Author Topic: Kapitał - Erazm Majewski  (Read 1382 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Kapitał - Erazm Majewski
« on: (Tue) 18.03.2014, 14:17:10 »
ERAZM MAJEWSKI
NAUKA O CYWILIZACYI IV. KAPITAŁ
ROZBIÓR PODSTAWOWYCH ZJAWISK I POJĘĆ GOSPODARCZYCH.

WARSZAWA
NAKŁADEM KSIĘGARNI E. WENDE i S-ka.
LWÓW
H. ALTENBERG, G. SEYFFARTH, E. WENDE i S-ka.
1914
ŻONIE MOJEJ w dniu srebrnych godów jako słaby wyraz wdzięczności

Źródło: http://prawia.org/ksiazki/majewski/majewski4f.html


CZĘŚĆ PIERWSZA

PRZEDMOWA.

Książkę niniejszą wywołał zamiar przedstawienia zjawiska twórczości społecznej w sposób zgodniejszy z psychiczną naturą tego zjawiska, co pociągnęło za sobą skonstruowanie nowego pojęcia wartości przedmiotowej. Związałem wykład niniejszy z teoryą cywilizacyi, naprzód dla tego, że jest jej wynikiem, powtóre, aby skłonić gruntownego Czytelnika, interesującego się zjawiskami ekonomicznemi, do zapoznania się z treścią obu tomów poprzednich, gdyż dopiero na tle pojęć tam szerzej wyłożonych i ustalonych mogą być trafnie i w pełni rozumiane główne terminy, - jak praca, dusza, różnica między siłą, a mocą lub potęgą, któremi się tu posługujemy. Inaczej łatwo o czysto formalne nieporozumienia.
Pierwotnie przeznaczyłem na tom 3'ci "Ekologię Cywilizacyi", rozpoczętą w r. 1909'm, jednak z powodu zajęcia się tematem "Kapitału", praca ta została odłożona i, o ile danem mi będzie ją ukończyć, znajdzie się w tomie 4-m i ostatnim.
Autor.
Warszawa, 28 kwietnia 1913 r.

WSTĘP.

Zdawałoby się, że świetny i długi szereg myślicieli na polu Ekonomii rozjaśnił już wszystkie główne zjawiska gospodarcze, a przynajmniej dał podstawy do ich właściwej oceny, ale daleko do tego. Istnieje mnóstwo sprzecznych zapatrywań w kwestyach nawet najogólniejszych i podstawowych, a szkoły i obozy ścierają się wciąż jeszcze ostro na punkcie zagadnień elementarnych i wzajemnie przekonać się nie mogą.
Przez długi czas zdawało się, że Adam Smith położył już trwałe podwaliny pod gmach nauki ekonomii. Głęboki ten myśliciel zrozumiał i rozjaśnił tak wiele, jak nikt przed nim, jak zaś przemożnym był wpływ jego idei, o tem mogą świadczyć słowa Buckle'a, który o "Przyczynach bogactwa narodów" nie zawa­hał się powiedzieć, że to "książka najważniejsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek napisano".
Okrzyknięto go "ojcem" Ekonomii społecznej i poli­tycznej, pojęcia jego i wskazania wcielone zostały w praktykę większości Państw, i cóż się stało?
W połowie ubiegłego stulecia zjawił się drugi ge­nialny myśliciel i opierając się na tych samych pod­walinach (że praca jest jedynem źródłem wszelkiego bogactwa), przeciwstawił się całkowicie Smithowi, po­rywając swemi rozumowaniami większość umysłów w stronę wprost przeciwną poglądom Smitha. Jest nim Karol Marx. Od tego czasu walczą ze sobą mniej lub więcej zreformowani następcy i zwolennicy obu mistrzów, usiłując zasady ich wprowadzać w życie. Jednak nauki obu nie wszystkich zadowoliły. Od dość dawna szkoła, zwana psychologiczną, usiłuje zbudować ekonomię na zasadach całkiem odmiennych zarówno od klasycznej nauki Smitha, jak materyalistycznej Marxa, lecz dąży drogami tak okólnemi, że mimo znacznych powodzeń w krytyce systemów poprzednio rozwiniętych, daleka jest od mety, a daleka dla tego, że choć odczuwa niedostateczność podstaw obu poprzedników, nie umie błędności ich udowodnić z należytą ścisłością naukową, ani przekonać, że sama jest na dobrej drodze.
W takich warunkach można powiedzieć śmiało, że nie mamy jeszcze Ekonomii prawdziwie naukowej, bo nie mamy jej jednej, bo brak niezachwianych linii wytycznych, po których możnaby kroczyć bez obawy błędu w wyprowadzaniu pojęć szczegółowych.
Czemu się to dzieje? Sprawiła to głównie fenomenalna potęga rozumowania. Umysły trzech już pokoleń ekonomistów nie mogą się wyzwolić z pod czaru pomysłów najgenialniejszych jej przedstawicieli.
Logiczność konstrukcyi zarówno Smitha, jak Marxa tak zasłoniła wspólny ich błąd u podstawy, że go nie tylko nie szukano, ale nawet nie podejrzewano. Powtórzyło się zjawisko tylokrotnie już sprawdzone w nauce, że postęp nauki bardziej hamują błędy genialne, niżeli te grube, które się łatwo odkrywa, a jeszcze łatwiej prostuje.
Od chwili, gdy uznano niemal za pewnik, że praca jest źródłem bogactwa (czyli dzieł ludzkich), od chwili, w której sformułowano pojęcie kapitału, jako takiego zasobu pracy, wcielonej w materyę, który służy do łatwiejszego przeobrażania przyrody (w ogóle materyi) przez nową prace w bogactwo, od tej chwili spory toczą się już tylko na temat pojęć szczegółowych. Co do roli i znaczenia pracy nie było wątpliwości, nie odczuwano nawet potrzeby poddania tego pojęcia ścisłej analizie naukowej i filozoficznej.
Wprawdzie najprostsza obserwacya ustawicznie przeczy utartej formule, jakoby praca była źródłem bogactwa, wprawdzie większość ludzi pracuje pilnie, a na­wet ciężko i żyje w ubóstwie lub w nędzy, ale nawet i taki stan rzeczy nie budzi wątpliwości co do trafności definicyi i skłania raczej do piorunowania na niespra­wiedliwość stosunków społecznych, niżeli do spokojnej rewizyi orzeczenia, tak jaskrawo sprzecznego z faktami.
Cóż to za źródło bogactwa, gdy można się zapracować i zostawać wciąż biednym? W tym względzie można postawić dwa przypuszczenia. Albo praca wię­kszości ludzi bywa rzeczywiście i stale wyzyskiwana przez mniejszość, jak to twierdzą Marxiści, albo w twierdzeniu kryje się nieścisłość. I otóż dotychczas nie wiemy, co jest prawdą. Nie wiemy, bo spory toczą się już nie dokoła pojęcia pracy, ale dokoła kwestyi kapitału i własności, którym wielka cześć ekonomistów przypisuje złowrogą role względem przedstawicieli "pracy". Podzielono też świat ludzki na przedstawicieli "kapitału" i na przedstawicieli "pracy" i ubóstwo tych ostatnich uznano za wynik stałego wyzysku "pracy" przez właścicieli "kapitału".
Wiele się tu przyczynia do powstawania różnych wątpliwości niezdawanie sobie po dziś dzień należycie sprawy z pytania, czem jest człowiek w naturze? Odmie­niamy przez wszystkie przypadki "człowieka", ale gdyby rozpytać dokładnie: co rozumiemy pod tym wyrazem, okazałoby się, że każdy ma co innego na myśli - i nic dziwnego, bo używamy jednego wyrazu dla takiej rozmaitości, która nie mieści się już w jednym wyrazie w sposób zrozumiały. Obdarzeni zmysłem obserwacyjnym powinniśmy to wyraźnie odczuwać - ale wyraz uśpił czujność i narzucił nam pojecie, niezgodne z rzeczywisto­ścią. Już w XIV-m stuleciu uczony franciszkanin, Wilhelm Okkam, zastanawiając się nad metodyczną stroną wiedzy, słusznie powiedział, że nie należy bez potrzeby mnożyć bytów, czyli z użytecznych abstrakcyi od zjawisk realnych czynić bytów realnych, ale ciągle przyjmujemy bezwiednie realne istnienie uniwersaliów. Rozumujemy tak, jakby na miejscu poszczególnych ludzi istnieli jacyś jednakowi "ludzie wogóle". Jest to wielki błąd, bo "człowieka wogóle" nie było nigdy i wcale niema. Takie pojęcie jest wprost szkodliwe, bo są tylko "ludzie" realni, indywidua, w bardzo wysokim stopniu niepodobne między sobą, tylko zapomi­namy o tem. A skoro tak, to cóż dziwnego, że ge­neralizując człowieka, mamy tyle różnych pojąć o wolności, wartości, prawie, obowiązkach, sprawiedliwości i t. d., i t. d.
Jedni w poszukiwaniu norm, mających rządzić chcą się opierać na stosunkach przedhistorycznych, jako na takich, które były punktem wyjścia dla dzisiejszych skomplikowanych i powikłanych, albo też biorą za punkt wyjścia człowieka odosobnionego, jakiegoś idealnego Robinsona, - inni wyśmiewają taką metodę. I do dziś niewiadomo, kto ma słuszność, znikąd nie pada promyk światła, gdzie szukać podstaw dla pojęć "człowieka", "prawa" i "bezprawia", "sprawiedliwości" i "niesprawiedliwości", "dobra" i "zła", "wartości" i "bezwartościowości", wolności, własności i t. d. O włas­ności np. mamy dwa sprzeczne pojęcia. Jedni dowodzą, że własność prywatna, osobista jest prawem naturalnem, innym podoba się lepiej twierdzenie, że taka własność jest tylko usankcyonowanym gwałtem, zwłaszcza zaś własność środków produkcyi.
Ludzie wytwarzają "wartości", albowiem stało się utartym pewnikiem, że wszelkie bogactwo, to wartość. Zdawałoby się, ważąc prostym rozsądkiem, że im więcej wytwarzamy przedmiotów wartościowych, tem wartości (przedmiotowej) przybywa, tymczasem z nauki mechanistów w ekonomii, a nawet i psychologów wynika, że ogólna suma wartości prawie się nie zwiększa. Jak to może pomieścić się w głowie? A jednak od lat pięćdziesięciu nikt nie zdemaskował błędu, będącego przyczyną tak jawnej niedorzeczności.
Jedni uważają "zysk" otrzymywany przy zamienia­niu się dobrami za zjawisko naturalne, ale inni twierdzą, że przy zamianach nie powinno być zysku, albo­wiem przy zamianach, dokonywanych za pośrednictwem pieniędzy oddajemy sobie, a przynajmniej powinniśmy oddawać sobie wartości równe. W przeciwnym ra­zie jeden musi być pokrzywdzonym. Byli już ekonomiści, którzy utrzymywali, że żadna ze stron może nie być pokrzywdzona przy zamianie, a nawet że obie zyskują, i to nie podmiotowo, ale przedmiotowo, lecz zwolennikom Marxa wydawało się to fizycznem i logicznem niepodobieństwem - więc wszelki zysk mia­nują nad-wartością albo wartością dodatkową, która powstaje z krzywdy innego.
Na terenie tych i wielu innych podobnych sprzeczności ekonomiści obracają się bardzo często w błędnem kole wyrazów, którym nadają dowolne i różne znaczenie, i cóż potem dziwnego, że nie mogą zgodzić się na jedno.
Bardzo być może, iż w swoim czasie niepodobna było uniknąć niedokładności, utrudniających porozumienie się, ale dla nas nie ulega wątpliwości, że postęp na pokrewnych polach wiedzy umożliwiał już od pewnego czasu zreflektowanie się i odpowiednią rewizye oraz korektę pojęć pierwszorzędnej doniosłości w ekonomii. Jeżeli więc do dziś dnia ekonomia nie zdołała wybrnąć z wątpliwości oraz ze sprzeczności, które ją kompromitują, jeżeli ekonomiści czynią wrażenie owych krótkowidzów, co to z powodu drzew nie dostrzegają już lasu, to dla tego, że operują niemal apriorycznie sformułowanemi pojęciami zasadniczemi, jako praw­dami, i nie czują potrzeby poddania tych rzekomych prawd troskliwej rewizyi na tle szerszym nauki o cywilizacyi i o człowieku. Zanadto zasklepili się w sferze pojąć czysto ekonomicznych, sformułowanych niegdyś na podstawie światopoglądów dziś już należących do historyi, aby spostrzedz, że zaszły już w socyologii i filozofii zmiany, które mogą położyć kres dotychczasowym niepewnościom. Socyologia ogólna i psychologia nie traciły próżno czasu, rozwinęły się w ostatnich czasach w naukę o człowieku, analizującą tak głęboko zjawiska świata ludzkiego, że ekonomia nie może nie rachować się ich zdobyczami.
Analiza zjawisk społecznych, przeprowadzona przez nas w "Nauce o cywilizacyi" i w "Teoryi człowieka i cywilizacyi", nie mająca zresztą wcale na widoku rozwiązywania zagadnień ekonomicznych, bo zajmująca się rozświetleniem ogólnej zagadki człowieka, odsłoniła nam, jak sądzę, pewien szczególny sposób ujmowania stosunków międzyludzkich. Mniemam też, że wskaże ona, w czem leży główna omyłka dotychczaso­wych systemów ekonomicznych.
Pomimo więc, że ekonomia nie jest naszą dziedziną, nie możemy oprzeć się pokusie przetłumaczenia na język ekonomii wyniku, do którego nas doprowadził rozbiór istoty człowieka i narodu. W tej postaci dorobek, mogący na pozór obchodzić zaledwie filozofów, przyrodników i teoretyków socyologii ogólnej, łatwiej zainteresuje ekonomistów i albo musi zostać zwalczony, co także będzie krokiem naprzód, albo ułatwi jasne zdawanie sobie sprawy z wszelkich zjawisk ekonomicznych.
Oto, co musieliśmy powiedzieć odrazu dla pobudzenia czujności krytycznej czytelnika, aby kontrolował nas bacznie i nie dał się unieść pozorom ścisłości, jeżeliby rozumowanie nasze było wadliwe.

1. O warunkach zrozumiałości w nauce.

Zanim przystąpimy do przedmiotu, czujemy się w obowiązku zwrócić uwagę Czytelnika na stosunek wyrazów do pojęć. Kwestya to ważna dla każdego, kto chce z pożytkiem rozprawiać naukowo.
Pospolicie wydaje się, że wyrazy naszej mowy są powiązane z myślami w jakiś naturalny i konieczny sposób. Gdy powiadam "jabłko", nasuwa się mej wyobraźni natychmiast przedmiot, który wszyscy nazywamy jabłkiem. I znowu, gdy spojrzę na owoc jabłoni, wyłania się w mym umyśle, nawet bezwiednie wyraz "jabłko". Wobec takich faktów mogłoby się zdawać, że wyraz jest związany tak naturalnie ze swym odpowiednikiem w świecie rzeczy i w świecie myśli, iż nie może być nawet mowy o niezrozumiałości wyrazu. Mogłoby się zdawać, że wszyscy jednakowo wyrazy mowy pojmujemy, że tu nie może nastąpić nieporozumienie. Ale wcale tak nie jest.
Przecież wystarczy, abym powiedział "jabłko" francuzowi, a nie domyśli się on wcale, że chodzi mi o owoc jabłoni, nie domyśli się zaś z tego samego powodu, dla którego ja nie domyśle się, nie znając języka francuskiego, że "pomme" u francuza oznacza "jabłko". Jasnem się tedy staje, że wyraz "pomme" wiązany jest stale z owocem jabłoni tylko wśród francuzów, wyraz zaś "jabłko" - tylko wśród polaków. Jednak ani francuz ani polak nie rodzą się ze swemi wyrazami; oni tylko bywają zmuszeni w dzieciństwie przez swe otoczenie do kojarzenia dźwięku-wyrazu z tym, nie zaś innym przedmiotem i następnie pamiętają już o tem przez całe życie.
Wyraz tedy jest tylko umownym znakiem rzeczy. Ludzie jednego języka stają się dla siebie zrozumiali (mimowoli i bezwiednie) przez to, że uczą się dla każdej rzeczy używać znaku (wyrazu) powszechnie używanego w narodzie. Rozumiemy się z tego tylko powodu, że używamy jednakich (i znanych nam) wyrazów dla jednakich pojęć. Francuz zaś z polakiem dla tego nie mogą się rozumieć, że każdy używa dla tych samych pojęć innych wyrazów, zgoła drugiemu nieznanych.
Fakt niezrozumiałości wzajemnej zwykły w przypadku różnojezyczności rozmawiających, uważamy za tak naturalny, że nie wzbudza już w nikim zdziwienia, ale też właśnie dla tego, prawem kontrastu, nastręcza łatwo przypuszczenie, że znowu polak z polakiem, a francuz z francuzem, zawsze i w każdej materyi rozumieją się dobrze, póki używają wyrazów własnej mowy. Otóż przeciwko tej konsekwencyi, wyprowadzanej nieprawowicie z niezrozumiałości osobników różnojęzycznych, musimy wystąpić z całym naciskiem.
Rzadko domyślamy się, do jak wysokiego stopnia jesteśmy wszyscy wzajem dla siebie niezrozumiali, mimo, że używamy jednego i tego samego języka w celu porozumiewania się.
Tylko dopóki chodzi o wyrazy, oznaczające przedmioty konkretne, powszechnie znane, łatwe do skontrolowania, bo podpadające pod zmysły, tylko w granicach stosunków kategoryi najniższej, zupełnie poziomej i o ile chodzi o same nazwy znanych nam rzeczy, - wzajemna nasza zrozumiałość w narodzie jest rzeczywiście niemal dostateczna; choć i to nie do wszystkich przedmiotów konkretnych się odnosi, ale jeżeli zachodzi potrzeba wymiany myśli w sferze pojęć abstrakcyjnych, zrozumiałość nasza bywa bardzo niedoskonała i tylko przybliżona, często zaś jesteśmy zgoła sobie niezrozumiali. Ale zwykle nie domyślamy się nawet tego i często, nie rozumiejąc się wcale - sądzimy, że się rozumiemy dobrze. Tysiące wyrazów, niby powszechnie zrozumiałych, nie budzi tak jednakowej treści, jaką budzą imiona pospolite rzeczy, podpadających pod zmysły. Tysiące orzeczeń krąży z ust do ust i nasuwa mylne przekonanie, że budzą w każdym jednakowe myśli, a przecież daleko jest do tego. Każdy niemal rozumie zasłyszane inaczej, "po swojemu", i nawet nie domyśla się, jak bardzo jego pojęcie odmienne jest od pojęcia rozmawiającej z nim osoby, co zaś gorsza, niema nawet łatwego sposobu porównania myśli swoich z myślami innych. Dobro, zło, grzech, obowiązek, sprawiedliwość, wartość, wola, wolność, równość ludzi, praca, kapitał, użyteczność, postęp - brzmią we wszystkich ustach jednakowo, ale wcale nie tak jednakowe budzą pojęcia, jakby się zdawało, sądząc po jednakowości myśli, wzbudzanych przez wyrazy: koń, daktyl, cetnar, lipa, podkowa, książka.
Następstwem tego faktu bywa wyobrażanie sobie, że dobrze zgadzamy się w rozumowaniach wówczas, gdy właściwie pojęcia nasze dalekie są od zgodności, - albo znowu, że się nie zgadzamy, wówczas, gdy właściwie sprzeczamy się jedynie z powodu nie jednakowego rozumienia wyrazów.
Tego rodzaju pozorna jednomyślność albo różnomyślność, pozorna zgodność myśli lub też walka o słowa, zamiast o pojęcia, wypełnia większość rozpraw i dzieł naukowych i nie dostrzegamy jej nawet, a groza oraz jałowość takich nieporozumień i dyskusyi wyjaśniających polega nietylko na tem, że w niwecz obraca bezmiar najcenniejszych wysiłków ludzkich, ale, że najczęściej piętrzy nieporozumienia, zamiast je usuwać lub zmniejszać. Wyrazy mowy są to zdradliwe pułapki na ducha ludzkiego. Są one wprawdzie jedynym środkiem do uzewnętrzniania naszych myśli, ale środkiem tak strasznie śliskim i zawodnym, że w sferze pojęć abstrakcyjnych i skomplikowanych nigdy nie może być za wiele ostrożności, aby dobrze zrozumieć wyraz, użyty przez innego i aby własny uczynić zrozumiałym dla innych, czyli, aby podsunąć innemu za pomocą wyrazów możliwie dokładnie myśl własną.
Z chwilą najlżejszego zaniedbania natychmiast zatracamy wzajemną zrozumiałość, a nawet wręcz zrywamy drogi do porozumienia się. Do rozpraw toczo­nych w typowo fatalnych warunkach, można w pełni zastosować znany okrzyk: vox, vox, praeterea nihil!
Zwykle ani w części nie doceniamy trudów, zmarnowanych przez tę czysto techniczną przeszkodę, której niepodobna uniknąć w zupełności, ale której unikać, ile tylko sił starczy, jest nietylko obowiązkiem, ale nawet własnym i wspólnym interesem każdego.
Wieża Babel, która miała sięgać nieba, ale nie została ukończona z powodu pomieszania języków, nie jest wcale mitem. Właśnie dla tego samego powodu buduje się tak niezmiernie powoli wieża Na­uki, - każdy też obraz zamętu wśród budujących, któryby nam bujna wyobraźnia ukazała, jeszczeby nie dorównał zamieszaniu, które towarzyszy stale krzątaninie uczonych, budujących gmach wiedzy ludzkiej.
Okoliczność ta znana jest od tak dawna, jak myśl ludzka tworzy abstrakcye, ale nasza teorya cywilizacyi pierwsza odsłoniła obok powszechnie znanej zlej strony tego zjawiska naturalnego i nieuniknionego, na którą się uskarżamy, drugą, odwrotną i dodatnią. Ta właśnie najzupełniejsza niezależność wyrazów od pojęć, ta możność kojarzenia tych samych wyrazów z nowemi pojęciami musi być uważana za konieczny warunek, a więc za jedną z ważniejszych przyczyn bezustannego rozwoju naszego osobistego poznania, jako też rozwoju całej wiedzy ludzkiej.
To, na co nie bez słuszności uskarżamy się, okazuje się koniecznym warunkiem nie tylko istnienia, ale rozwoju tego, co najwyżej w sobie cenimy: myśli, uczuć i dążeń ludzkich.
Nie trzeba więc wcale, abyśmy wszyscy podkładali jednakowe pojęcia pod jednakowe wyrazy, bo to ani możliwe, ani pożądane, - chodzi jedynie o to, aby pojęć cudzych nie uważać za identyczne z temi, które zostaną obudzone w naszym umyśle przez cudze wyrazy. Chodzi o to, abyśmy, gdy chcemy zrozumieć kogoś, nie tłumaczyli sobie po swojemu wyrazów, użytych przez niego, lecz abyśmy starali się dociec, co ów rozumie pod wyrazami wypowiedzianemi. Chodzi o to, abyśmy wiedzieli o różnicach nieuniknionych i w rozumowaniach lub rozmowie pamiętali o nich i troskliwie je uwzględniali.
Jest to warunek trudny, wymaga bowiem ustawicznej baczności, rozmyślań, na pozór zbytecznych, skupienia, spokoju i przenikliwości, ale jest on nieodzowny, jeśli wysiłki nasze umysłowe nie mają zostać bezsilnem szamotaniem się w próżni, lub co gorsza, bałamuceniem siebie i innych.

2. Przegląd pojęć głównych-Przyroda, dobro ludzkie, czyli bogactwo i kapitał. Niedogodność operowania u podstaw pojęciem kapitału.

Po tych refleksyach niedziwnem będzie, że pierwszym krokiem naszym musi być porozumienie się co do znaczenia kilku wyrazów podstawowych, od których rozumienia takiego lub innego zależą wszystkie dalsze pojęcia. Oczywiście wyrazów ważnych moglibyśmy wybrać kilkanaście lub kilkadziesiąt, ale możemy ograniczyć się na razie do kilku najkonieczniejszych. Niektóre, niezbędne w dalszym rozwoju na­szego badania, rozpatrzymy później, po załatwieniu się z najkonieczniejszemi,
Wyborem wyrazów pokieruje naczelna zasada, niemal powszechnie przyjęta w ekonomii, że na proces wytwarzania dóbr ludzkich składają się trzy czynniki, przyroda, praca ludzka i kapitał. Mamy tu cztery wyrazy, któremi zająć się wypada dla tego, że lubo w pospolitej mowie zdają się nie nastręczać żadnych wątpliwości, - to jednak w nauce ekonomii dają szerokie pole do nieporozumień. Nie dość, że znaczenie ich bywa raz ważkie, drugi raz bardzo szerokie, że niejednakie myśli w każdym z nas budzi, jest gorzej, bo w wielu przypadkach cała treść jednego z tych wyrazów bywa z łatwością przenoszona na inny. Często też nie łatwo uchwycić moment przemiany, aby skontrolować prawidłowość czyjegoś rozumowania. Zależnie od niedopilnowania się, albo od woli naszej zaliczamy np. w pewnych warunkach do przyrody to, co inny nazwie dobrem ludzkiem, lub kapitałem, - do kapitału, co według innego może być bądź przyrodą, bądź tylko dobrem ludzkiem, a nawet pracą ludzka, - do pracy ludzkiej to, co inny nazwie przyrodą, dobrem ludzkiem lub kapitałem. Quodlibet!
Czy można sobie przedstawić materyał, podatniejszy do wywołania i utrzymywania zamętu, nad tę kameleonowa czwórkę i czy można dziwić się potem, że ludzie piszą grube tomy, odpowiadają sobie tomami i nie rozumieją się wzajem? Niestety jednak jest to faktem, że na tę przerzucalność pojęć nie wszyscy dość baczną zwracali uwagę i, sądząc że rozumieją przeciw­ników, tyle się rozumieli, jakby przemawiali do siebie obcemi językami.
Dla tego - najpierwszem zadaniem naszem musi być ustalenie treści tych najkonieczniejszych wyrazów. Zaznaczyć przy tem wypada, że dwa pierwsze: przyroda i dobro ludzkie, nastręczają stosunkowo drobne trudności, dopiero pozostałe dwa są źródłem nieskończonych nieporozumień.

Zaczniemy od przyrody.
Wszystko, co należy do naturalnego otoczenia ludzkiego, na którego istnienie lub zjawienie się żaden człowiek nie wywarł świadomie i celowo żadnego wpływu, jest w ekonomii przyrodą, skarbem natury, bogactwem naturalnem albo dobrem natralnem, o ile stanowi czynnik z jakichkolwiek względów dodatni względem człowieka. Należy tu, powtarzamy, wszystko, co człowiek otrzymuje lub bierze sam, siłami swego ciała wprost od przyrody, darmo. A zatem: ryba w rzece niczyjej, istniejąca bez interwencyi ludzkiej, jest czystem skarbem naturalnym; drzewo na pniu w lesie niczyim, ruda w ziemi niczyjej są przyrodą czystą, albo bogactwem naturalnem.

Cóż będzie dobrem ludzkiem?
Wyrazem tym oznacza się wszelki wytwór ludzki lub własnością ludzką, a więc 1) dobro naturalne, owładnięte przez człowieka, oraz 2) dobro naturalne przeobrażone przez niego.
Z pierwszego punktu okazuje się, że dobrem ludzkiem może być nawet czysta przyroda, wcale nie przeobrażona przez człowieka w coś nowego dla samej przyrody, przez sam akt idealny wzięcia we władanie choćby nie faktyczne. Więc las, choćby dziki i nietknięty, staje się dobrem ludzkiem, gdy stanowi własność ludzką.
Jednak w zasadniczem rozróżnianiu przyrody od "dobra ludzkiego" nie możemy tego rodzaju dobra odrywać od kategoryi "przyrody" albowiem ono jeszcze nie jest dobrem ludzkiem, pomimo, że już jest "własnością" czyjąś. To dopiero materyał, z którego powstanie kiedyś dobro ludzkie, dzięki tym samym procesom, jakie przeobrażają wszelką przyrodę "niczyją" w dobro ludzkie.
Zatem tylko druga kategorya dóbr ekonomicznych może być słusznie nazywana "dobrem ludzkiem", które jest prawie równoznaczne z "dziełem ludzkiem". Będzie niem wszystko, co człowiek zdobył na przyrodzie, wszystko, co przedstawia jakąkolwiek użyteczność, a co zostało wytworzone z materyi lub sił przyrody przez działalność człowieka, lub co człowiek przez jakąkolwiek działalność przetworzył z przyrody w rzecz użyteczną.
A więc, ryba w rzece niczyjej była czystą przyrodą, była dobrem naturalnem, ale jeżeli ją rybak złowi ręką, siecią lub na wędkę już przeobraziła się w dobro ludzkie. Przemianę te ekonomiści tłumaczą faktem, że do ryby przyłączyła się praca rybaka, wyłożona na schwytanie ryby, albo też jeszcze narzędzia (kapitał) rybaka, zużyte w całości lub częściowo na schwytanie ryby. Mówią tedy, że ryba, pozostająca we władaniu rybaka, stała się już połączeniem przyrody z pracą ludzką lub jeszcze z innem dobrem ludzkiem. Jeżeli więc rybak złowił pewną ilość ryb ręką, to już każda, przyniesiona na targ, reprezentuje nie samą przyrodę, albowiem przyłączyła się do niej praca rybaka, zużyta na złowienie oraz na przyniesienie na targ. Jeżeli złowił siecią lub na wędkę, to już do każdej ryby należy jeszcze doliczyć prócz pracy rybaka, cząstkę sieci lub wędki, które zużywają się przy łapaniu ryb,
W ten sposób drzewo na pniu w lesie niczyim jest czystą przyrodą, ale ścięte staje się już dobrem ludzkiem, albowiem obejmuje, prócz przyrody, całą ilość pracy ludzkiej, niezbędnej do ścięcia drzewa i cząstkę zużytej do ścięcia siekiery - kapitału. Wywiezione z lasu stanowi znaczniejsze dobro ludzkie, gdyż przyłączyła się doń nowa ilość pracy ludzkiej i zwierzęcej, np. konia lub wołu, a także koszt zużytych narzędzi lub utrzymywania konia lub wołu. Skarbem natury jest koń dziki na stepie, ale domowy będzie już dobrem ludzkiem. Czystą przyrodą jest złoto, dopóki tkwi w kwarcu skały lub w piasku złotodajnym; zostające we władaniu ludzkiem - jest dobrem ludzkiem, albowiem połączyła się z niem wielka ilość pracy ludzkiej, wydanej na szukanie, oddzielenie od piasku lub skały, na przeobrażenie w sztabki lub blaszki.
Skarbem natury są żelazo w rudzie i włókno w żywych konopiach dzikich, - dobrem ludzkiem ruda żelazna w hucie, żelazo w bryle i wędka lub piła z niego sporządzona, równie jak włókno, choćby nieoddzielone jeszcze od konopi sianych, nici z niego ukręcone oraz sieć sporządzona z nici konopnych.
Nie potrzebujemy mnożyć przykładów, ilustrujących dobro ludzkie, i możemy przejść do kapitału.
Z nim sprawa bez porównania trudniejsza.
Kapitałem nazywają najpowszechniej takie dobro ludzkie, które jest potrzebne, przydatne lub użyte do wytwarzania nowych dóbr. W samem tem określeniu odsłania się wielka ogólnikowość tego pojęcia, a nawet zupełna jego niejasność.
Zaraz się to okaże. Według większości ekonomistów, zwłaszcza dawnych, wędka i sieć na ryby są nie tylko dobrem ludzkiem, ale równocześnie i kapitałem, albowiem są "potrzebne lub przydatne do wytwarzania innego dobra ludzkiego". Rybak rzeczywiście nałapie ryb więcej i prędzej przy pomocy wędki lub sieci, niżeli rękoma.
Siekiera i pila - są również kapitałem, gdyż ułatwiają przeobrażenie drzew przyrody na bale i deski, będące dobrem czyli bogactwem ludzkiem. Czemże będą ryby złapane? Będą albo tylko dobrem ludzkiem, albo także kapitałem, zależnie od tego, co z niemi rybak zrobi. Różnica bowiem między dobrem ludzkiem, a kapitałem na tem polega, że kapitał (wędka, siekiera, piła) zużywa się na to, aby pojawił się w innej formie, w formie nowego dobra ludzkiego, zwykle zaś bogactwo, nie będące kapitałem, zużywa się bez­powrotnie.
Wędka, piła - odpowiada więc dobrze definicyi kapitału, ale ryba przyniesiona przez rybaka do domu nie będzie kapitałem, jeżeli ją rybak z rodziną musi spożyć, bo wówczas zużywa się bezpowrotnie, będzie zaś kapitałem, jeżeli ją rybak wymieni na wędkę. Czy jednak rzeczywiście ryba spożyta nie pojawia się w innej formie? Przecież dzięki temu, że rybak spożył rybę będzie on mógł jutro znowu ryb nałapać - inaczej, osłabłby i stałby się niezdolnym do pracy. Powiadają niektórzy, że jeśli rybak zaniesie ryby na targ, aby kupić chleba, ryby jego również nie zamienią się na kapitał, bo zamieniły się na przedmiot, który zostanie spożyty bezpowrotnie. Ale można i tu postawić znak zapytania, albowiem i tutaj zamieniła się ona ostatecznie przez chleb na siłę użyteczną rybaka. Prędzej moglibyśmy zgodzić się z mniemaniem, że gdy rybak zamieni swe ryby na sprzęty domowe, na ubranie dla siebie i rodziny, na schronienie, które sobie powoli zbuduje za sprzedawane ryby - to wszystko to nie będzie kapitałem, bo zużywa się bezpowrotnie, nie wytwarzając nowego ani dobra ani kapitału. Ilekroć natomiast kupi on za swe ryby nowe sieci lub wędki, - wówczas przeobrażą się one w narzędzie produkcyi, w kapitał.
Czy jednak dobytek rybaka, sprzęty, dom i t. d. są naprawdę tylko bogactwem i niczem więcej być nie mogą? Nie! one wprawdzie są tylko dobrem jego, ale mogą być w każdej chwili przeobrażone w typowy kapitał. Dość, aby rybak sprzedał to wszystko i oddał otrzymane pieniądze na "procent". Pieniądze te staną się już jego kapitałem, gdyż zaczną same dawać nowe dobro, albo też nowy kapitał, jeżeli nie będą zużywane bezpowrotnie.
Widzimy z tego, że niemal każde dobro ludzkie może być przeobrażone w kapitał, ten zaś równie łatwo w proste dobro ludzkie. Kapitał mieni się w oczach: niby go niema i nagle zjawia się. Może znowu zniknąć, nie ginąc realnie, i dlatego może się znów pojawić, choć nic realnie nie przybyło. Wciąż może przeobrażać się w coś innego, co może być albo tylko bogactwem, albo także kapitałem, - z tego powodu staje się niewątpliwem, że kapitał nie oznacza wcale rzeczy konkretnej, lecz tylko pewną właściwość rzeczy. Określa on tylko pewien stosu­nek rzeczy do człowieka, a nawet pewien stosunek miedzy ludźmi.
Wyraz "dobro ludzkie" oznacza rzecz całkiem realną, zawsze dającą się odróżnić od "przyrody" tak łatwo, że rzadko można się omylić. Nie znika ono, póki nie znika rzecz sama, lub przymioty jej realne. Pozostaje czem było, nawet wówczas, gdy staje się kapitałem.
Kapitał - przeciwnie, może przestać istnieć, choć rzecz, nazywana kapitałem, nie znika. Rzecz konkretna traci tylko charakter kapitału, nie ginąc wcale, albo nabywa tego charakteru, nie powstając, gdyż była.
Gdybyż kapitał miał u wszystkich ekonomistów to jedno znaczenie, możnaby wówczas łatwo dojść do ładu. Ale gdzie tam! Istnieje cały szereg wzajemnie wykluczających się pojmowań kapitału.
W znaczeniu najstarszem, które utrzymało się aż do XVIII w., jak również w mowie potocznej, jest to tylko zasób pieniędzy, pożyczany "na procent", czyli zasób dóbr, za którego czasowe oddanie (pożyczenie) innemu pobiera się wynagrodzenie. Inne znaczenie posiada, gdy ma reprezentować jeden z trzech czynników, niezbędnych w procesie wytwarzania. Wówczas cała suma dóbr, zaoszczędzonych w produkcyi poprzedniej i zachowana dla następnej - nazywa się kapitałem.
Kapitałem może być również i to, co właściwie nie pomnaża wcale dóbr ludzkich materyalnych, ale co bywa tylko środkiem do utrzymania się osobnika, czyli co pomnaża dobra osobiste. Skrzypce np. w ręku muzyka zawodowego są kapitałem, lubo nie służą do powiększania zapasu materyalnego w społeczeństwie, lecz służą muzykowi do otrzymywania dóbr ludzkich od innych ludzi. Mamy tu zgoła nowe i sprzeczne z pierwszym pojęcie kapitału, choć dobrze uzasadnione, bo skrzypek daje innym przyjemność, dobro duchowe wzamian za dobra materyalne.

Lecz częściej rozumie się w ekonomii nie tylko pieniądz, i nie tylko czynnik wytwarzania, nie tylko rzecz, służącą do pomnażania dóbr, - ale każdy "walor", mający wartość wymienną na rynku, albo "przeznaczony do uzyskania nowych wartości". Będzie więc nim nawet umiejętność grania na skrzypcach, albo umiejętność śpiewu, albo nawet sam głos śpiewaka, czyli sam rodzaj głosu!
U Marxa jest to jeszcze coś innego. Ani wędka, ani piła nie będą kapitałem. "Nie każdy pieniądz i nie każdy towar (dobro ludzkie, rzecz zmysłowa przeznaczona do wymiany) jest kapitałem; jest to tylko substancya kapitałowa, stająca się kapitałem dopiero gdy "odbędzie pewną działalność, wymagającą dla swego ukazania się szczególnych warunków historycznych". A oto jak Kautsky określa w swej "Teoryi wartości" "Obieg kołowy: towar - pieniądz - inny towar - wtedy tylko przedstawia normalny wygląd, gdy wartość towaru ukazującego się ku końcowi sprawy równa się wartości towaru, stojącego na początku". Otóż obieg odwrotny: pieniądze - towar - pieniądze, różni się od pierwszego co do swojej istoty. Tutaj kto kupuje z zamiarem sprzedaży, ten czyni to poto, aby drożej sprzedać. Otrzymuje on przyrost. Kautsky orzeka, że tylko pieniądz, odbywający taki właśnie obieg i przynoszący wartość dodatkową jest kapitałem. "Kto to przeoczy ten uwikła się w pajęczynie sprzeczności. Kapitał można pojąć tylko ze stanowiska tego ruchu P-T-(P+p), inne pojmowania prowadzą do komunałów (?) które mogą być budujące tylko w elementarzach dla dzieci"... (rozdz. 3.) "Kapitałem jest wartość, rodząca wartość dodatkową" (czyli dobro ludzkie, rodzące nowe dobro ludzkie), ale tylko w pewnych warunkach społecznych. Co to znaczy "w pewnych warunkach?" Oto Marx uznaje za kapitał tylko taką część dóbr (uważanych przez inych za kapitał), która komuś służy do produkcyjnego zatrudniania innych na korzyść swoją, więc: o "wyzyskiwania pracy innych na rzecz własną".
Kapitałem u Rodbertusa i Marxa jest każde dobro, zapewniające posiadaczowi dochód, bez względu na jego pracę. Marx ma na widoku poprostu specyalny stosunek między osobami
Możnaby poczytywać za kapitał Marxa pieniądze, ale tylko w pewnych warunkach.
Widzimy z tych kilku przykładów, ze o ile dobro ludzkie ma granice stosunkowo wyraźne, albowiem zaczyna się tam, gdzie kończy się czysta przyroda, nie można tego powiedzieć o kapitale. Bywa on różnie pojmowany.


Wobec chimerycznej łatwości zwężania w różnym stopniu pojęcia kapitału, jako czynnej, czyli poniekąd twórczej części dobra ludzkiego, wobec wieloznaczności tego wyrazu, i trudności utrzymania się przy jednem znaczeniu w ciągu jednej pracy badawczej, wyraz ten może stać się źródłem błędów mimowolnych i trudnych do zauważenia.
Aby więc później zdać sobie należycie sprawę ze znaczenia i roli kapitału, i ograniczyć go na stałe, jeden tylko widzimy sposób. Trzeba będzie na początku pracy badawczej wyrzec się całkowicie używania zarówno tego pojęcia jak wyrazu i poprostu wszelkie dobro materyalne, bez względu na to, czy rodzi nowe dobro, lub jest przeznaczone do zużycia, uważać tylko za dobro ludzkie i za nic więcej.
Wówczas staną naprzeciw siebie tylko dwa wyraźnie określone elementy, przyroda i dobro ludzkie, dwa dobra: jedno przyrodzone, drugie wytwarzane przez człowieka, bogactwo naturalne i bogactwo ludzkie, zaspakajające w łączności wszelkie ludzkie potrzeby materyalne.
Wówczas okaże się, że dobro ludzkie, czyli bogactwo ludzkie jest poprostu więcej, niż przyrodą; jest tem, co powstaje ustawicznie z przyrody dzięki działalności ludzkiej i zaspakajając różne potrzeby lub pragnienia człowieka, - zużywa się wcześniej lub później bezpowrotnie.

3. Co przeobraża przyrody w bogactwo?

W dążeniu do najprostszego określenia bogactwa ludzkiego podnieśliśmy dopiero tę cechę, której ekonomiści nadają wartość decydującą, mianowicie, że to "połączenie przyrody z pracą ludzką", ale ta cecha, niestety, nie wystarcza. Gdyby wystarczała, mielibyśmy pełne prawo mówić również o bogactwie zwierząt. Ryby, pochwycone przez wydrę, byłyby bogactwem wydry, orzechy, zebrane przez wiewiórkę na porę zimową, byłyby bogactwem wiewiórki, a miód i wosk bogactwem pszczoły, bo wszędzie do przyrody przyłączyła się celowa praca wydry, wiewiórki lub pszczoły. Rozprawianie o bogactwie, jako o rzeczy, charakteryzującej wyłącznie człowieka, byłoby zbytecznem, bo połączenie przyrody z pracą zwierzęcą istnieje i w świecie zwierząt, lubo w postaci najprostszej. Aby "bogactwo" ludzkie scharakteryzować - trzeba zwrócić uwagę na tę okoliczność, że nie jest ono potrzebne z punktu widzenia przyrodniczego, zoologicznego. Mogłoby ono wcale nie istnieć, i to całkiem bez szkody dla istnienia gatunku Hominis. Wszak ród ludzki wcale nie wytwarzał bogactwa przez niezmiernie długi okres swego bytu, powiedzmy przed-człowieczego, i przetrwał równie dobrze ten okres, jak wszystkie zwierzęta. Działalność tedy, której produktem bogactwo, może być, ale może i nie być wywierana na przyrodę, - tymczasem działalność zwierząt, którą musielibyśmy zrównać z ludzką, jest niezbędna dla istnienia indywiduów. Wytwarzanie "bogactwa" nie jest zatem czynnością naturalną w znaczeniu przyrodniczem, nie stanowi dla gatunku ludzkiego kwestyi życia, bo możnaby i dziś żyć w lesie samemi płodami natury, jak żył ród ludzki przez liczne lat dziesiątki tysięcy, jak żyją równie dobrze nieprzeliczone gatunki zwierzęce, napełniające lądy i wody.
A więc, jeżeli nie jest produktem naturalnym, płynącym z czynności organicznych, czyli zwierzęcych, - musi płynąć z czynności... nadzwierzęcych, a, co za tem idzie, zaspokajać potrzeby nad-zwierzęce.

Powtarza się w ekonomii komunał, że bogactwo - jest to połączenie "przyrody", czyli materyi oraz sił naturalnych z "pracą ludzką", z trudem ludzkim. Skoro jednak "praca" zwierząt nie wytwarza nic, coby było produktem nadnaturalnym, nic, coby miało zaspokajać potrzeby nad-zwierzęce, - owszem, skoro trzyma się wszędzie i ciągle w granicach zaspakajania potrzeb czysto zwierzęcych, przeto wniosek prosty, że "praca" ludzka musi się czemś różnić od pracy zwierząt, i to zasadniczo, bo wytwarza coś, jakgdyby "więcej niż przyrodę", coś niepotrzebnego z punktu widzenia przyrodniczego
Połączenie orzechów - z praca wiewiórki - nie daje "więcej niż przyrody", bo służy do zaspokojenia wyłącz­nie organicznej zwierzęcej potrzeby. Połączenie nektaru kwiatowego i materyi woskowych z pracą pszczoły - również nie daje bogactwa, lecz tylko "zapas" miodu i wosku, potrzebny do zaspokojenia wyłącznie zwie­rzęcych potrzeb wyżywienia się i wyżywienia potomstwa.
Ale człowiek, prócz zaspakajania potrzeb fizyologicznych przetwarza jeszcze przyrodę na mnóstwo przedmiotów, zgoła nie tym potrzebom służących. On wytwarza z przyrody ogromną rozmaitość przetworów, i tej właśnie nie widzimy w rzekomem bogactwie zwierząt jednego gatunku.
Co więcej, bogactwo ludzkie krąży - od ludzi do ludzi. Przyczyną jednak krążenia nie może być "praca" uwięzła w dziełach ludzkich, tylko rozmaitość form i przeznaczeń tego bogactwa. Lecz skądże się bierze owa rozmaitość i dla czego sprowadza krążenie? Z pewnością nie z "pracy", bo sam dodatek pracy do przyrody nie może być jeszcze warunkiem rozmaitości dzieł pracy, a już tem mniej krążenia. A więc płynie z rozmaitych sposobów pracowania i z rozmaitości potrzeb. I nie tylko to, bo rozmaitości potrzeb powinny zadośćuczynić rozmaite sposoby pracowania, stosowane przez tegoż samego osobnika w miarę chęci zadawalania coraz innych potrzeb swoich.
Krążenie jest dowodem, że osobniki uważają za stosowniejsze, czy dogodniejsze wymieniać między sobą różne owoce swej pracy, aniżeli wszystkim swym potrzebom ludzkim osobiście czynić zadość.
Już tego, cośmy tu powiedzieli, wystarczy, aby spostrzedz, że kwestya "pracy" i "bogactwa" dziwnie się nam pogłębiła i zaciemniła. Bogactwo ludzkie mogłoby nie istnieć bez szkody dla istnienia rodu ludzkiego, - a jednak nie tylko wciąż jest wytwarzane, lecz nawet w coraz większej ilości, i każdy czuje się. nieszczęśliwym, doznając braku jego. Bogactwo jest niby kwestyą "pracy", a jednak nawet ci, co "pracują" pilnie, bywają nierówno w bogactwo uposażeni, przytem jest go na ogół więcej, niby być powinno, ważąc prostym rozsądkiem. Wszak produkty pracy zwierzęcej zostają w prostej i nieubłaganej zależności od środowiska naturalnego (i od sił zwierzęcia), np. większy urodzaj na kwiaty - więcej miodu i wosku, gorszy urodzaj, mniej jednego lub drugiego, albo obu razem. Ale z ludzkiem bogactwem tak się nie dzieje. Nawet w środowiskach, jednako uposażonych od natury, widzimy w różnych czasach nie jednakowo obfite wytwarzanie bogactwa. Ilość jego może wzrastać wśród ludzi pomimo wzrastającego zużywania. Rzekłbyś, że sił ludzkich przybywa, a przecież ludzie nie stają się ani silniejszymi, ani tak bardzo pracowitszymi, niż dawniej.
Już z samych poruszonych tu faktów wypływa wniosek, że człowiek musi być czemś innem, niż zwierzę, i to czemś więcej niż zwierzę.

Dla czego "więcej"? Oto dla tego, że jeżeli podzielimy świat, otaczający człowieka na dwie części, na czysta przyrodę i na "więcej, niż przyrodą", którą nazwaliśmy bogactwem, zostaje nam już tylko sam człowiek i rodzi się wtedy pytanie: co mamy uczynić z nim samym? W której przegródce go umieścić? Czy mamy zaliczyć go do przyrody, czy też do "więcej niż przyrody"?
Wychodząc ze stanowiska przyrodniczego nie mamy prawa zaliczać człowieka do "więcej niż przyrody", boć przecież, jako organizmy, jesteśmy wszyscy dziełem tajemniczej potęgi naturalnej, którą nazywamy życiem, a która powołuje do istnienia zarówno trawkę i robaczka, jak człowieka w łonie matki i odnawia wciąż wszystkie postaci żywe, czyniąc z nich formy, pomimo znikomości indywidualnej, tak trwałe, jakby były nieśmiertelne. Ale z drugiej strony - niepodobna znowu zaliczyć człowieka do czystej przyrody, albowiem wówczas wypadłoby całą produkcyę ludzką, którąśmy tylko co zazwali "więcej niż przyrodą", - uważać wprost za "dzieło przyrody". Ujęcie bogactwa ludzkiego w charakterze "przyrody" zatarłoby wszelkie różnice między rzeczami, których wzajemny stosunek usiłujemy rozpoznać. Zamknęlibyśmy się w błędnem kole ogólników. Mniejsza, że produkt ludzki: kaszę i chleb wypadłoby nazwać tak samo czystą przyrodą, jak żyto, dziko wyrosłe bez interwencyi ludzkiej, mniejsza, że wszystkie rośliny uprawiane i uszlachetnione długowiekową pracą pokoleń ludzkich musielibyśmy zrównać z roślinami dzikiemi. To jeszcze nie razi, ale któż zgodziłby się książkę, zegarek i maszynę parową uznać za dzieła przyrody? Wszak one nie rodzą się same, nie są wcale także jakimś bezwiednym produktem ciał naszych, któryby powstawał z taką koniecznością procesu fizyologicznego, z jaką powstają żołędzie na dębie. A więc... zaraz na samym wstępie rozważań rzuca się nam w o czy nadzwyczaj osobliwy charakter "człowieka". Z punktu widzenia przyrodniczego, zoologicznego, jest to przecież organizm, jak wszelkie inne, a jednak... rola jego w przyrodzie nie ogranicza się do roli wszystkich innych organizmów, które nic nie tworzą, albo tworzą wiecznie to samo z bezwiedną koniecznością żywej machiny.

Tymczasem człowiek nie dość, że tworzy, ale tworzy rozmaitość, nie dość, że tworzy rozmaitość, on wytwarza ją coraz to inną i coraz to więcej. Niedość i tego. On z postępem czasu tworzy coraz większe dzielą, będące już owocem zbiorowych wysiłków wielkiej ilości osobników - tak, że nie można już twierdzić, aby je "człowiek" tworzył - bo je tworzy zbiorowość. Człowiek przestał wystarczać sobie, a natomiast stał się użyteczny innym i dopiero przez to sobie samemu. Wzajemna użyteczność ludzi komplikuje się i wzrasta nieustannie. Wiele dzieł bywa owocem kolejnej pracy długiego łańcucha pracowników, a tego wszystkiego wcale nie widzimy wśród zwierząt. Wiewiórka nie pożąda wcale bogactwa wydry, wydra nie dba o orzechy. Czego sama nie zdobędzie - tego jej nie dostarczą inne gatunki. Dobra zwierząt nie podlegają wymianie międzygatunkowej, jak również wymianie w obrębie gatunku, bo z wymiany rzeczy jednakowych nie spłynęłaby żadna korzyść.
Cóż za czynnik szczególny tkwi w człowieku i tylko w człowieku, dający skutkiem oddziaływania na przyrodę "bogactwo"?
Pytanie to nawskroś gospodarcze i wypada zwrócić się o rozwiązanie jego do ekonomistów. Otóż ci, począwszy od Adama Smitha, dają nam odpowiedź bardzo zgodną i stanowczą. Całe to dziwnie urozmaicone bogactwo ma być owocem pracy ludzkiej, wykładanej na przeobrażenie materyału, dostarczonego w gotowym stanie przez przyrodę, - w dzieło ludzkie.
W tych warunkach zdaje się, że nie popełnimy ani naiwności, ani niedyskrecyi, stawiając sobie pytanie: więc cóż jest praca ludzka, czemże ona się różni od pracy zwierząt, nie dającej bogactwa?
« Last Edit: (Tue) 12.08.2014, 14:46:47 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kapitał - Erazm Majewski
« Reply #1 on: (Tue) 18.03.2014, 14:21:05 »
CZĘŚĆ DRUGA Rozbiór i korekta pojęcia pracy.

4. Co to jest praca?

Co to jest praca w ogólności jako pojęcie przyrodnicze, o tem poucza nas fizyka. Pokonanie jakąś siłą jakiegoś oporu nazywa się w fizyce pracą. Praca będzie tem większą, im większy pokonała opór. Może ona być mierzona iloczynem siły i drogi. W mechanice za jednostkę do mierzenia pracy wykonanej przyjęto ilość siły (pracy), pokonywającej opór jednostki siły (kilogram) na długość jednostki drogi (metr). Taką jednostkę pracy nazywa się kilogramometrem.
Przeprowadzając odpowiednie zamiany sił na siły, można za pomocą tej jednostki wyrażać i mierzyć pracę nie tylko martwych sił przyrody (np. ciśnienie wody na koło młyńskie), ale i pracę zwierząt, a nawet człowieka, zajętego pracą niemal czysto fizyczną. Można np. wyrachować średnią ilość pracy, którą zdolny jest wydać człowiek w określonym czasie. Absolutne np. maximum pracy mężczyzny, ważącego 70 kilogramów, idącego po równej drodze z ciężarem 18 kilogramów z szybkością l metra na sekundę, wynosi w ciągu 8-iu godzin 43.200 kilogramometrów pracy użytecznej, to znaczy pracy czystej, zostającej po potrąceniu pracy, niezbędnej do unoszenia własnego ciała. Zbytecznem byłoby podkreślać, że mowa tu o pracy fizycznej ludzkiej, czyli o sile ciała, pokonywającej opory fizyczne.

Zachodzi zatem pytanie: czy taką prace, "użyteczną" mamy rozumieć pod ekonomicznym terminem pracy ludzkiej ?
Nie! Gdyby praca ludzka była tem samem, czem "praca" choćby zwierząt (konia lub wołu), byłoby w najwyższym stopniu dziwnem, czemu zwierzęta dzikie (t j. wolne), które rozporządzają siłami swych ciał, nie wytwarzają dla siebie samych kapitału lub choćby bogactwa własnego. Praca ludzka musi zatem różnić się czemś zasadniczem od pracy zwierząt.

Smith określił ją mianem industry, co oznacza przedewszystkiem "pilność", "pracowitość" i nie odpowiada ściśle ani wyrazowi Arbeit, ani travail, ani polskiemu praca. Ale i ten wyraz zawiera w sobie to, co mieści się również i w "pracy" wielu zwierząt, podawanych ludziom już od czasów zamierzchłych za wzór pilności, pracowitości i przemyślności.
Czemuż człowiek przewyższa owe pracowite zwierzęta w rezultatach, choć nie dorównywa w zaletach?
Dla pojęcia Smithowskiego "industry" wytworzył się u nas wyraz przemysł, ale nie odpowiada on wiernie angielskiej treści wyrazu Smithowskiego, choć lepszy jest zapewne od niemieckiego nic nie mówiącego wyrazu "Arbeit" lub francuskiego "travail". Zapewne też wskutek tego wyraz angielski przeszedł żywcem do francuzczyzny i niemczyzny, chociaż, rzecz dziwna, oznacza tam już co innego, na miejscu zaś "industry" Smitha pozostawiono Arbeit i travail. Nasi ekonomiści, wzorując się ślepo na niemieckich wzorach, również wprowadzili w użycie na miejsce "industry" czysty wyraz "praca", lub "praca ludzka", przyczyniając się tem z punktu do zaciemnienia pojęć. Właściwszem bowiem od tego byłoby już określenie: "działalność produkcyjna", bo nie narzuca nam już tak czysto mechanicznego pojęcia, jakie nasuwa wyraz "praca". Ciekawą więc będzie rzeczą, jak też określa pracę ludzką antagonista Smitha, Marx, u którego mamy prawo spodziewać się określenia ścisłego i głębszego, skoro "pracę" uczynił źródłem wszystkich dzieł ludzkich.
Praca ludzka, powiada Marx, jest to zużywanie siły roboczej ludzkiej. Zdawałoby się że jest to już coś innego, niż siła - praca mechaniczna, ale gdy pod siłą roboczą pojmuje się zwykle energię użyteczną, wydawaną przez ciało żywe albo machinę na pokonywanie oporów zewnętrznych, to trzeba przyznać, że określenie Marxa jest co najmniej zbyt ogólnikowe i przez to wcale nie jasne. Zdaje się ono mówić, że praca ludzka jest użytecznem wydawaniem, czyli spożytkowaniem siły fizycznej osobnika, i możnaby też oczekiwać, że nasz ekonomista ma na myśli tylko siłę fizyczną, (tkwiącą w człowieku, jako w motorze), ale w rzeczywistości jest inaczej. Pod "siłą roboczą" ludzką, rozumie Marx "świadomą i celową działalność ludzką", albo "świadomą czynność w celu wytwarzania".

Jest to oczywiście coś znacznie więcej od prostej siły roboczej, którą wydaje także każdy silnik (motor) mechaniczny, ale, niestety, jest to również niewiele mówiący ogólnik i należy sobie z tego zdać sprawę w całej pełni.
Przedewszystkiem wypada podnieść okoliczność, że świadomość i celowość są warunkami niezbędnemi i przy wykonywaniu czynności nawet czysto mechanicznych przez nie-maszynę, czyli przez istotę żywą. Pracownik, pozbawiony świadomości musiałby być zupełnym automatem, gdyż tylko maszyny "pracują" bez świadomości i celowości. Organizm gdyby mógł zniżyć się dokładnie do roli automatu, już po kilku sekundach podobnej pracy, stałby się niezdatny do dalszej pracy dla jednego z tysiąca możliwych powodów. Przewróciłby się, pokaleczył lub zabił. Człowieka tedy bez świadomości wprost niepodobna sobie wyobrazić przy czynności użytecznej.
To samo dotyczy celowości, lubo należy zaznaczyć, że i celowość jest określeniem zbyt ogólnikowem gdyż może mieć metę bardzo krótką lub odległą. W pierwszym razie ludzka praca (działalność) celowa wcale nie będzie się różnić od pracy zwierzęcej, w drugim, może ją przewyższać, jak to mówią, o cale niebo.
Gdy tedy ekonomista nasz nie określił bliżej stopnia czy granic świadomości i celowości, niezbędnych, ale i dostatecznych w pracy ludzkiej, to w jego pojęciu "pracy ludzkiej" mieści się dobrze wszelkie ich minimum, niezbędne, ale i dostateczne przy pracy nawet fizycznej, np. przy najprostszem przenoszeniu ciężaru po równej drodze.
Dopiero, gdy tę okoliczność uwzględnimy, spostrzeżemy, jak niewiele odróżniają prace ludzką od pracy zwierząt oba warunki "pracy ludzkiej", wymienione przez Marxa.
Można się zgodzić i na taką definicyę, ale pod tak pojętą pracą, albo siłą roboczą trzeba rozumieć i wolno brać tylko to, co się w definicyi mieści, jako konieczny składnik, i nic nad to, jeżeli mamy się trzymać drogi rzeczywiście naukowej, zapewniającej nadal ścisłość rozumowania.
Pytamy teraz, czy ekonomiści nasi, Smith, Marx i inni operują w rozumowaniach swoich tylko tak ciasnem pojęciem siły roboczej ludzkiej? Nie!
Jeśli dozorca robotników, zajętych pracą, stoi tylko w polu i czuwa, to zajęcie jego Smith z Marxem uważają także za pracę, mimo, że dozorca właściwie nie wykonał żadnej "użytecznej" pracy mechanicznej. Za pracę tedy uważa się nie tylko wydawanie fizycznej energii "użytecznej", lecz pracę użyteczną jakąkolwiek, choćby była najsłabiej produkcyjna fizycznie, a nawet choćby wcale nie dawała się wyrazić w kilogramometrach.

Wypada więc stwierdzić, że ekonomiści operują pojęciem bardzo źle ograniczonem, nieokreślonem, i tak niewyraźnie zdeterminowaną "siłę roboczą" (czy "prace"), uważają za jedyne, (oprócz przyrody), źródło bogactwa i kapitału. Jeszcze więc raz mamy pełne prawo postawić dwa skromne pytania. Naprzód: czemu żadne zwierzę nie zdobyło się na wytworzenie czegoś analogicznego do kapitału, a choćby tylko do bogactwa ludzkiego (choć wszystkie posiadają świadomość i celowość, wystarczające im w pełni do egzystencyi), a następnie drugie: czem ludzka praca przewyższa od pewnego czasu przedhistorycznego wszelkie prace zwierzęce? Bo przecież, lubo stała ona dawniej niewątpliwie na poziomie działań zwierzęcych, gdyż nie dawała w wyniku "bogactwa", to przecież - przeobraziła się od pewnego czasu w kapitałodajną, a następnie staje się, coraz łatwiej kapitałodajna?
Jeżeli bowiem nawet pracę fizycznie nieprodukcyjna tylko co wspomnianego dozorcy nazwaliśmy pracą i nazwaliśmy słusznie, to jeszcze i taka praca nie zawiera, sama przez się, nic takiego, czego by brak było w pracy zwierzęcej. Przecież i zwierze pracuje często w podobny sposób, niby nie czynny. Lis czy lew nie tylko wówczas pracują na życie, gdy gonią zdobycz albo gdy jej szukają, czyli gdy wydają nazewnątrz energie fizyczną, ale i przez te długie godziny nieruchomego czuwania (czatowania), które poprzedzają zwykle osiągniecie celu czuwania. Więc nawet zwierząt praca różni się od pracy maszyn istnieniem w niej tej samej cechy, którą ekonomiści przypisują pracy ludzkiej, mianowicie "świadomości oraz celowości".

Odrzekną nam zapewne, iż w pracy ludzkiej tkwi więcej świadomości i celowości, niż w zwierzęcych. Jakkolwiek tego rodzaju dodatek rujnuje już ścisłość poprzedniego określenia pracy, bo tam wcale nie powiedziano, ile świadomości i celowości czyni z pracy ludzkiej coś specyficznie ludzkiego, to i ten dodatek nie pomaga jeszcze wcale do dokładnego rozróżnienia obu "sił roboczych", zwierzęcej i ludzkiej, gdyż ani wskazuje skąd się bierze owo "więcej", ani co ono wnosi do pracy, ani co ten dodatek wart, jako źródło bogactwa. Podkreślić przytem należy, że w pojęciu pracy ludzkiej u większości ekonomistów zawarta jest w założeniu i definicyi tylko i je­dynie jakaś przeciętna siła robocza ludzka, której nie usiłowano szczegółowiej analizować.
Tak jest rzeczywiście i tego nie kryją ekonomiści szkoły Marxa. Oni nie tylko nie usiłują rozróżniać, gatunkować czy stopniować różnych prac ludzkich, ale je nawet rozmyślnie generalizują. Marx w rozdz. 4-m "Kapitału" powiada, że "siłą roboczą jest suma sił fizycznych i umysłowych, zawarta w ciele człowieka, którą tenże musi wprawiać w ruch dla wytwa­rzania przedmiotów użytecznych". "Jednak wszelka siła robocza osobnika, powiada znów Kautsky za Marxem, w tem jest podobna do każdej innej, że posiada charakter przeciętnej siły społecznej". "Cała siła robocza społeczeństwa, zawarta we wszystkich wartościach (dobrach ludzkich), powinna być uważana za jedna prostą siłę, pomimo, że składa się z niezliczonych sił osobnych".
Trzeba tedy stwierdzić, że nie szukano i nie uwzględniano w pracy ludzkiej nic specyficznego, czegoby brakło w pracy zwierząt, która nie daje bogactwa, czy też kapitału. Jeżeli nawet ową specyficznością ma być pierwiastek psychiczny, to i jego uwzglednienie nie rozstrzyga jeszcze o niczem w koncepcyi naszych ekonomistów, albowiem pierwiastek psychiczny tkwi również w pracy zwierząt, ilość zaś jego oraz jakość w ludzkiej sprowadzono, bez osobnego oceniania, do jednej przeciętnej. Zostawiono więc całkowicie bez odpowiedzi kwestyę, czem oraz do jakiego stopnia siła robocza (praca) ludzka różni się od pracy zwierząt, jak również nie zatroszczono się o zbadanie, czy można wprowadzać pojęcie przeciętności do różnych prac ludzkich. Wobec wstrzemięźliwości co do pierwszego pytania - musimy wyrazić domysł, że jednak w pracy ludzkiej kryje się taki czynnik, którego całkiem brak w zwierzęcej, i jego właśnie obecność decyduje o różnicy skutków pracy ludzkiej, że istnieje jakiś czynnik, którego nasi ekonomiści nie uwzględnili w obrachunkach, choć objęli ogólnikowo w definicyi, a to nie może być uważane za ścisłą metodę. Nie ulega wątpliwości, że połączyli w jedno wydatek energii fizycznej, dający się obrachować i mierzyć, z wpływami strony psychicznej, nie dającej się mierzyć.
Rewizya tedy panującego w ekonomii pojęcia "pracy ludzkiej" daje nam w rezultacie wielkie niewiadome.
Ponieważ jednak jest to pojęcie tak ważne, jak może żadne inne, nie mamy prawa zniechęcać się pierwszem niepowodzeniem. Musimy starać się odszukać w pracy ludzkiej czynnik, różniący ją od pracy zwierząt, a wymieniony u ekonomistów bardzo niedokładnie i ogólnikowo pod nazwą "świadomości i celowości".

5. Czem "praca" ludzka różni się od zwierzęcej?

Istnieje pewna poważna sprzeczność u samych podstaw Ekonomii, bardzo więc być może, że w niej kryje się coś, co rzuci światło na wyjątkowy charakter pracy ludzkiej.

Przyjęło się powszechnie orzeczenie Smitha, że jedynem źródłem bogactwa (i kapitału) jest (na tle przyrody) praca ludzka (industry), ale równocześnie utrzymuje się stale twierdzenie, że w procesie wytwórczym ludzkim niezbędne są trzy czynniki; przyroda, praca ludzka i kapitał.
Cóż jest prawdą? Jeżeli praca ludzka ma być jedynym czynnikiem, wytwarzającym dobro ludzkie z przyrody, to wówczas kapitał powinien być zbyteczny, jeżeli zaś kapitał jest niezbędny, to sama praca nie może już być nazywana jedynym czynnikiem obok przyrody.

Rozstrzygnięcie tej sprzeczności nie trudne. Że kapitału niegdyś nie było, choć istniał już człowiek, to nie może ulegać wątpliwości. Sam więc fakt, że musimy kapitałowi wyznaczyć początek, późniejszy od zjawienia się człowieka, nadaje "pracy" wagę pierwszorzędną. I w istocie, gdzieś, choćby w najodleglejszej przeszłości, musimy sobie wyobrazić człowieka, pozbawionego jeszcze kapitału (materyalnego dobra ludzkiego), i musimy uznać, że taki właśnie człowiek wytworzył pierwszy kapitał. Czemże go zdobył? Oczywiście, że własną tylko "pracą", choćby nawet z dodatkiem "oszczędności", jak chce tego Adam Smith. W takim razie zjawia się pytanie: jakiem prawem wolno twierdzić, że człowiek późniejszy nie władny jest uczynić tego samego? Skoro kapitał (dobro ludzkie) nie był konieczny w początkach człowieczości, to tembardziej nie może być niezbędny później, albowiem człowiek, ogólnie, nie cofa się przecież w uzdolnieniach, więc do czego był zdolny niegdyś, do tego tem bardziej musi być uzdolniony na dalszych szczeblach rozwoju.
Kapitał więc nie może być uważany za niezbędny czynnik w wytwarzaniu bogactwa. Ale gdy odrzucimy jego niezbędność, staje się, rzeczą w najwyższym stopniu niezrozumiałą, dla czego jeden tylko człowiek (jako gatunek zwierzęcy) wytwarza kapitał (bogactwo ludzkie) "pracą" własną, żadne zaś zwierzą nie zdobyło się na produkcyę czegoś analogicznego? Wprawdzie, moglibyśmy orzec - że owszem, i zwierzęta niektóre wytwarzają dla siebie swoje dobro, jak np. pszczoły, mrówki i t. d., ale wypada zaznaczyć, że bogactwo zwierząt (bo nawet plastrów wosku i produktów mrówek nie podobna oznaczać mianem kapi­tału), różni się tak mocno od ludzkiego, iż co najwy­żej może być uważane za postać zarodkową właś­ciwego bogactwa.
Cecha produkcyi zwierzęcej jest jednakowość produktów w obrębie gatunku, polegająca na jednakowości narzędzi (członków ciała). Czyni ona zbytecznem krążenie czyli wymianę produktów, cechujące bo­gactwo ludzkie, które jest rozmaitością.
Zdawałoby się, że łatwiej będzie wytłumaczyć sobie wyjątkowość bogactwa ludzkiego, gdy przypuścimy, że mają słuszność ci ekonomiści, którzy uważają jakiś kapitał, choćby najmniejszy, za niezbędny do tworzenia bogactwa. Za taki wielu ekonomistów poczytuje narzędzia sztuczne, których nie znają zwierzęta. Wielu uważało przecież ostry krzemień w ręku człowieka za najpierwotniejszy kapitał, albowiem krzemieniem tym sporządził on pierwszy przedmiot użyteczny, choćby narzędzie sztuczne. Powiększając w ten sposób swój kapitał, mógł wytworzyć coś użytecznego w nadmiarze. Zaoszczędzenie bogactwa i zamiana własnego dzieła na inne dzieło innego osobnika pozwoliły już stopniowo zdobywać coraz nowe i coraz rozmaitsze dobra.
Lecz i tutaj dostrzegamy nową trudność zasadniczą, której ani Smith, ani jego następcy nie rozwiązali.
Gdy wyjdziemy z ich założenia, pozostanie zagadką: dla czego taki sam ostry krzemień, choćby tylko porzucony przez człowieka, a znaleziony przez małpę, nie stał się pierwszem narzędziem-kapitałem w jej ręku?

Skoro "praca" produkcyjna, świadoma i celowa, praczłowieka starczyła do powiększenia jego pierwszego, nader drobnego bogactwa (kapitału), to powinnaby do tego samego wystarczyć praca małpy równie świadoma i celowa, jak praca pra-człowieka, to znaczy: jeszcze nieczłowieka. Kapitał małpy, choćby równie skromny, jak ludzki na początku, powinienby rozrastać się i rozwijać, choćby nawet powolniej, - tymczasem nic podobnego nie zaszło. Wiemy, do jakich wyników doprowadziła "praca" ród ludzki, gdy ani małpy, ani pszczoły, ani żadne zwierzęta, nie ruszyły nawet z miejsca.
Powiedzą nam może, iż w pracy ludzkiej tkwi więcej elementu psychicznego - i to stanowi o różnicy skutków, chcąc jednak kroczyć po gruncie pewnym, musimy zaznaczyć, że rozważamy tutaj początki bogactwa, a zatem taką epokę, która być może ciągnęła się lat tysiące, ale w której człowiek nie miał w sobie elementu psychicznego więcej, niż inne, blizkie mu organizacyą zwierzęta. Homo non erat sapiens. Dziś nie możemy sobie już inaczej przedstawić przeszłości człowieka. Nie ulega wątpliwości, że wyrósł on ze wspólnego pnia ze zwierzętami, więc psychika jego rozwijała się z tego samego poziomu, na którym stały i stoją dotychczas inne jestestwa. Jeżeli więc powiemy, że człowiek bogactwo swoje zawdzięcza psychice wyższej od zwierzęcej, to obalamy już podstawy ekonomii dzisiejszej, która nietylko głosi, że jedynem źródłem bogactwa praca ludzka, ale równocześnie niewiele troszczy się o element psychiczny specyalnie ludzki, albowiem topi go w "przeciętnem" pojęciu pracy fizycznej i umysłowej. Wprawdzie nikt z ekonomistów nie zaprzecza temu, że umysły ludzkie różnią się między sobą jakościowo oraz ilościowo, ale w ekonomii klasycznej, zwłaszcza Marxa, różnic indywidualnych nie bierze się w rachubę. "Wszystkie siły robocze ludzkie powinny być uważane za jedną prostą siłę". - Oto zasada prosta i wcale niedwuznaczna w zapatrywaniu się na udział psychiki w pracy ludzkiej.

6. O niejasności pojęcia pracy ludzkiej.

Gdy w poszukiwaniu miary porównawczej dla różnych wytworów ludzkiej działalności wyłoniła się kwestya wartości dzieł wymienianych, Smith zawyrokował, że skoro źródłem produktu jest praca ludzka, przeto tylko ona może być źródłem wartości produktu, a zatem również tylko praca może być miarą wartości.
Orzeczenie, że "wartością przedmiotu, który pragnę wymienić na co innego, jest ściśle równa ilość pracy, dająca się za ów przedmiot nabyć lub w działanie wprawić", stało się już dogmatem w ekonomii.

Wprawdzie Smith nie rozstrzyga w jaki sposób ma być mierzona praca jednego człowieka, aby za nią sprawiedliwie mógł otrzymać równa ilość pracy innego. Głęboki ten myśliciel spostrzegł, że jest to zadanie niezmiernie trudne, więc, nie chcąc siebie ani innych w błąd wprowadzać, zrzekł się zadania ponad siły. Ponieważ zaś jego ideą przewodnią była wolność ludzi, przeto uznał, że najwłaściwiej będzie zostawić każdemu swobodę w ocenianiu swej pracy, albowiem niekrępowane współzawodnictwo najlepiej ureguluje wymianę produktów oraz ich cenę. Mianowicie wszelka przesadna ocena spotka się z oporem pod wpływem, mniej wygórowanych wymagań ze strony innych producentów i musi uledz słusznej obniżce.
Inaczej odnieśli się do tej sprawy późniejsi ekonomiści pozytywni, Ricardo, a zwłaszcza Marx. "W imię tej samej zasady wolności ludzi (a zarazem równości ich, którą zresztą uznawał i Smith), a zarazem w dążeniu do zaprowadzenia sprawiedliwej wymiany pro­duktów, szukają oni powszechnego i stałego miernika do oceny dzieł ludzkich, podlegających wymianie. Nie chcą pozostawiać wytwórcom swobody w ocenianiu własnych wytworów według ich widzimisię, ani czekać, aż dopiero wolna konkurencya postawi tamę ich egoi­stycznej chęci otrzymania więcej, niżby należało.
Omijając nieprzezwyciężone przeszkody, nastręczające się w tym względzie, obrali za miernik "czas pracowania" i stało się to epokowem zdarzeniem w nauce. Nazywa się to do dziś wielkiem odkryciem ekonomicznem.
Rozumowanie było proste i przekonywające. Pracowanie jest źródłem produktu, pochłania ono siły i czas, więc czas, poświecony pracy, wszystko jedno już jakiej, jest źródłem produktu. A skoro tak, przeto należy wszelką pracę osobników oceniać tylko długością jej trwania i miarą czasu pracy mierzyć wartość wytworów. Według Marxa, każda rzecz, wytworzona przez człowieka, ma tylko jedną stałą i istotną wartość, wartość ludzkiego czasu roboczego.

Wprawdzie zaraz nastręczała się. wielka przeszkoda do mierzenia miarą czasu wyników nawet najmniej złożonej pracy. Nawet jeżeli uznamy godziną pracy za stałą jednostkę, mogącą służyć za miarę pracy, to czyż czas trwania pracy może decydować o ilości trudu, rzeczywiście zużytkowanego? Wszak pracowity lub zręczny wytwórca wykona w ciągu godziny to, na co nieudolny, niewprawny, powolny albo leniwy zużyje trzy godziny, albo nawet więcej.
Czyż w wyrobie nieudolnego, powolnego lub leniwego będzie rzeczywiście tkwić trzy razy więcej pracy, przeobrażonej w realne bogactwo, niżeli w wyrobie pilnego lub sprawnego? Czyż wytwór pracownika leniwego będzie miał istotnie trzy lub cztery razy większą wartość od wytworu pracowitego? Czyż sam czas pracy może być zarówno miernikiem, jak źródłem wartości produktu? Nigdy! Zauważył to sam Marx, że czas, zużyty na wykonanie takiego samego dzieła w tych samych warunkach przez dwóch lub więcej ludzi, może być różny w bardzo szerokich granicach. Jakże tedy utrzymać powagę miernika z trudem odnalezionego?
Okazało się niezbędnem dla uratowania cennej zasady obstawić odrazu cenną miarę zastrzeżeniami praktycznemi. Z takiej potrzeby zrodziło się pojęcie "przeciętnej pracy społecznej". Oto jak rzecz Marx formułuje: "Społecznie potrzebną pracą jest czas pracy, wymaganej do wytworzenia pewnego użytecznego przedmiotu przy istniejących społecznie normalnych warunkach produkcyi i społecznie przeciętnym stopniu uzdolnienia oraz natężenia pracy".

Potworek cudowny, "praca ludzka", przeobraził się tedy w równie cudowny i kameleonowy "przeciętny czas pracy", a chociaż miewa on w praktyce bardzo różną wartość, bo zależy nie tylko od pilności, ale jeszcze od zmiennych warunków produkcyi, od zmiennego uzdolnienia osobników i zmiennego natężenia pracy, oparła się - na zastosowaniu podobnego miernika cała budowa społecznego systemu Marxa i nie tylko jego zwolenników, ale ogromnej większości ekonomistów spółczesnych. Gdy zaś lepszej miary do oceny wartości zamiennej produktów ludzkich nie odszukano, więc wytłumaczono sobie, że nie jest to potrzebne również do oceny różnych rodzajów pracy. Uznano, że zastosowanie metody mierzenia użytecznej działalności ludzkiej czasem jej trwania zapewni najsprawiedliwszy podział dóbr między ludźmi. Przy takiej metodzie wartość wymienna wszel­kich niepodobnych do siebie produktów, inaczej trudna do odnalezienia, będzie sprowadzona do czasu pracy koniecznego, którego obrachowanie jest rzeczą wykonalną. Skoro nie możemy pracy mierzyć kilogramometrami, gdyż w takim razie wypadłoby pracę dozorcy robotników szacować bez porównania niżej od pracy samych robotników, pracę inżynierów niżej od pracy drwala, wreszcie pracę zegarmistrza niżej od pracy kowala podków, przeto trzeba pracę mierzyć tylko czasem jej trwania, wartość zaś wytworów, czasem, niezbędnym do ich wytworzenia. Przy takiej zasadzie nie może być już więcej mowy o krzywdzie jednych, nieprawym zaś zysku innych.
Teorye Smttha i Marxa, powtarzam, są tak konsekwentnie zbudowane na tem zasadniczem rozumowaniu, ze musiałby olśnić nadzwyczajną prostotą i ścisłością zarówno umysły głębokie, jak kierujące się tylko prostym zdrowym rozsądkiem. Nie zostawiają żadnych wątpliwości, wszystko tłumaczą, na każdą kwestye mają gotową odpowiedź, popartą ścisłemi rachunkarni.
A jednak, czemże się to dzieje, ze żadna z tych teoryi nie zapanowała nad umysłami? Czemu zresztą z tej samej podstawowej koncepcyi pracy Karol Marx wyprowadził wskazania praktyczne, wprost przeciwne Smithowskim, i do dziś nikt nie poprzestaje na wynikach osiągniętych, lecz jedni poprawiają Smitha, inni rewidują i poprawiają Marxa, jeszcze zaś inni szukają całkiem nowych podstaw i wyjaśnień?
Główna przyczyna tego spoczywa właśnie w niejasności, jaka tkwi u podstawy, w samem pojęciu pracy ludzkiej. "Praca produkcyjna", albo "industry" jest pojęciem nie tylko złożonem, ale wprost ciemnem. To ogólnik, który nic nie mówi, to wcale nie czynnik, któryby, rozpatrywany ilościowo, cośkolwiek zrozumiale objaśniał. Miejmy odwagę raz to przyznać.

Operowanie pracą ludzką, niby jakąś niezłożoną siłą roboczą, czy twórczą, już przez to samo okazuje się procederem zgoła nie naukowym, że nie tłumaczy najbardziej bijących w oczy faktów ekonomicznych. Nie wyjaśnia np. czemu bogactwa przybywa statecznie w niektórych społeczeństwach, gdy w innych znowu trzyma się ono zaledwie w mierze albo nawet uszczupla się? Dla czego w czasach przedhistorycznych przyrastało wszędzie niezmiernie słabo, gwałtownie zaś narasta w społeczeństwach, zwanych najwyższemi? Skąd taka nierówność skutków pracy, więc skutków czynnika, w który ludzie normalni powinni być, zdaje się, uposażeni mniej więcej jednakowo?
Na takie pytanie dotychczasowe systemy ekonomiczne nie dają nam odpowiedzi prawdziwie naukowej i jasnej.
Upatrywano np. główne, jeżeli nie jedyne źródło wzrastania bogactw w powszechnym wzroście pracowitości; i wydawało się to nawet trafnem, zwłaszcza, że istotnie w społeczeństwach bogatych na ogół najmniej się próżnuje. Niektórzy znowu chcieli widzieć źródło nierówności bogactwa u różnych społeczeństw, jako też osobników, w ich mniejszej lub większej umiejętności oszczędzania. Zwłaszcza Smith podniósł do wielkiego znaczenia oszczędność i słusznie, albowiem nicby z tego nie wynikło, choćby naród był nawet najpracowitszym, ale łatwo marnował wytworzony nadmiar. Ale czyż oszczędność, dodana do pracowitości, wystar­cza już do wytłumaczenia takiego nagromadzenia się bogactwa, jakie widzimy w niektórych społeczeństwach? Nie! Już prostym rozsądkiem ważąc, łatwo dojść do przekonania, że oszczędne używanie owoców pracy może istotnie powiększać zapas społeczny, ale tylko powoli i zawsze w jednem, że tak powiemy, tempie, bo gdzie źródło (praca) zawsze jednako ograniczone siłami organizmu, tam szybkość przyrostu zapasów musiałaby zależeć tylko od wzrostu oszczędności w zużywaniu. Zapas nie mógłby wciąż się wzmagać, bo musielibyśmy wszyscy w zamożniejszych społeczeństwach stawać się w tym celu coraz większymi skąpcami. Czyż jednak naprawdę nie dzieje się rzecz odwrotna? Nie ulega przecież wątpliwości, że wszyscy, w społeczeństwach, rosnących w zamożność, coraz więcej zużywamy; potrzeby nasze rosną, lecz nie maleją. Skądże więc przybywanie coraz obfitsze - gdy ubywanie jest również coraz silniejsze?
A zatem oszczędność w korzystaniu z bogactwa jest tylko jedną z przyczyn jego wzrastania, ale nie może być jedyną, albowiem nie jest ani wyłączną cecha człowieka, ani wszystkich ludzi. Oszczędnym można przecież nazwać i lisa, który zakopuje nadmiar zdobyczy, i wiewiórkę, i pszczołę. Czemuż więc obok pracowitości, którą odznaczają się niektóre zwierzęta, - nawet oszczędność i przezorność, a prócz tego wiele innych zalet, nie wytwarzają zwierzętom właściwego bogactwa?
Jeżeli na tak proste pytanie nie znajdujemy jasnej odpowiedzi, najlepszy stanowi to dowód, że bogactwo wcale nie jest jedynie zaoszczędzoną pracą, czy też "zakrzepłą w dziełach ludzkich pracą ludzką", jak się wyrażają klasycy i mechaniści. Ono musi być stanowczo czemś więcej i czemś o wiele więcej.
W twierdzeniach zatem, że dzieła ludzkie czyli bogactwo - to prosty rezultat pracowania czyli pracy, pojmowanej jeneralnie, po Marxowsku, tkwi dowód, że zwolennicy prostej teoryi pracy byli nie tylko złymi przyrodnikami i filozofami, ale nawet słabymi obserwatorami.
Odkładając udowodnienie dwóch pierwszych zarzutów na później, możemy poprzeć zarzut ostatni kilku decydującemi spostrzeżeniami.

Naprzód w społeczeństwach mało rozwiniętych i biednych nie pracuje się tak znowu mało, a w najwyższych tak znowu dużo, jakby tego wymagał stosunek bogactwa do ilości ludzi, a zatem i do ilości sił ludzkich, w krańcowo biednych i krańcowo bogatych społeczeństwach. Jeżeli możnaby utrzymywać, że ludy trwające na łonie bujnej przyrody pracują niewiele, to nie da się tego samego powiedzieć o ludach, żyjących na obszarach skąpo uposażonych w płody natury, których to obszarów jest najwięcej. A przecież i na ostatnich utrzymują się społeczeństwa zarówno bogate, jak biedne.
Powtóre należy brać w rachubę, że nawet i samo zużywanie bogactwa pochłania pewną i to znaczną nawet cześć ludzkich "sił roboczych" rozporządzalnych oraz czasu. Zużywanie jest także swego rodzaju pracą, i to fizyczną, lubo destrukcyjną dla bogactwa. Jest ono także szeregiem wysiłków fizycznych, absorbujących siły organizmów naszych, a nawet, jeśli chcemy wciągać tu w grę t. zw. "siły psychiczne", to trzeba orzec, że i używanie absorbuje w równym stopniu nasze myśli, uczucia oraz dążenia, odciągając je przez czas "używania" od czynności "tworzenia". Gdy zużywam owoce pracy swojej - wówczas nie tworzę i odwrotnie, gdy tworzę - nie mogę równocześnie, t. j. w tej samej chwili, oddawać się używaniu. To przecież jasne.
Ludzkość możnaby nazwać Penelopą, z ta różnica, że, śpiąc i odpoczywając w nocy, niszczy przez część doby, przeznaczonej na czuwanie i działanie, to, co przez drugą część dnia wytworzyła.
Potrzecie trzeba to jeszcze raz przypomnieć, że sporo siły roboczej, a głównie czasu pochłania ludziom samo nawet używanie bogactwa, wcale nie połączone z destrukcyą, ale połączone jedynie z niezbędną wówczas stagnacyą w wytwarzaniu.
Poczwarte, gdyby dobrze policzyć, okazałoby się, że gdy człowiek już z natury bardziej jest skłonny do odpoczywania i próżniactwa, niż do pracy, do używania bardziej, niż do produkowania i oszczędzania, - to w społeczeństwach bogatszych o wiele więcej znaleźlibyśmy osobników, marnotrawiących czas, siły fizy­czne i bogactwo, niżeli to znieść może najpobłaźliwszy rachunek statystyczny oraz założenie przeciętnie większej pracowitości oraz większej oszczędności w społe­czeństwach bogatych.

Z tych wszystkich względów łatwo spostrzedz, że gdyby założenia ekonomistów były słuszne, to ani bogactwo ani używanie nie mogłyby się, od pewnego stadyum krytycznego, nigdzie wśród ludzi dalej powiększać, - wprost dla braku na to sił i czasu, zaabsorbowanych już całkowicie na tworzenie, używanie i zużywanie bogactwa oraz traconych w próżnowaniu, - tymczasem nigdzie podobnego stadyum bądź nasycenia, bądź zapracowania nic zauważono. Przeciwnie tam, gdzie zużycie bywa największe, tam widzimy nie tylko przeciętnie największy dobrobyt, ale jeszcze najżywszy wzrost bogactwa.
Dla czegóż bogatym anglikom lub francuzom bogactwa wciąż i to szybko przybywa - pomimo, że wydają czyli zużywają najwięcej, gdy tymczasem oszczędniejszym i nie mniej zabiegliwym grekom - bogactwo narodowe przyrasta o wiele słabiej? Powie ktoś, że anglikom i francuzom pomaga przyroda, lecz w takim razie czemże wytłumaczyć fakt, że przed dwoma tysiącami lat stosunek tych narodów był odwrotny? Grecya opływała w bogactwa - wówczas, gdy biedni mieszkańcy Anglii i Francyi wiedli żywot bardzo surowy na łonie tej samej swojej przyrody?

Albo weźmy Amerykę północną. Czemuż dzielni Czerwonoskórzy, będąc przez tysiącolecia panami swej ziemi, nie doszli do tych wyników - do których w ciągu paru stuleci doszli przybysze? Na swój sposób nie mniej oni pracowali od przybyszów, a choćby nawet dopuścić pewną różnicę w pracowitości, to czyż może ona tłumaczyć tak nieporównanie inny stan zamożności, jaki jest udziałem tych ludów na tej samej ziemi? Gdy to wszystko zważymy, to nawet bez przeprowadzania szczegółowych obrachunków musimy przyjść do przekonania, że wytwarzanie bogactwa, którego ilość, mimo wzrastającego zużycia, najczęściej powiększa się w narodzie, - nie może zachodzić wyłącz­nie kosztem wydawania energii fizyczne] ciał ludzkich, albowiem nie starczyłoby na to ani sił wszystkich ludzi, ani czasu.

Ale i tego mało. Trzeba na rzecz spojrzeć i z innej całkiem strony. Bogactwo ludzkie - to przecież nie ja­kiś jednorodny i jednokształtny owoc pracowania. To przecież ogromna rozmaitość zarówno materyałów, jak kształtów i przeznaczeń. Cała zaś ta wprost nieogarniona rozmaitość w żaden sposób nie może płynąć z samej pracy. Rozmaitość form bogactwa, jaktośmy się przekonali w rozdziale 3-m, zaspokaja potrzeby stanowczo nadzwierzęce, więc musi płynąć także z czynności (działalności) nadzwierzęcych (p. r. 3-ci). Prosta zatem koncepcya fizyczna czy mecha­niczna "pracy" nie objaśnia zrozumiale rozmaitości dzieł ludzkich. Jest to aż nadto oczywistem, że bogactwo musi być wynikiem działalności nadzwierzęcej, a więc jakiegoś pracowania nadzwierzęcego. Uwzględniając tę oczywistość ekonomiści znajdują rozwiązanie bardzo proste. Oto dzieła ludzkie płyną z sił, tkwiących także w psychice specyalnie ludzkiej. Takiem orzeczeniem zaspakajają oni odrazu swą ciekawość oraz zakłopotanie i są przekonani, że już wszystko objaśnili. Jednak to złudzenie! I tu właśnie występuje na plac nasz zarzut niedostatecznego orjentowania się filozoficznego i przyrodniczego, jakie panuje śród ekonomistów.

Że człowiekowi przychodzą w pomoc martwe lub żywe siły przyrody (praca maszyn i zwierząt), o tem dobrze wiedzą ekonomiści, boć zresztą tego nie dostrzegać jest rzeczą niemożliwą, ale tem większa jest ich wina, że za mało się troszczyli i troszczą o należyte zrozumienie: co zniewala te obce siły do spółpracy z człowiekiem i na jego korzyść? Poprzestali na koncepcyi pracy ludzkiej, będącej połączeniem "sił" fizycznych z umysłowemi, ale czyż wolno było na tem poprzestać? Wszak "siły umysłowe", jeżeli zechcemy tem mianem nazywać władze umysłowe, ostatecznie płyną jedynie z ciał naszych, równie, jak "fizyczne" - skądże zatem bierze się choćby sama tylko ich rozmaitość, będąca stałą cechą sił i czynności ludzkich? Przecież ciała wszystkich ludzi są prawie tak podobne między sobą, jak ciała zwierząt w jednym gatunku, skądże więc ma się brać odmienność i rozmaitość uzdolnień psychicznych? Ale mniejsza o rozmaitość, pomińmy ją w tej chwili, bo nastręcza się kwestya stokroć ważniejsza, mianowicie: skąd ma się brać pomoc martwych lub żywych sił przyrody? Cóż zniewala owe siły obce do pomagania człowiekowi - i to do pomagania każdemu inaczej? O tem, aby te ludzkie siły fizyczne, cielesne, z któremi się rodzimy, zniewalały martwe siły przyrody do pracy na rzecz człowieka, niema co myśleć, albowiem pokonywanie oporu fizycznego ludzką fizyczną siłą roboczą (choćby świadomą i celową) odebrałoby wszelki zysk, mogący wynikać dla ludzi z pracy samej przyrody. Niechże woźnica ciągnie opornego osła, który nie chce ciągnąć taczki, a zobaczymy, że tyle się napracuje, ileby się spracował, - ciągnąc sam taczkę. Zostają więc "siły psychiczne". Może one zagadkę rozwiążą. Niestety, próżna nadzieja. O tem, aby opory fizyczne martwych sił przyrody miały być pokonywane przez tak zwane "siły" psychiczne, przez "pracę" psychiczną, - nie może być nawet mowy i postaramy się to udowodnić. Że zaś znowu sama przyroda nie wprzęga się do produkcyi bogactwa, o tem upewnia dostatecznie fakt, że ta przyroda nie okazuje się łaskawą względem żadnego zwierzęcia.
Cóż więc zniewala przyrodę do "pracy" na rzecz człowieka?

7. Ludzki proces psychiczny nie może być nazywany silą. Oddzielenie go od pracy ludzkiej.


Ustawicznie słyszy się o "siłach" psychicznych, bez przerwy brzmią nam w uszach "siły duchowe", "siły umysłowe" i t. d., tymczasem czas to już sobie raz wyperswadować, albowiem procesu psychicznego nie można uważać za siłę. Utarty sposób wyrażania się, lubo bardzo zakorzeniony, nie uprawnia nas jeszcze do przenoszenia w dziedzinę czystej nauki pojęć pospolitych, wynikłych tylko z obrazowego i wręcz nie naukowego sposobu przedstawiania sobie zjawisk. Czas wielki pozbyć się złudzenia, jakoby wewnętrzny proces psychiczny był jakąś rzeczywistą pracą w znaczeniu ekonomicznem, materyalnem, jakoby był jakąś silą. Wprawdzie przy myśleniu wre w organizmie ludzkim proces fizoyologiczny i zachodzi zużywanie systemu nerwowego i możnaby z tego powodu myślenie nazwać pracą, gdy wyjdziemy z fizyologicznego punktu widzenia, ale taka "praca" toczy się przecież wyłącznie w głębi organizmu i zewnątrz organizmu nie pokonywa żadnych fizycznych oporów. Nie wydaje ona na zewnątrz żadnych efektów fizycznych, któreby wolno nazwać namacalnemi rezultatami pracy produkcyjnej, przetwarzającej przyrodę w dobro ludzkie.
Gdy praca mięśni nawet przy minimum świadomości i celowości ludzkiej wytwarza bogactwo, choćby niewielkie, i wystarcza np. do wyżywienia ciała, (a dowód tego mamy w istnieniu i trwaniu zwierząt), to praca, którą wykonywają wewnątrz organizmu nerwy i mózg ludzki przy myśleniu, nie wytwarza żadnego bogactwa. Samem myśleniem nie poruszymy nawet słomki. Cóż więc warte myślenie jako praca? Wyobraźmy sobie, że wszyscy ludzie poza czynnościami, potrzebnemi na zaspokojenie głodu, tylko myślą, a zrozumiemy, że po najdłuższym szeregu pokoleń, nie powstanie z myślenia najmniejsze bogactwo ludzkie, nie powstanie kapitał.
To samo dotyczy uczuć i woli. Człowiek z "najsilniejsza" nawet wolą, choćby naprężył mięśnie jak struny, choćby pięści do krwi zacisnął i stał się ucieleśnieniem wysiłku, nie tylko że skały wolą swą nie przeniesie, ale nie poruszy z miejsca nawet ziarnka maku.

A zatem, dopóki myślę lub uczuwam, dopóki tylko chcę, moja myśl i wola nie są pracowaniem, nie są "użytecznem" wydawaniem siły, bo nie przeobrażają przyrody w dobro ludzkie.
Czas wielki położyć na tę okoliczność szczególny nacisk. Czas jest pójść nawet dalej i zaznaczyć, że to, co ekonomiści nazywają pracą psychiczną, jest biegunowo przeciwne gospodarczemu pojęciu pracy, albowiem efekty fizyczne, ludzkiego pracowania, połączonego ze skomplikowanem myśleniem, muszą być stale mniejsze, od efektów pracy czysto fizycznej ludzkiej, której nie towarzyszy skomplikowane myślenie. Tego nie trzeba nawet dowodzić, dość zważyć, że gdy "pracuję" psychicznie, nie mogę równocześnie oddawać się ciężkiej pracy fizycznej, pod grozą, że jedno lub drugie będzie mocno szwankować. Jeżeli w trakcie rąbania drew przyjdzie mi ochota rozwiązać proste zadanie arytmetyczne, to muszę przerwać pracę, bo inaczej nie zdołałbym przeprowadzić w myślach rachunku. Myślenie zatem jest procesem, jest czynnością organizmu, która absorbuje czas i siły organizmu, ale nie może być praca w gospodarczem znaczeniu wyrazu, gdyż samo przez się nie zwiększa sił fizycznych ciała, nie pokonywa oporów fizycznych, nie dodaje nic do samej "pracy", - wreszcie nie wytwarza nic widocznego ani namacalnego.

Powtarzamy to, aby się uwydatniła jaknajdosadniej niesłuszność przypisywania wszystkich bogactw pracy ludzkiej fizycznej, a tembardziej zmieszanej z t. zw. niesłusznie pracą psychiczną.
Sił fizycznych ludzkich w społeczeństwach zwłaszcza bogatszych nie starczyłoby nawet wówczas, gdyby zużywano je najprodukcyjniej, tem zaś mniej bogactw możemy przypisywać własnym siłom ciał naszych, gdy, odliczając trudy destrukcyjne, którym się ciągle oddajemy, oraz używanie obojętne, dodamy do nich jeszcze wielką ilość czasu, który pochłaniają nie już prace, ale procesy psychiczne, same zgoła nie produkcyjne, nie pokonywające żadnych oporów zewnętrznych i wykluczające w chwili, gdy się toczą, oddawanie się jakimkolwiek skutecznym wysiłkom fizycznym. Ponieważ zaś właśnie oddawanie się tym procesom wewnętrznym zajmuje ludziom w społeczeństwach bogatych daleko więcej czasu niż w ubogich, przeto materyalne wyniki produkcyjnej pracy własnej osobników ludzkich (ciał) powinnyby być w społeczeństwach bogatszych słabsze, niż w biednych, - a tymczasem jest odwrotnie.
Musimy więc koniecznie dotychczasowe pojecie pracy ludzkiej, sprzeczne z faktami, oczyścić przez odczepienie od niej pierwiastku psychicznego wyższego, to znaczy niezwierzęcego, - i trzeba ograniczyć wyłącznie do zużywania surowej siły roboczej fizycznej ludzkiej.

Pierwiastku psychicznego nie wolno łączyć z pracą fizyczną w jedno integralne pojęcie pracy ludzkiej produkcyjnej.
Skutki fizyczne mieszanego pracowania koniecznie muszą być mniejsze od skutków ludzkiej pracy czysto-fizycznej, choćby od noszenia ciężarów. Im bardziej przeważa w czyjemś pracowaniu element psychiczny, tem wydatek zewnętrzny osobistych sił fizycznych jego musi być niniejszy, a co za tem idzie, tem mniej dobra ludzkiego zostanie wyprodukowane bezpośrednio siłami osobnika.
W takim razie cóż zostało w "pracy ludzkiej" po odjęciu od niej jedynego pierwiastku, który ją różni od pracy zwierząt? Czemże została siła robocza ludzka, jeżeli nie tem samem, czem zwykła siła robocza, wydawana przez zwierzę?
Nic więcej nie zostało, bo i nie powinno zostać. "Praca" spadła nam do tego znaczenia, jakie mieć stale powinna i właśnie dopiero teraz sprawa zacznie się wyjaśniać.
Zacznie się wyjaśniać dopiero po odcięciu od siebie braci syamskich, zrośniętych w ekonomii w jedną, niby nierozdzielną całość.

Przecież takiem złożonem pojęciem działalności ciała i ludzkich władz umysłowych operuje się w ekonomii już lat sto pięćdziesiąt - z wynikami wiadomemi.
I dla tego powtarzamy to z naciskiem, że droga do rozwikłania zagadki twórczości ludzkiej, nie wiedzie przez klasyczne pojęcie pracy ludzkiej. Właśnie w tem złączeniu czynników, których łączyć w jedno nie należy, tkwi źródło wszystkich sprzeczności i nieporozumień ekonomicznych oraz socyologicznych, tkwi także źródło niepokonanych do dziś dnia trudności w ocenianiu wartości dzieł ludzkich.
W świecie ludzkim musi koniecznie istnieć coś takiego, co własnemi siłami przyrody przeobraża przyrodę w bogactwo, całkowicie bez udziału pracy ludzkiej czyli bez ludzkich wysiłków fizycznych.
Ależ to byłaby potęga bezprzykładna, cudowniejsza jeszcze od pomysłu "przeciętnej pracy ludzkiej"! zawołasz czytelniku.
Że to potęga, temu nie będziemy przeczyć, ale co do bezprzykładności jej - o tem pozwalamy sobie wątpić i kwestyę tę, gdy dojrzeje, rozwiniemy na miejscu stosowniejszem. Tutaj wypada zaznaczyć, że, bez względu na to, czem jest ta potęga, siedlisko jej tyko w łonie osobników ludzkich, ale już poza granicami t. zw. sił fizycznych, które dają zwykłą pracę.

8. Czwarty czynnik, przybywający do przyrody, pracy ludzkiej i kapitału.


Jest jeden taki element, którego brak w ciałach zwierząt, i o którym dotychczas nie było tu wcale mowy. Nie kwapiliśmy się z wymienianiem jego i nawet unikaliśmy wspominania o nim, zanim nie zaszła konieczna tego potrzeba, dla tego, ze, przystępując do rozbioru i oceny podstaw spólczesnej ekonomii społecznej, mieliśmy obowiązek rachowania się przedewszystkiem z czynnikami w niej uwzględnianemi. W systemach zaś tych gmach gospodarstwa ludzkiego oparto na trójcy, złożonej z przyrody, nieokreślonej pracy ludzkiej produkcyjnej i kapitału.
Teraz dopiero czas zająć się tym elementem. Może być nim już tylko to, co powszechnie nazywa się duszą człowieka.
To mi dopiero odkrycie! A toż przecie ekonomiści rachują się, i to bardzo, z wiedzą i rozumem, które są częścią składową duszy ludzkiej!
Prawda, że nikt z ekonomistów nie wdawał się w zaprzeczanie duszy ludzkiej, czyli ludzkich procesów psychicznych, ale i to prawda, że zamało troszczono się o gruntowne zbadanie jej roli w materyalnem gospodarstwie ludzkiem. Najczęściej nie wiedziano, co począć z duszą, stała się więc najczystszą "quantité négligeable". Marx utopił ją całkowicie w pojęciu "pracy ludzkiej", mianowicie w nieokreślonem pojęciu "celowości i świadomości" - i przeważnie nie dostrzeżono, jak grubym było to błędem metodycznym. Niewątpliwie nie była to omyłka umyślna, płynęła raczej z panującego za czasów Marxa światopoglądu skrajnie materyalistycznego i zgoła nie naukowego, mogącego wybujać i władać umysłami tylko w dobie głębokiego upadku myślenia filozoficznego. Nie dostrzeżono braku zresztą i dla tego, że chcący, czy nie umyślnie, Marx zatarł to pominięcie duszy w mistrzowskim pomyśle "przeciętnej pracy ludzkiej". Do niej spłynęły, niby wszystkie rzeki do jednego morza, wszelkie "siły" indywidualne zarówno fizyczne, jak psychiczne.

Takie zmieszanie wszystkiego w jedno "przeciętne" pozwoliło w konsekwencyi na operowanie mieszaniną, jak gdyby była "wielką wiadomą", w gruncie zaś rzeczy, pozwoliło tylko na operowanie fikcyą.
"Przeciętnej pracy ludzkiej" bliżej już nie rozbierano, nie kontrolowano, więc też nie dostrzeżono, że właściwie była od początku i została wręcz tem, co się nazywa w matematyce "niewiadomą". Tak - stała się dusza ludzka istnem piątem kołem w rydwanie Ekonomii, zgoła nie sięgającem ziemi, ani jej spraw. Nad ekonomistami zaś, którzy chcieli uwzględniać dusze, ale, mówiąc prawdę, nie wiedzieli jak się wziąć do tego, nauka dominująca, przesiąkła przesądem materyalistycznym, albo przeszła do porządku dziennego, albo ich lekceważy, jak się lekceważy nieumiejętne dowodzenia. Jakże więc można było ów czynnik nieuchwytny, ważny, ale zdyskredytowany, wprowadzać na arenę naukową, dopóki nie wykazało się, że u rydwanu ekonomii brak istotnie czwartego koła i że tem kołem nie może już być nic innego nad dusze ludzką?
Dopiero teraz, kiedy brak zaznaczył się jaskrawo, kiedy widzimy, że bogactwo nie jest kwestyą pracy, możemy pokusić się o udowodnienie, że ekonomia materyalistyczna niesłusznie zrobiła z procesu nieustannego wytwarzania się i zużywania się "dóbr ludzkich", bezduszny mechanizm. Realność, będąca przedmiotem socyologii i ekonomii musi być całością, daleko bardziej skomplikowaną od mechanizmu, albowiem wchodzi tu w grę, jako ważny czynnik, to, czego niema w żadnym mechanizmie, a także w żadnej gromadzie.

Nie chcielibyśmy być posądzeni choćby przez chwilę o naiwną pretensye do odkrycia w człowieku duszy, albo też o pretensye do zaszczytu pierwszeństwa w uwzględnianiu jej w ekonomii. Nie o uwzględnienie duszy chodzi w tej chwili, lecz raczej o rzecz odwrotną i o wiele ważniejszą: o taką korektę pojęcia sił roboczych ludzkich i pracy ludzkiej, aby z niej właśnie wydzielić duszę, jako pierwiastek, który trzeba wziąć osobno pod uwagę. Pragniemy bowiem z różnorodnej rudy, jaką reprezentują różne "prace ludzkie", wydzielić pierwiastki czyste w znaczeniu przyrodniczem i filozoficznem. Dotychczas, zpowodu nieoddzielania procesu psychicznego od pracy fizycznej, nigdy nie było wiadomem, a co gorsza, prawie zawsze było obojętnem, ile w czyjejś pracy jest wydatku jego własnej energii fizycznej, ile czasu ludzkiego, zatraconego na sam proces psychiczny, oraz czasu, dawniej zatraconego na to, aby on mógł wystąpić, ile zaś elementu całkiem obcego, mianowicie pracy sił natury, które działają wprawdzie za interwencyą ludzkiego procesu psychicznego, ale niekoniecznie płyną z procesów psychicznych tego osobnika, który wykonywa pracę. I ta niejasność, czy niepewność, rozmyślnie zresztą, a nawet celowo wprowadzona, decyduje o nieścisłości Marxowskiego pojęcia pracy. U niego przyjmuje się za wyniki pracy osobnika zarówno to, co płynie rzeczywiście z osobnika (bądź z fizyczności jego, bądź z duchowości), jak i to, co nie z niego wpływa do jego pracy i (czasem) powiększa, niekiedy zaś pomniejsza wyniki rzekomo jego pracy. I z drugiej znowu strony u Marxa nie przyjmuje się na dobro osobnika tego wszystkiego, co do jego pracy wpływa z niego samego, powiększając wyniki jego pracy ponad normę przeciętnie ludzką.
Pozwól więc, czytelniku, abyśmy od nigdy nieanalizowanej mieszaniny, nazywanej "pracą osobnika ludzkiego" odjęli ludzki proces psychiczny, jako część dotychczas niedostatecznie zbadaną i zrozumianą. O tej części psychicznej, tkwiącej w każdej niemal pracy ludzkiej, na razie nie możemy nic więcej powiedzieć prócz tego, że nie jest siłą fizyczną.
Po jej odjęciu - czy wydzieleniu, zostanie nam w dawnem pojęciu "pracy ludzkiej" już tylko pierwiastek (czynnik), dający się ściśle określić. Pierwiastkiem (czynnikiem) tym będzie produkcyjne wydawanie na zewnątrz jakiejkolwiek energii fizycznej ciała ludzkiego.

Oczywiście mowa tu o świadomem wydawaniu, lecz należy zastrzedz, iż w owem świadomem wydawaniu energii fizycznej mamy na myśli jedynie świadomość, niezbędną do samego wykonywania ruchu, nie zaś potrzebną do nadania mu charakteru gospodarczego, produkcyjnego. Mamy tu więc na uwadze owo minimum świadomości, które nie charakteryzuje wyłącznie ludzkiego procesu psychicznego, ale jest niezbędne przy wszelkiej, najbardziej mechanicznej lub automatycznej pracy fizycznej.
Tę właśnie część pracowania z niezbędną i przeciętną świadomością nazwiemy fizyczną pracą ludzką, aby ją odtąd oddzielać od drugiego składnika wszelkiej pracy ludzkiej od procesu psychicznego osobniczego.
Jesteśmy głęboko przekonani, że tylko taką drogą można będzie dojść do sformułowania pojęć, wolnych od przymieszki składników nieokreślonych i wprowadzić rozważania ekonomiczne na tory ściśle naukowe. Dlaczegóż bowiem chemia nie jest już dawną, chimeryczną alchemią? Dlaczego stała się nauką ścisłą? Tylko dla tego, że rozłożyła naturalne zlepki różnych pierwiastków, trafiające się w naturze, na składniki czyste. Tylko dla tego, że dokładnie poznała własności czystych pierwiastków, i że w mieszaninach oraz związkach bierze pod uwagę pytanie: z jakich pierwiastków dane ciało się składa, oraz jaki w niem jest stosunek ilościowy owych pierwiastków. Tylko dla tego - może ona tworzyć to, co chce tworzyć i wie dokładnie co trzeba czynić, aby najekonomiczniej wyzyskać siły chemiczne. Chemia stała się nauką ścisłą poprostu dla tego, że w rachunkach operuje pierwiastkami, że wszystkie procesy chemiczne usiłuje rozumieć od podstaw, że oddziaływania chemiczne ciał złożonych sprowadza do wzajemnego stosunku składników już nie dających się rozłożyć, ale za to o własnościach stałych, niezmiennych i dobrze poznanych.
Dopiero gdyby zaczęła ponownie operować kompleksami o nieznanym i niestałym składzie, więc o własnościach nieznanych, a rozmaitych, spadłaby na niziny bezsilnej i fantastycznej alchemii, co chwila spodziewającej się bezkrytycznie otrzymać w retorcie cel swych marzeń, nie mający najczęściej nic wspólnego z rzeczywistością, zawartą w retorcie.
« Last Edit: (Tue) 12.08.2014, 14:27:45 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kapitał - Erazm Majewski
« Reply #2 on: (Tue) 18.03.2014, 14:39:02 »
CZĘŚĆ TRZECIA Rola duszy w gospodarstwie.

9. O duszy ludzkiej.

Mogłoby się zdawać, że przez oddzielenie procesu psychicznego ludzkiego od pracy fizycznej wpadliśmy w sprzeczność z własnem niedawnem twierdzeniem o ważnej roli duszy. Czyż bowiem proces czysto wewnętrzny, nie pokonywający oporów zewnętrznych fizycznych, pozbawiony charakteru siły roboczej, może brać udział w pracy? Wszak "myślenie" hamuje nawet oddziaływanie własną siłą fizyczną na świat zewnętrzny i to, tem silniej, im bardziej "pochłania" człowieka. Praca ludzka, której nie towarzyszy wysiłek psychiczny, stale bywa fizycznie wydajniejsza. To jedna strona, jest zaś i druga, jeszcze cięższa, dodatniego wpływu procesu psychicznego na wyniki pracowania.
Skoro wydajność sił ciała nie dochodzi w czasie pracowania do maximum, które można osiągnąć, pracując przy tak minimalnym udziale procesu psychicznego, jakie jest właściwy zwierzętom, - to czemże można wyjaśnić produkcyjność człowieka większą od produkcyjności zwierząt, i wydajność społeczeństw czynniejszych duchowo większą od mniej pod tym względem czynnych? W końcu staje się niezrozumiałym w samej zasadzie jakikolwiek wpływ czynnika, któremu odmówiliśmy znaczenia siły. Nie - siła nie może wpływać na siły. Powiedzą nam zapewne, że produkcyjność człowieka można wytłumaczyć automatyzmem psychologicznym, ale słuszne to objaśnienie nie ma w tej chwili żadnego znaczenia, a nawet szkodziłoby, zamącając czystość pierwiastków, którą chcemy utrzymać dla dokładnego zdania sobie sprawy z procesu twórczego.
Automatyzm psychiczny - to wynik zlania się dwu pierwiastków, które odzieliliśmy od siebie, aby je wówczas dopiero łączyć, gdy rola każdego stanie się jasną. Czynność automatyczna - to już działanie dwoma pierwiastkami, z których jeden jest siłą, drugi był początkowo nie siłą, bo jedynie świadomym procesem psychicznym, ale właśnie dla tego, że był nie siłą, nie mógł się i później przeobrazić w siłę, gdy stał się prostym odruchem.
Proces psychiczny, toczący się automatycznie, może więc tylko nie hamować rozporządzalnych sił ciała ludzkiego, ale ich powiększyć w żaden sposób nie jest w stanie - i o tem należy pamiętać.
Skądże zatem płyną siły, pokonywające tak znaczne opory, że już, na oko sądząc, nie będziemy ich przypisywać ciałom ludzkim?

Przez takie postawienie kwestyi wiążemy nareszcie zagadnienie podstawowe ekonomii: twórczość ludzką z ogólnem zagadnieniem człowieka, które było przedmiotem dwu naszych poprzednich tomów "Nauki o cywilizacyi" i zbliżamy się do odsłonięcia idei, zapowiedzianej na wstępie, a wyłożonej gruntownie zwłaszcza w "Teoryi człowieka i cywilizacyi". Zagadka człowieka i jego skutecznej twórczości związana jest jaknajściślej z zagadką duszy ludzkiej, ta zaś znowu z zagadką społeczeństwa oraz zjawisk, ujmowanych pod mianem cywilizacyi.
Od najgłębszej starożytności dusza była przedmiotem podziwu dla myślicieli. Nie tylko teologowie, ale i filozofowie nazywają człowieka jestestwem cudownem. Wszystkie religie nauczają o nadziemskiem pochodzeniu duszy, albowiem subtelne umysły prędko odczuły i zrozumiały, ze tak obcą ciału, jaką bywa dusza ludzka, nie może ona być bezpośredniem dziełem czystej przyrody, na równi z ciałem naszem.
I doprawdy, nie może nie wzruszać i nie budzić podziwu to wczesne, a powszechne wśród umysłów subtelniejszych, a zarazem całkiem intuicyjne rozpoznanie przez samego człowieka nadprzyrodzoności w sobie; rozpoznanie, że się jest czemś nie tylko zgoła innem, niż zwierzę, ale czemś zasadniczo więcej, niż zwierzęciem.
W takich warunkach prosta logika zmusiła ludzi głęboko myślących do zastanawiania się nad pytaniem: skądże się bierze w nas owa cząstka, której nie mają zwierzęta, owa istność nadzmysłowa, która w nas czuje, myśli, chce i działa po ludzku? Skoro ona obca ciału i obca wszelkim innym żywym jestestwom, do których jesteśmy fizycznie (anatomicznie) podobni, - więc musi przybywać skądś z poza ciał, a nawet z poza przyrody i musi wnikać w nas w jakiś tajemniczy sposób od zewnątrz, choć nie od przyrody.

Rozumnym wnioskiem, jaki się musiał każdemu porządnemu umysłowi nastręczyć, stała się koncepcya nadziemskości duszy. Istność obca ciału, a obecna i czynna w człowieku, istność niecielesna i niemateryalna, musi być gościem "z zaświata", z poza ziemi, a może nawet z poza gwiazd, z nieba i, jako pierwiastek niemateryalny, jako tchnienie (dech, duch) ze świata niewidzialnego, wstępuje w ciało ludzkie z chwilą narodzin.
Zaiste, nie mylono się w adoracyi tego utworu, bo to istotnie coś zupełnie obcego wszystkim siłom niższym ziemskim, jeśli pod mianem "ziemski" będziemy rozumieli widomy dla zmysłów świat materyi nieożywionej, oraz cały świat jestestw ożywionych, słowem świat, którym zajmuje się przyrodoznawstwo. Mylono się tylko w tem jednem, że przypisywano duszy ludzkiej pochodzenie nadziemskie i metafizyczne, było to jednak nieuniknionem następstwem niedostrzeżenia, że prosta psychika zwierzęca, w warunkach sprzyjających, może się w sposób, niesprzeczny z jej naturą, skomplikować w coś nowego dla świata ziemskiego i pozornie sprzecznego z całą naszą wiedzą przyrodniczą. Niedocieczono, skąd się bierze dusza ludzka, bo niedoceniono zjawiska dobrze znanego i pospolitego w świecie ludzkim, które należycie zrozumiane, ukazuje, że to wszystko, co w naszej ludzkiej naturze wykracza ponad właściwości zwierzęce, - jest to wynik skomplikowania się poziomej natury ziemskiej i zwierzęcej pod wpływem słowa, mowy, w człowieczość. Nie docieczono, że warunkiem człowieczości jest związek organizmów, ale nie w prostą gromadę, lecz w społeczeństwo. Niezrozumiano, że dusza ludzka idzie z narodu.
Na ziemi stał się cud; powstał - nie człowiek myślący, mądry i coraz potężniejszy, ale powstało społeczeństwo, czyli lud, powstała gromada związana jedną mową w związek dziwnie ścisły i o skutkach nieznanych na ziemi poza takim związkiem, - związek tem różniący się od zwykłej gromady zwierzęcej, że obdarzony zdolnością rozwijania się, i rozradzania przez reintegracye, - czego w żadnej nieludzkiej gromadzie nie mamy przykładu.

Na ziemi stał się cud; powstały rozrastające się i podległe interpsychicznemu rozwojowi, a także podziałowi, wielkie całości psychofizyczne, zwane pospolicie ludami, a później, w miarę wyższego rozwoju tych całości, narodami, w naszej zaś teoryi cywilizacyi nazwane realnościami D, indywidualnościami o stopień wyższemi od indywidualności C, (organizmy) o dwa zaś stopnie wyższemi od indywidualności B, czyli od jednokomórkowców. Powstały całostki wielkie, posiadające własne ciało i własnego ducha czyli własną psychikę, której dusze ludzkich osobników stanowią cząstki składowe i nieodłączne.
"Dusza narodu" to wcale nie przenośnia retoryczna lub poetycka, za co ją do niedawna miano, - to zupełnie realna i rozległa sprawa psychoficzna, której granice wyznacza język narodu oraz ta cała część przyrody kraju, która różni się w czemkolwiek od przyrody krajów, obcych względem narodu. Owa przyroda staje się przez ludzi już jakgdyby ciałem narodu oraz tego wszystkiego, co przez duszę narodu zostało stworzone. Dusza zaś narodu może być znowu uważana za duszę kraju. Każdy osobnik ludzki ma w sobie jej cząstkę i taką, jaką wziął w siebie (Teor. czł. i cyw., roz. 30. s. 214). Każdy jest widzem duszy narodu, ale ogląda ją tylko od wewnątrz., więc w sobie (Teor. czł. i cyw. 33 s. 234-5), we własnej duszy i tyle, ile jej w sobie wzbudził pod wpływem narodu.

Na ziemi stał się cud; powstał człowiek myślący, mądry i coraz potężniejszy, ale tylko dla tego powstał, że "indywiduum" ©, zawsze dotychczas będąc osobnikiem izolowanym, albo członkiem rodziny izolowanej, przeobraziło się we fragment nieodłączny wielkiej całości naturalnej, której na imię lud, naród, albo społeczeństwo.
Przyrodnicy wmawiali w nas długo, że człowiek jest najdoskonalszą latoroślą kręgowców, że stoi na jakimś szczycie drabiny rozwojowej zwierząt przynajmniej kręgowców, wreszcie, że jest najpóźniejszym wśród nich typem. Wszystko to nieprawda! Udowodniliśmy to w Prolegomenach, w rozdz. 20 - 24 (1. c. str. 134 -183). Aby dojść do tego przeświadczenia, trzeba było wziąć się do szukania rozwiązania zagadki człowieka, związanej najściślej z zagadką duszy ludzkiej, na innej drodze, nie przyrodniczej wyłącznie, ale również i nie na humanistycznej, bo i ta zawodziła sama jedna.
Obraliśmy własną drogę. Postanowiliśmy rozpatrzeć wszystkie trzy zagadki łącznie: człowieka, duszy i zjawisk społecznych, ujmowanych zwykle pod mianem cywilizacyi. Oparliśmy się na najszerszym materyale i krok za krokiem, na drodze ostrożnej analizy doszliśmy w dwóch ogniwach badań naszych do wyników, którym nikt dotychczas nie zarzucił nieścisłości naukowej. Z tego powodu czujemy się uprawnieni oprzeć się i tutaj na osiągniętych rezultatach.

Niestety, nie możemy nawet kusić się o rozwinięcie na tem miejscu teoryi człowieka, wyłożonej gruntownie we wspomnianych pracach, byłoby to bowiem niedokładnem powtórzeniem obfitej i zwartej treści prac, których niniejsza jest prostym dalszym ciągiem. Wypada tylko powołać się na dowodzenia tam wyłożone i poprzestać na niezbędnych przypomnieniach.
Zagadka człowieka i duszy koncentruje się w pytaniu, co przodka człowieka uczyniło cząstką społeczeństwa, czyli ukrywa się na terenie różnicy, która się wytworzyła między człowiekiem, a zwierzęciem. Poszukując źródła różnicy przekonaliśmy się naprzód, że przyczyna społeczeństwa i cywilizacyi nie leży w gromadnym trybie życia, jak to dawniej przypuszczano, albowiem żywot zwierząt gromadny, nawet gdy się ciągnie niezmiernie długo, nie prowadzi rodu zwierzęcego do takiego zróżnicowania funkcyi osobników, jakie cechuje gromady ludzkie. Żywot gromadny jest tylko tłem, na którem zjawisko człowieka, społeczeństwa i cywilizacyi może wystąpić, ale nie on je wywołał. Przyczyna zjawisk społecznych nie spoczywa w żadnej z form życia gromadnego, a więc musi spoczywać w materyale. Człowiek musi się czemś różnić od materyału niespołecznego. Gdy zaś powstał z materyału napewno niespołecznego, przeto znowu koncentruje się w pytaniu: co przodka człowieka uczyniło materyałem społecznym?

Długo uchodziło za rzecz pewną, że przyczyną społeczną są wysoko rozwinięte władze umysłowe, czyli, mówiąc poprostu - dusza, jednak szereg metodycznie przeprowadzonych badań przekonał nas, że jest odwrotnie
(Nauka o Cywiliz., Prolegomenach r. 15). To samo bowiem okazało się z wielkim mózgiem ludzkim. Wolno go uważać już tylko za skutek przyczyny uczłowieczającej, która mózg nieczłowieczy przeobraziła w człowieczy.
Po szeregu badań, zawartych w sześciu rozdziałach Prolegomenach, których tu nawet w największem streszczeniu przedstawić nie możemy w sposób taki, aby to było użytecznem, odkryliśmy ową przyczynę. - Odsyłam w tym względzie uważnego i gruntownego czytelnika do części trzeciej mych Prolegomenach, mianowicie do rozdziałów 14 do 19, których tytuły potrosze objaśnią treść.
Okazało się, że przyczyną społeczną czyli niezbędnym, a podstawowym warunkiem pojawienia się społeczeństwa może być tylko coś, co oddziaływa na zmysły osobników, ale wychodzi nie od przyrody zewnętrznej, lecz od innych osobników (Teor. człow. i cywil, r, 5, l. 33). Jest nią społeczna wibracya powietrza, rozwinięta z sygnalizacyi zwierzęcej (tamże s. 36). Nie-łącznik (sygnalizacya zwierzęca) stał się łącznikiem (mową ludzką).
Stanęliśmy znowu przed faktem zagadkowym i z różnych względów metodycznych domagającym się ostrożnego rozwikłania.

Dokonało się to w części w Prolegomenach (rozdziały 20-24), a ostatecznie w Teoryi człowieka i cywilizacyi w szeregu badań systematycznych, zawartych przeważnie w rozdziałach następujących:
6. Dlaczego tylko przodek człowieka stał się materyałem społecznym? Co mamy sądzić o wyjątkowości tego faktu?
7. Różnica między mową ludzką, a sygnalizacyą zwierzęcą (odpowiedzi główne: zwierzęca dziedziczy się, jest gotową wewnątrz osobnika i konieczną fizyologicznie, ludzka nie jest ani jedna, ani powszechna, ani wrodzona. Jest ona także konieczna, ale nie fizyologicznie. Trwa gotowa tylko zewnątrz osobników i nie dziedziczy się).
10. Rola i znaczenie mowy ludzkiej w sprawie poznania (przez mowę ziszcza się obszerny i złożony proces psychiczny nie ograniczony ciałem osobnika. Proces psychiczny człowieka jest tylko fragmentem obszernej sprawy psychicznej. Osobniki ludz­kie składają się na obszerny system psycho-fizyczny. Zmysły osobnicze wspólnem narzędziem ludzkich postrzeżeń. Homo sapiens nie jest możliwy bez społeczeństwa).
11. Narzędzie do przyjmowania cudzych czuć zmysłowych.
12. Poznanie i myślenie ludzkie zjawiskiem ściśle społecznem, nie zaś osobniczem.
14. Co łączność społeczna czyni z osobników ludzkich? (definicya duszy ludzkiej, ludźmi jesteśmy tylko przez inter-psychiczność naszą).
20. Rozwój człowieka duchowy nie jest rozwojem organizmu. Rola narzędzi sztucznych. (Jednostkę ludzką cechuje nierównowaga cielesności z psychicznością (s. 135). Dopiero przez narzędzia sztuczne człowiek doprowadza do równowagi fizyczność swoją, nie wystarczającą do czynu, z psychicznością, która się wyraża w woli jego. Przyrodnicy starali się objaśniać narzędzia sztuczne prostym rozwojem człowieka, ale napróżno).
41. Pojemność psychiczna człowieka i zwierzęcia (Człowiek bogactwo wyobrażeń zawdzięcza uproszczonej technice myślenia. Rola wyrazów (306).
42. Siły-wyrazy, jako bodźce, wyzwalające napiętą energię fizyołogiczną (Twórczość społeczna. Co ujarzmia zapas sil fizyologicznych i przeobraża w siłę twórczą?)

Powszechnie wiadomo, że niema zgody co do pytania: skąd się w nas bierze poznanie i co się na nie składa. Jedni filozofowie za jedyne źródło poznania uważają zmysły (sensualiści), inni samo tylko myślenie (intelektualiści). Jest jeszcze stanowisko trzecie, akceptujące oba źródła. Nie zajęliśmy żadnego z tych stanowisk, o ile chodzi o poznanie ludzkie. Uznaliśmy je za wynik zbiorowego postrzegania zmysłowego, możliwy tylko dzięki mowie i żywotowi pośród ludzi. Każdy z nas człowieczeństwo swoje zawdzięcza jedynie należeniu do społeczeństwa. "Gdyby go od urodzenia izolować od wszelkich wpływów ludzkich, wtedy, choć nawet urodził się człowiekiem, stałby się próżną łupiną człowieka"... "człowiek izolowany od innych ludzi znalazłby się w tem samem położeniu, w jakiem jestestwo, obdarzone oczami, znalazłoby się w jaskini, zupełnie pozbawionej światła. Praktycznie stanęłoby na równi z jestestwami zupełnie nie posiadającemi oczu. Podobnie, jak "widzenia" nie może być tam, gdzie brak zmiennych fal świetlnych, tak "myślenia" ludzkiego nie może być tam, gdzie brak fal mowy ludzkiej, a więc po za społeczeństwem.

Dusza ludzka czyli pełne pasmo procesu psychicznego, toczącego się w osobniku, okazała się. zjawiskiem nadorganicznem, więc społecznem. Podstawę jej odkryliśmy w istnieniu fizycznego łącznika między ciałami ludzkiemi, niedostępnego dla wzroku, bo dostępnego jedynie dla słuchu. Łącznik ten umożliwia materyalne oddziaływanie z odległości ludzi na ludzi, a właściwie dusz na dusze. Jest on czynnikiem tak niezmiernej wagi, że najlepiej go scharakteryzujemy, nazywając go niezbędnym warunkiem istnienia dusz ludzkich, a nadto twórcą pośrednim tych, które działają, wytworem zaś tych, które działały, a których działanie już minęło.
Czynnikiem tym i łącznikiem jest, powtarzamy, ogół wibracyi powietrznych "mówionego", na wyższych zaś szczeblach rozwoju społecznego, jeszcze i ogół pisanego, prócz tego zaś wszystko, co może być wyrazem, działającym na zmysły ludzkie, czyli forma myśli, uczuć lub woli ludzkiej.
Dzięki temu pośrednikowi między organizmami, ludzie jednego narodu stanowią jedną całość, niby jednostkę biologiczną wyższego rzędu, złączeni są bowiem mnóstwem nici zupełnie fizycznych. Wszyscy ludzie jednej mowy stanowią wielką całość interfizyologiczną. Bez takiego łącznika, bez tych nici fizycznych między ludźmi nie byłoby wcale charakterystycznych indywidualności duchowych, a rzecz prosta, również wzajemnych oddziaływań duchowych, istniałyby tylko jednakowe indywidualności, izolowane, jak zwierzęce i ograniczone wyłącznie do władania własnem ciałem (organizmem), jako jedynem narzędziem psychizmu zwierzęcego.

Nie potrzebujemy się tu rozwodzić nad jaskrawa różnicą między małą niby-duszą zwierzęcą, ściśle zamkniętą w ciele zwierzęcem, więc prawie jednakową u wszystkich normalnych osobników jednogatunkowych, - a rozległemi i otwartemi, a urozmaiconemi do najwyższego stopnia duszami ludzkiemi Nie potrzebujemy dla tego, że przedmiot ten gruntownie został już rozwinięty i uzasadniony w dziele, na które powołaliśmy się przed chwilą. Tutaj chodzi o podkreślenie myśli, że dzięki mowie i sumie mówionego, brzmiącej ciągle i nieprzerwanie w narodzie wszelka dusza ludzka osobnicza jest integralną cząstką rozległej wszechduszy społecznej, rozlanej po wszystkich ciałach, połączonych jedną mową, zwierzęca zaś to tylko drobna i skończona całość, zamknięta w granicach organizmu i w każdym organizmie tego gatunku jednaka.
Ludzka więc, to z konieczności utwór poniekąd nadorganiczny, to tylko fragment duszy narodu, bo powstał wprawdzie na gruncie maluchnej duszy zwierzęcej, czyli rozwinął się na gruncie ustroju zwierzęcego, ale budowa jej czyli jakość nie zależy już wcale od gatunkowej budowy ciała, u wszystkich ludzi prawie jednakowej, lecz jedynie od położenia osobnika w społeczeństwie, albo, co na jedno wychodzi, w środowisku społecznem, które nie we wszystkich miejscach jest jednakowe. Dusze ludzkie formują się w jaskrawe indywidualności pod wpływem innych dusz właśnie tylko dzięki trwaniu materyalnego pośrednika miedzy organizmami.

10. O materyalnej władzy dusz ludzkich. Rola narzędzi sztucznych.

Powszechnie powtarzamy, ze dusza rządzi siłami ciała, w którem niejako mieszka. Co to znaczy? Znaczy to, że ciało jest niejako narzędziem i sługą duszy. I to jest prawda. "Osobnikiem" myślącym, czującymi i chcącym po ludzku - jest nic ciało nasze, lecz właśnie dusza, ale ponieważ dusza nie może przejawiać się na zewnątrz inaczej, jak przez czynności ciała, - przeto faktycznie ciało spełnia materyalnie nakazy duszy. Jeżeli pragnę np. aby drzwi w trzecim pokoju zostały zamknięte, a siedzę na krześle, muszę sobie rozkazać, abym wstał, przeszedł przez dwa pokoje, ujął drzwi za klamkę - i zamknął je. Moja myśl i wola wykona tedy pewną pracę fizyczną, ale siłami ciała swego, więc jakgdyby siłami przyrody.
Łatwo jednak dostrzedz, że władza dusz ludzkich nie ogranicza się do władania własnem ciałem. Dusze ludzkie władają również ciałami innych ludzi, należy tylko pamiętać o tem, że władają jedynie dla tego, iż pozostają w fizycznej, a właściwie społeczno - fizycznej łączności z temi ciałami. Bez owej fizycznej łączności - nie miałyby nad innymi ludźmi władzy.
Na czemże polega owa łączność? Oto na istnieniu mowy, złożonej z wyrazów. Co zaś za korzyści daje nam ona, łatwo ocenimy, gdy powtórzymy doświadczenie z drzwiami.

Jeżeli pragnę, aby drzwi w trzecim pokoju zostały zamknięte, to nie potrzebuję koniecznie sam wstawać z krzesła, aby dokonać tej czynności. Mogę ograniczyć się do zakomunikowania swego pragnienia innej osobie za pomocą mowy dla niej zrozumiałej. Wówczas ona sama, pobudzona wolą moją, która stała się następnie jej wolą, zamknie drzwi za mnie. Moja tedy myśl i moja wola wykona pewną pracę fizyczną, ale już siłami innego człowieka.
W tym punkcie wypada zwrócić jednak uwagę na to, że skutku nie byłoby, gdybym tylko pomyślał, aby drzwi zostały zamknięte. Nie sama więc myśl, ani sama wola moja zniewoliły innego osobnika do wykonania pracy. Uczyniły to w małej części siły fizyczne mego ciała, więc praca moja, pokonywająca fizyczne opory (mówienie), następnie zaś dopiero przeważnie siły obce, czyli obca praca ludzka. Ten tylko zachodzi osobliwy stosunek między zużyciem sił moich i cudzych, że moja praca (wydatek mych sił) była tu nader drobna w stosunku do pracy wykonanej. Mianowicie myśl moja i wola zniewoliły naprzód moje własne organy cielesne do wykonania szeregu wysiłków wewnętrznych cielesnych, stanowiących, gdy je razem ujmiemy, wyrażenie się, wypowiedzenie się. Gdym wyrażał życzenie (lub rozkaz) wydałem naprzód pewną ilość siły fizyczne], potrzebnej na pokonanie oporów wewnętrznych w mcm ciele, następnie zaś zewnętrznych, albowiem aparatem mowy poruszyłem powietrze, wywołując w niem seryę drgań akustycznych, które doszły do ucha osobnika słuchającego i oddziałały fizycznie na jego aparat słuchowy, a następnie na organy wewnętrzne. Nie dusza więc moja, lecz za pobudką duszy praca fizyczna mego ciała dała wynik fizyczny zewnątrz mego ciała i ta praca wywarła wpływ fizyczny na ciało drugiego osobnika, nastrojonego do odbierania urozmaiconych bodźców fizycznych tego rodzaju, jakie zewnątrz mego ciała wywołałem.
Ta tylko zaszła ekonomia dla mnie, że sam wydałem niezmiernie drobną ilość energii fizycznej, i to bezpośrednio nieprodukcyjnej, t. j. nie wpływającej na przyrodę zewnętrzną, pozaludzką, lecz tylko na przyrodę społeczną (na innego człowieka); drugi dopiero osobnik wydał tyle pracy fizycznej, ile jest potrzeba do zamknięcia drzwi. Mówiąc krótko: wyręczyłem się siłami cudzemi, ale na tej samej zasadzie, na jakiej "ja" psychiczny wyręczam się ustawicznie fizycznemi siłami własnego ciała mego.
Po oddzieleniu zatem pracy fizycznej ludzkiej w nowem, naszem jej pojmowaniu, został nam w twórczym fizycznie procesie społecznym wcale nie sam proces psychiczny ludzki (dusza). Został bowiem jeszcze fizyczny łącznik miedzy duszami, wykryty w badaniach naszych, a nieuwzgledniany należycie ani w psychologii ani w socyologii, tem mniej zaś w ekonomii.
Zostało mówienie - jako fizyczna praca i mowa (mówione, powiedziane), jako fizyczne narzędzie dusz, zdolne poruszać inne ciała ludzkie i pobudzać je do działania.

Indywiduum ludzkie, dzięki takiej łączności fizycznej z innemi, może zatem wykonywać pracę fizyczną siłami innego indywiduum, byleby to ostatnie zostawało z pierwszem w zgodności woli. Innemi słowy, jedna dusza może pobudzać inne dusze do oddziaływania na ich ciała podobnie łatwo, jak sama oddziaływa na organy własnego ciała, zniewalając je do wykonywania pracy produkcyjnej. Możliwe to jest dla tego, że własne jej ciało jest już tylko drobną składową cząstką tej wielkiej całości, którą nazywamy narodem, że między osobnikami zachodzi interpsychiczna łączność.
Działalność organizmu ludzkiego wcale nie ogranicza się tedy do władania tylko własnemi siłami fizycznemu Dusza osobnicza - może władać, za pomocą mowy, siłami fizycznemi nie jednego, ale wielu ludzi - i to w tak przedziwny sposób, że małym wydatkiem sił własnego ciała - może wykonywać prace, wymagające bardzo wielkich fizycznych wysiłków. Władza ta staje się prawie nieograniczoną. Jedno słówko, jeden rozkaz, nikły wydatek sił jednego ciała, - może przecież poruszyć do zgodnej i określonej pracy równie łatwo dwóch ludzi, jak dwustu i więcej. Wówczas jedna dusza, jedna myśl i wola pobudziły siły fizyczne setek, a nawet tysięcy ludzi do wykonania w ciągu np. godziny, tak wielkiej sumy pracy, której ciało rozkazującego nie byłoby w stanie wydać przez całe życie.
Na tym prostym przykładzie okazuje się, jak ważną rolę w gospodarstwie materyalnem może odgrywać jedna dusza, z pozoru ograniczona do posługiwania się siłami tylko jednego ciała, własnego. Ponieważ łącznik społeczny czyni z niby oddzielnych ciał ludzkich jedno wielkie ciało żywe złożone, ciało społeczne, przeto władza duszy odpowiednio wpływowej - może rozciągać się choćby na cały naród, dzięki owemu ekonomicznemu pośrednikowi fizycznemu, który łączy wszystkich z wszystkimi.
Jednak nie byłoby wcale znaczniejszego bogactwa, gdyby działalność duszy kończyła się na prostem przekazywaniu pracy fizycznej innemu człowiekowi. Ciała ludzkie czy to połączone, czy izolowane, wydawałyby bowiem zawsze jednako ograniczoną sumę pracy, wytwarzałyby zawsze ograniczoną ilość dzieł, gdyż same są fizycznie ograniczonem źródłem energii fizycznej. Wyręczanie się w pracy ludzi ludźmi, ciał ciałami ludzkiemi wcale nie powiększyłoby ilości sił rozporządzalnych. Przeciwnie, zmniejszyłoby nawet ich sumę przez ubytek użyteczne] działalności tych jednostek, które tylko wyręczają się pracą innych. Łącznik "społeczny" wywołuje skutki bezporównania donioślejsze od omówionych w rozdziale poprzednim.
Posiadając trwałość i ciągłość bezporównania dłuższą od żywotów ludzkich, łączy on bezustannie pokolenia dorastające ze starzejącemi się i zapewnia własną długotrwałość, a zarazem rozwój, znikomym, jak ciała ludzkie, myślom uczuciom i dążeniom osobników, co znaczy, że zapewnia istnienie i rozwój myślom, uczuciom i dążeniom społecznym. Osobniki, zawsze znikome i krótkotrwałe, stapia w niezmiernie długowieczny naród.
Mowa przenosi ustawicznie doświadczenie jednych indywiduów na inne, czyli rozwija dusze. "Mówione", wziąwszy początek niegdyś w rodzinie, stojącej zaledwie nieco wyżej od poziomu zwierzecego, z biegiem tysiącoleci rozrosło się w wielkie i cenne środowisko, otaczające ludzi od kolebki aż do zgonu i pozwalające podmiotom ludzkim rozwijać się ustawicznie. "Doświadczenie" ludzkie, przechowujące się w owem środowisku, w sumie mówionego, przenosi się zawsze do pewnej liczby głów nowych - i tam staje się pod postacią "wiedzy" i "wiary" w słowa innych, podstawą do działań i doświadczeń coraz nowych i coraz innych. Ciała umierają, ale dusze odradzają się w coraz większej pełni władz swych. Niezatracalność doświadczenia przodków jest też głównym powodem istnienia, nieprzerwanego rozwoju oraz mnożenia się narzędzi sztucznych. Czem zaś są narzędzia sztuczne - to było już szeroko rozważone w dziele, na któreśmy się powoływali. Wystarczy więc ogólne powtórzenie, że one stanowią najrzeczywistsze uzupełnienie ciał ludzkich, ważne z powodu ich nieogarnionej rozmaitości, a odrzucalności, skutkiem czego pomnaża ją i potęgują własności i przymioty fizyczne ciał ludzkich.
W narzędziach sztucznych dusze ludzkie zdobyły obce ciałom siły przyrody i uzupełniły wątłe siły samych ciał własnych. Jedne narzędzia odgrywają role specyalnych członków ciała, jakdyby przedłużenie oraz zróżnicowanie ręki lub nogi (młot, cęgi, dłuto, nóż, pędzel, łyżwy, samochody, okręty), inne grają rolę subtelniejszych zmysłów (lupa, luneta, drobnowidz, ciepłomierz, mikrofon, odczynniki chemiczne i t. d.), jeszcze inne takich części ciała, i o takich własnościach, których żadne jestestwo żywe nie mogłoby posiąść na drodze prostej ewolucyi, ze względu na ograniczone własności fizyczne materyi żywej (tygle do topienia metali, piece hutnicze, naczynia przechowujące kwasy i żrące substancye, materye wybuchowe i broń palna, płyty fotograficzne). Z tych powodów narzędzia odrzucalne, uzupełniając ciało - pozwalają indywiduom wykonywać przedmioty, których człowiek samemi rękami nigdyby nie był w stanie wytworzyć, a które jednak wchodzą poważnie w skład bogactwa społecznego.

Odrzucalność tych uzupełnień ciał ludzkich ma dla nas szczególną wagę. Człowiek bowiem może zmieniać dowolnie specyalne uzdolnienia swego ciała (niejako kształty jego i własności fizyczne), zatrzymując je tylko tak długo, jak długo jest to dla niego potrzebne lub pożądane. Poza tem pozostawia go ciągle jednakim i pozwala mu korzystać z urozmaiconych do nieskończoności dóbr powszechnych.
Gdy orzeł ma wzrok bystry na wielką odległość, człowiek z lunetą przewyższa go, ale tylko wówczas, gdy chce tego. Nie potrzebując już sondować wzrokiem przestrzeni odległej, odrzuca dalekowidz i może patrzeć przez mikroskop, zdobywając przez to widnokręgi, niedostępne dla orła. Na cóż zdałyby się człowiekowi najdelikatniejsze narzędzia specyalne, gdyby nie mógł się ich pozbywać? Wówczas zostałby, jak zwierzę, specyalistą wprawdzie, ale bardzo ograniczonym. Dzięki odrzucalności - może być uniwersalnym w bardzo rozległych granicach, pozostając zawsze podstawowo podobnym do innych ludzi, więc mogąc dzielić z nimi mnóstwo wspólnych myśli, uczuć i dążeń.
Jeżeli więc łącznik zapewnia ciągłość ludzkiemu doświadczeniu, jeżeli dzięki łącznikowi, osobnik może czerpać z nagromadzonego doświadczenia przodków dowolną jego ilość oraz jakość, jeżeli na podstawie tego doświadczenia może przeobrażać, uzupełniać i uzdatniać swoje ciało do czynności najrozmaitszych, to musimy się z tem zgodzić, że to wszystko, co stanowi bogactwo materyalne zawdzięczamy owemu łącznikowi, nie zaś zaletom własnych ciał naszych, w których się rodzimy wszyscy niemal jednakowi.

Przecież nawet nasze dusze zawdzięczamy tylko łącznikowi, bo tylko przezeń czerpiemy je z duszy innych, bo w sumie wszystkich dusz w narodzie spoczywa suma przechowanego doświaczenia całej długiej przeszłości narodu. Przez ten łącznik jesteśmy, każdy z osobna, czynną cząstką narodu, a zarazem uczestnikiem dóbr, będących dziełem jego.
Im ten łącznik społeczny jest wszechstronniej rozwinięty oraz głębiej wplata się w życie wielkiej liczby jednostek, tem owe jednostki są wszechstronniej i potężniej rozwinięte, tem lepiej i sprawniej funkcyonuje czynne ciało narodu. Gdy zaś wszystkie czynne narzędzia sztuczne są literalnie uzupełnieniami ciała społecznego, gdy na to ciało składają się nie tylko ciała ludzkie, ale właśnie wszystkie narzędzia, oczywiście nie wyłączając motorów mechanicznych i najbardziej skomplikowanych machin, gdzież więc tajemnica większej produkcyjności społeczeństw najbardziej rozwiniętych?
W potędze sumy ich dusz. Potęga ta wspiera się na narzędziach materyalnych, odrzucalnych, któremi, przy drobnym stosunkowo udziale wysiłków fizycznych cielesnych, osobniki ludzkie przeobrażają wedle swej woli przyrodę czystą w bogactwo swoje materyalne. Rozporządzając lepiej rozwiniętemi i liczniejszemi narzędziami, naród włada doskonalszem i potężniejszem ciałem, które sobie zbudował. Zaprzęga on większą ilość sił martwych do służenia sobie.
Mówiąc krótko, ludzie i narody w chwili działania twórczego literalnie ożywiają swym duchem pewną ilość materyi obcej, zewnętrznej oraz pewną ilość sił zewnętrznych i czynią z nich realne uzupełnienie swego żywego ciała, posłuszne skinieniom duszy.

Każdy osobnik ludzki może wprawiać w działanie rozumem swoim za pośrednictwem organów swego ciała pewną ilość i jakość t. zw. martwych sił przyrody, ilość i jakość zależną całkowicie od jakości jego władz duchowych.
W ten sposób w machinie, (zbudowanej przez ludzi), działa wcale nie "praca ludzka" siłami przyrody zewnętrznej (np. motoru i palącego się węgla pod kotłem parowym), ale wprost dusza ludzka (więc rozum ludzki) pracą przyrody, przy minimalnym stosunkowo udziale fizycznej pracy ciała ludzkiego.
Cała tajemnica wytwarzania bogactwa na tem polega, że dusza małym nakładem pracy organizmu ludzkiego zniewala do działania na korzyść ludzką wielką ilość sił przyrody, czyli wyręcza się ekonomicznie pracą sił przyrody.
Cudu jednak tego dokazują nie ciała, jako organizmy, lecz ciała ludzkie, jako siedliska dusz, władające nietylko siłami fizycznemi, własnemi, tkwiącemi w ciałach ludzkich, ale jeszcze siłami, równie naturalnemi, tylko obcemi, tkwiącemi niejako w przedłużeniu tych ciał, więc w narzędziach sztucznych, jak również jeszcze w przyrodzie, podległej oddziaływaniu owych narzędzi sztucznych.


11. Bogactwo dziełem dusz. Druga kategorya bogactwa.

Początkowo, pod wpływem klasycznych teoryi pracy bogactwo ludzkie przedstawiało się nam, jako dzieło pracy ludzkiej. Teraz widzimy, że daleko prościej i słuszniej możemy je poczytywać wprost za dzieło dusz. Cóż bowiem znaczy fakt, że do wykonywania dzieł tych niezbędną jest praca, czyli pokonywanie fizycznych oporów, - gdy ona stanowi tylko środek, nie zaś przyczynę. Przyczyną bogactwa są tylko dusze, boć owe dzieła ludzkie, stanowiące bogactwo, służą tylko duszom, nie zaś ciałom. Tej nieogarnionej rozmaitości dzieł ludzkich - potrzebują nie ciała nasze, ale jedynie dusze - i to między innemi tłumaczy nam, dla czego zwierzęta ani nie wytwarzają rzeczy analogicznych bogactwu ludzkiemu, ani ich potrzebują. Jeżeli więc my swe bogactwo ustawicznie wytwarzamy, pożądamy go, i potrzebujemy go, to właściwie zarówno wytwarzamy, jak pożądamy oraz zużywamy to wszystko jedynie tylko jako dusze, jako ludzie, jako jestestwa, obdarzone innemi i szerszemi aspiracyami, ale też zarazem szerszemi władzami od zwierząt.

Bogactwo lubią nam przedstawiać ekonomiści głównie pod kątem widzenia ilościowym, jako pewną masę wartości lub użyteczności, a spuszczają z uwagi wzgląd na jego jakość. Tymczasem właśnie tylko ogromna rozmaitość tej masy bogactwa nadaje jej wartość oraz użyteczność. Bogactwo jednorodne i jednokształtne nie byłoby wcale bogactwem i nie da się nawet pomyśleć! Ponieważ zaś owa rozmaitość form płynie bezwarunkowo nie z pracy, lecz z ducha i z rozmaitości dusz, więc mamy prawo orzec, że jest dziełem nie pracy, lecz ducha i musimy je wiązać w związek przyczynowo-celowy tylko z duchem.
Cala ta nie dająca się wyliczyć przerozmaitość dzieł, razem składających się na całą sumę bogactw ludzkich, płynie z ducha i służy duchowi, choć trzeba przyznać, że ze swej strony tylko owa różnorodność bogactwa podtrzymuje całą rozmaitość naszych myśli, uczuć, dążeń i działań ludzkich. W ten sposób, mamy w narodzie kompleks realny przedmiotów i podmiotów, istniejący jedynie tylko przez ich ścisłą współzależność. I nie dość, że ten związek materyi z duchem istnieje; ów kompleks rozwija się pod postacią bezustannego procesu stawania się, zagłady i znowu stawania się, ale nie bezładnego, lecz przeciwnie, ściśle uporządkowanego.

Z tak dostrzeżonego stosunku płynie niemałej wagi konsekwencya. Oto trzeba się pogodzić z uznaniem równoległości obu zjawisk, to znaczy przedmiotów i podmiotów, i skoro przedmiot nazwaliśmy bogactwem, to i przyczynę oraz warunek jego istnienia oraz powstawania, mamy prawo nazwać również tem imieniem. Obok bogactwa form materyalnych dostrzegamy więc w społeczeństwie istnienie źródła duchowego, z którego owe formy biorą początek, źródła - ale zarazem i celu, dla którego owe formy istnieją. Siły czysto cielesne, którym ekonomiści tak ważną przypisali rolę, stanowią w powstawaniu tych form - samo tylko narzędzie, którem się duch posługuje, albo podstawę, na której się wspiera fizyczna działalność ducha. Reprezentują one w akcie stwarzania raczej czystą przyrodę, aniżeli cośkolwiek więcej. Reprezentują przyrodę ślepą, siłę mięśni, niewładną nic tworzyć, władną tylko niszczyć, dopóki sama sobie zostawiona. Dopiero władze ducha są ową potęgą, która powołuje do istnienia ogół tych form materyalnych. Póki tych władz niema - bogactwo materyalne nie zjawi się; póki rozmaitość tych władz niewielka, małą również musi być rozmaitość form bogactwa. Więc to wszystko, co powstaje jako dzieło ludzkie, płynie z tej dziwnej potęgi, która stanowi ideę tych wszystkich form, prawdziwą ideę twórczą, całkiem realna, nie tę metafizyczną, o której Bergson prawi. Bogactwa form materyalnych bez równego bogactwa form idei - być nie może. Więc też świat idei, rozpinający się w narodzie na niemilknącej tkance "mówionego", jest drugiem jego bogactwem, albo raczej pierwszem, bo niezbędnem do tego, aby drugie, materyalne powstawało.
Widzimy teraz, jak słuszną była powściągliwość w określaniu roli człowieka w twórczości gospodarczej.
Gdyśmy określali bogactwo mianem "więcej, niż przyrody" (roz. 3), odstąpiliśmy wówczas od kwalifikowania samego człowieka, aby przez prędkość nie popełnić omyłki. Dostrzegliśmy jedynie w jego działałności coś, co powołuje do istnienia bogactwo, a nie płynie ze zwykłej natury zwierzęcej. Nie nazwaliśmy tego "coś" pracą ludzką, lecz działalnością ciała i duszy,
Poprzednio jednak nie było zbyt jasnem, jak to dusza może wprzęgać przyrodę do pracy. Teraz rozumiemy, że najzupełniej to wystarcza, jeśli dusza ma władzę nad własnem ciałem, bo przez nie nabiera władzy nad zewnętrzną przyrodą.
Dopiero więc analiza "pracy" klasyków upewniła nas, że osobniki ludzkie stanowią najrzeczywistszą mieszaninę "przyrody" z bogactwem. Należą mianowicie zrazu do czystej przy­rody jako produkty czystego życia, jako dzieła przyrody, jako organizmy, zrodzone na drodze fizyologicznej. Bogactwem społecznem - stają się dopiero po wytworzeniu się w nich specyalnie ludzkiego elementu psychicznego.

Przez sam fakt narodzin i cielesnego rozwoju są surową materyą społeczną; czynnikiem społecznym stają się dopiero przez ducha, który się w nich formuje w ciągu życia.
Powiedzieliśmy, że twórcą dusz jest Naród przez mowę. Zgodzić się z tem łatwo, albowiem tylko owa trwała i płynna struktura, która oplata wszystkich, przeobraża ustawicznie struktury psychiczne osobników jedne pod wpływem drugich. Treść albo jakość duchowa dzieci (będących materyałem uniwersalnym na ludzi), urabia się przedewszystkiem przez mówienie z wychowawcami. Nowy człowiek, nawet wówczas, gdy przynosi ze sobą pewne skłonności dziedziczone, staje się duchowo tem, czem go uczyni bezpośrednie jego otoczenie ludzkie. Z nieprzejrzanej struktury mówionego, wibrującej w narodzie i będącej źródłem życia duchowego, każdy osobnik czerpie (przez obcowanie społeczne) tę tylko drobną cząstkę, która krąży w jego sferze i dlatego drobna zrazu i niezróżnicowana dusza dziecka, materyał bardzo plastyczny i niemal uniwersalny czyli wszechludzki, kształtuje się wyłącznie na obraz i podobieństwo dusz otaczających. Świat pozostałych wpływów jest mu zgoła jeszcze obcy i nieznany i dopiero później zaczyna przeobrażać i rozwijać strukturę psychiczną, uformowaną już do pewnego stopnia w środowisku rodzinnem. Należy wszakże o tem pamiętać, że ów łącznik, jako struktura czysto fizyczna, nie jest wcale tem samem, czem struktura kategoryi psycho-fizycznej, czyli, że mówione nie zawiera w sobie wcale myśli lub uczuć, lecz tylko ich symbole, że tedy obce myślenie i uczuwanie wcale nie przenosi się w innego człowieka, lecz tylko wzbudza w nim myśli i stany psychiczne i wzbudza tylko takie, które mogą się. ułożyć z materyału duchowego, już uformowanego w osobniku i które układają się istotnie w sposób konieczny i dostateczny, ale indywidualny. Z osobnika do osobnika nie przenikają nigdy ani gotowe myśli obce, ani ściśle takie same, jakie były w mówiącym, lecz tylko układają się możliwie podobne. Mamy tu oddziaływanie konkretnych i rozmaitych dusz, ale przez szablonowy łącznik, więc podobne w zasadzie do oddziaływania stałych czynników środowiska naturalnego na wszelkie jestestwa żyjące. Jakiś czynnik przyrody, np. promie­nie świetlne, działają wprawdzie jednakowo w danej chwili na wielką liczbę jestestw różnych, działają jednakowo i szablonowo, ale mimo to, efekty jednakowego bodźca muszą być w każdym gatunku organizmów i w każdym nawet osobniku różne, poprostu z powodu ich wewnętrznej niejednakowości. W tych warunkach staje się oczywistem, że strukturę psychiczną osobnika ludzkiego, czyli duszę jego urabia pośrednio otoczenie ludzkie, bezpośrednio jednak łącznik społeczny. Gdyby nas urabiały otaczające osobniki - musielibyśmy być do nich podobni, że zaś wpływ ich jest tylko pośredni, utrzymuje się z jednej strony pewna niezależność od nich czyli indywidualność, z drugiej pewna przeciętność ogólnoludzka, płynąca z szablonowości czynnika, kształtującego bezpośrednio.

12. Druga kategorya kapitału.

Kiedyśmy stwierdzili istnienie dwóch bogactw zupełnie odrębnych, ale doskonale określonych, mianowicie istnienie
- materyi społecznej
- i potęgi społecznej,

nadto, kiedyśmy w nieokreślonej "pracy człowieka" (albo "industry") rozróżnili dwa jej składniki odrębne, (mianowicie przyrodę czystą, równą siłom fizycznym, oraz potęgę społeczną, czyli oddziaływanie duszy), i kiedyśmy się przekonali, że klasyczna "praca ludzka", zależnie od przewagi w niej tego drugiego elementu, może być w bardzo niejednakowym stopniu produkcyjna, możemy teraz powrócić do kwestyi kapitału, odłożonej na bok do czasu, póki nie określimy sobie dokładnie pracy ludzkiej.
W rozdziale 2-im było powiedziane, że wyrazem kapitał najpowszechniej oznaczane bywa takie dobro ludzkie, które jest potrzebne lub użyte do wytwarzania nowych dóbr ludzkich. Różnica więc między zwykłem materyalnem dobrem ludzkiem (=bogactwem), a kapitałem polega na tem, że kapitał zużywa się na to, aby się pojawił w nowej for­mie jakiegoś bogactwa.
Jeżeli ta ogólna definicya nie jest mylna, to obecnie zjawiają się nam z konieczności także dwa rodzaje kapitału.
Stosując klasyczna definicyę kapitału do "potęgi społecznej", musimy nazwać kapitałem również tę cześć władz duchowych (rozumu, uczuć i woli) narodu lub osobnika, która jest potrzebna lub użyteczna, w chwili pracowania, do wytwarzania nowego bogactwa, do wytwarzania bądź nowej materyi społecznej (=bogactwa materyalnego), bądź też nowej potęgi społecznej (=dóbr duchowych).

Zwracaliśmy już uwagę (rozdz. 2) na okoliczność, że niemal każde dobro ludzkie materyalne może być przeobrażone w kapitał, ten zaś równie łatwo w proste dobro ludzkie. Kapitał mieni się w oczach, niby go niema - i nagle zjawia się choć nic realnie nie przybyło. Gdy "dobro ludzkie" czyli "bogactwo" nie znika póty, póki rzecz sama nie znika, nie tak jest z kapitałem. Ten może przestać istnieć, choć rzecz nie znika. Rzecz traci tylko charakter kapitału, nie ginąc wcale, lub odwrotnie, nabywa nagle tego charakteru, nie powstając zgoła, gdyż była już przedtem, jako bogactwo.
To wszystko stosuje się do bogactwa duchowego, czyli do potęgi społecznej. Dopóki osobnik nie oddaje się pracy produkcyjnej, póki reprezentuje jedynie pewną sumę bogactwa duchowego, póty sam będzie tylko bogactwem. Kapitałem (duchowym) staje się jego bogactwo duchowe dopiero z chwilą oddawania się pracy produkcyjnej materyalnie lub duchowo. Ale i wówczas, bez względu na doniosłość i rozległość całego bogactwa, które w swej osobie reprezentuje, ta tylko jego część nabiera znaczenia kapitału, która jest potrzebna i użyteczna w jego pracowaniu. Reszta pozostaje nadal prostem bogactwem.
Podobnie, jak materya społeczna może być albo tylko bogactwem, albo jeszcze i kapitałem, tak samo może być potęga społeczna albo tylko bogactwem, albo także jeszcze kapitałem. Stwierdzamy tedy istnienie dwóch kategoryi kapitału, których rola i ważność nie są jednakie.

Kapitał bowiem duchowy tem różni się od materyalnego, że jest pierwszym i niezbędnym warunkiem bogactwa materyalnego, a nawet wogóle bytu społecznego.Biorąc rzecz przyrodniczo, odgrywa on literalnie rolę życia, samego. Gdyby bowiem bogactwa duchowego nagle nie stało, albo gdyby przestało być czynną i twórczą siłą społeczną, czyli kapitałem, wówczas zdarzyłoby się ze społeczeństwem to samo, co się zdarza z organizmem, gdy zawieszają się w nim czynności życiowe odtwórcze i twórcze. Stałoby się trupem. Stagnacya w odtwarzaniu się bogactwa duchowego pociągnęłaby rychło zupełną stagnacyę w odtwarzaniu się materyalnego. Przemiana materyi w społeczeństwie zostałaby zawieszona i rozwój społeczny ustąpiłby miejsca zjawisku szybkiej dezorganizacyi, którego kresem byłoby doszczętne rozłożenie się bogactwa materyalnego w prostą przyrodę, z drugiej zaś strony zanik dusz w narodzie do rozmiarów i znaczenia zwierzęcych.
Pierwszorzedność bogactwa duchowego (potęgi społecznej) w tem się zaznacza, że gdy utracone nagle bogactwo materyalne (materya społeczna) może być względnie łatwo odtworzone w narodzie, w którym nie wygasły mądrość, wiedza, uczucia i wola, - odwrotny stosunek obu bogactw byłby niemożliwy.

I w tej nieodwracalności stosunku obu bogactw do siebie odsłania się najjaskrawiej z jednej strony słuszność, z drugiej wszakże niedokładność dawnego twierdzenia, że źródłem bogactwa jest "praca ludzka". Najogólniej ten wyraz biorąc, jest to prawdziwe z uwagi, że każdej, choćby najprostszej pracy ludzkiej towarzyszy choćby drobna szczypta "potęgi społecznej", następnie, że bierzemy wówczas sumarycznie wszelkie prace ludzkie, bez ich szczegółowego oceniania. Ale gdy weźmiemy pod uwagę, że praca pracy nie równa, że pewnym pracom towarzyszy i przewodniczy niezmiernie wielka ilość kapitału duchowego, (wiedzy i mądrości), gdy innym zaledwie tak minimalna jego ilość, jakiej potrzebują zwierzęta, to zrozumiemy jak dalece wyniki społeczne różnych prac "ludzkich" mogą i muszą być odmienne.
Źródłem bogactwa materyalnego jest tedy nie "praca ludzka", ale twórcza część duszy ludzkiej, czyli kapitał duchowy, połączony z pracą fizyczną ludzką w jedno działanie na przyrodę.

Takiem połączeniem bogactwa duchowego (potęgi społecznej) z pracą fizyczną ludzką (z materyą społeczną) w kapitał społeczny jest każdy osobnik ludzki, czynny produkcyjnie, ale, rzecz zrozumiała, czynne osobniki ludzkie reprezentują mieszaninę tych pierwiastków w niejednakowym i najrozmaitszym wzajemnym stosunku. W jednych osobnikach działa drobna ilość "bogactwa duchowego", w innych bardzo wielka, stąd społeczna doniosłość prac jednego i drugiego może się różnić niezmiernie. Da się to wyrazić w języku ekonomicznym w ten prosty sposób, że osobniki ludzkie reprezentują bardzo rozmaitej wielkości kapitały duchowe, a bardzo jednakowe siły fizyczne.
Dopiero, gdy się to zważy, wówczas odsłoni się w całej nagości, powiem wręcz prostactwo i niedokładność metody, która każe oceniać i mierzyć wartość pracy osobników (t. j. doniosłość społeczną pracowników) samą długością trwania ich pracy, t. j, ilością czasu, poświęconego na pracowanie.

Metoda taka mogłaby być dobrą wówczas, gdyby chodziło o interesowanie się samym wydatkiem sił fizycznych, rzeczywiście dość jednakowych u wszystkich osobników. Ale gdy metoda ta pomija udział w "pracowaniu" indywidualnej potęgi, u jednych nader drobnej, u innych bardzo wielkiej, to zgodzić się musimy, że grzeszy ona krańcową niedokładnością. Uwzględnia bowiem to właśnie, co mogłoby być, jako jednakowe, lub prawie jednakowe, pominięte, pomija zaś to, co samo jedno stanowi o stopniu twórczości, o wydajności pracy oraz o różnicach indywidualnych. Metoda owa dopuszcza się zaś tak ważnego pominięcia pomimo, że na wszelką twórczość społeczną (z wyjątkiem tylko prostej pracy mięśniowej wyrobników), składa się zwykle drobna odsetka sił fizycznych ludzkich, bardzo zaś wielka i niejednakowo wielka, procesów duchowych.
Do tej ważnej kwestyi wrócimy jeszcze na innem miejscu, gdzie to będzie wiązać się z doniosłem zagadnieniem, którego tu jeszcze nie poruszamy, tymczasem zaś, możemy zamknąć ogólne uwagi nad bogactwem duchowem przypomnieniem, że i o wielkości narodu, o realnej mocy jego, a równocześnie o wielkości jego bogactwa materyalnego decyduje wcale nie ilość osobników, nie ilość dusz, lecz ich wielkość oraz jakość. I nie tylko to. Decydującą okolicznością będzie tu jeszcze wielkość kapitału duchowego, czynnego w narodzie. Można bowiem wyobrazić sobie naród, posiadający bardzo znaczną ilość osobników bardzo bogatych duchowo, ale biernych. Wówczas ów naród, bez względu na wielkość swego ogólnego bogactwa duchowego, będzie reprezentował drobny kapitał czynny i może produkować mniej, niż inny naród, znacznie uboższy duchowo, ale za to czynniejszy i bardziej twórczy. Pierwszy będzie wielkością, pogrążoną w stagnacyi, złotem, zamkniętem w skrzyni, drugi małością wprawdzie, ale twórczą, żywotną, więc wzrastającą w siły. Ten będzie jakgdyby mądrym próżniakiem, zjadającym szybko swe bogactwo, tamten niezbyt głęboko uczonym, ale wykwalifikowanym pracowitym dorobkiewiczem, prędko przychodzącym własnemi siłami do potęgi.
Że takie różnice między narodami zdarzają się - o tem świadczy historya na licznych swych kartach, o ile chodzi o przeszłość, ekonomia zaś polityczna, o ile chodzi o teraźniejszość.

13. Głód społeczny.

Poznaliśmy w najprostszym, choć najniezbędniejszym zarysie doniosłą rolę wibracyi mówionego, szczególnego środowiska społecznego, w którem kąpie się niejako człowiek od kolebki aż do zgonu i które nie tylko skraca, lecz wprost niweczy fizyczne odległości między indywiduami. Dzięki mowie i pismu dusze obcują ze sobą bez względu na przestrzeń i czas, kosztem niewielkiego wydatku pracy fizycznej. Obcują nawet z pokoleniami i osobnikami minionemi. Co zaś najważniejsza, one same istnieją tylko dzięki "mówionemu" i władają nietylko siłami innych ciał ludzkich, ale jeszcze siłami martwej przyrody.
Tak szeroka władza czyni z ogółu coś jakgdyby jedno wielkie ciało, a zarazem wielką duszę, splecioną z dusz indywidualnych - władającą narzędziami sztucznemi oraz temi siłami przyrody, które podlegają wpływowi owych narzędzi. Śmiało możemy powtórzyć, że to naród, przez dusze czynnych w nim osobników, stwarza bogactwo z czystej przyrody swego kraju.
Można śmiało utrzymywać, że to myśl rozumna, krzewiąca się w narodzie przetwarza przyrodę w bogactwo. Ale nie sama myśl, dokonywa tego, boć za sprężynę całego procesu twórczego, który wciągnął w swój wir nawet martwe siły przyrody, musimy poczytać sumę dążeń ludzkich czyli aktów woli. Bez woli - bez chcenia, myśl nicby sama nie zdziałała, to jasne.
Lecz zachodzi nowe pytanie, na pozór niezbyt ważne, lecz w gruncie rzeczy ciekawe: czemu to myśl i wola tworzą cośkolwiek? Przecież czysta żądza tworzenia nie może być prawdziwą i zrozumiałą przyczyną ustawicznych i świadomych wysiłków fizycznych, które składają się na pracę twórczą. Przecież do pracy, zwłaszcza natężonej, nikt nie porywa się dla samego pracowania, a choćby dla tworzenia. Chociaż nawet bywa często, że pracujemy dla samej przyjemności, jaką daje pracowanie, to jednak daleko częściej pracowanie stanowi przykrość. Czemuż nawet w takich razach pracujemy? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy, wciągając do naszego rozważania trzeci psychiczny składnik duszy - czucie, przeobrażone na stopniu społecznym w znacznej części w uczucia ludzkie.
Jeżeli prawdą jest, że często pracujemy dla samej przyjemności pracowania, to o wiele częściej, a nawet z zasady - zawsze pracujemy dla uniknięcia przykrości, czyli pobudzani chęcią pozbycia się uczucia przykrego, poniekąd cierpienia. Aby to w pełni zrozumieć, dość zważyć, czem jest żywot zwierząt w stanie natury. Jest on nieustannem odczuwaniem potrzeb, dążnością do ich zaspokojenia oraz zaspakajaniem kosztem pewnych wysiłków. Jest mniej lub więcej świadomą walką z odczuwanym brakiem. Życie zwykłe, zwierzęce - to niekończący się szereg wysiłków, zmierzających do zastąpienia uczucia cierpienia przez uczucie zadowolenia. To przedewszystkiem dążenie do sytości.

Otóż stan społeczny w niczem nie może być ani gorszy ani lepszy od "stanu natury", boć różni się tylko skomplikowaniem i obszernością skali odczuć; on jest tylko najszerszem rozwinięciem zjawiska życia, a więc i czucia. A zatem sprowadzony do ostatecznych ogólników, musi być tem samem, różniąc się tylko podwójnością potrzeb.
Zwierzęca dążność do sytości, do zadowolenia fizyologicznego, będąc potrzebą ciała, nie milknie w żadnym osobniku ludzkim, choćby najbardziej uduchowionym. Druga dopiero dążność, rozpościerająca się nad tamtą, owa skomplikowana - jest już czysto-społeczną potrzebą duchową.
Zdawałoby się, że tę drugą łatwiej zaspokoić, ale to tylko pozór. Obie kategorye głodu jednako są nienasycone, gdyż pierwsza, głód fizyczny, lubo daje się względnie łatwo zaspokoić przez pokarm, to przecież odnawia się uporczywie w ciągu całego żywota, druga znowu ma to do siebie, że chociaż mogłaby, teoretycznie biorąc, znaleść kres, - nie znajduje zaspokojenia, - bo stale wzrasta.
Jednostki ludzkie dążą do stanu "sytości" społecznej przez cały żywot, ale dążą napróżno, bo kres jego w miarę zaspakajania, ustawicznie się oddala. Człowiek, choćby miało ciało syte, żyje w ustawicznej pogoni za zadowoleniem swych potrzeb i pragnień ludzkich i bez względu na stopień powodzenia rzadko znajduje uspokojenie, albowiem wciąż sięga po nowe zadowolenia, sięga zaś dla tego, że w miarę wspinania się wyżej - widzi szerzej i dostrzega coraz nowe i coraz liczniejsze przedmioty, godne pożądania.

To, co budziło zrazu tylko prostą ciekawość, uczucie miłe, po pierwszem zaspokojeniu staje się rychło pożądanem, więc brak tego wywołuje już lekką przykrość, której pragniemy się pozbyć przez nowe zadowolenie pożądania. Ale po krótkim względnie szeregu zaspokojeń staje się ono już potrzebą, której niezaspokojenie przyprawia o cierpienie.
Oczywiście owo cierpienie usiłujemy z tem większą energią usuwać, im jest dotkliwsze, ale, rzecz dziwna, zaspakajanie dalsze nie daje nam już tej sumy zadowolenia, co początkowo, bo przyzwyczajenie stępiło uczucie przyjemności. Przykrość z braku doznawanego zjawia się zawsze, ale żywe zadowolenie pierzchło; a więc jeżeli nie odczuwamy z tej strony braku, wnet zjawia się inna zupełnie ciekawość, nowe pożądanie, nie będące jeszcze głodem, bo dopiero zdrowym apetytem, ale będące zarodkiem przyszłych cierpień i radości. Jeżeli bowiem ów drugi apetyt dozna raz zaspokojenia, co da nam uczucie żywego zadowolenia, i jeżeli będzie się stale zaspokajać, - już przeobrazi się w potrzebę nową, której nie zaspokojenie przyprawi nas o prawdziwe cierpienie, natarczywie domagające się ukojenia.

Więc żołnierz marzy o stopniu podoficera, ale zostawszy nim, marzy o stopniu oficera; stawszy się kapitanem - radby być pułkownikiem i t. d. Jenerał marzy o buławie marszałka. Mieszczanka marzy o herbach, szlachcianka o wyższym tytule, hrabianka o księciu, handlarz o coraz większych "obrotach" i zyskach, posiadacz miliona o drugim milionie, drobny talencik o sławie, większy o pomniku. Każdy człowiek zdrowy krząta się. tak właśnie, jakby był wiecznie głodny, i jest on istotnie głodny tym głodem społecznym, który nigdy nie daje się nasycić. Sięgamy po coraz nowe zadowolenia, bo istotnie cierpimy brak idealny, tylko nie wszyscy rozumiemy, że dusza zawsze musi cierpieć (pragnąć czegoś), aby doznawać zadowoleń, zupełnie tak samo, jak ciało zawsze musi doznawać głodu, aby doznawało przyjemności jego zaspokajania. Różnica ta tylko, że dusza musi wynajdywać coraz nowe przedmioty, na których kanwie osnuwają się kontrasty czuć przyjemności i przykrości, pragnień i zadowoleń, gdy ustrój cielesny automatycznie dochodzi do czucia głodu. Głód społeczny sięga w najidealniejsze nawet sfery działalności. Artysta dąży do większej doskonałości, mędrzec bezinteresowny do poznania coraz trudniejszych zagadek, nawet dobroczyńca marzy o świadczeniu jeszcze więcej dobra. Na tle elementarnej walki o sytość toczy się więc na wyżynie bytu w cywilizacyi druga jej edycya, "szlachetniejsza", przejawiająca się już w formach skomplikowanych, tak rozwiniętych, że trudno w nich rozpoznać jej prototyp.

Różnie można taką walkę nazywać. Bywa ona walką o utrzymanie się na poziomie raz zdobytym, częściej bywa dążeniem naprzód, zdobywaniem tego samego, co mają inni. Sprężyną jej głód materyi społecznej lub potęgi społecznej, głód posiadania, władzy, wiedzy lub rozkoszy. Ponieważ zaś marzeniem każdego jest posiadanie więcej, (materyi lub potęgi), stąd nieustanne kolizye sprzecznych interesów i wysiłki.
Materyalne dobra, niby piłka w ręku dzieci, przechodzą z rąk do rąk i stają się przedmiotem pożądania ogólnego. Pogoń ta nie daje nikomu spocząć - i ona to nie pozwala na upraszczanie się cywilizacyi, na niwelowanie się zróżnicowań, lecz owszem, popycha do coraz nowych skomplikowań.

Ekonomiści szkoły Marxa potępiają całe te wyścigi, a zwłaszcza szczęśliwszych lub dzielniejszych, bo nie zdawali sobie sprawy z natury zjawiska społecznego. Ale kto głębiej urnie patrzeć w świat przyrody, ten nawet z punktu widzenia gospodarczego nie będzie pytał: co znaczą te wyścigi, i czem są bodźce do nich: cierpienie i rozkosz? Wystarczy, gdy wzniesie się na wyżynę filozofa przyrody. Wtedy bowiem ujrzy, że to, co żyje - usiłuje trwać. Żeby się alegorycznie wyrazić, Naturze nie chodzi o przyjemność osobnika, ale chodzi o jego byt, o trwanie. Więc, aby ciało usiłowało trwać - musi ono doznawać głodu i musi doznawać przyjemności w jego zaspokojeniu - bo tylko te uczucia instynktowne, nie pozwalają zginąć zwierzęciu. Otóż to samo jest z głodem społecznym. Naturze społecznej nie chodzi również o przyjemność indywiduów, ale tylko o byt utworu, który raz powstał. Bez tego głodu, bez tych cierpień duchowych, których doznajemy - nie byłoby cywilizacyi, duch nie dążyłby do tworzenia, Cywilizacya do rozwoju. Jest to więc poprostu także instynkt życia cywilizacyi. Zanikanie w osobniku dążności twórczej musi być przeciwne naturze zjawiska społecznego i dla tego obwarowane jest od dołu cierpieniem, a od góry perspektywą zadowolenia. To też indywidua, popadłe w obojętność i w bezpłodność społeczną, rychło wyprowadza poza nawias cywilizacyi, a nawet życia.
Dążność do stanu sytości społecznej i w tem jest podobna do zwykłego uczucia głodu fizyologicznego, że w okresie pełni sił i rozwoju narodu lub osobnika - nagromadza więcej, niż niszczy, wchłania od zewnątrz więcej, niż wydziela, czyli, potrącając zużyte, stanowi dążność wybitnie twórczą, stanowi czynnik, nagromadzający bogactwo społeczne obu kategoryi tak samo, jak w organizmie jest czynnikiem wywołującym rozrastanie się ciała.

14. O własności osobistej i wolności człowieka.

Na tle tylko co przeprowadzonych porównań świata przyrody i świata społecznego zjawia się natarczywie pytanie, do kogo mają należeć owoce pracy osobnika ludzkiego? Czy do niego samego, czy do społeczeństwa? Zjawia się kwestya prawa własności osobistej, prywatnej. Prawo to oddawna prawodawcy i ekonomiści poddawali uzasadnianiu, krytyce lub negacyi. Tłumaczono nam dobrotliwie, że własność prywatna powinna być uznaną, albowiem jest pobudka do pracy, wytrwałości, zabiegliwości, oszczędności. To znowu odnoszono się do niej, jako do źródła złego, albowiem rozwija chciwość, egoizm i t. d., wreszcie zarzucano, że ona to stała się źródłem podziału społeczeństwa na klasy, podstawą olbrzymich różnic w uposażeniu, źródłem wyzysku, nędzy i t. d., i t. d.
Zdaje się, że większość tych rozpraw byłaby zbyteczną, gdyby po rozwiązanie kwestyi zwrócono się do samej przyrody która je oddawna rozwiązała.
Pytanie: czy mamy prawo do całkowitych owoców swej pracy należy postawić przedewszystkiem na tle pytania: czy zwierzę ma takie prawo i czy człowiek, zostawiony na łonie czystej przyrody, ma je również?
Na tym punkcie niema żadnej wątpliwości. Wszystkie prawodawstwa zgadzają się, że dzieła czystej przyrody, będące dobrem niczyjem, każdy może brać darmo.
Tak biorą prawe zwierzęta, zostające na łonie czystej przyrody, tak bierze i człowiek, znajdujący się na łonie niczyjej przyrody.
Obdarzony temi samemi instynktami, radby brać zawsze darmo wszystko, czego zapragnie, ale tymczasem, przychodząc do społeczeństwa, t. j. przychodząc do rozumu z okresu dziecinnej nieświadomości, wszędzie natrafia na własność cudzą, na zakaz; wszędzie za to, co chce otrzymać od innych dla siebie, każą mu płacić zrazu prośbą (dopóki jest dzieckiem i nie umie pracować), później praca. Rychło powiadają mu, że chcąc mieć - trzeba tworzyć, czyli pracować użytecznie, bo gdybyśmy wszyscy chcieli brać darmo, (przemocą albo prośbą), prędko wszystkobyśmy zużyli i nie byłoby co brać, prócz przyrody. Rychło nicbyśmy wszyscy nie mieli.

Skąd taka różnica miedzy światem zwierzęcym, a ludzkim, że zwierzęta biorą darmo, ludziom zaś każą pracować? Różnicy żadnej niema. Polega ona na prostem złudzeniu, że zwierzę bierze coś darmo. Tak nie jest.
Ono za to co bierze, płaci tem, co ma, siłą i nawet nie wie o tem, że każdy jego wysiłek jest hojną zapłatą, bo życie całe upływa mu na zabiegach w celu podtrzymania życia. O ile zaś ma liczne chwile spoczynku, zadowolenia, rozkoszy, to równoważą się one chwilami niepokojów, odczuwań braku (głód, pragnienie), oraz cierpień. Praca zatem, to wcale nie wynalazek ludzki, jakby się zdawało. I zwierzęta na swój sposób pracują, a nawet ciężko pracują - cala różnica, że nie wiedzą o tem, gdy człowiek najczęściej ma świadomość swej pracy, a co więcej pracuje nie instynktowo, ale celowo. Zatem dopiero wiedza i umiejętność jest jego wynalazkiem i wespół z "pracą" dają mu to, za czem ludzie gonią.
Jedynie tylko niczyje może się stać mojem przez prosty akt wzięcia w posiadanie (siła własną). Poza tem, mojem może już być tylko to, co nie istniało wcale i co sam powołałem do istnienia, co sam stworzyłem.
Dzieła więc ludzkie charakteryzują się tem, że stanowią własność czyjąś, twórcy lub posiadacza, grupy twórców lub posiadaczów, albo wreszcie całego społeczeństwa. Gdy mojem może być przedewszystkiem to, co było niczyje, a następnie co sam stworzyłem, przeto prawo do całkowitych owoców swej pracy wydaje się być pierwszem społecznem prawem osobnika, opartem na prawach natury.

Francuska "Deklaracya praw człowieka i obywatela" z roku 1789 (artykuł drugi i siedmnasty) głosi, że "własność jest przyrodzonem prawem człowieka i obywatela, prawem świętem i nietykalnem".
Skoro jednak z obozu socyalistów syndykalistów i komunistów rozbrzmiewają donośne protesty, odmawiające osobnikowi bądź prawa do bogactwa osobistego, bądź prawa do kapitału osobistego, - wypada sprawdzić, kto się myli?
Ku temu posiadamy obecnie jeden środek, ale pewny, od chwili gdyśmy się przekonali, że nawet sami lu
« Last Edit: (Tue) 12.08.2014, 14:28:03 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kapitał - Erazm Majewski
« Reply #3 on: (Tue) 18.03.2014, 14:39:16 »
17. Czy korzyść jednych musi się koniecznie opierać na stracie innych?

Gdyby produkty ludzkie były tylko przyrodą, połączoną z poziomą pracą ludzką własną i niczem więcej, wówczas, wobec trudności trafnego oceniania nawet produktów własnej pracy, cóż zaś dopiero produktów cudzych, o których wytwarzaniu słabe mamy pojęcie, rzadko zdarzałyby się zamiany, nie przynoszące straty jednej ze stron. W ogromnej większości przypadków wymiana produktów ludzkiej działalności kończyłaby się, nawet bez złej woli, zyskiem tylko jednej strony, stratą zaś drugiej. Bystrzejszy lub przebieglejszy zyskiwałby najczęściej, słabiej orjentującemu się groziłoby wyczerpanie sił i rychła niemożność prowadzenia wymiany. Korzyść zresztą zamiany zawsze byłaby niewielką. W rezultacie zamiany musiałyby się dokonywać z największa ostrożnością i nieufnością, oraz jedynie w granicach konieczności - a pomimo to nie tylko względna równość posiadania, ale powszechne ubóstwo byłyby stałem i normalnem zjawiskiem bytu społecznego.
Więcej jeszcze. Ponieważ owoce pracowania zawsze byłyby skromne, przeto musieliby pracować wszyscy, prócz dzieci, chorych i starców. W tych warunkach uboższymi musieliby być stale ci, którzy posiadają więcej dzieci, starców lub chorych, zamożniejszymi mogliby być jedynie nieobarczeni takim ciężarem. W rezultacie unikanoby utrzymywania dzieci, postarzałych rodziców i chorych, większość ginęłaby też z braku środków do życia. Próżniacy i niedołęgi nietylko nie byliby cierpiani, ale wogóle nie mieliby dostatecznych podstaw bytu. Utrzymywałaby się też stale znaczna równość posiadania przy bardzo słabym przyroście ludności i okrucieństwie obyczajów.
Znaczniejsze bogactwo byłoby zjawiskiem wprost nieznanem, naprzód dla tego, że dojście do niego byłoby niezmiernie trudne nawet dla bardzo pracowitego i przebiegłego, powtóre, że możnaby się. bogacić tylko zbyt wyraźna krzywdą innych, rychło więc bogaty obudziłby czujność wyzyskiwanych, oraz ich nienawiść, potrzecie, że w takich warunkach bogaty musiałby się wprost ukrywać starannie ze swem bogactwem, co odebrałoby mu większą część racyi bogacenia się, wreszcie, że posiadanie większego bogactwa nie byłoby cierpiane, jako jawne i ciężkie przestępstwo wobec innych.
Takie stosunki, z pewnemi wyjątkami, polegającemi na istnieniu władzy jednostki, nie są rzeczą nieznaną. Życie ludów, pozostających w tak zwanym stanie "dzikości" daje ich obraz dość wierny. Ani się one nadto mnożą, ani jednostki bogacą, rola zaś starców jest nie do pozazdroszczenia. Przyczyna tego wszystkiego w słabej wydajności pracy wszystkich, uwarunkowanej powszechną ciemnotą, powszechną drobnością dusz.
Sam więc fakt, że stosunki społeczne w bardziej rozwiniętych społeczeństwach nigdy nie układały się w wyżej wskazany sposób, dowodzi, że założenie co do natury samej "pracy" musi być nieprawdziwe.
Wiemy już dobrze, w czem ono chybia, lecz aby postępować systematycznie, nie zawadzi podnieść jeszcze raz pytanie: dla czego tak chętnie zamieniamy się własnościami, po co bierzemy od innych, gdy musimy równocześnie dawać? Czy nie prościej byłoby nic nie brać i nic nie dawać?
Nie lękajmy się z powodu tak prostego pytania krążenia w kółko. Powrót nasz do punktu wyjścia wszelkich rozważań ekonomicznych nie będzie rozpoznawaniem tego samego. Nasz temat ma tyle stron, że niepodobna rozpatrzeć wszystkich za jednym zamachem.
Teraz chodzić będzie o uwydatnienie tej właściwości bogactwa, że musi ono krążyć od ludzi do ludzi, albowiem tylko krążenie jego może zaspokajać nasze potrzeby, z drugiej zaś strony chodzi o uwydatnienie, że tylko zamiana pozwala nam brać więcej niż dajemy i to bez krzywdy oddającego. Gdyby inaczej być miało, - mielibyśmy prawo wręcz utrzymywać, że wszelkie zamiany pozbawioneby były sensu.
Wyjaśnienie, że zysk jednych bez krzywdy innych jest normalnem zjawiskiem społecznem, będzie celem niniejszego rozdziału. Przyczyna tak dziwnego zjawiska leży w podstawowych właściwościach duszy i w samej naturze bogactwa.
W tem miejscu musimy przypomnieć (p. rozdz. 2), że bogactwo to nie prosty zapas środków, zaspokajających poziome potrzeby, ale ogromna rozmaitość środków, zaspokajających najrozmaitsze potrzeby, zarówno poziome, jak szczytne.
Gdy raz zjawiła się rozmaitość przedmiotów i potrzeb, musiała się ona koniecznie zwiększać, albowiem nowe przedmioty wywoływały nowe pożądania, nowe zaś pożądania przy niejednakowej psychice osobników i przy niejednakowych środkach, powoływały do istnienia znowu coraz inne przedmioty. Zjawił się łańcuch nieprzerwany przyczyn, przeobrażających się w skutek i skutków, przeobrażających się w przyczyny.
Sztuczne narzędzia pierwotne, ułatwiające zdobywanie albo przeobrażanie płodów natury, poczęły się tu i ówdzie doskonalić pod wpływem doświadczenia, zwiększając niejednakowość osobników nie tylko funkcyonalną, ale poniekąd morfologiczną. Z upływem wieków ludzie stawali się coraz niepodobniejsi do siebie funkcyonalnie, więc i ich dzieła stawały się coraz rozmaitsze.
Pożądamy niekiedy tego, cośmy sobie wyobrazili pomimo, że to nie istnieje, ale najczęściej tego, co istnieje i o czem wiemy, że jest miłe lub użyteczne.
Dzieła więc ludzkie, będące w posiadaniu innych, stają się przedmiotem pożądania wielu tych, którzy nie umieją ich sami sporządzić, ale widzą u innych.
Aby posiąść przedmiot, którego sama przyroda, zwłaszcza kraju, nie dostarcza, a którego nie umiem i nie mam czem zrobić, muszę go dostać od osobnika, który go posiada lub wytwarza.
Najprostszą drogą byłoby wprawdzie odebranie przedmiotu pożądanego, ale to droga pozornie tylko najprostsza, zwłaszcza w stosunkach pierwotnych. Odbieranie pociąga za sobą walkę i ryzyko niepowodzenia, kalectwa lub śmierci, w najlepszym zaś razie odwet. O wiele dogodniejszą drogą jest oddanie wzamian czegoś, czego ktoś pożąda, lub co mu może być użyteczne.
Gdy raz zadzierzgnęła się między osobnikami wymiana dobrowolna, ustaliła się ona rychło jako najłatwiejszy sposób zaspokajania pożądań.
Komplikowanie się przedmiotów użytecznych i potrzeb potoczyło się odtąd niepowstrzymanym pędem i toczy się nadał z rosnącą szybkością.
Ludzie z nieufnych i wrogów - stali się wzajemnie coraz użyteczniejszymi sobie i przestali się unikać właśnie dla tego, że są niejednakowi, że jeden umie to, czego inny nie umie - i że wymieniają między sobą owoce nie tylko swej pracy, ale umiejętności. Dzięki takiej metodzie zaspokajania wzajemnych pożądań, stali się oni jestestwami, które możnaby scharakteryzować najogólniej, jako specyalistów w wytwarzaniu, a (mniej więcej) uniwersalnych w używaniu. Taki jednak ich charakter mógł się wykształcić tylko na skutek niejednakowości duchowej, wcale zaś nie, jak dawniej mniemano, na skutek wymiany usług i wytworów, albowiem sama wymiana jest już skutkiem niejednakowości funkcyonalnej, więc ostatecznie niejednakowości wewnętrznej oraz morfologicznej. Wymiana wydaje nam się tylko skróconą aż do zneutralizowania formą obustronnej grabieży. Ja od ciebie biorę to, co ty masz, twoją własność, którą ja chce posiadać - oto formuła pierwotna obu stron, ukryta na dnie ich dusz. Zamiast zaś brać siłą fizyczną lub podstępem i płacić strata czasu, walką, guzami, zamiast narażać się przy tem na niepewne losy walki oraz na utratę w blizkiej przyszłości tą sama drogą mego własnego dobra, zamiast narażać własne bogactwo i narzędzia pracy na prawdopodobne zniszczenie w procesie odbierania przy systemie grabieży, daję ci odrazu to, co chcesz odemnie wziąć, aby być zaspokojonym, daję ci moją własność. Na tem tle zawiązuje się specyalna postać szczątkowa walki, pozbawiona jednak jej grozy - targ.
Wprawdzie głównym motywem zamiany jest zdobycie przedmiotu użytecznego, którego inaczej nie mogę otrzymać, ale dodatkowym celem jest jeszcze elementarna chęć egoistyczna zapłacenia jak najmniej, czyli zdobycia więcej, niżeli sam dają.
I właśnie ta dążność znajduje pełne zaspokojenie przy większej części wymian i to bez wiedzy zamieniających się. Sama natura ustroju społecznego daje ludziom ten dziwny benefis.
Dla czegóż tranzakcye wymienne nie wymagają tak bardzo dokładnego rachowania się z własną pracą, włożoną w produkt? i dla czego tak wielkie przynoszą one korzyści? Dla tego, że obok materyi, której dostarczyła darmo przyroda i obok własnej pracy producenta, każdy niemal produkt pracy ręcznej zawiera jeszcze w sobie pewną ilość pracy martwych sił przyrody, wprzęgniętej do produkcyi przez tak zwane pospolicie "siły psychiczne", a właściwie przez strukturę, psychiczną producenta.
Jeżeli więc Paweł zamienił niebacznie owoc 10 godzin pracy własnej na owoc 7-miu godzin pracy Gawła, to, powierzchownie biorąc, tranzakcya dała Pawiowi dotkliwą stratę trzech godzin jego pracy, w gruncie jednak rzeczy stosunek ten może się przedstawiać wcale nie tak źle. Najczęściej, mimo tak niekorzystnego wyniku, żadna ze stron nie tylko nic nie traci, ale obie dużo zyskują. Aby to dostrzedz, trzeba wprowadzić do rachunku pracę ludzką oszczędzoną w produkcyi umiejętnej.

Wyobraźmy sobie, że Paweł i Gaweł zamienili się wytworami, sporządzonemi przez każdego z nich osobiście, ale przy pomocy niejednakowych narzędzi sztucznych. Wówczas Paweł oddał owoc 10-godzinnej pracy własnej, ale dokonywanej przy pomocy narzędzi stale używanych oraz wprawy osobistej, które mu oszczędziły dajmy na to 30 godzin pracy. Oddał on tedy za wyrób cudzy ekwiwalent 40 godzi n pracy własnej bez narzędzi.
Gaweł znowu oddał owoc 7 godzin pracy własnej, ale narzędzia jego i wprawa oszczędziły mu przytem 25 godzin pracy, oddał więc ekwiwalent 32 godzin pracy własnej bez narzędzi. Gdy uwzględnimy . ostatnie cyfry, to okaże się, że Paweł nie tylko nie stracił 3 godzin pracy, lecz nawet trzykrotnie zyskał, gdyż za 10 godzin pracy własnej otrzymał przedmiot, mający dla niego osobiście wartość co najmniej 32 godzin pracy.
Tranzakcya przedstawia się tedy, jak następuje:
Paweł wydał 10 godzin pracy za rzecz, któraby go kosztowała co najmniej 32 godzin pracy. Zyskał więc 22 godzin pracy własnej.
Gaweł wydał 7 godzin pracy za rzecz, któraby go kosztowała co najmniej 40 godzin pracy. Zyskał 33 godzin.
Paweł stracił pozornie 3 godziny, rzeczywiście jednak zyskał co najmniej 22 godzin.
Gaweł zyskał pozornie 3 godziny, naprawdę zaś zyskał co najmniej 33 godzin.
Zysk obu wprawdzie bardzo jest nierówny, ale o rzeczywistej stracie nie może być nawet mowy.
Zamiana mogłaby się odbyć jeszcze niekorzystniej dla Pawła, np. mógłby on wydać nie 10, ale nawet 30 godzin pracy własnej, i jeszcze nie straciłby na czysto, albowiem zostałoby mu 2 godziny własnej pracy oszczędzonej. Jedynie zysk jego byłby znacznie mniejszy od zysku Gawła.
Wyraziliśmy się tutaj, że Paweł dostał przedmiot, mający dlań wartość co najmniej 32 godzin pracy. Wypada powiedzieć, co ma za znaczenie słówko "co najmniej". Otóż Gaweł oszczędził samemu sobie 25 godzin pracy, gdy wkładał własnej tylko 7 w przedmiot, oddany Pawłowi. Pawłowi oszczędził on niewątpliwie jeszcze znacznie więcej. Gdyby bowiem Paweł chciał sam sporządzić taki przedmiot, to nawet przy posiadaniu narzędzi Gawła, ale bez jego znajomości rzeczy, bez wiadomości skąd brać materyały surowe i t. d., napracowałby się jeszcze znacznie dłużej, zepsułby dużo materyałów i otrzymałby wytwór o wiele mniej doskonały, prawdopodobnie zaś wcaleby go nie zdołał sporządzić. A cóż dopiero wypadłoby - gdyby Paweł musiał wpierw zdobywać sam narzędzia, potrzebne do wytworzenia produktu Gawła.


W rzeczywistości tedy stosunek zamienny przedstawia się jeszcze znacznie korzystniej dla obu.
Paweł wydał 10 godzin pracy własnej umiejętnej za to, na co nie wystarczyłoby mu może nawet sto i więcej godzin pracy przy narzędziach Gawła, ale bez jego znajomości rzeczy. Otrzymał więc naprawdę przedmiot pożądania za bezcen. Gaweł wydał 7 godzin pracy za przedmiot, któregoby nie sporządził choćby pracował sto lub więcej godzin, przy narzędziach Pawła, ale bez jego znajomości rzeczy, otrzymał więc również przedmiot pożądania swego za bezcen. Ponieważ zaś nabycie narzędzi nie opłaciłoby się żadnemu do produkcyi na osobistą tylko potrzebę, więc albo koszt własny byłby jeszcze bezporównania wyższy, albo wypadłoby się całkiem obejść bez przedmiotów pożądanych.

I tylko skutkiem takiego stosunku pracy wydanej do pracy, która musiałaby być wydana, gdyby każdy pracował dla siebie, ogólna suma bogactwa produkowanego i wymienianego przez ludzi może rozrastać się, nawet pomimo rozrzutnego zużywania. Dopiero gdyby ludzie nie mogli działać inaczej, jak tylko siłami i organami własnego ciała, choćby zresztą jeszcze przy pomocy pewnych narzędzi, z konieczności mało udoskonalonych, bo dość uniwersalnych, wówczas produkcya ich pokrywałaby zaledwie najniezbędniejsze i mało urozmaicone potrzeby.
Dzięki zaś wyspecyalizowanym narzędziom sztucznym, podziałowi pracy i wymianie, ludzie pracują coraz owocniej i niemal każdemu dość łatwo zbywa znaczny nadmiar, coś jakby owoc specyalnych uzdolnień, przyrost, darowany mu przez przyrodę dzięki interwencyi jego duszy.

Stosunek ten maluje się dobrze w pospolitem wyrażeniu, że ludzie wymieniają miedzy sobą przeważnie płody "przemysłu". Są to istotnie owoce ich przemyśliwania, myślenia, nie tylko zaś pracy fizycznej. Ludzi zbogaca i daje im dobrobyt myśl wciąż rozwijającą się, nie zaś bezmyślna praca rąk.
Naszkicowaliśmy tu stosunek wymienny w najprostszych i normalnych jego zarysach, bez pretensyi do poruszania skomplikowań, które wytwarza daleko idący podział pracy, coraz większe różnicowanie się uzdolnień, powstawanie narzędzi coraz bardziej złożonych, zrzeszanie się osobników celem wykonywania dzieł bardzo złożonych i wielkich oraz celem coraz bardziej ekonomicznej, bo masowej i maszynowej produkcyi i t. d.
Nam chodzi w tej chwili jedynie o uwydatnienie i podkreślenie tego ogólnego faktu, że przy specyalizacyi pracy i wymianie produktów albo usług, każda cena (nietylko monopolowa i amatorska, nie tylko normalna rynkowa, ale nawet najbardziej wygórowana rynkowa), którą płacimy (w warunkach normalnych) za cudzy wyrób (bądź jednostki bądź grupy) jest o wiele niższa od tej, którąbyśmy musieli zapłacić pracą własną i własnym przemysłem. Innemi słowy, każda rzecz, którą własnowolnie otrzymujemy drogą wymiany, bywa dla nas o wiele cenniejszą (oczywiście w różnym stopniu) od rzeczy, którą oddajemy. Zawsze wyroby obce nabywamy zbyt tanio w stosunku do (objektywnej i subjektywnej) wartości, jaką mają one dla nas.

To jest cecha zamian normalnych.
Rzecz prosta, że zdarzają się, i to bardzo często, zamiany, w których tylko jedna strona odnosi korzyść, ale są to wymiany, dokonywane w wyjątkowo niekorzystnych warunkach i nie mogą świadczyć przeciw zasadzie. Jednak ponieważ się zdarzają, zjawia się praktyczna potrzeba oceny obu produktów, potrzeba porównywania ich wartości.
Gdy jedna ze stron bywa pokrzywdzoną, mówimy wtedy, ze jeden oddał drugiemu "wartość" większą od otrzymanej.
I oto zjawia się tajemnicze, a doniosłe słówko "wartość" obok pragnienia posiadania miary, któraby pozwoliła przy wymianach oddawać możliwie równe wartości.
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kapitał - Erazm Majewski
« Reply #4 on: (Sat) 19.04.2014, 18:02:22 »
CZĘŚĆ CZWARTA. Nasza teorya wartości.

18. Zagadnienie wartości.

m fakt, że pytamy o miarę wartości, że jej szukamy, pomimo, że zamiany dokonywają się od najbardziej zamierzchłej przeszłości przedhistorycznej, - sam fakt, że co moment stajemy bezradni, nie wiedząc czy przedmioty, które bierzemy dobrowolnie, warte są oddawanych wzamian, sam ten fakt, powtarzam, dowodzi jaskrawo, że zamieniamy się po większej części na oślep, intuicyjnie, że nie znamy jeszcze zasady, któraby mogła czy powinna przewodniczyć tego rodzaju aktom. Ludzie radzą sobie, jak mogą. Każdy usiłuje "oceniać" "wartość" własnych przedmiotów i cudzych w taki sposób, aby nie został pokrzywdzony, lecz aby zyskał, ale często zamiana, dokonana nawet bez zamiaru skrzywdzenia drugiego, - kryje w sobie jego krzywdę, której obie strony mogą nawet zrazu nie spostrzegać.
Człowiek nieobeznany z literaturą specyalnie ekonomiczną słusznie może doznać zdziwienia, gdy się dowie, że kwestya wartości oddawna już urosła do godności całej osobnej "nauki o wartości", zdziwiłby się zaś jeszcze bardziej, gdyby mógł się przekonać, ile to już wygłoszono przerozmaitych "teoryi wartości", ile włożono czasu i mozołu w ten pozornie niewinny i prosty temat, wreszcie, gdyby się dowiedział, że dotychczas żadna z wyłożonych teoryi nie dostąpiła uznania powszechnego.
Każdy z niezliczonych autorów zapowiadał z radością i dumą koniec sporów i wątpliwości, niejeden głosił już tryumfalnie upadek poprzednich teoryi niedoskonałych, kończył jednak sam na braku uznania i zapomnieniu. John Stuart Mili był świecie przekonany, że "w prawach wartości niema już nic, coby wymagało obecnie lub w przyszłości jakiegokolwiek jeszcze wyjaśnienia", ale wyjaśnienia sypią się wciąż jeszcze, co zaś gorsza, niewiele wyjaśniają.
Oto przyczyna, dla której unikaliśmy dotychczas samego wyrazu "wartość", pomimo, że już kilkakrotnie narzucała się jaskrawo jego potrzeba; unikaliśmy zaś dla tego, że bez bliższego omówienia przyszłoby znowu operować wyrazem, pod który łatwo podłożyć treść dowolną, coby prowadziło do wzajemnej niezrozumiałości.

Źlebyśmy powiedzieli, twierdząc, że "niema bodaj wyrazu, któryby nastręczał więcej nieporozumień, jak wyraz "wartość", albowiem takich wyrazów w każdej nauce jest mnóstwo, ale nawet dziś jeszcze można powtórzyć znamienne słowa Ricardo, że "znikąd nie wypłynęło tyle błędów w nauce ekonomii, co z powierzchownego i niedokładnego wykładania wyrazu wartość". Wyraz ten do dziś niema jednego znaczenia, pomimo, że bardzo wielu tęgich ekonomistów zajmowało się pilnie kwestyą wartości i pomimo, że losy całych systemów ekonomicznych zależą od takiego lub innego tłumaczenia wartości,
Dawno już temu jeden z ekonomistów (C. A. Schramm) słusznie powiedział np., że "jeżeli teorya wartości Marxa jest prawdziwa, to dalszym jego wnioskom nic zarzucić nie można, jeżeli jednak jest błędna, to cały system Marxa upada". Słowa jego można zastosować i dziś nie tylko do teoryi Marxa, ale do wszystkich teoryi ekonomicznych, i tylko podziw bierze, czemu tak długo utrzymują się wątpiwości, pomimo dociekań tylu głów dzielnych?
Czemu? Z pewnością dla tego, ze obok istotnych trudności natury filozoficznej (teoretyczno-poznawczej), jakie nastręcza pojęcie, obok równie poważnych trudności, jakie mieści w sobie samo skomplikowane wielce i trudno uchwytne zjawisko ekonomiczne, oznaczone tym wyrazem, za mało baczono, aby naukową treść jego w rozumowaniach określić ściśle, więc często spierano się o wyraz, w przekonaniu, że o treść inną chodzi i vice versa.
Natworzono już tyle rodzajów i odmian wartości w samej ekonomii, pomijam już okoliczność że i w filozofii niema zgody na punkcie pojęcia wartości, - że nawet historykowi ekonomii trudno się w tem wszystkiem oryentować. Jest już kilkadziesiąt teoryi wartości z których niektóre pozornie podobne do siebie, z powodu jednakowej nomenklatury, w istocie rzeczy są zupełnie różne, inne znowu bywają ze sobą pokrewne mimo pozornej odmienności. Wychodzą one z najrozmaitszych założeń ale i te, które opierają się na jednakowych założeniach, różnią się miedzy sobą nie mniej od zasadniczo innych. W końcu doszło do tego, że krytyczni badacze, jak np. Gottl, uznali wartość wprost za wyraz bez treści, bezpotrzebnie wprowadzony do ekonomii.

Sąd ten godny jest bacznej uwagi z tego powodu, że z rozbioru Gottla okazuje się, iż większość autorów mówi o "wartości" jako o czemś powszechnie znanem i jednako zrozumiałem dla wszystkich, i dla tego właśnie uważają oni za rzecz zbyteczną dawanie dokładnego określenia własnego pojęcia. Tymczasem, jeśli wyrozumieć starannie: co który z autorów rozumie pod tym wyrazem, okazuje się najzupełniejsza rozbieżność w pojmowaniu "wartości". Nie istnieje nic tak określonego i wspólnego, coby mogło być uważane za ogólnie znany przedmiot tego wyrazu. Poruszać w tak fatalnych warunkach kwestyę wartości nie należy do zadań wdzięcznych, gdy jednak niepodobna kwestyi wartości pominąć bo ona nie jest "wyrazem bez treści., lecz przeciwnie, pojęciem niezbędnem w ekonomii, z drugiej zaś strony, gdy nie chcemy zapuszczać się ponad konieczną potrzebę w rozbiór krytyczny różnych pojęć wartości, coby nas zaprowadziło bardzo daleko w głębokie, a po większej części jałowe rozumowania, obierzemy drogę najkrótszą. Zaznaczymy istnienie we spółczesnej nauce dwóch biegunowo przeciwnych sobie pojęć wartości, będących osią wszystkich pojęć szczegółowych.

Rozpatrzymy
- wartość przedmiotową
- i wartość podmiotową.

Obie bywają dzielone na użytkową i zamienną. W ten sposób będzie to już rozpatrzenie czterech zasadniczo różnych pojęć:
1) wartości przedmiotowej użytkowej
2) wartości przedmiotowej zamiennej
3) wartości podmiotowej użytkowej
4) wartości podmiotowej zamiennej.

Wartości te w rozmaity sposób plączą się ze sobą u różnych autorów, najrozmaiciej wyjaśniane i raz jedna, to znów druga lub trzecia stają się główną. U jednych autorów pierwsza z wymienionych (przedmiotowa użytkowa) stała się filarem całej budowy, ale zdaniem innych, ta właśnie wcale "nie wchodzi w zakres nauki gospodarstwa społecznego, gdyż oznacza tylko zdolność faktyczną dobra czy usługi do zaspokojenia potrzeb ludzkich". Natomiast trzecia (podmiotowa użytkowa) ma być "najważniejszą, albowiem na niej opierają się wszystkie inne rodzaje wartości".
Czemże ona jest? Jest ona "znaczeniem, jakie przyznaje gospodarz dobru lub usłudze ze względu na swe własne potrzeby".
W oczach zwolennika takiej wartości podmiotowej "użyteczność przyrodnicza" czyli wartość przedmiotowa użytkowa nie ma użyteczności ekonomicznej, albowiem ona "znika całkowicie, gdyśmy się nasycili przedmiotem, albo gdy mamy go w nadmiarze". Wychodzi więc na to, że wartość dóbr zmniejsza się - gdy zwiększa się ich ilość, oraz odwrotnie, a tymczasem tu zmniejsza się tylko pożądanie, poszukiwanie, ze względu na łatwość otrzymywania. Powiedziałbym jeszcze zmniejsza się cenność przedmiotu. Ale tu nie mowa o warto­ści przedmiotowej, bo wypadłoby wtedy utrzymywać, że im naród więcej dóbr wytwarza, tem mniej wytwa­rza wartości, a przecież same dobra są także wartością,
Zdawałoby się, że dla wyznawców takiej teoryi wartości (podmiotowej) jedyną wartością będzie już użyteczność, ale gdzie tam. Oni wynaleźli jeszcze jakąś inną wartość. "W praktyce, mówi Gide, najważniejszą jest wartość wymienna", ale nie tyle znaczenie "ze względu na potrzeby cudze" (wartość czwarta), ile wartość targowa, czyli cena (wartość druga). Najważniejszą więc w praktyce wartością, jest dla nich to, co nie jeść wcale wartością, bo jest ceną! "Nie mniej jednak, ciągnie dalej ten sam autor, nie należy mieszać ceny z wartością, jak to czyni lud, bo "cena jest oznaczeniem wartości jednego przedmiotu wartością drugiego". Zatem cena jest i nie jest wartością! Jest niby wartością drugą (zamienną) - choć nie leży w przedmiocie samym, lecz tylko w usłudze doraźnie ocenionej i zapłaconej na mocy prostej zgody stron obu, wy­nikłej ze wzajemnych ustępstw.
Już tej próbki dość, aby zrozumieć, ile trzebaby trudu i cierpliwości, aby wyłożyć pokrótce i zrozumiale choćby kilkanaście główniejszych teoryi, po to tylko, aby spostrzedz, że w każdej jest trochę słuszności, ale jeszcze więcej przeoczeń i pominięć. Przy stałem upośledzeniu bądź jednej bądź drugiej ważnej strony, można było zbudować wiele dowcipnych i pozornie logicznych konstrukcyj, ale każda już w założeniu nosiła wyrok śmierci, będąc w niezgodzie z rzeczywistością, którą miała tłumaczyć.
Najprościej też będzie rozpatrzeć tylko dwa biegunowo przeciwne sobie pojęcia, bo wszystkie doktryny dadzą się sprowadzić do tych dwóch odrębnych pojęć.

19. Jak się plącze wartość z użytecznością.

Najwięcej zamętu wniosła do całej sprawy wartości dwuznaczność tego wyrazu w pospolitem użytkowaniu.
Jeżeli coś jest mi użyteczne, potrzebne, pożądane, miłe, powiadam zwykle, że to ma dla mnie wartość, albowiem "pozbawionemi wartości" są dla nas rzeczy, których nie potrzebujemy i nie pożądamy. Nieużyteczne są nam. obojętne, szkodliwych zaś unikamy. Użyteczność tedy i pożądalność schodzą się z praktycznem pojęciem wartości - i to tak prosto i łatwo, że już pierwsi ekonomiści (jak Condillac) tłumaczyli wartość przedmiotów - ich użytecznością.
Jednak dość zadać sobie pytanie, czy taka wartość, równa użyteczności, tkwi lub nie tkwi w przedmiotach, aby zrozumieć, że ona nie jest wcale tem, czego od wieków szukają myśliciele. Oni szukają wartości, tkwiącej w samych przedmiotach, wartości, która nie zależy od naszych sadów. Otóż, jeżeli jeden i ten sam przedmiot może mieć w tym samym czasie różny stopień użyteczności dla różnych ludzi, jak również dla mnie samego w różnym czasie i okolicznościach, jeżeli może mieć dla jednego wartość, a dla innego wcale nie mieć wartości, czyli równocześnie może mieć wartość i nie mieć jej, - to łatwo przyjść do przekonania, że taka wartość nie jest wcale wartością przedmiotów, lecz tylko sądem (sądami) o ich "wartości", a raczej o użyteczności. Będzie ona właściwie pożądalnością. Pożądalność, pragnienie przemiotów, tkwi w ludziach nie w przedmiotach pożądanych, a więc i "wartość" użytkowa praktyczna tkwi w duszy pożądającego, i w każdej może przedstawiać się cokolwiek inaczej bez względu na wewnętrzną wartość tych przedmiotów i na ich cenę. Wartość drugą, wewnętrzną, prawdziwą, chcemy pojmować jako własną wartość rzeczy, większa ilość wartości pociąga za sobą szacowanie tej rzeczy wyższe - bez względu na rodzaj użyteczności, jako też na niejednakowy stopień pożądania, jakie rzecz wzbudza w osobnikach ludzkich. Inaczej dochodzilibyśmy do tak dziwacznych sądów, jak np., że ten sam chleb miałby większą wartość na stole ubogiego, niż na stole bogacza. Gdy zaś wyższa wartość powinnaby pociągać za sobą wyższą zapłatę, wypadłoby kazać ubogiemu więcej płacić za chleb, niż bogatemu, bo pierwszy silniej pożąda chleba, niż drugi. Jednak tak się nie dzieje. Obaj, mimo różnic pożądalności płacą za chleb jednakowo.
Na co więc i komu potrzebne takie pojęcie wartości, które nie pociąga za sobą szacowania przedmiotów według naszych sądów o ich "wartości"? W pytaniu, któreśmy w tej chwili rzucili, już tkwi moment, pobudzający nas do poprawki wyrażeń. Odruchowo chce się odrzec, że tu nie o wartości wewnętrznej chleba mowa, lecz tylko o jego pożądalności. I zaraz wychodzi na to, ze trzeba rozróżniać jakieś dwie odmienne wartości. Bo przecież nie tylko w ekonomii, ale i w życiu praktycznem przy zamianach przedmiotów, które z zasady muszą być do siebie niepodobne, chodzi o porównywanie wielkości ich wartości, dla uniknięcia omyłek oraz strat. Nie trzeba długich namysłów, aby spostrzedz, że użyteczność i pożądanie za taką miarę służyć nie mogą. Niechże kto określi stały stosunek wymienny, ilościowy, między najniepodobniejszemi przedmiotami codziennej i niecodziennej potrzeby?
Usiłowano to czynić przez jakieś stopniowanie użyteczności bądź na podstawie rzadkości przedmiotów (Walras, Senior), bądź słabszej lub silniejszej potrzeby czyli pożądania (Menger i jego szkoła "użyteczności krańcowej"), ale są to wysiłki nienaturalne, rozumowania naciągane, istne roboty teoretyków z za zielonego stolika, nie mających nic wspólnego z życiem, którzy budują teoryę naprzekór rzeczywistości, dla tego tylko, że im nie wystarczają teorye wartości przedmiotowej, wystawione przez innych. Nie chcą i nie mogą zgodzić się na tamte (zresztą zupełnie słusznie), - więc wpadli, w braku lepszego pomysłu, - na jeszcze gorszy.

Pożądalność, jako zjawisko indywidualne i w najwyższym stopniu niestałe, zmienne, względne, nie mogło zadowolić umysłów, szukających w zawiłości zjawisk - prostoty. Wciąż narzucało się natarczywe pytanie: czy w samych przedmiotach nie tkwi jakiś wspólny przedmiot wartości, stały, który mógłby służyć za miarę porównawczą, bez względu na indywidualne poglądy na użyteczność tych przedmiotów. Wyłania się wciąż kwestya jakiejś wartości, niezależnej od zmiennych naszych sądów ani od okoliczności. Twórcy szkoły klasycznej (Smith, Ricardo, Say) uznali, że tylko taką wartością powinna zajmować się ekonomia, bo tylko taka może służyć za miarę porównawczą przy zamianach.
Nie był to zwrot nowy. Już geniusz Arystotelesa doszedł do tego samego wyniku. Wykrył on na drodze logicznego rozumowania, że powinnaby istnieć w niepodobnych do siebie przedmiotach, które ustawicznie wymieniamy, niby jako równoważne, jakaś wspólna treść, jakaś substancya wspólna, albowiem "wymiana nie może mieć miejsca bez równości, a równości nie może być bez spółmierności". Szukał on gorliwie w niepodobnych do siebie towarach tego, co może być w nich wspólnego i co pozwoliłoby przeprowadzać prawowite porównania, ale nie mógł nic takiego znaleźć, więc skapitulował. "Podobna rzecz (substancya) nie może istnieć w rzeczywistości",
twierdzenie o istnieniu czegoś wspólnego jest "przeciwne przyrodzie", a ludzie "uciekają się. doń tylko ze wzglądów praktycznych". Słowem, Arystoteles nie mógł dociec, co jest treścią wartości, której istnienie zrazu podejrzewał i analiza jego rozbiła się. o wielką ścisłość myślenia. Zostawił zadanie nierozwiązanem, a nawet wykreślił je z liczby rozwiązalnych. Tymczasem wynikiem głębokich rozważań nowożytnych ekonomistów stała się myśl, że jednak taką wartość rzeczowa nadaje wytworom ludzkim praca ludzka i dla tego może ona stać się miarą wartości. Uznano odkrycie Smitha i Ricardo za epokową zdobycz naukową i za fundament ekonomii. Do rozwinięcia jej rzucił się cały szereg ekonomistów. Nie spostrzeżono jednak, że Smith dla tego został wielkim, że choć odkrył wspólną treść wszystkich dzieł ludzkich, nie ośmielił się jednak pójść dalej, niż wolno było pójść na drodze, która się przed nim otworzyła. Idea pracy ludzkiej, jako przedmiotu wartości, jakkolwiek cenna, prowadzi rychło do miejsca, z którego rozwidlają się drogi. Tyle może być sposobów pojmowania pracy, tyle nastręcza się trudności teoretycznych i praktycznych, że bardzo rozmaicie można je rozwiązywać, a każde rozwiązanie prowadzi do innych wyników.
Dziś można już zrozumieć czemu Arystoteles nie wpadł na myśl pracy ludzkiej. Oto musiał zauważyć, że na miernik ona się nie nadaje. Ale w zapale nieścisłego myślenia nie spostrzeżono tego i z przedwczesnym tryumfem uchwycono się odkrycia.
Najgłośniejszą z teoryi pracy jako wartości stała się teorya Marxa, bo z największym talentem i rozmachem wyzyskała myśl, że "po odrzuceniu na stronę użytecz­ności przedmiotów, któremi się zamieniamy, pozostaje im ta (wspólna) własność, że są wytworem pracy, że sprowadzają się do prostego wydatku siły, bez względu na jej postać". Znaczy to, że pozostaje im, jako wartość, zawartość pracy ludzkiej, czyli ilość pochłoniętej siły ludzkiej, wysiłków. Ile pracy ludzkiej w wyrobie ludzkim, tyle w nim wartości.

Gdy towary, w niczem niepodobne do siebie mogą być porównywane jedynie na gruncie czegoś wszystkim wspólnego, gdy taką wspólną ich zawartością praca - przeto ilość pracy niezbędnej do wytworzenia w przeciętnych warunkach chwili i miejsca, może być miarą wartości. Wiemy już, że ową "ilość" trudną inaczej do rozpoznania w towarze gotowym, mierzy Marx czasem pracowania. Oto zasada, która miała ułatwiać sprawiedliwą ocenę.
Jakkolwiek teorya Marxa zadowoliła wiele umysłów, a olśniła jeszcze więcej swą nadzwyczajną prostotą, poczęły się jednak podnosić coraz silniejsze wątpliwości co do praktyczności miernika, a później teoretyczne i logiczne co do prawowitości samej zasady.
Przecież wcale nie będzie tem samem, czy powiemy, że trzeba brać pod uwagę ilość pracy zawartą w wytworze, czy też zużytą przy wytwarzaniu, lub też potrzebną do wytworzenia i w jakich to mianowicie warunkach potrzebną. Po za temi wątpliwościami, praca, pracowanie, jako przedmiot wartości, ma tę jeszcze wielką niedogodność, że nie powinna podlegać ocenie wyłącznie ilościowej, albowiem na skuteczność jej wpływa jej jakość, a tymczasem, jeśli tylko zaczniemy uwzględniać jej jakość, stanie się ona, jako miernik praktyczny, niedogodną. Otóż ta właśnie okoliczność, odrazu zamącą prostotę zasady, przyjętej z takim tryumfem i czyni ją praktycznie tyleż wartą, co zasada użyteczności, chociaż z całkiem innych powodów. I tu widać fiasco, bo są możliwe różne drogi, różne interpretacye wartości samej pracy. Przecież nawet równym ilościowo pracom nie odpowiada równa zawsze wartość przedmiotowa ani równe zadowolenie pożądalności i potrzeby.
Zresztą jest i teoretyczne pytanie, bardzo ambarasujące, które stawia Gide: jeżeliby dopiero praca ludzka nadawała dziełom ludzkim wartość, to cóżby nadawało wartość samej pracy? Na tle wiadomości, że nawet dobro naturalne miewa w pewnych warunkach wartość bez pracy ludzkiej, doprawdy niewiadome co odpowiedzieć ze stanowiska dotychczasowych systemów ekonomicznych.
Wielu myślicieli zwróciło się tedy do porzuconego już kierunku poszukiwań, usiłującego wyprowadzić wartość nie z zasady ilości pracy.

Zawrzało w Szkole Mengera, który około roku 1872 zbudował teoryę użyteczności krańcowej, rzucili się do rozwijania jej i uzupełniania ekonomiści przeważnie austryaccy (Wieser, Böhm-Bawerk, Dietzel, Dupuit, Clark, Jevons, Philippovich, Zuckerkandl i inni), ale mimo całej gorliwości i bystrości nie mogą się oni pochwalić pełnym sukcesem. Dziś, jak przedtem, nie wiadomo, kto jest na lepszej drodze, ale z samego faktu, że tyle kierunków i tyle ich gałązek trwa równolegle i nie mogą uledz sile jednego tłumaczenia, można wyprowadzić wniosek, blizki prawdy, że ani opieranie się na wartości użytkowej, ani na "przedmiotowej" wartości pracy ludzkiej nie rozwiązują kwestyi prawdziwej wartości gospodarczej, ani kwestyi miernika, użytecznego bądź przy wymianie przedmiotów, bądź przy wymianie usług, co zresztą w gruncie rzeczy na jedno wychodzi.
Śmiało można powiedzieć, że oba odłamy ekonomistów idą po błędnej linii, bo zabrnęły w jednostronność, nie usiłują się wzajemnie przekonać lub pogodzić, ale pokonać. Tymczasem nie wolno trzymać się wyłącznie ani wartości przedmiotowej, ani podmiotowej, gdyż bez względu na to, co uznamy w towarze za wartość przedmiotową, ona istnieje realnie choćby w postaci samego przedmiotu pożądanego, niezależna od naszych osobistych nań zapatrywań. Istnieją wprawdzie nasze sądy, których nie wolno lekceważyć, ale istnieją również przedmioty naszych sądów niezmienne i niezależne od naszych sądów - i tych przedmiotów "wartości" również nie wolno lekceważyć. Nic nie pomoże do usunięcia tego dualizmu, choćbyśmy nie wiem jak mocno zamykali oczy, aby nie widzieć bądź jednej, bądź drugiej strony. Obie się nam w praktyce narzucają i obie trzeba uwzględniać w teoryi, jeśli chcemy aby teorya tłumaczyła fakty. I nie dosyć, że oba odłamy zabrnęły w jednostronność. Jest jeszcze i drugi błąd, w którym ugrzęzły tak głęboko, że go nie widzą, błąd, polegający właśnie na złudzeniu, że dostatecznie uwzględniają obie strony, więc, że nie są jednostronnemi.

Szkole psychologicznej zdaje się, że wcale nie przeocza wartości przedmiotowej, boć przecież ciągle o niej prawi, ciągle ma ją na ustach, szkole znowu wartości przedmiotowej zdaje się, że rachuje się tyle właśnie, ile trzeba z wartością podmiotowa. Ale w samej rzeczy pierwsza zajmuje się zgoła czem innem pod nazwą wartości przedmiotowej, dla drugiej zaś wartość podmiotowa doprawdy jest tylko piątem kołem u wozu. O tym błędzie pomówimy w następnym rozdziale, tu zaś w najprostszych linijach postaramy się wykazać zasadność pierwszego zarzutu, t. j. zarzutu jednostronności w traktowaniu procesu złożonego.
Wyobraźmy sobie, że wartość przedmiotowa polega istotnie i wyłącznie na pracy ludzkiej.
Cóż bywa motywem pożądania przedmiotu cudzego? Bezwątpienia nie praca cudza, w nim uwięzia, lecz tylko jego przymioty, a te wolno wiązać tylko z cechami samego przedmiotu. Cechy te istnieją tak realnie i niezmiennie, że możnaby je uważać nawet za przedmiot przedmiotu, czyli za przedmiot materyi, której suma stanowi towar. Pożądalności zatem odpowiada nie ilość pracy, ale zbiór cech, czyniący przedmiot użytecznym w przekonaniu nie tylko jednego, ale wielu osobników. Pożądalności odpowiada nie praca cudza, ale sam i cały przedmiot z jego cecha­mi fizycznemi. Chociaż w przedmiocie cudzym biorę rzeczywiście jakąś ilość pracy cudzej, nie pytam zwykle, a choćbym pytał nie dowiem się: ile jej biorę. Pracy cudzej nie widzę i nie umiałbym nawet jej ilości rozpoznać w towarze, którego pożądam. Więcej nawet. Choćbym przypuszczał, że jej tam wcale niema, pożądanie moje przez to się nie zmniejszy. Zresztą bardzo często naprawdę jest w cudzym towarze znikoma ilość pracy w stosunku do mojej, a przecież mimo to chętnie oddaję moją pracę za nie-pracę cudzą (czyli przedmiot jednej kategoryi za przedmiot innej kategoryi) i ani czuję się skrzywdzonym, ani jestem nim w rzeczywistości. Wszak gdyby dopiero praca była przyczyną wartości, to bogactwa przyrodzone nie miałyby wcale wartości, a jednak one idą wzamian za dzieła pracy. Dla czego? Przedmiotem wartości są i w nich cechy realne, wywołujące moje pożądanie - i to wystarcza. Nie potrzeba koniecznie pracy ludzkiej.

Z drugiej strony nie mogę nie brać pod uwagę kwestyi pracy, bo przecież za towar cudzy płacę przedmiotami, które dla mnie mają wartość jedynie wielkości mych wysiłków. Mnie nie obchodzą znowu ich cechy, ale bardzo obchodzi trud własny, który poniosłem, aby je wytworzyć. Chciałbym za ten trud dostać jaknajwięcej cudzego dobra, i usiłuję dostać, a czynię to nawet bez złej woli skrzywdzenia kogoś, poprostu dla tego, że nie wiem naprawdę: ile cudzego trudu mam dostać wzamian w przedmiocie, którego pożądam. Jest to dla mnie kwestyą obojętna. W tej samej niewiadomości oraz obojętności co do mojego przedmiotu i trudu pozostaje i druga strona - i jakoś dochodzimy do zgody. Ale, gdy takie są warunki tranzakcyi, jakże można stać na gruncie jednej tylko wartości, gdy w akcie wymiany najwidoczniej obie w grę wchodzą: wartość podmiotowa i ta druga, tkwiąca w przedmiocie, a niezależna od mego sądu.
Więc zamiany dokonywamy nie przez ocenianie wartości przedmiotowej obu prac, lecz tylko jednej, własnej. Gdy zaś to samo dzieje się z drugą osobą, przeprowadzającą wymianę, przeto każda strona bierze pod uwagę co innego: "ja" swoją pracę - i "on" swoją. Ja o "jego" - on o "mojej" pracy mamy tylko własny pogląd, więc mamy sądy podmiotowe o cudzym przedmiocie, sądy, oparte na domyśle, ale nie na pewności.
W cóż się więc obraca wartość przedmiotowa? Pytam raz jeszcze. W podmiotową napoły, skoro przewodnikiem moim jest korzyść z zamiany, którą sobie określam subjektywnie.
Zamiana nasza nie jest tedy prostą zamianą "towarami", czyli wartościami przedmiotowemi, lecz możnaby ją raczej nazwać skrzyżowaną. Ja dają towar - za nie-towar, on daje towar za nie-towar. Mój przedmiot jest tylko dla mnie prawdziwym towarem, jego zaś - tylko dla niego towarem.
Jak tu traktować kwestyę wartości bez uwzględniania obu jej rodzajów równocześnie? Nie można tego czynić w teoryi, bo nikt tego nie czyni w praktyce.

A przecież ekonomiści starają się przeważnie traktować oba rodzaje wartości oddzielnie, opierając się bądź tylko na przedmiotowej, bądź tylko na podmiotowej. Marx np. twierdzi, że zamieniamy się, a przynajmniej powinniśmy się zamieniać równe mi prawie ilościami pracy.
Prawda, że zamieniamy się pracami, (boć w obu towarach tkwi niewątpliwie praca), ale nie trzeba zapominać o tem, że przy zamianie zwykle nie myślimy wcale o pracy drugiej strony, nie taksujemy pracy cudzej, mamy na uwadze tylko
1) swoja własną pracę i
2) swoją własną potrzebę, a podobna okoliczność niweczy gruntownie ten charakter tranzakcyi, który chcieli jej nadać spólcześni ekonomiści obozu antipsychologicznego. Okoliczność ta z tranzakcyi w ich mniemaniu prostej, czyni zawiłą dla teoretyka, ale zawiłą dla tego głównie, że chciano ją przedstawić sobie zbyt prostą, wbrew złożonej naturze procesu.

20. Jak się wikła w ekonomii wartość z ceną.

Nie dosyć na tem. Chęć zbytecznego uproszczenia, rzekłbym nawet zmateryalizowania procesu, który jest sprawą psychofizyczną, zemściła się na samych upraszczaczach w ten sposób, że na domiar zamętu, powikłała cała kwestye wartości, i tak już dość zawiłą, z trzecią rzeczą, którą oni niby rozróżniają osobno, ale rozróżniają niedokładnie, mianowicie z ceną (z zapłatą), i to powikłała rozpaczliwie.
Szkoła psychologiczna (wartości użytkowej) wytyka socyalizmowi naukowemu, że jego "wartość przedmiotowa zamienna" niczem innem nie jest, jak ceną. Myliłby się jednak ktoby sadził, że to tylko przedstawiciele przeciwnego obozu ekonomicznego zarzucają niedokładne rozróżnianie ceny od wartości. Sami obwiniani wcale nie wypierają się tego grzechu i mówią wyraźnie, że "cena towaru jest to jego wartość, wyrażona w pieniądzach", "Wartość, wyrażona w pieniądzach (w powszechnym środku wymiany), zowie się ceną", "Wyrażenie wartości towaru w towarze pieniężnym stanowi cenę", "Forma pieniężna wartości zwie się ceną", "Dwa funty szterłingi są wyrażeniem pieniężnem wartości korca pszenicy, czyli jego ceną" i t. d.
Jeżeli zważymy, że cena jest tylko zapłatą i niczem więcej, to spostrzeżemy, że trzeźwi niby badacze dopuszczają się tu rzeczywiście niedozwolonego pomieszania pojęć.

O wielkości ceny (=zapłaty) decyduje przecież zupełnie co innego, niżeli o wartości bądź przedmiotowej, bądź podmiotowej. Decyduje o niej wprost podaż i popyt, decyduje współzawodnictwo z jednej strony między wytwórcami podobnych przedmiotów, z drugiej zaś między ich odbiorcami. Decyduje zbyt mała lub zbyt wielka ilość danego gatunku towaru na rynku w stosunku do zapotrzebowania, często decyduje proste "widzi mi się". Z tego powodu każdy przedmiot może mieć cenę a nawet ceny, niezależne zupełnie od jego wartości (przedmiotowej lub podmiotowej). Wygłaszamy przecież sądy: "kupiłem coś tanio", "kupiłem drogo". W tych wyrażeniach mieści się najwyraźniej myśl: "zapłaciłem coś niżej wartości lub drożej, niż warto", czyli "najdrożej". Jakimże tedy prawem "cena towaru" może być uważana za "jego wartość"?
Mamy przecież rażące przykłady niezależności cen od wartości w tak zwanych cenach amatorskich lub wymuszonych przez konieczność.
Milioner kalifornijski Huntington kupił np. niedawno na przetargu publicznym pierwsze wydanie biblii, drukowane przez Gutenberga i Fusta za 50.000 dolarów. Nie był to całkowicie kaprys bogacza, albowiem licytowano się i ten sam egzemplarz biblii miał już dawno cenę wysoką. Hoe, od którego został nabyty, sam dał zań 20.000 dolarów antykwaryuszowi Quartitschowi. Z drugiej strony przedmiot ten nie przedstawia ani tej, ani tamtej "wartości zamiennej", gdyż był sprzedany w roku 1825 w Londynie jeszcze inaczej, mianowicie za 2.500 dolarów.
Któraż z tych cen reprezentuje "wartość zamienną"? Żadna, bo wartość zamienna, jeśli ma być przedmiotową, powinna zależeć od sumy pracy, włożonej w przedmiot, skutkiem czego powinnaby być stałą, niezmienną. Wszystkie te ceny reprezentują zatem raczej wartość podmiotową, więc indywidualną w oczach nabywców.
Weźmy drugi przykład.

Gdy jestem głodny w oblężonem mieście, wartość bochenka chleba może przewyższyć w iście fantastyczny sposób jego wartość "przedmiotową", zamienną, która ma być wyobrazicielką pracy, wyłożonej na wyprodukowanie owego bochenka. Napróżno będę się wówczas powoływał na jego "wartość" normalną. Wobec konkurencyi innych głodnych oddam nawet cenny zegarek za chleb, od którego zależy utrzymanie mego życia.
Jeśli cena jest wartością towaru, wówczas złoty zegarek będzie wartością owego bochenka. O którejże to wartości mowa? O przedmiotowej? Nigdy! Więc może o użytkowej, czyli o podmiotowej? Także nie, albowiem nawet w chwili oddawania zegarka za chleb mam pełne poczucie niesprawiedliwości tej zamiany. A zatem, to, co oddaje za chleb - to tylko cena, zależna od małej podaży, a wielkiego popytu.
Dość chyba tych przykładów, aby zrozumieć, co za sprzeczności mieszczą się. w teoryi wartości Marxa i jego epigonów.

Zastanówmy się tylko:
Źródłem wartości przedmiotowej ma być praca. Miarą wartości - znowu praca, ilość pracy, czas pracowania. I nagle - wyrazem wartości cena - która nie liczy się z ilością wyłożonej pracy, czyli "wartością przedmiotową" klasyków, bo zależy tylko od zmiennych konjunktur rynku! Raz bywa wyższą, to znowu nawet niższą, pomimo tej samej ilości włożonej pracy! W cóż się obraca wartość przedmiotowa, w co ścisłość teoryi, oparta rzekomo na niewzruszonej podstawie? Jeżeli chwiejna z zasady cena znaczyć ma to samo, co wartość przedmiotowa, to teorya wartości, oparta na pracy, jest jednem wielkiem nieporozumieniem, bo taka "wartość", której wyrazem zmienna cena, nie przedstawia nic stałego pomimo, że chce za ścisłą uchodzić. Jakimże sposobem, w tych warunkach "praca" może być (przedmiotem) i miarą wartości?
Wszak jeżeli przedmiotowi skończonemu nadała pewną "wartość" pewna "ilość pracy", to ilość tej pracy nie może się już zmniejszyć, ani powiększyć, więc i wartość jego musi pozostać czemś niezmiennem, bez względu na okoliczność, czy przedmiot sprzedany zostanie za rzecz mniejszej wartości lub większej. On wartość swoją objektywną (którą mu nadał wkład "pracy") nosi w sobie, jedną, niezmienną, jako fakt dokonany, historyczny, któregoby próżno zaprzeczać lub chcieć zmienić. Nosi on swą wartość (jako zawartość pracy) bez względu na losy, które staną się jego udziałem. Ale pomimo to może on mieć choćby sto cen różnych.

Jeśli każdą z tych cen zaczniemy nazywać wartością przedmiotu, (wyrażoną w pieniądzach), - w cóż się obróci logika?
W jakiejże nauce mogłaby być cierpiania podobna sprzeczność pojęć podstawowych? Ba! do logiki moglibyśmy apelować wówczas, gdyby teorya ekonomiczna Marxa była naprawdę naukową i tylko naukę miała na celu, ale charakter jej jest dwoisty. Wprawdzie Marxiści nadają sobie miano "badaczów" stosunków ekonomicznych, których celem poznawanie, ale równocześnie czynią oni przecież z ekonomii swojej sztukę. Pragną przerabiać przedmiot badania zgodnie ze swemi pojęciami o tem, jakim on być powinien. Oba te charaktery absolutnie nie godzą się ze sobą zwłaszcza w dotychczasowym niedostatecznym stanie zrozumienia wszystkich zjawisk ekonomicznych.

Kto chce poprawiać "złe" stosunki społeczne - ten musiał sobie już wytworzyć jakiś ideał "dobrego" porządku społecznego.
Ideał taki może być wytworzony albo na gruncie dokładnego rozpoznania "mechanizmu" społecznego i wszystkich jego sprężyn i kółek, albo na drodze intuicyjnej, Tylko pierwszy będzie odpowiadał rzeczywistości, drugi musi zostać w mniejszym lub większym stopniu tworem wyobraźni. Do wytworzenia sobie obrazu pierwszego nauka nie doszła jeszcze, cóż więc czynią niecierpliwi ideologowie? Ubierają twór abstrakcyjny w szatę nauki. I oto zjawia się potrzeba zbudowania teoryi, a przedewszystkiem fundamentów dla niej w postaci pewnego szeregu pojęć podstawowych.
Dopóki się niema z góry narzucających się nam ideałów, wówczas pojęcia podstawowe wyprowadza się na drodze przedmiotowego poznawania, na drodze rozróżniania, na drodze analizy. Droga to trudna, ale przy ostrożności - pewna. Ale jeśli przyświeca już badaczowi jakiś ideał, wówczas, nawet przy szczerych chęciach poznawania, trudno utrzymać się w granicach czystego poznawania: praca badawcza staje się napoły twórczą pod wpływem idei z góry powziętych. Tutaj ocena wyprzedza dokładne rozpoznanie - więc nie może być pewna. Tutaj stokroć trudniej, krocząc od etapu do etapu, nie dać się ideałowi, aniżeli znaleźć prawdę całkiem nieznaną, bo tu trzeba walczyć z gotowemi ideami - gdy tam - tylko z niewiadomością.
Ideolog zjawiska niekwadrujące z jego teoryą albo przeoczą, albo ocenia niewłaściwie, albo wprost uważa za złe lub szkodliwe - i tak właśnie stało się z doniosłem zjawiskiem współzawodnictwa.
Dlaczego Marx i Marxiści potępiają stosunki społeczne oparte na spółzawodnictwie. Oto dla tego, że ono rujnuje niegłęboko ujętą teoryę wartości, teoryę, która z powodu idei z góry powziętych pomieszała wartość przedmiotową, niezmienną, z ceną rynkową, ulegającą wahaniom.

Gdy cena nie zależy od ilości "pracy", ucieleśnionej w przedmiocie, ale od ilości takich przedmiotów na rynku, czyli od ilości pożądających owocu pracy, czyli mówiąc krótko, od spółzawodnictwa, - przeto zamiast spostrzedz, że ceny nie można identyfikować z bezwzględną wartością przedmiotową, zamiast cofnąć się z drogi, która doprowadziła do błędu i sprzeczności, obmyśla się środki, z pomocą których dałoby się uchylić spółzawodnictwo! Spółzawodnictwo sprawia, że cena nie przedstawia nic stałego, a ponieważ teoryą chce, aby cena była wyrazem wartości i to wartości "czasu pracy" - czyli elementem równie stałym, jak "wartość przedmiotowa", oparta na pracy, ponieważ teoryą chce, aby czas pracy był miarą zarówno wartości, jak i ceny - więc wniosek prosty: - spółzawodnictwo jest szkodliwe i wszystko jest szkodliwe, co sprawia, że czas pracy nie bywa miernikiem ceny. Należy dążyć do ujednostajnienia ceny z wartością przeciętną "pracy"!
Ideologa mało obchodzi kwestya wykonalności takiego zadania i trwałości stosunków, opartych na przymusowej cenie, mało obchodzą skutki, jakieby podobna korekta porządku społecznego sprowadziła, bo jemu chodzi o dopasowanie rzeczywistości do teoryi, a właściwie do idei z góry powziętej, będącej duszą teoryi. Pereat mundus - fiat doctrina.

Cóż więc się robi na widok cen amatorskich lub wymuszonych przez konieczność, rażąco przeczących teoryi? Powiada się, że one nie powinny wchodzić w rachubę, bo to są wyjątki, istniejące tylko dzięki "nie normalnym" stosunkom społecznym. Niechby i tak było, możnaby się zgodzić na istnienie wyjątków od reguły, ale wówczas tylko, gdyby istniały jakieś ceny, niezależne od okoliczności. Takich cen jednak niema wcale, najmniejsza bowiem chwiejność ceny, czyli niezależność od "wartości" tyleż waży dla teoryi co największa - a wszystkie ceny normują się zależnie od okoliczności, nic wspólnego z "wartością przedmiotu" niemających. Istnienie więc samych wyjątków od rzekomej reguły najdobitniej świadczy o iluzoryczności reguły.
Zapłata (wysokość zapłaty) i wartość przedmiotowa są to pojęcia zgoła odrębne i nie zależą od jednych przyczyn.
Nie należy przecież zapominać, że ceną nazywamy zarówno zapłatę, której producent żąda, jak tę, którą nabywca kupiec proponuje, jak wreszcie zapłatę, wynikającą ze wzajemnych ustępstw, jak wreszcie tę, którą pośrednik między producentem, a konsumentem stawia konsumentowi, - i to stawia dowolnie. Gdy wartość towaru musi być jedna - skądże przypuszczenie, aby którakolwiek z tych cen rozmaitych miała być synonimem wartości. Jeśli nawet która była zgodna z wartością - co się może bardzo często zdarzyć i zdarza, będzie to tylko przypadkowa zbieżność, ale nie stała zgodność, wynikająca z tożsamości przyczyn. A tymczasem nawet w elementarnych podręcznikach powtarzają nam, że "regulatorem wartości (!) jest stosunek podaży do popytu" (np. Stecki), Przecież tu najwyraźniej mowa o cenie ale bierze się ją za jedno z wartością.
Cóż warta ekonomia, która takich rzeczy nie rozróżnia? A jednak jest to wspólna wadą wszystkich teoryi ekonomicznych, że mieszają cenność (wynikającą z oceny) z wartością i ani czują jak dotkliwie zaciemniają sprawy, które usiłują zrozumieć.

Wniosek z powyższego płynie następujący:
1) Wartość przedmiotowa nietylko Marxa, Kautsky'ego oraz innych mechanistów, ale nawet i szkoły psychologicznej nie jest wartością przedmiotową.
2) Wartość zamienna wszystkich razem - także nie jest wartością przedmiotową.
3) Wartość zamienna nie jest wogóle wartością, lecz ceną.
4) O cenie decyduje przedewszystkiem niestały stosunek, zachodzący między ilością przedmiotów danego gatunku, a ilością oraz zamożnością pożądających, czasem zaś przypadek lub przemoc.
Czyli: cena nie ma nic wspólnego ani z wartością przedmiotowa, ani z pracą.

21. Dowód, ze cena nie ma nic wspólnego ani z wartością ani z ilością pracy.

Aby się o tem przekonać, wyobraźmy sobie na chwilę, że wszystko, co ludzie produkują, powstaje bez pracy ludzkiej, pojmowanej bądź po Marxowsku, bądź po naszemu. Pozostawmy przy tem wszystkie pozostałe stosunki nietkniętemi. Wyobraźmy więc sobie, że sami ludzie są glebą, z której powstają samorzutnie i naturalnie wszystkie dobra w tej samej ilości oraz doborze, jak dotychczas. Załóżmy dalej, że ludzkie gusta i potrzeby są po dawnemu niejednakowe i zróżnicowane. Ludzie zatem używają bez pracy. Tworzy za nich przyroda (dajmy na to ich własna), tylko, że tworzy w równie ograniczonej ilości, jak to ma miejsce z produkcyą świadomą i celową oraz z płodami natury. W takim razie bogactwo zostanie czem było, tylko nie będzie nazywane "pracą zobjektywizowaną" albo "skrystalizowaną", bo pracy niema.
Pierwszym skutkiem teoretycznym podobnej sytuacyi będzie okoliczność, że dobra owe przestaną być wartością w sensie klasyków i szkoły Marxa, albowiem ich "wartością" ma być praca, włożona w wytwory, tu zaś wcale jej niema. Klasycy chcą mierzyć wielkość wartości zamiennej ilością pracy, włożonej w wytwór, tu niema jej czem mierzyć, gdyż wszystko powstaje bez pracy.

Jakże ludzie będą się obdzielać płodami własnych indywidualności, płodami bez wartości przedmiotowej, ale pożadanemi? Czy będą sobie darmo oddawali płody, które ich nic nie kosztują?
Nic podobnego nie zajdzie, albowiem każdy ma do rozporządzenia ilość przedmiotów ograniczoną, potrzeby zaś nie tylko liczne i rozmaite, ale nawet nieograniczone. Gdyby ktoś swoje przedmioty zaczął oddawać darmo, wówczas pożądający jego dobra rozbiorą je w jednej chwili i posiadacz pierwszy rychło się opatrzy, że wyrządził sobie krzywdę, albowiem choćby mu ten i ów równie darmo udzielał swego dobra, to jednak wielu rzeczy potrzebnych lub pożądanych, nie otrzyma w taki sposób, gdyż producenci rozdali je wpierw innym. Następną też partyę dóbr swoich, których mu łaskawa nań przyroda znowu dostarczy - zacznie już oględniej rozdawać, żądając wzamian od "piekarza" chleba, od "szewca" butów, od "zegarmistrza" .zegarka i t. d. I tak zacznie kupczyć, bacząc, aby mu "dobra własnego" starczyło na zaspokojenie możliwie największej ilości potrzeb lub zachceń własnych. Przedmioty, nie mające wartości przedmiotowej (wartości pracy), będą posiadać mimo to cenę i staną się towarami. Nie sądźmy jednak, aby ta cena mogła być czemś stałem, zależnem od samej istoty przedmiotów.
Jeżeli zjawi się gdzie na rynku więcej sukna - niżeli go chwilowo trzeba, tam cena jego spadnie, gdzie go będzie zamało - tam wzrośnie. Stosunki ułożą się w podobny sposób, jak układają się dzisiaj. Wobec ograniczonej ilości produktów, nieograniczonych zaś pożądań, podaż z popytem nie zejdą się nigdy na jednej linii oddawania sobie wszystkiego, czego kto zapragnie, darmo. Towary nikogo nie kosztujące będą miały cenę, zawsze daleka od zera, tem zaś dalszą, im mniej ich jest na ogół, a im więcej jest pożądających. Czy może owa cena będzie ich wartością? Gdzież tam! Wartość przedmiotowa powinna być jedna czyli stała - tu zaś nie będzie takiej. Nie możemy również przypuszczać, aby którakolwiek cena, choćby najniższa była wartością pracy, bo jej niema. A jednak wszystko będzie się odbywać tak, jakgdyby ona była i odgrywała rolę, którą jej klasycy i mechaniści przypisują.

Może zechce kto zarzucić, że zrobiliśmy dowolne i niedopuszczalne założenie, bo stosunki istniejące zależą naprawdę od "pracy" - i to branej w znaczeniu siły jednostajnej i u wszystkich jednakowej. Aby stało się jasnem, że nie popełniliśmy podobnej dowolności, że mieliśmy pełne prawo wyeliminować na chwilę taką brutalną, czysto somatyczną pracę bezokoliczną, - dość będzie zaznaczyć, że pracowanie mięśniami, wydawanie energii fizycznej ciała - to tylko jeden, niezbędny wprawdzie warunek tworzenia, ale warunek, w który wszyscy mniej więcej jednako są uposażeni. Drugim jednak, równie niezbędnym warunkiem tworzenia dzieł ludzkich, jest swoista twórczość osobników już zróżnicowanych funkcyonalnie, więc i potencyalnie, zróżnicowanych psychicznie. W ten drugi warunek nie wszyscy są jednakowo uposażeni, a właśnie on tylko jest źródłem i przyczyną rozmaitości dzieł.
Mamy tedy jeden warunek ogólny twórczości, drugi specyalny, jedną, powiedzmy, wartość ogólną, drugą szczególną. Dla jasności obrazu można tutaj dokonać skrócenia czyli wyrzutni. Jednakową wartość można dla skrócenia pominąć bez naruszenia pozostałych charakterystycznych stosunków, które istnienie swe zawdzięczają już charakterystycznym i indywidualnym właściwościom osobników.
Praca, "pracowanie" członkami swego ciała, trud fizyczny jest tylko ogólnym warunkiem powstawania dzieł ludzkich, nie on więc wpływa na przedziwną rozmaitość tych dzieł. Z równą słusznością można przecież utrzymywać, że to zróżnicowane osobniki ludzkie są warunkiem ogólnym powstawania dzieł ludzkich. O ile jednak chodzi o przedmiot konkretny, użyteczny lub przyjemny, o przedmiot "ten", nie zaś "tamten" lub "jakikolwiek", - to takiego warunkiem, koniecznym jest swoista dla takiego przedmiotu twórczość osobnika czy osobników. Wiadomo dobrze, że kowal nie wytworzy trzewika lub garnka, szewc nie zrobi zamku do drzwi. Swoista twórczość każdego jest ograniczona, ale pomimo, że jest ograniczona - jest niezbędna, bo nie daje się zastąpić przez żadną inna twórczość. I taką "twórczość" mielibyśmy skrywać i niwelować pod ogólną, nic nie mówiącą nazwą "pracowania"?

Ależ z taką specyalną twórczością, nie dającą się zastąpić żadną inną, mamy do czynienia w całej przyrodzie, dobrze ją znamy i rachujemy się z nią na każdym kroku - a nie nazywamy jej wcale "pracowaniem przyrody". Zresztą cóżbyśmy zyskali, gdybyśmy zaczęli rozmaite twórczości w przyrodzie nazywać "pracowaniem"? Swoista twórczość jabłoni wywołuje powstawanie jabłek, - przedmiotów użytecznych, twórczość zaś daktylowca - powstawanie daktyli.
Wolno utrzymywać, że "źródłem" jabłek jest wewnętrzna "praca" jabłoni, ale kogóż obchodzi kwestya: czy jabłoń "pracuje'? Nas obchodzi to tylko, że jabłoń tworzy to, czego żadna inna roślina nie tworzy. Ilekroć więc potrzebujemy jabłek, musimy zwrócić się po nie koniecznie do jabłoni. Nam potrzebne są tedy własności twórcze jabłoni, nie zaś bezimienna "praca" przyrody, gdy chodzi o jabłka, własności twórcze żyta, gdy chodzi o ziarna żyta, własności jesionu, gdy chodzi o drewno jesionu, własności twórcze kury, gdy chodzi o jajka.
Analogicznie z tem wszystkiem - gdy potrzebujemy butów - zwrócić się musimy do twórczości szewca, nie zaś do twórczości kowala, stelmacha lub tkacza, albo do twórczości kogośkolwiek, pomimo, że zdolny on jest w pełni do "pracowania". Grunt kwestyi w tem spoczywa, że po wszystkie przedmioty, stanowiące codzienna lub niecodzienną potrzebę naszą, musimy zwracać się nie do abstrakcyi "pracy", nie do każdego człowieka, byleby był zdolny do pracowania, nie do "ogólnej twórczości", nie do każdego bez różnicy, zdolnego rozporządzać energią ciała własnego, - lecz tylko do specyalnych wytwórców. Trud ich, fizyczny czy duchowy, czy też mieszany, jest nam tak obojętny, jak obojętną jest wewnętrzna praca fizyologiczna roślin w tworzeniu płodów nam użytecznych, nieobojętną tylko jest ich fachowa lub osobista, indywidualna twórczość, której nie może zastąpić żaden inny rodzaj twórczości.

Nie praca zatem jest źródłem dzieł ludzkich, ale specyalne zdolności twórcze, czyli specyalne własności twórcze osobników zróżnicowanych. Bez tych własności specyalnych, a zróżnicowanych, - ludzie pomimo całej swojej siły fizycznej i gotowości do wyładowywania jej na zewnątrz, tyleby właśnie tworzyć mogli - co zwierzęta, czyli mogliby, co najwyżej podtrzymywać życie własne przez umiejętność zdobywania pokarmów. Cała ich zdolność "pracowania" zdobywałaby się zaledwie na podtrzymanie egzystencyi samych ich ciał. "Twórczości", właściwej ludziom, zabrakłoby, - zabrakłoby też tego wszystkiego, co mienimy bogactwem. I pomimo to - powtarza się uparcie, że "praca tworzy bogactwo"!
Nie! "Pracowanie", zużywanie siły to tylko warunek tworzenia, konieczny wprawdzie i ogólny, ale wcale nie dostateczny, i o tem nie należy zapominać.
Jeżeli teraz spojrzymy na te samą sprawę z pod innego kąta, zyskamy nowe i bardzo pouczające oświetlenie. Wszystkie dzieła ludzkie użyteczne, są nazywane w ekonomii "wartościami", bo i są niemi w samej rzeczy. Sam przedmiot, jako towar, jest wartością przedmiotową, jako zaś przedmiot użytecz­ny i pożądany - wartością podmiotową. Trawestując zatem tylko co sformułowane orzeczenie, mamy prawo utrzymywać, że:
Nie praca jest źródłem wartości przedmiotowej ale zróżnicowane zdolności twórcze, czyli specyalne własności twórcze osobników. Bez tych specyalnych zdolności zróżnicowanych, ludzie, pomimo całej zdolności do "wydawania swojej energii fizycznej" nie byliby w stanie tworzyć żadnych wartości.
Cóż więc tworzy "wartości"?

Ten drugi element, którzy ekonomiści połączyli z "pracą fizyczną" ciał ludzkich, a którego nie należy z nią mieszać. Wartości materyalne są dziełem władz psychicznych, a te u każdego człowieka są inne i w bardzo rozległej skali rozmaicie twórcze, rozmaicie produkcyjne, a co za tem idzie, przedstawiają same w sobie niezmiernie rozmaite wartości. Twórcą wartości jest każdy, by najprostszy człowiek, tylko twórcy nie są sobie równi ani ilościowo ani jakościowo.
Cóż w tych warunkach może mieć wspólnego cena towaru z jego wartością? Skoro ona nie ma nic wspólnego nawet z pracą fizyczną ludzką, bo nie zależy od ilości pracy fizycznej, tkwiącej realnie w wyrobie, ale tylko od ilości jednakowych przedmiotów na rynku; jeżeli nadmiar jednakowych towarów obniża cenę, podobnie jak nadmiar jednako pożądających podnosi ceną - to jakiż związek może mieć zapłata z wartością przedmiotów, albo z wartością twórczą osobników? Żadnego.
Jeżeli tu bywają jakie zgodności, to czysto zewnętrzne, ale nie przyczynowe, bowiem w pieniądzach tak samo łatwo można zapłacić (wyrazić) rzeczywistą wartość, jak cenę, bądź niższą bądź wyższą od wartości przedmiotowej.

22. Cudowne własności towaru.

Zbierając wyniki, osiągnięte w ostatnich rozdziałach, możemy sformułować je w twierdzeniu, iż rzeczywistej wartości przedmiotowej nie znamy.
Jest to wynik dużej wagi, albowiem pojęcie wartości przedmiotowej zostało wytworzone dla zrozumienia procesu wymiany oraz w celu znalezienia kryteryum praktycznego, pozwalającego ustrzedz się w procesie wymiany strat wynikających z omyłek lub nadużyć przy ocenianiu towarów.
Od chwili zatem, w której doszliśmy do przekonania, że to, co dziś jest uważane za taką wartość, nie jest nią od tej chwili wszystkie wnioski oparte na klasycznem, a tem bardziej materyalistycznem pojęciu wartości przedmiotowej okazują się bardziej, niż wątpliwemi.
Staje się więc wątpliwem "odkrycie", stanowiące, zdaniem Marxa "epokę w historyi rozwoju ludzkości", mianowicie, że dzieła ludzkie "jako wartości (przedmiotowe) są wyrażeniem czystej i prostej pracy ludzkiej, wydanej na ich wytworzenie.
W tych warunkach dążenie do poznania lub sformułowania rzeczywistej wartości przedmiotowej nie może być już uważane za sprawę czysto teoretyczna, akademicką. Rozstrzygnięcie kwestyi ma pierwszorzędną doniosłość praktyczną. Wszak jedną z trosk ekonomistów jest ustrzeżenie ludzi od zamian niekorzystnych, droga zaś do tego wiedzie, według ich przekonania przez zamienianie się równemi wartościami. Jednak aby zamienić się w ten sposób, trzeba nietylko znać wartość bezwględną, ale następnie umieć ją wymierzać. Marx sądzi całkiem słusznie, że, bez krzywdy drugiego, mamy prawo brać tylko tyle, ile dajemy, tylko, ponieważ doszedł do przekonania, że wartością przedmiotu jest czysta i prosta praca ludzka, społecznie konieczna, wydana na jego wytworzenie, - przeto orzekł, że powinniśmy się zamieniać równemi ilościami pracy, mierzonej jednostką, jaką znalazł w "godzinie pracy".
My doszliśmy do całkiem innego wyniku. Przekonaliśmy się, że zamiana wytworami dla tego się praktykuje, że jest przedmiotowo korzystna dla obu stron, a korzystna jest dla tego, że w sposób iście cudowny "pozwala nam wszystkim brać więcej niż dajemy, i to bez krzywdy drugiego (p. rozdz. 17).

Tajemnica takiej nieprawdopodobnej na pozór praktyki kryje się właśnie w wartości przedmiotowej, która bywa zwykle większa od ceny oraz niezależna od ilości pracy własnej, wkładanej w wytwory. Jeśli taką wartość zrozumiemy i sformułujemy, tajemnica przesta­nie być tajemnicą.
Na szczęście zdobyliśmy (przez analizę pracy) tyle, że możemy już pokusić się o sformułowanie pojęcia rzeczywistej wartości przedmiotowej, a niezależnie od tego możemy wytłumaczyć przyczynę, dla której cały proces wymiany został ujęty niewłaściwie, powodując mylne tłumaczenie faktów.
Zanim jednak zwrócimy się do sformułowania wartości przedmiotowej, wypada zdać sobie sprawę z natury procesu wymiany; w tym zaś celu trzeba wprzódy omówić pewien wyraz, którym wypadnie się posługiwać. Wyrazem tym jest "towar".
Wprowadzono go do teoryi właśnie w tym samym celu, co i "wartość przedmiotową", czyli dla lepszego zdania sobie sprawy z procesu wymiany, ale, jak się to okaże niżej, całkiem bezpotrzebnie. Zdawałoby się, że ten wyraz nie wymaga objaśnień, że jest prostym synonimem "przedmiotu, przeznaczonego do wymiany na inny przedmiot", ale kryje on pewne specyalne znaczenie, co do którego nie powinno być wątpliwości. W oczach szkoły mechanistycznej wszystko, co wchodzi do obiegu gospodarczego, jest towarem, wszystko, "co przez swoje właściwości zaspokaja jakikolwiek ro­dzaj potrzeb ludzkich". Jednak ten sam przedmiot może być, albo nie być towarem. Tylko, gdy jest wystawiony na sprzedaż, staje się towa­rem, inaczej pozostaje zwykłem dobrem ludzkiem.

Jeżeli dodamy jeszcze, że szkoła mechanistyczna nie pozwala przypisywać towarowi żadnych przymiotów, żadnej użyteczności, bo te należą do samego przedmiotu, ale nie do jego "formy towarowej", jeżeli będziemy mieli na uwadze, że "towar z zasady pozbawiony jest przymiotów", to zrozumiemy, że wówczas, gdy mowa o towarze, może być mowa tylko o jego wartości przedmiotowej, lub o cenie. Bez względu tedy na sposób pojmowania takiej wartości, można powiedzieć, że wcieleniem jej, ucieleśnieniem jest sam przedmiot, ale ujmowany, jako towar.
Wartością tedy przedmiotową jest sam przedmiot, ujmowany jako towar.
Teraz, gdyśmy się porozumieli co do gospodarczego znaczenia, wyrazu "towar", wypada wynik badania, sformułowany na początku tego rozdziału, zastosować do towaru i powiedzieć poprostu, że
1) rzeczywista wartość towarów nie jest nam znaną, wartość bowiem towaru, brana w sensie klasyków i mechanistów, nie jest wcale jego wartością, lecz ceną.
2) Skoro zaś nie znamy wartości towarów, przeto nie znamy i miary, mogącej służyć do porównywania ich wartości.

A praca ludzka? mianowicie "godzina pracy"?
Niestety, praca osobnika - to wielkie niewiadome (p. rozdz. IV), niewiadomą zaś mierzyć nic nie można. "Praca" klasyków, to mieszanina pracy organizmu z duszą osobnika, czyli mieszanina niemal stałej wielkości, bez względu na to, od którego osobnika pochodzi, - z wielkościami bardzo niejednakowemi.
Niezależnie od tego, ale w związku z wyżej powiedzianem, przekonaliśmy się na innej drodze, że t. zw. "wartość pracy" klasyków i mechanistów, to poprostu "cena pracy". Wobec tego wszystkiego staje się pewnem, że znamy tylko ceny różnych towarów, opar­te na niestałych cenach pracy, lecz bynajmniej nie na wartości pracy. Gdyby kto żywił jeszcze jakie wątpliwości w tym względzie, to rozproszyć się one muszą po rozszerzeniu pojęcia "towaru" i na człowieka, zgodnem zresztą z istotą towaru.
Dość uprzytomnić sobie, że nie tylko dzieła ludzkie mogą być rozpatrywane z jednej strony jako wartości użytkowe, z drugiej jako towary.
Każdego człowieka, występującego na rynek, można i trzeba tak samo traktować. Człowiek, ofiarowujący innym swą "pracę" za zapłatę jest poprostu żywym towarem, który sam siebie wprowadza na rynek i sprzedaje, w całości lub częściowo, to jest zamienia siebie (swą silę twórczą) na inne towary, np. na pieniądze. Ponieważ jednak każdy towar podlega prawom rynku, o cenie decyduje ilość danego gatun­ku towaru (rozdz. 20), więc i pracownik bierze nie "wartość" siebie, lecz cenę siebie, nie wartość swej pracy, lecz jakąś cenę swej pracy. W braku kupca - odda się przecież nawet za bezcen. Ale towarem jest nawet samodzielny pracownik, gdyż i on, lubo nie tak widocznie i nie tak bezwarunkowo podlega przecież prawom rynku.
Czyż wobec faktu, że praca żywego towaru osiąga zawsze tylko jakąś cenę, często niższą od jego wartości, nie upada już wszelka racya do poczytywania jakkolwiekbądź opłacanej pracy za miernik wartości? Czy nie zgroza popełniać taką nielogiczność, aby rzeczą, podlegającą prawom rynku, rzeczą, nieposiadającą niezbędnych cech stałości chcieć mierzyć wartość, czyli rzecz z zasady stalą w towarze?

Ba, odpowiedzą nam, ale przecież cenę pracy można ustalić a wówczas będzie służyć za doskonałą miarę.
Na to wypada zauważyć, że nawet i wówczas byłaby to tylko zawsze miara ceny, wprawdzie powszechnej, ale jednak zawsze nie wartości, lecz tylko ceny, której stosunek do wartości byłby podawnemu nieznany. Co gorsza, taka miara byłaby poprostu ceną narzuconą. Byłoby to więc przecięcie trudnego do rozplatania węzła, byłaby to reforma despotyczna, oparta na widzimisię, ale nie na poznaniu wartości i nie na jej uwzględnianiu. Którąż bowiem z przeróżnych praktykowanych cen pracy należałoby obrać za obowiązującą dla wszystkich? Przecież żadna nie może mieć pierwszeństwa nad innemi. A dalej, która też mogłaby zadowolnić wszystkich? Wiadomo, że aspiracye i potrzeby ludzkie nie mają przecież granic, ale środki, mogące je zadowolnić, są ograniczone i to bardzo.
Jesteśmy też głęboko przekonani, że żadna, choćby bardzo wysoka powszechna cena pracy nie zaspokoiłaby wszystkich potrzeb i aspiracyi, ale za to napewno bogactwa, wytwarzałoby się w jej warunkach o wiele mniej, niż obecnie.
Tak więc - ani dowolną miarą, ani gwałtem, wprowadzonym do handlowej praktyki, nie osiągniętoby tych dobroczynnych wyników, dla których otrzymania ważonoby się na reformą despotyczną: na zrównanie ceny wszystkich ludzi.

Wiadomo, że jedna omyłka w rachunku lub rozumowaniu, zwłaszcza początkowa, pociąga za sobą cały szereg innych i kończy się, w razie jej nierozpoznania zejściem na fałszywe tory.
Tak się stało z teoryą, która wzięła mylnie cenę pracy za jej wartość, cenę zaś wytworów za ich wartość przedmiotową. Trzeba było póty naginać rzeczywistość do fałszywego założenia, póty żonglować wyrazami, aż się wybrnęło niby z trudności, przez takie jednak zaplątanie sprawy, że już pogwałcenie logiki, jakie się w tej operacyi dokonać musiało, - ukryło się przed mniej bacznym wzrokiem w natłoku rozumowań naciąganych. W teoryi mechanistycznej omyłkę utopiono właśnie w odmęcie, który wytworzono dokoła pojęcia "towaru". Niewinne to pojęcie stało się rzeczywiście idealnem narzędziem do zagmatwania sprawy i do utrzymania się przy błędzie.
Z "towaru" tak rozumianego, jak to przedstawiliśmy, zrobiono coś mistycznego i tak zagadkowego, że trzeba już wysiłków, aby nie zatonąć w odmęcie abstrakcyj, aby coś rzeczywiście zrozumieć. W najprostszych nawet wykładach ekonomii społecznej autorowie obozu mechanistycznego zdołali najeżyć kwestyę towaru takiemi trudnościami, że mogą onieśmielić nielada wyrobiony umysł. Oto, co mówi Marx w pierwszym rozdziale swego "Kapitału";
Quote
"Towar wydaje się na pierwszy rzut oka czemś bardzo pospolitem, czemś, co się rozumie samo przez się. Rozbiór nasz pokazał jednak, że to rzecz bardzo złożona, pełna subtelności metafizycznych i teologicznych. O ile go rozpatrujemy, jako wartość użytkową, nie ma nic tajemniczego ani w tem, że zaspakaja przez swe własności potrzeby ludzkie, ani w tem, że jego własności zawdzięczają swe istnienie pracy ludzkiej"...
Quote
"Cóż bowiem prostszego nad to, że czynność ludzka przekształca dostarczane przez naturę, materye dla nadania im użyteczności. Tak np. forma drzewa zmienią się, gdy zeń zrobimy stół, a pomimo to jednak stół pozostaje drzewem, rzeczą zwyczajną, podpadającą pod zmysły. Postać rzeczy wnet się zmienia, skoro tylko występuje, jako towar. Wtedy jest on zarazem pochwytnym i niepochwytnym, i już nie staje prosto na ziemi, lecz się wspina na swej drewnianej głowie wobec innych towarów i wyrabia jeszcze dziwaczniejsze sztuki, niż gdyby się puścił w tany".
W ten sposób rozpoczyna Karol Max swój sławny rozdział, traktujący pytanie: "dla czego towar ma charakter fetysza"? Bo i to jeszcze trzeba przypomnieć, że Marx demaskuje niby fetyszowy jakoby charakter "towaru", mający utrudniać pospolitym umysłom jego zrozumienie, zwolennicy zaś jego traktują owo dowodzenie jako coś kapitalnego.

Oto, co w tej materyi pisze Kautsky.
Quote
"Towarom, jako rzeczom, przypisuje się własności mistyczne, przynajmniej tak długo, póki nie wytłumaczy się tych ostatnich (własności mistycznych) na zasadzie stosunku wzajemnego wytwórców. Jak wyznawca feteszyzmu przypisuje fetyszowi własności zgoła nie tkwiące w naturze tego ostatniego, podobnież i ekonomiście mieszczańskiemu towar ukazuje się jako rzecz zmysłowa, obdarzona nadzmysłowemi własnościami. Marx zowie to fetyszyzmem, przylegającym do wytworów, kiedy produkuje się je jako towary. Marx pierwszy wykazał (!?) ów fetyszowy charakter towaru oraz kapitału. Fetyszyzm ten utrudnia zrozumienie właściwości towaru, co więcej, wprost je uniemożliwia. I niepodobna dojść do przeprowadzenia należytej analizy wartości towaru, dopóki nie uświadomi się sobie ich fetyszowego charakteru. Naszem zdaniem, rozdział "Kapitału", traktujący o fetyszowym charakterze towarów należy... do najważniejszych ustępów dzieła. A jednak przeciwnicy, co więcej, zwolennicy doktryny Marxowskiej nie zwrócili na odpowiedni rozdział należytego baczenia".

W ostatniej skardze mamy pośredni dowód, że istotnie rozumowanie Marxa nie musi być jasne, skoro nawet zwolennicy pomijają je, pomimo, że, zdaniem jego, niepodobna dojść do zrozumienia wartości, póki nie przekonamy się, że towar w oczach zwykłych śmiertelników odgrywa rolę fetysza.
Niewątpliwie nawet i czytelnicy Kautsky'ego, którym autor nie raczył wytłumaczyć wcale, na czem polega ów fetyszyzm, nie są lepiej uświadomieni w tej materyi, nie przeszkadza to jednak autorowi wmawiać w czytelników, że rzecz została wyjaśniona, zrozumiana i nie podlega wątpliwości.
Przecież zaraz po zacytowanym tutaj ustępie i bez śladu jakichkolwiek objaśnień dalszych, tak przemawia:
Quote
"Gdyśmy uświadomili już sobie (kiedy?) fetyszowy charakter towaru, dalszy rozbiór (wartości) przedstawia stosunkowo niewielkie trudności".

Mocno wierzymy, że kto raz pomiesza cenę z wartością, temu towar musi ukazać się jako rzecz, obdarzona jakąś cudowną własnością wyłaniania z sie
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kapitał - Erazm Majewski
« Reply #5 on: (Sat) 19.04.2014, 18:40:26 »
CZĘŚĆ PIĄTA. Teorya kapitału.

26. O prawdziwym kapitale i dwóch jego kategoryach.

Gdy rozbiór pracy ludzkiej pojmowanej po dawnemu, ujawnił nam w niej dwa odrębne składniki, to i w kapitale trzeba uwzględniać istnienie obu tych składników. Nie możemy go już uważać za skoncentrowaną fizyczną pracę czysto ludzką, bo to amalgamat, złożony z dawnej pracy fizyczne] ludzkiej oraz z dawnej pracy przyrody, wprzęgniętej jedynie przez ducha.
Kapitał zatem nie podpada pod rozważanie wyłącznie ilościowe, o ile chodzi o jego wartość.
Tu podniesie się instynktowy protest mechanistów.
- Jakto? Czyż wolno utrzymywać coś podobnego, aby np. dwa kapitały jednej wysokości, jednej ceny, jednych, żeby się tak wyrazić rozmiarów, miały bywać nierówne sobie pod względem wartości?
Nie tylko wolno, ale trzeba tak zapatrywać się, jeżeli zaś nie może się to zrazu pomieścić w głowie, to dla tego, że przywykliśmy niemal powszechnie uważać każdy kapitał za jakąś substancyę jednorodną, której tylko ilość przy porównywaniu należy brać pod uwagę, bo jakość jest zawsze jednakowa. Przywykliśmy utożsamiać kapitał właściwy z t. zw. "kapitałem pieniężnym". Ale pomieszano tu dwie rzeczy całkiem różne pod jednem mianem, a że pomieszano, tego najlepiej dowodzi fakt, że dla ekonomistów pieniądz to tylko "forma pieniężna" kapitału czyli inna forma zawsze tej samej rzeczy.
Dla porządku kwestye czem jest pieniądz pozostawimy tymczasem na uboczu, a zajmiemy się właściwym kapitałem, później bowiem o wiele łatwiej będziemy mogli orzec czem jest tak zwany "kapitał pieniężny" i ocenić różnice między obu "kapitałami". Łatwiej zaś będzie traktować rzeczy w tym porządku, a nie w odwrotnym, dla tego, że kwestya właściwego kapitału dojrzała już najzupełniej do rozwiązania z chwilą, gdyśmy rozwiązali sprawę wartości przedmiotowej. Prawidłowe pojęcie kapitału wypływa samo przez się z prawidłowego pojęcia wartości przedmiotowej. Możemy też przyznać się teraz, że już w rozdziale poprzednim mówiliśmy o kapitale, tylko nie użyliśmy tego wyrazu, chodziło nam bowiem wówczas o rozjaśnienie ostateczne stosunku wartości rzeczywistej do ceny. Doszliśmy nawet do wyników bardzo ścisłych i pewnych, tyczących się kapitału, tak, że wystarczy przetransponować je tylko na dźwięk kapitału, aby nabrały nowego i właściwego znaczenia.
Była tu mowa o dźwigni realnej oraz równoznacznej z dźwignią maszynie, lecz czemże jest dźwignia lub maszyna, jeżeli nie kapitałem? To przecież "dobro ludzkie, potrzebne i zdatne do wytwarzania nowych dóbr ludzkich" - więc to najprawdziwszy kapitał.

Zmieńmy więc tylko wyrazy w poprzedniem rozumowaniu (p. r. 25), podstawmy na miejsce dźwigni lub maszyny termin gospodarczy: kapitał, a ujrzymy, że kapitał to wcale nie jednorodne nagromadzenie prostej pracy ludzkiej, lecz, powtarzamy, amalgamat o niestałym składzie, złożony z dwóch kategoryi: z małej zwykle ilości "skrystalizowanej" prostej pracy ludzkiej i z wielkiej ilości "skrystalizowanej"' pracy przyrody czyli ducha ludzkiego. Dołączmy do niego świeżą prace ludzką - a zacznie wytwarzać nowe bogactwo.

Wszelki zatem kapitał, prawdziwie godny tego miana, czyli bogactwo twórcze, składa się podobnie jak dźwignia z dwu nierównej długości i nierównej natury ramion, reprezentujących razem drąg prosty i sztywny. Jeżeli zaś dźwignia nie równa bywa dźwigni, (patrz rozdział poprzedni) to i kapitał jednej ceny nie bywa zawsze równy kapitałowi tejże ceny.
Kapitał - to przedewszystkiem porządne i celowe nagromadzenie różnych dzieł ludzkich, połączone w celu wytwarzania pewnych nowych dzieł ludzkich, jest to więc skończony mechanizm, złożony z dawnej pracy ludzkiej czystej i z dawnego ducha, mający być poruszany nową pracą ludzką (fizyczną) i nowym duchem.

Kapitał (będąc prawdziwą dźwignią) składa się naprawdę z dwóch ramion: ważkiego, widocznego - oraz nieważkiego, choć materyalnego, reprezentowanego w pracy samej przyrody, przeobrażonej przez ducha w materyę maszyny i jej fizyczną sprawność. Z tego powodu może on mieć różną wartość przy tej samej cenie, zależnie od stosunku w nim ważkiej fizycznej pracy ludzkiej do ducha, reprezentowanego w nieważkiem ramieniu.

Możemy zatem mówić o rozmaitej potędze fizycznej rzeczywistego kapitału, zupełnie tak samo, jak o potędze maszyny. Możemy mówić o rozmaitej mocy twórczej kapitałów.
Prosta igła - to nie tylko słaba maszyna, ale i kapitał bardzo słaby, albowiem wymaga dużo pracy ludzkiej do wykonania takiego dzieła, które przy pomocy potężniejszego kapitału (maszyny do szycia) wykonane będzie mniejszym nakładem pracy ludzkiej.
Prosty kołowrotek, to również kapitał w porównaniu z przędzalnią parową - bardzo słaby. Wydajność pracy jednego robotnika przy ręcznym kołowrotku jest 1080 razy mniejsza, niżeli przy pomocy "potężniejszego" kapitału. Skąd taka różnica?
Stąd, że kapitał potężniejszy miał ramię nieważkie (względem robotnika) 1080 razy dłuższe od ramienia, reprezentowanego w zwykłym kapitale - kołowrotku ręcznym. Kapitałem jest ogólna ilość pracy fizycznej, zawartej w machinie (w sposób konieczny), ale bez względu na jej pochodzenie czy to z mięśni ludzkich czy z przyrody. Im tedy mniej pracy mięśni ludzkich (i czasu pracy ludzkiej) kosztowało wytworzenie samej machiny - tem ona potężniejsza względnie. Im zaś taka maszyna wymaga w ruchu mniej pomocy zarówno mięśni ludzkich, jak ducha - tem będzie potężniejszą bezwzględnie. Więc jakże tu na ślepo orzekać o sile, a tem bardziej o wartości "bogactwa twórczego" czyli kapitału, gdy różnice w twórczości różnych kapitałów mogą być tak kolosalne?
Zatem 100,000 rubli utopione w przędzalnię parową według cen bieżących nie będzie wyrażać ani jej wartości ani potęgi, lecz tylko cenę. Wartość jej i potęga może być rozmaita i przeważnie zawsze o wiele wyższa od wartości takiegoż kapitału, reprezentowanego w odpowiedniej ilości kołowrotków ręcznych.

Lecz w takim razie 100,000 rubli w pieniądzach wcale nie może być ekwiwalentem bądź tego, bądź tamtego kapitału, bo można za nie nabyć wartość i moc twórczą najrozmaitszej wysokości, zależnie od przypadku lub znawstwa. Można zbudować fabrykę bardzo nieekonomiczną, równie jak niezmiernie ekonomiczną. Sto tysięcy rubli w pieniądzach może być tylko równoważnikiem cenności maszyn-kapitałów, za nie nabytych.

Niech nam na razie wystarczy to, co tu powiadamy o kapitale, który ma być "zasobem pracy dawnej", przeznaczonym do wytwarzania nowych dóbr ludzkich. Mamy bowiem pomówić jeszcze o drugiej kategoryi kapitału prawdziwego, która się nam wyłania, jako nieunikniona konsekwencya ujmowania go pod postacią machiny-dźwigni.
Niedawno (p. r. 14) porównaliśmy mrowie ludzkie, składające się na naród do kulek równej wielkości pod względem fizycznym, zaś pod względem duchowym bardzo nierównej. W jednych mianowicie osobnikach ujrzeliśmy bogactwa duchowego o setki, a nawet o tysiące razy więcej, niż w innych.
Gdy zaś bogactwo materyalne dzielimy na właściwe bogactwo, obojętne pod względem twórczości i na twórcze, więc to samo można i nawet trzeba zastosować i do duchowego, co też już uczyniliśmy w rozdz. 12 i 13-m. Poszliśmy nawet tak daleko, że było zaznaczone, iż osobnik ludzki z chwilą zastosowania swego bogactwa duchowego do pracy produkcyjnej, sam staje się kapitałem. Jednak tam miało to sens zastosowany jeszcze do pospolitego znaczenia wyrazu kapitał. Mianowicie rozumowaliśmy w ten sposób:
Skoro kapitałem ma być cześć bogactwa materyalnego, potrzebna lub użyta do wytwarzania nowego bogactwa, to musimy nazwać również kapitałem duchowym tę część władz duchowych osobnika, która jest potrzebną i czynną w czasie pracowania. Obecnie bez porównania wyraźniej i dokładniej daje się ująć myśl główna ówczesnego orzeczenia.

Po tem, co było mówione o wartości przedmiotowej, a zwłaszcza o towarze, przekonaliśmy się, że mamy pełne prawo rozpatrywać osobniki ludzkie, jako przedmioty wartościowe, a również jako towary żywe, o ile same siebie wyprowadzają na rynek, bo wówczas podlegają prawom rynku narówni z każdym innym towarem.

Obecnie, gdyśmy znowu o krok jeden poszli naprzód, łatwo spostrzedz, ze nawet i w nowem znaczeniu, jakie nadaliśmy tutaj kapitałowi, osobnik ludzki, i to każdy, rzeczywiście najzupełniej odpowiada nowej definicyi kapitału. Każdy bowiem mieści w sobie dwa oddzielne czynniki niezbędne i dostateczne w kapitale, mianowicie, prostą siłą zwierzęcą (cenność), - a nadto pewną ilość specyalnej potęgi duchowej, niezbędną do uczynienia czysto cielesnej siły - siłą ludzką, produkcyjną w jakimś ściśle określonym kierunku. Niemasz prawie nigdy takiej czynności ludzkiej, godnej nazwy pracowania, w której nie byłyby zaangażowane władze psychiczne osobnika specyalnie ludzkie, chociażby bardzo nieznaczne. I nic dziwnego, bo bez tego dodatku - praca ludzka, jako równa zwierzęcej, nie byłaby władna wytwarzać prawdziwego bogactwa. Wprawdzie zdarza się często, że miewa ona zaledwie nieco wyższą wartość od zwierzęcej i staje się produkcyjną dopiero w połączeniu z maszyną i przez maszynę (np. prosta praca kręcenia korbą, ciągnienia wózka, albo przenoszenia cegły z jednego miejsca na drugie), ale najczęściej towarzyszy jej pierwiastek (kapitał) psychiczny specyalnie ludzki, więc tem charakterystyczny, że odróżnia nawet ludzi od ludzi i wówczas praca staje się mieszaną pracą: ciała i ducha. Człowiek w ten sposób pracujący wyobraża już dźwignie-kapitał. Wówczas działa już w nim nie tylko praca (silą) fizyczna, ale jeszcze nagromadzona praca dawna, utajona praca ducha, przeobrażona w kapitał, (w szybkość ruchu, potrzebną do nadążenia za dłuższą drogą opisywaną przez długie ramię dźwigni), i tylko ta ostatnią decyduje o "ludzkiej" wydajności pracy, albo o społecznej jej użyteczności, większej od użyteczności prostej siły zwierzęcej. Najjaskrawszym przykładem takiej mieszanej pracy jest każda działalność, dokonywana z wprawą. Robotnik "wprawny" tem różni się od surowego, że w jednym czasie i przy równym nakładzie wysiłków może wykonać dwa, cztery lub nawet dziesięć razy więcej niż tamten. Popatrzmy na wprawnego składacza czcionek w drukarni - i na początkującego ucznia. Zanim ostatni złoży jeden wyraz tamten zebrał cztery wiersze; ten każdej literki szuka w kaszcie, tamtemu ręka tylko się miga, biegając od przegródki do przegródki. On wcale nie namyśla się, gdzie danej litery szukać, nie patrzy nawet na kasztę, palce jego trafiają zawsze i niezawodnie do właściwej przegródki.
Czemże wyjaśnić tak wielką różnice w skutkach pracy? Automatyzmem psychologicznym. Cały szereg czynności skomplikowanych, uczeń drukarski wykonywa świadomie, przy największem natężeniu uwagi i w nieprzerwanym wysiłku władz umysłowych, wprawny zaś składacz napół bezwiednie, a nawet w ogromnej części bezwiednie. Zdawaćby się mogło, że jego praca jest czysto mechaniczna bo zbierając czcionki potrafi jeszcze myśleć o innych rzeczach - i mimo to nie popełnia omyłek, ale tak nie jest. Już w rozd. 10-m mieliśmy sposobność zaznaczyć, że to jest "wynik zlania się dwu pierwiastków... z których jeden jest siłą, drugi był początkowo świadomym procesem psychicznym, i dla tego, że nigdy nie był siłą, nie mógł się i później przeobrazić w siłę. Jeśli już mamy go charakteryzować obrazowo - można powiedzieć, że przeobraził się raczej w osobisty kapitał osobnika, różniący go od innych osobników, które nie nabyły podobnego specyalnego automatyzmu". Oddzieliliśmy wówczas oba te pierwiastki po to, aby je łączyć dopiero, gdy rola każdego stanie się jasną. Teraz nadszedł ten moment. Automatyzm składacza, nabyty w trudzie jego, jest nieważkiem ramieniem, które dołączone do ważkiego (do fizycznej wydajności normalnej jego organizmu) czyni z tego osobnika kapitał społeczny, ale będący własnością jego osobistą.
Zautomatyzowanie się specyalne pewnych władz psychicznych czyni osobnika poniekąd żywą machiną, w której działalności daleko już więcej duszy, niż ciała i dla tego, wyniki przypisywać trzeba przeważnie duszy, a dopiero w drobnej części normalnym siłom ciała.

Wszyscy jesteśmy z całemi zdolnościami i uzdolnieniami naszemi i z wiedzą naszą takiemi machinami psychicznemi, złożonemi z potęgi duchowej i z prostej siły fizycznej. Nie zdajemy sobie pospolicie sprawy jak dalece wszystko "prawdziwie ludzkie" jest w nas przeważnie kapitałem, polegającym na zautomatyzowaniu dawniej świadomych wysiłkowi uczynieniu ich odruchami. Użyteczność sztuki czytania i pisania zaczyna się dopiero od chwili, gdy czytamy i piszemy prawie automatycznie, użyteczność sztuki rachowania zaczyna się od chwili, gdy prostsze działania arytmetyczne odbywają się w nas bez nakładu świadomości, ogłada towarzyska, "formy światowe", wiadomości nasze ogólne i fachowe, wiedza chemika, lekarza, elektrotechnika, kapitana okrętu, dyrektora fabryki, wszystko to jest zapasem, spoczywającym w nas poniżej granicy świadomości, w magazynach cudownej pamięci indywidualnej, skąd nasza świadomość wydobywa z błyskawiczną szybkością to tylko, co w danej chwili staje się potrzebnem i wydobywa rzeczy gotowe. Im większy jest zapas, im lepiej dobrany i uporządkowany, tem więcej wart zarówno dla nas, jak dla innych. Więc ta tylko zachodzi między nami różnica, że świadomość osobnicza rządzi niejednakiej wielkości i doniosłości zasobem zautomatyzowanym. Osobniki twórcze, bez względu na ogólną wielkość ich bogactwa duchowego - mogą być twórcze tylko częścią swego bogactwa lub zgolą nietwórcze. Zwykle drobna tylko część bogactwa duchowego bierze udział w twórczości, ale tę cząstkę mamy prawo nazwać nieważką częścią dźwigni-kapitału, bo potrzeba do niej dołączyć tylko (wysiłek fizyczny) prostą pracę ciała, aby stała się kapitałem czynnym.

Gdy tak spojrzymy na osobniki ludzkie, wówczas naród możemy sobie przedstawić już nie pod postacią kul psychicznych bardzo rozmaitej wielkości, ale dogodniej pod postacią gotowych dźwigni, bardzo rozmaitej potęgi.
Wszyscy posiadamy część ważką dźwigni mniej więcej jednakową w prostej cielesności naszej, dopiero nieważkie przedłużenie jednego ramienia, którego obecność różni nas ekonomicznie od zwierząt, miewa długość niezmiernie rozmaitą.
Rozmiary zależą tu nie tylko od ilości, a nawet nietylko od jakości wiedzy i doświadczenia, nadających się do pracy twórczej, ale od najekonomiczniejszego uporządkowania, czyli od indywidualnej struktury psychicznej.
Jeżeliśmy nazwali prostą igłę nie tylko słabą maszyną, ale i kapitałem słabym w porównaniu do udoskonalonej maszyny do szycia, to można to samo powiedzieć i o mało wykształconym człowieku. Zdolny inżynier, to w porównaniu z nim i wielka machina psychiczna i potężna, a doniosłość jej potęgi daje się widzieć i ocenić dopiero i tylko w działaniu oraz w skutkach. Dwóch bowiem inżynierów, wyszłych z jednej szkoły i rozporządzających jednemi wiadomościami, możnaby nazwać ilościowo jednej wielkości kapitałami, ale pod względem mocy (więc i wartości) mogą się tak różnić między sobą, jak maszyna drukarska systemu bardzo pierwotnego różni się od maszyny bardzo udoskonalonej.

Rozróżniliśmy dwie kategorye kapitału: ludzi i maszyny, - kapitał ożywiony i nieożywiony. Uzasadnienie, że obie są naprawdę kapitałami nie pozostawiło wątpliwości. Dla tego możemy już bez obawy o zagmatwanie sprawy, podnieść okoliczność, która przepysznie maluje ścisły związek zjawisk materyalnych z duchowemi, jaki charakteryzuje świat ludzi.

Możemy mianowicie podnieść bezwładność obu kategoryi, póki zostają w oddzielności. Jeden bez drugiego gospodarczo nic nie znaczy i musi zostać martwym kapitałem, albo prostym skarbem. Co do maszyny jest to oczywiste, ale co do człowieka wydaje się mniej zrozumiale, boć to przecież on, (a właściwie jego siła fizyczna), wprowadza maszynę w twórczą działalność. Tak jest, ale zorjentujmyż się, że aby zobrazować człowieka pod postacią dźwigni trzeba było ludzki pierwiastek czynu unieruchomić - inaczej człowiek reprezentowałby samą tylko nieważką część dźwigni, oddzieloną od źródła prostej pracy fizycznej. Aby człowieka wyobrazić sobie jako cały kapitał, trzeba było czynną część fizyczną jego osoby zawiesić na hypomochlionie w stanie bezwładnej równowagi, bo wszelki kapitał - to wprawdzie potęga, ale w stanie statycznym, to dźwignia w stanie spokoju.
Z uwagi, że maszyna jest bezwładna, dopóki nie połączy się z człowiekiem czy też z ludźmi, którzy ją obsługują, należy to samo powiedzieć i o człowieku, wyspecyalizowanym do twórczości materyalnej, dopóki jest pozbawiony narzędzia lub maszyny.
Mamy tedy dwa kapitały, zostające w stanie spokoju i bezwładności: siekierę i drwala. Cóż musi zajść, aby nastąpiło twórcze działanie?
Ani siekiera sama nie narąbie drew, ani drwal-kapitał nie dokona tego bez siekiery. Niech to nas jednak wcale nie przyprawia o zakłopotanie, bo tak być musi, skoro i jedna i drugi mają być kapitałami. Kapitał bez człowieka musi być bezwładny, a właśnie nawet i sam drwal został jak gdyby bez człowieka, bo uczyniliśmy kapitałem nie tylko jego umiejętność władania siekierą, ale również i jego siłę fizyczną musieliśmy dołączyć do umiejętności, aby razem stworzyły kapitał. Niema więc wcale człowieka czynnego. Mamy tylko dwa kapitały w stanie statycznym.

Cóż teraz trzeba uczynić, aby z tych kapitałów powstała całość czynna? Wystarczy złączyć je ze sobą. Z chwilą, gdy to nastąpiło w siekierę wstępuje niejako życie i okazuje się, że drwal i siekiera są to części składowe jednej potęgi twórczej.
Czy to będą jednak części składowe jednego kapitału? Nie! Od chwili, gdy oba kapitały połączyły się z sobą, powstało odrazu coś więcej, niż dźwignia, bo dźwignia w ruchu, nie zaś w spokoju. Zjawiło się odrazu coś nowego, więc musimy się zastanowić, co tu się stało?
Jak się ułożyły cztery elementy składowe dwóch dźwigni: dwa ramiona materyalne i dwa duchowe?
Dwie dźwignie: ożywiona i nieożywiona połączyły się ze sobą nieważkiemi ramionami, skutkiem czego ważkie pozostały na przeciwległych końcach jednej przedłużonej dźwigni, Z czterech elementów dwu dźwigni powstała jedna dźwignia, złożona:
* z ważkiego ramienia maszyny
* z nieważkiego ramienia maszyny
* z nieważkiego ramienia człowieka.

Cóż się staje z ważką częścią człowieka? Z jego siłą fizyczną?
Ta nie wchodzi już w skład nowej dźwigni, bo stanie się elementem czynnym. Element duchowy człowieka, przyczepiony do duchowego maszyny wytworzył dźwignię potężniejszą o całą moc duchową człowieka, dopiero siła fizyczna człowieka ma wystąpić jako element czynny, aby poruszać dźwignię siłami fizycznemi jednego zwykłego człowieka. W ten sposób jeden z kapitałów (człowiek) rozszczepił się i duchową swą częścią przedłużył dźwignię a natomiast prosta siła fizyczna jego przyczepiła się do ramienia dłuższego i wywiera działanie na przedłużona dźwignię.
Im więcej osobnik dodał swej nieważkiej potęgi szybkości do dłuższego ramienia narzędzia - tem skutki pracowania narzędziem będą większe. Zobrazować to można na prostym przykładzie drwala. Któż się nie zgodzi, że pracować siekierą można z rozmaitą wprawą i umiejętnością. Jeden osobnik setką uderzeń wykona tyle, co inny, równie krzepki, ale manewrujący narzędziem nic tak sprawnie, trzema setkami. Pierwszy wyda trzy razy tyle towaru co drugi. Nie siekiera tutaj wpływa na odmienny rezultat i nie siły fizyczne człowieka, ale jedynie władze umysłowe drwala, kierujące ruchami jego ciała i ruchami siekiery w sposób ekonomiczny. Zróbmy teraz obliczenie.
Jest dźwignia - siekiera, dajmy na to, wartości decymalnej, to znaczy że zawiera w sobie l dzień prostej pracy ludzkiej i 9 dni pracy, oszczędzonej przez ducha. Wystarcza ona na 200 dni pracy. Dźwignie, tę nabył drwal za cenę dwóch dni prostej pracy ludzkiej.
Cóż się dzieje po całodziennej pracy siekierą? Jeżeli w pracowaniu drwala czynne były trzy jednostki pracy jego duchowej i jednostka pracy fizycznej, a oprócz tego zużyła się 1/200 wartość siekiery (i 1/200 ceny siekiery), to w towar weszło 4 i 1/200 jednostek wartości. Jednym dniem pracy fizycznej otrzymał 4 i 1/200 pracy fizycznej w towarze. Dajmy na to, że drwal sprzedał swój towar za cenę dwóch dni pracy prostej. Zyskał on tedy na czysto zapłatę za jeden dzień pracy prostej.
Gdyby pracował tutaj człowiek niewprawny - wynik byłby inny.

Otrzymałby on tylko jednostkę wartości towaru, kosztem l dnia pracy własnej. Ponieważ towar swój sprzedać może tylko za 50% wartości, traci tedy 50% wartości własnej pracy i l/200 wartości siekiery. Ani siekiera ani praca własna nie opłaciłaby się, bo otrzymałby za cenę całego dnia pracy towar, który sprzeda za cenę tylko połowy dnia pracy prostej, a prócz tego straciłby 1/200 kapitału. Jak widzimy pracowanie kapitałem materyalnym, ale bez własnego duchowego, byłoby tu o połowę mniej cenione, niżeli pracowanie całkiem bez kapitału, np. noszenie ciężaru, - gdy tymczasem pracowanie drwala wprawnego jest cztery razy tyle warte - choć tylko dwa razy tyle cenione, co praca czysta.

O ile chodzi o wartość wytworzonego towaru, to w pierwszym razie zjawiły się cztery jednostki wartości zamiast jednej, w drugim tylko jedna. O ile zaś chodzi o cenę - drwal dzięki kapitałowi-siekierze zyskał na czysto jednostkę pracy na jednostce swej pracy, gdy prosty pracownik-dzięki temu samemu kapitałowi-siekierze stracił połowę ceny swej pracy. Zysk czysty dała pierwszemu drwalowi oraz odbiorcy jego towaru tylko jego umiejętność władania kapitałem. Miała się ona jak 3 do 1, i zysk jego oraz jego odbiorcy ma się również do straty człowieka, nie umiejącego władać siekierą, jak 3 do 1-go. Bezwzględny zaś zysk drwala, zmniejszony dzięki współzawodnictwu między drwalami, wynosi wprawdzie tylko jednostkę na jednostce, gdy jednak zwykły człowiek, który się chciał posługiwać siekierą, poniósł stratę 1/2 na jednostce, więc nawet i tutaj stosunek wyników pracowania obu wyraża się stosunkiem 3 do l-go.
To samo rozumowanie można zastosować do każdej pracy, więc i do działalności dyrektora skomplikowanej fabryki, gdzie pracują przy setce maszyn doskonałych setki robotników. Od pokierowania całym mechanizmem zależy powodzenie fabryki. Może ona, niedołężnie prowadzona, dawać straty - i może dawać zyski rozmaite, zależne wyłącznie od racyonalnego skoordynowania wszystkich sił i uzdolnień, czynnych w fabryce.
W tej chwili nie możemy iść dalej, albowiem chodziło tu przedewszystkiem o stwierdzenie istnienia dwóch kategoryi kapitału, a tymczasem został nam jeszcze do omówienia pieniądz, zwany pospolicie i powszechnie także kapitałem. Musimy więc wprzód zdać sobie jasno sprawą czem on jest właściwie? Potem uwydatni się nam w pełni przyczyna, dla której ekonomiści obozów zarówno mechanistycznego, jako nawet psychologicznego nie liczą się z rzeczywistą wartością towarów i okaże się, że nie jeden jest motyw takiego zaniedbania.

Pierwszym motywem są te same trudności teoretyczne, które istnieją w życiu praktycznem, więc niemal całkowita nierozpoznawalność rzeczywistej wartości zarówno towaru jak człowieka, za drugą przyczynę można uważać teoretyczną omyłkę, w którą popadli mechaniści, a która utrudniła im przenikliwą ocenę zjawisk ekonomicznych. Kwestyę tę wkrótce poruszymy łącznie z pytaniem: skąd pochodzi niejednakowa, ale najczęściej olbrzymia różnica między wartością dzieła (bądź indywidualnego bądź zbiorowego), a jego ceną?
Na zakończenie - słówko w kwestyi dalszej nomenklatury. Ponieważ wypadnie nam odróżniać kapitał człowieka od kapitału-maszyny, a pragniemy uniknąć tworzenia nowych wyrazów - przeto kosztem drobnej nieścisłości najdogodniej będzie odtąd człowieka nazywać kapitałem duchowym, narzędzie czy maszynę - kapitałem materyalnym, albo wprost kapitałem. Czem się okaże pieniądz - zaraz to zobaczymy.


27. Pieniądz, Symbol towaru, wartości, bogactwa i kapitału.

Pieniądz nazywają towarem, a nawet jedynym towarem, który nigdy nie przestaje być towarem, ale naprawdę jest to coś innego, coś mniej, a zarazem więcej niż towar,
Jest to środek ułatwiający zamienianie się towarami. Bez niego wymiany byłyby nadzwyczaj trudne, w tych zaś rozmiarach, w jakich się odbywają - wprost niemożliwe.


Materyałem na pieniądz musi być oczywiście towar, lecz aby on stał się pieniądzem - musi posiadać szereg przymiotów, wymaganych od dobrego środka wymiennego.

Zdawaćby się mogło, że pierwszym warunkiem na pieniądz musi być powszechna towaru pożądalność, ale to nie konieczne. Towar bowiem dogodny na środek wymienny, nabywa uniwersalnej pożądalności dopiero od chwili, gdy stał się pieniądzem. Sam bezpośrednio mógłby nawet wcale nie mieć żadnej użyteczności, czyli mógłby być rzeczywiście tylko towarem i zawsze towarem. Ważniejsze zatem muszą być specyalne cechy, np. mała objętość, co ułatwia przechodzenie z rąk do rąk, łatwa podzielność, trwałość i tak dalej

Pieniądzem bywały już skóry, futra, bydło, płótno, sztabki i bloczki kruszców użytecznych, tabliczki soli, nawet muszle, ale z doskonaleniem się i rozrostem handlu oraz z rozwojem wytwórczości okazywały się nie dość dogodnemi i zwolna ostały się głównie kruszce szlachetne, więc złoto i srebro.

Tłumaczy się to licznemi zaletami, których były pozbawione poprzednie formy pieniądza. W stosunku do nich - kruszec ciężki, a rzadki w przyrodzie odznaczał się wyjątkowo małą objętością, a zarazem prawie nieograniczoną, a łatwą podzielnością. Rzadkość w przyrodzie zapewniała mu wysoką cenę, niezniszczalność znowu, pomimo względnej miękkości, chroniła od strat, wynikających z zepsucia się towaru.

Co jednak najważniejsza, kruszce szlachetne odznaczają się stałością ceny większą od stałości wszystkich innych towarów, które mogłyby ze względu na pewne zalety odgrywać rolę dobrego środka wymiennego. Biedzono się już dużo nad zrozumieniem tajemnicy stałości ceny pieniądza kruszczowego, a zwłaszcza złotego, dawano różne objaśnienia, ale nie spostrzeżono, a przynajmniej nie położono na to odpowiedniego nacisku, że główną tego przyczyną jest niezmiernie rzadka w towarach właściwość, że cena ich trzyma się stale w pobliżu wartości.
Aby się to urzeczywistniło, muszą one, jako towary, należeć do towarów najdroższych (czyli osiągać najwyższą cenę w stosunku do swej wartości przedmiotowej) zaś jako przedmioty użytku muszą przedstawiać niewielką wartość czyli użyteczność. Inaczej mówiąc, muszą należeć do towarów najdroższych a równocześnie najmniej poszukiwanych.
Zdawałoby się, że żaden towar nie może być równocześnie wcieleniem podobnych sprzeczności, - a jednak to najczystsza prawda.

Szlachetne kruszce są niewątpliwie najdroższe z pośród towarów, cena ich bowiem jest wyrazem rzeczywistej ich wartości; że zaś należą do najmniej poszukiwanych, tego dowodzi fakt, że cena ich jest zapłatą zaledwie za najprostszą pracę fizyczną ludzką, rzeczywiście w nie włożoną. I stąd właśnie płynie niepospolita stałość ich ceny, tak konieczna, aby mogły służyć za środek niezawodny do wyrażania i mierzenia ceny innych towarów.

Takiej stałości ceny nie osiągają żadne prawie inne towary, zarówno najtańsze, jak najdroższe. Najtańsze bowiem spadają rychło w cenie, gdyż jako zyskowne zaczynają być produkowane w nadmiarze, najdroższe znowu nie mogą długo istnieć, bo prędzej lub później przestają być produkowane, jako źle opłacające się. Do ideału możliwej stałości ceny zbliżają się z zasady tylko najcenniejsze spożywcze płody natury, ale dla tej prostej przyczyny, że niżej w cenie spaść już nie mogą, gdyż nie zwracałyby kosztów produkcyi, a zaprzestać ich produkowania również niepodobna.
Takie towary po za obrębem rolnictwa bywały i bywają, ale są to wszystko efemerydy, albo mało poszukiwane, albo nieopłacające się, rychło więc przestają być wytwarzane, wychodzą z obiegu i przepadają.
Jest to więc ciekawem zjawiskiem, że złoto i srebro nie podlegają prawu, rządzącemu każdym towarem. Chociaż zachowują się zupełnie jak towar, którego podaż jest większą od zapotrzebowania i chociaż stoją wciąż na ostatecznej granicy możliwie nizkiej ceny, ich produkcya nie bywa zarzucana chociaż mało się opłaca, a podaż nie staje się większą od popytu. Czem się to dzieje? Stało się to nie dla nich samych, jako towaru, ani też dla ich wartości użytkowej jako towaru, lecz jedynie dla tego, że okazały się najdogodniejszym środkiem, ułatwiającym, wymiany.

Nie z potrzeby złota lub srebra mamy go tyle w obiegu, ale z potrzeby zamieniania się towarami innemi i z gwałtownej potrzeby możliwie dokładnego wymierzania i oznaczania ich ceny. Złoto i srebro, stawszy się pieniądzem - przestały być towarem, stały się zgoła czemś nowem: mianowicie możliwie najpraktyczniejszym zastępcą wszelkiego towaru, prostym znakiem do wyrażania bądź wartości bądź ceny towarów prawdziwych. I tu mamy rozwiązanie zagadki: czemu zachowują się tak sprzecznie z naturą towaru.
Będąc przedmiotem rzeczywiście mało użytecznym, są powszechnie pożądane i bezustannie produkowane, są pożądane ale tylko jako symbole towarów. Są to cienie wartości, tak jednak realne, że nikt nie może stracić, biorąc je za wartości.
W podobnych warunkach nie może być, aby pieniądze (złote lub srebrne) same w sobie były kapitałem. To tylko symbole kapitał u, podobnie, jak symbole towaru. Nie mogąc zaś ulegać deprecyacyi, bo już są możliwie najgorzej zapłacone, stają się wagą do wymierzania wartości lub ceny, stają się równocześnie kilogramem, metrem i litrem i najgodniejszem, bo uniwersalnem naczyniem do pomieszczenia wartości wszechkształtnej, bo bezprzymiotowej.

Wiemy już, że materyał na pieniądz musi być wcieleniem możliwie najniżej opłaconej pracy wyłącznie ludzkiej, ale fizycznej; - musi być najmniej użytecznym ze wszystkich towarów, możliwych do użycia ich na pieniądze,
Do takiej właśnie roli nadały się wyśmienicie kruszce szlachetne i lepszego od nich materyału na pieniądze dotychczas nie wynaleziono.
Niektórzy ekonomiści wyobrażali sobie, że wartość pieniędzy jest urojona. Może to być poniekąd prawdą, z uwagi, że w tej ogromnej ilości, w jakiej krążą, nie są wcale potrzebne, jako towary, ale ponieważ są koniecznie potrzebne jako znaki i miara towarów - więc ani wartość ich ani użyteczność nie mogą być urojeniem. Gdy zaś wartość swoją realną, wartość pracy ludzkiej fizycznej posiadają nawet w nadmiarze, czem przewyższają prawie wszystkie towary, przeto naprawdę cenność ich jest może najmniej zawodna. Nie zależy od kaprysu, mody, starań, utrzymuje się z żywiołową zaciętością, bo jest istotnie zjawiskiem naturalnem.

Zadziwiającą swą stałość wysokiej ceny kruszcowy materyał na pieniądze zawdzięcza nietylko swej rzadkości w przyrodzie, ale głównie pierwiastkowości.
O pierwiastkowości złota, jako niezbędnym warunku na dobry pieniądz, w ekonomii głucho, a przecież gdy­by jej pieniądz złoty nie miał - nie stałby się pienią­dzem, z chwilą zaś gdyby ją utracił, przestałby być pieniądzem.
Komu wiadomo, że nauka i technika nie zdołały jeszcze ani rozkładać ani tworzyć pierwiastków, ten wie, że złoto trzeba znaleść gotowe w przyrodzie. Zrobić go nie można. Warunki jednak wydzierania złota naturze są tak ciężkie, że zdobyte złoto opędza zaledwie najprostsze potrzeby życiowe poszukiwaczy.
Jeżeli jednak pomimo to zawsze znajdują się ludzie, gotowi szukać w ziemi złota, to dzieje się to jedynie dla kapryśności przyrody, która ten kruszec rozmieściła tak nierównomiernie w piaskach czy skałach, że górnikowi zawsze przyświeca nadzieja natrafienia odrazu na większe ilości kruszcu, więc nadzieja hojnej zapłaty za ciężką pracę.

Ta nadzieja ziszcza się dość często, aby zawód kopacza uczynić ponętnym dla tych, którzy nie mają nic do stracenia, ale dość rzadko, aby zmienić stosunek ceny złota do wartości. Poszukiwacz złota jest tedy nieuleczalnym graczem w loteryę. Wydaje prawie zawsze więcej, niż odbiera. Ze zaś wydaje ciężką pracę fizyczną, złoto chłonie ją w siebie, pęcznieje od niej, jak sucha gąbka i staje się wcieleniem najgorzej opłaconej pracy ludzkiej, bo opłaconej tyle tylko, aby mogła być wydawaną nadal. I stąd płynie właściwość złota, że niżej w cenie spaść już wiele nie może, bo i tak stoi już nieco pod poziomem nie zaś na poziomie najgorzej opłacanej pracy ludzkiej. Pomimo nawet, że pewna część złota i srebra dobywana ulepszonemi sposobami, zawierała pewną ilość ducha - nie wpływa to na zmianę sytuacyi, gdyż znacznie większe ilości tych kruszców pochłonęły mnóstwo wcale nie zapłaconej pracy ludzkiej fizycznej, więc drobny plus równoważy się w ogólnej masie wielkim minusem.

Niechby jednak zaczął ktoś robić złoto - poczęłoby ono stawać się także wcieleniem i ducha ludzkiego. Zaczęłoby go zarazem przybywać ponad potrzebę, i wówczas poczęłoby spadać w cenie, jak spada każda użyteczność w nadmiarze, przyprawiając o ogromne straty wszystkich posiadaczów dawnego złota.
Nie próżno alchemicy dociekali sztuki robienia złota. Alchemik posiadłby skarby niewyczerpane dla jednostki, ale gdyby długo i obficie rzucał złoto w obieg, sprowadziłby powszechny zamęt w gospodarstwie, zamęt, którego pierwszych skutków trudno przewidzieć - ostateczny tylko jest pewny, mianowicie ten, że złoto utraciłoby swą rolę pieniądza, spadając do niesłychanie nizkiej ceny towaru mało komu potrzebnego.
Szlachetne kruszce i bez tego spadają w cenie, ale następuje to pod wpływem nagromadzania się ich zapasu oraz ulepszających się środków dobywania - zawsze prawie z niezmierną powolnością, więc bez wstrząśnień zbyt dotkliwych. Skoro raz weszły już one w użycie i nie dają się niczem innem zastąpić, a niepodobna przyrostu ich ilości zahamować - to już do poziomu ich wciąż obniżającej się ceny bywają dociągane ceny wszystkich innych towarów i otrzymujemy złudzenie, że wszystkie ceny towarów wznoszą się powoli, gdy de facto stoją one w miejscu, a tylko cena złota spada. Ponieważ jednak proces ten dokonywa się powolnie, - można utrzymywać, że i cena złota naprawdę nie spada przez to niżej jego wartości, kurczy się tylko powszechna miara wartości, zostawiając wszystkie stosunki nienaruszone. I jeżeli na kim odbija się szkodliwie owo kurczenie się miary powszechnej, - to tylko na posiadaczach samego pieniądza, zwłaszcza większej jego ilości, więc na kapitalistach, którzy majątek swój lokują w pieniądzach. Pozatem - nikt nie traci - owszem szeroki ogół zyskuje to właśnie - co tamci tracą.
Zanim pójdziemy dalej - potrzeba rzec słówko o pieniądzu papierowym. To już prosty zastępca pieniądza kruszcowego, więc jego wartość oparta jest na kruszcowym. Wartość to czysto umowna i polega na zaufaniu, a racya pieniędzy papierowych spoczywa w nieustającej potrzebie ułatwień w obiegu wartości. Pieniądz kruszcowy był już najłatwiejszym do przenoszenia, ale potężniejący handel, operujący wielkiemi wartościami, potrzebuje często jeszcze większej przenośności czyli lekkości pieniądza - i właśnie tej potrzebie czyni zadość papier, któremu można nadać dowolną, choćby nawet bardzo wielką wartość. Tak więc pieniądz papierowy jest tylko doskonalszym pieniądzem pomimo dużej wady, że łatwo go uszkodzić lub zniszczyć. Zresztą zachowuje się zupełnie, jak kruszcowy, który, jako ekwiwalent i gwarancya papieru, spoczywa spokojnie w skarbcach tych, którzy pieniądze papierowe w kurs puszczają. To samo znaczenie ma bilon, tylko w kierunku przeciwnym. Ułatwia on drobne operacye handlowe.

28. Najniższa cena pracy ludzkiej jedynym wyrazem i miarą wszelkich cen i wartości. Pieniądz symbolem jedynie kapitału.

Miarą zatem "wartości zamiennej" czyli ceny towarów nie może być, jak to nam powtarzano, praca ludzka, ilość czasu pracowania, ale koniecznie jakaś stała cena pracy ludzkiej.
Pieniądz jest miarą cen towarów, dla tego tylko że sam posiada stałą cenę, a przynajmniej jedną z najstalszych z tego powodu, iż będąc wcieleniem najgorzej opłacanej pracy ludzkiej już niżej w cenie spaść nie może bez straty posiadacza, a znowu wyższej ceny również nie może osiągnąć, albowiem sam przez się nie posiada użyteczności i równie skwapliwie jest oddawany za inne towary, jak skwapliwie był brany. Z tego jedynie powodu, a nie dla jakichkolwiek innych przyczyn, pieniądz stanowi bardzo dobrą miarę do wyrażania bądź ceny, bądź wartości. Ale też na tem kończy się jego rola. Do wyznaczenia bowiem wartości, a nawet choćby tylko ceny, czyli do ich odkrywania w towarze służyć nie może. W pieniądzu możemy tylko wyrażać zarówno ceny, jak wartości, bo wszak w ilości pieniądza da się wyrazić każda cena, bądź niższa, bądź nawet wyższa od wartości, ale rozpoznawać bądź wartości bądź cenności za pomocą tego środka nie możemy, bo pieniędzy dajemy za towar tyle, ile musimy zapłacić, wcale zaś nie tyle, ile towar wart.

Ile on wart? - tego nie wie dobrze ani kupujący ani nawet sprzedający, i dla tego obaj dokonywają wszystkich aktów kupna-sprzedaży wedle możności, ograniczonej spółzawodnictwem wszystkich kupujących i wszystkich sprzedających.
Za pomocą pieniądza możemy tylko mierzyć towary i wyrażać ceny, tak samo, jak mierzymy metrem sztukę materyi. Pieniądz to tylko ciężarek, pozwalający wyrazić chwilową cenę każdego kapitału, podobnie jak wyraża także chwilową cenę, którą jakikolwiek towar osiąga w dokonanym procesie wymiany.
Ponieważ aż nadto upowszechniło się nazywanie zapasu pieniężnego kapitałem, musimy tu użyć jeszcze jednego środka, aby jaskrawo zaznaczyć, że wszelki pieniądz może być tylko symbolem, znakiem umownym kapitału, ale nie kapitałem. W tym celu pójdziemy jeszcze dalej w zidealizowaniu pieniądza, niżeli dzieje się to w praktyce w formie powszechnego używania pieniędzy papierowych do zastępowania kruszcowych.

Skoro pieniądz kruszcowy jest właściwie zmateryalizowaną pracą ludzką najniżej opłaconą, skoro widzimy, ze jakaś ilość pieniędzy właściwie wyobraża tylko nie zaś zawiera w sobie jakąś ściśle określoną ilość pracy ludzkiej fizycznej i tylko dla tego odgrywa rolą środka zamiennego, to możemy sobie już wyobrazić taki moment w życiu ekonomicznem narodu, w którym ludzie powiedzą sobie, że dogodniej im będzie obchodzić się całkiem bez realnego pieniądza, albowiem wystarczy im najzupełniej pieniądz idealny. W tym samym celu co monety, sporządzane z drogich kruszców, mogą być powołane do istnienia pieniądze papierowe całkiem nieoparte na kruszcowym zapasie pieniędzy, leżących w skarbcach i gwarantujących ich wartość. Skoro kawałek złota reprezentuje pewną ilość pracy ludzkiej, tkwiącej w nim całkiem realnie, ale bezczynnie, to równie dobrze kawałek papieru może wyobrażać takąż ilość pracy ludzkiej, fikcyjnie w nim tkwiącej. Będzie on dla nas umówionym zastępcą pewnej ilości pracy ludzkiej. Gdybyśmy się wszyscy zgodzili na zaakceptowanie takich papierów, nic się nie zmieni w obiegu oraz w bogactwie ogólnem, papierki bowiem takie będą doskonale służyć w dalszym ciągu za równie dobry środek wymienny jak złoto, i zajdzie tylko ta różnica, że owe papierki będą już wyłącznie symbolem bogactwa, gdy pieniądze kruszcowe są właściwie zarówno symbolem bogactwa jak też i realnym bogactwem, które wprawdzie nie służy do niczego więcej, jak do wymieniania, ale jest prawdziwą pracą zmateryalizowaną, gdy nasz papierek będzie tylko wyobrażać taką lub inną ilość pracy. Chociaż pieniądze takie nie będą miały wartości przedmiotowej, którą im przypiszemy, zaczną jednak odgrywać rolę pełnej wartości na nich wypisanej, albowiem za taki papierek, podobnie jak za monetę złotą, wszędzie dostaniemy odpowiednią ilość bogactwa realnego. Oczywiście, że koniecznym warunkiem wartości obiegowej takich pieniędzy byłoby zaufanie, że puszczono ich w obieg tylko ilość niezbędną oraz, że każdy je przyjmie. Gdyby się to dało osiągnąć, wówczas stałby się zbytecznym cały zapas kruszców szlachetnych, pozostający w charakterze pieniędzy.

Taka teoretyczna możliwość jaskrawo dowodzi, że ta ogromna ilość pracy ludzkiej, jaka uwięzła w kruszcowym zapasie pieniężnym, w niczem nie przyczynią się do dalszego pomnażania dóbr ludzkich czyli że wciąż pozostaje bierną. Na tym przykładzie ujawnia się też, że suma pracy, tkwiącej w walorach pieniężnych, jest bogactwem fikcyjnem, polegającem na umowie, bo teoretycznie rzecz biorąc, wcale nie jest koniecznem, ażeby w owych środkach wymiennych tkwiła naprawdę jakaś wartość realna. Rola pieniędzy kruszcowych ogranicza się tylko do symbolizowania jakiejś wartości, jakiejś ilości pracy ludzkiej, więc przy zupełnem zaufaniu obojętnem może być, czy ta wartość tkwi w nich realnie, czy też tylko ja sobie wyobrażamy.

W takich warunkach "kapitał" pieniężny, zostający w ręku prywatnem, to tylko prosty kwitek, udowodniający, że ów osobnik puścił w obieg tyle to a tyle własnego realnego bogactwa materyalnego, więc kwitek, upoważniający go również do otrzymania od kogokolwiek takiej to i takiej ilości realnego bogactwa, jakiego od innych zażąda. Sam w sobie kwitek zgoła może nie przedstawiać żadnej realnej wartości, żadnego bogactwa realnego, a jednak będzie takiem samem bogactwem, za jakie uważamy dzisiaj odpowiednia ilość złotych wartości. Wszystko bowiem jedno, czy pieniądz jest pełen tej pracy, którą wyraża, czy też jest on pusty, - Użyteczność jego będzie jednaka. A więc również wszystko będzie jedno, czy "kapitał" pieniężny będzie pełny, to znaczy, że będzie miał postać złota, lub też postać prostego kwitu; rola jego i użyteczność będą jednakie.

Chociaż więc prawdą jest, że taki pieniądz, jaki dziś mamy, zawiera w sobie wielką ilość pracy, że tedy można i trzeba uważać go za prawdziwy towar, ale doprawdy nie w tym charakterze znajduje się on w obiegu, i dlatego możemy całą sumę pracy, wyłożonej na dobycie kruszców, na wybicie z nich monety i t. d. uważać za zatraconą, za zero i traktować ją tak, jako znaczek prosty, jako symbol.

Wszelki zatem pieniądz - to tylko symbol prawdziwego bogactwa lub kapitału, ale wcale nie bogactwo ani kapitał.
Właściciel pieniędzy, wszystko jedno jakich, złotych, papierowych rządowych, papierowych bankowych, lub rewersów prywatnych, - jest właściwie wierzycielem ogółu lub osób prywatnych, jest tym który oddał swoje bogactwo innym za prostym kwitem, poręczającym mu zwrot tego bogactwa. Pospolicie uważamy że jest odwrotnie że on coś posiada, ale to złudzenie; on wyzbył się właśnie swego bogactwa, skredytował je innym, sam zaś posiada tylko dowód, że dał, upoważniający go do odebrania tylu wartości po cenach bieżących ile ich dał innym.

Pieniądz wcale nawet nie posiada warunków, niezbędnych do tego, aby sam był kapitałem, choćby w znaczeniu dobra ludzkiego, potrzebnego do wytwarzania nowych dóbr, a cóż dopiero w znaczeniu nowem, które nadajemy kapitałowi. Reprezentuje on tylko bezwładną i bezkształtną bryłę "skrystalizowanej pracy ludzkiej", użyteczną na rynku jedynie jako dogodny zastępca użytecznych dóbr ludzkich - i nic ponad to. Sam w sobie niezdatny on przecież do wytwarzania nowego dobra, choćby nawet przyłączyła się doń nowa praca ludzka. Kapitał w naszem rozumieniu to przecież jakaś twórcza konstrukcya fizyczna, mniej lub więcej skomplikowana, to połączenie materyi z duchem, więc kompleks, złożony koniecznie z dwóch pierwiastków, w końcu - to dźwignia, której dłuższe ramię musi z zasady reprezentować ducha, a krótsze dopiero fizyczną pracę ludzką. Tymczasem w pieniądzu niemasz przecie wcale treści duchowej, bo wypełnia go czysto fizyczna praca ludzka.

Jeżelibyśmy chcieli koniecznie porównywać pieniądz z kapitałem, to możemy go nazwać tylko ważką częścią dźwigni, ale gdy to mówimy nie trzeba, zapominać, że i w tym razie będzie on tylko idealnym jej zastępcą.
Ponieważ jednak zanadto już przywykliśmy pieniądz nazywać kapitałem, uważam, że możemy sobie i nadal pozwolić tak go mianować, pod warunkiem, że będziemy pamiętać, iż to tylko dogodna przenośnia. Jeżeli bowiem pieniądze zamieniamy bądź na warsztat, bądź na maszynę, to zamieniamy tutaj ważką część prawdziwej dźwigni, na całą dźwignię, czyli zamieniamy czysta materyę kapitałowa na kapitał, z zasady złożony już nietylko z materyi kapitałowej ale i z ducha. O tem więc, aby pieniądze były samym kapitałem, nie zaś symbolem jego bezkształtnym i bezwładnym - o tem w żadnym razie nawet mowy być nie może, Dla tego też źle przedstawiają sprawę handlową mechaniści, gdy utrzymują, że np. pieniądz jest kapitałem, zwłaszcza w ręku kapitalisty lub kupca.

To nieprawda! To być nie może. Nie pieniądze tutaj rodzą nowe pieniądze, nikt bowiem jeszcze nie widział, aby dukaty mnożyły się same w szkatule. Żadnemu posiadaczowi, póki je trzyma pod kluczem, nic jeszcze nie przymnożyły. Póki pieniądz kapitalisty leży w szkatule, póty pozostaje prostym i bezpłodnym skarbem, musi on więc wyjść pierwej ze szkatuły do rak obcych, ale też wówczas nie pieniądz, ale prawdziwa dźwignia za nie kupiona zaczyna pracować pod parciem cudzej pracy świeżej i cudzego ducha. Gdy jednak dźwignia materyalna faktycznie została kupiona za pieniądze kapitalisty, nie popełniamy omyłki, mianując jego pieniądz zastępcą kapitału materyalnego, albo nawet przez skrócenie, samym kapitałem. Pamiętajmy tylko, że tutaj pieniądz bezduszny został już wymieniony na kapitał, czyli na materyę połączona z duchem, więc na coś, zasadniczo odmiennego od pieniędzy. Jeżeli więc kapitalista osiąga zysk bez własnej pracy, to znowu pamiętajmy, że jego zysk płynie z połączenia jego byłych pieniędzy z nową pracą cudzą, czyli ze spółki prawdziwego już kapitału (nabytego za pieniądze kapitalisty), z pracą jego dłużnika. Pieniądze jego nie odgrywają tu już żadnej roli, gdyż poszły w obieg i krążą dalej po świecie jako symbole, pracuje zaś faktycznie prawdziwy kapitał twórczy, nabyty za bogactwo kapitalisty oraz człowiek obcy, który ów kapitał obrał sobie za narzędzie pracy. Nie pieniądz tedy kapitalisty robi mu pieniądze, ale prawdziwa dźwignia z uczepionym u niej pracownikiem. W tych warunkach nie potrzebujemy już pytać: czemu pracownik dzieli się "swoim" niby zyskiem z wierzycielem. Dzieje się to dla tej prostej przyczyny, iż wierzyciel dał dźwignię, dłużnik dopiero pracę i ducha swojego, które jednak zostawały i zostałyby nadał bezsilne bez dźwigni. Zawartą więc tutaj została spółka, chociaż bez formalnego aktu spółki. Jeżeli potem do szkatuły kapitalisty wpływają z rąk dłużnika nowe pieniądze w charakterze "procentów", to są one zyskiem cichego spólnika w przedsiębiorstwie twórczem. Czynny spólnik dzieli się z cichym wartością, stworzoną przez pracę i machinę, wartością, któraby nie powstała bez udziału kapitalisty. Nie kapitał jednak zawarł tu spółkę z pracą, jakby się zdawało, lecz bierny właściciel materyi społecznej, z posiadaczem mocy społecznej. Jeden bez drugiego nie osiągnąłby zysków; dopiero w łączności mogą je zdobywać. Słusznie więc posiadacz mocy społecznej, pozbawiony materyi społecznej dzieli się wytworzona wartością, bo istotnie część tej wartości stworzona została przez machinę, na którą został zamieniony pieniądz kapitalisty. Ów pieniądz był symbolem bogactwa kapitalisty, który mógł swoje symbole wymienić każdej chwili na coby mu się podobało, choćby na własny kapitał, jeśliby chciał pracować, a jeżeli ich nie zamienił na rzeczy jemu tylko użyteczne, lecz powierzył obcemu, choćby dla własnej korzyści, - to już jego sprawa.

29. Teorya zysku handlowego. Ścisły związek wartości z własnością.

Ale nie o takiej operacyi myślą ci, którzy zapewniają, że same pieniądze są prawdziwym kapitałem. Oni widzą, że pieniądz mnoży się w ręku kupca, który nie tylko niema warsztatu, ale może się nawet obywać bez tak zwanego kantoru lub sklepu.
Otóż i tutaj wcale nie sam pieniądz, ale dopiero prawdziwy więc twórczy kapitał rodzi nowe pieniądze, i to zupełnie na tej zasadzie, jak rodzi rzemieślnikowi. Różnica spoczywa tylko w odmienności źródeł, z których obaj czerpią. Kupiec nie tworzy nowych wartości z przyrody, jak to czyni rzemieślnik i fabrykant, tylko wydobywa na jaw istniejące już w towarach realne wartości i cenności, nie zapłacone nikomu i te sprzedaje. I dla tego nie potrzebuje on maszyny, do którejby się przyczepił. On w swoim pieniądzu ma już jedno, mianowicie ważkie ramię gotowe, bez względu na to, czy ono jest złotem, czy papierem - i potrzebuje tylko drugiego, nieważkiego czyli duchowego. Jeśli się tedy czuje na siłach, przyśrubowywa się sam do ważkiego ramienia i wytwarza z siebie samego, t. j. ze swych zdolności handlowych, ze swej wiedzy handlowej oraz ze swoich pieniędzy pełną dźwignię, czyli kapitał. Siła tej dźwigni zależy już tylko od proporcyi ramienia nieważkiego (które sam reprezentuje), względem ważkiego. Więc i tutaj nie pieniądze są kapitałem, któryby rodził nowe pieniądze, ale dopiero sam kupiec (jako siła duchowa) wraz z pieniędzmi, któremi obraca towary. Sam pieniądz - to skarb martwy i bezwładny; do tego, aby stał się potęgą twórczą - brakuje mu duszy.

Lecz skądże kupiec czerpie swój zysk? Przecież nie z pieniędzy, boć pieniądz nie ma w sobie ani trochę wartości w nadmiarze, a zresztą wychodzi z rąk kupca nienaruszony. Musi je zatem wydobywać z towarów. I tak jest rzeczywiście.
Kupując na najtańszym rynku, sprzedając zaś tam, gdzie towar ów ceni się najwyżej, wydobywa kupiec na swą korzyść pewną część wartości, skoncentrowaną w towarach, a nie pokrytą ceną kupna, cóż tedy dziwnego, że osiąga w zysku różnice miedzy ceną, za którą towar kupił, a ceną, za. którą towar sprzedał.
Mechanista powie, że w takim razie sami przyznajemy, iż kupiec przyprawia kogoś o stratę, że bogaci się cudzym kosztem, albowiem ktoś musiał przecież stracić to, co on zyskał.

Ani myślimy upierać się, jakoby tu nikt nie tracił. Ktoś musiał stracić, zachodzi tylko kwestya kto stracił - i co stracił? Marx utrzymuje, że albo spożywca stracił to, co zadużo zapłacił za towar, albo wytwórca (czytaj robotnik) stracił to, co mu zostało niedopłacone za jego pracę, my zaś powiemy, że lubo się i to zdarza dość często, jednak w normalnych warunkach ani wytwórca ani spożywca nic nie tracą. My utrzymujemy, że zachodzić tu mogą dwa odmienne stany rzeczy.
Pierwszy polega na zjawieniu się (na rynku zbytu), dzięki działalności kupca nowej cenności, a (oczywiście i wartości), pomimo, że jej nie wytworzył ani kupiec ani jego dostawca. Drugi polega na rzeczywistej stracie, tylko, że traci tu ktoś taki, o kim Marx wcale nie myślał i kto sam nie uwierzyłby w swoją krzywdę, choćby go najusilniej o tem przekonywano.
To drugie objaśnienie, które później poprzemy dowodami, odpowiada na pytanie kto stracił. Jeżeli teraz zechcemy odpowiedzieć na pytanie: co zostało stracone? - wypadnie odrzec, że, jeśli znowu pominiemy przypadki nadużyć i rzeczywistych krzywd, których się dopuszcza chciwość ludzka na niemogących się bronić słabych i uciśnionych, to w normalnym przebiegu handlowej operacyi, rzekoma strata tego, który dostarczył kupcowi towaru, ogranicza się właściwie do niezyskania, czyli do zmniejszonego zysku. W przypadku zaś, o którym mówiliśmy, że dzięki działalności kupca pojawią się nowa wartość bo ujawniają się wprawdzie nie nowe, ale nie użytkowywane dotychczas cechy przedmiotu (np. dzieła przyrody) to oczywiście nie traci nikt - a tylko kupiec zyskuje na rzecz swoją część utajonej wartości, która nabrała ceny na rynku.
Że tego nie rozumieją albo ze na to nie mogą się zgodzić mechaniści - niema w tem nic dziwnego. Kto powtarza za starym Trosnem frazes, który nigdy nie był poparty dowodami, iż "zamiana nie może być źródłem wzbogacenia się, albowiem każdy daje tyle, ile odbiera", kto powiada, że "obrót nie może być źródłem zysku, albowiem w swej prawidłowej postaci zamiana towarów jest zamianą równoważników", ten musi upierać się przy twierdzeniu, że zysk kupca powstaje z czyjejś straty, ale niechże kto powie: o jakiej że to równoważności towarów mowa u Marxa? Czy o równoważności cen, czy też wartości? Po tem, cośmy odsłonili, każdy zrozumie, że równoważność cen nie decyduje wcale o wartości, równoważność cenności decyduje tylko o jednakowej cenności towarów w chwili zamiany, ale o niczem więcej, a co do rzeczywistej wartości - nie może być mowy o równej wartości towarów (więc np. towaru i pieniądza) choćby dla tego, że obaj zawierający tranzakcyę nie znają wartości towaru znają tylko wartość pieniądza, bo ta równa jest jego cenności. Gdzież tu więc równoważniki w chwili zamiany, gdzie pewność, że każdy daje tyle, ile odbiera?

Już Condillac, jeżeli nie rozumiał tego tak dobrze, jak to obecnie rozumiemy, to przynajmniej czuł, że tak być nie może, gdy wolał:
Quote
"Fałszem jest jakoby przy zamianie dawano wartość równą za równą. Przeciwnie, każdy zamieniający się daje wartość mniejszą za większą. Gdyby zawsze zamieniano wartości równe, to nikt z zamieniających się nie miałby nic do zyskania. A tymczasem obadwaj zyskują, lub powinni zyskiwać".

Marx nazwał go za to "dziecinnie naiwnym" i wolał rozprawiać szeroko o "sprzecznościach kapitału", niż dostrzedz, że pomieszał dwie rzeczy pod jedną nazwą: kapitał twórczy i pieniądze, że także pomieszał cenę z wartością.
W takich warunkach nie mogło być nawet mowy o zrozumiałości tak doniosłego zjawiska gospodarczego, jakiem jest zysk przedmiotowy, realny i godziwy, jak również o zrozumiałości najważniejszego faktu ekonomicznego: przyrastania sumy bogactwa w społeczeństwach rozwijających się.


Trzeba było potępić wszelki zysk i nazwać go wyzyskiem i odbieraniem komuś jego własności. A przecież samo prawo własności indywidualnej również pozbawiono podstawy.

Dla tego też powtarzamy, że dopiero rozciągnięcie pojęcia kapitału i na samych łudzi, jako też wykazanie, że pieniądz w rzędzie cenności i wartości odgrywa role wyłącznie tylko ciężkiego ramienia dźwigni jako też miary praktycznej dla cenności i wartości, daje nam klucz do należytej oceny stosunków międzyludzkich.
Z chwilą, gdy dla wartości duchowych znalazło się miejsce równoległe do wartości materyalnych, okazało się, że pierwsze mogą być wymieniane na drugie, jako wzajem się pokrywające. Wszystko, co bywa pożądane, już staje się, towarem i przedmiotem zamiany, czy to będzie wartość duchowa, czy materyalna, czy to będzie usługa lekarza, śpiewaka, profesora, lub też sztuka płótna albo pudełko zapałek.
Tem bardziej jednak staje się realną wartością nie tylko proste bogactwo duchowe, ale kapitał duchowy. Skoro bowiem żaden akt twórczy nie może zajść bez przyłączenia się kapitału duchowego do materyalnego, skoro duchowy jest właściwą przyczyną twórczości i ojcem dzieł ludzkich, czyż w takich warunkach nie należy rachować się ze struktura duchową indywidualną daleko bardziej, niż z pracą czystej cielesności?

Ale nasz system wyznacza miejsce nietylko dla wartości duchowych. Gdy one są własnościami indywidualnemi osobników, przeto muszą być jakoś równorzędne z własnościami materyalnemi i mogą być wymieniane jedne na drugie, jako godne siebie przedmioty zamiany, jako towary. W systemie mechanistycznym niema właśnie miejsca ani na wartości, ani na własności duchowe. Wszystko sprowadza się tam. do najniższej cenności prostej pracy ludzkiej i oczywiście zdradza jaskrawą sprzeczność z rzeczywistością. Przez szkła systemu mechanistycznego dostrzegano tylko nierównomierny rozkład między osobnikami bogactwa materyalnego, przeoczono zaś nierównomierność w rozkładzie kapitałów duchowych, czyli własności duchowych. Nasza teorya ukazuje, że obie własności rozłożone są w narodzie bynajmniej nie w stosunku proporcyonalnym do wartości obu, czyli odsłania istnienie takich jeszcze niesprawiedliwości społecznych, których nie dostrzega szkoła materyalistyczna. Nie dostrzega mianowicie ta ostatnia upośledzenia bardzo wielu wartości duchowych, ale za to w przypadkach, gdzie owego upośledzenia niema, gorszy się zaraz dostrzeganą równowagą, mianując ją poprostu dziełem, wyzysku.

System mechanistyczny(komunistyczny?) uznaje jedynie tylko pracę prostą za własność indywidualną. Nawet i w systemie austryjackim niema miejsca na własność indywidualną, zwłaszcza duchową, bo niema tam miejsca nawet na realna wartość dzieł materyalnych.

Tam też prawo własności indywidualnej przyjmuje się z góry, bez uzasadnienia, jako proste prawo przyrodzone, choć wcale tak nie jest, bo to właśnie prawo wyłącznie społeczne, możliwe tylko w świecie ludzkim, a więc w świecie nadzwierzęcej duchowości, czyli cywilizacyi. Ono opiera się właśnie na wartości duchowej indywiduów czyli na własności duchowej i pociąga za sobą drugie prawo, prawo do odpowiedniej mu wartości materyalnej, możliwe do zrealizowania tylko przez prawo do zysku. Nie trzeba więc utożsamiać zysku z wyzyskiem, ani też wiązać przyczynowo zysku jednego ze strata drugiego, bo zysk w społeczeństwie, powtarzamy, dziwnie prosto wiąże się z twórczością i z twórczości się wyłania.
Zgoda, ale w takim razie jakiemże prawem kupiec zbiera zyski, gdy on przecież nie tworzy?

Sprawa kupca jest bardzo prosta, tylko należy ją rozdzielić na dwie i każdą osobno rozpatrzeć.
Kto traci i co traci w przypadku, gdy kupiec zyskuje cześć wartości, wytworzonej przez człowieka, o tem dowiemy się niżej, teraz wystarczy wskazać w czem spoczywa i skąd płynie ta wartość, zagarnięta przez kupca. Oto już w warsztacie czy fabryce wtłoczona została do towaru znaczna ilość wartości, nie pokryta ceną sprzedaży kupcowi. Ponieważ ona tam jest, więc w sprzyjających warunkach rynku część jej może być sprzedana spożywcy - i to bez krzywdy jego, bo spożywca i tak otrzymuje jeszcze resztę wartości darmo, i to najczęściej ilość bardzo znaczną. Ale owa dodatkowa cenność, reprezentująca zysk kupca, niekoniecznie musi pochodzić z krzywdy robotnika, bo niekoniecznie temu zawdzięcza swe istnienie. Zwykle ma ona inne pochodzenie i dalsze, a jakie, o tem będzie mowa później.
Teraz rozpatrzymy, czy kto traci, jeżeli kupiec zyskuje część wartości, nie wytworzonej przez człowieka.
Aby o tem wyrokować dość przypomnieć, że do zjawienia się wartości nie jest wcale konieczne tworzenie jej przez człowieka, to jest przez ducha ludzkiego. Przedmiot wartościowy i cenny może być całkowicie dziełem natury, tylko obcej temu środowisku, w którem staje się wartościowym i cennym. W takim razie kupiec, choć nic nie wytwarza, może być dostarczycielem wartości przez sam akt przeniesienia przedmiotu ze środowiska, w którem przedmiot ów nie jest ceniony do środowiska, w którem będzie pożądany, użyteczny i ceniony. Choć nic nie wytwarza - ów kupiec może być uważany wraz z jego pieniędzmi za prawdziwy kapitał, tworzący wartości, bo dzięki swej wiedzy handlowej i pracowitości przeniesie dzieło natury z jednego kraju, w którem ono jest bardzo nizko cenione lub wcale nie cenione, do kraju, w którym jest lub będzie cenione wysoko, z powodu pewnej sumy cech realnych, zapewniających mu użyteczność i pożądalność.
Właśnie handel surowemi lub półsurowemi płodami natury ma to do siebie, że przerzucając nadmiar płodów użytecznych z jednych krajów do innych przymnaża wartości, choć ich nie wytwarza. Mniej użyteczne lub zgoła nie spożytkowywane na miejscu, czyli marnujące się, zamienia w pożądane i użyteczne gdzieindziej. Przez proste przenoszenie odgrywa rolę zupełnie taką, jakby wytwarzał wartości, albowiem zużytkowywa czyste siły natury, po większej części dzieła twórczości życia (płody organiczne) w części na korzyść swoją, w części na korzyść odbiorców i spożywców. Jeżeli kupiec zakupuje w Indyach lub w Ameryce południowej drzewo hebanowe albo korę chinową, więc tam, gdzie one maja małą wartość z powodu braku zastosowania, zaś małą cenność, z powodu nadmiaru - i przewiezie do Europy, która pożąda drzewa o własnościach, jakich nie posiadają krajowe gatunki, i jeżeli do kosztów, jakie poniósł, doliczy sobie przyzwoity zysk osobisty, to nie można twierdzić, aby kogoś skrzywdził, choćby nawet krajowców, którzy nie dbają o te płody, albowiem ten, kto od niego nabywa, dostaje owo drzewo jeszcze o wiele taniej, niżeli gdyby po niewielką jego ilość sam pojechał do Bombaju, na archipelag malajski lub do Peru, celem zakupienia wprost od krajowców.

Kupiec, wywożący płody naturalne z krajów egzotycznych, zyskuje w tym przypadku wcale nie na ludziach, lecz na samej przyrodzie, dzięki swej przedsiębiorczości, tak właśnie, jak szczęśliwy znalazca samorodnej bryły złota w piasku złotodajnym; albo jak fabrykant, któremu kompleks maszyn, kierowany jego umiejętnością techniczną wyrabia towary w części tylko pracą robotników, w większej zaś siłami przyrody, które zaprzągł do pracy jego duch twórczy. Ów kupiec zyskuje tem prawem, jakiem zyskuje rolnik, któremu gleba (czyli siły chemiczne i potęgi życiowe) wyrabia towary (płody rolne) w drobnej części tylko siłami pomocników rolnych, w większej zaś części siłami przyrody (powinowactwami chemicznemi, i siłą życiową roślin i zwierząt), któremi kieruje jego kapitał duchowy.
Kupca tedy można pod względem roli społecznej umieścić wpośrodku między fabrykantem, a rolnikiem, gdyż łączy w sobie coś z działalności obu - i bliższym jest do obu - niżeli ci wzajem do siebie.
Kupiec, zwłaszcza hurtownik egzotyczny, odgrywa względem swego kraju taką rolę, jakby dzieła, które sprzedaje - wytwarzał. Nie było ich bowiem w kraj
« Last Edit: (Tue) 12.08.2014, 14:28:34 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kapitał - Erazm Majewski
« Reply #6 on: (Sat) 19.04.2014, 18:41:20 »
CZĘŚĆ SZÓSTA. Oświetlenie niektórych kwestyi gospodarczych.

32. Potrzeba rachowania się z wartością ludzi.

Bogactwo duchowe osobników nie może być poczytywane za dobro przyrodzone, które czerpiemy, jak inne dobra natury wprost od przyrody, prostym tylko wysiłkiem energii fizycznej.
Nie może być również poczytywane za dobro społeczne, to jest za dobro, brane przez osobnika wprost od społeczeństwa, również prostym wysiłkiem energii fizycznej.

Nie jest ono ani bogactwem niczyjem, na podobieństwo niezawłaszczonych płodów natury, ani społecznem lub cudzem, na podobieństwo dziel ludzkich, które mogą zmieniać właściciela i muszą zmieniać właściciela, bo równocześnie nie mogą znajdować się w dwóch miejscach, ani należeć niepodzielnie do więcej, nad jednego właściciela. Jest to osobliwe dobro, o którem nie możemy utrzymywać, aby było brane bądź od nikogo, bądź od kogokolwiek. Nie możemy zaś dla tej prostej racyi, że ono wytwarza się w osobniku, nie ginąc wcale w jego otoczeniu. Ono się przyrabia. To jest pierwsza właściwość wyłączna, a drugą jest jego doskonała znikomość, polegająca na fakcie, że nie przenosi się ono na innego osobnika, ani na drodze fizyologicznego dziedziczenia, ani na takiejże drodze społecznego dziedziczenia.
Każdy osobnik, bez względu na wielkość bogactwa i kapitału duchowego, który reprezentuje, czyli na wartość jego dynamiczną, jest efemerydą, bańką mydlaną, a wraz z nim, cała jego potęga duchowa. Jego bogactwo trwa tylko póki on żyje, z chwilą śmierci - przepada bezpowrotnie dla ogółu. Ono nie może być ani odstąpione innemu, ani darmo nabyte. Jeżeli więc bogactwo duchowe narodu, pomimo tę znikomość indywidualnych bogactw duchowych nie zmniejsza się przez szeregi pokoleń, ale czasami, w społeczeństwach, podległych rozwojowi postępowemu, zwiększa się nawet, - nie jest to wcale objaw trwałości jego, czyli jakiejś nieznikomości, jak to sobie niektórzy przedstawiają, lecz tylko wynik bezustannego tworzenia się na nowo. Przyrastanie w narodzie bogactwa duchowego jest zawsze wynikiem tej okoliczności, że suma bogactwa, które się tworzy w pokoleniu idącem w życie społeczne - jest wiekszą od sumy tego, które ginie w całości swej wraz z osobnikami, schodzącymi ze świata na skutek śmierci fizyologicznej. Przyrastanie owo nie może być uważane za skutek prostego nagromadzania się, t. j. przybywania jeszcze czegoś nowego do tego, co było, ale, powtarzamy, to skutek tworzenia się w całej swej sumie na nowo.

Zarówno bogactwo duchowe narodu, jak potęga jego twórcza, będąca potęgą duchową indywiduów, jest zawsze nową potęgą dwóch pokoleń, zastępującą potęgę najstarszego pokolenia wymierającego wraz ze swą potęgą. Przywykliśmy mniemać inaczej i uważamy dobra duchowe za skarb, niemogący podlegać zagładzie, ale dzieje się to jedynie dla tego, że dzielność całego narodu prawie nigdy nie upada tak szybko, aby to było widoczne dla osobnika, boć przecież linia przeciętna wszelkich zjawisk masowych nie może wznosić się lub spadać w szczupłych granicach czasu rażącemi oko skokami.
Aby też wyrobić sobie właściwe wyobrażenie o znikomości bogactwa duchowego - trzeba uciec się do fikcyjnego założenia w granicach możliwości teoretycznej. Wówczas dostrzeżemy różnicę miedzy duchowem bogactwem, a materyalnem.
Oto wyobraźmy sobie, że wytwórczość nagle ustaje. Bogactwa materyalnego nie przybywa wcale, ale też nie znika ono nagle. Będzie się zużywać wprawdzie, ale będzie istnieć, póki się nie zużyje całkowicie, na co trzeba czasu. Co więcej, ogół, który przestał tworzyć - może, pod prostym naciskiem niezaspokojonych potrzeb, - zacząć tworzyć na nowo, gdy spostrzegł się u skraju nędzy - i względnie łatwo braki uzupełni.
Nie tak się rzeczy będą miały z bogactwem duchowem.

Wystarczy, aby jedno pokolenie przestało nagle i zupełnie odtwarzać je w sobie, a zniknie całkowicie i bezpowrotnie. Pokolenie następne zastanie już kartę tak czysta, że będzie musiało stwarzać nową potęgę duchową od samych podstaw, od początku, i pomimo mozołu, zostawi następnemu bardzo skromną puściznę, którą dopiero długi szereg pokoleń będzie zwiększał z takim samym mozołem, jak się to działo w zaraniu cywilizacyi.
Cóż więc z tego, że bogactwo duchowe nazywamy darem całej przeszłości, gdy wystarczyłoby zaniedbanie się jednego choćby pokolenia, aby ten rzekomy "dar" doszczętnie utracić. W podobnych warunkach - to, czem rozporządza ludność żyjąca - musi być uważane za prawą jej własność, bo dorobek przeszłości długiej, który mógł być zatraconym - nie został zatracony jedynie przez dzielność i wolę tych, którzy żyją.

Gdy to weźmiemy pod uwagę, zjawia się pytanie: którzy to z żyjących są podtrzymywaczami owej najcenniejszej, ale najbardziej znikomej puścizny? Czy wszyscy w równym stopniu, i jeżeli nie wszyscy, - którzy to właśnie?
Mówiliśmy o wielkiej nierówności dynamicznej dusz, oraz ich niejednakowości, mówiliśmy, że bogactwo duchowe jest rozłożone bardzo nierównomiernie w narodzie, że największa jego ilość, rzecby można główna siła twórcza narodu przechowuje się w bardzo nielicznej ilości dusz, stanowiących jego kwiat i szczyty. Z tego powodu bogactwo duchowe można nazwać skarbem podwójnie znikomym, nie trzeba bowiem wiele do tego, aby naród bogaty duchowo, a co zatem idzie potężny materyalnie opadł do stanu bezsilności, właściwej barbarzyństwu. Starczyłoby, aby przestały się odtwarzać wielkie i mocne dusze, które czynią z narodu społeczeństwo, wysoko stojące pod względem duchowym, więc potężne. Do tego, aby znikła wyższa technika wystarcza, aby niepowstaly dusze, umiejące ją wprowadzać w wykonanie, do tego aby znikła wiedza głębsza, nauki, sztuki, wystarcza, aby się nie wytworzyli jej przedstawiciele. W takim razie zostanie mierność przeciętna, otoczona ciemnotą, zostanie to, co nie przechodzi miary drobnej, co nazywamy najprostszemi wiadomościami i umiejętnościami, ale na tle masy, zgoła bezsilnej w wyższem tego słowa znaczeniu. Bogactwo duchowe, którem szczycą się narody, to nader wątła roślinka, która musi być starannie pielęgnowana, aby nie zmarniała. Wystarczy, aby jakaś gałązka wiedzy lub umiejętności została zaniedbana przez jedno choćby pokolenie, a zginie. Wówczas łańcuch niezmiernie długi, ciągnący i rozwijający się od wieków ulegnie nagłej przerwie, przerwa zaś taka znaczy tyle co śmierć dla pewnej zolbrzymiałej już przez wieki wartości duchowej i materyalnej. Już ta wartość nie wskrześnie, może się tylko na jej miejsce w pomyślnych warunkach inna podobna rozpocząć tworzyć, ale nie będzie przez czas długi ani taka sama, ani równej siły, bo do jej rozwoju potrzeba pracy długich pokoleń. Tak więc pewnem jest, że to, co naród zawdzięcza całej przeszłości, wszystkim pokoleniom minionym, to, co stanowi o jego potędze twórczej i materyalnej, o jego zamożności, odtwarza się zawsze tylko w nader nielicznych osobnikach w narodzie.

Gdybyśmy bogactwo duchowe mogli mierzyć czy ważyć, jak materyalne, wówczas statystycy ukazaliby nam ciekawe widowisko: nieliczna garstka osobników najbardziej twórczych, najpotężniejszych przeważyłaby szale, na której umieścilibyśmy całe pozostałe mrowie narodu. Nie byłoby wówczas sporu komu naród zawdzięcza ten potężny strumień bogactw materyalnych, który bije z działalności całego narodu, zużywa się przez wszystkich i nietylko nie wyczerpuje się, ale rośnie i potężnieje.
Czy można w takich warunkach osobniki, którym naród zawdzięcza cały kapitał duchowy, przekazany przez przeszłość i to z dorzutką własną, uważać za skarb naturalny, za własność niczyją albo za własność ogólna? Nie można! - Materyał ludzki nie jest bezwładnym, biernym, z którego dopiero działalność ludzka od zewnątrz idąca i celowa urabia wartości. On nie z pracy wyłożonej przez innych, nie z samej wiedzy, posiadanej przez innych powstaje i nabiera wartości społecznej, niby kondensator i akumulator tego, co weń wtłaczają. On jest skomplikowaną strukturą duchową, która się sama z siebie i sama w sobie przerabia, przeobraża i rozwija, a kresu i wyników jej rozwoju nikt nie jest w stanie przewidzieć Dusza ludzka jest zrazu drobnem ziarenkiem, które może łatwo zmarnieć, zatrzymać się w rozwoju, ale także może bujnie rozrastać się przez cały ciąg żywota i dosięgnąć imponujacych rozmiarów; to jednak, co bierze z otoczenia społecznego i to bynajmniej nie z niższych poziomów, odgrywa w nim tylko rolę materyałów odżywczych, podtrzymuje wprawdzie rozwój, ale nie decyduje ani o rozmiarach ani o kierunku rozwoju. Ba, gdyby to było możliwem, wytwarzanoby już oddawna geniusze tak samo łatwo, jak się wytwarza olbrzymie i bardzo ekonomiczne machiny. Recepty do zostania wielkim w różnych dziedzinach mamy przecie, a jednak prawdziwy mocarz ducha, w jakiejkolwiek dziedzinie, zjawia się niewiadomo kiedy i skąd, a wyrasta najczęściej nie z tego materyału w którym pokładano nadzieje. Nie otoczenie tworzy wielką duszę, jej cechy, jej siłę i wartość, nie postronni tworzą człowieka wielkiej a nawet małej miary, on się sarn tworzy w środowisku społecznem. Może wystrzelić, niby rakieta z nizin, oświecając blaskiem swym cały naród, może stać się błogosławieństwem i chlubą jego, chociaż prawie nic nikogo nie kosztował, a przedewszystkiem sferą, z której wystrzelił. Dzieje cywilizacyi i każdej zosobna gałęzi wiedzy, umiejętności, sztuki potwierdzają tą prawdę niezliczonemi dowodami. W dziejach najsilniej zaważyli ludzie, którzy sobie zawdzięczali niemal wszystko, czem byli i co stworzyli. Nawet ci, którzy wiedzę swoją czerpali wprost od mistrzów, to także wartości niespółmierne zarówno z kosztami ich wyprodukowania, jak i z wartością mistrzów, więc również wielkość swą zawdzięczali przeważnie sobie i sobie podobnym. Wszak oni wznieśli się nawet ponad mistrzów, pomimo, że liczni współtowarzysze ich czynnego środowiska - np. spółsłuchacze tych samych mistrzów, spółmieszkańcy tego samego cennego środowiska zostali drobnymi i znikli w szarzyźnie tłumu.

Zważmy, co wziął - a co dał z siebie ludzkości jeden Pasteur, jeden Lister, jeden Stephenson, Frankiin, Gutenberg, a zgodzimy się, że wartość społeczna każdego z nich przewyższała o miliony razy zarówno ich własną "cenę" społeczną - jak "wartość" razem wziętych milionów innych, pospolitych osobników, którzy spółcześnie z nimi żyli i działali. Spostrzeżemy, iż każdy z tych olbrzymów darował owym masom, monotonnym i bez porównania mniej twórczym, dobra, niedające się wyrazić w handlowych cyfrach pieniężnych.
Ich ogromna "wartość użytkowa", zarówno jak "przedmiotowa" nie może podlegać żadnej wątpliwości, cóż więc dziwnego, że to, co kosztowali, jest drobnostką w porównaniu z tem, co dali.
Ogół już nie jednego narodu, ale wszystkich zrobił na nich doskonały interes, słusznie więc czcimy ich pamięć, bo to literalnie wielcy "dobrodzieje", bo dobro, które z nich się poczęło - rosnącemi falami zalewa świat cywilizowany. Ale czy wolno nie rachować się z pytaniem do kogo należą te wielkie wartości materyalne (które tym i im podobnym ludziom bez przerwy zawdzięczamy), jedynie z tej racyi, że nikt za nie nie płaci, że wszyscy korzystamy z nich darmo?
Aby sobie tę kwestyę rozstrzygnąć dość przypomnieć, ze ona już w rozdz, 14 rozwiązana. Wyjaśniło się wówczas, ze każdy osobnik jest równocześnie swoją i społeczną własnością, ale właśnie dla tego wzajemne prawa wszystkich do wszystkich umarzają się i każdy zostaje panem siebie, pod warunkiem, że nic od innych darmo żądać nie będzie, czyli za wszelkie usługi będziemy sobie wzajemnie płacić.

Pójdźmy teraz do końca w rozważaniu poprzednio w połowie dopiero przeprowadzonem. Jeżeli osobnik jest swoją własnością - to i moc duszy jego, nietylko dzieła, muszą być również jego własnością; cała jego "wartość" społeczna musi być jego własnością, oczywiście dopóki jej nie sprzedał za jakąś ceną. Wiadomo, że każdy bierze - nie wartość siebie, lub dzieł i usług swoich, lecz cenę - i płaci również nie wartość, lecz ceny dzieł i usług obcych. Nie należy do rzadkości, że w trudnych warunkach rynku osobnik bierze za siebie cenę znacznie niższą od wartości. Otóż jeżeli ubolewamy i często słusznie nad zbyt nizką płacą wyrobnika, robotnika, to wiedzmyż, że istnieją na rynku "wartości", które nigdy nie osiągają cen, odpowiadających choćby w przybliżeniu wartości ich rzeczywistej. Do takich stale i najmocniej upośledzonych należą wszyscy wielcy. Oni zawsze sprzedają się za bezcen, oni nigdy nie otrzymują ceny, któraby odpowiadała ich wartości.
Nie dla rozczulenia Czytelnika nad losem "wielkich" i potężnych podkreślamy ten fakt. Nam chodzi o bezpośrednie jego następstwa. Nam chodzi o stwierdzenie, że jeśli jakaś wartość rzeczowa przechodzi z rąk prawego właściciela do innych za bezcen, to zyskują ci, którzy ową wartość biorą, czyli straty osobiste wielkich twórców wyłaniają się gdzieś dokoła nich w postaci odpowiedniej wysokości zysków. Co traci jednostka, sprzedająca się zbyt tanio, to zyskują ci, którzy własność jej nabywają lub nabyli po bajecznie nizkiej cenie. Skarb bowiem, choćby najsłabiej zapłacony, nie przestaje być skarbem. Zmienił tylko właściciela ale wartości swej nie utracił.

Weźmy przykład pierwszy z brzegu.
Jeżeli skromny uczony, docent jakiegoś uniwersytetu, utrzymujący się z pensyi 2,000 fr. odkryje praktyczny sposób zabijania filoksery i opublikuje swoje odkrycie, to hodowcy winorośli zarobią na nim miljony i będą je zarabiać corocznie, gdyż winnice ich byłyby bez niego od czasu do czasu dziesiątkowane nadal, dopókiby kto inny nie odkrył środka skutecznego przeciw filokserze.
Żadnemu z hodowców po uwolnieniu się w tych warunkach od szkodnika nie przyjdzie do głowy myśl, że znaczna część ich zysków płynie z pracy docenta, nie zapłaconej według wartości, czyli że stanowi własność podarowaną im przez owego człowieka, żyjącego nadal skromnie ze swej pensyjki.
Cóż jednak będzie, jeśli ktoś pierwej zwróci uwagę docentowi, że odkrycie jego ma wielką cenność realną, którą łatwo zrealizować?
Cóż będzie, jeśli kapitalista założy do spółki z odkrywcą fabrykę środka przeciw filokserze, i naznaczy taką cenę, żeby zyskiwali połowę tego, co oszczędzi sobie każdy właściciel winnicy?
Oczywiście zyskają we dwóch połowę uratowanych wartości i skromny docent zostanie niespodzianie milionerem.
Czy będzie tu kto skrzywdzony przez podobne sfinansowanie odkrycia? Nie! Właściciele winnic będą jeszcze radzi, bo zarobili to, co na pewno musieliby stracić. Nastąpi tylko rozdział zysków inny, niż w pierwszym przypadku, i napewno słuszniejszy.
Wyobraźmy sobie teraz, że filoksere po kilku latach stosowania odkrytego środka zupełnie wytępiono. Spółka utraci już swe dochody. Majątek docenta nie będzie się już powiększać. Czy jednak majątek właścicieli winnic również nie będzie się powiększać?


Owszem - właściciele winnic będą i nadal odnosić corocznie te same korzyści, jak przedtem, bo pozbyli się radykalnie szkodnika, któryby im groził ustawicznie stratami. Ale korzyści ich osobiste będą zależne od tego, czy skutkiem obfitości wina - towar ich nie stanieje. Jeśliby nie staniał, wówczas zyskiwać będzie hodowca, a również i jego robotnicy, którzy upomną się o podwyżkę płacy i otrzymają ją, bo hodowca będzie miał z czego zapłacić ich lepiej. Jeżeli zaś wino stanieje, zyski hodowcy nie podwyższą się, robotnicy zostaną przy swych płacach, ale mimo to zysk ten sam będzie, tylko rozłoży się niedostrzegalnie między wszystkich spożywców. Już nie sto tysięcy robotników w winnicach zostanie obdarowanych przez docenta i nie paruset hodowców, - ale miljony ludzi oszczędzą sobie pewną sumkę rocznie.
Kto sądzi, że umie rozumować, ten przypisze taniość wina słońcu, wiatrom, deszczom, wreszcie staranności robotników, ale mało komu przyjdzie do głowy, że to sprawiła cicha potęga, być może ukryta nadal w skromnym pokoiku i ani domyślająca się, że corocznie przysparza innym realne miliony.
Ponieważ świat spółczesny dużo już lepiej dzisiaj niż do niedawna opłaca zasługę naukową, zwłaszcza gdy niesie praktyczne korzyści, przeto bardzo być może, iż nasz "docent" zostanie oceniony nawet gdy nie zrealizuje odkrycia w sposób wyżej opisany. Dadzą mu np. katedrę, osiągnie szczyt marzeń i dobrobyt, a jednak i teraz stosunek jego wartości do płacy ulegnie nie wielkiej zmianie.

Oto jeden z niezliczonych przykładów, ale fikcyjny, dla tego nie od rzeczy będzie uzupełnić go jednym z tysiąca autentycznych.
Karol Tellier przez 11 lat studyował sposoby konserwowania zapasów spożywczych za pomocą nizkich temperatur i nareszcie w r. 1876 przywiózł pierwszy transport mięsa z Buenos-Aires, świeżego, pomimo, że podróż trwała 105 dni. Tryumf jego był zupełny, zabezpieczył się patentami, ale ojczyzna jego odmówiła mu poparcia i patenty rychło przepadły. Podjęli jednak jego wynalazek Anglicy i Niemcy, uzupełniając w drobnych szczegółach i stwarzając przemysł, który wkrótce obracał już kilkoma miliardami. Powstały setki Towarzystw, eksploatujących wynalazek, ale Tellier przez całe życie pozostawał w ubóstwie, w ostatnich zaś czasach prawie w nędzy. Nie złamał się jednak duch wynalazczy. Blizko 80-letni starzec spostrzegł, że system oziębiania nie da­je się zastosować w krajach o trudnych komunikacyach, zwrócił się więc do całkiem innej metody, do fabrycznego uwalniania płatów mięsa od bakteryi wywołujących gnicie i następnie do obsuszania tych płatów. Pra­ca została uwieńczona powodzeniem i w r. 1911 zaprodukował w kilku miastach francuzkich mięso świeże, chociaż dwumiesięczne, doskonałe w smaku i tańsze od oziębianego. Zastosowanie nowej jego metody wpłynie w wielu krajach na stanienie mięsa, zawiązało się już bowiem olbrzymie przedsiębiorstwo angielskie, realizując wynalazek starca, który nareszcie u schyłku życia, nieco za późno, zacznie może odbierać owoce swej działalności, oczywiście nie zostające w żadnym rozsądnym stosunku, do tego, co dał innym. Milionowe bowiem "wartości" marniejące w miejscach produkcyi, przerzuci tam, gdzie są poszukiwane. Mięso - pozbawione na miejscu i ceny i wartości, - odgrywające więc rolę niepotrzebnej nikomu czystej przyrody, przeobrazi w prawdziwe wartości i w towary.
Z takich to dobrowolnych lub musowych darów jednostek pracowitych, zdolnych, utalentowanych lub genialnych składa się lwia część ogólnego dobra, z takich to darów składa się bogactwo i kapitał osobników i narodów. Od czasów przedhistorycznych dokonywują się odkrycia, wynalazki i ulepszenia; odkrywcy lub wynalazcy (inicyatorowie) korzystają za życia w mniejszym lub większym stopniu osobiście, najczęściej wcale nie odnoszą korzyści, - ale po każdym przejmują całe dziedzictwo duchowe cały świat wiedzy, uczuć i dążeń - żyjący, zwiększają je, sami mijają i pozostawiają zwiększony oraz zmodyfikowany dorobek następcom. W ten sposób przez tysiącolecia narastał kapitał duchowy oraz materyalny, którego też przeważna część nic już nikogo nie kosztuje, - nikt bowiem za nią nikomu nie płaci. I oto główna przyczyna, dla której ceny dzieł ludzkich nie tylko nie dosięgają prawie nigdy rzeczywistej ich wartości, ale zwykle trzymają się tak zdała od niej, że nawet nie troszczymy się o poznanie prawdziwej wartości dóbr, z których na każdym kroku darmo korzystamy. Jeżeli bowiem prawy właściciel oddaje coś dobrowolnie za bezcen, - nie leży w interesie otrzymujących załamywać ręce z tego powodu.
Jeżeli po mocnych duchem, którzy już minęli, pozostaje ich dziedzictwo w postaci przyswojonych sobie idei, to dlatego, że zawsze dość jest dużo mocnych duchem, aby to dziedzictwo podjąć, a nawet nieco powiększyć, wystarczająco zaś dużo, aby owe bezcenne idee nie stały się monopolem jednostek, któreby chciały wyzyskiwać owe idee na korzyść osobistą. Czem się zaś to dzieje? Właśnie tem, że bogactwa duchowego jest w narodzie daleko więcej, niżeli go potrzeba w charakterze kapitału duchowego.

Bogactwo duchowe przeobraża się w kapitał duchowy równie łatwo, jak materyalne. Wystarcza wzięcie się do pracy przy odpowiednim warsztacie człowieka uzdolnionego, ale na razie nie wyzyskującego swych zdolności. Jeżeli więc powstaje wcielenie jakiejś idei w postać realną "rzeczy nowej" i użytecznej, wnet setki umysłów "mocnych", twórczych, porywają nową ideę, dokonywają ulepszeń lub przeobrażeń, dają jej nowe zastosowanie. Pchniecie raz dane wywołuje szereg nowych inicyatyw, niełatwo się kończących, i stosownie do kierunku, w jakim potoczył się rozwój pierwotnej idei, zjawiają się albo ulepszenia dawnych, albo nowe wynalazki. Spojrzyjmy np. na działalność techników w sprawie zużytkowania odkrytej prężności pary wodnej i następnie coraz lepszego i wielostronniejszego jej zużytkowania.
Zaczynając od czysto teoretycznych działań Branki (1629 r.) i Papina mamy długi szereg zarówno prostych naśladowców, jak rzeczywistych inicyatorów. Pomijając długi szereg drobnych ulepszycieli, widzimy łańcuch wybitnych twórców, kolejno przeobrażających sła­by kocioł parowy i słaby silnik parowy w postaci, funkcyonujące coraz energiczniej.
więc przewijają się przed naszemi oczyma: Savery, Newcomen (1712), James Watt (1770), Seguin, Murray, Evans, Cavé, Poncelet, Navier i następują z wielką szybkością setki innych. Do czego doprowadził ten szereg wyjątkowo uzdolnionych działaczów, niech zaświadczy parę cyfr. Dziś budują się maszyny, dające przez całą godzinę siłę jednego konia parowego, kosztem zużycia niecałego funta węgla! W połączeniu z innym szeregiem udoskonaleń - ulepszenia te pozwalają dziś przewozić 1000 kilogramów ładunku na odległość 40 kilometrów również kosztem spalenia zaledwie funta węgla.
Odpowiedzmy sobie teraz na pytanie, kto odnosi korzyści z tych zwycięztw ducha nad materyą, oraz kto powinien odnosić? Jeśli zostanie zbudowany przez inżeniera kocioł parowy, dający 10% więcej siły, niż dają dotychczasowe kotły, to odkrycie inżeniera ma stałą wartość oszczędzonego opału. Gdy zważymy, że na całej ziemi pracuje twórczo conajmniej 90 milionów koni parowych, to łatwo obrachować, że ulepszenie inżeniera ma odrazu wartość opału dotychczas potrzebnego do codziennego wytwarzania siły 9-ciu milionów koni parowych. Gdyby część czwarta tej wartości oszczędzonej dostawała się inżenierowi - stałby się on milionerem. Ale do tego potrzebaby czasu i nieistnienia innych, równie uzdolnionych inżenierów, czyli trzebaby, aby postęp zatrzymał się oraz aby inżenier A był dość długowiecznym dla doczekania się zamiany wszystkich dawnych kotłów na jego model. Warunki te są nieziszczalne. Zanim rok upłynie już inny inżenier, opierając się bądź na tych samych podstawach, co inżenier A, bądź też na jego własnym modelu, wprowadzi pewne ulepszenia, skutkiem których dalsze zastępowanie zużytych kotłów na ulepszone będzie się już dokonywać nie na model A, lecz na B. Ale i to nie potrwa długo, inni bowiem zbudują rychło jeszcze oszczędniejsze modele C, D, E i t. d.

Zysk więc dalszy wymyka się naprzód z rąk A do B, potem z rąk B do C, z C do D i tak dalej. I dla tego - nawet pomimo ogólnego poszanowania dla własności indywidualnej każdy inżynier następny będzie odbierać poprzednikowi spodziewane zyski, słusznie mu się należące, z tego tylko powodu, że tworzy jeszcze większe wartości zanim tamten swoje sprzedał z korzyścią dla siebie. W ten sposób wczorajsza wartość ceniona przeobraża się w nieposzukiwaną, dziś zaś ceniona, stanie się jutro znowu obojętną, gdyż wystąpi na rynek jeszcze wyższa wartość.
Byłoby omyłką wyrażać się, że "wczorajsza wartość utraciła swą wartość" czyli przepadła. Tak nie jest, ona ją zachowała w pełni, straciła zaś tylko cenność, bo zjawiła się większa wartość za tę samą cenę. Inżynier B wywłaszczył tylko inżyniera A i to tylko z jego spodziewanych zysków, - ale wywłaszczył nawet nie na swoją korzyść, lecz odrazu na rzecz ogółu. To bowiem, z czego sam odnosi korzyść, jest nową wartością, dołożoną do dawnej, która stała się już bezpłatną. Ale i jego samego czeka los podobny i jemu bowiem nowy współzawodnik C nie pozwoli długo ciągnąć pełnych i słusznych zysków z jego udoskonalenia.

W tych wyścigach każdy z inżynierów zyskuje cośkolwiek i przez czas krótki, ale najwięcej zyskuje ogół, który wszystkich przeżywa. Inżynierowie ci dążąc do korzyści osobistej, wywłaszczają się wzajemnie i kolejno, na korzyść całego ogółu.
To samo trzeba zastosować do t. zw. kapitalistów, najczęściej będących spólnikami inicyatorów. I tych majątki osobiste nie mogą rosnąć długo, bo jedni drugim odbierają zyskowność ich udziałów w przedsiębiorstwach. Kres indywidualnym korzyściom wynalazców, inicyatorów i "kapitalistów" zakreśla postęp i spółzawodnictwo. Niechby jednak nie istniał wielki nadmiar bogactwa duchowego, wówczas inżynier A - oraz jego kapitalista, staliby się dość prędko wielokrotnymi milionerami. Ale i wtedy ich bogactwa nie byłyby wydarte nikomu, gdyż płynęłyby tylko z przybywania zupełnie nowych wartości w części tylko zamieniających się w cenność.
Kwestya tedy: czy zysk, płynący z eksploatowania nowych odkryć lub wynalazków sprawiedliwie przypada jednostkom - staje się tylko kwestyą stosunku inicyatora do właściciela materyi kapitałowej. Ogół bowiem małotwórczy jest tym trzecim, który zawsze dość prędko zyskuje, - gdy tamci zostaną wywłaszczeni z dalszych zysków przez nowego inicyatora.
Sprawiedliwsze więc wykonywanie prawa własności duchowej - nie naruszałoby interesów ogółu - redukowałoby jedynie zyski t. zw. "kapitalistów", którzy, korzystając ze swej handlowej przewagi na rynku, z większej "cenności" materyi kapitałowej, zwykle zagarniają na swoją korzyść większą część tego, co słusznie przypadaćby powinno inicyatorom.
Gdyby wartości duchowe wchodziły w spółkę z wartościami materyalnemi w proporcyi słuszniejszej - niż to się po większej części dzieje, szeroki ogół nicby na tem nie tracił ani zyskiwał, a tylko znaczna część bogactw prywatnych zmieniłaby po pewnym czasie właścicieli, przechodząc tam, gdzie być powinna, i niewątpliwie ku korzyści tego ogółu. Masy narodu, biorące słaby udział w tworzeniu nie odczułyby ujemnie całego procesu, regulacya bowiem dokonałaby się ponad ich głowami.
Polową miejsca dzisiejszej plutokracyi zajęłaby inna, świat bez porównania ciekawszy.

Stałby się on ogniskiem szerokich polotów i subtelniejszych gustów. Głębia umysłów, śmiałość i rozmaitość idei, przenikliwszy pogląd na świat - stworzyłyby, poparte bogactwem materyalnem, potęgę odmienną od potęgi dzisiejszej pluto- i "arystokracyi". Idee nowe, mając poparcie rzutkiego kapitału, byłyby wcielane w czyn z energią i fantazyą dziś nieznaną. Nauki oderwane od zadań praktycznych znajdowałyby niezawodne poparcie, bo nawet i próżność "mecenasów" byłaby subtelniejsza, a egoizm mniej brutalny. To strona dodatnia obrazu, nie trzeba jednak zapominać o odwrotnej. Gdy wiemy, że wiedzy, geniuszu, talentu nie dziedziczy się - możemy z góry być pewni, że dzieci i wnuki wybitnych twórców - nie sprostają ojcom ani mądrością, ani uczuciami oraz ideałami. Świat nowej arystokracyi stoczyłby się rychło na stare tory - i ta byłaby tylko różnica, że zawsze przybywałby nowy kontygens kapitalistów ze sfery ludzi potężnych duchem, stanowiąc czynnik subtelniejszy i szlachetniejszy w sferze kapitalistów.
Możnaby łatwo obmyśleć jeszcze niejedną poprawkę, wnoszącą więcej sprawiedliwości do stosunków społecznych. Możnaby np. zasadę dziedziczenia dóbr materyalnych udoskonalić przez uznanie za blizkich nie tylko blizkich krwią, ale również i duchem. Stosownie do tej zasady inicyator należy także do najbliższych w specjalności, w której pracuje, żadne bowiem odkrycie nie wyłania się z próżni, każde niemal jest długo przygotowywane przez wiele głów i spada na szczęśliwego, niby owoc powolnie dojrzewającej rośliny.

Wszelkie dzieła inicyatorów bywają albo zrealizowaniem idei. rozwijającej się w ciągu długich pokoleń, bo nie dającej się zrealizować w stanie embryonalnym, albo też udoskonaleniem dzieł już zrealizowanych. Nie byłoby tedy słusznem, aby owoc otrzymywał ten tylko jeden ze spółczesnych, komu udało się dokończyć pracę, prowadzoną z mozołem przez wielu poprzedników i towarzyszów ideowych, ale prowadzoną bez rezultatów praktycznych. Taką jednostkę można porównać bądź do wygrywającego na loteryi, bądź do ostatniego pracownika, wykończającego dzieło zbiorowe. Zatem w imię solidarności społecznej owoce odkrycia należą się także tym wszystkim, którzy poprzednio lub równocześnie pracowali przy tem dziele. Lecz ci należą już przeważnie do przeszłości, korzystać z zapłaty ani upomnieć się o swój udział nie mogą.
Co się tyczy spółczesnych - i tu byłoby niepodobieństwem wyśledzić kto i w jakiej mierze przyczynił się pośrednio do powodzenia ostatniego ogniwa w łańcuchu tworzenia. W tak skomplikowanych warunkach procesu twórczego i prawa do owoców działalności, nie mając możności oddawać części zysku tym, którzy już przeminęli, i to niewynagrodzeni, należałoby ją rezerwować dla tych, którzy pracują dla późniejszych odkrywców, i dobrodziejów pokoleń dalszych. Świat naukowy odbierałby od społeczeństwa przynajmniej z dołu część owoców, zawdzięczanych poprzednikom. Mogłoby się to odbywać przez roztoczenie troskliwej opieki materyalnej nad niezamożnymi, a uzdolnionymi pracownikami na niwie nauk, oderwanych od celów praktycznych. Część zysków, przypadająca inicyatorowi czy wynalazcy - słusznie mogłaby iść na uposażanie pracowników na polu nauk. Naród, ograniczając w ten sposób prawo własności potężnych duchowo, a szczęśliwych - oddawałby tylko to, co się należy mniej szczęśliwej kategoryi najwyższych pracowników - bez obciążania innych warstw ludności.

Ale - zrozumieć łatwo - że wymiar tej subtelniejszej sprawiedliwości praktycznie jest niewykonalny, wszelkie zaś próby złożenia jego w ręce Państwa w granicach dość szerokich, aby stały się równie sprawiedliwemi jak owocnemi, byłyby w większej części zawodne.
Równym ograniczeniom podlegaćby przecież winny zyski samych kapitalistów, - ale jakież byłoby tu potrzebne skomplikowanie obowiązków Państwa, aby i tu podział zysków nie stał się czasami jeszcze bardziej niesprawiedliwym! Wobec tylu piętrzących się trudności teoretycznych i praktycznych, trzeba przyznać, że doprawdy, nie wiele gorzej rozwiązuje je samo życie - przy umiarkowanej interwencyi prawno-państwowej. Choć bowiem i ono niesie wiele zawodów i w wielu razach jednym daje nie tyle, ileby się im należało - innym znowu daje więcej, - ale z uwagi, że nieco tylko większy wymiar sprawiedliwości kompensowałby się ogromnem skrępowaniem wolności jednostek, licznemi omyłkami, zawodami, jak również bardzo często złą wolą szafarzy, - należy uznać dążenie do zaprowadzenia idealniejszych stosunków za zadanie niesłychanie trudne i odpowiedzialne. Żadne reformy gwałtowne, choćby najmądrzej obmyślane nie przyniosą tej sumy sprawiedliwości, jaką można uzyskać powolnem ulepszaniem stosunków prawnych, w miarę jak potrzebę ich nastręcza życie i naturalna jego ewolucya. Żadne reformy nie przyniosłyby tyle dobrego, ile nawet bez interwencyi woli prawodawców - niesie naturalny bieg spraw społecznych.

33. O względności pojęć "drogo" i "tanio".

Dowód, jak korzystnym jest dla szerokiego ogółu stały nadmiar potęgi duchowej, bijącej ze szczytów narodu, moglibyśmy mieć w obniżaniu się cen wszystkich niemal towarów. Ale, niestety, sprawa nie przedstawia się tak wyraźnie i prosto, aby to wszyscy spostrzegali. Tymczasem umysły praktyczne lubią brać rzeczy prosto, więc jeżeli im kto mówi, ze rosnący w siłą kapitał czyni dobra ludzkie coraz dostępniejszemi dla każdego, przymierzają rzeczywistość do teoryi, natrafiają na sprzeczność i protestują.
Jeżeli to prawda, że własność indywidualna jednostek mocno twórczych, będąca prawem do używania owoców własnej wartości, staje się w miarę postępu w ogromnej części własnością publiczną, albo własnością słabotwórczych osobników; jeżeli to prawda, że podlega ona bezpłatnemu rozproszeniu wśród społeczeństwa; jeżeli dzieła, wytwarzane coraz ekonomiczniejszemi sposobami, zawierają w sobie coraz mniej pracy ludzkiej, a z drugiej strony, że spółzawodnictwo inicyatorów i wynalazców, jak również obojętność dla bogactw materyalnych, jaką odznacza się większość szczerych pracowników na polu nauk ścisłych, nie pozwała im długo zatrzymywać dla siebie zysków, płynących ze zwycięstw ducha nad przyrodą; - to w społeczeństwie, które się rozwija, dobrobyt sfer słabo twórczych powinienby się stale zwiększać, a jako symptom tego, wszystko powinnoby ogromnie tanieć, albowiem prawie nic nie bywa nadal produkowane sposobami gorszemi, mniej oszczędnemi. Drożeć nie powinnoby nic, bo nawet przedmioty, wytwarzane po dawnemu, bez żadnego postępu.
Cenność dzieł powinnaby się obniżać w. miarę zastępowania płatnej pracy bezpłatną interwencyą duchów mocnych.
Wszystko to powinnoby nastąpić, a tymczasem ceny bardzo wielu, i to najpotrzebniejszych towarów wciąż rosną, dosięgając wyżyn dawniej nieznanych, a ubóstwo jest w dalszym ciągu losem ogromnej większości głów w narodzie.
Przyczyn podobnego stanu rzeczy jest kilka i to niezależnych od siebie więc wypadnie rozpatrzeć je po kolei. Niektóre są czysto formalne i polegają na pozorach, inne dopiero należą do rzeczywistych.
Pierwsza przyczyna niejasności sprawy spoczywa w niejednakowo chyżem wydłużaniu się nieważkiego ramienia dźwigni narodu na całej linii wytwórczości, w narodzie bowiem pracuje przecież niezliczona ilość dźwigni o niejednakowej mocy twórczej, a przecież słaby kapitał nie tylko produkuje mało, ale i rośnie powoli, dopiero mocny produkuje dużo i rośnie szybko. Z tego powodu cenność różnych towarów obniża się z niejednakową chyżością.
Jednak gdyby tu nie zachodziły komplikacye i przeszkody, o których zaraz będzie mowa, to wobec stałego, choć nierównomiernego przyrostu mocy duchowej we wszystkich dziedzinach ludzkiej działalności, ceny wszystkich dóbr obniżałyby się statecznie, choć nierównomiernie.
Najbardziej taniałyby wytwory wysoko rozwiniętej i szybko doskonalącej się techniki (więc np. wyroby tkackie, drukarskie, przetwory chemiczne, dzieła większości gałęzi przemysłu metalurgicznego), - najsłabiej zaś niektóre podstawowe produkty rolnictwa, dzieła drobnych rzemiosł i wszystkie te, gdzie przeważną rolę odgrywa najprostsza praca ludzka.
Podnoszenia się cen nie obserwowanoby nigdzie, skutkiem czego byłoby powszechnie oczywistem, że warunki życia wszystkich warstw narodu stale się poprawiają, bo przy tych samych wysiłkach fizycznych produkuje się coraz więcej, a zatem i zużywać może się coraz więcej. Byłoby także oczywistem, że polepszanie się warunków bytu płynie tylko z udoskonalania się techniki.
Na przeszkodzie tak prostolinijnemu wyrażaniu się ogólnego poprawiania się, dobrobytu staje dwojaki sposób, w jaki mogą wyrażać się te same korzyści i w równoczesnem panowaniu w praktyce obu tych sposobów.
Dwoistość postaci, jaką przybiera jedno i to samo zjawisko postępu tak dalece zaciera jasność obrazu, że już nie tylko wśród szerokiego ogółu, ale nawet w głowach wielu ekonomistów wywołuje zamęt i daje np. złudzenie stagnacyi tam, gdzie jej niema wcale, oraz krzywd tam, gdzie są tylko zyski.

Otóż prawdą jest, że bardzo wiele rzeczy drożeje, ale drugą prawdą jest i to, że całe owo drożenie jest fikcyjnem, płynie bowiem z obniżania się wartości pieniądza pod parciem słabo twórczych rzesz do lepszego bytu.
Wystarczy zdać sobie sprawę z roli i charakteru pieniądza, całkiem wyjątkowej w rzędzie cenności, aby to zrozumieć.
Jeżeli dziś płacimy więcej pieniędzy za taki towar, za który dawniej płaciliśmy mniej, to łatwo przyjść do wniosku, że ów towar "zdrożał", ale kto tak rozumuje, ten zapomina o najważniejszej właściwości pieniędzy, mianowicie o ich całkiem automatycznej kurczliwości, co sprawia, że większa ilość jednostek pieniężnych, płaconych dziś za towary, dawniej opłacane niniejszą ilością jednostek, nie decyduje o niczem, albowiem treścią pieniądza i jego cennością rynkową nie jest wcale złoto, jako kruszec, lecz tylko praca ludzka najniżej opłacona. Jeżeli więc czysta praca ludzka, której nie towarzyszy kapitał duchowy, musi być opłacona podwójną ilością bądź złota, bądź pieniędzy, wówczas złoto i pieniądze tracą połowę swej wartości, czyli spadają w cenie. Mamy tu zjawisko stosunku odwrotnie proporcyonalnego ceny pieniądza do ceny pracy, niezbyt zrozumiałe dla tych, którzy zechcą rachować się z wewnętrzną cennością złota, opartą na tkwiącej w niem pracy, której zdawałoby się nic już zlotu odjąć nie może. Ale i pieniądz spadać w cenie może i musi, gdyż lubo jest miernikiem cen - nie przestaje być także towarem i jako taki musi podlegać ogólnym prawom rynku. Gdyby złota zjawiła się podwójna ilość ponad potrzebę, cena jego spadnie o połowę, ulegnie ono deprecyacyi. Pewna część pracy ludzkiej, tkwiącej w dawnem złocie podlegnie zatracie ze szkodą posiadaczów dawnego złota, jak również dla dostarczycieli nowego, ale na to niema już rady.
Otóż prawie taka sama sytuacya nastaje z chwilą, gdy za prostą pracę wypadnie płacić na całej linii wytwórczości więcej pieniędzy. Wprawdzie nie złoto spada tutaj w cenie, bo tylko praca drożeje, ale wychodzi to na jedno, skoro jedyną cennością pieniądza jest praca ludzka.

Podobna chwiejność ceny pieniądza może się na razie wydać sprzeczną z jego charakterem stałej miary cen, ale właśnie tylko ona gwarantuje użyteczność pieniądza jako miary cen i narzędzia wymian, i w żaden sposób nie mogłoby być inaczej.
Rozumiał to już Marx dobrze, gdy utrzymywał, że "złoto, jako stała skala cen, oddaje zawsze te same usługi bezwzględu na zmiany, zachodzące w jego wartości", albo gdy mówił, że "zmiana wartości złota nie przeszkadza jego funkcyi, jako miary.. Więcej nawet, on rozumiał, że ta względność pieniądza "jest jedną z jego zalet, zamiast być jego wadą", warunkiem bowiem dobrej miary dla cen musi być nieobecność w pieniądzu czystej wartości, a obecność samej tylko cenności. Zatem tylko dzięki swej kurczliwości pieniądz jest dobrą miarą powszechną, sprowadzającą automatycznie do równowagi to, co wychodzi z równowagi ekonomicznej.

Jak w naturze nic z niczego powstać nie może, tak samo i w świecie twórczości ludzkiej. Więc podrożenie pracy, nieusprawiedliwione większa jej siłą twórczą, unicestwia się automatycznie w stosunkach ludzkich odpowiedniem podrożeniem towarów, albowiem jeszcze raz to powtarzamy, miernikiem powszechnym jest wcale nie złoto samo przez się, ale praca ludzka, najniżej opłacana, upostaciowana w pieniądzu. Nic więc nie znaczy, czy ceny pracy i towarów wyrażają się w większych lub mniejszych ilościach jednostek monetarnych, bo automatyczne tanienie lub drożenie pieniądza ogarnia cały rynek i utrzymuje stosunki w stanie niezmienionym,
Kto będzie wpatrzony tylko w większą ilość jednostek pieniężnych, płaconych dziś, za towar dawniej mniej kosztowny, ten pomyśli, że towar zdrożał o całą różnicę między jego ceną dawną, a obecną, a tymczasem bardzo być może, że nic się więcej nie zmieniło prócz wyrazu, prócz ceny pieniądza. Pieniądz, jako miara, skurczył się, ale bez zmiany w nazwie, więc naprawdę wszystko pozostało po dawnemu. Trzeba odtąd dawać za wszystko o tyle jednostek pieniężnych więcej, o ile owe jednostki zmalały. Różnica w rozmiarach pieniędzy musi być wynagrodzona różnicą w ich ilości - przy płaceniu. Daje to wprawdzie wrażenie drożenia towarów, ale bez faktycznego drożenia.
Nie łatwo spostrzegamy ten odwrotnie proporcyonalny stosunek cen pieniędzy do nie-pieniędzy, ale dla tego, że w razie tanienia pieniędzy podlegamy podobnemu złudzeniu, jakiego doświadcza się w windzie, posuwającej się na dół. Zamiast odczuwać opuszczanie się windy, odbieramy wrażenie, że cały dom wznosi się w górę. Zamiast odczuwać drożenie pracy, odbieramy wrażenie, że towary drożeją.
I dopiero gdy zważymy, że jednak za tę samą ilość pieniędzy nie otrzymuje się już tyle towaru, co dawniej, zaczynamy rozumieć, że i zdrożenie pracy stało się fikcyą. Pieniądz wszystko wyrównał.
Wniosek z powyższego jasny. Ilość pieniędzy, płaconych za towary dziś i dawniej nie daje bezpośredniej wskazówki co do drożenia lub tanienia towarów. Sam fakt, że płacimy dziś więcej jednostek pieniężnych za takie same towary nie upoważnia wcale do twierdzenia, że one drożeją. To tylko kurczy się pieniądz pod naciskiem rosnących wymagań ze strony przedstawicieli pracy najsłabszej.
Jeżeli więc towary nie tanieją tak szybko, jakby tego należało się spodziewać, pierwszą winą tego jest okoliczność, że praca ludzka jest towarem, obdarzonym stałą dążnością do sprzedawania się za możliwie największą ilość pieniędzy. Parcie słabo twórczych rzesz do lepszego bytu obniża cenę pieniądza z większą szybkością, niżeli potęga duchów mocnych przyrabia wartości bezpłatnej.
Jeżeli gdziekolwiek cena pracy prostej wzrasta, lub czas pracy przytem samem wynagrodzeniu ulega skróceniu, tam ceny towarów muszą się przecież obniżać słabiej i powolniej, niż na to pozwala doskonaląca się technika. Zysk, któryby dać powinno spożywcom doskonalenie się techniki, maleje dla nich, a nawet całkiem unicestwia się wyższą ceną pracy; przechodzi ze spożywców na przedstawicieli pracy prostej. Otóż wobec faktu, że ceny pracy idą w górę i to z bardzo rozmaitą chyżością, ceny bieżące towarów nie mogą już służyć za wskazówkę rzeczywistego ich tanienia, przeciwnie bardzo często zupełnie maskują prawdziwy stan rzeczy i narzucają raz złudzenie, że towar, który naprawdę spada w cenie, drożeje, drugi raz, że coś tanieje zaledwie trochę, gdy w rzeczywistości tanieje nawet bardzo znacznie. Wznoszenie się cen pracy wywołuje największe złudzenie podnoszenia się cen towarów w tych gałęziach wytwórczości, w których są czynne kapitały najsłabsze, bo tutaj ceny wytworów wprost podnoszą się, pomimo że de facto owe wytwory tanieją.
I trzeba zdarzenia, że do takich towarów należą właśnie przedmioty najpierwszej użyteczności. Wkrótce dowiemy się dla czego tak jest, tymczasem zaznaczamy fakt, że tempo opadania cen towarów, grających najważniejszą rolę w budżecie drobnym, rzeczywiście jest najsłabsze. Jeżeli więc np. chleb i mięso nie tanieją, mieszkania drożeją, wówczas robotnik nie odczuwa zwiększania się dobrobytu, pomimo, że kupuje tanio i zużywa wiele takich przedmiotów, bez których dawniej musiał się obchodzić.
Choćby mu przeto statystyk dowodził czarno na białem wzrostu jego dobrobytu, pozostanie on głuchym na wywody, a kontrargumentem, jaki wystawi, będą pozornie wyższe ceny towarów, bez których obejść się nie może. W tych warunkach pozostaje zawsze w prostym umyśle odruchowo wyobrażenie, że wszystkoby się dlań zmieniło na lepsze, gdyby za pracę płacono dużo lepiej.

Aby dostrzedz w całej jaskrawości błędność takiego rozumowania, wyobraźmy sobie, że dokonał się przewrót tak wielki, iż ceny pracy prostej wzrosły dziesieciokrotnie na całej linii wytwórczości. Jakaż stąd korzyść wyniknie?
Oto ceny wszystkich towarów podniosą się gwałtownie, najwyżej zaś ceny przedmiotów, wytwarzanych w sposób mało ekonomiczny, z których większość należy do kategoryi najpotrzebniejszych. W tych warunkach zysk, spodziewany z wyższej płacy roztopi się w wysokich cenach towarów - zwiększając jeszcze dawne niezadowolenie, gorycz i urazę do sfer więcej posiadających. Pomawiać się będzie te sfery o ździerstwo, praktykowane przez podwyższenie cen przedmiotów najpierwszej użyteczności. Mało kto uwierzy, że drożyznę wywołało podniesienie ceny pracy prostej, bo zawsze łatwiej i milej wmawiać w siebie, że się jest krzywdzonym przez innych, niźli, że się jest samemu powodem swej krzywdy bądź rzeczywistej, bądź urojonej. Jakkolwiek więc krzywdy tu wcale nie będzie, ale pozory jej - w cenach towarów o wiele wyższych niż dawniej - będą niewątpliwie, zwłaszcza, że w płytkiem rozumowaniu spodziewano się z podwyżki cen pracy tego, czego ona dać nie mogła, mianowicie poprawy bytu. Oto błędne koło wysokich aspiracyi szerokich mas słabo produkcyjnych, które nie liczą się z podstawowemi warunkami wytwórczości i handlu.
Nie tędy więc droga do poprawy bytu mas szerokich. Choćby robotnicy zmówili się skutecznie i podnieśli cenę swej pracy stokrotnie, nic się dla nich więcej nie zmieni prócz tego, ze ceny wszystkich prawie towarów podniosą się stokrotnie, czyli że rubel spadnie dla wszystkich do wartości kopiejki. Podwyższanie cen pracy nie jest bowiem kwestyą treści, lecz tylko formy, jeśli mu nie towarzyszy większa wytwórczość.

A teraz spróbujmy sobie wyobrazić inny przypadek, mianowicie, że przy tych samych cenach pracy ludzkiej, kapitał duchowy wzrósł nagle do dziesięciokrotnej potęgi, (nie tylko potencyalnie, ale czynnie). Wówczas ten sam kapitał materyalny i ta sama ilość pracy zaczną dawać dziesięciokrotną ilość bogactwa. Cóż nastąpi? Ponieważ spółzawodnictwo dusz mocnych nie zniknie, bo jest ich stały nadmiar, więc ceny wszystkich towarów po dawnemu utrzymywać się będą w pobliżu granicy cen za prosta pracę fizyczną - czyli stanieją w przecięciu - dziesięciokrotnie. Nie będzie i tu równomierności, najtańszemi staną się znowu jedynie produkty kapitałów najekonomiczniejszych (najpotężniejszych), ale czy stosunki społeczne zostaną podobnie mało zmienione, jak w pierwszym przypadku? Wcale nie!
Ogólny dobrobyt i spożywczość mas wzrosną do niebywałych rozmiarów. Najskromniejszy nawet budżet odczuje ogromną obfitość i taniość dzieł, - więc przy tych samych ofiarach pieniężnych i tej samej ilości wykładanej pracy dobrobyt sfer szerokich stanie się bez porównania większy.

Dwa te przykłady dowodzą niezbicie, że to, z czego szeroki ogół dziś korzysta, zawdzięcza on tylko w drobnej części sobie, przeważnie zaś potędze duchowej wyżyn narodu - i tak będzie zawsze. Polepszanie się bytu materyalnego wszystkich warstw w narodzie płynie przeważnie z wyżyn, z niedocenianej potęgi twórczej tych, o których twórczości realnej szeroki ogół wątpi najmocniej, bo go wychowano w lekceważeniu społecznych (gospodarczych) zasług inteligencyi zarówno bogatej materyalnie, jak ubogiej. Od lat sześćdziesięciu czyni się wszystko, aby wpoić w szeroki ogół przekonanie, że tylko praca robotnika tworzy bogactwa, z których wszyscy korzystają, choć najskąpiej właśnie prawdziwi ich sprawcy, i robotnik świecie w to wierzy, nie domyślając się nawet jak potwornym grzeszy brakiem logiki.
Jest to już jednak wyłączna zasługą materyalistycznej filozofii i podążającej za nią takiejże ekonomii, że tak gruntownie poprzewracała w słabych głowach, iż trze­ba dopiero zapraszać do porównywania bytu szerokich warstw narodu z bytem odległych naszych przodków, aby ocenić należycie te wielkie skarby, z których korzystają bezpłatnie nawet najmniej twórcze niziny - nie domyślając się, że nie swoim mięśniom ani głowom je zawdzięczają.

Materyalizm przyrodniczy, który apoteozuje tylko pięść, uzbrojoną miotem, a zapomina o głowie, która stworzyła młot parowy, - był tylko przez krótką chwile użyteczny w ekonomii, gdy w przesadnem uproszczeniu procesu twórczego odsłaniał istotne nadużycia wielu pracobiorców, ale pozatem narobił stokroć więcej zła, bo zmącił pojecie wartości i własności prywatnej, będące opoką dobrobytu społecznego, pojęcie, oparte na potędze zupełnie nowej dla świata ziemskiego, a zmącił dlatego, że nie kwadrowalo z jego światopoglądem. Jednak prawy przyrodnik, chociaż nie wierzy w skutek mechaniczny większy od przyczyny mechanicznej, grzeszy raczej nadmiarem optymizmu przyrodniczego, bo sam przecież dąży do owładnięcia siłą życia, która rośnie w postępie geometrycznym i która jaskrawo zaprzecza jego niewystarczającej zasadzie mechanistycznej. Dopiero uczeń jego w socyologii schodzi na manowce i chce zrównać dusze, bo mu ich różna wartość i potęga nie zgadzają się z przyjętą zasadą mechaniczną. Właśnie dla tego schował najdonioślejszą w ekonomii kwestye wartości pod korzec ceny, a w twórczem spółzawodnictwie społecznem widzi tylko brutalną walkę o byt ciał, więc proces destrukcyjny dla słabszych, gdy tymczasem kto rzecz głębiej ujmuje, ten widzi tutaj właśnie rzecz odwrotną, mianowicie korzyści, płynące dla słabszych z ewolucyi mocnych. Nie sfery więcej posiadające wywłaszczają sfery ubogie, ale dzieje się odwrotnie. Drożenie pracy prostej jest przyczyną ustawicznego wywłaszczania jednostek bardziej twórczych na rzecz słabiej twórczych i nic tego procesu nie zahamuje, chyba zniszczenie samego źródła twórczego, ale i wówczas stałoby się to nie tylko bez korzyści dla słabo twórczych, ale ku wielkiej ich szkodzie, a nawet klęsce, gdyż potężni duchem stali się już w dzisiejszym stanie zaludnienia warunkiem istnienia tej ogromnej ludności, jaka się utrzymuje na ziemi.

34. O niedostatku, ubóstwie i nędzy.

Czem się to jednak dzieje, że pomimo ogromnego przybywania bogactwa ludzkiego i bądź co bądź nie dającego się zaprzeczyć altruizmu bardzo wielu jednostek, pomimo wciąż rosnącej w środki dobroczynności publicznej, powszechne są skargi na niedostatek, a ubóstwo i nędza jest stałem zjawiskiem nawet w narodach bogatych? Jakie są widoki, aby taki stan uległ zmianie na lepsze?
Dużo już myślano nad kwestyą nędzy i środkami jej usunięcia.
Jedni, jak wiemy, przyczynę jej upatrywali w prawie własności prywatnej i dla tego domagali się równego, albo równiejszego rozdziału bogactwa, inni dopatrywali się źródła nędzy w zbyt szybkiem przymnażaniu się ludności, w braku pracy, chronicznie powtarzającym się, we wzrastającej drożyźnie i t. d.
Kto nie chce tracić słów napróżno i kwestyi nędzy mieszać z kwestyą nierównego uposażenia, ten musi z miejsca odróżniać kwestye nędzy od kwestyi ubóstwa i niedostatku.
Jeżeli przypomnimy sobie, co było mówione na temat głodu społecznego (rozdz. 13), to zgodzimy się, że gdy żywot w stanie natury jest bezustannem dążeniem do zaspokajania uczucia braku, to i żywot w społeczeństwie, sprowadzony do ostatecznych ogólników, musi być tem samem, "różniąc się tylko skalą skomplikowania potrzeb, a zarazem ich podwójnością". Dążność do sytości, będąc fizyologiczną potrzebą ciała, nie milknie w żadnym osobniku tak ludzkim, jak zwierzęcym i nad nią dopiero rozwija się druga dążność do sytości, czysto społeczna, dążność do dobrobytu. Obie są nienasycone, gdyż pierwsza odnawia się ciągle, druga nie znajduje zaspokojenia dla tego, że stale wzrasta. Kres "sytości" społecznej ustawicznie się oddala w miarę zaspokajania, albowiem człowiek, w miarę zaspokajania zjawiających się potrzeb wciąż dostrzega coraz nowe przedmioty, godne pożądania.

Na tle zatem zabiegów o elementarną sytość rozpościera się dziedzina druga zabiegów o posiadanie tego, co się widzi u innych, albo przynajmniej o utrzymanie się na poziomie społecznym raz zdobytym. Sprężyną tych zabiegów głód takich rzeczy, które dla indywidualnej struktury duchowej stanowią zrealizowanie ideałów chwili. Dusza bowiem w zetknięciu z realnością świata jest w ustawicznem przetwarzaniu się, skutkiem czego jej ideały również ulegają zmianom.
Głód ten, nie daje prawie nikomu spocząć, a będąc sprężyną rozwoju cywilizacyi, stanowi zjawisko zarówno normalne, jak dodatnie.

Jeśli wystawimy sobie naród jako nawarstwienie osobników według ich ciężaru gatunkowego, czyli według ich zamożności społecznej, rozmieszczone w środowiskach, właściwych każdej warstwie, to zrozumiemy, że każda dusza dąży do swojej atmosfery materyalnej. Więc dusze rosnące czynią wysiłki, aby się wznieść wyżej, bo czują się już źle w atmosferze, z której wyrastają. I dla tego istnieje ruch stały z dołu do góry.
Mówią, że fortuna kołem się toczy, ale ona zna tylko ruch prostolinijny, unoszący z różną szybkością jednych w górę, innych na dno społeczne. W dwóch tych prądach uwidocznia się zmienność fortuny, a istnienie ich można nawet uważać za warunek spójności narodu, gdyby bowiem osobniki jednego rodu miały stale utrzymywać się wciąż na swoich miejscach, to o ileby nie był jeden los wszystkich ludzi, jak to widzimy w świecie zwierzęcym, wówczas różne poziomy społeczne czyli różne grupy, stanowiłyby światy, wyodrębnione od innych na stałe.
Ale gdy wzmagająca się użyteczność społeczna, a zarazem moc jednych osobników wyprowadza ich wciąż wyżej, zmniejszająca się zaś użyteczność lub słabnąca moc twórcza zmusza innych do opadania, - przeto przedstawiciele rodowi wszystkich środowisk zmieniają wciąż miejsce, ocierają się o siebie i utrzymują ogólną wspólność rodową oraz rozumienie się wzajemne.
Niezależnie od ruchu w górę osobników potężniejących, istnieje nieustanny ruch zstępujący, uwarunkowany naprzód nieszczęściami losowemi, spotykającemi przedstawicieli wszystkich, nawet najwyższych, poziomów, powtóre najrozmaitszemi wadami nabytemi, których wyliczanie byłoby zbyteczne, tak są znane. Próżniactwo, lekkomyślość, rozrzutność, szkodliwe nałogi spychają zawsze pewną ilość jednostek z różną szybkością z wyższych środowisk do niższych. Wszystkie one cierpią niedostatek, albowiem stają wobec konieczności poprzestawania na mniejszem, ale cierpią niedostatek względny, i dopiero na najniższym poziomie sytuacya się zmienia, albowiem osobniki tu opadłe znajdują się nagle u kresu zaspokojeń najskromniejszych ludzkich potrzeb.

Niedostatek jest odczuwaniem względnego braku, nawet ubóstwo jest tylko nizkim stopniem dobrobytu, więc brakiem względnym, nędza dopiero bezwzględnym brakiem dobrobytu.
Niedostatek jest inny na każdym poziomie dobrobytu społecznego i każdy może być jeszcze dostatkiem na poziomie wymagań nieco niższych, bo suma zaspokojeń, dająca jednym wrażenie niedostatku, dla nieprzyzwyczajonych i mniej wymagających może być jeszcze szczytem marzeń.

Uczucie niedostatku najczęściej pobudza do wysiłków twórczych, jest dążeniem wyżej lub bronieniem się przed opadaniem, - uczucie nędzy jest już tylko beznadziejnem borykaniem się bezsilności ekonomicznej na dnie, a często bronieniem się już tylko przed śmiercią głodową.

Otóż zjawia się pytanie: czy taki niedostatek krańcowy może być poczytywany za skutek niesprawiedliwości społecznej, lub też raczej nadmiaru ludności, dla którego nie wystarcza już bogactwa istniejącego i wciąż dorabianego, albo też jeszcze jakichś innych przyczyn? I drugie pytanie, czy ten niedostatek krańcowy może być usunięty na drodze społecznych zarządzeń?
Biorąc rzecz powierzchownie, zdawałoby się, że zaradzenie nędzy powinnoby być zadaniem łatwem, boć przecież niema jej tak wiele stosunkowo do środków bardzo obfitych u góry i w całym narodzie, jednak dużo daje do myślenia fakt, że nędza jest stałem zjawiskiem nawet w społeczeństwach najbogatszych, a trzeba też dodać i najofiarniejszych.
Malthus, który głęboko rozmyślał nad tą sprawą, doszedł do przekonania, że choćby nawet równo uposażyć wszystkich, jeszczeby się nie usunęło nędzy, bo coraz nowe kadry popadałyby w niedostatek i cała ludność skończyłaby po pewnym czasie na nędzy, albowiem mnoży się ona prędzej, niżeli środki do życia, mianowicie w stosunku geometrycznym, gdy środków do życia przybywa tylko w arytmetycznym. Żadna też dobroczynność prywatna i publiczna nie może według niego doprowadzić do zniesienia nędzy, gdyż miłosierdzie sprzyja raczej dalszemu przyrostowi ludności mało produkcyjnej i biednej. Domagał się też zaprowadzenia różnych ograniczeń, któreby kładły tamę zbyt szybkiemu przyrostowi ludności.
Teorya Malthusa wywołała długi szereg gorących sporów. Przeciwnicy jej twierdzili, że rozwój techniki będzie dostatecznie zwiększać bogactwo, aby go starczyło dla przymnażającej się ludności, a także, że i sam przyrost ludności nie jest znowu ani tak wielki ani jednakowo szybki, aby wymagał sztucznych ograniczeń.

Jakkolwiek twierdzenie Malthusa co do mnożenia się ludzi w proporcyi geometrycznej a środków utrzymania tylko w arytmetycznym nie potwierdziło się, bo i nie mogło się potwierdzić, jako oparte na dowolnem powiązaniu dwóch zjawisk niezależnych od siebie, mimo to główna idea Malthusa utrzymuje się i dzisiaj w bardzo szerokich kołach, a nawet wywarła niemały wpływ praktyczny, zmierzający do ograniczenia liczby urodzeń. Cały szereg myślicieli, więc Place, Owen, Mill, Drysdale, Mantegazza, Stille, znany pod nazwą szkoły nowomaltuzjanizmu, odrzucając pewne strony nauki Malthusa, widzi jeden tylko środek, mianowicie ochron­ne obcowanie, choć nie bierze pod uwagę, że tam właśnie, gdzie ono byłoby najpożyteczniejsze, tam niema poczucia jego potrzeby i nikt nawet niewładny przeprowadzić zalecanych ograniczeń.
Nam wydaje się cokolwiek dziwnem, że można było bronić w teoryi Malthusa tego, co się obronić nie da, jak również atakować szczegóły drugorzędne trafnego spostrzeżenia, gdy jądrem zagadnienia nie jest kwestya czy ludność pomnaża się zbyt szybko, ale kwestya, czy nędza może być zniesiona lub ograniczona bądź na drodze ograniczenia liczby narodzin lub dobroczynności? Maltuzjaniści kwestyę nędzy sprowadzają poniekąd do kwestyi nadmiaru twórczości życiowej w rodzie ludzkim i jedyne lekarstwo na nędze upatrują w nałożeniu twórczości życiowej hamulca.
Niewątpliwie mają oni w zasadzie dużo słuszności, ale według naszego przekonania dostrzegli jedną tylko przyczynę nędzy, gdy tymczasem jest ich dwie i to niezależnych od siebie, przyczem ta druga więcej waży od tej, którą uznali za jedyną.
Pierwsza tkwi w bujności życia, które stale i wszędzie powołuje do istnienia więcej ciał, niżeli ich może środowisko wyżywić. Instynkt rozrodczy mnoży jestestwa żywe aż do przesycenia środowiska.
W całej przyrodzie życie tryska w ogromnym nadmiarze, w tak wielkim, że gdyby miało warunki, rychło zamieniłoby choćby całą materyę ziemi w swoje formy. Ale ponieważ te warunki wszędzie są bardzo ograniczone, więc wypełnia czarę tylko po brzegi, nadmiar zaś wylewa ustawicznie na zagładę, Wszystko niedość silne ginie już na wcześniejszych stadyach rozwoju z powodu braku wolnego miejsca na ziemi.


Nadmiar życia zwykle najbardziej uderza widza w lesie podzwrotnikowym, ale niesłusznie, bo tam bije w oczy głównie obfitość form życia i wielkie ich nagromadzenie, które bierzemy mylnie za nadmiar. Nie jest to wcale nadmiar, skoro stale się utrzymuje. Właściwy nadmiar ukryty jest tam przed naszym pospolitym wzrokiem - i stale marnieje zaraz w pierwszych stadyach pojawiania się nędzy życiowej osobników. Co się tyczy prawdziwego nadmiaru, to panuje on proporcyonalnie taki sam nawet na jałowych skałach górskich, gdzie skromne i jednostajne w swych wymaganiach życiowych mchy i porosty walczą o każdy cal gruntu, o każdy pyłek ziemi urodzajnej. Nawet na tych skałach i w tej pozornej równości rodzi się stokroć więcej, niż może się utrzymać pomimo bardzo skromnych wymagań. Zarówno też w lesie podzwrotnikowym, który pod względem rozmaitości form i niejednakowych wymagań życiowych może być bardzo trafnie porównywany do mocno zróżnicowanego społeczeństwa, jak na jednostajnym stepie oraz jałowych skałach podśnieżnych upadki stokroć są częstsze od powodzeń, a nędza wielkiej ilości osobników pospolitem zjawiskiem.

Skądże więc mogłoby być inaczej w świecie ludzkim, kiedy przez ciała należy on przedewszystkiem do świata jestestw żyjących i bezwiednie usiłuje nie tylko trwać, ale szerzyć się, jak pożar, do granic ostatecznej możliwości.
Szlachetni myśliciele na widok bezmiaru nędzy, w jakiej boryka się materyał ludzki na nizinach bytu społecznego, dzwonią na alarm, wołając "ratunku dla ginących"! "miłosierdzia", a nawet "sprawiedliwości"!
Niestety, za mało są przyrodnikami, aby zrozumieli, że najgorliwsze nawet zaspokojanie potrzeb tych, którzy się już narodzili w warunkach niekorzystnych i cierpią niedostatek, nie zaradzi złemu, bo z nich zrodzą się nieuchronnie nowi, potrzebujący ratunku, a zrodzą się właśnie dla tego, że znalazły się warunki dla nowego kontyngensu istot żywych. Im więcej pomocy tam, gdzie panuje bezsilność społeczna, tem więcej powstanie tam nowego życia surowego, domagającego się z kolei ratunku przed zagładą a co ważniejsza tam będzie nowe życie domagać się zaspokojenia potrzeb ludzkich, jak wiemy niełatwych do zaspokojenia, bo bezgranicznych.
W tem zmaganiu się miłosierdzia z bujnością życia, największa nawet ofiarność nic nie poradzi, bo rychło siła życia zawsze wypełni czarę po same brzegi, choćby się te brzegi ustawicznie wznosiły w górę. Ale takie wznoszenie się ma przecież swoje granice, więc też pierwej zabraknąć musi środków, aniżeli kandydatów do życia. Mogłoby pierwej zabraknąć wszystkim żyjącym miernych choćby warunków istnienia ludzkiego, ale życiu nie zabrakłoby wcale dążności do szerzenia się. Więc najofiarniejszej walki z nędzą osobników nietwórczych koniec byłby jeden. Świat twórczy i tworzący bogactwo zbiedniałby do ostatnich granic, odmawiając sobie coraz to innych potrzeb, mniej koniecznych, i zamiast zgładzić widmo nędzy tych, co nie tworzą, albo zamało tworzą cały znalazłby się nadmiernie rozmnożony, na skraju nędzy.

Na rzecz prostego życia dokonałoby się samobójstwo cywilizacyi, samozagłada wyższej formy bytu dla utrzymania niższej, samozagłada ducha na rzecz ciał, a w dodatku bezużyteczna, bo tej obfitości materyału ludzkiego, wobec ogólnego zubożenia i przez to coraz słabnącej wytwórczości, ziemia jużby nie zniosła, więc po ruinie cywilizacyi nastąpiłaby zagłada całego i to bardzo już wielkiego nadmiaru jestestw
« Last Edit: (Tue) 12.08.2014, 14:28:52 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kapitał - Erazm Majewski
« Reply #7 on: (Sat) 19.04.2014, 18:42:04 »
36. O względności bogactwa.

Jeżeliśmy sprostowali błąd mechanistów, którzy niewiele sobie robią z wartości rzeczywistej i taksują bogactwo tylko od strony cenności, nie trzeba również taksować bogactwa ludzkiego jedynie według wartości realnej, bo stalibyśmy się sami na inny sposób mechanistami, utrącając korzyści naukowe, które nam dało uwzględnienie roli dusz, jako czynników twórczych. Skorośmy uwzględnili nierówność dusz - w twórczości, należy ją uwzględniać także w używaniu i zużywaniu. Innemi słowy, należy bogactwo oceniać także od strony psychicznej jego spożywców. Wtedy spostrzeżemy, że wszystko, co tworzymy, to pokarm duchowy, pokarm bardzo dziwny, gdyż potrzebny on i pożywny nie dla każdego indywiduum, ale tylko dla tych, którzy tego pokarmu łakną i umieją się nim nasycić.
Bogactwo - to ogólnik, cenność, - to również ogólnik, nawet wartość jest to abstrakcya, porządkująca wprawdzie nasze pojęcia ekonomiczne, ale nie dająca należytego pojęcia: czem jest bogactwo, boć wartość rzeczywista jest dla poszczególnych ludzi pojęciem zgolą obojętnem. Dopiero, gdy uwzględnimy stronę psychiczną dzieł ludzkich i podzielimy je według duchowej ich treści - odsłoni się nam względność bogactwa jako celu pożądań.

Dzieła ludzkie są zawsze zrealizowaniem pewnych określonych ideałów. Wiemy już z rozdz. 22, że tylko rozważane w charakterze handlowym, jako towary są one czemś, co się mierzy poniekąd ilościowo, jako materya społeczna i ceni przedewszystkiem jako nagromadzenie pracy. Rozważane w charakterze ideałów - są one czystem zadowoleniem pożądań i muszą być rozpatrywane od strony jakościowej, od strony użyteczności, od strony podmiotowej. Wtedy nie możemy już na dzieła ludzkie spoglądać ani od strony cenności bezwzględnej, ani od strony wartości, które powinnyby być prawie jednakie dla wszystkich, - boć przecież wiadomo, że ideały ludzkie nie są ani jednakie, ani stałe. Co jest ideałem dla jednego, może nie być nim dla drugiego; niemal każdemu trzeba czego innego.

Im dusze (t. j. myśli, uczucia, a więc i dążenia) mniej do siebie podobne, tem ich przedmiotowe ideały muszą być różniejsze. A ponieważ wszystko, co znamy pod mianem bogactwa, posiada ściśle określone i niezmienne cechy, więc również ideałami (choćby chwili) muszą być tylko przedmioty o ściśle określonych cechach. Ogół bogactwa w narodzie to niezmierne nagromadzenie ideałów, - ale indywidualnych. Gdy dusze ludzkie różnią się niezmiernie miedzy sobą - więc każda rzecz może w stosunku do różnych indywiduów być lub nie być ideałem. Potrzeby i pożądania nasze zaspokaja wcale nie materya, z konieczności tkwiąc w bogactwie, nie cenność ani wartość, ale te i nie inne kształty jej i właściwości. Bez odpowiednich cech - największa nawet wartość nie stanie się pożądaną. Dzieło Rafaela lub teleskop w sferze, dla której nie będą ideałem, muszą mieć cenność niższą nawet od ceny samych materyałów, użytych do wytworzenia dzieła. Wartość i użyteczność płótna Rafaela lub teleskopu będą w nieodpowiedniej sobie sferze zgoła niezrozumiałe. Ileż to razy przekonywano się o tem po masowych pogromach wojennych, gdy lud niżej stojący w cywilizacyi marnował bezcenne dorobki wyższej kategoryi ludu wysoko cywilizowanego (np. dzieła nauki i sztuki); ileż razy w życiu codziennem dowiadujemy się o podobnych niedocenianiach największych nawet wartości, gdy dostają się we władanie dusz, niezdolnych ani ich ocenić, ani czerpać z nich zadowolenia.
Na tle tych wyobrażeń możemy trzeźwo ocenić, jak względne posiadają znaczenie statystyczne obliczenia tych rachmistrzów, którzy, dokonawszy pracowitego obrachunku kupieckiego wszystkich bogactw według ich cen rynkowych, doszli do wyrażenia ogółu bogactwa danego narodu w jednej sumie pieniężnej, np. majątku niemieckiego w sumie 300 miliardów marek. Dzielą oni potem otrzymaną sumę na liczbę głów w narodzie i okazują, że w danym kraju na głowę przypada tyle to setek rubli, np. tu 200, tam 400 lub tysiąc.
Jako cyfry porównawcze, ilustrujące zamożność narodów, będą to liczby pouczające, ukażą bowiem, że Niemcy zajmują po Anglii i Francyi trzecie miejsce w Europie pod względem zamożności, my zaś jedno z ostatnich, - ale trzeba na tem poprzestać. Jeśliby bowiem ktoś na tych cyfrach chciał budować wnioski praktyczne, zastosowane do indywiduów i wyobrażał sobie, że rozdzielenie majątku narodowego między wszystkich równo uczyniłoby każdego posiadaczem majątku w cenności 200, 400 lub tysiąca rubli, - ten popadłby w wielki błąd. Wprawdzie statystyka podsuwa prawie każdemu, a zwłaszcza prostemu umysłowi, myśl, że istotnie każdy obywatel stałby się po repartycyi właścicielem małego wprawdzie, ale realnego bogactwa, to jednak nie trudno przyjść do przekonania, że realność owego bogactwa indywiduów byłaby grubem złudzeniem, bo płynie z zapoznania jakości i z utkwienia wzroku w samej ilości tego, co nazywamy cennością.
Równy podział istniejącego bogactwa - czy to według cenności, czy według wartości (a nawet to ostatnie tem bardziej) - nie zadowoliłby nikogo z tych nawet, którzyby byli stroną wyłącznie biorącą, owszem przyniósłby wszystkim ogromne rozczarowanie.

Aby najprościej wykryć tego przyczynę, wyobraźmy sobie, że nie majątek narodu między miliony osobników, ale zwykły majątek zamożnego osobnika ma być rozdzielony w naturze i równo między stu ubogich ludzi i że po dokonanym obrachunku na każdego wypadnie bogactwa aż za 1000 rb.
Ponieważ w owym majątku będzie urządzenie jednego mieszkania kosztownego i pięciu skromniejszych, będzie tam 10 cennych obrazów, piękna rzeźba w marmurze, dwa cenne zegary, dwa dywany perskie, fortepian, wytworne umeblowanie salonu i t. d., zachodzi pytanie: jakże się wypadnie podzielić? Ze względu, że zegarów, obrazów i t. p. nie można pokrajać na sto części, przeto kilkunastu ludzi wyjdzie, mając za majątek po obrazie olejnym, po zegarze, po dywanie, jeden stanie się posiadaczem pięknego fortepianu, dwóch innych razem wyniesie marmurową rzeźbę, medytując, jakby się nią podzielić. Kto tu będzie zadowolony?
Gdyby podobna likwidacya zdarzyła się w warunkach, umożliwiających sprzedanie otrzymanych przedmiotów, łatwo zrozumieć, że wszyscy wyszliby zachwyceni, albowiem nowy właściciel fortepianu pozbyłby się niepotrzebnego instrumentu i za otrzymana gotówkę nabyłby ideały swoje i to samo zrobiłby prawie każdy. Ale my rozważamy podział w warunkach, wyłączających zamianę, bo wyłączających istnienie tych, którzy mogą podobne rzeczy od niezadowolonych odkupić. Wszak cały majątek narodu idzie do równego podziału i nikt nie potrzebuje już nic innego - prócz rzeczy niezbędnych przy uposażeniu majątkiem tysiącorublowym. W podobnych warunkach nikt nie zechce wziąć ani samego fortepianu, ani obrazu, ani cennego futra, bo wyszedłby biedakiem, niemajacym co do ust włożyć.
Przykład ten ujawnia prawdę, że bogactwo, które istnieje, jest dopasowane do wielkiej rozmaitości dusz i do znacznych różnic w ideałach naszych - i to tak ściśle, jak jedna skorupa do jednego ślimaka.


Ogromna ilość bogactwa służy tak nieprzeciętnym potrzebom, że nie posiada żadnej użyteczności poza sferą, której służy i dla której została stworzona.
Naród łatwiej mógłby przestać produkować nadal takie bogactwa, jakie produkuje i zacząć tworzyć całkiem inne, np. uniwersalne, aniżeli bez ogromnych strat podzielić się istniejacem równo, według jego cenności lub wartości.
Zatem przez równy podział tego co istnieje, społeczeństwo zubożałoby nagle w rozmiarach bardzo dotkliwych. Odebranoby ideały sferom wyższym, ale bez pożytku dla niższych. Z bogactw cenionych zrobiłyby się nagle niecenione nieużytki, któreby zmarniały, żałowane tylko przez ich dawnych właścicieli, - dla reszty całkiem obojętne.
I co uległoby tutaj zagładzie? Właśnie to, co ma największą wartość i najwyższą użyteczność, co jest zarazem istotą wyższej cywilizacyi, co służy jedynie wyższym potrzebom.
Gdy zaś zważymy, że właśnie ta kategorya bogactw odznacza się wartością znacznie wyższą od cenności swej i że ona szeroki ogół najmniej kosztowała, to zrozumiemy, że zaszłaby tu zagłada samej wartości, tej czystej, która, jako dzieło dusz najpotężniejszych jest prawą ich własnością. Lecz nietylko to. Przecież owa kategorya bogactw jest realnym pokarmem owych dusz najobszerniejszych. Skasowanie przeto lub zabranie im owych ideałów, owych wartości realnych, dokonane bez żadnego pożytku i zysku dla dusz mniejszych, byłoby równocześnie śmiertelnym ciosem dla szerszych i subtelniejszych. Znikłyby nie tylko realizacye ideałów szerszych - ale i same ideały. Rozrosłe i bujne dusze ludzkie skurczyłyby się do rozmiarów pospolitych, - ale pospolite ani na jotę przez to nie rozszerzyłyby się.

Lecz może uczyniłyby się szczęśliwszemi?
I to nie, gdyż wszystkie dzieła ludzkie, o ile stają się ideałami swych posiadaczów, zapewniają im jednaką sumę szczęścia. Wyższe nie dają wcale większego - dają tylko inne. Zadowolenie z urzeczywistnienia pragnień może być na każdym poziomie i każdemi środkami, równie pełne.
A więc - skoro równy podział realnych wartości nie przysporzyłby ani użyteczności ani szczęścia szerokiemu ogółowi, ale za to odebrałby użyteczności, ideały i szczęście sferom wyższym, przyprawiając je o zanik (w cierpieniach) - byłby on czynem nie tylko nieużytecznym, ale bezrozumnym i zbrodniczym. Ogromna ilość obu bogactw roztopiłaby się, jak śnieg wiosenny, gdyż jedno bez drugiego istnieć nie może, ale roztopiłaby się bez pożytku dla innych.
Jeżeli rzadko bywa to rozumiane w całej pełni i grozie, powód jest zawsze ten sam: niezdawanie sobie sprawy z faktu, że na jednym gruncie ocierają się o siebie światy duchowe zgoła niepodobne do siebie i nie rozumiejące się wzajemnie. Nie mogą już one zadawalniać się jednakowemi środkami, zupełnie tak samo, jak żyjąca na ziemi różnorodna fauna z jej tysiącami kształtów, natur, potrzeb i dążeń, nie może już żywić się jednakim pokarmem. Chcieć wszystkie zniwelować do odczuwania jednych potrzeb i zadawalania się jednemi pokarmami byłoby dążyć do ich zagłady, boć to przecież rozwój uczynił je z pierwotnie jednakowych i prostych - zróżnicowanemi i skomplikowańszemi.
Nawet, gdyby się to planowało wyłącznie dla szczęścia nizin narodu bez oglądania się na losy wyżyn, byłoby i wówczas obraniem mylnej drogi, niepraktycznej, barbarzyńskiej, a nie celowej, gdyż zamiast zabijać to, co wystrzela wysoko i co najcenniejsze w ludzkości, - można podnosić - co nizkie.
Z drogi zresztą, po której kroczy większość ludów, doprawdy niema powrotu. Mocni duchem stali się już nie tylko warunkiem względnego szczęścia całego ogółu, ale wprost warunkiem istnienia tej ogromnej ludności, jaką ziemia nosi. Ich zniknięcie wywołałoby wprost katastrofę, bo nieuchronną zgubę większości ludzi, a oczywiście i całej cywilizacyi materyalnej i duchowej. Tylko mocni duchem i w spółce z bogatymi w materyę kapitałową zawsze będą pracować na korzyść reszty ludności, pracując na własną korzyść, albowiem bogactwa najobficiej przybywa tylko z ducha, bezpłatnie pracującego na to, aby wszystko stawało się coraz dostępniejszem dla każdego.

To, czego domagają się różni komuniści, aby dać wszystkim, przez brutalne odebranie bogatym, dokony­wa się przy istniejącym ustroju ustawicznie tylko nie widocznie dla zwykłego oka. Potężni sami się wydziedziczają na rzecz ogółu, z tą różnicą od aktu powszechnego wywłaszczenia, że nie tracą swej mocy twórczej, nie utrącają atmosfery społecznej, niezbędnej do ich istnienia, ani niezbędnego warsztatu twórczego.
Pamiętajmy wreszcie i o tem, że szczęście na żadnym poziomie nie istnieje w stanie statycznym, ale tylko w dynamicznym. Szczęście - to zaspokajanie odczuwanego braku, to skuteczne dążenie wyżej, do coraz nowych zadowoleń, to ruch ku wyższym ideałom. Nieszczęściem - ruch wsteczny, opadanie.
Kto to rozumie, ten może sprzyjać tylko powszechnemu pochodowi w górę, a więc nie kosztem obniżania istniejących wyżyn, tylko przez podnoszenie nizin.
Gdy to wszystko weźmiemy w rachubę, to jeszcze raz przekonamy się, że nie żaden "kapitał" ciąży żelazną łapą nad klasą małoposiadającą, lecz tylko z jednej strony złość ludzka, - wyzysk osobników niesumiennych, które się spotykają we wszystkich warstwach społecznych, nie tylko wśród pracobiorców, - z drugiej zaś strony te odwieczne wady i braki natury ludzkiej, które we wszystkich krajach i stuleciach minionych doprowadzały ludzi do nędzy, podobnie jak nieobecność tych wad i braków wyprowadza innych z nizin na szczyty bądź potęgi ducha bądź materyalnej. Nie wolno wydawać tyle, co się zarabia, oto recepta na byt znośny, a na byt dobry jeszcze druga: trzeba powiększać nie tylko własną materyę kapitałową, ale moc twórczą, ów majątek wewnętrzny, którego ani ogień ani woda nie zabierze. Tylko człowiek wykształcony (mniejsza w jakim fachu i do jakiego stopnia) staje się ekonomicznie czemś więcej od zwierzęcia roboczego, a doprawdy ogromna ilość ludzi nawet w wieku XX-m reprezentuje siłę, zaledwie dającą się. cokolwiek wyżej postawić od sił czysto zwierzęcych. Ubóstwo nie wzrosło, owszem, zmalało, tylko na tle gwałtownie zmienionych warunków bytu, przez prosty kontrast z powiększonym stanem posiadania "mocnych", wydaje się dotkliwszem. Świadomość ubóstwa (w warstwach mało produkcyjnych) powiększyła się przez łatwość porównywania i szybki wzrost aspiracyi, - oto wszystko. Wszelkie zaś piorunowania na "ustrój kapitalistyczny" opierają się na niezdawaniu sobie sprawy, gdzie prawdziwe źródło bogactwa w ogólności, a zwłaszcza ogromnych bogactw, przyrastających w wieku XIX-m i XX-m.

37.Wiek kapitalizmu.

Wiek XIX nazwano wiekiem kapitalizmu - i całkiem słusznie, bo jeszcze nigdy, w żadnej epoce i w żadnym kraju kapitał nie był tak twórczy, jak w ostatniem stuleciu naszej ery, oczywiście na obszarze, zajmowanym przez rasę białą, a zwłaszcza przez niektóre jej odłamy, najpotężniejsze ekonomicznie.
W końcu wieku XVIII-go siła maszyn w Anglii równała się sile roboczej 10-ciu milionów ludzi. Była to potęga, przysparzająca dużo bogactwa, ale dopiero, gdy porównamy z nią siłę machin czynnych w Anglii w roku 1870, zrozumiemy co za przewrót zaszedł w ciągu krótkich lat 80'ciu. W owym roku siła machin doszła do wydajności siły miliarda ludzi.
Gdybyśmy nawet przyjęli, że przy tych machinach pracuje 20 milionów ludzi, a choćby 40, to okaże się, że nad produkcyą bogactwa Anglii pracowała w roku 1870-m sama przyroda z siłą 960 milionów ludzi, albo, inaczej i lepiej mówiąc, zastępowała pracę 960-ciu milionów ludzi.
Jeżeli odliczymy starców, dzieci i niezdatnych do pra­cy, to będziemy mogli powiedzieć, że maszyny angielskie pracowały na korzyść Anglii z siłą całej ludności ziemi. A maszyny - jak wiemy, to przeważnie potęga przyrody, wprzęgnięta przez ducha ludzkiego. Zatem duch anglików pracował dla nich z siłą ludności całej ziemi. Czy może nas dziwić szybki wzrost bogactwa Anglii, gdy zważymy, że w ciągu lat 80-ciu wiedza zaprzęgła tam sto razy więcej niż dawniej sił przyrody, za sprawą uczonych, wynalazców i wogóle ludzi, oddających się wyższej pracy twórczej?
Wciągnięcie do pracy twórczej tak kolosalnych sił przyrody musiało się odbić niesłychanem przymnożeniem bogactwa, jakoż odbiło się przeobrażeniem wszystkich stosunków ludzkich. A przecież nie należy zapominać, że za Anglią, ręka w rękę lub z nią do wyścigu, poszło jeszcze kilka innych narodów, najlepiej przygotowanych do rozwoju swych sił. Tak nadzwyczajnego skoku w przyroście użytecznej twórczości próżnoby szukać w całej historyi świata. Nie było go i zapewne nigdy już nie będzie. I cóż dziwnego, że wiek XIX wywołał istny przewrót, zmienił gruntownie pojęcia nasze na pytania: co możliwe, a co niemożliwe i tych, którzy pamiętają co było dawniej oszałamia, innym zaś, którzy nie umieją już wyobrazić sobie warunków, w których żyli jeszcze dziadowie nasi, wydaje się rzeczą zwykłą i naturalną.
Jednak wcale nie w tem dodatniem znaczeniu i nie w intencyi podkreślenia dobroczynnej potęgi twórczej kapitału zamianowano wiek XIX wiekiem kapitalizmu. Uczyniono to w zamiarze wprost odwrotnym, dla napiętnowania spółczesnego ustroju, opartego o własność prywatną mianem wyjątkowo niesprawiedliwego. Wszak to niezadowoleni z rozwoju przemysłu fabrycznego ochrzcili ubiegłe stulecie mianem tem, nadając mu treść złowrogą. Kapitał ogłoszono za "prawie usankcyonowaną formę rabunku" (Rodbertus, Mara i wielu innych), za wroga "pracy", bo za przyczynę ubóstwa i nędzy tych, którzy nie posiadają kapitału.
Któraż charakterystyka czy ocena słuszniejsza?
Na to pytanie odpowiedź łatwa. Naprzód wypadnie zwrócić uwagę czytelnika na okoliczność, że wyraz kapitał powszechnie inaczej jest rozumiany, niżeli ustaliliśmy to w niniejszej książce, więc należy rozróżnić oba pojęcia, następnie dopiero ocenić ich trafność. Otóż kapitał w dawnem rozumieniu ma być w całości swej zaoszczędzonym owocem pracy tylko ludzkiej, zatem "ustrój kapitalistyczny" ma oznaczać ustrój w którym jedni, nieliczni, posiadają owoc pracy bardzo wie­lu osobników, odebrany im na drodze ciągle niesprawiedliwego dzielenia się zyskami, płynącemi ze wspólnej pracy.
Jeśli tak będziemy tłumaczyć ustrój kapitalistyczny, a stojąc na stanowisku mechanistów, inaczej doprawdy niepodobna go określać, to dziwnem musi się wydać każdemu, co trzeźwo rozumuje, dlaczego dopiero wiek XIX uczczono, a raczej napiętnowano mianem "kapitalistycznych. gdy wszystkie czasy, poczynając od starożytnych, znają kapitał i posiadaczów kapitału. Przecież od czasu jak istnieją podział pracy, narzędzia pracy, własność prywatna i kontyngens nieposiadających kapitału - nigdy nie było innego ustroju nad kapitalistyczny. Dla czegóż nagle dopiero wiek XIX-ty okrzyknięto wiekiem kapitalizmu?
Oto dla tego, że kapitał nigdy jeszcze nie pomnażał się tak błyskawicznie, jak w wieku XIX-m i nigdy jeszcze nie przysparzał tak wiele bogactw użytkowych, jak teraz.
Lecz cóż zaszło, coby tłumaczyło ten nieznany dawniej przyrost bogactwa?
Jeżeliby miało być trafnem dawne rozumienie kapitału, że jest on owocem pracy ludzkiej, który został odebrany klasie przeważnie fizycznie pracującej, to z nieodpartą logiką należałoby przyjąć za prawdę, że ta klasa poczęła nagle w wieku XIX-m pracować bez porównania silniej, niżeli we wszystkich wiekach poprzednich i że stosunkowo mała garść "wyzyskiwaczów" zagarnia ustawicznie dla siebie wszystkie owoce jej pracy. Lecz czyż to jest podobieństwem, aby klasa fizycznie pracująca miała nagle stać się. tak bardzo znacznie pracowitszą, a równocześnie silniejszą pod względem produkcyjności? Wszak wszędzie dzień roboczy ulega tylko skróceniu, a mimo to zaplata za trudy pozwala coraz lepiej żyć tej klasie, zwłaszcza w przemyśle fabrycznym, którego kapitały rosną z największą szybkością. Jakże to wszystko może się ze sobą godzić? Coraz mniej się pracuje, coraz lepsze zarobki i pomimo to coraz większe zyski z tej samej pracy, pobierane przez wyzyskiwaczowi Skądże się one brać mogą? Przecież już starożytni umieli bardzo silnie wyzyskiwać prace ludzką. Całe niewolnictwo - to przecież nieprzerwany łańcuch wyzysku pracy ludzkiej na rzecz właścicieli niewolników. Jeżeli więc pomimo tak bezwzględnego wyzysku "pracy ludzkiej" gromadziło się dawniej bez porównania mniej owoców pracy w rękach kapitalistów, niż w wieku XIX-ym, czyż można utrzymywać, żeby bogactwa wieku XIX-go płynęły naprawdę tylko z pracy ludzi, wyzyskiwanych przez ludzi?
Utrzymywać coś podobnego byłoby nonsensem, a w takim razie pochodzenie tak błyskawicznie rosnących kapitałów spółczesnych rasy białej musi być inne. Fizycznem niepodobieństwem jest, aby to miał być owoc pracy ludzkiej, owoc pracy najemników źle płatnych. Choćby ich praca miała być nie wiem jak już nizko opłacana, a siły najemników nie wiem jak skrupulatnie wyzyskane przez pracobiorców, jeszcze niezrozumiałym byłoby faktem, skąd się tyle owoców tej pracy może gromadzić w rękach rzekomych wyzyskiwaczy? A przecież, powtarzamy to z naciskiem, nigdy jeszcze klasa fizycznie pracująca - nie zużywała na swoje potrzeby tyle właśnie, - co zużywa w "epoce kapitalizmu", a i nigdy nie potrzebowała mniej pracować na swe utrzymanie - jak właśnie w epoce najnowszej.
Pomijając kontyngens, cierpiący nędzę, o której przyczynach była już mowa, kontyngens przeważnie niepracujący dla różnych powodów, albo jako ciemny i niechętny, pracujący bardzo źle, - cała pozostała ilość jako tako pracujących cieszy się nie tylko dość znaczną spożywczością, ale jeszcze odkłada, zwłaszcza w krajach bogatszych, milionowe corocznie oszczędności własne. Składa je w bankach i kasach oszczędności, stając się na małą skalę klasą posiadającą także materyę kapitałową, od której pobiera odsetki.
Skądże się bierze to wszystko, co ludność ciężko pracująca zużywa, co oszczędza i co przybywa w nieznanej dawniej obfitości do rąk wielkich i średnich posiadaczów?
Odpowiedź wyraźną na to pytanie daje dopiero nasze ujęcie kapitału, jako machiny, którą poruszają dwie nierówne siły: ludzkie siły fizyczne i własne siły przyrody, przyczem stosunek obu sił ustawicznie zmienia się w ten sposób, że pracuje na korzyść cywilizacyi coraz więcej sił przyrody, nie zaś sił ludzkich.
W takim razie gwałtowny przyrost kapitału w epoce niezmiernie szybkiego rozwoju twórczej potęgi ducha staje się zupełnie zrozumiałym. Kapitał - to istotnie zaoszczędzony owoc pracy, ale w małej tylko odsetce pracy zwykłych robotników i w ogóle ludzkiej - w największej zaś części samej przyrody, puszczonej w ruch przez ludzi potężnych duchem. Ale w takim razie orzeczenie powyższe należy uzupełnić spostrzeżeniem, że nie może to już być owoc, odebrany robotnikom (na drodze niesprawiedliwego podziału zysków), tylko owoc, zdobyty twórczą potęgą ducha na samej przyrodzie. Robotnicy w niczem się do niego nie przyczynili. Zagadka ogromnego przyrostu bogactw, który uderza, ludzi najmniej nawet spostrzegawczych, spoczywa w fakcie, że kapitał nigdy jeszcze nie był tak mocny (t. zn. ekonomiczny), jak w XIX-em stuleciu, a oczywiście i obecnie.
Korzyści zatem, na które zawistnem okiem patrzy klasa robotnicza, nie płyną ani wogóle z pracy robotników, ani z taniej pracy robotników, lecz z bezpłatnej pracy przyrody, uruchomionej nie przez nich. Ta właśnie daje tak dużo, że "kapitalista" nietylko nie potrzebuje czyhać na tanią pracę prostego robotnika, nie potrzebuje go "wyciskać, jak cytrynę", ale przeciwnie jest w możności opłacać ją, i nawet opłaca ją coraz lepiej. Czyim kosztem? Kosztem zbyt słabo opłacanych przedstawicieli wielkiej mocy duchowej, których jest zbyt dużo na to, aby się mogli drożyć, i którzy zresztą, pogrążeni w duchowym świecie, dającym wyższe i trwalsze rozkosze, niż daje używanie materyalne, nie dbają o większy majątek i chętnie, z pogodnem czołem przymnażają bogactwa innym, nie zazdroszcząc im i nie powiadając, że są wyzyskiwani. Oni tworzą, jak "bogowie", dla samej przyjemności i żądzy tworzenia.
Nie o tych więc kapitalistach czyli właścicielach mocnych kapitałów duchowych może być mowa w sensie ujemnym, ale o właścicielach dóbr materyalnych, którzy rozporządzają bądź kapitałami czynnemi jakiej bądź siły, - bądź też pieniędzmi, czyli uniwersalną materyą kapitałową.
Rodbertus i Marx takich właśnie kapitalistów okrzyknęli za wrogów klasy ciężko pracujących.
Czy słusznie?
W zasadzie niesłusznie - choć w poszczególnych przypadkach licznych nadużyć, płynących z niczem nie nasyconej chciwości, bardzo słusznie. Jednak w teoryi gospodarczej nie należy wyjątków od zasady, choćby nawet ich było dużo, podawać za przedstawicieli zjawiska normalnego, boć do każdego normalnego zjawiska, nie tylko od tego, wyjątki istnieją. Przecież i w sferze przedstawicieli samej pracy istnieją niezliczone osobniki, bezwarunkowo ujemne, a nawet w różny sposób wysoce szkodliwe zarówno dla kapitalistów, jak dla własnej klasy, a jednak nikt nie uważa za słuszne identyfikować ich z normalnymi przedstawicielami klasy, pracującej bez własnego kapitału. Krzywdzicieli przeto oraz przywłaszczycieli ze sfery kapitalistów nie wolno podstawiać pod miano kapitalistów, bo to miano przysługuje normalnym władcom materyi kapitałowej, którzy zostają w uczciwym stosunku względem przedstawicieli pracy niekwalifikowanej lub słabo kwalifikowanej. Otóż w tem znaczeniu - ani kapitał nie może być wrogiem pracy, ani kapitaliści wrogami ludzi, pozbawionych własnej materyi kapitałowej, dotkliwe zaś różnice w uposażeniu dobrami materyalnemi są przedewszystkiem prostem następstwem większej lub mniejszej siły twórczej osobników, oraz różnicy w zaletach duchowych i dzielności.
"Wiek" zatem "kapitalizmu", to pusty frazes, bo innego ustroju nad kapitalistyczny nie było i być nie może w społeczeństwie rozwiniętem z pieluch bytu przedspołecznego, a zwłaszcza w mocno rozwiniętem. Ustrój kapitalistyczny - to tylko rozwinięty ustrój społeczny, w którym marnieje przeważnie to tylko, co samo się wydziedzicza pozbawione zalet życiowych i społecznych.
Nie z krzywdy ludzkiej wyrosły i wyrastają bogactwa kapitalistów, lecz z rozwiniętej władzy nad przyrodą, jaką wywierają dzielni, i dla tego też pozostały za nimi w tyle ciemnota, bierność i niedołęstwo, które umieją tylko skarżyć się i zazdrościć, gotowe zawsze brać, ale bez odpowiedniego dawania. Pracy dzielnej i głów dzielnych ustrój kapitalistyczny jest prawie zawsze sprzymierzeńcem, o ile tego nie pokrzyżują źli ludzie jakiejkolwiek kategoryi. Nie trzeba przecież zapominać, że przy jakimkolwiek ustroju, choćby nawet dał się wymyśleć i zaprowadzić zgoła inny od obecnego, zawsze społeczeństwo składać się będzie z osobników posiadających wybitną indywidualność i wole, oraz z przedstawicieli szarzyzny, zawsze w niem będą dzielni i niedołężni, źli i dobrzy, drapieżni i ustępliwi, uczciwi i nieuczciwi, bo tak jest w całej przyrodzie. Ustrój więc społeczny spółczesny, a również i dawne historyczne, tem tylko różnią się od przedhistorycznych oraz niespołecznych, że dawna, przedspołeczna przewaga fizycznie dzielnych i silniejszych, późniejsza, przedhistoryczna przewaga mądrzejszych nad słabszymi duchowo, posiadających lepsze narzędzia nad posiadaczami pośledniejszych - musiała nabrać szerszego znaczenia i niesie skutki bardziej wyraźne. Skala różnic w uposażeniu wyolbrzymiała na skutek równie olbrzymich różnic dynamicznych, jakie stały się możliwe między ludźmi z samej natury ducha, którego rozwój z poziomu zupełnej bezsilności może być nieograniczony.
Równości sił, działań i charakterów niema w całym świecie jestestw żyjących, skądże spodziewać się, aby miała zjawić się tu właśnie, gdzie najwięcej danych do wzmagania się różnic? Dla czego zaś najwięcej danych, o to prawie pytać nie trzeba, bo gdy w świecie zwykłego życia siły, uzdolnienia i charaktery przynosi się ze sobą na świat, w świecie ludzkim, w świecie ducha wszystko to można rozwijać, a przedewszystkiem trzeba wyrabiać. Zwierzę jest niewolnikiem swej doli, ale my w ogromnej mierze kowalami własnych losów. Mądrze to wyraża ludowe przysłowie; "jak sobie kto pościele - tak się wyśpi".
Demagogowie powtarzają, że kapitał jest źródłem ubóstwa mas w narodzie. Nieprawda, bo kapitał, zwłaszcza mocny, jest źródłem nie tylko bogactwa tych, którzy nim rozporządzają, ale także obniżania się cen większości towarów i większości dóbr publicznych, więc nigdy ubóstwa rzesz małotwórczych.
Między bogaceniem się jednostek mocno twórczych, a ubóstwem słabo twórczych niema związku przyczynowego. W zwykłym porządku rzeczy nie kapitał, ale ciemnota mas i wady ich są źródłem ich ubóstwa, jak znowu - nie ciemnota ani koniecznie krzywda ludzka, ale potęga duchowa - jest normalnem źródłem bogactwa.
Nie zgadza się ten wynik ze starą piosenką demagogów, że gdzie jeden zyskuje, tam wielu musi tracić, ale dla tego, że owi pochlebcy tłumów nie chcą mu mówić prawdy w oczy - i wszystko złe widzą po jednej stronie - zamykając oczy na zło istniejące po drugiej stronie.
Nie zamierzamy iść wzorem owych pochlebców drogą jednostronności. Nie myślimy twierdzić jakoby szerokim warstwom pracującym bez własnego kapitału nigdy nie działa się krzywda. Przeciwnie, jesteśmy głęboko przekonani, że świat ludzki pełen jest krzywdy, podobnie, jak świat zwierzęcy i możemy być raczej zaliczeni do pessymistów, bo wierzymy, że krzywda jest nieśmiertelną i nic jej nie usunie z oblicza ziemi. Ale też właśnie dla tego, że z krzywdą należy walczyć, aby ją sprowadzać do możliwego minimum, mamy obowiązek dobrze rozróżniać krzywdzicieli od sprawiedliwych, abyśmy się sami nie stali krzywdzicielami i niewdzięcznikami.
Jakże to łatwo potem, cośmy już w naszej pracy rozwinęli, oddać każdemu, co mu się należy!
Przekonaliśmy się, że istnieją duchowi kapitaliści, jednostki, umiejące i chcące tworzyć nowe bogactwa w rozmiarach, zależnych od ich mocy twórczej i od pozostającej do ich rozporządzenia materyi.
Przekonaliśmy się, ze istnieją właściwi kapitaliści, jednostki, posiadające własną materyę, którą oddają do rozporządzenia twórcom duchowym bądź w charakterze wspólników do zysków - bądź w charakterze pożyczających za umówionem wynagrodzeniem.
Widzieliśmy, że duże zyski mogą płynąć z takich spółek dzięki dużej mocy twórczej, a więc że wszelkie słabe kapitały, z natury rzeczy, nie mogą już rościć pretensyi do równie znacznych zysków.
Widzieliśmy, że owe duże nawet zyski nie musza płynąć z krzywdy ludzkiej, bo są wynikiem bezpośrednich zwycięztw ducha nad przyrodą.
W tych warunkach obie kategorye kapitalistów możemy uważać za użyteczne w społeczeństwie, i to zarówno sobie, jak innym, z tym warunkiem, że od niko­go nie biorą więcej wartości, niż dają.
Otóż czas zaznaczyć, że istnieje wielu kapitalistów właściwych i wielu bogaczów, którzy nie czynią zadość ostatniemu warunkowi. I rzecz osobliwa dotyczy to właśnie tych, których przyjęto ogólnie nazywać kapitalistami, gdyż kapitały duchowe, jak to już wiemy, dla ich większej obfitości, rzadko mogą być stroną wyzyskującą i rzadko nawet chcą być nią. Oni prawie zawsze są stroną, dającą o wiele więcej, niżeli biorącą.
Więc prawdą jest, że materya kapitałowa, a prościej mówiąc bogactwo, niesprawiedliwie rozdzielone jest między ludzi, że nie według zasług, ale według ślepego trafu lub przemocy, ale ta niesprawiedliwość dotyka nie tych, którzy rozporządzają jedynie tyl­ko niższemi władzami ludzkiemi. To naprawdę przeważnie własność mędrców i cichych pracowników wiedzy, wielkich i mocnych indywidualności duchowych.
To, co ogólną chciwość i zazdrość budzi, zwłaszcza w analfabetach, to niemal wyłącznie dzieło wielkich dynamicznie, a w połowie i własność takich dusz. Istnieją krzywdziciele w osobach wielu bogaczów, ale ci nie tylko nie stali się bogatymi z krzywdy rzesz małotwórczych, lecz jakby dla ironii właśnie z ich szeregów przeważnie się rekrutują. Większość prawdziwych kapitalistów - to przecież nie rodowi potentaci, a nawet nie potężni duchem, tylko sprytni i bezwzględni, pyszniący się też, jak barbarzyńcy, swem bogactwem, do którego często niedorośli; ale oni zagarnęli przeważnie nie wasze owoce, ludu małotwórczy, lecz własność tych potężnych, ale prostodusznych, jak dzieci, władców przyrody, którzy nie zbierają złota, lecz hojnie je rozsypują, aby je inni podnosili.
Z "potu" tych wszystkich, którzy się najgłośniej upominają o własność wielkich, zagarniętą przez "kapitalistów", nie mogło powstać nawet to, czem owe masy rozporządzają, a gdyby nie wielcy - prowadziłyby one żywot jeszcze o wiele surowszy nad ten, jaki prowadzą.


38. Czemu cenność dzieł ludzkich opada niespodziewanie powoli?

Przypadek raptownego wzrostu potęgi twórczej ziścił się w krajach najbardziej przemysłowych, rzeczywistość znacznie przewyższyła przykład, wzięty w rozdz. 33 dla ilustracyi naszych założeń, siła robocza maszyn Anglii, Francyi stała się kilkadziesiąt razy większą, niż była przed stu laty, jednak ceny dzieł przemysłu fabrycznego nie spadły wielokrotnie, jak tego należało oczekiwać.
Ale mniejsza o ceny, bo te mogą być tylko względną miarą taniości. Aby wyrokować o rzeczywistem tanieniu towarów, trzebaby porównać dawną cenę złota z obecną, dawną jego ilość i potrzebę handlową z obecna, ilość mieszkańców kraju i szybkość obrotów handlowych. Gdy taka droga byłaby zbyt długa, mamy prostszą i krótszą. O skutkach wzrostu potęgi twórczej możemy sądzić, porównywając dawną spożywczość narodu z teraźniejszą. Otóż spożycie Anglii i Francyi podniosło się wprawdzie znakomicie, jednak nie do tego stopnia, jakby teoretycznie wypadało. Skądże więc płynie niezgodność teoryi z rzeczywistością?
Niema tu żadnej sprzeczności, wszystko poszło, jak pójść musiało, zawód zaś płynie z niespodzianki, że produkcya nie poszła takiemi torami, jakiemi pójśćby mogła.
W naszem założeniu traktowaliśmy sprawę, jakby się potoczyć musiała, gdyby społeczeństwo istniało samo jedno, izolowane, a tymczasem zjawisko ekonomiczne rozgrywa się na tle wielu społeczeństw i to niejednako rozwiniętych. W takich warunkach sprawa musi wyglądać inaczej.

Ogromna obniżka cen produktów szerokiej użyteczności, proporcyonalna do zwiększonej wydajności kapitałów, zaszłaby nieuchronnie, ale pod warunkami następującemi:
1) aby ta sama ilość ludzi tym samym wysiłkiem ciał wyrzucała na rynek o tyle więcej towarów, o ile wzmogła się siła fizyczna kapitałów,
2) aby odbiorca tych towarów była ta sama ilość ludzi, co dawniej, bynajmniej zaś nie większa,
3) aby siła wszystkich kapitałów czynnych stała się jednako wielką i maksymalną, i
4) aby obróconą była na produkowanie tych samych, co dawniej, przedmiotów potrzebnych lub pożądanych prawie każdemu, nie zaś jeszcze zupełnie nowych.

Żadnemu z tych warunków nie stało się zadość, albowiem
1) ludność Anglii, wziętej za przykład, wzrosła przez ten czas o 2 i pół raza tyle co dawniej, podobnie zresztą wzrosła i ludność innych krajów wysoko przemysłowych (przecięciowo dwukrotnie), a nawet i słabo przemysłowych,
2) odbiorcą stała się nie tylko zwiększona ludność kraju, ale, jak zobaczymy jeszcze i ludność zagraniczna,
3) siła fizyczna kapitałów czynnych nie jest jednakowa w różnych działach przemysłu - i tylko cześć ich stoi na wysokości technicznego maximum chwili,
4) siła twórcza kapitałów nie idzie wyłącznie ani na produkowanie bogactwa takiego samego, jak dawniej, ani bogactwa, przeznaczonego na użytek osobników, którzy je kupili, ani wyłącznie na spożycie w kraju, ani wreszcie na produkowanie samego bogactwa. Iście bajeczne siły twórcze narodów, które rozwinęły w sobie najwcześniej potęgę duchową, wcieliły się zaledwie w małej cząstce w zwykłe bogactwo prywatne, w ogromnej zaś części w bogactwo publiczne oraz w kapitały. Gdy zaś bogactwo publiczne, dostarczające wszystkim wiele korzyści za stosunkowo drobną opłatą, stanowi coś w rodzaju kapitału, przeto można powiedzieć ogólnie, że kapitał zwrócił swoją moc twórczą przeważnie na rozrastanie się i to w dwojakim kierunku oraz z dwojakiemi skutkami.

Jako bogactwo publiczne, krajowe, służy on wszystkim w kraju, choć nikomu wyłącznie, ale jako kapitał prywatny, dążący tylko do zwiększania się, zwrócił się na zewnątrz, i służy już przedewszystkiem swym właścicielom za narzędzie bogacenia się.
Jest jeszcze trzeci i czwarty upust dla potęgi twórczej, o którym nie można zamilczeć, mianowicie rozwinięta mocno produkcya dzieł zgoła wątpliwej użyteczności, będąca jedynie tylko orężem walki kapitalistów, spółzawodniczących ze sobą o zyski. Chęć i potrzeba reklamowania się zaćmiewania się wzajemnego, pochłania o wiele więcej środków twórczych, niżeli się tego pospolicie domyślamy. Obok tej zaś rubryki poważne miejsce zajmuje militaryzm i produkcya przedmiotów prawdziwego zbytku, które dają tylko złudzenie większej użyteczności, w gruncie zaś rzeczy utrudniają tylko życie tym wszystkim, którzy się w sferę zbytku dostali.
Wszystko to razem wzięte mocno zredukowało korzyści, przewidywane na rynku towarowym dla przedstawicieli szerszego ogółu i zwolniło mocno tempo opadania cen towarów rzeczywistej użyteczności.
I tylko rozrost bogactwa publicznego można uważać za pewną kompensatę strat, ponoszonych przez szeroki ogół z powodu niedostatecznego tanienia mnóstwa towarów, rozrost zaś kapitałów i popierających ów rozrost środków reklamowych służy tylko nielicznej sferze kapitalistów do powiększania jej zamożności, redukowanej zresztą mocno przez rozwój zbytku.
Ale, jeżeli uwzględnimy z jednej strony nieuchronne ułomności natury ludzkiej, z drugiej zaś szczególne warunki, w których znalazły się narody mocno twórcze, - spostrzeżemy, że nie mogło stać się inaczej.
Siła twórcza kapitałów mocnych nie mogła pozostać w roli dostarczycielki dzieł użytecznych wyłącznie dla ludności kraju własnego, albowiem naród mocno twórczy jest otoczony wielu narodami znacznie słabszemi pod względem potęgi twórczej, - istnieją więc korzyst­ne rynki zbytu dla towarów poza krajem, dalekie od nasycenia.
Towary nie mogą spadać gwałtownie w cenie w kraju bardzo twórczym, dopóki zewnątrz kraju istnieją liczni odbiorcy, gotowi płacić ceny dość wysokie, z powodu, że u siebie zmuszeni są płacić jeszcze wyższe dla słabości własnych kapitałów.


Tacy właśnie odbiorcy zjawili się (a właściwie byli i przedtem), a przybywa ich jeszcze ciągle:
1) z powodu rosnących ułatwień w komunikacyi,
2) w miarę rozszerzania się skali potrzeb ludzkich pod wpływem coraz nowych zadowolnień,
3) z powodu stosunkowej nizkości cen towarów, produkowanych ekonomiczne, którym nie mogą przeciwstawić się towary miejscowe, produkowane mało ekonomicznie.


Dopóki za te same towary można osiągać na rynkach zewnętrznych ceny lepsze, dopóty nie leży w interesie wytwórców wstrzymywanie się od produkowania ich w ilości zbytecznej dla kraju, ani też obniżanie cen na rynku wewnętrznym. Zresztą nie byłoby to środkiem skutecznym do zatrzymania tych przedmiotów w kraju, bo wówczas, jeżeli nie sami wytwórcy, to ich odbiorcy krajowi zaczęliby wywozić towary, osiągające za granicą wyższe ceny. Ze spożywców staliby się kupcami-eksporterami.
Zamiast produkować coraz taniej dla kraju - producenci woleli z daleko większą korzyścią produkować dość drogo dla obcych. Co więcej, zaczęli gorączkowo poszukiwać coraz odleglejszych rynków zbytu na przedmioty, których można było wytwarzać ilość nieograniczoną, ale których zbywać w kraju można tylko ilość ograniczoną. Weźmy przykład. Choćby igła lub maszyna do szycia kosztowały 10 razy taniej, naród nie może zużyć igieł i tych maszyn więcej, niż potrzebuje ich do szycia. Choćby płótno nie wiem jak taniało, zużycie płótna ma swoją granicę.
Ale czego jeden naród nie potrzebuje, tego może pożądać zagranica, która igły, maszyny do szycia i płótno produkuje drożej, bo większym nakładem pracy czysto ludzkiej. Otóż mnóstwo towarów tanich zaczęło odpływać do krajów obcych. Narody słaboprodukcyjne, zamiast wyrabiać je swojemi, droższemi sposobami u siebie, zaczęły je chętnie kupować u obcych. Rozwinął się kolosalnie wywóz. Handel taki opłacał się sowicie ze względu, że w krajach słaboprzemysłowych obcy towar, nawet obciążony zyskiem pośredników oraz kosztami transportu oraz ceł, mógł być sprzedawany taniej od produkowanych drogo na miejscu, a drogo dla tego, że duchowe siły miejscowe, a przez to i kapitały miejscowe były znacznie słabsze od obcych, zaś materyi kapitałowej było tam mniej, więc trzeba ją było drogo opłacać.

W ten sposób produkcya towarów codziennej potrzeby, a więc reprezentujących zwykłe bogactwo, przeznaczone na zużycie, stała się dla narodów mocnych właściwie produkcya materyi kapitałowej, gdyż za towary, wyrabiane w nadmiarze, - wracały pieniądze z zyskiem. Materyi kapitałowej ustawicznie przybywało. Ponieważ zaś kapitaliści nie mogli już tej ilości kapitałów uruchomić z równa korzyścią na wewnętrzne potrzeby kraju, gdyż musiałyby pracować prawie darmo, przeto poszły do pracy na obcych terenach, poszły na podbój ekonomiczny obcych krajów na korzyść macierzystego.
Tu mamy moment, rozgrzeszający do pewnego stopnia chciwość kapitalistów, - bo ostatecznie egoistyczna ich działalność stała się mimowolnie bardzo pożyteczną dla przyszłości ich kraju. Egoizm i chciwość jednostek oddaliły tylko chwilę przesycenia rynku wewnętrznego przez rozszerzenie ograniczonego rynku krajowego w rynek światowy, mogący pochłonąć bardzo wiele i zapewniający do czasu kapitałom mocnych narodów nie tylko owocną działalność, ale i wielki rozrost. Działalność mocnych dusz w narodzie oraz kapitalistów, lubo nie dała całej ludności zysku spodziewanego, to jednak rozszerzyła ich ojczyznę i zwiększyła jej siłę.

39. Zjawisko twórczości nie mogło pójść torem, przewidywanym przez teoretyków.

Aby gruntownie zrozumieć, co się teraz dzieje w świecie ludzkim, trzeba porzucić ciasny widnokrąg jednego miasta, powiatu, a nawet kraju i spojrzeć z wysoka na glob ziemski. Trzeba spojrzeć na sieć dróg żelaznych, coraz gęściej oplątujących ogromną jego powierzchnię, Wszak już kosztowną linią drogi żelaznej możnaby opasać dwadzieścia razy ziemię na równiku! Dość spojrzeć na pajęczą plątaninę drutów telegraficznych i kablów podmorskich, na dziesiątki tysięcy statków, krążących po wszystkich morzach, na te tysiące miast i miasteczek, opatrzonych siecią wodociągów, rur gazowych, przewodów elektrycznych i t. d., i t. d., i dość pomyśleć, że jeszcze przed stu laty nie było tego wcale, aby pojąć gdzie skierował się ów bezmiar sił przyrody, posłusznie pracujących pod kierunkiem ludzkiego rozumu i woli. To wszystko nie dzieło mięśni ludzkich, jak zapewniali mechaniści, nie dzieło przeważnie mięśni ludzkich, jak to było w starożytnym Egipcie a nawet w Helladzie i Państwie Rzymskiem, ale, jeśli już chcemy przemawiać językiem mechanistów, - dzieło samego cieplika, uwalnianego przez geniusz ludzki z węgla, pary wodnej, to dzieło sztywności żelaza, twardości i elastyczności stali, powinowactw i antagonizmów chemicznych, siły ciążenia, magnetyzmu, elektryczności i t. d., i t. d.
Dość ogarnąć wzrokiem duszy te wszystkie urządzenia, które pochłonęły liczne miliardy jednostek cenności, aby pojąć, że wybujały jak nigdy kapitalizm wieków XIX-go i XX-go, chcąc nie chcąc oddał się na usługi wszystkich. Każdy coś skorzystał, nawet najbiedniejszy, różnica ta tylko, że nie każdy równa korzyść odniósł.

Znikły odległości, zbliżyły się kraje, wymiana towarów odbywa się tak łatwo między krajami, jak do niedawna między wioskami. Tym samym kosztem, co dawniej spożywaliśmy płody własnej szczupłej okolicy, jadamy płody czterech części świata, znikła groza klęsk głodowych, dawniej dziesiątkujących kraje, tysiącom nowych potrzeb materyalnych i duchowych łatwo czynimy zadość. Płacąc stosunkowo skromne podatki korzystamy z niezliczonych dobrodziejstw własności publicznej, jesteśmy za drobną opłatą obsługiwani przez pocztę wszechświatową, przez drukowane słowo, tanie jak nigdy, wszystkich współwłasnością są niezliczone wygody publiczne, i to takie, o jakich do niedawna nie marzyło się nawet największym potentatom. Słowem powiększyło się kolosalnie nie tylko bogactwo prywatne, ale publiczne, t. zn. należące do wszystkich, nawet najuboższych osobiście. Każdy bierze udział w tem wszystkiem, co zaspokaja liczne potrzeby ludzkie, czy kto posiada jeszcze prócz tego własny majątek, lub go nie posiada, czy posiada duży, czy mały. Szalony wzrost kapitału nie odbił się ani w obsługiwaniu jedynie bogatych, ani w skupieniu się bogactw w nielicznych rękach inicyatorów, organizatorów, oraz tych, którzy dostarczali kapitału, jak o tem zapewniają socyaliści, przeciwnie, rozszerzył jak nigdy bogactwo publiczne, dostępne darmo lub prawie darmo dla wszystkich.
Skądże wzięła szybko potężniejąca moc twórcza ducha angielskiego, a wkrótce potem francuzkiego, które zapoczątkowały cały ten olbrzymi proces twórczy, - materyę kapitałową, której poprzednio w Anglii i Francyi nie było znowu tak wiele? Wiemy przecież, że najbardziej twórczy duch nic nie stworzy bez posiadania materyi kapitałowej, w którąby się wcielił i przez którą mógłby władać materyą. Wszak on dopiero połową dźwigni, trzeba mu drugiej koniecznie. Otóż zrazu duch twórczy wziął się małemi środkami do wyzyskiwania bogactw naturalnych kraju własnego. Węgiel i żelazo własne przeobraził w machiny, w koleje żelazne i okręty. Duch mocno twórczy wcielił się w dźwignie coraz potężniejące, które oddały się na usługi handlowi międzynarodowemu. Dzieła gotowe przemysłu angielskiego a później i francuskiego szły arteryami wodnemi i lądowemi do najodleglejszych krajów, a wracały temi samemi arteryami surowe i półsurowe płody naturalne obcych krajów. Przerabiano je w ojczyźnie znowu na dzieła przemysłu - rozsyłano znowu po obcych krajach, biorąc wzamian znowu płody naturalne. Zasadą handlu, którą pierwszy jasno sformułował Adam Smith, jako źródło bogactwa zarówno osobników, jak narodów, jest kupowanie towarów tam, gdzie są najtańsze - sprzedawanie tam, gdzie za nie najlepiej płacą. Najtańszemi są wszędzie płody natury, właściwe danemu krajowi - więc sieć ulepszonych komunikacyi zaczęła Europie Zachodniej służyć do coraz tańszego sprowadzania z każdego kraju tych płodów, które w nich spoczywają w nadmiarze lub które wcale nie są cenione na miejscu. Te same płody, w surowym, półprzerobionym lub całkiem przerobionym stanie sprzedawano zaraz do krajów, gdzie były pożądane, ale trudno dostępne dla braku rozwiniętego własnego handlu i dróg komunikacyjnych. W ten sposób wartości naturalne, pozbawione w miejscu, gdzie się rodziły, ceny, sprzedawano po cenach wysokich nie tylko pokrywających trudy przewożenia oraz przeróbki, ale dających zawsze zyski, a niekiedy nawet bardzo znaczne. Zyski te tylko w części zużywano w charakterze zwykłego bogactwa, w znaczniejszej zaś przeobrażano natychmiast w mocny kapitał, pracujący nad powiększaniem samego siebie, więc rozszerzano i ulepszano sieć komunikacyi, zwiększając swą siłę handlową oraz przemysłową. Oto skąd napływa niezbędna wciąż materya kapitałowa, oto rozwiązanie zagadki czyim kosztem rozwija się coraz potężniej sieć komunikacyi angielskich, lub za angielskie pieniądze budowanych w krajach obcych i dla tego służących przedewszystkiem Anglii. Rychło Anglia stała się pośredniczką świata, stała się dostarczycielką dzieł ludzkich, zaś odbiorczynią dzieł przyrody obcych krajów, ciągnąc ogromne zyski ze swojej roli.
Za jej przykładem poszło kolejno kilka innych narodów, najlepiej przygotowanych do rozwinięcia tej samej siły i z wyzyskiwanych zrazu - stały się same wyzyskującemi ziemie dziewicze i kraje o słabych kapitałach własnych. Podzielono się terenem operacyi handlowych i "sferami wpływu", i dziś wszystkie te kraje przemysłowe zarzucają swemi towarami rynki całego świata, co więcej, rozrzucają już nawet swą materyę kapitałową w postaci pieniędzy, oddając takowe za opłatą do użytku tym narodom, które własnych mają za mało. Jest to także mądra polityka, bo owe kapitały byłyby już w rękach własnych zbytecznym balastem i musiałyby leżeć bezczynnie, odgrywając rolę martwego skarbu, a tymczasem wypożyczone pracują jeszcze na rzecz właścicieli.

Towary zatem mocnych narodów płyną nieprzerwanemi potokami po całej ziemi wodnemi drogami lub po stalowych szynach, i temi samemi drogami, jako powrotna fala, powracają pod postacią pieniędzy (wyłożonych i zarobionych) albo tanich surowych płodów do ognisk przemysłu, skąd znowu w zmienionej postaci towarów wszędzie pożądanych, rozpływają się na obwód, aby wrócić w postaci surowych płodów lub większej ilości pieniędzy.
W takiem rozlewaniu się bogactwa z ognisk mocnej twórczości do miejsc słabszej, mamy zjawisko zupełnie podobne do czysto fizycznego zjawiska wyrównania się ciśnień, dążenia płynów lub gazów do wyrównania istniejącej nierównowagi. Ekscentryczny prąd kołowy towarów wytwarzanych ekonomicznie w ogniskach silnej produkcyi musi trwać póty, póki nie wyrówna braków wszędzie, dokąd ma dostęp. Wówczas dopiero ceny w kraju o mocnej produkcyi zaczną ulegać stopniowej obniżce, wywołując kolejno na wszystkich miejscach świata ludzkiego odpowiednie obniżki.
Towar bowiem tani zachowuje się względem takichże drogich, jak materya płynna lub gazowa względem próżni; dąży on do wypełnienia próżni, a choćby tylko miejsc, wypełnionych lżejszą materya. Zyskowność zaś podobnego odpływu dla kraju, produkującego ekonomicznie, na tem polega, że taki sam stosunek między towarem tanim a drogim zachodzi na całym obwodzie. I na obwodzie towary tanie na miejscu zachowują się jak materya gęsta, wypełniona wartością, odpływają zatem łatwo na miejsca opróżnione, osadzając w nich całą swą wartość, która nie była pokryta ceną sprzedażną.
Zysk więc krajów mocnych na tem polega, że za duchowe wartości - biorą one wartości materyalne, podobnie, jak strata krajów słabych w tem znowu leży, że oddają materyę kapitałową (złoto lub bogactwo naturalne), chociaż mają ich ilość ograniczoną, za wartości, podlegające zupełnemu spożyciu bez reszty i to za wartości, które, jak widzieliśmy, oddawców prawie nic już nie kosztują, bo płyną z nieopłacanej nikomu potęgi duchowej.
Kraje przemysłowe zaopatrują świat pozostały w bogactwo, podległe spożyciu, ale odbierają bogactwo naturalne, przeobrażające się w kapitał i to w mocny. W ten sposób narody mocne, niby zbogacając, właściwie zubożają bez przerwy ludy obce, bo te, jako mniej twórcze, lub całkiem pogrążone w stagnacyi, spożywają więcej niż tworzą, a nie mogąc płacić dziełami własnego ducha, bo ich zamało nawet na własny użytek, zresztą byłyby za drogie dla narodów mocno produkcyjnych, - rabują swe ziemie z bogactw naturalnych. Nie wolno wydawać więcej, niż się zarabia, niszczyć więcej, niż się tworzy - bo to grozi nieuchronnem bankructwem, ale narody słabe zdają się nie wiedzieć o tem, bo zachowują sta tak, jakby były bezgranicznie bogate. Aby zaspokoić swe wybujałe i nadmiernie rosnące potrzeby, wynoszą z domu bogactwo naturalne będące materyą kapitałową ojczyzny i przyszłych pokoleń, biorąc to, co służy tylko do zużycia, a nawet, co jest zbytkiem. Bywa nawet gorzej, jeżeli prócz płodów ziemi, płodów potęgi życia prostego, których wciąż przybywa, oddaje się bogactwa mineralne, a zwłaszcza grunt, bo tych nie przybywa. Zachodzi więc z narodami to samo, co z obywatelem ziemskim, gdy ustawicznie pożycza na hipotekę, ale nie dla podniesienia produkcyjności majątku, lecz aby używać. Z chwilą, gdy zadłuży się już powyżej ceny rynkowej swego majątku, nic w nim nie będzie miał swojego, wszystko stanie się niepostrzeżenie własnością wierzycieli.
Właśnie nad takiem wyzuwaniem z naturalnej własności narodów słabo produkcyjnych, ale dużo spożywających - pracuje cały system środków komunikacyjnych i cały system kredytowy narodów bogatych i mocnych.
Który naród pierwej stał się silny duchem, ten zbiera żniwo tam wszędzie, gdzie rozpościera się bierność. I więcej jeszcze. Ten nie daje czasu słabszym do wzmocnienia się pod względem twórczości. Ten wciąż ubiega słabszych. Mocny kapitał cudzy, niby smok dwugłowy zapuszcza swe dwie paszcze we wszystkie zakątki świata, i jedną zsypuje wartości, ale drugą czerpie znacznie więcej, niż daje. Ponieważ zaś nie ma do brania dzieł ducha, zresztą tych nie potrzebuje, bo je sam tworzy w nadmiarze i taniej, więc bierze bogactwa naturalne.
Od wieków prowadzi się taki proces, ale dawniej z powodu zbyt niewielkich różnic między kapitałem mocnym a słabym, a także z powodu kosztownych komunikacyi, dokonywał się na małą skalę, więc nie wyrządzał szkód gwałtownych.
Dopóki potęga ducha nie była tak wielką, jaką stała się w wieku XIX-m u niektórych przedstawicieli rasy białej, póty nie stanowiła wcale niebezpieczeństwa dla rozwoju narodów uboższych duchem. Dojrzewały one wiekami w ciszy do czasu, aż przychodził na nie okres mężnienia duchowego. Jedne narody czy ludy szły w górę i rozwijały swoistą cywilizacyę, inne drzemały jeszcze na nizinach poziomego bytu, szarpane od czasu do czasu przez wyprawy wojenne chciwych łupu sąsiadów, ale szarpane niezbyt szkodliwie. Z czasem przychodził zmierzch siły drapieżnych sąsiadów, wyczerpanych pełnią życia i używaniem, a wtedy budził się naród drzemiący, niekrępowany, swobodny, goił swe rany i rósł powoli w siłę twórczą oraz bogactwa.
W tak sielankowych iście stosunkach, trwających przez liczne wieki, wywołało dopiero ostatnich lat kilkadziesiąt gruntowny przewrót.
Już nie tylko siła ramienia, nie tylko zastępy mężnych wojowników, nie miecz, nie łupy i kontrybucye wojenne, nie okropności wojny, okrywające kraj zgliszczami i mogiłami wycieńczają ludy słabsze i rzucają je pod nogi zwycięzców, - ale twórczy i mocny kapitał, idący na podboje na pozór z różdżką oliwną i dłonią szczodrobliwą, pełną nęcących oko i serce bogactw, I dokonywa on podbojów stokroć cięższych i skuteczniejszych, niżeli dawne wyprawy krwawe po łupy. Marsa zastąpił Merkury - i to tak skutecznie, że już nawet dzielny Mars narodów ekonomicznie podbijanych nie zdolny jest stawić czoła obcemu Merkuremu. Już tylko jeden Merkury swojski mógłby tamtemu podołać, ale niestety, wielki Merkury zwycięzców nie pozwala małym Merkurym wyrosnąć, więc w nierównej walce, a raczej w zwycięskim pochodzie bezkrwawym, owszem, na pozór błogosławionym, narody bogate stają się coraz bogatszemi - biedne coraz ubożeją, właśnie dla tego, że nie umieją się już oprzeć darom bogatych sąsiadów, ani przeciwstawić im własnej potęgi ekonomicznej.

Niegdyś było inaczej. Kwitnący Egipt z okresu trzeciego Państwa (r. 1600-1100 przed Chr.) oraz z czasu Ptolemeuszów cały nadmiar sił twórczych, co prawda w porównaniu do dzisiejszych potęg sił pygmejskich, obracał wewnątrz kraju na budowy tak kolosalnych, a zbytkownych dzieł architektonicznych, że i dziś budzą one podziw i zachwyty; powstawały zdumiewające piramidy, świątynie, rozrzutne aleje sfinksów. Dziś wszystko to byłoby dla Europy igraszką, wystarczałoby jej na to i sił i kapitałów, naprawdę robi się nawet jeszcze więcej, jeżeli zważymy, że to dopiero sto lat pokryło Europę tysiącami muzeów, pałaców oraz bezcennych dzieł wyższej techniki, nauki i sztuki, gdy Egipt pracował na swoje pomniki dwa tysiące lat. Ale moc twórcza nowożytna zwróciła się głównie nie w te stronę. Kapitał - rzucił się nie na pomnażanie prostego bogactwa wewnątrz kraju, ani też zbytku, dogadzającego dumie najmożniejszych, ale na rozwijanie twórczej swej mocy i opanowywanie świata. Odrzuca on tylko odsetki na tworzenie bogactwa, przeznaczonego na zużycie we własnym kraju, i te odsetki wystarczają narodom mocnym do zadowolenia ich wciąż rosnących potrzeb, a nawet wyrafinowanych pożądań, - główną zaś swoją potęgę skierował na zewnątrz; wylał się na cały glob ziemski, wszędzie pracując, jako potworna pompa, wysysająca naturalne bogactwa wszystkich krajów.
Już trzecie pokolenie narodów mocnych pracuje nad kompletnym gospodarczym podbojem świata, ale bierne, słabo-twórcze i ciemne narody i ludy, choć zadłużają się coraz głębiej u bogatych dostarczycieli dobrobytu, nie spostrzegają, że przejadają swoją ojczyznę, a gdy przyjdzie opamiętanie, nie będzie już ani co ratować, ani czem wykupić się z niewoli, bo choćby się i zjawiła moc duchowa, to bez własnej materyi kapitałowej - i bez własnej ziemi będzie już zmuszona pracować tylko na rzecz właścicieli tej ostatniej. Owe narody nawet u siebie w domu staną się już tylko sługami kapitalistów obcych.

40. Nauka o potrzebach narodu.

Znaczna część pisarzy określa ekonomię, jako "naukę o dobrach", ale Karol Gide słuszną wprowadza tu poprawkę, mówiąc, że przedmiotem ekonomii nie jest samo bogactwo, ale "stosunki powstające między ludźmi żyjącymi w społeczeństwie, w zakresie ich potrzeb materyalnych".
Z uwagi jednak, że właściwie niema stosunków ludzkich poza społecznych, można powiedzieć, że przedmiotem ekonomii są stosunki międzyludzkie, póki chodzi o jednostki ludzkie, międzynarodowe zaś, o ile chodzi o społeczeństwa. Na nic bowiem nie zda się generalizowanie stosunków społecznych, skoro ponad osobnikiem, stoi zawsze nie żadna abstrakcyjna "ludzkość", ale naród, żywa całostka skończona sama w sobie, ze swemi własnemi prawami do bytu, do niezależności i doskonalenia się wszechstronnego. Kartezyusz odkrył dopiero połowę prawdy, gdy powiedział: cogito - ergo sum, myślę - więc jestem. Druga połowa tej prawdy odsłoniła się z chwilą rozpoznania stosunku mowy do myśli. Dziś "ergo" kartezyuszowskie ma inne zakończenie. Myślę, więc jestem, ale nie tylko jestem sam, bo jestem przecież człowiekiem przez to, żem cząstką mego narodu, naturalnej całości, przytwierdzonej do gruntu, na którym się rozwinęła. Myślę - więc jest nademną naród, rzecz większa odemnie. Jest indywidualność rozległa, kształtująca się od najbardziej zamierzchłej przeszłości, z którą jestem związany tysiącem węzłów w całość swoistą i żywą. Myślę, więc jestem synem odwiecznej mej Ojczyzny. Czy ona wielka, czy mała, jednako mi droga, bo tylko ona jest moją i wystarczająco większą i starszą odemnie samego.
Wszystko co żyje, musi walczyć o swe istnienie, o miejsce na ziemi, o zachowanie swej indywidualności. Zwierzę, ta biedna efemeryda, prowadzi walkę prostą i jedną, bo tylko o zachowanie swego ciała, ale człowiek musi prowadzić aż trzy, bo natura jego skomplikowana. I dopiero w tych szerszych ramach potrójnej walki o byt, walki o zwierzęcą sytość, o zaspokojenie ludzkich potrzeb ciała, o interesy ducha, wreszcie o interesy narodu, ojczyzny - przedstawia się w pełni głębia starć, których widownią świat ludzki. Obowiązki moje są potrójne: nakarmić ciało, nakarmić ducha i nakarmić ojczyznę, więc też wszyscy, którzy przez trud twórczy zabiegają o interesy własne, służą tem samem niemal zawsze interesom swego narodu.
Gdy wszakże niejednakowa jest potęga gospodarcza narodów, niejednakową musi być ich polityka gospodarcza. Polityka ekonomiczna narodów silnych dąży do najkorzystniejszego wyzyskania stosunków sąsiedzkich, polityka zaś narodów słabszych do bronienia się przed niebezpieczną przewagą tamtych, zwłaszcza na punktach najbardziej zagrożonych.
Olbrzymie znaczenie Adama Smitha polegało właśnie na tem, ze pierwszy wykazał w czem leży słabość i potęga narodów, że był pierwszym ekonomistą narodowym. Marx jest rzecznikiem tylko człowieka, a nawet jednej klasy i dla tego jest apolityczny, międzynarodowy, a nawet wprost antinarodowy. Jednak gdy Smith był ekonomistą narodu mocnego przemysłowo, więc i nauka jego nosiła cechy jednostronne. Dopiero Fryderyka Lista można nazwać ekonomistą narodowym, bo uzupełnił dzieło Smitha, który był dlań jeszcze nazbyt kosmopolitą oraz indywidualistą, jako bezwzględny rzecznik wolnego handlu i niekrępowanej konkurencyi przemysłowej. Łatwo jednak zrozumieć czemu Smith, będąc narodowym, mógł być kosmopolitycznym. Oto on nie drżał o moc i przyszłość narodu swego, nie obawiał się dlań niczyjej konkurencyi. Dopiero patryota narodu bardzo słabego ekonomicznie, jakim był List, mógł spostrzedz, że co jest dobrem dla mocnych, może być zgubnem dla słabych.
Więc rozglądając się bystrem okiem po świecie i szukając środków do możliwie pewnego i prędkiego podźwignięcia sił swej ojczyzny, udowodnił, że nie rolnictwo ani handel, ale dopiero
Quote
"siła przemysłowa wpływa na wszechstronny rozwój narodu".
Zauważył, że narody bogate i potężne przechodziły w swym rozwoju przez cztery fazy, z których dopiero ostatnia nie tylko uniezależnia od innych narodów, ale daje bezwzględną przewagę nad niemi; więc ponieważ narody nie żyją w odosobnieniu i nie stoją na jednym stopniu rozwoju, przeto pomyślny rozwój narodu słabszego gospodarczo wymaga innej polityki niż polityka silnych, a także polityki, zmieniającej się stosownie do potrzeb chwili.

Gdy w pierwszej fazie mało jeszcze kapitału, przeto rolnictwo musi wystarczać na zaspokajanie wszystkich potrzeb. Należy dbać o jego rozwój, a zarazem o najkorzystniejszy wywóz płodów rolniczych. W tej fazie można i trzeba otworzyć obcemu przemysłowi wolną drogę do kraju.

W drugiej fazie zawiązuje się w kraju wytwórczość przemysłowa, ale zrazu słaba, więc rozumna polityka nie pozwala na utrudnianie przywozu obcych dzieł przemysłu, zwłaszcza narzędzi i maszyn, dopóki nie wzmocni się własna w tym kierunku wytwórczość o tyle, że zdolna będzie zaspokajać rynek wewnętrzny. Wówczas dopiero system ceł ochronnych uwzględniający słabsze i mocniejsze strony przemysłu, sprzyjać będzie dalszemu jego wzmaganiu się. Wprawdzie taka polityka wywoła podrożenie wytworów krajowych, ale wzmocni warsztat narodowy, zapewniając ceny nizkie w przyszłości - na skutek rozwinięcia się konkurencyi wewnętrznej. Co naród traci zrazu, to odbierze później na taniości towarów, a co najważniejsze, na produkcyi wywozowej.

Ta trzecia faza rozwoju, osłanianego cłami ochronnemi trwać musi póki siła wytwórcza nie przewyższy siły przemysłowej innych narodów. Wówczas potrzebny jest w polityce powrót do zasady wolnego handlu, bo przemysł mocny nie lęka się już konkurencyi obcej, a za to otrzymuje taniej płody rolnicze innych krajów i obce materyały surowe, co mu daje nową siłę.
Pięćdziesiąt tylko lat stosowania podobnej polityki, przy dzielności i pracowitości narodu niemieckiego pokazało do czego dojść można. Z narodu przeważnie ro
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje