Author Topic: A co ciebie obchodzi, co myślą inni? - Richard P. Feynman  (Read 1057 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
A co ciebie obchodzi, co myślą inni?" - Richard P. Feynman

Dwa fragmenty z książki jeden odnośnie wskazówek na wychowanie dziecka, drugi gdy Richard brał udział w komisji badającej katastrofę promu kosmicznego Challenger.

(...)
Zanim przyszedłem na świat, ojciec powiedział do matki: „Jeżeli będzie chłopiec, zostanie naukowcem" . Gdy byłem małym dzieckiem, bardzo małym, sadzanym na wysokim dziecinnym krzesełku, ojciec przyniósł do domu dużo malutkich kafelków łazienkowych - odrzutów drugiej kategorii - w różnych kolorach. Bawiliśmy się nimi: ojciec ustawiał je pionowo na krzesełku, jak kostki domina, a ja popychałem z boku, tak że wszystkie się przewracały.
Po jakimś czasie zacząłem pomagać mu je ustawiać. Niedługo układaliśmy je w bardziej skomplikowany sposób: dwa kafelki białe i jeden niebieski, dwa białe i jeden niebieski, i tak dalej. Gdy zobaczyła to matka, powiedziała:
-      Zostaw to biedne dziecko w spokoju. Jak chce położyć niebieski, to pozwól mu położyć niebieski.
Ale ojciec odparł:
-      Nie. Chcę mu pokazać, jakie z nich można ułożyć wzory i jakie są interesujące. To taki podstawowy kurs matematyki.
Jak widać, ojciec bardzo wcześnie zaczął opowiadać mi o świecie i o tym, jaki jest ciekawy.
W domu mieliśmy Encyclopaedia Britannica. Gdy byłem mały, brał mnie na kolana i czytał. Na przykład o dinozaurach. O jednym z nich, Tyrannosaurus rex, było napisane, że „mierzył dwadzieścia pięć stóp wysokości, a szerokość jego głowy wynosiła sześć stóp".
Wtedy ojciec przestawał czytać i mówił:
-      Teraz zobaczmy, co to znaczy. Gdyby stanął na naszym podwórku przed domem, mógłby tu wsadzić głowę przez okno (byliśmy na piętrze). Ale głowę miałby za szeroką i nie zmieściłaby się w oknie.
Do wszystkiego, co mi czytał, starał się znaleźć jak najlepsze odniesienie w rzeczywistości. Bardzo podniecające i bardzo, bardzo ciekawe było pomyśleć, że kiedyś istniały takie potężne zwierzęta, że wszystkie wymarły i że nikt nie wie, dlaczego. Wcale się nie bałem, że po tych opowieściach taki dinozaur rzeczywiście przyjdzie pod moje okno. Ale nauczyłem się od ojca umiejętności docierania do sedna sprawy: ilekroć coś czytam, próbuję dowiedzieć się, co naprawdę jest grane.
Wakacje spędzaliśmy zwykle w górach Catskill, dokąd w lecie wyjeżdżali ludzie z Nowego Jorku. Ojcowie rodzin wracali do miasta do pracy i przyjeżdżali tylko na weekendy. Mój ojciec zabierał mnie wtedy do lasu na spacery i opowiadał ciekawe rzeczy o tym, co się w nim dzieje. Gdy zobaczyły to inne matki, stwierdziły, że ich mężowie także powinni zabierać synów na spacery. Próbowały to na nich wymusić, lecz z początku nie na wiele się to zdało. Potem chciały, aby to mój ojciec zabierał wszystkie dzieci ze sobą, ale ojciec nie miał specjalnej ochoty, bo łączyła nas specjalna więź. Skończyło się na tym, że w następny weekend pozostali ojcowie byli zmuszeni zabrać własne pociechy na spacer.
W następny poniedziałek, gdy ojcowie wrócili już do pracy, my, dzieci, bawiliśmy się na polu. Jedno dziecko zagadnęło mnie:
-      Widzisz tego ptaka? Co to takiego?
-      Nie mam zielonego pojęcia, co to za jeden - odpowiedziałem.
-      To jest drozd rdzawoboczny. Twój tata niczego cię nie uczy!
Tymczasem było odwrotnie. Nauczył mnie już wcześniej.
-      Widzisz tego ptaka? - mówił. - To gajówka Spencera (wiedziałem, że nie zna prawdziwej nazwy). - Widzisz, po włosku to jest Chutto Lapittida. Po portugalsku - Bom da Peida. Po chińsku - Chung-long-tah, a po japońsku - Katano Tekeda. Możesz poznać nazwy tego ptaka we wszystkich językach świata, ale kiedy już się ich nauczysz, nie będziesz miał o nim bladego pojęcia. Będziesz tylko wiedział, że ludzie w różnych miejscach świata tak go nazywają. Więc popatrzmy sobie na ptaszka i zobaczmy, co robi, bo to się właśnie liczy. (Bardzo wcześnie nauczyłem się, jaka jest różnica między poznaniem nazwy jakiegoś przedmiotu a wiedzą o nim).
-      Zobacz - mówił na przykład - bez przerwy dziobie piórka. Widzisz, jak chodzi i dziobie?
-      Tak.
-      Jak myślisz, dlaczego ptaki dziobią sobie piórka?
-      No, może jak lecą, to im się te piórka stroszą i potem dziobią, żeby je wygładzić.
-      Dobrze - odpowiadał. - Ale gdyby tak było, dziobałyby od razu, jak wylądują. Po jakimś czasie na ziemi nie dziobałyby już tak bardzo, wiesz, o co mi chodzi?
-      No.
-      To popatrzmy, czy będą dziobać bardziej, jak skończą latać i wylądują.
Nietrudno było zgadnąć: nie było większej różnicy między ptakami, które już jakiś czas chodziły po ziemi, a tymi, które dopiero wylądowały. Powiedziałem:
-      Poddaję się. Po co ptaki dziobią sobie piórka?
-      Dlatego że dokuczają im wszy - ojciec na to. - Wszy zjadają drobinki białka, które odpadają z piórek - i opowiadał dalej. - Każda wesz ma na odnóżach taką woskowatą substancję. Zjadają ją roztocza. Ale nie trawią jej całkowicie, więc z tyłu wypuszczają masę podobną do cukru, w której rozwijają się bakterie. - Na koniec dodawał: - No i widzisz, wszędzie, gdzie jest jakieś źródło pokarmu, jest też j a k a ś forma życia, która go znajdzie.
W porządku, wiedziałem, że to niekoniecznie były wszy, że nie do końca prawdą było to, że na ich odnóżach znajdowały się roztocza. Historyjka mogła mieć braki w szczegółach , lecz z a s a d n i c z o była poprawna.
Innym razem, gdy byłem starszy, zerwał z drzewa liść. Miał skazę, coś, na co nigdy nie zwrócilibyśmy uwagi. Wyglądał, jakby był nadpsuty - była na nim cienka kreska w kształcie litery c. Zaczynała się gdzieś w środku i biegła zawijasem do brzegu.
-      Popatrz na tę brązową kreskę - rzekł ojciec. - Z początku jest wąska, a bliżej krawędzi staje się szersza. Jest tak dlatego, że mucha - niebieska mucha z żółtymi oczami i zielonymi skrzydłami - przyleciała i złożyła na tym liściu jajo. Potem, gdy z jaja wykluje się larwa (coś podobnego do gąsienicy), przez całe życie będzie jadła ten liść - swoje pożywienie. Kiedy je, zostawia za sobą właśnie taki brązowy ślad na zjadanym liściu. W miarę wzrostu larwy ślad robi się coraz szerszy do momentu, gdy gąsienica na brzegu liścia dorasta do pełnych rozmiarów i zmienia się w muchę - niebieską, z żółtymi oczami i zielonymi skrzydłami - która odlatuje i znosi jajo na innym liściu.
I znów wiedziałem, że szczegóły nie są dokładne - równie dobrze mógł to być chrabąszcz - ale sama idea, którą próbował mi wyjaśnić, to zabawna strona życia: było to po prostu rozmnażanie. Nieważne, jak bardzo skomplikowany jest cały proces - chodzi o to, żeby zrobić to znów!
Nie mając zbyt szerokich kontaktów z innymi ojcami, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaki jest nadzwyczajny. Jak nauczył się głębokich podstaw nauki, jej umiłowania, chęci poznania tego, co się za nią kryje i dlaczego warto się w nią bawić? Tak naprawdę, nigdy go o to nie pytałem, bo zawsze zakładałem, że są to rzeczy, które ojcowie po prostu wiedzą.
Ojciec nauczył mnie zauważać różne rzeczy. Pewnego dnia bawiłem się moim „wozem ekspresowym" - takim małym wózkiem z drabinką dookoła. W środku była piłka, a kiedy ciągnąłem wózek, zauważyłem, że jakoś dziwnie się porusza. Poszedłem do ojca i mówię:
-      Wiesz tato, coś zauważyłem. Jak ciągnę wózek, piłka toczy się do tyłu. A jak ciągnę i nagle przestanę, to piłka toczy się do przodu. Dlaczego tak jest?
-      Tego nikt nie wie - odparł ojciec. - Ogólna zasada jest taka, że przedmioty, które są w ruchu, zwykle poruszają się dalej, a te, które są nieruchome, pozostają nieruchome, chyba że je silnie popchniesz. To zjawisko nazywa się „bezwładnością", ale nikt nie wie, dlaczego tak jest.
I to jest właśnie zrozumienie istoty rzeczy. Podał mi nie tylko samą nazwę zjawiska.
-      Jak popatrzysz z boku - mówił dalej - to zobaczysz, że tak naprawdę ciągniesz tylko wózek, a piłka stoi w tym samym miejscu względem ziemi. No, tak naprawdę, z powodu tarcia przesuwa się trochę do przodu. Ale nie rusza się do tyłu.
Pobiegłem z powrotem do wózka, ustawiłem piłkę i pociągnąłem. Patrząc z boku, zobaczyłem, że rzeczywiście miał rację. W stosunku do chodnika piłka faktycznie niewiele przesunęła się do przodu.
W taki właśnie sposób uczył mnie ojciec: dawał przykłady i wciągał do rozmowy - bez żadnego przymusu - były tylko urocze, pasjonujące pogawędki. One dały mi motywację na resztę życia i spowodowały, że interesują mnie wszystkie dziedziny nauki. (Tak się tylko składa, że radzę sobie lepiej z fizyką).
Uległem fascynacji - jak ktoś, kto będąc dzieckiem, dostał coś cudownego w prezencie i dalej szuka tego samego. Jak dziecko, zawsze szukam cudów, i wiem, że je znajdę - może nie za
każdym razem, ale co jakiś czas.
Mniej więcej w tym samym czasie mój kuzyn, który był o trzy lata starszy ode mnie, chodził do szkoły średniej. Miał spore kłopoty z algebrą, więc musiał brać korepetycje. Pozwolono mi siedzieć w kącie i przysłuchiwać się zmaganiom korepetytora próbującego wytłumaczyć kuzynowi, o co chodzi. Słyszałem, jak mówił o x-ie. Spytałem kuzyna:
-      Co masz zrobić?
-      Znaleźć wartość x w 2x + 7 = 15.
-      To jest 4 - mówię.
-      Tak, ale ty to zrobiłeś arytmetycznie. A musisz to zrobić algebraicznie.
Nauczyłem się algebry, na szczęście, nie dzięki temu, że chodziłem do szkoły, ale dlatego, że znalazłem na strychu stary podręcznik do arytmetyki mojej ciotki. Pojąłem, że chodzi o to, żeby znaleźć wartość x, wszystko jedno, w jaki sposób. Nie istniało dla mnie podejście „arytmetyczne" ani „algebraiczne". „Algebra" to zbiór reguł, które ślepo przestrzegane dają odpowiedź: „odejmij 7 od obu stron; jeżeli masz mnożnik, podziel przez niego obie strony", i tak dalej - seria kroków, dzięki którym można było znaleźć odpowiedzi, nawet jeżeli nie miało się pojęcia, co właściwie chce się zrobić. Reguły te wymyślono po to, żeby wszystkie dzieci, które muszą się uczyć algebry, mogły ją zdać. I dlatego właśnie mój kuzyn nigdy nie potrafił sobie z nią poradzić.
W naszej bibliotece publicznej znajdowało się wiele książek matematycznych, począwszy od Arytmetyki w praktyce. Potem szła Algebra w praktyce i Trygonometria w praktyce. (Z niej nauczyłem się trygonometrii, którą wkrótce znów zapomniałem, ponieważ nie rozumiałem jej zbyt dobrze). Kiedy miałem jakieś trzynaście lat, biblioteka miała dostać Rachunek różniczkowo- całkowy w praktyce. Wtedy wiedziałem już, z encyklopedii, że rachunek różniczkowo-całkowy jest ważnym i interesującym przedmiotem i że powinienem się do niego przyłożyć.
Gdy wreszcie zobaczyłem upragnioną książkę w bibliotece, poczułem dreszcz podniecenia. Podszedłem do bibliotekarki, żeby ją wypożyczyć, lecz ona spojrzała na mnie i powiedziała:
-      Jesteś przecież dzieckiem. Po co ci ta książka?
Był to jeden z nielicznych przypadków w moim życiu, gdy poczułem się nieswojo i skłamałem. Powiedziałem, że to dla ojca.
Wziąłem książkę do domu i zacząłem się z niej uczyć. Wydawała mi się stosunkowo prosta i jasna. Ojciec też zaczął ją czytać, ale stwierdził, że jest dla niego pogmatwana i niezrozumiała. Próbowałem mu wytłumaczyć, na czym polega rachunek różniczkowo-całkowy. Nie miałem pojęcia, że jest tak ograniczony, i trochę mnie to dręczyło. Był to pierwszy raz, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że w pewnym sensie nauczyłem się więcej niż on.
Oprócz fizyki, jedną z rzeczy, których nauczył mnie ojciec - może powinien był, a może nie - był brak poszanowania dla niektórych rzeczy. Na przykład, kiedy byłem mały i brał mnie na kolana, pokazywał mi w „New York Timesie" rotograwiury - drukowane obrazki, które właśnie zaczęły pojawiać się w gazetach.
Pewnego razu oglądaliśmy zdjęcie papieża i kłaniających mu się ludzi. Ojciec powiedział:
-      No i popatrz na nich. Stoi sobie jeden człowiek, a wszyscy inni mu się kłaniają. Czym się od siebie różnią? Ten jest papieżem (ojciec nie znosił papieża). Cała różnica to kapelusz, który ma na głowie (jeżeli mowa była o generale, to mówił o epoletach. Zawsze mówił o stroju, o mundurze, o stanowisku). Ale ten człowiek ma takie same problemy jak każdy inny - mówił dalej. - Musi zjeść obiad, pójść do łazienki. Jest po prostu istotą ludzką. (A propos, ojciec pracował w firmie szyjącej mundury, wiedział więc, jaka jest różnica między człowiekiem bez munduru a człowiekiem w mundurze - dla niego był to jeden i ten sam człowiek).
Sądzę, że był ze mnie zadowolony. Lecz raz, gdy wróciłem z MIT (spędziłem tam parę lat), rzekł do mnie:
-      Teraz, skoro zdobyłeś już wykształcenie, mam do ciebie jedno pytanie, które mnie gnębi i na które nie potrafię sobie odpowiedzieć.
Zapytałem, co to takiego. Odparł:
-      Wiem, że kiedy atom przechodzi z jednego stanu w drugi, emituje cząstkę światła zwaną fotonem.
-      Zgadza się - przytaknąłem.
-      Czy wcześniej ten foton jest gdzieś w atomie?
-      Nie, w atomie nie ma żadnego fotonu.
-      W takim razie, skąd się bierze? W jaki sposób się wydostaje?
Próbowałem mu wyjaśnić, że liczba fotonów nie jest stała, że wytwarza je po prostu ruch elektronu, lecz nie potrafiłem tego zbyt dobrze wytłumaczyć. Powiedziałem:
-      Tak samo jak dźwięk, który teraz wydaję: nie było go we mnie wcześniej.
(Zupełnie inaczej niż mój mały synek, który nagle oznajmił, że dłużej nie może używać pewnego słowa - okazało się, że chodzi o wyraz „kot" - ponieważ w jego „worku ze słowami" właśnie go zabrakło. Nie ma żadnego worka ze słowami, który staje się uboższy z każdym wypowiedzianym słowem, tak samo jak nie ma żadnego „worka z fotonami" w atomie).
Pod tym względem nie był ze mnie zadowolony. Nigdy nie potrafiłem wytłumaczyć mu rzeczy, których nie rozumiał. Więc nie udało mu się: posłał mnie na te wszystkie uczelnie, żeby móc różne rzeczy wreszcie zrozumieć, lecz nie udało mu się.
Mimo że matka nie miała pojęcia o nauce, ona też wywarła na mnie wielki wpływ. W szczególności, miała niesamowite poczucie humoru i od niej nauczyłem się, że najwyższe formy zrozumienia, jakie możemy osiągnąć, to śmiech i współczucie.
(...)

(...)
Pierwsze zebranie komisji było, tak naprawdę, nieformalnym spotkaniem jej członków. Nie odpowiadało mi to, po instruktażu w JPL poprzedniego dnia cały byłem przecież naładowany informacjami.
Trzeba przyznać, że Rogers powiadomił nas o paru sprawach. Odczytał fragmenty rozporządzenia, które określało zakres naszych prac:
Komisja:
1.      Zbada okoliczności wypadku, określi jego prawdopodobną przyczynę lub przyczyny
oraz
2.      Opracuje zalecenia działań naprawczych lub innych opartych na ustaleniach i wynikach przeprowadzonych przez siebie badań.
Rogers powiedział też, że dochodzenie zakończymy w terminie do 120 dni. Odetchnąłem z ulgą: zakres działań naszej komisji ograniczy się do wypadku, a praca może się skończyć, zanim zdążę popełnić samobójstwo!
Rogers zapytał każdego z nas, jak wiele czasu możemy poświęcić pracom komisji. Niektórzy z członków komisji byli emerytami, a prawie wszyscy stwierdzili, że przełożyli swoje zajęcia. Ja powiedziałem:
-      Jestem gotów do pracy na 100 procent, zaczynając od zaraz!
Rogers zapytał:
-      Kto będzie pisał raport?
Zgłosił się niejaki Hotz, redaktor pisma „Aviation Week".
Potem przewodniczący komisji przeszedł do kolejnej sprawy:
-      Pracuję w Waszyngtonie od dawna - powiedział. - I jest coś, o czym wszyscy państwo musicie wiedzieć: bez względu na to, co zrobimy, zawsze będą się zdarzać przecieki do prasy. Możemy tylko starać się je zminimalizować. Właściwym sposobem na nie jest organizowanie otwartych spotkań komisji. Oczywiście, będziemy też mieli zebrania zamknięte, ale gdy tylko odkryjemy coś ważnego, zaraz zwołamy spotkanie otwarte, żeby opinia publiczna zawsze wiedziała, co się tutaj dzieje.
Rogers mówił dalej:
-      Żeby dobrze ułożyć sobie stosunki z prasą, nasze pierwsze oficjalne spotkanie będzie miało charakter otwarty. Spotykamy się jutro o 10 rano.
Gdy wychodziliśmy, usłyszałem, jak generał Kutyna pyta o najbliższą stację metra.
Pomyślałem sobie: „Dogadam się z tym facetem: tak się wystroił, ale w środku jest w porządku. Nie jest jednym z tych generałów, co to będą czekać na kierowcę i specjalny samochód - metrem wraca do Pentagonu". Od razu go polubiłem i, jak się okazało podczas prac komisji, w tym przypadku moja ocena była nad wyraz trafna.
Następnego ranka przyjechała po mnie limuzyna - ktoś załatwił, że na nasze pierwsze oficjalne posiedzenie pojedziemy limuzynami. Usiadłem z przodu, obok kierowcy. Po drodze kierowca mówi do mnie:
-      W tej komisji jest wielu ważnych ludzi...
-      No, w zasadzie tak...
-      Ja... zbieram autografy - mówi. - Czy mógłbym pana prosić o przysługę?
-      Pewnie - odpowiadam i już sięgam po pióro, kiedy on mówi:
-      Jak już tam dojedziemy, mógłby mi pan pokazać, który to jest Neil Armstrong, żebym mógł dostać od niego autograf?
Przed rozpoczęciem posiedzenia zostaliśmy zaprzysiężeni. Tłum ludzi kręcił się wokół, jakaś sekretarka rozdała nam identyfikatory, żebyśmy mogli chodzić po całym budynku NASA. Trzeba też było podpisać jakieś formularze, na których było napisane, że zgadzamy się robić to i owo, w zamian za co otrzymamy zwrot kosztów, i tak dalej.
Po zaprzysiężeniu spotkałem Billa Grahama. Poznałem go i przypomniałem sobie, że równy z niego facet.
Na pierwszym posiedzeniu otwartym, poza ogólnym wprowadzeniem do sprawy, mieliśmy wysłuchać prezentacji w wykonaniu grubych ryb z NASA: panów Moore'a, Aldricha, Lovingooda i innych. Posadzono nas w wielkich skórzanych fotelach na podium, a reflektory i kamery telewizyjne mierzyły w nas, ilekroć ktoś podrapał się po nosie.
Tak się złożyło, że siedziałem koło generała Kutyny. Tuż przed rozpoczęciem posiedzenia nachylił się do mnie i mówi:
-      Drugi do pilota: przyczesać się.
Ja mu na to:
-      Pilot do drugiego: mogę pożyczyć grzebień?
Pierwszą rzeczą, jakiej mieliśmy się nauczyć, były dziwaczne skróty wszędzie używane przez NASA: SRM-y - silniki rakietowe na paliwo stałe, które stanowią zasadniczą część SRB- ów, czyli rakiet pomocniczych promu. SSME-y to główne silniki, które spalają LH (ciekły wodór) i LOX (ciekły tlen), a te z kolei trzyma się w ET - zewnętrznym zbiorniku paliwa. Każda rzecz miała swój skrót.
Dotyczyło to zresztą nie tylko części sporych rozmiarów, praktycznie każdy zawór miał swój skrót literowy, więc powiedzieli nam, że dostaniemy słownik tych akronimów. „To wszystko bardzo łatwe". Pewnie że łatwe, ale im chodziło o takie wielkie, opasłe tomisko, do którego trzeba co rusz zaglądać, żeby sprawdzić rzeczy w rodzaju HPFTP (wysokociśnieniowa pompa materiału pędnego o napędzie turbinowym) czy HPOTP (wysokociśnieniowa pompa tlenu o napędzie turbinowym).
Potem dowiedzieliśmy się o „kropach" - małych, czarnych kółkach przed linijkami, które miały zawierać podsumowania zagadnień. Na slajdach i w naszych materiałach informacyjnych aż roiło się od tych cholernych krop.
Okazało się, że oprócz Rogersa i Achesona, prawników, i Hotza, redaktora, wszyscy mieliśmy dyplomy nauk ścisłych: generał Kutyna - z MIT, Armstrong, Covert, Rummel i Sutter byli inżynierami lotnikami, zaś Ride, Walker, Wheelon i ja byliśmy fizykami. Większość z nas na własną rękę wykonała już jakieś prace wstępne. Zadawaliśmy grubym rybom z NASA bardziej techniczne pytania, niż się spodziewali.
Gdy któryś z nich nie potrafił odpowiedzieć na jakieś zapytanie, Rogers zapewniał go, że rozumiemy, iż nie spodziewał się, że poruszymy tak szczegółowe kwestie, i że przynajmniej na razie zadowalamy się ciągle powtarzanymi słowami: „Tę informację przekażemy państwu w terminie późniejszym".
Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na tamtym posiedzeniu, było to, jak bardzo mało skuteczne jest publiczne dochodzenie: przez większą część czasu inni ludzie zadają pytania, na które ty już znasz odpowiedzi albo zupełnie cię one nie interesują, przez to tak się wyłączasz, że prawie nie słuchasz, kiedy przechodzą do porządku dziennego nad ważnymi sprawami.
Co za kontrast z JPL, gdzie mój głód najróżniejszych informacji zaspokajano bardzo szybko. W środę mamy „zbiórkę" u Rogersa - zajmie nam dwie godziny - i mamy dla siebie całą resztę dnia. Po co? Po nic. A noc? Po nic. Następnego dnia mamy spotkanie otwarte: „Niezwłocznie państwa o tym poinformujemy", czyli razem wziąwszy - nic! Chociaż na zewnątrz wyglądało, że w Waszyngtonie codziennie czymś się zajmujemy, tak naprawdę przez większość czasu siedzieliśmy i nie robiliśmy nic.
Tego wieczoru zadałem sobie coś do roboty: wypisałem sobie pytania, które według mnie powinniśmy zadać podczas dochodzenia, i tematy, jakimi musimy się zająć. Planowałem dowiedzieć się, co zamierza robić reszta komisji, żebyśmy mogli rozdzielić pracę i wreszcie ruszyć.
Następnego dnia, w piątek, odbyliśmy pierwsze prawdziwe posiedzenie. Mieliśmy już biuro - spotkaliśmy się w Old Executive Office, był tam nawet facet, który słowo w słowo zapisywał, co mówimy.
Rogersa coś zatrzymało, więc gdy na niego czekaliśmy, generał Kutyna zaproponował, że powie nam, jak ustala się przyczyny wypadku. Uznaliśmy to za dobry pomysł, więc wstał i wytłumaczył nam, w jaki sposób siły powietrzne USA prowadziły dochodzenie w sprawie katastrofy bezzałogowej rakiety Tytan.
Z zadowoleniem stwierdziłem, że system, jaki opisuje - pytania i sposób zdobywania odpowiedzi - bardzo przypomina plan, który ułożyłem poprzedniego wieczora, z tą różnicą, że jego procedura była znacznie bardziej systematyczna, niż sobie wyobrażałem. Generał Kutyna ostrzegł nas, że czasami przyczyna wydaje się oczywista, ale po dokładnym zbadaniu sprawy trzeba zmienić zdanie. Oni sami mieli bardzo mało danych i w przypadku Tytana trzy razy zmieniali opinię.
Ogarnia mnie podniecenie. Chcę brać udział w takim dochodzeniu i myślę sobie, że możemy zaraz zacząć - musimy tylko postanowić, kto czym się zajmie.
Ale Rogers, który wszedł w toku prezentacji generała Kutyny, mówi:
-      Tak, wasze śledztwo było wielkim sukcesem, generale, ale tutaj nie będziemy mogli skorzystać z waszych metod, bo nie możemy zdobyć tylu informacji, co wy.
Może Rogers, który nie znał się na technice, nie zdawał sobie sprawy, jak dalece mija się z prawdą. Tytan, jako rakieta bezzałogowa, miał znacznie mniej urządzeń kontrolnych niż prom kosmiczny. Mieliśmy do dyspozycji zdjęcia telewizyjne, pokazujące płomień z boku silnika pomocniczego na kilka sekund przed eksplozją, podczas gdy na zdjęciach Tytana, które pokazał nam generał Kutyna, widzieliśmy tylko marną kropkę na niebie - maleńki błysk - a generał nawet z tego potrafił wyciągnąć wnioski.
Rogers mówił dalej:
-      We czwartek w przyszłym tygodniu zorganizowałem dla nas wyjazd na Florydę. Pracownicy NASA urządzą nam przyspieszone szkolenie i oprowadzą po Centrum Kosmicznym im. Kennedy'ego.
Przypomina mi się caryca, która przyjeżdża do wioski potiomkinowskiej: wszystko zawczasu przygotowane, pokażą nam, jak wygląda rakieta i jak się ją składa. W ten sposób nie można się dowiedzieć, co n a p r a w d ę się wydarzyło.
Wtedy głos zabrał Armstrong:
-      Nie możemy zbadać technicznych aspektów sprawy, tak jak to zrobił generał Kutyna.
Dość się przejąłem tym, co powiedział, bo uważałem, że ja zajmuję się tylko technicznymi
rzeczami! Nie wiedziałem dokładnie, o co mu chodzi, może o to, że całą techniczną stroną analiz laboratoryjnych ma się zająć NASA.
Zacząłem proponować rzeczy, którymi mógłbym się zająć. Jestem w połowie listy, a tu do sali wchodzi sekretarka Rogersa z listem do podpisu. Właśnie zamknięto mi usta, więc czekam, kiedy będę mógł mówić dalej, a tymczasem różni członkowie komisji zgłaszają się do pracy ze mną. Po chwili Rogers podnosi wzrok, by kontynuować posiedzenie, lecz udziela głosu komuś innemu: zupełnie jakby był roztargniony i zapomniał, że mi przerwano. Staram się więc znowu zabrać głos, lecz gdy zaczynam swoje, zdarza się kolejny „wypadek".
Rogers powtórnie wyraża swe zaniepokojenie tym, że nigdy nie dowiemy się, co
przytrafiło się promowi, i zamyka posiedzenie, mimo że nie skończyłem mówić!
Było to okropnie zniechęcające. Trudno to teraz zrozumieć, bo przez takie podejście NASA straciła przynajmniej dwa lata, zanim zdołała przywrócić prom do normalnej eksploatacji. Ale wtedy wydawało mi się, że będzie to sprawa kilku dni.
Podszedłem do Rogersa i powiedziałem:
-      W przyszły czwartek jedziemy na Florydę. To znaczy, że przez pięć dni nie mamy nic do roboty. Co ja mam robić przez ten czas?
-      Jakie miałby pan plany, gdyby nie praca w komisji?
-      Miałem jechać do Bostonu na konsultacje, ale wszystko odwołałem, żeby się wciągnąć na
całego.
-      A może wyjechałby pan na te pięć dni do Bostonu? Nie spodobało mi się to. Pomyślałem: „Już nie żyję! Nic nie idzie tak, jak powinno". Zdruzgotany wróciłem do hotelu. Potem przypomniałem sobie o Billu Grahamie i zadzwoniłem do niego.
-      Posłuchaj, Bill - powiedziałem. - Ty mnie w to wrobiłeś, więc mnie teraz ratuj. Jestem zupełnie załamany, nie mogę tego znieść.
-      O co chodzi? - zapytał.
-      Chcę coś robić! Chcę się porozglądać i porozmawiać z paroma ludźmi od spraw technicznych!
-      Pewnie! Czemu nie? - on na to. - Zorganizuję ci małą wycieczkę. Możesz jechać, gdzie chcesz: do Centrum Johnsona, Marshalla albo Kennedy'ego...
Pomyślałem, że nie pojadę do Centrum Kennedy'ego, bo wyjdzie na to, że pierwszy chcę się wszystkiego dowiedzieć. Sally Ride pracowała w Centrum Johnsona i zgłosiła się, że będzie ze mną pracować, więc powiedziałem, że właśnie tam pojadę.
-      Świetnie - odparł Bill. - Powiem Davidowi Achesonowi. Jest bliskim przyjacielem Rogersa i moim. Jestem pewien, że wszystko będzie w porządku.
Pół godziny później Acheson dzwoni do mnie i mówi:
-      Myślę, że to świetny pomysł, i tak też przedstawiłem sprawę Rogersowi, ale mówi, że nie. Po prostu nie wiem, dlaczego nie udaje mi się go przekonać.
Tymczasem Graham zaproponował kompromis: miałem zostać w Waszyngtonie, a on postara się o to, żeby w jego biurze w NASA, po drugiej stronie ulicy, pojawili się fachowcy, którzy powiedzą mi to, co chcę, a ja nie będę musiał gonić w piętkę.
Potem telefonuje do mnie Rogers: nie zgadza się na kompromis Grahama.
-      W przyszły czwartek jedziemy na Florydę - mówi.
-      Jeżeli mamy siedzieć i słuchać prezentacji techników, to nie ze mną. O wiele lepiej mi się pracuje, kiedy sam mogę porozmawiać z ludźmi.
-      Jako komisja musimy prowadzić prace w sposób zorganizowany.
-      Do tej pory mieliśmy już kilka posiedzeń, a nie mamy jeszcze przydziału konkretnej
roboty!
Rogers na to:
-      Mam zawracać głowę innym członkom komisji i zwołać specjalne posiedzenie na poniedziałek, żebyśmy mogli dokonać takiego przydziału zadań?
-      No tak! - Wyobrażałem sobie, że mieliśmy pracować i że właśnie n a l e ż a ł o zawracać nam głowę - wiecie, o co mi chodzi.
Więc naturalnie Rogers zmienił temat.
-      Jak widzę, nie podoba się panu hotel. Może przenieść pana do lepszego?
-      Nie, dziękuję. Z hotelem wszystko w porządku.
Za chwilę znów spróbował, więc odpowiedziałem mu:
-      Panie Rogers, nie chodzi mi o wygody. Staram się zabrać do roboty. Chcę się wreszcie czymś z a j ą ć !
Na koniec Rogers zgodził się, żebym poszedł na drugą stronę ulicy i porozmawiał z ludźmi z NASA. Jak widać, nieźle mu zalazłem za skórę. Później Graham próbował mi to wszystko wyjaśnić.
-      Powiedzmy, że tobie, jako technicznemu, powierzają przewodnictwo komisji, która ma się zająć jakimś zagadnieniem prawnym. Twoja komisja składa się głównie z prawników, z których jeden cały czas powtarza: „Lepiej mi się pracuje, gdy mogę bezpośrednio rozmawiać z innymi prawnikami". Myślę, że najpierw chciałbyś zorientować się w sprawie, zanim pozwolisz innym prowadzić śledztwo na własną rękę.
O wiele później zrozumiałem, że Rogers musiał sobie radzić z wieloma problemami. Na przykład każdą informację udostępnioną jednemu z członków komisji trzeba było włączyć do katalogu i udostępnić innym, a do tego należało stworzyć centralną bibliotekę dokumentów. Zorganizowanie tego rodzaju rzeczy zabiera sporo czasu.
W sobotę rano poszedłem do NASA. Graham sprowadził kilku facetów od promu. Chociaż stali dość wysoko w hierarchii NASA, byli specjalistami od spraw technicznych.
Pierwszy z nich opowiedział mi o rakietach pomocniczych - o materiale pędnym, silnikach i wszystkim, z wyjątkiem uszczelnień. Na koniec powiedział, że specjalista od uszczelnień przyjdzie po południu.
Następny opowiedział mi o silniku głównym. Podstawowa zasada działania była dość prosta, lecz było jeszcze całe mnóstwo układów regulacyjnych, nadmuch z jednej i z drugiej strony, podgrzewanie tego i tamtego, wodór pod wysokim ciśnieniem, który napędza małą turbinkę, a ta porusza jeszcze coś innego, co z kolei pompuje tlen przez zawór dolotowy - i tym podobne rzeczy.
Bardzo mnie to zainteresowało i jak mogłem, starałem się wszystko zrozumieć, ale po chwili powiedziałem mu:
-      O silniku tyle mi na razie wystarczy.
-      Ale mamy z nimi mnóstwo innych problemów, o których powinien pan usłyszeć - mówi.
Jednak ja zwąchałem już trop rakiety pomocniczej, więc powiedziałem, że silniki główne
muszę odłożyć na później, kiedy będę miał więcej czasu.
Potem przyszedł następny, żeby mi opowiedzieć o orbiterze. Czułem się okropnie, bo przyjechał w sobotę specjalnie po to, żeby się ze mną spotkać, a wcale nie wyglądało na to, żeby część orbitalna miała cokolwiek wspólnego z katastrofą. Miałem wystarczające kłopoty ze zrozumieniem, jak działa reszta promu - cal sześcienny mózgu może przyswoić sobie tylko określoną ilość informacji - więc pozwoliłem, żeby mi trochę opowiedział o swojej działce, ale niedługo musiałem stwierdzić, że wszystko jest za bardzo szczegółowe, więc, koniec końców, miło sobie pogawędziliśmy.
Po południu przyszedł specjalista od uszczelnień. Nazywał się Weeks, a to, co mi powiedział, sprowadzało się do kontynuacji mojego instruktażu z JPL - poszerzonego o dodatkowe szczegóły.
Oprócz pasty uszczelniającej połączenie stosuje się jeszcze inne zabezpieczenia, ale ostatnią barierą mają być dwa gumowe pierścienie uszczelniające, o przekroju okrągłym, które mają grubość mniej więcej 6,3 mm i ułożone są na okręgu o średnicy około 3,65 m, czyli mają długość około 11,30 m każdy.
Pierwotny projekt autorstwa firmy Morton Thiokol zakładał, że napór spalanego paliwa dociśnie uszczelki. Ale złącze jest mocniejsze od ścianek zbiornika (jest trzy razy grubsze), więc ścianka wygina się na zewnątrz, co powoduje, że złącze trochę się zgina - na tyle, że pierścień zsuwa się z uszczelnianego miejsca. Weeks powiedział mi, że zjawisko to nazywa się skręceniem złącza i zostało odkryte dość wcześnie, bo jeszcze przed pierwszym lotem promu.
Kawałki gumy w złączach są pierścieniami uszczelniającymi, lecz nie pracują tak samo jak zwykłe uszczelki. W zwykłych warunkach, na przykład w silniku samochodowym, są wirujące wały i części, które przesuwają się względem siebie, ale szczeliny zawsze pozostają takie same. Uszczelka taka po prostu siedzi nieruchomo w szczelinie.
W przypadku promu szczelina powiększa się w miarę wzrostu ciśnienia wewnątrz rakiety. Żeby zachować szczelność połączenia, guma musi rozprężać się na tyle szybko, żeby zdążyć zamknąć szczelinę - a w czasie startu szczelina tworzy się w ułamku sekundy. Tak więc
elastyczność gumy staje się nadzwyczaj ważnym szczegółem konstrukcji.
Gdy inżynierowie firmy Thiokol natrafili na te problemy, skontaktowali się z firmą Parker Seal Company, która produkuje gumę, i poprosili o radę. Zostali poinformowani, że pierścienie uszczelniające nie są stworzone z myślą o takim zastosowaniu, więc nic nie można na to poradzić.
Chociaż prawie od samego początku wiedziano, że złącze nie działa tak, jak powinno, Thiokol nadal borykał się z pierwotnym rozwiązaniem. Wprowadzono do niego kilka prowizorycznych ulepszeń. Jednym z nich było włożenie wkładki rozpierającej w celu poprawy szczelności złącza, które jednak dalej było nieszczelne. Weeks pokazał mi zdjęcia przecieków z poprzednich lotów - coś, co inżynierowie nazywali „przedmuchem" - czarne ślady za uszczelką, w miejscu, gdzie wydostawał się na zewnątrz gorący gaz, i coś, co nazywali „erozją", gdy uszczelka trochę się nadpaliła. W tabeli lotów notowano, jak poważny jest przedmuch i jakie są rozmiary erozji. Przerobiliśmy całą historię problemu, aż do fatalnego lotu 51-L.
-      Gdzie tu jest napisane, że w ogóle tym się zajmowali? - zapytałem. - Ze coś się dzieje w tej sprawie, że są jakieś postępy?
Jedynym takim miejscem były „przeglądy gotowości lotów" - pomiędzy lotami nie było nawet wzmianki, że problem szczelności w ogóle zaistniał!
Przejrzeliśmy podsumowanie raportu. Jak zwykle, wszystko rozpoczynało się od „krop". W górnej linijce czytam:
•      Brak właściwego wtórnego uszczelnienia złącza stanowi istotne zagrożenie, a metody ograniczenia skręcenia złącza winno się jak najprędzej włączyć do projektu w celu wyeliminowania tego zagrożenia.
Poniżej, pod koniec strony, czytamy:
•      Analiza istniejących danych wskazuje, że istniejącą konstrukcję można bezpiecznie eksploatować, jeśli szczelność wszystkich złączy będzie sprawdzana stałym nadciśnieniem 100 kg na 2,5 cm .
Uderzyła mnie sprzeczność między stwierdzeniami: jeżeli coś „stanowi istotne zagrożenie", to jak można bezpiecznie z tym latać? Gdzie tu logika?
-      Tak, rozumiem, o co panu chodzi! - powiedział Weeks. - Spójrzmy: piszą tutaj „Analiza istniejących danych... "
Jeszcze raz prze wertowaliśmy raport i znaleźliśmy analizę, o której mowa. Był to jakiś model komputerowy z mnóstwem założeń, które same w sobie wcale nie musiały być poprawne. Wiecie przecież, co grozi wszystkim użytkownikom komputerów: śmiecie na wejściu, śmiecie na wyjściu! Analiza kończyła się stwierdzeniem, że niewielkie nieszczelności o nieprzewidywalnym charakterze można tolerować, mimo że nie zakładał ich pierwotny projekt.
Gdyby wszystkie uszczelnienia puszczały, nawet NASA zauważyłaby, że problem jest poważny. Ale tylko kilka złączy w niektórych lotach okazało się nieszczelnych. Więc NASA wypracowała sobie szczególny stosunek do tego zagadnienia: jeżeli jedno ze złączy okazuje się trochę nieszczelne podczas jednego lotu i lot kończy się powodzeniem, problem nie jest aż tak poważny. No to spróbujcie zagrać w rosyjską ruletkę zgodnie z następującą zasadą: naciśnijcie spust, a gdy rewolwer nie wystrzeli, to znaczy, że można spróbować jeszcze raz...
Zalecenia
•      Brak właściwego wtórnego uszczelnienia złącza stanowi istotne zagrożenie , a metody ograniczenia skręcenia złącza winno się jak najprędzej włączyć do projektu w celu wyeliminowania tego zagrożenia.
•      Warunki przepływu gazów w okolicach złączy w chwili zapłonu i podczas działania silnika winny zostać sprawdzone w procesie modelowania przepływu na zimno, w celu eliminacji erozji pierścieni uszczelniających.
•      Należy przeprowadzić test statyczny QM-5, aby znaleźć i zatwierdzić drugie źródło jedynego dopuszczonego do lotów wypełniacza złącz (wzbogaconej azbestem pasty uszczelniającej) i zachować przewidywany harmonogram lotów.
•      We wszystkich złączach VLS-1 winno się stosować jedynie dopuszczony do lotów wypełniacz złącz (wzbogaconą azbestem pastę uszczelniającą produkcji firmy Randolph).
•      Należy przeprowadzić dodatkowe testy w niskich i wysokich temperaturach w celu udoskonalenia analitycznego modelu zagadnienia erozji pierścieni uszczelniających oraz określenia marginesu bezpieczeństwa dla pierścieni wykazujących ślady takiej erozji.
•      Analiza istniejących danych wskazuje, że istniejącą konstrukcję można bezpiecznie eksploatować, jeśli szczelność wszystkich złączy będzie sprawdzana stałym nadciśnieniem 100 kg na 2,5 cm2, złącza będą wolne od zanieczyszczeń w miejscu uszczelnienia i spełnią wymagane parametry odporności na ściskanie.
•      Należy przyspieszyć podejmowane wysiłki mające na celu likwidację erozji uszczelek w silnikach rakietowych na paliwo stałe.
Weeks powiedział mi, że krąży plotka, iż historia z uszczelnieniem złączy przeciekła do gazet. Niepokoił się trochę, bo w jej świetle wyglądało na to, że NASA ma coś do ukrycia.
Odparłem, że jestem zupełnie zadowolony z ludzi, których podesłał mi Graham, i że skoro już w JPL usłyszałem o problemie z uszczelnieniem złączy, nie widzę w tym specjalnej sprawy.
Następnego dnia, w niedzielę, Bill Graham wraz z rodziną zabrał mnie do National Air and
n
Space Museum . Wcześniej zjedliśmy razem śniadanie, potem przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Spodziewałem się, że zastaniemy na miejscu wielkie tłumy zwiedzających, lecz zapomniałem, że Graham jest taką szychą. Przez jakiś czas mieliśmy wszystko dla siebie.
Widzieliśmy też Sally Ride. Stała w gablocie, w kombinezonie astronauty, trzymając w ręku hełm i inne takie. Woskowa figura wyglądała jak żywa.
W muzeum była specjalna sala kinowa, w której puszczali film o NASA i jej osiągnięciach. Robił wrażenie. Nie zdawałem sobie w pełni sprawy z liczby osób, które zaangażowane były w prace nad promem, i z wysiłku, który włożono w jego powstanie. Poza tym wiecie, jak to jest z filmami: można im nadać całą dramaturgię. Ten miał taki ładunek emocjonalny, że o mało się nie rozpłakałem. Widziałem, że wypadek Challengera musiał być dla nich poważnym ciosem. Gdy pomyślałem, że tak wielu ludzi bardzo się starało, żeby poleciał - a on się rozlatuje - nabrałem jeszcze więcej zdecydowania, żeby jak najszybciej pomóc w wyjaśnieniu tego, co się stało, aby wszyscy ci ludzie mogli wrócić do pracy. Po obejrzeniu filmu zmieniłem swój stosunek do NASA z lekko negatywnego na zdecydowanie pozytywny. Po południu tego samego dnia zatelefonował do mnie generał Kutyna.
-      Profesor Feynman? - upewnił się. - Mam dla pana pilną wiadomość. Och, przepraszam na
chwilę.
Z oddali dobiegły mnie dźwięki orkiestry wojskowej. Muzyka urwała się i generał Kutyna podjął wątek:
-      Przepraszam, profesorze, jestem na koncercie Orkiestry Sił Powietrznych. Właśnie grali
hymn.
Wyobraziłem go sobie w mundurze, stojącego na baczność, salutującego jedną dłonią, podczas gdy w drugiej trzyma słuchawkę.
-      Co to za wieści, generale? - zapytałem.
-      No cóż, po pierwsze, Rogers powiedział mi, żebym panu przekazał, aby nie wybierał się pan do NASA.
Nic mnie to nie obeszło, bo dzień wcześniej już tam byłem.
-      Po drugie, jutro po południu mamy specjalne posiedzenie z udziałem człowieka, którego artykuł opublikował dzisiaj „New York Times".
Zachichotałem w duchu. A więc jednak będziemy mieli w poniedziałek specjalne zebranie!
Generał mówił dalej:
-      Dziś rano zajmowałem się gaźnikiem mojego wozu i pomyślałem sobie, że prom wystartował, kiedy na zewnątrz było około 2,5°C. Przedtem najniższą notowaną temperaturą przy starcie było około 12°C. Pan jest profesorem: Jaki, proszę pana, ma wpływ n i s ka t e m p e r a t u r a n a z a c h o w a n i e u s z c z e l e k ?
-      Ach tak! - wykrzyknąłem. - Sztywnieją. No pewnie!
To wszystko, co miał mi do powiedzenia. Za to spostrzeżenie doczekałem się wielu wyrazów uznania, lecz to właśnie on podsunął mi tę myśl. Profesorowi fizyki teoretycznej zawsze trzeba powiedzieć, czego ma szukać. On tylko korzysta ze swojej wiedzy, żeby wyjaśnić spostrzeżenia tych, którzy przeprowadzają doświadczenia!
W poniedziałek rano wraz z generałem Kutyna poszliśmy do biura Grahama i zapytaliśmy go, czy ma jakieś dane na temat wpływu temperatury na pierścienie uszczelniające. Nie miał ich pod ręką, ale obiecał, że zaraz nam je znajdzie. Przy okazji pokazał nam kilka ciekawych zdjęć płomieni, które wydobywały się z prawego silnika pomocniczego na kilka sekund przed eksplozją. Trudno było z całą pewnością stwierdzić, skąd się wzięły, lecz na szczęście Graham miał w swoim gabinecie model promu. Położyłem model na podłodze i ustawiłem tak, żeby wyglądał, jak na zdjęciu - pod względem rozmiarów i orientacji w przestrzeni.
Zauważyłem, że każda rakieta pomocnicza ma z boku niewielki otwór - zwany gniazdem kontroli szczelności - przez który pod wysokim ciśnieniem sprawdza się szczelność złącza. Kłopot w tym, że gniazdo znajduje się m i ę d z y pierścieniami uszczelniającymi, więc jeżeli nie zatka się go prawidłowo i gdy pierwszy pierścień puści, gaz zacznie się wydostawać na zewnątrz i katastrofa gotowa. Mniej więcej z tego samego miejsca buchały płomienie. Oczywiście, trzeba było sprawdzić, czy ogień rzeczywiście brał się z tego otworu, czy może na zdjęciu widzimy tylko koniec większego płomienia, którego źródło było gdzie indziej.
Po południu mieliśmy nadzwyczajne posiedzenie przy drzwiach zamkniętych, żeby posłuchać gościa, którego historia znalazła się w „New York Timesie". Nazywał się Cook. Pracował w departamencie budżetowym NASA i poproszono go, by zbadał hipotetyczny problem szczelności złączy i oszacował koszty konieczne do jego rozwiązania.
Z rozmów z technikami dowiedział się, że złącza od dłuższego czasu sprawiały spore kłopoty. Więc napisał raport, że naprawa kosztować będzie tyle i tyle - razem wziąwszy dość sporo. Z punktu widzenia prasy i niektórych członków komisji opowieść Cooka wyglądała na demaskatorską - jakby NASA starała się przed nami ukryć problem szczelności złączy.
Musiałem przetrzymać to całe, zupełnie zbędne poruszenie. Zastanawiałem się, czy za każdym razem, gdy w gazecie ukaże się jakiś artykuł, będziemy zwoływać nadzwyczajne posiedzenia. W ten sposób nigdy do niczego nie dojdziemy! Ale później, na tym samym posiedzeniu, wydarzyło się kilka ciekawych rzeczy. Najpierw pokazano nam kilka zdjęć, na których widać było kłęby dymu wydobywające się ze złącza tuż po odpaleniu silników, lecz zanim jeszcze prom oderwał się od płyty wyrzutni rakietowej. Dym wydobywał się z tego samego miejsca - możliwe, że z gniazda kontroli szczelności - w którym później pokazał się płomień. Teraz nie pozostawało wiele miejsca na wątpliwości. Wszystko zaczynało pasować.
Wtedy stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Na nasze posiedzenie przyszedł z własnej inicjatywy (bo nie zapraszaliśmy go) inżynier z Morton Thiokol Company, niejaki MacDonald. Powiedział nam, iż technicy z ich firmy już wcześniej doszli do wniosku, że niskie temperatury mogą mieć wpływ na szczelność złączy i że bardzo, ale to bardzo się zaniepokoili. W nocy poprzedzającej lot, w trakcie dokonywania przeglądu gotowości do lotu, zasygnalizowali NASA, że prom nie powinien startować, gdyby temperatura spadła poniżej 12°C (najniższa notowana poprzednio), a tamtego dnia było -2,5°C.
MacDonald dodał, że ludzie w NASA byli bardzo „poruszeni" tym stwierdzeniem. Przewodniczący zebrania, jakie wtedy zwołano, nazwiskiem Mulloy, przekonywał, że dane są „niepełne" - przecież niektóre loty z erozją i przedmuchem odbywały się w temperaturach wyższych niż 12°C - więc ludzie z Thiokol powinni ponownie rozważyć swój sprzeciw wobec lotu. Thiokol zmienił decyzję, lecz MacDonald nie zgodził się z nią.
-      Jeżeli tym razem coś pójdzie nie tak, nie chciałbym stawać przed komisją śledczą i powiedzieć, że przekroczyłem swoje kompetencje i dałem im wolną rękę - zastrzegł się wtedy MacDonald.
Całość zabrzmiała tak zaskakująco, że Rogers musiał zapytać:
-      Czy właściwie pana zrozumiałem, gdy powiedział pan... - i tu przytoczył własnymi słowami jego opowieść.
-      Tak jest - powiedział MacDonald.
Cała komisja była wstrząśnięta, bo po raz pierwszy usłyszeliśmy tę historię: istniał nie tylko problem szczelności złączy, lecz chyba też niedowład na szczeblu zarządzania.
Rogers postanowił, że opowieść MacDonalda zostanie dokładnie zbadana i że zdobędziemy więcej szczegółów, zanim ogłosimy ją publicznie. Lecz aby poinformować opinię publiczną, będziemy musieli odbyć posiedzenie otwarte następnego dnia, we wtorek, na którym zeznawać będzie Cook. Pomyślałem, że będzie to tylko przedstawienie: powtórzymy to samo, co
było dzisiaj, i nie dowiemy się niczego więcej.
Gdy wychodziliśmy, podszedł do mnie Bill Graham z naręczem papierów.
- Ho ho! Niezłe tempo! - wykrzyknąłem. - Dopiero dziś rano wrzuciłem ci temat!
Zawsze był bardzo chętny do współpracy.
Na kartce na samym wierzchu napisane jest: „Profesor Feynman z Komisji Prezydenckiej pragnie się dowiedzieć, jaki jest wpływ temperatury na zmianę elastyczności uszczelek w określonym czasie" - to notatka służbowa zaadresowana do podwładnego. Pod nią następna: „Profesor Feynman z Komisji Prezydenckiej pragnie się dowiedzieć..." - od tego podwładnego do kolejnego, i tak dalej na sam dół.
Znajduję wreszcie kartkę z jakimiś liczbami od nieboraka na samym dole i całą serię kartek o przedkładaniu odpowiedzi na wyższy szczebel. Więc mam całą stertę papierów, wygląda zupełnie jak kanapka, a w środku jest odpowiedź - i to na niewłaściwe pytanie! Odpowiedź brzmiała: „Gumę ściska się przez dwie godziny pod pewnym ciśnieniem i w pewnej temperaturze, a potem obserwuje, jak długo powraca do poprzedniego kształtu" - wszystko przez całe godziny . A mnie chodziło o to, jak szybko w milisekundach reaguje guma podczas odpalenia rakiety. Uzyskana informacja okazała się bezużyteczna.
Wróciłem do hotelu. Jem obiad i czuję się podle. Patrzę na stół i widzę szklankę wody z lodem. Myślę sobie: „Cholera, chyba sam mogę sprawdzić, jak jest z tą gumą, i nie muszę zatrudniać całej machiny NASA do przesyłania notatek służbowych: wystarczy spróbować! Potrzebny mi tylko kawałek gumy. Mogę to zrobić jutro, kiedy wszyscy będziemy siedzieć i wysłuchiwać tych bzdur Cooka, które opowiedział nam już dzisiaj. Zawsze na posiedzeniach dostajemy wodę z lodem - tyle mogę zrobić, żeby zaoszczędzić na czasie". Potem stwierdziłem: „Jednak nie, wypadnie to niezręcznie". Ale przypomniałem sobie Luisa Alvareza, fizyka. Jest facetem, którego podziwiam za odwagę i poczucie humoru. Gdyby był w komisji, z pewnością by to zrobił, i mnie to wystarczyło.
Krążą historie o fizykach - bohaterach nauki - którzy błyskawicznie zdobywali potrzebne informacje - tak po prostu - podczas gdy inni zabierali się do rzeczy okrężną drogą. Na przykład, po odkryciu promieni ultrafioletowych i promieni „X", pojawił się nowy, trudny do wykrycia rodzaj promieniowania, zwany promieniami „N", które zaobserwował André Blondel we Francji. Inni naukowcy mieli kłopoty z powtórzeniem doświadczeń Blondela, więc ktoś poprosił wielkiego amerykańskiego fizyka R. W. Wooda, żeby pojechał do laboratorium Blondela.
Na wykładzie otwartym Blondel zrobił prezentację. Wiedział, że aluminium załamuje promienie „N", więc miał przygotowany cały rząd soczewek, za którymi znajdowała się obrotowa tarcza z aluminiowym pryzmatem. W miarę powolnego obrotu pryzmatu tu pojawiały się promienie „N", tam się załamywały, asystent Blondela zaś podawał ich natężenie - różne wielkości dla różnych kątów. Ponieważ światło zakłócało promienie „N", Blondel wyłączył oświetlenie sali, żeby dokonać bardziej precyzyjnych odczytów. Jego asystent dalej podawał natężenie promieniowania.
Gdy znów włączyli światło, oto w pierwszym rzędzie siedzi R. W. Wood, trzyma pryzmat wysoko nad głową i obraca go w palcach, żeby wszyscy mogli zobaczyć! Taki był koniec promieni „N".
Pomyślałem sobie: „Właśnie! Muszę zdobyć próbkę gumy!" Dzwonię do Billa Grahama. Niemożliwe. Trzymają to gdzieś w Centrum Kennedy'ego. Ale nagle przypomina sobie, że w modelu złącza, z którego mamy korzystać na jutrzejszym posiedzeniu, są dwa kawałki gumy. Zaproponował, żebyśmy się spotkali u niego w biurze i spróbowali je wyjąć.
Następnego dnia wstałem wcześnie i wyszedłem przed hotel. Jest ósma i pada śnieg. Łapię taksówkę i mówię do kierowcy:
-      Proszę do sklepu z narzędziami.
-      Z narzędziami, proszę pana?
-      Właśnie. Muszę kupić parę narzędzi.
-      Ale tu w okolicy nie ma takich. Tu jest Kapitol, tam Biały Dom - zaraz, zaraz, chyba coś sobie przypominam. Kiedyś przejeżdżałem koło takiego jednego.
Kiedy już znalazł sklep, okazało się, że otwierają go dopiero o 8.30 - było około 8.15 - więc czekałem na zewnątrz w marynarce, pod krawatem - w przebraniu, z którego korzystałem od chwili przyjazdu do Waszyngtonu, żeby móc poruszać się swobodnie wśród tubylców i nie zwracać na siebie zbytniej uwagi.
W budynkach (dobrze ogrzanych) miejscowi noszą marynarki i one wystarczają na przejście z jednego budynku do drugiego - lub z budynku do taksówki, jeżeli wnętrza są zbytnio oddalone. (Wszystkie taksówki też są ogrzewane). Lecz tubylcy wydają się cierpieć na szczególny rodzaj lęku przed zimnem: oto ilekroć życzą sobie wyjść na zewnątrz, na marynarki wkładają płaszcze. Sam nie kupiłem sobie jeszcze płaszcza, więc trochę rzucałem się w oczy, gdy tak stałem na śniegu przed sklepem z narzędziami.
O 8.30 wszedłem do środka i kupiłem parę śrubokrętów, kombinerki i najmniejszy zacisk, jaki udało mi się znaleźć. Potem poszedłem do NASA.
Po drodze do biura Grahama pomyślałem sobie, że zacisk może być za duży. Nie zostało mi za wiele czasu, więc pobiegłem do działu medycznego NASA. (Wiedziałem, gdzie jest, bo chodziłem tam na badania krwi zaordynowane przez mojego kardiologa, który próbował leczyć mnie przez telefon). Poprosiłem o zacisk lekarski - taki do zakładania na gumowe rurki.
Nie mieli. Ale jeden z facetów powiedział:
-      Może byśmy sprawdzili, czy ten pański zmieści się w szklance?
Zmieści! się.
Poszedłem do biura Grahama. Z pomocą kombinerek z łatwością wyciągnąłem uszczelkę z modelu. Stoję tam tak z kawałkiem gumy w dłoni i wiem, że bardziej uczciwie i dramatycznie byłoby przeprowadzić eksperyment po raz pierwszy na otwartym posiedzeniu. Lecz zrobiłem coś, czego trochę się wstydzę. Popełniłem oszustwo. Nie mogłem się oprzeć. Zrobiłem próbę. Innymi słowy, idąc za przykładem komisji - odbywania posiedzenia zamkniętego przed posiedzeniem otwartym - upewniłem się, że wszystko jest jak należy, przed przeprowadzeniem doświadczenia przy otwartej kurtynie. Potem z powrotem włożyłem uszczelkę do modelu, żeby Graham mógł go zabrać na posiedzenie.
Idę, gotów, z kombinerkami w jednej kieszeni i zaciskiem w drugiej. Siadam obok generała Kutyny.
Na poprzednim posiedzeniu wszyscy dostaliśmy wodę z lodem. Teraz nie. Wstaję i podchodzę do kogoś, kto na oko zajmuje się takimi sprawami, i proszę go o szklankę wody z lodem.
-      Zaraz, zaraz! - on na to.
Pięć minut później strażnicy zamykają drzwi, posiedzenie się zaczyna, a ja nie mam wody. Gestem przywołuję faceta, z którym przed chwilą rozmawiałem. Podchodzi do mnie i mówi:
-      Proszę się nie martwić, już idzie!
Posiedzenie trwa. Mulloy zaraz zacznie mówić o uszczelkach. (Widać, że NASA chce nam o nich opowiedzieć, zanim zrobi to Cook). Model przechodzi z rąk do rąk, a każdy członek komisji przygląda mu się przez chwilę.
A wody z lodem jak nie było, tak nie ma!
Mulloy zaczyna wyjaśniać funkcję uszczelek - w sposób obowiązujący w NASA: używa dziwacznych słów i skrótów, a pozostali mają kłopoty ze zrozumieniem, o co mu chodzi.
Czekając na wodę z lodem, żeby przygotować sobie grunt, zaczynam mówić:
-      Podczas odpalania rakiety pojawiają się drgania, które powodują, że złącza segmentów rakiety poruszają się trochę - czy to prawda?
-      Tak, to prawda, proszę pana.
-      A wewnątrz złączy tak zwane pierścienie uszczelniające powinny się rozprężać, uszczelniając złącze - czy to prawda?
-      Tak jest. W warunkach statycznych powinny bezpośrednio stykać się z wewnętrzną i zewnętrzną powierzchnią i być ściśnięte o około 0,5 mm.
-      Dlaczego nie można usunąć tych pierścieni?
-      Dlatego, że wtedy gorący gaz miałby ujście przez złącze...
-      Tak więc, żeby uszczelnienie spełniało swoje zadanie, pierścienie uszczelniające muszą być wykonane z gumy, a nie z czegoś takiego jak na przykład ołów, który odkształca się pod naciskiem.
-      Tak jest.
-      A teraz, gdyby pierścień na sekundę lub dwie stracił sprężystość, czy wystarczyłoby to do stworzenia bardzo niebezpiecznej sytuacji?
-      Tak jest.
Doprowadziło nas to wprost do zagadnienia wpływu temperatury na elastyczność gumy. Chciałem wykazać, że Mulloy musiał wiedzieć, iż temperatura ma taki wpływ, chociaż, zgodnie z tym, co mówił MacDonald, feralnego dnia stwierdził, że dane są „niepełne". Ale woda z lodem nie nadchodziła! Musiałem więc przerwać, i ktoś inny zaczął zadawać pytania.
Model wędruje do generała Kutyny, potem do mnie. Z kieszeni wyjmuję kombinerki i zacisk, lecz dalej nie mam wody! Odwracam się znów i daję znak gościowi, któremu wcześniej zawracałem głowę, a on też gestem odpowiada mi: „Spokojnie, zaraz pan dostanie!"
Rzeczywiście - po chwili zauważyłem młodą kobietę. Niosła tacę ze szklankami. Podaje szklankę wody z lodem Rogersowi, potem Armstrongowi, chodzi tam i z powrotem wzdłuż rzędów na podium i każdemu podaje wodę z lodem! Biedna kobieta, wszystko sobie wcześniej przygotowała, żeby każdy mógł dostać swoją wodę.
Wreszcie, kiedy dostaję swą szklankę, nie piję ani łyka! Spinam gumę zaciskiem i wkładam do wody z lodem. Po kilku minutach jestem gotów zademonstrować wynik eksperymenciku. Sięgam po mały przycisk, który uruchamia mój mikrofon. Generał Kutyna, który w lot chwycił, co zmierzam zrobić, nachylił się do mnie szybko i mówi:
-      Drugi do pilota: nie teraz.
Za chwilę znów sięgam po mikrofon.
-      Nie teraz!
Pokazuje mi palcem miejsce w książce z materiałami informacyjnymi, ze wszystkimi wykresami, tabelami i slajdami, które omawia Mulloy, i mówi:
-      Jak dojdzie do tego slajdu, wtedy będzie właściwy moment.
Wreszcie Mulloy dochodzi do właściwego miejsca, ja naciskam przycisk swojego mikrofonu i mówię:
-      Wyjąłem ten kawałek gumy z modelu złącza, ścisnąłem i na chwilę włożyłem do wody z
lodem.
Wyciągam zacisk, podnoszę wysoko do góry i, nie przestając mówić, zwalniam go.
-      Zauważyłem, że po zwolnieniu zacisku guma nie wraca do poprzedniego położenia. To znaczy, że przez ponad kilka sekund ten konkretny materiał nie wykazuje elastyczności w temperaturze 0°C. Wydaje mi się, że ma to pewne znaczenie dla rozpatrywanego przez nas zagadnienia.
Zanim Mulloy mógł cokolwiek powiedzieć, odezwał się Rogers:
-      To sprawa, którą zajmiemy się szczegółowo na posiedzeniu na temat pogody; uważam, że jest to bardzo ważna uwaga, z czym na pewno pan Mulloy się zgadza i nie omieszka się do niej ustosunkować na kolejnym posiedzeniu.
Podczas przerwy na lunch podchodzili do mnie reporterzy i zadawali pytania w rodzaju: „Czy mówił pan o uszczelce, czy o paście uszczelniającej?" i „Mógłby nam pan wyjaśnić, co to dokładnie jest pierścień uszczelniający?" Byłem więc dość przygnębiony, bo nie udało mi się przekazać tego, co chciałem. Ale jeszcze tego samego wieczora dziennikarze we wszystkich programach informacyjnych udowodnili, że chwycili, o co chodzi w moim eksperymencie, a następnego dnia gazety wszystko doskonale wyjaśniły.

Sprawdź szóstą!

Moja kuzynka Frances uświadomiła mnie co do posłannictwa prasy. Za prezydentury Nixona i Forda była korespondentką agencji AP w Białym Domu, a teraz pracowała dla CNN. Opowiadała mi historie o facetach, którzy tak bali się reporterów, że wymykali się tylnymi drzwiami. Od niej dowiedziałem się, że prasa nie robi nic złego, dziennikarze po prostu starają się pomóc ludziom dowiedzieć się, co się dzieje, a uprzejmość dla nich na pewno nie zaszkodzi. Odkryłem, że w gruncie rzeczy są dość przyjaźnie nastawieni, gdy da im się okazję. Tak więc nie bałem się dziennikarzy i zawsze odpowiadałem im na pytania.
Tłumaczyli mi, że mogę „odmówić podania źródła informacji". Ale nie miałem ochoty na żadne sztuczki. Nie chciałem, żeby wyglądało na to, iż puszczam przecieki. Dlatego, ilekroć rozmawiałem z prasą, byłem szczery, nic więc dziwnego, że moje nazwisko pojawiało się codziennie we wszystkich gazetach! Często reszta komisji niecierpliwiła się, żeby pójść na lunch, a j a zostawałem i odpowiadałem na pytania. Po co organizować otwarte posiedzenia, skoro ma się zamiar uciec, kiedy zapytają, co znaczy jakieś słowo?
Gdy wreszcie wychodziliśmy na lunch, Rogers przypominał nam, żebyśmy byli ostrożni i nie rozmawiali z prasą. Odpowiadałem mu: „Mówiłem im tylko o uszczelkach", albo coś w tym stylu.
Praca w komisji wiązała się z pewnym napięciem, więc z radością co jakiś czas jadałem obiad w towarzystwie Frances i Chucka, syna mojej siostry, który pracował dla „Washington Post". Ponieważ Rogers przez cały czas mówił o przeciekach, pilnowaliśmy się, żeby ani słówkiem nie wspominać o tym, co robię. Jeżeli CNN chciałaby się czegoś dowiedzieć ode mnie, musiałaby przysłać innego reportera. To samo dotyczyło „Washington Post".
Powiedziałem Rogersowi o tym, że moi krewni są dziennikarzami:
-      Umówiliśmy się, że nie będziemy rozmawiać o mojej pracy. Czy uważa pan, że mogą z tego wyniknąć jakieś problemy?
Uśmiechnął się i powiedział:
-      Wszystko jest w zupełnym porządku. Ja też mam kuzyna dziennikarza. Nie będzie żadnych problemów.
W środę komisja nie miała nic do roboty, więc generał Kutyna zaprosił mnie do Pentagonu, żeby mnie oświecić co do wzajemnych relacji między Siłami Powietrznymi a NASA. W Pentagonie byłem po raz pierwszy. Dookoła pełno facetów w mundurach, którzy wykonywali rozkazy - zupełnie inaczej niż w cywilu. Generał powiedział do jednego z nich:
-      Chcę skorzystać z sali konferencyjnej...
-      Tak jest!
-      ...proszę przygotować slajdy, numery takie a takie.
-      Tak jest! Tak jest!
Wszyscy ci ludzie skaczą koło nas, a generał Kutyna robi mi najprawdziwszy wykład w specjalnej sali posiedzeń. Slajdy wyświetlane były od tyłu, na ścianie, która była ekranem. Było rzeczywiście świetnie.
Generał Kutyna mówił rzeczy w rodzaju: „Senator taki a taki siedzi u NASA w kieszeni", a ja, na poły żartobliwie komentowałem: „Dość tych dygresji, generale, głowa mi puchnie! Ale proszę się nie martwić, nic z tego nie zapamiętam!" Pragnąłem być naiwny: najpierw chciałem się dowiedzieć, co przytrafiło się promowi, a o potężne naciski polityczne miałem się martwić później.
Gdzieś w trakcie prezentacji generał Kutyna zauważył, że każdy z członków komisji ma jakąś słabość, której źródłem są powiązania zawodowe: dla niego samego wyjaśnienie pewnych zagadnień dotyczących sposobu zarządzania NASA było sprawą niezmiernie trudną lub wręcz beznadziejną, bo bardzo blisko współpracował z personelem agencji na poprzednim stanowisku
o
dyrektora programu transportu promu kosmicznego z ramienia Sił Powietrznych . Sally Ride nadal tam pracuje, nie może więc ot, tak sobie, powiedzieć tego, co chce. Covert brał udział w pracach nad silnikami i był konsultantem NASA, i tak dalej.
-      A ja jestem związany z Caltech, ale nie uważam tego za słabość! - pochwaliłem się.
-      To prawda - przyznał. - Jest pan niezwyciężony, przynajmniej tak nam się teraz wydaje. Ale w Siłach Powietrznych mamy zasadę: sprawdź szóstą.
Zaraz mi wyjaśnił, co to znaczy:
-      Leci facet, rozgląda się i wydaje mu się, że nic mu nie grozi. Tymczasem inny siada mu na ogon (na „godzinie szóstej" - „godzina dwunasta" jest z przodu) i naciska na spust. Większość samolotów zestrzeliwuje się właśnie w taki sposób. Jeżeli myślisz, że jesteś bezpieczny, jesteś w niebezpieczeństwie! Gdzieś kryje się słaby punkt, który musisz znaleźć. Musisz zawsze sprawdzić szóstą!
W tej chwili wchodzi podkomendny. Mamrocze coś, że teraz ktoś inny chce skorzystać z sali. Generał Kutyna mówi:
-      Powiedz im, że skończę za 10 minut!
-      Tak jest!
Wreszcie wychodzimy. Na korytarzu czeka na wolną salę DZIESIĘCIU GENERAŁÓW - a ja siedziałem tam sam, słuchając specjalnie przygotowanego wykładu. Czułem się wyśmienicie.
Przez resztę dnia pisałem list do domu. Zacząłem się martwić o „szóstą", gdy opisałem reakcję Rogersa na odwiedziny Frances i Chucka. Pisałem:
...Byłem zadowolony z reakcji Rogersa, ale teraz, kiedy piszę te słowa, zaczynam mieć wątpliwości. Wszystko poszło zbyt łatwo - po tym, jak usilnie starał się powstrzymać wszelkie przecieki na wcześniejszych posiedzeniach. Czy mnie czasem w coś nie wrabiają? (WIDZISZ, KOCHANIE, WDAJE SIĘ W TO WASZYNGTOŃSKA PARANOJA)... Zaczyna mi się wydawać, że dzieją się tu rzeczy, których wykrycie pewne osoby będą się starać mi uniemożliwić i spróbują mnie zdyskredytować, gdybym zanadto się zbliżył... Więc z wielkimi oporami postanowiłem, że nie będę już odwiedzać Frances i Chucka. Ale najpierw zapytam Fran, czy przypadkiem nie jest to zbyt paranoidalne. Rogers wydawał się tak miły i kazał mi być dobrej myśli. Wszystko poszło gładko, ale pewnie jestem jak ten cierń w jego boku...
Jutro o 6.15 lecimy samolotem specjalnym (dwie sztuki) do Centrum Kosmicznego Kennedy'ego na „instruktaż". Oczywiście, będziemy się włóczyć dookoła, pokażą nam wszystko - o rety! - ale nie będzie czasu, żeby pogadać z kimś o szczegółach technicznych. Wszystko to psu na budę. No cóż, gdybym nie dowiedział się wszystkiego do piątku, zatrzymam się na sobotę i niedzielę, a gdyby i wtedy nie pracowali, zostanę na poniedziałek i wtorek. Postanowiłem wykonać robotę do końca i dowiedzieć się, co się stało - niech się dzieje, co chce!
Domyślam się, że pozwolą mi na to, zasypią danymi i szczegółami... żeby mieli czas zmiękczyć niebezpiecznych świadków, i takie rzeczy. Ale nie uda im się bo: 1) sprawy techniczne łapię i orientuję się w nich znacznie szybciej, niż im się wydaje, poza tym 2) zwąchałem już coś, o czym nie zapomnę, bo uwielbiam ten zapach - chwyciłem trop pasjonującej przygody.
Mam wrażenie, że jestem tu jak słoń w składzie porcelany. Lecz słonie zdecydowanie lepiej czują się na wolnym powietrzu. Do metafory bardziej pasowałby szczupak, bo ta ich porcelana to jeden wielki pic na wodę.
Chociaż wolałbym być w domu i zajmować się czymś innym, to jednak świetnie się bawię.
Całuję, Rich
Prasa publikowała plotki, jakoby NASA znajdowała się pod silną presją polityczną, żeby prom wystartował; istniało też wiele teorii co do tego, skąd mogły pochodzić takie naciski. Dla mnie był to wielki, tajemniczy świat działania potężnych sil. Zbadam sprawę jak należy i, jeżeli będę się właściwie
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: A co ciebie obchodzi, co myślą inni? - Richard P. Feynma
« Reply #1 on: (Tue) 11.03.2014, 16:18:55 »
Liczby wyssane z palca

We wtorek wieczorem przyleciałem z powrotem do Waszyngtonu, a w środę poszedłem na następne otwarte posiedzenie komisji. Zeznawał jeden z dyrektorów firmy Thiokol, nazwiskiem Lund. W nocy przed startem Mulloy kazał mu wystąpić w roli dyrektora, a nie inżyniera, więc Lund zmienił stanowisko i mimo że wcześniej nie zgadzał się na lot, przeciwstawił się opinii własnych inżynierów. Właśnie zadawałem mu parę ostrych pytań, gdy poczułem się jak inkwizytor.
Rogers zwracał nam uwagę, że powinniśmy uważać na to, jak postępujemy z ludźmi, których kariery zależą od nas.
-      Trzymamy w dłoni wszystkie atuty - powiedział. - Siedzimy tu sobie na podwyższeniu, a oni tam, na dole. Muszą odpowiadać na nasze pytania, a my na ich - nie.
Nagle przypomniałem sobie to wszystko i poczułem się tak okropnie, że nie mogłem już dłużej wytrzymać. Na kilka dni wróciłem do Kalifornii, żeby się pozbierać.Gdy byłem w Pasadenie, poszedłem do JPL i spotkałem się z Jerry Solomonem i Meemongiem Lee. Badali właśnie płomień, który pojawił się na kilka sekund przed eksplozją głównego zbiornika paliwa, i udało im się wydobyć całą masę szczegółów (JPL ma duże możliwości korekty obrazu telewizyjnego i szerokie doświadczenie po wszystkich misjach planetarnych). Później zabrałem poprawione zdjęcia do Charlie'ego Stevensona i jego ludzi w Centrum Kennedyego.
Gdzieś po drodze ktoś z obsługi przyniósł mi coś do podpisu: stało tam, że moje wydatki wyniosły tyle a tyle, ale nie była to prawda - wydałem więcej. Powiedziałem więc, że kwota nie zgadza się z tym, co w rzeczywistości wydałem.
-      Wiem o tym, proszę pana - odpowiedział facet. - Ale może pan wydać maksymalnie 75 dolarów dziennie na hotel i posiłki.
-      Więc dlaczego zakwaterowaliście mnie w hotelu, który kosztuje 80 albo 90 dolarów za noc, skoro dostaję tylko 75 dolarów na dzień?
-      Zgadzam się z panem, to przykre, ale tak już jest!
Przypomniałem sobie o propozycji przeprowadzki do „dobrego hotelu", którą złożył mi Rogers. O co mu wtedy chodziło? Miałbym płacić więcej?
Jeżeli rząd zwraca się do ciebie z prośbą o poświęcenie czasu i wysiłku (a ty przez to tracisz pieniądze, które możesz zarobić na konsultacjach dla firm), powinien to docenić, a nie oszczędzać na zwrocie poniesionych kosztów. Nie próbuję zarobić na rządzie, ale nie zamierzam też na tym wszystkim tracić! Powiedziałem, że nie podpiszę.
Przyszedł Rogers i obiecał, że wszystko wyjaśni, więc podpisałem. Naprawdę uważam, że starał się załatwić sprawę, ale potem zorientowałem się, że to niemożliwe: gdyby zwracano mi faktycznie poniesione koszty, do tego samego mieliby też oczywiście prawo pozostali członkowie komisji. Wszystko w porządku, lecz oznaczałoby to, że komisja ta jest jedyną, której zwracane są rzeczywiście poniesione wydatki - i wkrótce wszystko by się wydało.
Mają w Nowym Jorku powiedzenie: „Nie można walczyć z ratuszem", co znaczy „niemożliwe". Tym razem było to nawet coś więcej niż ratusz: 75 dolarów dziennie jest stawką zapisaną w prawodawstwie USA! Mogło być ciekawie powalczyć do końca, lecz chyba byłem zbyt zmęczony - nie jestem już tak młody jak kiedyś - i dałem sobie spokój.
Ktoś kiedyś powiedział mi, że członkowie komisji zarabiają po 1000 dolarów dziennie, lecz prawda jest taka, że nasz rząd nie zwraca nawet poniesionych kosztów.
Z początkiem marca, jakiś miesiąc po rozpoczęciu działania komisji, wreszcie podzieliliśmy się na grupy robocze: grupa przygotowania lotu, na czele z Achesonem, Sutter kierował zespołem do spraw projektu, badań i produkcji, generał Kutyna przewodniczył grupie analizy wypadku, a dr Ride stała na czele grupy planowana i nadzoru misji. Ja sam większość czasu spędzałem w grupie Kutyny. Byłem także w grupie Ride, lecz, koniec końców, niewiele dla
niej robiłem.
Grupa generała Kutyny pojechała do pracy do Centrum Lotów Kosmicznych Marshalla w Huntsville w stanie Alabama. Zaraz na początku przyszedł do nas człowiek nazwiskiem Ullian. Jako inspektor do spraw zabezpieczenia ziemi decydował, czy należy wyposażyć prom w ładunki niszczące. (Jeżeli rakieta wymyka się spod kontroli, ładunki te umożliwiają rozsadzenie jej na małe kawałki. Jest to mniej niebezpieczne niż rakieta lecąca samopas, grożąca wybuchem po uderzeniu w ziemię).
Każda rakieta bezzałogowa jest wyposażona w takie ładunki. Ullian powiedział mi, że uległo uszkodzeniu 5 ze 127 rakiet, których lot nadzorował - co oznacza około 4 procent. Wziął te 4 procent i podzielił przez 4, ponieważ założył, że lot załogowy jest bezpieczniejszy od bezzałogowego. Otrzymał prawdopodobieństwo awarii wynoszące 1 procent, co stanowiło wystarczające uzasadnienie do umieszczenia ładunków niszczących. Lecz NASA powiedziała Ullianowi, że prawdopodobieństwo awarii jest bliższe 1 na 105. Próbowałem zrozumieć, co kryje się za tą cyfrą.
-      Powiedział pan 1 na 105?
-      Tak, 1 na 100 000.
-      To oznacza, że moglibyście latać promem codziennie, średnio przez 300 lat do pierwszego wypadku - codziennie jeden lot, przez 300 lat - przecież to czyste szaleństwo!
-      Tak, wiem - odparł Ullian. - W odpowiedzi na wszystkie twierdzenia NASA, że bardziej uważają na loty załogowe, że typowa rakieta nie nadaje się do porównań, i tak dalej, podwyższyłem kwalifikację do 1 na 1000 i założyłem ładunki.
Potem jednak pojawił się nowy problem: sonda Galileusz, wysłana w stronę Jowisza, miała korzystać z energii wytwarzanej przez generator jądrowy. Jeżeli prom wynoszący Galileusza na orbitę miałby awarię, skażeniu radioaktywnemu uległyby spore obszary ziemi. Tak więc spór trwał: NASA obstawała przy 1 na 100 000, a Ullian powtarzał, że w najlepszym razie 1 na 1000.
Opowiedział nam też o problemach, jakie miał z dostępem do szefa nazwiskiem Kingsbury: umawiał się z jego podwładnymi, lecz do samego Kingsbury'ego nie udało mu się dotrzeć i tym samym nie dowiedział się, w jaki sposób NASA doszła do 1 na 100 000. Nie pamiętam szczegółów tej historii, lecz według mnie Ullian we wszystkim postępował rozsądnie.
Żeby stwierdzić, co dokładnie stało się ze złączem, nasz zespół nadzorował testy NASA sprawdzające, jakie ciśnienie może wytrzymać pasta uszczelniająca, itd. Generał Kutyna nie chciał wyciągać pospiesznych wniosków, więc badaliśmy wszystko raz po raz, kontrolując wszystkie dowody i sprawdzając, w jakim stopniu wszystko składa się w jedną całość.
Mieliśmy sporo szczegółowych dyskusji na temat tego, co rzeczywiście wydarzyło się w kilku ostatnich sekundach lotu, lecz nie zwracałem na nie zbyt wiele uwagi. Miałem wrażenie, że pociąg wykoleił się z powodu uszkodzenia torów, a my analizujemy, które wagony rozpadły się najpierw, które potem i dlaczego jeden z nich przewrócił się na bok. Wydawało mi się, że gdy pociąg raz wypadnie z szyn, reszta nie ma specjalnego znaczenia - stało się i już. Zacząłem się nudzić.
Wtedy ułożyłem sobie małą grę: „Wyobraź sobie, że zawiodło coś innego, na przykład silniki główne - a my prowadzimy takie samo intensywne śledztwo jak teraz: czy tak samo odkrylibyśmy stopniowe zaniżanie kryteriów bezpieczeństwa i brak wymiany informacji między szczeblami zarządzania?"
Postanowiłem, że najlepiej będzie, jeżeli zrobię to, co zwykle - dowiem się od inżynierów, jak działa silnik, jakie są zagrożenia, jakie mieli z nim kłopoty, itd. - a wtedy, kiedy tak nafaszeruję się wiadomościami, że będę wiedział, o czym mówię, porozmawiam sobie z każdym, kto będzie miał czelność utrzymywać, że prawdopodobieństwo awarii wynosi 1 do 100 000.
Zapytałem, czy mogę porozmawiać o silnikach z kilkoma technikami. Jeden z facetów powiedział, że w porządku, on to załatwi i czy dziewiąta jutro rano mi odpowiada.
Tym razem przyszło trzech inżynierów, ich zwierzchnik, Lovingood, i kilku pomocników - razem osiem czy dziewięć osób. Wszyscy mieli wielkie grube zeszyty pełne ładnie ułożonych, różnych papierów. Na okładce widniał napis:
MATERIAŁY PRZEKAZANE CZŁONKOWI KOMISJI DOCHODZENIOWEJ RICHARDOWI FEYNMANOWI DNIA TE-TE MARCA 1986.
Widząc to, wykrzyknąłem:
-      Ludzie! Pewnie siedzieliście nad tym całą noc!
-      Nie, wcale nie kosztowało nas to aż tak dużo pracy, po prostu zebraliśmy razem papiery, których używamy przez cały czas.
-      Chciałem tylko porozmawiać z kilkoma inżynierami - powiedziałem. - Jest tyle problemów, nad którymi trzeba się zastanowić, że nie mogę się spodziewać, iż wszyscy tu zostaniecie i poświęcicie mi swój czas.
Lecz tym razem zostali wszyscy.
Lovingood wstał i zaczął mi wszystko objaśniać zgodnie z przyjętym w NASA zwyczajem, z tabelkami i wykresami, które odpowiadały informacjom w mojej księdze - gdzie oczywiście wszystko zaczyna się od „krop".
Nie będę wam zawracał głowy szczegółami, ale chciałem zrozumieć wszystko, co dotyczyło silnika. Zadawałem więc bez przerwy swoje głupawe pytania.
W pewnym momencie Lovingood mówi:
-      Doktorze Feynman, siedzimy już nad tym dwie godziny. Całość ma 123 strony, a my omówiliśmy ledwie 20.
W pierwszej chwili miałem zamiar powiedzieć: „Bez obawy, wcale nie zejdzie nam aż tak długo. Zawsze na początku jestem trochę przymulony i muszę mieć chwilę, żeby się we wszystkim połapać. Pod koniec pójdzie nam znacznie szybciej". Jednak po namyśle powiedziałem:
-      Żeby przyspieszyć sprawę, opowiem wam, co robię, żebyście wiedzieli, dokąd zmierzam. Chcę się dowiedzieć, czy podczas pracy nad silnikiem głównym mamy do czynienia z takim samym brakiem wymiany informacji między personelem technicznym a kierownictwem jak w przypadku rakietowych silników pomocniczych.
-      Nie sądzę - odpowiedział Lovingood. - Prawdę mówiąc, chociaż teraz należę do kierownictwa, z wykształcenia jestem inżynierem.
-      Więc dobrze - powiedziałem. - Macie panowie tutaj po kartce papieru. Proszę, napiszcie na niej odpowiedź na następujące pytanie: jakie według was jest prawdopodobieństwo, że misja promu zakończy się przed czasem z powodu awarii silnika głównego?
Napisali odpowiedzi i podali mi kartki. Na jednej z nich przeczytałem: „99,44% czystości" (sparafrazowany slogan mydła Ivory), co znaczy około 1 na 200. Drugi napisał coś bardzo technicznego, z mnóstwem statystycznych kwantyfikatorów, dokładnie wszystko definiując, tak że musiałem sobie wszystko przetłumaczyć - razem wziąwszy, wyszło też mniej więcej 1 na 200. Trzeci napisał po prostu „1 na 300".
Kartka papieru Lovingooda stwierdzała jednak:
„Nie mogę podać wartości liczbowej. Stopień niezawodności ocenia się w oparciu o poniższe:
•      poprzednie doświadczenia
•      kontrola jakości w procesie produkcji
•      ocena techniczna".
-      A więc tak - powiedziałem. - Mam cztery odpowiedzi, w tym jedna wykrętna. - Zwróciłem się do Lovingooda: - Uważam, że wymiguje się pan od odpowiedzi.
-      Nie sądzę.
-      Nie powiedział mi pan, jaki jest, według pana, stopień niezawodności; powiedział mi pan tylko, w jaki sposób pan go określa. A ja chcę się dowiedzieć: ile wyniósłby po określeniu?
-      100 procent - powiedział.
Inżynierom opadają szczęki, mnie też, spoglądam na niego, wszyscy tak samo:
-      Hm, hm, minus epsilon!
Pytam więc:
-      Dobrze, w porządku. Teraz jedynym problemem jest ustalenie: ILE WYNOSI EPSILON?
-      10-5.
Czyli wielkość podana nam wcześniej przez Ulliana: 1 na 100 000.
Pokazałem Lovingoodowi pozostałe odpowiedzi i powiedziałem:
-      Pewnie zainteresuje pana fakt, że tu właśnie zarysowuje się różnica między kierownictwem a personelem technicznym - wasze oceny prawdopodobieństwa awarii różnią się jakieś 300 razy.
Odparł, że chętnie przyśle mi dokument, który zawiera wyliczenia oceny, żebym mógł się z nim zapoznać .
-      Dziękuję bardzo - odpowiedziałem. - A teraz wracajmy do silnika.
Kontynuowaliśmy i, tak jak się spodziewałem, pod koniec wszystko poszło szybciej. Musiałem wiedzieć, jak działa silnik - znać dokładny kształt łopatek turbiny, wiedzieć, jak się obracają, i tak dalej - żebym mógł zrozumieć jego problemy.
Po lunchu inżynierowie opowiedzieli mi o wszystkich kłopotach, jakie sprawiał im silnik: pękające łopatki w pompie tlenu, pękające łopatki w pompie wodoru, pęcherze i pęknięcia obudowy itd. Po każdym lądowaniu promu szukali tych rzeczy peryskopami i innymi specjalnymi przyrządami.
Istniała na przykład kwestia zwana „zawirowaniem podsynchronicznym". Polegało to na tym, że przy wysokich prędkościach obrotowych wał wyginał się w nieco paraboliczny kształt.
Zużycie łożysk było tak wielkie, a dochodziły do tego jeszcze potworny hałas i wibracje, że sytuacja wydawała się beznadziejna. Ale znaleźli na to sposób. Razem wziąwszy, mieli około tuzina bardzo poważnych problemów, z czego połowę udało im się rozwiązać.
Większość samolotów projektuje się „z dołu do góry", to znaczy z wykorzystaniem części, które wcześniej zostały gruntownie przetestowane. Tymczasem prom zaprojektowano „od góry do dołu", żeby zaoszczędzić na czasie. Lecz gdy tylko pojawił się jakiś problem, rozwiązanie go wymagało wielu zmian konstrukcyjnych.
Lovingood rzadko zabierał teraz głos, lecz różni inżynierowie i technicy, w zależności od rodzaju problemu, opowiadali mi o wszystkim, czego mógłbym się dowiedzieć, idąc do inżynierów z firmy Thiokol. Zacząłem żywić dla nich wiele szacunku. Byli bardzo bezpośredni i wszystko szło znakomicie. Przerobiliśmy całą książkę. Udało się. Wtedy zapytałem:
-      A co powiecie o drganiach wysokiej częstotliwości, które pojawiają się w jednych silnikach, a w innych nie?
Wśród zebranych następuje chwilowe poruszenie i pojawia się mały stosik papierów. Wszystko pięknie razem zebrane, świetnie pasuje do reszty moich materiałów. Wszystko o drganiach o częstotliwości 4000 Hz!
Może jestem trochę tępy, ale starałem się, jak mogłem, żeby nikogo o nic nie oskarżać. Pozwoliłem, żeby mi pokazali to, co chcą, i zachowywałem się tak, jakbym ich nie przejrzał na wylot. Nie jestem jednym z tych detektywów, których można zobaczyć w telewizji, co to skaczą na równe nogi i oskarżają nieuczciwe organizacje o zatajanie informacji. Lecz byłem w pełni świadom tego, że nie powiedzieli mi o problemie, zanim sam o niego nie zapytałem. Zwykle odgrywałem rolę człowieka naiwnego, którym przeważnie zresztą byłem.
W każdym razie techników jakby coś dźgnęło. Podekscytowani dosłownie na wyścigi zaczęli mi opisywać problem. Jestem pewien, że byli zachwyceni, bo fachowcy uwielbiają omawiać problemy fachowe z innymi fachowcami, których spostrzeżenia czy propozycje mogą okazać się przydatne. A poza tym naprawdę chcieli temu zaradzić.
Przez cały czas używali bardzo skomplikowanego terminu: „zawirowania oscylacyjne ple- ple wywoływane ciśnieniem", czy coś w tym rodzaju.
-      Aha, chodzi wam o gwizd!
-      Tak - przyznali. - Zjawisko wykazuje charakterystyczne cechy gwizdu.
Uważali, że gwizd może pochodzić z miejsca, w którym gaz z dużą prędkością pędzi przez rurę rozdzielającą się na trzy mniejsze - w miejscu, gdzie znajdują się dwie przegrody. Powiedzieli mi też, jak daleko zaszli w rozwiązywaniu tego problemu.
Gdy wyszedłem ze spotkania, miałem nieodparte wrażenie, że odkryłem taką samą grę jak w przypadku uszczelnień: kierownictwo zaniża kryteria bezpieczeństwa i przechodzi do porządku dziennego nad usterkami, których nie przewiduje projekt danego urządzenia, a z dołu inżynierowie krzyczą: „RATUNKU!" i „ALARM"!
Następnego wieczora w drodze powrotnej jadłem obiad w samolocie. Kiedy posmarowałem bułkę, wziąłem do ręki cienki kartonik, na którym podawali masło, i zgiąłem go w kształcie litery „U", tak że miałem przed sobą dwie krawędzie. Podniosłem go do góry i zacząłem dmuchać. Chwilę później udało mi się sprawić, że zaczął gwizdać.
W Kalifornii zdobyłem trochę więcej informacji na temat silnika promu i prawdopodobieństwa jego awarii. Potem pojechałem do Rocketdyne, żeby porozmawiać z inżynierami i technikami, którzy budowali te silniki. Widziałem się też z konsultantami. Jeden z nich, Covert, był w komisji. Kolejnym konsultantem był pewien profesor z Caltech, bardzo życzliwy, który chętnie podzielił się ze mną tym, co wiedział na temat problemów z silnikiem; podał mi też własną ocenę prawdopodobieństwa awarii.
W JPL spotkałem faceta, który właśnie napisał raport dla NASA na temat metod wykorzystywanych przez FAA i wojsko do homologacji turbin gazowych i silników rakietowych. Spędziliśmy cały dzień, debatując w kółko nad określaniem prawdopodobieństwa awarii maszyn. Nauczyłem się wielu nowych nazw, jak na przykład „Weibull", szczególny rozkład matematyczny, który na wykresie przybiera pewien określony kształt. Powiedział mi, że na początku przepisy w zakresie bezpieczeństwa dla promu były takie same jak przepisy FAA, lecz NASA zmodyfikowała je, gdy pojawiły się problemy.
Okazało się przy tym, że silniki zaprojektowało Centrum Kosmiczne Marshalla w Huntsville, Rocketdyne je produkuje, Lockheed pisze instrukcje obsługi, a NASA montuje je w Centrum Kennedy'ego! Niewykluczone, że to genialny system organizacji, lecz jeżeli o mnie chodzi, uważam to za kompletny bałagan. Wszystko mi się poplątało i nie wiedziałem już, czy mówię do faceta z Marshalla, z Rocketdyne'a, z Lockheeda, czy z Kennedy'ego! Pogubiłem się w samym środku tego zamieszania. Prawdę mówiąc, przez cały ten czas - w marcu i kwietniu - tak często kursowałem między Kalifornią, Alabamą, Houston, Florydą i Waszyngtonem, że często nie wiedziałem, gdzie jestem ani jaki jest dzień tygodnia.
Po całym tym samodzielnie przeprowadzonym śledztwie postanowiłem napisać dla pozostałych członków komisji maleńki raport o silnikach. Ale kiedy zajrzałem do notatek na temat planów badań, zauważyłem pewną nieścisłość: mówiono o „silniku nr 12" i o tym, jak długo „silnik" latał. Ale żaden z nich nigdy nie był zawsze taki sam, bo przez cały czas go naprawiano. Po każdym locie technicy sprawdzali silnik i patrzyli, ile jest pękniętych łopatek na wirniku, ile pęknięć obudowy i tak dalej. Potem naprawiali „silnik" - montując nową obudowę, nowy wirnik lub nowe łożyska - innymi słowy, wymieniali sporo części. Czytałem więc, że dany silnik miał wirnik nr 2009, który pracował przez 27 minut w locie takim a takim, i obudowę nr 4091, która odbyła 53 minuty lotów takich a takich. Wszystko było więc pomieszane.
Gdy ukończyłem raport, chciałem go sprawdzić. Więc za następnej bytności w Centrum Kosmicznym Marshalla powiedziałem, że chcę porozmawiać z inżynierami o kilku sprawach technicznych tylko po to, żeby sprawdzić szczegóły - nie potrzeba mi nikogo z kierownictwa.
Gdy właśnie miałem wyjść, jeden z nich powiedział:
-      Pamięta pan to pytanie, które zadał nam pan ostatnim razem - to z kartkami papieru? Uważaliśmy, że było podchwytliwe. To nie fair.
-      Zgadzam się z tym w zupełności. Miało być podchwytliwe. Wiedziałem, co się stanie.
-      Wobec tego chciałbym zmienić odpowiedź. Chcę powiedzieć, że nie potrafię tego skwantyfikować. (Ten facet dał mi wtedy najbardziej szczegółową odpowiedź).
-      W porządku - powiedziałem. - Ale zgadza się pan, że prawdopodobieństwo awarii wynosi 1 do 100 000?
-      No nie, nie zgadzam się. Po prostu nie chcę odpowiadać.
Nagle jeden z pozostałych mówi:
-      Powiedziałem wtedy, że szansa awarii jest jak 1 do 300, i dalej to podtrzymuję, ale nie chciałbym panu mówić, w jaki sposób do tego doszedłem.
-      W porządku - zakończyłem. - Nie musi pan.

Zapalny załącznik

Przez cały czas miałem nadzieję, że nadejdzie taki dzień, kiedy komisja zbierze się znów w pełnym składzie, żebyśmy mogli porozmawiać sobie o tym, czegośmy się dowiedzieli. Aby pomóc zorganizować taką dyskusję, postanowiłem przez cały czas pisać krótkie raporty: i tak opisałem swą pracę z ekipą do usuwania lodu (analiza zdjęć i błędne odczyty temperatury), rozmowy z Lamberthem i z robotnikami montującymi rakiety, napisałem nawet na temat kawałka papieru, na którym było napisane „w porządku, puszczamy". Wszystkie te raporciki posyłałem Alowi Keelowi, zarządzającemu projektem, licząc, że przekaże je pozostałym członkom komisji.
Co do tej konkretnej przygody zaś - badania braku kontaktu między kierownictwem a inżynierami, którzy pracują nad silnikami - też ją opisałem, na małym domowym PC IBM-a. Byłem trochę zmęczony, więc nie kontrolowałem się tak, jak chciałem - nie napisałem go z taką samą starannością jak pozostałe raporty. Lecz skoro mieli go dostać tylko członkowie komisji, nic w nim nie zmieniałem przed wysłaniem doktorowi Keelowi. Po prostu dołączyłem notkę, która mówiła: „Uważam, że pozostali członkowie komisji będą tym zainteresowani, ale może pan postąpić według własnego uznania: pod koniec jest trochę mocny". Podziękował mi i powiedział, że przesłał wszystkim mój raport.
Potem pojechałem do Centrum Kosmicznego Johnsona w Houston, żeby się przyjrzeć awionice. Była tam już grupa Sally Ride, która badała sprawy bezpieczeństwa z punktu widzenia astronautów. Sally przedstawiła mnie programistom, którzy pokazali mi sprzęt do szkolenia astronautów.
To naprawdę wspaniałe. Ludzie ci ćwiczą na rozmaitych symulatorach o różnym stopniu komplikacji. Jeden z nich wygląda zupełnie tak jak prawdziwy prom: wchodzi się na górę, do środka, a w oknach komputery pokazują obrazy. Gdy pilot porusza sterami, widoki w oknach zmieniają się. Ten konkretny symulator ma podwójną rolę: uczy astronautów i testuje komputery. Z tyłu kabiny dla załogi znajdowały się wiązki kabli, które szły przez cały przedział ładunkowy jeszcze dalej do tyłu, gdzie specjalne przyrządy imitowały sygnały z silników: ciśnienie, natężenie przepływu paliwa itd. (Kable były na wierzchu, bo technicy sprawdzali, czy nie ma „przesłuchów" - interferencji między sygnałami idącymi w jedną i w drugą stronę).
Sam prom jest obsługiwany w zasadzie wyłącznie przez komputer. Od momentu odpalenia nikt w środku nic nie robi z powodu straszliwego przyspieszenia. Po osiągnięciu pewnej wysokości komputery na chwilę zmniejszają siłę ciągu, a gdy powietrze wystarczająco się rozrzedzi, znów ją zwiększają. Jakąś minutę później odpadają oba silniki pomocnicze, a w kilka minut potem główny zbiornik paliwa. Każdą z tych operacji zawiadują komputery. Prom osiąga zadaną orbitę automatycznie - astronauci po prostu siedzą sobie w fotelach.
Pamięć komputerów promu nie może pomieścić wszystkich programów na cały lot. Po wejściu na orbitę astronauci wyciągają parę kaset i ładują program kolejnej fazy lotu - jest ich razem aż sześć. Pod koniec misji ładują program schodzenia do lądowania.
Na pokładzie promu są cztery komputery, które równolegle wykonują te same programy. Zazwyczaj wszystkie zgodnie wykonują zadane instrukcje. Jeżeli jeden z nich odstaje od reszty, lot można kontynuować. Gdy dane zgadzają się tylko w dwóch, misja musi zostać przerwana, a prom natychmiast sprowadzony na ziemię.
Żeby bardziej podwyższyć poziom bezpieczeństwa, jest jeszcze piąty komputer - umieszczony jest z dala od pozostałych czterech i jego przewody biegną innymi drogami - ma on tylko program wejścia na orbitę i lądowania. (Oba ledwo mu się mieszczą w pamięci). Jeżeli coś przydarzyłoby się pozostałym komputerom, piąty może sprowadzić prom z powrotem na ziemię. Do tej pory nie trzeba było z niego korzystać.
Najbardziej dramatycznym etapem misji jest lądowanie. Gdy załoga wie już, gdzie ma wylądować, naciska jeden z trzech przycisków z napisami Edwards, White Sands i Kennedy, które mówią komputerowi, gdzie wyląduje prom. Potem parę małych rakiet trochę wyhamowuje prom, który pod właściwym kątem wchodzi w atmosferę. To jest właśnie najbardziej niebezpieczny moment, w czasie którego rozgrzewają się wszystkie płytki poszycia kadłuba.
W tej fazie lotu załoga nie widzi nic. Warunki zmieniają się tak szybko, że zejście musi się odbywać automatycznie. Na wysokości około 10 500 m prom wyhamowuje do prędkości niższej od prędkości dźwięku i gdyby było trzeba, można przejść na sterowanie ręczne. Lecz na wysokości 1300 m dzieje się coś, czego nie wykonuje komputer: pilot naciska przycisk wysuwający podwozie.
Bardzo mnie to zdziwiło - drobiazg, który ma związek z psychologią pilotów: w oczach ludzi uchodzą za bohaterów, wszystkim wydaje się, że sami sterują promem, tymczasem prawda jest taka, że nie mają nic do roboty, dopóki nie przyjdzie pora na naciśnięcie guzika do wysuwania podwozia. Nie mogą znieść myśli, że tak naprawdę nie mają nic do roboty.
Wydało mi się, że byłoby bezpieczniej, gdyby komputer sam wysuwał podwozie, na wypadek, gdyby astronauci z jakiegoś powodu byli nieprzytomni. Programiści przyznali mi rację i dodali, że wysunięcie podwozia w niewłaściwym momencie jest bardzo niebezpieczne. Powiedzieli mi też, że naziemna kontrola lotu może wysłać sygnał sterujący wysunięciem podwozia, lecz moje następne zastrzeżenie dało im trochę do myślenia: co się dzieje, gdy pilot jest na wpół przytomny i wydaje mu się, że powinien opuścić podwozie w danym momencie, a na ziemi wiedzą, że pora jeszcze nie nadeszła? Lepiej by było, gdyby wszystkim sterował komputer.
Kiedyś piloci sterowali też hamulcami, lecz bywało to przyczyną wielu kłopotów: gdy na początku hamowało się zbyt mocno, pod koniec pasa nie było już klocków hamulcowych, a przecież prom nadal się poruszał! Z początku astronauci sprzeciwiali się zmianie, lecz teraz są zachwyceni, bo automatyczne hamulce bardzo dobrze działają.
Chociaż w Centrum Johnsona pisze się wiele dobrych programów, komputery promu są tak przestarzałe, że już się ich nie produkuje. Mają pamięci starego typu, zrobione z małych rdzeni ferrytowych, przez które przechodzą przewody.
Tymczasem opracowaliśmy znacznie lepszy sprzęt komputerowy: współczesne kości pamięci są znacznie, znacznie mniejsze i mają o wiele większe możliwości, są też o wiele bardziej niezawodne. Mają na przykład wewnętrzne kody, które automatycznie korygują działanie pamięci. Dla dzisiejszych komputerów można by zaprojektować osobne moduły programowe, żeby zmiana rodzaju ładunku nie wymagała za każdym razem tak wielu modyfikacji w programie sterującym.
Jednak ze względu na wielkie środki zainwestowane w symulatory lotu i inny osprzęt rozpoczęcie wszystkiego od nowa i zastąpienie milionów linijek kodu, które już zostały napisane, byłoby niesłychanie kosztowne.
Dowiedziałem się, w jaki sposób programiści przygotowują oprogramowanie awioniki dla promu. Jedna grupa pisze poszczególne części programu, które potem druga grupa programistów składa razem i testuje. Gdy obie grupy uznają, że wszystkie ukryte wady zostały usunięte, przeprowadza się symulację całego lotu, podczas której sprawdza się wszystkie systemy promu. Wtedy przyjmuje się zasadę, że symulacja nie jest tylko ćwiczeniem na sucho w celu sprawdzenia, czy oprogramowanie działa bez zarzutu, lecz p r a w d z i w y m l o t e m - jeżeli coś zawiedzie w tej chwili, sprawa jest bardzo poważna, jak gdyby na pokładzie znajdowali się żywi ludzie i mieli kłopoty. W grę wchodzi reputacja programistów.
Od samego początku, w ciągu wielu lat pracy, zdarzyło im się tylko sześć awarii na poziomie symulacji lotu i żadnej podczas prawdziwej misji. Razem wziąwszy, wyglądało na to, że ludzie od komputerów wiedzą, co robią: rozumieli, że sprawy komputerowe mają zasadnicze znaczenie dla promu, stanowią jednak zarazem potencjalne niebezpieczeństwo, dlatego bardzo uważali. Pisali programy obsługujące bardzo skomplikowaną maszynę w środowisku, .w którym warunki drastycznie się zmieniają - programy, które mierzą te zmiany, elastycznie na nie reagują i zapewniają wysoki stopień bezpieczeństwa i precyzji. Powiedziałbym, że w pewnym sensie ludzie ci należeli kiedyś do ścisłej czołówki w dziedzinie wysokiej klasy automatyki sterującej lub interaktywnych systemów komputerowych, lecz z powodu przestarzałego osprzętu komputerowego nie jest to już dzisiaj prawdą.
Nie badałem awioniki tak szczegółowo jak silników, więc mogli mi wepchnąć trochę kitu, ale nie sądzę. Programiści i kierownictwo znakomicie się ze sobą porozumiewali i wszyscy uważali, by nie zmieniać kryteriów bezpieczeństwa.
Powiedziałem programistom, że moim zdaniem ich system i postawa są godne naśladowania. Wtedy jeden z nich wymamrotał coś o urzędnikach wyżej postawionych w hierarchii NASA, którzy zamierzają wprowadzić cięcia w wydatkach na testy, żeby zaoszczędzić pieniędzy:
- Mówią, że zawsze wypadają pomyślnie, więc po co ich aż tyle?
Przed opuszczeniem Houston kontynuowałem swe potajemne śledztwo w sprawie plotki, jakoby Biały Dom wywierał nacisk na NASA, żeby prom wystartował konkretnego dnia. Houston jest centrum łączności programu, więc poszedłem do ludzi z telemetrii i zapytałem ich o działanie systemu połączeń. Przerobiłem po kolei to samo, co na Florydzie - i byli dla mnie tak samo mili, lecz tym razem dowiedziałem się, że gdyby mieli zrealizować połączenie promu z Kongresem, Białym Domem lub innym miejscem, musieliby wiedzieć o tym trzy minuty wcześniej - nie trzy miesiące ani trzy dni, ani nawet trzy godziny - tylko trzy minuty. Dlatego mogą to zrobić, kiedykolwiek zechcą, i niczego nie trzeba zapisywać z wyprzedzeniem. Trafiłem więc w ślepy zaułek.
Kiedyś rozmawiałem z reporterem „New York Timesa" na temat tej pogłoski. Zapytałem
go:
-      Jak można to sprawdzić?
-      Przyszło mi do głowy, żeby pójść do ludzi bezpośrednio obsługujących łącza - odpowiedział. - Spróbowałem, ale wróciłem z niczym.
W pierwszej połowie kwietnia grupa generała Kutyny odbierała końcowe wyniki testów przeprowadzanych przez NASA w Centrum Marshalla. Do wyników dołączone były interpretacje własne agencji, lecz nam wydawało się, że powinniśmy wszystko opisać na swój sposób. (Z wyjątkiem przypadków, gdy testy nie wykazały niczego).
Generał Kutyna stworzył nawet w Centrum Marshalla całą procedurę pisania raportu dla naszej grupy. Całość trwała mniej więcej dwa dni. Zanim do czegokolwiek doszliśmy, otrzymaliśmy wiadomość od Rogersa: „Wracajcie do Waszyngtonu. Nie powinniście tam pisać raportu".
Więc wróciliśmy, a generał Kutyna dał mi do dyspozycji biuro w Pentagonie. Było w porządku, ale nie miałem sekretarki, więc nie mogłem pracować zbyt szybko.
Bill Graham zawsze mi pomagał, więc zatelefonowałem do niego. Załatwił mi możliwość korzystania z biura faceta, który wyjechał z miasta - dostałem je razem z jego sekretarką. Bardzo, bardzo mi pomogła: potrafiła zapisać coś w takim tempie, w jakim dyktowałem, a potem to przerabiała, poprawiając moje błędy. Pracowaliśmy bardzo ciężko przez dwa czy trzy dni i w ten sposób udało nam się napisać spore fragmenty raportu. Szło nam bardzo dobrze.
Neil Armstrong, który należał do naszej grupy, jest bardzo dobry w pisaniu. Wystarczyło, że rzucił okiem na moje dzieło, i od razu znajdował wszystkie słabe punkty, ot, tak sobie - i za każdym razem miał rację, co szalenie mi zaimponowało.
Każda grupa miała napisać jeden lub dwa rozdziały do raportu głównego. My napisaliśmy fragment rozdziału 3: „Wypadek", lecz naszym głównym dziełem jest rozdział 4: „Przyczyny wypadku". Jedną z konsekwencji tego systemu był jednak fakt, że nigdy nie odbyliśmy spotkania, na którym można by przedyskutować wyniki badań pozostałych grup - choćby po to, żeby omówić nasze informacje z odmiennych perspektyw. Zamiast tego zajmowaliśmy się tym, co nazywają „formowaniem zdań" - i co Hotz później nazwał „ryciem napisów nagrobnych" - sprawdzaniem interpunkcji, poprawianiem zwrotów itd. Nigdy nie przeprowadziliśmy prawdziwej dyskusji na temat idei, nie licząc przypadkowych uwag w czasie „formowania". Pojawiało się na przykład pytanie: „Czy to zdanie o silnikach powinno brzmieć tak czy tak?"
Próbowałem wtedy zagaić małą dyskusję.
-      Z doświadczenia wiem, że silniki nie są tak dobre, jak tu piszecie...
A oni na to, że zmienią słowa na ostrożniejsze, i dalej, do kolejnego zdania. Może i jest to skuteczny sposób na szybkie sporządzenie raportu, lecz takie „formowanie" ciągnęło się przez całe posiedzenia.
Co jakiś czas przerywaliśmy pracę, żeby omówić sprawy drukarskie i kolor okładki. Po każdej dyskusji mieliśmy głosować. Wydawało mi się, że najsensowniej będzie głosować na to, co ustaliliśmy na poprzednim posiedzeniu, lecz zawsze okazywało się, że jestem w mniejszości! Wreszcie zdecydowaliśmy się na kolor czerwony. (Raport wyszedł w niebieskiej okładce).
Kiedyś zagadnąłem Sally Ride o coś, co umieściłem w raporcie na temat silników, tymczasem ona najwyraźniej nie bardzo wiedziała, o co chodzi. Zapytałem ją, czy dostała mój raport.
-      Nie, nic takiego nie dostałam - odparła.
Idę więc do biura Keela i mówię:
-      Sally powiedziała mi, że nie dostała kopii mojego raportu.
Wygląda na zaskoczonego i zwraca się do sekretarki:
-      Proszę zrobić kopię raportu doktora Feynmana dla doktor Ride.
Potem dowiaduję się, że Acheson też nie widział na oczy raportu.
-      Proszę zrobić kopię raportu i przekazać panu Achesonowi.
Wreszcie zorientowałem się, co jest grane, i powiedziałem:
-      Doktorze Keel, nie sądzę, żeby ktokolwiek z członków komisji dostał mój raport.
Ten mówi do sekretarki:
-      Proszę zrobić kopie raportu i dostarczyć je wszystkim członkom komisji.
-      Wiem, jak pan ma dużo pracy i że trudno o wszystkim pamiętać - kontynuuję. - Ale, o ile pamiętam, powiedział mi pan, że pokazał pan mój raport wszystkim.
-      Tak, właśnie, miałem na myśli cały personel agencji.
Później z rozmów z członkami personelu dowiedziałem się, że oni też go nie widzieli na
oczy.
Gdy pozostali członkowie komisji wreszcie dostali do ręki mój raport, większość z nich uznała, że jest bardzo dobry i że powinien zostać włączony do końcowego raportu komisji. Zachęcony takim obrotem sprawy nie przestawałem o nim przypominać.
-      Chciałbym, żebyśmy poświęcili jedno posiedzenie i zdecydowali, co z nim zrobić - powtarzałem.
-      W przyszłym tygodniu - brzmiała typowa odpowiedź. (Byliśmy zbyt zajęci „formowaniem" zdań lub głosowaniem nad kolorem okładki).
Stopniowo zaczynałem zdawać sobie sprawę, że ze względu na styl, w jakim napisałem raport, będzie on wymagał sporo „formowania" - a my mieliśmy coraz mniej czasu. Wtedy ktoś zaproponował, żeby poszedł jako załącznik. W ten sposób nie trzeba go będzie przerabiać, żeby pasował do reszty. Inni członkowie komisji uznali jednak, że powinien w jakiejś formie znaleźć się w głównej części raportu; mówili, że załączniki wyjdą dopiero za kilka miesięcy, więc nikt nie przeczyta mojego raportu, jeżeli zostanie tylko w takiej postaci. Tym razem pomyślałem sobie, że pójdę na kompromis i zgodzę się na załącznik.
Teraz jednak pojawił się nowy problem: raport napisałem na domowym edytorze tekstów, trzeba było go więc przeformatować z IBM na edytor profesjonalny, z którego korzystała komisja. Można to zrobić skanerem optycznym. Musiałem zadać sobie trochę trudu, żeby znaleźć właściwego człowieka do tej roboty. Nawet wtedy nie dało się tego zrobić od razu. Gdy zapytałem, dlaczego sprawa tak się odwleka, facet odpowiedział, że nie może znaleźć mojego tekstu. Musiałem dać mu kopię.
Kilka dni później skończyłem pisać raport o awionice i chciałem go dołączyć do raportu o silnikach. Wziąłem go więc do gościa i powiedziałem, czego mi trzeba. Potem, nie pamiętam dlaczego, potrzebowałem kopii nowego raportu, lecz facet dał mi starą, jeszcze bez awioniki.
-      Gdzie jest ten nowy, z awioniką? - zapytałem.
-      Gdzieś mi go wcięło.
I tak dalej. Nie pamiętam wszystkich szczegółów, ale mój raport zawsze gdzieś się gubił albo był niedogotowany. Jak na przypadkowe pomyłki, było ich za wiele. Przepychanie go naprzód wymagało dość sporo zachodu.
Aż tu nagle, pod sam koniec, kiedy główny raport jest już gotów do wysłania do drukarni, doktor Keel chce też „przeformułować" moją część, chociaż ma być tylko załącznikiem. Zaniosłem raport do etatowego redaktora, zdolnego faceta nazwiskiem Hansen, który go wygładził, nie zmieniając przy tym sensu całości. Potem znów wsadzili wszystko do maszyny, jako „wersję nr 23" - ciągle tylko te zmiany i zmiany.
(Przy okazji: całość miała 23 wersje. Ktoś już zauważył, że komputery, które mają zwiększać wydajność pracy, wcale nie przyspieszają tempa, w jakim piszemy raporty: kiedyś robiliśmy tylko trzy wersje - bo tak trudno było je przepisać na maszynie - a teraz mamy ich aż 23!)
Następnego dnia zauważyłem, że Keel ślęczy nad moim raportem: całe fragmenty brał w kółka, przekreślał je wielkimi X-ami, przez co wyrzucił całe mnóstwo myśli. Tłumaczył mi, że nie są potrzebne, bo powtarzają mniej więcej to, co napisaliśmy w raporcie głównym.
Starałem się go przekonać, że łatwiej zrozumieć logikę rozumowania, gdy wszystkie idee są razem, a nie rozsypane po kawałku.
- Przecież to tylko załącznik - broniłem się. - Nie ma znaczenia, że trochę się powtarza.
Dr Keel coś tu i ówdzie z powrotem pododawał, kiedy go o to poprosiłem, lecz z raportu wyciął tyle, że zupełnie nie przypominał wersji pierwotnej.
Dziesiąte zalecenie
Kiedyś w maju, na jednym z naszych ostatnich spotkań, zabraliśmy się do sporządzania listy możliwych zaleceń. Ktoś mówił: „A może powinniśmy przedyskutować powołanie komisji do spraw bezpieczeństwa?" - W porządku, zapisujemy. Myślę sobie: „Nareszcie! Będzie dyskusja!" A tu okazuje się, że wstępna lista tematów zmienia się w zalecenia - żeby powołać komisję, zrobić to czy tamto.
Dyskusja dotyczyła tylko tego, które zapisać jako pierwsze, które jako drugie, i tak dalej.
A było przecież tyle spraw, które chciałem szerzej omówić. Na przykład, w związku z proponowanym powołaniem komisji do spraw bezpieczeństwa można postawić pytanie, czy nie będzie ona czasem tylko kolejnym pokładem i tak już przerośniętej biurokracji?
Takie komisje istniały już wcześniej. W 1967 roku, po wypadku Apolla, grupa dochodzeniowa powołała specjalną komisję do spraw bezpieczeństwa. Przez jakiś czas sprawdzała się, ale nie trwało to długo.
W ogóle nie zastanawialiśmy się, dlaczego wcześniejsze komisje nie spełniają swoich zadań; zamiast tego stworzyliśmy parę nowych. Nazwaliśmy je: „Niezależna komisja do spraw nadzorowania konstrukcji silnika pomocniczego", „Panel doradczy do spraw bezpieczeństwa systemu transportu promowego" i „Biuro bezpieczeństwa, niezawodności i kontroli jakości". Zdecydowaliśmy, kto będzie nadzorował każdą z nich, lecz nie poświęciliśmy ani chwili temu, czy zespoły przez nas stworzone mają większe szanse skutecznego działania, czy możemy coś poprawić w już istniejących komisjach, żeby z a c z ę ł y działać, ani czy w ogóle powinny istnieć.
Co do pewnych spraw, nie mam aż tak zdecydowanych przekonań jak wszyscy inni. Czasem trzeba się trochę zastanowić, a my jako grupa nie myśleliśmy wystarczająco często. Decyzje w ważnych sprawach podejmowane w pośpiechu nie wypadają najlepiej - a biorąc pod uwagę naszą szybkość działania, po prostu nie mogliśmy uniknąć paru nieżyciowych rozwiązań.
Skończyło się na tym, że zmieniliśmy kolejność zaleceń na liście, trochę je przeformułowaliśmy, a potem głosowaliśmy na tak lub na nie. Był to dość dziwny sposób postępowania, a ja nie byłem do tego przyzwyczajony. Prawdę mówiąc, miałem wrażenie, że się nas pogania: w pewnym sensie, o niektórych sprawach decydowano ponad nami.
Tak czy inaczej, na ostatnim spotkaniu zgodziliśmy się na dziewięć zaleceń. Wielu członków komisji wróciło potem do domów, lecz ja wybierałem się za parę dni do Nowego Jorku, więc zatrzymałem się w Waszyngtonie. Tak się złożyło, że następnego dnia byłem w biurze Rogersa z Neilem Armstrongiem i jeszcze jednym członkiem komisji, gdy Rogers oznajmił:
-      Pomyślałem, że powinniśmy wprowadzić dziesiąte zalecenie. Wszystko w naszym raporcie ma taki negatywny wydźwięk - uważam, że trzeba dodać coś pozytywnego na koniec, żeby to zrównoważyć.
Pokazuje mi kartkę papieru, na której jest napisane:
„Komisja z całym przekonaniem stwierdza, że NASA powinna nadal otrzymywać wsparcie ze strony rządu i narodu. Agencja stanowi część naszego majątku narodowego i odgrywa kluczową rolę w badaniu i zagospodarowywaniu przestrzeni kosmicznej. Jest także symbolem narodowej dumy i przodownictwa w dziedzinie technologii. Komisja wyraża uznanie dla spektakularnych osiągnięć agencji w przeszłości i spodziewa się imponujących dokonań w przyszłości. Intencją wniosków i zaleceń prezentowanych w niniejszym raporcie jest przyczynienie się do kolejnych sukcesów NASA, których naród oczekuje i potrzebuje w miarę zbliżania się XXI stulecia".
Przez cztery miesiące pracy nigdy nie omawialiśmy, jako komisja, politycznych kwestii tego rodzaju i wydawało mi się, iż nie ma powodu, żeby zalecenie o takiej treści dołączać do raportu. I chociaż nie twierdzę, że się z nim nie zgadzam, wcale nie było dla mnie oczywiste, że to prawda. Powiedziałem więc:
-      Uważam, że dziesiąte zalecenie jest nie na miejscu. Wydaje mi się, że usłyszałem, jak Armstrong mówi:
-      Cóż, jeżeli ktoś się z nim nie zgadza, nie dodawajmy go.
Ale Rogers nie przestawał mnie przekonywać. Trochę poodbijaliśmy piłeczkę, lecz musiałem zdążyć na lot do Nowego Jorku. Gdy byłem w samolocie, miałem więcej czasu, żeby zastanowić się nad dziesiątym zaleceniem. Chciałem starannie przedstawić swoje argumenty na papierze, więc gdy dotarłem do hotelu, napisałem do Rogersa list. Zakończyłem go słowami: „Zalecenie to przypomina mi przeglądy gotowości lotu: »Istnieją poważne zagrożenia, ale to nic - latajcie dalej!«„
Była sobota, a ja chciałem, żeby do poniedziałku Rogers przeczytał mój list. Zatelefonowałem więc do jego sekretarki - wszyscy pracowali po siedem dni w tygodniu, żeby na czas przygotować raport - i powiedziałem:
-      Chciałbym pani podyktować list. Czy nie ma pani nic przeciwko temu?
-      Skądże znowu! Zaraz do pana oddzwonię, żeby zaoszczędził pan trochę pieniędzy.
Oddzwania, ja dyktuję list, a ona wręcza go bezpośrednio Rogersowi.
Gdy wróciłem w poniedziałek, Rogers powiedział:
-      Doktorze Feynman, czytałem pański list i zgadzam się ze wszystkim, co pan pisze. Ale został pan przegłosowany.
-      Przegłosowany? Jak mogłem zostać przegłosowany, skoro nie było posiedzenia?
Keel, który też tam był, powiedział:
-      Telefonowaliśmy do wszystkich i wszyscy zgadzają się z zaleceniem. Wszyscy głosowali
za.
-      To nie fair! - zaprotestowałem. - Gdybym mógł zaprezentować swoje argumenty innym członkom komisji, nie sądzę, żebym został przegłosowany.
Nie wiedziałem, co zrobić, więc powiedziałem, że chcę sobie zrobić kopię listu.
Kiedy wróciłem, Keel mówi:
-      Właśnie przypomnieliśmy sobie, że nie rozmawialiśmy na ten temat z Hotzem, bo miał jakieś spotkanie. Zapomnieliśmy o jego głosie.
Nie miałem zielonego pojęcia, jak mam to rozumieć, ale później dowiedziałem się, że Hotz właśnie wtedy był w budynku, i to całkiem niedaleko kopiarki. Potem rozmawiałem o dziesiątym zaleceniu z Davidem Achesonem. Wyjaśnił mi, że tak naprawdę nic ono nie znaczy.
-      To tylko taka gadka na pokaz.
-      Skoro nic nie znaczy, to jest niepotrzebne - powiedziałem.
-      Gdyby to była komisja Państwowej Akademii Nauk , twoje obiekcje byłyby na miejscu. Ale nie zapominaj, że to komisja prezydencka. Powinniśmy coś napisać dla prezydenta.
-      Nie bardzo chwytam różnicę - zaprotestowałem. - Dlaczego mam postępować nieuważnie i nie naukowo , kiedy piszę raport dla
prezydenta?
Naiwność nie zawsze daje oczekiwany efekt: mój argument pozostał bez echa. Acheson powtarzał mi, że robię z igły widły, a ja mu na to, że ostatnie zalecenie osłabia wymowę naszego raportu i nie powinno zostać w nim uwzględnione. Więc tak się to miało skończyć: „Komisja z całym przekonaniem stwierdza, że NASA powinna nadal otrzymywać wsparcie ze strony rządu i narodu..." - cała ta „gadka na pokaz", żeby „wyważyć" raport.
Lecąc do domu, pomyślałem sobie: „Ciekawe, że jedyną naprawdę wyważoną częścią raportu jest właśnie moja: negatywnie opisałem silnik i pozytywnie awionikę. A jak musiałem z nimi walczyć, żeby ją przepchnąć - nawet jako cholerny załącznik!"
Potem zastanowiłem się nad dziesiątym zaleceniem. Wszystkie inne miały oparcie w zebranych przez nas danych, a to nie miało żadnych. Widziałem, jak kapie z niego wybielacz. Nie ma wątpliwości, to nieporozumienie! Przez to nasz raport będzie źle wyglądał. Byłem bardzo wzburzony.
W domu rozmawiałem z moją siostrą Joan. Opowiedziałem jej o dziesiątym zaleceniu i w jaki sposób zostałem „przegłosowany".
-      Czy telefonowałeś do innych członków komisji, żeby z nimi porozmawiać? - zapytała.
-      Rozmawiałem z Achesonem, ale on był za.
-      A z innymi?
-      No, z innymi nie.
Zadzwoniłem więc do trzech innych członków komisji - nazwę ich A, B i C. Dzwonię do A, który mówi: „Jakie dziesiąte zalecenie?" Dzwonię do B, który mówi: „Dziesiąte zalecenie? O czym pan mówi?" Dzwonię do C, który mówi: „Nie pamiętasz, ty stary sklerotyku? Byłem wtedy w biurze, kiedy Rogers nam o nim powiedział. Nie widzę w tym nic złego".
Wydawało się, że o dziesiątym zaleceniu wiedzieli tylko ludzie obecni w biurze Rogersa w chwili, gdy nam o tym wspominał. Nie zawracałem sobie głowy dalszymi telefonami. Przecież
wystarczy - wiem, że nie muszę otwierać wszystkich sejfów, żeby się przekonać, że kombinacjajest ta sama!"
Potem opowiedziałem Joan o swoim raporcie - jak go pocięli, mimo że miał być tylko załącznikiem. Joan na to:
-      Jeżeli zrobili z twoim raportem takie rzeczy, zastanów się, co osiągnąłeś, pracując w komisji? Jakie są efekty twoje go wysiłku?
-      Aha!
Wysłałem do Rogersa telegram:
PROSZĘ O USUNIĘCIE MOJEGO PODPISU Z RAPORTU, JEŚLI NIE ZOSTANĄ SPEŁNIONE DWA WARUNKI:
1. NIE BĘDZIE DZIESIĄTEGO ZALECENIA, ORAZ
2. MÓJ RAPORT ZOSTANIE OPUBLIKOWANY W WERSJI NR 23 BEZ MODYFIKACJI.
(Wtedy już wiedziałem, że wszystko muszę dokładnie definiować).
Aby dostać wersję, której potrzebowałem, zatelefonowałem do Hotza, odpowiedzialnego za system dokumentacji i publikowania raportu. Przysłał mi wersję 23, żebym miał coś konkretnego w ręku i mógł sam opublikować, gdyby doszło do najgorszego.
Wynikiem telegramu było to, że Rogers i Keel próbowali ze mną negocjować. Poprosili generała Kutynę, żeby pośredniczył, bo wiedzieli, że jest moim kolegą. Nie wiedzieli tylko, jak dobrym kolegą.
Kutyna mówi:
-      Halo, profesorze, chciałem ci tylko powiedzieć, że świetnie sobie radzisz. Ale dano mi zadanie wyperswadowania ci tego, więc zacytuję ci argumenty.
-      Bez obawy! - odparłem. - Nie zmienię zdania. Mów i nie bój się.
Pierwszy z nich brzmiał: jeżeli nie zgodzę się na dziesiąte zalecenie, nie przyjmą mojego raportu, nawet jako załącznika. Tym akurat nie przejmowałem się, bo zawsze mogłem go sam wydrukować.
Pozostałe argumenty były podobne: żaden z nich nie był zbyt dobry i żaden z nich do mnie nie przemawiał. Dokładnie przemyślałem sobie to, co robię, i nie ustępowałem.
Wtedy Kutyna zaproponował kompromis: byli gotowi przyjąć mój raport bez zmian, z wyjątkiem jednego zdania pod koniec. Przyjrzałem mu się i stwierdziłem, że już w poprzednim akapicie postawiłem sprawę wystarczająco jasno. Powtarzanie jej oznaczałoby polemikę, więc usunięcie zdania znacznie poprawiało końcowy efekt. Zgodziłem się. Potem z kolei ja zaproponowałem kompromis dotyczący dziesiątego zalecenia: „Jeżeli chcą dodać coś miłego o NASA, niech nie nazywają tego zaleceniem, żeby ludzie wiedzieli, że to nie jest tego samego kalibru, co pozostałe zalecenia: niech to będzie »końcowa myśl«, jak chcecie. I żeby uniknąć nieporozumień, nie piszcie »z całym przekonaniem stwierdza«. Po prostu powiedzcie »proponuje« - »Komisja proponuje, by NASA nadal otrzymywała wsparcie ze strony rządu i narodu«„. Cała reszta może zostać bez zmian.
Chwilę później dzwoni Keel:
-      Czy możemy napisać: „zaleca"?
-      Nie. Tylko „proponuje".
-      W porządku - powiedział.
I była to ostateczna decyzja.
Pod presją prasy
Podpisałem się pod głównym raportem, mój własny wszedł do niego w charakterze załącznika i wszystko było w porządku. Z początkiem czerwca wróciliśmy do Waszyngtonu i przekazaliśmy raport prezydentowi podczas ceremonii w Ogrodzie Różanym. Było to w czwartek. Raport miał zostać udostępniony prasie dopiero w najbliższy poniedziałek, żeby dać prezydentowi czas na zapoznanie się z nim.
Tymczasem dziennikarze pracowali jak szaleni: wiedzieli, że raport jest gotowy, i na wyścigi próbowali dowiedzieć się, co w nim jest. Wiedziałem, że będą do mnie dzwonić w dzień i w nocy, i bałem się, że powiem coś o jakimś szczególe technicznym, który naprowadzi ich na trop.
Dziennikarze to zmyślne i zawzięte bestie. Mówią na przykład: „Słyszeliśmy to i owo - czy to prawda?" I zaraz potem to, czego, jak sądzisz, wcale im nie powiedziałeś, ukazuje się w gazecie!
Przyrzekłem sobie, że nikomu nie powiem ani słowa przed podaniem raportu do wiadomości publicznej w poniedziałek. Jeden z moich przyjaciół przekonał mnie, żebym wziął udział w programie informacyjnym MacNeil/Lehrer Newshour, więc przystałem na jego poniedziałkowe wydanie. Kazałem też sekretarce zwołać konferencję prasową w Caltech.
-      Przekaż wszystkim reporterom, którzy chcą ze mną rozmawiać, że nie mam nic do powiedzenia: na wszystkie pytania odpowiem im we wtorek na konferencji prasowej.
W weekend, gdy byłem jeszcze w Waszyngtonie, gdzieś pojawił się przeciek, że zagroziłem wycofaniem podpisu z raportu. Zaczęło się od jakiejś gazety w Miami i niedługo wszyscy pisali o nieporozumieniach między mną i Rogersem. Gdy dziennikarze przyzwyczajeni do stylu pracy w Waszyngtonie usłyszeli: „Pan Feynman nie ma nic do powiedzenia, na wszystkie państwa pytania odpowie we wtorek na konferencji prasowej", zabrzmiało to podejrzanie - jakby spór trwał nadal, a moja wtorkowa konferencja prasowa miała wyjaśnić, dlaczego kazałem usunąć swój podpis z raportu.
Lecz ja nic o tym nie wiedziałem. Odizolowałem się od prasy do tego stopnia, że nawet nie czytałem gazet.
W niedzielę wieczorem komisja miała pożegnalną kolację, zamówioną przez Rogersa w jakimś klubie. Gdy skończyliśmy jeść, powiedziałem do generała Kutyny:
-      Nie mogę zostać. Muszę urwać się wcześniej.
-      A co masz takiego ważnego do roboty? - zapytał.
Nie chciałem mu mówić. Wyszedł więc ze mną, żeby zobaczyć, jak wygląda to „coś ważnego". Okazało się, że to czerwony sportowy samochód, w którym siedzą dwie piękne blondynki i tylko czekają, żeby mnie stamtąd zabrać.
Wsiadam do samochodu. Mamy właśnie dodać gazu i zostawić skrobiącego się po głowie generała, gdy jedna z blondynek mówi:
-      Ach! Generał Kutyna! Jestem taka-a-taka. Parę tygodni temu robiłam z panem wywiad przez telefon.
Wtedy zaskoczył, że to dziennikarki z MacNeil/Lehrer Newshour.
Były bardzo miłe. Plotkowaliśmy o tym i owym przed poniedziałkowym wydaniem programu. Gdzieś po drodze powiedziałem im, że we wtorek będę miał konferencję prasową i rozdam na niej swój raport - mimo że w trzy miesiące później ma ukazać się jako załącznik do głównego raportu. Powiedziały mi, że brzmi to interesująco i że chciałyby go zobaczyć. Byliśmy już wtedy na bardzo przyjaznej stopie, więc dałem im jeden egzemplarz.
Podrzuciły mnie pod dom kuzyna, u którego się zatrzymałem. Opowiedziałem Frances o programie i o tym, że dałem dziennikarkom kopię mojego raportu. Przerażona aż chwyciła się za głowę.
-      Głupio zrobiłem! - przyznałem. - Lepiej do nich za dzwonię i powiem, żeby nie robiły z niego użytku.
Ze sposobu, w jaki Frances pokręciła głową, wywnioskowałem, że nie będzie to wcale łatwe! Dzwonię więc do jednej z nich:
-      Przykro mi, ale zrobiłem błąd: nie powinienem był wam dawać raportu, więc wolałbym, żebyście go nie wykorzystały.
-      Doktorze Feynman, jesteśmy dziennikarzami z zawodu. Naszym zadaniem jest zdobywać wiadomości, a pana raport zasługuje na szczególną uwagę. Gdybyśmy go nie wykorzystały, sprzeciwiałoby się to naszemu instynktowi i dziennikarskiej praktyce.
-      Wiem, ale w tych sprawach jestem naiwny jak dziecko. Po prostu zrobiłem błąd. Byłoby to nie fair wobec innych reporterów, którzy we wtorek przyjdą na konferencję. Przecież wam też by się nie spodobało, gdybyście przyszły na konferencję prasową, a gość przez pomyłkę dał już raport komuś innemu. Myślę, że to zrozumiecie.
-      Porozmawiam z koleżanką i oddzwonię.
Dwie godziny później dzwonią - obie są na linii - i próbują mi wyjaśnić, dlaczego powinny go wykorzystać:
-      W dziennikarskim świecie panuje taki zwyczaj, że gdy ktoś da nam dokument, tak jak pan nam dał, znaczy to, że możemy go wykorzystać.
-      Rozumiem, że w dziennikarskim świecie istnieją pewne konwencje, ale ja nic o nich nie wiem, więc proszę o przysługę i niewykorzystywanie raportu.
I tak dalej, mniej więcej w tym samym stylu. Potem następne „oddzwonimy do pana" i znowu cisza. Długie chwile oczekiwania dały mi poznać, że mają z tym sporo kłopotu. Tymczasem, sam nie wiem dlaczego, byłem w doskonałej formie. Już przegrałem i wiedziałem, czego chcę, było mi więc łatwo się skoncentrować. Bez trudności przyszło mi przyznać się do kompletnego zidiocenia, które zwykle mi się zdarza, gdy staram się radzić sobie ze światem - poza tym uważałem, że nie istnieje żadne prawo przyrody, które kazałoby mi zrezygnować. Po prostu nie ustawałem w wysiłkach i nie wahałem się nawet przez chwilę.
Sprawa przeciąga się do późna w nocy: pierwsza, druga, dalej wałkujemy to samo.
-      Doktorze Feynman, to bardzo nieprofesjonalnie dawać komuś temat, a potem go wycofywać. W ten sposób nie zachowują się ludzie w Waszyngtonie.
-      Chyba widać, że nic nie wiem o waszyngtońskich zwyczajach. Ale tak właśnie się zachowuję - jak głupiec. Przykro mi, ale popełniłem błąd, więc proszę was o grzeczność: nie wykorzystujcie tego materiału.
Nagle, gdzieś po drodze, jedna z nich mówi:
-      Jeśli wykorzystamy pana raport, czy to znaczy, że nie wystąpi pan w programie?
-      To pani słowa, nie moje.
-      Jeszcze oddzwonimy.
Znowu czekanie. Chociaż, prawdę mówiąc, nie zdecydowałem, że odmówię udziału w programie, bo wydawało mi się, że w ten sposób mógłbym naprawić swój błąd. Gdy zastanowiłem się nad tym, wydało mi się, że mógłbym zagrać tą kartą. Lecz skoro jedna z nich popełniła błąd i poddała taką możliwość, odpowiedziałem: „To pani słowa, nie moje " - bardzo chłodnym tonem - jakby chcąc powiedzieć: „Nie straszę, ale resztę możesz sobie sama dopowiedzieć, kochanie! "
Wreszcie zadzwoniły i obiecały, że nie wykorzystają raportu.
Wystąpiłem w programie i ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że pytania opierają się na raporcie. Gdy Lehrer zapytał mnie, czy między mną a Rogersem zaszły jakieś nieporozumienia, wykręciłem się: powiedziałem, że nie było żadnych.
Po programie obydwie dziennikarki powiedziały mi, że nawet bez wykorzystania raportu program wypadł świetnie. Rozstaliśmy się w przyjaźni.
Tego samego wieczora poleciałem do Kalifornii i we wtorek odbyłem swoją konferencję prasową w Caltech. Przyszło na nią wielu dziennikarzy. Kilku zapytało o mój raport, lecz większość interesowała plotka, że zagroziłem wycofaniem nazwiska z raportu komisji. Powtarzałem im bez przerwy, że między mną a Rogersem nie było żadnych nieporozumień.
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje