Author Topic: Encyklopedia głupoty - Matthijs van Boxsel  (Read 1633 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Encyklopedia głupoty - Matthijs van Boxsel
« on: (Wed) 19.03.2014, 00:41:29 »
Encyklopedia głupoty - Matthijs van Boxsel

Encyklopedia głupoty - Matthijs van Boxsel


Książka Matthijsa van Boxsela o przewrotnym tytule „Encyklopedia Głupoty” to zestawienie niezwykle zabawnych w swojej wymowie esejów o głupocie, pomyłkach i gafach, które, jak udowadnia autor, stanowią niezbędny motor dziejów. Czym w zasadzie jest głupota? Kogo i czego ona dotyczy? Czy głupota jest szkodliwa i czy jest uwarunkowana geograficznie? Wydawać by się mogło, że zadawanie sobie podobnych pytań jest niedorzecznością, a przynajmniej stratą czasu. Nic bardziej mylnego!

Poniżej kilka fragmentów  CTTTRLKOQ:D -->:DCTTTRLKOQ:D -->

Akademia Głupoty

Jeśli uchwycicie to uchem i sercem, co rzeczone zostało, rozumniej-si będziecie i szczęśliwi. Lecz jeśli nie, staniecie się nierozumni, nieszczęśliwi, ponurzy i głupi, i nędzny będzie wasz żywot. Wyłożenie tego jest bowiem niczym zagadka, jaką zwierz potworny Sfinks zadawał ludziom: gdy ktoś zrozumiał, bywał oszczędzony, lecz gdy nie rozumiał, Sfinks go rozdzierał. Właśnie tak samo jest w przypadku tego wyłożenia. Zwierz przeraźliwy Sfinks to dla ludzkości Głupota. Przemawia ona niejasno, co w życiu dobre, co złe, i co ani dobre, ani złe. Kto tych rzeczy nie pojmie, jest przez nią niszczony, lecz nie nagle, jak umarł ktoś zabity i pożarty przez Sfinksa. Jest raczej niszczony po trochu i z wolna, jak ci, co leżą w ciemnicy. Jeśli jednak ktoś ją zrozumie, na odwrót: ginie Głupota, a jego żywot od złego jest ocalony, błogosławiony i szczęśliwy. Co was się tyczy, miarkujcie więc i nakłońcie ucha.
Tabula Cebetis (II w.n.e.)

Oblicza głupoty

Nie jest się kimś, będąc zbytecznym dla siebie i innych. Mężczyzna powinien mieć jakąś posadę.
- Co do posady, mam taką - odparł Jacques. -Jaką?
- Rewidenta ludzkiej głupoty, i nie znam nikogo równie zajętego jak ja.
Eugène Nus, Nos Bêtises ( 1882)

Przesłanka

Punkt wyjścia to paradoks': nikt nie jest dość bystry, by pojąć własną głupotę. Odsyła to do Pierwszego Listu do Koryntian 3,19: „Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga". Człowiek natomiast nie potrafi bez popadnięcia w obłęd pojąć głupoty swojej inteligencji. Według Erazma jest to zastrzeżone dla głupców w Chrystusie, którzy wykraczają poza siebie, i mistyków w ekstazie.
Jedynym owocnym rozwiązaniem jest odwrócenie perspektywy: inteligencja to nic innego, jak skutek szeregu mniej czy bardziej poronionych prób przezwyciężenia głupoty. Lub raczej głupota to nic innego, jak uzewnętrznienie daremnych prób zdefiniowania inteligencji...

Rycerz bagien

Rycerz podjął walkę z Głupotą, potworem, o którym nie było wiadomo, jak wygląda, a tylko, jak się zwie i gdzie przebywa. W ciężkiej zbroi, dobywszy miecza, ciągnął przez moczary. Lecz im bliżej był celu, tym głębiej zapadały się jego stopy. Wkrótce bezgranicznie zdumionego rycerza pochwyciło w objęcia bagno.

Topologia głupoty

Głupota jest niepoznawalna: zdefiniować ją można tylko poprzez negację, kontrast z inną cechą lub brak. Nie oznacza to, że głupota jest czymś, czego nie ma. Wiemy, że istnieje. Codziennie dostrzegamy jej skutki wokół nas i w nas samych, ale zawsze za późno. Głupota to granica, którą stale się przegapia. Jej przekroczenie stwierdza się dopiero po fakcie. Dokoła widnieje tylko glupowata głąb. Tymczasem samej głupoty ani śladu. Jakże Jednak zlokalizować „istotę" bez dokładnego miejsca, atopiczną, 'ekscentryczną, niedorzeczną?
Istnieje niebezpieczeństwo, że łowiąc głupotę, stwarzamy ją podczas gdy tkwi ona w różnicy. Głupota jest zawsze gdzie indziej. Raz umiejscowiona i nazwana traci swoją zdumiewającą tożsamość. Rozpoznana głupota to dodatkowy okruch mądrości.
Jedyne, co można uczynić, to rozstawić drogowskazy, informujące o niebezpiecznych sytuacjach.

Drogowskaz

Dwaj świeżo zatrudnieni w Wąchocku robotnicy otrzymali polecenie usunięcia wszystkich drogowskazów z wyrąbywanego właśnie lasu. Po skończonej pracy jeden zaczął się zastanawiać, jak znajdą drogę powrotną, na co drugi odparł, że to nie problem - mają przecież wszystkie drogowskazy.

Zasada odpiłowanego drwala

Quote
Kto myśli myśl wielką, wielce błądzi. -Martin Heidegger

Już od wieków jak świat szeroki opowiada się historie ilustrujące problem stosunku głupoty do inteligencji. Te tak zwane epickie farsy przypisuje się mieszkańcom przysłowiowo głupich miejscowości. Dlatego zależnie od geografii lokalnej żarty takie noszą też miano beocjanizmów (od Beocji, w antycznej Grecji matecznika głupoty), Gothamic jests, Schildbürgerstreiche, wiców z Olen, jaj z Kampen czy kawałów o Wąchocku.
Klasyczny kawał mówi o odpiłowanym drwalu: facet obcina gałąź, na której siedzi. Inteligencja to sztuka wyboru. Gość ma jasno wytyczony cel: oddzielenie gałęzi od drzewa. Również wybór środka jest bezbłędny: piłę ma ostrą. Zadanie zostaje wykonane z powodzeniem, ale drwal skręca kark. Bez inteligencji jego głupota nie dałaby tak zgubnego efektu. Głupcy bywają niebezpieczni właśnie dlatego, że są inteligentni, że ich przedsięwzięcia najczęściej im się udają. Im zaś są inteligentniejsi, tym bardziej katastrofalne są skutki ich głupoty.
Że głupota rzadko lub nigdy nie skrywa się tam, gdzie się jej spodziewamy, wynika z notatki prasowej sprzed kilku lat: ktoś wspiął się na krzywe drzewo, by odciąć gałąź, która strącała dachówki jego domu. Nie popełnił klasycznego błędu i usiadł po stronie pnia. Jednak drzewo, uwolnione wreszcie od ciężkiej gałęzi, odskoczyło do góry, wyrzucając go w powietrze. Raz jeszcze inteligencja okazała się dla głupca fatalna.
Głupota to dar nieświadomego działania na własną szkodę, aż po zgon jako ostateczną konsekwencję. Głupota z jednej strony stanowi zagrożenie, z drugiej - mistyczny fundament naszej egzystencji: kultura to nic innego jak efekt szeregu mniej czy bardziej nieudanych prób zapanowania nad autodestrukcyjnym kretyństwem. Do rozwoju inteligencji zmusiła człowieka głupota.
Drwal tragikomicznie ujawnia głupotę, tworzącą odwrotną stronę wszelkich naszych działań, nawet najbardziej udanych.

Skorupki niewiedzy

We Fryzji stoi stupa - świątynia, w której siedzi bodhisattwa, mnich, który osiągnął stan oświecenia. Właśnie ma wejść w stan nirwany. Lecz co mu przeszkadza? Natrafiamy tu na moralny paradoks buddyzmu mahajana. Rzecz w tym, iż bodhisattwa nie może nigdy wejść w stan nirwany sam, gdyż byłoby to świadectwem egoizmu. Jeśli jest egoistą, nie jest prawdziwym bodhisattwą i nie może wejść w stan nirwany; jeśli jest prawdziwym bodhisattwą, nie może wejść w stan nirwany, ponieważ byłoby to czynem egoistycznym. Krótko mówiąc, stanu tego nie może osiągnąć nikt; zwykli śmiertelnicy nie mogą, bo nie są bodhisattwami, a bodhisattwa nie może, gdyż jest bodhisattwą (Arthur Danto, Mysticism and Morality, Nowy Jork 1972).
Dylemat bodhisattwy przypomina dylemat arhata, świętego bohatera buddyzmu hinajana, zwanego też pogardliwie Małym Pojazdem. Arhat jest mnichem, który przebył Ośmiokrotną Ścieżkę i stoi na progu absolutnego pokoju. Mądrością skruszył "skorupki niewiedzy"; uwolnienie od wszelkich więzi z „ja" i „moje" jest warunkiem błogostanu. Kłopot jednak w tym. że jego osobiste dążenie do wyzwolenia z własnego ja świadczy o egoizmie. W ten sposób arhat przeszkadza sam sobie w osiągnięciu szczęśliwości.
Buddyzm mahajana, tak zwany Wielki Pojazd, próbuje wymknąć się paradoksowi moralnemu przez dążenie do globalnego zbawienia - stąd kwalifikator „wielki". Błogość istnieje tylko w błogości powszechnej. Poprzez metodę Nieograniczoności bodhisattwa usiłuje zatracić się w nieskończonym poszerzaniu własnego ja. Nikt nie zostanie zbawiony, póki uratowani nie zostaną wszyscy. Jednak i to dążenie chybia celu.
Bodhisattwa stara się zbawić ludzkość, jednak nie przez dobre uczynki, ale stawianie siebie za przykład. Posąg bodhisattwy przedstawia spokojną, zwróconą ku własnemu wnętrzu postać. Szokujący kontrast jej niewzruszoności wobec naszego zabieganego życia powinien inspirować do zerwania z obłąkanym światem. Tymczasem na dłuższą metę potwierdza jedynie nieprzezwyciężalną słabość człowieka.
Jedyne, co może zrobić bodhisattwa, to odsunąć własną błogość do chwili, gdy cała ludzkość osiągnie stan oświecenia. Ale w tym właśnie objawia się jako człowiek oświecony! Jest prawdziwym Buddą dzięki daremności prób stania się Buddą. Odnosi sukces w niepowodzeniu.
Swoją niewzruszoną obecnością we fryzyjskim krajobrazie bodhisattwa uzmysławia nam nasze słabe strony i daje przed smak niewyobrażalnej błogości nirwany. Obie sprawy winniśmy jednak widzieć w łącznej perspektywie. Nie ma nirwany poza ciągiem niedorzecznych prób osiągnięcia nirwany.

Głupie szczęście w głupim nieszczęściu

Quote
Dostałem nauczkę, widząc cierpienie innych. - Menander, Sententiae

Ktoś chce zamknąć drzwi, podchodzi do nich i zamyka. Oto klasyczny przykład udanej czynności zamierzonej. Musi ona spełniać trzy warunki:
1. Mamy zamiar wykonać czynność z powodzeniem.
2. Zadanie zostaje wykonane z powodzeniem.
3. Przyczyną udanego wykonania zadania była nasza intencja wykonania czynności z powodzeniem.

Weźmy jednak taki przypadek: człowiek chce zamknąć drzwi, potyka się i przewraca na drzwi, które się zamykają. Przyczyną wykonania zadania jest intencja; bez dobrego zamiaru nie byłoby przecież potknięcia, a bez potknięcia nie byłoby powodzenia. Sposobu, w jaki zadanie zostało wykonane, nie można jednak w żadnym wypadku nazwać intencjonalnym. Powodzenie było kwestią głupiego szczęścia.
Wszyscy zasiedlamy to niebywałe królestwo płodnych byków, gdzie czyny udają się przez to, że się nie udają. Działamy na gruncie rozpostartym między mądrymi zamiarami a głupim trafem. Nasze życie to szczęście w nieszczęściu. 1 to właśnie przydaje wszystkim naszym działaniom szczypty niezamierzonego komizmu. Każdy czyn, który przekracza próg możliwości i dostępuje H pełnym sensie tego słowa urzeczywistnienia, w gruncie rzeczy zawiera w sobie coś idiotycznego (Slavoj Żiżek, Leplus sublime des hysterięues, Paryż 1988).

Fuks

Świnką (Sus Beotica) lub szczęśliwym trafem, czyli po niderlandzku bof, nazywa się działanie, które niechcący i nieświadomie wiedzie do upatrzonego celu. Badająca prawa głupoty morologia rozróżnia świnki - czyli w Polsce fuksy - mające swą idiotyczną przyczynę poza naszym umysłem oraz takie, które mają przyczynę w nim samym.
Fuks pierwszego rodzaju: facet chce kogoś zabić. Nie trafia, ale strzał płoszy stado dzików, które zadeptują ofiarę (Donald Davidson, Essays on Actions and Events, Oksford 1980). Piękny przykład znajdziemy również w filmie Rybka zwana Wandą, gdzie morderca celuje do starszej pani, lecz przypadkiem trafia jej pieska, co okazuje się równie fatalne dla serca właścicielki.
Fuks drugiego rodzaju: morderca jedzie autem do osoby, którą ma zabić. Ze zdenerwowania przejeżdża kogoś, kto okazuje się właśnie jego upatrzoną pierwotnie ofiarą.
Te przykłady efektywnej głupoty to nie zjawiska marginalne, j lecz spektakularne warianty obłędu, działającego w głębi nas jako „system" uznawany za słuszny. Potknięcie dobywa na świat- [ ło dzienne mechanikę, dzięki której kręci się świat.

Efekt wsteczny

Przewróć mnie w tę koniczynę jeszcze raz!
Szukamy mądrości, nie wiedząc, czym właściwie jest. Ale wyprawa na poszukiwanie nieosiągalnej mądrości przywodzi do szkody, dzięki której mądrzejemy. Więcej: mądrość, której próżno szukamy, zostaje dopiero stworzona - w efekcie wstecznym - przez niepowodzenie. Skutek, krótko mówiąc, produkuje przyczynę. Poszukiwana mądrość to nic innego jak wynik chybionych prób znalezienia mądrości. Głupstwa nie są szczeblami na drodze mądrości: w istocie mądrość jest głupotą.

Epimeteusz

Quote
   Życie zrozumieć można, tylko patrząc wstecz, lecz przeżyć je trzeba, patrząc w przód. -Kierkegaard

Wszelką wiedzę po czasie, każdy rezultat uzyskany niechcący i nieświadomie, nazywam epimetejskim, od tytana Epimeteusza („myślącego poniewczasie"), bliźniaka Prometeusza („myślącego na zapas").
Zadaniem Epimeteusza było wyposażenie każdej istoty na ziemi w cechy pozwalające na przeżycie. Jednemu zwierzęciu dał siłę bez szybkości, innemu szybkość bez siły. Niektórym dał ostre pazury, innym bezpieczeństwo skrzydeł. W ten sposób zatroszcz' się o naturalną równowagę, dzięki której nie mógł zniknąć żaden gatunek. Zapomniał tylko o człowieku. (Gdyby Prometeusz istotnie był przewidujący, wiedziałby, że Epimeteusz niestarannie wykona powierzone zadanie).
Dla ograniczenia szkody Prometeusz skradł Atenie intelekt, a Hefajstosowi rzemiosło i ogień, by dać je człowiekowi. Hermes, ze swojej strony, użyczył ducha solidarności. (Patrz Protagoras Platona i Teogonia Hezjoda).
To nie Prometeusz, lecz głupi Epimeteusz, który „uczył się na własnych błędach", jest praojcem naszej cywilizacji. Jego niedbalstwo zmusiło człowieka do dyscypliny i rozwoju. Nasza kultura to prosty rezultat wciąż ponawianych prób niewczesnego ograniczania szkody. Mądrość działa pod prąd. Niedoceniany element haska stanowi pod statystycznym względem najpotężniejszy czynnik naszej egzystencji.

Credo głupoty

Przestrzegamy prawa nie dlatego, że jest sprawiedliwe, ale dlatego, że jest prawem. Tautologia powyższa odbija bezprawne źródło prawa: jest ono sprawiedliwe, gdy wszyscy go przestrzegają. Ów idiotyczny rewers stanowi pozornie przeszkodę w działaniu prawa, w istocie jednak tworzy mistyczną podstawę jego autorytetu. Państwo praworządne istnieje tylko w chybionych próbach żądania prawomocności prawa. Właśnie dlatego, że prawo zawsze zawierać musi składnik niepojęty, potrafi fascynować.
Wierzymy nie ze względu na ważne racje. Wierzymy dlatego, że to absurd lub raczej - jak w istocie sformułował to Tertulian - quia ineptum est oraz quia impossibile est, ponieważ to niedorzeczne i niemożliwe. Warunkiem naszej wiary jest zakłócający jedność zachowania i przekonania idiotyzm. Wiara rośnie wbrew przekonaniu (Henning Schroér, Die Denkform der Paradoxalitat als theologisches Problem, Getynga 1960).

Przewrotka

O tym, co mądre i głupie, przesądza rzeka: lokalne obyczaje i nawyki decydują, co jest prawnie dozwolone, a co nie. Bezmyślne działanie tworzy, z efektem wstecznym, uzasadnienie zasad. Lecz ta idiotyczna podstawa naszego społeczeństwa musi pozostać ukryta, bo prawa i zasady stracą autorytet, a my stracimy wiarę. Głupota działa tylko wtedy, gdy jest niewidoczna. Dlatego stawiamy wóz przed koniem i postępujemy tak, jakby prawo z natury było sprawiedliwe. Taka jest rola wyobraźni.

Niewidzialny skarb

Bogaty chłop, czując, że zbliża się śmierć, zwrócił się do leniwych synów w te słowa: „Nie sprzedawajcie ziemi, bo jest w niej ukryty skarb, tyle tylko, że nie wiem gdzie". Kiedy ojciec zmarł, synowie nadaremnie przeorali całe pole w poszukiwaniu skarbu; lecz dzięki temu w owym roku żniwa przyniosły im bogactwo.
Tak oto orka w efekcie wstecznym wyprodukowała skarb, który skłonił synów do orki. Bajka La Fontaine'a ukazuje, jak fantazja zmienia się w rzeczywistość i jak skarb wyimaginowany może prowadzić do skarbu rzeczywistego. Co więcej: bez ich fantazji marny los czekałby gospodarstwo. Ujawnienie idiotyzmu, że synowie mają orać dla samej orki, wpłynąłby bowiem fatalnie na ich morale.
A że chodzi o coś więcej niż o bajkę, świadczy wymiar sprawiedliwości.

Sędzia osądza

Fiat stultitia, pereat mundus. - Niech się stanie głupota choćby zginął cały świat

Sędzia postępuje tak, jakby dawał nauczkę przestępcy. Mimo to / badań wynika, że przestępcy rzadko albo nigdy nie odczuwała skruchy. Ściśle mówiąc, sędzia ogłasza wyrok dla zachowania poczucia sprawiedliwości - swego i reprezentowanej przez siebie zbiorowości. Lecz wyjawienie, że sędzia jest po to, by siebie samego nauczyć moresu, byłoby katastrofalne dla porządku prawnego. Dlatego traktujemy sprawę tak, jakby sędzia miał intencję wychowania przestępcy.
Wszystkie nasze formy organizacji działają dzięki głupocie. Nasz świat kręci się wokół fantazji i głupków, co w nie wierzą. głupota jest użyteczna.

Błogosławieni ubodzy duchem

Zasada jezuitów głosi: cel uświęca środki. Zasada, zgodnie z którą my żyjemy, brzmi: cel - to uświęcać środki, zasady, których efektem ubocznym jest porządek, byle człowiek nie uświadamiał sobie ich idiotyzmu. To odwrócenie relacji między celem a środkami pozostać musi ukryte, gdyż wyjawienie go przerwałoby ukryty w naszym beockim zachowaniu błogostan.
Błogostan ginie z chwilą uświadomienia sobie, że niezgłębiony autorytet prawa nie istnieje poza naszymi chybionymi próbami uprawomocnienia prawa. Między niewiedzą a stanem szczęśliwości istnieje ścisły związek; błogosławieni to ubodzy duchem. Szkoda tylko, że jesteśmy za głupi, by sobie to uświadomić, aczkolwiek świadomość ta położyłaby kres naszej szczęśliwości. Potrafimy jednak znajdować komfort w dyskomforcie...

Głupota inteligencji

Jak powszechnie wiadomo, nasza wiedza wisi w powietrzu, nauka zaś stanowi samodefiniujący się system reguł i praw. I póki wszyscy robimy z siebie niewiniątka i zachowujemy się, jakby mądrość ta była ugruntowana, wszystko idzie jak po maśle. Świat utrzymuje w ruchu wyobraźnia. Ujawnienie tej oczywistości byłoby zgoła fatalne.
Ale kogo tu chcemv wystrychnąć na dudka? Skoro każdy wie podświadomie, że nasza wiedza nie ma podstaw, to kto tego nie wie? Kto wbrew własnemu przekonaniu będzie nadal wierzył w ugruntowanie naszej wiedzy? Paradoksalna odpowiedź brzmi: nie wie tego i wiedzieć nie może rozsądek. Myślenie zawiera wbudowany bezpiecznik: schemat myślowy wyklucza możliwość bezpośredniego dostrzeżenia głupoty. Kontaktu z głupotą wzbrania nam inteligencja. Nikt nie jest dość bystry, by pojąć własną głupotę, a i to nawet wykracza poza ludzki rozum.
Głupotą naszej inteligencji jest to, że nie możemy rozeznać jej głupoty; to jednak stanowi zarazem jej ukrytą mądrość. Odkrycie głupoty naszej wiedzy postawiłoby nas poza tą wiedzą, podważyłoby zarówno jej sankcję, jak i ważność niniejszego, opartego wszak także na tej wiedzy, przekonania.

Głupota metodyczna
Quote
W istocie zasada bis stultitia veritatem valet ' wyraża domniemanie, iż wiedza to zaledwie pamięć wszystkich minionych błędów. - Imć Psittacus w Le Phanérogame Maksa Jacoba (1907) "

Glupota to tabu. Nie bez racji wyśmiewamy głupotę innych i co sił próbujemy ukryć własną. Jak macie teraz żyć ze swą głupotą? Jak  nie paść ofiarą własnego bałwaństwa?
Walka z głupotą jest daremna. Inteligencja, atakująca głupotę, wikła się w pajęczynę własnych schematów myślowych. Prewencja nie pomaga. Kto robi głupstwo, stwierdza to z definicji zbyt późno. Zapobiec głupocie nie można. Najgłupszą z waszych opcji byłoby zamilknięcie w obawie przed popełnieniem głupstwa.
Najlepszym remedium na dokonane głupstwo jest powtórzenie go. Powtórzenie odbiera głupocie tragiczne żądło, obracają w żart. Nieświadoma głupota staje się głupotą świadomą; zyskacie opinię humorystów - w naszej kulturze wcielenie bystrości.
Głupotę metodyczną zilustrować można za pomocą dwóch bliskich sobie przykładów. Gość z RPA, nieświadom panującej na dworze holenderskim etykiety, wypił wodę z miseczki do płukania rąk, po czym królowa Wilhelmina poszła z grzeczności jego śladem. Powtórzenie odjęło żądło głupocie.
Druga historia dotyczy Chińczyka w Afryce, któremu podano banana, on zaś, nie znając tego owocu, zjadł go z łupiną. Aby dać gościowi nauczkę, nieuprzejmy gospodarz demonstracyjnie obłupił własnego banana. Chińczyk spojrzał, po czym sięgnął po kolejnego banana, by ponownie zjeść go ze skórą, twierdząc, że taki lepiej smakuje. Powtórzenie po raz wtóry wyrwało głupstwu żądło.
Przed głupotą uciec nie można. Ale możemy z naszej głupoty uczynić głupotę osobistą, niepowtarzalną. Skoro i tak czeka nas porażka, niech będzie to porażka jak najwyższych lotów. Skoro i tak mamy upaść, to z pieśnią na ustach. Będąc głupimi w jak najbarwniejszy i jak najróżnorodniejszy sposób, uciekamy przed szarością i skostnieniem, dwoma groźnymi aspektami głupoty. Uczyńmy z głupoty naszą najsilniejszą stronę.

Credo

Nikt nie jest dość bystry, by pojąć własną głupotę. No i dobrze. Daremne próby zapanowania nad własną głupotą tworzą w sumie naszą inteligencję.
„Ilekroć dochodzę do wniosku, że jestem głupi, potwierdzam sam siebie".

Kim jest Fallor [Fallere (łac.) - mylić się.]?

Fallor różni się od przyjaciół i wrogów językiem, ubiorem i nawykami kulinarnymi. Jego istotę określają różnice. Słowem, gwaran-cję jego tożsamości stanowi zewnętrzna granica.
Fallor ma jednak i granicę wewnętrzną, bo kiedyż jest prawdziwym Fallorem? Właściwie nigdy. Sądzi, że zna siebie i wszystkie swe złe i dobre strony, ale każdorazowo znów szczerze dziwi go własne kretyństwo.
Prawdziwy Fallor nie istnieje, ale to nic nie szkodzi. Fallor bywa Fallorem tylko w mniej czy bardziej barwnych, lecz daremnych próbach samopotwierdzenia. Jego najmocniejszą stroną jest głupota. Jego tożsamość określa fiasko. „A skoro porażka jest nieunikniona, niech będzie to porażka jak najwyższych lotów".
Tę myśl rozwinął pan Fallor, ćwicząc na rowerze treningowym, jedynym miejscu, w którym spotykał czasem sam siebie.

Zabawa dla pesymistów

Fallor przeżywa życie nie dlatego, że jest tak prawdziwe, dobre czy piękne, lecz dlatego, że życie po prostu jest, jakie jest: idiotyczne. A że ów pogląd to dlań ciut za wiele - lub ciut za mało - zachowuje się tak, jakby życie było prawdziwe, dobre i piękne; a jeśli jest zakłamane, złe i wstrętne - życie to zabawa dla pesymistów: nie jest źle!

Płatek ucha

Żydowski zwyczaj nakazuje położyć krzywo cegłę w nowym budynku na świadectwo ludzkiej niedoskonałości. Persowie celowo robią błąd przy tkaniu dywanów, gdyż nie chcą konkurować z doskonałością Boga. Urodziwszy Fallora, matka odgryzła mu płatek ucha.

Te akty pokory są świadectwem pychy; ale właśnie jako takie świadczą o naszej niedoskonałości...

Kronika obyczajowa

Świeżo upieczony ojciec podczas zabawy z żoną skacze przez nakryty stół, miażdżąc niemowlę.

Morologia

Morologia stosowana nie istnieje. Praw głupoty nie można zastosować w praktyce. Próba spowodowania porażki dla zyskania korzystnego efektu ubocznego podważa samą siebie. Prawa te działają wyłącznie wtedy, gdy się ich nie zna i nie używa.
To tak, jak z prawem Murphy'ego: „Jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie". Nie należy jednak stosować tej zasady, bo można paść ofiarą Paradoksu Silbermana: „Jeśli prawo Murphy'ego może doznać porażki, to jej dozna". (Arthur Bloch, Prawa Murphy'ego (Dlaczego w życiu nic nie może się udać), Londyn 1985).
Niemniej jednak Fallor uczęszczał na lekcje potknięć w szkole teatralnej, a upadki, które mu nie wychodziły, były wielkim sukcesem.

Fallor na wakacjach

Doszedłszy do rzeki, Fallor czekał, aż ta przepłynie

O pochodzeniu tępaków

Mówią, że Stracony Czas ożenił się z Niewiedzą. Urodził im się syn, na imię dano mu Myślałem, Że.
Ten ożenił się z Młodością. Mieli następujące dzieci: Nie Wiedziałem, Nie Myślałam, Uciekło Mi i Kto By Pomyślał.
Kto By Pomyślał ożenił się z Nieuwagą, a ich dziećmi były: Tak Jest Dobrze, Zrobimy To Jutro, Czasu W Bród, Jeszcze Będzie Okazja.
Czasu W Bród ożenił się ze szlachetną Nie Myślałam. Urodziły im się dzieci: Nie Zastanawiałem Się Nad Tym, Wiem, Co Mówię, Nie Dam Się Oszukać, Nie Martw Się i Biorę To Na Siebie.
Wiem, Co Mówię wziął za żonę Próżność i urodziły im się następujące dzieci: Bierz Lub Nie, Będzie, Jak Chcę, Żądam Respektu, Niczego Nie Zabraknie.
Niczego Nie Zabraknie wyszła za mąż za Żądam Respektu. Urodziły im się dzieci: Daruj Sobie i Niepomyślność.
Ten ostatni ożenił się z Małym Rozumkiem i mieli dzieci: No Pięknie, Co Go To Obchodzi, Zdaje Mi Się, To Niemożliwe, Nic Więcej Nie Mów, Kiedyś I Tak Umrzesz, Postawię Na Swoim, Przyszłość Pokaże, To Się Okaże, Z Całą Mocą, Rad Mi Nie Trzeba, Po Moim Trupie, Cokolwiek Powiedzą, Za Wszelką Cenę, Co Mnie To Obchodzi, Z Głodu Nie Pomrzemy, To Nie Koniec Świata.
Żądam Respektu został wdowcem i ożenił się ponownie, tym razem z Głupotą. Gdy roztrwoniono cały spadek, jedno rzekło do drugiego: „Trochę cierpliwości, weźmiemy pożyczkę, by przez ten rok wieść przyjemne życie, a Bóg zatroszczy się o następny". Idąc za radą Niczego Nie Zabraknie, tak właśnie uczynili. Kiedy po upływie terminu nie mieli pieniędzy na spłacenie odsetek, Złudzenie zawiodło ich do więzienia. Wizytę złożył im Bóg Daje Przebaczenie. Bieda zaprowadziła ich do przytułku, gdzie siły opuściły wreszcie Żądam Respektu i Uciekło Mi. Pochowano ich razem z prababką Głupotą. Pozostawili po sobie wiele dzieci i wnuków, rozrzuconych po całym świecie.
Historia ta tłumaczy, skąd biorą się niedbali, tępi i bezmyślni, co nie przyjmują żadnej rady, kierują się złudzeniami i żyją z dnia na dzień, nie zważając na przyszłość i to, co przyniesie.

Godzina zero

Gdy wybija godzina, lekarz zmienia się w oprawcę. Skazaniec zamienia się miejscem ze strażnikiem. Do apteki sypią się śmieci, podczas gdy słoje pigułek toczą się przez drzwi do koszy na odpadki. Sprzątacze, zbrojni w miotły i szufle, pomagają ciskać tam wymalowane kobiety o syfilitycznych nosach i farbowanych lokach.
Złodziej, co zagrabione dobra przeznaczył na budowę zbytkownej siedziby, którą zamierzał wynająć, widzi, jak dom cegła po cegle znika, a dachówki odfruwają. Drzwi, okna i płoty udają się na poszukiwanie prawowitych właścicieli. Herby rodów, pod które nędznik szalbierczo się podszywał, mkną lotem błyskawicy na swoje dawne miejsca nad bramami zamków. Jedyne, co pozostaje, to tabliczka „Pokoje do wynajęcia", na której teraz przeczytać można: „Złodziej do wynajęcia, bez dachu nad głową, wchodzić bez pukania, dom nie stoi już na drodze".
Powracają również puste zwroty. W rozdziale VII sędziowie maskują niekompetencję frazesami typu „Co będzie, to będzie" czy „Bóg raczy wiedzieć". Z wybiciem godziny zero sędziowie osądzają się wzajem. Togi zmieniają się w skóry węży, a sędziowie rzucają się na siebie.   5 W rozdziale XVI kolej na szubrawców, którzy próbują wciskać sobie nawzajem weksle bez pokrycia, fałszywe diamenty i kradzione srebro. Dla ułatwienia oszustw uciekają się do pięknych fraz typu: „Zawsze nazywam rzeczy po imieniu", „Słowo mężczyzny jest jego rękojmią", „Z domu wyniosłem, co złe, a co dobre". Na co inny odpowiada: „Tak znaczy tak, a nie znaczy nie", „Taki już jestem", „Jak cię widzą, tak cię piszą". Wtem godzina wybija i dla nich. Naraz łajdacy wierzą sobie na słowo! Jeden zamienia swoje fałszywe złoto na fałszywe weksle, inny fałszywe klejnoty na kradzione srebro. Chcąc sprzedać zdobyte dobra, wszyscy zostają uwięzieni za oszustwo.

Jedność przeciwieństw

[align=center:3hqhem38]"Umysł na jedno mgnienie
Jął po manowcach błądzić,
I obyczajem wielbłądzim
Przez ucho się igły przeprawił.
W jakiejż krainie się zjawił.
W swym własnym kraju. - Na ziemi.''[/align:3hqhem38]
[align=right:3hqhem38]Martinus Nijhoff, Het uur U[/align:3hqhem38]

Dla baroku charakterystyczny jest paradoks: bogactwo prowadzi do komfortu, ale i do niepokoju; bieda jest źródłem zarówno cierpienia, jak też spokoju i pogody ducha. Quevedo posuwa się jednak krok dalej. W miejsce prostych antonimów typu bogaty/biedny, dobro/zło czy życie/śmierć ogłasza immanentną sprzeczność istnienia. W Godzinie dla każdego wyjawiony zostaje ambiwalentny charakter na pozór oczywistego świata. Każda sprawa zawiera własne przeciwieństwo, które ją równocześnie podważa i uskrzydla: wrogowie to nasi prawdziwi przyjaciele, choroba to próba zdrowia, śmierć daje dostęp do autentycznego życia. W tej obronie jedności przeciwieństw chrześcijańskie zastosowanie znajduje stoickie dziedzictwo. Cokolwiek by się działo, tylko w nieszczęściu odszukać można podatny grunt dla szczęścia.

Ta dialektyczna wizja istnienia powraca w strukturze dzieła. Każda scena składa się z dwóch antytetycznych części - przed i po wybiciu godziny. Takie ujęcie przekłada się też na paradoksalny styl. Quevedo konfrontuje ze sobą językowe clichés, zwalniające człowieka z myślenia, łączy w mowie to, co nie do pogodzenia, igra słowami. Dzięki temu uświadamia czytelnikowi zakłamany charakter zwrotów pustych, które maskują paradoksalną naturę świata. Pośrednio zaś, poprzez retoryczne fajerwerki, odsyła do wolności, zdolnej nadać sens ambiwalencji ludzkiego istnienia.

Żaby i ich króle

Żaby, cieszące się wolnością swoich mokradeł, poprosiły Jowisza o króla, który położyłby kres bezhołowiu. Ojciec bogów, śmiejąc się, wrzucił w bagno kawał drewna. Gdy żaby otrząsnęły się ze strachu, zbadały króla z bliska, po czym go wyśmiały. Następnie poprosiły Jowisza o króla całą gębą, na co ten rzucił w bagno węża wodnego, który pożarł wszystkie żaby.
Oto dwie skrajności naszego społeczeństwa: demokracja może przerodzić się w anarchię, a monarchia - prowadzić do dyktatury. Bajka Ezopa ukazuje, że demokracja istnieje z łaski króla, pod warunkiem, że jest on drągiem.

Akt inicjalny głupoty (przypowieść)

Na początku była głupota. Natura zadziwiła samą siebie idiotyzmem, który dał początek kulturze: ludzkość objawiła auto-destrukcyjny obłęd. Zrównoważony cykl rozkwitu i upadku, regulowany instynktami, przerwało zuchwałe dążenie do wolności, niezgodne już z naturą, bo niebaczne, a wciąż poza kulturą, bo nieokiełznane. Immanuel Kant w O pedagogice (1776) ową pragłupotę, zamieszkującą niegościnny teren między naturą a kulturą, nazywa „dzikością".
Człowiek z natury swej tak bardzo dąży do wolności, że kiedy już przez pewien czas jej zażywał, wszystko poświęca temu bożyszczu.
Głupota, z racji której człowiek naraża życie własne i bliźnich, odróżnia go od zwierząt:
Zwierzęta, jeśli tylko mają jakieś siły, używają ich w sposób właściwy; tj. tak, by nie szkodzić sobie samym.
Człowiek natomiast to jedyne stworzenie, które jest aż tak głupie, że w chwili urodzenia wrzaskiem ściąga na siebie uwagę drapieżników. Jako wyzbyty wszelkiego instynktu, zmuszony jest swą nieroztropną dzikość poddawać prawom za pomocą dyscypliny.

Skorpion i żółw

Nieokrzesaniu można zaradzić, dzikości nie. Ilustruje to bajka z hinduskiego zwierciadła władców, Pańczatantry, o żółwiu, który zaprzyjaźnił się ze skorpionem." Gdy żółw, przepływając rzekę, wziął przyjaciela na grzbiet, skorpion próbował go ukłuć. Zdziwiony żółw zapytał o powód tak głupiego postępku, który mógłby ich obu kosztować życie, na co skorpion odparł: „Nie mogłem się oprzeć!"
Rzecz jasna to bajka. Zwierzęta nie są głupie - to tylko ludzie postępują wbrew swoim przeświadczeniom. I tu jest pies pogrzebany: głupota tkwi nie w bezmyślności, ale w robieniu czegoś wbrew wszystkiemu!
Obłęd to czyn absolutnie wolny, nieoparty na niczym prócz siebie. Skorpionem nie powoduje żadna określona przyczyna, ale coś, co jest silniejsze od niego. To nie naturę musi ujarzmiać kultura, lecz zawsze i wszędzie obecną autodestruktywną głupotę. Człowiek poznać musi głupotę w jej zdumiewającym wymiarze, po czym wypracować sobie modus vivendi, nauczyć się z nią żyć.

Ekstaza

Przepływając rzekę, pies z kiełbasą w pysku dostrzegł nagle w lustrze wody innego psa z kiełbasą. Grając zucha, puścił kiełbasę, by capnąć kiełbasę tego drugiego. Z jego własną w wodzie znikła i kiełbasa przeciwnika.
Głupota jest nie tyle skutkiem błędów poznawczych czy fałszywej logiki, ile raczej formą ekstazy: wyłazimy ze skóry, by wykazać innym swą wartość. Przejaw ślepej woli głupoty, w której szponach tracimy z oczu siebie.

Samolubstwo i zarozumiałość

Na bagnach żyła kiedyś żaba, myśląca, że jest księciem, nikt jednak nie brał jej rechotu poważnie. Aby się wykazać, brała udział w maratonach łyżwiarskich, pływała na nartach wodnych i uprawiała wind-surfing. Żabia brać stroiła sobie z niej żarty. Posępnie taplała się w bagnie, aż trzcina podszepnęła jej zbawienne słowa: water management.
Głupoty, która tkwi u podstaw naszej kultury, Bernard Mandeville (Rotterdam 1670-Londyn 1733) szuka w egoizmie. Wszystkie myśli i czyny ludzkie to naiwne lub świadome próby zaspokojenia namiętności płynących z egoizmu. Głód, pragnienie i popęd seksualny rodzą się z samolubstwa - instynktu o charakterze pierwotnie samozachowawczym. Lecz jak wyjaśnić samobójstwo? Jak to możliwe, że egoizm może pchnąć człowieka do samozniszczenia?

Mandeville rozróżnia Samolubstwo (Self-love) i „bezimienną namiętność", której nadaje miano Pychy (Self-liking). Samolubstwo idzie za głosem natury, świadczy o zmyśle rzeczywistości. Pycha natomiast to zdolność obracania się w świecie iluzji. Chodzi o formę przeceniania siebie, która pobudza chęć życia nawet wtedy, gdy życie na to nie zasługuje. Pycha jest bronią przeciw rozpaczy. Samolubstwo nie może się obejść bez Pychy. W istocie stawić rzeczywistości czoło możemy tylko dzięki złudzeniom. Pozbawione Pychy Samolubstwo obraca się w nienawiść do siebie. Tak oto człowiek może z Samolubstwa wybrać samobójstwo, gdyż zawiodła go jego Pycha.
Jednak i Pycha ma aspekt autodestrukcyjny. Może nas ona uczynić głuchymi na głos natury. Z „pełnym brzuchem", gdy nie czujemy elementarnych potrzeb życiowych, Pycha inspirować nas może do działań jawnie wbrew naszym interesom dla zaspokojenia takiej namiętności, jak duma (Pride).
Skłonność do samowywyższenia idzie w parze z ukrytym zwątpieniem. Swój szuka swego dla potwierdzenia siebie; przejawy nadmiernej pychy wiodą jednak do obustronnej niechęci. Trafiamy tu w głupie sedno cywilizacji: duma przeszkadza dumie. Pycha, jak też wynikające z niej konflikty, stają na drodze zaspokojeniu pychy, tworząc prócz tego zawadę w życiu społecznym. Niebezpieczeństwo, jakim są dla innych ludzie pyszni, zmusza do podstępu.

Podstęp

Nikt nie może, nie dmąc się, stwierdzić, że jest wolny od pychy. Pychy wykorzenić się nie da. Dlatego musimy pychę - a człowiek jest dla niej gotów postępować wbrew naturalnym instynktom -poróżnić z nią samą. Kultura uczy nas odnajdować dumę w maskowaniu własnej dumy! Tak rodzą się Dobre Maniery.
Przyzwoitość jest formą samopoświęcenia, którą rekompensuje pochlebstwo. „Cnoty moralne są politycznym owocem związku pochlebstwa z pychą"/ Pochlebstwo prowadzi do cnoty. A im więcej okazuje się przyzwoitości, tym więcej zyskuje się komplementów i tym większa duma; im większy strach przed wstydem, tym więcej okazuje się przyzwoitości - i tak dalej. Oto genialne odkrycie. Im lepiej skrywa się dumę, tym głębiej się ją zaspokaja! Superbia (Pycha) - według teologów pierwszy grzech śmiertelny - staje się sednem moralności. Pride, wyniosła duma, dostarcza energii, dzięki której działa machina społeczna. W samozaprzeczeniu znajdujemy samopotwierdzenie.

Głupienie

Kultura zorganizowana jest wokół dumy i wstydu, z pochlebstwem, czyli kłamstwem, jako instrumentem. Pobudzamy tę maskaradę. Udawanie otwiera wolną drogę dumie. Kiedy pycha nie znajduje ujścia, ulega zwyrodnieniu w kształt okrucieństwa i zazdrości. Przyzwoitość zastępuje naturalne, niemiłe oznaki pychy sztucznymi, jak schludność, wytworność, umeblowanie, rezydencje, portrety, tytuły honorowe - krótko mówiąc, wszystkim, co wzbudza szacunek, nie budząc zgorszenia. Zachowujemy się, jakby te formy kultury wypływały z pobudek szlachetnych, przyzwoitość zaś uczy, by nigdy tego nie kwestionować. Z biegiem lat człowiek zaczyna też szczerze wierzyć w czystość swoich pobudek, „niebaczny na ukryte źródło, które tchnie życie i nadaje ruch wszelkim jego czynom". Jeśli tylko dość długo udawać będziemy własną przyzwoitość, choćby z nieprzyzwoitych motywów, z czasem sami przez się staniemy się przyzwoici.

Hipokryzja

Normy nie są zakorzenione ani w naturze, ani w rozumie, lecz w namiętnościach. Cnoty to wybiegi dla zaspokojenia egoizmu. Zamaskowani przyzwoitością, opływamy rafy, stające na drodze zaspokajania naszej zarozumiałości. Za dumą jak cień podąża hipokryzja. Często nie chodzi nawet o hipokryzję świadomą. I za szczerze odczuwanym altruizmem skrywa się egoizm. Każdy oszukuje sam siebie. Także rozum, nie wiedząc o tym, sterowany jest przez namiętność; wszelka myśl to racjonalizowanie pragnień. W końcu uczymy się nawet odczuwać egoizm jako coś grzesznego. Oto powód, czemu odkrycie, że zarozumiałość to fundament społeczeństwa, odbierane jest jako zniewaga dla zarozumiałości!
Głupota panuje tam, gdzie wszystko jest oczywiste. Jesteśmy ślepi na rolę, jaką odgrywa duma, i na jej kamuflaż. Inteligencja nie może przebić tych osłon: duma nawet rozsądnych czyni ślepymi na dumę...

Dobro zła

Wilk jagnięciu wilkiem, i wilk wilkowi wilkiem. Człowiek zaś, według Plauta, też człowiekowi jest wilkiem, a nie człowiekiem... Toteż, jak pisał Thomas Hobbes: „Człek człekowi rodem Bożym, człek człekowi tropiącym wilkiem"* (Elementy filozofii. 0 obywatelu, 1642). Stąd właśnie, że człowiek jest aż tak zarozumiały, stanowi zagrożenie dla siebie i własnego gatunku.

Jednym słowem, człowiek nie jest, jak sądził Arystoteles, zwierzęciem politycznym. Daremnie szukać w nim wrodzonego poczucia międzyludzkiej solidarności. Ale Mandeville nie posuwa się tak daleko jak Hobbes, utrzymujący, że człowiek jest nieuleczalnie aspołeczny. Właśnie z racji swojego egoizmu człowiek stał się istotą społeczną:
Jest on zwierzęciem niezwykle samolubnym i upartym, jak również chytrym [...] takie są wszakże jego właściwości, że żadnego poza nim stworzenia nie można w żaden sposób uczynić społecznym.
Słowem, zło społeczne poprzedza społeczne cnoty. Musimy zrozumieć, że
tym, co czyni z człowieka zwierzę towarzyskie, nie jest jego chęć przebywania w towarzystwie, dobroć, litość, uprzejmość i inne przymioty składające się na ujmujący sposób bycia, lecz że właśnie jego najniższe, najbardziej nienawistne cechy są mu najbardziej potrzebne i najbardziej przystosowują go do życia w największych i - jak to się mówi -najszczęśliwszych i najbardziej kwitnących społeczeństwach.
Kultura obraca się wokół grzechu. Dewiza Mandeville'a brzmi: Prywatne grzechy, publiczne pożytki. Uwaga: nie każdy grzech to publiczna cnota. Jest na odwrót: całe „dobro" bazuje na „złu". Tylko wtedy, gdy grzech staje się przestępstwem przeciw interesowi powszechnemu, należy go karać.
Mandeville dokonał wiwisekcji swojej epoki dla pokazania,

jak nierozsądni i lekkomyślni są ci, którzy choć pragną być narodem zamożnym i kwitnącym [...] przecież ustawicznie sarkają i wykrzykują przeciwko tym występkom i usterkom, które od początku świata po dzień dzisiejszy zawsze były nieodłączne od wszelkich królestw i państw słynących z siły, bogactw i ogłady.

Bajka o pszczołach

W Bajce o pszczołach (1714) Mandeville bierze na siebie szlachetne zadanie:
wykazanie nikczemności składników, które razem wzięte tworzą ów zdrowy stop, jakim jest dobrze zorganizowane społeczeństwo, oraz wsławienie cudownej potęgi mądrości politycznej, dzięki której z najbardziej pogardy godnych części można wznieść tak piękną budowlę.
Więcej nawet: zbyt usilne odwoływanie się do tego, co w człowieku dobre, wywiera paraliżujący wpływ na społeczeństwo jako całość. Przedmiotem bajki Mandeville'a są następstwa usunięcia wszelkiego zła.
Był sobie kiedyś obszerny ul, gdzie „gardzono i tyranią podłą, / I demokracji dzikiej modłą"*, lecz pszczoły żyły pod rządami króla, co „krzywdzić nie mógł: / Rząd prawa samowolę przemógł". W ulu tym każdy urząd i zawód nękała korupcja, „nie było fachu bez matactwa". Ale zręczny zarząd wykorzystywał grzechy każdego z osobna dla szczęścia ogółu.
Każdą część żarły więc liszaje,
A całość była ziemskim rajem..

Więcej nawet:
I najpodlejszy człon całości
Współdziałał dla jej pomyślności.


Mimo to każdy narzekał na oszustwa i demoralizację, zwłaszcza bogaci, na barkach których wszystko spoczywało. Merkury śmiał się z tego, ale Jowisz wpadł w gniew i zdecydował wybawić ul od wszelkich oszustw.
Obłuda sczezła, odkłamana
Przez męża stanu i przez klauna,
Ci, co normalnie pozowali,
Obcymi zrazu się wydali.


Nagle zapanowała ogólna cnotliwość. Sędziowie, adwokaci, ślusarze, dozorcy więzienni, agenci zostali bez pracy. Zarobki spadały. Każdy zadowalał się minimum. Znikł luksus, wzrosło bezrobocie. Załamał się rynek budowlany, gospodarka upadła. „Przeminął okres niestałości: / Strój też nauczył się trwałości". Tysiące umierały śmiercią głodową. Morał:
Głupców to jest rzecz: usiłować,
Aby ul wielki wysanować.
- Korzystać z wszelkich udogodnień,
Wojować dzielnie, żyć wygodnie,
Gnębiąc łajdactwo - to (bez kpiny)
Program zupełnie utopijny.


Mandeville pisze swoją bajkę nie z myślą, by zmienić coś na lepsze. Ma tylko nadzieję wykazać, że:
ci, którzy tak lubują się w dostatku i wygodach i zbierają wszystkie korzyści, będące następstwem życia w wielkim i kwitnącym narodzie, nauczyliby się z większą cierpliwością godzić się z tymi niedogodnościami, którym żaden na świecie rząd zaradzić nie może. Powinni bowiem zrozumieć, że nie sposób zażywać w szerszej mierze pierwszych, nie zakosztowując także i drugich.

Bajka o umowie społecznej

Jak człowiek ze stanu naturalnego, w którym podlegał wyłącznie prawu samozachowania, dosięgnął kultury, w której poddawać się musi autorytetom?
Społeczeństwo samo próbuje objaśnić swe pochodzenie za pomocą umowy społecznej, przymierza opartego na wolności, równości i braterstwie: każda osoba dobrowolnie poddaje się rządom wspólnoty, a wspólnota przyjmuje każdą osobę jako część całości. Jako obywatele wszyscy razem mówią, czego chcą, aby jako poddani robić to, o czym sami mówią, że tego chcą. Każdemu gwarantuje to wolność i samozachowanie: każdy posłuszny jest tylko sobie samemu, a ogół chroni każdego przed egoizmem innych.
Jest tylko jeden uciążliwy problem: umowa społeczna zakłada z góry istnienie społeczeństwa, które chce samo siebie objaśnić, czyli udział jednostek, postępujących zgodnie z regułami racjonalnego porządku. Krótko mówiąc, wyjaśnienie cechuje się strukturą kolistą, petitio pnncipii. Chodzi o mit. Bajka ma ukryć, że cywilizacja zrodziła się z egoizmu:
Quote
„żaden człowiek nie dotrzymałby umowy dłużej, niż trwałby jego własny interes, z którego powodu był jej posłuszny".
Człowiek nie jest z natury ani dobry, ani zły, lecz głupi. Stabilność społeczeństwa nie zasadza się na poczuciu moralnym, lecz na mądrym użytku z głupiej zarozumiałości. W tym celu zaprowadzone zostają grzechy i ich subtelne fortele - cnoty. Cnoty to zależne od czasu i miejsca próby ułożenia się z irracjonalnym egoizmem, który jest ponadczasowy. Społeczeństwo opiera się więc nie na duchu solidarności, lecz na aspołecznym obłędzie, który za sprawą podstępu stał się najwyższą normą! Kultura to kulturalizacja samolubstwa. Społeczeństwo to produkt uboczny działań fundamentalnie aspołecznych.
Gdyby człowiek dysponował instynktowną miłością bliźniego, nie byłoby wojen. A gdyby zachował swą prymitywną naiwność, nie stałby się nigdy istotą społeczną.

Prawodawca

Przestrzegamy prawa nie dlatego, że to korzystne; prawo dostarcza korzyści, gdy przestrzega go każdy. Jak jednak przekonać człowieka nieokrzesanego, by przestrzegał całkiem niezyskownego na pierwszy rzut oka prawa? Gdyby ludzie umieli z natury doceniać pożytek z prawa, obeszłoby się bez wszelkiej umowy społecznej, „a ludzie przed ustawami musieliby być tacy, jacy mają się stać dzięki nim". Krótko mówiąc, duch uspołecznienia poprzedzałby ustanowienie państwa. Ale „ślepa masa" jest na razie zbyt głupia, by pojąć zasady racji stanu. Nie widzi korzyści z samopoświęcenia.
Rousseau powołuje do życia mitycznego prawodawcę. Aby przekonać ludzi do korzyści z umowy społecznej, ów pierwszy prawodawca nie może i nie powinien uciekać się do przemocy ani logiki. Albowiem nim jeszcze mogłaby być mowa o ludzie, już uwikłałby się w sprzeczność z demokratycznymi zasadami. Lud zobowiązać może jedynie wola powszechna samego ludu. Aby uniknąć podejrzeń o ukryty interes własny, prawodawca nie może posiadać władzy politycznej, a jedynie władzę słowa. Jest demagogiem, który pokazuje ludowi sprawy takimi, „jakie powinny się mu wydawać". Uczy lud „odkryć to, czego on chce". Trzyma przed ludźmi lustro, w którym rozpoznają siebie jako część całości. Zastosowaną przez niego sztuczką jest odwrócenie stanu rzeczy: postępuje tak, jakby umowa społeczna była czysto formalnym potwierdzeniem istniejącej już sytuacji. Udaje, że następstwo traktatu - lud - było tego traktatu przyczyną. Ale tożsamość ludu, którą przedstawia w swoim micie jako niezbity fakt, istnieje dzięki fikcji. Z luźnego zgromadzenia tworzy jedność poprzez mit, który jedność tę zapowiada. Za pomocą bajek i odwołań do sił wyższych kusi ich, by szli za fikcją, aż ta stanie się rzeczywistością.

Czwarty rodzaj praw

Quote
Mówienie wierutnych bzdur, aczkolwiek w zwykłym towarzystwie nie dodaje splendoru, jest z natury uznanym sposobem zapewnienia stałości przywództwa i trwałości opinii. - Walter Bagehot, The Inquirer (1852)

Argumenty przekonywać mogą wilka w człowieku o pożytku z prawa, on jednak wcale się tym nie przejmuje. Natomiast owca w człowieku ma dobrą wolę, lecz nie rozumie za grosz mechanizmów państwa. Nie stanowi to problemu, gdyż - jak mówi Rousseau - prawodawca stosuje milczkiem inny rodzaj praw, silniejszych od wszelkich konstytucji, praw cywilnych i karnych razem wziętych: rodzaj, „wyryty nie na marmurze ani w spiżu, ale w sercach obywateli". Przywołuje bowiem prawa, które utrwalają ducha ustroju, w miejsce siły władzy stawiając niedostrzegalnie siłę nawyku, a mianowicie obyczaje, zwyczaje i obiegowe opinie (dorni). Oto głupie, acz użyteczne zworniki społeczeństwa. Od nich zależy powodzenie wszystkich innych praw. Nawet w razie rozwiązania umowy społecznej gwarantują one przetrwanie powszechnej woli.

Laska i wąż
Aby pociągnąć za sobą zwykłych ludzi, których nie przekonałby jego światły pogląd, prawodawca wkłada swe decyzje w usta bogów. „Lecz nie każdy człowiek potrafi kazać mówić bogom [...] Każdy człowiek może ryć na kamiennych tablicach lub przekupić wyrocznię". I więcej:
Kto tyle tylko potrafi, zdoła może zebrać przypadkiem zgraję głupców, ale nigdy nie założy państwa i jego niedorzeczne dzieło wnet zginie z nim razem. Próżna powaga tworzy przejściową więź; tylko mądrość czyni ją stałą.

Jest jednak dokładnie na odwrót: trwałość efektu przekształca w trybie wstecznym akt założycielski z niewyobrażalnie idiotycznego triku w niepojętą mądrość...
Na przykład prawo judejskie tudzież synów Izmaela (muzułmanów) świadczy według Rousseau o wielkości ludzi, którzy je wydali, „i podczas gdy pyszna filozofia albo ślepy duch stronniczy widzi w nich jedynie szczęśliwych oszustów, prawdziwy polityk podziwia w ich instytucjach ten wielki i potężny geniusz, który przyświeca trwałym przedsięwzięciom". Innymi słowy, udział w naszej kulturze zainspirowanego oszustwa jest wielce niedoceniany. Weźmy Mojżesza, żydowskiego prawodawcę
par excellence. Bóg powierzył mu zadanie wyprowadzenia swojego narodu z Egiptu (Wj. 4, 214). Ale Mojżesz obawia się, że ludzie nie uwierzą, iż rozmawiał z Panem:
Rzekł tedy do niego: Co jest, co trzymasz w ręce twojej? Odpowiedział: Laska.
I rzekł Pan: Porzuć ją na ziemię. Porzucił, i obróciła się w węża, tak iż uciekał Mojżesz.
I rzekł Pan: Wyciągnij rękę twą, a ujmij ogon jego: wyciągnął i ujął: obróciła się w laskę:
Aby, prawi, wierzyli, że się tobie ukazał Pan, Bóg ojców ich: Bóg Abrahamów, Bóg Izaaków, i Bóg Jakubów.

Mojżesz wraz z Aaronem demonstrują tę sztuczkę na dworze faraona. Gdy ów nakazuje swoim czarownikom jej powtórzenie, wszyscy zmieniają swoje laski w węże. jednak Aaron wygrywa zawody, bo jego wąż pożera wszystkie inne (Wj 7,12). A że faraon nadal nie jest przekonany, Mojżesz wywołuje siedem plag. Na początek rozkazuje żabom z nilowych bagien rozejść się po całym Egipcie.

W pewnym sensie Mojżesz jest przeciwieństwem fakira. Zaklinacz może tak wpłynąć na węża, że ten staje się sztywny jak kołek; łapiąc nagle zwierzę, przerywa tę ekstazę. Tutaj jednak zachodzi coś odwrotnego! Prawdziwy prawodawca jest w stanie sprzedać kawałek drewna jako węża... Aby oswoić z tym, co obce (Bogiem), czyni obcym to, co dobrze znane (laskę).

Estetyka hokus-pokus

Sztuczka z laską i wężem ilustruje profesjonalny trik prawodawcy: by antynaturalną umowę społeczną uczynić możliwą do przyjęcia, wypreparowuje on człowieczeństwo z naturalnego ludzkiego egoizmu. „Słowem, powinien on odebrać człowiekowi jego własne siły, aby mu udzielić sił cudzych..." Siły naturalne potrafi zmienić w polityczne. Za sprawą umowy społecznej indywidualizm, stojący na drodze jedności, przekształca się raptem w podstawę społeczeństwa: dla własnego interesu ludzie idą za interesem powszechnym. Działa tu estetyka hokus-pokus: zmiana minimalna staje się zmianą kolosalną. Dzięki umowie społecznej człowiek z niemego bydlęcia staje się naraz istotą myślącą. Popęd zmienia się w obowiązek, instynkt - w sprawiedliwość. To, czego zrzekł się jako osoba prywatna, otrzymuje z powrotem jako obywatel. Demokracja jest prezentem, jaki człowiek robi sam sobie.


Święty demokrata

Natrafiamy tu jednak na paradoks. Sam prawodawca wydaje się stać poza demokracją, którą zaprowadza. Nie został przecież wskazany przez lud, lecz mianował się sam. Poza tym wszystko, co ludzkie, zdaje się mu obce. By wykluczyć jakiekolwiek podejrzenia o własny interes, prawodawca musi zrezygnować z wszelkich godności. Musi postępować jak obcokrajowiec we własnym kraju, wyzbyty sławy i władzy, wolny od wszelkiej namiętności. Rousseau przedstawia go jako swego rodzaju świętego.
Sęk w tym, że definicja boskiego outsidera, jaką podaje Rousseau, do złudzenia przypomina widziany przezeń podmiot demokracji. Demokracja formalna jest antyhumanistyczna, skrojona nie na miarę człowieka z jego namiętnościami, interesami
i potrzebami, lecz bezdusznej abstrakcji. Demokracja obejmuje wszystkich ludzi „bez względu na osobę", nie zważając na rasę, religię, stan majątkowy i inne głupstwa.
Prawdziwa demokracja to rzecz jasna wizja utopijna; za każdym citoyen kryje się kalkulujący bourgeois, goniący za własnym interesem. Nie stanowi to jednak problemu, gdyż obywatel staje się obywatelem przez swe próby zachowywania się jak obywatel, bez względu na motywy egoistyczne." Podmiot demokracji umacniają, jednym słowem, jego własne wady. Demokracja prosperuje poprzez ułomność.
I w tym tkwi wyjaśnienie wyjątkowej pozycji mitycznego prawodawcy. Pozornie ucieleśnia on nieosiągalny ideał. Właśnie jako superdemokrata zdaje się stać poza demokracją, której naucza. Jednak w bliższym wejrzeniu absurdalność nadobywatela czyni namacalnym to, co utopijne w obwieszczanej przezeń utopii - fikcjonalny charakter jego fikcji. Wciela głupotę demokracji - głupotę, która definiuje demokrację. Prawodawca stanowi część mitu, który obwieszcza.
Prawodawca nie został wybrany demokratycznie, lecz, według Rousseau, obrany w konsekwencji przywódcą przez lud, który sam powołał. To apodyktyczny cymbał, zdolny w trybie wstecznym wpisać się w dzieje: jego samowolne wystąpienie legitymizowane jest przez sukces.

Wilk w owczej skórze

Rousseau rozróżnia wolę powszechną, skierowaną na zachowanie wspólnoty i wolności wewnątrz niej, oraz wolą wszystkich, czyli sumę wszystkich interesów partykularnych. Do polityki należy niemożliwe zadanie kwadratury koła: dostrojenie woli wszystkich do woli powszechnej.
Punktem wyjścia przy podejmowaniu uchwał jest zasada większości. Jednak podczas wyborów społeczeństwo rozpada się, tworząc luźny zbiór osób prywatnych, które jedna po drugiej kierują się własnym interesem. Tylko przez przypadek wola wszystkich identyczna bywa z wolą powszechną. Lecz jednomyślność głosów nie stanowi jeszcze gwarancji politycznej słuszności. Do tego niezbędne jest, by oddając głos, mieć na względzie interes ogółu.
Natrafiamy tu jednak na pewien problem: „Jednostki widzą dobro, które odrzucają; ogół chce dobra, którego nie dostrzega". Według Rousseau jednostki nie są głupie, lecz złe. Lud jako całość natomiast nie jest zły, ale głupi, wprowadzany w błąd przez grupy interesów. (Powód, dla którego Rousseau był przeciwko partiom politycznym.) Przypomina to poczynioną wcześniej różnicę między „dzikością" a „surowością".
Zadaniem polityków jest powściągnąć chytrego wilka i oświecić głupią owieczkę. Rzecz oczywiście w tym, że wilk i owca mieszkają w tym samym człowieku. Napięcie między prywatą a interesem publicznym określa demokratę. Ściśle mówiąc, umowa społeczna jest kontraktem, jaki człowiek zawiera z sobą samym: zobowiązaniem, jakie citoyen, członek wspólnoty, podejmuje względem siebie jako osoby prywatnej. Ostatecznie jednak i ta decyzja inspirowana jest przez interes własny. Człowiek zawsze jest wilkiem w owczej skórze.
Również w skali ogólnej tego, co prywatne, nie da się oddzielić od tego, co publiczne. Społeczeństwo nie zazna pomyślności bez pomyślności jego członków; tymczasem dobrobyt każdego z osobna nie prowadzi jeszcze do dobrobytu państwa. Napięcie między częścią a całością utrzymuje motor w ruchu.
Paradoksalnie, najlepszą gwarancją interesu ogółu jest jak największa rozbieżność interesów prywatnych. Im te różnice
głębsze, tym powszechniejszą wolę ujawnia wynik głosowania. Jedności sprzyja maksymalna niezgoda!

Siła demokracji

Wola ludu jest motywem przewodnim stanowienia praw. Ale jak określić wolę ogółu? W demokracji nikt nie stoi ponad partiami. Brak punktu, z którego można by zdefiniować interes powszechny. Również sami prawodawcy podporządkowani są prawu. Legalność prawa jest nieustannie przedmiotem dyskusji, która uniemożliwia definitywne określenie woli ludu.
Słabość ta jest zarazem siłą demokracji. Demokracja kwitnie właśnie w gardłowaniu za i przeciw, w permanentnej debacie, czym właściwie jest wola ludu. W demokracji konflikt ten zinstytucjonalizowano. Każde rozwiązanie jest tymczasowe. Demokracja to nic innego, jak szereg beockich prób uporania się z demokracją.

Paradoks demokracji

W demokracji władza jest w rękach ludu. Ale czymże jest lud, jak nie zbiorem poddanych? Lud nie może naraz panować i być poddanym. W ten sposób lud sam sobie przeszkadza stać się ludem. Oto głupota demokracji.

Paradoks ten wychodzi na światło dzienne podczas najdemo-kratyczniejszej z procedur: w trakcie wyborów, które mają na celu określenie woli ludu, społeczeństwo rozpada się na zbiór aspołecznych głupców. W wyborach nie chodzi o wartość jednostki, lecz o czysto ilościową procedurę liczenia głosów. Obywatel zredukowany zostaje do roli elementu zbioru numerycznego. Słowem: w jedynym momencie, w którym lud istotnie sprawuje władzę, przestaje on istnieć jako jedność.

Wybory

Quote
Demokracja [...] jest spośród tych wszystkich praworządnych ustrojów najgorsza, a spośród wszystkich nierządnych najlepsza. - Platon, Polityk

Quote
Demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu.
Winston Churchill

Podczas wyborów próżno by szukać ratio. Dość uwzględnić wpływ pogody na wynik: im ładniejsza, tym więcej głosów i tym bardziej jest on lewicowy. Lewicowi wyborcy są wyborcami ładnej pogody. Ale tak zdarza się tylko w krajach o brzydkiej pogodzie... O dziwo, aspekt ten pomijany bywa w pismach Monteskiusza, Grocjusza, Rousseau i innych przy wpływie warunków klimatycznych na formę rządów.
Zwróćmy następnie uwagę na obywateli. Kandydatami kieruje interes własny. Chodzi im o władzę, pieniądze bądź zaspokajanie własnego idealizmu. Ponadto otwierają wszystkie rejestry retoryki: grają na strachu, frustracji, żądzy pieniądza, słowem - na emocjach wyborców.
Wyborcy są mało co lepsi. Dają się powodować własnym indywidualnym, samolubnym, bliższym anarchii niż demokratyzmu poglądom. Poza tym dają się ponieść emocjom. Są wrażliwi na demagogię i wszelkie odmiany prowokacji. Nieprzewidziany lub manipulowany wypadek, na przykład skandal na krótko przed wyborami, przesądzić może przyszłość kraju. Kto przy tym, prócz maniaków, zgłębia jeszcze programy partii?
Obywatele głosujący mimo wszystko z poczucia demokratycznego obowiązku traktowani są przez innych jako kretyni. Więcej nawet: owi grymaśnicy stanowić wręcz mogą zagrożenie dla demokracji. Ci, którzy chcą racjonalizować demokrację, pragnąc przed głosowaniem poddać wyborców testowi na inteligencję, zmierzają w stronę dyktatury intelektu. Gdybyśmy przed wyborami brali pod lupę całą przeszłość kandydatów, gdybyśmy urządzali obywatelom egzamin z wiedzy o polityce, wylądowalibyśmy w zorganizowanej demokracji według modelu byłego bloku wschodniego, gdzie prawdziwe wybory miały miejsce przed wyborami.
Głupota nie świadczy więc przeciw demokracji. Na odwrót: demokracja istnieje dzięki głupocie. Dążenie do pełnej racjonalności prowadzi do antydemokratycznych zarządzeń. Demokracja odnosi sukces jedynie w swej ułomności, w daremnych próbach czystego demokratyzmu. Skuteczne jest to jednak tylko poza polem widzenia. Dlatego zachowujemy się tak, jakby wybory stanowiły szczyt demokracji.
Demokracja jest fikcją. W istocie istnieją tylko aspołeczni głupcy. Jednak bez fikcji demokracji nie zaistniałaby nigdy demokracja realna. Pozór demokracji jest demokracją.
Głupota włada w pełni, jeśli każdy naprawdę zaczyna wierzyć, że demokracja istnieje i kulminuje w wyborach.

Machina wyborcza

Paradoksy demokracji doprowadzone zostały do skrajności w opowiadaniu science fiction Franchise (1955) Isaaca Asimova.
W dość odległej przyszłości stary człowiek opowiada, jak to w dawnym amerykańskim systemie wyborczym głos oddawał każdy. Wybierano tego, kto otrzymał najwięcej głosów. Ale że głosowanie trwało zbyt długo, wynaleziono maszyny, które kilka pierwszych głosów porównywały z głosami z lat poprzednich, aby przewidzieć wynik.
Coraz potężniejsze maszyny potrzebowały coraz mniej głosów, w końcu nowo skonstruowany Multivac mógł przewidzieć wynik wszystkich lokalnych i ogólnokrajowych wyborów, dysponując tylko jednym: „Multivac bierze pod uwagę miliard czynników. Ale jeden czynnik pozostaje nieznany [...] Ajest nim wzór reakcji ludzkiego umysłu".
Tym, co - krótko mówiąc - wymyka się racjonalizacji, jest amerykański naród, racja bytu demokracji. Ale poprzez jednego wylosowanego dowolnie Amerykanina Multivac może poznać poglądy wszystkich pozostałych Amerykanów. Tak oto Norman Muller, najzwyklejszy sprzedawca w niewielkim domu towarowym w Bloomington, Indiana, zostaje wybrany przez komputer Multivac Wyborcą Roku:
W tym roku Multivac wskazał Pana jako najbardziej reprezentatywnego Amerykanina. Nie jako najinteligentniejszego, najsilniejszego, najszczęśliwszego, tylko jako najbardziej reprezentatywnego. Ocenę Multivaca trudno kwestionować, nieprawdaż?

Ale Norman odżegnuje się od odpowiedzialności. „Czemu ja?" Jego żona Sarah próbuje go upewnić: „Wskazał cię Multivac. To on za to odpowiada. Każdy o tym wie". Niemniej za wybór prezydenta, w tym i za jego możliwe przywary, wszyscy pozostali wyborcy obciążają odpowiedzialnością tego jednego. Spotkało to kierowcę wynajętej ciężarówki, Humphreya MacCombera, „który też się o to nie prosił. Dlaczego był to błąd bardziej jego niż nas wszystkich? Teraz jego nazwisko zmieniło się w wyzwisko". Ale Sarah zwraca Normanowi uwagę, że może mu to przynieść sławę i pieniądze. „To nie powód, dla którego jest się Wyborcą, Sarah". „Dla ciebie będzie to powód".
By udaremnić wpływ na Normana polityków, biznesmenów i fanatyków, przed dniem wyborów nie wolno mu opuszczać domu. Wzbroniono mu też gazet i telewizji, gdyż przed Mul-tivakiem powinien stanąć w „jak najnormalniejszym stanie ducha".
Jak się okazuje, lokal wyborczy mieści się w szpitalu: „Chodzi o to, żeby przyzwyczaił się pan do swojego otoczenia i oswoił z myślą, że przyszedł pan tu zrobić coś wyjątkowego, klinicznego". Jego ciało zostaje podłączone do „przeraźliwej" aparatury,
która rejestruje ciśnienie krwi, puls, przewodność skóry i wzór fal mózgowych. „Nic pan nie zauważy". Lekarze podkreślają, że nie jest to wykrywacz kłamstw, lecz aparatura do mierzenia, jak głęboko dotykają go problemy. „Lepiej pojmie pańskie uczucia niż pan sam". Multivac, którego zresztą nie jest mu dane oglądać, stawia niedorzeczne, banalne pytania: „Co pan sądzi o cenie jaj?"
Dla pieniędzy Norman spełnia swój obowiązek i działa na podobieństwo demokraty. Lecz nagle jego myśli zaczyna określać coś jeszcze prócz osobistego zysku:
Odezwał się w nim uśpiony patriotyzm. W ostatecznym rozrachunku reprezentował cały elektorat. To on stanowił sedno. Tego jednego dnia ucieleśniał całą Amerykę! [....]
Nagle Norman Muller poczuł dumę. Odpowiedzialność całym ciężarem kładła się na jego ramiona. Był dumny.
W tym niedoskonałym świecie suwerenni obywatele pierwszej i największej Elektronicznej Demokracji w osobie Normana Mullera (jego!) raz jeszcze skorzystali ze swojego wolnego i swobodnego prawa wyborczego.


Opowiadanie Asimova jest nie tyle karykaturą demokracji, ile raczej imitacją obłąkania, jakie skrywa się w jej sercu.
W próbie demokracji racjonalizowanej machina nie może pominąć wyborcy. Wyborca stanowi mgławicowy element demokracji. Ograniczając się do jednego tylko wyborcy, machina z jednej strony ucina polityc
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Encyklopedia głupoty - Matthijs van Boxsel
« Reply #1 on: (Sat) 05.04.2014, 20:56:57 »
Drąg w bagnie

Quote
Żaby rechoczą, rechczą, krechczą: czy cokolwiek jest? - Jean-Pierre Brisset, Les ońgines humaines (1913)

Demokrację urzeczywistnić można tylko za pomocą jedynego poddanego, który uosabia jej niedorzeczność: króla. Nie personifikuje on narodu, ale potrafi scalić go w społeczeństwo, ucieleśniając absurd idei Narodu jako całości. Absurdalność króla czyni namacalną głupotę demokracji, która kręci się wokół niego - fiasko, dzięki któremu demokracja może jednak odnieść sukces.
Koronacja monarchy nie zapełnia pustki centrum władzy. Wbrew wszelkiej logice król zapewnia przestrzeń, w której zaistnieć może demokracja. W przeciwieństwie do jakobina, który sam zajmuje centrum władzy, utrzymując je pustym, król strzeże pustego miejsca przez to, że je zajmuje.
Król zapobiega, by tymczasowi włodarze przyklejali się do stołków. Ponieważ funkcja króla jest czysto negatywna, jego walory nie odgrywają żadnej roli, a pytanie, kto ma być królem, zostawić należy przypadkowi selekcji naturalnej i rozrodu. Tylko w ten sposób odsłania się pretekstowość jego osoby.

Uświęcona przestrzeń

Król z definicji jest oszustem, kimś, komu przez przypadek dostało się puste centrum władzy, po czym zachowuje się tak, jakby wcielał enigmatyczny Naród. W istocie monarcha uosabia odstęp między centrum władzy a tym, kto ją dzierży. Fascynującego autorytetu nie zawdzięcza swym walorom, lecz faktowi, że zajmuje uświęcone miejsce w obrębie demokratycznego porządku.
Aby skończyć z jego charyzmą, musimy odsłonić szczelinę pomiędzy nim a jego miejscem. Zdemaskowanie kładzie kres władzy króla, ale nie pustemu miejscu, jakie on zajmuje. Próżni tej zlikwidować nie sposób, gdyż jest ona strukturalnie konieczna wskutek immanentnej głupoty demokracji.

Wolna przestrzeń

Quote
Co, co? Mówże, mówże, czemu? - Jean-Philippe Rameau, Platee

Król z jednej strony przeszkadza tymczasowym włodarzom w trwałym zajęciu centrum władzy, z drugiej - podczas wyborów gwarantuje ciągłość demokracji. (Ze możliwa jest i rzecz odwrotna, dało się widzieć w Belgii, gdy król czasowo abdykował w związku z ustawodawstwem aborcyjnym, a ciągłość monarchii gwarantowała demokracja!)
Bez króla porządek wyradza się w anarchię, w której nikt nie jest pewien swego miejsca, albo w dyktaturę, gdzie każdemu przypisane są stale miejsce i rola. Król otwiera przestrzeń, w której obywatele mogą się spełniać, nie rozpętując wojny wszystkich przeciw wszystkim.

Podmiot demokracji

„Co cesarskie, oddaj cesarzowi". Jako podmiot w sensie „poddany, część ciała społecznego", trzeba bezwarunkowo zachowywać się tak, jakby król ucieleśniał prawo; można wtedy realizować się jako podmiot w drugim znaczeniu tego słowa: krytycznej jednostki, zdolnej kwestionować wszelkie autorytety.
Paradoksem jest, że obywatele zyskują wolność wyłącznie dzięki poddaniu się jednej osobie, na którą przerzucili swą wolną wolę - głowie państwa. Sprzeczność zawiera się w słowie „podmiot", które oznacza zarówno poddanego, jak i osobę o wolnej woli: podmiot istnieje jedynie w dobrowolnym niewolnictwie.

Ciało polityczne
W życiu codziennym obywatele stoją wobec nieprzejrzystego aparatu państwowego, który kieruje ich życiem zza kulis. Poddani przezwyciężają wyobcowanie, postępując tak, jakby państwo wcieliło się w postać króla.

Król przydaje obiektywnemu prawu subiektywne „ja chcę", przekształcając poglądy ministrów w decyzje państwa. Swoim podpisem czyni ustawy wyrazem osobistej woli. W tym właśnie tkwi logika hokus-pokus gestów w rodzaju przecinania wstęg, całowania dzieci i wmurowywania kamieni węgielnych.

Lecz jeśli król wtrąca się w treść ustaw, przekracza granicę oddzielającą go od poddanych. Państwo traci wtedy ludzką twarz i zmienia się w przytłaczającą dyktaturę.

„Zwierciadło władców"

Quote
Chcą uczynić mnie królem konstytucyjnym na kształt owych bóstw pogańskich, co mają usta, a nie mówią, co mają stopy, a nie chodzą. Willem I, król Niderlandów, do delegacji, która w roku 1829 pociągnęła go do odpowiedzialności za dopuszczenie do secesji Belgii
Zdrowy rozsądek podpowiada, że król winien być jak najmądrzejszy, najzdolniejszy i najodważniejszy. Prawda jest inna. Przepaść między jego symboliczną rolą a rzeczywistymi talentami nigdy nie będzie dostatecznie duża. Wielkim zagrożeniem dla demokracji jest to właśnie, że rola i osoba króla mogłyby się pokrywać i powstałaby iluzja, iż jego autorytet ma racjonalne podstawy. Drąg przemieniłby się w węża.
Stosunek między zadaniem a talentem odróżnia monarchę również od jego ministrów. Ministrowie zostali wybrani ze względu na swoje walory. Nadają ustawom konkretny bieg. Natomiast rola króla jest czysto ceremonialna. Dobrowolnie przystaje on na to, co nieuniknione. Wystarczy, że złoży podpis. Ale jest to też i ostatnie słowo. Król panuje jedynie poprzez imię, lecz w imieniu tym leży jego autorytet.
Właśnie dlatego, że chodzi tu o głupi, czysto formalny akt, rolę głowy państwa można przydzielić durniowi, który trafił na to miejsce w oparciu o irracjonalną podstawę, jaką jest urodzenie. W strukturze państwa król zajmuje pozycję wyjątkową, gdzie to, czy jest głupi czy nie, niewiele znaczy. Myśl, że Juliana, Irene* czy brytyjski książę Karol prowadzą rozmowy z ufonautami, drzewami i delfinami, jest nawet kojąca.

Monarchia konstytucyjna to racjonalna jedność z irracjonalnym elementem na czubku. Przepaść między narodem a królem nie stanowi przeszkody, lecz warunek demokracji. Ład wymaga niedosiężnego jądra, które przyjmie na siebie odpowiedzialność, czyniąc ład efektywnym.
Obiekcje członków Stowarzyszenia Republikańskiego, że los państwa uzależniony został od przypadkowych cech charakteru króla, obracają się przeciwko nim; ponieważ autorytet króla jest czysto formalny, jego walory nie odgrywają żadnej roli.
Prezydent natomiast stanowi groźbę dla demokracji: ryzyko, że uwierzymy w jego przyzwoitość, jest spore. A król jest przynajmniej ewidentnie nie na miejscu.
Jakby dla uniknięcia nieporozumień, wielu francuskich prezydentów też zaczęło zachowywać się jak królowie, o czym świadczy ich retoryka, łuki tryumfalne i Pałace Sztuki. Swą irracjonalność podkreślają też pod innym względem. Nie tylko Hitler i Stalin, lecz także Churchill, Reagan i Mitterrand radzili się astrologów.

Pinokio

Quote
Był sobie raz...
-   Król - powiedzą od razu moi mali Czytelnicy.
-   Nie, dzieci, pomyliłyście się. Był sobie raz kawałek drzewa. - Carlo Collodi, Pinokio (1881)

Pinokio to niecnota. Jest „z drewna", bez serca, nie szanuje ojca. W trakcie opowieści zaczyna jednak wykazywać oznaki człowieczeństwa. Kiedy kłamie, zaczyna mu rosnąć nos, co wskazuje na obecność sumienia. Ale dopiero okazawszy poczucie obowiązku i szczere uczucia miłości, zmienia się w człowieka z krwi i ciała. Na krześle obok odnajduje dawnego siebie jako bezwładną marionetkę.
Bajka ta ilustruje idealny proces rozwoju monarchii konstytucyjnej. Aby uniknąć spięcia między swą symboliczną rolą a cechami osobistymi, król musi na początek być kawałkiem drewna. Następnie musi rozwinąć zdolność odróżniania siebie jako osoby prywatnej od siebie jako osoby publicznej. (W tym kontekście godny uwagi jest fakt, że księżniczka Wilhelmina* miała specjalną guwernantkę do lalek!)
Monarcha musi być na tyle bystry, żeby udawać głupka. Podczas wystąpień publicznych winien zachowywać się jak marionetka, stać jak kołek, aby jasno dać do zrozumienia, że odgrywa pewną rolę. Nie wolno mu okazywać szczerych uczuć, rodziców może szanować tylko formalnie. Ostatecznym dowodem jego przydatności jest mimowolne okazywanie wstydu. Toteż dla zapobieżenia, by jego nos nie rzucał się nazbyt w oczy, wystąpienia królewskie muszą być jak najkrótsze.
Z wywiadów z kronprincem Willemem-Alexandrem wynika, że ulepiony jest z dobrej gliny. Jego sztywny styl bycia, mowa--trawa, twardogłowość (w kwestii polowań, religii, małżeństwa) czynią go wyjątkowo odpowiednim do funkcji konstytucyjnego monarchy.

Niepowodzenie jako ratio cognoscendi

Quote
Strzeż nas przed inteligentnymi królami! Karol I stracił głowę, Karol II sprzedał ziemię Francuzom. Nie myśl tyle! Jeśli nie jesteś zadowolony, zrezygnuj z tronu. - Rada brukowca „The Sun" dla księcia Walii Karola

Król to jedyna osoba, która nie musi się wykazywać, bo z natury jest tym, kim jest z punktu widzenia kultury. Jego pozycję społeczną określa fakt biologiczny: jest królem z urodzenia.
Poddani natomiast nie mają genealogii. Są osieroceni, warci tylko tyle, ile potrafią z siebie wykrzesać. Muszą się wykazywać. Fiasko, sprzeczność między tym, co robią, a tym, kim być powinni, umożliwia nam dokonanie ich oceny.
Ponadto każdy staje się świadom swoich demokratycznych obowiązków tylko wtedy, gdy unaoczni sobie, że nie spełnia ich
należycie. W przeciwnym razie zachowuje się jak marionetka, a nie jak wolny podmiot. Fiasko to ratio cognoscendi demokracji.
Króla jednak nie można i nie wolno bez uszczerbku dla jego autorytetu oceniać pod kątem walorów. Nieustannie musząc się wykazywać, sam stałby się poddanym suwerennego narodu. Także dlatego decyzję, kto ma stać na czele narodu, należy pozostawić irracjonalnemu, biologicznemu faktowi urodzenia. Król jest sukcesem narodzin. Jego czynów nie sposób przymierzać do ideału, do tego, jak winien postępować, jako że król z natury jest ideałem. Nie może złamać prawa, gdyż jego słowo jest prawem. Jest tym, co symbolizuje. A raczej: nawet jeśli tym nie jest, poddani zobowiązani są zachowywać się tak, jakby ucieleśniał Prawo.
Największe zagrożenie autorytetu króla stanowią jednak entuzjastyczni zwolennicy, podsuwający dowody mądrości władcy, by uzasadnić jego rolę. Kto jest posłuszny królowi nie dlatego, że jest on królem, lecz dlatego, że jest geniuszem albo wybitnym przywódcą, dopuszcza się obrazy majestatu. Ponad królem stawia siebie. Podważa autorytet, oparty na ślepym posłuszeństwie, a nie racjonalnych argumentach.

Tak chcę

Decyzja monarchy nie podlega prawu. Swój autorytet wywodzi on właśnie z wolnej, niczym nieograniczonej decyzji. Król „chce" określonego prawa nie dlatego, że jest dobre; prawo jest dobre dlatego, że król tak chce. Nie kieruje się światłem rozumu, lecz własną arbitralną wolą. Wie, czego chce, ale nie wolno mu wyjaśnić dlaczego, gdyby nawet go o to spytano. Prerogatywą króla jest nieprzekazywalne szaleństwo. I to działa - tak długo, jak decyzja króla jest czysto formalna.
Ogłoszenie królewskiej woli to uprawomocnione przez konstytucję wykroczenie przeciw demokratycznej procedurze. Król, podlegający demokratycznemu prawu, staje się na moment w pełni wolnym władcą absolutnym. Ta nieodrodnie feudalna czynność kładzie formalnie kres nieskończonemu gardłowaniu za i przeciw prawu. Oświadczenie jego woli podważa suwerenność narodu, ale tymże gestem stwarza podwaliny nowego prawa. Demokracja nie może się obejść bez królewskiego „tak".

Pestka szaleństwa

Król to pestka szaleństwa w głębi demokracji. Fascynuje nie z racji swej osobliwości, ale właśnie dlatego, że przypomina o ukrytej odwrotnej stronie demokracji: aspołecznej, autodestrukcyjnej wolności, która tyleż staje na drodze jedności, co ją gruntuje.
Monarcha nie wyraża woli narodu. Potrafi stworzyć jedność, wcielając w siebie egotystyczny obłęd, który jedność udaremnia. To właśnie (w oczach demokraty), co w królu niedoskonałe, punkt, w którym monarcha konstytucyjny przejawia cechy absolutne, pobudza wyobraźnię. Jako przeszkoda, król przypomina o fakcie, że demokracja to zakrzepłe pierwotne szaleństwo, zdolne w każdej chwili wybuchnąć znowu. Obywatele zyskują jedność w swej fascynacji tym jedynym autorytarnym poddanym, który immanentną niemożność jedności czyni namacalną. Przypominając w swojej głupocie o chwiejnej podstawie demokracji, utrzymuje on porządek. Bez króla państwo uległoby dezintegracji.
Demokracja istnieje wyłącznie w szeregu daremnych prób zrozumienia głupoty oswojonej w osobie króla. W królu wielbimy głupotę demokracji.

Eetat c'est moi

Monarcha nie jest reprezentantem właściwego ludziom porządku: stwarza porządek z niczego. Jest symbolem, poprzez który ujawnia się zawarta w ich życiu treść. Król nie jest mędrcem, pojmującym wszelkie możliwości narodu, potrafi za to najzupełniej irracjonalnym gestem zmienić bezkształtną masę w rozumną całość.
Król jest więc nie tylko symbolem wspólnoty, estetycznym dodatkiem, „ukoronowaniem dzieła". W zgoła niesymboliczny sposób ucieleśnia państwo: to król poprzez swoją irracjonalną obecność stanowi ratio państwa. W jego osobie państwo osiąga swój cel.
Fascynująca obecność króla oślepia nas, przesłaniając biurokratyczny aparat, który określa panujący porządek. Ale to nie wszystko, biurokracja bowiem wypełniać może swe zadania tylko z pomocą durnia, poprzez irracjonalną obecność króla. Porządek nierozerwalnie jest związany z unikatowym poddanym, który w swoim bałwaństwie wyraża porządek.
Bez króla nie ma demokracji. Jedność jest zawsze jednością przeciwieństw. Racjonalny porządek może mieć miejsce jedynie wtedy, gdy ucieleśnia go irracjonalna postać króla. Postać centralna, dzięki której naród zyskuje jedność i tożsamość, pokrywa się z punktem stanowiącym zaprzeczenie demokracji.
Właśnie jako głupiec, obce ciało demokracji, niemający równego sobie, król ratuje demokrację. Ale poddani z konieczności nie dostrzegają, jak dalece ich istnienie wiąże się z tym rażącym kołkiem: w sobie samych widzą kwintesencję, w królu - osobliwy, folklorystyczny dodatek.

Stupor mundi
Quote
Od wzniosłości do śmieszności jeden krok.
Thomas Paine, Age of Reason (1793), zacytowane przez Napoleona w czasie odwrotu z Rosji

Król stanowi obrazę zasady demokratycznej, która wszystkich obywateli traktuje jak równych. Redukcja demokracji do króla przekracza zdolność pojmowania republikanina i budzi osłupienie, które definiuje szczerego demokratę.
Z jednej strony król udaremnia pełną demokrację, z drugiej -daje in negativo obraz tego, czym mogłaby być prawdziwa demokracja. Sęk oczywiście w tym, że demokracja nie istnieje poza daremnymi próbami urzeczywistnienia demokracji. Stąd oba aspekty należy widzieć łącznie: w swojej absurdalności król ucieleśnia niewypał, jakim w istocie jest demokracja. W tym świetle majestatyczny władca jest śmiesznym błaznem, drągiem tkwiącym w centrum demokracji.
Nie wystarczy stwierdzić, że nikt nie jest prawdziwym demokratą. Sugeruje to, że możliwy byłby nieomylny demokrata. Tymczasem prawdziwy demokrata istnieje wyłącznie w poronionych próbach bycia prawdziwym demokratą. I król właśnie, w swym bałwaństwie, materializuje tę niemożność. Sekret króla tkwi w fiasku demokracji.

Esse est non percipi

Quote
Nie-sumienność rzeczywistości tkwi w samej jej istocie. -Alfred Sohn-Rethel, Geistige und körperliche Arbeit (1972)

Świat istnieje dzięki głupocie, która z definicji działa tylko wtedy, gdy jej nie widać. Słowem, zatajanie jest produktywne. Istnienie świata implikuje nie-wiedza: esse est non percipi.
Iluzja jest dwojaka: mało, że oślepia nas na rzeczywistość, to rzeczywistość na pozór oczywista istnieje dzięki iluzji, która kształtuje ją, jak długo jest niedostrzegana.
Krótko mówiąc, w niby oczywistym świecie nie zauważamy ani iluzji, ani rozpartej w niej głupoty. Zdemaskowanie iluzji implikuje odsłonięcie głupoty.
Demokracja funkcjonować może tylko wtedy, gdy jesteśmy ślepi na jej prawdę: antagonizm. Zatajanie prawdziwego charakteru demokracji jest częścią demokracji. Gdy zauważamy rzeczywisty stan rzeczy, świat się rozpada. Iluzja jest więc nieodłączna od istoty rzeczy. Nie istnieje monarchia konstytucyjna bez mistyfikacji. Pozór kontroluje porządek.

O tym, jak Dyl Sowizdrzał udał się do landgrafa Hesji

Landgraf Hesji zleca Sowizdrzałowi zapełnienie wielkiej sali jego zamku wizerunkami „członków rodu i panów oraz landgrafów krwi heskiej z ich małżonkami". Dyl ma też zobrazować pokrewieństwo przodków landgrafa z królami Węgier i innymi książętami.
Dyl Sowizdrzał z kamratami spędza czas na grze w kości, przegrywając zaliczkę w wysokości stu złotych guldenów. Za jakiś czas landgraf chce zobaczyć, jak posuwa się praca. Dyl ostrzega: „Kto nie jest ślubnym i legalnie zrodzonym dzieckiem, nie będzie mógł ujrzeć mojego dzieła".
Na ścianie wisiało białe płótno. Zdjął je i białym kijkiem wskazywał postaci z rodu landgrafa, aż po jego rzymskich przodków.
Graf pomyślał sobie: „Chyba jestem bękartem, bo nie widzę niczego poza białą ścianą!" Powiedział jednak: „To arcydzieło, twoja praca bardzo mi się podoba, ale my się na tym za bardzo nie znamy".
Graf postanowił wrócić z całą swoją szlachtą, aby odkryć, kto z nich jest nieślubny; wtedy ich lenna przypadłyby grafowi!
Tymczasem poszła rzucić okiem na dzieło jego żona w towarzystwie ośmiu panien i błaźnicy. Żadna nie mogła nic dostrzec, ale wszystkie milczały. W końcu odezwała się błaźnica: „Nie widzę żadnego obrazu, choćbym miała na wieki zostać nieślubnym dzieckiem!" Wtedy Sowizdrzał pomyślał sobie: „Jeśli błazny będą mi mówić prawdę, to czas zmykać!"
Dyl oszukuje widzów nie za pomocą malowania na wskroś zmyślonej genealogii. Bierze się do pracy w subtelniejszy sposób.
Oszukuje, udając, że sekret władzy kryje się pod białym płótnem, choć nic tam nie widać. W ten sposób wyjawia prawdę: za kotarą odkrywamy, że ukrytym fundamentem władzy jest oszustwo. Musi pozostać to tajemnicą, jeśli porządek zachować ma spoistość. Pozór jest kwintesencją! Oto genealogia albo raczej antygenealogia władzy. Prawda władzy kryje się nie za kotarą, ale w niej samej. Kwintesencja nie istnieje poza kotarą, która tylko udaje zasłonę.
Jak widać, płótno ukrywa to, że nie ma czego ukrywać. Za kotarą nic nie widać, ale powinniśmy dostrzec owo niejako takie: za zasłoną tkwi ukryta możliwość iluzji. Kotara daje pole projekcji - powód, dla którego nie można jej bezkarnie rozsunąć.
Dyl odkrywa nie tylko to, że nie ma co widzieć. Poddani odkrywają bowiem za zasłoną, że sekret władzy trwa w ich własnej fascynacji, w ich głębokim odurzeniu szlachetną osobą władcy: stupor mundi. Krótko mówiąc, za kotarą obywatele odnajdują siebie. Ale odkrycie, że sami tworzą fundament władzy, jest fatalne. (Porównać to można z kolarzem, który popada w kryzys, gdy dał z siebie wszystko. Uświadomienie sobie, że medal był tylko pretekstem do walki z sobą, może być zgubne.)
Ujawnienie podstawy władzy królewskiej kładzie kres nie tylko nieświadomości i samej iluzji, ale też opartemu na nich porządkowi. Głupota, z definicji, działa tylko wtedy, gdy jej nie znać. Esse est non percipi.

Dwa ciała króla

Król zawdzięcza charyzmę głupiemu nawykowi, symbolicznemu rytuałowi. Stanowi to podstawę jego autorytetu. Aby uwolnić się od króla, dość tylko obalić porządek. Wraz ze zdemaskowaniem mechanizmu nadającego królowi charyzmatyczny autorytet, straci on władzę. Dostrzeże się pustkę, ceremonialność jego roli oraz banalność postaci. Nie skazanie na śmierć, ale traktowanie przez poddanych jak równego sobie to największa kara dla króla.
Nie chcę, żebyście go obalali albo czynili chwiejnym, ale byście go więcej nie wspierali. Wtedy ukaże się wam jako strącony z cokołu kolos, co kruszy się pod własnym ciężarem i pęka na kawałki.
Jednak różnica, jaką Etienne de la Boétie w Discours de la servitude volontaire czyni między rolą symboliczną a nagą osobą, pomija pewien godny uwagi fenomen. Rola symboliczna podwaja ciało monarchy na doczesne ciało widzialne i drugie, nietykalne. Dotykalne ciało króla staje się nagle czymś więcej niż nosicielem ciała szlachetnego. Jeśli króla odpowiednio długo traktować jak króla, jego najpowszedniejsze cechy przejdą transubstancjację i staną się przedmiotem osłupienia, stuporu (Ernst Kantorowicz, The King's Two Bodies, Princeton 1957).

Królewskie ciało, właśnie jako podatne na zranienie, fascynuje, pośredniczy między tym, co ludzkie, a tym, co boskie. Królowa na rowerze to nie najnormalniejsza rzecz na świecie, ale coś nienormalnie normalnego. Jest ona niezwykła jako zwykły człowiek. Im coś głupsze, tym bardziej boskie. Rodzina królewska okazuje siłę i pewność siebie, zachowując się jak najbanalniej. Zdrada, szybka jazda samochodami, marnotrawstwo, depresje, alkoholizm - wszystko to współtworzy blask królewskiego domu. Im częściej król objawia się jako ktoś zwykły, powodowany codziennymi głupimi emocjami, tym bardziej staje się królem. Stąd i drwina nie stanowi zagrożenia dla jego władzy, lecz tylko ją potwierdza. Królowa obierająca brukselkę (Wim T. Schippers)*, biedna staruszka (kabaret Lurelei), królowa w oknie w dzielnicy czerwonych latarń (Willem) przyczyniają się do tworzenia jej pozaziemskiej aury. Nawet królobójstwo nie gasi blasku tego mistycznego ciała. Skąd płynie jego wywyższenie? Skąd owa fascynacja?

Dobrowolne niewolnictwo

Quote
"Ten, który nad wami panuje, ma tylko dwoje oczu, dwie ręce, ciało i nic innego niż najmniejszy z ludzi zamieszkujących nieskończoną wielość waszych miast, poza tą przewagą, jaką mu dajecie, a mianowicie mocą zniszczenia was. Skąd wziąłby tyle oczu do szpiegowania was, gdybyście mu ich nie dali?" - Etienne de la Boétie, Discours de la servitude volontaire
[/b][/color]

Aby uwolnić się od króla, dość, byśmy przestali traktować go jak króla: „nie poprzez jakikolwiek czyn wyzwolenia, lecz jedynie przez wolę dokonania tego". Kto chce wolności, ma ją; życzenie zbiega się ze spełnieniem. Ale:
wolność, tego ludzie sobie nie życzą. I to z żadnego innego względu, jak sądzę, niż ów, że posiadaliby ją, gdyby jej sobie życzyli. Wydaje się, że odmawiają przyjęcia tego wielkiego dobra tylko dlatego, że jest zbyt łatwe.
Pragniemy pragnienia, nie spełnienia. Spełnienie zagraża pragnieniu. Tłumaczy to uwikłanie się poddanych w paradoks dobrowolnego niewolnictwa. Rozjaśnia to i zależność między królem a demokracją.
Szlachetny król, którego wola jest prawem, który bierze w karby nasze „lekkomyślne dążenie do wolności", jest sztuczką mającą na celu ratowanie demokracji. W urojonym wizerunku króla, stojącego na drodze demokracji, uzewnętrzniamy immanentne fiasko systemu. Król udaremnia demokrację, która jest strukturalnie niemożliwa. W ten sposób zachowujemy iluzję, że bez tej przeszkody bylibyśmy w pełni wolni. Tymczasem wystrzegamy się usunięcia króla, bo uzewnętrzniłoby to fikcję jedności. Król -właśnie jako postać nie do zintegrowania - gwarantuje demokrację. Demokracja rozwija się pomyślnie tylko przez kontrast z tym wyjątkowym poddanym, który ucieleśnia niemożliwość demokratycznego ładu.

Jego ciało mistyczne nie jest wcieleniem nieśmiertelnej tożsamości narodu, ale niepowodzenia, jakim w istocie jest demokracja. Owo fascynujące ciało jest „czymś z niczego", nadaniem cech pozytywnych temu, co w demokracji negatywne.
Dobrowolne niewolnictwo to sposób na ratowanie demokracji. Wola władzy, przeciwnie, prowadzi do zapaści.

Król narodu

Tajemnicą pałacu Noordeinde jest to, że nie posiada żadnej tajemnicy.

Jako poddani padamy z konieczności ofiarą złudzenia, że monarcha już sam przez się jest monarchą. Świadomość, że jego władza polega na ślepym uwielbieniu, położyłaby kres nie tylko władzy króla, ale i skupionemu wokół niego narodowi. Dlatego król legitymizuje swoją władzę, powołując się na autorytety spoza demokracji: Boga lub mityczną przeszłość. I z czasem każdy zaczyna w to wierzyć.
Ale czy obowiązuje to także w epoce końca ideologii? Juliana była bezsprzecznie obiektem fascynacji, ale Beatrix zdaje się już nie ufać mechanizmowi transsubstancjacji i kurczowo trzyma się ceremoniału. Z jednej strony od dziecka traktuje się zbyt poważnie („ludzie naszego pokroju"), z drugiej nie dość wierzy w swą królewskość, by móc się ze swobodą zachowywać normalnie. Zdaje się kultywować dystans, co - przykład Windsorów - miewa skutek wręcz odwrotny. Natomiast Diana, „księżna z ludu", miała instynkt tego mechanizmu; stąd mogła sobie pozwolić na obejmowanie w haute couture trędowatych.
Willem-Alexander to z kolei przypadek osobny: chyba nazbyt zdaje się na cud. Najpierw trzeba być księciem, by móc się zachowywać jak proletariusz, a nie na odwrót. Ale jest nadzieja, bo gdy zapytano go, z kogo chciałby brać przykład, w pierwszym odruchu odpowiedział: „Z nikogo, jestem kim jestem", by następnie wymienić nie Beatrix, ale Julianę, prawdziwą królową narodu.

W pewnym sensie do demokracji pasuje najbardziej Willem-Alexander. Tam, gdzie Beatrix ze wszystkich sił próbuje wykazać się jako królowa, niezdarne zachowanie kronprinca zapobiega jakiemukolwiek pomyleniu jego osoby z rolą króla. Nie darmo nazywany bywa potocznie „Willemem Głupim".

Nowe szaty cesarza

Zasadę sprawczą monarchii konstytucyjnej ładnie ilustruje bajka Nowe szały cesarza Hansa Christiana Andersena. Dwaj oszuści twierdzą, że potrafią zrobić tak subtelnie tkane płótno, iż jest ono niewidoczne dla głupców i tych, którzy nie nadają się na swój urząd. A że cesarz chciałby wiedzieć, kto w jego państwie jest głupi i nieudolny, zamawia nowe szaty.
Problem oczywiście w tym, że takie płótno nie istnieje i że cesarz jest nagi. Ale każdy, łącznie z samym cesarzem, udaje, że jest odziany, bo nikt nie chce wyjść na głupca.
Tak wygląda logika monarchii konstytucyjnej. Zasadza się na przemilczaniu bzdury: król zyskuje królewskość, gdyż traktujemy go jak króla, a nie dlatego, że ma w sobie coś królewskiego z natury. Wręcz przeciwnie: cesarz jest najzwyczajniejszym w świecie śmiertelnikiem, który z nie nazbyt w zasadzie chlubnych względów, jak urodzenie i rodowód, stanął na czele narodu.
Postępujemy jednak, jakby król reprezentował najwyższe cnoty i samych siebie czynimy ślepymi na jego właściwą rolę,
która jest czysto formalna: ma podtrzymywać ustalony porządek.
Wedle bajki cesarz nie troszczył się o sprawy państwowe, wojsko, sztukę czy rozrywkę, a tylko o szaty. Świadczy to, że był dobrym cesarzem. Wiedział, że jego władza skupia się w sferze powierzchowności, a nie w walorach ducha.
Aby dowiedzieć się, czyjego poddani również to wiedzą, testować zwykł swój lud z okazji każdego publicznego wystąpienia. Tylko ci, którzy zdolni są zachować pozory, sprawdzają się w swojej roli w społeczeństwie. Głupiec natomiast nie widzi pożytku ze stosowności i demaskuje go reakcja na królewską nagość.
Bajka ta zatem niesłusznie odczytywana bywa jako tryumf niewinnego dziecka nad pretensjami dorosłego świata. Tylko dzieci,
durnie i pijacy są na tyle nieokrzesani, by głosić „prawdę", podobnie jak oświeceni głupcy ze Stowarzyszenia Republikańskiego, pragnący trzymać się nagich faktów na przekór mechanice władzy, której sami zawdzięczają swój status.
Republikeins Genootschap stwarza zagrożenie dla demokracji nie tylko dlatego, że początkowo nie było w nim miejsca dla kobiet i allochtonów, ale też, a raczej przede wszystkim dlatego, że nie pozostawia miejsca dla króla! Bez króla demokracja się zawali
cywilizowany świat: Wyobraźni i jej siostrzycy, Stosowności! Kultura jest wynikiem szeregu mniej lub bardziej udanych prób zachowania pozorów. Gdzie publiczności nie staje już sił na udawanie, że jest pod wrażeniem zaprezentowanych dzieł, tam i demokracja narażona jest na niebezpieczeństwo.)
Również Dyl Sowizdrzał nie twierdzi, że władza opiera się na niczym. Pozostawia to publiczności. Białe płótno to znak: „trzymaj język za zębami, bo mówiąc za wiele, zburzysz porządek". Podstępem tym Dyl wystawia dwór na próbę. Testuje siłę wyobraźni obywateli, zdolność widzenia czegoś, gdzie tego nie ma, albo stosowność wyznań własnej niekompetencji. Państwo spajają obywatele, którzy udają, że porządek jest ugruntowany. Porządkiem rządzi oszustwo. Tylko głupcom na tyle brak kultury, by robić z siebie niewiniątka.

Hipotetyczny głupiec

Tkacze wychwalają niewidzialny materiał; wyliczają nazwy kolorów i opisują niezwykły wzór. Sprawujący nadzór minister przekazuje te informacje cesarzowi. Wkrótce wszyscy, nie obejrzawszy nigdy szat, rozprawiają o wspaniałych barwach i jakości tkaniny: „Wszystko takie lekkie jak pajęczyna; takie cienkie, że się nic na ciele nie czuje, ale na tym polega cała zaleta tych szat".
W istocie szaty istnieją tylko w języku. To on tka najdelikatniejszy materiał. Istotne są nie fakty, lecz plotki. Tworzą niewidzialny splot, spajający porządek.
Jeśli wystarczająco długo wychwala się szaty króla, każdy w końcu zaczyna w nie wierzyć. Pod tym względem „strojenie króla" korzysta z logiki samospełniającej się przepowiedni.
Ale opowieść Andersena jest subtelniejsza. Poddani myślą tak oto: nie jesteśmy głupcami, doskonale wiemy, że cesarz świeci gołym tyłkiem. Ale na pewno nie brak głupców wierzących, że monarcha jest monarchą z natury. I aby nie paść ofiarą możno-władców i łatwowiernej tłuszczy, opłaca się nam przecież podjąć trud sławienia cesarskich szat.
Oto cały problem głupoty w pigułce. Głupcem jest zawsze inny. Skrycie drwimy z hipotetycznego głupca, który byłby tak naiwny, by wierzyć w cesarskie szaty. A tymczasem ów nieistniejący głupiec określa nasze zachowanie. Dla pewności sławimy niewidzialne szaty i tym samym wszyscy okazujemy się głupcami, którymi zostać tak się obawiamy.
Oto paradoks nieistniejącego głupca. Choć nie istnieje, wywiera jednak określony efekt. Lecz prawdziwy głupiec nie jest hipotetycznym nieistniejącym głupcem ani strachliwym poplecznikiem, który może być pewien swego miejsca w ustalonym porządku; prawdziwym głupcem jest oświecony obywatel - ten, który odmawia wiary w plotki o niewidzialnych szatach, który chce się trzymać nagiej prawdy, odmawia wiary we władzę nieistniejącego głupca. I ten właśnie oświecony głupiec staje się członkiem Stowarzyszenia Republikańskiego i ostatecznie pada na kolana.
Również detronizacja zaczyna się od plotki. Stojący obok nie powie: „Widzę, że cesarz jest goły", ale: „Patrzcie, przecież on jest nagi! - zawołało jakieś małe dziecko". Między plotką a mocą Innego istnieje ścisły związek. Również hrabina Hesji w historii Dyla Sowizdrzała nie mówi, że nic nie widzi, ale że ktoś inny nic nie widzi: „Może komuś się to podoba, ale nie naszej błaźnicy; nie widzi żadnego obrazu, podobnie jak żadna z naszych dworek, i obawiam się, że to jakiś psikus".
Język stwarza iluzję i kładzie jej kres: nie prawda empiryczna, lecz plotka na powrót rozpruwa tkaninę.

Kto tego nie wiedział?

Rzecz w tym, iż wszyscy, łącznie z cesarzem, wiedzą, że świeci on gołym tyłkiem. Naiwne dziecko, wołające publicznie, że cesarz jest nagi, odkrywa widoczny dla wszystkich fakt. Jak to jednak możliwe, że stwierdzenie rzeczy oczywistej ma tak katastrofalny skutek? Ujawnienie jej oznacza nie tylko koniec cesarza, ale i cesarstwa, które się wokół niego obraca. Jeśli wszyscy wiedzieli, to kto tego nie wiedział?
Klasyczna odpowiedź brzmi: nie wiedziało państwo, które ucieleśnia król. Król jako król ma pozostać głuchy, ślepy i głupi; tylko jako osoba prywatna może sobie myśleć, co chce. Kto myli te dwie sprawy, powinien się udać do Tworek.
Król musi (dla nas) zachować pozory - z tego powodu idzie w baśni w zaparte, paradując z gołym tyłkiem. Jednak oszustwo to współtworzyć muszą i obywatele w swej roli poddanych. Jak długo wszyscy udają, że król jest odziany, naród pozostanie jednością. (Odwrotny przypadek to Klinger z telewizyjnego serialu M.A.S.H.; jak długo nikt nie chce widzieć sukienek, jakie nosi, by zostać uznanym za niezdolnego do służby wojskowej, dyscyplina trwa.)

Głupota w trzech fazach

Quote
Homo pomo est -P.C. Hooft

Z pomocą Petera Sloterdijka i Slavoja Żiźka (Ils ne savent pas ce qu'ils font, Paryż 1991), morozofa, można z grubsza wskazać trzy fazy w rozwoju głupoty.
Pierwszą jest głupota klasyczna, którą cechuje fundamentalna naiwność. Ma tu zastosowanie biblijna sentencja: „Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią". Wyobrażenie, jakie głupiec ma o realnym świecie, nie pokrywa się z faktami. Chodzi z głową w chmurach i jest ślepy na rzeczywistość. Zrywając zasłonę, odkrywamy przed nim nagą prawdę.
Do głupoty nowoczesnej odnosi się wypowiedź: „Panie, oni nie wiedzą, co czynią, i dobrze, że tak jest..." Zasłona nie skrywa prawdziwego stanu rzeczy, jest niemalże na odwrót: rzeczywistość istnieje za sprawą iluzji. Póki jej nie widać, pozór narzuca organizację naszemu realnemu światu. Ujawnienie tego oznacza kres nie tylko głupoty, ale i kręcącego się wokół niej świata. Esse est nonpercipi: być - znaczy nie być postrzeganym.
Ilustrację stanowić może obraz La Fornarina Rafaela. Widzimy na nim niewiastę przytrzymującą pod nagimi piersiami przezroczysty szal. Po co ten szal? Klasyczne wyjaśnienie mówi: szal czyni brzuch jeszcze ponętniejszym. Kto jednak dobrze się przyjrzy, dostrzeże, że szal jest barwy mięsa i tu wyłania się straszliwa prawda. Szal nie skrywa ponętnego brzucha, to brzuch jest szalem, który skrywa wnętrzności. (Przywodzi to na myśl wypowiedzi, jakimi jezuici starali się tłumić grzeszne myśli, gdy obok przechodziła piękna kobieta: „człowiek to skórzany wór, wypełniony odchodami"). Słowem, pod grozą szaleństwa lepiej za dużo nie wiedzieć.
Także ta forma głupoty jest niedzisiejsza. Obie definicje wywodzą się z klasycznej idei, mówiącej, że głupiec wypiera się rzeczywistości. Obecnie mamy do czynienia z postmodernistyczną głupotą: „Panie, oni wiedzą, co czynią, i czynią to mimo wszystko". Wydaje się, że głupota wyszła z mody. Postmodernista jest zbyt mądry, aby dać się zwieść własnej retoryce. Jest głupcem oświeconym. Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z dystansu między pozorem a istotą, ale przysięga na zasłonę. Nie da się dłużej konfrontować postmodernisty z oczywistością, której nie dostrzega - z tym,
czego nie uznaje po to, by mieć rację - gdyż homo-pomo dystans ten z góry już wkalkulował.
Weźmy politykę. Polityk otwarcie dopuszcza się oszustw; nikt mu nie wierzy; on o tym wie; my też wiemy, że on wie, i on wie to również. Gdzie szukać w tej wszechwiedzy głupoty? Skoro każdy wie, to kto o tym nie wie?
Pozornie dotarliśmy do fazy postideologicznej, lecz wniosek jest zdecydowanie przedwczesny. Pomo pozostawia fundamentalny poziom głupoty nienaruszonym: głupota działa w samej rzeczywistości, w tym, co robimy, nie zaś w tym, co zamierzamy zrobić.
Bardzo dobrze wiemy, że za władzą króla skrywają się umowy, ale w praktyce udajemy, że król jest ucieleśnieniem narodu. Jesteśmy głupcami w praktyce. Głupota kryje się nie w myśleniu (wiemy swoje), lecz w postępowaniu wbrew własnym przekonaniom.
Słowem, głupoty nie powinniśmy już szukać w warstwie psychologicznej; brak jej czegokolwiek osobistego czy spontanicznego. Wręcz przeciwnie. Zmaterializowała się w praktyce dnia codziennego. Tkwi w działaniu, dlatego przekazywać ją można nawet maszynom.

Maszyna do produkowania sławy (bez gwarancji)

By pojąć działanie maszyny, która podtrzymuje dla nas monarchię konstytucyjną, warto spojrzeć na maszynę do produkowania sławy z opowiadania Auguste'a Villiersa de 1'Isle-Adama pod tymże tytułem: Maszyna do produkowania sławy (1883).
Inżynier baron Bathybius Bottom, „apostoł Użyteczności", wynalazł maszynę, która w organiczny sposób produkuje SŁAWĘ. Jak za pomocą maszyny (przyrząd fizyczny) osiągnąć Sławę (cel intelektualny)? Aby rozwiązać ten problem, Bottom zwrócił uwagę na klakierów, oklaskiwaczy wynajmowanych, by zapewni powodzenie sztuce teatralnej.
Każda Sława ma swoją klakę, to znaczy swój cień, swoją stronę mistyfikacji, mechanizmu i Nicości (gdyż Nicość jest źródłem wszystkiego).
W zasadzie jeden śmiejący się może pociągnąć za sobą całą salę.
A że nikt nie lubi śmiać się bez powodu ani być przez nikogo do śmiechu sprowokowanym, wszyscy przyznają, że sztuka była bardzo śmieszna [...].
Klaka to żywy pomnik niezdolności tłumu do samodzielnej oceny wartości tego, co słyszy: „Klaka jest dla Sławy Dramatycznej tym, czym były płaczki dla wyrażenia Boleści". V/ tak zwanych prymitywnych społecznościach wynajmowano kobiety, by zamiast rodziny zmarłego płakały w czasie pogrzebu. W ten sposób rodzina zmarłego poprzez innych spełniała swój obowiązek, sama zaś mogła w tym czasie zająć się sprawą pożyteczniejszą: kłótniami o schedę. Należy też wspomnieć o roli chóru w greckiej tragedii. Widzowie przychodzili do teatru z własnymi problemami, nie będąc w stanie okazywać współczucia postaciom scenicznym. Chór jednak współczuł za nich.
Celem Bottoma było zastąpienie klaki solidniejszym przyrządem. Niemały problem stanowiło wzbudzenie w Duszy Publiczności uczucia powodującego, że Duch Większości przejąłby sam od Maszyny wyraz bezmiernej chluby.
Wynaleziona przez Bottoma maszyna jest właściwie samą salą. Każda sztuka, prezentowana w tej sali, staje się arcydziełem
dzięki złoconym putti i balkonowym kariatydom, z ust których wydobywają się teraz dźwięki takie, jak śmiech, szloch i wołanie
o bis. Ponadto zamontowano tam rury z gazem rozweselającym i łzawiącym, balkony z metalowymi pięściami do budzenia publiczności i katapulty do rzucania kwiatów.
A potem zachodzi fascynujące zjawisko, które usprawiedliwia maszynę aplauzu. Jednostki wolą nie sprzeciwiać się opinii publicznej. Każdy pewien jest aksjomatu: „Temu człowiekowi powiodło się, a więc wbrew zawistnym i głupim jest to umysł sławny i zdolny. Naśladujmy go, jeśli możemy, i na wszelki wypadek bądźmy po jego stronie, choćby dlatego, żeby nie wyglądać na durniów". Oto tajemne rozumowanie, jakie unosi się w atmosferze sali.
A więc widz, choćby był najobojętniejszy, słysząc, co się wokół niego dzieje, łatwo da się wciągnąć w ogólne szaleństwo. Inaczej być nie może. I wkrótce zacznie klaskać z całej siły, pełen zaufania: czuje się, jak zawsze, po stronie większości. I więcej robiłby hałasu niż sama maszyna, gdyby to było możliwe, w obawie, by się nie wyróżnić.
Teraz SŁAWA naprawdę pojawia się na sali. I tak iluzoryczna strona Aparatu Bottoma znika, gdyż przechodzi w blask Prawdy. Na dobrą sprawę urządzenie to można by również zastosować w parlamencie...

Nowoczesny rytuał

Quote
W Dniu Królowej panuje ogólna radość, której nikt nie podziela. - Simon Carmiggelt

Czym jest królewskość? Wedle krytyków niczym innym jak pozorem. Według monarchistów o królewskości mówić można, gdy przywołanie domu panującego wystarcza, by wzbudzić w ludziach uczucie szacunku. Według nas królewskość manifestuje się w znakach postrzegalnych dla każdego: pieśniach ludowych, demonstrowaniu flagi, kafelkach.* Im więcej różnorodnych uczuć wywołuje król, tym większa jego królewskość, na tym więcej zasługuje szacunku.
Dysponujemy obecnie udoskonaloną wersją maszyny sławy do oklaskiwania monarchii: telewizją. Czyni ona obecność królewskości w królach całkiem zbędną. Nadal jeszcze w Holandii wyznacza się co roku jedno lub dwa miasteczka, do których w dniu swojego święta przyjeżdża królowa; miasteczka okazująjej cześć w imieniu całego kraju. Wizyta jest bezpośrednio transmitowana w telewizji, ale w zasadzie wystarczy powtarzać codziennie relacje z tych odwiedzin. Wiedząc zaś, że telewizja pokazuje oddawanie hołdu monarchini, możemy ze spokojnym sumieniem wyłączyć telewizor.
Kto więc jest głupi? Skoro każdy to wie, to kto tego nie wie? Głupota, kryjąca się w rytuałach, w zachowaniu stadnym, została przerzucona na telewizję. Telewizja jest głupia za nas: pełni obowiązki, które spajają społeczeństwo. Telewizja jest niepodważalna. Tak oto zapewniona zostaje przyszłość monarchii konstytucyjnej.
Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie opowiadam się przec iw monarchii ani przeciw demokracji, a już zupełnie nie przeciw kombinacji obu rodzajów głupoty w monarchii konstytucyjnej. Nie bronię też irracjonalizmu. Stwierdzam konieczność rytualnych niedorzeczności, które oswajają głupotę, z konieczności tkwiącą w jądrze naszego istnienia. Jest to również sprawa uświadamiania sobie fikcjonalnego charakteru świata. Prawdziwa głupota panuje tam, gdzie wszyscy wszystko uważają za oczywiste.

Appendix: maszyna śmiechu

Funkcję maszyny śmiechu w telewizji wyjaśnia Ziżek zgodnie z tradycją Villiersa. Po co ten śmiech? Po pierwsze, przypomina nam, kiedy się śmiać. Śmiech to obowiązek. Ride si sapis. Śmiejąc się, pokazujesz sąsiadowi, że rozumiesz żart, że jesteś wart jego towarzystwa. Tworzy to więź mądrali. Udajemy, że coś było komiczne i owo udawanie jednoczy wspólnotę.
Ale to nie wszystko, najczęściej bowiem się nie śmiejemy. Katastrofą to jednak nie jest, bo maszyna śmiechu zwalnia nas nawet z obowiązku śmiania - robi to za nas. A więc również wtedy, gdy nie jest nam do śmiechu i senni gapimy się w ekran, i tak później możemy powiedzieć, że bawiliśmy się świetnie za pośrednictwem maszyny. W międzyczasie możemy myśleć o zupełnie innych sprawach, być nieobecni duchem, wybrać się na filozoficzną wycieczkę, współczuć aktorom - wszystko to jest bez znaczenia.
Dewizą Axela, innego bohatera Villiersa de 1'Isle-Adama, było: „Życie - to robią za nas służący". Pomni owej dewizy możemy stwierdzić: śmiech, płacz, okazywanie współczucia - maszyny robią to za nas. Maszyna spełnia głupie rytualne obowiązki, które spajają nasz świat.
Kilka lat temu przeprowadzono zresztą badanie zachowań widzów podczas telewizyjnych seriali komediowych, w których wykorzystano maszynę śmiechu. Wykazały one, iż po filmie widzowie sądzili, że bardzo się śmiali, podczas gdy nagrania wideo, na których ich sfilmowano, pokazały, że było wręcz odwrotnie.
Świat ukazywany w telewizji bierzemy z przymrużeniem oka. Jako oświeceni głupcy rozpieramy się w fotelu. Bycie głupim - to robi za nas świat. My tymczasem możemy być mądrzy za cały świat. Z ironicznym dystansem podziwiamy błazeński spektakl.
Tymczasem ten wielki żart określa nasze działanie i myślenie, łącznie z refleksją, że świat jest głupi, my sami zaś jesteśmy oświeconymi widzami

Nagrody Darwina
Nominacje


Co roku przyznaje się przez internet Nagrody Darwina osobom, które w nieoceniony sposób przyczyniły się do ewolucji, niezamie-rzenie usuwając swoje słabe geny z procesu reprodukcji. Ponieważ zwycięzcami są zawsze zmarli, nagrody nigdy nie wręczono. Od niedawna szanse mają również ci, którzy w efekcie swego głupiego postępku zostali wysterylizowani, wykastrowani lub których rozmnażanie stało się w jakiś inny sposób niemożliwe.
Kandydatów zgłaszać można w następujących kategoriach: sport i rozrywka, praca i firma, broń i materiały wybuchowe, miłość, samobójstwo, polowanie, przestępstwo i kara, ruch drogowy, religia oraz zabiegi medyczne. Laureatami są między innymi:
-   Sześćdziesięcioczteroletni pacjent chory na raka krtani, Abraham Mosley, który w szpitalu na Florydzie chciał zapalić cygaro, wskutek czego ogniem zajął się bandaż wokół jego szyi i piżama. Ponieważ usunięto mu struny głosowe, nie mógł wołać o pomoc i spłonął żywcem w łóżku.
-   Skoczek na bungee, który do skoku przygotował linę o długości równej głębi przepaści, ale zapomniał, że lina jest elastyczna.
-   Przywódca sekty chrześcijańskiej z Los Angeles. Codziennie podejmował próby naśladowania Chrystusa w chodzeniu po wodzie. Zmarł nieoczekiwanie 24 listopada 1999, gdy ćwicząc w wannie, pośliznął się na kawałku mydlą.
- Trzej palestyńczycy . Byli w drodze do Izraela z ładunkami wybuchowymi i przestawili już zegarki na czas zimowy, który w związku z poranną modlitwą wprowadzany jest w Izraelu wcześniej niż gdzie indziej. Bomby nadal były jednak ustawione na czas letni, bo Palestyńczycy na terenach okupowanych odmawiają stosowania tego, co nazywają „czasem syjonistycznym". W rezultacie bomby wybuchły przedwcześnie i terroryści sami siebie wysadzili w powietrze.
- Z lamusa pochodzi hełm strzelecki Alberta B. Pratta z Lyndon (USA). Przygryzając sznur, żołnierz mógł wystrzelić z wbudowanego w hełm rewolweru. Zagadką pozostaje, jak można było udzielić na to patentu, skoro królik doświadczalny, wykonując pierwszy strzał, powinien był skręcić kark. Hełm jest patentowanym środkiem samobójczym.
    Gratulacje dla wszystkich zwycięzców! Przypadki te w groteskowy sposób ilustrują głupotę, która utrzymuje naszą kulturę w ruchu.

Mieszanka wybuchowa

Głupota zmusiła człowieka do rozwijania inteligencji, inteligencja jednak nie stanowi jeszcze gwarancji zachowania gatunku. Mało tego: inteligencja może wręcz dodać sił głupocie. Jak wybuchowa jest to mieszanka, dowodzą wojny. W sposób mniej sensacyjny głupota ujawnia się w uśpionej wojnie domowej na autostradach, której żniwem w samej Holandii jest rocznie ponad 1200 ofiar śmiertelnych, nie wspominając o dziesiątkach tysięcy ciężko rannych. (Nawiasem mówiąc, 70 procent uczestników paraolimpiad to ofiary wypadków drogowych.) Owa chroniczna katastrofa wywołuje mniejsze wrażenie niż jednorazowe spektakularne nieszczęścia w rodzaju katastrofy samolotu.

Wybuchową mieszankę głupoty i inteligencji rozpoznajemy również w ewolucji technologicznej:
-   Niskonikotynowy tytoń podwoił zużycie papierosów.
-   Lampy energooszczędne stosuje się głównie w luksusowym oświetleniu ogrodów.
-   Automobiliści wyposażeni w poduszki powietrzne i zapinający pasy jeżdżą przeciętnie 20 procent szybciej.
-   Budowanie większej liczby autostrad prowadzi do wzmożonego ruchu drogowego; szersze drogi powodują większą liczbę korków.
-   Pasy dla pieszych powiększają liczbę wypadków wśród pieszych.
-Aby kierowcy, zarejestrowani przy przekroczeniu prędkości, nie niszczyli kamer przy drogach, zamontowano kamery obserwujące tamte kamery.
-Im odporniejsza jest konstrukcja aut chroniąca pasażerów, tym trudniej uwolnić rannych z samochodu.
-   Klimatyzacja przyczynia się do efektu cieplarnianego i niszczenia warstwy ozonowej; słowem, ochłodzenie biur prowadzi do ocieplenia atmosfery.
-   Szalone krowy to skutek recyklingu odpadków po uboju.
-   Poprawa warunków zdrowotnych prowadzi do starzenia się społeczeństwa.
-   Po wprowadzeniu komputerów wzrosło w biurach zużycie papieru.
-   Stworzenie elastycznych butów do biegania, odciążających kolana, doprowadziło do szybszego zużywania się stawów biodrowych.
-Aby szybciej rozwiązywać skomplikowane problemy, stworzono oprogramowanie komputerowe. W rezultacie następstwa mniejszych błędów powodują poważniejsze skutki.
-   Domowe filtry do oczyszczania wody okazały się istną wylęgarnią bakterii.
-   Lepsza higiena doprowadziła do większej podatności na infekcje. Skuteczne ograniczenie infekcji bakteryjnych przyczyniło się do wzrostu infekcji wirusowych, takich jak AIDS.
-   Podobno krem z filtrem do opalania wywołuje raka skóry.

Także gdzie indziej przyłapujemy na gorącym uczynku inteligentną głupotę:
-   W Amsterdamie, w związku ze wzmożonym ruchem ulicznym, rodzice nie pozwalają już dzieciom bawić się poza domem; wywożą je więc samochodem za miasto.
-   Tramwaj nr 5, tak zwany w Amsterdamie szybki tramwaj, regularnie bez zatrzymywania się mija przystanki. Wobec skarg pasażerów zakład komunikacji wyjaśnił, że gdyby tramwaj zatrzymywał się wszędzie, by zabrać pasażerów, zakłóciłoby to rozkład jazdy.
-   Restauracja fresków Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej przyciągnęła tylu zwiedzających, że podwyższona wilgotność, tempera tura i zasiarczenie powietrza wywołały w kaplicy niedostrzegalny kwaśny deszcz. Czyszczenie prowadzi do zanieczyszczenia.

Parafrazując słowa piłkarza-mędrca Johana Cruijffa, rzec można: każda zaleta ma wadę.
Groźnej dla życia głupoty nie sposób wyplenić bez likwidacji ludzkości, co byłoby głupotą do kwadratu. Jedyne wyjście to permanentne wymyślanie nowych strategii dla stawiania czoła głupocie. W tej perspektywie głupota jest motorem naszej cywilizacji.

Wyrafinowana głupota

Jednym z najśmielszych forteli w starciu z głupotą jest wypromowanie poświęcenia jako najwznioślejszego wyrazu miłości bliźniego. Nie darmo ważną rolę w większości religii odgrywa męczeństwo: stanowi szczyt głupoty.
Przykładem być mogą mistrzowie głodowania wszystkich epok. W czasach niedostatku człowiek dumny czyni z biedy cnotę. Tym samym głodowanie przyjęto za formę ascezy, słowem -ideał etyczny. Obecnie post stał się ideałem estetycznym, o czym świadczą anorektyczki, paradujące na wybiegu jako wzory piękna: głupota a la mode.
W przypadku, gdy z falsyfikacji czyni się kryterium prawdy naukowej, autodestrukcja przyczynia się do postępu. Naukowiec zobowiązany jest zaopatrzyć eksperyment w opis pozwalający na weryfikację jego teorii.
Zakładamy także idealistyczne fundacje (jak NeCeDo, Ne-derlands Centrum voor Dopingvraagstukken - Holenderskie Centrum Problemów z Dopingiem), które ostatecznie dążą do samorozwiązania.
Według Erazma głupota zmienia się w błogosławieństwo, kiedy człowiek zatraca się w Bogu. Owo mistyczne doświadczenie nie daje się odróżnić od chwilowego obłędu. Mistyk w ekstazie wykracza poza siebie, podobnie jak szaleniec. W zachwycie dusza opuszcza na jakiś czas ciało, aby stopić się z Najwyższym Przedmiotem swojej tęsknoty. Uwielbienie Boga podobne jest do miłości mężczyzny i kobiety: to erotyczne doświadczenie, w którym kochankowie zatracają się, aby w drugiej osobie odnaleźć siebie. W ekstazie spirytualnej chrześcijański kochanek odczuwa przedsmak wiecznej błogości. Erazm wspomina w tym kontekście o erotycznym obłędzie.
Według Erazma boska ekstaza nie jest zastrzeżona wyłącznie dla mistyków, lecz może ją też przeżyć każdy, kto zatraci się podczas czytania książki. Życie egzegety, wybranego i oświeconego przez Ducha Świętego, naznacza zdumienie, spirytualne upojenie i zachwyt. „Dusza zostanie wchłonięta przez owego najwyższego ducha, (...) człowiek przerzuci się poza siebie i szczęścia doznawać będzie jedynie dlatego, że już sam sobą nie będzie, a doznawać będzie czegoś niewypowiedzianego..."

Osioł Buridana
Quote
Stultus semper incipit vivere.

Przede mną stoi koszyk jabłek, z których wolno mi wybrać tylko jedno. Wolność to dokonywanie wyboru, bez nacisku z zewnątrz, po rozważeniu wszystkich za i przeciw. W pewnym momencie muszę jednak przeciąć węzeł, inaczej będzie ze mną jak z osłem Buridana, który zdechł z głodu, bo nie potrafił wybrać między dwoma identycznymi wiązkami siana.
Każdy rozwój zaczyna się od ślepego wyboru, niezgłębionej decyzji, której nie da się wytłumaczyć jako skutku niewątpliwej przyczyny. Zasada racji niedostatecznej - zrobiłem to, bo to zrobiłem, niepowodowany niczym szczególnym - przerywa łańcuch przyczynowy.
Przez ślepy wybór jednego aspektu niezróżnicowanej całości z chaosu wyłania się nowy porządek.

Zamek na lodzie

Quote
Powiedziano kiedyś, że by poruszyć planetę, dość znaleźć punkt oparcia poza nią; tak i ja, pragnąc obalić rozum, który był doskonały, musiałem znaleźć punkt oparcia, a była nim głupota. - Stanisław Lem, Cyberiada

Chodzi o to, by zaobserwować logos w jego irracjonalnym kiełku, zanim nabierze cech logos. Wszelki koncept logiczny, za pomocą którego staramy się opanować rzeczywistość, jest strukturalnie głupi. Każda próba zaprowadzenia sensu w bezsensie to szaleństwo. Ustanawianie porządku jest tegoż nieodwołalnym zakłócaniem. Głupota czepia się logos jak ukryty grzech pierworodny, nieprzerwanie zmuszający człowieka, by się wykazywał. Ledwie zaczyna on myśleć, traci grunt pod nogami i zostaje zmuszony do mozolnej budowy zamków na lodzie.
Tu leży sedno sprawy: nasze myślenie zakotwiczone jest w głupocie, irracjonalnym jądrze, które stanowi warunek zarówno możliwego, jak i niemożliwego, źródło energii i permanentnego zagrożenia naszej egzystencji. Bez głupoty logos by się zawalił. Głupota umożliwia nam osiągnięcie minimum tożsamości, choćby okaleczonej. Słowem, spełnia funkcję pozytywną. Lecz gdy tylko uzyska przewagę, przeobraża się z dobroczynnego impulsu we wszechniszczycielską siłę.
Wyliczono tu części składowe maszyny paradoksu, wielokrotnie uruchamianej w tej książce zgodnie z tradycją ars combinatoria Ramona Lulla i scholastycznej mnemotechniki. Należy też wspomnieć instalację rzeźbiarza Jeana Tinguely'ego, która miała zniszczyć się sama w Homage to New York. Celowe skrócenie żywota dzieła sztuki podważyć miało pryncypia tworzenia dzieł sztuki. W dniu 17 marca 1960 roku w ogrodzie rzeźby przy nowojorskim Museum of Modern Art odbył się pokaz, obrócony w udane fiasko, gdyż olbrzymi mechanizm, złożony z kół rowerowych, łańcuchów i rozebranego fortepianu, zepsuł się przedwcześnie...

Strażnicy u bramy

Nie sposób wyjść poza zamek wiedzy, by stwierdzić, że wzniesiony został na lodzie, i nie popaść przy tym w obłęd. Każda próba ujawnienia głupoty mądrości to niezgłębiona głupota, która myśl samą naraża na ryzyko. Głupota mądrości dostępna jest tylko poprzez absurdy, na których wspiera się myślenie, sofizmaty, żarty i paradoksy.

Kim jestem?

Quote
Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem.
Św. Augustyn, Wyznania

Parafrazując myśl Św. Augustyna o istocie czasu, powiedzieć można: kiedy nikt mnie nie pyta, kim jestem, wiem kim jestem; ale gdy tylko chcę to wytłumaczyć, nie wiem. „Oto sam nie mogę ogarnąć tego wszystkiego, czym jestem! Jestże więc duch zbyt ciasny, by mógł samego siebie objąć w pełnią Gdzie zostaje ta jego część, której on nie obejmuje? Czyż jest ona nie wewnątrz niego, ale gdzieś poza nim? Jakże to w ogóle jest możliwe, że on jej nie obejmuje? Gdy się nad tym zastanawiam, przemożny mnie przenika podziw, a zarazem zdumienie." (Św. Augustyn, Wyznania) Pytanie o własną tożsamość psuje szyki samemu sobie i sam nie wiem, kim jestem, bo pytanie „kim jestem?" mnie zmieniło. Samopoznanie stoi na drodze samopoznaniu.

Beocki Sfinks

„Rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech". Kto nie potrafił rozwiązać zagadki Sfinksa z Teb, lądował w przepaści. Według Edypa odpowiedź brzmiała: człowiek - jako dziecko, jako dorosły i jako starzec. Jego moc nad ludzkością została złamana i Sfinks sam rzucił się w otchłań.
Historię tę odczytuje się jako wyzwolenie z przesądu. Człowiek odkrył samego siebie i to mitologia zapada się w przepaść.
Pytanie, czy odpowiedź Edypa była prawidłowa? Weźmy pod uwagę tragiczne skutki: Teby nawiedziła zaraza, ród Kadmosa wygasł, Edyp zamordował ojca, Jokasta popełniła samobójstwo, gdy odkryła, że wyszła za mąż za własnego syna, ich synowie wymordowali się wzajem, a córkę Antygonę zamurowano żywcem w grobowej krypcie, gdzie się powiesiła. Według niektórych Sfinks nie pytał więc o człowieka, lecz o istotę człowieka.
Rozwiązanie fatalnej zagadki jest podstępem, żartem, przewrotką, przez co pytanie zaczyna funkcjonować jako jedyna odpowiedź: człowiek jest kimś, kto nie potrafi poradzić sobie z potworami i zagadkami, przed jakimi nas one stawiają.
Według Tabula Cebetis Sfinks jest ucieleśnioną głupotą.

Istota człowieka

Quote
Stań się, jakim jesteś! - Pindar

Głupota wzbrania człowiekowi stać się rozsądnym, ale ugruntowuje przy tym jego tożsamość. Bezgraniczne zdziwienie własną głupotą definiuje człowieka jako Homo sapiens. Człowiek kształtuje się we wstydzie, złości i żalu z racji swych niepowodzeń, będących dlań stałym bodźcem, by się wykazać. Człowiek staje się człowiekiem w daremnych próbach udowadniania swojej wartości. Z tego punktu widzenia stanowi brakujące ogniwo między zwierzęciem a człowiekiem.
Tkwimy więc w błędnym kole: człowiek staje się człowiekiem w walce z głupotą, która przeszkadza człowiekowi stać się człowiekiem. Krótko mówiąc, myślenie ma charakter ekstatyczny: nasz umysł kształtuje się w reakcji na głupotę, która jest człowiekowi właściwa, a równocześnie obca. Człowiek z definicji jest poza samym sobą.
Natomiast człowiek niepodzielny jest nie z tego świata. Kto odnalazł samego siebie, jest beznadziejnie stracony niczym kolarz, który załamał się, „pokonawszy samego siebie". Poza doświadczeniem prawie-śmierci (śmierć kliniczna), nie ma niczego bardziej zdumiewającego od doświadczenia prawie-siebie (chwilowa świadomość własnej istoty).

Errare humanum est

Quote
Mam w sobie durnia; trzeba, bym wykorzystał jego błędy. - Paul Valéry, Cahiers 1910

Frazes, iż błądzenie to rzecz ludzka, świadczy pozornie o tolerancji wobec ludzkich słabości, ale w istocie definiuje człowieka: nie odróżnia się on od zwierzęcia przewyższającą je mądrością, lecz głupotą, zdolnością wpadania w sidła własnoręcznie sfabrykowanych iluzji. Inaczej niż osioł, człowiek nieskończoną ilość razy potyka się o ten sam kamień. Nie wyciąga żadnej nauki z historii i jest skazany na ustawiczne powtarzanie tych samych błędów.
Z drugiej strony błędy oraz idące z nimi w parze poczucie wstydu uczyniliśmy filarem Kościoła i publicznej moralności. Nauka przyjęła, że upadki to droga do prawdy. Więcej nawet: nauczyliśmy się cieszyć z wpadek, jakby były to momenty nadzwyczajne. Znajdujemy komfort w dyskomforcie, o czym świadczą komedia i tragedia.

Wpadki

Jednym z najpopularniejszych programów BBC jest Auntie's bloomers, w którym pokazywane są ujęcia do seriali telewizyjnych i wiadomości, których nie wykorzystano, gdyż przewróciła się dekoracja, dziennikarz pomylił tekst albo aktorzy przez nieuwagę potknęli się o próg.
Pozornie program zawdzięcza swoją famę przełamywaniu tabu: odsłanianiu ukrytego udziału niepowodzenia w sukcesie. Wpadki, czyli jak mówią Holendrzy bloopers, straciły jednak swą wywrotową siłę. Wiemy, że za każdym tryumfem kryje się cykl upadków i podźwignięć. Dzięki zdemaskowaniu wzrasta nawet podziw dla rezultatu. Dlatego Tommy Cooper może ujawniać tajemnicę swej magicznej sztuczki, nie mącąc magicznego efektu. Poza tym same gafy stały się już główną atrakcją programu.
Tym, co z kolei zasłaniają bloopers, jest udział bajecznego mechanizmu, który określa, co jest sukcesem, a co nie. By wyobrazić sobie tę nieuchwytną moc, która za kulisami pociąga za sznurki, dość pomyśleć o bezdusznych wynikach oglądalności, przesądzających, co pokaże nam telewizja, choć nikt nie zna testowanych widzów, jacy oceniają dla nas programy.
Jeszcze wyraźniej interwencję głupoty odsłania maszyna śmiechu, produkująca pozbawiony radości śmiech dla podtrzymania iluzji obcowania z komizmem, choć widz nudzi się jak mops.
Maszyna śmiechu odzywa się nawet w trakcie programów o wpadkach, bo producent zwątpił już w ich obnażający charakter. Prowadzić to może do dziwnych spięć. Jedna z najpiękniejszych gaf dotyczyła maszyny śmiechu, która podczas programu humorystycznego włączała się w niewłaściwych momentach. I temu pokazowi towarzyszyła maszyna śmiechu, która śmiała się za nas.
Godną uwagi kategorię stanowią bloopers z seriali komediowych. Mówiąc ściśle, śmiejemy się z nieudanych żartów. Przypomina to dziecko, które nakazuje ojcu się śmiać, a ów, nie widząc żadnego powodu do śmiechu, czuje się rozśmieszony niedorzecznością takiego nakazu.
Ujawnia się tu podskórna mechanika: nie śmiejemy się z żartów, bo są komiczne; żarty zyskują coś komicznego, kiedy się z nich śmiejemy. Zasady i prawa rządzące naszym życiem autorytet zawdzięczają nie słuszności, lecz naszemu baraniemu posłuszeństwu.
Perwersyjny charakter ukrytego porządku ujawnia się też w głupich, bo samozaprzecznych nakazach typu: Będę spontaniczny! Nie myśl o niczym! Przestań być posłuszny!
Mistrzem w zabawie ukrytymi konwencjami był Tommy Cooper. Publiczność śmieje się z głupiego żartu Coopera, na co ten zachęca widzów, by śmiali się jeszcze głośniej, podczas gdy sam niespokojnie zerka za kulisy, jakby jego wyczyny obserwował dyrektor teatru. Po czym publiczność śmieje się z tej zachęty do śmiechu. Spisek ów służy temu, by wywieść w pole człowieka za kulisami, reprezentującego porządek. Komik zawdzięcza swój status śmiechowi, a nie jakości swoich żartów. Śmiech jest obowiązkiem społecznym, a żart stanowi alibi.
Gdy Tommy Cooper umierał na scenie, publiczność zaśmiewała się do łez.
Z jednej strony uwikłani jesteśmy w sieć praw i reguł określających nasze zachowanie; nie dlatego, że są one słuszne czy prawdziwe, ale po prostu dlatego, że są regułami i prawami. Z drugiej strony, ślepo przestrzegając głupich konwencji, rytuałów i auto-matyzmów, możemy wolny umysł zachować dla spraw pożyteczniejszych.

Druga natura

Prawdę mówiąc, cała nasza kultura istnieje dzięki głupocie. Przyjęte zasady utrzymują świat w ruchu pod warunkiem, że ich nie widać. Przyzwyczajenie uwalnia nas od konieczności zastanawiania się nad wszystkim. Bez stałych systemów odniesienia musielibyśmy wciąż na nowo rozważać nasze zmienne sytuacje. Rytuały przyzwoitości, regulujące stosunki społeczne, wybawiają nas od trosk o wzajemne napięcia, dzięki czemu możemy skupić się na rozmowie. A rozmawiamy spontanicznie, postępując ślepo za regułami gramatyki. Retoryka dostarcza frazesów, aby kierować nasze myśli na właściwą drogę. Tymczasem myślenie może rozwinąć się dopiero wtedy, gdy zasady logiki staną się drugą naturą.
Z chwilą, gdy uświadamiamy sobie automatyzmy, nasze myśli tracą swobodę. Pianista myli klawisze, gdy zaczyna myśleć o palcowaniu. Piechur gubi rytm, gdy zaczyna zwracać uwagę na tempo swoich kroków. Głupi nawyk nie udaremnia więc swobodnego rozwoju. Jasna myśl nie utwierdza się przez walkę z rutyną; prawidła działają wyzwalająco, gdy tworzą naszą drugą naturę, w ramach której działamy spontanicznie.
Nasza intelektualna kreatywność rozwijać się może tylko w obrębie konceptualnych ograniczeń. Umysł wznosi się dzięki martwej literze, byle nie zwracać na to uwagi. Słowem, głupota warunkuje nasz umysłowy rozwój.

Głupota hipotetyczna a papier toaletowy

Głupota nie musi nawet istnieć, by odnieść efekt. Kiedyś, przed upadkiem muru berlińskiego, w Bloku Wschodnim brakowało papieru toaletowego, ale w pewnym momencie ku zdumieniu wszystkich okazało się, że w sklepach jest go pod dostatkiem.
Wkrótce potem zaczęła krążyć plotka, że papie


Święta głupota

Nasreddin

Hodża Nasreddin, największy z derwiszów, pan ukrytego skarbu, c
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje