dosłownie znaczy zarówno „z”, jak i „bez”, ale znaczeniowo zostało przypisane tylko jednemu z tych biegunów, mianowicie biegunowi bez. Merytorycznie jeszcze bardziej przybliża nas do tego tematu językowe pokrewieństwo między bos (zły) i staro­wysokoniemieckim baß. Baß to tyle co gut (dobrze). Dziś znamy to słowo już tylko w dwóch złożeniach: fürbaß, co znaczy tyle co fürwahr (zaprawdę) i baß erstaunt, co można by oddać jako sehr erstaunt (bardzo zdumiony). Ten sam rdzeń zawiera angielskie bad = zły, jak i niemieckie Buße (pokuta) i büßen (pokutować). To językowe zjawisko pole­gające na tym, że pierwotnie na oznaczenie przeciwnych biegunów, jak np. dobry i zły, stosowano jedno wspólne słowo, plastycznie pokazuje nam jedność, za którą stoi każda biegunowość. Szczególnie wnikliwie będziemy musie­li się zająć postawieniem znaku równości między dobrem a złem, ale być może już w tym miejscu potrafimy zdać sobie sprawę z tego, jak niesłychanie ważne jest rozumienie „biegunowości”.
Biegunowość naszej świadomości odczuwamy subiek­tywnie jako zmianę między dwoma stanami świadomości, które wyraźnie się od siebie różnią: jawą i snem. Oba te stany odbieramy jako wewnętrzne odpowiedniki występującej w naturze zewnętrznej biegunowości dnia i nocy. Toteż często mówimy również o świadomości dziennej i nocnej albo o dziennej i nocnej stronie duszy. Ściśle związany z tą biegunowością jest także podział na świadomość wyższą i nieświadomość. I tak przez cały dzień żyje w nas jako nieświadomy ten obszar świadomości, w którym nocą jesteśmy u siebie i z którego wyrastają sny. Słowo nie­-świadomy, jeśli mu się bliżej przyjrzymy, nie jest najszczęś­liwszym sformułowaniem, gdyż przedrostek nie neguje następujący po nim przymiotnik świadomy (por. nie-grzecz­ny, nie-winny itd.), ale właśnie ta negacja rozmija się z sensem tego pojęcia. Nieświadomy to nie to samo co pozbawiony świadomości. Śpiąc znajdujemy się jedynie w innym obszarze bycia świadomym. O jakimkolwiek braku świadomości w ogóle nie może być mowy. Nie­-świadomość nie jest więc brakiem świadomości, a jedynie bardzo jednostronną klasyfikacją świadomości dziennej, która stwierdza, że oczywiście jest tam coś jeszcze, do czego jednak ona nie ma dostępu. Ale właściwie dlaczego utoż­samienie się ze świadomością dzienną wydaje nam się tak oczywiste?
Od czasu rozprzestrzenienia się psychologii głębi przy­wykliśmy wyobrażać sobie naszą świadomość jako warst­wową i odróżniać świadomość górną od dolnej i od nie­świadomości.
Ten podział na górę i dół nie jest wprawdzie absolutnie przekonujący, ale odpowiada symbolicznemu odczuwaniu przestrzeni, które niebo i światło przypisuje jej biegunowi górnemu, ziemię i ciemność – dolnemu. Gdybyśmy chcieli pokusić się o graficzne przedstawienie takiego modelu świadomości, figura, którą byśmy nakreślili, mogłaby wy­glądać tak:



Okrąg symbolizuje tutaj jedną, wszystko obejmującą świadomość, która nie ma granic i jest wieczna. Toteż obwód okręgu nie stanowi granicy, a jedynie symbol wszechogarniania. Człowiek jest tu odgraniczony swoim ja, z czego bierze się jego subiektywna, ograniczona świado­mość górna. Z tego powodu nie ma on dostępu do pozostałej, tzn. kosmicznej świadomości – jest ona dla niego nie uświadomiona (C.G. Jung nazywa tę warstwę „kolektywnie nieświadomym”). Linia podziału między „ja” a pozostałym „morzem świadomości” nie jest jednak linią absolutną -można by ją raczej nazwać rodzajem obustronnie przepu­szczalnej błony. Błona ta odpowiada podświadomości. Za­wiera ona zarówno treści, które jakby zsunęły się w dół ze świadomości (zapominanie), jak też treści, które wyrosły z nieświadomości, jak np. przeczucia, wielkie sny, intuicje, wizje.
Jeśli człowiek bardzo silnie utożsamia się wyłącznie ze swoją górną świadomością, przepuszczalność podświado­mości ulega bardzo znacznemu ograniczeniu, gdyż treści nie uświadomione są przez niego przeżywane jako obce i budzą­ce lęk. Natomiast wyższa przepuszczalność może prowadzić do rodzaju mediumiczności. Jednakże stan iluminacji czy świadomości kosmicznej może być osiągnięty dopiero z chwilą usunięcia rozgraniczenia między tymi sferami świadomości, tak by świadomość górna i podświadomość zlały się w jedno. Krok ten oznacza wszelako zniszczenie „ja”, którego tożsamość polega przecież na odgraniczaniu się. W terminologii chrześcijańskiej krok taki został opisany słowami: „Ja (górna świadomość) i mój ojciec (nieświado­mość) jesteśmy jedno”.

Ludzka świadomość znajduje swój cielesny wyraz w mó­zgu, przy czym typowo ludzką zdolność rozróżniania i roz­sądek przypisuje się korze mózgowej. Nic więc dziwnego, że biegunowość ludzkiej świadomości odnajdujemy w postaci znaku topograficznego w anatomii mózgu. Jak wiadomo, mózg dzieli się na dwie półkule, połączone ze sobą ciałem modzelowatym (corpus callosum), tak zwanym spoidłem wielkim. W przeszłości medycyna próbowała usuwać różne symptomy, np. epilepsję lub nieznośne bóle, przez chirur­giczne przecięcie tego spoidła, a tym samym przerwanie wszystkich nerwowych połączeń między obu półkulami (commisurotomia).
Niezależnie od tego, jak bardzo poważna wydaje się tego rodzaju chirurgiczna interwencja, jej rezultaty były zrazu daleko skromniejsze od oczekiwań. W ten sposób odkryto, że obie półkule stanowią dwa nader samodzielne mózgi, które mogą pracować także niezależnie od siebie. Kiedy jednak pacjentów, u których wcześniej dokonano rozdzielenia obu półkul mózgowych, zaczęto poddawać dokładniejszym badaniom, coraz wyraźniejszy stawał się fakt, że obie półkule bardzo wyraźnie różnią się od siebie w swych właściwościach i zakresie kompetencji. Wiemy przecież, że drogi nerwowe krzyżują się, przez co prawa połowa ciała ludzkiego jest pobudzana przez lewą półkulę mózgu i vice versa – lewa połowa przez prawą półkulę. Jeśli pacjentowi po operacji, o której była wyżej mowa, zawiążemy oczy i damy do lewej ręki jakiś przedmiot, na przykład korkociąg, to nie będzie on potrafił go nazwać, tzn. podać nazwy przedmiotu, którego kształt odebrał poprzez dotyk, ale nie będzie miał żadnych trudności we właściwym jego użyciu. Sytuacja odwróci się, jeśli ten sam przedmiot podamy mu do ręki prawej: teraz będzie wie­dział, jak przedmiot ten się nazywa, ale nie będzie wiedział, jak go użyć.

Tak samo jak ręce, tak też uszy i oczy pozostają w przeciwległym związku z półkulami mózgowymi. W in­nym eksperymencie pokazywano pacjentce, która przeszła operację przecięcia spoidła wielkiego, różne figury geomet­ryczne. Eksperyment polegał na tym, że figury te pod­suwano oddzielnie pod prawe i pod lewe oko pacjentki. W toku tej serii doświadczeń w pole widzenia lewego oka podsunięto jej także zdjęcie przedstawiające akt, dzięki czemu zdjęcie to mogło zostać odebrane tylko przez prawą półkulę mózgową. Pacjentka zaczerwieniła się i parsknęła śmiechem, ale nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie osoby kierującej eksperymentem, co widziała: „Nic, tylko błysk światła” i dalej parskała śmiechem. Tak więc obraz postrzegany przez prawą półkulę mózgową powoduje co prawda reakcję, ale nie podlega myślo­wej czy językowej analizie. Jeśli spowodujemy, że jakiś zapach będzie dostępny tylko lewej dziurce od nosa, to, co prawda, nastąpi właściwa reakcja ze strony pacjenta, ale nie będzie on w stanie określić tego zapachu. Jeśli pacjen­towi pokażemy wyraz czy pojęcie złożone, jak na przykład „piłka nożna”, w ten sposób, że w obszarze widzenia le­wego oka znajdzie się jedynie słowo „piłka”, a w obszarze widzenia oka prawego tylko słowo „nożna”, to pacjent odczyta jedynie słowo „nożna”, gdyż słowo „piłka”, jako odebrane tylko przez prawą półkulę, nie może być poddane analizie językowej.

Ostatnimi czasy eksperymenty tego rodzaju coraz bar­dziej rozbudowywano i doskonalono. Rezultaty, które dotychczas udało się uzyskać, można streścić tak oto: Obie półkule mózgowe wyraźnie się różnią w zakresie swych funkcji i sprawności oraz kompetencji. Lewą półkulę można by nazwać „półkulą werbalną”, gdyż odpowiada za logikę i strukturę języka, za czytanie i pisanie. Rozszyfrowuje wszystkie bodźce tego świata w sposób analityczny i rac­jonalny, to znaczy myśli cyfrowo. Odpowiada więc także za liczenie i rachowanie. Również poczucie czasu lokuje się po tej stronie mózgu.
Wszystkie biegunowe do nich zdolności odnajdziemy w prawej połówce mózgu: zamiast analizy – zdolność do całościowego ujmowania kompleksowych zależności, wzorów i struktur. Ta połówka umożliwia zatem uchwy­cenie całości (kształtu) na podstawie cząstki (pars pro toto). Zapewne również prawej połówce zawdzięczamy zdolność rejestrowania i pojęciowego kształtowania wiel­kości logicznych (pojęcia nadrzędne, abstrakcje), które w rzeczywistości nie istnieją. W prawej połówce odna­jdziemy jedynie archaiczne formy językowe, formy kieru­jące się mniej prawami składni, bardziej zaś brzmieniem i skojarzeniami. Zarówno liryka, jak i język schizofre­ników są dobrym przykładem ilustrującym język prawej półkuli mózgowej. Ale tutaj lokuje się także myślenie przez analogię i umiejętność obchodzenia się z językiem symboli. Prawa połówka jest odpowiedzialna za obszar snów i obrazów duszy i nie poddaje się rozumieniu czasu lewej półkuli.

O tym, która z obu półkul jest w danym momencie dominująca, decyduje rodzaj czynności, wykonywanej właś­nie przez człowieka. I tak myślenie logiczne, czytanie, pisanie i liczenie wymusza dominację lewej półkuli, ale już słuchanie muzyki, marzenia, imaginacje i medytacja wyma­gają dominacji półkuli prawej. Mimo że zawsze przeważa aktywność którejś półkuli, człowiek zdrowy dysponuje również informacjami z podległej w danym momencie połówki, gdyż dzięki spoidłu (ciału modzelowatemu) stale odbywa się żywa wymiana informacji między nimi. Ta biegunowa specjalizacja obu półkul pokrywa się bardzo dokładnie z prastarymi ezoterycznymi naukami o bieguno­wości. W taoizmie obie prazasady, na które dzieli się jedność tao, nazywano yang (zasada męska) i yin (zasada żeńska). W tradycji hermetycznej tę samą biegunowość wyrażał symbol „słońca” (męski) i „księżyca” (żeński). Chiński yang albo słońce są symbolami aktywnej, pozytywnej zasady męskiej, której w psychologii odpowiadałaby świadomość dzienna. Zasada yin, czyli księżyca, obejmuje zasadę negaty­wną, żeńską, przyjmującą, i odpowiada nieświadomości w człowieku.
Te klasyczne biegunowości dają się bezproblemowo przenieść także na wyniki badań mózgu. I tak lewa półkula yang jest męska, aktywna, odpowiada wysokiej świadomo­ści i symbolowi słońca, a tym samym dziennej stronie w człowieku. Lewá półkula pobudza przecież także prawą, tzn. aktywną, męską stronę ciała. Prawa półkula to yin – negatywne, żeńskie. Odpowiada zasadzie księżyca albo stronie nocnej czy też nieświadomości w człowieku i w zwią­zku z tym uaktywnia jego lewą stronę. Dla większej przejrzystości przedstawiony poniżej rysunek uzupełniliśmy tabelą odpowiadających mu pojęć.



[row]
      [cell] Z LEWEJ[/cell]
      [cell] Z PRAWEJ[/cell]
   [/row]
   [row]
      [cell]logika   
język   

Półkula werbalna:
czytanie   
pisanie   
rachowanie   
liczenie
rozszyfrowywanie otoczenia   
myślenie cyfrowe   
myślenie liniowe   
zależność czasowa   
analiza      
inteligencja[/cell]
      [cell] postrzeganie postaci
rejestrowanie postaci
odczuwanie przestrzeni
archaiczne formy językowe

muzyka
zapach
wzór

zamknięty obraz świata
myślenie przez analogię
symbolika
bezczasowość
holistyka
wielkości logiczne
intuicja[/cell]
   [/row]
   [row]
      [cell] YANG[/cell]
      [cell]   YIN [/cell]
   [/row]
[row]
      [cell]Słońce   
męski   
dzień   
świadomy   
życie    [/cell]
      [cell]księżyc
   żeński
   noc
   nieświadomy
   śmierć [/cell]
   [/row]
[row]
      [cell]LEWA    [/cell]
      [cell] PRAWA[/cell]
   [/row]
[row]
      [cell]aktywność      
elektryczna   
kwasowość   
prawa połowa ciała   
prawa ręka [/cell]
      [cell]pasywność
   magnetyczna
   zasadowość
   lewa połowa ciała
   lewa ręka [/cell]
   [/row]

[/table]

Poszczególne prądy we współczesnej psychologii za­czynają już przesuwać o 90° starą horyzontalną topografię świadomości (Freuda), a pojęcia świadomość górna i nie­świadomość zastępować pojęciami lewej i prawej półkuli mózgu. Ta zmiana nazewnictwa jest raczej kwestią formy, a nie treści, co zapewne udało nam się tu przedstawić. Zarówno pozioma, jak pionowa topografia jest tylko specyfikacją starego chińskiego symbolu, zwanego taiji, który dzieli okrąg (całość, jedność) na białą i czarną połówkę, a każda z tych połówek zawiera przeciwnobiegu­nowe jądro (kolorystycznie skontrastowaną kropkę). Jed­ność rozpada się jakby w naszej świadomości na biegunowo­ści, które się wzajemnie uzupełniają.
Łatwo sobie wyobrazić, jak nieszczęsny (unheil = [także] niezdrowy) byłby człowiek posiadający tylko jedną z tych półkul; a przecież równie nieszczęsny jest w rzeczywistości tradycyjny, tak zwany naukowy, obraz świata w naszych czasach, bo jest to obraz produkowany przez lewą półkulę mózgu. Z tej perspektywy patrząc, istnieje tylko to, co racjonalne, rozumne, poddające się konkretnej analizie, i tylko zjawiska zależne od przyczynowości i czasu. Tym­czasem tego rodzaju racjonalny obraz świata stanowi jedy­nie połowę prawdy, gdyż znajduje się w polu widzenia tylko połowy świadomości, czy też połowy mózgu. Wszystkie owe treści świadomości, które tak chętnie lekceważono jako irracjonalne, nierozsądne, dziwaczne, ciemne i fantastyczne, są jedynie przeciwnobiegunowymi zdolnościami widzenia świata przez człowieka.



Jak różnie są zazwyczaj oceniane oba te wzajemnie się uzupełniające punkty widzenia, dowodzi już ta choćby okoliczność, że w trakcie badania różnych zdolności obu półkul mózgowych bardzo szybko udało się rozpoznać i opisać właściwości strony lewej, ale przez długi czas gubiono się w domysłach na temat sensowności działań półkuli prawej, bo przecież nic nie wskazywało na to, że może ona wnosić do całości jakiekolwiek rozsądne świad­czenia. Zdaje się jednak, że natura ceni zdolności prawej, nierozsądnej połówki daleko wyżej, gdyż w sytuacji za­grażającej życiu automatycznie przełącza dominację połó­wki lewej na dominację połówki prawej, wszak sytuacji niebezpiecznej trudno adekwatnie sprostać, włączając postępowanie analityczne. Tymczasem przy włączeniu półkuli prawej, dzięki całościowemu ogarnięciu sytuacji, pojawia się jeszcze możliwość spokojnego, adekwatnego do okoliczno­ści działania. Na tym przełączeniu polega zresztą także z dawien dawna znane zjawisko tak zwanego filmu życia. Znalazłszy się w obliczu śmierci, człowiek jeszcze raz widzi swoje całe życie, ewentualnie przeżywa na nowo wszystkie jego sytuacje – to zjawisko jest dobrą ilustracją tego, co nazwaliśmy bezczasowością prawej połówki.

Znaczenie teorii półkul mózgowych polega naszym zdaniem na tym, że nauka mogłaby jeszcze zrozumieć, jak jednostronny i połowiczny jest jej dotychczasowy obraz świata, a zwracając się ku prawej półkuli, dostrzec słuszność i konieczność owego innego sposobu widzenia. Jednocześnie na tym przykładzie można się nauczyć rozumienia prawa biegunowości jako centralnego prawa rządzącego światem. Próby tego rodzaju nie przynoszą pożądanego efektu zwyk­le z powodu absolutnej niezdolności nauki do myślenia przez analogię (prawa połówka).
My zaś na tym przykładzie powinniśmy jeszcze raz uzmysłowić sobie, na czym polega prawo biegunowości: jedność rozpada się w ludzkiej świadomości biegunowo. Oba bieguny uzupełniają się (kompensują) wzajemnie i dla­tego dla własnego istnienia wymagają istnienia swego przeciwieństwa. Biegunowość kryje w sobie niezdolność jednoczesnego widzenia obu aspektów jedności i dlatego zmusza nas do stosowania zasady po kolei, przez co powstają takie zjawiska, jak „rytm”, „czas” i „przestrzeń”. Gdy biegunowa świadomość pragnie językowo opisać jed­ność, może to uczynić jedynie sięgając po paradoks. Korzy­ści, jakie przynosi biegunowość, to zdolności poznawcze bez niej niemożliwe. Celem i tęsknotą biegunowej świadomości jest przezwyciężenie wynikającego z uwarun­kowania czasem stanu bycia-nie-zdrowym i osiągnięcia stanu zdrowia – to znaczy jedności.

Każda droga leczenia czy wtajemniczenia jest drogą biegnącą od biegunowości do jedności. Krok wiodący od biegunowości do jedności oznacza tak radykalną jakoś­ciową zmianę, że jest ona trudna do wyobrażenia lub wręcz niewyobrażalna dla świadomości biegunowej. Wszelkie sys­temy metafizyczne, religie i szkoły ezoteryczne uczą jedynie i tylko tej drogi: od dwoistości do jedności. Już choćby z tego powodu wynika przekonująco, że wszystkie owe nauki są zainteresowane nie „poprawianiem tego świata”, lecz „opu­szczeniem tego świata”.
I właśnie ta sprawa jest świetnym punktem zaczepienia dla wszelkich krytyków i przeciwników tych nauk. Wskazu­ją oni na zjawiska niesprawiedliwości i nędzy tego świata i zarzucają teoriom zorientowanym metafizycznie, jak bar­dzo aspołeczny i pozbawiony miłości jest ich sposób pode­jścia do wynikających stąd wyzwań i że są one zainteresowane tylko własnym egoistycznym zbawieniem. Eskapizm i brak zaangażowania oto zarzuty krytyków. Niestety krytycy nigdy nie mają czasu, aby zadać sobie trud zro­zumienia takich teorii do końca, jeszcze przed rozpoczęciem przeciw nim batalii; dochodzi więc do nieprzemyślanego pomieszania poglądów własnych z paroma fałszywie rozu­mianymi pojęciami zaczerpniętymi z owych teorii. a po­wstałą w ten sposób niedorzeczność określa się mianem „krytyki”.

Te nieporozumienia sięgają daleko. Jezus nauczał tylko tej jednej drogi, drogi prowadzącej od dwoistości do jedno­ści ale nawet jego uczniowie nie do końca go rozumieli (Jan jest tutaj wyjątkiem). Jezus mówił o biegunowości tego świata i jedności Królestwa Niebieskiego lub domu mego Ojca, lub tez całkiem po prostu Ojca. Podkreślał. że, jego królestwo nie jest z tego świata, i nauczał drogi do Ojca. Jednakże wszystkie jego wypowiedzi były początkowo pojmowane i odnoszone do tego świata w sensie zupełnie konkretnym i materialnym. Ewangelia św. Jana rozdział po rozdziale wskazuje te nieporozumienia: Jezus mówi o świą­tyni, którą ma odbudować w ciągu trzech dni – uczniowie mają na myśli świątynię jerozolimską, tymczasem on ma na myśli własne ciało. Jezus rozmawia z Nikodemem o ponow­nym narodzeniu w Duchu, ale Nikodem myśli o jego narodzeniu jako dziecka. Kobiecie u studni opowiada Jezus o wodzie życia, ona zaś myśli o wodzie pitnej. Te przykłady można mnożyć i mnożyć, gdyż Jezus i jego uczniowie mają zupełnie różne punkty odniesień. Jezus usiłuje kierować wzrok ludzi m znaczenie i ważność jedności, tymczasem jego słuchacze kurczowo i bojaźliwie chwytają się świata biegunowo rozdwojonego. Nie znamy żadnego wezwania Jezusa do poprawiania świata i zamieniania go na raj -w każdym zdaniu natomiast usiłuje on zachęcić człowieka do uczynienia kroku prowadzącego do zbawienia.

Jednakże ta droga zawsze najpierw wywołuje obawy, gdyż prowadzi także przez strach i cierpienie. Świat można przezwyciężyć tylko w taki sposób, że się go weźmie na swoje barki -cierpienie można unicestwić tylko w ten sposób, że się je weźmie na siebie, gdyż świat jest zawsze również cierpieniem. Ezoteryka nie uczy ucieczki od świata, a tylko „przezwyciężania świata”. Przezwyciężenie świata to inne słowo na „przezwyciężenie biegunowości”, która jest toż­ sama z rezygnacją z ja, z ego, gdyż jedność osiągnie tylko ten, kto zaprzestanie odgradzania swego ja od bytu. Dlatego nie jest pozbawiony pewnej dozy ironii fakt, że droga, której celem jest unicestwienie ego i stopienie się ze wszystkim w jedno, jest nazywana „egoistyczną drogą zbawienia”. Także motywacja leżąca u podstaw tego rodzaju dróg zbawienia nie czerpie sił z nadziei na „lepszą doczesność” lub „nagrodę za cierpienia tego świata” („opium dla ludu”), ale ze zrozumienia, że ten konkretny świat, w którym żyjemy, tylko wtedy będzie miał sens, gdy odnajdzie punkt odniesienia leżący poza nim samym.
Weźmy przykład: gdyby się chodziło do szkoły, w której nauka nie prowadzi do żadnego konkretnego celu ani nie daje dyplomu ukończenia, w której człowiek uczy się tylko dla samej nauki, bez perspektywy, bez finału, bez celu, wtedy samo uczenie się nie miałoby sensu. Sens zyskuje szkoła i uczenie się w niej dopiero wtedy, gdy istnieje leżący poza nią punkt odniesienia. Mieć cel przed oczami to nie to samo, co „uciekać od szkoły”; wręcz przeciwnie: dopiero ten cel umożliwia aktywne i sensowne zajęcie się materią nauczania. Podobnie to życie i ten świat zyskują treść dopiero w momencie, gdy naszym celem staje się ich przezwyciężenie. Sens schodów nie polega na tym, byśmy się mogli na nich zatrzymać, lecz byśmy z ich pomocą mogli je pokonać.

Przez utratę owego metafizycznego punktu odniesienia życie naszych czasów stało się bezsensowne dla wielu, bo jedyny sens, jaki nam pozostał, ma na imię postęp. Jednakże postęp nie zna innego celu niż jeszcze większy postęp. W ten sposób z drogi zrobiła się wycieczka.
Dla naszego pojmowania choroby i zdrowia ważne jest rozumienie, co właściwie znaczy zdrowie. Jeśli stracimy z oczu fakt, że zdrowie jest zawsze przybliżaniem się do bycia zdrowym w sensie osiągania jedności, wtedy będziemy próbować szukać celu leczenia w ramach biegunowości – a próba taka poniesie murowane fiasko. Jeśli nasze dotychczasowe rozumienie jedności, którą zawsze można osiągnąć tylko przez połączenie przeciwieństw, przez „co­niunctio oppositorum”, przeniesiemy jeszcze raz na obszar psychologii, do półkul mózgowych, wyraźnie wtedy zauważymy, że nasz cel (przezwyciężenie biegunowości) będzie na tym szczeblu zgodny z zawieszeniem zmieniającej się domi­nacji półkul mózgowych. Również na tym szczeblu „al­bo-albo” musi być zamienione na „zarówno-jak”, a „po kolei” przeobrazić się w „jednocześnie”.

Tutaj widoczne staje się znaczenie ciała modzelowatego (spoidła), które raptem musi się stać tak przepuszczalne, by „dwa mózgi” stały się jednym. Jednoczesne dysponowanie możliwościami obu półkul byłoby cielesnym korelatem ilumi­nacji. Jest to ten sam proces, który pokazaliśmy już na przykładzie horyzontalnego modelu świadomości: o całości możemy mówić dopiero wtedy, gdy subiektywna świadomość górna stanie się jednym z obiektywną nieświadomością.

Uniwersalną wiedzę na temat drogi prowadzącej od biegunowości do jedności odnajdujemy stale na nowo w niezliczonych formach wyrazu. Wspomniano już tutaj chiński taoizm filozoficzny, gdzie obie siły świata noszą nazwę yang i yin. Hermetycy mówili o zjednoczeniu słońca i księżyca lub zaślubinach ognia i wody. Tajemnicę zjed­noczenia przeciwieństw wyrażali także takimi paradoksami jak: „co stałe, musi się stać lotne, a co lotne – stałe”. Prastary symbol, laska Hermesa (kaduceusz), głosi takie samo prawo: tutaj oba węże przedstawiają siły biegunowe, które mają zjednoczyć się w lasce. Obraz ten odnajdziemy w filozofü indyjskiej jako dwa biegunowe prądy energii w ciele ludzkim, zwane ida (prąd żeński) i pingala (prąd męski), które wężowymi skrętami otaczają kanał shushum­na. Gdy joginowi poprzez ten środkowy kanał uda się wyprowadzić w górę siłę węża, wtedy stan jego świadomości osiągnie jednię. Kabalista przedstawia ten sam związek za pomocą trzech kolumn drzewa życia, a dialektyk nazywa je „tezą”, „antytezą” i „syntezą”. Wszystkie te systemy, z których tu wymieniliśmy zaledwie kilka, nie pozostają w żadnym związku przyczynowym, wszystkie są jedynie wyrazem głównego prawa metafizyki, które systemy owe pragnęły wyrazić na różnych konkretnych lub symbolicz­nych płaszczyznach. Nam nie chodzi o określony system, lecz o rzut oka na prawo biegunowości i jego moc obowiązu­jącą na wszystkich szczeblach świata form.

Biegunowość naszej świadomości stawia nas bezustan­nie w obliczu dwóch możliwości działania i zmusza – jeśli nie chcemy pozostawać w stanie apatii – do podejmowania decyzji. Możliwości są zawsze dwie, ale w danym momencie możemy urzeczywistnić tylko jedną z nich. Dlatego wraz z każdym działaniem druga, biegunowo przeciwna moż­liwość pozostaje nie urzeczywistniona. Musimy wybrać i decydować, czy zostajemy w domu, czy wychodzimy – pracujemy czy próżnujemy – płodzimy dzieci czy stosujemy antykoncepcję – skarżymy o pieniądze czy zapominamy o sprawie – rozstrzeliwujemy nieprzyjaciela czy pozostawiamy go przy życiu. Trud wyboru prześladuje nas na każdym kroku. Nie możemy uchylać się od pode­jmowania decyzji, gdyż „niedziałanie” jest już decyzją przeciw działaniu. Ponieważ musimy się decydować, więc chcemy przynajmniej decydować rozsądnie i słusznie, a do tego potrzebna jest nam skala wartości. Kiedy już takimi wartościami dysponujemy, decyzja staje się naprawdę pros­ta: płodzimy dzieci, ponieważ służy to dalszemu trwaniu ludzkości – rozstrzeliwujemy nieprzyjaciół, ponieważ za­grażają oni naszym dzieciom jemy wiele jarzyn, ponieważ to zdrowe, głodującym też damy coś do zjedzenia, ponieważ to moralne. Ten system działa początkowo zupełnie dobrze i sprawia, że podejmowanie decyzji staje się sprawą prostą – trzeba zawsze czynić tylko to, co jest dobre i słuszne. Niestety, nasz system wartości, którym się kierujemy, podejmując takie a nie inne decyzje, stale jest kwestionowa­ny przez innych. Ci inni w niektórych sprawach podejmują zupełnie przeciwne decyzje i fakt ten usprawiedliwiają również systemem wartości: stosują antykoncepcję, bo jest już za wiele ludzi – ktoś tam znowu nie chce strzelać do nieprzyjaciół, bo nieprzyjaciele to też ludzie – ci znów jedzą dużo mięsa, bo mięso jest zdrowe, i nie przejmują się głodującymi, bo umieranie z głodu przynależy do ich losu. Co prawda wiadomo, że systemy wartości innych są zawsze fałszywe – niemniej pozostaje faktem irytującym, że nie wszyscy mają tę samą hierarchię tego, co dobre i słuszne. Toteż każdy zaczyna nie tylko bronić swoich wartości, lecz także próbuje przekonać do nich możliwie jak największą liczbę bliźnich. Bo, oczywiście, jeśli się już przekona do swoich wartości wszystkich ludzi, świat stanie się dobry, słuszny i zdrowy. Niestety tak myślą wszyscy! Wobec tego wojna słusznych mniemań trwa – bo przecież wszyscy chcą czynić tylko to, co słuszne. A co jest słuszne? Co niesłuszne? Co dobre? Co złe? Pretensje do wiedzy na ten temat podnosi wielu – choć nie są oni ze sobą zgodni – tak oto znów musimy podejmować decyzję, gdy chcemy dać im wiarę! Doprawdy można zwątpić.

Jedyną drogą, która wyprowadza nas z tego dylematu, jest zrozumienie, że w granicach biegunowości nie istnieje żadne absolutne, tzn. obiektywne, dobro i zło, prawda i fałsz. Każde wartościowanie jest zawsze subiektywne i wymaga systemu odniesień, który również jest subiektyw­ny. Jest też ono zależne od punktu siedzenia i kąta widzenia obserwatora i dlatego w odniesieniu do niego zawsze słuszne. Świata nie można podzielić na to, co właściwie być może i dlatego jest słuszne i dobre, i to, czego właściwie być nie powinno i dlatego musi być zwalczane i wykorzenione. Ten dualizm nieubłaganych przeciwieństw dzielących słusz­ność i fałsz, dobro i zło, Boga i szatana nie wyprowadza z biegunowości, przeciwnie, prowadzi nas w nią jeszcze głębiej.
Rozwiązanie tkwi jedynie w owym punkcie trzecim, – gdy patrzy się z jego perspektywy, wszystkie alterna­tywy, wszystkie możliwości, wszystkie biegunowości są równie dobre i prawdziwe albo równie złe i fałszywe, gdyż stanowią części całości i dlatego mają rację bytu, gdyż bez nich całość nie byłaby pełna. Dlatego mówiąc o prawie biegunowości, z tak wielkim naciskiem wskazywaliśmy na fakt, że jeden biegun żyje dzięki drugiemu, że bez niego nie jest w ogóle zdolny do życia. Tak jak wdech żyje z wydechu, tak i dobro żyje ze zła, pokój z wojny, zdrowie z choroby. A jednak ludzi nie daje się powstrzymać od chęci posiadania tylko jednego i zwalczania drugiego bieguna. Kto jednak zwalcza którykolwiek z biegunów tego naszego świata, zwalcza ten nasz świat w całości – gdyż każda cząstka zawiera całość (pars pro toto). W tym sensie mówił Jezus: „Cokolwiek uczyniliście najmniejszemu z moich braci, mnieście uczynili!”

Ta myśl jest teoretycznie prosta, ale napotyka w człowie­ku na głęboko zakorzeniony opór, gdyż jej realizacja w praktyce związana jest ze znacznymi trudnościami. Jeśli celem jest jedność, która obejmuje przeciwieństwa w ich różnorodności, wtedy człowiek w żaden sposób nie może być zdrowy czy cały, dopóki ciągle jeszcze będzie to czy owo wykluczał ze swej świadomości lub się od tego czy owego odgradzał. Każde: „Tego bym nigdy nie zrobił!”, jest najpewniejszym sposobem uniemożliwienia osiągnięcia stanu doskonałości czy oświecenia. Nie ma w tym wszech­świecie niczego nie usprawiedliwionego, jest za to wiele rzeczy, dla których pojedynczy człowiek nie potrafi znaleźć usprawiedliwienia. Wszelkie wysiłki człowieka służą w rze­czywistości tylko jednemu celowi: nauczyć się lepiej widzieć związki – my to nazywamy: stać się bardziej świadomym, nie zaś zmieniać rzeczy. Nie ma tu nic, co wymagałoby zmian lub ulepszeń, poza naszym własnym sposobem pat­rzenia.
Człowiek od dawna trwa w złudzeniu, że przez swą aktywność, swe działanie, zmieni, ukształtuje i ulepszy świat. Ta wiara jest iluzją i polega na projekcji przemian, które się dokonują w nim samym. Kiedy, na przykład, człowiek w większych odstępach czasowych czyta tę samą książkę, za każdym razem pojmuje jej treść na nowo – zgodnie z poziomem rozwoju, który właśnie osiągnął. Gdyby nie było wątpliwości co do niezmienności tego, co książka zawiera, łatwo moglibyśmy uwierzyć, że to jednak jej treść uległa jakiemuś rozwojowi. Ulegając temu samemu złudzeniu, używamy pojęć „ewolucja” czy „rozwój”. Sądzi­my, że ewolucja wyrasta z procesów i ingerencji, a nie widzimy, że jest ona jedynie realizacją istniejącego już wzorca. Ewolucja nie tworzy niczego nowego, jedynie krok po kroku przybliża świadomości to, co stale istnieje. I znów dobrym przykładem może być czytanie książki: treść i akcja książki istnieją jednocześnie, ale czytelnik może je sobie przyswoić tylko po kolei w procesie czytania. Czytanie książki powoduje, że w czytelniku krok po kroku powstaje jej treść, choć treść ta w postaci tej książki mogła istnieć już od setek lat. Treść książki nie powstaje na skutek czytania, a jedynie czytelnik poprzez odtwarzanie przyswaja sobie krok po kroku i w wymiarze czasowym istniejący już wzorzec.

Świat się nie zmienia, to tylko ludzie realizują kolejno różne warstwy i aspekty świata w sobie. Mądrość, doskona­łość, świadomość oznaczają: umieć rozpoznawać wszystko, co istnieje, a rozpoznane traktować zgodnie z jego wagą i wewnętrzną równowagą. Umieć rozpoznać porządek to dla obserwatora tyle, co: być z tym porządku. Iluzja zmiany powstaje poprzez biegunowość, która jednocześnie rozkłada na po kolei, a zarówno-jak na albo-albo. Toteż filozofie Wschodu nazywają świat biegunowości „iluzją” lub „mają” (złudzeniem), a od człowieka, który dąźy do poznania i wyzwolenia się, żądają, po pierwsze, zdemaskowania jako iluzji świata form w celu rozpoznania, że w rzeczywistości wcale go nie ma. Ale kroki prowadzące do tego rozpoznania („przebudzenia”) muszą być poczynione w świecie bieguno­wości. O ile biegunowość uniemożliwia jedność w jej aspekcie całościowym, o tyle jest ona ustanawiana na nowo na drodze okrężnej, poprzez czas, a to w ten sposób, że każdy biegun jest równoważony biegunem przeciwnym. To prawo nazywamy zasadą komplementarności. Tak jak wydech zmusza do wdechu, jak za czuwaniem podąża sen i odwrotnie, tak każda realizacja jednego bieguna zmusza do objawienia się bieguna przeciwnego. Dzięki prawu kom­plementarności wszelkie zmiany sumują się ku niezmienno­ści. Wierzymy święcie, że czas bardzo wiele zmienia, i ta wiara przeszkadza nam rozumieć, że czas produkuje tylko powtórzenia tego samego wzorca. Co prawda dzięki czasowi przeobrażeniu ulegają formy, ale treść pozostaje taka sama.
Gdy już się nauczyliśmy, jak nie podążać wzrokiem za stale zmieniającymi się formami, możemy usunąć czas poza nawias zarówno przebiegu historii, jak i jednostkowej bio­grafü, a wtedy zobaczymy, że układane przez czas wydarzenia zakrzepną w jeden wzorzec. Czas przemienia to, co istnieje, w procesy i wydarzenia – jeśli wykluczymy z nich czas, wtedy uwidoczni się to, co istotne, co kryło się za formą i w niej kondensowało. (W tym niełatwym do przeniknięcia związku kryje się zaczątek terapii reinkarnacyjnej.)
Z punktu widzenia naszych dalszych rozważań ważne jest, byśmy zrozumieli głęboką przynależność do siebie dwóch przeciwnych biegunów i niemożność zatrzymania jednego bieguna przy jednoczesnym usunięciu drugiego. Urzeczywistnieniu tej niemożności podporządkowana jest jednak większość ludzkich działań: chce się zdrowia i zwal­cza chorobę, chce się pokoju i usiłuje wyeliminować wojnę, chce się żyć i próbuje przezwyciężyć śmierć. Zdumiewający jest fakt, w jak niewielkim stopniu kilka tysięcy lat bezowoc­nych wysiłków skłania człowieka do wysunięcia poważniej­szych wątpliwości dotyczących tej jego koncepcji. Jeśli będziemy usiłować jednostronnie żywić jeden biegun, wtedy niepostrzeżenie wzrośnie proporcjonalnie biegun przeciw­ny. Medycyna jest tu doskonałym przykładem: w takim samym stopniu, w jakim czyniono coraz więcej dla zdrowia, rosła liczba chorób.
Jeśli chcemy na nowo spojrzeć na ten problem, potrzeba, byśmy nauczyli się dostrzegać biegunowość. Musimy się nauczyć przy każdym patrzeniu zauważać jednocześnie biegun przeciwny. Nasz wzrok wewnętrzny musi oscylować, by z wielu jednostronności móc dotrzeć do jednego [cało­ściowego] rozumienia. Choć język nie ułatwia wyrażania tej oscylującej, biegunowej perspektywy widzenia, to przecież w literaturze mędrców od czasów najodleglejszych istnieją teksty, w których te fundamentalne prawidłowości zostały wyrażone w określonej formie literackiej. W swej lapidarno­ści i precyzji niedościgły jest

Lao-tsy, który w drugim wierszu Tao-Te-King pisze tak:
Quote
Kto mówi: piękne,
tworzy jednocześnie: niepiękne,
kto mówi: dobre,
tworzy jednocześnie: niedobre.
Istnienie warunkowe: nieistnienie,
zagmatwane warunkowo: proste,
wielce warunkowe: małe,
głośno warunkowe: ciche,
warunkowo warunkowe: bezwarunkowe,
teraz warunkowe: niegdyś.
Zatem przebudzony:
działa, bez pracowania,
mówi, bez gadania,
nosi w sobie wszystkie rzeczy,
zamknięte w jedności.
Tworzy, przecież nie posiada,
doskonali życie,
nie zgłaszając pretensji do sukcesu.
Ponieważ ich nie zgłasza,
nigdy nie doznaje strat.


3. Cień

Quote
Całe stworzenie istnieje w tobie, a wszystko, co w tobie jest,
istnieje także w stworzeniu. Nie ma granicy
między tobą a przedmiotem, który jest bardzo blisko ciebie,
tak samo jak nie ma oddalenia między tobą a bardzo oddalonymi
przedmiotami. Wszystkie rzeczy, najmniejsze
i największe, najniższe i najwyższe, istnieją w tobie
jako tobie równe. Jeden jedyny atom zawiera wszystkie
żywioły ziemi. Jedno jedyne poruszenie ducha
zawiera wszystkie prawa życia. W jednej jedynej
kropli wody tkwi tajemnica nieskończonego
oceanu. Jedna jedyna postać, w jakiej ty sam występujesz,
zawiera wszelkie formy występowania życia w ogóle.
Kahil Gibran

Człowiek mówi „ja”, a podkłada pod to pojęcie cały szereg różnych postaci: „Jestem mężczyzną, jestem Niem­cem, ojcem rodziny, nauczycielem. Jestem aktywny, dyna­miczny, tolerancyjny, pracowity, kocham zwierzęta, jestem przeciwnikiem wojny, człowiekiem pijącym herbatę, kucha­rzem z zamiłowania itd.” Tego rodzaju identyfikacje musia­ły w pewnym momencie poprzedzić decyzje polegające na wyborze pomiędzy dwiema możliwościami, na włączeniu jednego i wyłączeniu drugiego bieguna. I tak identyfikacja wyrażająca się w zdaniu „jestem aktywny i pracowity” wyklucza jednocześnie identyfikację przeciwną: „jestem bierny i leniwy”. Z identyfikacji szybko wyrasta zazwyczaj także ocena wartościująca: „Należy być aktywnym i praco­witym – nie jest dobrze, gdy ktoś jest bierny i leniwy”. Niezależnie od tego, jak dalece jest się skłonnym tego rodzaju sąd umocnić później dodatkowymi argumen­tami i teoriami, sama ocena pozostaje subiektywnie prze­konująca.
Ale obiektywnie rzecz oceniając, jest to tylko jedna możliwość widzenia spraw – i to bardzo dowolna. Co pomyślelibyśmy o czerwonej róży, która głośno wołałaby: „Jest rzeczą dobrą i słuszną kwitnąć w kolorze czerwonym, fałszywą i niebezpieczną posiadać kwiaty niebieskie”? Od­rzucenie jakiejś manifestacji jest zawsze znakiem braku identyfikacji (dlatego fiołek nie odrzuca niebieskich kwia­tów!).
W taki to sposób każda identyfikacja bazująca na jakiejś decyzji pozostawia za progiem drugi biegun. To wszystko, czym nie chcemy być, czego nie chcemy w nas samych znaleźć, czego nie chcemy dopuścić do naszej identyfikacji, tworzy nasz cień. Albowiem odrzucenie połowy wszystkich możliwości bynajmniej nie powoduje ich zniknięcia, a jedy­nie wykluczenie poza identyfikację naszego „ja”, wyrzuce­nie z górnej świadomości.

„Nie” usunęło wprawdzie jeden biegun poza horyzont naszego widzenia, ale bynajmniej nie zniosło jego obecności. Odrzucony biegun żyje od tej chwili dalej w cieniu naszej świadomości. Tak jak małe dzieci wierzą, że przez za­mknięcie oczu można stać się niewidocznym, tak ludzie dorośli sądzą, że można się wyzwolić od jednej połówki rzeczywistości, gdy się przestanie ją w sobie dostrzegać. Dlatego też człowiek pozwala jednemu biegunowi (np. pracowitości) stawać w świetle świadomości, każąc jedno­cześnie drugiemu biegunowi (lenistwu) pozostawać w ciem­nościach tak, by nie mógł być widoczny. Z faktu, że nie widzę, bardzo szybko wyciąga wniosek, że nie mam, wierząc zarazem, że jedno może istnieć bez drugiego.
Cieniem (pojęcie -to ukuł C.G. Jung) nazywamy więc sumę wszystkich odrzuconych obszarów rzeczywistości, których człowiek w siebie nie dostrzega lub nie chce do­strzegać, i dlatego nie ma świadomości ich istnienia. Cień jest największym wrogiem człowieka, bo towarzyszy mu stale, choć człowiek ani go zna, ani wie o nim. Cień powoduje, że wszelkie zamiary i cele człowieka zamieniają się koniec końców w ich przeciwieństwa. Wszystkie manifes­tacje, które wyrastają z cienia, człowiek przenosi na jakieś anonimowe zło w świecie, gdyż boi się odnaleźć w sobie samym prawdziwe źródło wszelkiego nieszczęścia. Wszyst­ko, czego człowiek właściwie nie chce i nie lubi, wypływa z jego własnego cienia – bo cień jest sumą tego wszystkiego, czego człowiek nie chce. W tej sytuacji wzdraganie się przed konfrontacją z częścią rzeczywistości i jej przeżywaniem nie może prowadzić do spodziewanego sukcesu. Przeciwnie, odrzucone obszary rzeczywistości zmuszają człowieka do tego, by się nimi zajął szczególnie intensywnie. To się dzieje zazwyczaj drogą okrężną poprzez projekcję, gdyż jeśli odrzuciło się określoną zasadę w sobie i wyparło ją, to skutkiem będzie zawsze lęk i odrzucenie, gdy spotkamy ją w tak zwanym świecie zewnętrznym.

By móc odtworzyć te związki, nie od rzeczy będzie jeszcze raz przypomnieć, że przez „zasady” rozumiemy archetypowe obszary bytu, które mogą się manifestować w ogromnej różnorodności konkretnych form. Każda kon­kretna manifestacja jest wtedy formalnym reprezentantem owej treściowej zasady. Przykład: mnożenie jest zasadą. Z tą abstrakcyjną zasadą możemy się spotkać w formalnie najróżniejszych manifestacjach (3 razy 4, 8 razy 7, 49 razy 348 itd.). Te zewnętrznie różne formy wyrazu są jednak wszystkie reprezentantami tej właśnie zasady zwanej „mno­żeniem”. Dalej winniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że świat zewnętrzny jest zbudowany z tych samych archetypo­wych zasad co świat wewnętrzny. Prawo rezonansu powia­da, że zawsze tylko z tym możemy wejść w kontakt, z kim jesteśmy w stanie rezonansu. Myśl ta, obszernie zaprezen­towana w książce pt. Schicksal als Chance, prowadzi do tożsamości świata zewnętrznego i wewnętrznego. W filozofii hermetycznej tę tożsamość świata zewnętrznego i wewnętrz­nego, ewentualnie człowieka i kosmosu, oddaje równanie: mikrokosmos = makrokosmos. (W II części niniejszej książki jeszcze raz, choć pod innym kątem, zajmiemy się tą problematyką w rozdziale na temat narządów zmysłów.)

Projekcja oznacza więc, że z jednej połówki zasad czynimy świat zewnętrzny, dlatego że nie chcemy go za­akceptować jako wewnętrzny. Już na wstępie powiedzieliś­my sobie, że ja jest odpowiedzialne za wyizolowanie się z całości wszelkiego bytu. Ja ustawia ty, przeżywane jako zewnętrzność. Ale jeśli cień składa się ze wszystkich tych zasad, których ja nie chciało zintegrować, to w ostatecznym rachunku cień i zewnętrzność są tożsame. Przeżywamy nasz cień zawsze jako zewnętrzność – gdybyśmy dostrzegli go w nas, przestałby być cieniem. Odrzucone, a teraz pozornie z zewnątrz przychodzące do nas zasady zwalczamy w świecie zewnętrznym  równie namiętnie, jak czyniliśmy to, gdy jeszcze były w nas samych. Kontynuujemy próbę wyelimi­nowania ze świata tych obszarów, które opatrzyliśmy oceną negatywną. Ponieważ jednak jest to niemożliwe – patrz prawo biegunowości – próba ta zamienia się w czynność permanentną, gwarantującą, że odrzuconą częścią rzeczywi­stości będziemy się zajmować szczególnie intensywnie.

Cóż to za ironiczna prawidłowość, której nikt ujść nie potrafi: człowiek zajmuje się najbardziej tym, czym za­jmować się nie chce. Zbliża się zarazem do odrzuconej zasady tak dalece, że w końcu nią właśnie żyje! Warto zapamiętać sobie te dwa ostatnie zdania. Odrzucenie jakiejś zasady z całą pewnością doprowadzi do tego, że zaintereso­wany będzie żył właśnie nią. Wedle tego prawa dzieci w przyszłości przejmują taki sposób zachowania, który był im najbardziej nienawistny u rodziców, pacyfiści stają się z czasem bojowi, moraliści rozpustni, a apostołowie zdrowia ciężko chorzy.
Nie można też przeoczyć faktu, że odrzucenie i walka oznaczają ostatecznie zwrócenie się ku obiektowi odrzuco­nemu i zajęcie się nim. W tym sensie skrupulatne unikanie jakiegoś obszaru rzeczywistości dowodzi, że człowiek ma z nim jakieś problemy. Ciekawe i ważne dla człowieka obszary to te, które zwalcza lub których unika – gdyż odczuwa ich brak w świadomości, co czyni go chorym, bo niepełnym. Człowiekowi mogą dokuczać tylko te zasady w świecie zewnętrznym, których nie potrafił w sobie zinteg­rować.

W tym miejscu należy wyjaśnić, że w rzeczywistości nie istnieje takie środowisko, które by nas kształtowało, for­mowało, poddawało swym wpływom lub czyniło chorymi – środowisko zachowuje się wobec nas jak lustro, w którym widzimy zawsze nie tylko samych siebie, ale też – i to zwłaszcza – nasz cień, na który w swym wnętrzu jesteśmy ślepi. Gdy oglądamy własne, fizyczne ciało, jesteśmy w sta­nie dostrzec tylko niewielką jego część, wielu fragmentów (koloru oczu, twarzy, pleców itd.) nie widzimy. By zobaczyć więcej, potrzebujemy lustra. Na podobną częściową ślepotę cierpimy wobec naszej psyche. Jej niewidoczną dla nas część (cień) możemy dostrzec tylko poprzez projekcję i odbicie w tak zwanym środowisku czy świecie zewnętrznym. Po­znanie wymaga biegunowości.

Ale odbicie w lustrze tylko temu coś daje, kto potrafi się w nim rozpoznać – w przeciwnym razie będzie ono tylko iluzją. Kto w lustrze ogląda niebieskie oczy – ale nie wie, że to, co widzi, to jego własne oczy, ulega złudzeniu miast zdobywać poznanie. Kto żyje w tym świecie, ale nie widzi, że wszystkim, co postrzega i przeżywa, jest on sam, wikła się w złudzeniach i iluzji. Trzeba przyznać, że złudzenie wygląda nieprawdopodobnie prawdziwie i realnie (niektórzy uważa­ją nawet, że jest do udowodnienia) – nie należy jednak zapominać, że również i sen wydaje się równie prawdziwy i realny, dopóki w nim tkwimy. Trzeba się najpierw obudzić, by sen rozpoznać jako sen. Dotyczy to także wielkiego snu, jakim jest nasz byt. Najpierw trzeba się obudzić, by móc przejrzeć tę iluzję na wskroś.
Lęków przysparza nam nasz cień. Nic dziwnego, prze­cież składa się on wyłącznie z tych obszarów rzeczywistości, które odepchnęliśmy od siebie jak najdalej, które chcemy przeżywać, czy w ogóle odnajdywać w sobie, w stopniu jak najmniejszym. Cień jest sumą tego wszystkiego, o czym jesteśmy jak najgłębiej przekonani, że powinno zostać wymiecione z tego świata, jeśli ma to być świat dobry, zdrowy i szczęśliwy. W rzeczywistości sprawa wygląda całkiem odwrotnie: cień zawiera w sobie to wszystko, czego światu -naszemu światu– do wyzdrowienia brakuje. Cień czyni nas chorymi, tzn. nieszczęśliwymi, gdyż braknie go nam do zdrowia i szczęścia.

Legenda o Graalu zawiera ten właśnie problem. Król Amfortas jest chory – raniony włócznią czarnoksiężnika Klingsora lub, w innych wersjach, wroga poganina czy nawet niewidzialnego wroga. Wszystkie te postaci są jedno­znacznymi symbolami cienia Amfortasa – niewidocznego dlań wroga. Rani go własny cień. Sam z siebie ozdrowieć nie może, gdyż nie ma odwagi zapytać o prawdziwą przyczynę swojej rany. Tym niezbędnym pytaniem byłoby pytanie o naturę zła. Ponieważ Amfortas boi się stawić czoło temu konfliktowi, jego rana nie chce się zamknąć. Król czeka na swego wybawcę, człowieka, który będzie miał odwagę postawić uzdrawiające pytanie. Tym człowiekiem będzie Parsival, który dorósł do tego zadania, gdyż idzie, jak mówi o tym jego imię, przez środek – przez środek między biegunowością dobra i zła. W ten sposób zyskuje prawo do postawienia pytania – wybawiającego i uzdrawiającego: „Czego ci brak; wuju?” Odpowiedź jest zawszę taka sama, czy będzie to Amfortas, czy jakikolwiek inny chory: „Twego cienia!” Już samo pytanie o zło, o ciemną strefę w człowieku, ma w naszej historii ozdrowieńcze działanie. Parsival dziel­nie wadził się na drodze życia ze swym cieniem i zszedł do ciemnych pokładów swojej duszy tak głęboko, że aż przeklął Boga. Kto nie lęka się takiej drogi przez ciemność, stanie się w końcu autentycznym uzdrowicielem i zbawcą. Wszyscy mityczni bohaterowie musieli walczyć z potworami, smoka­mi i demonami, a nawet samym piekłem, jeśli pragnęli posiąść szczęście i zdrowie oraz moc uzdrawiania.

Cień powoduje chorobę – spotkanie z cieniem uzdra­wia! To jest klucz do zrozumienia choroby i zdrowia. Symptom jest zawsze zatopioną w materii częścią cienia. W symptomie manifestuje się to, czego człowiekowi brakuje. W symptomie człowiek przeżywa to, czym nie chciał żyć w świadomości. Symptom drogą okrężną, poprzez ciało, przywraca człowiekowi integralność. Ta zasada, zasada komplementarności, powoduje, że koniec końców całość zostaje zachowana. Gdy wzbraniamy się przed przeżywa­niem jakiejś zasady w świadomości, wtedy ta zasada za­głębia się w naszym ciele i odnajduje w nim jako symptom. Zmusza to człowieka do życia odrzuconą zasadą i do jej urzeczywistniania. Tak oto symptom czyni człowieka zdro­wym – jest cielesną namiastką tego, czego brakuje duszy.

Teraz zrozumiemy starą zabawę w pytanie i odpowiedź: „Co panu dolega?” (=Czego panu brak?), „Mam takie i takie objawy” (symptomy). Symptom istotnie wskazuje, czego pacjentowi brak, gdyż symptom jako taki jest braku­jącą zasadą, materialnie i widzialnie uobecnioną w ciele. Nic więc dziwnego, że tak bardzo nie lubimy naszych sym­ptomów, przecież zmuszają nas do urzeczywistniania właś­nie tych zasad, którymi żyć nie chcemy. Toteż nie ustajemy w walce przeciw symptomom – nie realizując danej nam szansy wykorzystania ich dla wyzdrowienia. A właśnie w symptomie możemy nauczyć się rozpoznawać siebie, dostrzegać te strony duszy, których w przeciwnym razie nigdy nie dostrzeżemy, gdyż leżą ukryte w cieniu. Ciało jest zwierciadłem duszy pokazuje nam również i to, czego dusza bez tej konfrontacji nie jest w stanie rozpoznać. Ale co da najlepsze nawet zwierciadło, jeśli tego, co w nim widzimy, nie odniesiemy do siebie? Ta książka pragnie służyć pomocą w wyostrzeniu tego rodzaju spojrzenia, którego nam po­trzeba, by w symptomie rozpoznać siebie samych.
Cień czyni człowieka nieuczciwym. Człowiek zawsze sądzi, że jest jedynie tym, z czym się utożsamia, lub że jest tylko taki, jakim sam siebie widzi. Tę ocenę własną nazywa­my nieuczciwością. Mamy tu zawsze na myśli nieuczciwość wobec samego siebie (a nie jakieś kłamstwa czy oszustwa  popełnione wobec innych). Wszelkie oszustwa tego świata są błahe wobec tego, co człowiek przez całe życie nakłamie wobec samego siebie. Uczciwość wobec siebie należy do najtrudniejszych wymogów, które można człowiekowi po­stawić. Dlatego od niepamiętnych czasów przed wszystkimi poszukującymi prawdy jako zadanie najważniejsze i naj­trudniejsze stawia się samopoznanie. Samopoznanie -znaczy znalezienie siebie, nie swego „ja”, gdyż owo „siebie” obejmuje wszystko, „ja” natomiast utrudnia rozpoznawa­nie całości, czyli siebie, poprzez stałe odgradzanie się. Jednakże temu, kto stara się o uczciwość wobec siebie, choroba może być wielce pomocna. Choroba bowiem czyni uczciwym! W symptomie choroby przeżywamy wyraźnie i w sposób widoczny to, co w naszej psyche pragniemy skryć i odrzucić.
Większość ludzi ma trudności z mówieniem w sposób jawny i bez zahamowań o swych najgłębszych problemach (jeśli w ogóle je zna) ale o ich symptomach ludzie opowiadają obszernie i każdemu. Dokładniej i ściślej czło­wiek nie może przekazać informacji o sobie. Choroba czyni uczciwym i bezlitośnie obnaża okryte tajemnicą czeluście duszy. Ta (niechciana) uczciwość jest chyba także fun­damentem sympatii i przyjaznej uwagi, z jaką spotykają się chorzy. Uczciwość czyni ich sympatycznymi – choroba czyni człowieka autentycznym. Choroba kompensuje wszel­ką jednostronność i kieruje człowieka ku środkowi. Wtedy znika nagle wiele z nadętych gierek i uroszczeń ego wiele iluzji ulega gwałtownemu unicestwieniu, a wyjeżdżona koleina życia zostaje zakwestionowana. Uczciwość posiada swe własne p
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: PRZEZ CHOROBĘ DO SAMOPOZNANIA - Thorwald Dethlefsen, Rudiger
« Reply #2 on: (Tue) 08.04.2014, 19:06:18 »
5. Człowiek jest chory

Quote
Pewien asceta siedział w pieczarze medytując. Aż tu nagle
mysz wbiegła do środka i zaczęła obgryzać mu sandał. Asceta
zagniewany otworzył oczy: ..Dlaczego przeszkadzasz mi
medytować?”
„Jestem głodna”, pisnęła mysz.
„Idź precz, głupia myszo”, przemówił asceta, „szukam
zjednoczenia z Bogiem, jak możesz mi w tym przeszkadzać?!”
„Jak chcesz zjednoczyć się z Bogiem”, spytała
mysz, „skoro nawet ze mną nie potrafisz się zjednoczyć?”

Wszystkie dotychczasowe rozważania miały doprowadzić nas do zrozumienia, że człowiek nie staje się chory, ale że jest chory. Tu tkwi wielka różnica między naszym a medycznym widzeniem choroby. Medycyna widzi w chorobie niemiłe zakłócenie „normalnego stanu zdrowia” i dlatego próbuje nie tylko możliwie jak najszybciej cofnąć ten stan rzeczy, ale przede wszystkim jak najlepiej zablokować chorobę, by wreszcie całkiem ją wyeliminować. My natomiast chcieli­byśmy wyczulić spojrzenie na fakt, że choroba jest czymś więcej niż funkcjonalną niedoskonałością natury. Jest ona częścią rozgałęzionego systemu regulacji, będącego w służbie ewolucji. Człowieka nie można uwolnić od choroby, gdyż zdrowie potrzebuje jej jako swego przeciwnego bieguna.
Choroba jest wyrazem tego, że człowiek jest grzeszny, winny lub nieszczęśliwy choroba jest mikrokosmicznym odtworzeniem popełnienia grzechu. Te określenia nie mają nic wspólnego z ideą kary; chcemy w ten sposób powiedzieć tylko tyle, że człowiek, dopóki ma udział w biegunowości, ma także udział w winie, chorobie i śmierci. Z chwilą gdy sami dostrzeżemy i zrozumiemy te fakty, przestaną one mieć dla nas jakikolwiek negatywny posmak. Tylko chęć ich niedostrzegania, wartościowanie i walka przeciw nim czynią z nich naszych straszliwych nieprzyjaciół.

Człowiek jest chory, gdyż brak mu jedności. Człowiek zdrowy, któremu nic nie brakuje, istnieje tylko w podręcz­nikach anatomii. Nie zdarza się natomiast, by występował w przyrodzie. Być może są ludzie, u których przez dziesiątki lat nie stwierdza się żadnych poważnych lub widocznych symptomów choroby nie zmienia to jednak faktu, że również oni są chorzy i śmiertelni. Choroba oznacza stan niedoskonałości, skłonności, podatności, śmiertelności. Kiedy człowiek się sobie dokładniej przyjrzy, zdziwi się, jak wiele mu brakuje, aby być zdrowym. W swym podręczniku medycyny psychosomatycznej (Lehrbuch für psychosomatis­che Medizin} Brautigam pisze, że „w wywiadach prze­prowadzonych w pewnym zakładzie z robotnikami i pra­cownikami umysłowymi, którzy nie byli chorzy, przy wnik­liwszym pytaniu okazało się, że cierpią oni na dolegliwości organiczne i duchowe prawie tak samo często jak pacjenci szpitala”. W tym samym podręczniku Brautigam przed­stawia następujące dane statystyczne, opierając się na badaniach E. Wintem (1959 r.):

Dolegliwości, na  które w wywiadzie skarżyło się 200 zdrowych pracowników
rozdrażnienie   43,5 %
dolegliwości żołądkowe   37,5%
stany lękowe   26,5%
częste zapalenia gardła   22,0%
zawroty głowy, omdlenia   17,5%
bezsenność   17,5%
bolesne miesiączkowanie   15,0%
obstrukcja   14,5%
uderzenia potu   14,0%
bolesność serca, przyspieszone bicie serca   13.0%
bóle głowy   13,0%
egzemy   9,0%
migreny   5,5%
dolegliwości reumatyczne   5,5%

Edgar Heim pisze w swej książce zatytułowanej Choroba jako kryzys i szansa (Krankheit als Krise und Chance): „W ciągu dwudziestu pięciu lat dorosły człowiek przechodzi przeciętnie jedną chorobę zagrażającą życiu, dwadzieścia chorób poważnych i około dwustu średnio ciężkich”.
Powinniśmy pozbyć się iluzji, że choroby można uniknąć lub w ogóle ją wyeliminować. Człowiek jest istotą konflik­tową, a to znaczy również, że jest chory. Natura czuwa nad tym, by w toku swego życia coraz bardziej wplątywał się w chorobę, której zwieńczeniem jest śmierć. Celem, do którego zmierza element cielesny w człowieku, jest egzysten­cja minerału. Natura sama troszczy się o to, by człowiek z każdym krokiem dokonywanym na drodze życia zbliżał się do tego celu. Choroba i śmierć redukują wybujałe fantazje na temat jego wielkości i korygują każdą z jego jednostron­ności.
Człowiek żyje ze swego ego, które zawsze jest żądne władzy. Każde „Ale ja chcę” jest wyrazem owych władczych uroszczeń. „Ja” nadyma się coraz bardziej i potrafi w coraz nowszych i szlachetniejszych przebraniach zmusić człowie­ka, by mu służył. „Ja” żyje z odgraniczania się, dlatego odczuwa strach przed oddaniem się, miłością i zjednocze­niem. „Ja” decyduje się na jeden z biegunów i realizuje go, przesuwając powstający w ten sposób cień na zewnątrz, na „ty”, na otoczenie. Choroba kompensuje te wszystkie jednostronności i popycha człowieka w stronę przeciwną na odległość, na jaką on sam, jednostronnie, odsunął się od środka. Choroba równoważy każdy krok czyniony przez człowieka z poduszczenia ego, które jest pełne pychy, krokiem w kierunku pokory i bezradności. W ten sposób każda zdolność i każda zaleta czynią człowieka podatnym na taką a nie inną chorobę.

Każda próba zdrowego życia jest wyzwaniem pod ad­resem choroby. Zdajemy sobie sprawę, że te uwagi nie pasują do naszych czasów. W końcu medycynę pilnie pochłaniają sprawy związane z tworzeniem i doskonaleniem środków prewencyjnych; z drugiej strony przeżywamy boom na „naturalne i zdrowe życie”. Jako sposób na nie uświadomione podejście do tego wszystkiego, co nas za­truwa, jest on niewątpliwie uprawniony i wart przyjęcia z zadowoleniem, jednakże w odniesieniu do tematu „choro­ba” jest tak samo bezwartościowy jak analogiczne środki medycyny szkolnej. Jedne i drugie zakładają funkcjonalną możliwość zapobiegania chorobie i wierzą w człowieka zdrowego jako takiego, człowieka, którego różnymi meto­dami można chronić przed chorobą. Jest rzeczą zrozumiałą, że ludzie wolą słuchać i wierzyć w tego rodzaju budzące nadzieje nowiny niż w nasze pozbawiające iluzji twierdzenie, że człowiek jest chory.
Choroba przynależy do zdrowia tak jak śmierć do życia. Może są to słowa nieprzyjemne, mają jednak tę zaletę, że każdy może się sam przekonać o ich słuszności, jeśli spojrzy na sprawę choć trochę bezstronnie. Nie jest naszym zamia­rem tworzenie nowych dogmatów wiary, chcemy jedynie pomóc tym wszystkim, którzy są gotowi patrzeć na sprawy uważniej i codzienny punkt widzenia uzupełnić niecodzien­nym. Niszczenie iluzji nie jest łatwe ani przyjemne, ale zawsze stwarza nową przestrzeń wolności.

Cóż, życie jest drogą pełną rozczarowań – człowiekowi stopniowo odbiera się iluzje tak długo, aż w końcu jest on w stanie znieść prawdę. Kto ma wystarczająco wiele odwagi i potrafi nie zamknąć oczu na fakt, że choroba, niedołężność i śmierć to wierni towarzysze losu człowieka, których obecności uniknąć się nie da, doświadczy wkrótce, że to poznanie bynajmniej nie kończy się beznadzieją; przeciwnie, odkryje w nich pomocnych i mądrych przyjaciół, którzy stale będą mu służyć radą w odnalezieniu prawdziwej i zbawiennej drogi. Gdyż niestety pośród ludzi rzadko mamy tak uczciwych przyjaciół, którzy na każdym kroku chcieliby demaskować gierki naszego ego i kierować nasz wzrok tam, gdzie przebywa nasz cień. Gdyby kiedyś rzeczy­wiście któryś z nich się na to odważył, bardzo szybko uznalibyśmy go za „wroga”. Tak samo ma się rzecz z chorobą. Jest zbyt uczciwa, byśmy mogli ją pokochać.
Próżność czyni nas tak samo ślepymi i słabymi jak owego króla, którego nowe szaty były utkane z jego własnych iluzji. Jednakże nasze symptomy są nieprzekupne – zmuszają nas do uczciwości. Pokazują, przez sam fakt swego istnienia, czego nam jeszcze w rzeczywistości brakuje, na przeszkodzie czemu stoimy wciąż jeszcze, co leży w cieniu, i chciałoby się urzeczywistnić, i w którym miejscu staliśmy się jedno­stronni. Symptomy pokazują nam, przez swą wierność lub ponowne pojawienie się, że danego problemu bynajmniej nie rozwiązaliśmy tak szybko i ostatecznie, jak zazwyczaj sobie wmawiamy. Choroba zawsze wskazuje na małość i bezsilność człowieka, zwłaszcza wtedy, gdy on szczególnie mocno wierzy, że dzięki swej władzy jest w stanie zmienić bieg losów świata. Wystarczy ból zęba, zastrzał, grypa albo biegunka, by promieniejącego zwycięzcę zamienić w żałosną kreaturę. I właśnie tego nienawidzimy w chorobie.
Dlatego to cały świat gotów jest podejmować największe wysiłki, by eliminować chorobę. Nasze ego nie ustaje w podszeptywaniu nam, że to drobnostka, i czyni nas ślepymi na fakt, że każdy uwieńczony powodzeniem wysiłek pogrąża nas jeszcze bardziej w chorobie. Wspominaliśmy już, że ani prewencja medyczna, ani „zdrowe życie” jako metody eliminowania choroby nie mają większych szans powodzenia. Bardziej obiecujące perspektywy wiążą się z powrotem do starej mądrości, gdybyśmy zechcieli potrak­tować ją dosłownie: „zapobieganie jest lepsze niż leczenie”. Zapobieganie oznacza dobrowolne ugięcie się przed choro­bą, nim ona sama zmusi nas do tego.

Choroba sprawia, że człowieka można wyleczyć. Choro­ba jest punktem zwrotnym, w którym niezdrowe zamienia się w zdrowe. By mogło się tak stać, człowiek musi przerwać swą walkę i w zamian nauczyć się słuchać i widzieć, co choroba ma mu do powiedzenia. Pacjent musi wsłuchiwać się w siebie, by wejść w kontakt ze swymi symptomami, jeśli chce się czegoś od nich dowiedzieć. Musi być gotów do bezwzględnego postawienia pod znakiem zapytania włas­nych poglądów i wyobrażeń i próbować w świadomości zintegrować to, co symptom usiłuje mu cieleśnie przekazać. Musi zatem uczynić go zbędnym przez wpuszczenie do świadomości tego, czego mu brak. Leczenie wiąże się zawsze z poszerzaniem świadomości i dojrzewaniem. Jeśli symptom powstał dlatego, że część cienia runęła w głąb ciała i tam dała o sobie znać, to leczenie będzie odwróceniem tego procesu, polegającym na uświadomieniu zasady symptomu i uwol­nieniu się w ten sposób od jego materialnej egzystencji.

6. Szukanie przyczyn

Quote
Nasze skłonności mają zawsze zdumiewającą zdolność
przybierania maski światopoglądu.
Hermann Hesse

Być może niektórzy czytelnicy staną bezradnie wobec naszych dotychczasowych wywodów, gdyż są one trudne do pogodzenia z tym wszystkim, co mówi nauka na temat przyczyn najróżniejszych symptomów. Co prawda zazwy­czaj przyznaje się, że za obrazem niektórych symptomów kryje się wyłącznie lub częściowo przyczyna natury psychi­cznej co jednak z przeważającą resztą chorób, których przyczyny organiczne zostały udowodnione w sposób jed­noznaczny?
Natrafiamy tu na zasadniczy problem będący wynikiem naszych myślowych przyzwyczajeń. Człowiekowi wydaje się oczywiste, że wszystkie postrzegalne procesy należy inter­pretować przyczynowo i konstruować daleko sięgające łańcuchy przyczynowo-skutkowe, gdzie przyczyna i skutek są ze sobą jednoznacznie powiązane. I tak, Czytelniku, możesz czytać te zdania, ponieważ ja je napisałem i ponieważ wydawnictwo tę książkę wydało, i ponieważ księgarz ją sprzedał itd. Przyczynowo-skutkowy sposób myślenia wy­daje się tak przekonujący, a nawet zniewalający, że większość ludzi uważa go za niezbędny warunek ludzkiej zdolno­ści poznawczej. W związku z tym wszędzie szuka się najprzeróżnięjszych przyczyn, najróżniejszych objawów z nadzieją stworzenia sobie nie tylko większej jasności w sprawie wzajemnych związków, ale także możliwości kontrolowanej interwencji w przebieg łańcucha przyczynowo-skutkowego. Jaka jest przyczyna rosnących cen, bez­robocia, przestępczości młodocianych? Jakie są przyczyny trzęsień ziemi lub określonych chorób? Pytania i pytania, a wszędzie ta sama nadzieja na odnalezienie prawdziwych odpowiedzi.

Tymczasem przyczynowość bynajmniej nie jest tak bezproblemowa i przekonywająca, jak mogłoby się zdawać przy pobieżnym spojrzeniu na sprawę. Można nawet powie­dzieć (i takie głosy się mnożą), że pragnienie czło­wieka, by wyjaśniać przyczynowo zjawiska tego świata, wywołało wiele zamieszania i kontrowersji w historii lu­dzkiego poznania i doprowadziło do skutków, które po części dopiero dziś powoli stają się widoczne. Od czasów Arystotelesa koncepcja przyczyny dzieli się na cztery kate­gorie.

I tak rozróżnia się między causa efficiens (przyczyną impulsu), causa materialis (przyczyną wynikającą z materia­łu albo materialności), causa formalis (przyczyną nadającą formę) i wreszcie causa finalis (przyczyną celowościową, wyrastającą z postawionego celu).
Łatwo zrozumieć te cztery kategorie przyczynowe, bio­rąc za przykład (klasyczny już) budowę domu i związane z nią problemy. Pierwszą rzeczą będzie zamiar (causa finalis), następnie pobudka czy też energia, która ujawni się w inwestycji i sile roboczej (causa efficiens); następnie plan budowy (causa formalis), wreszcie materiały, takie jak beton, cegła, drewno itd. (causa materialis). Gdy brak jednej z tych przyczyn, realizacja zamiaru może napotkać na trudności.
Jednakże potrzeba prawdziwej, „przyczynowej” przy­czyny zawsze prowadzi do redukcji czteroczłonowej kon­cepcji przyczyn. Przy tej okazji powstały dwa kierunki przeciwstawnych ujęć. I tak przedstawiciele jednego kierun­ku w przyczynie celowej (causa finalis) widzą właściwą przyczynę wszystkich przyczyn. W naszym przykładzie byłby to więc zamiar zbudowania domu. Innymi słowy: zamiar lub cel stanowi zawsze przyczynę wszystkich zda­rzeń. Tak więc przyczyną tego, że piszę te zdania, był mój zamiar napisania książki.

To finalne rozumienie przyczynowości stało się pod­stawą nauk humanistycznych, od których nauki przyrod­nicze ostro się odgraniczyły przez swój energetyczny model przyczynowy (causa efficiens).
Dla obserwacji i opisu praw przyrody założenie istnienia zamiaru lub celu okazało się nazbyt hipotetyczne. Sensowne zdało się natomiast założenie istnienia siły czy impulsu. Tak więc nauki przyrodnicze związały się z prawem przyczyno­wości i sensie impulsu energetycznego.
Te dwa różne sposoby pojmowania przyczynowości po dziś dzień oddzielają nauki humanistyczne od przyrod­niczych i wzajemne rozumienie czynią trudnym, niekiedy wręcz niemożliwym. Myślenie przyczynowościowe, które charakteryzuje nauki przyrodnicze, szuka przyczyny w prze­szłości, podczas gdy model celowościowy odsuwa przyczynę w przyszłość. W takiej formie to ostatnie stwierdzenie może się wydać dziwne – bo jakże to przyczyna może być czasowo umiejscowiona po skutku? Z drugiej strony w życiu codziennym wcale nie stronimy od formuł przyczynowo­-skutkowych, jak choćby w zdaniu: „Idę już, bo mój pociąg przyjeżdża za godzinę”, albo: „Kupiłem prezent, gdyż w przyszłym tygodniu są jej urodziny”. Zatem we wszyst­kich tych sformułowaniach wydarzenie przyszłe ma działa­nie wsteczne.

Jeśli spojrzymy na wydarzenia dnia powszedniego, stwierdzimy, że jedne z nich nadają się bardziej na przy­czyny energetyczne umiejscowione w przeszłości, inne zaś bardziej na przyczyny celowe umiejscowione w przyszłości. I tak mówimy np: „Dziś zrobię zakupy, gdyż jutro jest niedziela”, i: „Wazon spadł, ponieważ go potrąciłem”. Ale możliwy jest również podwójny sposób patrzenia: I tak przyczynę rozbitych podczas kłótni małżeńskiej naczyń można widzieć albo w tym, że zostały zrzucone na ziemię, albo też w tym, że jedna strona chciała zdenerwować drugą. Wszystkie te przykłady dowodzą, że obie koncepcje przy­czynowościowe dotyczą różnych płaszczyzn, z których każda jest w jakiś sposób usprawiedliwiona. Wariant ener­getyczny umożliwia wyobrażenie mechanicznego związku przyczynowo-skutkowego i odnosi się zawsze do płaszczyz­ny materialnej, gdy tymczasem przyczynowość celowa operuje motywacjami, ewentualnie zamiarami, które przypisujemy raczej psyche niż materii.
Zatem przedstawio­ny konflikt jest specjalnym wariantem następujących biegu­nowości:
causa efficiens – causa finalis
przeszłość  – przyszłość
materia – duch
soma – psyche.


W tym miejscu byłoby dobrze, gdybyśmy mogli wy­korzystać praktycznie wszystko to, co powiedzieliśmy o biegunowości. Wtedy moglibyśmy zamienić albo-albo na zarówno jak, i dzięki temu zrozumieć, że oba te sposoby patrzenia nie wykluczają się wzajemnie, lecz uzu­pełniają. (Jest rzeczą zdumiewającą, jak niewiele wniosków wyciągnięto z doświadczenia z korpuskularną i falową strukturą światła!) Również tu wszystko zależy od tego, jaki ja przyjmę punkt widzenia, a nie od tego, co jest prawdziwe, a co fałszywe. Jeśli z automatu wypada paczka papierosów, przyczynę można widzieć we wrzuconym żetonie albo w zamiarze zapalenia papierosa. (To więcej niż tylko zabawa w słowa, gdyż bez chęci i zamiaru pa­lenia papierosów nie byłoby automatów z papierosa­mi.)
Oba sposoby widzenia są prawomocne i bynajmniej nie wykluczają się wzajemnie. Jeden punkt widzenia będzie zawsze niekompletny, gdyż istnienie wszystkich przyczyn materialnych i energetycznych to stanowczo za mało, aby powołać automat z papierosami do istnienia; potrzebny jest jeszcze zamiar, by go skonstruować. Równie niewystar­czający jest sam zamiar lub cel, by coś stało się faktem. Także i tu jeden biegun żyje drugim.

To, co w przykładzie z automatem papierosowym może się jeszcze wydawać banałem, w odniesieniu do ewolucji okazało się tematem kontrowersyjnym, o którym napisano tomy. Czy przyczyna istnienia człowieka wyczerpuje się w materialnym łańcuchu przyczynowo-skutkowym z prze­szłości i czy w związku z tym nasz taki a nie inny byt jest przypadkowym rezultatem skoków ewolucyjnych i procesu selekcyjnego od atomu wodoru do ludzkiego mózgu? Czy też może ta przyczynowość to dopiero połowa sprawy i potrzeba jeszcze celowości, która działa, wychodząc od przyszłości i w ten sposób uruchamia proces ewolucji ku zamierzonemu celowi?

W oczach przedstawicieli nauk przyrodniczych ten drugi aspekt oznacza „za wiele”, jest „zbyt hipotetyczny”, w oczach humanistów natomiast pierwszy z nich to „za mało i za ubogo”. Gdy jednak przyjrzymy się mniejszym, a więc bardziej przejrzystym, procesom i „ewolucjom”, zawsze odnajdziemy w nich obie te przyczyny sprawcze. Sama technologia nie prowadzi jeszcze do powstawania samolo­tów, jeśli w ludzkiej świadomości nie pojawiła się idea latania. Tak samo ewolucja nie jest rezultatem przypad­kowych decyzji i procesów, lecz materialnym i biologicznym odtworzeniem wiecznego wzorca. Procesy materialne podsuwają się z jednej strony, ostateczna postać zasysa je z drugiej strony, aby w środku mogło się zamanifestować zjawisko.



Dochodzimy teraz do innego problemu związanego z tym tematem. Przyczynowość wymaga jako warunku linearności, na której może być zaznaczone „wcześniej” i „później” jakiegoś związku przyczynowo-skutkowego. Warunkiem linearności z kolei jest czas, a właśnie czas w rzeczywistości nie istnieje. Pamiętamy jeszcze, że czas w naszej świadomości powstaje dzięki biegunowości, która zmusza nas do rozłożenia jednoczesności charakteryzującej jedność na „po kolei”. Czas jest zjawiskiem rodem z naszej świadomości, które rzutujemy na zewnątrz. Później sądzi­my, że istnieje także niezależnie od nas. Do tego dochodzi jeszcze i ten fakt, że upływ czasu wyobrażamy sobie zawsze liniowo i w jednym tylko kierunku. Wierzymy, że czas płynie z przeszłości ku przyszłości i nie dostrzegamy przy tym, że w punkcie, który nazywamy teraźniejszością, spotykają się zarówno przeszłość, jak teraźniejszość.



Ten początkowo trudno wyobrażalny związek może się stać lepiej zrozumiały, jeśli posłużymy się następującą analogią: Wyobraźmy sobie bieg czasu jako prostą, której jeden koniec zmierza w kierunku przeszłości, drugi zaś w kierunku przyszłości. Ale przecież z geometrii wiemy, że w rzeczywistości nie ma linii równoległych, gdyż z powodu sferycznego zakrzywienia przestrzeni każda prosta zamknie się w okrąg, jeśli prze­dłużymy ją w nieskończoność (geometria Riemanna). Tak więc każda linia prosta jest w rzeczywistości fragmentem łuku okręgu. Jeśli teraz odniesiemy tę wiedzę do powyższej osi czasu, zobaczymy, że oba kierunki – przeszłość i przy­szłość – spotkają się na okręgu. Znaczy to, że zawsze żyjemy ku naszej przeszłości albo też, że nasza przeszłość została określona przez naszą przy­szłość. Jeśli zastosujemy do tego modelu wyobrażenie przyczynowości, problem, który dyskutowaliśmy na wstę­pie, stanie się nagle zupełnie jasny: przyczynowość biegnie w obu kierunkach do każdego punktu, dokładnie tak samo jak czyni to czas. Tego rodzaju wyobrażenia mogą się wydać nieco obce, ale nie są trudniejsze do zrozumienia niż nieobcy nam przecież fakt, że lecąc dookoła świata, powracamy do punktu wyjścia, choć coraz bardziej się od niego oddalamy.

W latach dwudziestych naszego wieku rosyjski ezoteryk P.D. Uspienski w swym wizyjnym spojrzeniu na 14 kartę tarota (wstrzemięźliwość) wskazał na ten problem mówiąc: „Imię anioła to czas, powiedział głos. Na jego czole jest okrąg, to znak wieczności i znak życia. W rękach trzyma anioł dwa dzbany, złoty i srebrny. Jeden dzban to przeszłość, drugi – przyszłość. Łączący je łuk tęczy stanowi teraźniej­szość. Widzisz, że płynie w obu kierunkach. Jest to czas w jego niezrozumiałym dla człowieka aspekcie. Ludzie myślą, że wszystko nieustannie płynie w jednym kierunku. Nie widzą, jak wszystko wiecznie się spotyka, jak jedno wypływa z przeszłości, drugie – z przyszłości, i że czas jest mnogością kręgów, które obracają się w różnych kierun­kach. Pojmij tę tajemnicę i naucz się rozróżniać przeciw­stawne prądy w łuku tęczy” (Uspienski, Nowy model wszechświata).

Ten aspekt czasu podejmuje w swych dziełach również Hermann Hesse. Przeczuwający nadchodzącą śmierć Klein mówi: „Jak dobrze było jeszcze i to pojąć, że czas nie istnieje. Od wszystkiego, czego człowiek pragnie, zawsze oddziela go tylko czas”. W swoim poemacie indyjskim Siddhartha porusza Hesse w wielu miejscach temat bezczasowości. „«Czy i tego sekretu – spytał kiedyś Wasudewę – nauczy­łeś się od rzeki: że czas nie istnieje?» Na twarzy Wasudewy zajaśniał uśmiech: «Tak, Siddhartho – odrzekł. – Chodzi ci o to, że rzeka jest wszędzie naraz, u źródła i u ujścia, przy wodospadzie, przy przeprawie, i tam, gdzie toczy się wartki nurt, w morzu, w górach, w jeziorze, jest wszędzie naraz i istnieje dla niej tylko chwila obecna, nie ma cieni przeszło­ści, nie ma cieni przyszłości, prawda?» – «O to mi chodzi, tak – rzekł Siddhartha. – I kiedy się tego nauczyłem, przyjrzałem się swemu życiu i zobaczyłem je tak jak rzekę, i Siddharthę dziecko oddzielały od Siddharthy dorosłego i od Siddharthy starca tylko cienie, nic rzeczywistego. Naro­dziny Siddharthy nie były przeszłością, a jego śmierć i złącze­nie z brahmanem nie były przyszłością. Nie było niczego, niczego nie będzie, wszystko ma swój byt i jest teraz»„.
Jeśli stopniowo uświadomimy sobie, że zarówno czas, jak i linearność nie istnieją poza naszą świadomością, niewątpliwie dozna przez to wstrząsu w swej wyłączności przyczynowo-skutkowy model myślenia. Okaże się bowiem, że również przyczynowość jest tylko określoną subiektywną formą patrzenia lub, jak to sformułował David Hume: „potrzebą duszy”. Nie istnieje wprawdzie żaden powód, by nie traktować świata w sposób przyczynowy – ale tak samo nie istnieje powód, by interpretować go przyczynowo. Rozstrzygającym pytaniem również i tutaj nie jest: praw­dziwy czy fałszywy? Lecz w najlepszym razie i w odniesieniu do konkretnego przypadku: przydatny czy nieprzydatny?

Jeśli weźmiemy pod uwagę ten aspekt, okaże się, że przyczynowe patrzenie na sprawy jest znacznie rzadziej przydatne, niż mogłoby się zdawać na podstawie faktu, że bywa dziś rutynowo stosowane. Wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z relatywnie małymi wycinkami świata, i za­wsze wtedy, gdy wydarzenia dają się objąć spojrzeniem, wyposażeni w wyobrażenie czasu, linearności i przyczyno­wości zupełnie dobrze radzimy sobie w dniu powszednim. Jeśli jednak przestrzeń jest większa lub pytanie stawia wyższe wymagania odnośnie do odpowiedzi, przyczynowy sposób widzenia prowadzi raczej do bzdurnych wniosków niż do poznania. Rzecz w tym, że przyczynowość wymaga początku, jakiejś praprzyczyny. W końcu w światopoglądzie przyczynowym każde zamanifestowanie się jakiegoś objawu ma swą przyczynę, dlatego jest rzeczą nie tylko dozwoloną, ale wręcz konieczną, by znając przyczynę, zapytywać z kolei o jej przyczynę. Tego rodzaju postępowanie prowadzi wprawdzie do odnajdywania przyczyny, przyczyny, przy­czyny ale, niestety, nigdy do przyczyny ostatecznej. Praprzyczyny wszystkich przyczyn nie da się odnaleźć. Albo zaprzestaje się stawiania dalszych pytań w którymkolwiek momencie, albo dociera się do pytania, na które nie ma już odpowiedzi – pytania, które nie może być bardziej sensow­ne niż znana kwestia, czy najpierw było jajko, czy kura.

Chcielibyśmy tu tylko pokazać, że koncepcja przy­czynowości może w najlepszym razie spełniać funkcję pomocniczą w myśleniu potocznym, jest wszakże całkowicie niewystarczająca i nieużyteczna jako narzędzie badania zależności i związków naukowych, filozoficznych i metafi­zycznych. Wiara, jakoby istniały związki przyczynowo­-skutkowe, jest fałszywa, gdyż bazuje na założeniu linearno­ści i czasu. Jeśli jednak przyznamy, że przyczynowość jest możliwym (a tym samym niedoskonałym) subiektywnym sposobem widzenia, wtedy z kolei uprawnione stanie się także korzystanie z niej w tych regionach naszego życia, gdzie wyda się nam pomocna.
Jednakże w naszym dzisiejszym światopoglądzie domi­nuje przekonanie, że przyczynowość jako taka istnieje, a nawet eksperymentalnie daje się udowodnić – i przeciw temu błędnemu mniemaniu chcielibyśmy zaprotestować. Człowiek nigdy nie może zaobserwować niczego ponad związki typu „zawsze-gdy-wtedy”. Tego rodzaju obser­wacje nie mówią jednak nic więcej ponad to, że dwie manifestacje występują synchronicznie i że istnieje między nimi współzależność. Fakt, że tego rodzaju pomiary na­tychmiast interpretujemy przyczynowo, jest wyrazem określonego sposobu patrzenia na świat, ale nie ma to już nic wspólnego z pomiarem lub obserwacją. Gorliwość, z jaką prowadzimy interpretacje przyczynowe, w niewiary­godny sposób ograniczyła nasze widzenie świata i zdolno­ści poznawcze.

W ramach nauki fizyka kwantowa okazała się tą dziedzi­ną wiedzy, która zburzyła przyczynowy obraz świata i po­stawiła go pod znakiem zapytania. Werner Heisenberg zauważył, „że w bardzo małych obszarach przestrzenno­-czasowych, a więc w obszarach rzędu wielkości cząstek elementarnych, przestrzeń i czas są w szczególny sposób zamazane, mianowicie tak, że nie można dobrze zdefinio­wać nawet takich pojęć, jak wcześniej lub później. W świecie dużych wielkości w strukturze czasu i przestrzeni oczywiście nic się nie może zmienić, ale należałoby się liczyć z możliwoś­cią, że eksperymentowanie z wydarzeniami, które zachodzą na bardzo małych przestrzeniach i w bardzo krótkim czasie, pokaże, iż określone procesy wydają się przebiegać w czasie w kierunku odwrotnym niż ten, który odpowiada ich przyczynowej kolejności”.
Heisenberg wypowiada się jasno, ale ostrożnie, gdyż jako fizyk ogranicza swe wypowiedzi do tego, co obser­wowalne. Jednakże te obserwacje doskonale pasują do obrazu świata, jaki mędrcy ukazywali od czasów najdaw­niejszych. Obserwacja cząstek elementarnych odbywa się w obszarze granicznym naszego świata, zdeterminowanego przez czas i przestrzeń-znajdujemy się tu jakby w „miejscu narodzin materii”. Tu zamazują się jeszcze, jak powiada Heisenberg, czas i przestrzeń. Wcześniej i później stają się tym wyraźniejsze, im dalej wnikamy w większe i grubsze struktury materii. Jeśli jednak ruszymy w kierunku przeciw­nym, zagubi się gdzieś najpierw wyraźna rozróżnialność czasu i przestrzeni, wcześniej i później, aż podział ten w końcu całkiem zaniknie i dotrzemy do miejsca, gdzie panuje jedność i nierozróżnialność. Tu już nie ma ani czasu, ani przestrzeni, ich miejsce zajęło wieczne tu i teraz. To jest punkt, który zawiera wszystko, choć jego nazwa brzmi „nic”. Czas i przestrzeń to dwie współrzędne, między którymi rozpięto świat biegunowości, świat ułudy, maję – przejrzenie ich nieistnienia jest warunkiem osiągnięcia jedności.

W tym biegunowym świecie przyczynowość jest jedną perspektywą naszej świadomości interpretowania zjawisk – sposobem myślenia lewej półkuli mózgu. Mówiliśmy już, że obraz świata wynikający z nauk przyrodniczych jest obrazem lewej półkuli – nic tedy dziwnego, że obserwujemy tu tak kurczowe trzymanie się przyczynowości. Półkula prawa nie zna jej jednak, gdyż myśli, posługując się analo­gią. W analogii odnajdujemy ów drugi, biegunowy wobec przyczynowości sposób widzenia świata, ani bardziej praw­dziwy, ani bardziej fałszywy, ani lepszy, ani gorszy, będący jednak niezbędnym uzupełnieniem jednostronności przy­czynowościowej. Dopiero oba naraz – przyczynowość i analogia – mogą stworzyć system współrzędnych, w ra­mach którego nasz biegunowy świat da się sensownie zinterpretować.

Tak jak przyczynowość pozwala dostrzegać związki poziome, tak analogia widzi prazasady przebiegające piono­wo przez wszystkie płaszczyzny, na których się pojawiają. Analogia nie wymaga związków przyczynowo-skutkowych, lecz orientuje się według tożsamości treści w ich różnych formach. O ile w przyczynowości związki czasowe znajdują wyraz w „najpierw”/”potem”, o tyle analogia żyje syn­chronicznością wyrażaną przez „zawsze-gdy-wtedy”. Jeśli przyczynowość prowadzi do coraz większej dyferencjacji, to analogia łączy wielość w całościowe wzorce.
Niezdolność nauki do myślenia przez analogię zmusza ją do badania praw stale na nowo na wszystkich płaszczyz­nach. Nauka nie ośmiela się ani nie potrafi doprowadzić znalezionego prawa do takiego stopnia abstrakcji, by mogło być ono traktowane per analogiam jako zasada na wszyst­kich płaszczyznach. I tak np. bada biegunowość w elektrycz­ności, w atomistyce, w bilansie zasadowo-kwasowym, w półkulach mózgowych i w tysiącach innych dziedzin zawsze od nowa i zawsze oddzielnie. Analogia przesuwa kąt widzenia o dziewięćdziesiąt stopni i układa najróżniejsze formy w analogiczne konteksty, odnajdując we wszystkich tę samą praprzyczynę. I oto nagle okazuje się, że dodatni biegun elektryczny, lewa półkula mózgu, kwas, słońce, ogień mają związek z chińskim pierwiastkiem yang, choć między nimi nie istnieją żadne przyczynowe powiązania. Ta wspólnota przez analogię wszystkich wymienionych tu form wynika ze wspólnej prazasady, którą w naszym przykładzie można by też nazwać zasadą męską czy też zasadą aktywno­ści.

Ten sposób patrzenia rozkłada świat na elementy ar­chetypowe i poddaje oglądowi różne wzory powstałe na podstawie archetypów. Dają się one odnaleźć przez analogię na wszystkich płaszczyznach występowania – czy to na górze, czy na dole. Tego rodzaju patrzenia trzeba się uczyć tak samo jak patrzenia przyczynowo-skutkowego. Jednakże otwiera ono także całkiem inną stronę świata i pozwala dostrzegać związki i wzorce niewidoczne w przypadku widzenia przyczynowo-skutkowego. Tak jak zalety przy­czynowości tkwią w funkcjonalności, tak zalety analogii polegają na uwidacznianiu związków treściowych. Lewa półkula mózgowa potrafi dzięki przyczynowości rozłożyć na części i zanalizować wiele rzeczy, nie udaje się jej jednak pojmowanie świata jako całości. Prawa półkula mózgowa musi zaś zrezygnować z kierowania procesami tego świata, ale za to potrafi spojrzeć na całość, na kształt, a przez to jest także w stanie doświadczyć sensu. Sens leży poza obrębem celu i logiki lub, jak powiada Lao tsy: „Sens, który da się wypowiedzieć, nie jest wiecznym sensem. Imię, które da się nazwać, nie jest wiecznym imieniem. «Niebytem» nazywam początek nieba i ziemi.
«Bytem» nazywam matkę poszczególnych istot. Dlatego kierunek ku niebytowi prowadzi do oglądania cudownej istoty, kierunek ku bytowi do oglądania przestrzennych ograniczeń. Oba są jednym wedle pochodzenia, a różnym tylko przez nazwę. W swojej jedności są tajemnicą. Jeszcze głębszą tajemnicą tajemnicy jest brama, przez którą wycho­dzą wszystkie cuda”.

7. Metoda odpytywania

Quote
„Całe życie nie jest niczym innym, jak zastygłymi w formę
pytaniami, które noszą w sobie zarodek odpowiedzi – i
odpowiedziami, które są brzemienne pytaniami. Kto widzi w tym
cokolwiek innego, jest głupcem.” - Gustav Meyrinck, Golem

Nim przejdziemy do drugiej części książki, gdzie pode­jmiemy próbę rozszyfrowania znaczenia najczęstszych sym­ptomów, chcielibyśmy powiedzieć jeszcze coś niecoś o meto­dzie odpytywania. Nie zamierzamy dawać czytelnikowi do ręki księgi interpretacyjnej, którą w razie potrzeby otwiera się na odpowiedniej stronie, by dowiedzieć się, co dany symptom oznacza, a następnie z uznaniem skinąć głową lub z niedowierzaniem nią potrząsnąć. Takie podejście do tej książki byłoby co najmniej nieporozumieniem. Nasz zamiar polega bowiem na wskazaniu określonego sposobu widze­nia i myślenia, co zainteresowanemu czytelnikowi umoż­liwiłoby spojrzenie na chorobę, czy to swoją, czy bliźniego, całkiem innymi oczyma.
By to osiągnąć, konieczne jest jednak na wstępie zapo­znanie się z określonymi warunkami i technikami, których w odniesieniu do analogii i symboli większość ludzi nie zna. Takie jest przede wszystkim przeznaczenie konkretnych przykładów w drugiej części książki. Mają one rozwinąć w czytelniku zdolność również i takiego myślenia i widzenia. Dopiero rozwinięcie własnej zdolności interpretacyjnej przynosi korzyści. Interpretacja przygotowana z góry może w najlepszym razie dostarczyć określonych ram, ale nigdy nie sprosta do końca wymogom, jakie stawia każdy in­dywidualny przypadek. Sprawa ma się tak jak z tłumacze­niem snów: sennik jest potrzebny, by człowiek nauczył się sztuki interpretacji snów, a nie by szukał w nim odpowiedzi na pytanie, co też jego konkretny sen znaczy.
Z tego powodu druga część książki też nie rości sobie pretensji do kompletności, chociaż zadaliśmy sobie trud poruszenia możliwie wszystkich obszarów ciała i jego na­rządów, by przygotować niezbędny materiał wyjściowy, dzięki któremu czytelnik mógłby przystąpić do rozpracowa­nia swego konkretnego symptomu. Kiedy już postaraliśmy się przedstawić tło światopoglądowo-filozoficzne, w tym ostatnim rozdziale części teoretycznej pragniemy zaprezen­tować najważniejsze aspekty i reguły interpretacji sym­ptomów. Jest to poręczne narzędzie, które wraz z okreś­lonym ćwiczeniem ma umożliwić sensowne przeanalizowa­nie symptomów każdemu, kto poważnie się do sprawy przyłoży.

Przyczynowość w medycynie

Problem przyczynowości ma dla naszej sprawy tak wielkie znaczenie, gdyż zarówno medycyna szkolna, jak i naturalna, psychologia i socjologia wspólnie rywalizują w dziele bada­nia prawdziwych i rzeczywistych przyczyn symptomów chorobowych i uzdrawiania świata poprzez ich usunięcie. Tak więc jedni szukają przyczyn w zarazkach i zatrutym środowisku, inni w traumatycznych wydarzeniach z wczes­nego dzieciństwa i w metodach wychowawczych lub w wa­runkach panujących w miejscu pracy. Od zawartości ołowiu w powietrzu po czynniki społeczne wszystko i każdy może być posądzony o spowodowanie choroby.
My natomiast uważamy, że poszukiwanie przyczyn chorobowych jest ślepym zaułkiem medycyny i psycho­logü. Co prawda przyczynę znajdzie się zawsze, o ile się jej szuka, ale wiara w model przyczynowościowy prze­szkadza dostrzec, że odnalezione przyczyny są rezultatem własnych oczekiwań. W rzeczywistości wszystkie te przy­czyny są jedynie czynami wśród innych czynów. Koncepcja przyczynowościowa da się utrzymać tylko połowicznie, gdyż pytanie o przyczyny można przerwać w dowolnym momencie. I tak przyczynę jakiejś infekcji można odkryć w określonych zarazkach, ale natychmiast nasuwa się pytanie, dlaczego w tym konkretnym przypadku ten właśnie zarazek doprowadził do infekcji? Powód być może da się odnaleźć w zmniejszonej odporności organizmu, co z kolei wysunie na plan pierwszy pytanie o przyczynę takiego braku odporności. Tę zabawę można ciągnąć w nieskoń­czoność, bo nawet gdy w dziele poszukiwania dotrze się do Wielkiego Wybuchu, to otwartą okaże się kwestia jego przyczyny...
Dlatego w praktyce preferuje się zatrzymanie w do­wolnym miejscu i przyjęcie postawy, jakby to tutaj zaczy­nał się cały świat. Sięga się po nic nie mówiące pojęcia zbiorowe, takie jak „lotus minoris resistentiae” lub „ob­ciążenie dziedziczne”, „słabość organiczna” lub tym podob­ne bogate znaczeniowo pojęcia. To jakiej jednak podstawie przyznajemy sobie prawo prezentowania dowolnego og­niwa w łańcuchu jako „przyczyny”? Przecież to zwykła nieuczciwość, gdy ktoś mówi o przyczynie lub terapii przyczynowościowej, gdyż – jak widzieliśmy – model przyczynowościowy w ogóle nie pozwala na znalezienie przyczyny.
Nieco bliżej można by dotrzeć do sedna, posługując się biegunową koncepcją przyczynowości, o której mówiliśmy na wstępie naszych rozważań. Z tej perspektywy patrząc, zauważymy, że choroba jest uwarunkowana dwukierun­kowo, od strony przeszłości i przyszłości. W tym modelu celowość chciałaby mieć określony obraz symptomów, a wyzwalająca je przyczynowość (efficiens) stawiałaby do dyspozycji materialne i cielesne środki pomocnicze dla zrealizowania tego obrazu. Przy takim podejściu stałby się widoczny ów drugi aspekt choroby, całkowicie znikający z pola widzenia przy tradycyjnym jednostronnym sposobie patrzenia: zamiar choroby, a tym samym sensowność wydarzenia. Zdanie nie jest uwarunkowane jedynie papie­rem, atramentem, maszyną drukarską, znakami pisma itd., lecz także i przede wszystkim celowym zamiarem przekaza­nia informacji.
Przecież nie może być rzeczą aż tak trudną rozumienie, że poprzez zredukowanie do procesów materialnych, ewen­tualnie warunków, przeszłości zatraca się to, co istotowe i istotne. Wszelka manifestacja posiada formę i treść, składa się z części i ma postać, która jest czymś więcej niż sumą części. Wszelka manifestacja jest określona przeszłością i przyszłością. Choroba nie jest wyjątkiem. Za symptomem kryje się zamiar, treść, która wykorzystuje istniejące moż­liwości, by móc się formalnie urzeczywistnić. Dlatego choroba jest w stanie uruchomić jako przyczynę wszelkie możliwe przyczyny.
W tym punkcie ponosi fiasko metoda działania medycy­ny. Sądzi ona, że pozbawiając chorobę przyczyny, może ją uniemożliwić, i nie bierze pod uwagę, że choroba jest tak elastyczna, że poszuka sobie i znajdzie nowe przyczyny, by dalej się realizować. Ten związek jest bardzo prosty: jeśli ktoś ma na przykład zamiar budować sobie dom, trudno mu będzie w tym przeszkodzić, zabierając na przykład prze­znaczone na ten cel kamienie – w takiej sytuacji zbuduje sobie dom z drewna. Wprawdzie radykalnym rozwiązaniem mogłoby się okazać odebranie mu wszelkiego możliwego budulca, ale wobec choroby mogłoby się to wiązać z poważ­nymi kłopotami. Jeśli chciałoby się mieć pewność, że choroba nie znajdzie sobie żadnych przyczyn, trzeba by było odebrać pacjentowi ciało w ogóle.
Otóż tematem tej książki są celowe przyczyny choroby, a jej autorzy pragną uzupełnić jednostronne funkcjonalne podejście do niej o brakujący biegun. Spieszymy też od razu wyjaśnić, że bynajmniej nie chcemy kwestionować zbada­nych i opisanych przez medycynę materialnych procesów jej przebiegu, jednakże jak najostrzej przeciwstawiamy się twierdzeniu, jakoby same te procesy były przyczynami choroby.
Jak już była o tym mowa, choroba ma zamiar i cel, co dotąd opisaliśmy w najogólniejszej i najbardziej absolutnej formie jako uzdrowienie w sensie stawania się jednością. Jeśli rozłożymy chorobę na wiele symptomatycznych form wyrazu tego stawania się, form, z których wszystkie są krokami na drodze do celu, wtedy każdy symptom możemy przepytać o jego zamiary i uzyskać informacje, co pozwoli nam rozpoznać, który krok w konkretnej sytuacji jest konieczny. To pytanie może i musi być postawione wobec każdego symptomu i nie może być lekceważąco odsunięte na bok przez wskazanie na funkcjonalną przyczynowość. Funkcjonalne uwarunkowania dadzą się zawsze znaleźć – ale dokładnie tak samo zawsze da się znaleźć treściowe znaczenie.
I tak pierwsza różnica między naszym spojrzeniem a klasyczną psychosomatyką polega na rezygnacji z wybie­rania symptomów. Uważamy każdy symptom za nadający się do interpretacji i nie akceptujemy żadnych wyjątków. Druga różnica polega na rezygnacji z ukierunkowanego na przeszłość modelu przyczynowościowego klasycznej psy­chosomatyki. Czy przyczynę jakiegoś zakłócenia widzi się w bakteriach, czy w złej matce, jest dla tej koncepcji sprawą drugorzędną. Model psychosomatyczny nie wyzwolił się z zasadniczego błędu jednobiegunowej koncepcji przyczy­nowościowej. Nas nie interesują przyczyny z przeszłości, gdyż, jak widzieliśmy, jest ich dowolnie wiele, a wszystkie są jednakowo ważne i jednakowo nieważne. Nasz sposób widzenia tych spraw można by opisać albo jako „celową przyczynowość”, albo, jeszcze lepiej, jako bezczasową kon­cepcję analogii.
Człowiek posiada niezależne od czasu istnienie jako takie, które wszakże z biegiem lat musi być przez niego zrealizowane i uświadomione. Ten jego wewnętrzny wzo­rzec nazywa się „jaźnią”. Droga życiowa człowieka jest drogą do tej jaźni, będącej symbolem zupełności. Człowiek potrzebuje „czasu”, by znaleźć tę zupełność – choć ona istnieje od samego początku. I właśnie na tym polega ułuda czasu – człowiek potrzebuje czasu, by odnaleźć to, co jest w nim od zawsze. (Jeśli coś wydaje się niezrozumiałe, zawsze warto sięgnąć pamięcią po odpowiednie przykłady: książka zawiera jednocześnie całą powieść – ale czytelnik po­trzebuje czasu, by odtworzyć w sobie jej akcję, choć ta istniała od samego początku!) Tę drogę nazywamy „ewolu­cją”. Ewolucja jest świadomym odtwarzaniem zawsze (tzn. bezczasowo) istniejącego wzorca. Na tej drodze do samopo­znania stale występują trudności i pomyłki, lub też – for­mułując całą rzecz inaczej – można nie widzieć lub nie chcieć widzieć określonych części owego wzorca. Takie nie uświadomione aspekty nazwaliśmy cieniem. W symptomie choroby cień demonstruje swoją obecność i realizuje się. By móc zrozumieć znaczenie jakiegoś symptomu, niepotrzebne są bynajmniej pojęcia czasu lub przeszłości. Szukanie przy­czyn w przeszłości odwraca uwagę od właściwej informacji, gdyż wtedy przez rzutowanie winy człowiek bierze własną odpowiedzialność za przyczynę.
Jeśli odpytujemy jakiś symptom pod kątem jego znacze­nia, wtedy w odpowiedzi uwidacznia się część obszaru naszego własnego wzorca. Jeśli zaczniemy szukać w prze­szłości, odnajdziemy oczywiście także i tam najróżniejsze formy wyrazu tego wzorca. Nie powinniśmy jednak na tej podstawie konstruować od razu łańcucha przyczynowo­-skutkowego – są to raczej równoległe, czasowo adekwatne formy wyrazu tego samego obszaru problemowego. Dziec­ko do realizacji swych problemów wykorzystuje rodziców, rodzeństwo i nauczycieli, dorosły – swoich partnerów, dzieci, kolegów z pracy. Zewnętrzne warunki nie czynią człowieka chorym, ale człowiek wykorzystuje wszystkie możliwości, by stanąć w służbie swojej choroby. To dopiero chory czyni z działań przyczyny.
Chory jest sprawcą i ofiarą zarazem, cierpi zawsze tylko na swą własną nieświadomość. To stwierdzenie nie jest sądem wartościującym, gdyż tylko „oświecony” nie ma już cienia – ma jednak ustrzec człowieka przed złudzeniem, że jest on ofiarą jakichś tam warunków, gdyż w ten sposób sam pozbawia się możliwości przemiany. Ani bakterie, ani ziemskie promieniowanie nie powodują choroby; to czło­wiek używa ich jako środków pomocniczych dla urzeczywis­tnienia swej choroby. (To samo zdanie zabrzmi o wiele bardziej przekonująco w odniesieniu do innej dziedziny: ani kolory, ani płótno nie czynią obrazu – to człowiek używa ich jako środków pomocniczych dla urzeczywistnienia obra­zu.)
Po wszystkim, co tu powiedziano, łatwiej zrozumiemy pierwszą ważną regułę postępowania interpretacyjnego w odniesieniu do obrazów choroby w części drugiej.
I reguła: Interpretując symptomy, odrzuć pozornie przyczynowe związki na płaszczyźnie funkcjonalnej. One się zawsze dadzą odnaleźć i ich istnieniu nikt nie przeczy. Ale ten fakt nie czyni interpretacji symptomów zbędną. Inter­pretujemy jedynie symptom w jego jakościowych i subiek­tywnych przejawach. Jakie fizjologiczne, morfologiczne, chemiczne, neurologiczne czy jeszcze inne łańcuchy przy­czynowe zostały użyte dla urzeczywistnienia tego sym­ptomu; jest dla oceny jego znaczenia nieistotne. By rozpo­znać treści, ważne jest jedynie, że coś istnieje i jak istnieje – a nie: dlaczego istnieje.

Czasowa jakość symptomatyki

Tak jak mało ciekawa dla naszej kwestii jest czasowa przeszłość, tak ciekawe i wymowne są czasowe okoliczności pojawienia się symptomu. Dokładny moment, w którym symptom wystąpił, może dostarczyć ważnych informacji na temat obszaru problemowego, który manifestuje się w sym­ptomie. Wszystkie wydarzenia przebiegające synchronicz­nie z symptomem tworzą ramy symptomatyki i powinny być także brane pod uwagę.
Ważne jest przy tym nie tylko to, by zwracać uwagę na wydarzenia zewnętrzne; przede wszystkim należy widzieć procesy wewnętrzne. Jakimi myślami, tematami i fantazjami byliśmy zajęci, gdy pojawił się symptom? W jakim byliśmy nastroju? Czy nadeszły jakieś wiadomości lub nastąpiły zmiany w naszym życiu? W rzeczywistości często się zdarza, że wielce znaczące okazują się właśnie te wydarzenia, które zakwalifikowano jako bez znaczenia i nieważne. Ponieważ w symptomie dochodzi do głosu obszar wyparty, przeto również wszystkie związane z nim wydarzenia ulegają wyparciu i odpowiedniej deprecjacji.
Nie są to, ogólnie rzecz biorąc, wielkie sprawy życia, gdyż z nimi mamy zazwyczaj do czynienia świadomie. Jednakże małe, niewinne sprawy dnia codziennego są często zapal­nikiem, który powoduje pojawienie się wypartych obszarów problemowych. Ostre symptomy, takie jak przeziębienie, mdłości, biegunka, zgaga, bóle głowy, obrażenia i tym podobne, są na nie reakcją bardzo precyzyjną w czasie. Tu warto postawić pytania, co dokładnie się czyniło, myślało lub o czym fantazjowało w danym momencie. Jeśli sami sobie postawimy pytanie o tego rodzaju zależności, dobrze będzie dokładnie przyjrzeć się pierwszej, spontanicznie pojawiającej się myśli bez odsuwania jej od razu na margines jako pozbawionej znaczenia.
Wszystko to wymaga trochę ćwiczenia i znacznej porcji uczciwości wobec siebie, czy może raczej – nieufności wobec siebie. Kto wychodzi z założenia, że dobrze zna siebie i dlatego od razu potrafi zdecydować, co jest, a co nie jest w porządku, nigdy nie odnotuje szczególnych sukcesów na drodze do samopoznania. Na właściwej drodze jest nato­miast ktoś, kto wychodzi z założenia, że potrafi lepiej ocenić zwierzę na ulicy niż siebie samego.
2 reguła: Zwróć uwagę na moment wystąpienia sym­ptomu. Pytaj o sytuacje życiową, myśli, fantazje, sny, wydarzenia i wiadomości, które stanowiły czasową ramę pojawienia się symptomu.

Analogia i symbolika symptomu

Teraz przechodzimy do głównej techniki interpretacji, któ­rej werbalne przedstawienie i nauczenie nie jest rzeczą prostą. Pierwszym i niezbędnym warunkiem jest rozbudze­nie w sobie intymnego stosunku do języka i nauczenie się świadomego słuchania tego, co się mówi. Język to wspaniały środek pomocniczy w wynajdywaniu głębokich i niewidocz­nych związków i zależności. Język posiada swą własną mądrość, która wszelako objawia się tylko temu, kto nauczy się weń wsłuchiwać. Nasze czasy mają tendencję do bardzo niedbałego i samowolnego obchodzenia się z językiem, przez co utraciliśmy dostęp do prawdziwego znaczenia pojęć. Ponieważ także i język ma swój udział w biegunowości, więc on także jest ambiwalentny, dwulicowy i wieloznaczny. Prawie wszystkie pojęcia pobrzmiewają jednocześnie na wielu płaszczyznach znaczeń. W tej sytuacji musimy na nowo uczyć się postrzegać każde słowo jednocześnie na wszystkich tych płaszczyznach.
Prawie każde zdanie znajdujące się w drugiej części tej książki odnosi się do co najmniej dwóch płaszczyzn – jeśli niektóre zdania wydadzą się banalne, będzie to niewątpliwy dowód na przeoczenie tej drugiej płaszczyzny, owej dwu­znaczności. My ze swej strony próbujemy kierować uwagę czytelnika na szczególnie ważne miejsca, stosując znaki cudzysłowu, kursywę i podział słów, ale koniec końców powodzenie naszego przedsięwzięcia zależy od umiejętności poruszania się w różnych wymiarach języka. Słuch językowy jest równie trudny do nauczenia co słuch muzyczny – jedno i drugie powinno być jednak przedmiotem nauczania.
Nasz język jest psychosomatyczny. Prawie wszystkie sformułowania i słowa, którymi wyrażamy stany i procesy psychiczne, bazują na doświadczeniach cielesnych. Czło­wiek potrafi rozumieć i pojmować zawsze tylko to, co może uchwycić cieleśnie własnymi rękami (mieć) i na czym może stanąć własnymi nogami. Już z powyższej uwagi wynika, że temat wart jest większej rozprawy; my wszakże streścimy go w tym miejscu tylko w kilku zdaniach: Człowiek potrzebuje dla każdego doświadczenia i każdego świado­mego kroku drogi przez cielesność. Człowiek nie jest w stanie świadomie zintegrować zasad, dopóki te nie przenikną w głąb jego cielesnego jestestwa. Cielesność pociąga nas w niesłychane związki, przed którymi często odczuwamy lęk – ale bez tych związków nie odnajdziemy związku z zasadą. Również i ten tok myślenia prowadzi do poznania prawdy, że człowieka nie da się uchronić przed chorobą.
Ale wróćmy do znaczenia języka w interesującej nas płaszczyźnie. Kto nauczył się słyszeć psychosomatyczne drugie dno językowe, ten ze zdumieniem stwierdzi, że chory zazwyczaj sam opowiada o swym problemie psychicznym, gdy mówi o jego cielesnych symptomach: jeden widzi tak źle, że nie jest w stanie dobrze rozpoznawać rzeczy – inny jest zaziębiony i ma wszystkiego po dziurki w nosie – jeszcze inny nie może się schylać, bo jest taki sztywny – ten znów niczego nie jest już w stanie przełknąć, tamten dla odmiany nie może już niczego w sobie zatrzymać – jeden nie słyszy, drugi z powodu swędzenia najchętniej wylazłby ze skóry. Nie ma tu wiele do interpretowania – wystarczy dobrze posłuchać, pokiwać głową i stwierdzić: „Choroba czyni uczciwym!” (Przez stosowanie łacińskich nazw chorób medycyna klasyczna z rozmysłem stara się nie dopuścić, by za pośrednictwem języka wyszły na jaw tego rodzaju związki i zależności!)
We wszystkich tych wypadkach ciało przeżywa to właś­nie, do czego chory w swej psyche nigdy nie odważyłby się przyznać i powiedzieć, że leży to w zakresie jego pragnień. I tak na przykład nie mamy odwagi przyznać się przed sobą, że, właściwie najchętniej wyleźlibyśmy ze skóry, tzn. roz­sadzili istniejące ograniczenia – ale to nie uświadomione życzenie urzeczywistnia się w naszym ciele, i jako sym­ptomem posługuje się egzemą, by uświadomić nam właściwe pragnienie. Z egzemą jako przyczyną w tle chory nagle ma odwagę wyjawić swe życzenie: „Najchętniej wylazłbym ze skóry!” – gdyż w końcu ma cielesne alibi, a takie rzeczy bierze się dziś serio. Inny przykład: pracownik boi się przyznać przed sobą samym i przed pracodawcą, że ma już wszystkiego po uszy i na kilka dni najchętniej by wszystko rzucił – na płaszczyźnie cielesnej jednak zapchany nos jest akceptowany i prowadzi do pożądanego rezultatu.
Oprócz umiejętności wsłuchiwania się w podwójne zna­czenia języka ważna jest jeszcze także zdolność do myślenia przez analogię. Już sama podwójna znaczeniowość językowa bazuje na analogii. Przecież nikomu nie przyjdzie do głowy, by człowieka bez serca podejrzewać o rzeczywisty brak tego narządu. Także i pragnienie, by wyleźć ze skóry, nie oznacza chęci jego dosłownej realizacji. We wszystkich tych wypadkach sięgamy po pojęcia, które nabierają sensu przez analogię, gdzie konkretność zastępuje abstrakcyjną zasadę. Mówiąc bez serca, mamy na myśli brak pewnej zdolności, którą na bazie archetypowej symboliki już od czasów najdawniejszych odnosimy do serca. Ta sama zasa­da może być też reprezentowana przez słońce czy złoto.
Myślenie przez analogię wymaga zdolności do abstrak­cji, gdyż polega na tym, by dostrzec i rozpoznać zasadę wyrażającą się w konkrecie i umieć przenieść ją na inny obszar. Tak na przykład skóra ludzka przejmuje m.in. funkcję ograniczania i odgraniczenia od zewnątrz. Jeśli ktoś chce wyleźć ze skóry, tym samym pragnie znieść i prze­zwyciężyć owe granice. Tak więc istnieje analogia między skórą a, powiedzmy, normami, które na płaszczyźnie psy­chicznej pełnią te same funkcje, co skóra na płaszczyźnie somatycznej. Gdy „utożsamiamy” skórę i normy, nie ozna­cza to bynajmniej ani identyfikacji, ani związku przy­czynowo-skutkowego, lecz odnosi się do analogiczności zasady. Tak więc – jak jeszcze się przekonamy – odłożone w organizmie toksyny (trucizny) odpowiadają stłumionym konfliktom w świadomości. Analogia nie mówi, że konflikty wytwarzają toksyny lub toksyny konflikty. Jedne i drugie są natomiast manifestowaniem się analogii na różnych płasz­czyznach.
Psyche w równie małym stopniu powoduje symptomy cielesne, co procesy cielesne zmiany psychiczne. Jednakże na obu płaszczyznach zawsze odnajdziemy analogiczny wzo­rzec. Wszystkie treści świadomości mają swój odpowiednik w ciele i odwrotnie. W tym też sensie wszystko jest sym­ptomem. Upodobanie do spacerów czy wąskie wargi są tak samo symptomem jak ropne migdały. (Por. metodę ana­mnezy w homeopatii.) Symptomy różnią się jedynie w subie­ktywnej ocenie ich posiadacza. W ostatecznym rachunku odrzucenie i opór powodują, że symptom staje się sym­ptomem chorobowym. Opór zdradza też nam, że określony symptom jest wyrazem obszaru cienia – gdyż symptomy oznaczające świadome obszary naszej duszy kochamy i bro­nimy ich jako wyrazu naszej osobowości.
Na stare i sporne pytanie o granice między zdrowiem a chorobą, normalnością a nienormalnością, da się od­powiedzieć tylko na płaszczyźnie subiektywnej – lub w ogó­le nie da się odpowiedzieć. Jeśli na symptomy cielesne patrzymy i wyjaśniamy je na płaszczyźnie psychicznej, ma to przede wszystkim pomóc choremu, by skierował wzrok właśnie na tę płaszczyznę, której istnienia dotąd nie przy­jmował do wiadomości, oraz by stwierdził, co się na niej znajduje. Co się bowiem objawia w ciele, istnieje też w duszy – co w dole, to w górze. Nie chodzi przy tym o to, by natychmiast coś zmieniać i usuwać – wręcz przeciwnie: chodzi o zaaprobowanie tego, co się dostrzegło, gdyż zanegowanie spowoduje ponowne zepchnięcie zanegowane­go obszaru w cień.
Jedynie ogląd uświadamia, że gdyby ze wzrostu świado­mości automatycznie wyniknęła subiektywna zmiana, było­by cudownie. Jednakże wszelki zamiar spowodowania ja­kiejś zmiany przynosi efekt przeciwny. Zamiar szybkiego zaśnięcia jest najpewniejszym sposobem, by szybko nie zasnąć; gdy zamiaru tego brak, sen przychodzi sam. Brak zamiaru oznacza tu dokładny środek między wolą prze­szkadzania a wolą wymuszania. Jest to spokój środka umożliwiający pojawienie się czegoś nowego. Kto walczy lub ściga, nigdy nie osiągnie celu. Jeśli w trakcie interpretacji obrazu choroby nie możemy się pozbyć uczucia, że jest ona złośliwa lub negatywna, świadczy to najlepiej o tym, że jesteśmy jeszcze uwikłani we własny mechanizm wartoś­ciowania. Ani słowa, ani rzeczy, ani wydarzenia nie mogą być dobre lub złe, pozytywne lub negatywne; wartościowa­nie powstaje w głowie oglądającego.
To zrozumiałe, że niebezpieczeństwo powstawania tego rodzaju nieporozumień w trakcie omawiania interesującej nas problematyki jest znaczne. Przecież w symptomach choroby manifestują się wszystkie te zasady, które czy to jednostka, czy kolektyw oceniają w znacznym stopniu negatywnie i dlatego nie są one przeżywane czy też po­strzegane świadomie. Dlatego bardzo często będziemy się stykać z tematem agresji i seksualizmu, gdyż te obszary w toku dopasowywania ich do norm i hierarchii wartości obowiązujących w społeczeństwie szybko i łatwo padają ofiarą stłumienia, by następnie na różnych zamaskowanych drogach szukać sposobów realizacji. Wskazanie, że za jakimś symptomem kryje się czysta agresja, nie jest bynajmniej formą zarzutu, a jedynie próbą pomocy w dostrzeżeniu tego faktu i zaakceptowaniu go. Na podszyte lękiem pytanie . o straszne rzeczy, jakie mogą wyniknąć, jeśli każdy będzie w ten sposób myślał, za odpowiedź powinno wystarczyć wskazanie faktu, że przecież agresja istnieje również wtedy, gdy jej nie widzimy, i że przez dostrzeżenie jej nie staje się ani większa, ani gorsza. Wszak dopóki agresja (lub jakikolwiek inny impuls) leży w cieniu, dopóty jest wyłączona z obszaru świadomości i już z tego powodu niebezpieczna.
By móc sobie odtworzyć w duchu te rozważania, należy spokojnie zdystansować się od wszystkich tradycyjnych wartościowań. Dobrze jest też zastąpić zbyt analityczne i racjonalne myślenie zdolnością myślenia obrazowego, symbolicznego i przez analogię. Związki i asocjacje języko­we szybciej niż sterylna dedukcja pozwolą nam rozpoznać właściwy kształt rzeczy. By obraz choroby mógł się uwi­docznić, wymagane są raczej zdolności prawej półkuli mózgowej.
3 reguła: Wyabstrahuj z wydarzenia symptomatycznego zasadę i przenieś ją jako wzorzec na płaszczyznę psychiczną. Kluczem może być zazwyczaj wsłuchiwanie się w sfor­mułowania językowe, gdyż nasz język jest psychosoma­tyczny.

Wymuszone konsekwencje

rawie wszystkie symptomy zmuszają do zmiany zachowań. Można je podzielić na dwie grupy: z jednej strony symptomy zakazują nam czynić rzeczy, które chętnie byśmy czynili, z drugiej zmuszają do czynienia czegoś, czego czynić nie mamy ochoty. I tak na przykład grypa przeszkadza nam skorzystać z zaproszenia i zmusza do pozostania w łóżku. Złamana noga przeszkadza w uprawianiu sportu i nakazuje spokój. Jeśli przypiszemy chorobie zamiar i sens, wtedy uniemożliwione i wymuszone zmiany zachowań pozwolą na wyciągnięcie właściwych wniosków co do zamiarów kryją­cych się w symptomach. Wymuszona zmiana zachowania jest wymuszoną korektą i dlatego powinna być traktowana poważnie. Tymczasem chory jest skłonny stawiać tak wielki opór zmianom w swym sposobie bycia, że najczęściej wszelkimi środkami usiłuje jak najszybciej anulować tę korektę, by móc powrócić na drogę, którą szedł dotychczas, i dalej nią podążać jakby nigdy nic.
My natomiast uważamy, że należy pozwolić na nie zakłócone działanie zakłócenia. Symptom koryguje zawsze tylko to, co jednostronne: nadaktywny zostaje zmuszony do spokoju, nadmiernie ruchliwy zostaje powstrzymany w ru­chu, uzależniony od komunikacji traci możliwość korzys­tania z tej komunikacji. Symptom wymusza ukazanie się bieguna nie przeżywanego. Powinniśmy mieć to na uwadze i dobrowolnie umieć rezygnować z tego, co nam odebrano, i zaakceptować to, do czego zostaliśmy zmuszeni. Choroba jest zawsze kryzysem, a każdy kryzys domaga się roz­winięcia. Wszelka próba powrotu do stanu sprzed choroby jest naiwna lub głupia. Choroba pragnie prowadzić do nowych, nieznanych i nie przeżytych brzegów – dopiero gdy świadomie i dobrowolnie pójdziemy za jej wezwaniem, nadamy kryzysowi sens.
4 reguła: Oba pytania: „W czym przeszkadza mi sym­ptom?”, i: „Do czego zmusza mnie symptom?”, najczęściej szybko prowadzą do głównego obszaru problemowego choroby.

Wspólnota przeciwnobiegunowych symptomów

Widzieliśmy już podczas omawiania biegunowości, że za każdą parą tak zwanych przeciwieństw kryje się jedność. Również zewnętrznie przeciwnobiegunowa symptomatyka krąży wokół wspólnego tematu. Nie ma zatem żadnej sprzeczności w tym, że zarówno cierpiąc na obstrukcję, jak i na biegunkę, za centralny temat uznamy sprawę „wypróż­nienia”, że zarówno za zbyt niskim, jak i za zbyt wysokim ciśnieniem krwi odkryjemy ucieczkę przed konfliktami. Tak jak radość może się wyrażać w śmiechu i łzach, a strach raz w zdrętwieniu, innym razem w panicznej ucieczce, tak i każdy problem zawiera możliwość wyrażenia się w pozor­nie przeciwstawnych symptomach.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na fakt, iż szczególnie intensywna forma przeżywania określonych problemów nie jest żadnym dowodem na to, że przeżywający nie ma z nimi żadnych kłopotów lub że jest ich świadom. Wysoki stopień agresji nie znaczy, że osoba agresywna nie przeżywa strachu, a demonstracyjny seksualizm nie oznacza, że obnosząca się z tym osoba nie ma żadnych problemów z seksualnością. Również i tu zaleca się spojrzenie biegunowe. Każda skrajność oznacza z dość wysokim stopniem prawdopodo­bieństwa istnienie problemu. Zarówno nieśmiałemu, jak i pyszałkowi brak pewności siebie. Strach przeżywają zarówno tchórze, jak i awanturnicy. Bezproblemowość objawia się w połowie drogi między skrajnościami. Jeśli jakaś tematyka jest szczególnie zaakcentowana, to znaczy, że kryje się w niej jakiś nabrzmiały i jeszcze nie rozwiązany kontekst.
Określony temat, ewentualnie problem, może się uze­wnętrzniać przez różne narządy i symptomy. Nie istnieje jakieś ścisłe przyporządkowanie, zmuszające temat do wy­brania sobie jednej tylko drogi realizacji określonego sym­ptomu. Z elastyczności w wyborze form wynika zarówno sukces, jak fiasko w zwalczaniu symptomów. Wprawdzie symptom można z powodzeniem funkcjonalnie przezwyciężyć, a nawet prewencyjnie zablokować, ale wtedy kryjący się za nim problem wybierze sobie inną formę realizacji. Zjawisko to jest znane jako przesunięcie symptomu. I tak na przykład problem człowieka będącego pod presją (ciśnie­niem) może się objawić w postaci zarówno wysokiego ciśnienia krwi, podwyższonego napięcia mięśni, podwyż­szonego ciśnienia w gałce ocznej (glaukomia), ropnia, jak też w formie zachowania polegającego na wywieraniu presji na innych. Wprawdzie każdy wariant ma swe specyficzne, jemu tylko właściwe zabarwienie, jednakże wszystkie wspomnia­ne symptomy są wyrazem tego samego tematu zasad­niczego. Kto patrzy na historię choroby człowieka pod takim kątem, szybko odnajdzie cz
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: PRZEZ CHOROBĘ DO SAMOPOZNANIA - Thorwald Dethlefsen, Rudiger
« Reply #3 on: (Tue) 08.04.2014, 19:07:09 »
CZĘŚĆ II
Znaczenie i interpretacja symptomów chorobowych


Quote
Pytasz: „Co znakiem drogi, o derwiszu?” Słuchaj mnie zatem, a słysząc zważ!
To  znak dla ciebie: że choć idziesz naprzód, swą nędzę coraz większą widzisz. - Fariduddin Attar


1. Infekcja

Infekcja jest jedną z najczęstszych przyczyn procesów chorobowych w organizmie człowieka. W stanie ostrym objawia się na ogół różnego typu zapaleniami - od przeziębienia poprzez zapalenie płuc aż po cholerę i ospę. Na to, że mamy do czynienia z procesem zapalnym, wskazuje końcówka -itis w łacińskiej nazwie choroby, na przykład colitis, hepatitis. Medycyna klasyczna ma na swoim koncie znaczne osiągnięcia w walce z chorobami zakaźnymi, a to dzięki odkryciu antybiotyków (np. penicyliny) i szczepionkom. O ile kiedyś w następstwie infekcji ludzie najczęściej umierali, o tyle dziś, w krajach o dobrze rozwiniętej opiece medycznej, takie wypadki zdarzają się wyjątkowo. Nie znaczy to oczywiście, byśmy byli mniej podatni na infekcje. Dysponujemy jednak o wiele lepszą bronią do ich zwalczania.
Jeśli komuś taka terminologia wydaje się zbyt „wojenna", nie powinien zapominać o tym, że w przypadku procesu zapalnego rzeczywiście mamy do czynienia z „wojną w organizmie". Uzyskujące niebezpieczną przewagę wrogie zarazki (bakterie, wirusy, toksyny) zostają zaatakowane i pokonane przez systemy obronne naszego organizmu. Symptomy świadczące o takiej konfrontacji, to obrzmienia, zaczerwienienie, ból i gorączka. Jeśli organizmowi uda się odnieść zwycięstwo nad zarazkami, infekcja wygasa, jeśli nie - chory umiera. Nietrudno na tym przykładzie wykazać analogię między procesem zapalnym a wojną. Polega ona na tym, że zarówno wojna, jak i zapalenie - mimo że nie zachodzi między nimi związek przyczynowy - charakteryzują się taką samą strukturą wewnętrzną i takim samym przebiegiem, tyle, że manifestującym się na całkiem innych płaszczyznach.
Te wewnętrzne współzależności między wojną a procesem zapalnym są wyraźnie widoczne w języku, jakim się posługujemy. I tak samo słowo zapalenie (Entzundung) zawiera już w sobie ową sławetną iskrę zapalającą, która może spowodować eksplozję beczki prochu. Angielski odpowiednik inflammation można przetłumaczyć dosłownie jako „rozniecenie płomienia". Takiego samego słownictwa używamy, opisując konfrontacje zbrojne. Mówimy na przykład: rozgorzał konflikt, podrzucono płonącą głownię, Europa stanęła w płomieniach itp. Przy tak dużej ilości materiału zapalnego prędzej czy później musi nastąpić eksplozja, w trakcie której rozładuje się nagle coś, co gromadziło się już od dawna. Zjawisko to możemy zaobserwować nie tylko w warunkach wojny.
Podobnie dzieje się w naszym organizmie, gdy na przykład pęka i oczyszcza się niewielka krosta lub duży ropień.
W naszych dalszych rozważaniach musimy brać pod uwagę również inną sferę analogii, a mianowicie - duszę. Człowiek też może eksplodować. W tym wypadku następuje reakcja emocjonalna służąca rozładowaniu konfliktu wewnętrznego. Kontynuując nasze rozważania, będziemy zawsze brać pod uwagę te trzy sfery równocześnie - „duszę-ciało-narody" - by móc na ich przykładzie dokładnie prześledzić analogię między konfliktem, zapaleniem i wojną. Koniec końców pozwoli nam to znaleźć klucz do zrozumienia choroby.
Biegunowość naszej świadomości bezustannie stawia nas, ludzi, w sytuacji konfliktowej, zmuszając do dokonywania wyboru spośród dwóch możliwości. Stale musimy się na coś decydować, rezygnować z jednej możliwości na rzecz innej. Wciąż więc czegoś nam brak, wciąż czujemy pewien dyskomfort psychiczny. Szczęśliwy ten, kto potrafi zaakceptować konfliktowość ludzkiej egzystencji. Większość z nas bowiem skłonna jest wierzyć, że niedostrzeganie konfliktu jest tożsame z jego nieistnieniem. Z podobną naiwnością małe dzieci wierzą, że wystarczy zamknąć oczy, by stać się niewidzialnym. Konflikty jednak istnieją zawsze, niezależnie od tego, czy ktoś je dostrzega, czy nie. Kto nie jest gotów uznać tego faktu, przeanalizować konfliktu i starać się znaleźć jakieś rozwiązanie, prędzej czy później odczuje to na własnym ciele. Konflikty przybiorą formę zapalenia. Każda infekcja to zmaterializowany konflikt. Unikanie konfliktu na poziomie duszy (z wszystkimi jego przykrościami i niebezpieczeństwami) odbija się na poziomie ciała w postaci zapalenia.

Prześledźmy ten proces na trzech wspomnianych już płaszczyznach, którymi są: zapalenie-konflikt-wojna:
1. Impuls: Zarazki wnikają do organizmu. Mogą to być bakterie, wirusy lub trucizny (toksyny). Wnikanie to nie tyle jest zależne od obecności zarazków - jak sądzi wielu laików
-      ile raczej od gotowości naszego organizmu do ich przyjęcia. W medycynie nazywa się to słabą odpornością. Problem infekcji nie sprowadza się - jak uważają fanatycy sterylności
-      do obecności zarazków, lecz do umiejętności współżycia z nimi. Stwierdzenie to można odnieść niemal dosłownie do obszaru świadomości. Nie chodzi przecież o to, by człowiek żył w świecie bez problemów i konfliktów, lecz by umiał żyć z konfliktami. Nie trzeba chyba dłużej uzasadniać, że system odpornościowy jest sterowany przez naszą psychikę, skoro nawet naukowcy coraz dogłębniej zajmują się ostatnio tym zagadnieniem (badania nad stresem itp.).
Znacznie ciekawsze jednak jest uważne obserwowanie tych zależności na przykładzie samego siebie. Kto nie chce otworzyć własnej świadomości na konflikt, który by go bardzo zdenerwował; musi otworzyć swoje ciało na zarazki. Lokują się one w słabych punktach organizmu, nazywanych po łacinie loci minoris resistentiae, czyli miejscami o osłabionej odporności, uważanymi przez medycynę klasyczną za wrodzone albo dziedziczne. Medycyna klasyczna sprowadza podatność pewnych organów na zapalenie do wrodzonej słabości tych organów, co pozornie uniemożliwia dalszą interpretację zjawiska. Psychosomatyka natomiast wskazuje nie od dziś, że określonym grupom problemów odpowiadają określone organy, przez co jednak popada ona w sprzeczność z głoszoną przez medycynę klasyczną teorią miejsc o zmniejszonej odporności.
Ową pozorną sprzeczność bez trudu obalimy, jeśli spojrzymy na to zagadnienie z trzeciego punktu widzenia. Ciało jest zmaterializowanym odzwierciedleniem naszej świadomości, podobnie jak dom jest zmaterializowanym odzwierciedleniem idei architekta. Idea i jej kształt materialny odpowiadają sobie wzajemnie, tak jak fotografia odpowiada negatywowi, nie będąc jednak tym samym. I tak każda część ciała i każdy narząd odpowiadają określonej treści psychicznej, określonemu stanowi emocjonalnemu i określonemu kręgowi problemów (na tych analogiach zasadza się fizjonomika, bioenergetyka, techniki masażu psychicznego i inne).
Człowiek ucieleśnia pewien stan świadomości, będący w danym momencie życia odzwierciedleniem jego dotychczasowych doświadczeń. Przynosi ze sobą na świat określony wzorzec problemów, których stopniowe rozwiązywanie i pokonywanie będzie kształtowało jego los, gdyż los = charakter + czas. Charakter ani nie jest dziedziczny, ani też kształtowany przez otoczenie, jest on „przynoszony" - jest wyrazem świadomości, którą ucieleśnia.
Ów stan świadomości ze specyficznymi układami problemów i zadaniami życiowymi jest tym, co astrologia, na przykład, przedstawia symbolicznie w horoskopie. (Bliżej na ten temat w książce pt. Przeznaczenie twoją szansą.) Skoro jednak ciało jest zmaterializowanym odzwierciedleniem świadomości, również w ciele znajduje odbicie określony układ problemów. Oznacza to między innymi, że pewne grupy problemów mają swój cielesny czy też organiczny odpowiednik w podatności na choroby. Z wiedzy tej korzysta na przykład irydod¡agnostyka, nie uwzględniająca jednak ewentualnej korelacji psychologicznej.
Miejscem o zmniejszonej odporności jest ten narząd, który musi przejąć na siebie proces zdobywania doświadczeń wtedy, gdy człowiek nie rozpracowuje w swej świadomości problemu psychicznego odpowiadającego danemu narządowi. W dalszym ciągu książki wyjaśnimy stopniowo, jaki organ odpowiada jakiemu problemowi. Kto się z tym zapozna, spojrzy na procesy chorobowe z całkiem innego punktu widzenia niż ci, którzy uparcie trzymają się przyczynowego sposobu myślenia.
Prześledźmy przebieg zapalenia, nie wskazując na razie dokładnie jego lokalizacji. W fazie pierwszej (impuls) zarazki wnikają do organizmu. W sferze psychicznej odpowiada to sytuacji, gdy stajemy w obliczu jakiegoś problemu. Impuls, z którym dotychczas się nie zetknęliśmy, pokonuje system obronny naszej świadomości i rozdrażnia nas. Wznieca napięcie między biegunami, które to napięcie odczuwamy teraz świadomie jako konflikt. Jeśli nasz psychiczny system obronny funkcjonuje bardzo dobrze, impuls nie dosięgnie naszej nadświadomości - jesteśmy uodpornieni na jego wyzwanie, a tym samym na doświadczenie i rozwój.
W tym wypadku również mamy, zgodnie z zasadą biegunowości, dwie możliwości. Jeśli zrezygnujemy z obrony w obszarze świadomości, zachowamy odporność organizmu, jeśli zaś nasza świadomość będzie odporna na nowe impulsy, organizm będzie gotów do przyjęcia zarazków. Nie unikniemy zarażenia, możemy jedynie wybrać obszar, w którym ono nastąpi. Przenosząc to rozumowanie na warunki wojenne, powiedzielibyśmy, że pierwszej fazie - impuls - odpowiada wtargnięcie wroga do kraju (naruszenie granic). Tego rodzaju atak kieruje oczywiście całą uwagę polityczną i militarną na wrogich intruzów. Wszyscy wykazują wzmożoną aktywność, całą swoją energię ukierunkowując na ten nowy dla nich problem, mobilizują wojsko, poszukują sprzymierzeńców - krótko mówiąc: koncentrują uwagę na ognisku niepokojów.

Takie działania naszego organizmu to:
2.      Faza wysięku: Zarazki już się zagnieździły i tworzą ognisko zapalne. Ze wszystkich stron napływa płyn tkankowy, odczuwamy obrzmienie tkanki i towarzyszące temu najczęściej napięcie. W przypadku konfliktu psychicznego również wzrasta napięcie. Całą swoją uwagę skupiamy na nowym problemie, nie potrafimy już myśleć o niczym innym, prześladuje on nas dzień i noc, nie jesteśmy w stanie o niczym innym mówić, wszystkie nasze myśli krążą bezustannie wokół tej jednej sprawy. W taki oto sposób konflikt pochłania całą naszą energię psychiczną. Żywimy go, rozdymamy, aż staje się gigantyczny niczym góra, której nie jesteśmy w stanie pokonać. Konflikt zmobilizował i zaangażował wszystkie nasze siły psychiczne.

3.      Reakcja obronna: Pod wpływem zarazków (=antygenów) organizm wytwarza specyficzne przeciwciała (w krwi i szpiku kostnym). Limfocyty i granulocyty tworzą wokół zarazków tak zwany wał granulocytowy, a makrofagi zaczynają pożerać zarazki. Toczy się więc wojna w obszarze ciała. Wróg zostaje otoczony i zaatakowany. Jeśli nie uda się rozwiązać konfliktu na płaszczyźnie lokalnej (wojna ograniczona), następuje powszechna mobilizacja. Cały naród bierze udział w wojnie, poświęcając temu wszystkie swoje siły. W naszym organizmie sytuacja ta to

4.      Gorączka: Atak sił obronnych niszczy zarazki, a uwalniające się przy tym trucizny (toksyny) wywołują reakcję w postaci gorączki. Na lokalne zapalenie organizm odpowiada podwyższoną temperaturą ciała. Z każdym stopniem podwaja się wskaźnik przemiany materii, a więc nietrudno zorientować się, w jakiej mierze gorączka nasila procesy obronne organizmu. Dlatego też zwykło się mówić, że gorączka jest zdrowa. Istnieje więc współzależność między wysokością temperatury a tempem przebiegu choroby. Dlatego można spokojnie ograniczyć przyjmowanie środków obniżających temperaturę do granicy nie zagrażającej życiu i nie zbijać temperatury gwałtownie za każdym razem, gdy wzrasta.
Jeśli chodzi o sferę psychiczną, konflikt w tej fazie absorbuje nas bez reszty i pochłania całą naszą energię. Analogie między podwyższoną temperaturą naszego ciała a podnieceniem psychicznym są tak wyraźne, że znajdują odzwierciedlenie w naszym języku. Mówimy na przykład o gorączkowym oczekiwaniu, o gorączce poszukiwań, o gorączkowaniu się. (Znana piosenka Fever opiera się na tej właśnie dwuznaczności słowa gorączka.) Robi nam się gorąco ze zdenerwowania, serce bije nam przyspieszonym rytmem, czerwienimy się (z miłości lub gniewu), pocimy ze zdenerwowania i drżymy z napięcia. Wszystkie te objawy może nie są przyjemne - ale zdrowe. Nie tylko bowiem gorączka jest zdrowa, jeszcze zdrowsza jest konfrontacja z konfliktami. Mimo to panuje powszechna tendencja, by w miarę możliwości dusić w zarodku i gorączkę, i konflikty oraz duma umiejętności tłumienia (gdybyż tylko to tłumienie nie sprawiało tyle radości!).

5.      Powolne opadanie gorączki (rozwiązanie): Załóżmy, że siły obronne naszego organizmu okazały się skuteczne - odparły obce ciała, częściowo je wchłonęły, i w efekcie następuje rozpad przeciwciał i zarazków, czego skutkiem jest żółta ropa (straty po obu stronach!). Zarazki w zmienionej, osłabionej formie opuszczają nasze ciało. Ale i w nim zaszły pewne zmiany, gdyż teraz posiada ono:
a) informację o zarazkach, co nazywa się „odpornością nabytą lub swoistą",
b) jego siły obronne przeszły trening, przez co wzmocniły się - jest to „odporność nieswoista". Przenosząc to na sferę militarną, moglibyśmy powiedzieć, że jest to zwycięstwo jednej strony przy stratach poniesionych przez obie. Zwycięzca wychodzi jednak z konfrontacji wzmocniony, gdyż dostosował się do przeciwnika, poznał go i w przyszłości może na niego odpowiednio zareagować.
guality Life

6.      Śmierć: Może się jednak zdarzyć, że zwycięstwo odniosą zarazki, co prowadzi do śmierci pacjenta. Fakt, że uznajemy taki wynik za mniej korzystne rozwiązanie, wynika jedynie z naszego subiektywizmu. To tak jak w piłce nożnej - wszystko zależy od tego, z którą drużyną się identyfikujemy. Zwycięstwo to zwycięstwo, niezależnie od tego, która strona je odniesie - w tym wypadku też następuje koniec wojny. Radość i tym razem jest ogromna, tyle, że po stronie przeciwnika.

7.      Stan chroniczny: Jeśli żadnej ze stron nie uda się rozwiązać konfliktu po swojej myśli, następuje kompromis między zarazkami a siłami obronnymi organizmu. Zarazki pozostają w naszym organizmie, nie odnosząc jednak zwycięstwa, co oznaczałoby śmierć, ale i nie zostają pokonane (wyzdrowienie w sensie restitutio ad integrum). Wytwarza się stan chroniczny, którego symptomami jest stale podwyższona liczba limfocytów i granulocytów, przeciwciał, lekko podwyższony opad i nieznacznie podwyższona temperatura. Taka sytuacja powoduje, że w naszym ciele tworzy się ognisko wiążące energię potrzebną organizmowi. Pacjent czuje się zmęczony, apatyczny, bierny, niezdolny do działania. Nie jest chory, ale i nie jest całkiem zdrów - jest to sytuacja, kiedy nie toczy się co prawda wojna, ale i nie ma pokoju, panuje kompromis, ale zgnity, jak wszystkie kompromisy tego świata. Kompromis jest wzniosłym celem tchórzy, ludzi „letnich" (Jezus mówi: „Chciałbym ich wypluć z moich ust. Niech będą gorący albo zimni"), którzy niezmiennie boją się konsekwencji swego działania i wszelkiej odpowiedzialności. Kompromis jednak nigdy nie stanowi rozwiązania, gdyż ani nie jest absolutną równowagą między dwoma biegunami, ani też nie przechyla szali na jedną stronę. Kompromis oznacza permanentny zatarg, a co za tym idzie - stagnację. Czyniąc odniesienie do sfery militarnej, możemy porównać to z wojną pozycyjną (por. I wojna światowa), która pochłania energię i materiały, osłabiając lub też paraliżując pozostałe dziedziny życia, jak gospodarka czy kultura.
W sferze psychiki stan chroniczny odpowiada permanentnemu konfliktowi. Człowiek tkwi w sytuacji konfliktowej i nie znajduje ani odwagi, ani siły, by podjąć jakąś decyzję. Każda decyzja wymaga ofiar - możemy zrobić tylko jedno albo drugie - a taka perspektywa napawa lękiem. Dlatego wielu ludzi tkwi w samym środku konfliktu, są oni niezdolni dopomóc do zwycięstwa jednemu lub drugiemu biegunowi. Nieustannie roztrząsają problem, jaka decyzja byłaby słuszna, a jaka błędna, nie rozumiejąc, że w abstrakcyjnym sensie nie istnieje pojęcie siuszności i błędu, gdyż aby wreszcie być zdrowym, i tak potrzebujemy obu biegunów, tyle, że nie możemy zrealizować ich równocześnie, lecz musimy zacząć od jednego z nich - a więc zdecydujmy się!
Każda decyzja przynosi wyzwolenie. Stan chronicznego konfliktu natomiast wysysa z człowieka energię, co doprowadza koniec końców do psychicznego zniechęcenia, apatii, rezygnacji. W chwili gdy zdecydujemy się na jedną z możliwości, poczujemy natychmiast przypływ energii. Tak jak nasze ciało z każdej infekcji wychodzi wzmocnione, tak i nasz stan psychiczny poprawia się po każdym konflikcie. Stajemy się bogatsi o nowe informacje, które tak samo jak nabyta odporność ułatwiają nam w przyszłości uporanie się z podobnym problemem.
Każdy konflikt, jaki przeżywamy, uczy nas ponadto lepiej i odważniej konfrontować się z konfliktami w przyszłości, co odpowiada odporności naszego organizmu. Podobnie jak w przypadku naszego ciała, każde rozwiązanie pociąga za sobą ofiary, zwłaszcza po stronie przeciwnej; również decyzje podejmowane w sferze psychicznej wymagają ofiar. Nieraz trzeba poświęcić swoje dotychczasowe poglądy, ukochane przyzwyczajenia i zachowania. Ale przecież wszystko, co nowe, z góry niejako zakłada śmierć tego, co stare. Większe ogniska zapalne w organizmie często pozostawiają blizny.
W naszej psychice również niekiedy pozostają blizny, które z biegiem lat stają się jakby wspomnieniami głębokich przeżyć w naszym życiu.

Kiedyś wszyscy rodzice wiedzieli, że dziecko po przebytej chorobie dziecięcej (wszystkie te choroby są chorobami zakaźnymi) uczyniło skok w swym rozwoju albo dojrzewaniu. Dziecko nie jest już takie samo jak przedtem. Choroba je zmieniła, stało się bardziej dojrzałe. Ale nie tylko choroby wieku dziecięcego powodują, że człowiek staje się bardziej dojrzały. Tak jak ciało z każdej przebytej choroby zakaźnej wychodzi silniejsze, tak i człowiek po każdym przebytym konflikcie staje się dojrzalszy. Bowiem tylko wyzwania, którym musimy stawić czoło, czynią nas silniejszymi i bardziej doświadczonymi. Wszystkie wielkie kultury powstały w efekcie wielkich wyzwań i nawet Darwin sprowadzał rozwój gatunków do pomyślnego przezwyciężenia warunków środowiska (ta uwaga nie oznacza jednak akceptacji darwinizmu!).
„Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy", powiada Heraklit, i ten, kto prawidłowo rozumie tę sentencję, wie, że wyraża ona jedną z najbardziej fundamentalnych mądrości. Wojna, konflikt, napięcie między biegunami dostarczają energii życiowej, gwarantując w ten sposób postęp i rozwój. Takie stwierdzenia brzmią groźnie i mogą być niewłaściwie odczytane w czasach, gdy wilki przyoblekają się w owczą skórę i w takim przebraniu demonstrują swoją tłumioną agresję jako umiłowanie pokoju.
Celowo porównywaliśmy rozwój stanu zapalnego w naszym organizmie z przebiegiem wojny, gdyż dzięki temu poruszany temat zyskuje ostrość i nie zostanie pobieżnie potraktowany przez czytelnika. Żyjemy w takiej epoce i w takiej kulturze, które naznaczone są konfliktami i wrogością. Człowiek za wszelką cenę usiłuje uniknąć konfliktów, nie zauważając przy tym, że takie nastawienie uniemożliwia osiągnięcie wyższego stopnia świadomości. Wprawdzie człowiek nie jest w stanie w dwubiegunowym świecie uniknąć konfliktów środkami funkcjonalnymi, ale właśnie dlatego usiłowania takie prowadzą do coraz bardziej skomplikowanych przesunięć wybuchów na inne płaszczyzny, których wewnętrznych powiązań trudno nie zauważyć.
Nasz temat, choroba zakaźna, jest na to dobrym przykładem. Wprawdzie w powyższych rozważaniach traktowaliśmy paralelnie strukturę konfliktu i strukturę zapalenia, aby wypunktować to, co jest w nich wspólne, jednak w organizmie człowieka bardzo rzadko (lub nigdy) przebiegają one równolegle. Dzieje się raczej tak, że jedna płaszczyzna zastępuje drugą w myśl alternatywy albo-albo. Jeśli jakiemuś impulsowi uda się pokonać siły obronne świadomości, przez co człowiek uświadomi sobie swoją sytuację konfliktową, wówczas naszkicowany wyżej proces przetwarzania konfliktu odbywa się tylko w psychice i z reguły nie dochodzi wtedy do infekcji somatycznej. Jeśli zaś człowiek nie otworzy się na konflikt, jeśli odrzuca wszystko, co mogłoby podać w wątpliwość jego sztucznie podtrzymywany zdrowy świat, wówczas konflikt przerzuca się na jego ciało i dochodzi do stanu zapalnego na płaszczyźnie somatycznej.
Zapalenie to konflikt na płaszczyźnie materialnej. Nie należy zatem popełniać błędu i traktować swoich chorób zakaźnych powierzchownie, aby w efekcie dojść do wniosku, że „nie przeżywałem przecież żadnych konfliktów". Właśnie niedostrzeganie konfliktu wywołuje chorobę. Wejrzenie w siebie jednak, poszukiwanie przyczyn wymaga znacznie większego wysiłku niż rzucenie tylko pobieżnego spojrzenia, wymaga absolutnej uczciwości, która naszej psychice stwarza najczęściej podobny dyskomfort jak infekcja naszemu ciału. Właśnie tego dyskomfortu chcemy uniknąć.
To prawda, konflikty zawsze są bolesne - czy to będzie wojna, czy walka wewnętrzna, czy choroba, nie są one niczym ponętnym.

Ale nie będziemy tu prowadzić rozważań w kategoriach adne czy nieładne; skoro raz zgodziliśmy się, że niczego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Kto nie pozwoli sobie na eksplozję psychiczną, u tego nastąpi eksplozja w ciele (ropień). Czy w takiej sytuacji można sobie jeszcze stawiać pytanie, co jest adniejsze albo lepsze? Choroba czyni człowieka uczciwym!
Uczciwe są koniec końców również wszystkie chwalebne wysiłki w kierunku unikania konfliktów na wszelkich płaszczyznach, właściwe naszym czasom. Na tle tego, co już powiedzieliśmy, w nowym świetle jawią nam się również dotychczasowe skuteczne wysiłki mające na celu zwalczenie chorób zakaźnych. Walka z infekcjami jest walką z konfliktami na płaszczyźnie materialnej. Uczciwe było w tym wypadku w każdym razie nadanie nazwy broni: antybiotyki. Słowo to składa się z dwóch wyrazów greckich: anti = przeciw i bios =życie. Antybiotyki są więc „substancjami skierowanymi przeciwko życiu" - to się nazywa uczciwość!
Z dwóch względów antybiotyki są wrogie wobec życia. Jeśli przypomnimy sobie to, o czym już mówiliśmy, a mianowicie, że konflikt jest właściwym motorem rozwoju, czyli życia, wszelkie tłumienie konfliktu jest równocześnie zamachem na dynamikę życia jako takiego.
Ale i w węższym, medycznym sensie antybiotyki są wrogie wobec życia. Zapalenia to stany ostre, w których organizm szybko się oczyszcza, wydalając z ciała toksyny w procesie ropnym. Jeśli takie procesy oczyszczania się organizmu będą często i na dłuższy czas powstrzymywane antybiotykami, toksyny odłożą się w organizmie (najczęściej w tkance łącznej), co przy powtarzalności tego zjawiska może nawet wyrodzić się w proces nowotworowy. Powstaje efekt pojemnika na śmieci: pojemnik można albo często opróżniać (infekcja), albo gromadzić śmieci tak długo, aż nastąpią w nich procesy zagrażające całemu domowi (rak). Antybiotyki są obcymi substancjami, których człowiek nie wypracował własnym trudem, i dlatego pozbawiają go właściwych owoców jego choroby, a mianowicie doświadczenia, jakie zdobywa się w każdej konfrontacji.
Pod tym kątem należałoby również krótko omówić temat „szczepienia". Znamy dwa podstawowe rodzaje szczepień: uodpornienie czynne i uodpornienie bierne. Przy uodpornieniu biernym aplikuje się przeciwciała, które zostały wytworzone w innych organizmach. Tę formę szczepienia stosuje się wtedy, gdy choroba już wystąpiła (np. tetagam przeciw zarazkowi tężca). W sferze psychicznej odpowiadałoby temu przejmowanie gotowych rozwiązań, przykazań i norm moralnych. Człowiek korzysta z cudzej recepty, unikając w ten sposób własnych rozwiązań i doświadczeń. Bardzo wygodna metoda postępowania, która nie jest żadnym postępowaniem, gdyż nie wymaga ani wysiłku, ani aktywności.
Przy uodpornieniu czynnym aplikuje się osłabione zarazki, aby organizm na ich bazie sam wytworzył przeciwciała. Tę formę stosuje się we wszystkich szczepieniach profilaktycznych, jak na przykład przeciwko chorobie Heinego-Medina, ospie, tężcowi. W sferze psychicznej odpowiednikiem tej metody jest ćwiczenie rozwiązań konfliktów w niewinnych sytuacjach (w wojsku: manewry), na przykład terapia grupowa, ćwiczenia dydaktyczne. Chodzi o to, by człowiek wyuczył się strategii rozwiązywania konfliktów, którą mógłby zastosować w sytuacji rzeczywistego konfliktu.
Powyższych rozważań nie należy interpretować jako recepty na sposób postępowania. Nie chodzi bowiem o to, „czy człowiek ma się pozwolić zaszczepić, czy nie", lub „czy nie powinien nigdy stosować antybiotyków". Koniec końców jest zupełnie obojętne, co się zrobi, jeśli tylko zrobi się to świadomie! Najważniejsza jest nasza świadomość, a nie wszelkie nakazy czy zakazy.

Wyłania się jeszcze jedna kwestia, ta mianowicie, czy proces chorobowy w naszym organizmie jest w stanie zastąpić proces psychiczny. Niełatwo na to odpowiedzieć, bo duszę i ciało można traktować odrębnie jedynie w teorii. W rzeczywistości zaś nigdy nie funkcjonują one w oderwaniu od siebie. Wszystko to, co dzieje się w naszym ciele, znajduje odbicie w naszej świadomości, w psychice. Kiedy uderzamy się młotkiem w palec, mówimy: Boli mnie palec. Nie jest to twierdzenie do końca słuszne, gdyż ból zachodzi wyłącznie w świadomości, a nie w palcu. Ból palca jest jedynie projekcją psychicznego odczuwania przez nas „bólu".
I właśnie dlatego, że ból jest zjawiskiem zachodzącym w naszej świadomości, możemy na niego rozmaicie wpływać: przez odwrócenie uwagi, hipnozę, narkozę, akupunkturę. Wszystko, co odczuwamy w czasie procesu chorobowego w naszym ciele, rozgrywa się wyłącznie w naszej świadomości. Rozróżnienie między objawami „psychicznymi" a „somatycznymi" odnosi się wyłącznie do obszaru projekcji. Jeśli ktoś jest chory z miłości, przerzuca swoje odczucia na coś niecielesnego, a mianowicie miłość, podczas gdy chory na anginę przerzuca je na gardło - cierpią jednak obaj wyłącznie w psychice. Materia - a więc i ciało - może służyć tylko jako „ekran", nigdy natomiast nie jest miejscem, w którym problem może zostać rozwiązany. Rozwiązanie może nastąpić tylko w świadomości. I tak każdy proces chorobowy w naszym organizmie jest jedynie symbolicznym przetworzeniem problemu, a wyciągnięte z niego doświadczenia zapładniają naszą świadomość. Dlatego też z każdej choroby człowiek wychodzi bardziej dojrzały.
Między cielesnym a psychicznym rozwiązaniem danego problemu zachodzi określony rytm. Jeżeli nie jesteśmy w stanie rozwiązać jakiegoś problemu w świadomości, wówczas używamy ciała jako materialnego środka pomocniczego. Nie rozwiązany problem przybiera formę symboliczną. Doświadczenia, jakie przy tym zdobyliśmy, wracają do naszej psychiki po zakończeniu choroby. Jeśli mimo zdobytych doświadczeń naszej psychice nie uda się uchwycić problemu, wraca on ponownie do naszego ciała, abyśmy mogli zdobyć następne doświadczenia praktyczne. (Nie bez powodu takie pojęcia, jak uchwycić czy sprostać są określeniami bardzo konkretnych postaw naszego ciała!) Ten proces powtarza się tak długo, aż zgromadzimy wystarczająco dużo doświadczeń, by nasza świadomość ostatecznie zdołała rozwiązać istniejący problem lub konflikt.
Powyższe rozumowanie można zilustrować następującym przykładem: Uczeń ma się nauczyć liczenia w pamięci. Dajemy mu pewne zadanie (problem). Jeśli nie potrafi się z nim uporać w pamięci, dajemy mu do ręki liczydło (materia). Dokonuje on teraz projekcji problemu na liczydło i dzięki temu jest w stanie go rozwiązać (również w pamięci). Dajemy mu teraz następne zadanie, które również powinien rozwiązać bez pomocy liczydła. Jeśli mu się to nie uda - znowu otrzymuje środek pomocniczy. Powtarzamy tę procedurę tak długo, aż wreszcie uczeń zrezygnuje z liczydła, gdyż wszystkie zadania potrafi wykonać w pamięci. Liczenie tak czy inaczej zawsze odbywa się w pamięci, nigdy na liczydle, posługiwanie się nim jedynie ułatwia naukę.
Omawiam tę sprawę tak wyczerpująco, ponieważ uzmysłowienie sobie związku między ciałem a duszą prowadzi do wniosku, którego wcale nie uważamy za oczywisty, a mianowicie, że ciało nie jest miejscem, w którym może zostać rozwiązany jakiś problem! Cała medycyna tymczasem tak właśnie uważa. Wszyscy, zafascynowani, obserwują to, co dzieje się w ciele człowieka, i usiłują uporać się z chorobami na płaszczyźnie cielesnej (nie biorąc pod uwagę psychiki).
Nic w ten sposób nie wskórają. To tak, jakbyśmy za każdym razem, gdy uczeń ma trudności ze znalezieniem rozwiązania, przebudowywali liczydło. Człowieczeństwo ma miejsce w świadomości, a odzwierciedla się w ciele.
Nieustanne czyszczenie lustra nie zmieni tego, kto się w nim odbija (daj Boże, aby to
było takie proste!). Powinniśmy zaniechać poszukiwania w lustrze przyczyn i rozwiązań
wszystkich odzwierciedlających się w nim problemów, i używać lustra po to tylko, by
rozpoznać samego siebie.

Infekcja = zmaterializowany konflikt

Ten, kto ma skłonności do zapaleń, jest człowiekiem starającym się unikać konfliktów.
W przypadku choroby zakaźnej powinniśmy zadać sobie następujące pytania:
1.   Jakiego konfliktu w moim życiu nie dostrzegam?
2.   Jakiego konfliktu unikam?
3.   Jakiego konfliktu nie przyjmuję do wiadomości?
Aby znaleźć istotę konfliktu, należy dokładnie zapoznać się z symboliką zaatakowanego narządu lub części ciała.

2. System obronny

Bronić przed czymś (lub przed kimś) to tyle co nie wpuszczać. Biegunem przeciwnym takiej postawy jest miłość. Możemy ją definiować z najrozmaitszych punktów widzenia, pod różnym kątem, ale tak czy inaczej każda forma miłości da się zawsze sprowadzić do aktu wpuszczenia. Człowiek ogarnięty miłością otwiera swoją granicę, by wpuścić to, co dotychczas znajdowało się poza nią. Tę granicę najczęściej nazywamy ja (ego), a wszystko, co leży poza własną tożsamością - ty (nie ja). W miłości granica ta otwiera się, by weszło ty i zespoliło się z ja. Zawsze wtedy, gdy wyznaczamy granice, nie kochamy, gdy je otwieramy - kochamy. Od czasów Freuda używamy terminu „mechanizmy obronne" na określenie tych sposobów funkcjonowania świadomości, które mają zapobiec przenikaniu niebezpiecznych treści z naszej podświadomości.
W tym miejscu ważne jest, by nie tracić z oczu równania mikrokosmos=makrokosmos, gdyż odrzucenie jakiejkolwiek oznaki świata zewnętrznego jest zawsze wyrazem naszej obrony psychicznej. Każda obrona wzmacnia nasze ego, gdyż zaznacza istniejącą granicę. I dlatego o wiele przyjemniej jest powiedzieć „nie" niż „tak". Każde „nie", każdy sprzeciw pozwala nam odczuć naszą granicę, nasze ja, podczas gdy „wyrażenie zgody" rozmywa tę granicę. Nie łatwo opisać mechanizmy obronne, gdyż to, co daje się opisać, poznaje się w najlepszym wypadku u innych: Mechanizmy obronne są sumą tego, co przeszkadza nam być doskonałym! Teoretycznie łatwo-jest określić drogę do oświecenia: wszystko, co jest, jest dobre. Zgadzaj się ze wszystkim, co jest a będziesz zespolony ze wszystkim, co jest. Oto droga miłości.
Każde „tak, ale... ; nasuwające się w tym miejscu, jest wyrazem obrony i uniemożliwia nam pełne zespolenie. Zaczynają się różnorodne gry naszego ego, które nie cofa się nawet przed wykorzystaniem dla własnych celów najszlachetniejszych, najmądrzejszych i najświętszych teorii. W ten oto sposób gramy nadal grę pod nazwą świat.
Bystre umysły mogą na to odpowiedzieć; że skoro wszystko, co jest, jest dobre, to i działania obronne muszą być dobre! Zgoda, są takie, gdyż pomagają nam w ciągłych starciach dwubiegunowego świata zebrać więcej doświadczeń, ale koniec końców są tylko środkiem pomocniczym, który w pewnym momencie staje się zbędny. W takim sensie i choroba jest uzasadniona, a mimo to wszyscy chcemy kiedyś wyzdrowieć.
Podobnie jak psychiczny system obronny zwraca się przeciwko wewnętrznym treściom świadomości, gdy uznaje je za niebezpieczne i chce zapobiec ich przedostaniu się do nadświadomości, tak samo system obronny naszego ciała zwraca się przeciwko wrogom „zewnętrznym", zwanym zarazkami lub truciznami. Przyzwyczailiśmy się tak bezceremonialnie manipulować swoimi samodzielnie wypracowanymi systemami wartości, że najczęściej wierzymy w to, iż nasze kryteria są kryteriami absolutnymi. Tymczasem nie istnieje żaden inny wróg oprócz tego, którego sami za takowego uznamy. (Wesołe zabawy różnymi obrazami wroga możemy znakomicie zaobserwować na przykładzie propagatorów rozmaitych sposobów żywienia. Nie ma chyba takiego produktu, który przez jeden system nie byłby potępiony w czambuł, a przez drugi zalecany jako bardzo zdrowy.
My rekomendujemy następującą dietę: Należy dokładnie przestudiować wszystkie istniejące książki na temat żywienia, a później jeść to, na co mamy ochotę.) Niektóre osoby mają tak osobliwie subiektywne wyobrażenie owego wroga, że jesteśmy skłonni uważać ich za chorych. Chodzi tu o alergików.

Alergia to nadwrażliwość na czynniki uznawane przez daną osobę za wrogie. System obronny jest jak najbardziej uzasadniony, gdy chodzi o zdolność organizmu do przeżycia. System immunologiczny wytwarza antygeny przeciwko alergenom i w ten sposób - z punktu widzenia naszego ciała - stanowi sensowną obronę przeciwko wrogim intruzom. W przypadku alergików ta sensowna obrona rozdyma się do przesadnych rozmiarów. Alergik rozciąga swój obraz wroga na coraz więcej dziedzin, a więc coraz bardziej się uzbraja, by móc skutecznie walczyć z tak wielu wrogami. Ale podobnie jak w sferze militarnej spirala zbrojeń jest zawsze oznaką agresywności, tak i alergia jest symptomem silnej obrony i agresywności, wypartej w obręb ciała. Alergik ma problemy z własną agresywnością, której jednak najczęściej w siebie nie zauważa, nie przyjmuje jej do świadomości.
W przypadku alergii agresja przemieszcza się ze świadomości w obręb ciała i tu się wyładowuje. Tutaj ma miejsce atak i obrona, tutaj się walczy i zwycięża. Aby to atrakcyjne zajęcie nie skończyło się zbyt szybko z braku wroga, czyni się wrogami zupełnie niewinne obiekty: pyłki kwiatowe, sierść kota i konia, kurz, środki piorące, dym, truskawki, psy lub pomidory. Wybór jest nieograniczony. Alergik nie cofa się przed niczym - w ostateczności walczy ze wszystkimi i z każdym, dając jednak najczęściej priorytet niektórym czynnikom symbolicznym.
Wiadomo, że agresji zawsze towarzyszy strach. Człowiek zwalcza tylko to, czego się boi. Przyjrzawszy się bliżej najczęściej występującym alergenom, zorientujemy się bez trudu, jakie dziedziny życia napawają alergika tak wielkim lękiem, że zaciekle zwalcza ich symbolicznych reprezentantów. Pierwsze miejsce zajmuje sierść zwierząt domowych, przede wszystkim kotów. Sierść kota, jak i sierść w ogóle kojarzy się ludziom z przymilaniem się, pieszczotami. Jest miękka i miła, przytulna, a jednak „zwierzęca". Jest symbolem miłości i stosunku seksualnego (porównajmy choćby „przytulanki", z którymi dzieci kładą się spać). Podobnie futerko królika. W przypadku konia silniej eksponowane są czynniki zmysłowe, w przypadku psa - agresywne, ale te różnice są subtelne i nie mają większego znaczenia, gdyż symbol nigdy nie ma wyraźnie zarysowanych granic.
Tę samą dziedzinę życia reprezentują pyłki kwiatowe, ulubiony alergen wszystkich osób skarżących się na katar sienny. Pyłki są symbolem zapłodnienia i rozmnażania, tak jak „dojrzała" wiosna jest tą porą roku, w czasie której najczęściej „cierpią" chorzy na katar sienny. Takie alergeny, jak sierść zwierzęca i pyłki świadczą o tym, że „miłość", „seksualność", „popęd" i „płodność" są bardzo silnie obarczone lękiem i dlatego alergicy tak agresywnie je odpierają, to znaczy nie dopuszczają ich do siebie.
Lęk przed wszystkim, co nieczyste, brudne, skażone wyraża się z kolei alergią na kurz. (Porównajmy takie wyrażenia, jak brudna robota, prać brudy, żyć w czystości itd.) Alergik, który próbuje unikać alergenów, stara się również unikać pewnych, odpowiadających im, obszarów życia, w czym chętnie służy mu pomocą pełna zrozumienia medycyna i otoczenie. W swej walce chory nie cofa się przed niczym - usuwa zwierzęta domowe, nie pozwala palić w swojej obecności itp. Tyranizując otoczenie, alergik znajduje dobrze zamaskowane pole działania, na którym może manifestować swoje tłumione agresje.
Metoda „odczulania" sama w sobie jest dobra, lecz jeśli ma być naprawdę skuteczna, powinno się nią leczyć nie ciało, lecz psychikę. Alergik może się wyleczyć dopiero wtedy, gdy nauczy się świadomie stawiać czoło tym dziedzinom życia, których unika i przed którymi się broni, gdy uda mu się wpuścić je do swojej świadomości i zaakceptować.
Wspierając alergika w jego działaniach obronnych, oddaje mu się niedźwiedzią przysługę.
On powinien się pojednać ze swoimi wrogami, pokochać ich. Nawet zagorzały materialista musi zrozumieć, że alergeny oddziałują na alergika wyłącznie symbolicznie, a nie fizyczno-chemicznie. Aby wystąpiła alergia, konieczny jest bowiem udział świadomości.
Pod narkozą na przykład nie występują alergie, w psychozie również nie. Tymczasem nawet fotografia kota lub dymiąca lokomotywa na ekranie wywołują u astmatyka atak choroby. Reakcja alergiczna jest całkowicie niezależna od materii alergenu.
Większość alergenów uzewnętrznia to, co jest samym życiem: seksualność, miłość, płodność, agresję, brud. We wszystkich tych dziedzinach życie przejawia się najpełniej. I właśnie ta żywotność, domagająca się uzewnętrznienia, napawa alergika lękiem - jest on przecież nastawiony wrogo do życia. Jego ideałem jest sterylność, brak skażeń, niepłodność, świat wolny od popędów i agresji - a więc stan, który nie zasługuje raczej na miano „życia". Nic dziwnego zatem, że alergia w niektórych wypadkach może przerodzić się w zagrażające życiu choroby z autoagresji, w czasie których organizm tych jakże delikatnych ludzi toczy tak zaciekłe .bitwy, aż sam siebie zniszczy. Wtedy to obrona, zamykanie się w sobie, izolowanie się osiąga formę najwyższą, która swe spełnienie znajduje w trumnie - zamkniętej przestrzeni wreszcie wolnej od alergenów...

Alergia = zmaterializowana agresja

Alergik powinien zadać sobie następujące pytania:
1.   Dlaczego nie jestem w stanie zatrzymać swej agresji w świadomości, lecz wypieram ją w obręb ciała?
2.   Jakich dziedzin życia lękam się tak bardzo, że aż ich unikam?
3.   Na jakie problemy wskazują moje alergeny? (Seksualność, popęd, agresja, rozmnażanie, brud w sensie ciemnych stron życia.)
4.   Do jakiego stopnia wykorzystuję swoją alergię, by manipulować otoczeniem?
5.   Na ile jestem gotów otworzyć się na miłość?

3. Oddychanie

Oddychanie jest czynnością rytmiczną składającą się z dwóch faz, wdychania i wydychania. Oddech jest przy­kładem trafnie ilustrującym zasadę biegunowości. Oba bieguny, wdychanie i wydychanie, na skutek swej przemien­ności tworzą określony rytm. Jeden biegun jest konsekwen­cją drugiego, gdyż po wdechu musi nastąpić wydech itd. Możemy powiedzieć również, że każdy biegun istnieje dzięki swemu kontrbiegunowi, gdyż jeśli zlikwidujemy jedną fazę, przestanie istnieć i druga. Bieguny równoważą się wzajem­nie, tworząc jedną całość. Oddech to rytm, a rytm to podstawa wszystkiego, wszelkiego życia. Oba bieguny pro­cesu oddychania możemy zastąpić pojęciami napięcie i od­prężenie. Związek ten: wdychanie-napięcie i wydychanie­-odprężenie, widać wyraźnie przy wzdychaniu. Westchnie­nie na wdechu prowadzi do napięcia, westchnienie na wydechu daje odprężenie.
Istotą procesu oddychania na poziomie ciała jest wymiana. Przy wdechu tlen zawarty w powietrzu zostaje do­prowadzony do czerwonych ciałek krwi, przy wydechu zostaje wydalony dwutlenek węgla. Oddychanie to przy­jmowanie i oddawanie, branie i dawanie. W ten sposób dotarliśmy już do najważniejszej symboliki oddychania.

Goethe powiedział:
Dwojaką łaskę daje oddychanie,
chwytasz powietrze i się go pozbywasz,
jedno uciska, drugie świeżość daje,
oto cudowne życia pomieszanie.

We wszystkich językach starożytnych oddech określa się tym samym słowem co duszę czy ducha. po łacinie od­dychanie brzmi spirare, a duch – spiritus. Oba słowa mają ten sam temat, który odnajdujemy w słowie inspirować, co dosłownie znaczy natchnąć, a więc jest nierozerwalnie związane z wdychaniem i przyjmowaniem. W języku grec­kim psyche to zarówno tchnienie, jak i dusza. W językach indyjskich spotykamy słowo atman, podobne w brzmieniu do niemieckiego atmen (oddychać). W języku tym człowie­ka, który osiągnął doskonałość, określa się słowem mahat­ma, co dosłownie znaczy „wielka dusza”, ale również „wielki oddech”. Z nauk indyjskich dowiadujemy się, że oddech jest nośnikiem właściwej siły życiowej, którą Hin­dusi nazywają prana. W biblijnej historii stworzenia opowia­da nam się, że Bóg w uformowaną bryłę ziemi tchnął swój boski oddech, czyniąc w ten sposób człowieka istotą „żyją­cą”, posiadającą duszę.
Przykład ten wspaniale obrazuje nam, jak w bryłę    materii zostaje tchnięte coś, co nie zostało stworzone boski oddech. Dopiero to tchnienie, pochodzące ze świata leżącego poza światem stworzonym, czyni człowieka istotą żyjącą, posiadającą duszę. W tym momencie jesteśmy już bardzo blisko zgłębienia tajemnicy oddechu. Oddech nie należy do nas, nie jest naszą własnością. Oddech nie jest w nas, lecz my jesteśmy w oddechu. Za jego pośrednictwem pozostajemy złączeni z czymś, co jest po drugiej stronie stworzenia, po drugiej stronie formy. Dzięki oddechowi owa więź ze sferą metafizyczną (dosłownie: z tym, co leży poza naturą) nie zrywa się. Żyjemy w oddechu niczym w dużej macicy, ograniczającej znacznie większy obszar niż nasze niepozorne, wyizolowane jestestwo. Ta sfera jest życiem, tą ostatnią wielką tajemnicą, której nie sposób wyjaśnić, nie sposób zdefiniować. Można jej tylko doświadczyć, otwiera­jąc się na nią i pozwalając, by nas przeniknęła. Oddech to pępowina, którą płynie w nas to życie.
Oto i znaczenie oddechu. Chroni on nas przed cał­kowitym zamknięciem się, przed uszczelnieniem granicy naszego ja. Bez względu na to, jak bardzo człowiek chciałby się zasklepić w swoim ego, oddech zmusza go do utrzymy­wania związku z nie ja. Uświadamiamy sobie wtedy, że wdychamy to samo powietrze, które wdycha i wydycha nasz wróg. To samo, którym oddychają rośliny i zwierzęta. Dzięki oddechowi utrzymujemy stałą więź ze wszystkim, co nas otacza. Niezależnie od tego, jak bardzo się człowiek izoluje, oddech łączy go z każdym i ze wszystkim. Powietrze, którym oddychamy, łączy nas wszystkich – bez względu na to, czy tego chcemy, czy nie. Oddech ma zatem coś wspólnego z „kontaktem” i ze „stosunkiem”.
Ten kontakt między tym, co pochodzi z zewnątrz a naszą cielesnością, następuje w pęcherzykach płucnych. Nasze płuca mają powierzchnię wewnętrzną około siedemdziesię­ciu metrów kwadratowych, natomiast nasza skóra ma powierzchnię zaledwie półtora do dwóch metrów kwad­ratowych. Płuca są naszym największym organem kontak­towym. Jeśli przyjrzymy się dokładniej, zauważymy również subtelne różnice między obu organami kontaktowymi czło­wieka, płucami i skórą. Kontakt poprzez skórę jest bardzo bliski i bezpośredni. Jest bardziej zobowiązujący i intensyw­ny niż kontakt za pośrednictwem płuc. Jest też podporząd­kowany naszej woli. Można dotknąć każdego i pozwolić siebie dotknąć. Kontakt za pośrednictwem płuc nie jest bezpośredni, ale za to nie zależy od nas. Nie możemy mu przeciwdziałać, nawet jeśli kogoś nie znosimy. Ktoś inny może powodować, że zapiera nam dech. Istnieje pewien symptom choroby, który często przenosi się z jednego narządu na drugi – z płuc na skórę i odwrotnie. Zaleczona wysypka skórna może się objawić jako astma, która znów w wyniku leczenia może się zmienić w wysypkę. Zarówno astma, jak i wysypka wskazują na ten sam problem: kontakt, dotyk, stosunek. Sprzeciw wobec wszelkiego kon­taktu za pośrednictwem oddechu może się manifestować skurczem przy wydechu, tak jak to się dzieje w przypadku astmatyków.
Istnieje wiele powiedzonek łączących się z powietrzem lub oddychaniem. Mówimy na przykład, że coś wisi w powie­trzu lub zapiera nam dech albo że oddech zamiera nam w krtani. Powiedzenia te odnoszą się do sfery swobody i jej ograniczenia. Z pierwszym oddechem zaczynamy życie, wydając ostatni – kończymy je. Wraz z pierwszym od­dechem jednak robimy również pierwszy krok w świat zewnętrzny, odrywając się od symbiotycznej jedności z mat­ką. Stajemy się samodzielni, niezależni, wolni. Gdy komuś zaczyna brakować powietrza, często kryje się za tym lęk przed uczynieniem pierwszego samodzielnego kroku ku wolności i niezależności. Wolność zapiera mu dech, to znaczy jest czymś niezwykłym i dlatego wywołuje lęk. Podobna zależność między wolnością a oddechem ujawnia się u kogoś, kto wchodzi z ograniczonej przestrzeni do pomieszczenia, gdzie czuje się swobodny, albo też wychodzi z zamkniętego pomieszczenia. Pierwsze, co musi uczynić, to głęboko zaczerpnąć powietrza. Wreszcie znów może swobo­dnie oddychać, może odetchnąć.

Również przysłowiowy głód powietrza (duszność), który ogarnia nas przede wszystkim w ciasnym zamkniętym pomieszczeniu, nie jest niczym innym, jak głodem wolności i wolnej przestrzeni.

Podsumowując te rozważania, możemy powiedzieć, że oddychanie symbolizuje następujące obszary tematyczne: rytm w sensie „zarówno... jak...”
napięcie – odprężenie
branie – dawanie
kontakt – obrona
wolność – ograniczenie.

Oddychanie = asymilacja życia

W razie choroby związanej z oddychaniem należy zadać sobie następujące pytania:
1. Co powoduje, że brak mi oddechu?
2. Czego nie chcę przyjąć?
3. Czego nie chcę oddać?
4. Z czym nie chcę mieć kontaktu?
5. Czy lękam się uczynić krok w kierunku nowej wolności?

Astma oskrzelowa

Po ogólnych rozważaniach na temat oddychania za­jmiemy się teraz bardziej szczegółowo obrazem klinicznym  astmy oskrzelowej choroby, która jest szczególnie suges­tywnym przykładem współzależności psychosomatycznych.  „Mianem astmy oskrzelowej określa się duszność napado­wą z towarzyszącym jej charakterystycznym świszczącym  oddechem. Następuje zwężenie drobnych oskrzeli i oskrzeli­ków, które może być spowodowane skurczem mięśni gład­kich, podrażnieniem dróg oddechowych na tle zapalnym,  obrzękiem alergicznym i nadmiernym wydzielaniem śluzu”  (Brautigam).
W czasie ataku astmy pacjent ma wrażenie, że się zadusi,  łapie powietrze, dyszy, ma trudności przede wszystkim  z wydechem. W przypadku astmatyka występuje cały zespół  wzajemnie powiązanych problemów, które ze względów  dydaktycznych omówimy po kolei.

1. Branie i dawanie:
Astmatyk chce brać za dużo. Oddycha najgłębiej, jak  może, przez co dochodzi do rozdęcia płuc i do skurczu przy  wydychaniu powietrza. Astmatyk bierze, ile się da, do granic  możliwości, a gdy musi oddać to, co wziął, następuje skurcz.  Wyraźnie widać tutaj zakłócenie równowagi. Aby był  zachowany pewien rytm, oba bieguny – branie i dawanie  – muszą pozostać w równowadze. Przewaga po jednej  stronie przerywa ów rytm. Rytm oddychania u astmatyka  zostaje zakłócony właśnie dlatego, że za bardzo nastawia się  on na branie, tracąc w tym wszelki umiar. A że nie jest  w stanie oddać tego, co wziął, nie może również wziąć więcej  tego, co tak bardzo by chciał. Przy wdechu pobieramy tlen,  przy wydechu oddajemy dwutlenek węgla. Astmatyk chce  zatrzymać wszystko i w ten sposób sam siebie zatruwa, gdyż  nie jest już w stanie zwrócić tego, co spożytkował. W ten  sposób branie bez dawania prowadzi dosłownie do uczucia  duszenia się.
Zakłócona relacja między braniem a dawaniem. która  w przypadku astmy daje tak wyraźne objawy somatyczne  jest kusząca dla wielu ludzi. A jednak kryją się tu liczne  pułapki. Niezależnie od tego, cnego się pragnie – pieniędzy,  sławy, wiedzy, mądrości – zawsze musi być uchowana  równowaga między braniem a dawaniem. W przeciwnym  razie człowiek udusi się tym, co wziął. Otrzymujemy tylko  tyle, ile możemy oddać. J Gdy przestaniemy dawać, rytm  zostanie zakłócony i niczego więcej nie otrzymamy. Jakże  godni pożałowania są ci, którzy swą wiedzę koniecznie chcą  zabrać ze sobą do grobu! Strzegą pilnie tej odrobiny, którą  złapali, a rezygnują z obfitości. jaka czeka na każdego, kto  potrafi oddać w przetworzonej formie to, co otrzymał.  Gdybyż to człowiek mógł pojąć, że wszelkich dóbr jest  w nadmiarze i wystarczy ich dla każdego!
Jeśli komuś czegoś brak, to tylko dlatego, że sam się od  tego odcina. Choćby taki astmatyk: z trudem łapie powiet­rze, choć jest go dokoła tak dużo.

2. Chęć zamknięcia się w sobie:
W ramach eksperymentu można wywołać astmę u każ­dego. Wystarczy, że każe się komuś wdychać gazy draż­niące, na przykład amoniak. W pewnym momencie: u każ­dego wystąpi odruchowa reakcja obronna w postaci unie­ruchomienia przepony, zwężenia oskrzeli i wydzielania  śluzu. Nazywa się to odruchem Kretschmera. „Ta odrucho­wa reakcja polega na zamknięciu naszego organizmu. aby  nic z zewnątrz nie mogło się do niego przedostać. W przypa­dku amoniaku taka reakcja ratuje nam życie. u astmatyka  jednak następuje ona przy znacznie niższym stopniu niebez­pieczeństwa. Astmatyk nawet najbardziej niewinne substan­cje ze swego otoczenia uważa za groźne dla życia i natych­miast zamyka się przed nimi. W poprzednim rozdziale  szczegółowo wyjaśniliśmy, na czy polega alergia. a więc  teraz wystarczy jedynie przypomnieć problem obrony i leku.  Astma najczęściej jest ściśle połączona z alergią.
Greckie astma to zwężenie klatki piersiowej, po łacinie wąski to angustus, co znów jest zbliżone do niemiec­kiego słowa Angst (strach). Łacińskie angustus znajdujemy także w słowie angina (zapalenie migdałków) i w angina pectoris (dławica piersiowa na skutek zwężenia naczyń wieńcowych). Zauważmy, że strach (Angst) i zwężenie (Enge) są ze sobą nierozerwalnie związane. I tak zwężenie astmatyczne też ma wiele wspólnego ze strachem, ze stra­chem przed dopuszczeniem do siebie pewnych sfer życia, które wymieniliśmy już, omawiając alergeny. U astmatyka to zamykanie się w sobie posuwa się coraz dalej i dalej, aż wreszcie kończy się śmiercią. Śmierć jest ostateczną moż­liwością zamknięcia się, odgrodzenia, odizolowania od tego, co żywe. (W tym kontekście interesujące może być na­stępujące spostrzeżenie: astmatyka można zirytować uwagą, że astma nie zagraża jego życiu i że na nią nie umrze. Przykłada on bowiem ogromną wagę do tego, że jego choroba zagraża życiu!)

3. Roszczenie prawa do dominacji i bezsilność
Astmatyk ma bardzo silnie rozwiniętą potrzebę domina­cji, do której jednak nawet sam przed sobą się nie przyznaje i dlatego spycha ją do poziomu ciała, gdzie manifestuje się ona „rozdęciem”. Owo rozdęcie świadczy sugestywnie o je­go arogancji i chęci dominowania, które starannie wypiera ze swej świadomości. Z tego też względu chętnie ucieka w sferę wyobraźni. Gdy jednak stanie twarzą w twarz z roszczeniem prawa do władzy i dominacji ze strony kogoś innego (zasada wet za wet), jego płuca ogarnia strach i ten strach odejmuje mu mowę-mowę, którą moduluje właśnie wydech. Nie jest w stanie wydychać powietrza – nie może złapać tchu.
Astmatyk wykorzystuje objawy swojej choroby w celu wywierania presji na otoczenie. Z domu muszą zostać usunięte wszystkie zwierzęta, nie może być nigdzie ani śladu kurzu, nikomu nie wolno palić itp.
Punktem kulminacyjnym tych roszczeń do zdominowa­nia otoczenia są zagrażające życiu chorego ataki, które następują wtedy, gdy astmatyk chce za wszelką cenę przefo­rsować swoją wolę. Taki szantaż naprawdę jest niebezpiecz­ny dla samego chorego, gdyż stwarza sytuacje zagrażające życiu, z którymi chory nie potraci sobie poradzić. Zdumie­wające, jak daleko może się posunąć w niszczeniu samego siebie, aby tylko mieć władzę nad innymi. Dla poddanego psychoterapii pacjenta atak często jest ostatnią deską ratun­ku, aby tylko uciec od prawdy.
Fakt, że chęć panowania nad innymi idzie w parze z samozniszczeniem, świadczy o ambiwalencji takiej nie­świadomej chęci dominacji. Wraz ze wzrostem roszczeń do władzy bowiem, puszeniem się i nadymaniem, wzrasta również biegun przeciwny, a mianowicie bezsilność i po­czucie własnej niemocy i bezradności. Astmatyk powinien nauczyć się, jak świadomie zaakceptować tę bezsilność.
Długotrwała choroba prowadzi do zwiększenia objęto­ści klatki piersiowej, co w medycynie nazywa się klatką piersiową beczkowatą. Człowiek dotknięty tą chorobą sprawia co prawda wrażenie potężnie zbudowanego, ale pojemność oddechowa jego płuc jest niewielka, gdyż tracą one elastyczność. Trudno o bardziej wyrazisty przejaw konfliktu między roszczeniami a rzeczywistością na pozio­mie somatycznym.
W kimś, kto puszy się i nadyma, tkwi pewna porcja agresji. Astmatyk nigdy się nie nauczył wyrażać swej agresji za pomocą mowy. Chciałby „sobie ulżyć”, ma uczucie, że zaraz rozpadnie się na kawałki, a jednak nie jest w stanie wyartykułować swej agresji krzykiem lub obelgami. W ten sposób objawy agresji zatrzymują się na poziomie ciała i ujawniają w postaci kaszlu albo plwociny. Sięgnijmy do odpowiednich powiedzeń: pluję na to, traktuje go jak powietrze.
Agresja przejawia się dalej alergią, najczęściej związaną z astmą.

4. Obrona przed ciemnymi stronami życia
Astmatyk kocha wszystko, co czyste, schludne, jasne, sterylne, a unika tego, co ciemne, brudne, nieprzeniknione, ziemskie. Świadczy o tym dobór alergenów. Astmatyk pragnąłby przebywać w wyższych rejonach, aby nie mieć żadnego kontaktu z tym, co niskie. Dlatego też kieruje się najczęściej rozumem (teoria żywiołów przyporządkowuje myślenie powietrzu). Seksualność, należącą również do bieguna dolnego, astmatyk przesuwa w górę, do piersi, na skutek czego następuje wzmożona produkcja śluzu – pro­ces, który w zasadzie powinien być zastrzeżony dla narzą­dów płciowych. Astmatyk przesuwa ten śluz jeszcze dalej w górę, do ust, a następnie wydala go na zewnątrz – roz­wiązanie, którego osobliwość zauważy każdy, kto dostrzega analogię między genitaliami a ustami (w jednym z kolejnych rozdziałów zajmiemy się szerzej tym zagadnieniem).
Astmatyk ma niedosyt czystego powietrza. Najchętniej zamieszkałby na szczytach gór (to życzenie często zostaje spełnione w formie „klimatoterapii”). Tutaj zaspokoiłby swoje dążenie do dominacji: stałby na szczycie i patrzył z góry na to, co dzieje się na dole, utrzymując bezpieczny dystans między sobą a tym, co zmysłowe i płodne, wyniesio­ny tam, gdzie „powietrze jest jeszcze czyste” – na szczyty gór, gdzie życie zostało zredukowane do mineralnej prze­jrzystości. W takich warunkach astmatyk przeżywa swój wymarzony lot na wysokości, o czym już tymczasem pomyśleli gorliwi klimatolodzy. Innym miejscem kuracji dla astmatyka jest morze i tamtejsze słone powietrze. Symbolika jest podobna: sól, symbol pustyni, symbol tego, co mineral­ne, symbol tego, co martwe. To obszar, jaki wyznaczył sobie astmatyk, bo przecież lęka się on wszelkich przejawów życia.
Astmatyk jest człowiekiem, który tęskni za miłością, pragnie miłości i dlatego wdycha tak dużo powietrza. Nie potrafi jednak sam dać miłości – proces wydychania jest u niego zakłócony.
W jaki sposób można mu pomóc? Recepta jest jedna: uświadomienie sobie pewnych spraw i bezwzględna uczci­wość wobec siebie! Najpierw trzeba przyznać się do swoich lęków, a później starać się nie unikać obszarów wywołują­cych strach, lecz zwracać się ku nim tak długo, dopóki się ich nie polubi i nie nauczy z nimi żyć. Ten właśnie proces uwzględnia się w terapii nie znanej wprawdzie w medycynie klasycznej, ale stosowanej ze znakomitymi skutkami w przy­rodolecznictwie wobec osób cierpiących na astmę i alergię, a mianowicie w autourynoterapii. Polega ona na tym, że choremu podaje się domięśniowo zastrzyk z jego moczu. Jeśli na tę terapię spojrzymy z symbolicznego punktu widzenia, uświadomimy sobie, że zmusza ona pacjenta do przyjęcia z powrotem tego, co oddał, a mianowicie własnych nieczystości, i do zintegrowania się z nimi! To właśnie uzdrawia!

Astma
Oto pytania, które powinien zadać sobie astmatyk:
1. Z jakich dziedzin chcę brać, nic z siebie nie dając w zamian?
2. Czy potrafię z całą świadomością przyznać się do własnej agresji i jakie mam możliwości jej uzewnętrznienia?
3. Jak radzę sobie z konfliktem „dominacja-niemoc”?
4. Jakie obszary życia cenię, a jakie odrzucam? Czy wy­czuwam lęk, jaki kryje się za moim systemem wartości? Jakich obszarów życia staram się unikać, jakie uważam za brudne, niskie, podłe? Nie zapominać: Gdy tylko pojawia się uczucie skurczu – oznacza to strach! Jedyny środek przeciwdziałający lękowi to rozszerzenie. Roz­szerzenie następuje poprzez wpuszczenie tego, czego się unika!

Przeziębienie i schorzenia grypowe
Zanim zakończymy rozdział dotyczący oddychania, zajmiemy się jeszcze symptomami przeziębienia, które prze­ważnie najsilniej atakuje nasze narządy oddechowe. Grypa i przeziębienie to ostre procesy zapalne, a więc, jak już wiemy, również wyraz sytuacji konfliktowej, w jakiej się znajdujemy. Pozostaje nam więc, w celu ich zinterpre­towania, wskazać jedynie miejsca i obszary, w jakich manifestuje się proces zapalny. Przeziębienie występuje zawsze w sytuacjach krytycznych, w których ma się wszyst­kiego po dziurki w nosie albo kicha się na coś. Być może określenie „sytuacja krytyczna” brzmi zbyt pretensjo­nalnie. Oczywiście nie chodzi tu o jakieś zasadnicze kry­zysy życiowe, one bowiem wyrażają się poważniejszymi symptomami. Mówiąc o „sytuacjach krytycznych” mamy na myśli te częste, mało spektakularne, ale bardzo ważne dla naszej psychiki sytuacje codzienne, które odczuwamy jako nadmiernie obciążające i z powodu których staramy się na pewien czas wycofać z życia, gdyż sytuacja staje się dla nas zbyt męcząca. Ponieważ w danym momencie nie jesteśmy gotowi stawić czoła tej „drobnej” sytuacji co­dziennej i z całą świadomością przyznajemy się do chęci ucieczki, następuje somatyzacja. Nasz organizm reaguje pełnym nosem i kichaniem. Tym (nieświadomym) sposo­bem osiągnęliśmy już nasz cel, mamy choćby tę korzyść, że każdy okazuje zrozumienie dla naszej sytuacji, na co nie moglibyśmy raczej liczyć, chcąc uporać się świadomie z konfliktem, w jakim tkwimy. Przeziębienie pozwala nam wycofać się na pewien czas z sytuacji, jaka nam ciąży, i zwrócić się ku sobie. Sprowadzamy więc nasze rozdraż­nienie do poziomu ciała.
Boli nas głowa (w tej sytuacji nie można przecież od nikogo oczekiwać, by świadomie rozpracowywał swoje problemy), oczy łzawią, wszystko nas drażni, wszystko nas boli. Taka ogólna nadwrażliwość może sprawić, że katar ogarnie nas „aż po końce włosów”. Nikt nie może się do nas zbliżyć, nikt i nic nie może nas dotknąć. Mamy zatkany nos, co uniemożliwia nam wszelki kontakt (oddychanie jako kontakt!) z innymi. Mówiąc: „Nie podchodź za bliska, jestem przeziębiony!”, trzymamy wszystkich na dystans. Tę postawę obronną można jeszcze skutecznie wzmocnić ki­chając, gdyż w tym wypadku wydychanie staje się bronią prawdziwie agresywną. Również mowa będąca środkiem porozumiewania się zostaje zredukowana do minimum na skutek chrypki, w każdym razie nie jesteśmy w stanie prowadzić żadnych dyskusji ani sporów. Szczekający kaszel świadczy aż nadto wyraźnie, że wszelka chęć do komuniko­wania się z ludźmi ogranicza się w najlepszym wypadku do odmówienia komuś czegoś.
Nic dziwnego, że w tak wzmożoną obronę są również zaangażowane migdałki, jeden z najważniejszych narządów chroniących nasze ciało. Nabrzmiewają do tego stopnia, że nie wszystko jesteśmy w stanie przełknąć. Powinno to skłonić pacjenta do zadania sobie samokrytycznego pytania, czego właściwie nie może przełknąć. Połykanie jest aktem przyjmowania, akceptacji. A tego właśnie w tym momencie nie chcemy. Świadczy o tym nasze przeziębie­nie. Bóle mięśni i uczucie rozbicia towarzyszące grypie uniemożliwiają jakikolwiek ruch i sygnalizują nieraz samym bólem ramion ciężar problemów, które spoczy­wają na naszych barkach, a których nie chcemy już dłużej znosić.
Staramy się pozbyć wielu z nich, wydalając z siebie flegmę, i im więcej się jej pozbędziemy, tym większą odczujemy ulgę. Ciągnąca się flegma, która z początku całkowicie nas zatykała, uniemożliwiając wszelkie komuni­kowanie się, musi się rozpuścić i rozrzedzić, aby znowu został przywrócony swobodny przepływ i ruch. Tak więc każde przeziębienie przywraca płynność i sygnalizuje pe­wien drobny postęp w naszym rozwoju. Przyrodolecznictwo słusznie uważa przeziębienie za bardzo zdrowy proces oczyszczania się organizmu, w czasie którego wypływają z ciała toksyny. Na poziomie psychiki toksynom odpowia­dają problemy, które w analogiczny sposób rozpływają się i zostają wydalone. Z kryzysu zarówno ciało, jak i dusza wychodzą wzmocnione – aż do następnego razu, gdy znów będziemy mieć wszystkiego po dziurki w nosie.


4. Trawienie

Trawienie to proces w pewnym sensie podobny do oddychania. Oddychając wchłaniamy w siebie otoczenie, asymilujemy je, po czym część nie przyswojoną oddajemy z powrotem. Podobnie dzieje się w czasie trawienia, z tym że ten proces sięga głębiej w materię naszego ciała. Oddech jest zdominowany przez żywioł powietrza, trawienie na­leży do żywiołu ziemi, jest bardziej materialne. W prze­ciwieństwie do oddychania nie ma wyraźnego rytmu. Rytmika wchłaniania i wydalania substancji odżyw­czych zaciera się, nie jest tak ewidentna jak przy oddy­chaniu.
Proces trawienia wykazuje również pewne podobieńst­wo z funkcjami mózgu, gdyż mózg (albo świadomość) przetwarza i trawi doznania niematerialne, jakich dostarcza nam świat (człowiek nie żyje wyłącznie chlebem). W czasie trawienia z kolei przetwarzamy doznania materialne.

Proces trawienia obejmuje zatem:
– przyjmowanie świata zewnętrznego w formie doznań materialnych
– odróżnianie tego, co „pożyteczne”, od tego, co „niepożyteczne”
– asymilowan
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: PRZEZ CHOROBĘ DO SAMOPOZNANIA - Thorwald Dethlefsen, Rudiger
« Reply #4 on: (Tue) 08.04.2014, 19:07:56 »
Jadłowstręt psychiczny (anorexia nervosa)
Rozdział na temat trawienia zamkniemy omówieniem  klasycznej choroby psychosomatycznej, na którą wciąż  jeszcze umiera dwadzieścia procent chorych(!), a mianowicie  anoreksji, czyli jadłowstrętu psychicznego. Ironia losu,  nieodłączna w każdej chorobie, tutaj ujawnia się szczególnie  wyraźnie. Człowiek wzbrania się przed jedzeniem, bo nie ma  na nie ochoty, i umiera z tego powodu, nie uświadamiając  sobie nawet, że jest chory. Krewni takiego pacjenta i lekarze  mają najczęściej ogromne trudności z dotarciem do chorego.  Starają się za wszelką cenę przekonać go o zaletach jedzenia  i życia, posuwając swą miłość bliźniego aż do przymusowe­go karmienia go w szpitalu.
Na anoreksję zapadają prawie wyłącznie kobiety. To  choroba typowo kobieca. Pacjentki, najczęściej w okresie  dojrzewania, zwracają uwagę swymi osobliwymi nawykami  jedzenia, a raczej „niejedzenia”. Odmawiają przyjmowania  posiłków, co -częściowo świadomie, częściowo nieświado­mie – motywują chęcią zachowania szczupłej sylwetki.
Jadłowstręt niekiedy zmienia się w swoje przeciwieńst­wo: gdy te kobiety zostają same i nikt ich nie widzi,  zaczynają pochłaniać ogromne ilości jedzenia. W nocy  opróżniają lodówkę i zjadają wszystko, co pozostaje w zasię­gu ich ręki. Nie chcą jednak zatrzymać w sobie pożywienia,  więc starają się zwymiotować to, co zjadły. Stosują wszelkie  możliwe triki, aby zmylić zaniepokojonych bliskich. Często  niezwykle trudno zorientować się, co naprawdę je osoba  chora na anoreksję, a czego nie je, kiedy zaspokaja swój  wilczy głód, a kiedy nie.
Jeżeli już taka osoba decyduje się coś zjeść, wybiera  produkty, które trudno byłoby nazwać „pożywieniem” – cytryny, zielone jabłka, sałatę z octem, a więc wyłącznie żywność o niskiej wartości odżywczej. Najczęściej chore stosują dodatkowo środki przeczyszczające, aby jak naj­szybciej pozbyć się tego, co zjadły. Odczuwają też ogromną potrzebę ruchu. Chodzą na długie spacery, pozbywając się w ten sposób tłuszczu, który nigdy nie zdążył się odłożyć. Jest to doprawdy zadziwiające, zważywszy ich słabą kondy­cję ogólną. Uderzający jest ich przesadny wręcz altruizm, wyrażający się na przykład w tym, że chętnie i z ogromnym przejęciem gotują dla innych. Gotują, przyjmują gości i towarzyszą innym przy jedzeniu. Wszystko jest dobrze, dopóki same nie muszą czynnie uczestniczyć w posiłku. Jeśli zaistnieje taka sytuacja, wycofują się w odosobnienie. Często chore na anoreksję nie mają miesiączki, prawie zawsze cierpią na zaburzenia hormonalne.
Gdy podsumujemy wszystkie te objawy, otrzymamy obraz wygórowanego ideału ascezy. U jej podłoża leży odwieczny konflikt między duchem a materią, górą a do­łem, czystością a zmysłowością. Pożywienie wzmacnia ciało, a więc królestwo form. Odmowa jedzenia jest zanegowaniem cielesności i wszelkich potrzeb ciała. Ideał osoby chorej na anoreksję wykracza daleko poza świat jedzenia. Jej celem jest czystość i uduchowienie. Chciałaby pozbyć się wszystkiego, co cielesne. Chciałaby uniknąć seksualności i zmysłowości. Jej celem jest wstrzemięźliwość seksualna i bezpłciowość. Aby to osiągnąć, musi pozostać szczupła. W przeciwnym razie jej ciało przybierze zaokrąg­lone kształty, charakterystyczne dla kobiety. A kobietą być nie chce.
Chore na anoreksję lękają się nie tylko krągłych, kobie­cych kształtów; gruby brzuch przypomina im również o możliwości zajścia w ciążę. Sprzeciw wobec własnej kobiecości i seksualności objawia się również brakiem menstruacji. Najwyższy ideał chorych na anoreksję brzmi: dematerializacja. Ucieczka od wszystkiego, co ma cokol­wiek wspólnego z przyziemną cielesnością.
Przyjmując taki punkt wyjścia, pacjentka nie uważa się za chorą i nie wykazuje żadnego zrozumienia dla jakichkol­wiek środków terapeutycznych służących wyłącznie ciału, które przecież neguje. Wyszukuje więc coraz przemyślniej­sze sztuczki, by uniknąć przymusowego karmienia w szpita­lu. W sposób niezauważalny pozbywa się pożywienia. Odrzuca wszelką pomoc i zawzięcie dąży do swego ideału – do uduchowienia, a wyzbywa się wszystkiego, co cielesne. Nie lęka się śmierci, gdyż to życie budzi w niej lęk. Boi się wszystkiego, co okrągłe, kobiece, płodne, zmysłowe, sek­sualne odczuwa strach przed ciepłem i bliskością. Z tego to powodu nie uczestniczy we wspólnych posiłkach, od­wiecznym rytuale wszystkich kultur, w czasie którego między ludźmi wytwarza się więź i ciepło. Te uczucia wzbudzają w niej lęk.
Ów lęk karmi się sferą cienia, w której te dziedziny życia, których tak starannie unika w swym świadomym działaniu, czekają niecierpliwie na swe urzeczywistnienie. Chora na jadłowstręt bowiem odczuwa ogromny głód życia, który stara się wykorzenić z siebie w obawie, by jej całkowicie nie zdominował. Od czasu do czasu jednak nie wytrzymuje i wtedy ogarnia ją niepohamowana żarłoczność. Potajemnie je wszystko, co się da, by zaraz potem mieć poczucie winy i zwracając wszystko, wrócić do poprzedniego stanu. Chora na anoreksję nie potrafi znaleźć równowagi w swym konflik­cie między pożądaniem a ascezą, głodem a wyrzeczeniem, egocentryzmem a ofiarnością. Za altruistycznym zachowa­niem kryje się zawsze silne poczucie egocentryzmu, które bardzo szybko daje się zauważyć w kontaktach z pacjent­kami. W skrytości ducha chcą, by ktoś się nimi opiekował, i wymuszają to swoją chorobą. Człowiek odmawiający przyjmowania posiłków uzyskuje natychmiast władzę nad innymi, którzy, nękani rozpaczliwym lękiem o niego, uwa­żają, że ich obowiązkiem jest zmusić go do jedzenia i przeży­cia. Już małe dzieci stosują takie sposoby wobec rodziców.
Osobie chorej na anoreksję nie można pomóc przez zmuszanie jej do jedzenia, lecz w najlepszym razie skłaniając ją, by była uczciwa wobec samej siebie. Chora musi ujawnić i zaakceptować tkwiące w niej żądze, głód miłości i seksu, swój egocentryzm i swoją kobiecość z całą zmysłowością i cielesnością. Musi zrozumieć, że nie zapanuje nad tym, co cielesne, zwalczając to i wypierając, lecz przeciwnie – ak­ceptując, integrując i przetwarzając. Z obrazu klinicznego anoreksji niejeden człowiek mógłby wyciągnąć wnioski dla siebie. Nie tylko chorzy na anoreksję mają tendencję do tłumienia wywołujących ich lęk potrzeb cielesnych pretens­jonalną filozofią, aby w ten sposób prowadzić czyste, uduchowione życie. Nie dostrzegają przy tym, że asceza najczęściej rzuca tylko jeden cień – a ten cień zwie się żądza.





5. Narządy zmysłów
Narządy zmysłów to wrota postrzegania. Są naszym łącznikiem ze światem zewnętrznym, oknami naszej duszy, przez które wyglądamy, aby koniec końców zobaczyć samych siebie. Świat zewnętrzny bowiem, którego doświad­czamy naszymi zmysłami i w którego niezachwianą realność tak mocno wierzymy, w rzeczywistości nie istnieje.
Spróbujmy krok po kroku uzasadnić to niezwykłe twierdzenie. Jak funkcjonuje nasze postrzeganie? Każdy akt zmysłowego postrzegania daje się zredukować do pewnej informacji, będącej efektem zmiany drgań cząsteczek. Ob­serwujemy na przykład sztabkę żelaza i widzimy jej czarną barwę, czujemy chłód i twardość metalu, wdychamy spe­cyficzny zapach. Rozgrzewamy następnie sztabkę palni­kiem bunsenowskim. Zauważamy, jak zmienia kolor i za­czyna jarzyć się czerwienią, wyczuwamy buchające od niej gorąco, możemy ją na nowo formować. Co się stało? Doprowadziliśmy jedynie do sztabki energię, która wywoła­ła zwiększenie prędkości cząsteczek. Zwiększona prędkość z kolei spowodowała zmianę doznań zmysłowych, które wyrażamy za pomocą takich określeń, jak „czerwony”, „gorący”, „elastyczny” itp.
Przykład ten unaocznia nam, że nasze postrzeganie zależy od ruchu cząsteczek i zmiany jego częstotliwości. Cząsteczki atakują konkretne receptory naszych narządów postrzegania i dają im bodziec, który za pośrednictwem impulsów chemoelektrycznych zostaje – poprzez system nerwowy – doprowadzony do naszego mózgu i wywołuje w nim kompleksowy obraz, który określamy właśnie jako „czerwony”, „gorący”, „pachnący” itp. Cząsteczki wchodzą do środka, a na zewnątrz wydostają się kom­pleksowe wzory postrzegania. Po drodze odbywa się proces przetwarzania impulsu. Sądzimy, że całościowe obrazy, jakie z informacji zawartych w cząsteczce składa nasza świadomość, naprawdę istnieją poza nami! I na tym właśnie polega nasz błąd. Na zewnątrz nas istnieją bowiem tylko cząsteczki, ale właśnie ich nigdy jeszcze nie postrzegliś­my. Wprawdzie nasz proces postrzegania opiera się na cząsteczkach, ale nie jesteśmy w stanie ich zobaczyć. W rze­czywistości otaczają nas tylko nasze subiektywne obrazy. Co prawda wydaje nam się, że inni ludzie (czy oni istnieją?) postrzegają to samo co my, jeśli tylko na określenie tego, co widzą, używają tych samych co my słów, a jednak dwoje ludzi nigdy nie może stwierdzić, czy widzą to samo, jeśli na przykład mówią o czymś „zielonym”. W kręgu naszych własnych obrazów zawsze jesteśmy całkiem sami, ale pode­jmujemy wiele wysiłków, aby nie skonfrontować się z tą prawdą.
Obrazy sprawiają wrażenie prawdziwych – tak samo prawdziwych jak we śnie, tyle tylko że prawdziwych tak długo, jak długo się śni. Pewnego dnia obudzimy się ze snu, który śnimy przez cały dzień, aby ze zdumieniem stwierdzić, jak nasz świat, uważany za rzeczywisty, rozpływa się w nicość – ułuda, iluzja, welon, który przysłania nam widok na właściwą rzeczywistość. Ktoś śledzący tę ar­gumentację może nam zarzucić, że wprawdzie to, co nas otacza, nie istnieje w tej formie zewnętrznej, jaką po­strzegamy, ale jednak świat zewnętrzny jako taki istnieje, złożony z cząsteczek właśnie. To też ułuda. Na poziomie cząsteczek bowiem nie sposób znaleźć granicę między ja a nie ja, między tym, co wewnątrz a tym, co na zewnątrz. W przypadku cząsteczki nie sposób się zorientować, czy należy ona jeszcze do mnie, czy już do otaczającego świata. Na tym poziomie nie ma już żadnej granicy. Wszystko jest jednością.
Właśnie to jest istotą starej teorii ezoterycznej: „mikro­kosmos = makrokosmos”. Ów znak równości został tutaj postawiony z matematyczną precyzją. Ja (ego) jest iluzją, istniejącą tylko w świadomości jako sztucznie poprowadzo­na granica tak długo, dopóki człowiek nie nauczy się poświęcić tego ja, by ku swemu zaskoczeniu stwierdzić, że owo „osamotnienie”, którego tak się lęka, w rzeczywistości oznacza, że „wszystko jest jednością”.
Jednak droga do tej jedności, do wtajemniczenia, jest długa i uciążliwa. Poprzez pięć naszych zmysłów jesteśmy związani z tym pozornym światem materii, tak jak Jezus był poprzez pięć ran związany z krzyżem materialnego świata. Z krzyżem tym można się uporać tylko wtedy, gdy weźmie się go na siebie i uczyni wehikułem „odrodzenia duchowe­go”.
Powiedzieliśmy na początku tego rozdziału, że narządy zmysłów są oknami naszej duszy, przez które sami siebie obserwujemy. To, co nazywamy otaczającym nas światem lub światem zewnętrznym, to odzwierciedlenie naszej duszy. Zwierciadło umożliwia nam obejrzenie siebie i lepsze samopoznanie, gdyż pokazuje również te obszary, których inaczej nie moglibyśmy zobaczyć. W ten sposób „otaczający nas świat” staje się najwspanialszym środkiem pomoc­niczym na drodze do samopoznania. Ponieważ spojrzenie w lustro nie zawsze jest miłe, gdyż widać w nim również nasz cień, zależy nam na tym, żeby to, co znajduje się na zewnątrz, oddzielić od siebie i podkreślić, że w tym wypadku na pewno „nie mamy z tym nic wspólnego”. Tu właśnie kryje się niebezpieczeństwo. Dokonujemy projekcji naszego jestestwa na zewnątrz, wierząc, że zacznie ona żyć własnym życiem. Zapominamy potem ją cofnąć i tak zaczyna się epoka pracy społecznej, w której każdy pomaga drugiemu, a nikt nie pomaga sobie. Na swej drodze do uświadomienia potrzebujemy odbicia za pośrednictwem tego, co zewnętrz­ne. Jeśli jednak chcemy zostać uzdrowieni, nie możemy zapomnieć o cofnięciu projekcji. Mitologia judajska poka­zuje nam tę zależność na przykładzie stworzenia kobiety. Skończonemu, androgynicznemu człowiekowi Adamowi zabrano jedno żebro i ukształtowano je w twór formalnie samodzielny. Tym samym Adamowi brakuje jednej po­łowy, którą znajduje w projekcji jako swoje przeciwień­stwo. Stał się „niezdrowy” i może zostać uzdrowiony tylko wtedy, gdy zjednoczy się z tym, czego mu brak. Może się to jednak stać jedynie drogą okrężną, poprzez to, co zewnętrz­ne. Jeśli jednak człowiek, krocząc drogą życia,  nie będzie stopniowo integrował tego, co postrzega na zewnątrz, i ulegnie kuszącej iluzji, że owo „zewnątrz” nie ma z nim nic wspólnego, wówczas los zacznie zakłócać mu proces po­strzegania.
Postrzegać to znaczy przyjmować do wiadomości praw­dę. Może się to odbywać tylko w ten sposób, że człowiek we wszystkim, co postrzega, rozpozna siebie. Jeśli o tym zapomni, okna jego duszy, narządy zmysłów, staną się z czasem zamglone i nieprzejrzyste i zmuszą go do wpat­rywania się w siebie. W miarę jak narządy zmysłów przestają należycie funkcjonować, człowiek uczy się patrzeć w głąb siebie, wsłuchiwać w to, co dzieje się w jego wnętrzu, wsłuchiwać w siebie. Zostaje zmuszony do kontemplowania samego siebie.
Istnieją techniki medytacyjne, za pomocą których taka kontemplacja odbywa się w sposób zamierzony. Człowiek medytujący zamyka palcami obu rąk swoje wrota zmysłów: uszy, oczy i usta, i kontempluje wewnętrzne postrzeganie właściwe poszczególnym zmysłom, co po szeregu ćwiczeń może się zamanifestować smakiem, barwą i dźwiękiem.

Oczy
Oczy nie tylko odbierają wrażenia, lecz również same wysyłają sygnały. W oczach widać nastroje i uczucia czło­wieka. Dlatego staramy się patrzeć drugiej osobie głęboko w oczy lub czytać w jej oczach. Oczy są zwierciadłem duszy. Oczy zalewają się również łzami, manifestując w ten sposób stan psychiczny człowieka. Irydodiagnostyka wprawdzie do dziś traktuje oczy wyłącznie jako zwierciadło ciała, ale z oczu równie dobrze udaje się wyczytać charakter i osobowość człowieka. Również złe spojrzenie lub spojrzenie uwodziciels­kie świadczą o tym, że oko jest narządem, który nie tylko przyjmuje wrażenia, lecz również ujawnia to, co tkwi w człowieku. Oczy stają się aktywne także wtedy, gdy rzuca się na kogoś okiem. Określenie ludowe mówi o zakochaniu jako o zapatrzeniu się, a to znaczy, że człowiek zakochany nie potraf już jasno widzieć rzeczywistości. W tym stanie bardzo łatwo się zapatrzyć, gdyż miłość zaślepia (żeby tylko nie stało się to w sensie dosłownym!).
Najczęstsze zaburzenia wzroku to krótkowzroczność i dalekowzroczność, przy czym krótkowzroczność występu­je przede wszystkim w młodym wieku, a dalekowzroczność u ludzi starszych. To zrozumiałe, zważywszy że młodzi widzą na ogół to, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu, a brak im spojrzenia perspektywicznego. Ludzie w pode­szłym wieku wykazują więcej dystansu wobec życia. Podob­nie dzieje się z pamięcią. Na starość zapominamy to, co zdarzyło się niedawno, natomiast z imponującą dokładnoś­cią potrafimy odtworzyć zdarzenia sprzed wielu lat.
Krótkowzroczność świadczy o silnie rozwiniętym subie­ktywizmie. Człowiek krótkowzroczny patrzy na wszystko przez własne okulary i wszystko bierze osobiście do siebie. Nie patrzy dalej niż na czubek własnego nosa, a jednak nie prowadzi go to do samopoznania. W tym właśnie tkwi problem, gdyż człowiek powinien to, co widzi, odnosić do siebie, aby w ten sposób móc zobaczyć siebie. Ten proces wyradza się jednak w swoje przeciwieństwo z chwilą, gdy człowiek kieruje się w życiu subiektywizmem. Chociaż wszystko odnosi do siebie, to jednak wzbrania się przed poznaniem samego siebie. Taki człowiek stosuje wobec innych reakcje obronne, na przykład staje się przesadnie obrażalski.
Krótkowzroczność zmusza człowieka, by z mniejszej odległości przyjrzał się sobie, przybliża punkt największej ostrości widzenia do jego oczu, do czubka jego nosa. Krótkowzroczność jest na poziomie ciała odpowiednikiem subiektywizmu, ale dąży do samopoznania. Prawdziwe samopoznanie jednak wymaga wyrwania się z pęt własnego subiektywizmu. Jeżeli ktoś nie widzi (albo źle widzi), należy zapytać: „Czego nie chce widzieć?” Odpowiedź brzmi zawsze jednakowo: „Samego siebie”.
Liczba dioptrii wskazuje każdemu, jak silna jest jego niechęć do zobaczenia siebie takim, jakim jest. Okulary to proteza, a więc oszustwo. Za ich pomocą dokonuje się sztucznej korekty losu i udaje, że wszystko jest w porządku. Oszustwo to potęguje się jeszcze w przypadku stosowania szkieł kontaktowych, gdyż dzięki nim ukrywa się fakt złego widzenia. Wyobraźmy sobie, że w ciągu jednej nocy zabrano by wszystkim okulary i szkła kontaktowe. Co by się wtedy działo! Nagle życie stałoby się znacznie uczciwsze. Od razu można by się dowiedzieć, jak ktoś widzi świat i siebie i – co ważniejsze-osoby pozbawione okularów przekonałyby się na własnej skórze, jak to jest, gdy nie można zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Tylko wtedy upośledzenie jest z pełną korzyścią dla człowieka, gdy sam doświadcza jego skutków. I oto nagle niejeden uzmysłowiłby sobie, jak „niejasny” jest jego obraz świata, jakie wszystko jest „zamazane” i jak ograniczony jest jego widnokrąg. Być może niektórym zeszłoby bielmo z oczu i zaczęliby widzieć rzeczy we właściwy sposób. Czy bowiem ktoś, kto nie potrafi patrzeć właściwie, może kiedykolwiek osiągnąć jasność widzenia?
Człowiek stary – ze względu na swoje doświadczenie życiowe – powinien być mądry i dalekowzroczny. Wiele osób jednak przejawia tę dalekowzroczność niestety tylko na poziomie ciała – w postaci dalekiego widzenia.
Achromatopsja, czyli ślepota na barwy, oznacza ślepotę na różnorodność i barwność życia. Są nią dotknięci ludzie, którym wszystko wydaje się szare i monotonne, jednym słowem – ludzie bezbarwni.
Zapalenie spojówek (conjunktivitis), jak każda choroba o podłożu zapalnym, wskazuje na istnienie konfliktu. Zapa­lenie spojówek wywołuje bóle oczu, którym pewną ulgę przynosi jedynie ich zamknięcie. Zamykamy tym samym oczy na konflikt, gdyż nie chcemy stanąć z nim twarzą w twarz.
Zez: Aby móc coś zobaczyć w całej rozciągłości, po­trzebujemy dwóch obrazów. Czyż nie odnajdujemy w tym stwierdzeniu znanej już zasady biegunowości? Potrzebuje­my dwóch sposobów widzenia, by ogarnąć jedność. Jeśli osie optyczne oka nie są skoordynowane, człowiek zezuje, to znaczy, że na siatkówce obu oczu powstają dwa obrazy nie pokrywające się (obraz podwójny). Zanim zobaczymy te dwa różne obrazy, mózg podejmuje decyzję, by jeden z nich odfiltrować (a mianowicie obraz oka zezującego). W rzeczy­wistości więc człowiek jest jednooki, gdyż obraz z drugiego oka nie jest przekazywany dalej. Wszystko wydaje nam się płaskie i pozbawione wielowymiarowości.
Analogicznie rzecz się ma z biegunowością. Człowiek powinien posiadać umiejętność widzenia obu biegunów jako jednego obrazu (np. fala i cząsteczka wolność i determinizm – dobro i zło). Jeśli nie potrafi tego zrobić i oba obrazy rozchodzą się, wyłącza jeden sposób widzenia (wypiera go) i staje się jednooki, zamiast jednowidzący. Człowiek, który ma zeza, jest w rzeczywistości człowiekiem jednookim, gdyż obraz z drugiego oka zostaje wyparty przez mózg, co prowadzi do jednowymiarowości widzenia, a tym samym do jednostronnego widzenia świata.
Zaćma: W przypadku wystąpienia „zaćmy szarej” na­stępuje zmętnienie soczewki, a więc niewyraźne widzenie. Chory traci ostrość widzenia. Dopóki widzi rzeczy ostro, są one ostre, to znaczy mogą również zranić. Jeśli straci tę ostrość widzenia, świat również traci dla niego swą ostrość i wygasa obawa przed zranieniem. Nieostre widzenie od­powiada spokojnemu dystansowaniu się od otoczenia, a więc i od siebie. „Zaćma szara” jest jak zasłona, któ­rą spuszcza się na coś, czego nie chce się widzieć. Jest ni­czym łuski na oczach, może doprowadzić nawet do utraty wzroku.
Przy „zaćmie zielonej” (jaskrze) na skutek podwyż­szonego ciśnienia wewnątrzgałkowego w oku postępuje ograniczenie pola widzenia, aż wreszcie widzi się tylko niewielki wycinek przed sobą. Patrzy się na świat niczym przez końskie okulary. Brak szerszego spojrzenia powoduje, że człowiek postrzega tylko dowolny wycinek otaczającej go rzeczywistości. Dzieje się tak na skutek psychicznego ciś­nienia nie wypłakanych łez (ciśnienie wewnątrzgałkowe).
Skrajną formą wzbraniania się przed patrzeniem jest ślepota, przez większość ludzi uważana za najcięższe kalect­wo fizyczne. Wyrażenia działa na oślep używamy w sensie przenośnym. Człowiek niewidomy pozbawiony jest cał­kowicie zewnętrznej płaszczyzny projekcji, a więc jest zmu­szony patrzeć do środka. Ślepota fizyczna jest jedynie ostateczną demonstracją właściwej ślepoty, która jest przed­miotem naszych rozważań: ślepoty świadomości.
Przed paroma laty dzięki nowej technice operacyjnej udało się przywrócić wzrok pewnej liczbie młodych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Nie byli szczęśliwi z tego powo­du, raczej nie mogli sobie poradzić z nową dla siebie sytuacją i znaleźć sobie miejsca w nowej dla nich rzeczywistości. Można to doświadczenie analizować z różnych punktów widzenia i starać się je wytłumaczyć. Dla naszego rozumo­wania istotne jest tylko stwierdzenie, że środkami mechani­cznymi możemy wprawdzie zmienić czynności organizmu, ale nie jesteśmy władni usunąć problemów, które przejawia­ją się w określonych symptomach. Tylko wtedy możemy odnieść korzyść z naszych zaburzeń, jeśli pozbędziemy się myśli, że wszelkie upośledzenie jest czymś niemiłym, co trzeba w miarę możliwości zlikwidować lub w jakiś sposób zrekompensować. Musimy pozwolić chorobie, by zakłóciła nam nasz utarty bieg życia, musimy pozwolić upośledzeniu, by przeszkodziło nam żyć dalej tak, jak żyliśmy dotychczas. Wtedy dopiero choroba stanie się drogą, która poprowadzi nas do wyzdrowienia – ślepota może nas na przykład nauczyć prawdziwego widzenia i pozwolić osiągnąć wyższy stopień pojmowania świata.

Uszy
Na wstępie przypomnijmy kilka zwrotów językowych i sformułowań, w których występuje słowo uszy lub słuchać: Mieć uszy i oczy otwarte, nadstawić ucha, dawać posłuch, słuchać kogoś, być posłusznym, posłuszeństwo, posłuchanie. Wszystkie te określenia wskazują na związek uszu z tema­tem wpuszczania do środka, „bycia pasywnym” i posłusznym. W porównaniu ze słuchaniem widzenie jest znacznie aktywniejszym rodzajem postrzegania. Łatwiej jest też umknąć wzrokiem lub zamknąć oczy niż zamknąć uszy. Zdolność słyszenia jest cielesnym odpowiednikiem posłu­szeństwa i pokory. Pytamy na przykład dziecko, które nie wykonuje naszego polecenia: Nie słyszysz, co do ciebie mówię? Ten, kto źle słyszy, nie chce być posłusznym. Tacy ludzie po prostu puszczają mimo uszu to, czego nie chcą słyszeć. Świadczy to o pewnym egocentryzmie, o braku pokory i gotowości do słuchania. Podobny jest mechanizm przytępienia słuchu na skutek hałasu. Nie hałas jako taki jest szkodliwy, lecz psychiczny sprzeciw wobec hałasu. Nie chcemy wpuścić w siebie hałasu, a więc nie możemy go wpuścić. Częste u dzieci zapalenia i bóle uszu przypadają na wiek, kiedy dzieci uczą się posłuszeństwa. Mniej lub bardziej przytępiony słuch ma większość ludzi w podeszłym wieku. Podobnie jak gorsze widzenie, sztywność i ociężałość tak i przytępienie słuchu należą do somatycznych symptomów starzenia się, będących przejawem większej nieustępliwości i mniejszej elastyczności na starość. Stary człowiek traci na ogół zdolność adaptacji i coraz mniej skłonny jest okazywać posłuszeństwo. Te objawy są co prawda typowe dla starości, ale nie muszą występować zawsze. Starość przerysowuje jedynie nie rozwiązane jeszcze problemy i podobnie jak choroba czyni człowieka uczciwym.
Nagłe osłabienie słuchu to występujące niespodzianie, najczęściej jednostronne, znaczne osłabienie słuchu w wyni­ku schorzenia ucha wewnętrznego, prowadzące nawet do głuchoty (możliwe jest późniejsze ogłuchnięcie” i na drugie ucho). Aby móc zinterpretować tę chorobę, trzeba znać aktualną sytuację życiową pacjenta. Nagła utrata słuchu jest wezwaniem do słuchania głosu wewnętrznego. Głuchy bę­dzie tylko ten, który już od dawna pozostawał głuchy na swój głos wewnętrzny.

Choroby oczu
Ten, kto ma problemy z oczami albo z widzeniem, powinien przede wszystkim na jeden dzień odłożyć na bok okulary lub szkła kontaktowe, by świadomie doświadczyć powstałej w ten sposób, nie zafałszowanej sytuacji życiowej. Po takim dniu powinien sporządzić sprawozdanie z tego, jak widział i przeży­wał świat, co robił; a czego nie był w stanie robić, co stanowiło dla niego przeszkodę, jak dawał sobie radę z otoczeniem itp. Takie sprawozdanie dostarczy dostatecznie dużo materiału, by lepiej poznać i zobaczyć świat i siebie.
Następnie powinien jeszcze odpowiedzieć sobie na następujące pytania:
1. Czego nie chcę widzieć?
2. Czy mój subiektywizm uniemożliwia mi samopoznanie?
3. Czy zapominam o tym, by poznać samego siebie?
4. Czy używam widzenia, by lepiej zrozumieć świat?
5. Czy nie boję się widzieć rzeczy w całej ich ostrości?
6. Czy w ogóle jestem w stanie znieść widok rzeczy takimi, jakie są?
7. Jakiego obszaru mego jestestwa wolę nie zauważać?

Choroby uszu
Ten, kto ma problemy z uszami albo ze słuchem, powinien  zadać sobie następujące pytania:
1. Dlaczego nie jestem gotów słuchać?
2. Komu lub czemu nie chcę być posłuszny?
[3. Czy dwa bieguny – egocentryzm i pokora – pozostają  u mnie w równowadze?


6. Bóle głowy

Bóle głowy są znane dopiero od kilku stuleci. Nasilają się  zwłaszcza w krajach cywilizowanych, gdzie dwadzieścia  procent ludzi „zdrowych” przyznaje się, że cierpi na tę  dolegliwość. Statystyki wykazują, że dotyka ona nieco  częściej kobiety, zwłaszcza osoby z „warstw wyższych”. Nie  będzie nas to dziwić, jeśli spróbujemy połamać sobie trochę  głowę nad symboliką głowy. Głowa to szczególny biegun  w stosunku do brzucha. Jest najwyższą instancją naszej  konstrukcji cielesnej. Reprezentuje górę, podczas gdy  brzuch – dół.
Głowa to miejsce, gdzie zamieszkuje rozum, rozsądek,  myśl. Kto działa bez głowy, działa nierozsądnie. Można  komuś zawrócić w głowie, ale wtedy nie należy się spodzie­wać, że będzie on postępował z głową. Uczucia tak irrac­jonalne jak miłość są szczególnie groźne dla głowy, więk­szość ludzi traci przecież głowę z miłości (a jeśli nie, to  głowa bardzo ich boli!). Bywają jednak wśród nas tacy  twardogłowi, którzy nie muszą się obawiać, że stracą głowę,  nawet wtedy gdy chcą przebić gzową mur. Niektórzy  twierdzą, że tę szczególną niewrażliwość można wytłuma­czyć osobliwą ciasnotą umysłu, ale nie zostało to potwier­dzone naukowo.
Ból głowy o charakterze opasującym jest bólem roz­lanym i najczęściej utrzymuje się przez całe godziny, dni, tygodnie... Powstaje prawdopodobnie na skutek za wyso­kiego napięcia naczyń krwionośnych. Towarzyszy mu nieje­dnokrotnie silne napięcie mięśni głowy jak też mięśni w okolicach ramion, pleców i kręgosłupa szyjnego. Tego rodzaju ból głowy występuje często, gdy człowiek znajduje się pod silną presją lub też w obliczu zadań przekraczających jego możliwości.
To „droga w górę” powoduje przeciążenie naszego górnego bieguna, głowy. Człowiek cierpiący na bóle głowy to często człowiek bardzo ambitny, perfekcjonista, który stara się przeforsować swoją wolę (przebić głową mur). Zbyt łatwo w takich wypadkach ambicja i żądza władzy uderzają do głowy, gdyż ten, kto kieruje się w swym postępowaniu tylko głową, kto akceptuje tylko to, co racjonalne, rozsądne i rozumne, i tak też żyje, szybko traci związek ze swym „dolnym biegunem”, a tym samym i swoje korzenie, które mogą mu dawać w życiu oparcie. Po prostu głowa mu ciąży. Wymogi dolnej części ciała jednak i jego najczęściej nie­świadome funkcje są – patrząc z perspektywy ich rozwoju historycznego – starsze niż umiejętność rozsądnego myś­lenia, która jest późnym osiągnięciem człowieka, datującym się dopiero od czasu rozwoju kory mózgowej.
Człowiek posiada dwa ośrodki centralne: serce i mózg – czucie i myślenie. Człowiek naszych czasów i naszej kultury rozwinął w szczególnym stopniu siły swego mózgu i dlatego grozi mu niebezpieczeństwo, że zaniedba swój drugi ośrodek, serce. Nie ma jednak powodu, by w związku z tym potępiać myślenie, rozum, mózg. Żaden z dwóch ośrodków nie jest lepszy lub gorszy od drugiego. Człowiek nie powinien się opowiadać za jednym lub drugim, lecz dążyć do osiągnięcia równowagi między nimi.
Ludzie, u których dominuje biegun dolny, brzuch, też nie są zdrowi. Nasza kultura jednak w takim stopniu rozwinęła biegun górny, że najczęściej odczuwamy deficyt w dolnym.
Rodzi się teraz następny problem, a mianowicie w jakim celu używamy naszego rozumu. Najczęściej wykorzystuje­my zdolność racjonalnego myślenia do zabezpieczenia swe­go ja. Stosując przyczynowe schematy myślenia, próbujemy lepiej chronić się przed losem, aby móc umacniać swoje ego. Takie postępowanie jest koniec końców zawsze skazane na niepowodzenie. Prowadzi, podobnie jak budowa wieży Babel, w najlepszym razie do chaosu. Głowa nie może stać się samodzielna i próbować funkcjonować z pominięciem brzucha, serca. Ten, kto odrywa myślenie od bieguna dolnego, odcina się od korzeni. Funkcjonalne myślenie nauki na przykład jest myśleniem pozbawionym korzeni. Brakuje mu więzi z praprzyczyną – z religią. Człowiek, który kieruje się w swym postępowaniu wyłącznie głową, wdrapuje się na majaczące gdzieś w górze szczyty, nie będąc zakotwiczonym w dole. Nic dziwnego, że kręci mu się w głowie. Głowa bije na alarm.
Głowa najszybciej ze wszystkich narządów reaguje bó­lem. W innych organach muszą najpierw nastąpić głęboko sięgające zmiany. Głowa jest naszym najczulszym czuj­nikiem ostrzegawczym. Jej ból wskazuje, że nasze myślenie idzie w złym kierunku, że posługujemy się nim w niewłaś­ciwym celu, że dążymy do czegoś ryzykownego. Bije na alarm, gdy łamiemy sobie głowę bezowocnymi rozmyś­laniami nad najwymyślniejszymi sytuacjami, przed którymi chcemy się zabezpieczyć. Człowiek w ramach swej material­nej formy egzystencji nie może się przeciwko niczemu zabezpieczyć – wszelkie próby, jakie podejmuje, są po prostu śmieszne.
Głowimy się nad sprawami zupełnie nieistotnymi, aż nam huczy w czaszce. Po napięciu przychodzi odprężenie, ale jest to tylko inne słowo oznaczające uwolnienie. Gdy głowa bije na alarm, najwyższy czas uwolnić się od myśli o własnym ja, od ambicji, która pcha nas w górę, pozbyć się uporu i zawziętości. Najwyższy czas skierować swój wzrok ku dołowi i przypomnieć sobie o swoich korzeniach. Nie sposób pomóc tym, którzy te sygnały ostrzegawcze przez całe lata tłumią tabletkami przeciwbólowymi – ryzykują oni głową.

Migrena
„W przypadku migreny mamy do czynienia z wy­stępującym napadowo, najczęściej jednostronnym bólem głowy, któremu mogą towarzyszyć zaburzenia wzroku (nadwrażliwość na światło, mroczek migocący), dolegliwo­ści żołądkowe i jelitowe, jak też wymioty i biegunka. Taki ból napadowy, trwający na ogół kilka godzin, łączy się z nastrojem depresyjnym i rozdrażnieniem. W momencie największego nasilenia ataku migreny człowiek ma nie­odpartą potrzebę samotności, zamknięcia się w ciemnym pokoju lub położenia do łóżka” (Brautigam). W przeciwień­stwie do bólów opasujących, przy migrenie – po począt­kowym skurczu – następuje silne rozszerzenie naczyń mózgowych. Greckie słowo określające migrenę jako hemi­krania (kranion=czaszka) znaczy dosłownie pół głowy i wskazuje bezpośrednio na jednostronność myślenia, jaka cechuje cierpiących na migrenę, podobnie jak cierpiących na bóle opasujące.
Wszystko, co powiedziano na temat bólów o charak­terze ucisku, odnosi się również do migreny – z jedną istotną różnicą. O ile przy bólach opasujących pacjent stara się oddzielić głowę od bieguna dolnego, o tyle osoba cierpiąca na migrenę przemieszcza problem z bieguna dolnego w obręb głowy. Ten problem to seksualność. Migrena oznacza zawsze seksualność przemieszczoną w ob­ręb głowy. Głowa przejmuje niejako funkcję podbrzusza. To przemieszczenie funkcji wcale nie jest czymś niedorzecznym, jeśli zważyć, że obszar genitalny i głowa pozostają względem siebie w analogicznym związku. Są to te dwie części ciała, w których mieszczą się wszystkie nasze „cielesne” otwory.
Otwory znajdujące się w głowie odgrywają nadrzędną rolę w seksualności (miłość to wpuszczanie do środka, a to może się urzeczywistnić na poziomie ciała tylko tam, gdzie ciało się może otworzyć!). Obiegowe powiedzenia od zawsze podkreślają związek ust kobiety z jej pochwą (np. suche wargi!) oraz nosa mężczyzny z jego członkiem i próbują z jednego wyciągać wnioski co do drugiego. Aż nadto wyraźna staje się „wymienialność” między podbrzuszem a głową w stosunku oralnym. Podbrzusze i głowa to bieguny, a za ich przeciwstawnością kryje się to, co jest wspólne – tak na górze, jak i na dole. O tym, jak często głowa pełni rolę zastępczą w stosunku do podbrzusza, możemy się przekonać, widząc, jak ktoś się rumieni. W sytu­acjach krępujących, które niemal zawsze mają mniej lub bardziej seksualne podłoże, uderza nam do głowy krew, powodując zaczerwienienie twarzy. Na górze dzieje się to, co właściwie powinno stać się na dole, gdyż w normalnej sytuacji w czasie podniecenia seksualnego krew napływa do genitaliów i powoduje nabrzmienie i zaczerwienienie narzą­dów płciowych. Podobne przesunięcie z obszaru genitalnego w obręb głowy można zaobserwować w przypadku im­potencji. Im bardziej mężczyzna w czasie stosunku płciowe­go myślami jest w głowie, tym bardziej brakować mu będzie potencji w podbrzuszu, a to może być fatalne w skutkach. Podobnego przemieszczenia dokonują ludzie nie zaspokoje­ni seksualnie, stosując jako namiastkę seksu jedzenie. Wielu z nich próbuje głód miłości zaspokoić przez usta – i nigdy nie są syci. Wszystkie te przykłady powinny dostatecznie unaocznić nam analogię między podbrzuszem a głową. Pacjent cierpiący na migrenę (częściej są to kobiety) zawsze ma problemy z seksualnością.
Istnieją, jak już wielokrotnie podkreślaliśmy w innym kontekście, zasadniczo dwie możliwości uporania się z tymi problemami. Można je albo odsunąć od siebie i stłumić, albo też przesadnie je zrekompensować. Oba te sposoby, choć na pozór bardzo różne, stanowią w istocie wyraz tych samych trudności. Gdy ktoś się czegoś boi, może albo trząść się ze strachu, albo miotać na wszystkie strony. I jedno, i drugie zachowanie jest oznaką słabości. Wśród chorych na migrenę są ludzie, którzy seks całkowicie wykreślili ze swego życia („z czymś takim nie mam nic wspólnego”), jak też tacy, którzy próbują demonstrować swoje „ach, jakże swobodne podejście do spraw seksu”. Łączy ich jedno: mają problemy ze swoją seksualnością. Jeśli udają, że ten problem nie istnieje, przenosi się on w obręb głowy i daje o sobie znać w postaci migreny. Teraz można go przeanalizować na wyższym poziomie.
Atak migreny to orgazm w głowie. Jego przebieg jest identyczny jak przebieg normalnego orgazmu, tyle, że ma miejsce wyżej. Podobnie jak przy podnieceniu seksualnym krew napływa do genitaliów, a napięcie w momencie szczytowym zmienia się w odprężenie, tak i przy migrenie krew napływa do głowy, powstaje uczucie ucisku, zwiększa się napięcie, by przejść następnie w fazę odprężenia (roz­szerzenie naczyń). Atak migreny mogą wywołać różne bodźce: światło, hałas, przeciąg, pogoda, zdenerwowanie itp. Charakterystyczne dla migreny jest również to, że po ataku chory przez pewien czas bardzo dobrze się czuje. W szczytowym momencie ataku najchętniej leżałby w łóżku w ciemnym pokoju – ale sam.
Wszystkie te objawy wskazują na tematykę seksualną jak też na lęk przed uporaniem się z nią przy udziale drugiej osoby na adekwatnej płaszczyźnie. Już w 1934 roku E. Gutheil opisywał w pewnym czasopiśmie psychoanality­cznym przypadek chorego, którego ataki migreny ustępo­wały po orgazmie seksualnym. Nieraz pacjent miał kilka orgazmów, zanim nastąpiło odprężenie i skończył się atak. Wśród innych symptomów występujących u pacjentów cierpiących na migrenę na pierwszym miejscu znajdują się zaburzenia trawienia i zaparcia. Taki pacjent jest na dole zamknięty. Nie chce wiedzieć nic o nieświadomych treściach (kał) i dlatego wycofuje się w górę do świadomych myśli – aż mu zaczyna huczeć w głowie. Małżonkowie wykorzys­tują migrenę (tą nazwą określa się też często normalny ból głowy) również do unikania stosunku seksualnego.
Jeśli podsumujemy dotychczasowe rozważania, stwier­dzimy u pacjentów z migreną konflikt między popędem a myśleniem, między dołem a górą, między podbrzuszem a głową, co prowadzi do próby wykorzystywania głowy jako płaszczyzny uników i miejsca rozwiązywania problemów, które mogą być uzewnętrznione i rozwiązane na całkiem innej płaszczyźnie (ciało, seks, agresja). Już Freud określał myślenie jako działanie na próbę. Myślenie jawi się człowie­kowi mniej niebezpieczne i zobowiązujące niż działanie. Nie powinno ono jednak zastępować działania, lecz jedno powinno być nośnikiem drugiego. Człowiek otrzymał ciało, aby za jego pomocą móc się realizować. Tylko poprzez realizowanie energia pozostaje w ruchu. Nieprzypadkowo więc takie pojęcia, jak rozumieć i pojmować opisują bardzo cielesne postawy.
Rozum i zdolność pojmowania mają swe korzenie w czynnościach rąk i nóg, a więc ciała. Jeśli rozerwie się to współdziałanie, następuje skumulowanie energii manifes­tujące się chorobą.

Podsumujmy to następująco:
Stopnie eskalacji zablokowanej energii:
1. Jeśli aktywność (seks, agresja) zostaje zablokowana na poziomie myślenia, występują bóle głowy.
2. Jeśli aktywność zostaje zablokowana w układzie wegetatywnym, tj. na poziomie czynnościowym organizmu, następuje podwyższenie ciśnienia krwi i dystonia wegetaty­wna.
3. Jeśli aktywność zostaje zablokowana na płaszczyźnie nerwowej, może wystąpić na przykład stwardnienie rozsiane.
4. Jeśli aktywność zostaje zablokowana w mięśniach, następują zaburzenia układu ruchu, na przykład reuma­tyzm, dna.
Ten podział na fazy odpowiada różnym formom ludz­kiego działania. Czy to będzie uderzenie pięścią, czy stosu­nek seksualny, wszystkie czynności zaczynają się w fazie wyobrażenia (1), w której człowiek w myślach przygotowuje przyszłe działanie. Prowadzi to do wegetatywnego przygo­towania (2) ciała, jak silniejsze ukrwienie odpowiednich narządów, przyspieszenie pulsu itd. Wreszcie wyobrażenie czynności zostaje przy współdziałaniu nerwów (3) zamienio­ne za pośrednictwem mięśni w czyn. Zawsze wtedy, gdy wyobrażenie nie zmienia się w czyn, energia zostaje za­blokowana w jednym z czterech obszarów (myślenie – układ wegetatywny – nerwy – mięśnie) i z czasem prowadzi do wystąpienia opisanych wyżej symptomów.
Pacjent z migreną znajduje się w fazie pierwszej – blo­kuje swoją seksualność na poziomie wyobrażenia. Powinien nauczyć się widzieć swój problem tam, gdzie on jest, aby później to, co zamąciło mu w głowie, skierować z powrotem tam, gdzie być powinno – na dół. Rozwój zaczyna się zawsze na dole, a droga w górę jest długa i żmudna – jeśli chce się nią kroczyć uczciwie.

Bóle głowy
W przypadku bólów głowy należy zadać sobie następujące pytania:
1. Nad czym łamię sobie głowę?
2. Czy moja góra i dół współdziałają ze sobą?
3. Czy nie staram się zbyt usilnie piąć w górę? (ambicja)
4. Czy aby nie jestem uparty i nie próbuję przebić głową muru?
5. Czy nie staram się działania zastąpić myśleniem?
6. Czy uczciwie podchodzę do swoich problemów seksual­nych?
7. Dlaczego przemieszczam orgazm w obręb głowy?


7. Skóra

Skóra jest największym narządem człowieka. Spełnia bardzo różne i ważne funkcje jako:
1. powłoka ochronna
2. narząd czucia i kontaktu
3. narząd ekspresji
4. narząd seksualny
5. narząd oddychania
6. narząd wydzielniczy
7. regulator ciepła.

Wszystkie te funkcje można jednak sprowadzić do wspólnego mianownika oscylującego między dwoma biegu­nami – izolowaniem się a kontaktowaniem. Uważamy skórę za materialną granicę zewnętrzną, a równocześnie za pośrednictwem skóry mamy kontakt ze światem zewnętrz­nym, czujemy to, co nas otacza. Prezentujemy się światu w powłoce skórnej, z której nie jesteśmy w stanie się wydobyć. Skóra odzwierciedla naszą istotę – i to w sposób dwojaki. Po pierwsze, jest powierzchnią, na której znajdują odbicie wszystkie narządy wewnętrzne. Wszelkie zaburzenia wewnętrzne uzewnętrzniają się na skórze, a każde podraż­nienie jakiegoś wycinka skóry zostaje przekazane do wnęt­rza naszego ciała, do odpowiadającego temu wycinkowi narządu. Na owej współzależności opierają się wszystkie terapie wykorzystujące strefy odruchów, od dawna stoso­wane w przyrodolecznictwie, a jedynie sporadycznie stoso­wane przez medycynę klasyczną (np. strefy Heada). Należy do nich przede wszystkim masaż odpowiednich stref stóp, leczenie za pomocą baniek (strefy pleców), terapia wykorzy­stująca strefy nosa, akupunktura ucha i wiele innych.
Doświadczony praktyk potrafi na podstawie wyglądu skóry określić stan poszczególnych narządów wewnętrz­nych i leczyć je w miejscach ich projekcji na skórze.
Wszystko, co dzieje się na skórze – zaczerwienienia, obrzmienia, zapalenia, pryszcze, ropnie – nie dzieje się w miejscu przypadkowym, lecz wskazującym na konkretny, odpowiadający temu miejscu proces wewnętrzny. Dawniej istniały wypracowane systemy, które pozwalały na przykład na podstawie układu plam wątrobowych zinterpretować charakter człowieka. Epoka oświecenia odsądziła od czci i wiary „tak oczywistą bzdurę”, uznając ją za zabobon, ale teraz zaczynamy znowu przejawiać zrozumienie dla tego rodzaju poglądów. Czy naprawdę tak trudno pojąć, że za wszystkim kryje się niewidoczny wzór, który jedynie zna­jduje swój wyraz w sferze materialnej? Wszystko, co widocz­ne, jest tylko odwzorowaniem tego, co niewidoczne, tak jak dzieło sztuki jest odwzorowaniem niewidocznej idei artysty. Z tego, co widzimy, możemy wyciągać wnioski co do tego, co pozostaje niewidoczne. W naszym codziennym życiu wciąż to robimy. Wchodzimy do czyjegoś mieszkania i jego wygląd pozwala nam zorientować się w upodobaniach właściciela. Czyjś gust możemy także poznać, otwierając jego szafę z ubraniami. Jeśli ktoś ma zły gust, zauważymy to od razu.
Dlatego też zawsze i wszędzie znajdziemy pełną informa­cję na dany temat. W każdej części odnajdziemy całość (Rzymianie zwali to pars pro toto – wyrażenie całości przez jej część). Nieważne zatem, jaką część ciała człowieka obserwujemy. Wszędzie można rozpoznać ten sam wzór, wzór, który reprezentuje ten konkretny człowiek. Zna­jdujemy ów wzór w oku (irydodiagnostyka), w uchu (fran­cuska akupunktura), w plecach, w stopach, w punktach meridianalnych (diagnostyka punktów terminalnych), w każdej kropli krwi (test na krystalizację, dynamoliza kapilarna, holistyczna diagnostyka hematologiczna), w każ­dej komórce (genetyka człowieka), w ręce (chiromancja), w twarzy i budowie ciała (fizjonomika), na skórze (nasz temat!).
Ta książka uczy, jak poznać człowieka na podstawie symptomów chorobowych. Nie ma znaczenia, na co się patrzy, jeśli tylko potrafi się patrzeć. Prawda znajduje się wszędzie. Gdyby specjalistom udało się zrezygnować z prób (całkowicie bezużytecznych) udowadniania przyczynowości odkrytego przez nich związku, wówczas mogliby stwierdzić, że wszystko ze wszystkim pozostaje w związku analogicz­nym – to co na górze, z tym co na dole, to co wewnątrz, z tym co na zewnątrz.
Skóra jednak nie tylko uzewnętrznia nasz stan organicz­ny, lecz odzwierciedla również nasze stany i reakcje psychi­czne. Niekiedy jest to tak wyraźne, że zauważalne dla każdego. Czerwienimy się ze wstydu i bledniemy ze strachu, pocimy się z emocji i ze zdenerwowania, włosy nam się jeżą i dostajemy gęsiej skórki z przerażenia. Specjalnymi przy­rządami elektronicznymi można zmierzyć niewidoczne na zewnątrz przewodnictwo elektryczne naszej skóry. Pierwsze takie eksperymenty i pomiary przeprowadził Carl Gustav Jung, dokonując „eksperymentów asocjacyjnych”. Dziś, dzięki nowoczesnej elektronice, można odbierać nawet najsubtelniejsze zmiany w przewodnictwie elektrycznym skóry i w ten sposób „rozmawiać” z samą skórą człowieka. Na każde słowo bowiem, każdy temat, każde pytanie skóra reaguje natychmiastową zmianą w swoim przewodnictwie elektrycznym (nazywa się to elektronowym rezonansem spinowym albo elektronowym rezonansem magnetycznym).
To wszystko utwierdza nas w przekonaniu, że skóra jest dużą powierzchnią projekcyjną, na której odbijają się zarówno somatyczne, jak i psychiczne procesy naszego organizmu. A jeśli skóra tak wiele z naszego wnętrza ujawnia, staramy się nie tylko ją pielęgnować, lecz również manipulować jej wyglądem. W to oszukańcze przedsię­wzięcie, które nazywa się kosmetyką, ludzie skłonni są inwestować pokaźne sumy. Nie jest zamiarem autorów tej książki pomstowanie na sztukę upiększania. Chcemy jednak przyjrzeć się, jakie ludzkie dążenia kryją się za pradawną tradycją malowania ciała. Jeżeli skóra jest zewnętrznym odbiciem naszego wnętrza, to każda próba sztucznej zmiany tego odbicia jest aktem nieuczciwości. Człowiek stara się coś zamaskować, ewentualnie stworzyć na zewnątrz pozory czegoś, co nie istnieje w środku. Buduje fałszywą fasadę, tracąc tym samym zgodność między treścią a formą. Na tym polega różnica między „być pięknym” a „wyglądać pięknie” czy też między prawdą a pozorem. Te starania, by pokazać światu fałszywą maskę, zaczynają się od makijażu, a kończą w groteskowy sposób na operacji plastycznej. Człowiek pozwala, by mu wygładzono twarz, ale, o dziwo, nie boi się utraty własnej twarzy!
Za tymi wszystkimi próbami, by stać się kimś innym, niż się jest, kryje się jedna prawda – wobec nikogo nie odczuwamy większej niechęci niż wobec samych siebie! Jednym z najtrudniejszych zadań człowieka jest pokochanie siebie. Każdy, kto uważa, że mógłby polubić i pokochać siebie, z całą pewnością myli „siebie” ze swoim małym „ego”. Najczęściej tylko ten sądzi, że siebie lubi, kto siebie nie zna. A ponieważ nie lubimy siebie jako całości, z naszym cieniem włącznie, usiłujemy zmienić i kształtować nasz wizerunek zewnętrzny. Pozostaje to jednak tak długo „kos­metyką”, dopóki nie zmieni się nasze wnętrze, czyli świado­mość. (Nie twierdzimy jednak, że zmiany formalne nie mogą zapoczątkować procesu ukierunkowanego do wewnątrz, jak to się na przykład dzieje przy praktykowaniu jogi, stosowaniu bioenergetyki i tym podobnych metod. Te metody różnią się jednak od kosmetyki świadomością celu!) Nawet przy przelotnych kontaktach skóra człowieka mówi nam coś o jego wnętrzu. Pod bardzo wrażliwą skórą kryje się bardzo wrażliwa dusza (mieć cienką skórę), podczas gdy twarda, zrogowaciała skóra wskazuje raczej na gruboskór­ność. Skóra spocona świadczy o niepewności i lęku naszego rozmówcy, zaczerwieniona – o zdenerwowaniu. Za pośred­nictwem skóry dotykamy się i nawiązujemy kontakt. Nieza­leżnie od tego, czy będzie to cios pięścią, czy delikatna pieszczota – zawsze kontakt następuje poprzez skórę. Skóra może zostać uszkodzona na skutek procesu chorobo­wego wewnątrz naszego organizmu (zapalenie, wysypka, ropień), jak też na skutek czynników zewnętrznych (skale­czenie, operacja). W obu przypadkach zostaje naruszona nasza granica i nie zawsze można wyjść z takiej sytuacji bez szwanku.

Wysypki skórne

Gdy pojawia się wysypka, zostaje naruszona granica, coś chce wydostać się na zewnątrz. Najłatwiej prześledzić to zjawisko na przykładzie tak zwanego trądziku młodzień­czego. W okresie dojrzewania człowiek zaczyna uświada­miać sobie własną seksualność, ale najczęściej trwożliwie ją wypiera. Okres dojrzewania jest zresztą celnym przykładem zaistnienia sytuacji konfliktowej. Faza pozornego spokoju zostaje nagle zakłócona przez wydobywające się z głębi nieświadomości nowe roszczenia, które z całą siłą pragną znaleźć sobie miejsce w świadomości i życiu człowieka. Ale to nowe i nieznane napawa lękiem. Człowiek chciałby to usunąć i powrócić do stanu, który zna i do którego się przyzwyczaił. Nic z tego. Nie da się zatrzymać raz urucho­mionego procesu.
I w ten oto sposób człowiek staje w samym środku konfliktu, wahając się między pokusą nowego a lękiem przed tym, co nieznane. Każdy konflikt przebiega według tego schematu – zmienia się tylko jego źródło. W okresie dojrzewania jest nim seksualność, miłość, partnerstwo. Budzi się tęsknota za biegunem przeciwnym, którym jest „ty”. Chcielibyśmy nawiązać kontakt z tym, czego brak odczuwamy, a jednak nie mamy odwagi. Rodzą się fantazje seksualne, których się wstydzimy. Wtedy konflikt uzewnęt­rznia się na skórze w formie zapalenia. Skóra stanowi przecież granicę naszego ja, którą trzeba przełamać, by znaleźć drogę do ty. Równocześnie skóra jest narządem, z którym można mieć kontakt, którego inni mogą dotykać i głaskać. Aby być kochanym, trzeba się też podobać w swojej skórze drugiej osobie.
To gorący temat, na który skóra reaguje zapaleniem, dając znać, że z jednej strony jest coś, co chciałoby rozsadzić dotychczasowe granice, że nowa energia pragnie znaleźć ujście, a z drugiej – że istnieje lęk przed nowo obudzonym popędem i usiłowanie stłumienia go. Przez trądzik człowiek w wieku dojrzewania chroni sam siebie, gdyż wysypka utrudnia mu wszelkie ruchy i przeszkadza w zaspokojeniu potrzeby seksu. Powstaje więc błędne koło: nie zaspokojona potrzeba seksu manifestuje się w formie trądziku na skórze – trądzik uniemożliwia seks. Tłumiona chęć podniecenia seksualnego zmienia się w podrażnioną skórę.
O tym, w jak ścisłym związku pozostają seks i trądzik, świadczą miejsca, na których pojawia się wysypka. Jest to wyłącznie twarz, a u dziewcząt także dekolt (czasami i plecy). Pozostałych partii skóry trądzik nie atakuje, gdyż nie miałoby to większego sensu. Wstyd z powodu własnej seksualności zmienia się we wstyd z powodu wysypki.
Wielu lekarzy zapisuje pacjentkom z dobrym skutkiem pigułkę antykoncepcyjną. Oczywista jest symbolika jej działania: pigułka wywołuje w organizmie stan podobny do ciąży, a zatem skoro „to” już się stało, trądzik znika, gdyż nie musi nas już przed niczym bronić. Na słońcu i nad morzem wysypka najczęściej cofa się, nasilając wtedy, gdy ciało jest osłonięte. Ubranie jako druga skóra podkreśla dodatkowo odizolowanie się i nietykalność, podczas gdy rozebranie się jest pierwszym krokiem do otwarcia siebie, a słońce w sposób bezpieczny zastępuje wytęsknione i prze­jmujące lękiem ciepło drugiego ciała. Każdy wie doskonale, że najlepszym lekarstwem na trądzik jest zaspokojenie potrzeby seksu.
Wszystko, co powiedziano tutaj na temat trądziku okresu dojrzewania, odnosi się w zasadzie do niemal wszystkich wysypek skórnych. Każda wysypka świadczy o tym, że coś dotychczas powstrzymywanego pragnie prze­kroczyć granicę i uzewnętrznić się. W formie wysypki manifestuje się to, co dotychczas nie było widoczne. Łatwo teraz zrozumieć, dlaczego prawie wszystkie choroby dziecię­ce, jak odra, szkarlatyna, różyczka, dają objawy skórne. Przy każdej takiej chorobie wychodzi na światło dzienne coś nowego w życiu dziecka, i dlatego każda taka choroba oznacza najczęściej potężny krok w rozwoju dziecka. Im silniejsze wykwity skórne, tym szybszy przebieg choroby – granica została przełamana. Wyprysk dziecięcy u niemo­wląt to reakcja na matkę, która za mało dotyka swoje dziecko albo też nie okazuje mu dostatecznie dużo uczuć. Wysypka niemowlęca to widomy znak owego niewidocz­nego muru i próby wyrwania się z izolacji. Matki często wykorzystują egzemę, by usprawiedliwić przyczynowo swo­ją wewnętrzną niechęć do dziecka. Najczęściej są to matki przesadnie „estetyczne”, które same przykładają ogromną wagę do czystej skóry.
Jedną z najczęstszych chorób skóry jest łuszczyca. Objawia się ona plackowatymi ogniskami zapalnymi o ograniczonej powierzchni, pokrytymi srebrzystobiałymi łuskami. Naturalny proces rogowacenia skóry zostaje w tym przypadku przyspieszony i wyolbrzymiony. Miejsca zaata­kowane łuszczycą wyglądają jak pancerz (por. zrogowaciały pancerz zwierząt). Naturalna funkcja ochronna skóry zo­staje wynaturzona. Ciało „opancerza się”, izolując ze wszys­tkich stron od otoczenia. Chory nie chce już niczego przyjąć ani niczego oddać. Reich bardzo trafnie nazwał efekt psychicznej ochrony i zamykania się w sobie „charakterem opancerzonym”. Za każdym rodzajem obrony kryje się strach przed „zranieniem”. Im silniejsza ochrona i im grubszy pancerz, tym większa wrażliwość wewnętrzna czło­wieka i jego lęk przed zranieniem.
Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem podobnym do tego, jakie obserwujemy w świecie zwierząt. Wystarczy zdjąć ze skorupiaka skorupę, by ukazało się bezbronne, miękkie, podatne na zranienia „coś”. Ludzie, którzy chroniąc sa­mych siebie, nikogo i niczego do siebie nie dopuszczają, są w rzeczywistości najczęściej ludźmi najbardziej wrażliwymi. Nieprzypadkowo mówi się, że w „twardej skorupie kryje się miękkie jądro”. Próba ukrycia wrażliwej duszy pod pan­cerzem ma w sobie coś tragicznego. Pancerz chroni wpraw­dzie przed zranieniem, ale równocześnie „chroni” przed wszystkim innym – miłością i bliskością również. Miłość oznacza otwarcie, a pancerz je uniemożliwia. Odgradza więc duszę od dopływu życiodajnych prądów, przez co lęk zaczyna się nasilać. Coraz trudniej wyrwać się z tego błędnego koła. Kiedyś musimy pozwolić, by nasza tak chroniona dusza została zraniona, by przekonać się, że nie jest to równoznaczne z jej unicestwieniem. Musimy znowu stać się podatni na zranienia, aby móc przeżyć coś cudow­nego. Następuje to tylko pod presją zewnętrzną, na skutek zrządzenia losu lub psychoterapii.
Przedstawiliśmy dlatego tak obszernie zależność między wysoką podatnością na zranienia a opancerzaniem się, że placki łuszczycy na ciele są właśnie świadectwem tej współ­zależności. Łuszczyca prowadzi bowiem do pęknięć skóry, a nawet do krwawiących ran, które wzmagają groźbę infekcji. Widzimy na tym przykładzie, jak w istocie blisko siebie znajdują się skrajności, jak rany i zrogowaciały pancerz uzewnętrzniają rozdarcie między tęsknotą za blis­kością a lękiem przed nią. Łuszczyca często zaczyna się od łokci. Łokciami człowiek się rozpycha, na łokciach się opiera. Właśnie te miejsca są stwardniałe i narażone na zranienia. W postaci łuszczycy chęć odizolowania się i od­graniczenia osiąga swój punkt ekstremalny, zmuszając pacjenta, by przynajmniej na poziomie ciała stał się „otwar­ty i podatny na zranienia”.

Świąd

Świąd towarzyszy wielu chorobom skóry, na przykład pokrzywce, świerzbowi, ale występuje także samoistnie, bez konkretnej „przyczyny”. Świąd może człowieka doprowa­dzić do szału – bez przerwy trzeba się drapać. Swędzenie i drapanie mają też znaczenie czysto psychologiczne, co wyraża się w niektórych powiedzonkach, jak choćby ręka mnie swędzi czy każdy się drapie, gdzie go świerzbi. W obu tych sformułowaniach można by od biedy słowo swędzić zamienić na słowa drażnić, pobudzać. Swędzenie jest od­czuwane jako „pobudzenie”. Wprawdzie zarówno słowo swędzić, jak i pobudzać, podniecać mają bardzo bliskie odniesienia do seksu, ale nie powinniśmy przeoczyć innych dziedzin, które łączą się z tymi pojęciami. Można kogoś pobudzić w sensie agresywnym (na przykład zwierzę, gdy je drażnimy), ale podniecający może być także wieczorny nastrój. Jeśli coś nas pobudza – stymuluje nas do czegoś. Może to być seks, agresja, sympatia lub miłość. Pobudzenie nie ma jednoznacznego sensu dla każdego. Jest odczuwane ambiwalentnie. Nie można stwierdzić, czy odczuwamy pobudzenie jako podniecające, czy też reagujemy na nie rozdrażnieniem. Jedno jest pewne – jesteśmy pobudzeni. Również łacińskie słowo prurigo znaczy swędzenie, ale i lubieżność, pożądliwość, a czasownik prurire znaczy swędzić.
Swędzenie ciała oznacza, że coś nas swędzi i pobudza psychicznie. Najwidoczniej jednak nie chcemy tego do­strzec, skoro ujawnia się to na płaszczyźnie somatycznej. Świąd jest zawsze somatycznym przejawem jakiejś namięt­ności, ognia wewnętrznego, płomienia, który chce wydostać się na zewnątrz, chce zostać ujawniony. Dlatego zmusza nas do drapania się. A drapanie to łagodna forma grzebania i kopania. Tak jak kopie się i grzebie w ziemi, aby coś wydobyć na światło dzienne, tak samo pacjent cierpiący na świąd drapie swoją skórę, by w sposób symboliczny znaleźć to, co go swędzi i gryzie, podnieca i pobudza. Jeśli to znajdzie, jest zadowolony.
Świąd zatem zawsze sygnalizuje coś, co nas swędzi, obwieszcza o czymś, co nie pozostawia nas chłodnym, obojętnym, lecz co pali, nie daje spokoju – gorąca namięt­ność, ognista miłość, gniew, który w nas płonie. Nic dziwnego, że świądowi często towarzyszy wysypka, czer­wone plamy na skórze i płomienne wykwity. Wyzwanie dla chorego brzmi: tak długo należy drapać swoją świadomość, aż wreszcie znajdzie się przyczynę swędzenia – to dopiero będzie pobudzające!

Choroby skóry

W przypadku problemów ze skórą należy zadać sobie następujące pytania:
1. Czy nie za bardzo izoluję się od otoczenia?
2. Czy potrafię nawiązywać kontakty?
3. Czy za moją niechętną postawą wobec otoczenia nie kryje się tłumione pragnienie bliskości?
4. Co we mnie pragnie przełamać granicę i ujawnić się (seksualność, popęd, namiętność, agresja, zachwyt)?
5. Co mnie tak naprawdę swędzi?
6. Czy nie wpędziłem się sam w izolację?


8. Nerki
Nerki w organizmie człowieka reprezentują partnerst­wo. Bóle i choroby nerek występują zawsze wtedy, gdy przeżywamy konflikty z partnerem. Partnerstwo w tym wypadku nie odnosi się do sfery seksu, lecz do stosunków z bliźnimi w ogóle. Sposób traktowania drugiego człowieka najlepiej uwidacznia się w związku partnerskim, ale można go przenieść i na inne osoby, z którymi się spotykamy. W celu lepszego zrozumienia zależności między nerkami a partnerstwem przyjrzyjmy się najpierw psychicznemu podłożu partnerstwa.
Biegunowość naszej świadomości powoduje, że nie uświadamiamy sobie siebie jako całości, lecz identyfikujemy się zawsze z jakimś fragmentem swojej osobowości. Ten fragment nazywamy swoim ja. To, czego nam brak, to nasz cień, którego – per definitionem – nie znamy. Droga, jaką podąża człowiek, jest drogą do rozszerzania swej świadomo­ści. Człowiek wciąż jest zmuszany do uświadamiania sobie nieświadomych aspektów swej osobowości i integrowania ich ze świadomą osobowością. Ten proces skończy się z chwilą, gdy osiągniemy pełną świadomość – gdy będzie­my „wyleczeni”.
Człowiek pełny to człowiek androgyniczny, to jest taki, w którego psychice elementy męski i żeński połączyły się w jedność. Androgynizmu nie należy mylić z obojnactwem. Jest oczywiste, że androgynizm odnosi się do psychiki, podczas gdy ciało zachowuje swoją płeć. Świadomość jednak już się z nią nie utożsamia (podobnie jak to się dzieje w przypadku małego dziecka, które ma określoną płeć, ale się z nią nie identyfikuje). Androgynizm znajduje zewnętrz­ny wyraz w celibacie i w ubiorze księży i zakonników. Być mężczyzną to znaczy utożsamiać się z męskim biegunem swej duszy, przez co pierwiastek żeński automatycznie przesuwa się w sferę cienia. Być kobietą zaś, to znaczy utożsamiać się z żeńskim biegunem swej duszy, przez co biegun męski usuwa się w sferę cienia. Nasze zadanie polega na uświadomieniu sobie swego cienia. Możemy to jednak uczynić wyłącznie poprzez projekcję. Musimy szukać na zewnątrz tego, czego nam brak, choć tak naprawdę tkwi to w nas.
Może się to na pozór wydawać paradoksalne, a więc trudne do zrozumienia. Poznanie wymaga jednak oddziele­nia podmiotu od przedmiotu. Wprawdzie oko, na przykład, widzi, ale nie może zobaczyć siebie – do tego potrzebuje projekcji na powierzchni lustra. W takiej samej sytuacji znajdujemy się my, ludzie. Mężczyzna może sobie uświado­mić swój żeński fragment duszy (Jung nazywa go animą) tylko poprzez projekcję na jakąś konkretną kobietę – ko­bieta poprzez projekcję na jakiegoś konkretnego mężczyznę. Możemy wyobrazić sobie cień warstwowo. Istnieją bardzo głębokie warstwy, które przejmują nas grozą i budzą w nas lęk, istnieją też takie, które leżą pod powierzchnią i czekają, by je wydobyć. Jeśli teraz spotkam osobę, która reprezentuje to, co u mnie jest położone w górnej warstwie cienia, zakochuję się w niej. Ostatnie słowo, niej, można odnieść zarówno do drugiej osoby, jak i do warstwy własnego cienia, gdyż koniec końców jest to to samo.
To bowiem, co kochamy lub czego nienawidzimy w dru­giej osobie, znajduje się ostatecznie zawsze w nas samych. Mówimy o miłości wtedy, gdy ktoś inny odbija niczym lustro ten obszar cienia, który chcielibyśmy sobie uświa­domić, gdy zaś ktoś odbija bardzo głęboką warstwę na­szego cienia, której nie chcielibyśmy w sobie dostrzec, nienawidzimy go. Uważamy inną płeć za atrakcyjną, ponie­waż jest tym, czego nam brakuje. Często się jej lękamy, gdyż jest czymś nieznanym. Spotkanie z partnerem jest spot­kaniem z nie znanym nam, nieświadomym aspektem naszej duszy. Gdy ten mechanizm odzwierciedlania sfery własnego cienia przez drugą osobę stanie się dla nas jasny, ujrzymy wszystkie problemy wynikające z partnerstwa w nowym świetle. Wszystkie trudności, jakie mamy w stosunkach z naszym partnerem, są trudnościami, jakie mamy sami ze sobą.
Nasz stosunek do nie uświadamianych treści naszej osobowości jest zawsze ambiwalentny – z jednej strony nas pociąga, z drugiej napawa lękiem. Podobnie ambi­walentny jest najczęściej nasz stosunek do partnera – ko­chamy go i nienawidzimy zarazem, chcemy go mieć na własność, a zarazem uwolnić się od nie
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje