Author Topic: Najpierw wytresuj kurczaka- Karen Pryor  (Read 1734 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Najpierw wytresuj kurczaka- Karen Pryor
« on: (Mon) 17.03.2014, 19:59:27 »
Najpierw wytresuj kurczaka- Karen Pryor

Jest to lektura obowiązkowa jeśli ktoś chcę świadomie wpływać na zwierzęta i ludzi, a nie liczyć na łud szczęścia.

Nowe metody pozytywnego wzmacniania pożądanych zachowań dzięki którym poradzisz sobie z kurczakiem, kotem, dzieckiem, współmałżonkiem a nawet z sobą samym

Wstęp

JAK .NAUCZYĆ ISTOTĘ LUDZKĄ LUB ZWIERZĘ, samego siebie lub innych, za młodu lub u schyłku życia wykonywania określonych czynności? Odpowiedź znajdziesz w niniejszej książce. Jak oduczyć koty wskakiwania na stół i jak przekonać babcię, Żeby przestała gderać? W jaki sposób skutecznie wpłynąć na zachowa- nie zwierząt domowych, dzieci, przełożonych w pracy, znajomych, jak poprawić backhand w tenisie, lepiej trafiać piłeczką do dołka, szybciej liczyć, łatwiej zapamiętywać? Okazuje się, Że stosując zasady nauki i treningu wsparte odpowiednią motywacją, można się wszystkiego nauczyć.
Zasady takie należy traktować jako prawa, podobnie jak traktuje się prawa fizyczne. Pojawiają się one zawsze, kiedy mamy do czynienia z układem, w którym następuje pobieranie lub udziela- nie nauk, tak samo, jak prawo grawitacji leży u podstaw faktu, że jabłko spada z jabłoni. Prawa te stosujemy — świadomie bądź nieświadomie — przy każdej próbie zmiany zachowań własnych bądź innych osób.
Niestety, zazwyczaj stosujemy je nieumiejętnie — potrafimy jedynie grozić, kłócić się, wymuszać, odbierać. Kiedy coś pójdzie źle, mamy pretensje do innych, nie umiemy ich jednak pochwalić w sytuacjach, gdy sprawy idą po naszej myśli. Często potrafimy być szorstcy i niecierpliwi wobec dzieci, wobec siebie wzajemnie, a czasem wręcz wobec samych siebie — a potem dręczy nas poczucie winy. Mamy świadomość, że stosując efektywniejsze metody, moglibyśmy szybciej osiągnąć zakładane cele, unikając jednocześnie nieprzyjemnych sytuacji, brak nam jednak przy tym umiejętności, aby metody te wprowadzać w życie. Trudno nam zrozumieć sposoby działania współczesnych trenerów, którzy mają znakomite wyniki właśnie dzięki temu, że stosują w swojej pracy prawa motywacji pozytywnej.
Obojętnie, czy celem „tresury" ma być nauczenie czterolatka, by nie płakał wniebogłosy w miejscach publicznych, kociaka, by chodził za potrzebą do kuwety, wytrenowanie drużyny sportowej czy też nauczenie się na pamięć wiersza, stosowanie odpowiednich zasad motywowania zawsze sprawia, że nauka postępuje szybciej, łatwiej i daje obu stronom więcej przyjemności.
Nie można powiedzieć, by prawa motywacji były zbytnio złożone — w ciągu dziesięciu minut można je zaprezentować na tablicy, zaś opanowanie ich nie trwa dłużej niż godzinę. Trudniej jest je natomiast stosować w praktyce, gdyż trening ze wzmocnieniem to swoista gra, której wyniki w znacznym stopniu zależą od umiejętności szybkiego myślenia.
Nauczycielem (trenerem) może zostać każdy, są jednak osoby
o szczególnych predyspozycjach, które od samego początku radzą sobie w tej roli znakomicie. Aby z powodzeniem stosować omawiane metody, nie trzeba wcale być szczególnie cierpliwym, mieć wyjątkowo silnej osobowości czy umiejętności porozumiewania się z dziećmi lub zwierzętami, ani też posiadać owej cechy, którą treser cyrkowy Frank Buck nazwał kiedyś „mocą w oku". Wystarczy, że się zna zadanie i potrafi sieje właściwie wykonać.
Można znaleźć jednostki, które potrafią intuicyjnie stosować prawa wzmocnienia pozytywnego — zostają one wybitnymi nauczycielami, wyróżniającymi się dowódcami, trenerami mistrzów świata, znakomitymi treserami zwierząt. Osobiście miałam okazję obserwować reżyserów teatralnych i dyrygentów orkiestr, którzy potrafili w znakomity sposób stosować opisywane metody. Tacy ludzie nie potrzebują tej książki, jednak pozostali, ci wszyscy, którym przychodzi się użerać z niesfornym psiakiem bądź bezustannie spierać
się z dziećmi lub kolegami w pracy, dzięki zapoznaniu się z kulisami funkcjonowania zasad wzmacniania pozytywnego mogą wiele zyskać.
Trening ze wzmocnieniem zasadza się na unikaniu stosowania systemu kija i marchewki — co więcej, w ogóle wyklucza to pojęcie, bowiem sama koncepcja „kija i marchewki", czyli kary i nagrody, obciążona jest powiązaniami emocjonalnymi i całym zespołem najróżniejszych interpretacji subiektywnych, takich jak pragnienia, strach lub wina, zobowiązania czy konwenanse. Przykładowo, nagradzamy innych za coś, co w przeszłości wydarzyło się nam —
choćby kupując loda dziecku jako zadośćuczynienie za to, że poparzyło się żelazkiem. Mamy też skłonność do twierdzenia, że wiemy najlepiej, jaka nagroda będzie odpowiednia — lody, pochwała itp. Zapominamy przy tym, iŜ niektórzy lodów nie lubią, a pochwaleni przez niewłaściwą osobę lub z niewłaściwego, ich zdaniem, powodu mogą się poczuć urażeni. Jakże często uczeń, którego spotyka-
ją pochwały nauczyciela, staje się obiektem docinków i żartów ze strony reszty klasy. życzylibyśmy sobie, żeby inni robili dobre rzeczy również bez na- grody — chcemy, żeby nasza nastoletnia córka zmywała naczynia, ponieważ w sposób naturalny uważamy, że powinna to dla nas zrobić. Denerwuje nas, kiedy dzieci albo pracownicy coś psują, kradną, spóźniają się, używają niewłaściwego słownictwa itp., ponieważ wydaje nam się, że powinni zachowywać się lepiej. Karzemy innych często długo po niewłaściwym według nas zachowaniu — tu koronnym przykładem jest zamykanie ludzi w więzieniu, przez co zatracamy edukującą rolę kary, pozbawiamy się możliwości wpływania na poprawę winowajcy i sprawiamy, że kara staje się wyłącznie narzędziem zemsty. Mimo to nie tracimy dobrego samopoczucia — nadal uważamy, że wymierzana przez nas kara stanowi znakomitą nauczkę na przyszłość, jakże często powtarzając, że „daliśmy komuś szkołę".
Nowoczesne metody treningu ze wzmocnieniem nie opierają się na opisanych wyżej obiegowych przekonaniach, lecz na nauce behawioralnej.

Stosując określenia naukowe można powiedzieć, iż motywowanie to zdarzenie, które
a) zachodzi podczas lub po zakończeniu określonego zachowania, oraz
b) zwiększa prawdopodobieństwo powtórzenia się tego zachowania w przyszłości.


Należy tu wspomnieć dwa kluczowe elementy: dwa zdarzenia są połączone w czasie rzeczywistym — zachowanie staje się źródłem wzmocnienia i dzięki temu zachodzi częściej.
Wyróżniamy wzmocnienie pozytywne lub negatywne.

Wzmocnienie pozytywne to coś, co uczący się chciałby otrzymać, na przykład uśmiech lub pieszczota, natomiast do elementów wzmacniających negatywnie można zaliczyć elementy, których uczący się pragnie uniknąć, jak choćby skrócenie smyczy lub groźne spojrzenie. Istotne znaczenie ma tu fakt powiązania obu zjawisk w czasie — najpierw pojawia się zachowanie, po nim następuje czynnik motywujący, natomiast w przyszłości zachowanie, które wywołało pozytywne następstwa lub też uchroniło przed negatywnymi, występuje ze zwiększoną częstotliwością. W zasadzie definicja ta może być stosowana w obie strony, na zasadzie sprzężenia zwrotnego: jeżeli dane zachowanie nie występuje częściej, wówczas czynnik motywujący wystąpił zbyt wcześnie albo zbyt późno, lub też zapłata, jaką zastosowano, nie jest dla danego obiektu motywująca.
Należy dodać, że pomiędzy teorią wzmocnienia, czyli zapleczem naukowym, a rzeczywistym stosowaniem tej metody istnieją dość znaczne rozbieżności. Na podstawie badań można stwierdzić, iż zwiększenie częstotliwości występowania pożądanych zachowań uzyskuje się poprzez nagradzanie ich miłymi następstwami. Jest to oczywiście prawda, jednak w praktyce my, nauczyciele, trenerzy, treserzy itd. wiemy doskonale, że aby uzyskać optymalne wyniki, czynnik motywujący winien się pojawiać w momencie, kiedy pożądane zachowanie ma miejsce. Chodzi więc o to, by uczący się miał przekonanie, że to, co robi, jest dobre, gdyż uzyskuje za to natychmiastowe korzyści.
Udało się stworzyć pewną liczbę znakomicie funkcjonujących skrótów, które pozwalają na natychmiastowe podawanie czynnika motywującego, przede wszystkim w formie sygnałów identyfikujących zachowanie. W niniejszej poprawionej wersji książki Najpierw wytresuj kurczaka (tyt. oryg. Dont Shoot the Dog) zawarto opis
i omówienie zasad wzmacniania, wybranych praktycznych metod
ich stosowania w rzeczywistości, a także opis rodzącego się oddolnie ruchu i metodologii nazywanej na razie treningiem z klikerem, która zapowiada wprowadzenie niezbadanych dotąd głębiej metod.
Po raz pierwszy z zastosowaniem wzmacniania pozytywnego w nauczaniu spotkałam się podczas pobytu na Hawajach w 1963 roku, gdzie pracowałam jako treserka delfinów w oceanarium Sea Life Park. Wcześniej, zajmując się tresurą psów i koni, stosowałam wyłącznie tradycyjne metody. Miało się jednak okazać, że praca z del- finami wymaga czegoś więcej — nie wystarcza tu bowiem smycz czy cugle, ani nawet pięść, gdyżż delfin może w każdej chwili odpłynąć poza zasięg oddziaływania tresera. Dlatego podstawową metodą, jaką stosowano w oceanarium do tresury delfinów, było wzmocnienie pozytywne w postaci wiadra małych rybek jako przekąski.
Zasady treningu ze wzmocnieniem przedstawił mi wówczas pewien psycholog, natomiast sztuki stosowania takich metod nauczyłam się z upływem czasu podczas pracy z delfinami. Jako biolog
z wykształcenia i osoba od lat interesująca się zachowaniami zwierząt, uznałam przedstawione mi wówczas metody tresury za nie- zwykle interesujące, wręcz fascynujące. Dawały one bowiem nie tylko możliwość wyuczenia danych zachowań u delfinów, ale przede wszystkim stanowiły pierwszorzędne narzędzie przekazu informacji między mną a zwierzęciem. W późniejszym okresie metody, które poznałam pracując z delfinami, stosowałam także do tresury innych zwierząt, by z czasem zacząć zauważać coraz szersze możliwości użycia ich w codziennym życiu. Przestałam na przykład krzyczeć na dzieci, gdyż stało się dla mnie jasne, że krzykiem niczego nie wskóram. Znacznie lepszy efekt przynosiło nagradzanie zachowań, które uważałam za pozytywne — dzięki takiej taktyce nie tylko uzyskiwałam swój cel, ale również udawało mi się utrzymywać w domu spokój.
Praktyka, z jaką zapoznałam się podczas pracy w delfinarium, posiada solidne podstawy teoretyczne. W niniejszej książce pójdzie- my jednak dalej — wiem bowiem doskonale, iż o ile założenia teoretyczne zostały opisane dość wszechstronnie, to brak jak dotąd praktycznego opracowania dotyczącego stosowania metod nauki wspartej wzmocnieniem na co dzień. Co więcej, odnoszę wrażenie, że nader często naukowcy nie potrafią we właściwy sposób przekuć teorii w praktykę. (Nie oznacza to oczywiście, że podczas prowadzenia procesu nauczania czy treningu wolno zapominać o podstawowych założeniach teoretycznych stosowanych metod).
W zależności od opracowania, omawiana tematyka nosi w psychologii miano modyfikacji zachowań, teorii wzmocnienia, warunkowania działań, behawioryzmu, psychologii behawioralnej lub analizy behawioralnej. Wielki wkład w opracowanie założeń tej dziedziny nauk psychologicznych wniósł profesor Uniwersytetu Harvarda B.F. Skinner.
Nie potrafię podać innego nazwiska naukowca z dziedziny współczesnej psychologii, na którym „wieszano by tyle psów", oczerniano, nieprawidłowo rozumiano, niewłaściwie interpretowano, nadinterpretowano, lub którego wiedzę nieodpowiednio stosowano. Samo nazwisko Skinner wywołuje gniew wśród zwolenników poglądu, jakoby podstawowym elementem różniącym człowieka od zwierzęcia było posiadanie „wolnej woli". Dla osób wykształconych w tradycji humanistycznej manipulowanie zachowaniami ludzkimi za pomocą określonych technik wydaje się niezwykle podejrzane, mimo oczywistego faktu, że wszyscy stale wzajemnie staramy się manipulować zachowaniami innych, stosując do tego najróżniejsze metody.
Mimo że humaniści atakowali behawioryzm i samego Skinnera
z zaciekłością godną inkwizycji walczącej z heretykami, to jednak
ta dziedzina nauki rozwinęła się w ogromny dział wiedzy psychologicznej, posiadający osobne wydziały na wyższych uczelniach, praktykowany w gabinetach psychologicznych, omawiany w pismach branżowych, na międzynarodowych kongresach, podczas studiów uniwersyteckich, posiadający własne doktryny, odłamy, wreszcie opisany w bardzo wielu książkach.
Pojawiły się też konkretne korzyści. Okazało się, że pewne zaburzenia, jak na przykład autyzm, poddają się leczeniu właśnie po- przez metody kształtowania i wzmacniania. Stosowanie technik behawioralnych przyniosło bardzo wielu lekarzom sukcesy w leczeniu problemów emocjonalnych swoich pacjentów. W pewnych okolicznościach efektywność wprowadzania prostych zmian w zachowaniach zamiast wnikania w ich głęboko ukryte przyczyny była na tyle znaczna, że stała się podstawą opracowania programów terapii rodzinnej,
w której obserwuje się zachowania poszczególnych domowników, nie
zaś tylko tego, który wykazuje objawy zaburzeń. Nie da się zaprzeczyć, że takie podejście wydaje się nader sensowne.
Opracowanie na podstawie teorii Skinnera maszyn uczących
i programowanych podręczników stało się pierwszym etapem procesu uczenia krok po kroku i wymuszania określonych zachowań. Początki nie były zbyt imponujące, doprowadziły one jednak do po- wstania CAI, czyli szkolenia wspomaganego komputerowo (Compu- ter Assisted Instruction). Jest to metoda nauczania dająca bardzo wiele radości, ponieważ zawiera niezwykle atrakcyjne wzmacniające czynniki motywacyjne (jak np. fajerwerki czy tańczące roboty). a przy tym jest niezwykle efektywna dzięki temu, że komputer potrafi perfekcyjnie zaplanować harmonogram działań. W szpitalach psychiatrycznych oraz innych ośrodkach terapeutycznych wprowadzono programy motywacyjne z zastosowaniem fantów lub bonów, które moŜna zbierać i wymieniać na cukierki, papierosy lub pewne przywileje. Niezwykle liczne są najróżniejsze programy samokontroli, mające na celu zrzucenie wagi lub zmianę niekorzystnych przyzwyczajeń. Do szkół coraz częściej trafiają wysokoefektywne systemy nauki, jak nauczanie precyzyjne czy instrukcje bezpośrednie, które opierają się właśnie na zasadach kształtowania zachowań i motywowania uczniów. Niezwykle ciekawym zastosowaniem wzmacniania w kształtowaniu reakcji psychologicznych staje się wreszcie tzw. biofeedback .
Najdrobniejsze aspekty warunkowania zostały wielokrotnie poddane analizie naukowej. Wśród wyników badań są i takie, które wskazują, że przy rysowaniu wykresu postępów danego programu autoedukacji zwiększa się prawdopodobieństwo utrwalenia nowo nabytych zwyczajów przy sumiennym wypełnianiu odpowiednich kwadracików, zaś zmniejsza się je jedynie, odfajkowując kwadraty przy kolejnych pozycjach wykresu.
Tak wysoki stopień nasycenia szczegółami ma z punktu widzenia psychologicznego istotne znaczenie, jednak w praktyce raczej
się nie sprawdza, nie ma bowiem wiele wspólnego z rzeczywistą nauką. Nauka bądź trening to swoista pętla, dwukierunkowy przekaz komunikacji, w którym zdarzenie na jednym końcu pętli wpływa na zdarzenia zachodzące na drugim, dokładnie tak, jak w cybernetycznym sprzężeniu zwrotnym. Jednakowoż psychologowie często trak- tują swoją pracę jako inwazyjną modyfikację obiektu, nie zaś jako

* biofeedback — biologiczne sprzężenie zwrotne

współdziałanie z nim. Dla prawdziwego nauczyciela natomiast najciekawsze i najbardziej obiecujące pod względem ewentualnych wyników są, w procesie nauczania, reakcje nieoczekiwane i właściwe tylko danej jednostce. Wobec powyższego trudno przyznać słuszność powszechnie panującej modzie na ignorowanie lub minimalizowanie znaczenia w programach doświadczalnych reakcji indywidualnych. Opracowywanie i wprowadzanie w życie metod działania nazwane- go przez Skinnera kształtowaniem, czyli progresywną zmianą zachowań, jest procesem twórczym. Pomimo to, w literaturze psychologicznej aż roi się od opisów kształtowania zupełnie pozbawionych wyobraźni, wręcz prostackich, które sprawiają, że owo kształtowanie jawi się jako okrutna i wyszukana kara.
Przytoczę tu przykład z jednego z najnowszych numerów pewnego pisma, w którym jako metodę zapobiegania moczeniu nocnemu u dzieci proponowano zamontowanie w łóżku czujników wilgoci, oraz sugerowano, by terapeuta siedział całą noc przy dziecku. Autorzy tego pomysłu przyznali przy tym samokrytycznie, że takie rozwiązanie nie jest dla rodziców najtańsze, zapominając jednak o kosztach dla psychiki dziecka. Tego rodzaju rozwiązania „behawioralne" przywodzą na myśl polowanie na muchy za pomocą łopaty.
Schopenhauer powiedział kiedyś, że każda nowa, oryginalna idea jest na początku wyśmiewana, następnie poddawana zaciekłym atakom, aby w końcu zostać uznaną za słuszną. Nie inaczej było z teorią treningu ze wzmocnieniem. W początkowym okresie Skinner był bezlitośnie wykpiwany po tym, jak dla zademonstrowania swojej idei kształtowania użył przykładu z grającymi w ping-ponga gołębiami. Ciepłą, wygodną, łatwą w czyszczeniu i wyposażoną w odpowiedni zestaw zabawek kołyskę, jaką zbudował dla swoich nowo narodzonych córek, wyśmiewano jako nieludzki, niehumanitarny
i nieetyczny baby-box. Nadal spotyka się plotki, jakoby córki Skin- nera postradały w tej kołysce zmysły, podczas gdy w rzeczywistości obie wyrosły na wspaniałe kobiety i odnoszą sukcesy zawodowe. Dzisiaj większość wykształconych ludzi traktuje teorię treningu ze wzmocnieniem jako rzecz naturalną, normalną, o której od dawna wiedzieli i którą rozumieli. W rzeczywistości jednak mało kto chyba tak naprawdę rozumie omawianą tematykę, w przeciwnym bowiem wypadku ludzie nie zachowywaliby się tak nieodpowiednio w stosunku do innych.
Po zakończeniu pracy w oceanarium występowałam z wykładami na wyższych uczelniach, jak i dla szerszej publiczności, a także pisałam artykuły do pism naukowych na temat stosowania zasad wzmocnienia. Prowadziłam zajęcia, których tematem były omawiane metody, w szkołach średnich, college'ach i na uniwersytetach, podczas kursów dla gospodyń domowych i właścicieli ogrodów zoologicznych, dla rodziny i znajomych, a także podczas kursów weekendowych dla tysięcy właścicieli i treserów psów. Obserwując jednocześnie metody działania innych trenerów, treserów itp. przekonałam się, jak elementy treningu ze wzmocnieniem powoli i stopniowo zdobywały coraz szersze rzesze zwolenników. Hollywoodzcy treserzy zwierząt nazywają te metody „tresurą w afekcie", stosując je dla uzyskania efektów niemożliwych do osiągnięcia tradycyjnymi sposobami —jak choćby przygotowywanie prosiaczków i innych czworonożnych aktorów grających w popularnym swego czasu filmie Babe — świnka
z klasą. Motywowanie pozytywne staje się również coraz popularniejsze wśród trenerów sportowych, wypierając metody tradycyjne, oparte zwykle na stosowaniu ostrych słów i zawyżaniu wymagań. Przynosi to zauważalną poprawę wyników uzyskiwanych przez trenowanych w ten sposób zawodników.
Niestety, nie udało mi się jednak znaleźć żadnej publikacji o za- łożeniach teorii wzmacniania, pozwalającej na ich natychmiastowe zastosowanie w praktyce. Stąd zrodził się pomysł napisania niniejszej książki, która ma wypełnić tę lukę i stanowić wsparcie w codziennych wysiłkach trenerskich.
Trening ze wzmocnieniem nie rozwiązuje bynajmniej wszystkich problemów — nie uzupełni konta w banku, nie uratuje nieudanego związku, nie może też stanowić remedium na poważne zaburzenia osobowości. Niektóre sytuacje, takie jak choćby wyjątkowa płaczliwość niemowlaka, nie mogą zostać zakwalifikowane jako problemy wchodzące w krąg zainteresowań niniejszego opracowania i, jako takie, wymagają zastosowania innego rodzaju rozwiązań. U źródeł nie- których zachowań — czy to ludzkich, czy zwierzęcych — leżą uwarunkowania genetyczne, których modyfikacja na drodze treningu czy tresury nie jest możliwa. Z kolei inne problemy są na tyle błahe, iż nie zasługują nawet, by poświęcać im tu miejsce i czas. Jednakże w wielu sytuacjach życiowych, kiedy stajemy w obliczu różnorakich wyzwań, zadań czy też uciążliwości, umiejętne zastosowanie metody wzmacniającej może się okazać bardzo pomocne.
Właściwe posiłkowanie się w danej sytuacji pozytywnymi czynnikami wzmacniającymi może stanowić instruktaż ich używania również w innych okolicznościach. Jak ujął to z pewną dozą goryczy jeden z moich znajomych, badacz delfinów: „nie powinno się pozwalać na posiadanie dzieci ludziom, którzy przedtem nie tresowali kurczaków". Chciał przez to powiedzieć, że doświadczenie nabyte w trakcie tresury kurczaków, czyli istot, których nie da się do niczego przymusić, powinno uświadamiać ludziom, iż aby osiągać założone cele wychowawcze, nie trzeba wcale stosować kar. W uzupełnieniu, opierając się na wynikach doświadczeń, należy dodać, że moŜna z powodzeniem stosować bardzo wiele różnych ciekawych wzmocnień również w stosunku do dzieci.
Zauważyłam, iż większość spośród treserów delfinów, którzy
byli zmuszeni nauczyć się stosować pozytywne czynniki motywują- ce w codziennej pracy, ma uderzająco spokojne, układne i grzeczne dzieci. Przeczytanie niniejszej książki nie gwarantuje niestety, że i twoje pociechy staną się tak sympatyczne. Prawdę mówiąc, nie moŜna sobie niczego obiecywać na sto procent. Nie gwarantuję, że wszystkich metod da się nauczyć i z powodzeniem je stosować. Książka ta pozwala natomiast dogłębnie poznać zasady stanowiące podstawę wszelkiej nauki, tresury czy treningu oraz podaje pewne wytyczne do stosowania tych zasad w sposób twórczy w obliczu
zmieniających się okoliczności. Zapoznanie się z jej treścią być może pozwoli czytelnikowi wyjaśnić istotę nurtujących go od lat wątpliwości, czy też choć odrobinę poprawić swoje położenie w szczególnie trudnych sytuacjach. A w każdym razie z książki tej można się nauczyć, jak wytresować kurczaka.

Trening ze wzmocnieniem posiada swój własny porządek. Kolejne etapy nauki zostały tu odzwierciedlone w układzie rozdziałów, których kolejność odpowiada kolejności etapów, od najprostszych po najbardziej skomplikowane. Układ taki pozwala stosunkowo najłatwiej nauczyć się stosować trening ze wzmocnieniem.

Struktura ta ma ułatwić czytelnikowi zrozumienie całości omawianego procesu, a jednocześnie przedstawione zastosowania powinny mieć jak najwięcej odniesień praktycznych. W książce przedstawiono opisy rzeczywistych sytuacji, a także przykłady działań. Należy przy tym podkreślić, że poszczególne metody powinny być traktowane jedynie jako sugestie i źródła inspiracji, nie zaś jako konkretne instrukcje postępowania w określonych sytuacjach.
« Last Edit: (Mon) 28.07.2014, 14:03:05 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Re: Najpierw wytresuj kurczaka- Karen Pryor
« Reply #1 on: (Mon) 17.03.2014, 20:51:01 »
Rozdział 1

Dlaczego wzmacnianie jest lepsze od nagradzania.

Co to jest czynnik pozytywnie wzmacniający?

Element, który występując w połączeniu z określonym wydarzeniem, zwiększa prawdopodobieństwo ponownego zaistnienia tego wydarzenia, można określić jako czynnik wzmacniający.
Warto powyższą definicję zapamiętać — stanowi ona tajemnicę
sukcesu w nauce, treningu i tresurze.
Wyróżniamy dwojakiego typu czynniki wzmacniające — pozytywne i negatywne.


Czynnik wzmacniający pozytywny (wzmocnienie pozytywne) to coś, czego obiekt pragnie, co chciałby uzyskać, jak na przykład jedzenie, pieszczota lub pochwała.

Z kolei czynnik wzmacniający negatywny (wzmocnienie negatywne) to coś, czego obiekt chciałby uniknąć — lanie, groźne spojrzenie, niemiłe słowo (czynnikiem takim jest na przykład brzęczyk ostrzegawczy w samochodzie, który uruchamia się, jeżeli nie zapniemy pasów).

Wszelkie zachowania, które już raz wystąpiły lub pojawiają
się tylko sporadycznie, można zintensyfikować właśnie za pomocą wzmocnienia pozytywnego. Jeżeli zawołamy pieska i go pogłaszcze- my, to możemy się spodziewać, że przyjdzie do nas również na kolejne zawołanie — często tak prosta metoda w zupełności wystarcza.
Z kolei nie możemy niestety nic zrobić, jeżeli telefon, na który liczy-
my, nie dzwoni; nie wolno zapominać, że przy treningu ze wzmocnieniem nie da się wymusić pojawiania się zachowań, które dotąd ani razu nie nastąpiły. Jednak z drugiej strony, jeżeli telefony od najbliższych sprawiają nam radość, to dając im to odczuć, zwiększa- my prawdopodobieństwo, że zadzwonią ponownie. (Oczywiście jeżeli zastosujemy czynnik motywujący negatywnie, na przykład mówiąc:
„Dlaczego nigdy nie dzwonisz? Zawsze ja muszę do ciebie dzwonić,
a ty do mnie nigdy!", powodujemy, że dzwoniący poczuje dyskomfort i będziemy mogli się liczyć z tym, że osoba ta nie będzie chciała więcej zadzwonić — oduczymy ją wybierania naszego numeru).

Stosowanie wzmocnienia pozytywnego stanowi najbardziej podstawowy element nauki treningu ze wzmocnieniem. W literaturze naukowej można się spotkać ze stwierdzeniem psychologów: „Zastosowano metody behawioralne", czy też: „Podjęto próby rozwiązania problemu przy pomocy podejścia behawioralnego". W większości przypadków oznacza to, że w miejsce dowolnych uprzednio stosowanych metod postanowiono zastosować wzmocnienie pozytywne. Nie należy się jednak spodziewać, że wykorzystano cały wachlarz opisanych w niniejszej książce środków — niektórym psychologom mogą one bowiem być nieznane.
Czasami do rozwiązania problemu w zupełności wystarcza przejście na wzmocnienie pozytywne. Nie ma wątpliwości, iż jest to najlepsza metoda w przypadku dzieci z moczeniem nocnym — często najskuteczniejszy lek to przytulanie dziecka rano zawsze wtedy, gdy prześcieradło jest suche.
Czasami wzmocnienie pozytywne przyda się również tobie. Kiedyś należałam do koła przyjaciół Szekspira, w którym spotkałam prawnika z Wall Street — człowieka grubo po czterdziestce, zagorzałego fana gry w squasha. Usłyszał on kiedyś przypadkiem, jak rozmawiałam z kimś o treningu i, wychodząc z sali, wyraził przypuszczenie, że może warto by zastosować wzmocnienie pozytywne także do squasha i zamiast, jak miał dotąd w zwyczaju, wściekać
się i kląć po każdym nieudanym zagraniu, udzielać sobie samemu pochwał, ilekroć coś mu wyjdzie.
Spotkałam owego człowieka ponownie dwa tygodnie później, by ze zdziwieniem zauważyć, jak w reakcji na moje pytanie o squasha na jego twarzy pojawił się jakże rzadki u prawników z Wall Street wyraz radości i zaciekawienia; „Na początku wydawało mi się to trochę dziwne, kiedy po każdym dobrym zagraniu powtarzałem sobie
«tak trzymać, Pete, bardzo ładnie». Gdy byłem sam, zacząłem się
nawet poklepywać po plecach. Ale rzeczywiście, szło mi coraz lepiej
— jestem w klubie o cztery szczeble wyżej, udaje mi się wygrywać z ludźmi, z którymi przedtem nie ugrywałem nawet punktu, a poza tym granie sprawia mi dużo więcej przyjemności. Już się na siebie samego nie złoszczę, a po zakończonej partii nie jestem rozdrażniony i rozczarowany. Jeżeli coś mi nie wychodzi, to się za bardzo nie przejmuję, bo wiem, że z czasem i to się poprawi — a największą
radość sprawia mi, kiedy przeciwnik się wścieka i rzuca rakietą —
wiem, że mu to nic nie pomoże, więc się tylko uśmiecham".
Pete stał się bardzo trudnym i wymagającym dla rywali przeciwnikiem. Wystarczyło się przestawić na wzmocnienie pozytywne.

Czynniki wzmocnienia są względne, nie zaś uniwersalne. Deszcz to dla kaczek czynnik wzmocnienia pozytywnego, dla kotów negatywnego, a dla krów jest obojętny. Nie można uznać jedzenia za skuteczne wzmocnienie pozytywne dla osoby, która właśnie spożyła obfity posiłek, nic też nie wskóramy, uśmiechając się lub próbując rozśmieszyć osobę, której zamiarem jest wyprowadzenie nas z równowagi. O wartości wzmacniającej danego działania lub przedmiotu można mówić wyłącznie wtedy, jeżeli są one obiektem pożądania osoby, wobec której kierujemy nasze starania.

Bardzo ważne jest, aby posiadać szeroki wachlarz czynników wzmocnienia pozytywnego, które można zastosować w najróżniejszych sytuacjach. W oceanarium Sea World wobec mieczników przybiera ono najróżniejsze formy: podaje się im ryby do jedzenia, wykonuje masaże różnych części ciała, zapewnia uwagę widowni, zabawki itp. Podczas pokazów zwierzęta nie wiedzą, które spośród ich zachowań będą wzmocnione i w jakiej kolejności, ani też jakiego typu czynnik wzmacniający zostanie zastosowany. Zwierzęta są tak głodne „niespodzianek", że można przeprowadzić cały długi pokaz bez stosowania standardowej nagrody w postaci ryb, które trafiają do wygłodniałych aktorów dopiero wieczorem. Również dla osób pracujących nad ułożeniem mieczników zmiany czynników wzmacniających stanowią urozmaicenie i są swego rodzaju wyzwaniem.

Wzmocnienie pozytywne ma także korzystny wpływ na stosunki międzyludzkie — stanowi podstawę znajomości sztuki dawania prezentów. Trzeba zgadywać, co może stanowić czynnik pozytywnie wzmacniający dla obdarowywanego (przy czym dokonanie właściwego wyboru staje się czynnikiem pozytywnie wzmacniającym dla obdarowującego). W kulturze anglosaskiej zwykliśmy często pozostawiać sprawy związane z prezentami na głowie kobiet. Znam nawet rodzinę, w której matka kupuje wszystkie prezenty gwiazdkowe, od wszystkich dla wszystkich — dostarcza to na pewno dodatkowej rozrywki w momencie rozdawania prezentów — „O, od Anne dla Billy'ego!", podczas gdy wszyscy wiedzą, że Anne nie widziała jeszcze zawartości paczki na oczy. Trzeba tu jednak mieć świadomość, że przyjęcie takiej taktyki nie służy kształtowaniu u dzieci umiejętności dokonywania wyboru czynników wzmacniających dla innych. W naszej kulturze ktoś, kto jest uświadomiony i stara się stosować czynniki wzmocnienia pozytywnego, ma znaczną przewagę nad innymi, przy czym stwierdzenie to odnosi się zwłaszcza do mężczyzn. Stąd tak wielką rolę w wychowywaniu moich synów przywiązywałam do nauczenia ich sztuki dawania prezentów. Pewnego razu, kiedy byli jeszcze bardzo mali, mieli po siedem i pięć lat, zabrałam ich do dość eleganckiego sklepu i poprosiłam, żeby wy- brali dla swojej młodszej siostry po sukience. Pamiętam, jak wiele przyjemności sprawiło im siedzenie w pluszowych fotelach i wygłaszanie opinii na temat kolejnych sukienek, w których siostra wy- chodziła z przy mierzalni. Córka również nie narzekała, a w razie czego miała możliwość wniesienia wobec wyboru braci veta. W ten sposób chciałam zwrócić dzieciom uwagę na fakt, jak bardzo istotną umiejętnością jest odgadywanie, czego mogą chcieć inni, czyli
w jaki sposób właściwie znajdować pozytywne czynniki wzmacniające dla osób, które kochamy i szanujemy.

Wzmocnienie negatywne

Czynnik wzmacniający to, jak sama nazwa wskazuje, element, któ­ry wzmacnia czy też intensyfikuje występowanie danego zachowa­nia. Niekoniecznie jednak musi to być element, którego uczący się (obiekt) pragnie. Równie wzmacniające i motywujące może być coś, czego chcemy uniknąć. Na podstawie przeprowadzonych badań la­boratoryjnych można stwierdzić, że stosowanie stymulatorów ne­gatywnych jest o tyle skuteczne, że można poprzez nie wymusić na obiekcie zachowanie, jakie pozwoli mu pozbyć się danego wzmoc­nienia negatywnego. Tak więc czynniki negatywnie wzmacniające to elementy, których człowiek lub zwierzę chce się jak najszybciej pozbyć, od których chce się uwolnić.
Do wzmocnień negatywnych zaliczamy również te najdelikatniej­sze — jak pełne potępienia spojrzenie w reakcji na nieudany żart, lub podkręcenie kaloryfera, które zmusza nieszczęśnika do zmia­ny miejsca. Nawet skrajne czynniki wzmocnienia negatywnego, jak publiczne poniżenie lub porażenie prądem, mogą jednocześnie speł­niać rolę karzącą. Skierowane pod naszym adresem krzyki i pre­tensje przełożonego uznajemy za doświadczenie karzące wysokiego stopnia, ale jednocześnie pozwala nam to unikać sytuacji, w któ­rych moglibyśmy zostać posądzeni o obijanie się.
Czynników negatywnie wzmacniających można uniknąć poprzez zmianę swojego zachowania. Kiedy zaczynamy się zachowywać ina­czej, dany czynnik przestaje oddziaływać, czemu towarzyszy stymu­lacja i okrzepnięcie nowego zachowania. Wyobraźmy sobie taką sy­tuację: siedzę w pokoju gościnnym u ciotki i nagle zachciewa mi się położyć nogi na stół, tak jak w domu. Spełniam swój zamiar, a wte­dy ciotka z dezaprobatą unosi brew. W reakcji opuszczam nogi na podłogę, twarz ciotki się na powrót rozjaśnia, odczuwam ulgę.
Podniesiona brew ciotki była typowym bodźcem spełniającym funkcję czynnika wzmacniającego negatywnie. Dzięki temu, że po­trafiłam zrezygnować z niepożądanego zachowania, czyli zdjąć nogi ze stołu, nauczyłam się, że lepiej trzymać nogi na podłodze, w każ­dym razie kiedy przebywam w gościnie, i będę się starać więcej tego wymogu nie naruszać.
Można przeprowadzić proces nauczania lub treningu, również stosując wyłącznie czynniki wzmocnienia negatywnego — właśnie w ten sposób odbywa się większość tradycyjnej tresury zwierząt. Koń uczy się, by skręcać w lewo, kiedy poczuje pociągnięcie wodzy z lewej strony, gdyż po wykonaniu skrętu nieprzyjemny ucisk po lewej stronie pyska ustaje. Z kolei lew w cyrku grzecznie wycofuje się na swój podest, chcąc uniknąć nieprzyjemnego uderzenia batem.
Trzeba przy tym pamiętać, iż wzmocnienie negatywne nie jest sy­nonimem kary. Na czym polega różnica? W pierwszym wydaniu książ­ki napisałam, że kara to bodziec odrzucania — pojawia się po zaistnie­niu zachowania, które miało podlegać modyfikacji, i jako taki nie może mieć wpływu na to zachowanie. „To, że dziecko dostanie od ojca lanie za złe oceny, może, ale wcale nie musi sprawić, że w przyszłości będzie przynosiło do domu lepsze stopnie". W rzeczy samej, jeżeli u podstaw kary leży konkretny zamiar, często zdarza się, że kara ta zostaje wymierzona ze znacznym opóźnieniem. Jednak to nie na tym polega pod­stawowa różnica między karą a wzmocnieniem negatywnym.
Współcześnie naukowcy zajmujący się analizą zachowań uznaj ą, że karą są wszelkie zdarzenia, które zatrzymuj ą występowanie da­nego zachowania. Wyobraźmy sobie, że małe dziecko wtyka spinkę do włosów do kontaktu elektrycznego. Matka odciąga je od źródła niebezpieczeństwa i/lub zdecydowanym ruchem odtrąca jego ręce od gniazdka — należy natychmiast przerwać czynność, która prze­cież stanowi bezpośrednie zagrożenie dla życia dziecka. Niepożą­dane zachowanie ustaje. Mogą teraz nastąpić różne inne rzeczy — dziecko może się rozpłakać, matka może się źle poczuć itd. — ale spinka, przynajmniej w tej chwili, nie znajduje się już w gniazdku. Tak właśnie działa kara.
B.F. Skinner posunął się w definiowaniu kary jeszcze dalej — stwierdził on mianowicie, że o karze możemy mówić w momencie, gdy w wyniku danego zachowania następuje utrata czegoś, co obiekt uznaje za wartościowe lub godne pożądania — można tu jako ilu­strację przytoczyć tak rozpowszechnione wśród małych dzieci hobby polegające na sprawdzaniu, czy coś do czegoś pasuje (np. spinka do kontaktu), lub też kiedy w wyniku danego zachowania pojawia się coś, czego obiekt nie uznaje za korzystne. W obu wypadkach, mimo ustania konkretnego zachowania, trudno przewidywać, czy nie bę­dzie się ono powtarzało w przyszłości. Wiemy, że elementy wzmoc­nienia pomagają kształtować przyszłe zachowania, nie sposób jed­nak przewidzieć modyfikacji zachowań wywoływanej przez kary.

Czy odciąganie dziecka od kontaktu i uderzenie „po łapach", choć­by nastąpiło w najodpowiedniejszej chwili, zagwarantuje, że dziecko już więcej nie będzie próbowało wtykać drucików do gniazdka? Szcze­rze powiedziawszy, wątpię. Wystarczy zresztą zapytać kogokolwiek, kto ma małe dzieci. Możemy tylko ciągle zbierać z podłogi wszelkie potencjalnie niebezpieczne przedmioty, montować osłonki na kontak­tach lub zasłaniać je cięższymi meblami, aż w końcu dziecko wyrasta z tej szczególnej formy zainteresowań technicznych.

Oto w jaki sposób podchodzą do sprawy naukowcy — behawioryści: ich zdaniem zarówno wzmocnienie, jak i kara to procesy zde­finiowane przez ich następstwa. Wzmocnień negatywnych można z powodzeniem używać w celu wykształcenia określonych zacho­wań, i mimo zaangażowania w takie działanie bodźców awersyjnych, procesy takie mogą przebiegać względnie łagodnie. Poniżej przedstawiam bardzo piękny przykład zastosowania wzmocnienia negatywnego w stosunku do na wpół udomowionego zwierzęcia, ja­kim jest lama. Lamy w Stanach są zwierzątkami domowymi, nato­miast w innych krajach hoduje się je w celu pozyskiwania wełny. Źródłem przedstawionych poniżej informacji jest znakomity znaw­ca tego ciekawego gatunku, Jim Logan.
Lamy to zwierzęta płochliwe i nieśmiałe, podobnie jak konie. Je­żeli nie wytresuje się ich odpowiednio już za młodu, w późniejszych latach kontakt z nimi może być bardzo trudny. Oto jak radzą sobie treserzy lam, które nie reagują na element wzmocnienia w posta­ci paszy: za pomocą dźwięków tzw. klikera dają zwierzęciu znać, że to, co w danej chwili robi, zasługuje na czynnik wzmacniający, przy czym czynnikiem wzmacniającym podstawowym bądź rzeczy­wistym jest usunięcie czynnika negatywnego.
W sumie więc treser przekazuje lamie następujący komunikat: „Czy jeżeli podejdę do ciebie na dziesięć metrów, będziesz stać spo­kojnie? Tak? Dobrze. Teraz pstrykam klikerem, odwracam się i idę sobie.
A teraz, jak podejdę na osiem metrów, też nie będziesz uciekać? Tak? Dobrze. Pstrykam i odchodzę".
Za pomocą klikera oznaczano zachowanie spokoju, jako wzmoc­nienie stosując wywołującego obawy człowieka. Dzięki takiej metodzie po upływie kilku minut można znacznie przybliżyć się do zwie­rzęcia. To lama kontroluje sytuację — dopóki stoi spokojnie, wie, że może sprawić, by człowiek się oddalił, a więc nie rusza się nawet wtedy, gdy zbliżamy się na wyciągnięcie ręki.
Jeżeli treserowi uda się zbliżyć do zwierzęcia kilkakrotnie i po­głaskać je, po czym spokojnie się oddalić, następuje prawdziwe prze­łamanie lodów. Lama nie boi się już człowieka — czas na nagrodę w postaci wiadra paszy. Pętla przepływu informacji przedstawia się w takim wypadku następująco: „Czy kiedy stoisz spokojnie, mogę cię dotknąć? Mogę? Pstrykam klikerem i jest nagroda". W ten spo­sób lama zaczyna poznawać pozytywne bodźce wzmacniające, ta­kie jak jedzenie czy pieszczoty, które otrzymuje w nagrodę za za­niechanie ucieczki.
Stosowanie ucieczki, cofnięcia się jako nagrody po wystąpieniu pożądanego zachowania stanowi istotny element tak zwanych tech­nik „zaklinania koni". Treser pracuje wówczas z koniem biegaj ą- cym swobodnie po ogrodzonym terenie i w ciągu względnie krótkie­go czasu przemienia dzikiego rumaka w zwierzę, które stopniowo zaczyna ze spokojem przyjmować obecność człowieka. Koń z zupeł­nie dzikiego staje się bardzo spokojny, pozwala się nawet osiodłać — wynik wydaje się wręcz magiczny.
Często stosujący tę technikę treserzy przedstawiaj ą dość dziwne wyjaśnienie jej istoty. Do zasygnalizowania zwierzęciu danej infor­macji stosują dźwięk lub ruch, który sami wypracowali, a który — o czym często nie wiedzą — stanowi wzmocnienie warunkowe. Tak więc to nie czary, a zasady warunkowania instrumentalnego.
Wzmocnienie negatywne to niezwykle pożyteczny proces i sku­teczne narzędzie, przy czym należy stale pamiętać, że każde jego stosowanie zawiera w sobie również pierwiastek kary. Pociągnięcie za wodze w lewo jest dla konia karą za to, że idzie na wprost, i trwa aż do chwili, kiedy skręci. Nadużywanie wzmacniania negatywne­go i innych bodźców negatywnych prowadzi do zjawiska, które dr Murray Sidman nazywa „odpadaniem", czyli występowaniem nie­pożądanych efektów ubocznych kary (patrz: rozdział 4). *

Wybór najodpowiedniejszej chwili do stosowania wzmocnienia

Jak już powiedziano, wzmocnienie musi zachodzić w połączeniu z działaniem, które ma w zamierzeniu zmodyfikować — dlatego też moment pojawienia się wzmocnienia stanowi dla ucznia informację, na podstawie której jest on w stanie określić, o co dokładnie chodzi uczącemu. Jeżeli ktoś się uczy, treść informacyjna wzmocnienia staje się ważniejsza niż ono samo. Jeżeli sportowiec lub tancerz wykonując daną czynność, słyszy od trenera lub instruktora „Bardzo dobrze!" czy „Nieźle!", przekaz informacji następuje w chwili, gdy pożądane zachowanie ma miejsce, nie zaś w szatni podczas odprawy.
Opieszałe stosowanie wzmocnienia może powodować występo­wanie poważnych problemów. Pies robi siad, ale zanim właściciel zdąży powiedzieć „dobry pies", ten już znowu stoi. Jakie zachowa­nie zostało wzmocnione? Stanie. Za każdym razem, gdy podczas tre­sury lub nauki napotykamy problemy, powinniśmy sobie najpierw zadać pytanie, czy ich przyczyną nie jest opóźnienie w stosowaniu wzmocnienia. Stąd warto, by naszym wysiłkom od czasu do czasu przyglądał się ktoś trzeci, kto potrafiłby ocenić naszą umiejętność stosowania wzmocnień we właściwym czasie.
Wzmocnienie zjawia się zbyt późno: komplement „Bardzo ładnie wczoraj wieczorem wyglądałaś" ma inną wymowę, niż gdyby był wy­powiedziany poprzedniego dnia. Może się nawet zdarzyć, że opóź­nione wzmocnienie wywoła efekt odwrotny od zamierzonego („Jak to, a teraz nie wyglądam ładnie?"). Ludzie mają zadziwiającą wiarę w potęgę słów, którymi staraj ą się nadrabiać poślizg czasowy.
Również wzmocnienia stosowane zbyt wcześnie są nie efektyw­ne. W ogrodzie zoologicznym w Bronksie opiekunowie nie mogli wy­musić na gorylu, by na czas czyszczenia klatki wychodził na wy­bieg — zapierał się w przejściu, blokując z całej siły przesuwane drzwi. Goryl ów nie dawał się skusić wystawianym na zewnątrz jedzeniem, nie robiły na nim wrażenia nawet dojrzałe kiście smako­witych bananów — czasem tylko szybkim ruchem doskakiwał do przysmaków, by błyskawicznie powrócić na swoje miejsce, zanim drzwi zdążyły się zasunąć. O rozwiązanie sytuacji poproszono jed­nego z pracujących w zoo treserów. Wskazał on, że kuszenie małpiszona bananami i pozostałe podejmowane dotąd próby wywabienia go na zewnątrz opierały się na próbach wymuszenia zachowania, które dotąd nigdy nie występowało. Nazywa się to przekupstwem. Treser zaproponował, by nie zwracać na goryla uwagi dopóty, do­póki siedząc w przejściu blokuje drzwi, natomiast stosować wzmoc­nienie za każdym razem, gdy z własnej woli wychodzi na zewnątrz. Podejście to wkrótce przyniosło spodziewane efekty.
Według mnie czasami zbyt wcześnie stosujemy wzmocnienie wobec dzieci, ulegając złudnemu przekonaniu, że je do czegokol­wiek zachęcamy („Bardzo ładnie, tak to się właśnie robi, prawie ci się udało"). W takich wypadkach możemy co najwyżej uznać, że za­chęcamy do podejmowania pewnych prób, a przecież jak wiadomo, między próbowaniem a rzeczywistym wykonaniem danego zadania jest znaczna różnica. Czasami narzekanie: „nie umiem, nie potrafię" może mieć pokrycie w rzeczywistości, jednak bywa to oznaką zbyt częstego stosowania wzmocnienia wyłącznie wobec prób. Dawanie prezentów, składanie obietnic, prawienie komplementów i inne dzia­łania mające służyć wywołaniu zachowania, które dotąd ani razu nie nastąpiło, nie ma szans powodzenia. Działanie takie stanowi jedy­nie wzmocnienie zachowań, które zachodziły w danej chwili.
Prawidłowy dobór czasu jest niemniej istotny przy stosowaniu wzmocnienia negatywnego: koń uczy się, że ma skręcić w lewo w mo­mencie, kiedy jeździec ciągnie wodze z lewej strony, pod warunkiem jednak, że kiedy już skręci, nieprzyjemne ciągnięcie ustaje. Jeździec wsiada na konia, spina go i zwierzę rusza do przodu — w tej chwili należy przestać kopać je w boki (chyba że chcemy wymusić, by przy­spieszyło). Często początkujący jeźdźcy tak zapamiętują się w ko­paniu nieszczęsnego konia w boki, jakby chcieli pompować nogami jakieś tajemnicze paliwo, które jest zwierzęciu niezbędne do ruchu. Kopnięcia nie ustają, a więc nie zawieraj ą w sobie żadnej informa­cji — koń nie uczy się niczego. Stąd w szkółkach jeździeckich spoty­kamy konie z osłoniętymi bokami, które niezależnie od siły i liczby kopnięć adeptów hippiki poruszaj ą się z prędkością żółwia.
Dokładnie ta sama zasada ma zastosowanie do ludzi, którzy
stale słyszą zrzędzenia i namowy ze strony rodziców, przełożonych czy nauczycieli. Jeżeli wzmocnienie negatywne nie ustaje z chwi­lą wystąpienia żądanego zachowania, nie jest to ani wzmocnienie, ani informacja. Jest to, zarówno dosłownie, jak i w rozumieniu teo­rii informacji, „szum".
Oglądaj ąc w telewizji mecz, często jestem pod wrażeniem dosko­nałej harmonii funkcjonowania systemu podawania zawodnikom czynników wzmocnienia. Po strzeleniu bramki piłkarz słyszy eks­tatyczny ryk tłumu, oznaczający absolutną akceptację dla tego, co właśnie zrobił. Również wymiana wzajemnych elementów wzmac­niających po zdobyciu gola lub po zwycięskim zakończeniu meczu robi wrażenie. Inaczej rzecz się ma z aktorami, zwłaszcza aktora­mi filmowymi; nawet na scenie oklaski i owacje następuj ą dopie­ro po zakończeniu przedstawienia. Natomiast w filmie, jeśli nie li­czyć reakcji reżysera czy kamerzysty, właściwie brak wzmocnienia we właściwym czasie. Listy od wielbicieli i entuzjastyczne recenzje w prasie, które przecież przychodzą po dłuższym czasie, nie rów­nają się z aplauzem tysięcy gardeł na stadionie sportowym. Stąd tak często można zaobserwować usilne starania gwiazd o uznanie — minusem ich pracy jest fakt, że wzmocnienie, choćby najsilniej­sze, zawsze pojawia się z opóźnieniem.

Skala wzmocnienia

Początkujący treserzy, którzy jako wzmocnienie stosuj ą jedzenie, często stają przed dylematem, jak obfite porcje powinni podawać. Odpowiadam: możliwie najmniejsze. Im mniejsza porcja wzmoc­nienia, tym szybciej zwierzę ją zje, co nie tylko skraca czas ocze­kiwania, ale też umożliwia stosowanie większej liczby wzmocnień w toku jednej sesji, zanim zwierzę się nasyci. W 1979 roku zatrud­niono mnie jako konsultantkę w Narodowym Ogrodzie Zoologicznym w Waszyngtonie, gdzie miałam uczyć pracowników technik wzmoc­nienia pozytywnego. Jedna z uczestniczek szkolenia narzekała, że proces tresury pand przebiega strasznie powoli. Wydało mi się to dziwne z tego względu, że pandy to duże, chciwe i aktywne zwierzęta, na które wzmocnienie pokarmem powinno działać bardzo do­brze. Postanowiłam przyjrzeć się bliżej technice stosowanej przez ich treserkę i stwierdziłam, że jakkolwiek następowała stopniowa po­prawa w stosowaniu przez nią właściwych ruchów ciała, to błędem treserki było podawanie pandom za każdym razem jako wzmocnie­nia całej marchewki. Sympatyczne misie nie spiesząc się, zajada­ły swoje marchewki, tak że w czasie kwadransa, który dziewczy­na mogła im poświęcić, zdążyły otrzymać zaledwie trzy marchewki (którymi się oczywiście bardzo szybko nudziły). W mojej opinii wię­cej pożytku przyniosłoby podawanie pandom za każdym razem po­jedynczych plasterków marchewki.
Ogólnie rzecz biorąc, wzmocnienie złożone z jednego kęsa jest wystarczające, by podtrzymać zainteresowanie nim zwierzęcia. Dla kurczaka będzie to jedno lub dwa ziarenka kukurydzy, mała kostka mięsa dla kota, dla słonia pół jabłka. Jeżeli jako wzmocnienie sto­sujemy wyjątkowe przysmaki, porcje mogą być jeszcze mniejsze — jak na przykład łyżeczka owsa dla konia. W waszyngtońskim ogro­dzie zoologicznym treserom udało się nauczyć niedźwiedzie polarne wielu pożytecznych rzeczy, jak choćby przechodzenia do drugiej klat­ki na komendę, przy zastosowaniu rodzynek.
Treser powinien przestrzegać podstawowej zasady, która mówi, że jeżeli w ciągu dnia odbywa się tylko jedna sesja, to można się spodziewać, że zwierzę będzie wypełniało nasze polecenia za jedną czwartą racji, a resztę można mu dać „za darmo". Jeżeli natomiast dziennie odbywają się trzy, cztery sesje, zwykłą ilość pożywienia można podzielić na osiemdziesiąt porcji wzmocnienia i od dwudzie­stu do trzydziestu podawać zwierzęciu w ciągu każdej sesji. Osiem­dziesiąt porcji to maksymalna liczba wzmocnień, przy większych zwierzę traci zainteresowanie wzmocnieniami (może dlatego maga­zynki mieszczą 80 sztuk przezroczy — przy ładowaniu przez prele­genta drugiego magazynku słuchacze zwykle zaczynaj ą się z nie­pokojem wiercić i ziewać).
Nie bez wpływu na rozmiary porcji wzmocnienia jest także sto­pień trudności zadania. W Sea Life Park okazało się, że za wyskok z wody na wysokość siedmiu metrów wielorybom trzeba było poda­wać dużą makrelę, gdyż za tradycyjne dwie małe rybki odmawia­ły wykonania zadania. W świecie ludzkim zwykle za większy trud otrzymujemy większe zadośćuczynienie, a jeżeli jest inaczej, jeste­śmy bardzo niezadowoleni.

Jackpot

Jackpot to jedna z najbardziej przydatnych technik szkoleniowych, wykorzystująca jako wzmocnienie bądź żywność, bądź inne elementy, i odnosząca się zarówno do zwierząt, jak i do ludzi. Jackpot to zadość­uczynienie wielokrotne, nawet dziesięć razy większe od przeciętnego wzmocnienia, które dodatkowo jest dla szkolonego nagrodą. W pewnej agencji reklamowej, w której kiedyś pracowałam, zawsze w grudniu or­ganizowaliśmy imprezę gwiazdkową, a poza tym dość hucznie obcho­dziliśmy zakończenie większych zadań oraz podpisanie umów z kolej­nymi klientami. Prezes miał jednak zwyczaj, by raz, dwa razy w roku organizować uroczystości zupełnie bez powodu; nagle wczesnym popo­łudniem krzyczał, żebyśmy przestali pracować, wyłączano centralę te­lefoniczną, po czym zjawiała się kawalkada kelnerów, muzyków, bar­manów, wjeżdżały tace z szampanem, patery z wędzonym łososiem... Tylko dla nas i bez powodu — był to typowy, niespodziewany jackpot dla grupy złożonej z pięćdziesięciu osób. Sądzę, że to znakomity po­mysł na tworzenie w pracy właściwej atmosfery.
Jackpot może również służyć do zasygnalizowania znacznego przełomu w danym programie szkoleniowym. Przytoczę przypadek tresera koni, który w nagrodę za wykonanie po raz pierwszy trud­nego zadania potrafi zsiąść z konia, zdjąć mu z grzbietu siodło i puś­cić go wolno — tu jackpot oznacza danie całkowitej wolności i często pomaga w utrwaleniu u zwierzęcia nowej umiejętności.
Jackpot może, paradoksalnie, służyć do poprawy reakcji szkolo­nego obiektu, który nie daje się okiełznać, jest oporny, wystraszony i w ogóle nie zachowuje się w sposób oczekiwany. W Sea Life Park prowadziliśmy finansowane przez marynarkę wojenną badania, któ­rych celem było przysposobienie delfinów do pewnych zadań poprzez oduczenie ich starych zachowań, a nauczenie nowych. Obiektem był spokojny delfin imieniem Hou, który — o czym wiedzieliśmy już wcze­śniej — przyjmował wszelkie nowości z oporami. Jeżeli nie podawa­liśmy mu wzmocnień za to, co robił, tracił ochotę do wszelkich dzia­łań, stawał się pasywny, aż któregoś razu przez dwadzieścia minut w ogóle nie reagował na starania treserów. Wówczas ktoś rzucił Hou dwie rybki „za nic". Delfin najwyraźniej się zdziwił taką hojnością ludzi i w czasie kolejnych sesji dokonał wyraźnego postępu i zaczął wykonywać zadania, których od niego oczekiwano.
Sama kiedyś miałam podobne doświadczenie. W wieku piętna­stu lat ze wszystkich zajęć najbardziej lubiłam lekcje jazdy konnej. Stajnia, w której je pobierałam, sprzedawała bilety — za jeden bi­let można było odbyć dziesięć lekcji. Z mojego kieszonkowego stać mnie było niestety tylko na jeden bilet miesięcznie. Mieszkałam z ojcem i macochą, którzy byli dla mnie bardzo dobrzy, znajdowa­łam się jednak w trudnym wieku, a agresja i kłótliwość sprawiały, że bywałam dla rodziny uciążliwa. Aż pewnego razu rodzice zako­munikowali mi, że mają dość mojego zachowania, i że postanowi­li mnie za nie wynagrodzić. Otrzymałam dodatkowy bilet najazdy konne —jedno z dorosłych poszło do stajni mi go kupić. Był to ty­powy jackpot niezasłużony. O ile pamiętam, moje zachowanie na­tychmiast się poprawiło, co macocha potwierdza wiele lat później, kiedy piszę niniejsze słowa.
Przyznam się, że do końca nie rozumiem, dlaczego niezasłużony jackpot wywiera tak ogromny wpływ na zmianę zachowania — może ktoś napisze na ten temat doktorat i nam tę sprawę wyjaśni. Za­świadczam natomiast, że bilet najazdy konne błyskawicznie uwol­nił mnie od bardzo silnych uczuć uwiązania i niechęci — wyobra­żam sobie, że delfin Hou czuł to samo.

Wzmocnienie warunkowe

Często się zdarza, szczególnie wówczas, gdy jako wzmocnienie sto­sujemy pokarm, że nie da się w żaden sposób podać obiektowi jedze­nia dokładnie w momencie, kiedy uznamy, że wywoła to prawidło­wą reakcję, czyli wzmocni pożądane zachowanie. Nie ma przecież możliwości nakarmienia delfina w chwili, gdy znajduje się on w po­wietrzu, a więc wykonuje skok, do którego chcemy go przyuczyć. Zwierzę nauczy się kojarzyć skoki z nagrodą pod warunkiem, że po każdym skoku natychmiast będziemy mu rzucali rybę. Nie spo­sób jedynie przekazać, który element skoku uznajemy za najlepszy — wysokość, kształt paraboli czy chlupnięcie do wody. Stąd też, by dokładniej określić zwierzęciu, o jaki skok nam chodzi, musi wyko­nywać ćwiczenie wielokrotnie. Rozwiązaniu omawianego problemu służą wzmocnienia warunkowe.
Wzmocnienie warunkowe to sygnał, który początkowo nie niesie żadnego znaczenia — może to być dźwięk, światło lub ruch, który poprzedza podanie wzmocnienia lub mu towarzyszy. Treserzy delfi­nów korzystają z gwizdków policyjnych — ich dźwięk jest wystar­czająco donośny również pod wodą, a gwizdki nie zajmują rąk, któ­rymi treser może jednocześnie dawać inne sygnały i rzucać ryby. Przy pracy z innymi zwierzętami posługuję się kupowanym w skle­pach z zabawkami „ świerszczem", który po naciśnięciu wydaje od­powiedni odgłos, bądź też stosuję pochwały werbalne zarezerwo­wane wyłącznie dla funkcji wzmacniania warunkowego, używaj ąc słów, takiej jak „dobry pies" czy „dobry koń". Również nauczyciele w szkołach wykształcili klasyczne pochwały, na które dzieci często z niecierpliwością czekają: „no nieźle" lub: „bardzo ładnie".
Świat wokół nas obfituje w całe mnóstwo wzmocnień warunko­wych — lubimy, kiedy dzwoni telefon, kiedy mamy pełną skrzynkę, choćby nawet przekazywane telefonicznie informacje nie były wy­łącznie dobre, a poczta stanowiła w przeważającej części reklamo­wy chłam. Nasze pozytywne nastawienie bierze się stąd, że chętnie wiążemy dzwonek telefonu i list z wydarzeniami pozytywnymi, tak samo, jak z przyjemnością słuchamy muzyki bożonarodzeniowej, zaś niechęć wzbudza w nas zapach gabinetu dentystycznego. Wreszcie nie gromadzimy wokół siebie zdjęć i innych pamiątek z powodu ich wartości estetycznej czy praktycznej, lecz dlatego, że przypominają nam szczęśliwe chwile i ludzi, których darzymy pozytywnymi uczu­ciami. To właśnie są wzmocnienia warunkowe.
Praktyczne zastosowanie wzmacniania pozytywnego w tresu­rze zwierząt winno być zawsze poprzedzone ustaleniem wzmocnie­nia warunkowego. Zanim przystąpimy do stawiającej sobie za cel ukształtowanie pewnych zachowań procedury treningowej, win­niśmy w chwili, gdy obiekt nie robi nic szczególnego, wykształcić w nim świadomość znaczenia wzmocnienia poprzez podawanie mu pokarmu, głaskanie lub stosowanie innych elementów wzmocnienia. Przy pracy ze zwierzętami możemy po pewnym czasie stwierdzić, że obiekt nauczył się na przykład rozpoznawać sygnał oznaczający „do­brze". Zwierzę w widoczny sposób zaczyna reagować na wzmocnienie warunkowe i poszukuje wzmocnienia rzeczywistego. Poprzez usta­nowienie wzmocnienia warunkowego zyskujemy możliwość przeka­zywania komunikatów o tym, co konkretnie nam się podobało w za­chowaniu zwierzęcia. A więc, żeby rozmawiać ze zwierzętami, nie trzeba być doktorem Dolittle — wykształciwszy odpowiednie narzę­dzia, można z ich pomocą „powiedzieć" bardzo wiele.
Siła wzmocnienia warunkowego jest ogromna. Sama widziałam jak motywowane w ten sposób ssaki morskie wykonywały wyuczo­ne czynności jeszcze długo po tym, jak osiągnęły nasycenie pokar­mem, podobnie zachowywały się konie i psy. Oczywiście ludzie po­trafią pracować bez końca dla pieniędzy, które zresztą również są formą wzmocnienia warunkowego — żetonem, który wymienia się na przedmioty — dotyczy to nawet, a może przede wszystkim, lu­dzi, którzy zarobili już więcej niż są w stanie wydać, i którzy uza­leżnili się od tego właśnie rodzaju wzmocnienia warunkowego. Przy­puszczam, że źródłem tak wielkiej siły wzmacniającej pieniędzy jest świadomość, że możemy je łączyć praktycznie z czymkolwiek, cze­go byśmy pragnęli. Pieniądze to wzmocnienie warunkowe o bardzo ogólnym i uniwersalnym znaczeniu.
Można zwiększyć siłę oddziaływania wzmocnienia warunkowe­go poprzez połączenie go ze wzmocnieniami podstawowymi. Jeżeli na przykład wykorzystywany jako wzmocnienie dźwięk lub słowo kojarzone jest z wodą lub zaspokajaniem innych potrzeb czy przy­jemności, to takie wzmocnienie zachowa swoją wartość również, jeżeli obiekt w danej chwili nie ma ochoty choćby na jedzenie. Za­wsze, kiedy moje koty dostają kolację, są głaskane, wypuszczane i ponownie wpuszczane do domu, natomiast kiedy dostają nagro­dy za zrobienie śmiesznej sztuczki, zawsze jednocześnie mówię do nich „dobry kotek". Za pomocą tych samych słów mogę bez potrze­by stosowania prawdziwego wzmocnienia wymusić na nich, by na przykład usunęły się ze stołu w kuchni.
Określiwszy już wzmocnienie warunkowe, należy zwrócić uwa­gę, by nie nadużywać go bez potrzeby, gdyż zdewaluuje się w ten sposób jego wartość. Sama byłam świadkiem, jak dzieci jeżdżące na kucykach szybko nauczyły się, że nie wolno ciągle powtarzać: „do­bry konik", bo stwierdzenie takie prędko traci znaczenie, lecz nale­ży stosować tę frazę wyłącznie, chcąc wymusić na kucyku konkret­ne zachowanie. A więc pragnąc wyrazić swoje uczucie do zwierzęcia, można wypowiadać dowolne słowa, należy jednak koniecznie unikać sformułowania „dobry konik". Kiedyś dziecko, które po raz pierwszy dołączyło do grupy, stojąc przed kucykiem pogłaskało go po mordzie ze słowami jesteś dobrym konikiem". Wtedy troje innych zapyta­ło malca, po co zwraca się do kucyka, który przecież jeszcze nic nie zrobił. Ten sam schemat ma również zastosowanie w życiu rodzin­nym — okazujemy przecież uczucia dzieciom, krewnym, rodzicom, przyjaciołom i nie wiążemy tego z reguły z jakimiś konkretnymi za­chowaniami z ich strony. Jednak pochwały powinniśmy zachowy­wać jako wzmocnienie warunkowe powiązane z danym działaniem — okazji do pochwalenia innych nigdy nie brakuje, jest to forma wzmocnienia stosowana bardzo często w szczęśliwych, zżytych ro­dzinach. Trzeba jednak pamiętać, że pochwała fałszywa lub pozba­wiona znaczenia zostanie odrzucona, nawet przez małe dzieci, i jako taka straci swoją siłę wzmacniającą.

Kliker

Treserzy ssaków morskich wykorzystują wzmocnienia warunko­we, zwykle dźwięk gwizdka, do szkolenia wielorybów, delfinów, fok i niedźwiedzi polarnych. Pomysł ten ośrodkom hodowlanym i mary­narce wojennej podsunął w latach sześćdziesiątych Keller Breland, student B.F. Skinnera. Według określenia Brelanda gwizdek to „bo­dziec pomostowy", gdyż nie tylko informuje on delfina, że właśnie zasłużył na rybkę, ale również stanowi łącznik pomiędzy skokiem w basenie (czyli zachowaniem, o które chodziło), a przepłynięciem na brzeg po odbiór nagrody.
W opracowaniach naukowych dotyczących analizy zachowań uznaje się oba opisane aspekty wzmocnienia warunkowego. To jednak jeszcze nie wszystko. W latach dziewięćdziesiątych wśród trenerów bardzo popularne stało się warunkowanie, kształtowanie, wzmocnienie pozytywne i warunkowe. W ich ślady poszli inni, włącznie z właścicielami psów (patrz: rozdział 6), którzy jako wzmocnienia warunkowego używają metalowego klikera w plastikowej obudowie
— stąd metoda przybrała nazwę treningu z klikerem, a stosujących ją zaczęto nazywać „klikaczami".
Opisywana metoda treningu i układania zwierząt, oprócz tego, że stanowi wzmocnienie warunkowe i bodziec pomostowy między za­sługującym na nagrodę aktem a jej otrzymaniem, posiada też wiele funkcji dotąd nie do końca zbadanych. Przede wszystkim jest ona, według nomenklatury Ogdena Lindsleya, „znacznikiem zdarzenia"
— jest dla obiektu informacją o tym, jakiego dokładnie zachowa­nia się od niego oczekuje. Co jeszcze ważniejsze, pozwala przeka­zać kontrolę nad procesem w ręce, łapy, płetwy itd. — po pewnym czasie obiekt przestaje jedynie powtarzać pewne zachowania, a za­czyna wyrażać swoją wolę: „ha — ja coś robię, a ty zaraz klikasz
— ale fajnie — chcę jeszcze". Trenerzy nazywaj ą moment przejęcia kontroli przez obiekt „zajarzeniem" —jest to chwila o wielkiej sile wzmacniającej, zarówno dla tresera, jak i obiektu.
Dr Ellen Reese zwróciła mi uwagę, iż wzmocnienie warunkowe w formie stosowanej przez treserów „klikaczy" stanowi równocześnie sygnał zakończenia, oznacza „wykonano", „przerwa". Gary Wilkes mówi: „Kliknięciem kończymy dane zachowanie", i już to ma znacz­ną siłę wzmacniającą. Czasami jednak co więksi tradycjonaliści spo­śród trenerów są mocno zdziwieni — wydaje im się nienaturalne, że klikaniem uczy się psa trzymania kości w pysku, a jednocześnie do­puszcza się, by nagle upuszczał kość i połykał kawałki kiełbasy.
Gregory Bateson, filozof, który jakiś czas również pracował w Sea Life Park, utrzymuje, że warunkowanie robocze to jedynie system komunikowania się z obcymi gatunkami. Być może tak rzeczywiście jest. Do niewątpliwych zalet sygnału znacznika należy zaliczyć moż­liwość stosowania go w celu przekazania konkretnej informacji. Poli­cjant Steve White opowiedział mi kiedyś, jak posłał swojego owczarka niemieckiego z misją znalezienia przedmiotu, który został wrzucony na samą górę kępy krzewów dwumetrowej wysokości. Pies przez dwie godziny bez powodzenia poszukiwał owego przedmiotu na ziemi, a kie­dy przypadkiem podniósł łeb, Steve kliknął. Wówczas pies natych­miast zaczął węszyć na wysokości swojego łba, a potem, nawet stając na tylnych łapach, coraz wyżej. Bez dalszej pomocy pana owczarkowi udało się znaleźć umieszczony na kępie krzewów przedmiot.
Sygnał: „tak trzymać"
Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że policjant nie zastosował kliknięcia wzmacniającego jako sygnału do zakończenia poszukiwań — wręcz przeciwnie, chciał w ten sposób zachęcić psa do ich konty­nuowania. Używając klikera, zachęcił zwierzę, by węszyło powyżej poziomu gruntu, i do dalszych poszukiwań, aż do skutku. W pierw­szym wydaniu niniejszej książki przedstawiłam możliwości kilka­krotnego wykorzystania wzmocnienia warunkowego, przy niesto­sowaniu wzmocnienia rzeczywistego aż do samego końca procesu. Tak właśnie zdarzało nam się robić przy pracy z delfinami w Sea Life Park, podczas kształtowania zachowań długotrwałych lub łań­cuchów zachowań. Wówczas jednak nie miałam świadomości, że tak naprawdę stosowaliśmy wtedy dwa (co najmniej dwa) wzmocnienia warunkowe lub sygnały znacznikowe — pierwszym był gwizdek, który oznaczał jak wyżej: „pięknie, zaraz będzie nagroda, rybka już jest, popłyń sobie po nią, zadanie zakończone", natomiast drugim był gwizdek wyciszony, którego znaczenie miało być odczytywane następująco: „wszystko idzie dobrze, ale zadanie trwa nadal".
W latach dziewięćdziesiątych często spotykałam się z niedoświad­czonymi „klikaczami", których Morgan Spector zwykł nazywać tre­serami „przejściowymi" (tj. doskonale znającymi metody szkolenia korekcyjnego i podejmującymi próby przechodzenia na kształto­wanie i wzmacnianie pozytywne). Zauważyłam, że osoby te mia­ły tendencję do nadużywania klikera, przy czym jednocześnie bardzo oszczędnie szafowały nagrodami — tak, że w końcu znaczenie kliknięcia zostało rozmyte. Należy zawsze stosować zasadę: jedno kliknięcie — jedna nagroda".
W rzeczywistości możemy się często spotykać z sytuacjami, kiedy bardzo potrzebny okazuje się pośredni bodziec wzmacniający, tak jak działo się w opisanym przypadku owczarka policyjnego. Można wtedy zastosować inny bodziec wzmacniający, poprzez który zako­munikujemy obiektowi: „bardzo dobrze, tak trzymaj". Co ciekawe, sygnał taki nie musi być bezpośrednio powiązany ze wzmocnieniem głównym. Wystarczy wprowadzać go w pewne miejsca między kliknięciami na zakończenie zadania, a wkrótce obiekt zacznie go roz­poznawać jako znak wprowadzający do wzmocnienia końcowego.
Możemy pójść dalej i wykorzystywać sygnał w ramach łańcucha, bez potrzeby jego zatrzymywania. Na przykład podczas konkursu zręczności dla psów, kiedy zwierzęta muszą na czas biegać przez tor przeszkód, właściciel wskazuje swojemu pupilowi kolejność po­konywania przeszkód. Kiedyś jeden z psów po pokonaniu kolejnej przeszkody nagle się zatrzymał, wyraźnie zagubiony, jakby nie usły­szał lub nie zrozumiał polecenia — co teraz, tunel czy skok? Zare­agował dopiero wtedy, kiedy właściciel w reakcji na spojrzenie za­gubionego psa w stronę poprzeczki, nad którą miał przeskoczyć, dał mu znać gromkim „Tak!"
Podobnie jak przy kliknięciu końcowym, rodzaj wykorzystywane­go bodźca nie ma żadnego znaczenia — może to być gwizdek, kliker, krzyk czy też odpowiedni gest. Istotny jest fakt, iż u podstaw bodźca nie może leżeć wyłącznie zachęta czy chęć zdopingowania obiektu, gdyż mogłoby go to rozproszyć i wywołać zachowanie niepożądane, lecz konkretny i jasno określony czynnik wzmacniający.

Sygnały warunkowania awersyjnego

Zastosowane we właściwym czasie wzmocnienie pozytywne to dla obiektu informacja, że to, co robi, jest dobre, i jeżeli będzie to robił dalej, zostanie za to wynagrodzony. Z drugiej strony, można rów­nież ustalić sygnał warunkowania awersyjnego albo czynnik ka­rzący, który oznacza, że to, co obiekt wykonuje, jest złe, i jeżeli nie przestanie, wydarzy się coś niedobrego.
Bodźce warunkowania awersyjnego działają znacznie skutecz­niej niż groźby. Są zwierzęta, jak choćby koty, które w ogóle nie są wrażliwe na krzyki. Jednej z moich znajomych udało się natomiast oduczyć kota drapania obić przez ustalenie bodźca warunkowania awersyjnego w postaci prostego słowa „nie!" Kiedy pewnego razu krzyknęła „nie!" na widok spadającej z kuchennego blatu ciężkiej mosiężnej tacy, kotu udało się uniknąć uderzenia. Potem wystar­czyło dwukrotnie powiedzieć „nie", by wystraszony kot zaprzestał niszczenia mebli.
Reprymenda to nieodłączny i konieczny element naszego życia. Jako główne narzędzie szkoleniowe stosujemy co prawda wzmocnie­nie pozytywne, jednak nie oznacza to, że w razie potrzeby, np. kie­dy dziecko wkłada palec do kontaktu, nie możemy powiedzieć „nie!" Metody tej nie należy jednak nadużywać, jak czynią to często trene­rzy dla usprawiedliwienia swojej skłonności do karania. Postępując w ten sposób, po pierwsze stawiaj ą karę na równi ze wzmocnieniem pozytywnym, zapominając, że wpływ obu sposobów oddziaływania na obiekt jest zasadniczo odmienny (patrz: kara, rozdz. 4), a po dru­gie, zwykle stosując nagany i kary, nie ustanawiają przy tym sygna­łu ostrzegawczego lub bodźca warunkowania awersyjnego.
Aby „nie!" miało sens, trzeba je ująć w formalne ramy negatyw­nego wzmocnienia warunkowego. Zanim więc założymy psu obro­żę zaciskową, należy za każdym razem, gdy robi coś niewłaściwe­go, zawsze najpierw powiedzieć „nie!" i odczekać sekundę przed zaciśnięciem pętli, by dać zwierzęciu szansę zmiany postępowa­nia i uświadomić mu, że w ten sposób unika nieprzyjemności. Zaci­skanie smyczy bez ostrzeżenia zmieniają w proste narzędzie kary, której wpływu na przyszłe zachowanie psa nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Inny często spotykany błąd — zaciskanie smyczy, kie­dy pies wraca do nogi, odbierane jest przez zwierzę jako kara za­równo za złe, jak i za dobre zachowanie. Nieumiejętność stosowania warunkowego wzmocnienia negatywnego przyczynia się do wzro­stu liczby rzeczywistych czynników awersyjnych, które występują przy treningu opartym na karze. Następuje również zwolnienie procesu nauki. Wyuczenie psów lub kotów pożądanych zachowań na drodze treningu konwencjonalnego może trwać miesiące, a nawet lata dłużej niż przy zastosowaniu wzmocnienia. Dzieje się tak dla­tego, że tradycyjne metody opierają się na karaniu, które z założe­nia nie służy do wywoływania jakichkolwiek zachowań, ale do ich powstrzymywania, a także z uwagi na fakt, iż stosowanym w nich bodźcom awersyjnym nie towarzyszą negatywne wzmocnienia wa­runkowe. W rezultacie zanim zwierzę będzie w stanie się zoriento­wać, czego się od niego oczekuje, konieczne staje się przeprowadze­nie setek prób i powtórek.
W ostatnich czasach wśród treserów psów zyskuje popularność dość szczególny sygnał warunkowania awersyjnego: znacznik bra­ku nagrody, którym staje się zazwyczaj wypowiadane neutralnym tonem słowo „źle". Kiedy pies, próbując się zorientować, o co cho­dzi trenerowi, prezentuje różne zachowania, należy udzielić mu wsparcia i podać informację, jakie zachowania nie mogą liczyć na wzmocnienie.
Definicja kary B.F. Skinnera, według której jest ona pozbawie­niem czegoś, co chciałoby się mieć, oznacza, że sygnał „źle" to oczy­wisty warunkowy czynnik karzący, gdyż niesie on znaczenie, iż za dane zachowanie nie należy się wzmocnienie. Czy sygnał taki może być źródłem informacji i jako taki stać się elementem wzmacniają­cym? Jak bardzo przydatne może być stosowanie sygnału „ źle", prze­konujemy się przy obserwacji tresury psów. Jeżeli mianowicie pies ma szerokie spektrum w pełni ukształtowanych zachowań, jeżeli jest, mówiąc krótko, zdolnym uczniem, omawianego sygnału można używać jako znaku dla różnorodnych zachowań, oznacza on wówczas „Nie marnuj sił, to jest ślepa uliczka, może trzeba inaczej".
System taki sprawdza się tylko wtedy, kiedy obiekt miał wcze­śniej do czynienia z częstymi wzmocnieniami zachowań zmiennych i był właściwie zmotywowany do aktywnego poszukiwania metod wywołania kliknięcia. Wykorzystywanie tego bodźca w pracy z psem nie posiadającym takich doświadczeń nie przynosi pożądanych rezul­tatów, gdyż zwierzę nie rozumie, czego się od niego wymaga. W ta­kich sytuacjach właściciele psów często stosują opisywaną metodę w taki sposób, jakby była ona obrożą zaciskową: jeżeli mimo pole­cenia „siad" pies nie siada, bez zastanowienia mówimy „źle". Jeże­li rzeczywiście sygnałowi temu przypisano znaczenie „brak wzmoc­nienia", zwierzę zostaje ukarane za to, że nie siada. Nie oznacza to jednak wcale, że następnym razem usiądzie; należy się raczej spo­dziewać, że rezultat będzie taki sam, jak w przypadku innych kar, czyli de facto nie do przewidzenia. Może się zdarzyć, że pies w ogó­le przestanie reagować i umknie lub podda się i będzie próbował sa­modzielnie zaaranżować sobie elementy wzmocnienia, co w rezul­tacie może spowodować wystąpienie zachowań niepożądanych, jak szczekanie, ciągnięcie za smycz, węszenie przy ziemi, drapanie się i inne czynności odwracające uwagę.

Procedura wzmocnień

Chciałabym niniejszym zaprzeczyć panującemu dość powszechnie przekonaniu, że rozpoczynając proces tresury czy nauki od wzmoc­nienia pozytywnego i chcąc utrwalić i podtrzymać występowanie danego zachowania, do końca życia obiektu trzeba korzystać wy­łącznie z tej metody. Jest to nieprawda — stałe wzmacnianie wy­magane jest bowiem jedynie w stadium samego nabywania danej zdolności. Można często chwalić dziecko za używanie toalety, ale nie ma już takiej potrzeby, kiedy umiejętność ta staje się natural­na. Początkującemu należy podawać wzmocnienie jak najczęściej — z im większą częstotliwością powtarzamy dziecku uczącemu się jaz­dy na rowerze: „bardzo ładnie, tak masz jechać", tym lepiej. Jednak z chwilą, gdy jazda na rowerze przestaje dziecku sprawiać proble­my, kontynuowanie podobnych zachęt traci sens, a w oczach dziec­ka dający je rodzic może uchodzić za osobę niespełna rozumu.
Dążąc do utrwalenia i podtrzymania nabytej już przez obiekt umiejętności, nie powinniśmy za każdym razem stosować wzmoc­nień— wręcz przeciwnie, należy je stosować raczej rzadko, pamię­tając przy tym, by wzmocnienia pojawiały się nieregularnie i raczej w niespodziewanych momentach.
Psychologowie nazywają taki system zmienną procedurą wzmoc­nień. Ma on znacznie wyższą skuteczność podtrzymywania wyuczonych zachowań od procedury wzmocnień stałych i przewidywalnych. Działanie tej zasady wyjaśnił mi kiedyś pewien psycholog w nastę­pujący sposób: jeżeli mamy samochód, który zawsze zapalał bez problemu, a nagle pewnego dnia nie zapala, to spróbujemy jeszcze parę razy, po czym przekonani, że to coś poważniejszego, dzwoni­my do mechanika. Wobec braku bezpośredniego i natychmiastowe­ go wzmocnienia nasz zapał do przekręcania kluczyka szybko gaśnie. Jeżeli natomiast mamy starego grata, który w ogóle rzadko kiedy zapala za pierwszym razem, na przekręcanie kluczyka możemy po­święcić nawet pół godziny —jest to działanie w długim schemacie zmiennym, silnie podtrzymywane.
Jeżeli delfin dostawałby rybę w nagrodę za każdy wykonany skok, nie moglibyśmy liczyć, że jego skoki będą widowiskowe, w krót­kim czasie zorientowałby się bowiem, że aby dostać coś „na ząb", wcale nie trzeba się specjalnie starać. Jeżeli wówczas przestanie­my mu dawać ryby, nie będzie skakać w ogóle. Jeżeli natomiast na­uczymy zwierzę skakać po nagrodę, to zachowanie takie można pod­trzymywać, podając rybę po pierwszym, trzecim i dalszych skokach, bez zachowania stałej kolejności i porządku. Nie otrzymawszy na­grody, delfin będzie skakał z jeszcze większą ochotą, z nadziej ą, że wreszcie coś dostanie. Jednocześnie skoki staną się bardziej dyna­miczne, co z kolei pozwoli na selektywne wzmacnianie tych, które uznamy za najlepsze — w sumie więc dzięki zastosowaniu proce­dury zmiennej osiągamy poprawę wyników. Mimo tak znacznych zalet tej metody zdarza się, że nawet zawodowi trenerzy nie potra­fią z niej korzystać we właściwy sposób — całkiem możliwe, że jej zrozumienie przekracza ich możliwości intelektualne: rozumiemy, że nie ma sensu karanie niewłaściwego zachowania po jego usta­niu, jednak trudność sprawia nam zrozumienie, że nie ma potrze­by ciągłego nagradzania zachowań pożądanych, a wręcz nie jest to wskazane. Dążąc do uzyskania zdyscyplinowanych reakcji poprzez wzmocnienie pozytywne, często tracimy pewność siebie.
Moc procedur zmiennych jest podstawą wszelkich rodzajów ha­zardu — gdyby za każdym włożeniem złotówki do automatu wypa­dała z niego sterta monet, szybko przestałoby nas to pasjonować
— zarabialibyśmy, owszem, ale w jakże beznadziejny, nudny spo­sób! Przecież powodzenie automatów do gry wynika właśnie stąd, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy wygramy dużo czy mało, czy nic, a więc kiedy pojawi się wzmocnienie (może się zdarzyć, że za pierwszym razem). Swoją drogą, ciekawe, że niektórzy uzależ­niają się od hazardu, a na innych nie robi on w ogóle wrażenia. Na tych uzależnionych działa właśnie procedura zmienna.
Im dłużej dana procedura działa, z tym większą siłą dane za­chowanie jest podtrzymywane. Jednak długie procedury zaczynają działać przeciwko nam z chwilą, gdy chcemy zachowanie wyelimi­nować. Zachowanie, które nie jest wzmacniane, prędzej czy później zaniknie, wystarczy jednak wzmacniać je co jakiś czas, choćby na­wet bardzo rzadko —jeden papieros, jeden drink czy ustąpienie ko­muś marudzącemu — a zachowanie takie będzie podtrzymywane
— właśnie przez długą procedurę zmienną. W ten sposób byli pa­lacze, którzy od czasu do czasu pozwalaj ą sobie na papierosa, na­gle wracają do nałogu.
Na pewno każdy z nas zna historie par, w których jedna ze stdzo źle traktowana. Zwykle dotyczy to kobiet — to one szamoczą się w związkach z szorstkimi, egoistycznymi, czasami nawet okrutny­mi partnerami, a mimo to często ciągle ich kochaj ą. Nie brak podob­nych przykładów również wśród mężczyzn. Czasami zdarza się tak, że uwolniwszy się z niszczącego związku, czy to dzięki rozwodowi, czy w inny sposób, osoby takie powtórnie wiążą się z kimś, kto po­siada cechy, od których uciekały u poprzedniego partnera.
Czy ludzi tych należy zaliczyć do grona wiecznych ofiar, czy mają cechy psychiczne, które predestynują ich do takiej właśnie roli? Moż­liwe. Ale czy nie mogą oni być również ofiarami długotrwałych proce­dur zmiennych? Wyobraźmy sobie, że wchodzimy w związek z inte­resującą, czarującą osobą, pociągającą, wesołą, sympatyczną, która jednak niestety staje się coraz bardziej kłótliwa, wręcz nieprzyjem­na, choć nadal od czasu do czasu zachowuje się tak, jak dawniej. Będziemy wówczas stale żyli nadzieją, oczekiwaniem na — coraz rzadsze — momenty „dawnej świetności", na wzmocnienia w po­staci pozytywnych cech tej osoby. I choć patrząc zdroworozsądkowo, wyda się to paradoksalne, to jednak z punktu widzenia trenerskiego im rzadziej oczekiwane przez nas chwile będą się pojawiać, tym większa będzie ich siła oddziaływania jako wzmocnień i tym dłużej uda się utrzymać nasze zachowanie podstawowe. Nietrud­no również wyjaśnić, dlaczego ktoś, kto kiedyś znalazł się w takim trudnym („toksycznym") związku, szuka go na nowo — otóż zwią­zek z kimś normalnym, sympatycznym i kulturalnym jest dla ta­kiej osoby niepełny, brak w nim bowiem właśnie owego wzmocnie­nia, tym silniejszego, bo rzadkiego i wyczekiwanego.
Patrząc na opisywane zagadnienie z punktu widzenia manipu­latora, można je ująć w sposób następujący: dopóki co jakiś czas daj ę mu/jej czego chce, będzie mi jadł/jadła z ręki i zrobi wszystko, o co poproszę, choćby wyłącznie dla mojej własnej wygody. Właśnie w taki sposób alfonsi zdobywają i utrzymuj ą władzę nad dziew­czynami. Jest to więc niezwykle silna metoda kontroli nad inny­mi, przynajmniej dopóty, dopóki nie zorientuj ą się oni, że źródłem mocy „czaru" jest, w każdym razie w pewnym stopniu, natura pro­cedury wzmocnienia — wówczas osoby takie wycofuj ą się z opisy­wanych układów i zaczynają poszukiwać czegoś innego.

Wyjątki od wzmocnienia zmiennego

Po wyuczeniu zachowania nie należy przechodzić do procedury zmiennej, gdy dane zachowanie obejmuje rozwiązanie zadań lub testów. Przy prowadzeniu zaawansowanego treningu posłuszeństwa, psy mają za zadanie wybrać spośród różnych przedmiotów jeden, który przedtem właściciel miał w rękach. Każdy trafny wybór na­leży potwierdzić odpowiednim stwierdzeniem słownym, gdyż dzięki temu pies wie, co ma robić następnym razem. Przy testach dyskry­minacji — jak na przykład dokonywaniu wyboru wyższego z dwóch dźwięków — obiekt wymaga wzmocnienia po każdej prawidłowej odpowiedzi, gdyż dzięki temu orientuje się, jakie wymogi są przed nim stawiane (wystarczy tu oczywiście wzmocnienie warunkowe). Za właściwe wpisywanie słów do krzyżówki albo prawidłowy dobór elementów układanki jesteśmy wzmacniani w ten sposób, że są to jedyne elementy, które w danym miejscu pasuj ą. Jeżeli przy ukła­daniu puzzli w jedno miejsce pasowałby więcej niż jeden element, nasze właściwe wybory nie uzyskiwałyby wzmocnienia pozytywne­go, które przy sytuacjach wymagających dokonania wyboru i prze­prowadzenia próby zwykle jest niezbędne.

Zachowania trwałe

Poza procedurami zmiennymi można też ustanowić procedury sta­łe wzmocnień, w których od obiektu wymaga się pewnych działań przez określony wcześniej czas, lub osiągnięcia założonych wcze­śniej celów w postaci określonej liczby danych zachowań za każde wzmocnienie. Przykładowo, jeżeli przed delfinem postawię zada­nie, by wykonał sześć skoków z rzędu, wzmacniam co szósty skok — w ten sposób wkrótce dla zwierzęcia normą staje się sześć sko­ków. Wadą procedur stałych jest brak możliwości wzmocnienia pierwszych z serii pożądanych zachowań, stąd rzadko kiedy obiekt w zadowalającym stopniu przykłada się do ich realizacji. Tak więc w przypadku delfina pięć pierwszych skoków nie będzie tak impo­nujących jak szósty, po którym następuje wzmocnienie. Z podob­nym zjawiskiem mamy często do czynienia wśród ludzi, można tu choćby przytoczyć przykład linii produkcyjnej w fabryce. Aby za­służyć na wzmocnienie, należy pracować przez pewien czas, ale że wzmocnienie przychodzi zawsze tego samego dnia, niezależnie od jakości pracy, obiekt w sposób naturalny wykonuje swoje zadania z minimalnym zaangażowaniem, tylko na tyle, by zupełnie nie wy­paść z gry, przy czym najsłabiej pracuje na początku okresu, za któ­ry otrzyma wzmocnienie, czyli tuż po wypłacie. Jeżeli więc pensja wypłacana jest w piątki, można się spodziewać, że w poniedziałki wydajność pracy nie będzie wysoka. Stąd delfinom warto od czasu do czasu wzmacniać oprócz szóstego też pierwszy czy drugi skok — pozwoli to na łatwiejsze podtrzymanie zachowania. Jeżeli chodzi o ludzi, powszechnie stosuje się najróżniejsze wzmocnienia niere­gularne w postaci premii czy nagród, które są uzależnione od jako­ści i wydajności pracy.
Za pomocą procedur stałych lub zmiennych można wytrenować nawet bardzo długie sekwencje zachowań, na przykład można na­uczyć małego kurczaka, by za każde ziarnko kukurydzy dziobał w guzik sto albo więcej razy. W świecie ludzkim o przykłady zadość­uczynienia, które przychodzi po czasie, nietrudno, jak żartuje pe­wien psycholog — przykładem najdłuższego schematu zachowania pozbawionego wzmocnienia są długotrwałe studia uniwersyteckie.
Przy długich procedurach czasami osiąga się punkt skrajny. Dla kurczaka punkt taki jest związany z przemianą materii — w mo­mencie, kiedy na dziobanie wydatkuje więcej energii, niż uzysku­je z otrzymywanych za to ziaren kukurydzy, zachowanie zaczyna zamierać — korzyści płynące z wykonywanej pracy są tak mizer­ne, że nie warto się jej poświęcać. Zjawisko to znane jest również wśród ludzi.
Przy bardzo długich procedurach pojawia się jeszcze inne zjawi­sko, mianowicie opóźnienie rozpoczęcia pierwszej fazy. Jeżeli kur­czak już zacznie dziobać, dziobanie odbywa się w stałym rytmie, gdyż ptak ma świadomość, że każde dziobnięcie przybliża go do wzmoc­nienia, jednak naukowcy zaobserwowali, że wydłużaniu się czasu trwania procedury towarzyszy odkładanie przez kurczaka rozpoczę­cia samego procesu dziobania.
Zjawisko to, dość powszechne wśród ludzi, bywa opisywane jako opóźnienie rozpoczęcia zachowań długotrwałych. Jakże często wy­szukujemy najróżniejsze powody, by móc nie zaczynać pracy, która ma być żmudna i długotrwała, czy będzie to wypełnianie formula­rzy oświadczeń podatkowych, czy porządki w garażu. Do zachowań długotrwałych zalicza się również pisanie, w tym pisanie listów. Wystarczy zacząć, wówczas zazwyczaj się rozkręcamy, sęk w tym, że najtrudniej jest postawić pierwsze litery. Dla Jamesa Thurbera przystąpienie do napisania artykułu było na tyle trudne, że aby przekonać żonę, że pisze (i że będą mieli z czego zapłacić czynsz), leżąc w swoim gabinecie zagłębiony w lekturze jedną ręką stukał w ustawioną przy kanapie maszynę do pisania. Zjawisko odkłada­nia rozpoczęcia wykonywania zadania było tak silne, że przeważyło nawet nad perspektywą wzmocnienia pozytywnego w postaci zapła­ty za artykuł, natomiast udawanie pracy przynajmniej odwlekało wzmocnienie negatywne w postaci narzekań ze strony żony.
Wśród metod walki z opisywanym zjawiskiem wymienia się wprowadzanie wzmocnień już za samo rozpoczęcie zadania, na co przykładem może być choćby moje nagradzanie delfinów co jakiś czas za pierwszy lub drugi skok z serii wymaganych sześciu. Tej samej techniki postanowiłam używać również dla samodoskonale­nia, w okresie, kiedy przez parę lat raz lub dwa razy w tygodniu uczęszczałam na kursy wieczorowe. Nie było to łatwe, gdyż same zajęcia trwały trzy godziny, a do tego dochodziła godzina na dojaz­dy metrem. Za każdym razem, gdy zbliżała się piąta po południu, ogarniała mnie wielka pokusa, by nie iść, jednak wystarczyło wyjść z domu, czyli wykonać pierwszy etap zadania, przejść do stacji me­tra, wsiąść, przesiąść się na autobus do uniwersytetu, i w końcu wejść po schodach do sali wykładowej, przy czym za każdy z eta­pów podawałam sobie wzmocnienie w postaci kawałka czekolady (którą lubię, ale jem bardzo rzadko), by w ten sposób zmotywować się do kontynuowania nauki. Po kilku tygodniach jeździłam już do szkoły bez stosowania czekoladowych wzmocnień, znikła też pokusa pozostania w domu.

Zachowania przesądne — wzmocnienie przypadkowe

Na co dzień wzmocnienia stanowią stały element naszego życia, przy czym często są dziełem przypadku. Pewien biolog, badając za­chowania jastrzębi, zauważył, że jeżeli ptak złapał mysz pod kon­kretnym krzakiem, to przez następne dni sprawdzał go regularnie — fakt, iż udało mu się tam właśnie złowić zdobycz, stanowił wzmoc­nienie uprawdopodabniające kolejny przelot drapieżnika nad tym konkretnym punktem. Jeżeli znajdziemy w koszu na śmieci bank­not, to można przypuszczać, że również następnego dnia nie przej­dziemy obok niego obojętnie.
Wzmocnienie przypadkowe przyniosło jastrzębiowi korzyść. Moż­na stwierdzić, że ogólnie zachowania zwierzęce są ukształtowane w taki sposób, by każdy gatunek mógł możliwie najpełniej wyko­rzystywać wszelkie pojawiające się wzmocnienia. Z drugiej strony zdarzają się również przypadki, które nie są bez wpływu na zachowania. Jeżeli brak jest rzeczywistego związku między zachowaniem a jego następstwami, a mimo to obiekt przejawia dane zachowanie, tak jakby liczył na wzmocnienie, mamy do czynienia ze zjawiskiem nazywanym w nauce zachowaniem przesądnym. Przykładem ta­kiego zachowania jest obgryzanie ołówka: jeżeli podczas egzaminu właściwe odpowiedzi przychodzą ci do głowy zawsze, kiedy zaczy­nasz obgryzać ołówek, wzmocnienie takie może wpływać na twoje zachowanie. Jeżeli prawidłowe odpowiedzi pojawiaj ą się przy ob­gryzaniu ołówka, zostaje ono wzmocnione. Na studiach wszystkie moje ołówki nosiły ślady obgryzania, czasami w czasie najtrudniej­szych egzaminów zdarzało mi się nawet przegryzać ołówki na pół. Byłam przekonana, że obgryzanie ołówka pomaga mi w myśleniu, co oczywiście nie miało żadnych podstaw — było to typowe zacho­wanie uwarunkowane przypadkowo.
Podobnie ma się rzecz z noszeniem takiego a nie innego ubrania lub rytuałami poprzedzającymi rozpoczęcie wykonywania określone­go zadania. Pewien baseballista zawsze przed ważnym zagraniem praktykuje złożony z dziewięciu kroków łańcuch zachowań: dotknię­cie czapki, dotknięcie piłki rękawicą, nasunięcie czapki na czoło, po­tarcie ucha, przesunięcie czapki na tył itd. Czasami w kluczowych momentach powtarza procedurę dwukrotnie, zawsze w identycznej kolejności, przy czym dzieje się to bardzo szybko, komentatorzy na­wet nie zwracaj ą na nietypowe zachowanie sportowca uwagi — a jest to klasyczny przykład zachowania podyktowanego przesądami. Przesądy zjawiaj ą się czasami zupełnie niespodziewanie również przy tresurze zwierząt; obiekt reaguje na kryteria, których wca­le nie mieliśmy zamiaru ustalać, ale które przez przypadek były wzmacniane na tyle silnie, by uzyskać odpowiednie warunkowa­nie. Zwierzę może się zachowywać tak, jakby dla zdobycia wzmoc­nienia musiało być w konkretnym miejscu, lub w taki czy inny sposób. Natomiast jeżeli chcemy wymóc na obiekcie nowe zachowa­nie, poprzednie w tajemniczy sposób zanika, przy czym niezwykle trudno dociec, dlaczego. Stąd w momencie, gdy zachowanie zostało przynajmniej częściowo wyuczone, warto wprowadzać jego odmia­ny przystosowane do rozmaitych okoliczności, różnice między który­mi nie maj ą znaczenia — pozwoli to bowiem uniknąć wytworzenia się warunkowania przypadkowego, które na dalszym etapie może nam pomieszać szyki.
Niezwykle istotnym zagadnieniem jest ścisły nadzór nad wzor­cami przypadkowymi ze względu na czas wykonywania zadań. Kla­rowne poczucie czasu jest bowiem cechą charakterystyczną zarów­no dla ludzi, jak i zwierząt. Kiedyś byłam zupełnie przekonana, że udało mi się wyszkolić dwa morświny, by skakały na komendę (czy­li na dawany przeze mnie znak ręką). Moja pewność trwała do cza­su, aż jeden z gości ośrodka uświadomił mi ze stoperem w ręku, że stworzenia wyskakiwały dokładnie w odstępach dwudziestodziewię-ciosekundowych — i rzeczywiście, okazało się, że skakały w rów­nych odstępach czasu, czy to na komendę, czy bez niej. Zostałam więc w tym wypadku uwarunkowana przypadkowo do wydawania z zadziwiającą regularnością komendy skoku.
Często dla osób zajmujących się tradycyjną tresurą zwierząt za­gadnienia związane z zachowaniami i myśleniem przesądnym sta­nowią niezwykle trudne wyzwanie. Zdarzyło mi się kiedyś usłyszeć na przykład, że delfiny bardziej słuchaj ą ludzi ubranych na biało, że muły trzeba czasami uderzyć, niedźwiedzie nie lubią kobiet itp. Po­dobnie bywa z trenerami, którzy uczą ludzi — spotykamy przecież takich, którzy są przekonani, że na piątoklasistów koniecznie trzeba krzyczeć, lub że aby zyskać szacunek uczniów, niezbędne jest stoso­wanie kar. O takich ludziach można powiedzieć, że są na łasce trady­cji — nie umieją stosować innych metod, gdyż nie są w stanie oddzie­lić elementów, które rzeczywiście dają efekty, od opartych wyłącznie na przesądach. Z podobnym zjawiskiem spotykamy się w różnych za­wodach — u nauczycieli, inżynierów, wojskowych, a chyba najczęściej u lekarzy. Jeżeli sobie uświadomimy, jak często pacjenci są podda­wani różnym zabiegom tylko dlatego, że „tak było od zawsze", lub że „tak robią wszyscy", a nie z uwagi na wartość leczniczą takich dzia­łań, poważnie się zafrasujemy. Chyba każdy, kto był kiedyś w szpi­talu, jest w stanie podać przykłady zupełnie niepotrzebnych działań lekarzy, stanowiących czysty przykład zachowań przesądnych.
Żeby było jeszcze ciekawiej, by pozbyć się takich zachowań, nie zawsze wystarczy wykazać ich nieefektywność, zdarza się bowiem, że są one na tyle silnie warunkowane, iż podejmowane są próby ich obrony. Otóż jeżeli zaatakujemy lekarza za stosowanie zabie­gów, które chorym nic nie pomagają, a nawet są szkodliwe, może­my się spodziewać natychmiastowej kontrofensywy. Podobnie, nie mam wątpliwości, że opisywany wcześniej baseballista nie dałby sobie powiedzieć, że może grać dobrze, pomijając wspomnianą se­kwencję czynności.
Jeżeli chodzi o wykorzenienie przesądów z nas samych, powinni­śmy przede wszystkim uświadomić sobie, że nie mają one absolut­nie nic wspólnego ze wzmocnieniami ani nie są z nimi powiązane. Mój syn Ted pracuje w banku, a jego hobby to szermierka — ćwiczy kilka razy na tydzień, zaś w weekendy często wyjeżdża na turnieje. Pewnego razu, w obliczu znakomitego przeciwnika, poczuł, że nie ma szans, gdyż zostawił w domu ulubioną szpadę. Pojedynek prze­grał, po czym uświadomił sobie, że walczyłby znacznie lepiej, gdy­by nie obezwładniające poczucie braku możliwości wygranej, które ogarnęło go jeszcze przed walką. Doszedł do przekonania, że „ulu­biona" szpada to typowy przesąd.
Następnie postanowił pozbyć się wszystkich związanych z szer­mierką objawów zachowań przesądnych. Okazało się, że było ich bardzo wiele, poczynaj ąc od przywiązania do tych a nie innych ele­mentów ubioru, po wewnętrzne przekonanie, że na poziom walki może wpłynąć nieprzespana noc, kłótnia czy nawet brak soku owo­cowego podczas turnieju. Analizuj ąc systematycznie poszczególne uzależnienia, eliminował je po kolei natychmiast, gdy uznał, że kwa­lifikowały się jako przesądy. Dzisiaj do każdej rozgrywki przystępu­je rozluźniony i pewny siebie, choćby nawet od rana spóźnił się na pociąg, pokłócił z taksówkarzami, a teraz walczył pożyczoną szpa­dą w stroju do ćwiczeń i w skarpetkach różnego koloru.

Jak można wykorzystać wzmocnienie pozytywne?

Przedstawiam przykłady działań, jakie moi znajomi podjęli w kwe­stii wzmocnienia pozytywnego:
• Projektantka Judy: dla podtrzymania formy zapisała się na
kurs malowania w pobliskiej uczelni. Większość spośród po­zostałych dwadzieściorga uczestników kursu to byli również projektanci lub artyści komercyjni. Nauczyciel co tydzień za­dawał prace domowe, których kursanci, jako ludzie zajęci, raczej nie odrabiali, w związku z czym musieli za każdym razem wysłuchiwać dziesięciominutowych mów instruktora. Judy, która miała dość powtarzających się narzekań nauczy­ciela, zaproponowała, by zamiast krytykować, nagradzał tych, którzy zadania domowe wykonywali. Instruktor poszedł za radą mojej koleżanki, każde odrobione zadanie nagradzając pochwałą na forum. Po trzech tygodniach wszyscy czuli się znacznie lepiej, natomiast liczba odrobionych zadań wzrosła z 30 do 75 procent.
• Studentka college'u imieniem Shannon podczas wizyty u zna­jomych zrobiła wielkie wrażenie, opanowując w pięć minut owczarka niemieckiego, którego przedtem próbowało uspo­koić czworo dorosłych, żeby mu podać lekarstwo na zapale­nie ucha. Dziewczyna, choć sama nie jest raczej wielbicielką czworonogów, zastosowała technikę wzmocnienia pozytywne­go, podając psu kawałki sera, co pozwoliło na dokładne po­smarowanie ucha maścią.
• Opowieść usłyszana od matki młodej kobiety, żony człowieka, który po ślubie miał się okazać niezwykle apodyktyczny i wy­magający. Co gorsza, również mieszkający z parą teść, ojciec męża, nie miał najmniejszych hamulców przed komendero­waniem synową. Po pierwszej wizycie matka dziewczyny wi­dząc, przez co musi przechodzić młoda żona, była poważnie zaniepokojona. Ta jednak zareagowała na matczyną troskę słowami: „Nie ma się co martwić, poczekamy — zobaczymy". Po jakimś czasie dziewczyna wypracowała sposób działania polegający na ograniczeniu reakcji na polecenia i szorstkie uwagi, przy jednoczesnym dawaniu wyrazu akceptacji i za­dowolenia wobec wszelkich działań obu mężczyzn, które no­siły znamiona sympatii i rozsądku. W ciągu roku obaj stali
się uprzejmi i kulturalni, dzisiaj kiedy dziewczyna przycho­dzi do domu z zakupami, obaj witają ją uśmiechem i rzuca­ją się do pomocy.
• Mieszkająca w mieście uczennica siódmej klasy lubiła wy­jeżdżać na weekendy na wieś, gdzie ogromną przyjemność sprawiały jej spacery z psem. Niestety, pies zwykł uciekać, i mimo wielokrotnych nawoływań nie chciał wracać do swo­jej pani. Wreszcie któregoś razu dziewczyna postanowiła za­jąć się niesfornym zwierzęciem na poważnie — chwaliła psa, głaskała go, przytulała itd. za każdym razem, kiedy przybie­gał do niej nie zawołany. Gdy nadszedł czas powrotu, stwo­rzenie bez żadnych oporów pojawiło się na pierwsze zawoła­nie. Wynika z tego, że użycie jako wzmocnienia ciepłych słów i czułego powitania przeważyło pokusę przedłużenia chwil nie­skrępowanej wolności. Dość powiedzieć, że odtąd w czasie wy­jazdów za miasto pies nie sprawiał już żadnych kłopotów.
• Jeden z podwładnych szefa słynącego z nieokrzesania posta­nowił dokonać wyboru zadań w pracy, jakie dla szefa mogły­by stanowić wzmocnienie — na przykład przynoszenie papie­rów do podpisu — przy czym należało utrafić w chwile, kiedy szef nie miał akurat ataków furii. Przyniosło to efekt w po­staci utemperowania przełożonego, ponoć po pewnym czasie zaczął nawet opowiadać dowcipy.
• Czasami spotykamy nietypowe wzmocnienia, które dla in­nych są niezwykle atrakcyjne. Oto przykład: gospodyni do­mowa z odchowanymi dziećmi, o imieniu Annette, mogłaby uchodzić za osobę zupełnie odciętą od świata — jeśli nie liczyć znajomych, którzy co najmniej raz na tydzień telefonu­ją, aby podzielić się nowościami. Do tego kręgu należą nie tylko sąsiedzi czy krewni, lecz również zajęte pracą zawodo­wą kobiety, często mieszkające bardzo daleko, a wśród nich ja. Po co dzwonimy do Annette? Otóż jeżeli mamy do przeka­zania złe wiadomości (dziecko ma grypę, czeka nas kontrola z urzędu skarbowego, albo opiekunka do dziecka przeniosła się do innego miasta), możemy zawsze liczyć na współczucie i radę — pod tym względem Annette nie różni się od stereo­typu przyjaciółki. Jeżeli natomiast dzielimy się z nią czymś pozytywnym (na przykład obwieszczamy, że bank przyzna nam kredyt), Annette zawsze wychodzi poza standardowe: „to wspaniale", i dokładnie wymienia wszystkie zdarzenia oraz nasze zachowania, którymi jej zdaniem zasłużyliśmy na powodzenie; w przypadku kredytu powie być może: „A widzisz? Pamiętasz, jak bardzo się starałaś, pamiętasz, ile prze­szłaś z firmą telekomunikacyjną i żeby dostać zniżkę na bi­lety lotnicze? I teraz ci się to wszystko zwraca — widzą, że jesteś dobrą businesswoman. Ale fakt, że pierwszy krok musiałaś zrobić sama, jestem z ciebie bardzo dumna..." No pro­szę! Coś takiego to nie tylko wyraz akceptacji, ale także bar­dzo dobre wzmocnienie — i to za wysiłki z przeszłości, które wtedy zdawały się drogą przez mękę. Annette wszelkie dobre wiadomości traktuje z zaangażowaniem znacznie wychodzą­cym poza tradycyjne „no to gratuluję", i potrafi z nich utwo­rzyć doskonałe wzmocnienia, co stanowi cechę w znakomity sposób wzmacniającą chęć zadzwonienia do niej.


Wzmocnienie zorganizowane

Spotkania działów sprzedaży, kluby motywacyjne, kursy Dale'a Carnegie, grupy odchudzających się — większość firm i organiza­cji, które prowadzą szkolenia grupowe — w ogromnym stopniu wy­korzystuje wpływ, jaki na jednostkę wywiera wzmocnienie ze strony grupy. Oklaski, medale, ceremonie wręczania nagród i inne wyra­zy uznania na forum to potężne i stąd dość rozpowszechnione for­my wzmocnienia. Kiedyś jeden z dyrektorów IBM, chcąc wzmocnić dział sprzedaży przed nowym rokiem, wynajął stadion piłkarski, na którym zorganizował wielką imprezę z udziałem pracowników i dyrekcji z rodzinami. Na początek dział sprzedaży miał wbiec na boisko przez tunel dla piłkarzy, czemu towarzyszyło wyświetlanie nazwisk na tablicy stadionu i aplauz „widzów".
Zdarzyło mi się pewnego razu uczestniczyć w kursie Wernera Er­harda „naj", który co prawda przeznaczony jest przede wszystkim dla pracowników sprzedaży bezpośredniej, jednak z punktu widze­nia treningowego stanowi doskonały przykład realizacji kształtowania i wzmacniania. Program, moim zdaniem słusznie, nazwano po prostu „Trening". Celem kształtowania było poprawienie pozio­mu samoświadomości pracowników, zaś jako podstawową metodę wzmacniania stosowano nie tyle reakcje samego trenera, lecz za­chowania niewerbalne całej grupy.
Poproszono wszystkie 250 osób tworzących grupę o oklaski po każdej wypowiedzi, choćby nawet w rzeczywistości uważali, że nie zasługuje ona na aplauz — miało się to przyczynić do zbudowania wzmocnienia w postaci reakcji grupowej. Fakt, iż oklaskiwana była każda wypowiedź, zachęcał nieśmiałych, dla odważniejszych był na­grodą i jednocześnie sprawiał, że każdy był przez grupę akcepto­wany niezależnie od tego, czy powiedział coś głębokiego czy zupeł­nie bezsensownego.
Na początku oklaski wynikały wyłącznie z konieczności speł­nienia polecenia organizatorów sesji, jednak bardzo szybko na­brały cech wyraźnej komunikatywnej spontaniczności — nie tyle w znaczeniu teatralnym, gdzie skalę zachwytu przekładamy na in­tensywność aplauzu, lecz poprzez przekaz odcieni uczuć i znaczeń. Przykładowo, w mojej grupie, w pozostałych jak sądzę również, był pewien „naj" — w tym przypadku był to mężczyzna, który bardzo często komentował polecenia trenera. Kiedy sytuacja powtórzyła się po raz trzeci czy czwarty, ten wreszcie zareagował i coś odpowie­dział. Jednakże z logicznego punktu widzenia racja była ewident­nie po stronie „buntownika". Tyle tylko, że w miarę, jak dyskusja się przedłużała, uczestnikom kursu stawało się coraz bardziej obo­jętne, kto miał rację — 249 osób marzyło tylko o tym, żeby panowie wreszcie przestali się spierać.
Niestety, według ustalonych i przyjętych wcześniej zasad gry (w rzeczywistości będących zasadami kształtowania), nikomu nie było wolno się sprzeciwić ani poprosić, żeby zamilkli. Jednak w miarę upływu czasu do protestującego zaczęła docierać panująca na sali głucha cisza — wkrótce zauważył, że już nikogo nie interesuje, kto w tym sporze ma rację. Okazało się, że nie o rację tu chodziło. Po chwili nasz grupowy „buntownik" zamilkł i usiadł na swoim miej­scu. Wtedy nastąpiła burza oklasków, przepełniona zrozumieniem i wyrazem ogromnej ulgi — potężne wzmocnienie olśnienia, które chwilę przedtem spłynęło na naszego kolegę.
Tego rodzaju zdarzenia, których istota jest behawioralna, a więc niewerbalna, są niezwykle trudne do wytłumaczenia, zwłaszcza la­ikowi. Erhard, podobnie jak nauczyciele zen, często odwołuje się do aforyzmów; do opisanego przypadku pasowałby może następu­jący: „Kiedy masz rację, stajesz się tym, który ma rację". Nasze po­stępowanie nie musi więc być ani piękne, ani miłe, a tylko słusz­ne. Gdybym zacytowała powyższy aforyzm na przyjęciu, na którym ktoś inny zachowuje się pretensjonalnie lub wygłasza patetyczne mowy, inny absolwent kursu „naj" mógłby się uśmiać, uśmiałby się też każdy świadomy nowoczesnych technik trener, jednak więk­szość pozostałych pomyślałaby pewnie, że jestem niezbyt rozgar­nięta lub pijana. Nie zawsze można werbalnie wyjaśnić wszystkie techniki treningowe.

Wzmacnianie samego siebie

Wśród szerokiego zakresu zastosowań treningu z wykorzystaniem wzmocnienia należy jeszcze wymienić wzmacnianie samego siebie. Często je zaniedbujemy, czasem dlatego, że nie widzimy takiej po­trzeby, lub też dlatego, że zwykliśmy wymagać od siebie znacz­nie więcej niż od innych. Jak ujmuje to jeden z moich znajomych, ksiądz: „Rzadko kto ma tak niskie standardy, żeby łatwo było je spełnić". Dlatego czasami przez długie okresy bez wytchnienia wy­pełniamy zadanie za zadaniem, niezauważeni, bez słowa uznania nawet ze strony samych siebie. Poza wzmacnianiem własnej oso­by w celu wymuszenia zmiany danego przyzwyczajenia lub naby­cia jakiejś nowej umiejętności wzmocnienie jest konieczne również po to, by móc przetrwać w życiu codziennym — jestem przekona­na, że brak wzmacniania to jeden z czynników stanowiących pod­łoże naszych irytacji i depresji.
Można wzmacniać siebie samego zdrowo, jak choćby poprzez dłuższy spacer, rozmowę ze znajomymi czy dobrą książkę, lub nie­zdrowo — papierosami, trunkami, tuczącym jedzeniem, narkoty­kami, długimi imprezami itp. Bardzo mi się spodobała propozycja przedstawiona przez artystkę Ruth Gordon: „Aktor musi słyszeć
komplementy, bo gdybym ja przez dłuższy czas ich nie słyszała, to musiałabym sama sobie zacząć mówić coś miłego. Ale nie byłby to wcale komplement niższej wartości, gdyż wiedziałabym, że jest szczery".

Rozdział 2

Kształtowanie — jak osiągać znakomite wyniki bez wysiłku i bez bólu

Co to jest kształtowanie?

Wzmacnianie zachowania, które już zachodzi, nie wymaga tak wiel­kiego wysiłku jak wywołanie zachowania, które dotąd nigdy się nie pojawiło. W jaki sposób zmusić psa do przewracania się na grzbiet lub nauczyć delfina przeskakiwania przez obręcz?
Wymuszanie zachowań na psach, przyuczanie delfinów do sko­ków przez obręcz czy nawet ludzi do rzucania piłki do kosza odbywa się właśnie poprzez kształtowanie. U jego podstaw leży umiejętność stopniowego przekształcenia delikatnej, czasami ledwo zauważal­nej skłonności lub tendencji we właściwie ukierunkowane działa­nia zmierzające do osiągnięcia danego celu. W języku naukowym proces ten nosi nazwę zbliżania sukcesywnego.
Kształtowanie nie byłoby możliwe, gdyby zachowania istot ży­wych nie były zmienne — każde stworzenie jest bowiem skłonne wykonywać w danej chwili taką czy inną czynność chętniej niż kie­dy indziej, wprowadzać w nim pewne modyfikacje itd. Każde, nawet najtrudniejsze lub najbardziej skomplikowane zachowanie, można ukształtować, rozpoczynając od ustalenia celów pośrednich, wyko­rzystując przy tym w pierwszej kolejności zachowanie występujące aktualnie. Jeśli więc, przykładowo, chciałabym nauczyć kurczaka „tańca", pierwszym etapem szkolenia będzie obserwacja jego typo­wych zachowań i ruchów, czemu towarzyszyło będzie wzmacnianie zawsze, kiedy ptaszek wykona ruch w lewo. W ten sposób w krót­kim czasie osiągnięty zostanie pierwszy cel — kurczak będzie co­raz częściej skręcał w lewo (przy czym, jako że jest istotą zmienną, czasami częściej, a czasami rzadziej). Kolejnym krokiem będzie se­lektywne wzmacnianie wyłącznie zdecydowanych ruchów w lewo, powiedzmy o 90 stopni. Po wywołaniu odpowiednio częstych ru­chów w lewo, przy naturalnej skłonności do zmienności u kurczaka możemy jednak nadal się spodziewać, że nie wszystkie jego skręty będą wynosiły 90 stopni, mogą się zdarzać też obroty o 180 stopni. Obecnie możemy podnieść wymagania, ustanowić nowy cel i spośród wszystkich ruchów kurczaka w lewo zacząć wybierać wyłącznie te, które wynoszą 180 i więcej stopni. Po ukształtowaniu z powodze­niem procedury obejmującej kilkanaście pełnych obrotów przypa­dających na każde wzmocnienie, mogę uznać, że udało mi się wy- trenować tańczącego kurczaka.
Dla nas wszystkich proces kształtowania i uleganie mu to chleb powszedni — wychowywanie dzieci w większości opiera się prze­cież właśnie na tych procedurach. Trenowanie wszelkich umiejętności fizycznych, od gry w tenisa po pisanie na maszynie, składa się w znacznej części z kształtowania, nie inaczej jest z działania­mi, których celem jest wymuszenie zmiany pewnych zachowań — jak choćby rzucanie palenia, walka z nieśmiałością lub uczenie się gospodarności.
Kluczem do sukcesu w kształtowaniu zachowań własnych lub cudzych nie jest posiadanie odpowiednich umiejętności czy zdol­ności, lecz upór w dążeniu do celu. W magazynie „New York Ti­mes" ukazał się kiedyś artykuł pióra krytyka muzycznego, Harol­da Schonberga, traktujący o dyrygencie, który mimo że wcale nie miał szczególnych uzdolnień muzycznych, potrafił prowadzić wspa­niałe koncerty. U źródeł powodzenia leżał fakt, że do każdego z nich orkiestra przygotowywała się przez cały rok. Wniosek: jeżeli tylko poświęcimy na naukę odpowiednio dużo czasu, większość z nas jest w stanie nauczyć się wykonywania każdej czynności, przynajmniej w podstawowym stopniu.
Czy jednak byłoby to dla nas wystarczająco interesujące? Raczej nie. Przecież chcielibyśmy jak najszybciej uczyć się czegoś nowego — jazdy na nartach, gry na pianinie itd. Dlatego właśnie czasami konieczne jest zastosowanie kształtowania na nieco wyższym po­ziomie. Poza tym, jako ludzie mamy naturalną tendencję do ograni­czania potrzeby powtórzeń. Powtórki są oczywiście niezbędne cho­ciażby przy nauce niektórych umiejętności fizycznych, gdyż mięśnie muszą się nauczyć niektórych funkcji, dążymy jednak z reguły, by było ich jak najmniej. Odpowiednio zaplanowany i przeprowadzo­ny program kształtowania pozwala ograniczyć do minimum licz­bę ćwiczeń, i nadając nową wartość poszczególnym etapom nauki, w znacznym stopniu przyspieszyć cały proces. Jeżeli chodzi o takie dziedziny, jak sport, muzyka i inne działania twórcze, dążymy do osiągnięcia jak najwyższego poziomu, wymagamy maksimum za­równo od siebie samych, jak i od trenera. Stąd kluczowym zagad­nieniem staje się tu umiejętne zastosowanie prawideł rządzących kształtowaniem.

Metody
Wyróżnia się dwa aspekty kształtowania: metody, czyli kolejność działań wiodących do celu, jakim jest rozwinięcie danego zachowa­nia, oraz zasady, czyli prawa decydujące o tym, w jaki sposób, kie­dy i dlaczego należy dane zachowania wzmacniać.
Najczęściej wśród trenerów, jak i w literaturze przedmiotu spoty­kamy się z twierdzeniem, że optymalna metoda to typowy instruk­taż („Chwyć kij do golfa jak na rysunku", „Przed pociągnięciem za cyngiel wyrównaj muszkę ze szczerbinką", „Jaja należy ubijać za pomocą ubijaczki drucianej w kierunku zgodnym z ruchem wska­zówek zegara"). I oczywiście nie ma w tym nic złego — wszystkie te stwierdzenia są jak najbardziej słuszne, metody te są owocem wieloletnich doświadczeń bardzo wielu ludzi, zostały wypracowane na drodze prób i błędów, a więc trudno nawet przypuszczać, żeby nie były skuteczne. Na pewno to prawda, że siedząc na koniu, bez­pieczniej jest kierować pięty w dół i że piłka do golfa poszybuje da­lej, jeżeli przy uderzeniu przyjmiemy właściwą pozycję. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeżeli chcemy opanować konkretną umiejętność, warto zapoznać się z jak największą liczbą wiodących do ukształtowania danych zachowań metod (czy to czytając książ­ki, słuchając trenerów, nauczycieli, czy też obserwując i analizując zachowania innych).
Z drugiej strony, jak już wspomniano, kształtowanie to również zasady — prawa stanowiące, kiedy docisnąć, a kiedy odpuścić. Zasa­dy służą do sterowania kryteriami, pokazują sposoby rozwiązywania problemów, a przede wszystkim wskazują, kiedy warto zrezygnować z wysiłków. Zazwyczaj zagadnienia te pozostawia się do rozstrzy­gnięcia intuicji i doświadczeniu trenerów lub też łutowi szczęścia i przypadkowi. Należy jednak pamiętać, że to właśnie umiejętność prawidłowego stosowania zasad sprawia, iż niektórych trenerów uznaje się za wybitnych, a innych tylko za poprawnych, a sam pro­ces kształtowania za radosny, szybki i uwieńczony powodzeniem, lub stresujący, powolny, nudny i pełen napięć. Trening można uznać za efektywny nie tyle na podstawie zastosowanych w jego toku me­tod, ile poddając analizie całość procesu kształtowania.

Dziesięć zasad kształtowania
Według mojej oceny, procesami kształtowania rządzi dziesięć pod­stawowych zasad, spośród których część wywodzi się z psychologii i została potwierdzona doświadczalnie, natomiast pozostałe, o ile mi wiadomo, ciągle stanowią obiekt studiów formalnych, jednak mogą być przez każdego, kto posiada pewne doświadczenie w kształ­towaniu, uznane za obowiązujące. Złamanie którejś z reguł nigdy nie może przejść niezauważone, tyle że niestety rzadko kiedy do­strzegamy błąd na etapie, na którym można by go jeszcze napra­wić. Pozwolę sobie przedstawić wszystkie reguły, a następnie po ko­lei przeanalizować je bardziej szczegółowo.
1.   Kryteria należy podnosić stopniowo, aby dać obiektowi szan­sę na wzmocnienie.
2.   Należy uczyć pojedynczych elementów zachowań po kolei; nie wolno jednocześnie prowadzić kształtowania według dwóch kryteriów.
3.   Podczas kształtowania, przed dodaniem lub podniesieniem kry­terium należy umieszczać aktualny poziom reakcji w zmien­nym schemacie wzmocnienia.
4.   Podczas wprowadzania nowego kryterium lub aspektu zacho­wania należy na pewien czas zawiesić poprzednie kryteria.
5.   Nie wolno dać się wyprzedzić obiektowi — program kształ­towania należy zaplanować całościowo, od początku do koń­ca, by w razie, gdy obiekt uczyni nagły postęp, mieć świado­mość, co należy robić dalej.
6.   W trakcie trwania procesu nie powinno się zmieniać trene­rów; co prawda każdy uczeń ma zawsze większą liczbę tre­nerów, ale należy zwrócić szczególną uwagę, by poszczegól­ne zachowania były kształtowane przez te same osoby.
7.   Jeżeli zauważasz, że któraś z procedur nie przynosi efektów, wówczas warto się zastanowić nad zastosowaniem innej — jest tyle sposobów działania, ilu trenerów.
8.   Nie należy przerywać sesji treningowej bez wyraźnego powo­du; jest to forma kary.
9.   Jeżeli jakość danego zachowania prezentowanego przez obiekt spada, należy „wrócić do przedszkola", i szybko przechodząc ponownie przez cały proces, stosować wzmocnienia, na które łatwo zasłużyć.
10.   Każdą sesję należy w miarę możliwości kończyć wysoką oce­ną, przy czym zawsze rezygnować w momencie, kiedy obiekt czyni postępy.

OMÓWIENIE
1. Kryteria należy podnosić stopniowo, aby dać obiektowi szansę na wzmocnienie.
Co to oznacza w praktyce? Podnoszeniu wymagań lub kryteriów wzmocnienia winna towarzyszyć świadomość zakresu umiejętności, jakie obiekt do tej pory posiadł, i to na ich podstawie należy stawiać nowe wyzwania. Jeżeli, powiedzmy, koń jest w stanie przeskoczyć przez przeszkodę o wysokości 70 centymetrów, czasami z trzydziestocentymetrowym zapasem, to możemy podnieść przeszkodę na wysokość 85 centymetrów. Podnosząc od razu na metr, dość dużo ryzykujemy, gdyż fakt, iż zwierzę jest zdolne do tak wysokiego wy­skoku, nie oznacza, że potrafi to robić regularnie. W żadnym wy­padku nie należy na tym etapie podnosić przeszkody na wysokość metra i 15 centymetrów.
Tempo podnoszenia kryteriów nie powinno być uzależnione od rzeczywistych, obecnych lub przyszłych zdolności obiektu — nie ma bowiem znaczenia, czy koń ma silne nogi i potencjał do skakania, czy raczej woli spokojne spacery i tylko od czasu do czasu przeska­kuje dla zabawy nad niskimi płotami pastwiska. Szybkość podno­szenia kryteriów powinna być natomiast funkcją jakości przepływu informacji o zasadach zdobywania wzmocnień podczas całej proce­dury kształtowania.
Każde podniesienie kryteriów oznacza automatyczną zmianę za­sad. Obiektowi należy wówczas dać możliwość zauważenia zmiany i uświadomienia sobie, że mimo to może on dalej ubiegać się o uzy­skanie wzmocnień, oraz że najkrótsza droga do tego celu to wzmo­żenie wysiłku (w niektórych przypadkach obiekt powinien też za­uważyć, że nie wystarczy już dłużej pracować na dotychczasowym poziomie). Sztuki tej można się nauczyć jedynie przenosząc wzmac­nianie na wyższy etap.
Jeżeli kryteria zostaną podniesione tak wysoko, że dla ich speł­nienia obiekt jest zmuszony wykazać znacznie większy wysiłek niż od niego dotąd wymagano (choćby nawet przedtem często wykony­wał daną czynność sam dla siebie, bez przymusu), musimy się li­czyć z wystąpieniem poważnego ryzyka. Otóż zbytnie podniesienie wymogów może spowodować załamanie się pożądanego zachowa­nia — koń może nagle nabrać złych nawyków, zacząć się zatrzymy­wać przed przeszkodami lub zrzucać belki — są to narowy, których wyplenienie trwa z reguły bardzo długo. Najszybciej ukształtujemy dane zachowanie, podnosząc wymagania w równym tempie i w ta­kich odstępach, by obiekt mógł je spełniać bez większych trudno­ści — jest to zresztą często jedyna skuteczna metoda. Ostateczny cel osiągniemy znacznie szybciej na drodze stałego postępu, choćby odbywał się on bardzo drobnymi kroczkami, niż gdybyśmy się sta­rali wymuszać szybkie przemiany, gdyż ryzykujemy wtedy znacz­ne obniżenie jakości wykonania zadania.
Byłam kiedyś świadkiem poważnego błędu, który w omawianym kryterium został popełniony przez ojca pewnego nastolatka; chłopiec raczej fatalnie radził sobie w szkole, wobec czego ojciec odebrał mu motocykl i postawił warunek, że odda go dopiero wtedy, gdy syn za­cznie przynosić ze szkoły lepsze oceny. Chłopak wziął się do pracy i wkrótce stopnie rzeczywiście nieco się poprawiły. I tu właśnie oj­ciec popełnił niewybaczalny błąd: zamiast zgodnie z obietnicą zwró­cić chłopcu motor, powiedział, że poprawa nie jest wystarczająca, więc zachowuje kluczyki. Tak znaczny skok w poziomie wymogów okazał się nie do pokonania i chłopak zupełnie opuścił się w nauce, a do tego stracił zaufanie do rodziców.
2. Należy uczyć pojedynczych elementów zachowań po kolei; nie wol­no prowadzić kształtowania jednocześnie według dwóch kryteriów.
Nie oznacza to, że nie ma możliwości jednoczesnej pracy nad różnymi typami zachowań — zawsze można najpierw skoncentro­wać się na formie, a następnie na szybkości (jeżeli będzie to nauka gry w tenisa, najpierw backhand, potem forehand, dalej praca nóg itd.). Taki sposób pracy uatrakcyjnia naukę, pozbawiają szkodliwej monotonii. Dobry nauczyciel bezustannie zmienia charakterystykę zadań, przechodzi do kolejnego zadania natychmiast, gdy przy po­przednim daje się zauważyć postęp.
Trzeba jednak pamiętać, by podczas pracy nad danym zacho­waniem nie brać jednocześnie „na tapetę" więcej niż jednego kryte­rium. Jeżeli trenując delfina w skokach do wody, raz wycofywałabym wzmocnienie, gdyż rozbryzg nie był odpowiednio duży, a następnym razem dlatego, że woda bryznęła w złym kierunku, zwierzę nie było­by w stanie rozszyfrować moich zamierzeń i stawianych przed nim wymogów. Stąd należy zawsze pracować tylko nad jednym kryte­rium — nie jesteśmy w stanie przekazać dwóch informacji za pomo­cą pojedynczego wzmocnienia. Stąd najpierw powinnam kształtować rozmiary rozbryzgu, aw osobnej sesji kierunek (niezależnie od rozmiaru). W innym wypadku nie mam prawa wymagać od obiek­tu, by wypełniał oba kryteria.
Zasada druga ma szerokie zastosowanie praktyczne — rozbija­jąc proces kształtowania na pojedyncze komponenty, które podle­gaj ą kształtowaniu niezależnie od siebie, możemy znacznie przy­spieszyć proces nauki.
Porównajmy proces nauczania do uderzenia kijem w piłeczkę do golfa. Aby zadanie to wykonać prawidłowo, należy zwrócić uwagę zarówno na siłę uderzenia, jak i na kierunek, w jakim chcemy po­słać piłeczkę. Jeżeli chodzi o mnie osobiście, naukę obu tych elemen­tów wolałabym prowadzić oddzielnie; na trawie położyłabym kawa­łek taśmy długości około metra i próbowałabym przebijać nad nim piłeczkę, najpierw z odległości pół metra, potem półtora, dwóch itd. Następnie z taśmy zrobiłabym na trawie kółko i stopniowo zmniej­szając jego średnicę, celowała z określonej odległości piłeczką. Dopie­ro w miarę pewne trafienia w kółko o niewielkiej średnicy z różnych kierunków pozwoliłyby mi uznać, że już coś umiem. W następnej kolejności mogłabym dodać kolejne kryteria i wymogi (po jednym), aż po naukę uderzeń pod górkę.
Dzięki zastosowaniu takiej techniki nauczania mogłabym się stać doskonałym golfistą, oczywiście w zależności od stopnia zaangażo­wania i stopnia koordynacji ruchów między okiem a ręką. Z pew­nością nie byłabym najgorsza — pracując w ten sam sposób, czyli stosując program kształtowania opartego na nauce poszczególnych elementów osobno, każdy gracz jest w stanie w ciągu kilku week­endów zrobić szybszy postęp, niż gdyby poświęcał całe lato na tre­ningi ogólne, przy każdym uderzeniu bez większego przekonania dążąc do poprawy jego kierunku i siły.
Bywa, że przyczyną braku zauważalnego postępu w pracy nad rozwojem danej umiejętności jest właśnie niecierpliwość i będące jej następstwem dążenie do osiągnięcia doskonałości w większej licz­bie elementów jednocześnie. Niestety, kształtowanie to nie prak­tyka, a powtórki mogą łatwo przyczynić się do utrwalenia błędów. Trzeba się zastanowić, czy dane zachowanie ma więcej niż jeden atrybut, czy można je rozbić na czynniki pierwsze, by pracować nad każdym z nich osobno? Odpowiedź na te pytania automatycznie roz­wiąże więcej problemów, niż nam się wydaje.
3. Podczas kształtowania, dodanie lub podniesienie kryterium winno być poprzedzone umieszczeniem aktualnego poziomu reakcji w zmiennym schemacie wzmocnienia.
Często trudno nam się przekonać do stosowania w treningu wzmocnienia pozytywnego, gdyż wyobrażamy sobie, że jeżeli raz zaczniemy, będziemy już do końca zmuszeni nagradzać każdora­zowe dobre zachowania. W rzeczywistości jest jednak wręcz prze­ciwnie: dzięki wykorzystaniu siły procedur zmiennych, trening ze wzmocnieniem zwalnia nas z potrzeby ciągłej obserwacji i dozoru nad zachowaniami.
Procedura zmienna wzmocnienia oznacza, że dane zachowanie czasami jest poddawane wzmocnieniu, a czasami nie. Zazwyczaj ucząc pewnych zachowań, stosujemy stałą procedurę wzmocnie­nia, czyli wzmacniamy wszystkie zachowania, które życzymy so­bie oglądać. Natomiast przy podtrzymywaniu (utrwalaniu) zacho­wania, wzmacniając je tylko od czasu do czasu, wykorzystujemy do tego celu procedury sporadyczne lub okresowe; jeżeli więc, przykła­dowo, ustalono w ramach podziału zadań w gospodarstwie domo­wym, że któryś z domowników podrzuca rzeczy do pralni po drodze do pracy, nie ma potrzeby każdorazowego wzmacniania tego zacho­wania — z drugiej jednak strony, jeżeli jedzie on do pralni specjal­nie, gdyż inni są chorzy albo jest brzydka pogoda, słowa podzięko­wania na pewno nie zaszkodzą.
Jeżeli natomiast w treningu stosujemy elementy awersyjne (a tak właśnie zwykle się zaczyna), uczy się nas zazwyczaj, iż podstawowe zagadnienie to stopniowa eliminacja każdego pojawiającego się błę­du lub zachowania niewłaściwego i że niepoprawione błędy mszczą się potem w postaci załamania się uczonego zachowania. Często psy zachowują się wzorowo dopóty, dopóki są prowadzone na smyczy (gdyż mają świadomość, że mogą być w każdej chwili przywołane do porządku szarpnięciem), puszczone zaś wolno, stają się zupełnie nieobliczalne. Podobnie ma się rzecz z młodymi ludźmi — nastolat­ki znajdując się w towarzystwie rówieśników, wyczyniają rzeczy, o których przy rodzicach nie mogłyby nawet pomarzyć. Przyczyny takich zachowań mogą być dwojakie; bądź obiekt ma świadomość, że nic mu nie grozi („gdy kota nie ma, myszy harcują"), bądź też są efektem ubocznym treningu z zastosowaniem elementów awersyjnych. Jeżeli bowiem kara niesie przekaz: „nie rób tak", to brak ele­mentu awersyjnego zostaje odczytany jako „możesz to robić".
Jeżeli natomiast chodzi o wzmacnianie pozytywne, nie zachodzi potrzeba wzmacniania każdej prawidłowej reakcji do końca życia obiektu, co więcej, dla procesu nauczania najistotniejsze jest wręcz pomijanie wzmocnień. Dlaczego?
Otóż w procedurze kształtowania najważniejsze jest wzmacnia­nie selektywne wybranych reakcji — ma ono na celu uzyskiwanie stopniowej poprawy zachowania i osiągnięcie w ten sposób ostatecz­nego celu. Wszystkie zachowania — o czym należy pamiętać — są zmienne, dlatego opuszczenie spodziewanego wzmocnienia powo­duje zwykle, że pojawiające się w następnej kolejności zachowanie jest nieco inne. Okazuje się więc, że opuszczając wzmocnienie, je­steśmy w stanie wymusić silniejsze reakcje — nazywa się to różni­cującą lub wybiórczą procedurą wzmocnienia. W jego ramach do­konujemy wyboru reakcji, które będą wzmacniane — na przykład te, które spełniają wymogi dotyczące tempa lub czasu trwania, czy też kierunku obrotu.
Opuszczanie wzmocnień może jednak stanowić szok dla niedo­świadczonego ucznia, który dotąd zapracowywał na nie w sposób regularny i w pełni przewidywalny. Wyobraźmy sobie na przykład następującą sytuację: piesek siada, my w reakcji klikamy, czyli siad został zaaprobowany, więc piesek zaczyna siadać coraz czę­ściej i chętniej, sygnalizując „siadam, więc klikaj". Atu nagle oka­zuje się, że czasami kliknięcia brak! Jeżeli pies nie nauczył się, że wzmocnienia czasami nie występują, można oczekiwać, że się zu­pełnie zniechęci, albo jego reakcje ulegną osłabieniu lub spowolnie­niu. Często podręczniki treningu pomijają ten jakże istotny aspekt, by przed przejściem do kolejnych etapów szkolenia nauczyć obiekt tolerowania niewielkich odchyleń od przyjętej procedury wzmoc­nień. Obiekt musi przywyknąć, że nie zawsze jego wysiłki zostają nagrodzone, przy czym nie powinien rezygnować z prezentowania danego zachowania. Patrząc na to z czysto technicznego punktu wi­dzenia, można powiedzieć, że zanim zechcemy wymusić poprawę ja­kości zachowań, stosując procedurę różnicującą, trzeba opracować przerywaną procedurę wzmocnień.
W latach dziewięćdziesiątych uczestniczyłam w seminariach do­tyczących tresury psów, na których właśnie tego rodzaju procedurę zmienną, opartą na krótkotrwałym stosowaniu wzmocnień przery­wanych, nazywałam słowem „twofers", które w żargonie teatralnym oznacza sprzedawanie dwóch biletów na spektakl w cenie jednego. Wymagamy od pieska, żeby za jedno kliknięcie lub inną nagrodę dotknął kółka dwukrotnie, a nie tylko raz. Przyzwyczajenie obiek­tu do procedur przerywanych pozwala utrwalić zarówno zachowa­nie aktualne, jak i wszystkie pozostałe, także te, których będziemy dopiero uczyli w przyszłości.
Stosowanie wzmocnień przerywanych w fazie nauki daje jeszcze jedną korzyść; mianowicie, jeżeli obiekt jest w stanie zaakceptować co pewien czas brak wzmocnienia, istnieje prawdopodobieństwo, że
—   pamiętając, iż poprzednim razem otrzymał nagrodę — będzie się starał powtarzać daną czynność z rosnącym zapałem, w myśl zasa­dy: „Zrobiłem, czego ode mnie żądasz, a ty nawet nie zauważyłeś? No to jeszcze raz..." Intensyfikacja zachowania, znana pod nazwą „erupcji poprzedzającej zanik", umożliwia szybsze osiągnięcie za­chowania docelowego. Zdolny trener może nawet specjalnie opusz­czać niektóre wzmocnienia w celu sprowokowania zróżnicowanej
i bardziej energicznej reakcji obiektu. Badający zachowania psów naukowiec, Gary Wilkes, nazywa takie zjawisko „surfowaniem po erupcji poprzedzającej zanik".
Kiedy już nauczymy obiekt, że brak wzmocnienia niekoniecznie oznacza, że zadanie zostało wykonane nieprawidłowo, a tylko, że warto spróbować jeszcze raz, proces kształtowania przechodzi od wzmacniania ciągłego (przy pojawianiu się nowego zachowania) do wzmacniania zmiennego (przy wyborze lepszej formy, dłuższego cza­su trwania, większej szybkości, krótszych opóźnień itd.), po czym ponownie do wzmacniania ciągłego (w momencie osiągnięcia przez dane zachowanie doskonałości, czyli, mówiąc językiem naukowym, „spełnieniu przez nie kryteriów"). Wówczas stałe używanie wzmocnień przerywanych nie jest już konieczne, gdyż przyjmujemy, że obiekt nauczył się akceptować procedury zmienne. W końcu, kiedy zachowanie jest już pod każdym względem pra­widłowe i zadowalające, staje się ono zwykle elementem stałego re­pertuaru — jest niezbędnym składnikiem innych, bardziej skom­plikowanych zachowań. Właściwa forma, szybkość, odległość itd. w sumie tworzą całość podlegającą wzmocnieniu. Wracamy do proce­dury przerywanej lub podtrzymującej, objawiającej się poprzez spo­radyczne kliknięcia lub wyrażane od czasu do czasu podziękowania
—   narzędzie pozwalające podtrzymać dane zachowanie. W następnej kolejności można zastosować aktywne wzmacnianie, którego używa­liśmy w początkowej fazie, do nauki innych, nowych zachowań.
4.   Podczas wprowadzania nowego kryterium lub aspektu zachowa­nia należy na pewien czas zawiesić poprzednie kryteria.
Wyobraźmy sobie, że w trakcie nauki gry w squasha robimy zna­czące postępy w zakresie umiejętności kierowania piłki w żądanym kierunku, a teraz chcielibyśmy przejść do szkolenia siły uderzenia. Niestety, uderzając silniej, posyłamy piłkę w zupełnie innym od za­mierzonego kierunku. Co robić? Najlepiej na chwilę przestać w ogóle zawracać sobie głowę kierunkiem i zamiast tego skoncentrować się wyłącznie na sile uderzenia. Kiedy już nabierzemy pewnej wprawy i będziemy dobrze sterować szybkością piłki, dopracowanie celno­ści uderzeń stanie się dużo prostsze.
Mimo że czasami, w natłoku nowej wiedzy i nowych umiejętności stare mogą ulegać tymczasowemu osłabieniu, nigdy nie zapomi­namy czegoś, czego już się raz nauczyliśmy. Kiedyś podczas próby w operze miałam okazję obserwować dyrygenta, który co chwilę wy­buchał złością, gdyż śpiewacy w chórze popełniali błąd za błędem — można wręcz było odnieść wrażenie, że zupełnie utracili wszystkie nabyte kosztem tak wielu wyrzeczeń umiejętności. Przyczyna pro­blemu leżała jednak gdzieś indziej — mianowicie, w spektaklu tym mieli po raz pierwszy, śpiewając, stać na drabinach ubrani w grube i ciężkie kostiumy, a do tego scenariusz wymagał, by się stale po­ruszali. Był to typowy przypadek, gdy nabyte wcześniej umiejętno­ści podlegają chwilowemu zakłóceniu przez nowe okoliczności. Pod koniec próby chór śpiewał już jak dawniej. Wśród trenerów delfi­nów zjawisko takie nazywane jest „syndromem nowego basenu", albowiem przenosząc delfina do nowego basenu, zawsze można się spodziewać, że do momentu pełnej asymilacji „zapomni" on naby­tych dotąd umiejętności. Na tej podstawie należy przyjąć, że ostra krytyka w stosunku do samego siebie i innych za błędy popełniane przy wykonywaniu zadań wyuczonych w przeszłości nie jest dobrą metodą treningową. Zazwyczaj błędy w krótkim czasie samoistnie zanikają, natomiast reprymendy mogą spowodować rozdrażnienie, a czasami na tyle skoncentrować uwagę obiektu na pomyłkach, że ich wytrzebienie staje się niemożliwe.
5.   Nie wolno dać się obiektowi wyprzedzić.
Program kształtowania należy zaplanować w taki sposób, by w razie, jeżeli obiekt poczyni nagłe postępy, zawsze wiedzieć, jakie zachowania należy wzmacniać w dalszej kolejności, aby nie nastąpił moment próżni. Przytoczę tu następujący przykład: pewnego razu miałam za zadanie nauczyć świeżo złapanego delfina przeskakiwa­nia nad poprzeczką zawieszoną 20 centymetrów nad wodą. Szkole­nie trwało dwa dni i zakończyło się sukcesem. Kiedy podniosłam po­przeczkę jeszcze o kilkanaście centymetrów, okazało się, że zwierzę przeskoczyło i tę przeszkodę natychmiast i bez najmniejszego pro­blemu. Sprowokowało mnie to do dalszego podnoszenia poprzecz­ki, tym razem dużo wyżej — po piętnastu minutach delfin skakał już na wysokość trzech metrów.
Podobne „przełomy" podczas kształtowania nie należą do rzad­kości, prawdę mówiąc, można się ich spodziewać w każdej chwili. Zjawisko takie obserwujemy oczywiście u ludzi, a także u wielu ga­tunków zwierząt o wysokim stopniu inteligencji. Podany przykład wydaje mi się dość trafny; obiekt szybko orientuje się, czego się od niego wymaga (w opisanym przypadku człowiek chce wymóc na del­finie wyższe skoki) i bez ociągania wykonuje wyznaczone zadanie. Szczególne znane z wybiegania w przyszłość są pod tym względem orki, do tego stopnia, że tresujący je ludzie ukuli następuj ący dow­cip: orek nie trzeba specjalnie tresować, wystarczy im wszystko na­pisać na powieszonej w basenie tablicy.
Problemy zaczynają się wówczas, jeśli trener nie jest przygo­towany na szybkie postępy ucznia. Jeżeli trenujący przechodzi od punktu Ado punktu B, a obiekt bez żadnych problemów wykonuje punkt B już po dwóch wzmocnieniach, warto mieć w zanadrzu go­towe punkty C i D. W innym wypadku może się bowiem okazać, że nie ma czego wzmacniać.
Można stwierdzić, że obiekty zazwyczaj z niezwykłą pasją trak­tuj ą podobne przełomy — odnoszę wrażenie, że również zwierzęta lubią zadziwiać swoich treserów i po dokonaniu znacznego a nie­spodziewanego postępu okazują większą niż zwykle radość. Prze­łom stanowi wówczas dogodną okoliczność do szybkiego pokonania znacznego dystansu — dlatego brak przygotowania trenera i wyni­kające z tego utrzymywanie obiektu na niskim poziomie, gdyż nie wiemy, co robić dalej, należy uznać za ogromną stratę czasu oraz powód zniechęcenia obiektu, który w przyszłości nie będzie już tak skory do podejmowania nowych wyzwań.
Wydaje mi się, że, poza nielicznymi wyjątkami, obowiązują­cy w naszym kraju system edukacji uniemożliwia dzieciom naukę w tempie dostosowanym do potrzeb poszczególnych jednostek — karze się przecież zarówno tych, którzy nie nadążaj ą za ogółem, jak i tych, którzy zbyt mocno wysuwają się przed szereg (poprzez brak podawania dodatkowych wzmocnień w chwilach, gdy dzięki własnym zdolnościom znacznie wyprzedzają resztę). Jeżeli bowiem uczeń natychmiast „łapie", o czym mówi nauczyciel na matematy­ce, to w nagrodę może się najwyżej nudzić na następnych lekcjach, na których pozostali krok po kroku rozgryzaj ą dany temat. Jest to z pewnością jedna z przyczyn, dla których ulica wydaje się tak ku­sząca zarówno dla mało zdolnych, jak i dla najzdolniejszych.
6. Nie powinno się w trakcie procesu zmieniać trenerów.
Zmiana trenera w trakcie procesu kształtowania danego zacho­wania grozi znacznym spowolnieniem procesu nauki. Choćbyśmy nawet omówili wszelkie zagadnienia niezwykle dokładnie, a do tego starali się skrupulatnie zapoznać z dotychczasowym przebiegiem procesu, to jednak fakt, iż każdy ma nieco inne normy postępowa­nia, czas reakcji oraz oczekiwania, sprawia, że obiekt gubi się, i do
momentu, aż nie przyzwyczai się do nowych warunków, tracimy możliwość stosowania wzmacniania. Jest to w pewnym sensie ja­kaś odmiana „syndromu nowego basenu".
Nie oznacza to oczywiście, że jedna osoba może być trenowana tylko przez jednego nauczyciela, należy natomiast zachować waru­nek, że uczą innych przedmiotów —jeżeli inny nauczyciel uczy nas francuskiego, inny matematyki, a jeszcze inny wf, to nie ma proble­mu. Jeden nauczyciel konieczny jest natomiast wówczas, kiedy pro­ces nauki obejmuje konkretne zachowanie. Konsekwencję w stop­niowym podnoszeniu kryteriów w fazach kształtowania zachowań można osiągnąć wyłącznie wtedy, gdy zajmuje się tym jedna osoba. Jeżeli więc dwoje twoich dzieci chciałoby uczyć psa sztuczek, zezwa­lając im na to, musisz zwrócić uwagę, by podzieliły się sztuczkami, a nie koncentrowały się każde na tych samych, gdyż pozwoli to za­oszczędzić psu mnóstwo konfuzji.
Jeżeli ktoś rzeczywiście chce się uczyć, nauczy się niezależnie od okoliczności. Na Uniwersytecie Columbia przeprowadzono swe­go czasu w ramach cyklu doświadczeń z „językiem małp" ekspery­ment, który polegał na nauczaniu małpy języka migowego oraz in­nych form przekazu. Do opisywanego eksperymentu zaangażowano młodego szympansa o imieniu Nim Chimpsky. Niestety, z powodu problemów finansowych, przez trzyletni okres trwania doświadcze­nia biedne stworzenie miało ponad setkę różnych instruktorów. Jed­nocześnie studenci i prowadzący eksperyment byli zawiedzeni, że szympans nie wykazywał umiejętności stosowania „prawdziwego" kodu językowego i że małpka nie nauczyła się budować dłuższych wyrażeń ani zdań. Z drugiej strony, Nim nauczył się rozpoznawać i rozumieć nieco powyżej trzystu znaków (w tym rzeczowników, czasowników itd.), co, biorąc pod uwagę okoliczności, należy uznać za wynik znakomity. Nie inaczej jest często z naszymi dziećmi — mimo że przechodzą proces edukacyjny w kilku szkołach i trafiaj ą z rąk jednych pedagogów do drugich, przy czym jakość nauczycie­li często pozostawia wiele do życzenia, to jednak czegoś się w koń­cu uczą. Nie powinno to jednak być normą.
Zmianę trenera w toku procesu szkoleniowego należy rozwa­żać tylko w jednym przypadku — kiedy zauważamy, że trening do
niczego nie prowadzi, gdyż jeżeli niczego się nie uczymy — wtedy zmieniając trenera, nic nie tracimy.
7. Jeżeli zauważamy, że któraś z procedur nie przynosi efektów, warto zastanowić się nad zastosowaniem innej.
Każde zachowanie można kształtować na wiele sposobów, można wręcz stwierdzić, że sposobów tych jest tyle, ilu trenerów. Przykła­dowo, ucząc dzieci pływania, zwykle największą wagę przykłada się do wykorzenienia strachu przed wodą. W takim wypadku u jednego nauczyciela pierwszym krokiem procesu kształtowania zachowania może być skierowanie prośby do dzieci, by spróbowały puszczać pod wodą bąbelki, inny może zasugerować szybkie i krótkotrwałe zanu­rzanie twarzy w wodzie, a jeszcze inny może kazać dzieciom stop­niowo coraz głębiej nachylać się do wody. Dobry nauczyciel, zauwa­żywszy, że dzieci są znudzone lub boją się danej metody, powinien natychmiast zastosować inną. Należy przy tym pamiętać, że poszcze­gólne metody kształtowania działają na każdego inaczej.
Wiedza ta niestety często umyka trenerom tradycyjnym, jak na przykład treserom zwierząt cyrkowych, dla których przekazywa­ne z pokolenia na pokolenie techniki tresury stanowią dogmat — niedźwiedzia można nauczyć jazdy na rowerze tylko w jeden i od lat ten sam wypróbowany sposób, żeby zaś lew zaryczał, trzeba mu wyrwać kilka włosków z grzywy. Takie tradycyjne metody uważa się często za jedynie słuszne i, jakkolwiek rzeczywiście czasami tak jest, to właśnie ten fakt przyczynia się do tego, że wszystkie przed­stawienia cyrkowe są do siebie tak bardzo podobne.
Kiedyś po pokazie w Sea Life Park otrzymałam zaproszenie od gwiazdy mediów, Arthura Godfreya, do jego domu w Wirginii. Mia­łam obejrzeć prowadzoną przez państwa Godfreyów metodę tresury koni — Arthur Godfrey sam świetnie jeździ konno i jest właścicie­lem pokaźnej stadniny. Pokazano mi naukę ukłonów i klękania na jednym kolanie, w której stosowano tradycyjną technikę z wykorzy­staniem przez dwóch ludzi całej sieci lin oraz batów. Koń zmusza­ny jest wielokrotnie do klękania, aż do chwili, kiedy w końcu klę­ka bez przymusu.
Widząc to, zadeklarowałam, iż jestem w stanie nauczyć zwie­rzę ukłonów nawet go nie dotykając (jedna z opcji: namalować na ścianie czerwony punkt i przy pomocy pokarmu oraz znacznika wy­kształcić w koniu zachowanie polegające na dotykaniu kolanem tego punktu, a w dalszej kolejności stopniowe umieszczanie go coraz ni­żej, tak by koń aby go dotknąć, był zmuszony przyklęknąć). Taka „impertynencja" z mojej strony rozzłościła gospodarza, który stwier­dził, że zna na wylot wszystkie metody tresury koni. Pamiętam, że minęło kilka ładnych minut, zanim się opanował.
Zadziwiające, z jakim uporem ludzie czasami stosują meto­dy, które w ogóle nie przynoszą rezultatów lub przynoszą wyni­ki mierne, przy czym z jakiegoś powodu nie tracą przekonania, że w końcu przez zwiększenie natężenia tych działań osiągną pożąda­ny efekt. Jeden z pionierów analizy behawioralnej, dr Murray Sidman, utrzymuje, iż to właśnie dlatego tak istotne jest zrozumienie przede wszystkim zasady, a dopiero w drugiej kolejności nauczenie się stosowania określonych procedur. Każdy ma swoją „metodę", na­tomiast jak dalece będzie ona skuteczna, zależy od zasad. 8.      Nie należy przerywać sesji treningowej bez wyraźnego powodu; jest to forma kary.
Uwaga ta nie odnosi się rzecz jasna do powszechnych przykła­dów kształtowania (niczego mu nie ujmując), z jakimi mamy na co dzień do czynienia wokół siebie — pochwalenia dziecka za dobre stopnie, serdecznego przywitania gości czy zachęcania dzieci do pra­cy; zastosowanie od czasu do czasu jakiegoś wzmocnienia, tak osten­tacyjnie, na pewno nigdy nie zaszkodzi. Jednak w sytuacjach bar­dziej sformalizowanych, kiedy na przykład prowadzimy lekcję lub kształtujemy zachowania zwierzęcia, trener winien być skoncen­trowany na swojej klasie lub tresowanym obiekcie aż do zakończe­nia całego procesu. Wymaga tego nie tylko dobre wychowanie i sa­modyscyplina, lecz także jest to podstawowa zasada prawidłowego treningu. Gdy obiekt decyduje się prezentować dane zachowanie, by zasłużyć na wzmocnienie, zawiązuje z trenerem swego rodzaju umowę. Toteż jeżeli ten drugi nagle zaczyna rozmowę z kimś in­nym, idzie odebrać telefon, lub choćby w widoczny sposób jest nie­obecny myślami, umowa zostaje zerwana. Wzmocnienie nie zostaje podane, i to wcale nie z winy obiektu. Sytuacja taka nie tylko naraża trenera na ryzyko utraty możliwości wzmocnienia — może ona również zostać odebrana przez obiekt jako kara za prawidłowe przecież zachowanie.
Odwrócenie uwagi od obiektu to oczywista kara, nazywana przez trenerów delfinów „czas minął", i wykorzystywana do wymuszania poprawy zachowania. Jeżeli chcemy powiedzieć: „nie tak", „źle", wystarczy wziąć wiadro z rybami i na minutę oddalić się od base­nu — jest to niezwykle skuteczny sposób, choć może się to wyda­wać dziwne, gdyż przecież raczej nie podejrzewalibyśmy delfinów o wyczulenie na poniżenie, czy o skłonność do okazywania skruchy. A jednak! Wobec powyższego wniosek brzmi: nigdy nie należy się ostentacyjnie odwracać od obiektu bez wyraźnej przyczyny.
9.   Jeżeli jakość danego zachowania pogarsza się, należy ponownie przeanalizować zastosowane do jego kształtowania metody.
Bywa, że dane zachowanie lub umiejętność traci na jakości, a czasem wręcz zupełnie zanika. Podobne doświadczenia ma chyba każdy z nas, kiedy po latach próbuje porozumieć się w obcym języku, przypomnieć sobie nauczony dawno temu na pamięć wiersz lub wsiąść na rower po długiej przerwie —jest to niezwykle deprymują­ce i nieprzyjemne odczucie. Zdarza się, że do zaniku lub pogorszenia jakości danego zachowania przyczyniaj ą się warunki zewnętrzne, wśród których można wymienić choćby tremę po wyjściu na scenę, która uniemożliwia wyduszenie słowa, nie mówiąc o całym długim wykładzie, bądź poważny wypadek w górach, który potrafi zaszko­dzić naszym umiejętnościom alpinistycznym. Z kolei w innych wypadkach zdolności nabyte w późniejszym okresie nakładają się na poprzednie, czasami wchodzą z nimi w sprzeczność, i w ten sposób wzajemnie sobie przeszkadzaj ą — jak na przykład wówczas, gdy szukamy w pamięci słówka hiszpańskiego, a narzuca nam się jego odpowiednik po niemiecku.
Spotyka się także przypadki, gdy na pozornie nie mające z nimi związku zachowania wpływaj ą efekty uboczne kar lub innych zda­rzeń awersyjnych. Prawnik i wielbiciel psów, Morgan Spector, wspo­mina prowadzoną przez siebie tresurę posłuszeństwa, podczas której wszystkie psy unikały jak ognia jednego narożnika ringu. Tylko one same wiedzą, jaki czynnik awersyjny się tam czaił.
Zdarza się, że zachowanie, które wydaje się wyćwiczone w stop­niu wysoce zadowalającym, nagle zanika, i zupełnie nie jesteśmy w stanie się zorientować, dlaczego. Przykładowo, pies, który podczas ćwiczeń i prób posłuszeństwa gromadził najwięcej punktów, nagle, ni stąd, ni zowąd, niespodziewanie dla wszystkich wstaje w poło­wie próby siadu trzyminutowego i wychodzi z ringu. Dlaczego? To nie jest najistotniejsze — powody mogą być najróżniejsze — waż­ne, abyśmy potrafili takiemu zachowaniu zaradzić.
Jeżeli chcemy w miarę szybko przywrócić utracone umiejętno­ści obiektu, nie wolno wymuszać ich na nim na siłę, lecz należy po­wtórnie zastosować tę samą procedurę kształtowania, tyle że tym razem przejść przez jej poszczególne etapy bardzo szybko, stosując w nowych okolicznościach na każdym poziomie wzmocnienia jed­no lub dwukrotnie (choćby po upływie dwudziestu lat, w miejscu publicznym, w deszczu itd.). W Sea Life Park technikę tę nazywali­śmy „powrotem do przedszkola". Była ona przez nas wysoko cenio­na, gdyż pozwalała w ciągu zaledwie dziesięciu do piętnastu minut przywrócić „utracone" umiejętności i zachowania.
Nietrudno się zorientować, że identyczne działania podejmuje każdy z nas podczas przygotowań do egzaminów lub tuż przed wej­ściem na scenę. Warto pamiętać, że pod warunkiem, iż potrafimy choćby w przybliżeniu powtórzyć proces ich kształtowania, „powtó­rzenie materiału" może mieć równie zbawienne efekty dla umiejętności fizycznych, jak i intelektualnych. Odnosi się to zarówno do zwierząt, jak i do ludzi.


10. Sesję należy kończyć wtedy, gdy obiekt czyni postępy.
Jak długo powinna trwać sesja kształtowania zachowań? Jest to w pewnym stopniu uzależnione od zdolności koncentracji obiektu. Koty zwykle stają się niespokojne po kilkunastu wzmocnieniach, można się więc spodziewać, że sesja pięciominutowa będzie dla nich zbyt długa. Inaczej jest z psami i końmi — są one w stanie praco­wać przez dłuższy czas. Lekcje, których uczestnikami są ludzie, za­zwyczaj trwaj ą godzinę, choć na przykład trening sportowy, seminaria na uczelni czy inne kursy lub szkolenia trwać mogą nawet przez cały dzień.
Trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę, iż mniej ważne jest, kiedy kończymy sesję nauki, natomiast istotniejsze, na jakim etapie się to dzieje lub jakiego elementu dotyczy. Należy zawsze i bezwzględ­nie przerwać, jeżeli wyprzedzamy harmonogram — odnosi się to do sesji jako całości w ramach programu, jak i do poszczególnych jej etapów, gdy następuje przejście od jednego zachowania do kolejne­go. Proces należy kontynuować po osiągnięciu przez obiekt założo­nych postępów.
Obiekt zapamiętuje najlepiej zachowanie, które zostało wyuczo­ne jako ostatnie przed przerwą, stąd konieczność, by zostało ono wykonane prawidłowo i by jego wzmocnienie mogło być powtarza­ne w miarę potrzeby. Niestety, często się zdarza, iż po wykazaniu przez obiekt trzy- lub czterokrotnej prawidłowej reakcji (pies pięk­nie aportuje, nurek wzorowo skacze do wody, śpiewak znakomicie podąża za partyturą), jesteśmy tak szczęśliwi, że, świadomie lub nie, dążymy do wymuszenia na nim wielokrotnego powtarzania danej czynności. Prowadzi to do znużenia, obniżenia jakości prezentowa­nego zachowania, pojawiaj ą się błędy, zaczyna się wprowadzanie poprawek, któremu towarzyszą nerwy i krzyki, po czym sesja zo­staje w sposób gwałtowny przerwana. Z takimi zdarzeniami mamy do czynienia niezwykle często choćby przy amatorskiej nauce jazdy konnej. Bardzo niechętnie patrzę na adeptów hippiki, którzy chcąc zaimponować innym i sobie samym świeżo nabytymi umiejętnościa­mi własnymi oraz konia, posuwają się zbyt daleko, i wkrótce zwie­rzę nie jest w stanie wykonywać ich poleceń, w rezultacie czego wy­uczone zachowanie w ogóle zanika.
Trener powinien umieć się zmusić do przerwania sesji w odpo­wiednim momencie. Może to wymagać siły woli, ale dzięki takiemu postępowaniu można mieć nadziej ę, że wykonywane podczas kolej­nej sesji aport, skok do wody lub linia melodyczna będą się charak­teryzowały znacznie wyższą jakością niż ostatnio. Czasami na po­czątku kolejnej sesji możemy ze zdziwieniem zauważyć, że obiekt wręcz potrafi więcej, niż ostatnio został nauczony — wówczas trze­ba te elementy tylko umiej ętnie wzmacniać.
Ma się rozumieć, kształtowanie zachowań to proces odwrotny do treningu z zastosowaniem dyscypliny i powtórzeń. W wyniku kształ­towania uzyskuje się stały postęp, może nim być również trening pozbawiony błędów. Proces taki może przebiegać niezwykle szyb­ko. Pewnego razu udało mi się złamać linami rocznego kuca w cią­gu piętnastu minut, stosując wyłącznie pięć ruchów (w przód, stop, w lewo, w prawo, w tył), przy jednoczesnym wzmacnianiu każdego z nich. Sukces tak szybkiego kształtowania zachowań zależy, być może paradoksalnie, od gotowości trenera do odrzucenia ograniczeń czasowych, ustalonych schematów dochodzenia do poszczególnych celów oraz założeń dotyczących tempa pracy na rzecz gotowości do przerwania sesji w momencie uzyskania zakładanego celu. Zjawi­sko bliskie filozofii zen.
Czasami nie da się zakończyć sesji treningowych w taki sposób, jakbyśmy sobie życzyli — jeżeli na przykład studenci zapłacili za godzinę ćwiczeń, mają prawo wymagać, by trwały one właśnie tyle, choćby nawet ich cel został osiągnięty znacznie szybciej. Może się też zdarzyć, że sesja przebiega na tyle słabo, iż trudno w ogóle mó­wić o jakichkolwiek celach, i wówczas musimy się zmierzyć z proble­mem zmęczenia obiektu. W takim wypadku na koniec sesji należy zaplanować zachowanie, które na pewno da możność zastosowania wzmocnienia i pozwoli obiektom zapamiętać całość sesji w tym kon­tekście. Często treserzy delfinów na zakończenie trudnych i wyma­gających od zwierząt znacznego wysiłku sesji proponują im proste zabawy z piłką, zaś instruktorzy jazdy konnej na koniec lekcji sto­sują łatwe i powszechnie znane gry i zabawy. Nie zaleca się nato­miast wprowadzania w końcowej fazie sesji nowego materiału, gdyż w efekcie takich działań sesja kończy się pewną liczbą zachowań niepożądanych i nie wzmacnianych. Przypominam sobie, że gdy w dzieciństwie brałam lekcje gry na pianinie, na koniec nauczyciel zwykle wprowadzał nowe, trudne elementy, co zniechęciło mnie do nauki na tyle, że nigdy nie nauczyłam się grać.

Trening to gra
Nawet znając i rozumiejąc zasady kształtowania, nie będziemy w stanie właściwie ich stosować, jeżeli nie posiadamy odpowied­niej praktyki. Kształtowanie nie zalicza się do procesów werbal­nych, lecz stanowi umiejętność niewerbalną — strumień zachowań interaktywnych w czasie, podobnie jak taniec, seks czy surfing. Stąd nie można się go nauczyć, korzystaj ąc wyłącznie z materiałów teo­retycznych, czytaj ąc książki, bądź uczestnicząc w wykładach i se­minariach. Aby dobrze stosować kształtowanie, trzeba praktyki. Można tego dokonać w łatwy sposób, stosuj ąc grę w trening — za­bawę, którą osobiście stosuję do nauczania technik treningowych. Znam wielu trenerów, którzy graj ą w trening tylko dla zabawy — jest to bowiem również ciekawa gra towarzyska.
Potrzebne są co najmniej dwie osoby — obiekt i trener. W opty­malnych warunkach liczba graczy powinna wynosić sześć osób, gdyż wówczas każdy z graczy może być przez jakiś czas, zanim grupa się nie znudzi, zarówno obiektem, jak i trenerem. W związku z tym, że obserwacja partii jest niemal równie ciekawa, jak bezpośred­nie w niej uczestnictwo, można się bawić z powodzeniem również w większych grupach, jak choćby w klasie czy podczas wykładu.
Najpierw obiekt jest proszony o opuszczenie pomieszczenia, po czym pozostali dokonują wyboru trenera i zachowania, jakie ma być kształ­towane (może to być na przykład napisanie czyjegoś nazwiska na ta­blicy, wykonanie serii podskoków lub stanie na krześle). Następnie obiekt wraca do środka i jest proszony o poruszanie się po pomiesz­czeniu i jednoczesne wykonywanie różnych czynności, o wykazywanie aktywności. Równocześnie trener wzmacnia, przykładowo za pomocą gwizdka, zachowania, które zbliżaj ą obiekt do założonego przez grupę celu. Osobiście stosuję tu zasadę, że po każdym wzmocnieniu „zwie­rzę" musi wrócić do drzwi i zacząć swoją serię zachowań od nowa — pozwala to wyrugować tendencję niektórych obiektów do pozostawa­nia w bezruchu natychmiast po otrzymaniu wzmocnienia. Nie wolno przy tym nic mówić. Dopuszcza się śmiech, buczenie i inne sposoby wyrażania emocji, jednak aż do uzyskania założonego zachowania ab­solutnie nie wolno udzielać jakichkolwiek instrukcji.
Gra w trening zazwyczaj toczy się w szybkim tempie. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: sześć osób spotyka się w domu u Ruth; ta zgłasza się na ochotnika do roli „zwierzęcia", trenerką będzie Anne. Ruth wychodzi z pokoju i wówczas pozostali podejmują decyzj ę, że jej zadaniem będzie włączyć lampę stojącą na stoliku koło kanapy.
Zapraszamy Ruth do środka, po czym zaczyna ona krążyć po po­koju. W momencie, gdy kieruje się w stronę stolika, na którym stoi lampa, Anne dmucha w gwizdek. W tej chwili Ruth wraca do drzwi, skąd przemieszcza się bezpośrednio tam, gdzie nastąpiło wzmocnie­nie, i zatrzymuje się. Anne nie gwiżdże. Ruth macha ręką. Nadal cisza. Ruth na próbę obiera inny kierunek, ale że nadal nie słyszy dźwięku wzmocnienia, ponownie zaczyna krążyć po pomieszczeniu. Gwizdek odzywa się w momencie, gdy zbliża się do lampy.
Ruth znowu wraca do drzwi, po czym kieruje się do miejsca, gdzie usłyszała gwizdek, tyle tylko, że tym razem idzie dalej w tym sa­mym kierunku. I okazuje się, że robi dobrze, gdyż wkrótce jeszcze raz odzywa się sygnał wzmocnienia. Nie wraca już do drzwi, lecz idzie przed siebie, w miarę zbliżania się do stolika wspomagana co pewien czas gwizdkiem. W końcu, gdy dalszą drogę zagradza jej ów mebel, zatrzymuje się. Gwizdka nie słychać, wobec czego Ruth za­czyna znowu wykonywać różne ruchy rękoma, jednak bez rezulta­tu. Sygnał odzywa się dopiero w momencie, gdy dotyka klosza lam­py. Zachęcony w ten sposób „obiekt" sięga w stronę podstawy lampy — gwizdek. W końcu sięga do wyłącznika i zaświeca lampę — Anne gwiżdże, a pozostali klaszczą.
Nie zawsze przebieg zabawy jest tak gładki, często problem sprawiają nawet najprostsze czynności znane z dnia powszedniego. W opisanym przypadku Anne podjęła prawidłową decyzję, wstrzy­mując wzmocnienie w chwili, gdy Ruth z miejsca, w którym usłysza­ła pierwsze wzmocnienie, ruszyła w niewłaściwym kierunku. Kło­pot byłby wówczas, jeśli Ruth zdecydowałaby się wrócić do miejsca pierwszego wzmocnienia i po prostu stanąć w bezruchu.
Przedstawię teraz przykład gry w trening, która była nieco bar­dziej problematyczna, z czasów, kiedy uczyłam technik treningo­wych w szkole średniej. Rolę obiektu miał spełniać Leonard, zaś trenerką była Beth. Grupa ustaliła, że zadaniem Leonarda będzie włączenie jarzeniówek na suficie przy pomocy zlokalizowanego na ścianie kontaktu.
Po wejściu Leonarda do sali Beth udało się szybko pokierować go ku ścianie, w pobliże włącznika. Niestety, Leonard cały czas trzy­mał ręce w kieszeniach, i mimo wielokrotnych wzmocnień ze strony Beth, nie chciał ich wyjąć. Nastąpił swoisty pat. Obiekt dochodził do ściany, odbijał się od niej, opierał się plecami (raz oparł się na­ wet o kontakt), a mimo to można było odnieść wrażenie, że w ogó­le nie zauważał włącznika. Niestety ani na chwilę nie wyj ął przy tym rąk z kieszeni.
Pomyślałam wówczas, że jeśli dałoby się wymyślić jakąś meto­dę sprowokowania Leonarda do dotknięcia ściany dłońmi, z pew­nością zauważyłby wyłącznik i w końcu wykonałby zadanie. Tylko jak wymusić na nim wyjęcie rąk z kieszeni? Beth wpadła na inny pomysł: wychwyciła i natychmiast wzmocniła gwizdkiem zachowa­nie obiektu polegające na opieraniu się o ścianę na ugiętych kola­nach, a w kolejnym etapie sprowokowała go do ocierania się pleca­mi o ścianę w pobliżu kontaktu w górę i w dół. Wszyscy patrzyliśmy z zainteresowaniem, w jaki sposób uda jej się przesunąć wycierającego ścianę Leonarda nieco w bok, w kierunku nieszczęsnego wyłącz­nika, by w ten sposób zadanie zostało wykonane. Na razie nie było jednak najmniejszych symptomów powodzenia, natomiast chłopak zdawał się coraz bardziej zniechęcony i podenerwowany.
Aż wreszcie jedna z uczennic, Maria, zaproponowała, iż spróbu­je wymusić na Leonardzie włączenie światła. Spojrzała pytająco na Beth, ta na mnie, po czym uzyskawszy przyzwolenie, wyjęła swój gwizdek (jedynym warunkiem uczestnictwa w moich zajęciach był zakup przez uczniów gwizdków). Maria wskazała Leonardowi po­zycję wyjściową przy drzwiach, po czym przysunęła w pobliże kon­taktu krzesło, postawiła je w odległości trzydziestu centymetrów od ściany i usiadła, a potem dała Leonardowi znak, że zabawa rozpo­czyna się od nowa. Obiekt natychmiast ruszył do ściany, do miej­sca, w którym jego zachowanie było już wielokrotnie wzmacniane. Minął przy tym siedzącą na krześle dziewczynę, najwyraźniej prze­konany, że zmiana pozycji nie ma znaczenia. Lecz co zrobiła trenerka? Podłożyła mu nogę.
Wtedy został zmuszony do wyciągnięcia rąk i podparcia się nimi o ścianę, aby nie upaść. Gwizdek odezwał się dokładnie w momen­cie, kiedy obiekt dotknął dłońmi powierzchni ściany. W efekcie Leo­nard zatrzymał się w tej pozycji, spojrzał na Marię, która nie mogła oczywiście w żaden sposób dać mu znać spojrzeniem, o co chodzi. Następnie zaczął niepewnie, jakby na próbę, uderzać otwartą dło­nią w ścianę, co spotkało się z natychmiastowym wzmocnieniem. Pukał więc dalej, tyle że teraz patrzył na swoje dłonie — znowu wzmocnienie. Nagle zauważyliśmy, że chłopak skupił uwagę na wy­łączniku. Czekaliśmy w napięciu, aż wreszcie na Leonarda spłynę­ło nagłe olśnienie i w końcu zaświecił światło, za co otrzymał grom­kie brawa.
Niemal każde występujące w toku gry wzmocnienie stanowi wskazówkę zarówno dla jej uczestników, jak i obserwatorów; po pierwsze, trener może sobie w pełni uświadomić wagę wyboru opty­malnej chwili dla wzmocnienia. Wyobraźmy sobie, że w momencie, gdy trener gwiżdże, podchodzący już do wyłącznika obiekt odwra­ca się w drugą stronę. Wtedy trener myśli sobie: „cóż, spróbuję go naprowadzić przy najbliższej okazji". Jeżeli jednak obiekt wraca do punktu wyjścia, a następnie natychmiast podchodzi do wyłączni­ka i się od niego odwraca, nie można mówić o powodzeniu. Wręcz przeciwnie — przecież to trener ukształtował takie zachowanie. Wówczas dla wszystkich, nie tylko dla trenera, staje się jasne, jak istotny jest wybór odpowiedniej chwili do użycia gwizdka, dokład­nie wtedy, kiedy wymagane zachowanie zachodzi.
Obiekt odkrywa, że przy tego typu nauce rola umysłu nie jest najważniejsza — nieistotne, o czym się myśli, trzeba tylko chodzić w kółko i zwracać uwagę na gwizdek. Ciało uczy się w ten sposób wykonywać zadania bez poważniejszego wsparcia ze strony umy­słu. Stąd osoby inteligentne i ponadprzeciętnie bystre mogą czuć się w takich sytuacjach dość nieswojo — zwykle natychmiast po usły­szeniu gwizdka zatrzymują się w miejscu, by przystąpić do anali­zy swoich działań; nie zdaj ą sobie jednak sprawy, że normą jest tu fakt, iż nie wiedzą, o co chodzi, oraz że nie ma to żadnego znacze­nia. Dla nich jest to często szok. Kiedyś wraz z koleżanką, Sheri Gish, starałyśmy się sprowokować za pomocą metod treningowych psychologa Ronalda Schustermana, aby przez okresy nie dłuższe niż minuta chodził po pokoju z założonymi na plecach rękami (jest to dość długi czas, jeżeli przyjąć, że nie ma możliwości stosowania wzmocnienia). Szczęśliwie, po pewnym czasie zgromadzeni w po­koju uznali, że udało nam się osiągnąć i utrwalić zakładane zacho­wanie, czemu dano wyraz oklaskami (oklaski to dla trenera bardzo ważne wzmocnienie, które zresztą niemal zawsze pojawia się spon­tanicznie). Mój znajomy, trener zwierząt o imieniu Ron, z pełnym przekonaniem utrzymywał, iż jego samego nie da się w żaden spo­sób wytrenować. Tyle tylko, że nie zdawał sobie sprawy, że mówiąc to, zawsze zaciskał pięści — co sprawiało, iż gest ten należy uznać za zachowanie wytrenowane, a nie wyłącznie za podświadomy wy­raz ekspresji towarzyszący przekazywaniu pewnych informacji.
Nie pragnę tu udowadniać makiawelicznej natury wzmocnienia, chcę tylko zademonstrować, iż powszechnie popełniamy błąd pole­gający na przyjęciu założenia, że istotny jest jedynie przekaz wer­balny i że nie jest możliwa nauka bez użycia języka, a przynajmniej bez zastosowania pewnej świadomości werbalnej. Doświadczenie nauki niewerbalnej jest zwykle bardzo pożyteczne dla osób, które na co dzień w swojej pracy stosuj ą właśnie przekaz werbalny (na­uczyciele, psychoterapeuci, osoby na stanowiskach kierowniczych). Odegrawszy w trakcie gry rolę „zwierzęcia", łatwiej jest zrozumieć, a nawet wczuć się w położenie obiektu podczas prawdziwego tre­ningu —jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że obiekt wykonuje za­planowane przez trenera działania, w ogóle ich nie rozumiejąc, bez podejmowania analizy intelektualnej, i że na tym właśnie tle mogą i mają prawo pojawiać się błędy i pomyłki. Mamy cierpliwość do zwierzęcia (dziecka, pacjenta), jeżeli było przekonane, że robi coś dobrze, a okazało się, że jest odwrotnie, więc wpada w złość czy ule­ga zniechęceniu — wiemy przecież, że takie okoliczności mogą każ­dego wyprowadzić z równowagi. Po przeprowadzeniu kształtowa­nia niewerbalnego dorosłych ludzi zastanowimy się dwa razy, zanim jako nauczyciel, trener sportowy czy psychologiczny stwierdzimy, że najwyraźniej obiekt „mnie nie znosi", „specjalnie stara się mnie wkurzyć", Jest głupi", czy „chyba mu dzisiaj coś odbiło". Gra w tre­ning wykazuje ponad wszelką wątpliwość, że jeżeli coś idzie nie po naszej myśli, wina nigdy nie leży po stronie obiektu, natomiast za­wsze po stronie trenera.
Między innymi ta właśnie funkcja gry sprawia, że jest ona tak interesująca i warta polecenia (wszyscy widzą jak na tacy nasze za­miary, nie można się schować, a jednocześnie czujemy, że otacza nas wesołość i sympatia). Poza tym gra w trening to również pierwszo­rzędna rozrywka, z której każdy może skorzystać, gdyż nie wyma­ga żadnych specjalnych umiejętności, narzędzi ani doświadczenia. Znam osoby, które szczególnie dobrze radzą sobie w opisywanej za­bawie i zawsze udaje im się ona znakomicie. Kształtowanie wycho­dzi najlepiej osobom charakteryzującym się rozwiniętym zmysłem intuicyjnym, zdolnościami twórczymi i dużą wrażliwością. Z kolei do ról obiektów pasuj ą ludzie spokojni, o wykształconych zdolnościach obserwacji — czyli odwrotnie, niż mogłoby się wydawać na pierw­szy rzut oka. Wystarczy w końcu poobserwować grupę skupionych na grze ludzi, którym przyświeca jeden cel, z których nikt oprócz samego obiektu się nie porusza, przyjrzeć się z podziwem wysiłkom trenera, który jest zupełnie pochłonięty prowokowaniem obiektu do wykonania założonego zadania, żeby nabrać przekonania, iż sytu­acja przypomina działanie artystyczne, porównywalne do pisania książki lub malowania obrazu. Podobny grupowy duch twórczości unosi się chyba jedynie nad aktorami w czasie spektaklu, dlatego jestem zdania, że choćby z uwagi na te czynniki grę w trening na­leży uznać za niezwykle wartościową zabawę.
W Sea Life Park dość często grywaliśmy w trening, i muszę przy­znać, że niektóre partie utkwiły mi na długo w pamięci, jak choćby ta z udziałem filozofa Gregory'ego Batesona, którego poprosiliśmy o odegranie roli „zwierzęcia", ale którego wytrenowanie okazało się zupełnie niemożliwe i to wcale nie dlatego, że zbytnio analizował swoje zachowania, lecz dlatego, iż jego reakcje były tak niesamowi­cie zróżnicowane i nieprzewidywalne, że trenerzy się gubili. Z ko­lei innym razem po obiedzie postanowiłyśmy zagrać razem z pięcio­ma poznanymi właśnie kobietami, przy czym trzeba nadmienić, że każda z nas pracowała w zupełnie innej branży. Gra trwała dwie godziny, w tym czasie psychoterapeutka dała się poznać jako zna­komity „obiekt", tancerka disco jako pierwszorzędny trener, a na koniec okazało się, że dzięki zabawie bardzo dobrze się poznały­śmy i polubiłyśmy.
W 1980 roku wyznaczono mnie do nauczania na kursie ekspery­mentalnym w jednej z nowojorskich szkół średnich. Najpierw grali­śmy w trening w klasie, po czym dotarło do mnie, że kilka dziewczyn, obdarzonych zresztą wyjątkowo żywą wyobraźnią, grało również w domu. Dowiedziałam się, że zadania bywały dość wymyślne, jak choćby wczołgiwanie się po schodach, leżąc na plecach. Szkoła Brearley, bo o niej mowa, wykształciła w tych uczennicach umiejęt­ność myślenia analitycznego, dzięki czemu przed i po sesjach kształ­towania potrafiły mocno wysilać umysły, a jednocześnie poświęcać się zabawie z entuzjazmem, jaki spotyka się chyba tylko u szesna­stolatków. Wkrótce nauczyły się, wykorzystuj ąc wzmocnienie pozy­tywne, kształtować zachowania swoich rodziców i nauczycieli, zaś dzięki zastosowaniu wzmacniania selektywnego wybranych zacho­wań udało im się zmienić nieznośne rodzeństwo w znakomitych kompanów. Był to chyba jedyny wypadek, kiedy grupa tak szybko i chętnie podjęła zabawę, z powodzeniem stosując jej technikę i wy­korzystując dawane przez grę możliwości w praktyce.

Skróty w kształtowaniu — celowanie, naśladownictwo, modelowanie

Zawodowi trenerzy potrafią na różne sposoby przyspieszać proces przyswajania przez obiekt nowych zachowań. Trzy spośród stosowa­nych najczęściej metod to celowanie, naśladownictwo i modelowanie.

Celowanie ma szerokie zastosowanie w tresurze lwów morskich, czyli uchatek, a także innych zwierząt występujących na pokazach. Z grubsza biorąc, metoda ta zasadza się na kształtowaniu zdolno­ści dotknięcia nosem celu — może to być gałka na końcu patyka lub choćby zaciśnięta pięść tresera. Następnie porusza się celem i pro­wokuje zwierzę do dotykania go nosem, co umożliwia wymuszenie dowolnej gamy innych zachowań (wchodzenia po schodach, podsko­ków, cofania się, podążania za trenerem, wchodzenia i wychodzenia z klatki itd.). To właśnie tej techniki używamy, przywołując do siebie psa klapnięciem udami; ruch ten przyciąga psy, a kiedy są już przy nas, możemy wywołać żądane zachowanie dzięki głaska­niu, drapaniu itp. Podobnie, formą techniki celowania jest uderza­nie dłonią w kanapę, na której siedzimy, kiedy chcemy kogoś za­chęcić, by usiadł obok nas. Z celowaniem mamy też do czynienia u japońskich turystów — kiedy przebywają na wycieczce zagranicz­nej, z reguły wszyscy dokoła są wyżsi, i aby się nie zgubić, skośne oczy muszą wypatrywać trzymanej przez przewodnika chorągiew­ki lub parasola, jak żeglarz wypatruje latarni morskiej. Właśnie do tego celu służyły w czasach historycznych chorągwie, flagi i propor­ce na polach bitew. Celowanie stało się także istotnym narzędziem nowej dziedziny treningu wzmacnianego („treningu z klikerem") psów, koni oraz zwierząt w ogrodach zoologicznych.

« Last Edit: (Tue) 23.09.2014, 20:52:26 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Re: Najpierw wytresuj kurczaka- Karen Pryor
« Reply #2 on: (Thu) 03.04.2014, 13:13:05 »
Rozdział 3

Kontrola bodźców - współpraca zamiast dominacji

Bodźce

Czynnik, który wyzwala dowolną reakcję behawioralną, nazywany jest bodźcem. Istnieją bodźce, które stymulują reakcje bez uprzed­niej nauki lub treningu — odruchowo unikamy hałasu, mrużymy oczy w ostrym świetle, a kiedy z kuchni dobiegaj ą nas apetyczne zapachy, kuszą nas do wejścia. Podobne zachowania obserwuje się także u zwierząt. Wywołujące tego rodzaju reakcje dźwięki, świa­tła i zapachy nazywa się bodźcami bezwarunkowymi lub podsta­wowymi.
Innych bodźców można się nauczyć poprzez ich łączenie z zacho­waniami wzmacnianymi. Same w sobie mogą one być bez znaczenia, jednak staj ą się rozpoznawalnymi sygnałami danych zachowań: za­trzymujemy się na czerwonym świetle, wstajemy gwałtownie, żeby odebrać telefon, na zatłoczonej ulicy odwracamy się na dźwięk swo­jego imienia i tak dalej. Każdego dnia reagujemy na ogromną licz­bę wyuczonych sygnałów. Nazywa się je bodźcami, wskazówkami lub sygnałami.
Uczymy się wskazówek i sygnałów, gdyż zachowania, które z nimi kojarzymy, wcześniej podlegały wzmacnianiu. Odebranie telefonu to przecież nic innego jak uciszenie natrętnego dzwonka (wzmocnienia negatywnego) i możliwość usłyszenia ludzkiego głosu (wzmocnięnie pozytywne, przynajmniej teoretycznie). Sygnał lub bodziec wy­biórczy pozwala ustalić etap, lub wydaje nam pozwolenie na dalsze działanie w ramach zachowania, które w przeszłości prowadziło do zaistnienia wzmocnienia. Z drugiej strony, brak bodźca stanowi dla nas informację, iż za dane zachowanie nie powinniśmy się spodzie­wać wzmocnienia — „nagroda" za podniesienie słuchawki telefonu, który nie dzwoni, to bezduszny elektroniczny sygnał.
Tworzenie bodźców wybiórczych stanowi zasadniczy element treningu formalnego. Na sesji treningowej sierżant prowadzący musztrę rekrutów oraz właściciel psa muszą wykazać identycz­ne zaangażowanie w przekonywanie uczniów, by stosowali się do ich, stanowiących w rzeczywistości bodźce wybiórcze, poleceń. To, że pies robi siad, a człowiek staje na baczność, nie wywołuje spe­cjalnego wrażenia — zadziwiający jest natomiast fakt, iż czynno­ści te wykonywane są ze znaczną precyzją i na komendę. Zjawisko to nazywamy posłuszeństwem — nie tyle samo wyuczenie danych zachowań przez obiekt, co możność zagwarantowania ich wykona­nia w chwili podania sygnału. W żargonie psychologicznym mówi się tu o „poddawaniu zachowań kontroli bodźców". Kontroli bodź­ców nie jest łatwo nauczyć, trening odbywa się według określonych zasad, które czasami wymagają potwierdzenia.
Kontrola bodźców może być przydatna również dla tych z nas, których nie bawi tresowanie czworonoga ani wyciskanie ostatnich potów z żołnierzy. Jeżeli dziecko ociąga się i nie reaguje na przy­woływanie, możemy zaryzykować diagnozę, iż kontrola bodźców szwankuje, podobnie kiedy nadzorujący pracę przełożony jest zmu­szony powtarzać polecenia podwładnym kilkakrotnie, zanim zosta­ną one wykonane. Jakże często słyszymy wypowiadane przez nas samych zdanie: „przecież mówię ci już trzeci raz, żebyś..." (zamy­kał za sobą drzwi, nie zostawiał mokrego ręcznika na fotelu itd.)... Wszystko to dowodzi, że zachowania nie podlegają prawidłowej kon­troli bodźców.
Czasami może nam się wydawać, że posiedliśmy umiejętność kontrolowania bodźców, a jednak okazuje się, że jest to przekona­nie złudne — są to przypadki, kiedy spodziewamy się, że polecenie zostanie wykonane, a tak się nie dzieje. Dlaczego kelnerka nie rozu­mie, gdy mówię do niej po francusku? Może trzeba mówić głośniej? Nic nie pomaga? Obiekt musi rozpoznawać sygnał, gdyż w przeciw­nym razie, choćbyśmy nawet krzyczeli na cały Paryż, kelnerka je­dynie spojrzy na nas ze zdziwieniem. Często w reakcji na brak od­powiedzi na bodziec warunkowany następuje wybuch wściekłości. Złość daje efekty jedynie wtedy, gdy obiekt zachowuje się w spo­sób niepożądany lub nie reaguje na wskazówki w sposób, jaki zo­stał przedtem wielkim nakładem sił wyuczony — wówczas pokazem furii można rzeczywiście wymusić na nim powrót do prawidłowych zachowań.
Bywa, że obiekt reaguje właściwie, lecz z opóźnieniem, lub bar­dzo powoli — takie „ociężałe" wypełnianie poleceń wynika z faktu, iż obiekt nie potrafi reagować szybko. Przy braku wzmocnienia po­zytywnego reakcji prawidłowej i bezzwłocznej, obiekt nie jest w sta­nie zrozumieć, że szybkość reakcji zostanie nagrodzona. W tym przy­padku także można mówić o braku kontroli bodźców.
W codziennym życiu podobnych sytuacji jest mnóstwo. Wszędzie tam, gdzie zachodzi stosunek podległości, a jedna strona stara się narzucić drugiej swoją władzę, dochodzi do konfliktów na tle bra­ku posłuszeństwa. Poważnym problemem staje się to jednak wów­czas, gdy wydawanych poleceń nie sposób zrozumieć, a sygnałów nie da się realizować — mamy wtedy do czynienia z niewłaściwym przepływem informacji lub słabą kontrolą bodźców. W normalnych okolicznościach trenerzy przed przystąpieniem do uczenia psa siadu starają się opracować odpowiednie wskazówki, które będą poprzedzać właściwą naukę. Pies w końcu uczy się sia­dać po wielokrotnych powtórkach, gdyż stara się uniknąć ciągłe­go popychania, i na słowo „siad" zaczyna reagować w zaplanowany przez właściciela sposób — wie, że tylko wtedy pan nie będzie go szarpał. Można uznać, że konwencjonalne wskazówki i komendy to nic innego, jak warunkowane wzmocnienia negatywne.
Przy warunkowaniu instrumentalnym z kolei, najpierw kształtujemy samo zachowanie. Przecież wymaganie od psa wykonania czynności, której jeszcze nie rozumie, nie ma sensu, a kiedy już utrwalimy w zwierzęciu dane zachowanie, podczas lub bezpośrednio przed wystąpieniem danego bodźca kształtujemy technikę komuni­kowania o potrzebie takiego zachowania. Jeżeli mamy do dyspozy­cji kliker i zestaw elementów wzmacniających, do chwili, gdy pies nauczy się siadać bezproblemowo w nadziei otrzymania wzmocnie­nia, kształtujemy w nim umiejętność siadania — szybko, zgrabnie, długo i często, na trawie, na dywaniku itd., itp. Dopiero wówczas, jako swoiste zielone światło, wprowadzamy wskazówkę — możli­wość zasłużenia na wzmocnienie za dane, konkretne zachowanie. Tego typu wskazówki uznać można za warunkowane wzmocnienia pozytywne — stanowią one całkowitą gwarancję powodzenia.
Wskazówkę można wprowadzać na kilka sposobów: w momen­cie, gdy zachowanie zaczyna się kształtować, wzmacniać zakończe­nie zachowania, a następnie powtarzać procedurę o różnych porach i w różnych miejscach, przesuwaj ąc wskazówkę stopniowo w cza­sie aż do momentu, gdy zacznie ona poprzedzać zachowanie. Z cza­sem obiekt zacznie odbierać wskazówkę jako możliwość wzmocnie­nia danego zachowania i na polecenie „siad" pies usiądzie.
Druga metoda zasadza się na wymiennym stosowaniu i nie sto­sowaniu wskazówki — ten sposób stosuje się w tresurze delfinów. Dane zachowanie powtarza się często; pan mówi „siad", pies sia­da i następny siad zostaje nagrodzony kliknięciem. Następnie je­den lub dwa siady nie otrzymuj ą sygnału z klikera, po czym zno­wu mówimy „siad" i tym razem siad nagradzamy. W ten sposób wzmacniamy siady ze wskazówką i jednocześnie oduczamy siadów bez wskazówki.
Dzięki temu, kiedy obiekt nauczy się zasad, jego nowym zacho­waniom można przypisywać coraz to nowe wskazówki. Trudności mogą tu jednak sprawić poznające dopiero pierwsze wskazówki „zie­lone", nie posiadające jeszcze odpowiedniego doświadczenia zwierzę­ta. Źródłem ich kłopotów jest tak zwane „zanikanie", które odno­si się do odejmowania wzmocnienia przy zachowaniu, które dotąd było nagradzane. Jest to doświadczenie awersyjne (rozdział 4), któ­re może stanowić zagrożenie dla stabilności odczuć obiektu — kie­dyś delfin, który przedtem za dane zachowanie otrzymywał rybę, zorientowawszy się, że tym razem nic nie dostanie, ochlapał mnie od stóp do głów.
Trzecia metoda dodawania wskazówek to kształtowanie reakcji na samą wskazówkę, tak, jakby była ona rzeczywistym zachowa­niem. Jeżeli przykładowo pierwszym zachowaniem, jakie wykształ­cimy w szczeniaku za pomocą techniki pstrykania, będzie siadanie, możemy się spodziewać, że będzie nam się stale plątał pod noga­mi i pokazywał, jak ładnie umie siadać. W środowisku mówimy, że pies wówczas „zasypuje pana siadami". Właśnie w tym momencie należy wprowadzać wskazówkę — pies jest gotów, by się jej uczyć, a właściciel powinien być w stanie przekazać pieskowi, kiedy sia­danie ma sens, aby wykorzenić z niego natarczywe siadanie, kiedy tylko zobaczy, że masz w torbie zakupy z mięsnego.
Należy się wyposażyć w klikera i zestaw nagród, powiedzieć „siad" i kliknąć przy najmniejszej oznace woli wykonania polece­nia, choćby był to minimalny ruch psiego zadka. Następnie rzu­camy kawałek mięsa w taki sposób, by zwierzę musiało ponownie stanąć na czterech łapach, po czym powtórnie mówimy „siad" i kli­kamy, jeszcze zanim czynność siadania się zakończy. Wskazówka może być rozbudowana — można dodać znak dłonią, sygnał cia­łem, wypowiadane bardzo wyraźnie słowa. Trzeba tylko pamiętać, by w momencie kliknięcia zaprzestać używania wszystkich wska­zówek pomocniczych.
Stosując opisywaną metodę, można niezwykle szybko osiągnąć rezultaty — pan daje wskazówkę, pies siada. Wtedy wracamy do pstrykania na siad po udzieleniu wskazówki, ale w chwili, gdy zad już jest zupełnie oparty o podłoże (ma to na celu zapobieżenie wy­kształceniu u psa zwyczaju siadania w dowolnie wybranym momen­cie). Kolejny krok to urozmaicanie nauki jakimś innym, znanym już zwierzęciu zachowaniem, jak choćby przywoływaniem szczeniaka i drapaniem za uchem pomiędzy sesjami nauki siadania. Wreszcie na koniec trzeba wykształcić umiejętność czekania na wskazówkę — zacząć od pół sekundy, sekundy, w końcu trzech sekund — aż do momentu, kiedy pies bez podania odpowiedniej wskazówki nie wy­konuje zadania. Z tą chwilą można odłożyć wszystkie wskazówki po­mocnicze do szuflady i stosować wyłącznie słowo — udało nam się wykształcić reakcję na wskazówkę jako zachowanie instrumental­ne, które w początkowej fazie zachodziło wyłącznie z powodu ocze­kiwanego i przewidywanego wzmocnienia.
Na podstawie własnych obserwacji mogę stwierdzić, że opisana metoda to najszybszy sposób stworzenia zarówno wskazówek po­jedynczych, jak i uogólnienia, gdzie wskazówki stanowią instruk­cje, jakiego zachowania oczekujemy. Pewna kobieta przyprowadzi­ła kiedyś na mój wykład czteromiesięcznego szczeniaka labradora, świeżo zaadoptowanego ze szkółki dla psów. Podczas przerwy obia­dowej za pomocą klikania pomogłam jej nauczyć pieska pierwszego zachowania, jakim było leżenie na podłodze. Mogę przy tym śmiało powiedzieć, że pies był zupełnie nieświadomy i niewinny. Stąd bar­dzo dużo czasu zajęło nam zwrócenie jego uwagi, że uzyskiwanie nagród ma jakikolwiek związek z tym, jak się zachowuje.
Po południu tego samego dnia odbywały się ćwiczenia rozpozna­wania wskazówek. Nazajutrz, podczas przerwy obiadowej, ponownie zwróciła się do mnie właścicielka małego labradora, chcąc zaprezen­tować postęp, jaki w ciągu zaledwie 24 godzin jej podopieczny zro­bił w nauce. Umiał już mianowicie siadać, leżeć, przewracać się na plecy i przybiegać na zawołanie, przy czym najzabawniej wygląda­ło, kiedy kulając się po podłodze, niezgrabnie wyciągał do góry łap­ki. Dawało się też zauważyć, że zaczynał powoli rozumieć, na czym polega aportowanie. Wszystkie te czynności wykonywał po uzyska­niu wskazówki, natychmiast, prawidłowo i w dowolnej kolejności. Miał wyrosnąć na mądre, wesołe psisko, wspaniałego towarzysza swojej pani.

Zasady kontroli bodźców

Kontrolowanie bodźców można rozpatrywać w czterech różnych aspektach. Zakładamy, że jeżeli pies siada w momencie, kiedy jego pan mówi „siad", zadanie zostało wykonane z powodzeniem.
I niesłusznie, jesteśmy bowiem dopiero na półmetku; musimy jeszcze nauczyć zwierzę, by nie siadało, jeżeli nie otrzymuje wska­zówki — a to już zupełnie inna para kaloszy. Nie da się poddać za­chowań kontroli bodźców dopóty, dopóki nie oduczymy obiektu wy­konywania zadania przy braku bodźca warunkowego.
Nie należy, rzecz jasna, wymagać od psa, by przez cały dzień stał i biegał, a siadał dopiero, kiedy usłyszy z ust właściciela słowo „siad". Obiekt może w wolnym czasie robić, co chce, natomiast bodźce wy­biórcze, wskazówki lub sygnały są stosowane wyłącznie w sytuacji treningowej, kiedy dla każdego sygnału zachodzi potrzeba budowy aspektów „możesz" i „nie wolno". Inaczej ukształtowane zachowa­nie będzie nietrwałe i niepewne.

Pełną i wzorcową kontrolę bodźców określają cztery warunki, z których każdy należy traktować jako osobne zadanie treningo­we i oddzielny punkt w recepturze kształtowania.
Oto te warunki:
1.   Zachowanie pojawia się zawsze natychmiast po zaistnieniu bodźca warunkowego (pies siada na komendę „siad").
2.   Przy braku bodźca zachowanie nie może się nigdy pojawić (podczas sesji treningowej lub roboczej psu nie wolno siadać z własnej woli).
3.   Zachowanie nie może się pojawić w reakcji na inny bodziec (na komendę „leżeć" pies nie powinien siadać).
4.   W reakcji na dany bodziec może wystąpić tylko jeden rodzaj zachowania (na komendę „siad" pies nie powinien się kłaść, czy też skakać i lizać pana po twarzy).
Pies w pełni i dogłębnie rozumie komendę „siad" dopiero po speł­nieniu wszystkich podanych warunków. Wtedy można mówić o rze­czywistej kontroli bodźców.
W jakich sytuacjach życia codziennego kontrola bodźców może być dla nas przydatna? Można tu przytoczyć choćby przykład mu­zyki — dyrygenci stosuj ą niezwykle skomplikowany system kontro­li bodźców, a podczas prób spotykaj ą się z błędnymi reakcjami na podawane bodźce. Jeżeli dyrygent sygnalizuje „forte", a orkiestra wcale nie gra głośniej, może to znaczyć, że nie udało mu się w ja­sny sposób określić znaczenia sygnału. Może się też zdarzyć tak, że dyrygent nie sygnalizuje orkiestrze, by grała głośniej, a muzy­cy mimo to uderzają forte —jest to ponoć częsty przypadek w sek­cjach instrumentów dętych orkiestr symfonicznych. W sporządzonym przez siebie satyrycznym wykazie rad dla początkujących dyrygentów, Richard Strauss napisał: „Nigdy nie patrz w stronę sekcji dętej z zachętą". Powiedzmy zatem, że dyrygent sygnalizu­je „presto", a muzycy, zamiast grać szybciej, grają głośniej (przypa­dłość wielu solistów — tenorów). Wreszcie kolejna opcja to dyrygent próbujący wykrzesać z orkiestry więcej brzmienia, który uzysku­je w efekcie kakofonię pomyłek (jakże często tak właśnie dzieje się w chórach amatorskich). Należy poprawiać wszystkie niewłaściwe reakcje na podawane wskazówki. Można to robić poprzez trening, aż do momentu, kiedy dyrygent poczuje, że posiadł wystarczający poziom kontroli bodźców.
Kontrolowanie bodźców ma kluczowe znaczenie również w woj­sku; co prawda rekrutom może się wydawać, że czaso i pracochłon­na musztra jest nie tylko trudna, ale i bezsensowna, jednak w rze­czywistości jest inaczej — musztra spełnia ważną rolę szkoleniową. Pozwala ona mianowicie wyszkolić w młodych żołnierzach szybkość reakcji na komendy marszowe, dzięki czemu dowódcy są w stanie łatwo przegrupowywać liczne oddziały, ale przede wszystkim przy­zwyczaja do reagowania na bodźce wyuczone. Posłuszeństwo wobec przełożonych i bezdyskusyjne wykonywanie rozkazów to nie stan umysłu, ale umiejętność wyuczona, która dla żołnierza jest jedną z podstawowych zdolności, czasami przydających się w sytuacjach skrajnych, na przykład do ratowania życia. Umiejętność tę kształ­towano przy pomocy musztry już w najdawniejszych czasach. Bodziec wybiórczy lub sygnał wyuczony może występować w niezli­czonej ilości form; flaga, światło, słowo, dotyk, wibracja, strzał kor­kiem od szampana — byle tylko obiekt był w stanie go odczytać. Jeżeli bodziec jest dla obiektu czytelny i zrozumiały, można go sto­sować w celu wywołania wyuczonego wcześniej zachowania.
Do tresury delfinów stosuje się zwykle znaki dłońmi, słysza­łam jednak kiedyś o przypadku niewidomego delfina, którego uda­ło się nauczyć wielu różnych zachowań przy wykorzystaniu dotyku. Psy pasterskie z kolei, oprócz sygnałów dawanych dłońmi potrze­bują również nauki głosowej, chociaż na przykład na Nowej Zelan­dii, gdzie pastwiska rozpościeraj ą się czasami na ogromnych obsza­rach, stosuje się gwizdki, które są oczywiście bardziej donośne niż głos ludzki. Wiem, że kiedy sprzedaje się tam wyćwiczonego gwizd­kiem psa, nowy właściciel otrzymuje również kasetę z nagraniami komend, lub zostaje poinstruowany przez telefon (trudno przenieść dźwięki gwizdka na papier).
Ryby uczą się reagować na dźwięki i sygnały świetlne — każdy chyba zwrócił kiedyś uwagę, jak rybki w akwarium rzucają się ku powierzchni wody, kiedy puknie się w pokrywkę lub włączy światło. Z kolei ludzi można wyuczyć reakcji na dowolnego rodzaju bodźce.
W praktyce przydatne okazuje się nauczenie wszystkich obiektów tych samych wskazówek i sygnałów, dzięki czemu różne osoby mają możliwość wskazywania im tych samych zachowań — stąd treserzy zwierząt podchodzą do stosowanych przez siebie bodźców w sposób dość tradycyjny. Na całym świecie kopnięty w żebra koń rusza do przodu, a po pociągnięciu wodzy zatrzymuje się. Mieszkające w ogro­dzie zoologicznym na Bronksie wielbłądy na słowo Couche kładą się na ziemi, chociaż nikt z ich opiekunów ani odwiedzających nie mówi w północnoafrykańskiej odmianie francuskiego — pracownicy zoo francuskim słowem proszą wielbłądy o przyj ęcie pozycji horyzon­talnej, chociaż równie dobrze można by je nauczyć reagować w ten sam sposób na dowolne inne słowo w dowolnym języku.
Stosujący techniki tradycyjne treserzy często zdają się zapomi­nać, że ich sygnały to jedynie kwestia przyjętej konwencji. Pewnego razu, podczas pracy w stajni zachciało mi się uczyć młodego ogiera komendy „Idź!" Pracujący tam na stałe treser najpierw przyglą­dał mi się z dezaprobatą, aby po chwili odezwać się w te słowa: „To nie tak się robi, przecież koń nie rozumie, jak pani do niego mówi «idź». Trzeba mówić «cz, cz»", po czym odebrał mi z rąk linę, i mó­wiąc „cz, cz", delikatnie trącił nią konia w zad, co oczywiście spo­wodowało, że ten ruszył z miejsca. „A widzi pani!" — podsumował z zadowoleniem.
Pewnie, że widziałam. Od tego czasu przy każdej tresurze moich kucyków uczyłam je, by reagowały nie tylko na polecenia wydawane przeze mnie, lecz również by zwracały uwagę na najróżniejsze podawane przez innych treserów bodźce dźwiękowe. Dzięki temu zaoszczędziłam sobie wielu kłopotów, a wszyscy pewni siebie „za­wodowcy" zaczęli mnie stopniowo uważać za obiecującą amatorkę. I nikt mi nie mieszał.
Nauczenie kuców dwóch różnych zestawów komend nie było wca­le trudne. Jeżeli chcemy, by reakcją na dany bodziec było tylko jed­no zachowanie, można takiemu zachowaniu przypisać kilka różnych sygnałów. W sali pełnej ludzi prowadzący spotkanie może zwrócić się o ciszę mówiąc „Cisza!", albo wstać i dawać rękami uspokaja­jące gesty, oznaczające „proszę się uciszyć"; jeśli takie sposoby nie zdadzą się na nic, można postukać łyżeczką w szklankę. Wszyscy zostaliśmy uwarunkowani do uciszenia się w odpowiedzi na któryś ze wspomnianych bodźców.
Opracowanie drugiej wskazówki dla wyuczonego zachowania na­zywa się przeniesieniem kontroli bodźców. By przeprowadzić takie przeniesienie, najpierw przedstawiamy nowy bodziec (niech to bę­dzie komenda ustna), a następnie dotychczasowy (na przykład znak dłonią), po czym wzmacniamy reakcję. W dalszej kolejności stop­niowo oduczamy obiekt reakcji na stary bodziec (rozmywając coraz bardziej jego znaczenie i formę), zwracamy zaś uwagę obiektu na nowy (stosując go w sposób niezwykle oczywisty i zrozumiały) — aż do chwili, kiedy reakcja na nowy bodziec jest równa reakcji na sta­ry (przy czym stosowanie tego drugiego zanika). Dodawanie dru­giego bodźca zwykle przebiega znacznie szybciej niż nauka sygna­łu pierwotnego. Kiedy już nauczymy obiekt, by „robił to", oraz by „robił to w reakcji na wskazówkę", dużo łatwiej przychodzi mu po­jąć, żeby „robił to też na inną wskazówkę".

Siła i rozmywanie sygnałów

Warunkiem osiągnięcia prawidłowych wyników nie jest przypisa­nie wyuczonym wskazówkom bądź sygnałom jakiegoś konkretnego stopnia natężenia czy wielkości. Bodziec pierwotny lub niewarunkowany daje gradację wyników w zależności od swojej intensyw­ności. Na ostre ukłucie strzykawką reagujemy bardziej żywiołowo niż na delikatne pyknięcie ołówkiem; im większe nasilenie hała­su, tym bardziej czujemy się nieswojo. Należy jednak pamiętać, iż funkcją wyuczonej wskazówki nie jest wywoływanie pełnej reakcji. Zatrzymujemy samochód na czerwonym świetle, ale siła, z jaką na­ciskamy na hamulec, nie jest uzależniona od rozmiarów sygnaliza­tora — wiemy, co robić natychmiast, kiedy zauważamy czerwone światło. Można więc stwierdzić, że jeżeli bodziec został już wyuczo­ny, można nie tylko go przenieść, ale też stopniowo zmniejszać jego natężenie, aż stanie się ledwie zauważalny. Wyniki będą przy tym ciągle takie same. W ostateczności można się spodziewać reakcji na sygnały na tyle drobne, że osoba niewtajemniczona nie jest w sta­nie ich zauważyć — jest to forma „rozmywania" bodźców.
Rozmywanie takie stosujemy nieustannie. Bodziec, który począt­kowo był bardzo rozbudowany (na przykład kwestia: „Nie, Rysiu, nie wolno sypać piasku na głowy innych dzieci" wypowiadana przy wyciąganiu brzdąca na siłę z piaskownicy), po pewnym czasie przyj­muje formę drobnego znaku (może to być podniesienie brwi lub po­grożenie palcem). Stosowanie bodźców rozmytych przynosi czasami doskonałe wyniki w tresurze zwierząt; wspomnę tu bardzo zabaw­ne zachowanie papugi, którego byłam świadkiem w San Diego Wild Animal Park. Otóż ptak dostawał ataków histerycznego śmiechu w momencie, kiedy treser wykonywał delikatny ruch ręką. Dawałomu to oczywiście ogromne możliwości popisów; mógł przykładowo zapytać papugę: „Pedro, jak ci się podoba kapelusz tego pana?", by wraz z całą zgromadzoną publicznością usłyszeć gromkie „Cha, cha, cha, cha, cha!" Jako że widzowie nie byli w stanie zauważyć znaku, sądzono, iż spektakularne zachowanie papugi jest efektem jej nie­zwykłej inteligencji, nie zaś wyuczoną reakcją na znacznie „rozmy­ty" bodziec, zaś jeżeli można tu mówić o inteligencji, to tylko u tre­sera, lub pomysłodawcy całego zamieszania.
Najciekawsze przykłady warunkowania, rozmywania i przeno­szenia bodźców zaobserwowałam nie w świecie zwierząt, lecz pod­czas prób orkiestry symfonicznej, kiedy jako amatorka śpiewałam w chórach operowych, które często gościnnie prowadzili różni dyry­genci. Jakkolwiek znaczna część sygnałów, które służą do komunikowania muzykom intencji dyrygenta, jest w mniejszym lub więk­szym stopniu znormalizowana, to jednak każdy dyrygent ma także własne, charakterystyczne tylko dla siebie znaki. Na przekazanie orkiestrze ich znaczenia zazwyczaj jest bardzo niewiele czasu, gdyż próby trwają zwykle mniej więcej tyle, ile koncert. Pewnego razu, podczas próby do Rezurekcji Mahlera, kiedy sekcja dęta miała już zacząć grać głośno jak zwykle, zauważyłam, że dyrygent dał znak: „wejść delikatnie" — ukucnął z odpowiednią miną, jednocześnie osła­niając twarz przed ciosem. Wszyscy muzycy odebrali sygnał pra­widłowo, na tyle, że w ciągu kolejnych paru minut dyrygent mógł go rozmyć i sygnalizować potrzebę wyciszenia poszczególnych sek­cji chóru już tylko ostrzegawczym spojrzeniem i delikatnym przy­gięciem kolan lub nieznacznym ruchem ręki, zaś pod koniec próby wystarczał już tylko lekki ruch ramionami. Zdarza się też, że dyry­genci do przekazania bodźca używaj ą kombinacji gestów znanych (jak na przykład oznaczające „głośniej" uniesienie dłoni) i nowych (choćby właściwe tylko danemu dyrygentowi pochylenie głowy lub obrót tułowiem). Siedząc na lewo od dyrygenta, w sekcji altówek, miałam kiedyś okazję zobaczyć, jak pewien występujący gościnnie maestro regulował głośność dźwięku altówek, odpowiednio unosząc i opuszczając lewy łokieć.
Jednym z następstw tworzenia systemu kontroli bodźców staje się fakt, że obiekt, licząc na otrzymanie wzmocnienia za właściwą reakcję, musi bardziej uważać — szczególnie wtedy, gdy bodźce są rozmyte. Po jakimś czasie można nauczyć obiekt odbierania bodź­ców tak nieznacznych, że nawet trener nie będzie miał świadomości, że je podaje. Nasuwa się tu słynny przykład żyjącego w Niemczech na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku konia imieniem Mądry Hans, którego uważano za geniusza. I nie bez powodu — zwierzę potrafiło bowiem liczyć wystukując liczby kopytem, rozwią­zywać zadania arytmetyczne, wypowiadać słowa, a nawet wyciągać pierwiastki. Oczywiście za prawidłową odpowiedź zawsze czekała nagroda w postaci smakowitych kąsków. Właściciel Mądrego Hansa, emerytowany nauczyciel, był głęboko przekonany, że nauczył konia czytać, myśleć, liczyć i przekazywać informacje. Rzeczywiście, zwie­rzę popisywało się również pod nieobecność właściciela.
Do Berlina pielgrzymowały najtęższe umysły cesarstwa, by na własne oczy zobaczyć wyczyny Mądrego Hansa i wszyscy pozosta­wali pod niezmiennym wrażeniem jego geniuszu. Aż w końcu pe­wien psycholog udowodnił, że koń otrzymywał wskazówki, i że w sytuacji, gdy nikt z obecnych w pomieszczeniu nie znał odpowie­dzi na pytanie czy też rozwiązanie zadania, zwierzę stukało kopy­tem w nieskończoność. Wobec powszechnego przekonania o geniu­szu konia nie było wcale łatwo przekonać ludzi, że rzecz miała się nieco inaczej — należało udowodnić, że sygnałem dla konia, iż do­liczył do właściwej sumy, było nieznaczne uniesienie głowy przez właściciela bądź kogokolwiek z obecnych w chwili, gdy liczba stuk­nięć kopytem wyniosła żądaną ilość. W początkowej fazie szkolenia właściciel konia nosił kapelusz z szerokim rondem, co powodowa­ło, że bodziec był łatwo zauważalny, a później, mimo że ruch głową był już bardzo nieznaczny, dla konia stanowił nadal sygnał o od­powiednim znaczeniu. Co więcej, mało kto potrafił świadomie po­wstrzymać się od odruchowego unoszenia głowy, gdyż ludzie byli ciekawi, czy koń zakończy liczenie, czy też będzie je kontynuował. Dzięki temu „geniusz" Mądrego Hansa objawiał się również pod­czas nieobecności właściciela.
Fenomenem Mądrego Hansa nazywa się obecnie wszelkie sytu­acje, kiedy zachowanie pozornie niezwykłe, czy to dotyczące inteli­gencji zwierzęcej, czy zjawisk psychicznych, udaje się wyjaśnić jako pobudzane nieuświadomionymi wskazówkami w formie rozmytych zachowań prowadzącego eksperyment, które stają się bodźcami wy­biórczymi dla zachowań obiektu.

Celowanie

Cel fizyczny stanowi bardzo przydatny bodziec wybiórczy dla wszyst­kich obiektów i wszystkich rodzajów zachowań. Celowanie to ulu­bione narzędzie treserów ssaków morskich — prawie w każdym delfinarium, ośrodku pokazów ewolucji orek itp. odwiedzający na­tychmiast zauważa elementy, które spełniają rolę celów. Lew mor­ski musi dotknąć nosem zaciśniętej pięści tresera, po czym podążając za ruchami tej samej pięści, wykonuje najróżniejsze figury i rundę wokół sceny. Z kolei delfiny uczy się wyskakiwać z wody pionowo do góry, gdzie czeka na nie zawieszona piłka. W niektó­rych ośrodkach prowadzi się pokazy polegające na tym, że dwie lub trzy osoby wyposażone w zatknięty na długim kiju cel ustawiają się w różnych miejscach nad basenem, a orka ma dotknąć po kolei wszystkich elementów.
Nauczanie zwierzęcia dotykania końca patyka czubkiem nosa to również doskonała szkoła dla początkujących treserów, gdyż zadanie to daje możliwość obserwacji i bezpośredniego obcowania ze stworze­niem. Zachowanie takie nietrudno wzmocnić, a do tego można w pro­sty sposób stopniowo podnosić kryteria — najpierw dziesięć centy­metrów od nosa, potem dwadzieścia, w lewo, w prawo, do góry, w dół i naprzód — aż do chwili, kiedy zwierzę (w tym ptak lub ryba) nauczy się podążać za celem. Kiedyś właścicielka szkoły dla psów opowia­dała mi, jak pewnego razu wytrenowała klikaniem kota, by celował w łyżeczkę, po czym w krótkim czasie była w stanie ruchami łyżecz­ki prowadzić go po całym stole. Sukces ten zrobił na niej tak wielkie wrażenie, iż wkrótce przestawiła metody treningowe w swoim ośrod­ku, opierając je wyłącznie na wykorzystaniu klikera.
Celowanie jest także popularną w ogrodach zoologicznych meto­dą przeprowadzania tygrysów i niedźwiedzi polarnych z klatki do klatki, przytrzymywania w jednym miejscu małych zwierząt pod­czas badań lekarskich czy też do rozdzielania zwierząt. Film na­kręcony przez opiekuna zwierząt z zoo w San Diego, Gary'ego Prie- sta, przedstawia szkolenie trzech żyraf w celowaniu w trzy różne cele, co ma spowodować skierowanie ich do osobnych pomieszczeń na przeprowadzenie pielęgnacji kopyt.
Zauważyłam, że szczególną lubością w posługiwaniu się meto­dą celowania w patyk wykazuj ą się właściciele psów — celowanie takie może posłużyć do przyuczenia rozwydrzonego i trudnego do opanowania czworonoga do spokojnego marszu bez potrzeby szar­pania za smycz, prowadzenia rozbudowanych sesji treningowych, zamiast czego stosuje się naukę celowania w koniuszek patyka, nagradzanego kliknięciem i kęsem strawy. Wbijając patyk w zie­mię, można nauczyć psa, by na wskazówkę oddalał się od nas —
zadanie, które często przy tresurze posłuszeństwa przychodzi z ta­kim trudem. Używając celu, można też przeprowadzić psa przez tor przeszkód lub zapoznać go z nową okolicą. Policja i służby ra­townicze kierują psy w określone miejsca za pomocą wskaźnika la­serowego. Zresztą również koty chętnie uganiają się za malutkim czerwonym punktem —jest to nie tylko doskonała metoda szkole­niowa, ale również świetna zabawa. Goście długo nie zapomną, jak twój wyszkolony wskaźnikiem konferencyjnym kot na wskazówkę wskakuje na lodówkę.
Szkolenie z zastosowaniem celowania przy wykorzystaniu odpo­wiednich sygnałów i nagród znajduje również zastosowanie w pra­cy z osobami nie potrafiącymi się porozumiewać. Kiedyś usłysza­łam od nauczycielki dzieci niepełnosprawnych, że do zastosowania opisywanych metod w swojej pracy zainspirowały ją właśnie poka­zy w delfinarium. Miała się mianowicie zająć nadaktywnym nie­dorozwiniętym chłopcem, który miał za zadanie nauczyć się siadać przy stole. W związku z tym, że sala była zajęta, poszli z nauczy­cielką do sali gimnastycznej. Dziecko, otoczone piłkami i sprzętem sportowym, natychmiast przystąpiło do zabawy, zaś nauczycielka nie była w stanie wymóc na nim wykonania zadania, czyli zajęcia miejsca przy stole. W końcu wyciągnęła dłoń i powiedziała: „dotknij" — chłopiec dotknął jej ręki, na co usłyszał słowa akceptacji. Przy pomocy tak krótkiej wymiany słów nauczycielce udało się przypro­wadzić dziecko w pobliże krzesła i utrzymać na nim chłopca przez odpowiednio długi czas, pozwalając mu jedynie na krótkie chwile zabawy (dla trenera świadomość, iż ma możność sprowadzić obiekt z powrotem za pomocą wskazówki takiej jak cel, jest bardzo ważna i pozwala mu w większym stopniu stosować swobodę w roli wzmoc­nienia). Sama również byłam świadkiem, jak przy użyciu dłoni na­uczyciela lub światełka wskaźnika uczono osoby o wysokim stop­niu niepełnosprawności wchodzić do sali, podchodzić do ławek itp., zupełnie dobrowolnie i bez stosowania wsparcia w postaci fizyczne­go kierowania ich ruchami. Jest to bardzo wartościowa i użyteczna metoda zarówno dla ucznia, jak i dla nauczyciela.

Zastosowanie warunkowych bodźców awersyjnych w formie wskazówek

Nasilenie i rozmiary bodźca wybiórczego mogą mieć znaczenie jedy­nie w wypadku tradycyjnej tresury zwierząt domowych, gdzie czę­sto wskazówka — na przykład pociągnięcie za lejce lub smycz bądź lekkie stuknięcie w końskie żebra — to zaledwie cień pierwotnego bodźca niewarunkowanego — ostrego szarpnięcia czy mocnego kop­niaka, które wywoływały reakcję niewyuczoną. Jeżeli więc delikat­ny bodziec nie daje spodziewanych wyników, może to oznaczać, że potrzebny jest silniejszy, który wymusi żywszą reakcję. Tyle tylko, że wprowadzić niniejsze założenie w życie nie jest łatwo.
Wyuczony sygnał i bodziec pierwotny to dwa oddzielne zdarze­nia, z czego adepci tresury i treningu niestety nader rzadko zda­ją sobie sprawę — kiedy nie uzyskują żądanej reakcji na delikatne pociągnięcie lejcami czy smyczą, ciągną coraz mocniej, zaś koń lub pies automatycznie ciągnie coraz mocniej w drugą stronę i cały wy­siłek tresera okazuje się bezsensowny.
Tradycyjne zasady tresury nakazują oddzielnie nagradzać wska­zówki i użycie siły. Dając sygnał i, jeżeli obiekt nie stosuje się do niego, pomijając wszystkie stadia pośrednie, przechodzą do siłowe­go wymuszania żądanego zachowania za pomocą skrajnego bodź­ca awersyjnego — byle „odświeżyć zwierzęciu pamięć", jak kiedyś stwierdził jeden z trenerów. Działanie takie jest czymś podobnym do stosowanej w tresurze psów smyczy zaciskowej — nawet małe dziecko, jeśli je odpowiednio wyszkolić, jest w stanie za pomocą na­przemiennego zaciskania i zwalniania takiego kołnierza ułożyć naj­większego psa. Smycz zaciskową można jednak trzymać w rezer­wie, a zarazem z powodzeniem uczyć psa odpowiednich reakcji na niezwykle delikatne bodźce. Jak twierdzi angielska treserka Bar­bara Woodhouse, na dłuższą metę stosowanie metod delikatnych jest o wiele korzystniejsze niż ciągłe ciąganie i szarpanie zwierzę­cia za szyję, do tego z różną siłą i w sposób pozbawiony logiki. Jesz­cze lepsze i bardziej efektywne, zarówno na krótką, jak i na dłuższą metę, wydaje się kształtowanie tych samych zachowań przy uży­ciu wzmacniania pozytywnego i sygnalizacji, np. w postaci słow­nej czy przy pomocy klikera — można w ten sposób ukształtować u psa wszystkie umiejętności i zachowania, jakie dotąd wymusza­ne były tylko siłą.
Bodziec wybiórczy, stanowiący dla obiektu wskazówkę, jak unik­nąć zdarzenia awersyjnego, może nie tylko ograniczyć potrzebę spra­wowania kontroli i interwencji fizycznej, ale też wzbudzać określo­ne zachowania mimo nieobecności trenera. Przytoczę tu przykład mojego teriera, który w młodości bardzo lubił wygrzebywać zawar­tość kosza na śmieci, którą rozwlekał po całej kuchni. Nie miałam serca karać psa, z drugiej jednak strony ciągłe opróżnianie kosza też mi się nie uśmiechało. Co więc zrobiłam? Napełniłam butelkę z syfonem wodą z dodatkiem odrobiny aromatu waniliowego, który uważam za przyjemny, jakkolwiek bardzo silny zapach. Szczerząc zęby, psiknęłam psu w mordę z syfonu, w reakcji na co terier stro­pił się i uciekł. Następnie spryskałam zawartością tej samej butel­ki kosze na śmieci. Wynik był taki, że pies już nigdy więcej nawet się nie zbliżył do śmietnika. Proszę zwrócić uwagę, że zapach, któ­rym potraktowałam pieska, nie był dla niego wcale nieprzyjemny — bodziec sam w sobie był zupełnie neutralny, nieprzyjemne było natomiast skojarzenie, jakie wywoływał. Okazało się, że aby pod­trzymać w psie wywołane w opisany sposób zachowanie, musiałam średnio co trzy miesiące odnawiać bodziec, czyli spryskiwać kosze na śmieci tym samym aromatem. Nie było już jednak potrzeby „per­fumowania" samego zwierzęcia.
Dokładnie ta sama zasada znajduje zastosowanie w systemach „niewidzialnych płotów", których zadaniem jest niedopuszczanie do przedostawania się psa poza obręb posiadłości. Wokół terenu rozwi­ja się mianowicie przewód będący nadajnikiem radiowym, zaś psu przypina się do obroży niewielki odbiornik, który wywołuje nieprzy­jemne dla zwierzęcia wibracje w momencie, gdy zbliży się ono za­nadto do drutu. Zanim się to stanie, odbiornik wydaje dźwiękowy sygnał ostrzegawczy, który stanowi bodziec wybiórczy oznaczają­cy „dalej nie wolno iść". Pod warunkiem prawidłowego ustawienia i właściwej regulacji urządzenia, trener uzyskuje możliwość zatrzy­mania psa w danym obszarze, a zwierzę uczy się tak kierować swoim zachowaniem, by nigdy nie dopuścić do wystąpienia nieprzy­jemnych wibracji. Korzystałam osobiście z takiego systemu, kiedy z psem mieszkałam w domu wśród lasów. Zwykły płot prowoko­wałby jedynie zwierzę do podkopywania się pod nim lub do próbo­wania ucieczki przez otwartą bramę, stąd uznałam, że skuteczność sygnałów ostrzegawczych emitowanych przez „niewidzialny płot" jest dużo większa.


Opóźnienie skrócone

Chcąc uzyskać od obiektu natychmiastową reakcję na podawany bodziec, możemy stosować technikę nazywaną opóźnianiem skróco­nym. W sytuacji, kiedy obiekt nauczył się reagować w żądany spo­sób na wskazówkę, nadal między bodźcem a zachowaniem istnieje pewna luka czasowa: goście przychodzą na kolację, ale musieliśmy ich na nią zaprosić z pewnym wyprzedzeniem, dajemy słoniowi sy­gnał do zatrzymania się, a on dopiero powoli zwalnia.
Używając opóźnienia skróconego, jesteśmy w stanie określać czas trwania przerwy między bodźcem a wykonaniem zadania, co oznacza również możliwość skrócenia tego czasu do niezbędnego minimum. Na początek należy określić długość przerwy, jaka zwy­kle poprzedza wykonanie danego zadania, a następnie wzmacniać zachowanie wyłącznie wtedy, gdy ma ono miejsce podczas trwania przerwy. Jako że żywe stworzenia są z natury swojej zmienne, nie­które reakcje mogą wykraczać poza ten okres — i tych nie należy wzmacniać. Jeżeli więc podajemy kolację po określonym czasie od momentu wystosowania zaproszeń, nie trwamy zaś w stałej goto­wości nakarmienia niespodziewanych gości, wówczas tacy niespo­dziewani goście muszą się liczyć z możliwością, że dostaną mniej jedzenia lub że będzie ono wystygnięte.
Po ustaleniu przedziału czasowego i wzmacnianiu jedynie zacho­wań, które się w jego ramach mieszczą, okaże się, że stopniowo co­raz większa liczba zachowań będzie się odbywała w wyznaczonym czasie. Wtedy dokręcamy śrubę mocniej; jeżeli zgromadzenie się przy stole na posiłek zabiera rodzinie piętnaście minut od momen­tu podania sygnału, należy zacząć podawać jedzenie po dwunastu lub dziesięciu minutach. Tempo eskalowania warunków zależy wy­łącznie od twojej osobistej oceny — podobnie jak w innych proce­durach kształtowania, dążymy do pozostania w ramach, w których większość zachowań występuje przez większość czasu.
Zwierzęta, podobnie jak ludzie, posiadają bardzo wyostrzone po­czucie czasu, wskutek czego ich reakcja na trening z zastosowa­niem opóźnienia ograniczonego jest niezwykle precyzyjna. Trzeba jednak zwrócić szczególną uwagę, by trener nie pracował na chy­bił trafił —jeżeli rzeczywiście chce się osiągnąć sukces, trzeba pra­cować z zegarkiem, a nawet stoperem w ręku. Przy zachowaniach krótkotrwałych, redukuj ąc czas reakcji powiedzmy dwuipółkrotnie, można liczyć na siebie. Oczywiście, jeżeli obiekt jest istotą ludzką, nie wolno opowiadać mu o stosowanej technice — wywoła to jedynie bunt i spowoduje nieporozumienia. Wystarczy wdrażać plan w ży­cie i obserwować jego działanie.
W latach sześćdziesiątych w Sea Life Park organizowano poka­zy, podczas których jednym z najważniejszych punktów programu była akrobacja symultaniczna w wykonaniu zespołu sześciu delfi­nów. Zwierzęta wykonywały najróżniejsze skoki i obroty w reakcji na podawane im pod wodą wskazówki dźwiękowe. W początkowym okresie żądane zachowania następowały po upływie około piętna­stu, dwudziestu sekund od podania sygnału. Postanowiliśmy więc zastosować technikę opóźnienia skróconego i wkrótce pojawiły się efekty — czas między sygnałem a zachowaniem udało się skrócić do dwóch i pół sekundy. Delfiny wiedziały, że jeżeli chcą otrzymać rybę, muszą wykonać zadanie nie później niż po dwóch i pół sekun­dach od podania wskazówki, stąd gromadziły się w napięciu w po­bliżu zainstalowanego pod wodą głośnika i usłyszawszy odpowied­ni dźwięk, natychmiast rzucały się do skoku — samo obserwowanie ich reakcji, nie mówiąc o akrobacjach, było niezwykle interesujące. Pewnego razu, kiedy siedziałam wśród publiczności, dobiegły mnie słowa jakiegoś naukowca, który z powagą wyjaśniał swoim towa­rzyszom, że podobne efekty można uzyskać jedynie przy pomocy po­rażenia zwierząt prądem elektrycznym.
W codziennym życiu opóźnienie skrócone to po prostu czas, jaki  jesteśmy gotowi poświęcić na czekanie na realizację wydanej wcze­śniej prośby lub polecenia. Rodzice, szefowie i nauczyciele, którzy konsekwentnie wymagają realizacji swoich poleceń natychmiast po ich wyartykułowaniu, uważani są zwykle za uczciwych i godnych zaufania, i to mimo że okres, w jakim zadanie ma być wykonane, jeśli ma przynieść wzmocnienie, jest bardzo krótki.

Działanie z wyprzedzeniem

Wyprzedzanie instrukcji często prowadzi do pojawienia się nie­prawidłowości w zachowaniach opartych o kontrolę bodźców. Nauczywszy się wskazówki, obiekt tak usilnie dąży do realizacji zadania, że czasami przystępuje do działania, jeszcze zanim wska­zówka taka się pojawia. Zachowanie to można porównać do falstar­tu u biegaczy, a wynika ono z natury ludzkiej — osoby oczekujące na wskazówkę lub prośbę od innych, ogólnie są postrzegane jako nadgorliwe, uniżone. Cecha ta nie jest uznawana za zaletę, a wręcz przeciwnie — za wadę.
Pinczery podczas konkursów posłuszeństwa często wpada­ją w tarapaty, gdyż pomimo że szkolenie ich jest zadziwiająco ła­twe, gubi je nadmierna gotowość do wykonywania zadań, wyczeku­ją najmniejszych wskazówek lub znaku, po czym często zdarza im się przystąpić do wykonania zadania szybciej, niż przewiduje har­monogram, przez co tracą punkty. Wyprzedzanie instrukcji to rów­nież częsty błąd koni na rodeo; kiedy jeździec i koń powinni cze­kać w specjalnym boksie na podniesienie się zapory, rumaki często są tak zniecierpliwione, że wyskakują do przodu jeszcze przed sy­gnałem. Kowboje myślą czasami, że mają świetne, aktywne konie, jednak w rzeczywistości charakteryzuje je brak właściwej kontroli bodźców. Z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w piłce noż­nej — jest to „offside", kiedy napastnik tak szybko chce się znaleźć blisko bramki przeciwnika, że wybiega za linię obrońców jeszcze przed otrzymaniem podania, co kończy się odgwizdaniem przez sę­dziego „spalonego".
Jedną z metod oduczenia obiektu działania z wyprzedzeniem jest całkowite zaprzestanie podawania wskazówek i zupełny brak po­dejmowania jakichkolwiek działań na przykład przez minutę. Przy każdym falstarcie należy od nowa odliczać sześćdziesiąt sekund — karząc w ten sposób nadgorliwość, która, paradoksalnie dla obiek­tu, staje się przyczyną opóźnienia wykonania zadania. Jeżeli naga­na, kara i powtórki nie przynoszą efektu, warto spróbować takiej właśnie metody — powinna ona skutecznie zlikwidować skłonność do wyprzedzania poleceń.

Bodźce jako wzmocnienia — łańcuchy zachowań

Po wykształceniu bodźca warunkowego często jesteśmy świadka­mi ciekawego zjawiska — bodziec przejmuje rolę elementu wzmac­niającego. Jeżeli weźmiemy jako przykład szkolny dzwonek, który wzywa uczniów na przerwę, jego znaczenie jest powszechnie odczy­tywane jako: „możecie iść grać w piłkę i skakać w gumę". Jest on przez dzieci postrzegany jako wzmocnienie, cieszą się, kiedy dzwoni, i gdyby tylko mogły, chętnie przyspieszyłyby tę chwilę. Wyobraźmy sobie teraz, że dzwonek na przerwę odzywa się tylko wtedy, gdy dzieci są grzeczne — można się spodziewać, że we wszystkich kla­sach tuż przed przerwą panowałby wzorowy spokój.
Bodźce wybiórcze sygnalizują możliwość pojawienia się wzmoc­nienia, stając się przez to dla obiektu elementami godnymi uwagi. Element pożądany staje się sam w sobie automatycznie wzmocnie­niem. Oznacza to, że dane zachowanie można wzmacniać, przed­stawiając bodźce stymulujące inne zachowanie. Przykład: kot do­staje nagrodę za to, że podchodzi, kiedy mówię „chodź tu", dzięki czemu taka reakcja na moje słowa utrwala się. Jeśli mówię „chodź tu" i daj ę kotu nagrodę za każdym razem, kiedy siedzi przy komin­ku, po jakimś czasie zwierzę będzie przekonane, że zasługuje na na­grodę za to, że siedzi przy kominku. Z punktu widzenia kota, to on trenuje mnie — jest przekonany, iż wypracował sobie metodę wy­muszania na mnie wypowiadania słów „chodź tu". Teraz załóżmy, że chcę nauczyć kota wskakiwania na kominek w reakcji na wska­zanie dłonią, używając do tego jako wzmocnienia słów „chodź tu" lub kawałków pokarmu. Następnie wskazuję na kominek zawsze, gdy (a) wiem, że kot jest głodny, (b) leży akurat na wznak...
Wytrenowałam w ten sposób łańcuch zachowań.
Łańcuchy zachowań są bardzo powszechne — często w codzien­nym życiu wykonujemy długie serie powiązanych z sobą zachowań, w ramach których występują dobrze znane etapy (choćby majsterko­wanie lub prace domowe), i pewnie dlatego oczekujemy podobnych zachowań również od naszych zwierząt. Nie stosuj ąc oczywistych wzmocnień, prosimy je: „chodź tu, siad, leżeć" itd. Właśnie takie długie serie czynności noszą nazwę łańcuchów zachowań. W odróż­nieniu od zwyczajnych zachowań długotrwałych (trwających przez godzinę, powtarzanych sto razy), łańcuchy zachowań można pod­trzymywać w dogodny sposób, nie zachodzi w nich spadek jakości czy opóźnienia. Wynika to z faktu, iż wzmocnieniem dla poszcze­gólnych zachowań jest świadomość obiektu, iż będzie miał po nich możność wykonania następnego w kolejności, oraz że na samym końcu czeka wzmocnienie w postaci nagrody.
Wyróżniamy różne rodzaje łańcuchów zachowań. Łańcuchy ho­mogeniczne to takie, w których to samo zachowanie powtarza się wielokrotnie (np. pokonywanie przez konia ciągle tego samego toru przeszkód). Z kolei w skład łańcuchów heterogenicznych wchodzą różnorodne zachowania, które podlegają wzmacnianiu wyłącznie pod warunkiem zakończenia poprzedniego. Jako przykład można tu przytoczyć ćwiczenia podczas konkursów posłuszeństwa dla psów. Wyobraźmy sobie, że na średnim poziomie ćwiczeń psu stawia się zadanie, by (1) siadł przy boku pana w momencie, gdy ten rzuca patyk za przeszkodę, następnie (2) po usłyszeniu wskazówki pod­biegł do przeszkody, (3) znalazł i przyniósł patyk, (4) odwrócił się i przeskoczył przez przeszkodę z patykiem w zębach, (5) siadł przed panem i podał mu patyk, i wreszcie (6) na wskazówkę powrócił do siadu przy boku właściciela. Podczas konkursów takie łańcuchy za­chowań wykonywane są zawsze w takiej samej kolejności, można je jednak oczywiście wytrenować także w formie pojedynczych za­chowań lub części łańcuchów o innej kolejności.
Wzorzec kolejności zachowań nie ma większego znaczenia dla charakteru łańcucha. Istotne jest natomiast, by występujące w ra­mach łańcucha zachowania następowały po sobie bez przerw cza­sowych, by ich pojawianie się było regulowane wskazówkami (po­chodzącymi od trenera bądź z otoczenia), oraz by wzmocnienie pierwotne pojawiało się na samym końcu łańcucha. Ten sam pies w trakcie próby polowania lub pilnowania owiec może wykonać dłu­gą serię wyuczonych zachowań, które z dnia na dzień, w zależności od warunków, mogą się znacznie różnić kolejnością występowania. Wzmocnienie powinno jednak zawsze nastąpić dopiero po zakoń­czeniu całego łańcucha, czyli po przyniesieniu bażanta lub po zago­nieniu wszystkich owiec do zagrody.
Łańcuchy zachowań sprawdzają się dlatego, że każde z wchodzą­cych w ich skład ogniw posiada własną historię wzmacniania i każ­de zachowanie poddane jest kontroli bodźców lub działaniu wska­zówek. Stąd wyuczone wskazówki, stanowiące rękojmię przyszłego wzmocnienia, podtrzymuj ą wykonywanie zadań składaj ących się na łańcuch. Wskazówki mogą pochodzić od opiekuna — pasterz kieruje psem za pomocą gwizdka, odpowiednimi dźwiękami daj ąc zwierzę­ciu znać, w którą stronę ma biec, jak szybko, kiedy się zatrzymać i kiedy wrócić; mogą też być podawane przez otoczenie — kiedy wy­stępuj ący na konkursie posłuszeństwa pies przeskakuje przez prze­szkodę, rolę wskazówki pełni widok patyka, który ma być podnie­siony, wówczas podniesienie patyka stanowi wskazówkę powrotu do właściciela, zaś widok przeszkody jest wskazówką, by ją ponow­nie przeskoczyć. W takiej sytuacji właściciel nie potrzebuje stoso­wać wskazówek ustnych, gdyż odpowiednie instrukcje pojawiają się w miarę pokonywania przez obiekt kolejnych etapów łańcucha.
W niektórych przypadkach wskazówką dla kolejnego zachowa­nia jest poprzednie zadanie. Ostatnio przeprowadziłam się do inne­go miasta, gdzie zamieszkałam w nowym domu i otworzyłam biuro w nowym budynku. Udało mi się co prawda zapamiętać adres, nu­mery telefonów, faksów, adresy e-mailowe, ale przez wiele miesię­cy nie byłam w stanie podać pojedynczego numeru, wiec aby go so­bie przypomnieć, musiałam wymieniać wszystkie. Na pytanie o kod pocztowy najpierw musiałam podać nazwę stanu i miasta, inaczej w żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć kodu; podobnie było z numerami telefonów — nie byłam w stanie podać numeru bez kierunkowego. Był to typowy przykład łańcucha zachowań ze wska­zówkami wewnętrznymi.
Codzienne czynności, jak prysznic czy ubieranie, stanowią dokład­nie tego samego rodzaju łańcuchy zachowań. Naukowcy analizujący zachowania osób z niedorozwojem stwierdzili, iż tworząc wyposażone w odpowiednie wskazówki i wzmocnienia łańcuchy zachowań, można wykształcić w tych ludziach zdolności pozwalające im na niezależne lub prawie niezależne wykonywanie pewnych czynności.
Wszyscy przyznajemy, że łańcuchy zachowań to narzędzie przy­datne i silne. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę, że zachowa­nia, które wydają nam się niewłaściwe, w rzeczywistości są jedynie objawem przerwania łańcucha. Jako nauczycielka warunkowania instrumentalnego dla trenerów psów, spotykałam się z najróżniej­szymi wyjaśnieniami niewłaściwych zachowań czworonogów — a to, że są uparte, próbują się przekomarzać, są pod wpływem stresu, w rui, właśnie po rui, itd. Tymczasem w rzeczywistości nieprawidło­wości zachowań wynikały z braku umiejętności stworzenia i utrzy­mania łańcucha zachowań przez trenera.
Jeżeli w łańcuchu występuj ą zachowania niewyuczone lub takie, które nie są objęte kontrolą bodźców, następuje zerwanie go. Nie da się wzmacniać obiektu za pomocą wskazówki, której ten nie jest w stanie odczytać i której znaczenia nie rozumie. Wynika z tego, że łańcuchów zachowań należy uczyć, zaczynając od końca, od ostat­niego zachowania w łańcuchu, i dopiero gdy nabierzemy pewności, że zostało ono odpowiednio utrwalone, a sygnał do jego rozpoczę­cia jest dla obiektu w pełni zrozumiały, możemy przejść do nauki zachowania przedostatniego i kolejnych. Jeżeli więc uczymy się na pamięć wiersza, tekstu piosenki, przemówienia lub roli, znacznie lepszy rezultat osiągniemy, dzieląc materiał na kilka części i roz­poczynając naukę od ostatniej. W przeciwnym razie, ucząc się od początku, musimy sobie zdawać sprawę, że przechodzenie od frag­mentów już znanych do coraz nowszych nie będzie na nas działało wzmacniająco, a wręcz przeciwnie. Stąd uważa się, że do nauki na pamięć warto podchodzić jako do łańcucha zachowań, gdyż pozwa­la to znacznie skrócić jej czas i sprawia, że doświadczenie to nie jest tak bardzo nieprzyjemne.
Łańcuch zachowań to ciekawe pojęcie; sama często znajdowałam się w sytuacjach, kiedy zdawało mi się, że nie jestem w stanie wy­kształcić w zwierzęciu, dziecku, wreszcie w sobie samej umiejętno­ści wykonywania pozornie prostej sekwencji czynności, aż oriento­wałam się, że podejmuję próżne próby nauki łańcucha zachowań od niewłaściwego końca. Kiedy pieczemy ciasto, włożenie go do zamrażalnika to ostatnia czynność z całego łańcucha, jednak jeżeli chce­my, by dziecko zobaczyło, jak przyjemnie jest piec ciasto, powinni­śmy mu najpierw pokazać, jak ładnie można wypiek zamrozić.

PRZYKŁAD ŁAŃCUCHA ZACHOWAŃ: UCZYMY PSA GRY WE FRISBEE
Mam w Nowym Jorku znajomego, który ma w zwyczaju co weekend zabierać swojego golden retrievera do Central Parku, gdzie grają razem we frisbee. Twierdzi on, iż ludzie zbyt łatwo zniechęcają się do nauczania psów tej właśnie gry. A szkoda, gdyż frisbee to znako­mita metoda na rozruszanie dużego psa w środowisku wielkomiej­skim. Ruch rzuconego talerza jest stosunkowo wolny, dzięki czemu stanowi on znakomity cel, do tego znacznie ciekawszy niż zwykła piłka (może trochę przypomina zwierzęciu prawdziwą zdobycz?). By złapać spodek w zęby, pies biega i wyskakuje czasem bardzo wysoko — aż miło popatrzeć. I jeszcze jedna zaleta frisbee — właściciel może stać w miejscu i się w ogóle nie wysilać — biega tylko zwierzę.
Często słyszy się narzekania właścicieli psów, że są one zain­teresowane chwytaniem talerza w momencie, gdy znajduje się on w ręku rzucającego, natomiast kiedy krążek zostanie już rzucony, stoją jedynie i obserwują trajektorię. Bywa też ponoć, że pies bie­gnie za talerzem, łapie go w zęby, po czym zamiast przynieść wła­ścicielowi, wynosi gdzieś daleko.
Z nauką opisywanej zabawy wiążą się dwojakiego typu proble­my — po pierwsze, odległość, którą pies musi pokonać, a po drugie fakt, iż gra jest właśnie łańcuchem zachowań (najpierw pies goni talerz, potem go łapie w zęby, a na koniec przynosi właścicielowi, po czym procedura się powtarza). Stąd każde z wymienionych za­chowań należy trenować osobno, zaczynając od ostatniego w kolej­ności, czyli powrotu z talerzem w zębach. Aportowania można uczyć w ograniczonej przestrzeni, nawet w domu, używając do tego przedmiotu, który zwierzęciu jest łatwo chwycić (np. starej skarpety). Psy myśliwskie aportują niemal od­ruchowo, zaś inne rasy, jak buldogi czy boksery, należy umiej ętnie układać, preferują one bowiem z natury przeciąganie liny.
Każda sytuacja, kiedy na wskazówkę pies przynosi i podaje wła­ścicielowi przedmioty, może być kwalifikowana jako przysposobie­nie do zabawy we frisbee. Na początek warto zainteresować psa wi­rującym talerzem, choćby podstawiając mu go pod pysk, kilka razy pozwalaj ąc zwierzęciu przez chwilę potrzymać spodek w zębach, za każdym razem bardzo aktywnie nagradzając oddanie go panu. Następnie trzymamy talerz na tyle wysoko w górze, by pies musiał skoczyć, po czym ponownie prosimy go, by oddał. Potem rzucamy frisbee w powietrze i, jeżeli psu uda się je chwycić, okazujemy na­sze wielkie zadowolenie. Pies rozumie już mniej więcej, na czym za­bawa polega, możemy więc przystąpić do kształtowania pierwsze­go zachowania z łańcucha, czyli rzucamy talerz na odległość paru metrów, zmuszaj ąc zwierzę, by za nim biegło. To pierwszy krok do sukcesu.
W miarę, jak wzrasta odległość rzutu, pies musi się uczyć przy­bierać odpowiednią pozycję do skoku. Wymaga to trochę czasu, ale po kilku weekendach można już śmiało próbować rzucać talerz na­wet na dziesięć metrów. Jeżeli pies jest szybki, w niedługim czasie nauczy się nawet wyprzedzać lecące frisbee i łapać je z powodze­niem również po bardzo długim rzucie. Psia gwiazda frisbee, Ash­ley Whippet, łapała wirujące spodki rzucane na odległość równą długości boiska futbolowego. Wydaje się, że psy odczuwają radość z rozwijania swoich zdolności — kiedy uda im się po długim bie­gu chwycić w zęby unoszące się wysoko nad ziemią frisbee i słyszą aplauz widzów, całe aż promienieją. Spodek za każdym razem po­winien wracać do pana, gdyż ten element łańcucha został wytrenowany pierwszy, a także dlatego, że pies ma świadomość, iż przy­nosząc właścicielowi zabawkę, zarabia na wzmocnienie (w formie pochwały lub kolejnego rzutu).
Trzeba przy tym stale pamiętać, że brak konsekwencji w nagra­dzaniu psa za przybieganie z frisbee w zębach zaowocuje utratą tej
umiejętności, a w każdym razie znacznym pogorszeniem się jako­ści jej prezentowania. Aportowanie może być też niestaranne, jeże­li zwierzę jest zmęczone zabawą — gdy spodek wypada psu z py­ska po drodze, to znak, że czas zrobić przerwę.

Uogólniona kontrola bodźców.

Przy pracy ze zwierzętami na początkowym etapie należy poświę­cić nieco czasu na zbudowanie prawidłowego systemu kontroli bodź­ ców. Jednocześnie, w toku tego procesu, zanim kontroli bodźców zostaną podporządkowane kolejne zachowania (trzecie, czwarte), treser zauważa, że zwierzę zaczyna uogólniać, lub zaczyna rozumo­wać konceptualnie. Nauczywszy się trzech lub czterech zachowań ze wskazówką, obiekty zazwyczaj zaczynaj ą rozumieć, że niektóre zdarzenia należy traktować jako sygnały, z których każdy oznacza inne zachowanie, zaś zdobywanie wzmocnień uzależnione jest od prawidłowego rozpoznawania i właściwej reakcji na sygnały. Z tą chwilą budowanie bodźców wyuczonych staje się proste; obiekt jest już zorientowany, o co chodzi, teraz musi tylko nauczyć się identy­fikować nowe sygnały i prawidłowo kojarzyć je z odpowiednimi za­chowaniami. Przy pomocy trenera, który wykazuje maksimum sta­rań, by układ ten stał się dla obiektu jak najbardziej zrozumiały, kolejne stadia treningu będą postępowały znacznie szybciej od po­czątkowych, pełnych trudów i poświęceń etapów.
Proces uogólniania postępuje jeszcze szybciej u ludzi — jeże­li potrafimy nagrodzić prawidłową reakcję na pojedynczą wyuczo­ną komendę, człowiek z reguły dąży do uzyskania dalszych na­gród, w związku z czym reaguje również na inne komendy. Mam znajomego imieniem Lee, który uczy matematyki w szkole położo­nej w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic Nowego Jorku — dzień pracy zaczyna od przeszkolenia uczniów, by wypełniali pole­cenie wyplucia gumy do żucia. Nie stosuje przy tym jakiejkolwiek formy przymusu, po prostu na pierwszej lekcji mówi: „na początek wszyscy wypluwaj ą gumę z buzi, bardzo ładnie, o, widzę że Doreen jeszcze coś sobie żuje, już nie, no i super, brawa dla Doreen". Pod koniec lekcji na polecenie „klasa jest wolna" uczniowie z powrotem wkładają gumy do ust. Na pierwszy rzut oka stosowane przez Lee metody mogą się wydawać zupełnie niepoważne, może wręcz nie­mądre (chociaż Lee chwali sobie, że przynajmniej nie musi patrzeć na mielące żuchwy, czego nie cierpi) —jednak prawdziwym celem nauczyciela jest przekonanie klasy, że wypełnianiem jego poleceń mogą zasłużyć na wzmocnienie.
Rzecz jasna, podobnie jak dobry trener orki, Lee stosuje całą gamę elementów wzmocnienia — mogą to być dobre stopnie, po­chwała, zabawy, wcześniejsze zwolnienie z lekcji, nawet guma do żucia. Nauczyciel poświęca dość dużo czasu na początku lekcji na załatwienie problemu gum, a przecież mógłby zwracać im uwagę później — i choć uczniowie uważają, że na punkcie gumy do żu­cia matematykowi Lee „odbiła palma", to jednocześnie mają świa­domość, że nauczyciel nie rzuca słów na wiatr oraz że wykonywa­nie jego poleceń się opłaca. W sumie więc na lekcjach matematyki współpracuj ą i uważaj ą.
Wśród reszty nauczycieli w szkole panuje przekonanie, że Lee posiadł nadprzyrodzoną zdolność okiełznywania uczniów, w opi­nii dyrektora „potrafi znakomicie utrzymać dyscyplinę". Lee z ko­lei jest zdania, że uczniowie maj ą na tyle rozumu, że potrafią ge­neralizować swoje reakcje i właśnie za to ich lubi, a nie dlatego, że nie żują gumy.

 Załamanie i bunt w początkowych fazach nauki
Często wprowadzaniu do zachowań kontroli bodźców towarzyszy nie­zwykle interesujące zjawisko, które nazywam „załamaniem w po­czątkowej fazie nauki". Po ukształtowaniu zachowania przystępuje­my do poddania go kontroli bodźców i nagle zauważamy, że obiekt, który przejawiał już oznaki reagowania na bodźce, nagle przestaje na nie reagować, co więcej, w ogóle przestaje reagować — zachowu­je się tak, jakbyśmy go nigdy danych zachowań nie uczyli.
Zjawisko to może być dla trenera niezwykle frustrujące i może wywoływać zniechęcenie; nauczył przecież kurczaka tańczyć, potem tańczyć tylko wtedy, kiedy daje mu znak ręką, a tu nagle kurczak, mimo że wpatruje się w podniesioną dłoń, nawet się nie porusza, po czym nagle zaczyna wyczyniać hołubce, kiedy dająca znak ręka już dawno została opuszczona.
Na wykresie zjawisko to należałoby przedstawić jako wznoszącą się linię oznaczającą odsetek prawidłowych reakcji obiektu (oczywi­ście reakcji na wskazówkę), po czym nagle następowałby ostry skok w dół, odzwierciedlający zerową ilość prawidłowych reakcji (kiedy reakcji nie ma wcale lub są one nieprawidłowe). Jeżeli się jednak nie zniechęcimy, następuje oświecenie, i nagle obiekt odbija się od dna, by ponownie zacząć się popisywać wzorowymi reakcjami — trener unosi dłoń, a kurczak tańczy. Oznacza to, że zachowanie zo­stało objęte kontrolą bodźców.
Moim zdaniem u podstaw opisywanego zjawiska leży fakt, iż w początkowej fazie obiekt uczy się wskazówki nieświadomie, cze­mu towarzyszy powolny wzrost liczby prawidłowych reakcji na nią i wynikające z tego zadowolenie trenera. Wkrótce jednak obiekt zda­je sobie sprawę, że prezentuje mu się wskazówkę, po czym orientuje się, że od podania sygnału zależy wzmocnienie. Na tym etapie dla obiektu kluczowym elementem staje się nie tyle stanowiące poten­cjalną reakcję na znak zachowanie, co sam sygnał. Stąd reakcja nie następuje, a więc brak wzmocnienia. Jeżeli na skutek zbiegu oko­liczności lub dzięki uporowi trenera obiekt ponownie zaczyna reago­wać na podanie wskazówki we właściwy sposób, otrzymuje wzmoc­nienie i zaczyna rozumieć, o co w całym układzie chodzi. Z tą chwilą „poznaje" znaczenie wskazówki, więc zaczyna świadomie i prawi­dłowo na nią reagować.
Zdaj ę sobie sprawę, że nadużywam może w tym miejscu niektó­rych słów, czytelnik może odnieść wrażenie, że zostaje zasypany określeniami „wie", „rozumie" itp. w odniesieniu do obiektu, przy czym psychologowie z reguły staraj ą się unikać stosowania tego ro­dzaju wyrażeń do zwierząt. Prawdą jest również, że czasami przytreningu zwierzęcia poziom prawidłowych reakcji wzrasta stopniowo bez większych sensacji. Bardzo trudno jest określić, na którym eta­pie zwierzę staje się w pełni świadome swoich działań (i czy w ogó­le kiedykolwiek tak jest). Tak czy inaczej, pojawienie się załamania trendu oznacza przełom świadomościowy u każdego gatunku. Wśród wyników badań prowadzonych przez naukowca z Uniwersy­tetu Hawajskiego, Michaela Walkera, znalazłam ewidentne zapisy załamań w początkowej fazie nauki (a więc również skoków świado­mości) zaobserwowanych podczas eksperymentów zmysłowo-dyskry- minacyjnych przeprowadzanych na tuńczykach, które należą wprawdzie do najinteligentniejszych ryb, lecz są jedynie rybami.
Dla obiektu faza załamania stanowi bardzo trudny okres. Każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę, jak trudno przychodzi nam się mierzyć z zadaniami, których do końca nie rozumiemy (najlepszym przykładem są tu zagadnienia z zakresu nauk ścisłych). Bywa, że obiekt jest na tyle zniechęcony, że jego frustracja objawia się w po­staci napadów gniewu i agresji — dziecko wybucha płaczem i dźga podręcznik do matematyki długopisem, delfiny demonstrują swoje niezadowolenie, klapiąc całym ciałem o powierzchnię wody, konie stroszą ogony i kopią, psy wyj ą. Z badań doktora Walkera wynika, że jeżeli w toku nauki rozpoznawania bodźców tuńczykowi pozwa­lano na popełnianie błędów i nie dawano wzmocnienia przez ponad 45 sekund za każdym razem, ryby tak się wściekały, że aż wyska­kiwały z basenu.
Zachowania te nazywam „buntem we wczesnej fazie nauki". Moim zdaniem obiekt daje się ponieść negatywnym emocjom, gdyż to, co dotąd uznawał za słuszne i prawdziwe, nagle okazuje się ta­kim nie być, przy czym nie wiadomo dokładnie, dlaczego. U ludzi z atakami furii świadczącymi o pojawieniu się buntu mamy do czy­nienia zwykle wtedy, kiedy podane zostaj ą w wątpliwość ich usta­lone od wielu lat przekonania, co do których słuszności w głębi du­szy nie mieli pewności. W momencie, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nasze dotychczasowe przekonania nie do końca znajdowały po­twierdzenie w rzeczywistości, może dochodzić właśnie do wybu­chów wściekłości, przesadnych reakcji znacznie przekraczających skalę świeżo stwierdzonej niezgodności, dyskusji lub stawiania py­tań. Zdarza się, że kiedy opowiadam o wzmacnianiu podczas semi­nariów naukowych, w niezamierzony sposób wywołuję wrogość ze strony przedstawicieli innych dyscyplin naukowych, od specjali­stów w dziedzinie psychologii poznawczej, poprzez neurologów, poduchownych kościoła episkopalnego. Mam wrażenie, że przepełnio­ne gniewem wypowiedzi to w rzeczywistości właśnie symptomy to­warzyszące początkowym etapom nauki.
Każde pojawienie się ataku buntu wywołuje we mnie żal, choć­by jego ofiarą był tuńczyk, gdyż uważam, że trener podejmując się nauczania czegokolwiek, winien posiadać wystarczające umiejętno­ści do poprowadzenia procesu nauki bez wzniecania tak gwałtow­nych uczuć negatywnych. Mimo to sądzę, że pojawienie się buntu i gniewu w toku nauki świadczy, iż wreszcie doczekaliśmy się eta­pu, na którym nauka przemienia się w rzeczywistość. Wystarczy wtedy przeczekać furię, dokładnie tak, jak przeczekuje się burzę, po której przecież zawsze wychodzi słońce.

Zastosowanie kontroli bodźców

Nigdy nie ma potrzeby stałego stosowania kontroli czyichś poczy­nań za pomocą wskazówek i sygnałów — istoty żywe to nie maszy­ny, stąd szef nie musi bez przerwy patrzeć pracownikom na ręce, a jeżeli dzieci ociągają się z wykonaniem polecenia, czasami lepiej się zastanowić, czy nie warto trochę zwolnić. Pracownikom, którzy dają z siebie wszystko, nie trzeba udzielać dodatkowych wskazó­wek ani wydawać poleceń, w ogóle nie ma potrzeby uszczęśliwia­nia siebie samego i swojego otoczenia zbędnymi przepisami, zalece­niami itd. — wywołuje to jedynie opór. Każda reakcja na wyuczony sygnał stanowi wysiłek, a przecież wysiłek nie tylko nie powinien, ale wręcz nie może trwać stale.
Oczywiście kontrola bodźców przydaje się bardzo przy kształto­waniu posłuszeństwa u dzieci, wychowywaniu zwierząt domowych, zapewnianiu posłuchu wśród pracowników itd. Również przy naj­różniejszych działaniach wymagających współpracy w grupie sto­suje się pewnego rodzaju kontrolę bodźców. Myślę tu o orkiestrach przygrywających podczas pochodów, grupach tanecznych czy dru­żynach sportowych. Reakcja na złożony system wyuczonych sygna­łów może przynosić wiele radości — zjawisko to jest obserwowane również wśród zwierząt. W mojej opinii wynika to z faktu, iż podobnie jak w łańcuchach zachowań, sygnały staj ą się elementami wzmacniającymi, więc obiekt, który już opanował cały zestaw za­chowań i sygnałów, odczuwa z reakcji znaczną przyjemność. Stąd, jak sądzę, udział w zachowaniach grupowych kierowanych sygna­łami sprawia nam tyle radości — że wspomnę taniec, grę w piłkę, wspólne śpiewy czy muzykowanie.
Gdy jesteśmy pod wrażeniem wzorowo wykonanego zadania gru­powego, od zespołu akrobacji lotniczych po zachowanie grzecznej i ułożonej klasy w szkole, uznajemy, że powodzenie jest wynikiem zastosowanej dyscypliny (Jakie zdyscyplinowane dzieci", „tu widać, że nauczyciel umie utrzymać dyscyplinę"). Trzeba jednak zwrócić uwagę, że słowo „dyscyplina" kojarzy się z karą, która przy zasto­sowaniu kontroli bodźców nie jest do niczego potrzebna.
W powszechnym rozumieniu osobą odpowiedzialną za utrzyma­nie dyscypliny jest zwykle trener, rodzice lub nauczyciel, którzy winni stawiać jak najwyższe wymagania i karać obiekt zawsze, gdy ten nie wykazuje się absolutną perfekcją w wykonywaniu zadania.
Tymczasem dążąc do doskonałości, należałoby raczej stymulować i nagradzać wszelkie objawy dążenia obiektu do niej. Stąd tak czę­sto słyszymy: „masz robić, co ci mówię, bo jak nie..." — ma to być metoda „dyscyplinowania" obiektu i zbudowania w ten sposób kon­troli bodźców. Zakłada ona, że aby dowiedzieć się, co będzie Jeśli nie", obiekt musi zachować się niewłaściwie lub nie spełnić wyda­nego polecenia, lecz jako że jest już wówczas za późno, by cofnąć za­chowanie, metoda ta rzadko kiedy się sprawdza.
Rzeczywista, prawidłowa kontrola bodźców, zbudowana z za­stosowaniem kształtowania i wzmacniania, może się przyczynić do wytworzenia w obiekcie czegoś, co zwykliśmy nazywać dyscypliną. Trzeba tylko pamiętać, że najważniejsze jest zdyscyplinowanie sa­mego trenera.
Wszystko to prawda, ale od czego zacząć? Jak sobie radzić w sy­tuacji, kiedy otaczają nas osoby, co do których nie mamy wątpli­wości, że nie będą reagować na sygnały? Przedstawiam propozycję działania w sytuacjach beznadziejnych:
Karen Pryor (na widok mokrych kąpielówek i ręcznika położo­nych na kanapie w jej domu przez gościa): Czy mógłbyś zabrać swo­je mokre rzeczy z kanapy i wrzucić do suszarki?
Gość: Już, za chwilę.
K.P.: (podchodzi do swojego gościa i w milczeniu przy nim sta­je)
Gość: O co chodzi?
K.P.: Czy mógłbyś zabrać swoje mokre rzeczy z kanapy i wrzucić do suszarki? (Uwaga: nie należy dodawać już", „natychmiast", czy „mówię serio", gdyż staramy się ukształtować w obiekcie umiejętność natychmiastowego reagowania na sygnały poda­ne jednokrotnie, musimy więc unikać eskalowania formy sy­gnału przy pomocy zaostrzania wypowiedzi lub gróźb).
Gość: O Boże, spieszymy się dokądś? Jak ci to tak przeszkadza, to sama wrzuć to do suszarki.
K.P: (miły uśmiech, brak reakcji werbalnej, czekamy na moż­liwość wzmocnienia pożądanego zachowania, a przecież nie jest nim kłótnia, więc nie zwracamy uwagi na niegrzeczną odpowiedź)
Gość: Już idę. (podchodzi do kanapy, bierze swoje kąpielówki i ręcznik, po czym zanosi rzeczy do pralki)
K.P.: Do suszarki.
Gość: (wyraźnie niezadowolony, otwiera pokrywę i wrzuca mo­kre rzeczy do suszarki)
K.P: (szeroki, szczery uśmiech, bez cienia sarkazmu) Dziękuję!
Kiedy następnym razem będę chciała tę osobę o coś poprosić, pewnie wystarczy tylko znacząco popatrzeć. Stopniowo osoba ta za­cznie bezzwłocznie wypełniać moje prośby, ja zaś, aby być fair, będę spełniać to, o co ona poprosi. Trzeba też będzie uważać, by nie pro­sić o więcej, niż mam prawo.
Umiejętność budowy kontroli bodźców bez odwoływania się do przymusu każdemu może znacznie ułatwić życie i to zarówno trene­rowi, jak i obiektowi. W pierwszej klasie szkoły średniej moja cór­ka Gale reżyserowała szkolne przedstawienie — do zadania tego co roku wyznaczano któregoś z uczniów. Zespół aktorski tworzyło około dwadzieściorga innych dzieci. Przedstawienie się udało, a podczas zorganizowanego po nim wieczorku nauczyciel wiedzy o teatrze przekazał mi, jak wielkie wrażenie wywarł na nim fakt, iż Gale podczas prób ani razu na swoich aktorów nie podniosła gło­su. Automatycznie odpowiedziałam: „no oczywiście, że nie krzycza­ła, przecież jest też trenerką zwierząt". Z wyrazu twarzy nauczy­ciela odgadłam, że nie uznał mojej odpowiedzi za najgrzeczniejszą — przecież jego uczniowie to nie zwierzęta! A przecież chodziło mi tylko o to, że Gale potrafiła zbudować kontrolę bodźców bez potrze­by eskalowania środków.
Osoby, które rozumiej ą znaczenie i strukturę funkcjonowania kontroli bodźców, unikają wydawania niepotrzebnych poleceń, nie­logicznych bądź niezrozumiałych instrukcji czy rozkazów, których wypełnienie nie jest możliwe. O zrozumieniu istoty kontroli bodź­ców świadczy również unikanie przedstawiania próśb, których spo­sób realizacji dla samych proszących pozostaje niejasny — obiekt zawsze wie dokładnie, czego taka osoba od niego oczekuje. Dobra kontrola bodźców to również brak okazywania niezadowolenia w ra­zie niewłaściwej reakcji obiektu, unikanie marudzenia, łajania, na­rzekania, wymuszania, błagania czy wypowiadania gróźb. Stoso­wanie wymienionych środków nie jest konieczne, gdyż cel można osiągnąć inaczej. Poza tym, człowiek, który pojął kontrolę bodźców, zawsze dotrzymuje słowa, i jeżeli zgodzi się spełnić naszą prośbę, możemy być pewni, że ją rzeczywiście spełni. Tak więc jeżeli chce­my osiągnąć powodzenie w rodzinie, w domu czy w przedsiębior­stwie, winniśmy dążyć do ukształtowania systemu, w którym każdy działa tak, jak ustalono, potrafi przedstawiać swoje potrzeby i do­trzymuje słowa — systemu kontroli bodźców. Wkrótce pojawią się wyniki — sprawy będą załatwiane bez potrzeby wydawania pole­ceń, a poza tym rozwinie się układ, którego uczestnicy będą sobie mogli zaufać. Dobrą kontrolę bodźców można nazwać uczciwą wy­mianą prawdziwych informacji. Jest to przy tym najbardziej skom­plikowany, trudny i delikatny element treningu z zastosowaniem wzmocnienia pozytywnego.
« Last Edit: (Wed) 24.09.2014, 00:00:00 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Re: Najpierw wytresuj kurczaka- Karen Pryor
« Reply #3 on: (Sat) 28.06.2014, 21:23:33 »
Clicker trained chicken
https://www.youtube.com/watch?v=AgAmyknoImE

Najpierw wytresuj kurczaka - karty
https://www.youtube.com/watch?v=V4--LuCffEU

Najpierw wytresuj kurczaka - edycja dla zaawansowanych
https://www.youtube.com/watch?v=pNna3-PBTJQ



http://kliker.rancho-stokrotka.pl/
« Last Edit: (Thu) 07.08.2014, 12:00:30 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje