Author Topic: Nowa Summerhill - A.S. Neill  (Read 2959 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Nowa Summerhill - A.S. Neill
« on: (Sat) 15.03.2014, 23:29:29 »
Nowa Summerhill - A.S. Neill

Jest to książka dla każdego kto się interesuje tematem "Jak powinna wyglądać edukacja?"
Skan książki można ściągnąć z linku TUTAJ

Książka w wersji mp3 lektor Ivona
http://www.4shared.com/mp3/X-DEVHkL/Now ... l_cz1.html
http://www.4shared.com/mp3/3l649kH4/Now ... l_cz2.html


Nowa Summerhill - A.S. Neill

Idea Summerhill


Jest to opowieść o nowoczesnej szkole Summerhill, która została założona w 1921 roku, a znajduje się w Leiston, w hrabstwie Suffolk, i jest oddalona o około stu mil od Londynu.
Parę słów o uczniach Summerhill. Niektóre dzieci przybywają do niej w wieku pięciu lat, a inne dopiero jako dwunastolatki, pozostają zaś w szkole na ogół do szesnastego roku życia. W dobrym okresie miewamy około trzydziestu pięciu chłopców i trzydzieści dziew­cząt, z czego znaczna liczba pochodzi z innych krajów.
Dzieci, podzielone na grupy wiekowe, mieszkają ra­zem z opiekunami. Maluchy śpią w kamiennym budyn­ku, starsze w drewnianych chatach. Nikt nie sprawdza dziecięcych pokoi, ale też nikt im ich nie sprząta. W tym względzie pozostawia się uczniom całkowitą swobodę. Nikt nie mówi im też, w co mają się ubrać: wkładają na siebie to, co chcą.
Gazety nazywają nas szkołą „chodź-jak-ci-się-podo- ba" i dają do zrozumienia, że jest to zbiorowisko rozwydrzonych prymitywów, które nie znają zasad i do­brych manier.
Dlatego też wydaje mi się konieczne napisanie, w mia­rę możliwości, uczciwej historii Summerhill. To, że będę pisać przychylnie, jest chyba naturalne; aczkolwiek spró­buję pokazać zarówno wady, jak i zalety szkoły. O jej wartości niech świadczą zdrowe, wolne dzieci, których życie nie zostało zatrute strachem i nienawiścią.
Oczywiście, szkoła, która zmusza aktywne dzieci do siedzenia w ławkach i uczenia się w większości niepo-
trzebnych przedmiotów, jest złą szkołą. To dobra szkoła jedynie dla tych, którzy w nią wierzą, dla tych nietwór- czych obywateli, którzy pragną mieć potulne, nietwórcze dzieci, które będą dobrze pasować do cywilizacji, w któ­rej miarą sukcesu jest pieniądz.
Początkowo Summerhill była placówką eksperymen­talną. Obecnie jest szkołą poglądową, ponieważ demons­truje, że idea wolności sprawdza się w praktyce.
Kiedy zakładaliśmy ją z moją pierwszą żoną, przy­świecał nam jeden cel — dopasować szkołę do potrzeb dziecka, zamiast dziecko do szkoły. Przez wiele lat pracowałem w tradycyjnej oświacie. Znam dobrze ten drugi sposób uczenia. Wiedziałem, że był zły. Był zły, ponieważ opierał się na dorosłym pojmowaniu tego, jakie powinno być dziecko i jak powinno się ono uczyć. Ten rodzaj podejścia datuje się z czasów, gdy psycho­logia była jeszcze nie znaną nauką.
A zatem zabraliśmy się do stworzenia szkoły, w której dzieci miałyby wolność bycia sobą. W tym celu musieliś­my zrezygnować ze wszelkiej dyscypliny, wszelkiego pouczania, udzielania rad, wszelkich nauk moralnych i religijnych pouczeń. Nazywano nas odważnymi, ale to nie wymagało odwagi. Potrzebowaliśmy jedynie tego, co mieliśmy — całkowitej wiary w dziecko jako istotę dobrą, nie złą. W ciągu pięćdziesięciu lat nic nigdy nie zachwiało w nas tego przekonania, a wręcz przeciwnie — to przekonanie zmieniło się w pewność.
Według mnie dziecko obdarzone jest wrodzoną mąd­rością i poczuciem realizmu. Jeśli pozostawić je samemu sobie, bez jakiegokolwiek doradzania ze strony doros­łych, rozwinie się na tyle, na ile jest do tego zdolne. Summerhill jest miejscem, w którym ci, którzy posiadają wrodzone zdolności i pragną być naukowcami, zostają nimi; natomiast ci, którzy predysponowani są jedynie do zamiatania ulic, będą pracować miotłą. Chociaż, jak do tej pory, murów naszej szkoły nie opuścił żaden zamia­tacz. Nie piszę tego ze snobizmu, jako że wolałbym raczej, aby szkołę opuścił szczęśliwy zamiatacz ulic niż znerwicowany uczony.
Jaka jest Summerhill? No cóż, po pierwsze, lekcje są nieobowiązkowe. Dzieci mogą w nich uczestniczyć albo nie — nawet przez całe lata, jeśli tego chcą. Oczywiście jest rozkład zajęć, lecz tylko dla nauczycieli.
Zajęcia odbywają się zwykle w grupach wiekowych, ale czasami także w grupach zainteresowań. Nie stosuje­my nowych metod nauczania, ponieważ nie uważamy, aby nauczanie samo w sobie miało wielkie znaczenie. To, czy dana szkoła opracowała specjalne sposoby naucza­nia dzielenia, czy nie, nie ma żadnego wpływu na rezultaty kształcenia, ponieważ dzielenie jest ważne tylko dla tych, którzy chcą się go nauczyć. A dziecko, które pragnie opanować tę sztukę, dokona tego bez względu na to, jakich metod będzie się w danej szkole używać.
Dzieci, które przybyły do Summerhill w wieku przed­szkolnym, od początku swego pobytu tutaj biorą udział w lekcjach; ale uczniowie z innych szkół oświadczają, że nigdy nie będą chodzić na żadne przebrzydłe lekcje. Bawią się i jeżdżą na rowerach, plączą się pod nogami — ale unikają zajęć lekcyjnych. Czasami trwa to miesią­ce, a nawet lata. Czas potrzebny do otrząśnięcia się z tego stanu jest proporcjonalny do nienawiści, jakiej doświadczyli w ostatniej szkole. Pewnego razu przyszła do nas dziewczynka z klasztoru. Próżnowała przez trzy lata. Przeciętny okres pozbycia się awersji do uczest­niczenia w zajęciach jest znacznie krótszy.
Ci, którym ta idea wolności jest obca, będą się za­stanawiać, co to za zwariowane miejsce, w którym dzieci bawią się cały dzień, jeśli mają na to ochotę. Wielu z dorosłych mówi: Jeśli posłano by mnie do takiej szkoły, to nigdy bym niczego nie zrobił. Inni mówią: Takie dzieci będą się czuły głęboko upośledzone, jeżeli przyjdzie im konkurować z dziećmi, które musiały się uczyć.
W tym miejscu przychodzi mi na myśl Jack, który opuścił szkołę w wieku siedemnastu lat, aby rozpocząć pracę w fabryce budowy maszyn. Pewnego dnia wezwał go do siebie dyrektor.
— Jesteś chłopakiem z Summerhill — powiedział. — Ciekaw jestem, jakie teraz masz zdanie o tego ro­dzaju wykształceniu, gdy znalazłeś się wśród chłopa­ków z tradycyjnych szkół. Załóżmy, że miałbyś ponow­nie wybierać, poszedłbyś wówczas do Eton czy do Summerhill?
— Oczywiście, że do Summerhill — odparł Jack.
— Ale co ona takiego daje, czego nie dają inne szkoły?
Jack podrapał się po głowie.
— Czy ja wiem — powiedział wolno. — Myślę, że daje poczucie całkowitej wiary w siebie.
— Tak — powiedział poważnie dyrektor. — Zauwa­żyłem to, gdy wszedłeś do pokoju.
— O rety! — roześmiał się Jack. — Przepraszam, jeżeli zrobiłem na panu takie wrażenie.
— Podoba mi się to — powiedział dyrektor. — Zwykle ludzie, których do siebie wzywam, denerwują się i wy­glądają nieswojo. Ty wszedłeś tu, jakbyś był mi równy.
Ta opowieść pokazuje, że wykształcenie samo w sobie nie jest tak ważne jak osobowość i charakter. Jack oblał egzaminy na uniwersytet, ponieważ nienawidził uczenia się z książek. Ale jego brak wiedzy z zakresu Esejów Lainba czy języka francuskiego nie upośledził go życio­wo. Jest obecnie odnoszącym sukcesy inżynierem.
Jednakże w Summerhill jest wiele nauki. Być może grupa naszych dwunastolatków nie mogłaby konkuro­wać z klasą rówieśników w kaligrafii, ortografii czy ułamkach. Ale na egzaminach wymagających oryginal­ności nasza drużyna pobiłaby inne na głowę.
W tej szkole nie ma klasówek, ale czasami dla zabawy robię jakiś egzamin. Poniższe pytania pochodzą właśnie z jednego z nich.
Gdzie znajdują się: Madryt, Wyspa Czwartkowa,wczoraj, miłość, demokracja, nienawiść, mój kie­szonkowy śrubokręt (niestety, na to pytanie nie uzys­kałem satysfakcjonującej odpowiedzi)?
Podaj znaczenie następujących wyrazów (liczby wskazują, ilu odpowiedzi oczekuje się na każde z py­tań): hand (3) (jedynie dwoje podało prawidłowo trzecie znaczenie — tradycyjna miara równa czterem calom); brass (4) (metal, czelność, wyższy oficer, sek­cja instrumentów dętych w orkiestrze).
Przetłumacz monolog Hamleta „Być-albo-nie-być" na język Summerhill.
Oczywiście pytania nie mają być poważne, a dzieci bardzo je lubią. Nowo przyjęci nie dorównują poziomem odpowiedzi uczniom, którzy zaaklimatyzowali się już w szkole. I to nie z powodu mniejszych możliwości intelektualnych, ale raczej dlatego, że przyzwyczaili się pracować w myśl utartych reguł i najdrobniejsze odstęps­two od nich wprawia ich w zakłopotanie.
Tak wygląda zabawowa strona naszego kształcenia pracy. Na wszystkich lekcjach pracuje się bardzo dużo. Jeżeli z jakiegoś powodu nauczyciel nie może poprowa­dzić zajęć w oznaczonym dniu, to zwykle uczniowie są tym bardzo rozczarowani.
Dziewięcioletni David musiał zostać odizolowany od resz­ty dzieci z powodu kokluszu. Płakał gorzko z tego powodu. — Stracę lekcję geografii Rogera — protestował. David był w szkole praktycznie od urodzenia i miał zdecydowane i bezdyskusyjne poglądy na temat koniecz­ności udzielania mu lekcji. Obecnie jest profesorem matematyki na Uniwersytecie Londyńskim.
Kilka lat temu podczas ogólnego spotkania szkoły (na którym drogą powszechnego głosowania ustalane są wszystkie prawa Summerhill, a każdy uczeń i każdy pracownik ma jeden głos) ktoś zaproponował, aby pew­ne przewinienia karać tygodniowym wykluczeniem z za­jęć. Inne dzieci z miejsca zaczęły protestować, uważając tę karę za zbyt srogą.
Moi współpracownicy i ja serdecznie nie lubimy wszel­kich egzaminów. Dla nas egzaminy uniwersyteckie są przekleństwem. Ale nie możemy odmówić uczenia dzieci wymaganych przedmiotów. Jest sprawą oczywistą, że do­póki będą istnieć egzaminy, będziemy musieli się im pod­porządkować. Stąd też pracownicy Summerhill zawsze mają kwalifikacje do uczenia na wymaganym poziomie.
Nie oznacza to jednak, że wszyscy uczniowie chcą zdawać te egzaminy; przystępują do nich jedynie ci, którzy idą na uniwersytet. I tym dzieciom nie sprawia to szczególnej trudności. Zwykle zaczynają się do nich poważnie przygotowywać w wielu trzynastu lat i całą pracę wykonują do szesnastego roku życia. Oczywiście nie zawsze zdają za pierwszym podejściem. Ważniejsze jednak jest to, że próbują ponownie.
Pozwólcie, że opiszę teraz, jak wygląda typowy dzień w Summerhill. Śniadanie jest między 8.15 a 8.45. Praco­wnicy i uczniowie odbierają je z okienka znajdującego się obok drzwi do kuchni i przynoszą je sobie do jadalni. Łóżka powinny być pościelone do 9.30, kiedy to za­czynają się lekcje.
Na początku każdego semestru wywiesza się rozkład zajęć. I tak Derek w laboratorium w poniedziałek może mieć klasę I, we wtorek klasę II i tak dalej. Ja mam podobny rozkład lekcji z angielskiego i matematyki; Maurice z geografii i historii. Młodsze dzieci (w wieku od sześciu do dziesięciu lat) zwykle większą część przed­południa spędzają z własnym nauczycielem, ale uczest­niczą również w zajęciach ze stolarki czy plastyki.
Żaden z uczniów nie jest zmuszany do brania udziału w lekcjach. Ale jeżeli Jimmy przyjdzie na zajęcia z angiel­skiego w poniedziałek i nie pojawi się na nich aż do piątku następnego tygodnia, to inni uczniowie słusznie protestują, że opóźnia pracę, i mogą wykluczyć go ze swej grupy za zwalnianie tempa.
Lekcje trwają do 13.00, ale przedszkolaki i młodsze dzieci jedzą lunch o 12.30. Musimy spożywać posiłki na dwie tury; pracownicy i starsi uczniowie siadają do lunchu o 13.15.
Popołudnia każdy ma całkowicie wolne. Nie wiem, co oni wszyscy wtedy robią. Ja pracuję w ogródku lub w swoim gabinecie i rzadko zdarza mi się zauważać w pobliżu dzieci. Widuję, jak młodsi bawią się w gangsterów. Niektóre ze starszych dzieci zajmują się silnikami, inne muzyką, rysowa­niem czy malowaniem. Przy dobrej pogodzie grają w różne gry. Niektórzy majsterkują w warsztacie, gdzie napra­wiają swoje rowery lub robią łódki czy rewolwery.
O 16.00 podawana jest herbata, po której znowu zaczynają się lekcje. Młodsze dzieci kończą naukę o 17.30, kiedy to udają się kolację. Pracownicy i starsze dzieci ostatni posiłek jedzą o 18.15.
O 19.00 rozpoczynają się zajęcia własne. Młodsze dzieci chcą, aby im poczytać. Średnia grupa woli zajęcia w pracowni plastycznej — malowanie, wycinanie w lino­leum, roboty w skórze, wyplatanie koszy. Zwykle pełna jest też pracownia garncarska; faktycznie, garncarstwo wydaje się ulubionym zajęciem o każdej porze dnia. Pracownia stolarska i metaloplastyczna również cieszą się niezmiennym powodzeniem.
Dla prac ręcznych nie ma rozkładu zajęć. Dzieci robią to, na co mają ochotę. A prawie zawsze chcą kon­struować pistolety zabawki, strzelby, łódki czy latawce. Nie są szczególnie zainteresowane starannym łączeniem „na czopy" kawałków drewna; nawet starsi chłopcy zwykle nie palą się do trudnej stolarki. Także niewielu z nich przejawia zainteresowanie moim własnym hobby — wyklepywaniem mosiężnych przedmiotów — ponieważ przy robieniu na przykład misy nie można wykazać się zbytnią fantazją.
Przy ładnej pogodzie zwykle nie widać małych gang­sterów z Summerhill. Kryją się bowiem po zakamarkach i są całkowicie pochłonięci dokonywaniem bohaterskich czynów. Natomiast widuje się dziewczynki; są w domu lub w jego pobliżu.
Pracownia plastyczna zwykle jest pełna ich dzieł mala­rskich. Dziewczynki zajmują się również szyciem koloro­wych cudeniek z materiałów i inną twórczą działalnością.
Możliwe, że Summerhill jest najszczęśliwszą szkołą na świecie. Nie mamy wagarowiczów i rzadkie są przypadki tęsknoty za domem. Sporadycznie dochodzi do bójek — zdarzają się oczywiście sprzeczki, ale rzadko widywałem walki na pięści podobne do tych, w jakich sam brałem udział jako chłopiec. Rzadko słyszę, aby dziecko płaka­ło, ponieważ wolne dziecko ma do uzewnętrznienia
o wiele mniej nienawiści niż to, które jest wiecznie gnębione. Nienawiść rodzi nienawiść, a miłość rodzi miłość. Miłość oznacza akceptację dzieci i jest konieczna w każdej szkole. Nie można być po ich stronie, a zarazem karać je i wrzeszczeć na nie. Summerhill jest szkołą, w której dziecko wie, że jest akceptowane.
Jednakże my również nie jesteśmy wolni od ludzkich słabości. Którejś wiosny przez wiele tygodni sadziłem ziemniaki, a gdy w czerwcu znalazłem osiem wyrwanych krzaczków, zrobiłem wielką awanturę. Jest jednak zasad­nicza różnica pomiędzy moją awanturą, a tą, jaką zrobiłby jakiś autokrata. Ja awanturowałem się z powo­du ziemniaków, ale autokrata na tym by nie poprzestał
i nie omieszkałby wciągnąć w to wszystko problemów natury moralnej — dobra i zła. Ja nie powiedziałem, że kradzież moich ziemniaków była czymś złym; nie rozpa­trywałem tego w tych kategoriach — to była sprawa moich ziemniaków. To były moje ziemniaki i nie powin­no się ich ruszać. Mam nadzieję, że wystarczająco jasno wyraziłem różnicę.
Spójrzmy na to inaczej. Dla dzieci nie jestem auto­rytetem, którego trzeba się bać. Jestem im równy; raban, jaki podniosłem o moje ziemniaki, nie ma dla nich większego znaczenia od rabanu, jakiego mógłby narobić chłopiec o przebitą dętkę w rowerze. Jest rzeczą zupełnie bezpieczną wszczynać z dziećmi awantury, jeżeli wszyscy jesteśmy sobie równi.Ktoś mógłby powiedzieć: To wszystko bajdy. Tam nie może być mowy o równości. Neill jest szefem; jest większy i mądrzejszy. Rzeczywiście to prawda. Jestem szefem i jeżeli w domu wybuchłby pożar, dzieci szukały­by u mnie ratunku. Wiedzą, że jestem większy i bardziej wykształcony, ale to nie ma znaczenia, gdy spotykam się z nimi na ich własnym terenie, że tak się wyrażę, na polu ziemniaków.
Kiedy pięcioletni Billy powiedział, żebym opuścił jego urodzinowe przyjęcie, ponieważ nie byłem zaproszony, bez wahania natychmiast wyszedłem — tak jak Billy wychodził z mego pokoju, gdy nie chciałem jego towa­rzystwa. Nie jest łatwo opisać relacje pomiędzy nauczy­cielem i uczniem, ale każdy odwiedzający Summerhill wie, co mam na myśli, mówiąc, że te relacje są idealne. Można to zaobserwować w stosunkach dzieci z per­sonelem. Pracownicy naszej szkoły znani są jako Harry, Ulla czy Daphne. Ja jestem Neill, a kucharka Esther.
W Summerhill wszyscy mają równe prawa. Nikomu nie wolno chodzić po moim pianinie, a mnie nie wolno bez pozwolenia brać czyjegoś roweru. Podczas ogólnego spotkania głos oddany przez sześciolatka liczy się tak samo jak mój.
Ależ, mówią ci zorientowani, w praktyce głosy do­rosłych mają swe znaczenie. Czyż sześciolatek nie za­czeka z podniesieniem ręki, aby zobaczyć, jak wy gło­sujecie? Chciałbym czasami, aby tak było, nie odrzu­cono by wtedy tak wielu moich propozycji. Wolne dzieci nie ulegają zbyt łatwo wpływom innych; brak strachu jest najwspanialszą rzeczą, jaka może się dziecku przytrafić.
Nasi uczniowie nie boją się pracowników szkoły. Jed­no z praw mówi, że po dwudziestej drugiej na górnym korytarzu powinna panować cisza. Pewnego wieczoru, około dwudziestej trzeciej, toczyła się tam bitwa na poduszki, więc wstałem od biurka, przy którym pisałem, aby zaprotestować przeciwko temu hałasowi. Kiedy szedłem na górę, rozległ się pośpieszny tupot stóp, a gdy pokonałem ostatni stopień, okazało się, że korytarz był pusty i cichy. Nagle usłyszałem rozczarowany głos: „Ach, to tylko Neill" — i zabawa zaczęła się na nowo. Kiedy wyjaśniłem im, że próbuję na dole pisać książkę, okazali troskę i natychmiast zgodzili się zachowywać ciszej. Wcześniejsza ucieczka była spowodowana pode­jrzeniem, że to dyżurny pilnujący ciszy nocnej (jeden z ich rówieśników) wpadł na ich ślad.
Podkreślam znaczenie tego, że uczniowie nie odczuwa­ją strachu przed dorosłymi. Dziewięcioletnie dziecko przyjdzie i powie mi, że zbiło piłką okno. Powie mi, ponieważ nie boi się, że wzbudzi tym mój gniew czy moralne oburzenie. Być może będzie musiało zapłacić za okno, ale nie musi się obawiać wymówek czy kary.
Dzieci o wiele łatwiej nawiązują kontakt z obcymi, gdy nie znają uczucia strachu. Angielska rezerwa to w rzeczy­wistości nic innego jak strach; to dlatego z największym dystansem zachowują się najbogatsi. Fakt, że dzieci z Summerhill są tak wyjątkowo przyjaźnie nastawione do gości i obcych, jest źródłem dumy dla mnie i moich pracowników.
Osoby odwiedzające Summerhill najczęściej zadają pytanie: „Czy uczeń nie zwróci się przeciwko szko­le i nie będzie jej winić za to, że nie nauczyła go arytmetyki czy muzyki?", Odpowiedź jest następująca: młody Freddy Beethoven ani młody Tommy Einstein nie pozwolą, aby odsunięto ich od indywidualnych zain­teresowań.
Dziecko powinno żyć swym własnym życiem — nie życiem, które wydaje się najwłaściwsze jego pełnym niepokoju rodzicom, ani życiem w myśl przykazań peda­goga, któremu zdaje się, iż wie, co jest dla dziecka najlepsze. Całe to wtrącanie się dorosłych produkuje jedynie pokolenie robotów.Nie można zmusić dzieci, by uczyły się muzyki czy czegokolwiek innego, nie zmieniając ich, w pewnym stopniu, w pozbawionych własnej woli dorosłych. Kszta­łtuje się w nich wówczas umiejętność akceptacji status quo; to jest dobre z punktu widzenia społeczeństwa, które potrzebuje posłusznych urzędników, sprzedaw­ców, tych wszystkich ludzi mechanicznie łapiących pod­miejski pociąg o 8.30 — krótko mówiąc, społeczeństwa, które jest dźwigane na barkach wystraszonego, szarego człowieka — przerażonego na śmierć konformisty.

Zebrania szkolne

Summerhill jest szkołą samorządową i demokratyczną. Wszystkie problemy związane z życiem społecznym lub grupowym, włączając w to kary za wykroczenia przeciw­ko ustalonym prawom, są rozwiązywane drogą głosowa­nia podczas ogólnego spotkania szkoły w sobotni wie­czór.
Każdemu członkowi grona pedagogicznego (włączając w to opiekunów) i każdemu dziecku, bez względu na jego wiek, przysługuje prawo jednego głosu. Mój głos ma taką samą wagę jak głos siedmiolatka.
Można się uśmiechnąć i powiedzieć: Ale twój głos ma większe znaczenie, prawda? No cóż, popatrzmy. Pew­nego razu, gdy palenie było w szkole dozwolone, wsta­łem i zaproponowałem, aby zabronić palenia dzieciom poniżej szesnastu lat. Oczywiście problem ten zawsze wzbudza wiele kontrowersji i ja nie zamierzam tu o tym dyskutować. U nas w końcu sam się rozwiązał.
Ale w owym czasie, podczas drugiej wojny światowej, racjonowanie słodyczy nieco utrudniło wydawanie kieszon­kowego. A skoro jedyną rzeczą, którą można było łatwo kupić, były papierosy, to palenie wśród dzieci wzrosło, szczególnie wśród tych młodszych. Być może za bardzo mnie to niepokoiło, jeśli zważyć, że przynajmniej 50% byłych uczniów, którzy palili w wieku dziesięciu lat, potem nie paliło. Na zebraniu dowodziłem swej racji, mówiąc, że papierosy to narkotyk, trucizna, że tak naprawdę dzieci nie mają na nie ochoty, a jedynie chcą udawać dorosłych. Posypały się kontrargumenty. Zarządzono głosowanie. Zostałem pobity znaczną większością głosów.
Warte zapamiętania jest jednak to, co nastąpiło po­tem. Po mojej porażce jeden z szesnastoletnich chłopców zaproponował, aby zabronić palenia wszystkim poniżej dwunastu lat. Jego wniosek przeszedł. Jednakże na zebraniu w następnym tygodniu dwunastoletni chłopiec zaproponował uchylenie tego nowego prawa dotyczące­go palenia, argumentując tak: „Przesiadujemy wszyscy w kiblach, paląc po kryjomu jak dzieciaki w zwykłych szkołach i ja uważam, że to jest wbrew całej idei Summer- hiir. Jego wystąpienie spotkało się z gorącym przyjęciem i prawo uchylono. Mam nadzieję, iż jasno pokazałem, że mój głos nie zawsze ma większe znaczenie od głosu dziecka.
Pewnego razu ostro protestowałem przeciwko łama­niu zasad ciszy nocnej i wiążącym się z tym hałasom, niewyspaniu i snuciu się bez sensu następnego ranka. Zaproponowałem, aby winowajcy za karę byli pozbawie­ni całego kieszonkowego. Wówczas czternastoletni chło­piec poddał pod głosowanie pomysł, aby nagradzać jednym pensem za każdą godzinę każdego, kto nie położy się spać o właściwej porze. Ja otrzymałem kilka głosów, ale on zebrał większość. Nagroda nie miała być wypłacana przeze mnie, ale z kasy, w której gromadzono pieniędze z drobnych kar. To, czy ten system się spraw­dził czy nie, to już inna sprawa; najwartościowsze w tym było jednak to, że dzieci próbowały różnych dróg i spo­sobów, aby utrzymać jedność naszej społeczności.
Samorząd Summerhill nie jest zbiurokratyzowany. Każdemu ogólnemu spotkaniu przewodniczy ktoś inny, a funkcja sekretarza jest ochotnicza.
Nasza demokracja ustala prawa — także te dobre. Dla przykładu, kąpiel w morzu bez nadzoru ratowników,, którymi są zwykle członkowie personelu, jest zabronio­na. Zabronione jest wchodzenie na dachy. Cisza nocna musi być przestrzegana, bo w przeciwnym wypadku są automatyczne kary pieniężne. To, czy zajęcia mają być zawieszone w czwartek czy piątek poprzedzający święto,
zależy od liczby podniesionych rąk na ogólnym spot­kaniu.
Powodzenie zebrania w dużym stopniu zależy od siły lub słabości przewodniczącego, ponieważ nie jest łatwą • sprawą utrzymanie porządku wśród sześćdziesięciu pię­ciu żywych dzieciaków, a on ma prawo ukarania grzyw­ną za hałaśliwe zachowanie. W przypadku słabego prze­wodniczącego kary pieniężne zdarzają się stanowczo zbyt często.
Oczywiście, personel również bierze udział w dyskus­jach. Ja także; aczkolwiek są sytuacje, w których muszę zachować neutralność. Byłem raz świadkiem tego, jak chłopak wykręcił się od zarzutów, przedstawiając dosko­nałe alibi, choć na osobności przyznał mi się do za­rzucanego przewinienia. W takim wypadku zawsze mu­szę trzymać stronę jednostki.
Oczywiście, jak każdy inny, biorę udział w głosowaniu nad czyimiś wnioskami bądź też przedstawiam własne propozycje. Oto typowy tego przykład. Pewnego razu podniosłem problem tego, czy powinno się grać w piłkę nożną w świetlicy. Świetlica znajduje się pod moim gabinetem i wyjaśniłem zebranym, że nie lubię w czasie pracy hałasu, jaki powstaje podczas tej zabawy. Za­proponowałem, aby zabronić w domu gry. Poparły mnie niektóre dziewczynki i kilku starszych chłopców, a także większość personelu. Ale mój wniosek nie przeszedł i to oznaczało, że dalej będę musiał znosić głośny tupot nóg pod moim gabinetem. W końcu, po wielu dyskusjach na kilku kolejnych spotkaniach, udało mi się pozyskać większość głosów popierających zakaz gry w piłkę w świetlicy. I to jest sposób, w jaki mniejszość zdobywa swe prawa w naszej szkolnej demokracji — wytrwale się ich domaga. W równej mierze odnosi się to do małych dzieci, jak i do dorosłych.
Z drugiej jednak strony, pewne aspekty życia szkol­nego nie podlegają władzy samorządu. Postawiliśmy sobie za cel niczego dzieciom nie narzucać, ale w prak­tyce wolność jest ograniczona. Nie ustala się drogą głosowania tego, kto powinnien gotować i co powinien gotować. Nowi pracownicy są angażowani bez uprzed­niej konsultacji z dziećmi. Moja żona Ena planuje rozmieszczenie dzieci w sypialniach, układa jadłospis, zajmuje się korespondencją i płaceniem rachunków. Ja angażuję nauczycieli i proszę, aby odeszli, jeżeli uważam, że nie są odpowiedni. Ja decyduję o rozmieszczeniu wyjść ewakuacyjnych, a Ena o przestrzeganiu zasad higieny. Kupujemy i naprawiamy umeblowanie; decydujemy, jakie podręczniki wprowadzić.
Żadna z tych spraw nie podlega samorządowi, a i uczniowie nie palą się do zajmowania nimi. Dla nich samorządność oznacza rozwiązywanie problemów, jakie niesie z sobą życie w społeczności; mogą mówić, co im się podoba, głosować w czasie zebrania, jak chcą, i nigdy nie czekają, by zobaczyć, jak głosują pracownicy. To praw­da, że członek personelu często może przepchnąć swój wniosek, ale jego inicjatywa jest oceniana merytorycznie. Nigdy nie prosimy dzieci, by decydowały w sprawach, których zrozumienie przekracza ich możliwości.
Komunistyczny nauczyciel z Londynu opisał naszą demokrację jako anarchizm, ale nie wiem, co miał na myśli, i zastanawiam się, czy on to wie. Jeżeli anarchia oznacza brak jakichkolwiek praw, to Summerhill ze swym samorządem jest od tego bardzo daleka. Z drugiej strony, jeżeli anarchia oznacza sprzeciw wobec wszelkich praw ustalanych przez władzę, to ja jestem anarchistą.
Spodziewam się, że miał on na myśli to, że my bawimy się w demokrację, że ja, kapitalista (kapitalista, który zbyt często przegrywał) rządzę szkołą, dając dzieciom i personelowi jedynie namiastkę, którą zwę demokracją. W innych szkołach próbowano żyć w całkowitej wspól­nocie, w której pracownicy decydowali o kierunku dzia­łania swojej placówki — zatrudnianiu nowego personelu, zakupie mebli itd. Ale nie słyszałem o żadnej, w której pozwolono by wychowankom wybierać pracowników lub decydować, czy w kuchni potrzebna jest nowa miotła.
Jaką rolę w samorządzie powinni odgrywać dorośli? Nie powinni przewodzić, ale raczej umieć trzymać się mniej lub bardziej na boku. Kiedy dziecko jest sądzone za złamanie jakiegoś prawa, dbam o to, aby nigdy nie głosować za lub przeciw grzywnie.
Działalność samorządu Summerhill nie polega jedynie na ustalaniu nowych praw. Podczas zebrań dyskutuje się również nad obliczem naszej społeczności. Na początku każdego semestru ustala się drogą głosowania zasady ciszy nocnej. Pora udawania się na spoczynek zależy od wieku. Trzeba wybrać komitet do spraw sportu, a także komitet organizacyjny zabawy tanecznej odbywającej się na zakończenie semestru, komitet do spraw teatru, po­rządkowych pilnujących przestrzegania ciszy nocnej i po­rządkowych, którzy informują o każdym brzydkim za­chowaniu poza terenem szkoły.
Tematem, który wzbudza zawsze największe zaintere­sowanie, jest jedzenie. Nieraz zdarzało mi się ożywić nudne zebranie, proponując likwidację dokładki. Każda oznaka faworyzowania opinii kuchni w kwestii jedzenia jest ostro dyskutowana. Natomiast podnoszony przez kuchnię problem marnowania jedzenia nie wzbudza wielkiego zainteresowania. Dzieci z natury mają do jedzenia stosunek osobisty i egocentryczny.
Podczas ogólnego spotkania szkoły zabronione są wszelkie akademickie dyskusje. Dzieci są niezwykle pra­ktyczne i teoria je nudzi. Lubią konkrety, nie abstrakcję. Pewnego razu wysunąłem propozycję, aby prawnie zaka­zać przeklinania, i przedstawiłem swoje racje. Oprowa­dzałem kiedyś po szkole kobietę i jej małego synka, ewentualnego ucznia. Nagle z góry dobiegło nas bardzo mocne wyzwisko. Kobieta pośpiesznie zabrała syna i szy­bko opuściła gmach szkoły.
— Dlaczego — zapytałem zebranych — mój dochód ma cierpieć na tym, że jakiś bałwan przeklina w obecno­ści rodziców potencjalnych uczniów? To w ogóle nie jest problem natury moralnej; to problem czysto finansowy. Wy przeklinacie, a ja tracę ucznia.
W odpowiedzi zabrał głos czternastoletni chłopak.
— Neill plecie bzdury — powiedział. — Przecież to jasne, że skoro ta kobieta była zaszokowana, to nie wierzy w Summerhill. Nawet gdyby oddała tu swego syna, to zabrałaby go, gdyby podczas pierwszej wizyty w domu zaczął mówić cholera i psiakrew.
Zebrani przyznali mu rację i mój wniosek został odrzucony.
Na ogólnym spotkaniu często poruszany jest problem znęcania się nad słabszymi. Nasza społeczność bardzo surowo traktuje takich osobników. Zauważyłem, że w wywieszonym na tablicy ogłoszeń wykazie praw obo­wiązujących w naszej szkole, prawo dotyczące używania przemocy zostało podkreślone: Wszystkie przypadki znęcania się nad słabszymi będą traktowane ze szczegól­ną surowością. Jednakże w Summerhill nie spotykamy się tak często z tym zjawiskiem jak w zwykłych szkołach, a przyczyn nie trzeba długo szukać. W dziecku pod­danym dyscyplinie narzuconej przez dorosłych rodzi się nienawiść. A ponieważ nie może bezkarnie je] okazać wobec dorosłych, wyładowuje się na mniejszych lub słabszych. W Summerhill zdarza się to jednak bardzo rzadko. Często po dokładniejszym zbadaniu skargi oka­zuje się, że w rzeczywistości chodziło o to, iż Jenny nazwała Peggy wariatką. '
Jak prowadzone są ogólne spotkania szkoły? Na początku każdego semestru wybiera się przewodniczące­go tylko na jedno zebranie. Pod koniec tygodnia, pod­czas posiedzenia trybunału, społeczność wyznacza drogą głosowania jego następcę. Ta procedura powtarza się w ciągu całego semestru. Każdy, kto chce wnieść jakieś zażalenie, skargę lub przedstawić jakąś sugestię czy propozycję nowego prawa, czyni to osobiście.
Oto typowy przykład: Jim zabrał pedały od roweru
Jacka, ponieważ jego własny rower był uszkodzony, a on chciał pojechać wraz z innymi chłopcami na wycieczkę. Po należytym rozpatrzeniu dowodów zebrani uznali, że Jim musi oddać pedały i nie wolno mu brać udziału w upragnionym wyjeździe.
— Czy ktoś jest przeciwny? — zapytał prowadzący.
Jim wstał i zawołał, że jest przeciwny jak cholera. Tyle,
że nie użył dokładnie słowa „cholera".
— To niesprawiedliwe! — krzyczał. — Nie wiedzia­łem, że Jack w ogóle jeździł na tym swoim gracie. Całe dnie rower walał się w krzakach. Nie mam nic przeciwko oddaniu jego pedałów, ale uważam, że kara jest nie­sprawiedliwa. Nie powinno się zabraniać mi udziału w wycieczce.
Jego wystąpienie wywołało nową dyskusję. W jej trakcie wyszło na jaw, że Jim otrzymywał zwykle co tydzień z domu kieszonkowe, ale od sześciu tygodni nie dostał ani grosza. Uczestnicy zebrania głosowali za unieważnieniem wyroku, i mieli słuszność.
Ale co zrobić z Jimem? Ostatecznie postanowiono zrobić zbiórkę na naprawę jego roweru. Jego szkolni koledzy złożyli się na kupno pedałów i uszczęśliwiony Jim pojechał na wycieczkę.
Zwykle orzeczenie wydane podczas zebrania jest ak­ceptowane przez winowajcę. Jednakże jeżeli uważa on werdykt za niesłuszny, ma prawo odwołać się, a wtedy przewodniczący wnosi jego sprawę ponownie pod koniec zebrania. W takim przypadku odwołanie jest rozpat­rywane bardziej dokładnie i generalnie pierwotny wer­dykt bywa łagodzony z uwagi na niezadowolenie oskar­żonego. Dzieci zdają sobie sprawę z tego, że jeżeli winowajca czuje się niesprawiedliwie osądzony, to jest duża szansa na to, iż jest tak w istocie.
Tu pewna dygresja... ostatnio napisała do mnie poiry­towana kobieta, zapytując, dlaczego zawsze używam zaimka „on", a nie „ona", i oskarżając mnie o to, że jestem zaciekłym zwolennikiem patriarchatu, uważają­cym kobiety za kogoś pośledniejszego gatunku. Na podobne zarzuty odpowiadam, że jeżeli miałbym przez cały czas pisać „on lub ona" to znacznie skomplikowało­by to gramatykę i utrudniło zrozumienie sensu... „On lub ona muszą zjeść jego lub jej kolację". Kiedy mówię „on", mam na myśli dziecko dowolnej płci.
W Summerhill żaden z winowajców nigdy nie okazy­wał najmniejszych oznak lekceważenia czy nienawiści wobec autorytetu swej społeczności. Zawsze zdumiewa mnie pokora, z jaką nasi uczniowie przyjmują karę.
Któregoś semestru czterech najstarszych chłopców zostało oskarżonych podczas ogólnego spotkania o ro­bienie rzeczy niezgodnych z prawem — sprzedawanie różnych części swojej garderoby. Uchwaliliśmy takie prawo w przekonaniu, że podobne praktyki są w rów­nym stopniu nieuczciwe w stosunku do rodziców, którzy kupują ubranie, jak i w stosunku do szkoły, ponieważ gdy dzieci wrócą do domu bez części swoich ubrań, rodzice obwiniać będą opiekunów za brak dostatecznej troski. Czterech chłopców zostało ukaranych zakazem opuszczania terenu szkoły przez dwa dni i przymusem chodzenia spać o ósmej. Przyjęli ten wyrok bez najmniej­szego sprzeciwu. W poniedziałkowy wieczór, gdy wszys­cy poszli do kina, znalazłem Dicka, jednego z winowaj­ców, czytającego w łóżku.
— Ale z ciebie frajer — powiedziałem. — Wszyscy poszli do kina. Dlaczego nie wstaniesz?
— Aleś ty dowcipny — odparł.
Przyznaję, że demokracja jest daleka od idealnego systemu. Rządy większości nie są zbyt zadowalające, ale nie widzę innej alternatywy z wyjątkiem dyktatu­ry. Od lat zaskakuje mnie jednak to, że szkolna mniej­szość akceptuje orzeczenie większości; ewentualne sprze­ciwy mogą się pojawiać ze strony świeżo przyjętego piętnastolatka, który nie rozumie, dlaczego miałby być posłuszny temu, „co przegłosowała kupa głupich dzie­ciaków".
Odzywają się głosy, że demokracja jest zła, ponieważ cierpi na niej mniejszość. Powiedzmy, że dwunastolatki przegłosowały dla siebie prawo do ciszy nocnej o dwu­dziestej drugiej, a dwójka dzieci w tym wieku lubi chodzić spać o dwudziestej pierwszej. Oczywiście będą one narzekać, że pozostali budzą je, kładąc się godzinę później. Idealnym rozwiązaniem byłyby osobne pokoje, których nie mamy. W naszej szkole nie możemy stoso­wać komunistycznej metody przekonywania mniejszości, że nie ma racji i powinna przejąć poglądy większości; nie mamy podparcia w postaci struktury partyjnej. General­nie mniejszość nie jest przeczulona na punkcie uchwał większości, a jeżeli nawet, to po prostu przechodzi nad tym do porządku dziennego.
Mamy prawo zabraniające posiadania niebezpiecznej broni, w tym wiatrówek. Kilku chłopców, którzy chcieli mieć w szkole swe wiatrówki, było z tego powodu szczególnie niezadowolonych, ale, jak zwykle, podporzą­dkowało się woli większości. Dzieci nie wydają się tak przeczulone na punkcie przynależenia do mniejszości jak dorośli.
Myślę, że najlepszym sprawdzianem wartości samo­rządu jest determinacja wychowanków, z jaką walczą o jego zachowanie. Każda sugestia o ewentualnym znie­sieniu czy choćby ograniczeniu zasięgu jego władzy spotyka się z bardzo ostrą reakcją. Proponowałem lik­widację systemu samorządu dwukrotnie, ale nie od­ważyłbym się nigdy uczynić tego ponownie.
Niektóre prawa są często łamane, szczególnie te doty­czące ciszy nocnej, pomimo to jestem pewny, że gdybym to ja ustalał, byłyby one łamane częściej, ponieważ do głosu doszłaby naturalna chęć sprzeciwu wobec ojca. Powszechnie wiadomo, że to „prawo czyni prze­stępstwo".Ogólnie mówiąc, w Summerhill prawa są przeważnie przestrzegane, po części, a może głównie dlatego, że dzieci są w stosunku do siebie takie życzliwe. Przez pięćdziesiąt lat podziwiałem ich poczucie sprawiedliwo­ści. Na jednym z zebrań osądzono jednego z chłopców i udzielono mu nagany za dokuczanie słabszemu. Na następnym spotkaniu wniósł on bzdurne oskarżenie przeciwko ofierze swej przemocy. Zebrani zorientowali się, że to zemsta, i powiedzieli mu o tym.
Ktoś napisał, że nasz samorząd to lipa, ponieważ w istocie to pracownicy ustanawiają prawa i udają, że czynią to ich wychowankowie przez podniesienie rąk. To zwykłe oszczerstwo — wie o tym każdy były czy obecny uczeń naszej szkoły. Jak już mówiłem wiele razy, dzieci głosują wedle własnego uznania, bez względu na to, czyja to propozycja. Niejednokrotnie proponowałem, aby nie słuchać wieczorami głośno muzyki. Zawsze mnie prze- głosowywano. Jeden z pracowników podnosił problem marnowania jedzenia. Przez wiele lat w najbliższym sąsiedztwie szkoły znajdował się mały sklepik i dzieci często napychały się lodami, a potem zostawiały lunch. Proponował, aby ten, kto zostawi swój lunch, był go pozbawiony następnego dnia. Ten wniosek nigdy nie przeszedł. Ja sam wielokrotnie chciałem uzyskać zgodę na to, aby przysyłane uczniom pieniądze były zbierane do wspólnej kasy i dzielone równo. Ta propozycja zawsze była odrzucana; głosowali przeciw niej wszyscy, nawet ci, którym przysyłano mniejsze kieszonkowe. Po­wiedziałam już chyba wystarczająco dużo, by pokazać, że nasza demokracja nie jest fikcją.


Samorząd

Nasza szkoła połączona z internatem ma jedną przewa­gę nad szkołami dziennymi: stanowi społeczność samo­rządową, w której dzieci mogą ustanawiać swe własne prawa. W szkole dziennej, której uwaga koncentruje się głównie na zajęciach lekcyjnych, dzieci mają niewielkie pole do działalności samorządowej. W Summerhill pod­czas ogólnego spotkania rzadko słyszy się, by ktoś wspominał o lekcjach; większość poruszanych spraw dotyczy czasu spędzanego poza klasami — nieprzestrze­gania ciszy nocnej, dokuczania słabszym, korzystania z cudzego roweru, marnowania pożywienia, hałasowania podczas okresów ciszy. Według mnie ta forma wspól­nego życia odgrywa o wiele większą rolę w procesie wychowania dziecka niż wszystkie podręczniki świata.
Z demokracją nie powinno się czekać aż do wieku upoważniającego do głosowania, dwudziestu jeden lat — wtedy to już nie jest żadna demokracja — bycie jednym z tysięcy rejestrujących swój głos na jakiegoś kandydata. W Summerhill możemy wszyscy zebrać się w jednej sali, każdy może wypowiedzieć się wobec innych, każdy może głosować podczas ogólnego spotkania.
Możliwe, że demokracja w naszym wydaniu jest spra­wiedliwsza od tej politycznej, jako że dzieci zachowują się względem siebie życzliwie i nie mają interesu, by narzekać. Co więcej, nasza demokracja jest prawdziwsza, ponieważ prawa ustalane są na otwartym zebraniu i nie powstaje kwestia uczciwego wyboru delegatów.
Zdumiewająca jest lojalność uczniów Summerhill wo­bec zasad ich własnej demokracji. Nie ma w tym ani
strachu, ani złości. Pamiętam chłopca, który swymi antyspołecznymi czynami spowodował zwołanie specjal­nego zebrania, na którym go sądzono. Często ten sam chłopiec bywał potem wybierany na przewodniczącego następnego ogólnego spotkania szkoły.
Nigdy nie przestałem podziwiać poczucia sprawied­liwości dzieci oraz ich niebywałej umiejętności wymierza­nia kary. Z wychowawczego punktu widzenia samorząd­ność ma nieocenioną wartość.
Pewne wykroczenia podlegają automatycznej karze pieniężnej. Jeżeli ktoś jeździ bez pozwolenia na czyimś rowerze, naraża się na stałą grzywnę w wysokości sześciu pensów. Przeklinanie w mieście (na terenie szkpły można przeklinać do woli), złe zachowanie w kinie, łażenie po dachach, rozrzucanie jedzenia w jadalni te i inne naruszenia przepisów pociągają za sobą automatycznie grzywny.
Prawie zawsze są to kary pieniężne: wstrzymanie na tydzień kieszonkowego lub zakaz wyjścia do kina.
Często słyszy się zastrzeżenia, że dzieci występujące w roli sędziów są zbyt surowe. Ja tego nie zauważyłem. Wręcz przeciwnie, są bardzo łagodne. Jeszcze nigdy nie wydano w Summerhill surowego wyroku, a kara zawsze ma jakiś związek z przewinieniem.
Trzy małe dziewczynki zakłócały innym ciszę nocną. Kara: przez trzy dni musiały kłaść się do łóżek o godzinę wcześniej. Dwóch chłopców oskarżono o rzucanie w in­nych grudami ziemi. Kara: musieli nazwozić piasku do wyrównania boiska hokejowego.
Często zdarza się, że przewodniczący powie: „To zbyt błaha sprawa, aby o niej mówić" i decyduje, by nie podejmować w niej żadnych działań. Niekiedy ktoś inny proponuje, by dać sobie z danym problemem spokój.
Kiedy nasz sekretarz był sądzony za jeżdżenie bez pozwolenia na rowerze Gingera, on i dwóch innych pracowników, którzy również to robili, musieli pchać się
nawzajem na tym rowerze dookoła frontowego trawnika dziesięć razy.
Czterech małych chłopców, którzy wspinali się po drabinie, należącej do murarzy budujących nowy warsz­tat, musiało przez dziesięć minut bez przerwy wchodzić i schodzić z tej drabiny.
Uczestnicy spotkania nigdy nie szukają rady u doros­łych. Przypominam sobie tylko jeden taki przypadek. Trzy dziewczynki łasowały w kuchennej spiżarni. Kole­dzy ukarali je zabraniem kieszonkowego. Tego samego wieczoru ponownie łasowały i na zebraniu ukarano je zakazem wyjścia do kina. Kiedy jednak dopuściły się tego ponownie, dzieci nie bardzo wiedziały, co zrobić. Przewodniczący zasięgnął wtedy rady u mnie.
— Dajcie każdej dwupensową nagrodę — poradzi­łem.
— Co takiego? Ależ, człowieku, jeżeli tak uczynimy, to cała szkoła rzuci się plądrować spiżarnię.
— Nie rzuci się — powiedziałem. — Spróbuj.
Posłuchał mej rady. Dwie z dziewczynek odmówiły
przyjęcia pieniędzy, a wszystkie trzy oznajmiły, że nie będą więcej łasować. Nie robiły tego — przez około dwa miesiące.
Rzadko zdarza się, aby podczas zebrania ktoś za­chowywał się w sposób zarozumiały. Każda oznaka zarozumialstwa jest przyjmowana przez naszą społecz­ność z wyraźną dezaprobatą. Jedenastoletni chłopiec, straszny ekshibicjonista, zwykł wstawać i zwracać na siebie uwagę innych wygłaszaniem długich i zawiłych komentarzy nie mających żadnego związku z tematem dyskusji, to znaczy próbował to czynić, ale pozostali uczestnicy zebrania wygwizdywali go. Młodzi ludzie są szczególnie wyczuleni na przejawy nieszczerości.
Wierzę, że udowodniliśmy w Summerhill, iż samorząd zdaje egzamin. Szkoły, która nie ma własnego samo­rządu, nie powinno się nazywać postępową — to szkoła kompromisowa. Nie można mówić o wolności, dopóki
dzieci nie mają całkowitej swobody w rządzeniu życiem swej społeczności. Tam, gdzie jest szef, nie ma praw­dziwej wolności. I dotyczy to w większym stopniu łas­kawego i dobrotliwego szefa niż tego, który żąda po­słuchu. Dziecko z charakterem potrafi zbuntować się przeciwko twardemu przełożonemu, ale zbyt wyrozu­miały zwierzchnik po prostu sprawia, że dziecko staje się bezsilnie miękkie i niepewne własnych uczuć.
Dobre funkcjonowanie samorządu w szkole jest możli­we jedynie wtedy, gdy jest w niej choć garstka starszych uczniów, którzy lubią spokój i zwalczają obojętność czy opozycję młodszych rozrabiaków. Ta starsza młodzież często bywa przegłosowywana, ale to ona właśnie na­prawdę wierzy w demokrację i pragnie samorządu. Nato­miast dzieci, powiedzmy gdzieś do dwunastu lat, nie stworzą własnego samorządu bez pomocy, ponieważ nie osiągnęły jeszcze wieku społecznego. Pomimo to w Sum- merhill siedmiolatki rzadko opuszczają ogólne spotka­nia, a przedszkolaki biorą udział w głosowaniu i często wygłaszają dobre mowy.
Pewnej wiosny mieliśmy ogromnego pecha. Paru pro­społecznie nastawionych starszych uczniów opuściło nas po zdaniu egzaminów wstępnych do college'u i w szkole zostało tylko kilku starszych wychowanków. Większość uczniów była w wieku gangsterskim. Mimo dojrzałych wypowiedzi nie byli dość duzi, aby dobrze kierować Summerhill. Ustanawiali mnóstwo praw, o których zaraz zapominali i które łamali. Los chciał, że tych kilku starszych uczniów, którzy w szkole pozostali, było raczej indywidualistami i zajmowało się własnymi sprawami w swych własnych grupach, a pracownicy zbytnio wybijali się, krytykując łamanie praw. Tak więc doszło do tego, że na ogólnym spotkaniu poczułem się zmuszony do przypu­szczenia zdecydowanego ataku na starszych uczniów za to, że zachowują się nie tyle antyspołecznie co aspołecznie, że nie przestrzegają ciszy nocnej, przesiadują do późna i nie wykazują zainteresowania tym, co robią młodsi.
Szczerze mówiąc, młodsze dzieci są jedynie w niewiel­kim stopniu zainteresowane samorządem. Wątpię, aby pozostawione samym sobie kiedykolwiek go stworzyły. Ich system wartości nie jest naszym systemem wartości, a ich zwyczaje nie są naszymi.
Komuniści mówią o walce klasowej w społeczeństwie. Nie studiowałem tego problemu i nie mogę się na ten temat wypowiadać, ale wiem, że w wolnej szkole istnieje walka klas, chociaż nie powinno się tego nazywać walką; nie ma bowiem w niej nienawiści ani zorganizowanej agresji skierowanej przeciwko personelowi czy starszym uczniom. To raczej różnica interesów, z którą zawsze mamy tu do czynienia. Pod koniec tego tygodnia będzie dzień Guya Fawkesa. Hałas wywoływany sztucznymi ogniami, które już zaczęto puszczać z tej okazji, bardzo mnie męczy i irytuje, ale nasi młodsi uczniowie cieszą się na każdy huk.
Jednym z największych problemów wszystkich sys­temów kształcenia jest przepaść dzieląca młodszych od starszych. Przez pięćdziesiąt lat musiałem żyć w dziecię­cym hałasie. Z reguły świadomie go nie słyszałem; podobnie jak ktoś pracujący w kuźni przyzwyczaiłby się do ciągłego bicia młotów. Mieszkając przy ruchliwej trasie, przestajemy sobie zdawać sprawę z ulicznego hałasu. Jedyna różnica tkwi w tym, że bicie młotów czy zgiełk uliczny są dźwiękami o mniej lub bardziej stałym natężeniu, podczas gdy hałas powodowany przez dzieci zmienia się i ma bardzo ostre brzmienie. Potrafi działać na nerwy.
Muszę przyznać, że gdy wiele lat temu wyprowadziłem się z głównego budynku do cottage'u, największą przyje­mność sprawiała mi wieczorna cisza. Do tamtej pory musiałem wysłuchiwać hałasu robionego przez sześć- dziesięcioro dzieci, podczas gdy zwykli rodzice mają do czynienia z gwarem czynionym przez dwójkę czy trójkę swoich pociech, ale to w końcu mój zawód. Jednakże nawet gdy pracuje się w biurze czy sklepie, może drażnić
hałas czyniony wieczorem przez własne dzieci. Dorośli muszą ponosić pewne ofiary, jeżeli dzieci mają żyć w zgodzie ze swą naturą.
Dobre działanie samorządu wymaga, by w szkole było przynajmniej kilkoro uczniów wychowanych w myśl zasad demokracji. Chłopcy i dziewczynki przyjmowani do szkoły w wieku piętnastu i więcej lat nie wspomagają działania samorządu; muszą się wpierw pozbyć zbyt wielu zahamowań — nie czują podświadomie, czym jest wolność, tak jak młodzież, która spędziła w szkole siedem czy osiem lat. To pociąga za sobą fakt, że czasami w skład naszego samorządu wchodzi zbyt wielu pracow­ników. Jeżeli ktoś obrzuca jedzeniem ściany jadalni, to tę sprawę poruszyłby na zebraniu starszy uczeń, jeden z naszej starej gwardii. Jednakże, gdy przyjmiemy jedno­cześnie większą liczbę nastolatków, którzy nie przejmują się takimi zachowaniami, to będzie musiał zrobić to któryś z pracowników. Wszyscy czujemy, że to jest złe rozwiązanie, ale w pewnych okolicznościach jest ono nieuniknione.
Ostra dyscyplina jest najłatwiejszym sposobem za­prowadzenia przez dorosłych spokoju i ciszy. Każdy może być musztrującym sierżantem. Nie wiem, jaki jest inny sposób zapewnienia sobie spokojnego życia. W Summerhill nasza metoda prób i błędów z całą pewnością nie zapewniła dorosłym spokojnego życia. Uchroniła jednak dzieci przed życiem w zbytnim hałasie. Być może ostatecznym sprawdzianem mogłoby tu być ich szczęście. Przy takim kryterium Summerhill znalazła doskonały kompromis w formie samorządu.
W naszej szkole istnieje jeden odwieczny problem, którego nie uda się rozwiązać; można go nazwać pro­blemem „jednostka kontra społeczność". Zarówno pra­cownicy, jak i wychowankowie zostali w końcu wy­prowadzeni z równowagi, gdy banda małych dziew­czynek dokuczała innym, oblewała ludzi wodą, zakłócała ciszę nocną i wiecznie dawała się wszystkim we znaki.
Jean, przywódczyni tej bandy, została zaatakowana podczas ogólnego spotkania. W ostrych słowach potę­piono nadużywanie przez nią prawa do wolności.
Pani psycholog, będąca naszym gościem, powiedziała mi:
— Tak nie można. Ta dziewczynka ma nieszczęśliwy wyraz twarzy; nigdy jej nie kochano i cała ta otwarta krytyka wobec niej sprawia, że czuje się jeszcze bardziej odrzucona. Ona potrzebuje miłości.
— Moja droga pani — odparłem — próbowaliśmy zmienić ją drogą miłości. Przez całe miesiące okazywaliś­my jej nasze uczucie i tolerancję, lecz ona nie reagowała. A co więcej, patrzyła na nas jak na głupków, łatwe cele dla swej agresji. Nie możemy poświęcić całej społeczności dla jednej osoby.
Nie znam idealnego rozwiązania. Wiem jednak, że gdy Jean skończy piętnaście lat, będzie jednostką społeczną, a nie przywódczynią gangu. Wierzę w siłę oddziaływania opinii publicznej. Żadne dziecko nie będzie przez całe lata znosić tego, że jest nie lubiane i krytykowane. Po prostu nie wolno poświęcać dobra innych uczniów dla jednego, sprawiającego problemy wychowawcze, dziec­ka. To tyle w obronie surowego potępienia, jakie spot­kało Jean na ogólnym spotkaniu.
Mieliśmy kiedyś chłopca, który miał bardzo nieszczęś­liwe życie przed przybyciem do Summerhill. Nie potrafił pohamować wobec innych swego brutalnego zachowa­nia, był destrukcyjny i pełen nienawiści. Inni młodsi chłopcy cierpieli i płakali. Jako społeczność musieliśmy coś zrobić, aby ich ochronić, musieliśmy wystąpić prze­ciwko łobuziakowi. Nie można było pozwolić, aby błędy dwojga rodziców odbijały się na innych dzieciach, któ­rym okazywano w rodzinie miłość i troskę.
W sporadycznych przypadkach byłem zmuszony ode­słać dziecko do domu, ponieważ z jego powodu dla innych szkoła stawała się piekłem. Mówię to z przykroś­cią, z poczuciem przegranej, ale nie widziałem innego wyjścia.
Są również inne powody, dla których społeczność musi się bronić. W początkowym okresie istnienia szkoły warsztat był zawsze otwarty dla dzieci i w rezultacie tego wszystkie dobre narzędzia zostały zgubione lub uszko­dzone. Kilkuletni chłopiec używał cienkiego dłuta jako śrubokrętu albo zabierał obcęgi, by naprawić swój ro­wer, a potem zostawiał je na środku ścieżki.
Wówczas postanowiłem urządzić sobie własny warsz­tat odgrodzony od głównego pomieszczenia przepierzeniem zamykanym na klucz. Jednakże sumienie nie dawało mi spokoju; czułem, że zachowuję się antyspołecznie, egois­tycznie. Ostatecznie rozebrałem przepierzenie. Po sześciu miesiącach w moim byłym prywatnym warsztacie nie zostało żadne sprawne narzędzie. Jeden z chłopców zużył wszystkie klamry do drutu, robiąc zawleczki do swego motocykla. Inny próbował nastawić moją obrabiarkę na wycinanie śrub, gdy była włączona. Młotki do wyklepywa- nia mosiężnych i srebrnych przedmiotów były używane do rozbijania cegieł. Narzędzia znikały jak kamfora. Najgor­sze jednak ze wszystkiego było to, że całkowicie przestano się interesować rękodziełem, ponieważ starsi uczniowie mówili: „Co za sens chodzić do warsztatu? Wszystkie narzędzia są zniszczone". I to jeszcze jak zniszczone. Strugi miały poszczerbione ostrza, a piły były gładkie.
Zaproponowałem na ogólnymi spotkaniu, aby ponow­nie zamknąć mój warsztat. Wniosek przeszedł. Ale w tra­kcie oprowadzania gości po szkole było mi wstyd za każdym razem, gdy musiałem otwierać to pomieszczenie. „Co? Wolność i zamknięte na klucz drzwi?" To rzeczywi­ście nie sprawiało dobrego wrażenia i postanowiłem zrobić w szkole osobny warsztat, który cały czas pozos­tawałby otwarty. Wyposażyłem go we wszystko, co niezbędne — narzędzia stolarskie, imadła, pilniki, dłuta, strugi, młotki, obcęgi itd.
Pewnego dnia. około czterech miesięcy później, opro­wadzałem po szkole grupę gości. Kiedy otworzyłem swój warsztat, jeden z nich powiedział:
— Coś to chyba nie bardzo wygląda na wolność?
— Dzieci mają inny warsztat, który jest otwarty cały dzień — powiedziałem pospiesznie. — Chodźmy, pokażę
go wam.
W warsztacie dzieci nie pozostało nic poza stołem. Nawet imadła zniknęły. Nigdy nie dowiedziałem się, gdzie na terenie naszego dwunastoakrowego terenu wa­lały się te wszystkie obcęgi i młotki.
Sytuacja w warsztacie nadal niepokoiła pracowni­ków. Ja martwiłem się najbardziej, ponieważ narzędzia wiele dla mnie znaczą. Doszedłem do wniosku, że błędem było to, iż były używane wspólnie. Jeżeli wprowadzimy element własności — powiedziałem do siebie — jeżeli każde dziecko, które naprawdę chce, będzie miało swój własny komplet narzędzi, to wówczas sytuacja musi się zmienić.
Postawiłem ten problem na zebraniu i mój pomysł został dobrze przyjęty. W następnym semestrze nie­którzy ze starszych uczniów przywieźli sobie z domu swoje narzędzia. Utrzymywali je w doskonałym stanie i używali ich o wiele ostrożniej niż przedtem.
Być może przyczyną większości problemów w Sum- merhill jest duża rozpiętość wiekowa uczniów. Narzędzia z całą pewnością nie mają prawie żadnego znaczenia dla małych dziewczynek i chłopców. Obecnie nasz nauczy­ciel stolarki zamyka warsztat na klucz. Ja łaskawie pozwalam kilku starszym uczniom na korzystanie z me­go warsztatu. Robią z niego właściwy użytek, ponieważ udostępniłem go im wówczas, gdy osiągnęli etap, na którym odpowiednie obchodzenie się z narzędziami jest świadomą potrzebą. Rozumieją też teraz różnicę pomię­dzy wolnością a rozwydrzeniem.
Pomimo to w Summerhill ostatnio nasiliła się tenden­cja do zamykania drzwi na klucz. Poruszyłem tę sprawę na sobotnim ogólnym spotkaniu.
— Nie podoba mi się to — powiedziałem. — Oprowa­dzałem dziś gości po szkole i musiałem otwierać warsz­tat, laboratorium, pracownię garncarską i teatr. Propo­nuję, aby wszystkie pomieszczenia publiczne były otwar­te cały dzień.
Zerwała się burza protestów.
— Laboratorium musi być zamknięte, ponieważ znaj­dują się w nim trucizny — powiedziało jedno z dzieci. — A ponieważ pracownia garncarska łączy się z laborato­rium, musi być też zamknięta.
— Nie chcemy zostawiać warsztatu otwartego. Zo­bacz, co się stało ostatnim razem z narzędziami! — wołali inni.
— No dobrze, ale możemy chociaż teatr zostawić otwarty — broniłem swego stanowiska. — Nikt nie ukradnie przecież sceny.
Natychmiast jak jeden mąż poderwali się z miejsc aktorzy, aktorki, kierownik sceny, oświetleniowiec.
— Zostawiłeś go tak dziś rano i po południu jakiś idiota włączył wszystkie światła, i potem ich nie zgasił! Trzy kilowaty po sześć pensów za kilowat! — powiedział oświetleniowiec.
— Małe dzieci zabierają kostiumy i przebierają się — dodał ktoś inny.
Mój wniosek, aby zostawić drzwi otwarte, wsparły jedynie dwie ręce — moja własna i siedmioletniej dziew­czynki. Dopiero później dowiedziałem się, że ona myślała, iż nadal głosujemy nad poprzednią sprawą — pozwole­niem siedmiolatkom na wyjście do kina. Dzieci na własnej skórze uczyły się, że prywatną własność należy szanować.
Czy w ciągu tych długich lat zmieniłem swój pogląd na samorząd? Na samą ideę samorządu, nie. Nie potrafię sobie bez niego wyobrazić Summerhill. Zawsze cieszył się popularnością. Budził żywe zainteresowanie gości, co miało także swoje ujemne strony. Raz czternastoletnia dziewczynka szepnęła do mnie podczas zebrania:
— Miałam zamiar poruszyć sprawę dziewczynek za­pychających toalety podpaskami, ale popatrz na tych wszystkich gości.
Poradziłem jej nie przejmować się gośćmi i podjąć problem — co też uczyniła.
Nie da się przecenić wychowawczych korzyści płyną­cych z praktycznej nauki praw i obowiązków obywatela. W Summerhill uczniowie walczyliby do upadłego w obro­nie swych praw do samostanowienia. Moim zdaniem, cotygodniowe ogólne spotkanie szkoły ma większą war­tość niż cały tydzień nauki w szkole. To doskonałe forum do ćwiczenia publicznych wystąpień, a większość wy­chowanków potrafi dobrze przemawiać, i to bez skrępo­wania. Często słyszałem rozsądne mowy wygłaszane przez dzieci, które nie potrafiły ani pisać, ani czytać.
Albowiem to właśnie szerokie spojrzenie na życie, które zdobywają wolne dzieci, powoduje, że idea samorządności jest tak ważna. Ustalane przez nie prawa dotyczą spraw zasadniczych, a nie jakichś pozornych problemów. Prawa dotyczące zachowania się w mieście ustalono na drodze kompromisu z zasadami obowiązującymi w obrębie mniej wolnej cywilizacji. W świecie zewnętrznym marnuje się wiele cennej energii na przejmowanie się głupstwami. To tak. jakby naprawdę miało znaczenie w życiu to, czy nosi się szykowne stroje albo mówi cholera.
Nasi samorządni uczniowie wykazują bardzo zdrowy stosunek do świata zewnętrznego. Można przeklinać na terenie szkoły, ale nie w miejscowym kinie czy kawiarni. Wychodząc do miasta, trzeba wyglądać czysto i schlud­nie. Trzeba przestrzegać przepisów ruchu drogowego i mieć przy rowerze dwa sprawne hamulce. Trzeba zatrzymywać się przy znaku stopu. Przeważnie idziemy na kompromis w mało ważnych sprawach z powodu naszego dobrego wychowania. Pewien bardzo radykal­nie lewicowy nauczyciel odmówił powstania w kinie, gdy grany był hymn narodowy. Został przez dzieci skrytyko­wany podczas ogólnego spotkania szkoły... i dalej za­chowywał się tak samo. Uczniowie martwią się, jeżeli swym postępowaniem dają powody do nieprzychylnych wystąpień wobec Summerhill.
W naszej szkole, dzięki odrzuceniu zewnętrznych dro­biazgów, może panować i panuje duch społeczny, który wyprzedza czas, w którym żyjemy. To prawda, że nasze dzieci skłonne są nazywać łopatę cholerną szuflą, ale każdy kopacz rowów z całym przekonaniem powie wam, że iopata jest cholerną szuflą.
Pewnego razu, we wczesnym okresie istnienia szkoły, zdarzyło się, te nikt nie chciał kandydować w wyborach członków naszych rozlicznych komitetów. Skwapliwie skorzystałem z okazji i powiesiłem zawiadomienie: „Z powodu braku samorządu niniejszym ogłaszam siebie dyktatorem. Heil Neill!" Wkrótce zaczęto szemrać. Po południu przyszedł do mnie sześcioletni Vivien i po­wiedział:
— Neill, wybiłem okno w sali gimnastycznej.
Odprawiłem go machnięciem ręki.
— Nie zawracaj mi głowy takimi drobiazgami — po­wiedziałem.
Chwilę potem wrócił i powiedział, że wybił dwa okna. Wówczas mnie to zaciekawiło i zapytałem, o co mu chodzi.
— Nie lubię dyktatorów — odparł. — ł nie lubię chodzić głodny. (Później dowiedziałem się, że ten opozy­cjonista wobec dyktatury próbował wyładować się na kucharce, która z miejsca zamknęła kuchnię i poszła do domu).
— No to jak masz zamiar sobie z tym poradzić? — zapytałem.
— Wybiję więcej okien — powiedział z zawziętą miną.
— No to dalej, nie żałuj sobie — odparłem, i on nie żałował sobie.
Po powrocie oznajmił, że wybił siedemnaście okien.
— Ale pamiętaj — powiedział z powagą — że mam zamiar za nie zapłacić.
— Jak?
Z mojego kieszonkowego. Ile to mi zajmie czasu?
Policzyłem szybko.— Około dziesięciu lat — odparłem.
Przez chwilę wyglądał na zasępionego, ale potem twarz mu pojaśniała.
— O rety! — zawołał. — Przecież ja wcale nie muszę za nie płacić.
— A co z prawem o poszanowaniu cudzej własnoś­ci? — zapytałem. — Okna są moją prywatną własnością.
— Wiem, ale teraz nie obowiązuje żadne prawo o po­szanowaniu prywatnej własności. Nie ma samorządu, a to on ustanawia prawa.
Być może to wyraz mojej twarzy sprawił, że dodał:
— Ale wszystko jedno, i tak za nie zapłacę.
Nie musiał jednak za nie płacić. Krótko potem opo­wiedziałem tę historię w czasie swego odczytu w Lon­dynie; po zakończeniu podszedł do mnie pewien młody człowiek i podał mi funta, mówiąc: „To za okna wybite przez to diablę".
Dwa lata później Vivien nadal opowiadał o tych oknach i człowieku, który za nie zapłacił.
— To musiał być straszliwy głupiec, przecież on nawet mnie nigdy nie widział.

Zabawa i samoregulacja

Summerhill można określić jako szkołę, w której zaba­wa jest najważniejsza. Nie wiem, dlaczego dzieci i kocięta się bawią. Sądzę, że to kwestia energii.
Było wiele teorii dotyczących roli zabawy w życiu dziecka. Powszechnie przyjmuje się, że ćwiczy się w niej umiejętności przydatne w późniejszym życiu, podobnie jak kociak goniący za sznurkiem przygotowuje się do polowania na myszy. To pociąga za sobą twierdzenie, że budowa kociaka jest celowa lub też zakłada istnienie boskiej mocy, która warunkuje zachowania zwierzęcia, aby później owe boskie cele mogły zostać spełnione. Jeżeli odrzucimy oba założenia, to musimy po prostu uwierzyć, że kociak lub szczeniak bawi się, ponieważ tak został stworzony. Natomiast dzieci rzeczywiście posiada­ją pewien rodzaj wrodzonej energii.
Dzieciństwo nie jest okresem dorosłości; dzieciństwo jest okresem zabawy i żadne dziecko nigdy nie ma jej dość. W Summerhill uważa się, że gdy dziecko nabawi się do woli, zacznie pracować i stawiać czoło problemom; uważam, że potwierdzeniem tej teorii może być umiejęt­ność naszych dawnych uczniów dobrego wykonywania swej pracy nawet wówczas, gdy nie jest ona najprzyjem­niejszym zajęciem.
Nie mam przy tym na myśli zabawy w sensie zor­ganizowanym czy zmagań na boisku sportowym. Chodzi mi raczej o zabawę w sensie fantazji. Gry zespołowe wiążą się ze sprawnością, współzawodnictwem, pracą w grupie; natomiast dziecięce zabawy zwykle nie wyma­gają od uczestników sprawności, wiążą się z niewielkim współzawodnictwem i obywają się niemalże zupełnie bez pracy zespołowej. Małe dzieci udają gangsterów i strzela­ninę lub walczą na miecze. Na długo przed erą kina dzieci bawiły się w tego typu zabawy. Opowieści i filmy mogą jedynie kierunkować niektóre z nich, ale ich podstawowe zasady kryją się w sercach dzieci wszystkich ras.
W Summerhill sześciolatki bawią się cały dzień — ro­bią to z fantazją. Dla małego dziecka fantazja i rzeczywi­stość są ze sobą bardzo mocno związane. Kiedy dziesię­cioletni chło
« Last Edit: (Sat) 26.07.2014, 00:53:06 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Nowa Summerhill - A.S. Neill
« Reply #1 on: (Sat) 15.03.2014, 23:31:57 »
Praca i szczerość

Kiedyś w Summerhill obowiązywało prawo, w myśl którego każde dziecko powyżej dwunastego roku życia i każdy z członków personelu musiał co tydzień prze­pracować dwie godziny na rzecz szkoły. Płaciło się za tę pracę symbolicznie, sześć pensów za godzinę. Jeżeli ktoś nie pracował, to musiał zapłacić szylinga. Byli tacy, także nauczyciele, którzy woleli płacić niż pracować. Zaś ci, którzy pracowali, ciągle spoglądali na zegarek. To zaję­cie było pozbawione elementu zabawy i dlatego wszyst­kich nudziło. Ponownie rozważono sensowność owego prawa i dzieci prawie jednomyślnie przegłosowały jego zniesienie.
W Leiston, w początkowym okresie istnienia szkoły, potrzebna nam była izba chorych. Postanowiliśmy zbu­dować ją sami — prawdziwy budynek z cegieł i cementu. Nikt z nas poprzednio nie parał się murarką, ale zaczęliś­my budowę. Kilku uczniów pomagało nam przy kopaniu fundamentów i rozbieraniu starych murów w celu uzys­kania cegieł. Ale zażądali zapłaty. Odmówiliśmy. Ostate­cznie izba chorych została zbudowana przez nauczycieli i gości odwiedzających szkołę. To zajęcie było dla dzieci zbyt nudne, a dla ich młodych umysłów potrzeba ist­nienia pomieszczeń dla chorych zdawała się zbyt odległa. Nie czuły się tą sprawą osobiście zainteresowane. Ale kiedy jakiś czas potem potrzebna im była wiata na rowery, to zbudowały ją same bez jakiejkolwiek pomocy ze strony pracowników.
Nie piszę o takich dzieciach, jakie my, dorośli, chcieli­byśmy widzieć, ale o takich, jakie są naprawdę. Doj­rzałość społeczną — poczucie społecznej odpowiedzial­ności — w pełni osiągają dopiero około osiemnastego roku życia lub jeszcze później. Interesuje je teraźniej­szość, a przyszłość dla nich nie istnieje.
Mimo to nie widziałem jeszcze nigdy leniwego dziecka. To, co nazywamy lenistwem, jest zwykle albo brakiem zainteresowania, albo brakiem zdrowia. Zdrowe dziecko nie umie być leniwe: przez cały dzień coś robi. Kiedyś znałem chłopaka, który był okazem zdrowia, a uchodził za leniucha. Matematyka nie interesowała go, ale pro­gram wymagał, aby uczył się matematyki. Oczywiście on nie miał na to ochoty i to sprawiło, że nauczyciel uważał go za lenia.
Przeczytałem ostatnio, że jeżeli para przetańczyłaby każdy taniec na dancingu, to tak, jakby przeszła 25 mil. Mimo to ci ludzie byliby tylko trochę, lub wcale, zmęcze­ni, ponieważ przez cały wieczór robili to, co sprawiało im przyjemność — przy założeniu, że nie deptali sobie po palcach. Podobnie jest z dzieckiem. Chłopiec uważany za leniwego potrafi często przebiec wiele mil w czasie gry w piłkę.
Nigdy nie widziałem leni wśród przybywających do Summerhill dzieci poniżej dwunastego roku życia. Moim zdaniem leniwy chłopiec jest albo fizycznie niezdrów, albo nie jest zainteresowany sprawami, które zdaniem dorosłych powinny go zajmować. Do Summerhill trafiło wielu takich chłopaków ze zwykłych szkół, którzy przez długi okres pozostawali „leniwi"; to znaczy dopóki nie otrząsnęli się z wpływów swego wychowania. Nie zmu­szałem ich do robienia tego, co budziło w nich niechęć, ponieważ nie byli jeszcze do tego gotowi. Podobnie jak wy i ja, będą oni później musieli robić wiele rzeczy z obowiązku; ale jeżeli pozostawi im się pełną swobodę i pozwoli, by teraz przeżyli do końca okres zabawy, to później będą oni gotowi stawić czoło wszelkim trud­nościom.
Reasumując, jeżeli masz odpowiednie podejście do życia, to rodzaj wykonywanego zajęcia nie jest najważ­niejszy. Jeden z naszych dawnych wychowanków praco­wał jako konduktor w autobusie i był bardzo nieszczęś- 1 łiwy, gdy zły stan zdrowia zmusił go do porzucenia tego zawodu. Mówił, że przyjemność sprawiało mu spotyka­nie tak wielu ludzi. Inny z chłopców, murarz, również jest zadowolony z wykonywanej pracy. Wśród dawnych wychowanków mamy kilku farmerów; to prawda, że sami są sobie szefami, ale na swych farmach wykonują wiele monotonnych codziennych czynności.
Powodem, dla którego zbieramy tyle pochwał praco­witości, z jaką nasi byli uczniowie wykonują odpowie­dzialne zadania, jest fakt, że ci chłopcy i dziewczynki przeżyli w Summerhill swój okres skoncentrowanego na sobie fantazjowania. Jako młodzi ludzie potrafili stawić czoło rzeczywistości bez podświadomych tęsknot za zabawami dzieciństwa.
Stwierdziłem, że nie udaje mi się nakłonić siedemnasto­latków do pomocy przy sadzeniu ziemniaków czy pod­lewaniu cebuli, chociaż ci sami chłopcy potrafią spędzać całe godziny na czyszczeniu silników, myciu samochodów czy budowaniu odbiorników radiowych. Wiele czasu potrzebowałem, by zaakceptować to niezwykłe zjawi -ko. Prawda zaczęła do mnie docierać pewnego dnia, gdy kopałem ogród mego brata w Szkocji. Ta praca nie sprawiała mi przyjemności i nagle uświadomiłem sobi , że przyczyna tego tkwiła w tym, że ogród ten nic mnk nie obchodził. Tak jak mój ogród nie ma znaczenia dla chłopców, podczas gdy ich rowery czy radia są dla nich bardzo ważne. Prawdziwy altruizm przychodzi z czasem i nigdy nie jest pozbawiony elementu egoizmu.
Małe dzieci i nastolatki mają całkiem różny stosunek do pracy. Maluchy, pomiędzy trzecim a ósmym rokiem życia, będą uwijać się jak zuchy przy mieszaniu cementu, zwożeniu piasku czy czyszczeniu cegieł; będą to robić, nie myśląc nawet o zapłacie. Identyfikują się z dorosłymi i ich praca jest niczym fantazja wcielana w życie.
Jednakże nasi wychowankowie od dziewięciu do dzie­więtnastu czy dwudziestu lat rzadko lubią pracę fizyczną. To spostrzeżenie jest słuszne w odniesieniu do większości dzieci; oczywiście zdarzają się wyjątki — dzieci pracowite od wczesnego dzieciństwa.
Prawdą jest, że my, dorośli, zbyt często wykorzys­tujemy dzieci: „Marion, skocz wrzucić ten list do skrzy­nki". One zaś nie cierpią być wykorzystywane. Przecięt­ne dziecko mgliście zdaje sobie sprawę z tego, że jest karmione i odziewane przez swych rodziców bez żadnego wysiłku ze swej strony. Uważa, że ma naturalne prawo do takiej opieki, a jednocześnie podświadomie wie, że oczekuje się od niego i jest zobowiązane do wykonywa­nia tysięcy posług i wielu nieprzyjemnych prac, których rodzice wolą sami uniknąć.
W wiejskiej szkole zabierałem swych uczniów w pogo­dne popołudnia do ogrodu, gdzie wszyscy pracowaliśmy przy sadzeniu i pielęgnowaniu roślin. Doszedłem więc do przekonania, że dzieci lubią tego rodzaju zajęcia. Nie dostrzegałem wówczas tego, że praca w ogródku była miłym urozmaiceniem po siedzeniu i wpatrywaniu się w tablicę.
W Summerhill mam duży ogród. Grupka młodszych dzieci mogłaby mi bardzo się przydać w czasie pod­lewania. Mógłbym polecić, aby pomogli mi w pracy. Ale te ośmio-, dziewięcio- i dziesięcioletnie dzieci nie uświa­damiają sobie jeszcze w pełni konieczności podlewania. Nie są nim zainteresowane.
Podszedłem raz do grupy młodszych chłopców.
— Czy któryś chce mi pomóc w pieleniu? — zapyta­łem. Wszyscy odmówili.
Zapytałem dlaczego. W odpowiedzi usłyszałem:
— To nudne!
— Pozwól im rosnąć.
— Jestem zbyt zajęty krzyżówką.
— Nie cierpię pracy w ogrodzie.
Ja również uważam pielenie za nudne zajęcie. Ja również lubię krzyżówki. Szczerze mówiąc, co może obchodzić tych chłopców podlewanie czy pielenie? To mój ogród. To ja czuję dumę na widok kiełkującego grochu. Ja oszczędzam na rachunkach za warzywa. Krótko mówiąc, uprawa ogrodu leży w moim osobistym interesie. Nie można wzbudzić w dzieciach zainteresowa­nia, jeżeli ono samo się w nich nie pojawia. Jedynym możliwym sposobem byłoby wynajęcie dzieci za okreś­loną opłatą za godzinę. Wówczas mnie i ich będzie łączyć wspólnota interesów: ja będę zainteresowany uprawą mojego ogrodu, a one będą zainteresowane zarobieniem dodatkowych pieniędzy.
Czternastoletnia Maud często pomaga mi w ogrodzie, chociaż twierdzi, że nie lubi takiej pracy. Ale lubi mnie. Podlewa, ponieważ chce być ze mną. To zaspokaja w tym momencie jej egoistyczne potrzeby.
Kiedy Derrick, który również nie cierpi podlewania, zgłosił się na ochotnika do pomocy, wiedziałem, że ponowi prośbę o mój scyzoryk, będący przedmiotem jego pożądania. Tylko on go interesował.
Nagroda powinna, w większości wypadków, być su­biektywna: satysfakcja z wykonanej pracy. Przychodzą na myśl wszystkie nie satysfakcjonujące zajęcia: wydoby­wanie węgla, dopasowywanie nakrętki numer 50 na sworzeń numer 51, kopanie rowów odwadniających, dodawanie liczb. Świat pełen jest zajęć nie budzących zainteresowania czy pozbawionych przyjemności. Wyda­je się, że przystosowujemy nasze szkoły do tej nudnej strony życia. Skupiając uwagę naszych uczniów na przedmiotach, które nie są ich mocną stroną, uwarun- kowujemy ich do wykonywania zajęć, które nie będą im sprawiać przyjemności.
Ludzie często pytają mnie: „Czy twoje wolne dzieci kiedykolwiek będą potrafiły przystosować się do ha­rówki codziennego życia?" Chciałbym, aby te wolne dzieci zostały pionierami w uwalnianiu się od harówki codziennego życia.
Równie skrajne odczucia mam w stosunku do doros­łych, którzy wyręczają się dziećmi. Jeżeli chcemy, by dziecko dla nas pracowało, winniśmy zapłacić mu zgod­nie z jego umiejętnościami. Żaden z uczniów nie miałby ochoty zbierać dla mnie cegieł tylko dlatego, że po­stanowiłem odbudować zniszczony mur. Ale jeżeli za­proponuję trzy pensy za taczkę, to jakiś chłopiec sam może zgłosić się do pomocy, ponieważ moja propozycja go zainteresowała. Jednakże nie podoba mi się system uzależniania kieszonkowego dziecka od wykonywania przez nie określonych prac. Rodzice powinni dawać, nie oczekując niczego w zamian.
Czytałem raz o szkole w Ameryce, którą zbudowali sami uczniowie. Wydawało mi się to wówczas idealnym rozwiązaniem. Ale tak nie jest. Jeżeli uczniowie wybudo­wali tę szkołę, to możecie mieć pewność, że stał obok jakiś pełen werwy, życzliwości i powagi dżentelmen, który nad wszystkim sprawował władzę i z pasją wy­krzykiwał słowa zachęty. Dzieci po prostu nie budują szkół, gdy nie stoi nad nimi tego typu „autorytet".
Moim zdaniem rozsądna cywilizacja nie żądałaby od dzieci pracy do czasu, aż skończą przynajmniej osiem­naście lat. Większość chłopców i dziewcząt pracowałaby dużo przed osiągnięciem tego wieku, ale uważałaby to raczej za zabawę, a i z punktu widzenia rodziców, prawdopodobnie, praca taka nie byłaby uznawana za ekonomiczną. Czuję się zdeprymowany na myśl o ogro­mnym wysiłku, jaki muszą włożyć studenci, by przygoto­wać się do egzaminów. Rozumiem, dlaczego w przed­wojennym Budapeszcie blisko 50% uczniów załamywało się fizycznie bądź psychicznie po egzaminach matural­nych.
Nauczyciele z Izraela opowiadali mi o tamtejszych wspaniałych ośrodkach społecznych. Szkoła, jak mówili, stanowi integralną ich część, w której najważniejsza jest ciężka praca. Dziesięcioletnie dzieci, powiedział mi jeden z nich, płaczą, gdy — za karę — nie wolno im kopaćogródka. Jeżeli ja miałbym dziesięcioletniego chłopca, który płakałby, ponieważ zabroniono mu okopać ziem­niaki, zastanawiałbym się, czy nie jest on przypadkiem umysłowo upośledzony. Dzieciństwo to czas zabawy i każdy system społeczny, który ignoruje tę prawdę, wychowuje dzieci nieprawidłowo. Dla mnie izraelska metoda jest poświęceniem młodego życia dla ekonomicz­nych potrzeb. Być może jest to konieczne, jednak ja nie odważyłbym się nazwać tego systemu idealnym.
Musimy pozwolić dziecku być egoistą mającym pełną swobodę zaspokajania swych dziecięcych zainteresowań. Kiedy jego indywidualny interes koliduje z interesem społecznym, wówczas należy przyznać pierwszeństwo jego osobistemu dobru. Cała idea Summerhill to zapew­nienie wolności: pozwolenie dziecku, by zaspokajało w pełni swoje naturalne potrzeby.
Szkoła powinna uczynić życie wychowanka zabawą. Nie chodzi mi o to, że dziecko musi mieć drogę usłaną różami. Ułatwianie mu wszystkiego jest iatalne w skut­kach dla jego charakteru. Ale samo życie niesie z so­bą tyle trudności, że nie potrzeba już ich sztucznie mnożyć.
Wierzę, że narzucanie czegokolwiek mocą autorytetu jest błędem. Dziecko nie powinno niczego robić, dopóki nie dojdzie do przekonania — swego własnego przekona­nia — że tego chce. Przekleństwem ludzkości jest ze­wnętrzny przymus, bez względu na to, czy pochodzi od papieża, państwa, nauczyciela czy rodziców. To wszyst­ko faszyzm.
Większość ludzi domaga się jakiegoś boga; jak może być inaczej, skoro w domu rządzą fałszywe bożki obu płci, domagające się całkowitej prawdy i moralnego zachowania? Wolność oznacza robienie tego, co się komu podoba, dopóki nie narusza się wolności innych. Wynikiem jest samodyscyplina.
Zdumiewające jest to, że miliony wychowuje się w nie­nawiści i lęku przed seksem, a świat nie jest jeszcze bardziej neurotyczny. Według mnie oznacza to, że ludz­kość posiada wrodzoną siłę ostatecznego pokonania zła, które się jej narzuca. Daje się zaobserwować powolny ruch w kierunku osiągnięcia wolności seksualnej i każdej innej. W czasach mego dzieciństwa kobiety kąpały się ubrane w pończochy i długie suknie. Dziś pokazują nie tylko nogi. Młodzi z każdym pokoleniem mają coraz więcej wolności. Dzisiaj tylko nieliczni szaleńcy posypują dziecku kciuk pieprzem, aby oduczyć go ssania palca. Dzisiaj jedynie w nielicznych krajach nadal bije się uczniów w szkole.
W ludziach nie zanikły braterskie uczucia i miłość i mocno wierzę w to, że nowe pokolenia, których charakter nie został w dzieciństwie wypaczony, będą żyły ze sobą w pokoju — o ile dzisiejsi pełni nienawiści ludzie nie zniszczą świata, zanim nowa generacja zdąży przejąć nad nim kontrolę.
Jednakże jest to bardzo nierówna walka, ponieważ oni ciągle jeszcze sprawują pieczę nad oświatą, religią, pra­wem, armiami i niegodziwymi więzieniami. Jedynie gars­tka pedagogów dokłada starań, aby pozwolić na swobo­dny rozwój temu, co w dzieciach dobre. Ogromna więk­szość z nich jest urabiana przez ludzi wrogo nastawio­nych do życia i popierających nienawistny system kar.
W niektórych szkołach zakonnych dziewczynki nadal kąpią się w ubraniu, aby nie widzieć własnych ciał. Chłopcom nadal rodzice lub nauczyciele mówią, że masturbacja jest grzechem prowadzącym do obłędu. Często, gdy jestem w mieście, zdarza mi się widzieć, jak trzyletnie dziecko potyka się i przewraca — wzdrygam się na widok matki dającej mu za to klapsa. Prawie zawsze, gdy jadę pociągiem, słyszę, jak jakaś matka mówi: „Jeżeli znowu wyjdziesz na korytarz, Willie, to konduktor cię zamknie". Większość dzieci wychowuje się za pomocą steku kłamstw i głupich zakazów. To wyścig pomiędzy wierzącymi w martwotę i wierzącymi w życie. Pewnego razu obserwowałem trzyletniego chłopca, którego matka wypuściła do ogrodu. Jego ubranko było nieskazitelnie czyste. Po chwili zaczął bawić się ziemią i trochę je ubrudził. Mama wybiegła z domu, dała mu klapsa, zabrała do środka, a później ponownie wy­puściła pochlipującego na dwór, ale juź w czystym ubraniu. Po dziesięciu minutach chłopiec znowu się zabrudził i wszystko się powtórzyło. Zastanawiałem się, czy nie powinienem powiedzieć tej kobiecie, że jej syn będzie jej całe życie nienawidzić; a co gorsza, będzie nienawidzić także i samego życia. Uświadomiłem sobie jednak, że cokolwiek bym jej powiedział, to i tak to do niej nie dotrze.
Tragedią człowieka jest to, że jego charakter, podob­nie jak charakter psa, daje się urobić. Charakteru kota nie można zmienić. U psa można wywołać wyrzuty sumienia, ale u kota nie. Mimo to większość ludzi woli psy, ponieważ ich posłuszeństwo i merdanie ogonem dostarcza widocznego dowodu wyższości i wartości pana.
Powszechne przekonanie, że jeżeli w dzieciństwie nie nabierzemy dobrych manier, to nie posiądziemy ich już nigdy, jest przekonaniem, w którym zostaliśmy wycho­wani i które bez sprzeciwu zaakceptowaliśmy tylko dlatego, że nigdy nie było ono podawane w wątpliwość. Dementuję ten pogląd.
Wolność jest dziecku koniecznie potrzebna, ponieważ tylko wolność pozwala mu rozwijać się w sposób natura­lny — w dobry sposób. Obserwuję u uczniów przybywa­jących z innych szkół rezultaty zniewolenia. Te dzieci to potworki nieszczerości o iluzorycznej uprzejmości i sztucznych manierach.
Na wolność reagują szybko i nieznośnie. Przez pierw­szy czy drugi tydzień otwierają drzwi nauczycielom, zwracają się do mnie „sir" i dokładnie się myją. Spog­lądają na mnie z „szacunkiem", który łatwo daje się rozpoznać jako strach. Po kilku tygodniach wolności pokazują swoje prawdziwe oblicze. Stają się zuchwałe.
wyzbywają się dobrych manier, nie myją się. Robią to wszystko, czego zabraniano im w przeszłości: przeklina­ją, palą, niszczą rzeczy. Cały czas mówią uprzejmym głosem, ale ich oczy mają nieszczery wyraz.
Trzeba przynajmniej sześciu miesięcy, aby nowi uczniowie pozbyli się swej nieszczerości. Potem tracą również respekt do tego, co uważali za autorytet. Po roku stają się naturalnymi, zdrowymi dziećmi, które mówią to, co myślą, bez wzburzenia czy nienawiści. Jeżeli człowiek wystarczająco wcześnie doświadczy wol­ności, nie musi przechodzić przez okres kłamstw i uda­wania. Najbardziej uderzającą rzeczą w Summerhill jest absolutna szczerość wśród wychowanków.
Bycie uczciwym w życiu i wobec życia jest sprawą podstawową. To naprawdę najważniejsza rzecz na świe­cie. Jeżeli będziesz szczery, to wszystko inne się ułoży. Każdy docenia wartość otwartości w wypowiedzi czy zachowaniu. Oczekujemy szczerości od naszych polity­ków (człowiek jest niepoprawnym optymistą), od sę­dziów i urzędników, nauczycieli i lekarzy. Pomimo to wychowujemy nasze dzieci w taki sposób, że nie ośmiela­ją się być szczere.
My podeszliśmy do tego w ten sposób, że zostawiliśmy je w spokoju, aby zobaczyć, jakie one są naprawdę. To jedyne sensowne postępowanie. Pionierska szkoła przy­szłości musi iść tą drogą, jeżeli chce wnieść swój wkład w wiedzę o dziecku i, co ważniejsze, przyczynić się do osiągnięcia przez nie szczęścia. Być może największym odkryciem, jakiego dokonaliśmy w Summerhill, jest to, że dziecko rodzi się z natury szczere.

Trudne dzieci

Wielu psychologów wierzy, że dziecko nie rodzi się ani dobre, ani złe, ale posiada pewne wrodzone skłonności ku dobru i występkowi. Ja uważam, że człowiek nie jest z natury zły. Występek pojawia się u dziecka jako wypaczona forma miłości.
Pewnego dnia jeden z moich uczniów, dziesięcioletni chłopiec, w trakcie zabawy nucił z zadowoleniem pod nosem: „Chcę zabić moją matkę". Czynił to bezwiednie, ponieważ był właśnie zajęty robieniem łódeczki i całą swoją świadomą uwagę skupił na tej czynności. A praw­da jest taka, że jego matka żyje swoim własnym życiem i rzadko się ze swoim synem widuje. Nie kocha go, a on zdaje sobie z tego sprawę.
Ale ten chłopiec — jedno z najmilszych dzieci — nie nosił w sobie od urodzenia morderczych myśli. Jego przypadek doskonale ilustruje starą zasadę: jeżeli nie mogę zaskarbić sobie miłości, to mogę zdobyć nienawiść. Każdy przypadek występku u dziecka można sprowadzić do braku miłości.
Występek jest oczywiście wyrazem nienawiści. Bada­nia przestępczości wśród dzieci sprowadzają się do ba­dań nad tym, jak w dziecku rodzi się to bolesne uczucie. To problem urażonego ego.
Nie możemy ignorować faktu, że młody człowiek jest przede wszystkim egoistą. Nikt poza nim się nie liczy. Jeżeli jego ego jest zadowolone, to wtedy mamy do czynienia z dzieckiem o tak zwanym dobrym sercu; kiedy jego potrzeby nie są zaspokojone, mamy do czynienia z dzieckiem nazywanym występnym. Dziecko występne
szuka zemsty na społeczeństwie, ponieważ społeczeństwo nie dowartościowało należycie jego ego i nie okazało mu
miłości.
Młodzi rzezimieszkowie poszukują szczęścia i przypu­szczam, że korzenie ich antyspołecznych zachowań tkwią w nieprzychylności, jakiej doznali w domu i szkole. Szczęście, którego powinni byli zaznać w dzieciństwie, ustąpiło miejsca fałszywemu poczuciu satysfakcji płyną­cej z niszczenia, kradzieży oraz bicia innych ludzi. Z po­wodu frustracji radość zamieniła się w nienawiść. Jestem przekonany, że lekarstwem na przestępczość nieletnich jest zapewnienie dzieciom szczęścia we wczesnym okresie dzieciństwa. Najwyższy czas, aby wszyscy dobrzy ludzie starający się o zmniejszenie przestępczości wśród mło­dzieży skoncentrowali swą uwagę na początkowym eta­pie życia dziecka, które upływa pod znakiem kary i strachu, a co gorsza — jest pozbawione miłości. Nie jest to jedynie teoria, jako że w pierwszych latach istnienia Summerhill mieliśmy wiele trudnych dzieci i prawie wszystkie poszły w świat jako uczciwi ludzie, po prostu dlatego, że były kochane, po prostu dlatego, że wolność uczyniła je szczęśliwymi.
Nienawiść i kara nigdy niczego nie uleczyły, jedynie miłość może ratować. Pięćdziesiąt lat temu udowodnił to Homer Lane. Summerhill nigdy nie była szkołą dla „trudnych", ale w początkowym okresie swego istnienia przyjmowaliśmy uczniów wydalonych z konwencjonal­nych szkół. Trzydzieści pięć lat temu była to spora grupa, składająca się ze złodziei, kłamców i rozrabiaków. Wśród tych, którzy spędzili w szkole przynajmniej trzy lata, znam tylko jednego chłopca, który potem poszedł do więzienia. Podczas wojny został oskarżony o sprzeda­wanie czarnorynkowej ropy. Szkoda, że do jego garażu było ode mnie aż dwieście mil: bardzo było wówczas u mnie krucho z ropą.
W owych czasach miałem sporo problemów. Pisałem już o tym poprzednio, ale warto to jeszcze raz podkreślić:
myślałem, że leczyłem za pomocę psychoanalizy, ale te dzieci, które nie chodziły na sesje terapeutyczne, również wracały do zdrowia, więc doszedłem do wniosku, że to nie psychoanaliza je uleczyła, ale wolność bycia sobą.
Gdyby człowiek rodził się z naturalną skłonnością do występku, równie wielu przestępców pochodziłoby z do­brych rodzin klasy średniej, co i ze slumsów. Ale ludzie, którym się dobrze powodzi, mają więcej możliwości dla wyrażenia własnego ego. Przyjemności, które można kupić za pieniądze, wytworne otoczenie, kultura, duma z pochodzenia — wszystko to służy ego. Ego biedaków zaś jest wygłodzone.
Chłopiec przyszedł na świat w dzielnicy nędzy. Jego dom nie jest domem kulturalnym, nie ma w nim książek, nie prowadzi się rozmów na poważne tematy. Jego rodzice to ignoranci, którzy biją go i krzyczą na niego przy byle okazji; ów chłopiec uczęszcza do szkoły, w której surowa dyscyplina i nudne przedmioty krępują jego sposób bycia. Jego placem zabaw jest róg ulicy. Ma plugawe, kształtowane przez pornografię pojęcie o sek­sie. W telewizji ogląda ludzi, którzy mają pieniądze, samochody i wszelkiego rodzaju luksusy. W wieku mło­dzieńczym wstępuje do gangu, który stawia sobie za cel szybkie wzbogacenie się za wszelką cenę. Jak można uratować chłopca z taką przeszłością?
Homer Lane dowiódł raz na zawsze, że wolność może uleczyć trudne dziecko, lecz niewielu mamy Homerów Lane'ów. Lane umarł ponad czterdzieści lat temu, ale do tej pory żadna ze znanych mi grup, zajmujących się młodocianymi przestępcami, nie korzysta z jego do­świadczeń. Przestępczość wśród dzieci jest nadal leczona za pomocą autorytetu i, zbyt często, strachu. Przerażają­cym efektem takiej kuracji jest zwiększająca się z roku na rok liczba młodych przestępców.
Nie mogę sprawiedliwie osądzić borstalowskiego sys­temu karno-wychowawczego i zaakceptować takiego modelu szkół, ponieważ ich nie widziałem. Niektóre z nich mogą być bardzo dobre, ale z tego, co czytałem, wnioskuję, że stosowane tam metody są z rodzaju tych, które nieuchronnie prowadzą do przestępstwa: narzuco­na z góry dyscyplina, męcząca praca, posłuszeństwo bez słowa sprzeciwu, mało wolnego czasu. Kara nie może uleczyć tego, co jest indywidualną i społeczną chorobą.
Lane zbierał po londyńskich sądach chłopców i dziew­częta — antyspołecznych, bezwzględnych młodych ludzi, chełpiących się swą reputacją twardzieli, złodziei i chuliga­nów. Przybywali potem do jego obozu, zwanego Little Commonwealth, i znajdowali tam samorządną wspólnotę oraz pełną akceptację. Ci młodociani przestępcy byli leczeni miłością — leczeni przez autorytet opowiadający się po stronie dziecka. Na ogół ci młodzi ludzie stawali się przyzwoitymi, uczciwymi obywatelami, spośród których wielu zaliczałem do swych przyjaciół.
Lane był geniuszem, jeśli chodzi o rozumienie i po­stępowanie ze zdeprawowanymi dziećmi. Leczył je, po­nieważ nieustannie obdarzał je miłością i zrozumieniem. Zawsze szukał motywów ich przestępczych czynów prze­konany, że za każdym występkiem kryje się jakieś prag­nienie, które pierwotnie było dobre. Odkrył, że rozmowy z dziećmi nie miały sensu, że liczyły się jedynie działania. Twierdził, że dziecko wyzbędzie się złych społecznie cech, jeśli pozwoli mu się na spełnienie jego pragnień.
Pewnego razu, gdy jeden z jego młodocianych pod­opiecznych, Jabez, w przystępie gniewu chciał zwalić ze stołu filiżanki i spodki, Lane podał mu żelazny pogrzebacz i powiedział, aby wziął się do dzieła. Jabez nie omieszkał skorzystać z zaproszenia — ale już następnego dnia przyszedł do Lane'a i poprosił o bardziej odpowiedzialne i lepiej płatne zajęcie niż to, które wykonywał do tej pory. Lane zapytał, dlaczego chce zmienić pracę.
Jabez odpowiedział: „Ponieważ chcę zapłacić za te filiżanki i spodki".
Lane wyjaśnił to tak: poprzez tłuczenie filiżanek Jabez uwolnił nagromadzone w sobie zahamowania i konflik-ty. Fakt, że po raz pierwszy w swym życiu został zachęcony przez autorytet, by coś rozbić i wyładować swój gniew, musiał wywrzeć na niego dobroczynny emocjonalnie wpływ.
Wszyscy młodociani przestępcy z Little Commonwealth pochodzili z dzielnic nędzy; pomimo to nie słyszałem, aby którykolwiek z nich powrócił do przestępczego świat­ka. Sposób Lane'a nazywam drogą miłości. Natomiast robienie im z życia piekła nazywam drogą nienawiści. Ponieważ nienawiścią jeszcze nikogo z niczego nie ule­czono, uważam również, że żadnego z młodocianych przestępców nie można w ten sposób resocjalizować.
Jednakże wiem bardzo dobrze, że gdybym był dzisiaj sędzią i miałbym zająć się jakimś twardym, ponurym młodym przestępcą, to nie bardzo wiedziałbym, co z nim począć. W dzisiejszej Anglii nie ma zakładu poprawczego typu Little Commonwealth, do którego można by go odesłać. Lane umarł w 1925 roku, a nasze władze oświatowe nie nauczyły się niczego od tego niezwykłego człowieka.
Jednakże w ostatnich latach grono kuratorów sądo­wych opiekujących się młodocianymi wypuszczonymi warunkowo na wolność wykazuje szczerą chęć ich zro­zumienia. Również psychiatrzy, pomimo dużej wro­gości ze strony prawników, zrobili wiele, aby uświa­domić społeczeństwu, że przestępczość wśród nielet­nich nie jest spowodowana złośliwością, ale raczej jest rodzajem choroby, która wymaga współczucia i zro­zumienia. Nadchodzi przypływ w kierunku miłości za­miast w kierunku nienawiści, w kierunku zrozumienia zamiast świętoszkowatego moralnego oburzenia. To po­wolny proces. Ale nawet powolny przypływ unosi z sobą
w dal trochę zanieczyszczeń; a z czasem staje się coraz większy.
Nie znam dowodu na to, aby ktokolwiek stał się dobry dzięki przemocy, okrucieństwu czy nienawiści. W swej
długiej karierze miałem do czynienia z wieloma trudnymi dziećmi, w tym z wieloma młodocianymi przestępcami. Widziałem, jakie są nieszczęśliwe, jak czuły się gorsze i jak bardzo były emocjonalnie zaburzone. Były aroganc­kie i nie okazywały mi szacunku, ponieważ byłem nau­czycielem, substytutem ojca, wrogiem. Żyłem w atmo­sferze gęstej od ich nienawiści i podejrzliwości. Ale tu, w Summerhill, owi potencjalni przestępcy sami sprawo­wali rządy w samorządnej społeczności; mieli zagwaran­towaną wolność nauki i wolność zabawy.
Nim psycholodzy odkryli znaczenie podświadomości, dziecko było uważane za istotę rozsądną, mającą moż­liwość czynienia dobra lub zła. Jego umysł był uwa­żany za czystą kartę, na której musiał wpisać się jedynie jakiś sumienny nauczyciel. Obecnie rozumiemy, że w dziecku nie ma nic statycznego; ma naturę ze wszech miar dynamiczną. Swe pragnienia chce wyrażać w działa­niu. Jest egoistyczne i zawsze chce sprawdzić, jaką ma władzę.
Podobnie jak we wszystkim jest seks, tak i we wszyst­kim tkwi pragnienie zdobycia władzy. Udaremnienie spełnienia jego potrzeby budzi w dziecku nienawiść. Jeżeli zabrałbym pełnemu wigoru trzylatkowi jego zaba­wkę, zabiłby mnie, gdyby mógł.
Pewnego dnia odpoczywaliśmy sobie z Billym —ja na leżaku w pomarańczowo-czarne paski. Oczywiście dla Billa jestem substytutem ojca.
— Opowiedz mi coś — rzekł.
— To ty mi coś opowiedz — powiedziałem.
Nie, upierał się, on nie potrafi mi nic opowiedzieć; to ja muszę mu coś opowiedzieć.
— W takim razie opowiemy sobie coś razem — po­wiedziałem. — Kiedy przerwę, ty dokończysz, dobrze? A zatem, był sobie raz...
Billy spojrzał na mój kolorowy leżak.
— Tygrys — powiedział, i wiedziałem, że to ja jestem tym zwierzęciem w paski.— I leżał sobie przy drodze za tą szkołą. Pewnego dnia drogą szedł chłopiec imieniem...
— Donald — powiedział Billy. Donald był jego kolegą.
— Wtem tygrys wyskoczył i...
— Pożarł go — dodał Billy z miejsca.
— Wówczas Derrick powiedział: „Nie chcę, aby ten tygrys pożarł mego brata". Wziął więc swój rewolwer i poszedł na drogę. A tygrys wyskoczył i...
— I pożarł go — powiedział Billy wesoło.
— Wówczas Neill wpadł we wściekłość: „Nie po­zwolę, aby ten tygrys tak po prostu pożarł wszystkich moich uczniów!" Wziął swe dwa rewolwery i poszedł. Tygrys wyskoczył i...
— I oczywiście go pożarł.
— Potem Billy powiedział, że nie pozwoli tygrysowi pożerać ludzi. Wziął swe dwa rewolwery, miecz, sztylet, karabin maszynowy i wyszedł na drogę. A tygrys wy­skoczył i...
— On zabił tygrysa — powiedział Billy skromnie.
— Wspaniale! — krzyknąłem. — Zabił tygrysa. Za­ciągnął go do drzwi, wszedł do środka i zwołał specjalne spotkanie szkoły. Wówczas jeden z pracowników powie­dział: „Teraz, kiedy Neill jest w brzuchu tygrysa, po­trzebujemy nowego dyrektora szkoły i proponuję...
Billy spuścił wzrok i milczał.
— I proponuję...
— Dobrze wiesz, że zaproponował mnie — powie­dział z irytacją.
— I tak Billy został dyrektorem Summerhill — ciąg­nąłem. — Jak sądzisz, przede wszystkim co zrobił?
— Poszedł do twego pokoju, zabrał twoją tokarkę i maszynę do pisania — powiedział bez wahania czy zakłopotania.
Przypadek Billy'ego to przykład problemu władzy. Fantazje Billy'ego były marzeniem o władzy. Słyszałem, jak przechwalał się innym chłopcom, ile to lokomotyw potrafi jednocześnie prowadzić. Ego jest we wszystkim.

Nie zrealizowane pragnienie staje się marzeniem. Każ­de dziecko chce być duże, a każdy element jego otoczenia mówi mu, że jest małe. Więc pokonuje swe otoczenie, uciekając od niego; rozwija skrzydła i ożywia swe marze­nia w świecie fantazji. Ambicja bycia maszynistą jest motywem władzy; kierowanie pędzącym pociągiem jest najlepszą ilustracją posiadanej władzy.
Piotruś Pan był wśród dzieci popularną postacią nie dlatego, że nie dorósł, ale dlatego, że potrafił latać i walczyć z piratami. Wśród dorosłych zaś cieszy się popularnością, ponieważ oni chcieliby być mali, wolni od odpowiedzialności i trudów dnia codziennego. Ale tak naprawdę nikt nie chce być wiecznie dzieckiem. Pragnienie zdobycia władzy przynagla do dorastania.
Młodociani przestępcy usiłują dać wyraz swemu tłu­mionemu pragnieniu, by zacząć rządzić. Stwierdziłem, że zwykle dziecko antyspołeczne, na przykład przywódca bandy wybijającej okna, staje się zagorzałym zwolen­nikiem prawa i porządku, jeżeli tylko zapewnić mu wolność.
W początkowym okresie istnienia szkoły przybyła do Summerhill dziewczynka o imieniu Ansi. Ansi była przywódczynią rozrabiaków i musiała przenieść się do nas. W dwa dni po przyjeździe do Summerhill zaczęła się ze mną bić dla zabawy, ale wkrótce jej zachowanie przestało być żartem. Przez długi czas kopała mnie i biła, powtarzając w kółko, że wyprowadzi mnie w końcu z rów­nowagi. Ja nie traciłem opanowania i nadal się uśmiecha­łem. Kosztowało to mnie sporo wysiłku. W końcu jeden z nauczycieli zaczął grać spokojną muzykę. Ansi uspo­koiła się. Jej atak miał częściowo podłoże seksualne. Ja reprezentowałem prawo i porządek. Byłem dyrek­torem szkoły.
Ansi stwierdziła, że życie jest pogmatwane. Zauważy­ła, że w Summerhill nie ma praw do łamania i czuła się niczym ryba wyciągnięta z wody. Próbowała zasiać niezgodę pomiędzy innymi uczniami, ale udało się jej to
tylko z najmłodszymi. Ponownie próbowała odzyskać władzę, do której przywykła, przewodząc gangowi wy- ; stępującemu przeciwko autorytetowi. W gruncie rzeczy była zwolenniczką prawa i porządku. Jednak w świe­cie prawa i porządku, w którym rządzili dorośli, nie miała możliwości wyrażenia swej siły. W takiej sy­tuacji zdecydowała się stanąć po stronie buntu przeciw- ; ko nim.
Tydzień po jej przybyciu mieliśmy ogólne spotkanie szkoły. Ansi wstała i ze wszystkiego szydziła.
— Będę głosować za ustanowieniem praw — powie­działa — ale jedynie po to, aby mieć później przyjemność je łamać.
Na to wstała jej szkolna opiekunka.
— Ansi daje do zrozumienia, że nie chce praw, któ­rych wszyscy by przestrzegali — rzekła. — Proponuję, abyśmy nie mieli żadnych praw. Niech zapanuje chaos.
Ansi zawołała „Hurrraaa!" i na czele reszty uczniów wybiegła z sali. Uczyniła to bez kłopotu, ponieważ były to młodsze dzieci, u których nie rozwinęła się świado- i mość społeczna. Zabrała ich do warsztatu i wszyscy uzbroili się w piły. Oznajmili, że mają zamiar ściąć | wszystkie drzewka owocowe. Ja, jak zwykle, poszedłem kopać ogródek.
Dziesięć minut później przyszła do mnie Ansi.
— Co trzeba zrobić, aby skończyć z tym chaosem i znowu mieć prawa? — zapytała spokojnym tonem.
— Nie umiem ci niczego doradzić — odparłem.
— Czy możemy zwołać następne ogólne spotkanie szkoły? — zapytała.
— Oczywiście, że możecie, ale ja na nie nie przyjdę. Postanowiliśmy mieć chaos.
Ansi odeszła, a ja dalej kopałem ogródek.
Po krótkim czasie wróciła.
— Mieliśmy zebranie dzieci — powiedziała — i głoso­waliśmy za zwołaniem pełnego ogólnego spotkania, j Przyjdziesz?
— Pełne ogólne spotkanie? — zapytałem. — Tak,
przyjdę.
Na zebraniu Ansi zachowywała się poważnie i w spo­koju uchwalaliśmy nasze prawa. Całkowite zniszczenia w okresie panowania chaosu — jeden słupek do wiesza­nia bielizny przepiłowany na pół.
Przez całe lata Ansi znajdowała przyjemność w prze­wodzeniu szkolnemu gangowi przeciw autorytetowi. Wzniecając bunt, czyniła coś, czego nie cierpiała. Nie cierpiała chaosu. W głębi duszy była prawomyślnym obywatelem. Ale Ansi bardzo pragnęła władzy. Była szczęśliwa jedynie wówczas, gdy przewodziła innym. Buntując się przeciwko swemu nauczycielowi, próbowa­ła uczynić się ważniejszą od niego. Nienawidziła praw, ponieważ nienawidziła siły, która te prawa ustalała.
Stwierdziłem, że podobne przypadki, w których głów­ną rolę odgrywa pragnienie zdobycia władzy, są o wiele trudniejsze do uleczenia niż przypadki, w których głów­nym powodem zaburzeń emocjonalnych jest seks. Względnie łatwo można prześledzić zdarzenia i poucze­nia, które wyrobiły w dziecku poczucie winy w związku z seksem, ale zrozumienie tysięcy uwarunkowań, które uczyniły z dziecka sadystyczną, żądną władzy osobę, jest naprawdę trudne.
Pragnienie bycia dorosłym jest marzeniem o władzy. Już sam wzrost rodziców wywołuje w dziecku poczucie niższości. Dlaczego dorosłym wolno siedzieć do późna? Dlaczego mają wszystko, co najlepsze — maszyny do pisania, samochody, dobre narzędzia, zegarki?
Moi mali uczniowie uwielbiają namydlać sobie twarze, gdy ja się golę. Chęć palenia również jest spowodowana głównie pragnieniem bycia dorosłym. Na ogół potrzeba manifestowania siły przez dziecko napotyka największe trudności w przypadku jedynaków; dlatego też z jedyna­kami najtrudniej poradzić sobie w szkole.
Kiedyś popełniłem błąd, przywożąc do Summerhill małego chłopca na dziesięć dni przed przybyciem innych uczniów. Czuł się bardzo szczęśliwy, spędzając czas w towarzystwie nauczycieli, przesiadując w ich pokoju i mając całą sypialnię dla siebie. Gdy przyjechali inni uczniowie, chłopiec ten zaczął zachowywać się bardzo aspołecznie. Przedtem pomagał w naprawie różnych sprzętów, jednakże wkrótce zaczął je niszczyć. Nagle przestał być jednym z dorosłych — musiał spać w pokoju z czwórką innych chłopców i wcześnie kłaść się spać. Jego gwałtowny protest sprawił, iż podjąłem decyzję, aby nigdy więcej nie stwarzać dziecku okazji do identyfiko­wania się z dorosłymi.
Właśnie nie zrealizowane pragnienie władzy rodzi w dziecku zło. Ludzie są z natury dobrzy; chcą być dobrzy; chcą kochać i być kochani. Nienawiść i bunt są jedynie przejawami braku miłości i nie zrealizowanej potrzeby władzy.
Pewnego razu powiedziałem nowemu uczniowi, chłopcu, który zachowywał się antyspołecznie: „Wyczyniasz te wszy­stkie głupoty głównie po to, abym spuścił ci lanie, ponieważ całe twoje życie było jednym wielkim laniem. Ale tracisz tylko czas. Nie ukarzę cię, bez względu na to, co zrobisz". Po tej rozmowie przestał się zachowywać destrukcyjnie. Nie czuł już dłużej potrzeby bycia nienawidzonym.
Wiele lat temu, gdy byłem jeszcze względnie młody, przybył do nas mały chłopiec. Pozbyto się go ze szkoły, w której wszystkich terroryzował, rzucając czym popad­nie, a nawet grożąc, że kogoś zabije. Próbował tej samej sztuczki ze mną. Bardzo szybko doszedłem do przekona­nia, że jego napady złości miały na celu zaniepokojenie ludzi, a tym samym przyciągnięcie ich uwagi.
Pewnego dnia, po wejściu do świetlicy, zobaczyłem wszystkie dzieci zbite w gromadkę w jednym końcu pokoju. W drugim stał ów mały terrorysta z młotkiem w dłoni. Straszył, że uderzy każdego, kto się do niego zbliży.
— Skończ z tym, chłopcze — powiedziałem ostro. — Nie boimy się ciebie.
Chłopiec wypuścił młotek z ręki i rzucił się na mnie. Bił mnie i kopał.
— Za każdym razem, gdy mnie uderzysz lub kop­niesz, oddam ci — powiedziałem spokojnie.
I tak też uczyniłem. Bardzo szybko poddał się i wy­biegł z sali. Nie wymierzyłem mu kary. Udzieliłem mu jedynie koniecznej lekcji: nauczyłem, że nie można krzy­wdzić innych dla własnej przyjemności.
To prawda, że trudno jest stwierdzić, co jest, a co już nie jest karą. Pewnego dnia chłopiec pożyczył moją najlepszą piłę. Następnego dnia znalazłem ją leżącą na deszczu. Powiedziałem, że nie dam mu jej więcej. To nie była kara, ponieważ z karą zawsze wiążą się problemy natury moralnej. Zostawienie piły na deszczu było po­stępkiem złym względem piły, ale nie było czynem niemoralnym. Ważne jest, aby dziecko nauczyło się, że nie można pożyczać czyichś narzędzi i psuć, niszczyć cudzej własności czy okaleczać innej osoby. Ponieważ pozwalając, by dziecko szło własną drogą lub robiło, co mu się podoba, kosztem innych, wyrządzamy mu krzyw­dę. W ten sposób je rozpieszczamy, a rozpieszczone dziecko jest złym obywatelem.
W Summerhill mieliśmy kiedyś dwunastoletniego chło­pca, który był wydalany z wielu szkół za antyspołeczne zachowanie. W naszej ten sam chłopiec stał się szczęś­liwym, twórczym, nastawionym prospołecznie dzieckiem. Władza zakładu poprawczego wykończyłaby go. Wolność potrafi uratować nawet dzieci przysparzające bardzo wie­lu kłopotów. Ile więc mogłaby uczynić wolność dla milionów tak zwanych „normalnych" dzieci, które są deprawowane przez niewolącą władzę?
Miłość jest opowiadaniem się po stronie drugiej osoby. Miłość to akceptacja. Wiem, że dzieci powoli uczą się tego, iż miłość to coś absolutnie różnego od całkowitej swobody i przyzwolenia na wszystko. Potrafią jednak pojąć tę prawdę i pojmują ją. Sprawdza się to prawie w każdym przypadku.

Dalej o trudnych dzieciach

Pierwsze lata w Leiston należały do okresu zwanego przez nas erą kłopotów. Miałem za mało „zwykłych" uczniów, aby sfinansować działanie szkoły i zacząłem przyjmować różnego rodzaju trudne dzieci — złodziei, kłamców, dzieci destrukcyjne, pełne nienawiści. Era kło­potów była okresem bardzo zajmującym i wymagającym wielu poświęceń. Przybywając ze Szkocji, gdzie zmiatali­śmy konfetti na wypadek deszczowego dnia, a raczej suchego dnia, aby zachować je na następny ślub, z bólem przyjmowałem kradzież moich książek, ubrań i zegar­ków. Ostatnio, począwszy od wczesnych lat sześćdziesią­tych, względy finansowe zmusiły mnie do wznowienia przyjmowania dzieci, których pozbywają się inne pla­cówki; nie budzi to mojego entuzjazmu.
Nie chcę leczyć. Nie cierpię przyjmowania trudnej młodzieży. Radość odkrywania mam już po większej części za sobą; potrafię dokładnie powiedzieć, jak takie dziecko będzie się zachowywać: będzie dużo przeklinać, chodzić tygodniami niemyte, zachowywać się zuchwale, kraść książki i być może sprzedawać narzędzia z warsz­tatu. To nudne niczym powtarzana opowieść. Nudne, ponieważ często przybywają zbyt późno. Kiedyś odnosi­łem sukcesy w oduczaniu kanciarzy kradzieży, ale wąt­pię, bym dziś mógł posłużyć się tą samą metodą. Dzisiej­sza młodzież jest bardziej świadoma i mniej naiwna.
Jedyną dobrą stroną tego wszystkiego jest to, że dzieci gdy dać im wolność, przeważnie nie kłamią. Pewnego dnia nasz miejscowy policjant ze zdziwieniem przyglądał się, jak do mojego gabinetu wszedł chłopiec i powiedział: „Cześć, Neill, zbiłem okno w świetlicy". Dzieci kłamią głównie w obronie własnej, a w domu kłamstwo kwitnie ze strachu. Usuńmy strach, to i ono zniknie.
Wśród moich wychowanków nigdy nie było nałogo­wych czy zatwardziałych kłamców. Po przybyciu do Summerhill dzieci czasami posługują się tą formą obro­ny, ponieważ boją się powiedzieć prawdę. Jednakże kiedy zorientują się, że nasza szkoła jest szkołą bez władzy dorosłych, nie widzą powodu, by to robić. Nie mogę stwierdzić, że kłamstwo zanikło zupełnie. Chło­piec, który przyzna się do zbitego okna, może nie powiedzieć, że splądrował lodówkę czy ukradł narzędzie. Nie można się spodziewać tutaj absolutnego sukcesu.
Wolność nie wyplenia u dzieci kłamstw wynikłych z fantazjowania. Rodzice zbyt często przywiązują do nich nadmierne znaczenie. Gdy przyszedł do mnie mały Jimmy i oznajmił, że jego tata przysłał mu prawdziwego rolls-bentleya, powiedziałem:
— Wiem. Widziałem go przed głównym wejściem. Fajny wóz.
— Daj spokój — odparł na to. — Wiesz przecież, że tylko żartowałem.
To może wydać się paradoksalne i nielogiczne, ale ja czynię wyraźne rozróżnienie pomiędzy kłamstwem a nieuczciwością. Można być uczciwym, a pomimo to kłamać — to znaczy, można być uczciwym w ważnych życiowo sprawach, chociaż czasami kłamać w mniej ważnych. Tak wiele naszych kłamstw ma przecież na celu oszczędzenie innym cierpienia. Prawdomówność byłaby fatalna w skutkach, gdyby zmuszała mnie do napisania: „Szanowny Panie, Pański list był tak długi i nudny, że nie zawracałem sobie głowy przeczytaniem całego". Albo gdyby zmuszała cię, by powiedzieć niedoszłemu muzy­kowi: „Dziękuję, żeś mi zagrał; ależ mordowałeś tę etiudę". Kłamstwa dorosłych, generalnie rzecz biorąc, mają charakter altruistyczny, ale dziecięce kłamstwa dotyczą zawsze spraw osobistych. Najlepszym sposobem na uczynienie z dziecka kłamcy na całe życie jest nalega­nie, aby mówił prawdę i tylko prawdę.
Jednym ze stale powtarzających się zarzutów wobec Summerhill jest to, że dzieci przeklinają. To prawda, że przeklinają — jeżeli używanie staroangielskich słów jest przeklinaniem. To prawda, że każdy nowy uczeń prze­klina więcej niż to konieczne.
Kilka lat temu na naszym ogólnym spotkaniu trzynas­toletniej dziewczynce, która przybyła do nas ze szkoły zakonnej, zarzucano, że popisuje się, wykrzykując na publicznej plaży w obecności obcych „sukinsyn". Jeden z chłopców powiedział jej: „Jesteś po prostu głupią gąską. Przeklinasz, aby się popisać przed ludźmi, a utrzy­mujesz, że jesteś dumna z tego. że Summerhill jest wolną szkołą. Ale twoje zachowanie wywołuje wręcz przeciwny skutek — ludzie patrzą na nas z lekceważeniem".
Wyjaśniłem jej, że tak naprawdę chciała szkole za­szkodzić, ponieważ jej nienawidzi.
— Aleja nie nienawidzę Summerhill — krzyknęła. — Tu jest kapitalnie!
— Tak — powiedziałem — to jest, jak mówisz, kapitalne miejsce, ale ciebie w nim nie ma. Nadal żyjesz w szkole zakonnej i przyniosłaś tu z sobą całą swoją nienawiść do klasztoru i zakonnic. Nadal identyfikujesz Summerhill ze znienawidzoną szkołą. Tak naprawdę to nie Summerhill chcesz zniszczyć, lecz szkołę zakonną.
Ona jednak nadal wykrzykiwała swe ulubione prze­kleństwo, dopóki Summerhill nie stała się dla niej real­nym miejscem, a nie symbolem. Wtedy przestała prze­klinać.
Są trzy rodzaje przekleństw: seksualne, religijne i zwią­zane z ekskrementami. Różnica pomiędzy Summerhill a zwykłymi szkołami polega na tym, że u nas wychowan­kowie otwarcie używają brzydkich słów, natomiast w in­nych szkołach czynią to skrycie.
U młodszych dzieci zainteresowanie budzą wyrazy związane z ekskrementami. Używają ich bardzo często.
Ponadto lubią staroangielskie słowa. Wielu z nich pytało mnie, dlaczego nie wypada mówić publicznie „gówno", ale można powiedzieć „odchody" albo „kał". Nie mam
pojęcia.
Dzieci akceptują przeklinanie jako naturalny język. Dorośli to potępiają, ponieważ ich własna obsceniczność jest większa niż dzieci. Mam wrażenie, że gdyby rodzice mówili, iż nos jest plugawy i zły, to dziecko szeptałoby po kątach słowo „nos".
Podobnie jak w przypadku wielu innych spraw, tak i w kwestii przeklinania myślę, że to prawo czyni prze­stępstwo. Prawo wyrażone w domu ustami ojca wprowa­dzającego zakazy ogranicza ego dziecka, a przez to czyni je złym. Zakazy budzą sprzeciw, a sprzeciw naturalnie prowadzi do zemsty. Większość przestępstw jest aktem zemsty. Jeżeli chcemy pozbyć się przestępczości, musimy usunąć to wszystko, co wywołuje w dziecku pragnienie odwetu. Musimy okazywać mu miłość i szacunek.
Powinniśmy również rozróżniać kradzieże: kradzież popełnioną przez normalne dziecko i przez dziecko neurotyczne. To pierwsze ukradnie, ponieważ po prostu chce zaspokoić swoje pragnienie posiadania lub wraz z przyjaciółmi szuka przygody. Nie zauważa jeszcze różnicy pomiędzy „moje" a „twoje". W Summerhill wiele dzieci dopuszczało się tego rodzaju czynów do pewnego wieku. Bez przeszkód mogą tu przejść ten okres.
Szkolne kradzieże są przeważnie przedsięwzięciem gru­powym. Ich charakter sugeruje, że w tym przypadku ważną rolę odgrywa przygoda; ale nie tylko — liczy się także chęć popisania się, przejęcia inicjatywy i przywództwa.
Rzadko kiedy widuje się samotnego oszusta — z re­guły jest to przebiegły chłopiec o anielsko niewinnej twarzy. Faktem jest, że nie można nigdy poznać młodego złodzieja po wyglądzie. Jednakże widywałem wiele dzie­ci, które kradły w wieku trzynastu lat, a potem wyrasta­ły na uczciwych obywateli. Prawdą jest, że dorastanie zabiera dziecku o wiele więcej czasu, niż nam się wy­dawało. Przez dorastanie rozumiem stanie się istotą społeczną.
W Summerhill nie mogę zostawić otwartej lodówki czy pudełka z pieniędzmi. Na spotkaniach szkoły dzieci oskarżają się nawzajem o przeszukiwanie walizek. Nawet jeden złodziej potrafi uprzytomnić społeczności, do cze­go służy zamek i klucz.
Drugi rodzaj kradzieży — nawykowy, dokonywany niejako pod przymusem —jest dowodem nerwicy. Kra­dzieże popełniane przez znerwicowane dziecko są zwykle oznaką niedostatku miłości. Motywacja jest nieświado­ma. W prawie każdym przypadku nałogowych kradzieży nieletni czuje się nie kochany. Kradzież jest symboliczną próbą zdobycia czegoś o dużej wartości. Bez względu na to, co jest jej przedmiotem, jest ona wynikiem pod­świadomego pragnienia, by skraść uczucie. Z popeł­niania tego rodzaju czynów można dziecko uleczyć tylko poprzez okazywanie mu miłości.
Rodzice dziecka kradnącego nawykowo powinni naj­pierw przeegzaminować samych siebie, spróbować od­kryć, które z ich poczynań uczyniły dziecko nieucz­ciwym. Kiedyś, w początkowym okresie istnienia szkoły,' mieliśmy szesnastolatka, którego wydalono ze zwykłej szkoły, ponieważ strasznie kradł. Po przyjeździe oddał mi bilet z 50% zniżką, który ojciec kupił mu w Londynie, zatajając prawdziwy wiek chłopca.
Kilka lat temu przysłano mi ucznia, który był praw­dziwym mistrzem w kłamstwie i kradzieży. Tydzień po jego przybyciu miałem telefon.
— Tu X (powszechnie znany w Anglii człowiek). W pańskiej szkole jest mój bratanek. Pytał w liście, czy może przyjechać na kilka dni do Liverpoolu. Czy ma pan coś przeciwko temu?
— Nie, absolutnie — odparłem — ale on nie ma pieniędzy. Kto zapłaci za jego podróż? Dobrze byłoby porozumieć się z jego rodzicami.
Następnego popłudnia zadzwoniła matka chłopca i powiedziała, że dzwonił do niej wuj Dick. Ona i mąż nie mają nic przeciwko temu, aby Arthur pojechał do Liver- poolu. Sprawdzili cenę biletu i wynosi ona dwadzieścia osiem szylingów. Spytała, czy mógłbym więc dać Art­hurowi dwa funty dziesięć?
Chłopak wykonał obie rozmowy z miejscowej budki telefonicznej. Doskonale naśladował głosy matki i wuja. Nabrał mnie i dałem mu pieniądze, nim sobie uświado­miłem, że mnie oszukał.
Omówiłem to z moją żoną. Oboje zgodziliśmy się, że złą rzeczą byłoby domagać się zwrotu pieniędzy, ponie­waż tak właśnie od lat z nim postępowano. Żona zasugerowała, abym go nagrodził. Przystałem na to i późnym wieczorem poszedłem do jego sypialni.
— Masz dziś szczęście — powiedziałem pogodnie.
— Ażebyś wiedział — odparł.
— Tak, ale poszczęściło ci się bardziej, niż myślisz — rzekłem.
— Co przez to rozumiesz?
— Właśnie dzwoniła znowu twoja matka — powie­działem swobodnie. — Powiedziała, że pomyliła się co do ceny biletu: nie kosztuje on dwadzieścia osiem szylingów, ale trzydzieści osiem. Poprosiła mnie więc, abym dał ci jeszcze dziesięć szylingów. — Rzuciłem niedbale bank­not na jego łóżko i wyszedłem, nim zdążył cokolwiek powiedzieć.
Następnego ranka chłopiec pojechał do Liverpoolu, zostawiając dla mnie list, który miano mi wręczyć po odjeździe pociągu. Zaczynał się: „Drogi Neillu, jesteś lepszym aktorem ode mnie". Przez wiele tygodni wypy­tywał mnie potem, dlaczego dałem mu ten dziesięcio- szylingowy banknot.
W przeszłości, gdy o wiele częściej miałem do czy­nienia z młodocianymi przestępcami, wielokrotnie na­gradzałem ich za kradzieże. Często jednak dopiero po kilku latach, gdy dziecko zostało uleczone, zdawało
sobie sprawę z faktu, że pomogła mu w tym moja akceptacja.
Myślę, że gdybym był dostatecznie bogaty, miałbym dwie szkoły — jedną dla spokojnych, normalnych dzieci i drugą przygotowującą do szkół średnich tych, którzy muszą pozbyć się nienawiści i antyspołecznych zacho­wań. Co prawda, ze wspólnego uczenia się tych dwóch rodzajów dzieci płyną pewne korzyści: bezproblemowi wychowankowie stają się bardziej tolerancyjni i obyci. Przeciwko temu przemawia jednak fakt, że trudne dzieci często opóźniają rozwój innych, szczególnie młodszych. Małe dziecko mogłoby mieć ochotę na lekcje lub zrobie­nie sobie łódki czy zajęcie się czymś innym, ale jeden z naszych „łobuziaków" — na przykład trzynastolet­nich — odciąga go, by coś ukraść lub zniszczyć albo nudzić się.
Uzdrawianie pod wpływem wolności nie jest trasą na skróty; trzeba przebyć długą i nużącą drogę, nim trudne dziecko wyjdzie z zakrętu. Jestem przekonany, że nasze charaktery kształtują się w bardzo wczesnym okresie życia i chociaż otoczenie czy terapia może je urabiać, to pewne cechy nie poddają się zmianie. Jeszcze dziś odnaj­duję w sobie ślady kalwinizmu, irracjonalnego strachu, który wywodzi się z pierwszych lat mego życia.
W obecnym czasie nasz samorząd jest, szczerze mó­wiąc, marny. Częściowo dlatego, że wszyscy starsi chłop­cy to nowo przybyli, którzy nie są jeszcze prawdziwymi uczniami Summerhill; a po części dlatego, że wśród wychowanków o dłuższym stażu mamy zbyt wiele dzieci trudnych, zbyt egocentrycznych i zakłócających porzą­dek, by byli dobrymi obywatelami. Niemal co tydzień dyskutujemy nad brakiem społecznego ducha. Niektórzy uczniowie winią za to mój wiek: „Neill jest już za stary; nie rozumie nas i gdera, że nie przestrzegamy praw". Być może jest w tym trochę racji. Być może popularność Summerhill to dla człowieka w mym wieku zbyt duży ciężar. Zdaje mi się, że po pięćdziesięciu latach pracy
z trudnymi dziećmi mogę już mieć ochotę od nich
odpocząć.
Dlaczego nigdy nie zatytułowałem książki Trudne dziecko? Ten zwrot brzmi niczym panaceum w uszach kilkuset rodziców, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swymi kłopotliwymi pociechami. Prawdziwym przekleństwem tej szkoły jest to, że nigdy nie było okazji do zademonst­rowania naszych postępów z uczniami nie sprawiającymi kłopotów. Zawsze mieliśmy garstkę antyspołecznych brzdąców, którzy przeszkadzali innym dzieciom w reali­zowaniu ich wolności. To prawda, że miało to i swoje dobre strony. Stałe obcowanie z trudnymi dziećmi wy­zwalało w innych życzliwość i zrozumienie, jakiego nigdy by nie nabyli, przebywając w zwykłej szkole. Uczest­niczenie w posiedzeniu sądu w wieku dziesięciu lat i sądzenie złoczyńcy, co w Summerhill zdarza się często, musi dawać dziecku o wiele więcej, niż mogą zaofiarować inne szkoły.
Często pisałem i mówiłem o sukcesach Summerhill. Niech mi więc będzie wolno teraz powiedzieć o jej porażkach. Myślę, że zbyt ściśle trzymaliśmy się sztan­darowego hasła Homera Lane'a: „Po stronie dziecka". Przetrzymywaliśmy w szkole młodzież, która powinna być odesłana do innych placówek oświatowych na wiele lat przedtem, nim nas opuściła. Najgorszym przykładem tego typu dzieci byli tyrani. Przez całe lata obserwowaliś­my chłopca, który znęcał się nad słabszymi i był po­strachem innych maluchów; pomimo wielokrotnego są­dzenia go na spotkaniach nie było widać w jego za­chowaniu poprawy. Nie usuwaliśmy dziewczynki o trud­nym charakterze, która inne koleżanki wiodła ku niena­wiści i wyjątkowej złośliwości.
Rzecz nie tylko w tym, że cały czas trzymaliśmy stronę dziecka; często staraliśmy się wyświadczyć przysługę rodzicom. „Co my z nim poczniemy, jeżeli odeśle go pan do domu? Żadna państwowa szkoła nie przyjmie czter­nastoletniego chłopca, który nie potrafi nawet czytać"lub „Przeprowadzamy się i nie możemy zabrać jej do domu". Cały czas mieliśmy świadomość, że nie zdobę­dziemy wdzięczności ani rodziców, ani dziecka; mogliś­my raczej spodziewać się, że zwrócą się przeciwko nam i obwiniać będą szkołę za niepowodzenie w życiu. Przy­pominam sobie dwóch uczniów, którzy zajęli takie właś­nie stanowisko: „Gdybym poszedł do normalnej szkoły, gdzie nauczyliby mnie..." Powinniśmy byli przestrzegać surowej zasady: jeżeli po upływie trzech semestrów nadal będziesz zachowywać się jak łobuz, to opuścisz szkołę. Myślę, że nie jest jeszcze za późno, by wprowadzić tę zasadę.
Często popełniamy błąd, trzymając dziecko, które ma niewielkie szanse na poprawę, ponieważ pochodzi z po­zbawionego miłości domu. Trudno jednak je wydalić, skoro nawet wakacje są dla niego pełnym nienawiści piekłem, a okres zajęć szkolnych to czas spędzany w pra­wdziwej rodzinie. Nierzadko zła sytuacja w domu idzie w parze z trudnościami w uczeniu się. W takiej sytuacji też powinniśmy wkraczać na scenę. Dzieci o niskim ilorazie inteligencji (II) nie mają odwagi bądź zaintereso­wań, by uczestniczyć w lekcjach, jeżeli nie są one przy­musowe. Zostają z tyłu, a potem, gdy już im przyjdzie ochota na naukę, wstydzą się iść z kolei na lekcje, ponieważ nie umieją czytać. Oni także prawdopodobnie później będą obwiniać szkołę za swój brak wykształ­cenia. Taka młodzież nie potrafi także w pełni pojąć zasad samorządności ani społecznego współżycia. Wol­ność najlepiej sprawdza się w przypadku tych, u których brak zahamowań idzie w parze z inteligencją.
Przez wiele lat nie mogliśmy ustrzec się jednego błędu. Pisałem już wielokrotnie, że gdybym był bogaty, nie przyjmowałbym dzieci powyżej siódmego roku życia. Nigdy nie byłem bogaty i w konsekwencji miałem zbyt wielu uczniów, którzy byli za duzi, by pojąć i w pełni wykorzystać ofiarowywaną im wolność. Każde dziec­ko, jeśli mu zostawić całkowitą swobodę, staje się pod
pewnym względem trudne wychowawczo. Przeciętny trzynastolatek czy starsze dziecko z całą pewnością w takich warunkach zacznie się zachowywać antyspołe­cznie, niszczyć meble i próżnować, nie przejawiając nawet ochoty do stawiania babek z piasku; wielu z nich jest obarczonych kompleksem rodzic — nauczyciel i do pracowników odnosi się z nienawiścią. Często złość skupia się na Enie, która pełni u nas rolę matki podającej jedzenie i jest tą, która zauważa i protestuje przeciwko rozrzucaniu po jadalni pożywienia. Na mnie skupia się nienawiść starszych chłopców, czujących lęk przed oj­cami, którzy ich nierzadko biją. Intryguje mnie, dlaczego tacy ludzie przysyłają swych synów do Summerhill.
Wiele lat zajmuje późno przybyłym dzieciom zro­zumienie, o co w tym wszystkim chodzi. Właśnie ode­słałem trzech dużych chłopców z powrotem do Stanów. Powiedziałem rodzicom, że szkoła nic im nie daje, że są bardziej aspołeczni niż antyspołeczni, jedzą i śpią w szko­le, ale całe dnie, a często i wieczory, spędzają poza nią razem ze swoimi kumplami. Nawiasem mówiąc, jeżeli uczeń szuka dla siebie towarzystwa w mieście, zwykle jest to objawem jego poczucia niższości. „W szkole jestem nikim, ale w mieście jestem kimś", i udowadnia to, wydając kilka dolarów.
Po ukazaniu się w USA Summerhill napłynęła do nas stamtąd duża fala uczniów — większość z nich jest w porządku; sęk w tym, że nie można przed przyjazdem przeprowadzić z amerykańskim kandydatem rozmowy kwalifikacyjnej. Większość z naszych starszych rodzimych i zagranicznych wychowanków opuszcza szkołę w lipcu. Oboje z Eną jesteśmy przeciwni przyjmowaniu nastolet­nich uczniów; chcielibyśmy, aby szkoła była miejscem, w którym dzieci dorastają w wolności. W tej chwili nasza grupa dziewięciolatków i jedenastolatków jest gromadką bystrych i rozumnych dziewcząt i chłopców. Za kilka lat będą stanowić solidną bazę dla samorządu. Już teraz zachowują się w dużym stopniu społecznie.
106
107Jednym z błędów, albo raczej porażek, szkoły było to, że nie udało nam się ustrzec jej przed lękiem. Powiodło nam się w doborze pracowników, którzy nie wzbudzali strachu, może poza jednym czy dwoma wyjątkami w przeszłości. Ponieśliśmy porażkę z uczniami. Jeden sadysta potrafi unieszczęśliwić i napełnić lękiem kil- kanaścioro mniejszych dzieci. Trudno jest w takich przypadkach podjąć decyzję. Zdaję sobie jednak sprawę, że w większości pełne nienawiści zachowania są wyni­kiem tego, iż jako maleńkie dziecko uczeń nie zaznał miłości. Nie widzę możliwości naprawienia tego w szko­le, skoro w czasie ferii matka lub macocha czy ojciec potęgują to poczucie odtrącenia.
Nie wiem, co inne szkoły z internatami czynią z nie kochanymi uczniami. Słyszałem, że niektóre ich po prostu wydalają, być może nawet z rekomendacją „spró­bować w Summerhill". Ja też już teraz chętnie bym się pozbył, ale nie nie kochanego dziecka, które jedynie kradnie, lecz ucznia pełnego nienawiści i agresji. Od dawna mówiłem, że nie powinno się poświęcać kilkanaś- ciorga małych dzieci dla jednego zbira... i niczym tchórz, nie wcielałem w życie swych słów. Ale teraz czuję się już do tego zdolny, a jeżeli się waham, to tylko dlatego, że nie wiem, dokąd można by owych „niepasujących" odsyłać.

Prywatne lekcje

W e wczesnym okresie istnienia szkoły moim głównym zajęciem nie było nauczanie, lecz udzielanie prywatnych lekcji. Większość dzieci wymagała psychologicznej po­mocy, ale zawsze było parę takich, które właśnie przyszły z innych szkół i prywatne lekcje miały na celu przy­spieszenie ich adaptacji do swobody.
Prywatne lekcje (PL) były nieformalnymi rozmowami przy kominku. Siadywałem z fajką w ustach, a uczeń również, jeśli miał ochotę, mógł palić. Papieros często bywał sposobem na przełamanie pierwszych lodów.
Pewnego razu poprosiłem czternastoletniego chłopca, aby zaszedł do mnie na pogawędkę. Przybył właśnie do Summerhill z typowej szkoły państwowej. Zauważyłem, że miał palce żółte od nikotyny, więc wyciągnąłem swoją paczkę papierosów i poczęstowałem go.
— Dzięki — odparł spłoszony — ale ja nie palę, proszę pana.
— Poczęstuj się, ty cholerny kłamczuchu — powiedzia­łem z uśmiechem i chłopiec wziął oferowanego papierosa.
Upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu. Oto mia­łem przed sobą ucznia, dla którego dyrektorzy szkół są surowymi moralistami, których cały czas trzeba oszuki­wać. Częstując go papierosami, dałem mu do zrozumie­nia, że aprobuję jego palenie. Nazywając go cholernym kłamcą, zniżyłem się do jego poziomu. Jednocześnie atakowałem jego kompleks autorytetu, demonstrując mu, że dyrektor potrafi kląć łatwo i z przyjemnością. Żałuję, że nie mogłem sfotografować jego miny w trakcie tej pierwszej rozmowy.
Z poprzedniej szkoły został wydalony za kradzież.
— Słyszałem, że niezły z ciebie oszust — powie­działem. — Jaki masz najlepszy sposób na kantowanie kolei?
— Nigdy nie próbowałem ich oszukiwać, proszę pana.
— Och, nie może być — powiedziałem. — Musisz spróbować. Ja znam wiele sposobów — rzekłem i opo­wiedziałem mu o kilku.
Chłopiec otworzył szeroko usta. Z całą pewnością trafił do domu wariatów. Dyrektor szkoły doradza mu, jak być lepszym kanciarzem. Wiele lat później powiedział mi, że ta rozmowa była największym szokiem, jakiego doznał w życiu.
Jakie dzieci potrzebują PL? Najlepszą odpowiedzią będzie kilka przykładów.
Lucy, nauczycielka grupy przedszkolnej, przyszła do mnie i powiedziała, że Peggy wydaje się bardzo nieszczęś­liwa i antyspołeczna. Powiedziałem: „No dobrze, po­wiedz, aby przyszła do mnie na PL". Pe
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Nowa Summerhill - A.S. Neill
« Reply #2 on: (Sat) 15.03.2014, 23:33:15 »
Zdrowie

Przez ponad czterdzieści lat zdrowie uczniów Summer- hill nie przysparzało nam zbyt wielu kłopotów. Myślę, że było tak dlatego, ponieważ opowiadamy się po stronie życia — ponieważ aprobujemy ciało. Przedkładamy szczęście nad dietę. Goście odwiedzający Summerhill zwykle zwracają uwagę na zdrowy wygląd dzieci. Sądzę, że to szczęście czyni nasze dziewczęta atrakcyjnymi, a chłopców przystojnymi.Jedzenie surowej zieleniny może odgrywać ważną rolę w leczeniu choroby nerek. Ale cała zielenina świata nie uleczy choroby duszy, jeżeli jest ona wynikiem represji. Człowiek odżywiający się według zbilansowanej diety może wypaczyć charakter swych dzieci przez nadmierne moralizatorstwo, podczas gdy ktoś wolny od nerwic nie wyrządzi krzywdy swym pociechom. Ze swego doświad­czenia wiem, że młodzi ludzie o wypaczonym charakterze są mniej zdrowi fizycznie niż ci, którzy rozwijają się w całkowitej wolności.
W Summerhill zawsze, nawet najmniejszym dzieciom, pozostawiamy całkowitą swobodę wyboru potraw z dziennego menu. Na obiad są zwykle dwa dania główne. Jednym z efektów takiej polityki jest to, że w Summerhill marnuje się mniej pożywienia niż w innych szkołach. Jednakże w swym postępowaniu nie kierowali­śmy się względami ekonomicznymi, ponieważ to dziecko pragniemy ocalić, a nie jedzenie.
Jako laik w sprawach dietetyki uważam, że nie ma znaczenia, czy dziecko je mięso czy też nie. Dopóki jego dieta jest należycie zbilansowana, wedle wszelkiego pra­wdopodobieństwa będzie zdrowe. Uznaliśmy za ważne, aby zawsze był chleb z gruboziarnistej mąki. Nigdy nie słyszałem o przypadku biegunki w Summerhill, a ob­strukcje należą do rzadkości. W naszym jadłospisie zawsze jest dużo surowych warzyw, ale czasami nowi uczniowie nie chcą ich jeść. Zwykle, w miarę upływu czasu, akceptują je i zaczynają lubić. W każdym razie, dzieci w Summerhill są w większości nieświadome naszej kuchni, i tak powinno być. Jeżeli odżywiają się prawid­łowo, to słodycze kupowane za kieszonkowe nie czynią im szkody.
Ponieważ jedzenie dostarcza w dzieciństwie tak wiele przyjemności, jest ono zbyt podstawowe, zbyt waż­ne, aby zakłócać je wpajaniem zasad właściwego za­chowania się przy stole. Smutną prawdą jest to, że w Summerhill najgorzej zachowują się przy stole te dzieci, którym wpajano od dawna dobre maniery. Im bardziej wymagające i surowe zasady obowiązywały w domu, tym dziecko gorzej zachowywało się przy stole, gdy pozostawiono mu całkowitą swobodę bycia sobą. Nic na to nie można poradzić; należy pozwolić, by odreagowało tłumione skłonności, aż w sposób natural­ny samo nie nabierze dobrych manier później, w okresie dojrzewania.
Zdumiewające jest to, że dzieci czasami same na­wzajem strofują się przy stole. Jeden z uczniów jadł bardzo głośno, dopóki inni go nie wyśmiali. Jednakże gdy jeden z maluchów jadał mielone kotlety za pomocą noża, inni byli skłonni uważać to za dobry pomysł. Pytali się nawzajem, czemu właściwie nie powinni tego robić. Odpowiedź, że można sobie skaleczyć wargi, odrzucono z miejsca, jako że większość noży była zbyt tępa, by cokolwiek nimi uciąć.
Dzieci powinny mieć swobodę podawania w wąt­pliwość zasad dobrego wychowania, ponieważ jedzenie groszku nożem jest sprawą osobistą. Jednakże nie po­winno się im pozostawiać możliwości kwestionowania tego, co nazywamy zasadami współżycia społecznego. Jeżeli dziecko wchodzi do salonu w zabłoconych butach, to krzyczymy na nie, ponieważ salon należy do dorosłych i dorośli mają prawo ustalić, kto może, a kto nie może do niego wchodzić.
Gdy chłopiec zachował się niegrzecznie wobec naszego $ rzeźnika, powiedziałem na ogólnym spotkaniu szkoły, że rzeźnik skarżył się na niego. Ale myślę, że lepiej byłoby, gdyby rzeźnik dał po prostu chłopcu po uszach. To, co ludzie zwykli nazywać manierami, nie jest warte nauki. W najlepszym wypadku są to pozostałości starych zwy­czajów. Prawdziwe dobre wychowanie wynika samo z siebie. Byli uczniowie Summerhill mają doskonałe maniery — nawet jeżeli któryś z nich jako dwunastolatek lizał swój talerz.
Większość ludzi, rodziców, byłaby zaskoczona bra­kiem dobrych manier u zwykłych dzieci o urobionych charakterach, które przybyły do Summerhill. Chłop­cy i dziewczyny wkrótce kompletnie się ich pozby­wają, zdając sobie sprawę, że ich nieszczere zachowanie nie pasuje do Summerhill. Normą jest stopniowe od­rzucanie nieszczerości w sposobie mówienia i zachowy­wania się.
Jedzenie jest najważniejszą rzeczą w życiu dziecka,
o wiele ważniejszą niż seks. Żołądek jest samolubny, a egoizm jest nieodłączną częścią dzieciństwa. Dziesięcio­letni chłopiec jest o wiele bardziej zaborczy w stosunku do swego talerza baraniny niż stary przywódca szczepu wobec swoich kobiet. Gdy dziecku pozwala się na przeżycie swego egoizmu, tak jak to czynimy w Summer­hill, to ten egoizm stopniowo przechodzi w altruizm
i naturalne zainteresowanie innymi ludźmi.
Staramy się zapewniać dzieciom właściwą dietę i jak tylko możemy, unikamy podawania mącznych pud- dingów. Wspominałem już, że zawsze mieliśmy chleb razowy, ale w obecnych czasach dzieci wolą biały. Zauważyliśmy, że nowemu uczniowi po pewnym czasie zaczyna smakować nasza surowa zielenina — jest to w znacznej mierze uwarunkowane tym, do jakiego poży­wienia był przyzwyczajony w domu.
Stwierdziłem, że trudno jest zmieniać upodobania w tym zakresie. Mój ojciec dożył osiemdziesięciu pięciu lat i całe życie odżywiał się bardzo niewłaściwie: jadł zbyt dużo ziemniaków, niewystarczająco dużo świeżych owo­ców i zbyt wiele pysznych, szkockich, słodkich bułeczek. Lekarz po raz pierwszy w życiu odwiedził go na łożu śmierci. Pomimo to uważam, że powinniśmy naszym dzieciom zapewnić możliwie najbogatsze w witaminy pożywienie.
Jadalnia w Summerhill to hałaśliwe miejsce. Dzieci, podobnie jak zwierzęta, zachowują się w czasie jedzenia głośno. Nauczyciele nie przepadają za tym hałasem, ale starszym dzieciom zdaje się on nie przeszkadzać. Gdy już któreś z nich poruszy problem zachowywania się młod­szych kolegów w jadalni, to ci z całym przekonaniem protestują, iż starsze hałasują tak samo.
W naszej szkole chorymi dziećmi zajmuje się Ena. Jeżeli gorączkują, to kładzie je do łóżka i przez dwadzieś­cia cztery godziny podaje im jedzenie w małych porcjach, sok pomarańczowy lub cytrynowy i wodę, a jeżeli tem­peratura nie spada, to wówczas wzywa lekarza. Mamy niski procent zachorowań. Ponad trzydzieści pięć lat temu zbudowaliśmy szpitalik, ale nigdy z niego nie skorzystaliśmy; dziś są tam sypialnie dla młodszych dzieci.
Naturalnie stosujemy się do życzeń rodziców odnośnie do sposobu leczenia dzieci. W swoim czasie mieliśmy uczniów, których rodzice wierzyli w homeopatię, medy­cynę naturalną, tabletki i zastrzyki, i staraliśmy się zajmować dziećmi tak, jak sobie tego życzyli. Amerykań­skie dzieci otrzymywały więcej zastrzyków niż nasze. Spora liczba uczniów jest szczepiona przeciwko tężcowi, ponieważ powszechnie wiadomo, że East Suffolk jest pod tym względem niebezpiecznym miejscem.
Laik znajduje się w niekorzystnej sytuacji, jeśli chodzi o sprawy zdrowia i choroby. Nie ma odpowiedniej wiedzy, by formułować naukowe opinie. Na ile zły wpływ na organizm ma nikotyna, alkohol, cukier, słody­cze? Z drugiej strony, można by zapytać, jakie niebez­pieczeństwa wiążą się z używaniem lekarstw. Dwa poko­lenia przyjmowały phenacetin, a obecnie w uczonych sprawozdaniach mówi się, że to trucizna. Jaki wpływ na zdrowie ma ciągłe zażywanie aspiryny? Nie wiadomo. Myślę, że powinniśmy być ostrożni w podawaniu le­karstw dzieciom. Zauważyłem, że kilku z moich przyja­ciół lekarzy wahało się z podjęciem takiej decyzji w przy­padku swoich krewnych.
Weźmy na przykład mleko. Przez wiele lat nasi ucznio­wie pili mleko prosto od krowy — w Niemczech, Austrii, Dorset, Wales i Suffolk — ale obecnie dostępne jest tylko pasteryzowane. Tego też jako laik nie potrafię osądzić; wiem jedynie, że pasteryzowane mleko nie smakuje zbyt dobrze i nie może się zsiąść; robi się niedobre. Być może TB, które jest właściwe dla świeżego mleka, było faktycz­nie powodem niedożywienia wśród biednych dzieci. Cały czas rządzą nami fachowcy.
U wielu ludzi budzi zastrzeżenia fluoryzowanie wody pitnej. Ma ono na celu zapobieżenie próchnicy u dzie­ci. Obecnie w liście do „Daily Telegraph" czytamy: „Dr McLaughlin, kierownik wydziału zdrowia z Rhode Island, jest przekonany, że długoterminowe fluoryzo­wanie wody pitnej w sieci wodociągowej będzie powodo­wać kumulowanie się fluoru w organizmie i w efekcie spowoduje chroniczne zatrucie podobne do zatrucia rtęcią".
Te uwagi nie mają raczej związku z naszymi zasadami żywienia w Summerhill, ale starałem się jedynie pokazać bezsilność nauczycieli i rodziców wobec rozbieżnych opinii fachowców w kwestii jedzenia, wody i zdrowia. Po prostu nie jesteśmy w stanie zdobyć nie zanieczysz­czonego pożywienia czy wody, ponieważ nie potrafimy kontrolować użycia środków owadobójczych, sztucz­nych nawozów; nic nie możemy poradzić na radioaktyw­ny pył zawierający stront 90. Gdybym chciał założyć jakiś interes, to powinienem otworzyć sklep ze zdrową żywnością i sprzedawać z zyskiem wszystkie pełnowar­tościowe produkty, które zniknęły w dobie przemy­słowego procesu przetwarzania pożywienia — kiełki pszenicy, niełuskany ryż, melasę, warzywa wyhodowane na ziemi nawożonej kompostem.
Czterdzieści lat temu leżałem przez trzy miesiące chory na zapalenie miedniczek nerkowych i wówczas właśnie zainteresowałem się medycyną naturalną. Pasowała do mojej filozofii wychowania. Surowa zielenina i maślanka są odpowiednikami wolnego dziecka; lekarstwa są od­powiednikiem dyscypliny w szkołach — to oczywiście fałszywa analogia. Zwykłem co roku przebywać w klini­ce medycyny naturalnej i po każdym pobycie tam czułem się zdecydowanie wzmocniony i zdrowszy. Medycyna naturalna opiera się na założeniu, że choroby pochodzą z nas samych, że są reakcją ciała na znajdujące się w nim trucizny, pochodzące głównie ze złego odżywiania. Cho­roby skóry czy przeziębienia to rodzaj samooczyszczają- cego się procesu naszego organizmu. Brzmi to przeko­nująco.
Mój ojciec i dziadek mawiali, że swe długie życie zawdzięczają wielu przeziębieniom, a pewien francuski lekarz utrzymuje, że spośród jego pacjentów najdłużej żyli ci, którzy cierpieli na choroby skóry. Lekarze po­gardliwie określają medycynę naturalną mianem szar­latanerii. Choroby są przecież wynikiem infekcji po­chodzącej z zewnątrz. Swą uwagę koncentrują oni na bakteriach. A laik naprawdę nie wie, co o tym wszystkim myśleć. Praktykujący medycynę naturalną wykorzysty­wali pomarańcze i cytryny na długo przed odkryciem witaminy C.
Intuicyjnie byłem po stronie medycyny naturalnej. A jednak zaczęły mnie nachodzić wątpliwości. Jeżeli sposób odżywiania się był tak ważny, to dlaczego mój ojciec dożył osiemdziesięciu pięciu lat, całe życie nie­prawidłowo dobierając składniki posiłków? Medycyna naturalna przestrzegała przed ubieraniem flaneli na gołe ciało. Mój ojciec latem i zimą nie nosił nic innego. Oba podejścia do problemów zdrowia były wąskie i dog­matyczne. Medycyna naturalna nie chce mieć nic wspól­nego ze szczepieniami i jedynie nieliczni jej zwolennicy przyznają, że szczepienia przeciwko tężcowi ocaliły ty­siące istnień ludzkich podczas Wielkiej Wojny. Mój brat, lekarz, powiedział mi, że po wprowadzeniu penicyliny nie stracił żadnego pacjenta chorego na zapalenie płuc. Z drugiej strony, medyk śmieje się z pomysłu poszczenia, ignorując fakt, że zwierzę pości, jeśli jest chore. Wetery­narz powiedział mi, że większość śmiertelnych przypad­ków wśród koni i bydła w jego okręgu była spowodowa­na karmieniem zwierząt na siłę przez farmerów, „by były silne".
Gdy wchodziłem na pokład statku, wracając ze swej podróży do Południowej Afryki, gdzie wypiłem zbyt wiele kieliszków alkoholu i zażywałem zbyt mało ruchu, czułem się śmiertelnie chory. Mój mocz przypominał błoto. Przez sześć dni pościłem tylko o wodzie i przyby­łem do Southampton jako okaz zdrowia. Dziwnym efektem ubocznym była szczególna jasność umysłu. Czu­łem, że mógłbym powiedzieć Einsteinowi, gdzie się po­mylił.
Moje wątpliwości przybrały na sile, gdy ludzie, którzy cały czas odżywiali się w myśl zdrowych zasad, zaczęli umierać na raka, udowadniając tym samym, że sama dieta to jeszcze nie wszystko. Wierzyłem, ale nie bez­granicznie — taki sam stosunek mam do lekarzy, którzy przepisują maść na chorobę skóry, nie pytając nawet, co ją wywołało. Rzadko spotykałem takiego, który pytał mnie o to, co jadłem, czy uprawiam jakieś sporty, czy satysfakcjonuje mnie moje życie płciowe. Interesowało ich jedynie uleczenie konkretnej choroby, podczas gdy zwolennicy medycyny naturalnej starali się wzmocnić całe ciało. Rozwiązaniem mogłoby być połączenie tych dwóch metod.
Jeśli chodzi o kwestię osobistej higieny w Summerhill, to muszę przyznać, że dziewczynki są bardziej schludne niż chłopcy. Dzieci powyżej czternastego roku życia skupiają większość swej uwagi na swym wyglądzie. Jednakże dziewczynki wcale nie mają w swych pokojach większego porządku od chłopców — to znaczy dziew­czynki do około trzynastu lat. Ubierają lalki, robią kostiumy teatralne, a potem na całej podłodze jest bałagan, ale jest to w zasadzie artystyczny nieład.
Sporadycznie zdarzały nam się w Summerhill przy­padki uczennic, które nie chciały się myć. Jedna z nich, dziewięcioletnia, pochodziła z domu, w którym babcia cierpiała na kompleks czystości i myła Mildred po dziesięć razy dziennie. Jej opiekunka z internatu przyszła raz do mnie i powiedziała:
— Mildred nie myła się już od kilku tygodni. Nie chce się kąpać i zaczyna już brzydko pachnieć. Co mam zrobić?
— Przyślij ją do mnie — odpowiedziałem.
Mildred przyszła niebawem, twarz i ręce miała bardzo
brudne.
— Słuchaj — rzekłem — to na nic się nie zda.
— Ale ja nie chcę się myć — zaprotestowała.
— Cicho bądź — powiedziałem. — Kto tu mówi o myciu? Popatrz w lustro. — (Uczyniła to). — Co myślisz o swojej twarzy?
— Chyba nie jest zbytnio czysta, co? — zapytała z uśmiechem.
— Jest zbyt czysta — powiedziałem. — Nie chcę mieć w tej szkole dziewcząt z czystymi twarzami. A teraz wynoś się!
Poszła prosto do piwnicy i usmarowała sobie twarz węglem na czarno. Wróciła do mnie z wyrazem triumfu.
— A to wystarczy? — zapytała.
Przyjrzałem się jej twarzy z należytą powagą.
— Nie — powiedziałem. — Na tym policzku jest jeszcze plamka białego.
Mildred tego wieczoru wykąpała się. Ale ja nie mog­łem pojąć, dlaczego to uczyniła.
Pamiętam przypadek starszego chłopca, który przybył do nas z publicznej szkoły. Tydzień po przyjeździe zaprzyjaźnił się z człowiekiem ładującym na stacji węgiel na wagony i zaczął mu pomagać w pracy. Przychodził na posiłki z czarnymi rękoma i twarzą, ale nikt nie mówił mu ani słowa. Nikt się tym nie przejmował.
Kilka tygodni zajęło mu wyzbycie się wyobrażenia na temat czystości, które wyniósł z publicznej szkoły i do­mu. Kiedy przestał ładować węgiel, znowu zaczął dbać o czystość, ale była pewna różnica. Teraz czystość nie była już na nim wymuszana; pozbył się swego kompleksu brudu.
Zbyt często rodzice przywiązują dużą wagę do schlud­ności. To jeden z siedmiu grzechów głównych. Człowiek, który szczyci się swą czystością, jest zwykle drugorzęd­nym facetem, który dba w życiu o rzeczy drugorzędnej wartości. Schludna osoba często ma najbardziej niechluj­ny umysł. Mówię to wszystko z bezstronnością człowie­ka, którego biurko zawsze przypomina stos papierów pod tabliczką „Nie śmiecić" w parku miejskim.
Skoro już jesteśmy przy temacie czystości... Kilka lat temu mieliśmy małego chłopca, którego przysłano do nas, ponieważ ustawicznie robił w spodnie. Matka biła go za to, aż, w krańcowej desperacji, zmusiła go do jedzenia kupy. Chyba wyobrażacie sobie, z jakim problemem musieliśmy sobie poradzić. Okazało się, że ten chłopiec ma młodszego brata i wszystkie kłopoty zaczęły się właśnie po jego urodzeniu. Powód stał się oczywisty, a on sam wyjaśnił rozsądnie: „Zabrał mi miłość mamusi. Jeżeli będę taki jak on i będę robił w spodnie tak jak on w pieluszki, to mamusia znowu mnie pokocha".
W trakcie jego PL starałem się pokazać mu, jakie są prawdziwe motywy takiego zachowania, ale kuracje rzadko przynoszą szybki efekt. Przeć cały rok chłopiec robił w portki trzy razy na dzień. Nikt nie powiedział mu złego słowa. Pani Corkhill, nasza pielęgniarka, bez sprze­ciwów wykonywała swą czarną robotę. Zaprotestowała dopiero, gdy zacząłem go za to nagradzać. Nagroda znaczyła, że pochwalam jego zachowanie.
Przez cały ten okres chłopiec był wcieleniem nienawist­nego diabełka. Nic dziwnego! Miał problemy i targały nim sprzeczności. Po skończonej terapii przestał cał­kowicie brudzić majtki i był u nas jeszcze przez trzy lata. Ostatecznie stał się bardzo miłym chłopakiem. Matka zabrała go z Summerhill, ponieważ chciała, aby poszedł do szkoły, w której by się czegoś nauczył. Kiedy przyje­chał nas odwiedzić po roku pobytu z dala od nas, był już innym dzieckiem — nieszczerym, zalęknionym, nieszczę­śliwym. Powiedział, że nigdy nie zapomni swej matce tego, że zabrała go z Summerhill, i tak też się stało. Był jednym z niewielu dzieci robiących w majtki, jakie zdarzyło nam się mieć przez te wszystkie lata.
Pamiętam zdarzenie z czasów, gdy byłem małym chłopcem. Moja siostra Clunie i ja poszliśmy pewnego dnia za orkiestrą na Market Muir, to kawał drogi od domu, jak na nogi takich berbeciów. Gdy wracaliśmy, przydarzyło mi się; moja zdenerwowana matka popro­wadziła mnie do pralni w podwórzu, zdjęła mi za­brudzone majtki i solidnym klapsem w gołą pupę ode­słała mnie do domu. Miałem wówczas chyba sześć lat, a pomimo to nadal pamiętam swój strach, że mógł­bym kogoś napotkać, gdy biegłem bez majtek do do­mu. Matkę musiało trochę ubawić całe to wydarze­nie — przez wiele lat, gdy chciała powiedzieć, że ktoś szybko biega, porównywała go z moją prędkością tam­tego dnia.
Nasi mali chłopcy z Summerhill nie wykazują skłon­ności do obnażania się, a i starsze dzieci również rzadko się rozbierały. Latem chłopcy i mężczyźni zakładali jedynie szorty, bez koszulek. Dziewczynki też się lekko ubierały. Kąpano się wspólnie, jedynie nowi uczniowie zamykali drzwi łazienki. A chociaż niektóre dziewczynki opalały się nago na łące, to żadnemu chłopcu nie przy­szło do głowy je podglądać.
Wiele lat temu, gdy sprowadziliśmy się do Leiston, mieliśmy staw. Rano lubiłem się w nim zanurzyć. Towa­rzyszyli mi niektórzy pracownicy i starsi uczniowie. Póź­niej przybyła do nas grupka chłopców z publicznej szkoły. Wówczas dziewczynki zaczęły ubierać kostiumy kąpielo­we. Zapytałem jedną z nich, ładną Szwedkę, dlaczego.
— To przez tych nowych chłopaków — wyjaśniła. — Nasi chłopcy traktują nagość jak rzecz normalną. Ale ci nowi łypią oczyma i gapią się z otwartymi ustami, a to mi się nie podoba.
Pewnego razu widziałem naszego nauczyciela angiel­skiego, który w asyście grupki pomocników obu płci, w wieku od dziewięciu do piętnastu lat, kopał rów na boisku do hokeja. To był gorący dzień i nauczyciel rozebrał się. Ale innym razem, gdy jeden z pracowników grał nago w tenisa, na ogólnym spotkaniu powiedziano mu, aby nakładał szorty na wypadek, gdyby przechodzili obok goście czy sklepikarz. To ilustruje nasz naturalny stosunek do nagości.
Przez wiele lat nie zajmowaliśmy się problemem pale­nia; każde dziecko mogło palić, a pomimo to wedle mych oszacowań około 60% byłych uczniów nie pali. Jednakże wobec paniki, jaką wywołał rak płuc, uznałem za właś­ciwe wykorzystać swój autorytet i zakazać palenia wszys­tkim poniżej szesnastego roku życia, choć zdawałem sobie sprawę, że spowoduje to ukradkowe popalanie w łazienkach i sypialniach.
Ja sam paliłem fajkę i czasami papierosy. Nie raz starałem się z tym skończyć, ale zawsze bez skutku, choć uciekałem się do takich metod, jak trzymanie fajki w moim domku, a woreczka z tytoniem w gabinecie, znajdującym się w głównym budynku. Pozytywną stroną tego było to, że chodzenie tam i z powrotem było korzystne dla mego zdrowia.
Ja i moja żona musieliśmy pełnić rolę autorytetów w sprawach związanych ze zdrowiem; na przykład pil­nowaliśmy, by dziecko z gorączką nie biegało w chłodny dzień po dworze. Jednym z problemów związanych z paleniem jest ten, że niektórym dzieciom pozwala się palić w domu. W takiej sytuacji trudno jest ustanawiać w szkole jakieś prawa. Trzeba pamiętać o tym, że wraz z surowymi zakazami pojawia się aspekt zakazanego owocu. I daremne jest odwoływanie się do zdrowego rozsądku czy mówienie dzieciom, że w przyszłości może to zaowocować rakiem płuc, ponieważ dzieci nie potrafią wybiegać myślami w przyszłość; podobnie jak niektórzy dorośli, sądząc po dużej sprzedaży papierosów, choć palenie zostało uznane za szkodliwe. Jedynym pociesze­niem jest to, że papierosy są w Anglii drogie i ich cena znacznie przewyższa kieszonkowe wielu dzieci. Niektóre szkoły wprowadzają całkowity zakaz palenia, a pracow­nicy mogą palić tylko w swoich pokojach. Co najmniej trzy czwarte z mojego obecnego personelu pali, włącza­jąc w to mnie z moją fajką.
Problem ten jest szczególnie trudny do rozwiązania w obliczu szerokiej reklamy wyrobów tytoniowych w te­lewizji i prasie. Nie potrafię przewidzieć, jaki skutek mogłoby mieć zaprzestanie tej kampanii w środkach masowego przekazu, prawdopodobnie niewielki. A wo­bec milionów palących rodziców nigdy nie będzie łatwo przekonać dzieci, że jest ono szkodliwe. Jeśli miałbym być konsekwentny, to powinienem zabronić uczniom kupowania wszystkich tych niezdrowych artykułów w sklepiku ze słodyczami. O ile wiem, lizak może być równie kancerogenny jak papieros. Ale w takim razie jak daleko powinniśmy się posunąć? Biały chleb jest nie­zdrowy, napoje chłodzące mogą być szkodliwe. Od­powiedź na to pytanie jest naprawdę bardzo trudna.
Problemu pijaństwa w szkole nie mieliśmy. Picie al­koholu nie jest dla dzieci tak atrakcyjne jak palenie i jedynie nieliczne, jeżeli w ogóle któreś, kupiłyby go; kłopot jedynie w tym, że czasami goście, przejęci tym, że znaleźli się w wolnej szkole, przynoszą z sobą butelkę whisky czy ginu i dają dzieciom. Zakazałem już dwóm takim kusicielom ponownych wizyt w szkole. Zbyt wielu w swym życiu widziałem alkoholików, których nałóg zaczął się od popijania w dzieciństwie.
Lubię pić, ale już od lat nie byłem pijany. Moim ulubionym trunkiem jest whisky. Żytniówka, którą popi­jałem z Reichem, też mi smakowała, ale tu, w Anglii, jakoś nie mam na nią ochoty. Lubię też piwo i niektóre wina. Narkotyków nigdy nie próbowałem. Nic na ich temat nie wiem i jedynie zastanawiam się, dlaczego palenie marihua­ny jest przestępstwem, skoro palenie papierosów nie jest zabronione, zwłaszcza że jedynie nieliczni umierali z po­wodu palenia marihuany, podczas gdy tysiące umierają na raka płuc. Nigdy nie traktowałem picia jako formy ucieczki. Piłem dla czystej przyjemności picia.
Przypominam sobie tylko jeden niemiły wypadek, jaki przydarzył mi się w związku z alkoholem. W 1936 roku, w czasie mojej podróży z wykładami po Afryce Połu­dniowej, byłem gościem słynnego Diamond Club w Kim- berley. Przy barze kupiec postawił mi whisky. Przyłączyło się do nas sześciu innych kupców diamentów i każdy z nich zamawiał mi również podwójną whisky. Znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Często słyszałem o kolonialnej gościnności i o tym, jak wielką przykrość sprawia tutejszym ludziom odmowa przyjęcia poczęstunku. Wypiłem wszyst­ko, pognałem do łazienki i wsadziłem sobie palec w gardło. Wykład, który wygłosiłem wieczorem, musiał być bardzo wszawy. Gdybym był starszy, odmówiłbym i przeprosił, mając na względzie wieczorny odczyt.
Kolejną kwestią jest sprawa snu. Chciałbym wiedzieć, ile prawdy jest w twierdzeniu lekarzy, że dziecko po­trzebuje określonej ilości snu. W przypadku małych
dzieci, zgoda. Jeśli pozwolić siedmiolatkowi siedzieć do późna w nocy, to odbiłoby się to niekorzystnie na jego zdrowiu, ponieważ najczęściej nie mógłby odespać tego rano. Niektóre dzieci wzbraniają się przed pójściem do łóżka z obawy, że coś je ominie.
W wolnej szkole cisza nocna jest największym utrapie­niem — nie tyle z powodu młodszych dzieci co starszych. Młodzież lubi pracować po nocy i potrafię to zrozumieć, jako że sam też nie lubię się kłaść wcześnie.
Problem większości dorosłych polega na tym, że muszą iść na określoną godzinę do pracy. Jeżeli trzeba być na miejscu o ósmej, to trudno ulec pokusie siedzenia do rana.
Inne czynniki, takie jak poczucie szczęścia i dobre jedzenie, mogą kompensować niedostatek snu. Uczniowie Summerhill nadrabiają niedostatki wypoczynku w nie­dzielne ranki, w razie potrzeby nawet kosztem lunchu.
Jeśli natomiast chodzi o związek pomiędzy pracą a zdrowiem, to wiele wykonywanych przeze mnie czynno­ści ma podwójną motywację. Kopię ziemniaki, zdając sobie sprawę z tego, że mógłbym wykorzystać ten czas lepiej, pisząc artykuł do prasy i płacąc robotnikowi za skopanie ogrodu. Jednakże kopię go, ponieważ chcę zachować zdrowie — ten motyw jest dla mnie ważniejszy niż dochód z artykułu. Przyjaciel, który handluje samo­chodami, mawia, że jestem głupcem, kopiąc łopatą w do­bie mechanizacji, a ja mówię mu, że mechanizacja rujnuje zdrowie ludzi, ponieważ w dzisiejszych czasach nikt już nie chodzi i nie kopie. Obydwaj jesteśmy na tyle starzy, aby zdawać sobie sprawę z tych problemów.
Jednakże dziecko jest całkowicie nieświadome zagad­nień związanych ze zdrowiem. Żaden z chłopców nie kopie po to, aby je zachować. Przy wykonywaniu każdej pracy kieruje się tylko jednym motywem — swym chwi­lowym zainteresowaniem.
Dobre zdrowie, którym cieszymy się w Summerhill, zawdzięczamy wolności, dobremu odżywianiu i świeże­mu powietrzu — w tej właśnie kolejności.


Seks i koedukacja

Nie miałem jeszcze ucznia, który nie przyniósłby do Summerhill chorej postawy wobec seksu i fizjologicz­nych czynności człowieka. Dzieci nowoczesnych rodzi­ców, którym powiedziano prawdę o tym, skąd się biorą, mają tak samo zacofane poglądy na temat seksu jak dzieci fanatyków religijnych. Znalezienie nowej orien­tacji seksualnej jest najtrudniejszym zadaniem rodziny i szkoły.
Jestem skłonny wierzyć, że mój podświadomy stosu­nek do seksu jest kalwińskim nastawieniem szkockiej wsi, które wpojono mi w dzieciństwie. Być może dla dorosłych nie ma już ratunku, ale zawsze jest szansa, by uratować dzieci, jeżeli tylko zaniechamy narzucania im tych okropnych poglądów, które nam kiedyś wpojono.
Moim najwcześniejszym wspomnieniem związanym z seksem było wydarzenie, do którego doszło w pokoju dziecinnym, gdy ja miałem sześć lat, a moja siostra, Clunie, pięć. Rozebraliśmy się wówczas do naga i oglą­daliśmy nawzajem z dużym zainteresowaniem i sporym podnieceniem. Nagle drzwi otworzyły się i matka przyła­pała nas na gorącym uczynku. Spuściła nam porządne lanie, a potem kazała klęczeć i prosić Boga o wybaczenie. Później oberwaliśmy jeszcze raz od ojca, gdy wrócił do domu. Następnie zamknięto mnie w dużym, ciemnym salonie. W ten sposób dowiedziałem się, że ze wszystkich grzesznych uczynków najbardziej haniebne są czyny o zabarwieniu seksualnym.
To wydarzenie przez wiele lat wywierało duży wpływ na moje życie. Nie tylko zmuszało mnie, bym kojarzył sprawy seksu z grzechem, ale także przyprawiło mnie o fiksację na punkcie Clunie, która kojarzyła mi się z zakazanym owocem. Całe dziesiątki lat zajęło mi wyzbycie się tego wczesnego szoku; i prawdę powiedzia­wszy, czasami zastanawiam się, czy istotnie całkowicie się od niego uwolniłem.
Później jeszcze nieraz bawiliśmy się z Clunie podobnie, ale ona zawsze miewała potem wyrzuty sumienia i opo­wiadała o wszystkim matce, a ja za każdym razem obrywałem w skórę. Tylko raz udało mi się uniknąć lania, wówczas gdy brał w tym udział również i mój brat Willie, który w istocie nas do tego namówił. Na Willego, jako najstarszego, spadła cała wina. Ale ponie­waż był ulubieńcem rodziców, nigdy nie spotykała go za nic kara.
Oczywiście nikt nas w domu nie uświadamiał. Moja matka rodziła kolejne dzieci, a my uważaliśmy za rzecz oczywistą, że to lekarz je przynosi, bo przecież rodzice nie mogliby nas okłamywać. Od innych chłopców dowie­dzieliśmy się prawdy, a raczej wielu półprawd; zaś dzięki obserwacji królików i zwierząt hodowanych w gospodar­stwie wiedzieliśmy, że małe wychodzą ze swych matek. Nie przenosiliśmy jednak nigdy swej wiedzy na własną matkę. Miałem chyba osiem lat, gdy po raz pierwszy zobaczyłem ojca udającego się do wygódki. Patrzyłem na niego w zdumieniu; nie mieściło mi się w głowie, aby mógł robić brzydkie rzeczy; w końcu uznałem, że poszedł tam, aby wysprzątać. Kiedy zatem usłyszałem, że męż­czyzna uczestniczy w robieniu dzieci, to po prostu nie uwierzyłem. Moi rodzice byli czyści i świątobliwi; nie mogliby nigdy robić czegoś takiego.
Willie wyjechał do szkoły w Edynburgu, a gdy wracał do domu na święta, opowiadał nam różnego rodzaju sprośne historie. Uważaliśmy się za bardzo uświadomio­nych, ale nadal nie mieliśmy śmiałości przenieść naszej wiedzy na własnych rodziców. Zawsze byli tacy skromni; nagość była czymś strasznym. Z wyjątkiem Clunie, nigdy nie widziałem moich sióstr nago; jeżeli ktoś wchodził do mojego pokoju, gdy się ubierałem, to wstydliwie za­słaniałem się, czym tylko mogłem.
Później, jako dwudziestopięcioletni student w Edyn­burgu, lubiłem zażywać każdego ranka zimnej kąpieli. W czasie pobytu w domu na święta poprosiłem matkę, aby wylała na mnie wiadro zimnej wody, podczas gdy ja siedziałem w wannie, gdyż nie mieliśmy łazienki. Matka uczyniła to, ale Clunie powiedziała mi, że ojciec to ostro potępił.
Nie mogę sobie przypomnieć, abyśmy kiedykolwiek rozmawiali o masturbacji, ani też bym ją uprawiał. Jest kilka slangowych wyrażeń na określenie masturbacji, lecz my nie znaliśmy żadnego z nich. Wiem na tyle dużo z psychologii, by zdawać sobie sprawę, że moje luki w pamięci mogą być spowodowane rodzajem podświa­domych zahamowań, jednakże nie pamiętam, abyśmy się masturbowali.
Mieliśmy w zwyczaju, jak to nazywaliśmy, patrzeć na siebie. Zdarzało nam się położyć mniejszego chłopca na plecach i rozpiąć mu rozporek, ale był to zawsze rodzaj grupowego żartu. Po skończeniu siedmiu i pół lat spałem w jednym łóżku z Williem i Neiliem, którzy czuli się tym poważnie dotknięci. Doszło do tego po tym, jak matka ponownie odkryła, że zajmujemy się tym, co nie trzeba, i zdenerwowana wyrzuciła mnie z łóżka, które dzieliłem z Clunie. Moi bracia nigdy nie dali mi o tym zapomnieć.
Tak niewiele wiadomo na temat przyczyn seksualnego tabu, że można jedynie zgadywać jego pochodzenie. Dlaczego ono istnieje, nieszczególnie mnie interesuje. Fakt, że jest, w ogromnym stopniu obchodzi człowieka, któremu powierzono leczenie zahamowanych dzieci. My, dorośli, zostaliśmy zepsuci w dzieciństwie; nigdy nie będziemy wolni, gdy chodzi o sprawy seksu. Świadomie możemy czuć się wolni, ale obawiam się, że podświado­mie pozostaniemy w dużej mierze tacy. jakimi uczyniły nas uwarunkowania dzieciństwa.
Tabu i lęki, które kształtują zachowanie wobec seksu, są tymi samymi tabu i lękami, które płodzą zboczeńców, gwałcących i duszących w parkach dziewczynki, zbo­czeńców, którzy męczą Żydów i Murzynów.
W hitlerowskich Niemczech zadawaniem tortur za­jmowali się seksualni zboczeńcy typu Juliusa Streichera; jego książka Der Sturmer, wydana na długo przed utworzeniem obozów koncentracyjnych, była pełna nie- godziwości, seksualnych zboczeń. Wielu ojców, oburza­jących się na perwersje więziennego sadysty, nie oburza się z powodu własnego sadyzmu. Bicie dziecka w domu czy szkole jest w zasadzie tym samym, co znęcanie się nad Żydem w Belsen. Jeżeli w Belsen sadyzm miał podłoże seksualne, to bardzo możliwe, że w szkole czy w domu również.
Dla wielu ludzi stosunek jest kulturalnym gwałtem; dla wielu kobiet jest nudnym rytuałem, który trzeba jakoś przecierpieć. Tysiące zamężnych kobiet nigdy nie przeżyło orgazmu. W takim układzie dawanie jest minimalne; a wzajemne relacje po prostu muszą być mniej lub bardziej zbrutalizowane i plugawe. Zboczeńcy, którzy potrzebują biczowania lub bicia kobiety rózgą, są jedynie ekstremal­nymi przypadkami ludzi, którzy z powodu niewłaściwej edukacji seksualnej nie potrafią dawać miłości inaczej jak tylko w formie zamaskowanej nienawiści.
Zastanawiam się, na ile impotencja i oziębłość płciowa dorosłych są wynikiem pierwszej ingerencji w relacje heteroseksualne w okresie wczesnego dzieciństwa. Sądzę, że heteroseksualne zabawy są złotym środkiem do zdro­wego, zrównoważonego życia seksualnego w wieku doj­rzałym. Jeżeli dzieci nie są poddawane treningowi moral­nemu w kwestii seksu, to dochodzą do zdrowego, a nie rozwiązłego, okresu dojrzewania.
W większości szkół przestrzega się ściśle zasad separa­cji chłopców od dziewcząt, szczególnie w internacie. Nie pochwala się miłosnych przygód. My także ich nie pochwalamy — ale również ich nie potępiamy.
W Summerhill dziewczynkom i chłopcom pozostawia się całkowitą swobodę. Relacje pomiędzy płciami wydają się bardzo zdrowe. Jedni nie wyrastają pełni iluzji czy złudzeń na temat drugich. Nie chodzi o to, że Summerhill jest jak jedna duża rodzina, gdzie wszyscy grzeczni chłopcy i dziewczynki są dla siebie jak bracia i siostry. Gdyby tak było, natychmiast stałbym się zagorzałym przeciwnikiem koedukacji.
W warunkach prawdziwej koedukacji — nie takiej, w której chłopcy i dziewczęta razem siedzą, ale śpią w osobnych budynkach — naganna ciekawość została prawie całkowicie wyeliminowana. W Summerhill nie ma podglądaczy. Jest tutaj także znacznie mniej niepo­koju związanego z seksem niż w innych szkołach.
Zdarza się jednak, że dorosły odwiedzający nasz dom pyta: „Ale czy oni z sobą nie sypiają?" Gdy odpowiem, że tego nie robią, to on bądź ona wy­krzykują: „Ależ dlaczego? Ja to dopiero poszalałbym w ich wieku".
Tego typu osoby uważają, że jeżeli dziewczęta i chłop­cy wychowują się razem, to muszą koniecznie folgować sobie w życiu seksualnym. Aby nie było niedomówień, ci ludzie nie mówią, że takie właśnie myśli leżą u podstaw ich obiekcji. Natomiast racjonalizują swoje stanowisko, twierdząc, że dziewczynki i chłopcy posiadają różne możliwości i dlatego nie powinni uczyć się razem.
Szkoły muszą być koedukacyjne, ponieważ życie jest koedukacyjne. Ale wielu rodziców i nauczycieli lęka się ciąży. W rzeczy samej, wiem, że niejeden dyrektor koedukacyjnej szkoły spędzał bezsenne noce z tego powodu.
W Summerhill każdy ze starszych uczniów wie z roz­mów ze mną i z moich książek, że całkowicie aprobuję życie seksualne tych, którzy pragną je prowadzić. Często pytano mnie w czasie wykładów, czy zapewniam dzie­ciom dostęp do środków antykoncepcyjnych, a jeżeli nie, to dlaczego? To stare i stale powracające pytanie, które dotyka głębokich emocji każdego z nas. To, że nie zapewniam środków antykoncepcyjnych, przyprawia mnie o wyrzuty sumienia, ponieważ jakikolwiek kom­promis jest dla mnie trudny i niepokojący. Z drugiej strony, zapewnianie środków antykoncepcyjnych dzie­ciom przed osiągnięciem pełnoletności z całą pewnością doprowadziłoby do zamknięcia mojej szkoły. Praktyka nie może zbytnio wyprzedzać prawa.
Oczywiście w Summerhill, gdzie nie ma nauczycieli chodzących wieczorami po sypialniach z latarkami, mło­dzież sypia ze sobą. Nie wiem, jak przez te wszystkie lata udało nam się ustrzec przed ciążą. Wytłumaczeniem może być jedynie silne poczucie odpowiedzialności uczniów za los szkoły. Być może zdarzały się przypadki ciąży, o których nigdy nie słyszałem, ale nie mogę uwierzyć, aby jacyś rodzice chcieli zataić przede mną taką wiadomość.
W Summerhill problem seksu zawsze był dokuczliwy. Przez wiele lat byłem rzecznikiem życia seksualnego nastolatków — każdej pary, która była do tego gotowa — ale nie mogłem zachęcać do tego na terenie szkoły, ponieważ nawet Summerhill nie może istnieć poza na­wiasem społeczeństwa o wiktoriańskim poczuciu moral­ności. Jedyne, co mogłem zrobić, to powiedzieć szczerze dzieciom o swoim stanowisku, a one rozumiały, że nie jest to stanowisko moralizatora.
Dwoje piętnastolatków zakochało się w sobie. Przyszli do mnie i spytali, czy mogliby mieć wspólną sypialnię.
— Chętnie bym wam ją dał, ale nie mogę — od­powiedziałem.
— Dlaczego? To przecież wolna szkoła.
— Tak, ale nie żyjemy w wolnym społeczeństwie. Przypuśćmy, że dałbym wam osobny pokój i usłyszałby o tym minister edukacji. Zamknęliby wówczas Summer­hill — odpowiedziałem i zwróciłem się do dziewczynki: — Wiem, że twoja matka obawia się o twoje życie seksualne. Przypuśćmy, że zajdziesz w ciążę? Ależ narobiłoby to zamieszania. Nie stać was na środki antykoncepcyjne, a i ja nie ośmieliłbym się wam ich dać.
Dzieci zaakceptowały tę sytuację. Nie widzę innej metody postępowania, ponieważ nie wierzę, aby życie płciowe było grzechem, czymś złym czy nieczystym. Dobrą stroną takiego podejścia jest to, że mogę w nocy spokojnie spać.
W jednej z moich książek wspominałem o przypadku, gdy kilka nastolatek poprosiło, by zaopatrzyć je w kap­turki dopochwowe. Powiedziałem im, że nie mogę nicze­go uczynić bez wiedzy ich matek. Napisałem do nich. Jedynie dwie na sześć wyraziły zgodę, a wszystkie dziew­czynki były w szkole od siódmego lub ósmego roku życia. To było czterdzieści lat temu; ciekaw jestem, ile matek dziś podjęłoby taką decyzję. To, na co ja wyrazi­łem zgodę pięćdziesiąt lat temu, dziś jest akceptowane jako coś normalnego przez wielu rodziców.
Reich pisał o seksualnej niedoli nastolatków, ale ja myślę, że przesadzał, przynajmniej w odniesieniu do średnich warstw, z którymi ja miałem do czynienia. Udało nam się zniszczyć szarpiące nerwy przekonanie, które tkwiło w wielu dzieciach, że tylko one same są winne wstrętnego grzechu masturbacji. Pewien amerykański psy­cholog napisał wiele lat temu: „Dziewięćdziesięciu dzie­więciu masturbuje się... setny nie przyznał się do tego".
Nie obawiam się, że starsi uczniowie, którzy byli w Summerhill od wczesnego dzieciństwa, mogliby upra­wiać intensywne życie seksualne, ponieważ wiem, że nie mam do czynienia z osobami, które mają wiele zahamo­wań, a przez to nienaturalne zainteresowanie seksem.
Kilka lat temu mieliśmy dwójkę uczniów, którzy przybyli do szkoły w tym samym czasie: siedemnastolet­niego chłopca z prywatnej szkoły dla chłopców i szesnas­toletnią dziewczynkę z prywatnej szkoły dla dziewcząt. Zakochali się w sobie i zawsze byli razem. Spotkałem ich raz późnym wieczorem.
— Nie wiem, co wy dwoje robicie — rzekłem — i z moralnego punktu widzenia nie obchodzi mnie to.
ponieważ to w ogóle nie problem natury moralnej. Ale z punktu widzenia ekonomicznego jestem tym zaintereso­wany. Jeżeli ty, Kate, będziesz miała dziecko, to szkoła będzie zrujnowana. Widzicie — ciągnąłem dalej w tym samym duchu — wy dopiero co przybyliście do Summer- Hi 11. Dla was oznacza to wolność robienia tego, na co macie ochotę. Naturalnie nie darzycie szkoły żadnymi szczególnymi uczuciami. Gdybyście byli tu od siedmiu lat, to nie musiałbym nigdy poruszać z wami tego tematu. Czulibyście się tak silnie związani ze szkołą, że pomyś­lelibyście o konsekwencjach, jakie wasze zachowanie mo­że mieć dla Summerhill. — To był jedyny możliwy sposób podejścia do tego problemu. Na szczęście nigdy ponownie nie musiałem z nimi rozmawiać na ten temat.
Większość z moich uczniów miała dobry start w życiu. Nie musieli wysłuchiwać kazań ani nie byli karani za masturbację; wielu z nich oswoiło się w domu z nagością. Większość ma zdrowe i naturalne podejście do spraw seksu. Nie wiem, jakie stanowisko może zająć szkoła, gdy rodzice jej nie wybierają. Tysiące osób, których dzieci uczą się w państwowych szkołach, ignoruje sprawy seksu poruszane przez młodych lub odpowiada znie­cierpliwionym zmarszczeniem brwi.
Gdy zapytałem kilku nastolatków z pewnej znanej prywatnej szkoły koedukacyjnej, czy są u nich jakieś pary, odpowiedzieli, że nie. Gdy okazałem zdziwienie, wytłumaczyli: „Czasami zdarzały się przyjaźnie pomię­dzy dziewczynką a chłopcem, ale nie romans". Widzia­łem tam jednak paru przystojnych chłopców i ładne dziewczęta. Byłem więc pewien, że to szkoła wpaja swym uczniom przeciwny życiu ideał oraz że wysoce moralna atmosfera hamuje seks.
Zapytałem raz dyrektora pewnej postępowej placówki:
— Czy w pańskiej szkole są jakieś pary?
— Nie — odparł poważnie. — No, ale my nigdy nie przyjmowaliśmy trudnych dzieci.
Uwarunkowani uczniowie obu płci są często niezdolni do kochania. Ta wiadomość może być pocieszająca dla tych, którzy obawiają się seksu; lecz dla ogółu młodych niemoż­ność odczuwania miłości jest wielką ludzką tragedią.
Przeciwnicy koedukacji mogą utrzymywać, że ten system powoduje feminizację chłopców i maskulinizację dziewcząt. Za taką postawą kryje się moralna obawa, lęk podszyty zazdrością. Seks połączony z miłością jest największą przyjemnością na świecie i represjonuje się go właśnie dlatego, że jest taki. Wszystko inne to jedynie wykręty.
Poruszam tu problem seksu bez miłości. Młodzi ludzie mogą zaznawać wiele rozkoszy podczas współżycia, nawet jeżeli nie kochają się, ale gdy poprzestaną jedynie na szukaniu przypadkowych przygód, ich stosunkom zabraknie czegoś wartościowego, miłości czy czułości, nazwijcie to, jak chcecie. Stosunki pozamałżeńskie nie są pasmem ciągłej rozkoszy. Najszczęśliwsze romanse, jakie znam, to te, które były trwałe. Casanova czy Don Juan nie potrafią dać kobiecie pełnego szczęścia.
Dziewczyna i chłopiec powinni mieć całkowitą wol­ność w prowadzeniu życia płciowego, jeżeli tego chcą. Jednakże bez rodzicielskiej aprobaty może ono być przyczyną wyrzutów sumienia, a bez środków antykon­cepcyjnych może być nawet niebezpieczne. Jednak żaden rodzic nie powinien popierać czystego seksu i zachęcać do niego swej córki, gdy ta tego nie chce.
Wynalezienie antykoncepcji musi w przyszłości do­prowadzić do wytworzenia się nowej obyczajowości, ponieważ strach przed konwencjami jest najsilniejszym elementem moralności seksualnej. Aby być wolną, mi­łość musi się czuć bezpieczna.
Osobiście nie widzę powodu nauczania wychowania seksualnego. W szkole musiałoby być bardzo ograniczo­ne; rodzice nigdy nie przystaliby na lekcje, na których mówiono by o emocjonalnych aspektach życia seksual­nego, o rozkoszach stosunków płciowych. Lekcje musia­łyby się ograniczać do czysto fizycznych aspektów po­życia, ponieważ rodzice nie tolerowaliby innego pode­jścia do tych zagadnień.
Większość dzieci zdobywa swą wiedzę na temat seksu od innych dzieci i bardzo często jest ona z gruntu fałszywa, zabarwiona pornografią, a niekiedy i sadyz­mem. Z punktu widzenia bezpieczeństwa dziewczynka powinna się dowiedzieć, że uprawianie miłości bez środ­ków antykoncepcyjnych może zakończyć się zajściem w ciążę, a zarówno chłopcom, jak i dziewczynkom powinno się wciąż powtarzać, że choroby weneryczne są rzeczywistym niebezpieczeństwem.
Nie znam argumentu przeciwko współżyciu wśród młodych, który oparłby się krytyce. Niemal każdy z nich bazuje na zahamowaniach uczuciowych lub nie­nawiści do życia — religijny, moralny, praktyczny, arbi­tralny, pornograficzny. Żaden nie odpowiada na pyta­nie, dlaczego natura obdarzyła człowieka silnym po­pędem płciowym, skoro młodym zakazuje się mu ulegać, dopóki nie zostanie on usankcjonowany przez starszyznę społeczną.
Dzisiejsza młodzież ma niewiele okazji do miłości w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Rodzice nie po­zwolą synom i córkom żyć w grzechu, jak to nazywają, więc kochankowie muszą szukać sobie miejsca w wilgot­nych lasach, parkach czy samochodach. Wszystko sprzy­sięgło się przeciw młodemu pokoleniu. Okoliczności sprawiają, że to, co powinno być piękne i radosne, zmienia się w coś ponurego i grzesznego, w sprośne kawały, pożądliwe spojrzenia i wstydliwy śmiech.
Wiem, że życie seksualne nastolatków nie jest obecnie możliwe. Ale uważam, że to jest właściwa droga ku zdrowej przyszłości. Mogę to napisać, ale gdybym w Summerhill pozwalał moim nastoletnim uczniom spać ze sobą, to władze zamknęłyby moją szkołę. Zastana­wiam się, kiedy nadejdzie owo jutro, gdy społeczeństwo uświadomi sobie, jak niebezpieczne jest tłumienie za­chowań seksualnych.

Teatr i muzyka

Swoją pierwszą sztukę, A Night of Pleasure, obejrzałem w Theatre Royal, w Edynburgu, gdy miałem dwanaście lat. Dla mnie z pewnością był to wieczór rozkoszy, ponieważ nigdy w swym życiu nie widziałem jeszcze czegoś tak promiennie uroczego. Nie miałem pojęcia, że jakaś kobieta może być tak piękna jak główna bohater­ka. Z treści sztuki pamiętam już tylko to, że urocza studentka miała jakiś kłopot, ale wszystko dobrze się skończyło.
Wiele lat później, jako młody nauczyciel, miałem przy­jemność regularnego uczęszczania na spektakle. W Dun­dee był teatr i każdego tygodnia przyjeżdżały trupy objazdowe. Odwiedzał też nas popularny teatr muzyczny z Londynu i mogliśmy oglądać Martina Harveya, znane­go aktora tamtych czasów, w takich sztukach jak The Only Way, The Breed of the Treshams, a nawet w Ham­lecie. Łatwiej będzie zrozumieć, jakim wzorcom kulturo­wym ówcześnie hołdowałem, gdy powiem, że The Only Way uznawałem za o wiele lepszą sztukę niż Hamlet.
Czasami, w Dundee, na swoje ulubione przedstawienia zabierałem siostrę, Clunie. Równie mało znała się na teatrze jak ja, ale dzięki temu, że byłem trochę bardziej w tych sprawach obyty, śmiałem się z wyższością, gdy kurtyna opadała po pierwszym akcie The Only Way, a moja siostra, mając w pamięci przedstawienia w wiejs­kiej szkole, komentowała: „Martin Harvey będzie poma­gał przy przesuwaniu mebli, prawda?"
Poważnie zainteresowałem się sztuką teatralną, gdy po raz pierwszy przeczytałem Ibsena. To jedyny dramatopi- sarz, dla którego gotów byłem pojechać do odległego o sto mil Londynu, by zobaczyć jedną z jego sztuk. Sam Ibsen nigdy mnie nie zajmował. Na podstawie tego wszystkiego, co o nim czytałem, odniosłem wrażenie, że nie polubiłbym go. To był nieprzystępny, żyjący w od­osobnieniu człowiek, krytycznie nastawiony do społe­czeństwa, ale zarazem z zadowoleniem przyjmujący tytu­ły i zaszczyty, jakimi go owo społeczeństwo obsypywało. Jednakże był z niego wielki dramaturg: jego mistrzostwo niemal nie podlega krytyce.
Za czasów studenckich myślałem niekiedy, aby zostać aktorem. Wiedziałem jednak, że miałem niewielkie szan­se na sukces; chociażby z tego powodu, że nie mogłem wyzbyć się mego szkockiego akcentu, a w świecie teatru Szkoci nie mają dużego wzięcia. Wiem, że miałem pewien talent, ale nie wystarczający do tego, by zostać gwiazdą; jestem również pewny, że nie zniósłbym, aby reżyser mówił mi, jak mam grać. Moja twarz nie była z gatunku wzbudzających śmiech fizjonomii, więc nie wchodziło w grę zostanie komikiem.
W każdym razie, porzuciłem wszelkie nadzieje do­stania się na scenę i nigdy tego nie żałowałem. Przema­wiając do tysięcy studentów, rodziców i nauczycieli, jestem jednak w pewnym sensie aktorem. Początkowo miałem tremę i dręczyła mnie obsesja, że zatnę się i nie potrafię dalej ciągnąć wykładu; prowadziłem więc nota­tki, ale przez wiele lat nigdy z nich nie skorzystałem.
Cała sztuka wykładu polega na tym, by panować nad audytorium. Jednym z moich sposobów na to było przyciągnięcie uwagi słuchaczy opowiadaniem zabaw­nych historyjek. Pewnego razu, w Szkocji, stanąłem przed ponurym tłumem o zawziętych twarzach.
— Co wam jest? — zapytałem. — Przypominacie wyglą­dem trupy, a zatem przyjmuję, że jesteście nauczycielami.
Rozległ się śmiech, a ja wiedziałem, że zdobyłem sobie ich sympatię. Przy innej okazji zacząłem:
— Czuję się winny. Gdy dowiedziałem się, że będę mówił do szacownego grona nauczycielskiego, dopuś­ciłem się tchórzliwego czynu — nałożyłem krawat.
Zdjąłem krawat i ponownie lody były przełamane. Tak więc ostatecznie zostałem jednak aktorem.
Zimą niedzielne wieczory w Summerhill są wieczorami teatralnymi. Przedstawienia zawsze grane są przy sporej widowni. Zdarzało się, że przez sześć kolejnych wieczo­rów niedzielnych mieliśmy pełny repertuar dramatyczny. Ale czasami, po fali sztuk dramatycznych, przez kilka tygodni nie było żadnych przedstawień.
Podczas uroczystości na zakończenie semestru zawsze mamy trzyczęściowy program. Sam piszę wystawiane sztuki i pewnego dnia, być może, opublikuję je, jeżeli opinia publiczna potrafi znieść ich „wulgarność". Moja publiczność nie jest zbyt krytyczna. Zachowuje się do­brze — o wiele lepiej, niż czynią to niektórzy widzowie w Londynie. Rzadko zdarzają się gwizdy czy tupanie nogami.
Teatr w Summerhill mieści się w przerobionej hali do gry w squasha, która może pomieścić około stu osób. Ma ruchomą scenę; to znaczy jest ona zrobiona ze skrzyń, które można dowolnie układać w stopnie i platformy. Posiada odpowiednie oświetlenie pozwalające na przy­ciemnianie świateł, są także reflektory punktowe. Nie ma żadnych dekoracji — tylko szara kurtyna. Kiedy jest wskazówka: „przez przerwę w żywopłocie wchodzą wieś­niacy" — aktorzy rozchylają kurtynę.
Do tradycji szkoły należy, że gramy jedynie sztuki napisane w Summerhill. Artyści wykonują swoje kos­tiumy i zwykle są one wyjątkowo dobrze zrobione. Nasi szkolni dramatopisarze skłaniają się raczej ku komedii i farsie niż tragedii; ale gdy już mamy tragedię, to jest dobrze napisana — czasami pięknie.
Pewnego razu jeden z gości zaproponował sztukę Shawa.
Nie, jeżeli będę chciał zobaczyć Shawa, to pójdę na przedstawienie wystawione przez zawodowców — po­wiedział rodzic chłopca z naszej szkoły. — W Summerhill chcę obejrzeć przedstawienia stworzone i wystawione przez uczniów.
Dziewczęta częściej piszą sztuki niż chłopcy. Mali chłopcy też wystawiają swe własne przedstawienia; ale role nie są zwykle napisane. Nie ma zresztą takiej potrzeby, jako że najważniejszym zdaniem każdej postaci jest zwyk­le: „Ręce do góry!" W tych artystycznych przedsięw­zięciach kurtyna zwykle opada na stos trupów, ponieważ mali chłopcy z natury są sumienni i bezkompromisowi.
Daphne, trzynastoletnia dziewczynka, zwykła pisać sztuki o Sherlocku Holmesie. Pamiętam jedną o posterun­kowym, który uciekł z żoną sierżanta. Z pomocą detek­tywa i oczywiście „mojego drogiego Watsona" sierżant wytropił małżonkę w mieszkaniu posterunkowego. Ujrzeli tam szczególny widok. Posterunkowy leżał na tapczanie, trzymając w objęciach wiarołomną kobietę, podczas gdy grono pań z półświatka wiło się w tańcu na środku po­koju. Posterunkowy był w stroju wieczorowym. Daphne zawsze wplatała w swe dramaty sceny z życia wyższych sfer.
Dziewczynki w wieku około czternastu lat czasami piszą sztuki wierszem i na ogół są one całkiem dobre. Oczywiście nie wszyscy pracownicy i nie wszyscy ucznio­wie interesują się tym. Panuje u nas silna awersja do plagiatów. Zdarzyło się kiedyś, że jakaś sztuka wypadła z programu i musiałem szybko napisać coś w to miejsce. Wykorzystałem jedno z opowiadań W. W. Jacobsa. Rozległy się wówczas krzyki: „Plagiator! Oszust!"
Dzieci z Summerhill nie lubią udramatyzowanych opowieści. Nie lubią także stereotypowo intelektualnego materiału, tak popularnego w innych szkołach. Ja sam uważam, że Szekspir jest dla dzieci za trudny, a przynaj­mniej jest taki dla dzieci, które nie wkroczyły jeszcze w okres dojrzewania. Wiele lat temu wystawiliśmy Sen nocy letniej i nasza najbardziej utalentowana dwunasto­letnia aktorka zupełnie położyła partię Pucka. „Nie rozumiałam języka" — powiedziała.
Nasza trupa nigdy nie grała Szekspira; ale czasami pisałem szekspirowską burleskę, w której na przykład Juliusza Cezara umieszczałem w świecie amerykańskich gangsterów, a język dialogu był mieszaniną języka mist­rza i magazynu „Black Mask". Mary porywała widow­nię, gdy jako Kleopatra zasztyletowała wszystkich na scenie, a potem, patrząc na ostrze swego noża, odczytała głośno: „stal nierdzewna" i wbiła sobie nóż w piersi.
Napisałem również Hamleta, który był przeróbką szekspirowskiej sztuki. Wplotłem w nią motywy z Ed­gara Wallace'a, a Freud był w niej doradcą psychologicz­nym. Zdarzyło się później, że na jednym z mych „eg­zaminów" mały chłopiec na pytanie: „Kim był Hamlet?" odpowiedział: „Facetem ze sztuki Neilla".
Nasi uczniowie mają duże zdolności aktorskie. Wy­chowankowie Summerhill nie wiedzą, co to takiego trema. Patrzy się na nich z rozkoszą; swe role odgrywają z całkowitą szczerością. Dziewczynki chętniej niż chłop­cy. W rzeczy samej, chłopcy poniżej dziesięciu lat w ogóle rzadko grają, z wyjątkiem swych własnych gangsterskich sztuk; a niektóre dzieci nigdy nie zdobywają się na to, po prostu nie mają ochoty.
Z naszego bogatego doświadczenia wiemy, że najgor­szym aktorem jest ten, kto gra w życiu. Takie dziecko nigdy nie może uciec od samego siebie i na scenie zachowuje się nieśmiało. Być może nieśmiałość jest złym określeniem, ponieważ oznacza bycie świadomym tego, że inni są zażenowani z twego powodu.
Występowanie na scenie jest niezbędnym elementem procesu kształcenia. W dużej mierze jest ono ekshibicjoniz­mem; lecz w Summerhill nie budzi zachwytu ten, którego sztuka staje się jedynie ekshibicjonizmem. Kiedyś myś­lałem, że aktorem trzeba się urodzić. Teraz nie jestem tego taki całkiem pewny. Na przykład Virginia miała naturalny talent, ale Edna, która początkowo była złą aktorką, z przedstawienia na przedstawienie stawała się coraz lepsza. Była niezrównaną odtwórczynią ról komediowych.
Aktor musi posiadać umiejętność identyfikowania się z innymi. W przypadku dorosłych ta identyfikacja nigdy nie jest nieświadoma; dorośli wiedzą, że grają w sztuce. Ale wątpię, aby małe dzieci naprawdę zdawały sobie z tego sprawę. Nierzadko gdy dziecko wchodzi na scenę i pada pytanie: „Kim jesteś?", zamiast odpowiedzieć: „Jestem duchem tego opactwa!", mówi: „Jestem Peter".
W jednej ze sztuk napisanej dla najmłodszych była scena spożywania kolacji z prawdziwym jedzeniem na stole. Suflerowi zajęło sporo czasu i wysiłku, nim na­kłonił aktorów, aby przeszli do następnej sceny. Dzieci zajmowały się wyżerką, zupełnie nie zwracając uwagi na widownię.
Występowanie na scenie jest jedną z metod zdobywa­nia pewności siebie. Lecz ci uczniowie, którzy nigdy nie brali udziału w przedstawieniach, mówią, że nienawidzą przedstawień, ponieważ czują się gorsi. To jest problem, którego nie potrafiłem rozwiązać. Takie dziecko zwykle znajduje inną dziedzinę, w której może pokazać swą wyższość. Najtrudniejszym przypadkiem są te, które lubią grać, ale nie potrafią. Wiele mówi o manierach naszych wychowanków fakt, że takie dziecko rzadko kiedy jest pomijane w obsadzie.
Często miewałem w szkole uczniów, którzy jąkali się, ale na scenie za każdym razem mówili płynnie i popraw­nie. Przypuszczam, że wcielenie się w inną osobę po­zwalało im pozbyć się wady.
Dzieci trzynasto- i czternastoletnie odmawiają przyję­cia ról w sztukach, w których są sceny miłosne, ale małe dzieci grają wszystko swobodnie i z przyjemnością. Starsi uczniowie, powyżej piętnastego roku życia, chcą grać w romansie, jeżeli są to role komediowe. Tylko jeden czy dwóch starszych uczniów przyjęłoby rolę miłosną. Nie można ich grać dobrze, dopóki nie doświadczy się miłości. Aczkolwiek dzieci, które nigdy w prawdziwym życiu nie zaznały, co to smutek, mogą wspaniale grać smutne role. Widziałem, jak Virginia załamywała się na
próbach i płakała podczas smutnych scen. Można to wytłumaczyć faktem, że każde dziecko zaznało żalu w wyobraźni. Faktem jest, że śmierć wcześnie pojawia się w ich fantazjach.
Sztuki dla dzieci powinny być na ich poziomie. Zmu­szanie ich do oglądania klasycznych dzieł, które są bardzo odległe od ich świata fantazji, jest złem. Przed­stawienia dla nich, tak jak literatura, powinny być do­stosowane do ich wieku. Dzieci wolą opowieści z ich własnego otoczenia. Chociaż w Summerhill wystawiają napisane przez siebie utwory, to, jeżeli dać im okazję, entuzjastycznie odbierają również naprawdę dobry dramat.
Często zimą czytam starszym uczniom raz w tygodniu sztuki teatralne. Przeczytałem im wszystko Barriego, Ibsena, Strindberga, Czechowa, trochę Shawa i Gals- worthy'ego, a także kilka współczesnych sztuk, takich jak The Silver Cord i The Vortex. Naszym najlepszym aktorom i aktorkom podobał się Ibsen.
Starsi uczniowie interesują się techniką sceniczną i mają na nią oryginalny pogląd. W pisaniu sztuk obowiązuje uświęcony tradycją zwyczaj, który nie pozwala bohaterowi opuścić sceny bez usprawiedliwienia. Gdy dramaturg chciał pozbyć się ojca, aby matka i córka mogły powiedzieć sobie, jaki z niego osioł, to senior rodu obowiązkowo wstawał i zauważał: „Pójdę lepiej zobaczyć, czy ogrodnik posadził tę kapustę", i wychodził szurając nogami. Nasi młodzi dramaturdzy z Summerhill używają bardziej bezpośred­nich środków. Jak powiedziała mi jedna z dziewcząt: „W prawdziwym życiu wstajesz i wychodzisz z pokoju, nie mówiąc, dlaczego to robisz". Rzeczywiście, i tak samo dzieje się na scenie w Summerhill.
Przez wiele lat każde przedstawienie zawierało tańce. Zawsze były one aranżowane i wykonywane przez dziew­czynki, które robiły to dobrze. Nie tańczyły do muzyki klasycznej, ale zawsze do jazzu. Wystawiały raz balet do Amerykanina ir Paryżu Gershwina. Ja napisałem opo­wieść, a dziewczynki zinterpretowały ją w tańcu.
Zdaje mi się, że w jednej z moich książek opisywałem swoje taneczne doświadczenia w Niemczech. W naszej międzynarodowej szkole w Hellerau mieliśmy grupę dziewcząt powyżej szesnastego roku życia, które za­jmowały się jedynie rytmiką i tańcem. Często wieczorami odbywały się ich solowe popisy. Przeważnie wybierano Taniec śmierci i zacząłem się zastanawiać, dlaczego dziewczęta, które całe dnie wyrażają swe uczucia ru­chem, wybierają na popis właśnie Taniec śmierci. To doświadczenie sprawiło, że ponownie zakołatało mi w głowie przeświadczenie, iż ruch ma działanie lecznicze.
Nie uważam, aby taniec, sztuka czy muzyka same w sobie spełniały takie funkcje. Zastanawiam się, na ile naprawdę zrelaksowane są dziewczęta z operowego chó­ru czy szkoły plastycznej lub muzycznej. Trzeba pamię­tać, że nie ma prawdziwej wolności w większości szkół muzycznych, artystycznych czy baletowych. Dziewczęta i chłopcy są poddani surowej dyscyplinie. Mam wrażenie, że wspaniali rosyjscy tancerze są poddani iście żołniers­kiemu drylowi. Być może najwięcej wolności mają stu­denci malarstwa, którzy siedzą bądź stoją i malują.
Dzieci obdarzone całkowitą swobodą korzystają w pe­łni z dobrodziejstw, jakie niesie z sobą ruch i rytm. Od lat obserwuję, jak nasi uczniowie uczą się tańczyć — nie pobierają jednak lekcji fokstrota, tanga czy twista; mają skłonność do wynajdywania własnych tańców.
W początkowym okresie niemal każdego wieczoru nasz prywatny salon napełniał się dziećmi. Często słu­chaliśmy płyt, co nieraz doprowadzało do nieporozu­mień. Dzieci chciały słuchać Duke'a Ellingtona i boo- gie-woogie, a ja nie cierpiałem tego rodzaju muzyki. Lubiłem Ravela, Strawińskiego i Bix Beiderbecke'a.
W Young Man with a Horn Dorothy Baker postać trębacza, dla którego pierwowzorem był muzyk jazzowy Bix Beiderbecke, była tak realistycznie nakreślona, że niemal dawało się słyszeć, jak grał. Przeczytałem tę książkę cztery razy.
Prawdę mówiąc, szczęście w życiu nie zależy od tego, czy lubi się Beethovena, czy Beiderbecke'a. Szkoły od­nosiłyby większe sukcesy, jeżeli włączyłyby do programu jazz. czy rock and roli, a wyrzuciły Beethovena.
W Summerhill trzech chłopców zainspirowanych grą zespołu jazzowego podjęło naukę gry na instrumentach. Dwóch z nich wybrało klarnety, a jeden trąbkę. Po opuszczeniu szkoły wszyscy trzej podjęli studia w Royal Academy of Musie. Dziś wszyscy oni grają w orkiestrach
0 repertuarze klasycznym. Przyjemność sprawia mi myśl, że powodem wyrobienia gustu muzycznego było to, iż podczas pobytu w Summerhill mogli słuchać, kogo im się podobało: Duke'a Ellingtona, Bacha i każdego innego kompozytora.
Specjalnością Summerhill jest pewna gałąź sztuki dra­matycznej, którą zwiemy spontanicznym graniem.
Na początku zadaję na przykład takie zadanie aktorskie:
• Nałóż na niby płaszcz; zdejmij go i powieś na kołku.
■Wejdź w psią kupę leżącą na ulicy.
■ Zerwij garść kwiatów i wyszukaj pośród nich oset.
■ Otwórz telegram, który zawiadamia o śmierci twojej matki (lub ojca).
■Pchaj ciężką taczkę.
■ Bądź ślepcem przechodzącym przez ulicę.
■ Zamów szybkie danie w dworcowej re­stauracji i siedź jak na szpilkach, żeby ci pociąg nie uciekł.
Potem przechodzę do ról mówionych. Jedynie je szki­cuję. „Ty jesteś ojcem, ty jesteś matką, a ty zostałeś wyrzucony ze szkoły. Dalej radźcie sobie sami". Obowią­zuje u nas zwyczaj, że aktorzy nie mogą się wcześniej umówić, jak rozegrają daną sytuację i dialogi.
Innym razem poprosiłem dzieci, aby zadzwoniły do lekarza i przez pomyłkę połączyły się z rzeźnikiem. Jeden z chłopców wiódł zagmatwaną rozmowę o wątrobie i sercu.
Potrafię wymyślić wiele sytuacji.
• Zapytaj londyńs­kiego policjanta o drogę.
• Zacznij rozmowę z facetem w tramwaju.
■ Okradasz sejf i wchodzi właściciel.
— Co u diabła robisz?
— Czy jest pan właścicielem tego domu? Dobrze, cieszę się, że pan przyszedł — ripostuje dzielny dwunas­tolatek.
— Ale ty okradasz mój sejf.
— Ależ, to nieporozumienie. Ja jestem z zakładów produkujących sejfy i obchodzimy domy, sprawdzając je.
— 1 wchodzicie przez okna zamiast zadzwonić do drzwi. To się na nic nie zda. Zadzwonię na policję.
— Znowu mnie pan źle zrozumiał. Musieliśmy spraw­dzić, czy pańskie okna są należycie zabezpieczone przed włamywaczami.
Czasami sztuka jest niczym „rozmówki". Na przykład siadam za stołem i oznajmiam, że jestem oficerem w biu­rze emigracyjnym w Harwich. Każde dziecko musi mieć wyimaginowany paszport i musi być przygotowane do odpowiedzi na moje pytania. To dobra zabawa.
Innym razem mogę być producente
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Nowa Summerhill - A.S. Neill
« Reply #3 on: (Sat) 15.03.2014, 23:34:14 »
Pracownicy Summerhill

Wielokrotnie podkreślałem, że dorośli w Summerhill nie są wzorami cnót. Jesteśmy ludźmi jak wszyscy inni i często nasze ułomności wchodzą w konflikt z naszymi teoriami. W przeciętnym domu, jeżeli dziecko rozbije talerz, matka lub ojciec robią mu awanturę — talerz staje się ważniejszy od dziecka. W Summerhill, jeżeli ktoś stłucze talerz, ja nic nie mówię i moja żona też nic nie mówi. Wypadki się zdarzają. Ale jeżeli dziecko pożyczy książkę i zostawi ją na deszczu, to moja żona wpada w gniew, ponieważ książki wiele dla niej znaczą. W takich przypadkach ja nie wtrącam się, gdyż nie odczuwam straty. Natomiast moja żona wydaje się zaskoczona, gdy ja robię hałas o jakieś zniszczone dłuto. Ja cenię narzędzia, ale dla niej znaczą one niewiele.
Nasze życie w Summerhill polega na ciągłym dawaniu. Goście męczą nas bardziej niż dzieci, ponieważ oni również czegoś od nas pragną. Być może większą cnotą jest dawanie niż branie, ale z pewnością jest to bardziej wyczerpujące.
Nasze sobotnie ogólne spotkania, niestety, ujawniają konflikty pomiędzy dziećmi i dorosłymi. To zupełnie naturalne, gdyż wymaganie od wszystkich żyjących w społeczności ludzi w różnym wieku wszelkich po­święceń na rzecz dzieci doprowadziłoby do ich komplet­nego zepsucia. Dorośli skarżą się, gdy grupka starszych uczniów nie daje im spać, śmiejąc się i rozmawiając, gdy wszyscy poszli już do łóżek. Harry skarżył się, że spędził godzinę na heblowaniu płyty do frontowych drzwi, poszedł na lunch, a po powrocie stwierdził, że Billy przerobił ją na półkę. Ja zgłaszam pretensje w stosunku do chłopców, którzy pożyczyli mój zestaw do lutowania i nie oddali go. Moja żona zrobiła awanturę, ponieważ troje małych dzieci przyszło po kolacji i powiedziało, że są głodne; dostały chleb z dżemem, którego kawałki znaleziono następnego ranka w holu. Peter doniósł ze smutkiem o tym, że grupka rozbrykanych dzieciaków obrzucała się w pracowni garncarskiej jego drogocenną gliną. I tak oto wyglądają zmagania pomiędzy punktem widzenia dorosłych i młodzieńczym brakiem świadomo­ści. Ale ta walka nigdy nie przeradza się w pretensje do poszczególnych osób; nie występuje uczucie żalu w sto­sunku do jednostki. Te konflikty sprawiają, że Summer- hill żyje. Zawsze coś się dzieje i przez cały rok nie ma ani jednego nudnego dnia.
Na szczęście, personel nie jest zbytnio zaborczy, cho­ciaż muszę przyznać, że czuję się dotknięty, gdy kupię sobie puszkę specjalnej farby po trzy funty za galon, a potem stwierdzam, że jakaś dziewczynka pomalowała nią stare łóżko. Jestem zaborczy, gdy chodzi o mój samochód, moją maszynę do pisania i moje narzędzia, ale nigdy w stosunku do ludzi. Jeżeli jest się zaborczym w stosunku do innych ludzi, to nie powinno się być dyrektorem szkoły.
Nie twierdzę, że jesteśmy zastępem aniołów. Zdarza się, że i my, dorośli, dajemy powody do wybuchów gniewu. Jeżeli malowałbym drzwi, a Robert obrzuciłby je błotem, to ja obsypałbym go przekleństwami, ponieważ od dawna jest jednym z nas i nie ma znaczenia to, jakich użyję w stosunku do niego słów. Ale przypuśćmy, że Robert właśnie przybył do nas ze szkoły, której serdecz­nie nie znosił, i jego rzut błotem był próbą walki przeciwko władzy, wówczas starałbym się przymknąć oko na jego wybryk, ponieważ ratowanie jego osobowo­ści jest ważniejsze od drzwi. Muszę być po jego stronie, gdy wyzbywa się nienawiści, aby ponownie stać się jednostką prospołeczną. To nie jest łatwe. Wiem, że gdybym zaprotestował przeciwko jego poczynaniom, zacząłby z miejsca utożsamiać mnie ze swym surowym ojcem, który zawsze bił go za ruszanie swych narzędzi.
Najdziwniejsze jest to, że można stać po stronie dziecka, nawet jeżeli czasami obrzuca się je przekleńst­wami. Jeżeli stoisz po jego stronie, to dziecko zdaje sobie z tego sprawę. Żadne z nieporozumień na temat ziem­niaków czy narzędzi nie zakłóci waszych zasadniczych stosunków. Jeżeli traktujesz dziecko bez odwoływania się do swego autorytetu czy moralności, nie utracisz go. W jego dotychczasowym życiu władza i moralność były niczym policjanci, którzy ograniczali jego działalność.
Gdy ośmioletnia dziewczynka, przechodząc obok mnie, powie: „Neill to skończony głupiec" — to wiem, że to tylko jej negatywny sposób na wyrażenie swej miłości, na powiedzenie mi, że czuje się swobodnie. Dzieci nie tyle kochają, co chcą być kochane. Dla każdego z nich aprobata dorosłych oznacza miłość; natomiast nagana oznacza nienawiść. Stosunek dzieci do pracowników Summerhill przypomina zupełnie stosunek dzieci do mnie. One czują, że pracownicy cały czas są po ich stronie.
Zużywanie i niszczenie materiałów jest w Summerhill naturalnym procesem. Można temu zapobiec jedynie przez wprowadzenie strachu. Natomiast nie można w ża­den sposób zaradzić zniszczeniu i zużyciu sił psychicz­nych, ponieważ dzieci pytają i muszą dostać odpowiedź. Pięćdziesiąt razy na dzień drzwi mego gabinetu otwierają się i ktoś pyta: Czy idziemy wieczorem do kina? Dlaczego nie mam moich PL? Widziałeś Pam? Gdzie jest Ena? Tak wygląda dzień pracy i nie czuję wtedy żadnego napię­cia, mimo że nie mamy żadnego prywatnego życia. Po części jest to wina budynku, który z dorosłego punktu widzenia nie nadaje się na szkołę, ponieważ dzieci uczą się i mieszkają w pomieszczeniach znajdujących się nadnaszym pokojem. Pod koniec semestru oboje z żoną jesteśmy porządnie zmęczeni.
Godnym zauważenia faktem jest to, że pracownicy rzadko tracą panowanie nad sobą. Mówi to równie dużo o nich samych, jak i o uczniach. Rzeczywiście są to dzieciaki, z którymi mieszka się wspaniale, i bardzo rzadko zdarzają się okazje do zdenerwowania. Jeżeli dziecko może akceptować samo siebie, to zwykle rzadko bywa nieznośne. Nie bawi je wówczas wyprowadzanie dorosłego z równowagi.
Mieliśmy kiedyś nauczycielkę, która była przewraż­liwiona na krytykę, a dziewczynki pokpiwały z niej. Nie drażniły nikogo innego z pracowników, ponieważ nikt inny by nie zareagował. Można droczyć się jedynie z ludźmi, którzy są poważni. Wiele lat temu w jednej z mych książek pisałem, że podczas rozmów kwalifika­cyjnych z przyszłymi nauczycielami zadawałem im pyta­nie: „Co byś uczynił, gdyby dziecko wyzwało cię od przeklętych głupców?" Dziś również zadaję to pytanie, tyle że zastępuję słowo przeklęty — które nigdy nie było prawdziwym wyzwiskiem poza Królestwem Brytyjskim — bardziej popularnym przymiotnikiem.
Gdy zajęcia nie są obowiązkowe, to trzeba być bardzo dobrym nauczycielem, aby uczniowie przychodzili na twoje lekcje. Oczywiście poszukuję pedagogów z po­czuciem humoru i bez przesadnej powagi; nie mogą wywoływać strachu i nie mogą być moralistami.
Człowiek bez poczucia humoru stanowi pewne za­grożenie dla dzieci. Poczucie humoru oznacza przyjaciel- skość, brak respektu i brak strachu; oznacza uczucie ze strony dorosłego. Zwykle żart nie ma dostępu do klas szkolnych, ponieważ niweluje dystans pomiędzy nauczy­cielem i uczniem. Zniszczyłby respekt, jakiego domaga się nauczyciel, ponieważ śmiech pospołu z uczniami uczyniłby go zbyt ludzkim. Najlepsi nauczyciele to ci, którzy śmieją się ze swymi uczniami, a najgorsi to ci, którzy śmieją się ze swych uczniów.
Dzieci w szkole są tak nieprzyzwyczajone do poczucia humoru u swych pedagogów, że gdy powiedziałem do nowo przybyłego, dziesięcioletniego chłopca: „Szukam Neilla. Nie wiesz, gdzie jest?", to popatrzył na mnie jak na wariata. Podobne pytanie zadałem jedenastoletniej dziewczynce, która była z nami od trzech lat.
— Jasne, że wiem — powiedziała obojętnie. — Skręcił za tamten róg dwie minuty temu.
Poczucie humoru jest jednym z najcenniejszych darów, a system kształcenia jest go prawie zupełnie pozbawiony. Małe dzieci są raczej obdarzone naturalną wesołością niż poczuciem humoru. Jeśli dziesięcioletnią dziewczynkę zapytasz, ile stóp ma jard, to ci powie. Ale gdy ją zapytasz, ile stóp jest w Scotland Yardzie, to może popatrzeć na ciebie ze zdumieniem. Jeden z moich uczniów, przyzwyczajony do żartów, natychmiast by odpowiedział: „To zależy od tego, ilu gliniarzy i maszyni­stek jest w budynku".
Największą zniewagą dla człowieka jest zarzucenie mu braku poczucia humoru. Taki wyrok jest niewybaczalny. Jeden z najbardziej ubogich pod tym względem ludzi, jakich znam, często mawiał o innych: „Temu człowieko­wi brak poczucia humoru i w tym cała bieda".
Zastanawiam się, dlaczego tak często poczucie humo­ru jest uważane za coś podejrzanego. Mówi się, że Adlai Stevenson nie został prezydentem Stanów Zjednoczo­nych, ponieważ był skłonny do żartów. Podejrzewam, że każdy z angielskich ministrów z największą starannością przegląda swe przemówienia, by przypadkowo nie posą­dzono go o to, że jest zabawnym gościem.
Kiedy w 1947 roku po raz pierwszy wykładałem w USA, stwierdziłem, że poczucie humoru Amerykanów różni się od poczucia humoru Anglików. Żart, który w Londynie wywołałby gromki śmiech, w Nowym Jorku wypadł blado, a wesołość na sali często wybuchała z nie znanych mi powodów. Każda nacja ma specyficzne poczucie humoru, co często prowadzi do stereotypów, takich jak opowieści o szkockim skąpstwie. Gdy miesz­kałem w Niemczech, to jedynymi Niemcami, którzy potrafili się śmiać z samych siebie, byli Żydzi.
Myślę, że poczucie humoru było mi w pracy bardzo pomocne. Z każdym dzieckiem żartuję, chyba że szu­ka u mnie pomocy. Takie zachowanie jest dla niego oznaką przyjacielskości, równości, braterstwa. Gdy ktoś pyta mnie, kto pokieruje Summerhill po mojej śmierci, odpowiadam: „Nie mam pojęcia, ale jeżeli ona lub on nie będą mieć poczucia humoru, to szkoła zejdzie na psy".
Szkoła, w której nie ma miejsca na wesołość, jest złą szkołą. Niestety poważni nauczyciele zbyt często niszczą całą przyjemność. Jeden z moich wykładowców obraził się, ponieważ uczeń wyzwał go od cholernych głupców.
— Człowieku — powiedziałem — kilku uczniów cho­dziło za mną cały ranek krzycząc: „Neill, Neill, Banana Peel". Czy spodziewasz się, że uniosę się godnością i zdenerwuję się?
Zaczynam myśleć, że swój sukces w Summerhill za­wdzięczam, przynajmniej po części, owej umiejętności bycia zabawnym dzieciakiem pomiędzy innymi skorymi do zabawy dzieciakami. Wesołość jest o wiele ważniejsza niż matematyka czy historia i wszystkie inne, szybko idące w zapomnienie, przedmioty. Poczucie humoru jest rodzajem emocjonalnego zaworu bezpieczeństwa i jeżeli człowiek nie potrafi się śmiać z samego siebie, to jest martwy na długo przed śmiercią. Ktoś kiedyś napisał, że większość ludzi umiera, gdy kończy czterdziestkę, ale nie grzebie się ich aż do siedemdziesiątki. Musiał mieć na myśli ludzi pozbawionych poczucia humoru.
Z doborem nauczycieli w Summerhill wiąże się jeszcze jeden problem. Miewałem takich, którzy przybywali tu, ponieważ świadomie wierzyli w prawo wolności dla dzieci, ale po kilku tygodniach okazywało się, że tak naprawdę szukali wolności dla siebie i zachowywali się podobnie jak zniewolone dzieci przybywające do Sum- merhill. Życie w wolności ani dla dorosłych, ani dla dzieci nie jest łatwe.
Czasami myślę, że mam więcej kłopotu z pracow­nikami niż z uczniami. Swego czasu mieliśmy tu osob­liwego gościa, nauczyciela przedmiotów ścisłych, który pozwalał ośmioletniemu chłopcu trzymać butelkę cyjan­ku, a dziewczynce w tym samym wieku nalewać do rurki kwas azotowy — i dziewczynka poparzyła się.
Nasi nauczyciele nie mają innych obowiązków z wyjąt­kiem obecności w klasach w czasie przewidzianym na zajęcia. Neurotycy uczyli całe przedpołudnie, a potem przez resztę dnia spali lub czytali. Większość nauczycieli jest jednak obdarzona silnym poczuciem społecznej więzi ze szkołą i poczuciem potrzeby aktywnego uczestnicze­nia w życiu społeczności w czasie wolnym od zajęć lekcyjnych.
Pewnego razu zauważyłem, że przed toaletą na par­terze ustawiła się kolejka. Poszedłem na górę i tam również spostrzegłem kolejkę. Jeden ze sprytnych chłop­ców wdrapał się na okno i odkrył, że ktoś pozamykał od środka wszystkie drzwi. Poszedłem do pokoju nauczycie­lskiego i powiedziałem pracownikom, co się stało.
— Ja to zrobiłem — odezwał się młody nauczyciel świeżo przybyły z college'u.
— Ach tak — powiedziałem. — Dlaczego?
— Całe życie chciałem to uczynić i pierwszy raz miałem do tego okazję — odrzekł z uśmiechem.
Muszę powiedzieć, że nie wszyscy nowi pracownicy zachowują się w ten sposób.
Przez te wszystkie lata miałem szczęście do moich kolegów. Jedynie raz musiałem powiedzieć nauczycielo­wi: „Nie musiałeś w ten sposób potraktować dziecka". Naturalnie nigdy nie przyjmowałem tych, którzy mogli­by nie pasować do naszego systemu, typów he-mana z górą mięśni i niewielkim zrozumieniem zasad fun­kcjonowania naszej szkoły. Moi uczniowie nie akceptują tego typu ludzi. Od byłego drużynowego skautów z jego „Chodźcie, chłopaki, zbudujemy łódź!" odwracali się z pogardą. Wolne dzieci nie pójdą za rzucającym propozycję przywódcą.
Ciągle też zdarzało nam się mieć do czynienia z jakimś nauczycielem, który dążył do zdobycia popularności, opowiadając się po stronie dziecka, ale z niewłaściwych powodów. Wychowankowie szybko potrafili przejrzeć takiego człowieka. Zbyt wielu nowych nauczycieli i opie­kunów ma trudności z rozróżnieniem wolności i rozwyd­rzenia. Jedna z opiekunek pozwoliła grupie dzieci poroz­bijać wiele sprzętów, ponieważ, jak powiedziała: „Myś­lałam, że nigdy nie powinnam mówić nie".
Pewnego razu młody człowiek stwierdził, że potrafi poprowadzić szkołę lepiej ode mnie. Począł nastawiać przeciwko mnie pracowników i wkrótce atmosfera zrobi­ła się nie do wytrzymania. Sprawę postawiono niemal na ostrzu noża. Powinienem zrezygnować z bycia dyrek­torem; wspólnie powinniśmy wszystkim się zajmować
finansami, przyjmowaniem uczniów, płacami. Oczy­wiście pozbyłem się buntowników — jak tylko mogłem najszybciej, niechętnie, ponieważ byli dobrymi nauczy­cielami. Doszedłem do wniosku, że zamiast jako czter­nastolatki przeciwstawić się ojcu, poczekali z rzuceniem wyzwania, dopóki nie znaleźli sobie substytutu ojca, pomimo że nie był on apodyktyczny. Wątpię, aby Sum- merhill mogła być kierowana przez zarząd, gdyż działa­niami zarządu zbyt często sterują najbardziej konser­watywni jego członkowie.
Mam niemal patologiczny kompleks szefa. Nie cierpię mówienia komukolwiek, co ma robić, zdając sobie, być może, sprawę, że zrobi tak tylko dlatego, że mu o tym powiem, gdyż sam jest za mało oryginalny. Nie cierpię bycia Bogiem, a gdy muszę odesłać dziecko, na przykład, z powodu terroryzowania mniejszych od siebie, to za­wsze czuję się paskudnie i mam lekkie wyrzuty sumienia. Ale nigdy nie miałem poczucia winy, gdy kazałem opuścić szkołę nieudolnemu nauczycielowi, czułem się jedynie zakłopotany. Najbardziej przykrym zadaniem, jakiego muszę się czasami podjąć, jest oznajmienie pra­cownikowi: „Twoje lekcje są tak nudne, że dzieci nie chcą na nie chodzić, a więc musisz odejść".
Potrafię postawić się w jego położeniu i pomyśleć, jak czułbym się, jeżeli powiedziano by mi, że nie jestem dobry? Moja pierwsza żona była pod tym względem rodzajem geniusza; potrafiła, powiedzmy, wylać kuchar­kę i wywrzeć na niej wrażenie, że wyświadcza jej uprzej­mość.
Po prostu nie jest łatwo poszukać dobrych pracow­ników i pomimo całej sławy Summerhill, mam trudności ze zdobyciem nowych nauczycieli. Na moje ogłoszenia otrzymuję listy typu: „Nie jestem nauczycielem, jestem urzędnikiem bankowym (albo bibliotekarzem czy jeszcze kimś innym), ale wiem, że potrafię uczyć". Wielu myśli, że to praca nie wymagająca specjalnych kwalifikacji. Nie wiem, dlaczego zgłasza się tak mało osób. Być może w grę wchodzą tu pieniądze, chociaż teraz staramy się płacić, w miarę możliwości, według państwowych sta­wek. Być może jest tak dlatego, że nauczyciele boją się uczyć w szkole, w której w zajęciach uczestniczy się na ochotnika.
Zgodnie z przepisami muszę mieć wykwalifikowanych nauczycieli, nie dlatego że wyszkolenie czyni jakąś róż­nicę; miewałem nauczycieli z wykształcenia i nie, i w obu przypadkach zdarzali się dobrzy i źli pracownicy. Nau­czanie jest sztuką, nie umiejętnością. Ale muszę się trzymać prawa — nawet Picasso nie dostałby w Anglii pracy jako nauczyciel plastyki, jeżeli nie miałby od­powiedniego wykształcenia.
Miałem kilku doskonałych nauczycieli — nie, nie nauczycieli, ale ludzi o nastawieniu prospołecznym. Geo- rge Corkhill (Corkie), nasz nauczyciel przedmiotów ścis­łych przez blisko trzydzieści lat, dobry, solidny, stary George, nigdy nie tracący pogody ducha, zawsze otoczo-
ny grupką najmłodszych, dla których sprawdzianem z chemii było robienie lemoniady czy sztucznych ogni. George rozumiał ich zainteresowania. Jego odejście na emeryturę było dla szkoły olbrzymią stratą.
Ani razu nie powiedziałem nauczycielowi, co ma robić czy jak uczyć. Nieliczni narzekali, że nie przychodzę na ich lekcje dostatecznie często.

Wolność religijna

Religia mówi: „Bądź dobry, a będziesz szczęśliwy", ale można to sformułować odwrotnie: „Bądź szczęśli­wy, a będziesz dobry". Czterdzieści pięć lat Summerhill przekonywała mnie, że ta druga wersja jest prawdziwa. Wszystkie dzieci mają prawo do szczęścia i złą rzeczą jest utrudniać im życie, które i tak pewnie nie oszczę­dzi im przykrości. Nadal wielu rodziców uważa, że dziecko rodzi się grzeszne i ma prawo jedynie do mi­łosierdzia — gdy okaże skruchę. Nie można być jedno­cześnie zniewolonym i szczęśliwym. Nadrzędnym ce-91em wszystkich systemów kształcenia powinno być leczenie z nieszczęścia. Szkoła mogłaby być oceniana po wyrazie twarzy jej uczniów, a nie po wynikach eg­zaminów.
Niedawno pewna kobieta odwiedzająca nas zapytała: „Dlaczego nie uczycie o życiu Jezusa, aby zainspirować młodzież do pójścia w jego ślady?" Odparłem, że uczymy się życia nie poprzez słuchanie o życiu innych, ale po prostu żyjąc; ponieważ słowa są nieskończenie mniej ważne niż czyny. Wielu nazywa Summerhill religijnym miejscem, ponieważ daje dzieciom miłość.
Być może to prawda; ale nie podoba mi się to określenie, dopóki religia oznacza to, co zwykle znaczy dzisiaj — wrogość wobec naturalnego życia. Nie chciał­bym być identyfikowany z religią, taką jaką pamiętam z czasów mego dzieciństwa.
Religia dla dziecka prawie zawsze oznacza strach. A wprowadzenie w jego życie lęku jest najgorszą ze zbrodni. Bóg jest potężnym mężczyzną, z dziurami
w powiekach: widzi cię. gdziekolwiek byś był. W rozu­mieniu dziecka oznacza to często, że Bóg widzi także to, co dzieje się pod kołdrą. Nikt, kto w przeszłości był straszony piekłem po śmierci, nie potrafi uwolnić się od neurotycznej obawy o bezpieczeństwo w tym życiu.
W czasach mego dzieciństwa wiara była łatwa do zaakceptowania. Ziemia była środkiem wszechświata i dobry Bóg stworzył Słońce, Księżyc i gwiazdy, aby oświetlały nam drogę. Był bardzo osobistym Bogiem; znał nas każdego z osobna, a po śmierci nagradzał nas anielską muzyką lub karał ogniem. Nie mieliśmy pojęcia, że nasza Ziemia była drobinką w oceanie gwiazd i planet. Ponieważ była centrum wszechświata, człowiek był naj­ważniejszym przedmiotem stworzenia i był nieśmiertelny jak gwiazdy.
Moja babcia Sinclair mieszkała z nami aż do swej śmierci, która nastąpiła, gdy miałem czternaście lat. Jako jej ulubiony wnuk myślę, że musiałem ją kochać tak bardzo, jak tylko chłopiec potrafi kochać starą kobietę. Zwykła zajadać miętówki, a swą miłość okazywała mi przekazywaniem podczas pocałunku miętówki z ust do ust. Była bardzo religijna, czytała najczęściej z całej rodziny Biblię i lubiła opowiadać ham, jak to będąc dziewczynką, chodziła każdej niedzieli dziewięć mii do kościoła i dziewięć mil z powrotem. Jej wiara była prosta, bez wątpliwości czy sceptycyzmu. Pamiętam, jak w wie­ku siedmiu lat odkryłem słowo „pederasta" i babcia kazała mi klęczeć obok siebie i prosić Boga o wybacze­nie. To ona musiała zaszczepić mi w dzieciństwie strach przed piekłem.
Babcia kazała nam czytać na głos swe rozliczne książki z kazaniami, włączając w to Fourfold State Bostona. Boston najwyraźniej też nie miał wątpliwości w kwestii wiary. Dla mnie najbardziej przerażającym fragmentem tego dzieła był ten, w którym Człowiek Boga, jak nazywała go babcia, opisywał krótko męki piekielne. Zaczynało się to w tym stylu: „Jeżeli chcesz wiedzieć, czym są męki piekielne, to po prostu zapal świecę i potrzymaj palec w ogniu". I dlatego, że babcia ani Boston nie mieli żadnych wątpliwości, co stanie się z grzesznikami, ja również ich nie miałem; wiedziałem, jakby instynktownie, że moim przeznaczeniem było piek­ło. Pomimo to w babci nie było nienawiści. Była bardzo ludzką, kochającą staruszką, a jedyną jej uciechą było wysłuchiwanie przy drodze, często sprośnych, żartów wieśniaczek.
Moja siostra, Clunie, wczesna ateistka, jako dziecko groziła, że popełni niewybaczalny grzech — bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu. Nigdy tego nie uczyniła, ale gdy mój najstarszy brat Willie w wieku trzynastu lat stał na dworze w czasie burzy i zachęcał Wszechmoc­nego, aby spuścił na niego grom, ponieważ prosił Boga, aby objawił mu się jako Duch Święty, to byłem przerażo­ny. Gdy grom uderzył, zacisnąłem powieki. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Willie został pastorem.
Biblia mówi: „Lęk przed Bogiem jest początkiem mądrości". Znacznie częściej zapoczątkowuje on zabu­rzenia psychiczne. Ponieważ obarczanie dziecka stra­chem w jakiejkolwiek postaci jest szkodliwe.
Wielu ludzi wierzy w głębi duszy, że „Jeżeli dzieci nie będą miały czego się bać, to jak mogą być dobre?" Dobroć, która zależy od strachu przed piekłem, strachu przed policjantem czy strachu przed karą, nie jest w ogó­le dobrocią — to po prostu tchórzostwo. Dobroć, która opiera się na nadziei na nagrodę czy nadziei na po­chwałę, czy też nadziei na pójście do raju, opiera się w gruncie rzeczy na przekupstwie.
Dzieci mogą się nas bać i z lęku akceptować nasze wartości. A jakież to wartości mamy my, dorośli! Pew­nego dnia kupiłem za trzy funty psa, oprzyrządowanie do tokarki za dziesięć funtów i tytoń za pięć gwinei. A chociaż krytykuję i boleję nad społeczną biedą, to nie przyszło mi do głowy oddać te pieniądze potrzebującym. Dlatego też nie prawię dzieciom kazań o tym, że slumsy
są przekleństwem. Robiłem tak wcześniej — dopóki nie uświadomiłem sobie, jakim byłem w tym względzie oszustem.
Nie ma żadnych argumentów przemawiających za moralnym pouczaniem dzieci. Jest to psychologicznie szkodliwe. Wymaganie od dziecka, aby nie było egois­tyczne, jest złe, ponieważ każdy człowiek w tym wieku jest egoistą. Cały świat należy do niego. Ma wielką moc spełniania swych pragnień; wystarczy, że zechce, a stanie się panem świata. Gdy dostanie jabłko, to jedynym jego pragnieniem jest je zjeść. Matka zachęcająca dziecko, by podzieliło się tym właśnie jabłkiem ze swym młodszym bratem, osiąga jedynie to, że wywołuje w nim nienawiść do brata.
Altruizm przychodzi później, pojawia się w sposób naturalny, jeżeli dziecku nie wpaja się, by nie było egoistyczne. Młody altruista jest rzadko osobą, która lubi zadowalać innych, on zaspokaja swoje własne potrzeby.
Tłumiąc w dziecku egoizm, jedynie go utrwalamy. Nie spełnione pragnienie żyje dalej w jego podświadomości. Jeśli kogoś uczono wyzbycia się egoizmu, na całe życie pozostanie egoistą. W ten sposób nauczanie moralne udaremnia się samo.
Wiele razy rodzice mówili do mnie: „Nie rozumiem, dlaczego mój chłopiec zrobił się zły. Surowo go karałem i jestem pewny, że w naszym domu nigdy nie byliśmy dla niego złym przykładem". W swojej pracy stanowczo za często mam do czynienia z dziećmi, które były wychowy­wane w strachu przed karą lub w lęku przed Panem — dziećmi, które przymuszano do bycia dobrymi.
Najszczęśliwsze domy, jakie znam, to te, w których rodzice są zupełnie szczerzy wobec dzieci, nie prawią im kazań. Strach nie ma prawa wstępu do takich rodzin. Miłość może rozkwitać. W innych domach ona jest stłumiona przez strach. Pretensjonalna godność i żądanie szacunku trzyma miłość na uboczu. Wymuszony szacu­nek zawsze implikuje strach.
To Wilhelm Reich zwrócił uwagę na to, że w nagłym przestrachu wszyscy przestajemy na chwilę oddychać i na to, że dziepko, które żyje w ciągłym lęku, przez całe życie wstrzymuje oddech. Znakiem zaś, że jest wychowywane prawidłowo, jest jego swobodny, nie urywany oddech. Pokazuje, że nie obawia się ono życia.
Tu, w Summerhill, dzieci, które boją się swych rodzi­ców, często przebywają w pokojach nauczycieli. Ustawi­cznie nas sprawdzają. Jeden z jedenastoletnich chłopców, który ma surowego ojca, otwiera moje biuro po dwadzie­ścia razy na dzień. Zagląda do środka, nic nie mówi i ponownie zamyka drzwi. Czasami wołam za nim:
— Nie, jeszcze nie umarłem!
Ten chłopiec obdarzył mnie miłością, której nie zaak­ceptował jego ojciec, i lęka się, aby jego idealny nowy rodzic nie zniknął.
Strach przed burzą prawie nie występuje u naszych małych dzieci. Prześpią w małych namiotach najgorsze gromobicie. Nie zauważyłem też, aby za bardzo bały się ciemności. Czasami ośmioletni chłopiec rozbije swój namiot w odległym końcu boiska i prześpi w nim samotnie kilka nocy. Wolność sprzyja poczuciu pewno­ści i bezpieczeństwa. Często zdarzało mi się widywać, jak ze strachliwych maluchów wyrastali silni i odważni młodzi ludzie.
Zaobserwowałem, że większość dzieci w rzeczywis­tości nie czuje lęku przed śmiercią. Każde widywało śmierć żuczka, wróbla, zwierzęce tusze u rzeźnika. Śmierć wzbudza więcej ciekawości niż przerażenia. Gdy byłem dyrektorem szkoły w szkockiej wiosce, zdarzyło się raz, że po dzwonku na lekcję nie pojawił się żaden uczeń; boisko również było puste. Jeden z gospodarzy zabijał w tym czasie na pobliskim polu strzałem ze strzelby starego konia. Jako małe dzieci, moja siostra Clunie i ja, z niecierpliwością wyczekiwaliśmy na od­pływ, aby znaleźć w kałuży ciała morskich stworzeń.
Potem jednak doświadczyliśmy całej patologii kalwinis- tycznego wychowania.
Jeżeli ktoś jest uczony, że pewne sprawy są grzeszne, to jego miłość do życia musi się zmienić w lęk i nienawiść. Obdarzone wolnością dzieci nigdy nie pomyślą o innym dziecku jak o grzeszniku. W Summerhill, gdy uczeń dopuści się kradzieży i jest sądzony przez swych kole­gów, to rzadko bywa ukarany za złodziejstwo. Kończy się zwykle na tym, że musi zwrócić dług. Dzieci pod­świadomie zdają sobie sprawę, że kradzież jest rodzajem choroby. Są małymi realistami i są zbyt wrażliwe, aby domagać się złego Boga i kuszącego szatana.
Religia nie potrafi przedrzeć się do chłopięcej pod­świadomości poprzez prawienie kazań. Ale jeżeli którejś nocy jego pastor poszedłby z nim kraść, to ten czyn zapoczątkowałby zniknięcie nienawiści do samego siebie, która jest odpowiedzialna za antyspołeczne zachowanie. To pełne zrozumienia pokrewieństwo sprawi, że chłopiec zacznie myśleć innymi kategoriami. Czyny docierają do podświadomości tam, gdzie słowa zawodzą. Oto dlacze­go miłość i aprobata tak często są lekiem na problemy moich podopiecznych. Udowodniłem działaniem, że wo­lność i brak moralnej dyscypliny uleczyły wiele dzieci, których przyszłością wydawało się życie w więzieniu.
Wypadek, który wydarzył się podczas wieczoru spon­tanicznego aktorstwa, podkreślił naturalne poczucie reali­zmu dziecka, którego reakcje nie były tłumione przez lęk.
Pewnego późnego popołudnia usiadłem na krześle i powiedziałem:
— Jestem świętym Piotrem przy Bramie Niebiańskiej. Wy będziecie ludźmi starającymi się wejść do środka. A więc, zaczynajmy.
Podchodzili do mnie, na różne sposoby argumentując chęć wejścia do nieba. Jedna z dziewczynek nawet zaszła mnie od drugiej strony i błagała o wpuszczenie! Ale gwiazdą wieczoru okazał się czternastoletni chłopiec, który przeszedł obok mnie pogwizdując, z rękami w kieszeni.
— Hej! — zawołałem. — Nie możesz tam wejść. Chłopiec odwrócił się i spojrzał na mnie.
— O, jesteś nowy w tej robocie? Co przez to rozumiesz? zapytałem.
— Nie wiesz, kim jestem, prawda?
— A kim jesteś?
— Bogiem — odparł i wszedł, pogwizdując, do nieba. Osobiście nie mam nic przeciwko ludziom wierzą­cym — wszystko jedno w jakiego Boga. Mój sprzeciw budzi natomiast każdy, kto utrzymuje, że to jego Bóg jest tym autorytetem, w imieniu którego może on narzucać ograniczenia na rozwój i szczęście człowieka. Walka nie toczy się pomiędzy zwolennikami teologii i tymi, którzy jej nie znają; przebiega pomiędzy wierzącymi w wolność człowieka i tymi, którzy wierzą w jej ograniczanie.
Ta bitwa o młode pokolenie jest walką bez pardonu. Nikt z nas nie może zachować w niej neutralności. Musimy opowiedzieć się po tej lub tamtej stronie: władzy lub wolności; dyscypliny lub samorządu. Półśrodki tu nie wystarczą, sytuacja jest zbyt napięta.
Ktoś mógłby zakwestionować twierdzenie psycholo­gów, że nasze doświadczenia z dzieciństwa wpływają na nasze późniejsze życie. Ale ja nie mam co do tego wątpliwości od czasu śmierci mej ukochanej siostry, Clunie, która zmarła na zapalenie płuc w wieku trzy­dziestu czterech lat. Przez całe życie nigdy nie porzuciła swego ateizmu. Dla niej religia katolicka była zarówno zabobonem, jak i okrutnym oszustwem. Pomimo to w obliczu śmierci nie przestawała odmawiać wyuczonych w dzieciństwie modlitw, prosząc Boga o ratunek dla swej duszy. W śmiertelnej słabości powróciła do emocji, które spoczywały uśpione przez trzydzieści lat. To mnie prze­konało, że uczucia z okresu wczesnego dzieciństwa trwa­ją w nas przez całe życie.
To, czy czujemy się wolni, szczęśliwi w pracy, szczęś­liwi w przyjaźni i szczęśliwi w miłości, czy też będziemy kłębkiem nerwów, nienawidzącymi samych siebie i nie-
nawidzącymi ludzkości zależy od spuścizny pozostawio­nej nam przez rodziców i nauczycieli.
Dlaczego nie ma już chrześcijan postępujących ścieżką swego Pana? W katolickich i protestanckich szkołach przez długie lata bito chłopców, tak jakby wypełniano słowa Jezusa. Czy ktokolwiek potrafi sobie wyobrazić Jezusa bijącego dziecko? Katolicy i protestanci milcząco popierają nasze nieludzkie więzienia i surowe prawo. Często zastanawiałem się, na ile przestępczość nieletnich wypływa z rozczarowania dzieci nauczanych Pisma Świę­tego w domu i szkole. Mówi się im, że kłamstwo, kradzież i cudzołóstwo są grzechami. Potem przyłapują rodziców na kłamstwie lub oszukiwaniu urzędu podatkowego; do­wiadują się, że ich ojciec odwiedza inną kobietę. Nie wiedzą tego, ale czują, że religia to jedynie słowa.
Pewnego razu, pomimo dobrych rad, przyjąłem ucznia, który był katolikiem; eksperyment nie powódł się. Chłopiec mieszkał w szkole, w której nie wierzono w grzech czy karę, a musiał chodzić do księdza i spowia­dać się ze swych grzechów, tak więc biedny nie wiedział, czego się trzymać.
Nie mam zamiaru sprzeczać się o religię. Tolerował­bym ją, gdyby jej wyznawcy żyli w zgodzie z przykaza­niami i nadstawiali drugi policzek, sprzedali wszystko, co posiadają, i rozdali biednym. Pochwalałbym, gdyby Watykan i Canterbury, miast obnosić się ze swymi złotymi posągami i inwestycjami kapitałowymi, były symbolami ubóstwa, w jakim żył Jezus. Siedzę tak i zastanawiam się, dlaczego wyznawcy Chrystusa stali się takimi antagonistami życia, skoro są uczniami tego, który powiedział: „Ten, kto jest bez winy, niech pierwszy ciśnie kamieniem w tę nierządnicę". Jezus obdarzał ludzi miłością, miłosierdziem i zrozumieniem, ale pośród jego wyznawców znalazł się Jan Kalwin, który swego rywala przypiekał na wolnym ogniu, i św. Piotr, który nienawi­dził kobiet. Muszę jednak uczciwie przyznać, że wielu chrześcijan odnosiło się do ludzi z miłością.
Podczas jednego z ostatnich moich wykładów padło
pytanie:
— Jesteś humanistą. Dlaczego nie uczysz humaniz­mu?
Odparłem, że równym złem jest nauczać humanizmu, jak i nauczać chrześcijaństwa. My nie urabiamy dziecka w żaden sposób; nie próbujemy go na nic nawrócić. Jeżeli coś takiego jak grzech istnieje, to jest nim właśnie skłonność dorosłych do mówienia młodym, jak żyć, skłonność, która świadczy o tym, że dorośli sami tego nie wiedzą.
Doskonale uświadamiam sobie ograniczenia racjona­lizmu. Dla humanisty, tak jak dla wierzącego, życie jest niezgłębioną tajemnicą. Jak powstał wszechświat? Spo­glądam na swoją trzyletnią wnuczkę i podziwiam jej istnienie. Unosząc rękę, robi coś, czego nie potrafi komputer ani silnik rolls-royce'a. Musimy po prostu zaakceptować tajemnicę życia, wiedząc, że pozostanie ona dla nas wieczna.
W późniejszym wieku moi rodzice przeszli z Kalwiniz- mu na spirytualizm. Gdy w 1919 roku zmarła moja siostra, Clunie, zapytali, czy nie potrafiłbym nawiązać kontaktu z medium. Byłem wówczas w Londynie. Po wielkich trudach udało mi się zaaranżować spotkanie z medium Sir Olivera Lodge'a, Mrs. Leonard. Wprowa­dziła się ona w trans i powiedziała mi rzeczy zdumiewają­ce: Clunie była nauczycielką, umarła z powodu choroby płuc — wszystko to było prawdą. Zacząłem się już zastanawiać, czy ten spirytualizm jednak nie jest coś wart, a wówczas padło pytanie:
— Czy masz jakieś pytania do swej siostry?
— Tak. Zapytaj, czy kiedykolwiek myśli o Spott.
— Powiedziała, że tak; kochała Spott, ale kochała również wszystkie zwierzęta.
Niestety moje pytanie odnosiło się do wioski, w której uczyła. Nie powiedziałem moim rodzicom o tej części rozmowy z medium.
Jestem twardo stąpającym po ziemi człowiekiem, na­wet jeżeli moja głowa czasami buja w obłokach. Oba­wiam się, że osobiście jestem niepodatny na tak zwane duchowe życie. Nie byłem jednym z maleństw Words- wortha, które przyszło na świat, ciągnąc chmury chwały. Nie potrafiłem wznieść się na wyżyny duchowego życia ani zastanawiać się nad pięknymi myślami teozofów, z którymi pracowałem nad Nową Erą, ani też później nie potrafiłem przyjąć pocieszeń niemieckich nauczycieli w Dreźnie. Zastanawiam się, czy brak tej sfery życia nie wiązał się w jakiś sposób z moim brakiem wrażliwości na piękno poezji. Nie, jestem po prostu przyziemnym face­tem, niezdolnym do latania i nie mającym chęci, by przypiąć sobie skrzydła.
Oto smutna myśl: jako dla ateisty, śmierć oznacza dla mnie koniec zabawy. Jeżeli w Biblii byłby choć jeden żart, to byłbym skłonny uwierzyć w niebo. Niebo dla świętości, piekło dla towarzystwa — powiedział Bernard Shaw. W piekle mogłoby być całkiem wesoło. Jeżeli w ogóle ono istnieje, to wiem, kto by w nim był — Shaw, Wilde, O. Henry, Damon Runyan, Mark Twain. Ale ich swobodny sposób bycia może krępować obecność Św. Pawła, Kalwina, Johna Knoxa — i oczywiście większości policjantów.
Ależ musiałbym doznać szoku, gdybym natknął się na diabła czekającego na mnie z widłami: „Tymi schodami w dół, panie Neill".
Ale mogłoby być gorzej. Anioł mógłby wskazać pal­cem w górę:
— „Znajdzie pan swoją harfę na górze, panie Neill".
Zakładanie istnienia Boga, który kieruje się wzniosłym celem, wydaje mi się czystą dziecinadą. Nawet jeżeli nazwiemy bogiem energię kosmiczną, to niczego tym nie rozwiążemy.
Pewnego dnia będziemy mieć nową religię. Religie nie są już wieczne, ponieważ narody nie są wieczne.
Re­ligia — jakakolwiek religia — rodzi się, przeżywa okres młodości, starzeje się i umiera. Setki religęii pojawiło się i zniknęło. Po milionach Egipcjan, którzy przez cztery tysiąclecia wierzyli w Amona Ra. nie można znaleźć dzisiaj nawet jednego wyznawcy tej wiary.
Wiara i religia są związane z geografiią. Gdybym urodził się w kraju arabskim, to moja religia zabraniały by mi alkoholu, a pozwalałaby mi na trzy żony. Gdybym urodził się w Dublinie, mógłbym spotkać na swojej drodze sadystycznego nauczyciela w katolickiej szkole, choć koniecznie, jako że urodziłem się w kalwinistycznej Szkocji i wyrosłem z tej wrogo nastawionej do życia religiii Ogólnie mówiąc, większość ludzi akceptuje swą rodzimą wiarę. Moi uczniowie żyją bez niej i sposrod naszych wielu byłych wychowanków znam jedynite kilku, szukali religii w późniejszym życiu.
Idea Boga zmienia się wraz ze zmianą kultury: w kraju pasterzy Bóg był Dobrotliwym Pasterzem, w czasach wojny był Bogiem Walki; gdy rozkwitał handel Bogiem Sprawiedliwości, odważającym sprawiedliwość i litość. Dziś, gdy człowiek stał się tak twórczy, Bóg jest Wellsowskim „Wielkim Nieobecnym", ponieważ potrzebny Bóg Kreator w czasach, gdy człowiek potrafi skonstruować własne bomby atomowe.
Pewnego dnia nowe pokolenie nie zaakceptuje starzałej religii i dzisiejszych mitów. Nowa wiara obali pogląd, że człowiek rodzi się grzeszny. Odrzuci antyteze ducha i ciała. Zrozumie, że ciało nie jest złe. Nowa religia będzie oparta na znajomości samego siebie i akceptacji. Nowa religia będzie sławić Boga, czyniąc człowieka szczęśliwym. „Ten modli się najlepiej, kto najbardziej kocha wszystkie rzeczy, duże i małe". Tak dał wyraz temu, czym jest nowa religia, poeta Coleridge.

Byli uczniowie Summerhill

Lęk rodziców o przyszłość źle rokuje w kwestii zdrowia dzieci. Najdziwniejsze jest to, że ów lęk objawia się pragnieniem, aby dzieci nauczyły się więcej od swych rodziców. Taki rodzic nie zadowoli się tym, aby pozwolić Williemu nauczyć się czytać wówczas, gdy mu przyjdzie na to ochota, ale nerwowo obawia się, że Willie będzie życiowym nieudacznikiem, jeżeli się go nie popędzi do pracy. Tacy ludzie nie umieją czekać, aż dziecko zrobi coś we własnym tempie. Pytają: „Jakie szanse na życiowy sukces ma mój syn, jeżeli nawet nie potrafi czytać w wieku dwunastu lat? Jeżeli nie może zdać egzaminów wstępnych na wyższą uczelnię w wieku osiemnastu lat, to jakie inne zajęcie pozostaje mu poza pracą dla niewy­kwalifikowanego robotnika?" Ja nauczyłem się czekać i obserwować, jak dziecko robi małe postępy lub ich nie robi wcale. Nigdy nie wątpiłem, że ostatecznie, jeśli nie będzie się go molestować czy mu szkodzić, powiedzie mu się.
Oczywiście, kołtun mógłby powiedzieć: „No cóż, więc według ciebie zostać kierowcą ciężarówki to życiowy sukces!" Moim kryterium powodzenia jest umiejętność pracy z radością i życie z pozytywnym nastawieniem do świata. Zgodnie z taką definicją większość uczniów Summerhill odniosła sukces.
Tom przybył do nas w wieku pięciu lat. Opuścił szkołę, gdy miał ich siedemnaście, i przez te wszystkie lata nie wziął udziału w ani jednych zajęciach lekcyj­nych. Większość czasu spędzał w warsztacie, robiąc różne rzeczy. Matka i ojciec drżeli z obawy o jego przyszłość. Ten chłopiec nigdy nie przejawiał chęci do nauki czytania. Aż tu pewnego wieczoru, gdy miał już dziewięć lat, zauważyłem, że czyta w łóżku Davida Copperfielda.
— A to co — spytałem. — Kto nauczył cię czytać?
— Sam się nauczyłem.
Kilka lat później przyszedł do mnie i zapytał:
— Jak dodać połowę i dwie piąte?
Powiedziałem mu i zapytałem, czy chciałby wiedzieć
coś jeszcze.
— Nie, dziękuję — odparł.
Jeszcze później zaczął pracować w studiu filmowym jako pomocnik kamerzysty. W czasie, gdy uczył się zawodu, zdarzyło mi się spotkać jego szefa na przyjęciu, więc zapytałem go, jak sobie Tom radzi.
— To najlepszy chłopak, jakiego kiedykolwiek mieliś­my — powiedział pracodawca. — On nigdy nie chodzi, on biega. A w czasie weekendów to cholerne z nim utrapienie, bo nie chce spędzać soboty i niedzieli poza studiem.
Był też Jack, chłopiec, który nie potrafił nauczyć się czytać. Nikt nie umiał Jackowi pomóc. Nawet jeżeli prosił o lekcję, to jakaś ukryta przeszkoda nie pozwalała mu na odróżnienie b od p, 1 od k. Opuścił naszą szkołę w wieku siedemnastu lat, nigdy się tego nie nauczywszy.
Obecnie Jack jest ekspertem w produkcji narzędzi. Uwielbia rozmawiać o pracy w metalu. Potrafi teraz czytać, ale o ile mi wiadomo, czyta głównie artykuły z zakresu mechaniki — a czasami prace z psychologii. Nie sądzę jednak, aby kiedykolwiek zdarzyło mu się przeczytać jakąś powieść, a pomimo to mówi bardzo poprawnym, pod względem gramatycznym, angielskim i posiada rozległą wiedzę ogólną. Jeden z amerykańskich gości, który nie znał jego historii, powiedział do mnie: „Ależ z tego Jacka bystry facet!"
Dianę była miłą dziewczynką, która brała udział w lekcjach bez większego zainteresowania. Nie miała głowy do nauki. Przez długi czas zastanawiałem się, co ona będzie robić w życiu. Gdy jako szesnastolatka będzie opuszczała Summerhill, każdy inspektor szkolny uzna ją za słabo wykształconą. Obecnie Dianę zajmuje się pre­zentowaniem w Londynie nowych rodzajów sztuki kuli­narnej. W swej pracy jest wybitnym fachowcem, a co ważniejsze, ta praca ją uszczęśliwia.
Jedna z firm wymagała, aby jej pracownicy mieli zdane przynajmniej standardowe egzaminy wstępne do col­lege'u. Napisałem do dyrektora tej firmy w sprawie Roberta: „Ten chłopiec nie zdał żadnego egzaminu, ponieważ nie ma głowy do studiowania. Ale ma za to charakter". Robert dostał tę pracę.
Nowa uczennica, trzynastoletnia Winifreda, powie­działam mi, że nie cierpi wszystkich przedmiotów i krzy­czała z radości, gdy powiedziałem jej, że może robić dokładnie to, na co ma ochotę.
— Nie musisz chodzić na lekcje, jeżeli nie chcesz — rzekłem.
Dziewczynka zajęła się więc miłym spędzaniem czasu i rzeczywiście dobrze się bawiła — przez kilka tygodni. Potem zauważyłem, że się nudzi.
— Naucz mnie czegoś powiedziała do mnie które­goś dnia. Śmiertelnie się nudzę.
— Zgoda! — odparłem wesoło. — Czego chcesz się nauczyć?
— Nie wiem — odrzekła.
— Ja również nie wiem — odpowiedziałem i odszed­łem.
Minęło parę miesięcy. Dziewczynka przyszła do mnie znowu.
— Mam zamiar zdać egzaminy wstępne do college'u — powiedziała i chcę, abyś mnie uczył.
Każdego przedpołudnia solidnie pracowała ze mną i innymi nauczycielami. Przyznała, że przedmioty nauki nie bardzo ją interesują, ale cel tak. Winifreda odnalazła samą siebie, gdy pozwolono jej na to.
Ciekawe, że wolne dzieci wykazują zainteresowanie matematyką. Znajdują przyjemność w nauce geografii i historii. Wybierają spośród proponowanych im przed­miotów jedynie te, które je interesują. Wolne dzieci spędzają większość czasu, zajmując się czymś innym — wykonywaniem przedmiotów z drewna i metalu, malowaniem, czytaniem beletrystyki, aktorstwem, wcie­laniem w życie swych fantazji, słuchaniem rock and rolla.
Ośmioletni Tom ciągle otwierał moje drzwi i pytał: „A właściwie to co mam teraz robić?" Nikt nie mówił mu, czym ma się zająć.
Sześć miesięcy później, aby znaleźć Toma, trzeba było iść do jego pokoju. Zawsze siedział tam obłożony papie­rami. Spędzał całe godziny na robieniu map. Pewnego razu Summerhill odwiedził profesor Uniwersytetu Wie­deńskiego. Natknął się na Toma i zadał mu wiele pytań. Później przyszedł do mnie i powiedział: „Próbowałem przepytać tego chłopca z geografii, a on mówił o miejs­cach, o których nigdy nie słyszałem".
Muszę jednakże wspomnieć też o naszych porażkach. Piętnastoletnia Szwedka, Barbel, była z nami blisko rok. Przez cały ten czas nie znalazła sobie interesującego ją zajęcia. Przyszła do Summerhill za późno. Przez dziesięć lat jej życia decydowali za nią nauczyciele, więc była już pozbawiona wszelkiej inicjatywy. Nudziła się. Na szczęś­cie była bogata i czekało ją życie damy.
Miałem też dwie Jugosłowianki, siostry w wieku jede­nastu i czternastu lat. Szkoła nie wzbudziła ich zaintere­sowania. Większość czasu spędzały na wygłaszaniu nie­grzecznych uwag pod moim adresem, które tłumaczył mi pewien nieżyczliwy przyjaciel. W przypadku tych dziew­czynek sukces byłby cudem, ponieważ jedynym naszym wspólnym językiem była sztuka i muzyka. Byłem bardzo zadowolony, gdy matka po nie przyjechała.
Z biegiem czasu stwierdziliśmy, że w Summerhill chłopcy, którzy zamierzali zająć się mechaniką, nie trudzili się zdawaniem matury. Szli prosto do ośrodków praktycznej nauki zawodu. Wykazywali oni natomiast skłonności do poznawania świata, nim zabrali się do studiowania. Jeden z takich chłopców opłynął świat jako steward na statku. Dwóch innych uprawiało kawę w Ke­nii. Jeden pojechał do Australii, a któryś do dalekiej Gujany.
Derrick Boyd jest typowym niespokojnym duchem, wyzwolonym przez swobodne kształcenie. Przybył do Summerhill w wieku ośmiu lat, a opuścił szkołę jako osiemnastolatek, po uprzednim zdaniu egzaminów wstę­pnych na uniwersytet. Chciał zostać lekarzem, ale jego ojca nie było w tym czasie stać na opłacenie nauki. Derrick wymyślił więc, że spędzi czas oczekiwania na zwiedzaniu świata. Pojechał do londyńskiego portu i przez dwa dni starał się znaleźć sobie jakąś pracę, choćby palacza. Powiedziano mu, że wśród marynarzy jest zbyt wielu bezrobotnych, więc wrócił smutny do domu.
Wkrótce jednak kolega szkolny powiedział mu o pew­nej angielskiej damie, mieszkającej w Hiszpanii, która poszukuje kierowcy. Derrick skorzystał z tej okazji, pojechał do Hiszpanii, zbudował czy rozbudował owej damie dom, obwiózł ją po całej Europie, a potem poszedł na uniwersytet. Ta dama postanowiła pomóc mu w opła­ceniu studiów. Po dwóch latach poprosiła, aby wziął rok urlopu i zawiózł ją do Kenii, i zbudował jej tam dom. Derrick ukończył studia medyczne w Capetown.
Larry, który przybył do nas jako dwunastolatek, w wieku szesnastu lat zdał egzaminy na uniwersytet i pojechał na Tahiti zajmować się uprawą owoców. Stwierdziwszy, że to marnie płatne zajęcie, został taksów­karzem. Potem powędrował na Nową Zelandię, gdzie, o ile wiem, wykonywał najrozmaitsze prace, łącznie z ponownym prowadzeniem taksówki. Później rozpoczął naukę na uniwersytecie w Brisbane. Jakiś czas temu odwiedził mnie dziekan tamtejszego uniwersytetu i z po­dziwem opowiadał o postępach Larry'ego. „W czasie wakacji, gdy studenci rozjechali się do domów, on poszedł do pracy w tartaku". Larry jest obecnie prak­tykującym lekarzem w Essex.
To prawda, że niektórzy starsi chłopcy nie wykazywali się przedsiębiorczością. Z oczywistych powodów nie mogę tu opisywać ich przypadków. Naszą chlubą są zawsze ci, którzy mieli dobre domy. Rodzice Derricka, Jacka i Larry'ego darzyli szkołę całkowitą sympatią, tak więc ci chłopcy nie przeżywali tego najbardziej męczące­go z konfliktów: kto ma rację, dom czy szkoła?
Amerykanin, Max Bernstein, opublikował swoje ba­dania przeprowadzone wśród byłych wychowanków Summerhill, mieszkających w pobliżu Londynu. Powi­nienem poruszyć temat uczniów, którzy powiedzieli, że nasza szkoła nie dała im wystarczająco wiele. Wśród innych krytycznych uwag Bernsteina były i takie: „Czworo powiedziało, że nie zapewniono im wystar­czającej obrony przed dręczycielami; troje wspomniało o zbyt szybkiej rotacji personelu; jeden stwierdził, że zbyt duży wpływ wywierały na niego inne dzieci, które nieod­powiedzialnie podchodziły do kwestii nauki". Bernstein dodawał: „Te osoby miały tendencję być mniej komuni­katywne, nieśmiałe oraz zamknięte w sobie, i to zarówno przed, jak i po pobycie w Summerhill".
Nie wiedząc, kim oni byli, nie potrafię snuć na ich temat domysłów, na temat ich rodzinnych domów czy ich kondycji psychicznej; nie wiem, którzy przybyli do nas poważnie obciążeni; nie potrafię powiedzieć, jak długo przebywali w naszej szkole. Jednakże mogę usto­sunkować się do ich krytyki.
W placówkach o surowej dyscyplinie chłopiec boi się dokuczać słabszym, ale w wolnej szkole, gdzie nie wisi nad nim groźba kary wymierzonej przez pracowników, niełatwo jest radzić sobie z przypadkami znęcania się nad słabszymi. Większość z dokuczających innym nie grzeszy raczej rozumem. Inteligentny chłopak potrafi się odciąć,
ale osiłek może jedynie posłużyć się pięściami. Wiele razy dochodziłem do przekonania, że chłopcy, którzy sieją postrach wśród mniejszych dzieci, nie powinni być przyj­mowani do naszej szkoły, i za każdym razem nic z tego nie wynikało, głównie dlatego, że nie miałem pojęcia, gdzie mógłbym ich odesłać bez obawy, że będą tam surowo traktowani. Oczywiście jest wiele koedukacyj­nych szkół z internatami, ale nie chcą one przyjmować trudnych dzieci. Robimy, co w naszej mocy, aby ukrócić znęcanie się nad słabszymi, poddając takie czyny osądo­wi na spotkaniach i posiedzeniach trybunału i pokazując tym samym, co opinia publiczna sądzi o tego typu występkach. W kilku najgorszych przypadkach musia­łem takie dokuczliwe dziecko usunąć ze szkoły.
Szybka rotacja kadr nie jest dla młodzieży korzystna. Obecnie sytuacja w tym względzie jest o wiele lepsza, gdyż możemy zapewnić naszym pracownikom godziwe wynagrodzenie, podczas gdy kilka lat temu nauczyciele nie mogli pozwolić sobie na zostanie u nas.
Jednakże twierdzenie jednego z byłych uczniów, że znajdował się pod wpływem innych dzieci, które nieodpowiedzialnie podchodziły do kwestii nauki, mo­że być prawdziwe. Tak, czasami dochodzi do takich sytuacji. Pełne wigoru dziecko, które nie cierpi wszel­kich zajęć lekcyjnych, zwykle z powodu swych poprze­dnich doświadczeń, może odwodzić inne od udziału w lekcjach.
To prowadzi do pytania, na które nigdy nie umiałem odpowiedzieć: czy Summerhill jest lepszą szkołą dla bardziej inteligentnych dzieci? Kiedy myślę o uczniach, którzy przez cały czas w szkole próżnowali (głównie dokuczając innym dzieciom), to zdaję sobie sprawę, że większość z nich przybywała do nas z rodzinnymi ob­ciążeniami. Wielu z nich pochodziło z domów, w których nie darzono ich miłością, z domów rozbitych. Zwykle to niezbyt inteligentne dziecko poddaje się łatwo wpływom
grupy; ci, którzy opuszczają lekcje, są z reguły dziećmi, którym nie wiodło się w nauce i miały świadomość tego, że były gorsze od innych. Mam wrażenie, że ci, z którymi rozmawiał Bernstein, to nieudacznicy, którzy obwiniają szkołę za swój brak wykształcenia.
Wiele lat temu była u nas dziewczynka, która później, po wyjściu za mąż, przyjechała mnie odwiedzić. Narze­kała, że Summerhill zrujnowało jej życie, że nie ma wykształcenia. Zapytałem, co robią teraz inni uczniowie z jej klasy. Dwóch zostało lekarzami, dwóch wykładow­cami, dwóch artystami. Powiedziałem więc: „Dlaczego oni zdobyli wykształcenie w Summerhill, a ty nie?" Nie była przecież tak naprawdę tępa, była bystrą dziewczyną.
Nie przymykamy oczu na dzieci, które odwodzą in­nych od udziału w lekcjach. Czasami ich sprawa jest poruszana na spotkaniu — przez jednego z pracowników lub przez starszego ucznia — gdzie oskarża się ich o łamanie szkolnego prawa, które mówi, że udział w lekcjach musi być dobrowolny. Nikt z pracowników nigdy nie prosi żadnego z wychowanków, aby przy­chodził na zajęcia; ale też żaden z uczniów nie powinien prosić innych o to, aby w tych zajęciach nie uczestniczyli.
Nie chciałbym malować obrazu szkoły w zbyt ciem­nych barwach. Niejeden chłopak nie uczęszczał na lekcje przez dziesięć lat, ale później zaczynał interesować się nauką. Nie sądzę, aby zbyt wielu naszych byłych uczniów uważało się za nieudaczników. Summerhill nie rozwiązuje problemu dziecka, które musi być przepch­nięte przez życie. Pocieszające jest jednak to, że tylko nielicznym naszym wychowankom potrzebny jest taki życiowy start, podczas gdy cały świat pełen jest ludzi, których prowadzi się przez życie od czasu wczesnego dzieciństwa.
Za fakt przemawiający na naszą korzyść Bernstein uznał to, że większość z byłych uczniów ma dobre zdanie o swym wykształceniu. Oto kilka przykładów: ośmioro uważa, że szkoła wyrobiła w nich zdrowe podejście do spraw seksu; siedmioro mówiło, że nie czuło lęku przed władzami (pięcioro w stosunku do nauczycieli w szko­łach, w których następnie pobierali naukę); pięcioro uznało, że szkoła pomogła im w lepszym zrozumieniu swych własnych dzieci i wychowaniu ich w zdrowy sposób; pięcioro uznało, że szkoła pomogła im wyrosnąć z potrzeby ciągłej zabawy i dzięki temu zabrać się za studiowanie czy bardziej poważne zajęcia; troje uznało, że szkoła wyrobiła w nich aktywne zainteresowanie tym, co działo się wokół nich; dwoje uznało, że szkoła po­zwoliła im przebrnąć przez wrogość i inne antyspołeczne uczucia.
Studium Bernsteina o byłych uczniach Summerhill jest dobrą, ale, w pewnym sensie, ograniczoną pracą. Cał­kowicie ignoruje się w niej jeden czynnik — czynnik domu. Wcale mnie nie dziwi krytyczne nastawienie do szkoły niektórych byłych uczniów. Rodzice naszych uczniów dzielili się zawsze na dwie grupy: na tych, którzy wychowali dzieci w poczuciu wolności i pragnęli, by szkoła to poczucie w nich ugruntowała, i na tych, którym nie powiodło się w życiu rodzinnym i myśleli, że Sum­merhill to naprawi.
Summerhill zawsze była miejscem zsyłki dla trudnych dzieci i bardzo często nie uprzedzano nas o tym, że to dzieci stwarzające problemy. Obecnie mamy przynaj­mniej pół tuzina trudnych dzieci, które przybyły do nas jako normalne dzieci, „które nie lubią lekcji".
Na ostatnim spotkaniu Towarzystwa Summerhill je­den z rodziców naszego byłego wychowanka zapytany przez kogoś, dlaczego byli wychowankowie nie przysyła­ją do Summerhill swych dzieci, powiedział: „Brak pienię­dzy nie jest głównym wytłumaczeniem. My przysyłaliśmy tu swoje dzieci, ponieważ uznaliśmy, że nie powiodło nam się z ich wychowaniem, gdyż się do tego nie nadawaliśmy. Natomiast one są teraz rodzicami, którzy tak o sobie nie sądzą; czują, że potrafią wychować swoje dzieci w swobodzie, nawet jeżeli będą musiały uczęszczać do miejscowej szkoły państwowej". Jest w tym sporo prawdy.
Przy okazji każdego wykładu spotykam się z za­rzutem: „Panie Neill, dlaczego nie zainspirował pan nigdy żadnego ze swych byłych uczniów do założenia Summerhill? Ze wszystkich zestawień wynika, że oni się nigdy przeciwko niczemu nie buntowali, nigdy nie brali udziału w marszach protestacyjnych, nigdy nie pode­jmowali pracy społecznej, na przykład w miejscowych władzach itp." Daje się nam w ten sposób do zro­zumienia, że wychowaliśmy mnóstwo samolubnych face­tów. Z umiarkowaną satysfakcją odpowiadam, że przy­najmniej nie wychowaliśmy LBJ czy Reagana.
Wśród pewnych ludzi pokutuje godne ubolewania przeświadczenie, że Summerhill potrafi zdziałać cuda. Oczekuje się od nas, że zmienimy w małych świętych chłopców i dziewczynki, którzy przyszli do nas w wieku dwunastu lat po latach wychowywania ich bez miłości w domu czy szkole. Żadne dziecko nie potrafi prze­skoczyć ograniczeń narzuconych mu przez jego charak­ter i zdolności. Niektórzy z byłych wychowanków uwa­żają, być może, że ponieważ byli w Summerhill, powinno im się powieść w życiu i powinni być lepsi od tych, którzy uczęszczali do konwencjonalnych szkół.
Każda szkoła ma swoje niepowodzenia. Dotychczas wiem tylko o jednym uczniu, który nie umiał utrzymać się w pracy. Mieliśmy sporo chłopców i dziewczynek, którzy w wieku czternastu lat nie potrafili czytać. Nie znam psychologicznego podłoża tego zjawiska. Codzien­nie odbywały się lekcje dla tych, którzy tego chcieli. Jeden uczeń uczestniczy w nich regularnie przez lata i zdaje na końcu egzamin z angielskiego, a tymczasem jego rówieśnik opuszcza lekcje i dobrze się czuje ze swym analfabetyzmem. Dwóch chłopców, którzy opuścili na­szą szkołę w wieku szesnastu lat, ledwo umiejąc czytać i pisać, obecnie, jako pięćdziesięcioletni mężczyźni, mają
dobre zajęcia; nigdy nie traciłem nadziei co do żadnego z opóźnionych w nauce uczniów, ale być może brało się to z przyczyn osobistych — sam w szkole zawsze byłem na końcu klasy.
W pewnych przypadkach można przypuszczać, że przyczyny niepowodzeń uczniów tkwiły w nich samych. Adoptowana dziewczynka, pochłonięta obsesją swego pochodzenia, nie potrafi skupić się na czytaniu czy pisaniu. Syn ambitnego nauczyciela, który pragnie, aby dzieci poszły w jego ślady, ma prawdopodobnie tak silne negatywne nastawienie z obawy, że będzie wyklęty, jeżeli nie zrobi tego, co chce jego ojciec. Inny chłopiec miał ojca, który wiecznie na niego wyrzekał: „Niczego nie potrafisz dobrze zrobić. Ja w twoim wieku..." Chłopiec był przekonany, że niczego nie po­trafi dobrze zrobić, więc po co miałby próbować? Wy­gląda na to, że to głębokie poczucie niższości powstrzy­muje pewne dzieci od zdobycia wiedzy choćby z pod­stawowego zakresu. Rodzice powinni postępować z wiel­ką ostrożnością, aby nigdy nie wywołać w dzieciach przeświadczenia, że są gorsze od innych. Co prawda, w niektórych przypadkach ma to wręcz odwrotny sku­tek: „Ojciec uważa, że jestem tępakiem; pokażę mu, że tak nie jest", ale uważam, że tego typu przypadki należą do rzadkości.
Musimy również brać pod uwagę zdolności. Niektórzy utrzymują, że każdy jest jednakowo zdolny, tak jak niektórzy muzycy utrzymują, że wszyscy są równie mu­zykalni. Nie potrafię w to uwierzyć. Uczniowie, którym myślenie i pojmowanie przychodzi z trudnością, bardzo często należą do uzdolnionych mechaników; w istocie, jeżeli pomyślę o naszych nieudacznikach, którzy nie potrafili czytać, to dochodzę do wniosku, że wszyscy ci chłopcy byli sprawni manualnie i biegli w obrabianiu drewna czy w metaloplastyce. Niektórzy z nich są obec­nie odnoszącymi sukcesy inżynierami.
Rzecz zastanawiająca, że dziewczynki rzadko są niezdolne do opanowania czytania i pisania — a przynaj­mniej tak wynika z naszych doświadczeń w Summerhili. | znowu nie wiem, dlaczego tak się dzieje; być może dlatego, że nie są tak bardzo jak chłopcy zainteresowane śrubkami i gwoździami.
Tyle o niepowodzeniach w zajęciach lekcyjnych. Czy zdarzały nam się również niepowodzenia natury psy­chologicznej? Czy młodociany złodziejaszek kradł da­lej po spędzeniu kilku lat w naszej szkole? Nie, je­żeli przybył do nas wystarczająco wcześnie, to znaczy przed ukończeniem jedenastego roku życia. Czy znę­cający się nad słabszymi czynił to dalej? Niestety, kilku dokuczało słabszym aż do czasu opuszczenia szkoły w wieku piętnastu czy szesnastu lat. Czy dziecko, które przybyło do nas przepełnione nienawiścią, będzie podczas pobytu w Summerhili nadal wszystkiego niena­widzić? Rzadko, jeżeli w ogóle, więc powtarzam to, co mówiłem już niejednokrotnie: wolność jest lekarstwem na większość problemów. Nie potrafi, jak już wspomina­łem poprzednio, całkowicie uleczyć dziecka, które nie zaznało we wczesnym dzieciństwie miłości, ale może uleczyć dzieci, które nabawiły się lęków i nauczyły się nienawiści przez kilka lat surowej dyscypliny w domu i w szkole.
Komu sądzić nasze niepowodzenia? Chłopcu czy dzie­wczynce mogło nie wieść się w szkole, ale jako czterdzies­tolatki odnoszą w życiu sukcesy. Historia pełna jest takich przykładów, lecz w tej chwili przychodzą mi na myśl jedynie Einstein, Conan Doyle, Churchill. Musimy również zadać sobie pytanie, na ile program nauczania jest winny kształcenia naukowych nieudaczników. Ja zawsze jestem optymistą odnośnie do przyszłości moich wychowanków, po części dlatego, że nie jestem zaintere­sowany zrobieniem przez nich karier jako takich; przyje­mność sprawia mi oglądanie, jak nieszczęśliwe, pełne nienawiści i lęków dzieci wyrastają na szczęśliwe, trzy­mające wysoko głowy. Mnie jest wszystko jedno, czy
zostaną profesorami czy hydraulikami, ponieważ uwa­żam, iż bez względu na wykonywaną pracę osiągnęli pewną równowagę i satysfakcję w życiu.
Czy Summerhill wychowała jakiegoś geniusza? Nie, jak na razie żadnych geniuszy; może paru twórców, którzy nie zdobyli jeszcze sławy; kilku świetnych artys­tów; kilku dobrych muzyków; nie wiadomo mi o żadnym wziętym pisarzu; świetnego projektanta mebli i wytwórcę sekretarzyków; kilku aktorów i aktorek; kilku nauko­wców i matematyków, którzy mogą dokonać czegoś oryginalnego.
Jednakże często powtarzałem, że jedno czy dwa poko­lenia wolnych dzieci niewiele udowadnia. Nawet w Sum­merhill niektóre dzieci miały wyrzuty sumienia z powodu niedużego przykładania się do nauki. Nie może być inaczej w świecie, w którym egzaminy są wrotami do niektórych zawodów, a poza tym zawsze znajdzie się jakaś ciotka Maryśka, która zawoła: „Masz jedenaście lat i nie potrafisz dobrze czytać!" Dziecko mgliście wyczuwa, że cały zewnętrzny świat jest przeciwny zaba­wie, ale opowiada się za pracą.
Pocieszające w badaniach Bernsteina jest to, iż wynika z nich, że byli uczniowie mają sprecyzowany stosunek odnośnie do systemu, pro i anty. Często pytałem byłych uczniów Eton i Harrow, ilu z nich kiedykolwiek sprzeci­wiało się systemowi szkół publicznych — najwięcej to cztery procent. Ja lubię tych, którzy się sprzeciwiają, nawet jeżeli występują przeciw dziełu mego życia. Nigdy nie lubiłem przytakiwaczy.
Podsumowując, metoda wychowywania w wolności prawie zawsze sprawdza się w odniesieniu do dzieci poniżej dwunastu lat, natomiast dzieciom powyżej dwu­nastego roku życia zbyt wiele czasu zajmuje otrząśnięcie się ze skutków wychowania drogą systematycznego do­zowania wiedzy. Nie staram się tu bronić Summerhill. Uważam, że obrony nie wymaga, natomiast obiektywnej krytyki tak. Osobiście jestem całkiem zadowolony, wie-dząc, że Summerhill jest jedną z niewielu szkół na świecie, w której dzieci płaczą, gdy muszą ją opuścić; jedną z nielicznych szkół z internatami, w której dzieci chętnie jeżdżą do domów i chętnie wracają po każdych wakacjach. Dla mnie sukces nie oznacza stopni nauko­wych i dobrej pracy i sławy; dla mnie sukces to widzieć, jak dziecko przybywające do nas z twarzą pełną nienawi­ści i lęku po dwóch latach tryska życiem i szczęściem.

Nasi inspektorzy

Wielka Brytania jest krajem największej w świecie wolności. W innym kraju nie mógłbym mieć Summerhill. Gdy pomyślę o ingerencji państw europejskich, wówczas cieszę się, że mieszkam i pracuję w kraju, który zostawia tak wiele swobody prywatnym przedsięwzięciom.
Jednakże Ministerstwo Edukacji, a obecnie Depar­tament Edukacji i Nauki (DEN), sprawuje kontrolę nad wszystkimi szkołami. Wszystkie szkoły, publiczne i pry­watne, są wizytowane przez inspektorów Jej Królewskiej Mości (IJKM). Pierwszą dużą inspekcję mieliśmy w Summerhill w 1939 roku. Potem po dziesięcioletniej przerwie nastąpiła kolejna inspekcja, po której został sporządzony stosowny raport.
Z jednym wyjątkiem Summerhill nigdy nie była wizy­towana przez IJKM, którzy rozumieliby założenia n
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Nowa Summerhill - A.S. Neill
« Reply #4 on: (Sat) 15.03.2014, 23:35:10 »
CZĘŚĆ DRUGA

Dzieciństwo szkockiego chłopca


Młodemu pokoleniu niełatwo wyobrazić sobie, jak wyglądało życie na wsi pod koniec ubiegłego stulecia. Dzisiaj każdy wiejski chłopak ma dostęp do kina; ma lub może słuchać radia; ogląda telewizję i widuje przejeż­dżające przez wioskę ciężarówki, furgonetki i autobusy.
W czasach mojego dzieciństwa życie płynęło powoli, w kabrioletach i na rowerach. Raz do roku mieliśmy szkolny piknik. To była kapitalna impreza. Jechaliśmy na chłopskich furmankach i wieśniacy całe noce spędzali na polerowaniu uprzęży i szczotkowaniu swych koni. Ze wszystkich dni w roku, ten jeden był niczym dzień wniebowstąpienia; następny dzień był czarny niczym najgłębsze piekielne czeluści. Dzień po szkolnym pikniku niezmiennie był dla mnie dniem rozpaczy, w którym często szlochałem z jawnego nieszczęścia. Wspaniałości odeszły i nigdy już nie powrócą.
W pozostałe 364 dni roku nic się w Kingsmuir nie działo. Tę monotonię życia przerywały jedynie sporady­czne śluby czy pogrzeby. Oba wydarzenia były mile widziane, ale preferowaliśmy śluby. Często były to wy­muszone ceremonie; jak to mówią, para młoda „po­dzieliła ślubny tort jeszcze przed weselem".
Śmierć nie była mi obca. Nieraz byłem na pogrzebie małych członków rodziny i znałem, co to smutek i łzy a także ulgę po złożeniu ciała w grobie. Nim ukończyłem
dziesięć lat, musiałem brać udział w trzech pogrzebach. Moja matka miała trzynaścioro dzieci, łącznie z tym, które urodziło się martwe. Wiele lat później, gdy kryty­kowaliśmy ją za urodzenie tak wielu dzieci, ona nie­zmiennie powtarzała nam, że taka była wola Boga i gniewała się, gdy moja siostra Clunie mówiła: „To wszystko bardzo dobrze, ale nie miałaś prawa rodzić mnie w jedenaście miesięcy po Allie; a jeżeli nazywasz to wolą Boga, to jego też winą jest moje słabe zdrowie".
Podobnie jak większość dzieci, nie zdawaliśmy sobie sprawy ze zmian pór roku. Mgliście pamiętam zimy, które zdawały się bardziej śnieżne od obecnych, kiedy ślizgaliśmy się na drogach, jeżdżąc na łyżwach niezdarnie niczym żaby. Czasami, gdy mróz bardziej schwycił, próbowaliśmy ślizgać się na miejscowym stawie, ale nigdy nie szło nam to za dobrze. Po części były temu winne nasze łyżwy, tak stępione od jeżdżenia po kolei­nach, że nie chciały trzymać się lodu.
Nasze zabawy zmieniały się wraz z porami roku: gdy marcowe wichry goniły na drogach tumany kurzu, grali­śmy w kulki, późną wiosną bawiliśmy się bączkami. Wszyscy mieliśmy kulki i bączki, a także żelazne obręcze, które nazywaliśmy „girds", ale nigdy nie wiedziałem, skąd je braliśmy. Kulki w sklepach były bardzo drogie — dziesięć kosztowało pensa — a mimo to, gdy zaczynał się sezon na grę w kulki, biedni, obdarci chłopcy pojawiali się nagle z kieszeniami pełnymi tych cacek. Byłem słaby w grach zespołowych i gdy dzieliliśmy się na drużyny do gry w piłkę, mnie zawsze, ku mojej hańbie, wybierano na końcu. Nie przypominam sobie jednak, abym kiedykol­wiek uważał sportowców za wzór godny naśladowania.
Dla nas wiosna — przede wszystkim — oznaczała tumany kurzu niesione marcowymi wiatrami, a później radość z plądrowania ptasich gniazd. Każdy z nas miał kolekcję jajek, ale nigdy nie omieszkaliśmy złupić napot­kane gniazdo, bez względu na to, ile już posiadaliśmy jaj danego rodzaju. Owe poszukiwania gniazd były podniecającym zajęciem, ponieważ, wiodło nas na zaka­zane tereny, gdzie królował nieokrzesany gajowy, które­go głos budził w nas paniczny strach. Nadal jeszcze zamieram ze strachu na wspomnienie głosu, który usły­szałem, gdy szykowałem się do wspinania na drzewo: „Co, do diabła, tam robisz?" Wszyscy słyszeliśmy opo­wieści o gajowych bijących chłopców, ale te historie musiały być chyba wyssane z palca, ponieważ ten czło­wiek nigdy nas nie dotknął. Jako bojaźliwy chłopak często musiałem stać na straży; to było gorsze niż samo uczestniczenie w wypadach.
Dzień egzaminów był ostatnim dniem szkoły, a dla nas był jednym z najpogodniejszych dni w roku. Stanowił on preludium do tygodni wolności, w czasie których całymi dniami mogliśmy łapać drobne rybki w Back Ditch lub zapuszczać się dalej, nad Vinney, gdzie próbowaliśmy łowić rękoma pstrągi — ale nigdy żadnego nie złapaliś­my. Nigdy też nie próbowaliśmy użyć linki i haczyka, bez wątpienia dlatego, że były zbyt drogie.
Wiele lat temu, gdy jako student przejeżdżałem na rowerze przez Vinney, zobaczyłem z mostu swego młod­szego brata, Percy'ego, z wędziskiem w dłoni. Zapyta­łem, jak długo tam już stał.
— Dwie godziny — odparł — i nawet nie skubnęło.
— Pokażę ci, jak łowić ryby — powiedziałem z całą wyższością starszego brata i zarzuciłem wędkę. Pstrąg rzucił się na haczyk, a ja błyskawicznym ruchem wyciąg­nąłem go z wody.
— Tak się łowi ryby — powiedziałem i zostawiłem go.
To była jedyna ryba, jaką złapałem w swym życiu, ale
jestem pewny, że do samej śmierci Percy uważał mnie za doświadczonego wędkarza.
Późnym latem również narażaliśmy się gajowemu, chodząc na maliny. W tym wypadku mieliśmy poparcie naszych rodziców. Dla mojej matki zrobienie możliwie jak największej ilości malinowego dżemu było koniecz­nością z ekonomicznego punktu widzenia, a w lasach były również jagody. Miejscowy dziedzic zabronił zbiera­nia jagód; na poparcie swej decyzji miał to, że zbieracze płoszyli bażanty i przepiórki.
Moja matka w czasie sezonu na jagody harowała jak wół. Rondel do smażenia powideł rzadko znikał z ognia, a my uwielbialiśmy unoszący się z niego rozkoszny zapach. Matka była naprawdę cudowną gospodynią; nawet teraz nie mogę pojąć, jak udawało jej się zawsze zrobić dokładnie tyle dżemu, aby starczyło nam na całą zimę. Była dumna ze swej umiejętności robienia dżemu, szczególnie że była jedyną kobietą we wsi, która potrafiła zrobić gęsty dżem truskawkowy. Pranie i prasowanie satysfakcjonowało ją w równym stopniu. Zamęczała się przy balii i desce do prasowania, używając żelazka na węgiel. Obawiam się, że to od tamtego czasu, z uwagi na czystość bielizny wypranej przez matkę, zawsze uważa­łem, że w większości pralni gorzej piorą.
Gdy byłem chłopcem, moja matka cierpiała na stra­szliwe bóle — często trudne do zniesienia — z powodu kamieni żółciowych, ale nigdy nie czyniła ze swej choro­by wymówki dla zaniedbania swych prac domowych. Myślę, że szczególnie dumna z siebie była w niedzielny ranek, gdy stała w furtce i przyglądała się naszemu wymarszowi do kościoła: ojciec w swym cylindrze i wy- krochmalonej koszuli; chłopcy w swych dokładnie wy­czyszczonych ubraniach; dziewczynki w starannie wy­prasowanych sukienkach. Matka zrobiła się bardzo oty­ła i rzadko sama chodziła do miasteczka, robiła to jedynie przy szczególnych okazjach, takich jak dni świą­teczne.
Dla nas, dzieci, niedziele zawsze wydawały się przy­gnębiające, wbijano nas wówczas w odświętne ubrania z nakrochmalonymi kołnierzykami i mankietami. Byliś­my przyzwyczajeni do kołnierzyków, ponieważ matka była dumna z tego, że jej chłopcy nosili prawdziwe sztywne kołnierzyki nawet w ciągu tygodnia. Nie cier­pieliśmy tych wszystkich przygotowań związanych z wyj-
ściem do kościoła. Szarpaliśmy się z niezgrabnymi spin­kami do mankietów, musieliśmy spokojnie stać, gdy wcierano nam olej we włosy. Strojono nas, a nie mieliśmy dokąd w tych swoich odświętnych strojach chodzić — przynajmniej nie tam, gdzie mieliśmy ochotę. Wiedzieliś­my, że czeka nas półtorej godziny sakramenckiej nudy, siedzenia prosto na twardej ławce —jedynie bogaci mieli ławki wyściełane — słuchania nudnych psalmów i hym­nów, i równie wlokących się bez końca kazań dr. Caie.
Za czasów mojego dzieciństwa religią panującą w Szkocji był zmodyfikowany kalwinizm. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek mnie uczono, że doktryna predes- tynacji na zawsze podzieliła ludzi na dobrych i złych, a sami w ogóle nie mieliśmy w tym względzie nic do powiedzenia. Nie, mieliśmy wolną wolę. Mogliśmy wy­brać pomiędzy niebem a piekłem, ale do nieba trafiało się jedynie poprzez modlitwę do Boga lub Jezusa, i to po otrzymaniu rozgrzeszenia. Droga do piekła była łatwiej­sza. Wystarczyło jedynie być grzesznikiem, aby się tam dostać.
Swój emocjonalny stosunek do religii wyniosłem z do­mu, nie z kościoła. Teraz myślę, że to babcia była tą, która dbała o odpowiedni poziom religijności naszych rodziców. Dla niej wszystko było takie proste. Skoro słowa Boga były natchnieniem — prawdziwe od pierw­szego do ostatniego — to wystarczyło jedynie wierzyć, by trafić do nieba. Matka i ojciec trzymali się tej religii, dopóki, z wiekiem, nie złagodnieli. Potem na wiele lat ją porzucili, znajdując w końcu ukojenie w spirytualizmie.
Nie uczono nas religii jako takiej; ona była wszędzie wokół nas, w powietrzu unosiła się negacja życia. Mój ojciec odmawiał przed każdym posiłkiem modlitwę, ale tylko w obecności naszej matki. To ona robiła przerwę po nalaniu nam wszystkim zupy. „Teraz, George" — mówiła, a on dziękował Bogu za jego łaskawość. Nadal słyszę, jak zmieniał jej się głos, gdy mówiła: „Teraz, George". Przypominał mi głos prezentera BBC, który po
pogodnym zrelacjonowaniu powodzi w Chinach nagle ściszał swój głos, by oznajmić: „Z wielkim żalem zawia­damiamy o śmierci..."
Niedziela była dniem świętym; można było wykony- | wać tylko niezbędne prace. Nasze lektury były cen- ' zurowane i musieliśmy czytać tanie kryminały pod osło- i ną okładki „dobrej" książki. Babcia, ze swym czułym na szachrajstwo nosem, czasami nas przyłapywała. Wszyst­kie gry stanowiły tabu; nasze spacery nie były wielką • przyjemnością. Wiejscy chłopcy kopali na drodze puszki, J ale nawet owi poganie nie rozgrywali meczów prawdziwą ; piłką.
Znaliśmy dokładnie kamienie milowe znaczące szero- 5 ką drogę „wiodącą na stracenie". To był seks, kradzież, kłamstwo, przeklinanie i profanacja dnia świętego. (Za tym ostatnim kryły się niemal wszystkie przyjemności). 1 Nie pamiętam, aby takie cnoty jak posłuszeństwo i da­rzenie szacunkiem były kamieniami milowymi na drugiej drodze prostej i wąskiej ścieżce „wiodącej do życia wiecznego". Nieposłuszeństwo nie wchodziło w naszym i wypadku w grę; byliśmy zbyt dobrze wyćwiczeni, aby próbować nieposłuszeństwa.
Moja siostra Clunie była mniej bojaźliwa i słabiej wierząca ode mnie. Za żadną cenę nie chciała zaakcep­tować istnienia piekła; a gdy odrzuciła Boga i jego niebiosa, to naprawdę bałem się, że padnie na miejscu trupem. Mój strach był spowodowany ponurą opowieś­cią ze Skróconego katechizmu babci o pokojówce oskar­żonej o kradzież srebrnej łyżeczki. „Niech Bóg sprawi, abym padła trupem na miejscu, jeżeli to ja ukradłam tę łyżeczkę!", zawołała owa pokojówka i oczywiście padła trupem na miejscu przy wtórze brzęku uderzającej o pod­łogę srebrnej łyżeczki. Przypominałem tę historię nieraz ateistycznej Clunie, ale ona tylko śmiała się ze mnie lekceważąco.

Moja babcia była medium. Nie była jednak obdarzona, zdolnościami jasnowidzenia, tak często wspominanymi
w słyszanych w dzieciństwie szkockich opowieściach. Jedna z nich mówiła o Starym Tamsonie, który dotknął ramienia pani Broon w kościele i szepnął: „Lepiej idź do domu, bo twój chłop właśnie skręcił sobie kark". Pani Broon pojechała do oddalonego o siedem mil domu, gdzie istotnie miało miejsce takie nieszczęśliwe wydarze­nie. W dzieciństwie opowiadano wiele podobnych his­torii, ale zawsze były to opowieści typu „Znam człowie­ka, który słyszał o tym od pewnego człowieka". Nie, babcia zadowalała się bardziej naturalnym zjawiskiem; jej specjalnością były pukania. „Ja już długo nie pożyję — mawiała, schodząc rano na dół ze swego pokoju bardzo, bardzo przygnębiona. — Słyszałam trzy ostrzegawcze puknięcia głośno i wyraźnie. Stwórca mnie wzywa", ł szła ponownie na górę, aby przygotować swą trumien­ną bieliznę. Oczywiście, przyzwyczailiśmy się do jej przeczuć, jednakże mieliśmy pewne wyrzuty sumienia, gdy w końcu umarła po usłyszeniu tych swoich puknięć.
Jako chłopiec rzadko czytywałem książki. Nie pamię­tam, aby mój brat Neilie czytywał więcej niż inni. Każda książka, którą przeczytałem, była mi polecana przez mego brata Willie lub moją siostrę Clunie. Willie czytał wszyst­ko, co wpadło mu w ręce, i już w młodości miał wyrobiony świetny gust. Clunie także „pożerała" książki i, choć młodsza ode mnie o rok, już czytała Dickensa, Tha- ckeraya i Jane Eyre, podczas gdy ja nie wzbiłem się ponad poziom tanich kryminałów. To dzięki nim odkryłem H.G. Wellsa, W.W. Jacobsa, Anthony'ego Hope'a — Więzień Zendy zachwycił mnie — i Ridera Haggarda. Po przeczytaniu Ona wiedziałem, że moja przyszłość wiedzie do centralnej Afryki. Czytałem również Marie Corelli. Clunie i ja byliśmy zgodni, że była ona najwięk­szym pisarzem wszech czasów; wspólnie napisaliśmy do niej list o takiej właśnie treści. Gdyby tylko przysłała nam swój autograf, hołubilibyśmy ją aż do samej śmierci. Nigdy nie odpowiedziała na nasz list i wkrótce zrobiliśmy się bardziej krytyczni wobec jej literackich dokonań.
Obecnie, gdy otrzymuję listy mówiące, że jestem naj­większym z żyjących ludzi, zawsze na nie odpowiadam, obłudnie zaprzeczając komplementowi, ale życząc na­dawcy szczęścia na przyszłość. Marie Corelli straciła dwoje prawdziwych wielbicieli, nie odpowiadając na ich list; ja mam ich tak niewielu, że nie mogę sobie pozwolić na stratę choćby jednego. Jeżeli jakiś młodzieniec myśli, że jestem większy niż Szekspir i Shaw razem wzięci, to zaprzeczanie temu byłoby szczytem nieuprzejmości z mojej strony. Bohaterowie z czasów mojej młodości często mnie zawodzili, ale być może obierałem złą tak­tykę. Jestem pewny, że otrzymałbym odpowiedź, gdy­bym napisał: „Droga Pani Corelli, nie może pani pisać dla głupków; pani bohaterowie to faceci bez życia, a pani filozofia jest błędna".
Mój ojciec nie troszczył się zbytnio o mnie, gdy byłem dzieckiem. Często bywał wobec mnie srogi, a ja nabawi­łem się wobec niego wyraźnego lęku, lęku, którego nawet jako mężczyzna nie potrafiłem całkowicie przezwyciężyć. Dziś rozumiem, że mój ojciec po prostu nie lubił żadnych dzieci; choć był wiejskim nauczycielem, nie miał z nimi prawdziwego kontaktu. Zachwycał się chłopcami, którzy uczyli się lepiej od innych; a ponieważ ja nigdy nie okazywałem zainteresowania lekcjami i nie potrafiłem się ich nauczyć, nie było nadziei, abym mógł zdobyć jego zainteresowanie czy uczucie.
Szkoła ojca znajdowała się po jednej stronie drogi, a nasze mieszkanie, w budynku należącym do szkoły, po drugiej stronie. W domu był salon, jadalnia, kuchnia i pięć sypialni. Toaleta znajdowała się w wychodku usytuowanym daleko w ogrodzie. Aby dostać się do szkoły, musiałem tylko przejść na drugą stronę drogi, ale moi bracia uczęszczali do Forfar Academy i musieli chodzić dwie mile każdego ranka i wieczora.
Forfar Academy była wstępem do uniwersyteckiego wykształcenia. Dla mojego ojca awans w życiu oznaczał awans na kolejne szczeble edukacyjnej drabiny. Mieliś-
my być ludźmi wykształconymi, i Willie wskazywał nam drogę. W akademii był najlepszy z większości przed­miotów. Bez wyraźnego wysiłku udało mu się w wieku szesnastu lat pójść na uniwersytet. Jego metoda uczenia się polegała na tym, że przez trzy noce przed egzaminem siedział z mokrym ręcznikiem na głowie i wkuwał; miał fantastyczną pamięć.
Kiedy przyszła moja kolej wstąpienia do akademii, nie posłano mnie. Byłem jedyny w mojej rodzinie, który nigdy nie był w akademii. Smutną prawdą jest to, że niepotrzebne i beznadziejne byłoby posyłanie mnie tam, ponieważ nie potrafiłem się uczyć. Mój ojciec nadal nie bardzo się o mnie troszczył i nic dziwnego: byłem najwyraźniej towarem pośledniejszego gatunku, nie pa­sującym do tradycji akademickich sukcesów; automaty­cznie zaakceptowałem swój niższy status. Jeżeli boche­nek miał szczególnie twardą i nieapetyczną piętkę, to mój ojciec odcinał ją zamaszystym ruchem; drugim zamaszy­stym ruchem pchał ją po stole w moją stronę, mówiąc: „Dla Allie'ego to wystarczy".
Szkoła mojego ojca była dwupokojowym budynkiem podzielonym na „duży" i „mały" pokój. W zasadzie była to szczęśliwa szkoła. Czasami ojciec uciekał się do pomocy rzemienia, szczególnie wówczas, gdy wyprowa­dzały go z równowagi nieuki, jako że pensja mojego ojca zależała od liczby uczniów, którzy pomyślnie przeszli test dla klas piątych. W miarę jak zbliżał się dzień inspekcji, mój ojciec denerwował się coraz bardziej, uderzenia rzemienia stawały się coraz częstsze i mocniejsze.
Nie można było posądzić go o faworyzowanie kogo­kolwiek; karał członków swej rodziny równie surowo jak innych, a ja obrywałem nawet więcej od innych, gdy rzemień szedł w ruch za hałasowanie czy psoty: jako Neill winienem był trzymać się z dala od niegrzecznych chłopców.
Około czternastego roku życia zacząłem przodować jako żartowniś i mgliście jeszcze pamiętam, z jaką łat-
wością rozśmieszałem swych szkolnych kolegów. Poziom naszych żartów nie był zbyt wysoki; na geografii wymie­nienie nazwy rzeki Po — „po" w uczniowskim slangu znaczyło toaleta — wystarczało, abyśmy chichotali przez całą lekcję.
Za wszelkie przewinienia o zabarwieniu seksualnym mój ojciec karał bardzo surowo. Pamiętam, jak dał Jockowi Rossowi sześć razów pasem na wyciągniętą na ławce rękę za to, że specjalnie upuszczał swój rysik, aby mieć okazję do wsadzenia ręki pod spódniczkę dziewczynki.
W owym czasie bardzo bałem się swego ojca. Miał paskudny zwyczaj chwytania mnie za policzek i szczypa­nia mocno. Często szczypał mnie boleśnie w ramię. Musiało być wówczas we mnie coś nie budzącego sym­patii, ponieważ innych członków naszej rodziny trak­tował bardziej sprawiedliwie. Byłem niezdarny, a nie­zgrabny wygląd również działał na moją niekorzyść. Dzięki odstającym uszom zarobiłem przezwisko Uszol, a moje stopy urosły w szybkim tempie do rozmiarów, jakie mają obecnie. Bardzo wstydziłem się moich wiel­kich butów. Przy chodzeniu stawiałem palce do środka i człapałem, a te wielkie buty uderzały jeden o drugi, czasami o siebie zawadzając. Z całą pewnością nie byłem upragnionym synem dla ojca, który marzył o akademic­kich stopniach dla członków swej rodziny.
Willie i moja druga siostra, May, pomyślnie się roz­wijali, po prostu dlatego, że poszli swymi własnymi drogami, podczas gdy my nieśmiali, bojący się kary robiliśmy, co nam kazano. Ja byłem uosobieniem po­słuszeństwa, jednakże na dłuższą metę obracało się to przeciwko mnie. To posłuszeństwo sprawiało, że ślęcza­łem nad Gramatyką Allena, jednakże coś musiało się we mnie buntować przeciwko tej biernej postawie, ponieważ nie mogłem się niczego nauczyć.
Wiem, że moje uzdolnienia do zawodu nauczyciela wywodzą się z obserwacji metod pracy mojego ojca.
Ojciec z pewnością miał talent do kształcenia swych uczniów. Na długo przed pojawieniem się nowoczesnych metod nauczania geografii, on pytał dlaczego... Dlaczego Glasgow znajduje się tam, gdzie jest? Dlaczego Londyn nazywa się Londyn? Czy na zachodnim wybrzeżu Szkocji pada więcej niż na wschodnim?
Miał w zwyczaju prowadzić zajęcia zwane inteligencją. Ustawialiśmy się w półkole, a jeżeli któreś ze stojących na szczycie półkola dzieci nie znało odpowiedzi, na jego miejsce stawało to, które ją znało. Jego metoda z pew­nością wzbogacała nasze słownictwo. Ojciec dał nam również solidne przygotownie gramatyczne, tak że jesz­cze dziś doznaję lekkiego wstrząsu, gdy słyszę, jak ktoś mówi: ,,On rozmawiał z Jimem i ja" czy „Te rodzaj rzeczy są bezużyteczne". Ucząc nas łaciny, pokazał, jak pomaga ona w opanowaniu poprawnej pisowni; wiedzie­liśmy, że „committee" ma dwa „m", ponieważ pochodzi od „eon" („with") i „mitto" („I send"). To jest wszyst­ko, co wyniosłem z łaciny. Właśnie zaczynałem znaj­dować przyjemność w czytaniu Wergiliusza, gdy zdałem egzamin i nigdy już potem nie otworzyłem podręcznika do łaciny.
Na tym polega cały bezsens uczenia się poszczegól­nych przedmiotów. Całe lata ślęczy się nad gramatyką, która wyparowuje z głowy, jeżeli nie wstąpi się na uniwersytet.
Mój brak postępów w nauce łaciny gniewał ojca, ale niezdolność do nauczenia się na pamięć choćby dwóch linijek psalmu przysparzała mej matce więcej smutku niż gniewu. Gniewało ją natomiast moje zapominanie pole­ceń, gdy wysyłano mnie do miasteczka. Ponieważ byłem jedynym, który nie uczęszczał do akademii, do moich porannych obowiązków należało chodzenie po sprawu­nki do Forfar, wraz z grupką dzieci idących do akademii. „Jesteś pewny, że spamiętasz tę listę? — pytała matka. — Funt boczku i kość szpikowa, dwa funty cukru, musztar­da i butelka octu".A zatem wędrowałem do miasta w swych dużych butach. Ale po dotarciu do East Port zupełnie zapomina­łem o tym, co było na liście. Czasami próbowałem domyślić się, ale przyniesienie do domu cukru, gdy posłano mnie po sól, było zbyt bolesne, i wolałem uciekać się do marnych kłamstw, mówiąc, że w Low i Lindsay zabrakło właśnie cukru. Potem dawano mi kartkę z zakupami, choć czasami zdarzało się, że nawet ją gubiłem.

Praca za młodu

Jako chłopiec darzyłem mą matkę głęboką miłością kochałem ją za bardzo — ale w owym czasie nie potrafiłem kochać swego ojca. Był zbyt surowy, za­chowywał w stosunku do mnie zbyt wielki dystans. Zwykł nam stawiać za wzór wątłego, małego faceta w okularkach, który nigdy nie bawił się, ale był bardzo pilnym uczniem i płakał, jeżeli nie był najlepszy w klasie. Nie cierpieliśmy tego faceta; został bagażowym na kolei.
Wiele lat później pokochałem ojca. Dawno już po­rzucił ambicje względem nas i akceptował nas takimi, jakimi byliśmy. Ale w czasach, o których mówię, ojciec trzymał się od nas, chłopców, z daleka i nigdy nie rozmawiał z nami o swym dzieciństwie. Dopiero tuż przed śmiercią, w wieku osiemdziesięciu czterech lat, opowiedział mi o swej pierwszej wielkiej tragedii, śmierci matki na cholerę, gdy był jeszcze chłopcem. „Płakałem całymi tygodniami" — powiedział, i obu nam napłynęły do oczu łzy.
Nie wiem, dlaczego był tak spięty i nieszczęśliwy w młodości. Prawdą jest, że starał się, jak mógł, aby jego rodzinie, pomimo skromnych środków, niczego nie brakowało. Jednakże jestem przekonany, że warunki ekonomiczne nigdy w istotny sposób nie wpływają na zasadniczą postawę człowieka. Sądzę, że nikt nie popeł­nia samobójstwa z powodu straty fortuny, powodu, który często podają gazety. Wielu ludzi zbyt późno dochodzi do pieniędzy, aby mogły one mieć dla nich zasadnicze znaczenie. Młodszy brat mego ojca, który nigdy nie miał grosza przy duszy, był bardzo pogodnym
człowiekiem. Pesymizm ojca musiał wypływać z jego głębokiego lęku przed życiem i niesionymi przez nie rozczarowaniami. Ale nie wiadomo, jak nabawił się owych lęków. Z pewnością jego ambicje wobec nas miały swe źródło w jego własnych nie spełnionych ambicjach.
Gdy miałem czternaście lat, ojciec postanowił mnie i Neilie'ego posłać do pracy. Mój brat nie radził sobie zbyt dobrze w akademii, a ja niczego nie nauczyłem się w Kingsmuir School. Gdy ojciec zapytał nas, kim chcieli­byśmy w życiu być, Neilie odparł: „Hodowcą owiec", a ja powiedziałem: „Maszynistą". „Uch — powiedział ojciec z niesmakiem — obaj pójdziecie pracować do biura".
Neilie dostał pracę urzędnika w oddalonym o cztery mile Leith; trzy miesiące później otrzymałem odpowiedź na jeden z wielu moich listów wysłanych po przeczytaniu ogłoszeń w „Scotsmanie". W owym czasie dobrze sobie radziłem z pismem odręcznym, a swoje podania staran­nie kaligrafowałem.
W liście, będącym odpowiedzią na moje podanie, informowano mnie, że zostałem przyjęty na najniższego rangą urzędnika w biurze W. & B. Cowan, Ltd., wytwó­rni gazomierzy w Edynburgu. Przyjąłem tę wiadomość z mieszanymi uczuciami.
Przyjęcie tej posady oznaczało nie tylko uwolnienie się na zawsze od nauki łacińskiej gramatyki, ale również wiązało się z porzuceniem zabawy, plądrowania ptasich gniazd i łapania ryb. Pomimo to dość śmiało podjąłem wyzwanie rzucone mi przez los. Miałem zamieszkać z Neilie'em w Leith. Brat zarabiał piętnaście szylingów tygodniowo, a ja miałem zarabiać sześć.
Praca w W.&B. Cowan była dla mnie jednym pasmem cierpień. Nie pracowałem w głównym biurze, ale w ciem­nej, potwornie śmierdzącej norze, która znajdowała się na terenie hali fabrycznej. Przebywałem tam w smrodzie cyny do lutowania, farby i gazu. Najszczęśliwszymi chwilami były te, gdy posyłano mnie, abym odszukał
kogoś na terenie zakładu. Wałęsałem się wśród robot­ników, a potem, po powrocie do biura, wysłuchiwałem ciskanych pod moim adresem wyzwisk.
Neilie stracił pracę. Okazała się zbyt trudna dla szes­nastoletniego chłopca, więc wrócił do domu i zostawił mnie samego. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłem uczucia tęsknoty za domem. Pisywałem pełne przygnę­bienia listy do rodziny, aż w końcu matka przyjechała do mnie na dwa dni w odwiedziny. Przylgnąłem do niej, płacząc rzewnymi łzami, i błagałem ją, aby zabrała mnie do domu. Powiedziała, że to niemożliwe. Po jej odjeździe moja tęsknota za domem stała się wprost nie do znie­sienia.
Po trzymiesięcznym pobycie w Edynburgu pozwolono mi, z okazji Nowego Roku, pojechać na cztery dni do domu. Po siedmiu miesiącach pozwolono mi na stałe wrócić do domu. Nadal mam w pamięci uczucie za­kłopotania z powodu tego powrotu do domu i wstydu, że nie potrafiłem znieść swej rozłąki z rodziną. Czerwieniliś­my się z Neilie'em, gdy któryś z farmerów zauważał w towarzystwie: „Te chłopaki Neilla to się przy niczym nie utrzymają".
Dlaczego zabrano mnie do domu? Nie wiem. Bez wątpienia rodzice byli już zmęczeni moimi rozpaczliwy­mi listami, chociaż ich decyzja mogła być spowodowana również czymś innym. Napisałem do mego ojca, że w wytwórni Cowan mam marne widoki na awans i że miałbym o wiele większe szanse na lepszą przyszłość, gdybym wrócił do domu i zabrał się ostro do nauki przygotowującej do pracy na państwowej posadzie. Po piekle, które przeżyłem w Edynburgu, ślęczenie nad książkami przez cały dzień w Kingsmuir wydawało mi się rajem. I myślę, że szczerze wierzyłem, iż gdy tylko znajdę się w domu, będę się uczyć cały dzień.
Neilie i ja ponownie zabraliśmy się do nauki przygoto­wującej do służby państwowej — co w owym czasie oznaczało urzędnika. Ale historia lubi się powtarzać; nie potrafiliśmy się skoncentrować. Jednego wieczoru ojciec w rozpaczy rzucił w nas podręcznikami i powiedział, że daje za wygraną. „Oni do niczego się nie nadają, Mary".
Aptekarz Johnston potrzebował ucznia i mój ojciec uzgodnił, że od następnego poniedziałku rozpocznę u niego pracę. Jednakże w ciągu tygodnia inna z miejs­cowych firm dała ogłoszenie o poszukiwaniu ucznia — Anderson & Sturrock, tekstylia — i plany mojego ojca uległy nagłej zmianie: Neilie miał zostać aptekarzem, a ja właścicielem sklepu z tekstyliami. W poniedziałek, skoro świt, wyruszyliśmy do Forfar, by podjąć nową pracę.
Nie cierpiałem pracy w składzie z tekstyliami. Byłem na nogach od siódmej trzydzieści rano do ósmej wieczo­rem, a potem musiałem jeszcze iść dwie mile do domu. Ponieważ nosiłem ciężkie buty, dostałem zapalenia sta­wów dużych palców u nóg i stopniowo mi one zesztyw­niały, co pozostało mi do dnia dzisiejszego. Stan moich palców pogorszył się na tyle, że musiałem porzucić tę pracę. Uczyniłem to z przyjemnością, przysięgając memu ojcu, że teraz nabrałem już rozumu i będę harował jak wół do egzaminów na urzędnika państwowego. Biedny Neilie nie miał wymówki, by porzucić terminowanie u aptekarza; i przez cztery długie lata chodził tam, nie cierpiąc tego zajęcia.
Ponownie pojawił się stary problem. Moja koncentra­cja nie była lepsza niż przedtem i po raz trzeci przy­prawiłem mego ojca o rozpacz. Powiedział, że tym razem naprawdę się poddaje, a ja patrzyłem ponuro w przy­szłość, widząc siebie jako nie-nadającego-się-do-niczego włóczęgę i zastanawiając się, czy nadałbym się chociaż na zwykłego oracza.
— Ten chłopak jest po prostu beznadziejny — stwier­dził ojciec z przygnębieniem.
— Może mógłby zostać nauczycielem — zaryzykowa­ła matka.
— To chyba jedyne, do czego się nadaje — powiedział ponuro ojciec i nie uśmiechnął się.
Kiedy ojciec poddał się, do akcji wkroczyła matka. Zauważyła, że żaden inny nauczyciel nie ma tylu zajęć co on, i „Doprawdy, George, potrzebny ci nauczyciel młod­szych klas". Wiem, że ojciec nie był zadowolony z tego pomysłu, ale w jakiś sposób udało jej się nakłonić go, aby omówił tę sprawę z urzędnikiem szkolnego inspektoratu; i po pewnym czasie zostałem przyjęty na stanowisko NP, nauczyciela praktykanta, w szkole w Kingsmuir. Tam praktykowałem naukę zawodu przez cztery lata.
Z trudem przypominam sobie dni spędzone w szkole, ale chyba musiałem zastępować ojca, ponieważ pamiętam, jak uczyłem małych chłopców i dziewczynki czytania metodą patrz-i-mów. Stwierdziłem, że najlepszą metodą nauczenia się czegokolwiek jest uczenie tego, i wkrótce potrafiłem wymienić niemal każde miasto, przylądek i rze­kę na całym świecie, podobnie jak towary eksportowane do Peru czy importowane z Chin. Myślę, że dobrze nauczyłem się swego zawodu, ponieważ naśladowałem swego ojca, a on był dobrym nauczycielem — dobrym, ponieważ potrafił bardziej wyciągać niż wbijać do głowy.
Obecnie nie pamiętam już nic z tamtego okresu, chociaż na zdjęciach stoję sztywno w bardzo wysokim kołnierzu pośród uczniów. Z perspektywy czasu uwa­żam, iż znajdowałem się wówczas w trudnym położeniu, gdyż musiałem opowiadać się po stronie autorytetu, nim jeszcze sam przeżyłem swój okres pragnienia zabawy. To była rola chłopca udającego mężczyznę.
W okresie praktyki w zawodzie nauczyciela spotkałem człowieka, który sprawił, że matematyka nabrała dla mnie życia. To był Ben Thomson, nauczyciel matematyki w akademii, a później jej rektor. W czasie prywatnych lekcji zaszczepił we mnie prawdziwą miłość do tego przedmiotu, co wyjaśnia, dlaczego należę obecnie do rzadkiego gatunku ludzi, którzy w trakcie podróży pociągiem rozwiązują zadania algebraiczne i geomet­ryczne. Ben był wiernym przyjacielem. Większości lekcji udzielił mi za darmo, a wiele lat później pomagał mi
listownie, gdy miałem problemy z tym przedmiotem. Żałuję, że nigdy nie napisał podręcznika, ponieważ posiadał wyjątkową umiejętność tłumaczenia matematy­ki. Powtarzałem mu, że powinien to uczynić, a mój ostatni list w tej sprawie dotarł do niego na krótko przed jego nagłą śmiercią. W swoim czasie Akademia Forfar wykształciła wielu błyskotliwych matematyków.
Mówiłem, że nie należałem do rozmiłowanych w lek­turze. Tym niemniej musiałem sporo przeczytać w okre­sie praktykowania w zawodzie nauczyciela i przypomi­nam sobie, że wypożyczałem wiele książek z biblioteki w Meffan, głównie beletrystykę. Delektowałem się cuda­czną sentymentalnością nowel J.M. Barrie'ego, iden­tyfikując się z Sentymentalnym Tomem. Jeździłem na rowerze do oddalonego o siedem mil Kirremuir i przesia­dując w spelunce, próbowałem, bez większego powodze­nia, zaludnić ją postaciami z jego książek.
Moje ambicje zdawały się wówczas jeszcze uśpione. Przyszłość dla mnie nie istniała, być może dlatego, że nie miałem odwagi myśleć o przyszłości jako nauczyciel, bez nadziei na awans. Dawno już zapomniałem, o czym wtedy marzyłem. W owym czasie religia stała się dla mnie pusta i obca, a do kościoła chodziłem jedynie po to, aby oglądać dziewczęta.
Kiedy mój okres praktyki dobiegł końca, starałem się o posadę i w końcu uzyskałem ją w Bonnyrigg, w pobliżu Edynburga, z pensją pięćdziesięciu funtów rocznie. Szko­łę prowadziła starsza dama, pani MacKinley, która przypominała wyglądem orła i była zwolenniczką bardzo surowej dyscypliny. Po swobodzie panującej w szkole mego ojca, znalezienie się nagle w szkole, w której nie wolno było dzieciom rozmawiać na lekcjach, było dla mnie wielkim szokiem. Miałem polecenie bić każde dziecko, które choćby szepnęło, i robiłem to, ponieważ naprawdę bałem się tej starej kobiety. Wytrzymałem tam dwa miesiące, a potem dostałem lepszą pracę, za sześć­dziesiąt funtów rocznie, w Kingskettle w Fife.
Dyscyplina w szkole Kettle była jeszcze gorsza niż w Bonnyrigg. Przez trzy lata musiałem być najsurow­szym z nadzorców. Pokój zajmowany przez Caldera, dyrektora szkoły, był oddzielony od mego szklanym przepierzeniem i jego bystremu wzrokowi nie uszło nic z tego, co się u mnie działo. Przez trzy lata wykonywałem swą pracę z lękiem w sercu. Calder nigdy nie zmniejszył dzielącego nas dystansu, trzymał mnie na wyciągnięcie ręki, a na wszelkie moje próby zbliżenia się do niego odpowiadał mrożącym krew w żyłach kamiennym spoj­rzeniem.
Pomimo to miałem dziwne uczucie, że mnie lubił; ja w jakiś sposób również go lubiłem. Metody nauczania Caldera były dla mnie zaskoczeniem. Przed testem z ary­tmetyki dokładnie przerabiał najpierw na tablicy każdy problem; następnie dzieci rozwiązywały te same zadania w swych zeszytach. Jedynie wielki głupek odpowiadał nieprawidłowo przy takim systemie nauki; dobrze było, gdy Bóg miał go w swej opiece, jeżeli tak się zdarzało, ponieważ dyrektor dzierżył srogi rzemień i smagał nim mocno. IJKM wystawiali Calderowi wspaniałe oceny — ponieważ miał zawsze dobrą whisky, mówili cynicy.
Kingskettle pozostanie w mej pamięci straszliwym miejscem. Musiały w ciągu tych trzech lat przydarzyć mi się chwile szczęścia, ale głównie pamiętam jedynie strach; strach, aby się nie spóźnić rano, strach przed wizytacją Caldera, strach przed nim, gdy prał biedaków, którzy nie potrafili się nauczyć. Uświadomiłem sobie, że gdybym był jego uczniem, obrywałbym każdego dnia. Mój ojciec nigdy nie był tak surowy. To prawda, że często chłostał i czasami mocno, ale w jego szkole panowała pewna swoboda, swoboda do śmiechu i żartów, i rycia swego imienia na ławce. Nigdy nie musieliśmy maszerować do czy z klasy jak żołnierze.
Szkoła Kettle była dla mnie niczym nowy świat. W szkole nie było śmiechu z wyjątkiem chwil, gdy Calder żartował sobie z któregoś z uczniów. Wszyscy uczniowie poruszali się jak żołnierze; i każdy, włączając w to mnie, był nieszczery i pełen lęku. Calder był moim pierwszym kontaktem z prawdziwym zwolennikiem wojskowej dys­cypliny. Słyszałem o takim typie ludzi — kilku z nich trafiło się w Forfar, a wszyscy mieli jedną wspólną cechę: byli mężczyznami o drobnej budowie ciała.
Calder miał osobliwy zwyczaj pisania zawsze wolno i kaligraficznie. Nawet gdy sporządzał notatkę ołów­kiem, była ona pięknie napisana. Prawie każdy uczeń w szkole potrafił również ładnie pisać.
Pewnego razu prowadziłem ze starszymi uczniami Caldera lekcje rysunku w jego pokoju, podczas gdy on, przy biurku, wypełniał swe dzienniki. Lekcja odbywała się w śmiertelnej ciszy, ale gdy tylko poszedł do domu, wybuchła piekielna wrzawa i z ledwością udało mi się utrzymać jako taką dyscyplinę. Nigdy nie doniosłem Calderowi o przywódcach tego zamieszania. Próbowa­łem uczyć wzornictwa opierającego się na symbolach kwiatów i liści, i niektórzy uczniowie radzili sobie z tym całkiem nieźle, tworząc wyważone wzory typowe dla tapet. Te wzory były jedyną oryginalną pracą, na jaką pozwalano w tej szkole, ponieważ nawet eseje były najpierw napisane przez Caldera na tablicy, a potem klasa je przepisywała.
Calder nie cieszył się najlepszym zdrowiem, cierpiał z powodu bolesnych czyraków na karku i czasami przez kilka tygodni był niezdolny do pracy. W takich okresach ja byłem całkowicie odpowiedzialny za szkołę. Sprawiało mi to przyjemność, pomimo to, że nie łatwo było utrzymać w szkole porządek; nie starałem się o to zbytnio, wiedząc, że z chwilą powrotu do pracy Caldera jego wojskowa dyscyplina automatycznie przywróci uczniów do porządku.
To podczas pobytu w Kettle naszła mnie chęć zostania duchownym. Człowiekiem, który mnie do tego zachęcał, był miejscowy pastor, wielebny Aeneas Gunn Gordon. Był Kanadyjczykiem, wysokim, wyprostowanym, dys­tyngowanym mężczyzną o gęstej brodzie i orlim nosie. Wziął mnie pod swe skrzydła, a ja wyjawiłem mu swe pragnienie. „Potrzebna ci znajomość greki — powie­dział. — Przychodź do mnie każdego ranka o ósmej, będę cię uczył".
Znał Homera prawie na pamięć i nauczył mnie tak dobrze jego języka, że mogłem przeczytać dwie księgi Odysei i część Dziejów Herodotusa. (Dziś nie potrafię przeczytać słowa po grecku). Gordon miał jedną wadę, która nigdy nie budziła mego zachwytu — czasami za dużo pił i przypominam sobie, że widywałem go rano trzymającego Homera do góry nogami, ale recytującego prawidłowo jego teksty. Był człowiekiem, który czytał wszystko, ale mało przyswajał, a jeszcze mniej przekazy­wał. Pomimo swej tolerancji i dobrego serca wygłaszał nudne kazania, a jego rozmowy toczyły się wokół banal­nych tematów. Jednak rozbudził we mnie pewne zainte­resowanie literaturą.
Zwykł czytać głośno fragmenty Raju utraconego, a ja nauczyłem się cenić „organową muzykę Miltona". Za jego radą przeczytałem Dantego i Tassa, a potem eseje Macaulaya. Te ostatnie trafiły do mnie, uświadamiając mi po raz pierwszy w życiu, czym jest styl w literaturze; byłem wówczas zakochany w dziewczynie z Glasgow i wykorzystywałem naszą korespondencję dla poprawy własnego stylu. Jakże bardzo poniżej jej poziomu musia­ły być te wzniosłe pasaże i podniosły styl. Mój obecny stosunek do stylu, z kilkoma wyjątkami, można określić krótko: najważniejsze jest to, co się mówi, a nie jak się mówi.
Po stopniowym dojściu do pensji siedemdziesięciu pięciu funtów rocznie złożyłem podanie o posadę w New­port, z pensją stu funtów. Pewnego dnia, około czwar­tej po południu, dwóch obcych mężczyzn przybyło do szkoły Kettle i zabrało mnie na herbatę. Jednym z nich był pan H.M. Willsher, dyrektor szkoły w Newport. Zaproponowali mi pracę i spakowałem swój skromny dobytek. Miałem już zdany egzamin końcowy i byłem posiadaczem dyplomu nauczyciela. To oczywiście wyjaś­nia, dlaczego zacząłem zarabiać sto funtów rocznie.
Byłem zdecydowany za wszelką cenę iść na uniwer­sytet. Podczas pobytu w Kettle ciężko pracowałem i pew­nego ranka pojechałem na rowerze do St. Andrews na pierwszą część mych egzaminów wstępnych — z dwóch przedmiotów, angielskiego i matematyki. Przy pierw­szym podejściu zawaliłem okrutnie matematykę; to było dla mnie o wiele za trudne, nawet pomimo ponownego wsparcia listownego, jakiego udzielił mi Ben Thomson. Wyszedłem, nie mając już żadnej nadziei, częściowo przekonany, że powinienem dać sobie spokój z tym wszystkim i nie podchodzić do drugiej części egzaminów, która miała być po południu.
W czasie lunchu natknąłem się na wykładowcę, starego kumpla Willie'ego, i powiedziałem mu o swej porażce; ten poklepał mnie dobrotliwie po plecach.
— To, czego ci trzeba, to brandy i soda — powiedział i zaprowadził mnie do Cross Keys.
Nigdy przedtem nie próbowałem brandy, ale za­smakowała mi i wypiłem jeszcze jedną podwójną. Wcho­dząc na salę egzaminacyjną, miałem ochotę śpiewać. Nie pamiętam żadnego ze zdań, ale zdałem oba przed­mioty. Tak więc, gdy udawałem się do Newport, by­łem już prawie studentem. Teraz zabrałem się za naukę łaciny i fizyki, przygotowując się do drugiej części eg­zaminów.
Harry Willsher, dyrektor szkoły, był całkowicie różny od Caldera. Nie dbał zbytnio o dyscyplinę — nie przej­mował się rozmowami uczniów — i od pierwszego dnia polubiłem tę szkołę. Dwa lata spędzone na południowym przedmieściu Dundee były prawdopodobnie najszczęś­liwsze w moim życiu.
Willsher stał się moim nauczycielem muzyki. Był również krytykiem muzycznym i pisywał do gazety wychodzącej w Dundee. Pewnego wieczoru, gdy wspo-mniałem, że lubię Salut d'Amour Elgara, usiadł i zagra- łmi go. Potem, bez słowa, powtórzył tę kompozycję.
— Mam zagrać jeszcze raz? — zapytał.
Odpowiedziałem, że nie, a on uśmiechnął się i dodał:
— Zapamiętaj sobie, Neill. Dobrej muzyki można słuchać bez końca, poślednia nudzi cię śmiertelnie, jeżeli słyszysz ją więcej niż raz.
Byłem pod dużym wrażeniem; pomimo to, gdybym miał dziś wysłuchać dziesięć razy z rzędu czegoś, co naprawdę lubię — na przykład tria z Der Rosenkavalier — pewnie miałbym ochotę strzelać do śpiewaków.
Newport jest jednym z kilku miejsc, z którymi nadal jestem silnie związany uczuciowo. Dało mi wewnętrzny spokój i pomogło kontynuować dalej moją pracę naucza­nia bez lęku. Zawsze będę ciepło wspominał Harry'ego Willshera, który był mi bardziej towarzyszem niż mist­rzem.

Czasy uniwersyteckie

Teraz bramy uniwersytetu stały przede mną otworem i latem 1908 roku ze smutkiem pożegnałem się z New­port. Ponieważ jednak zajęcia zaczynały się dopiero w październiku, wróciłem do Kingsmuir. Zaoszczędziłem — Bóg wie w jaki sposób — wystarczająco dużo pieniędzy, by zapewnić sobie utrzymanie przez rok, a może i dwa.
Neilie był na ostatnim roku medycyny i zamieszkałem razem z nim. To było tanie miejsce przy Clerk Street; wszyscy lepiej sytuowani studenci mieszkali przy March- mont. Pani Sutherland, nasza gospodyni, była praw­dziwym skarbem; to była kochana, życzliwa kobieta, która opiekowała się mną przez cztery lata. Byłem wówczas zupełnie spłukany i musiałem bardzo ostrożnie gospodarzyć każdym pensem, ponieważ nie było tam możliwości na dorobienie sobie. Szczęśliwie, wzięła mnie pod opiekę Fundacja Carnegie i opłacono mi czesne za rok z góry, aczkolwiek wpisowe i opłaty egzaminacyjne musiałem uiścić sam.
Mogliśmy sobie z Neilie'em pozwolić jedynie na trzy- pensowy lunch dziennie. Związek Studentów miał swoją restaurację; a także bufet, w którym każdego dnia kupowaliśmy sobie po szklance mleka i słodkiej bułeczce za dwa pensy. Inni studenci mieli na lunch to samo, ale oni jedli wieczorem solidną kolację. My mogliśmy sobie pozwolić tylko na podwieczorek z daniem mięsnym będący równocześnie naszą kolacją, a jedynym porząd­nym posiłkiem w ciągu tygodnia był niedzielny obiad. Zawsze sprzeczaliśmy się o jego podział, dopóki nie opracowaliśmy rozsądnego planu: Neilie rozdzielał dru-
gie danie na dwa talerze, a potem ja wybierałem jeden z nich.
Choć do wyższego wykształcenia miałem trochę lek­ceważący stosunek, to do zajęć na pierwszym roku z chemii i filozofii naturalnej podszedłem poważnie — przynajmniej początkowo. Każdego przedpołudnia mie­liśmy wykład Sir Jamesa Walkera, profesora chemii, z którego zajęć sporządzałem obszerne notatki. Uważa­łem jednak, że Walker marnuje swój talent, poświęcając swój cenny czas nauczeniu zielonych studentów podstaw tego przedmiotu. W 1936 roku, podczas kolacji z re­ktorem uniwersytetu w Johannesburgu, zrobiłem przy stole uwagę podobnej treści. Obecni tam profesorowie z miejsca mnie zaatakowali. Bronili systemu wykładów, mówiąc, że już sam kontakt z takim człowiekiem jak Walker był dla studentów najlepszą nauką.
Ja nadal w to nie wierzę. Każdy asystent potrafi nauczyć studentów, co się stanie, jeżeli nalejemy kwasu siarkowego na cynk. Dlaczego więc tak dobry chemik jak Walker nie miałby poświęcić się całkowicie prowa­dzeniu badań na koszt uczelni czy państwa? Lubiłem chemię i zajęcia praktyczne w pracowni chemicznej i z łatwością zdałem egzamin. Ale uniwersytet poniósł pewne koszty mojej pracy, ponieważ zużyłem cały chlo­roform do czyszczenia swych fajek.
Fizyka była dla mnie zupełną chińszczyzną. Profesor MacGregor był najgorszym wykładowcą, jakiego spot­kałem, mruczał pod nosem, wypisując na tablicy tajem­nicze wzory, podczas gdy my zabijaliśmy czas pogwiz­dywaniem i wybijaniem nogami rytmu znanych melodii. MacGregor zdawał się nigdy tego nie zauważać: za­stanawiałem się, czy w ogóle nas słyszał. Najfajniejszy był dzień, w którym asystent Lindsay przesunął dźwignię pewnego przyrządu, aby zademonstrować nam, jak po­wstają fale dźwiękowe. Wówczas wszyscy obrzuciliśmy go pensówkami; ale on, podobnie jak jego mistrz, stał całkiem nieporuszony. Miał z tym do czynienia już odwielu lat i być może interesowało go tylko to, ile zmiecie po skończeniu zajęć.
Zajęcia w pracowni fizycznej były farsą. Pamiętam, jak otrzymałem jakąś aparaturę i coś tam wielokrotnie mierzyłem, zapisując za każdym razem wynik. Po przep­rowadzeniu około pięćdziesięciu pomiarów obliczałem średnią z wyników. Nie lubiłem tego nudnego zajęcia i drażniło mnie to, że nie umiałem szybciej się z tym uwinąć. Jeden ze studentów kończył swe doświadczenia w pół godziny i spodziewaliśmy się, że zostanie medalistą z tego przedmiotu. Pewnego dnia spytałem, jak udaje mu się tak szybko uporać z doświadczeniami. „Zrób trzy odczyty, a resztę zmyśl" — powiedział krótko. Po tej rozmowie, każde swoje doświadczenie kończyłem w dwadzieścia minut.
Uczciwie mogę powiedzieć, że niewiele rozumiem z za­gadnień dotyczących dźwięku, światła czy ciepła — nie wspominając już o elektryczności. Kiedy nadszedł czas końcowego egzaminu, wpatrywałem się bezradnie w za­dania, których nie potrafiłem zrozumieć, i w ponurym nastroju wyjechałem do domu na letnie wakacje. Zda­łem. Nadal zastanawiam się jak i dlaczego; jedynym nasuwającym się mi rozwiązaniem jest, że stary Mac Gregor był równie roztargniony przy sprawdzaniu prac egzaminacyjnych, jak na sali wykładowej i pomylił moją pracę z pracą kogoś innego, być może z pracą swego prymusa, którego potem oblał.
Pod koniec pierwszego roku stwierdziłem, że nauki ścisłe nie bardzo mi odpowiadają i postanowiłem uzys­kać dyplom z zakresu filologii angielskiej. Oznaczało to, że z wyjątkiem zajęć z historii mogłem cały czas po­święcić na język angielski. Zacząłem więc uczęszczać na zajęcia z historii i pierwszy rok zajęć z filologii an­gielskiej.
Wykładowcą historii Anglii był Sir Richard Lodge; bardzo lubiłem te wykłady. W jego sali nie było pogwiz­dywania; wystarczyło jedno jego spojrzenie, abyśmy zmieniali się w grzeczne dzieci, które było widać, ale nie było słychać. Pewnego dnia jeden z młodzików spróbo­wał pogwizdywać. Siedział za mną i ja rozglądałem się dookoła z zakłopotaniem. Nagle usłyszałem podniesiony głos Lodge'a:
— Ty, sir. — Myślałem, że patrzy na człowieka siedzącego za mną. — Ty, ty, ty, sir — doleciał mnie uporczywy, twardy głos profesora i spostrzegłem, że patrzy na mnie. Wstałem i w milczeniu wskazałem na siebie palcem. — Tak, pan — zagrzmiał Lodge. — Niech pan się wynosi z tej sali, sir.
Pobladły wymaszerowałem z sali z opuszczoną głową. Po wykładzie zapukałem do jego gabinetu.
— Pomyślałem, że przyjdzie mnie pan przeprosić — powiedział.
— Nie przyszedłem przeprosić, sir. Przyszedłem po­wiedzieć, że nie miałem nic wspólnego z tym hałasem.
Spojrzał na mnie z pewną podejrzliwością.
— Oczywiście, skoro tak pan mówi... — Wzruszył ramionami, tak jakby chciał pokazać, że mi nie wierzy.
Wtedy nagle straciłem cały lęk przed jego autorytetem
i zezłościłem się.
— Niech pan posłucha, sir — rzekłem — musiałem przez całe lata ciężko pracować, aby zaoszczędzić wy­starczająco dużo, by wstąpić na uniwersytet. Jestem starszy od przeciętnego studenta. Czy myśli pan, że przybyłem tu po to, aby zachowywać się jak uczniak?
Zaskoczony Lodge uniósł brwi. Potem uśmiechnął się, wyciągnął do mnie rękę i przeprosił. Mój honor został uratowany, ale myślałem, że zapadnę się pod ziemię, gdy następnego dnia Lodge rozpoczął wykład od publicz­nych przeprosin, ponieważ były to nie tyle przeprosiny co oficjalna i kwiecista pochwała wygłoszona pod moim adresem. W swym słownym portrecie uczynił ze mnie nie tylko naukowca, ale także superdżentelmena — i kujona.
Moim profesorem angielskiego był George Saints- bury, sławny angielski autor i krytyk. Studiowałem pod jego kierunkiem przez trzy lata, ale on nie znał mnie ani z nazwiska, ani z widzenia, jeśli nie liczyć jednej okazji. Jego wykłady były monologami: wygłaszał je niczym papuga i nie dbał o to, czy go słuchamy, czy nie. To nam wszystkim odpowiadało, ponieważ nie uważaliśmy. A przynajmniej ja osobiście go nie słuchałem, wiedząc, że na tydzień przed egzaminem będę mógł to wszystko znaleźć w jego opasłych pracach. Miał wysoki, piskliwy głos i bawił nas podejściem do swych rówieśników: „Mhh, nie zgadzam się całkowicie z mym przyjacielem, mhh — (następnie wymawiał szybko) — panem Bridge- sem, gdy mówi, ale muszę być sprawiedliwy i brać pod uwagę to, co powiedział profesor Raleigh, który, nawia­sem mówiąc, w swym stosunku do Drydena..." Nie lada sztuką było wyłuskać z tych jego wszystkich dygresji zasadniczy temat wykładu.
Nasz system studiowania nie był pracą twórczą. Mieli­śmy znać literaturę od Beowulfa do Patera. Musieliśmy uczyć się języka anglosaskiego i średnioangielskiego. Korzystaliśmy z określonych książek i studiowaliśmy określone okresy — swój egzamin końcowy zdawałem z dramatu elżbietańskiego. W wyniku tego czytaliśmy książki o książkach. Do egzaminu trzeba było koniecznie wiedzieć, co Coleridge i Hazlitt powiedzieli o Szekspirze; w przypadku problemów związanych ze stylem byliśmy obowiązani wiedzieć dokładnie, co na ten temat powie­dział Longinus.
W owym czasie odkryłem Ibsena i byłem pełny entuz­jazmu dla jego sztuk. Toteż, gdy zadano nam napisanie eseju na temat Wiele hałasu o nic, ja, w przystępie głupoty, napisałem druzgocącą krytykę tej sztuki, poró­wnując ją ze współczesnymi sztukami Ibsena. Tak jest, skrytykowałem Szekspira za to, że nie pisał realistycz­nych sztuk — to było głupie posunięcie, ale wówczas uważałem, że nie należy kryć swych poglądów. Saints- bury bardzo się na mnie rozgniewał — to był jedyny raz, kiedy rozpoznał me nazwisko.
Utrzymywałem wtedy, i czynię to dzisiaj, że lepiej napisać zły limeryk, niż umieć recytować Raj utraco­ny. To jest w kształceniu zasadnicza sprawa. Ale na uniwersytecie nigdy nie wymagano od nas ułożenia nawet limeryku; nie wymagano od nas żadnej oryginal­nej opinii na temat Szekspira czy kogokolwiek innego. W owym czasie czytałem Spensera, Chaucera, Pope'a, Drydena i większość z dzieł Szekspira i jemu współczes­nych; praktycznie przeczytałem wszystkie dramaty z okresu Restauracji, Coleridge'a, Tennysona, dr. John­sona, Keatsa... ale po co wyliczać dalej? Byłem zmuszony koncentrować się na tym, czy w białym wierszu wy­stępuje elizja czy nie, lub czy można wyśledzić rytm Christabel w The Lotus Eaters. To było głupie, podobnie jak rozebranie na części, kamień po kamieniu, katedry w Mediolanie, aby odkryć, w czym tkwi jej piękno. Musiałem czytać tak wspaniałe rzeczy jak The Tempes t, z przykrością wyszukując w przypisach etymologiczne znaczenia niektórych fraz, które nie miały najmniejszego znaczenia.
Saintsbury wyrobił we mnie poczucie literackiego smaku, i to było w zasadzie wszystko. Znał się na pięknie literatury, ale nie potrafił nam tego przekazać. Spędziłem z nim trzy lata na ponurej grzebaninie w rytmie utworów prozatorskich i poetyckim wysławianiu się, mając przed oczyma drzewa, ale nigdy nie widząc rozciągającego się za nimi lasu. Utrzymywał on, że musi zajmować się sposobem, a nie treścią; w przeciwnym razie, mówił, literatura angielska pociągnęłaby za sobą studiowanie wszystkiego innego pod słońcem. Mogę to zrozumieć, ale po prostu niemożliwe jest, aby „Essay on Clive" Macau- laya traktować jedynie jako fragment literatury, nie podając — czy nie mając na ten temat żadnego zdania — historycznych i politycznych aspektów życia Cliva'a. Saintsbury z taką łatwością potrafił oddzielać treść od stylu, że chwalił Blake'a za jego poetycki warsztat, a Nietzschego uważał za jednego z największych prozaików; zaniechał przy tym omawiania treści prac obu autorów, stwierdzając: „Oczywiście, to byli szaleńcy".
Z całą pewnością Saintsbury nie przekazał mi zamiło­wania do literatury. Po dziś dzień nie potrafię czytać poezji dla przyjemności, nie potrafię zabrać się za klasy­kę. Któregoś roku pojechałem do Norwegii — już jako M. A. filologii angielskiej — i zabrałem się do czytania na drogę stertę magazynów „Czarna maska" — amery­kańskie historyjki ze świata przestępczego. To prawda, że wcisnął mi je na odchodnym do ręki przyjaciel, ale nawet gdybym miał w walizce Keatsa czy Shelleya, to i tak czytałbym „Czarną maskę".
Śpieszę dodać, że byłoby wielką nieuczciwością winić uniwersytet w Edynburgu za nabycie złego smaku; przy­puszczam jednak, że jeżeli spędzone tam lata poświęcił­bym na studiowanie treści, a nie formy, to, być może, miałbym dziś lepsze gusta literackie. Wiem, że wszystko, co potrafię powiedzieć na temat Chaucera i Keatsa, byłoby nieistotne i nie wnosiłoby niczego nowego.
Po śmierci profesora Chrystala, słynnego matematy­ka, udałem się do Saintsbury'ego po pośmiertne wspo­mnienie o profesorze dla naszego uniwersyteckiego pis­ma „The Student".
— Właśnie wychodzę na wykład — powiedział. — Je­żeli potrafisz szybko notować, to możesz iść ze mną, ponieważ mam zamiar powiedzieć kilka słów o moim starym przyjacielu.
— Ale, proszę pana, ja przez trzy lata słuchałem pańskich wykładów.
Obrzucił mnie szybkim spojrzeniem i zapytał o nazwis­ko. Gdy mu je podałem, powiedział:
— Dobry Boże, jak ty wyrosłeś.
Całe lata przed wstąpieniem na uniwersytet miałem sześć stóp wzrostu, a nie było wielu takich w naszej grupie. Saintsbury rozpoznawał książki, ale nie studen­tów. Wykładanie dla bandy studentów musiało być dla niego piekielną męką.
Życie towarzyskie w Edynburgu było przyjemne. Bę­dąc członkiem Związku, zawsze miałem miejsce, do którego mogłem wieczorem pójść, i fotel, na którym mogłem siedzieć. Kłopotliwy jedynie był brak gotówki. Większość z moich przyjaciół była dobrze sytuowana. Nosili ten sam rodzaj golfowych marynarek i flanelo­wych portek co ja, ale oni mieli pieniądze; i kiedy dochodziło do stawiania kolejki, to czułem się zakłopo­tany, ponieważ nigdy nie miałem w kieszeni więcej niż kilka miedziaków.
Nie mogłem sobie pozwolić na udział w żadnych grach czy choćby na oglądanie meczu. Musiałem udawać, że nie lubię musicali, aby nie chodzić na wspólne wyprawy do King's czy do Empire. Teraz winien im jestem prawdę, byłem biedny. To głównie za sprawą mojej matki, która obawiała się, że możemy powrócić do jej robotniczego statusu, wyobrażałem sobie, że bieda jest przestępstwem, rzeczą, której trzeba się wstydzić i ukry­wać najlepiej, jak się tylko potrafi. Musiałem dobrze grać swoją rolę, ponieważ wiele lat później kolega ze studiów, który był moim kumplem, wspominał: „Tak, Neill, ty to miałeś dobrze. Miałeś forsę, a ja nie".
Ważne jest całe moje podejście do kwestii pieniędzy. Z powodu zaznanej w młodości biedy jestem dziwnie skąpy. Z niechęcią wydaję nawet niewielkie sumy, choć potrafię bez chwili wahania wypisać czek na znaczną sumę. Wielu innych ludzi podobnie odnosi się do cze­ków: dla nas czek nie stanowi prawdziwych pieniędzy. To pieniądze na niby i dlatego nie mają dla nas emoc­jonalnej wartości. Gdy prowadzę samochód, to bez dokładnego sprawdzania odczytu na dystrybutorze płacę za benzynę; ale gdy muszę pojechać taksówką, siedzę i z boleścią obserwuję taksometr, gdy utkniemy w ulicz­nym korku. Gdybym nagle został milionerem, nadal pewnie podróżowałbym trzecią klasą i kupował używane samochody. Nie lubię trwonienia pieniędzy, a jeszcze bardziej nie lubię ich pożyczać. Tylko raz zwrócono mi pożyczony banknot pięciofuntowy — oczywiście, uczynił to Szkot.
Czasami jednak, choć w inny sposób, pieniądze stano­wiły problem. Dzięki funkcji redaktora w „The Student" otrzymywałem darmowe bilety wstępu do wszystkich teatrów w mieście na poniedziałkowy wieczór; szczęś­liwie nie obowiązywały wówczas stroje wieczorowe. Pew­nego razu zorganizowano tydzień opery — Orfeusz, Elektra i inne — i co wieczór uczestniczyłem w tych bardzo formalnych wydarzeniach. Pod koniec tygodnia musiałem zaaplikować swej jedynej białej koszuli terapię kredową, aby wyglądała przyzwoicie.
Jako redaktor „The Student" miałem również przywi­lej bycia zaproszonym ex officio na międzyuczelnianą konferencję do St. Andrews. Przysługiwał mi niewielki fundusz na pokrycie wydatków związanych z konferen­cją. Jednakże był on niewystarczający i pobrałem jeszcze dodatkowy funt. Walker, sekretarz, zawołał mnie na dywanik i solidnie zbeształ. „Żaden inny redaktor nigdy nie przekroczył wyasygnowanej sumy" — powiedział, a ja stałem cicho, wstydząc się swego ubóstwa i szczerze nienawidząc tego człowieka. Siedział sobie wygodnie i patrzył na mnie, jakbym był zdechłą myszą przyciąg­niętą przez kota do domu. Moi poprzednicy byli dżentel­menami; wyglądało na to, że to właśnie usiłował mi powiedzieć. Czułem się zarazem rozgniewany i winny.
Nie potrafię sobie dokładnie przypomnieć, kiedy za­cząłem pisać, ale musiało to nastąpić jakiś czas przedtem, nim zostałem redaktorem. Zacząłem od przedstawiania swych rysunków i karykatur — okropne rzeczy, na samo wspomnienie których oblewam się rumieńcem; moje rysunki, podobnie jak teraz, były okropne. W owym czasie jeden ze studentów poradził mi, abym spróbował napisać humorystyczny szkic do „Glasgow Herald". Wysłałem jeden i kilka dni później znalazłem go w gaze­cie. Być może był to jeden z najbardziej ekstatycznych momentów w moim życiu, pierwszy raz coś mi wy­drukowano. Wydawało się to niemoż' we, cudowne, wspaniałe: cały dzień chodziłem wniebowzięty. Później wysłałem im jeszcze inne szkice i za każdy opublikowany otrzymałem czterdzieści szylingów.
Nie mogę zupełnie uczciwie powiedzieć, aby te cztery lata spędzone w Edynburgu były bardzo szczęśliwe. Zawsze niechętnie i bez większego zainteresowania wra­całem do tego miasta. Jest piękne — być może nawet piękniejsze niż inne widziane przeze mnie miasta — ale dla mnie Edynburg pozostanie miastem bez wyrazu, prowincjonalnym i nadętym. Studenci z tamtejszego uniwersytetu nie byli nastawieni progrupowo. Każdy z nas mieszkał w swej norze. Jedynym miejscem spotkań był Związek, a tysiące studentów w ogóle nie było jego członkami. W Edynburgu można było uzyskać stopień naukowy, nie rozmawiając przez cały okres pobytu z ani jednym studentem. I niektórzy studenci byli pochłonięci tylko zdobywaniem owego stopnia.
W tym miejscu może ciekawe będzie porównać moje dorastanie z dorastaniem Willie'ego, jako że miał on w dzieciństwie duży wpływ na moje życie. Później on skręcił na prawo, podczas gdy ja stopniowo wykazywa­łem bardziej lewicowe poglądy na politykę i inne sprawy. Jako chłopcy różniliśmy się od siebie w jeden zasadniczy sposób. On rozwinął się bardzo młodo — czytał Biblię w wieku trzech lat, a jako szesnastolatek wstąpił na uniwersytet. Mój rozwój był niesamowicie powolny.Chociaż miałem dwadzieścia osiem lat, gdy redagowa­łem „The Student", moje wstępniaki przypominały te pisane przez czternastolatka. Były żałośnie dziecinne i aroganckie — być może najlepszym dla nich okreś­leniem byłoby komiczne. Jako redaktor ponosiłem kon­sekwencje tego, że byłem dla siebie jedynym autoryte­tem. Nie musiałem nikogo prosić o opinię i publikowa­łem swe własne knoty w przekonaniu, że to prawdziwe perełki. Niektórzy z moich przyjaciół pewne artykuły określali mianem lichoty; niestety, dopiero po ich opu­blikowaniu. Ale redagowanie gazety było na swój sposób kształcące. Musiałem poznać, co to jest spacjowanie, korekta czy techniczne sprawy związane z drukowaniem.
Egzaminy końcowe były tuż-tuż. W czasie ostatniego roku cały swój czas i zainteresowanie poświęciłem reda­gowaniu „The Student" i uzyskałem bardzo mamą ocenę — prawdę mówiąc, najmarniejszą z możliwych, zdałem trzeciorzędnie. Ale na egzaminach końcowych nie wypadłem tak źle, jak się spodziewałem; pod koniec tygodnia mogłem niemal mieć nadzieję na pierwszą lokatę, pomimo mego naprawdę marnego anglosaskiego i średnioangielskiego. Zdobyłem drugą lokatę i byłem całkiem zadowolony. We właściwym czasie zdobyłem tytuł M. A.; ale wówczas, co wspominam ze smutkiem, nie czułem się dumny ani zadowolony. Mówią, że wszys­tko w życiu przychodzi za późno.
Z pewnością to powiedzenie jest prawdziwe w od­niesieniu do mego stopnia. Jak mówił Robert Louis Stevenson: „Pełne nadziei podróżowanie jest lepsze od przybycia". Stopień, kiedyś błyszczący szczyt, stał się zwykłym wzgórzem, z wierzchołka którego mogłem spoj­rzeć dalej i zobaczyć inne odległe szczyty, wysokie i, być może, nieosiągalne — pracę, sławę, nawet śmierć. Mó­wiąc wprost: ukończyłem studia i nie wiedziałem, jak to wykorzystać. Wiedziałem tylko, że nie chcę uczyć: na samą myśl, że mógłbym spędzić życie jako nauczyciel angielskiego w jakiejś prowincjonalnej szkole średniej, wstrząsały mną dreszcze. Nie, nauczanie byłoby ostatnią rzeczą, po którą bym sięgnął, gdyby wszystko inne zawiodło.
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje