Author Topic: Kim jest John Galt? (Atlas Zbuntowany)  (Read 1592 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Kim jest John Galt? (Atlas Zbuntowany)
« on: (Mon) 17.02.2014, 17:32:47 »
Kim jest John Galt? (Atlas Zbuntowany)

Fragmenty książki "Atlas Zbuntowany" - Ayn rand

(...)
—      Mam na myśli coś znacznie poważniejszego niż pańska opinia o mnie. Ta kobieta i wszyscy jej podobni unikają myśli, o których wiedzą, że są dobre. Pan zaś wypycha ze świadomości myśli, o których pan sądzi, że są złe. Oni czynią to, by uniknąć wysiłku. Pan — bo nie pozwala pan sobie na rozważanie czegokolwiek, co by pana oszczędziło. Oni hołdują swoim emocjom niezależnie od tego, ile przyjdzie im za to zapłacić. Pan poświęca swoje emocje, przede wszystkim płacąc nimi za każdy pojawiający się problem. Oni nie zamierzają znosić niczego. Pan jest gotów znieść wszystko. Oni unikają odpowiedzialności. Pan ją przyjmuje. Czy jednak nie rozumie pan, że podstawowy błąd jest ten sam? Każda odmowa rozpoznania rzeczywistości, z jakiejkolwiek przyczyny, ma kata­strofalne skutki. Nie ma złych myśli, zła może być tylko odmowa myślenia. Proszę nie ignorować własnych pragnień, panie Rearden. Proszę ich nie poświęcać. Proszę zbadać ich przyczynę. Istnieje granica tego, co powinien pan znosić.
(...)

(...)
—      Jeśli chce pan zobaczyć abstrakcyjną zasadę, taką jak moralne postępowanie, w formie materialnej — oto ona. Proszę spojrzeć, panie Rearden. Każdy dźwigar, każda rura, kabel i zawór zostały tam umieszczone dzięki odpowiedzi na pytanie: dobre czy złe? Musiał pan wybrać to, co z punktu widzenia swojej wiedzy uważał pan za najlepsze dla celu, jakim była produkcja stali — a potem poszerzać tę wiedzę i doskonalić się, kierując się wciąż tym samym nadrzędnym celem. Musiał się pan kierować własnym sądem, posiadać umiejętność sądzenia, odwagę pójścia za głosem własnego umysłu i najczystsze, najbardziej niezachwiane oddanie zasadzie czynienia tego, co dobre, najlepsze w granicach pańskich możliwości. Nic nie potrafiło pana zmusić do sprzeciwienia się własnemu sądowi i gdyby ktoś próbował panu wmawiać, że najlepszym sposobem rozpalenia w piecu jest wypełnienie go lodem, uznałby pan, że nie ma racji — a zatem jest zły. Miliony ludzi, cały naród, nie zdołały panu przeszkodzić w produkcji metalu Reardena — bo wiedział pan o jego ogromnej wartości i miał siłę, którą daje taka wiedza. Zastanawiam się jednak, panie Rearden, czy opiera się pan na jednym kodeksie, gdy zajmuje się pan przyrodą, a na innym, gdy ma pan do czynienia z ludźmi?
Rearden wpatrywał się w niego tak intensywnie, że odpowiedział powoli, jakby wysiłek artykułowania słów go rozpraszał:
—      Co pan chce przez to powiedzieć?
—      Oceniał pan każdą cegłę w tym zakładzie na podstawie jej wartości dla pańskiego celu: produkcji stali. Czy równie surowo oceniał pan cel, któremu służy pańska praca i pańska stal? Co pan chce osiągnąć, poświęcając życie produkcji stali? Według jakich norm ocenia pan swoje dni? Dlaczego, na przykład, poświęcił pan dziesięć lat badaniom nad metalem Reardena?
Rearden odwrócił wzrok, zwieszając ramiona, jakby wzdychał z ulgą i rozczarowaniem.
—      Jeśli musi pan o to pytać, nie zrozumiałby pan.
—      Gdybym panu powiedział, że ja to rozumiem, ale pan nie — czy wyrzuciłby mnie pan stąd?
—      Nie zrobiłem tego dotąd, choć powinienem, więc i teraz może pan mówić, co ma pan do powiedzenia.
—      Czy jest pan dumny z Linii Johna Galta?
—      Tak.
—      Dlaczego?
—      Bo to najlepsza Linia, jaką kiedykolwiek zbudowano.
—      Po co pan ją zbudował?
—      Żeby zarobić pieniądze.
—      Istnieją łatwiejsze sposoby zarabiania pieniędzy. Dlaczego wybrał pan najtrudniejszy?
—      Powiedział pan to w swoim przemówieniu na ślubie Taggarta: żeby wymienić swój najwyższy wysiłek na najwyższy wysiłek innych.
—      Czy osiągnął pan ten cel? Na moment zaległa ciężka cisza.
—      Nie — odrzekł Rearden.
—      Czy zarobił pan pieniądze?
—      Nie.
—      Kiedy zdobywa się pan na najwyższy wysiłek, by wyprodukować najlepszy towar, czy oczekuje pan za to nagrody czy kary? — Rearden nie odpowiedział. — Opierając się na wszystkich swoich normach przyzwoitości, honoru, sprawiedliwości — czy jest pan przekonany, że powinien pan zostać nagrodzony?
—      Tak — odrzekł cicho Rearden.
—      Zatem, jeśli zamiast tego został pan ukarany — jaki pan przyjął kodeks? Rearden nie odpowiedział.
—      Przyjmuje się powszechnie — ciągnął Francisco — że gromadzenie się w społeczności ułatwia człowiekowi życie i zapewnia mu bezpieczeństwo, którego by nie miał, gdyby musiał zmagać się samotnie z przyrodą na
bezludnej wyspie. A zatem życie każdego człowieka, który potrzebuje lub w jakiejkolwiek formie używa metalu, stało się łatwiejsze dzięki metalowi Reardena. A czy panu ułatwił on życie?
—      Nie — odrzekł cicho Rearden.
—      Czy pozostawił je takim samym, jakie było przedtem?
—      Nie... — odparł Rearden, milknąc nagle, jakby ugryzł się w język. Głos Francisca uderzył go jak rozkaz:
—      Niech pan to powie!
—      Utrudnił je — rzekł bezbarwnie Rearden.
—      Kiedy czuł pan dumę z szyn Linii Johna Galta — powiedział Francisco miarowym głosem, nadającym słowom bezwzględną wyrazistość — o jakich ludziach pan myślał? Czy pragnął pan, by z Linii korzystali równi panu — giganci energii produkcyjnej, tacy jak Ellis Wyatt, któremu miała pomóc coraz więcej osiągać?
—      Tak — odparł entuzjastycznie Rearden.
—      Czy pragnął pan, by korzystali z niej ludzie, którzy nie potrafią dorównać potędze pańskiego umysłu, lecz dorównują pańskiej uczciwości
—      tacy jak Eddie Willers — ludzie, którzy nigdy nie wynaleźliby pańskiego metalu, ale robią wszystko, co w ich mocy, pracują równie ciężko jak pan, żyją dzięki własnemu wysiłkowi i — jeżdżąc po pańskich szynach — dziękują w myślach człowiekowi, który dał im więcej, niż oni po­trafili dać jemu?
—      Tak — odparł łagodnie Rearden.
—      Czy pragnął pan, by korzystała z niej skomląca hołota, która nigdy nie zdobywa się na żaden wysiłek, nie ma dość talentu, by być referentem, ale żąda zarobków prezesa firmy, dryfuje od porażki do porażki i żąda, by pan płacił jej rachunki, uważa swoje chęci za ekwiwalent pańskiej pracy, a swoje potrzeby za bardziej zasługujące na nagrodę niż pański wysiłek, domaga się, by celem pańskiego życia było służenie jej, by pańska siła była pozbawionym głosu i praw, nie opłacanym i nie wynagradzanym niewolnikiem jej niemocy, uważa, że pański geniusz obliguje pana do poddaństwa, a jej niekompetencja upoważnia ją do rządzenia, że do pana należy dawać, a do niej brać, że do pana należy produkcja, a do niej konsumpcja, że nie należy panu płacić ani w formie materialnej, ani duchowej, ani bogactwem, ani uznaniem, ani szacunkiem, ani wdzięcznością za to, by mogła jeździć po pańskich szynach, szydząc z pana i przeklinając, bo nie jest panu winna nawet jednego ukłonu? Czy tego pan pragnął? Czy to miało być pańską dumą?
—      Prędzej wysadziłbym te szyny w powietrze — szepnął Rearden pobladłymi wargami.
—      Dlaczego zatem pan tego nie zrobi, panie Rearden? Który spośród trzech opisanych przeze mnie rodzajów ludzi jest dziś niszczony, a który korzysta z pańskich szyn?
W ciszy, jaka zaległa, słyszeli odległe bicie serca huty.
—      Do rodzaju, który opisałem ostatni — rzekł Francisco — należy każdy człowiek roszczący sobie prawo do choćby jednego grosza będącego produktem cudzego wysiłku.
Rearden milczał, spoglądając na neon odbijający się w odległych oknach.
—      Jest pan dumny, że pańska wytrzymałość nie zna granic, panie Rearden, gdyż sądzi pan, że postępuje właściwie. A jeśli tak nie jest? Jeśli ofiarowuje pan swoją cnotę złu i pozwala, by stała się narzędziem zniszczenia wszystkiego, co pan kocha, szanuje i podziwia? Dlaczego nie przestrzega pan swoich zasad wśród ludzi, tak jak przestrzega ich pan wśród pieców hutniczych? Pan, nie dopuszczający do najdrobniejszego zanieczyszczenia stopu metalu, pozwolił przeniknąć do swojego kodeksu moralnego czemuś takiemu?
Rearden siedział bez ruchu. Słowa w jego głowie były jak stukot kroków po ścieżce, której poszukiwał. Słowa te brzmiały: przyzwolenie ofiary.
—      Pan, nie poddający się woli przyrody, lecz podbijający ją i zmuszający, by służyła pańskiej przyjemności i wygodzie — co pan pozwolił zrobić ze sobą ludziom? Pan, wiedzący z doświadczenia zawodowego, że karze się tylko błędy — jaką karę i za co zgadza się pan znosić? Przez całe życie był pan potępiany nie za swoje wady, lecz za najwyższe cnoty. Nienawidzono pana nie za błędy, lecz za osiągnięcia. Gardzono panem za te cechy charakteru, z których jest pan najbardziej dumny. Nazywano pana samolubnym, ponieważ miał pan odwagę kierować się własnym sądem i ponosić całkowitą odpowiedzialność za swoje życie. Nazywano pana aroganckim, ponieważ ma pan niezależny umysł. Okrutnym — z powodu pańskiej niezłomnej uczciwości. Aspołecznym — z powodu wizji, która pozwalała panu podążać nie odkrytymi ścieżkami. Bezwzględnym
—      z powodu siły i samodyscypliny, z którą pan dążył do celu. Chciwym
—      z powodu niezwykłej umiejętności pomnażania bogactwa. Pana, poświęcającego niewyobrażalne ilości energii, nazywano pasożytem. Pana, który zmienił zamieszkiwane przez głodujących pustkowia w krainę mlekiem i miodem płynącą, nazywano rabusiem. Pana, utrzymującego ich przy życiu, nazywano wyzyskiwaczem. Pana, najczystszego i najbardziej moralnego pośród wszystkich ludzi, wyszydzano jako „ordynarnego materialistę". Czy przystanął pan, by ich zapytać, jakim prawem? Na mocy jakiego kodeksu? Na podstawie jakiej zasady? Nie, znosił pan to wszystko w milczeniu. Godził się pan z ich kodeksem, zamiast przestrzegać własnego. Wiedział pan, jak niezłomnej moralności potrzeba, by wyprodukować jeden gwóźdź, ale pozwalał nazywać siebie niemoralnym. Wiedział pan, że potrzeba ścisłego systemu wartości, by zmagać się z naturą, sądził jednak, że nie potrzebuje go w kontaktach z ludźmi. Pozostawił pan w ich rękach najbardziej śmiercionośną broń, której istnienia nie podejrzewał pan ani nie rozumiał — ich kodeks moralny. Proszę zadać sobie pytanie, jak bardzo i na jak wiele straszliwych sposobów go pan zaakceptował. Proszę zadać sobie pytanie, czym jest dla ludzkiego życia system wartości, dlaczego nie można bez niego żyć i co się dzieje, gdy akceptuje się błędne kryteria, utrzymujące, że zło jest dobrem. Czy mam panu powiedzieć, dlaczego ciągnie pana do mnie, mimo iż sądzi pan, że powinien mnie potępiać? Bo jestem pierwszym człowiekiem, który dał panu to, co jest panu winien cały świat i czego powinien się pan domagać od wszystkich, zanim zaczyna robić z nimi interesy: uznania moralnego.
Rearden obrócił się ku niemu gwałtownie, ale milczał, jakby mu zaparło dech. Francisco pochylił się do przodu, jakby lądował po niebezpiecznym locie, wlepiając w niego spojrzenie, które, choć nieruchome, wydawało się drżeć z napięcia.
—      Jest pan winien wielkiego grzechu, panie Rearden. Pańska wina jest znacznie większa niż ta, którą panu przypisują, ale i zupełnie inna. Największą winą jest przyjęcie niesłusznych oskarżeń — a pan to robił przez całe życie. Płacił pan szantażystom nie za swoje przywary, lecz cnoty. Był pan gotów nieść ciężar niezasłużonej kary i pozwalać mu, by stawał się tym cięższy, im wyższe są pańskie cnoty. Ale to one utrzymują ludzi przy życiu. Pański kodeks moralny — ten, którym się pan kierował, ale nigdy go nie określił, nie wyraził ani nie bronił — był tym, co pozwala człowiekowi istnieć. Jeśli za to pana karano, czym kierowali się pańscy sędziowie? Pański kodeks był kodeksem życia. Czym zatem jest ich kodeks? Co leży u jego podstaw? Jaki jest jego ostateczny cel? Sądzi pan, że chodzi jedynie o spisek mający na celu zawładnięcie pańskim majątkiem? Pan, który wie, co jest źródłem majątku, powinien rozumieć, że chodzi o coś daleko większego i gorszego. Pyta pan, co jest siłą napędową człowieka? Jest nią jego kodeks moralny. Proszę zadać sobie pytanie, dokąd pana prowadzi ich kodeks i co leży na końcu tej drogi. Gorsze od zamordowania człowieka jest sprzedanie mu samobójstwa pod płaszczykiem aktu cnoty. Gorsze od wrzucenia go do pieca ofiarnego jest żądanie, by wskoczył do niego z własnej woli, a przedtem go wybudował. Przyznają, że to oni pana potrzebują i nie mogą dać nic w zamian. Twierdzą, że musi ich pan utrzymywać, bo nie potrafią bez pana przeżyć. Proszę pomyśleć, jak nieprzyzwoite jest oferowanie przez nich swojej niemocy i potrzeby — faktu, że pana potrzebują — jako uzasadnienia pańskiej udręki. Czy zamierza pan to akceptować? Czy zamierza pan kupować, za cenę swojej olbrzymiej wytrzymałości, za cenę swojego cierpienia — zaspokojenie potrzeb tych, którzy pana niszczą?
—      Nie!
—      Panie Rearden — rzekł Francisco z uroczystym spokojem — gdyby zobaczył pan Atlasa, olbrzyma, który dźwiga na ramionach świat, stojącego z krwią spływającą po piersi, zgiętymi kolanami, drżącymi rękoma, lecz wciąż ostatkiem sił dźwigającego świat, choć ten staje się tym cięższy, im większy jego wysiłek — co by mu pan powiedział?
—      Nie wiem. Co mógłby zrobić? A co pan by mu powiedział?
—      Żeby dał sobie z tym spokój.
(...)

(...)
—      Gdzie byłeś przez ostatnie pięć minut, Henry? — dobiegł go głos Lillian. — A może przez ostatnie sto lat? Nie odpowiedziałeś mi. Nie usłyszałeś ani słowa z tego, co mówiłam.
—      Usłyszałem — odpowiedział cicho. — Nie wiem, co próbujesz osiągnąć.
—      Cóż za pytanie! — wykrzyknęła matka. — Tylko mężczyzna mógł coś takiego powiedzieć. Co próbuje osiągnąć? Próbuje cię uchronić przed więzieniem, ot co.
To może być prawda, pomyślał. Być może, kierując się jakimś prymitywnym, dziecinnym tchórzostwem, próbowała za pomocą złośliwości ochronić go, przywieść do bezpiecznego kompromisu. To możliwe, myślał — wiedział jednak, że w to nie wierzy.
—      Nigdy nie byłeś lubiany — rzekła Lillian — i chodzi o coś dużo większego niż ta konkretna sprawa. Chodzi o tę twoją nieugiętą postawę. Ludzie, którzy będą cię sądzić, wiedzą, co myślisz.
Dlatego właśnie ciebie przyskrzynią, a innego puszczą.
—      Nie, nie sądzę, by wiedzieli, co myślę. Dlatego właśnie muszę im to jutro powiedzieć.
—      Jeśli im nie pokażesz, że jesteś gotów współpracować, nie dadzą ci szans. Za bardzo im wszystko utrudniasz.
—      Ułatwiam.
—      Ale jeśli wsadzą cię do więzienia — zapytała matka — co się stanie z twoją rodziną? Czy pomyślałeś o tym?
—      Nie.
—      Czy pomyślałeś o hańbie, jaką nas okryjesz?
—      Mamo, czy masz pojęcie, o co chodzi w tej sprawie?
—      Nie i wcale mnie to nie obchodzi. To brudne interesy i brudna polityka. Wszystkie interesy to tylko brudna polityka, a cała polityka to brudne interesy. Nigdy nie próbowałam nic z nich zrozumieć. Nie obchodzi mnie, kto ma słuszność, ale uważam, że człowiek powinien przede wszystkim myśleć o rodzinie. Czy wiesz, co się z nami stanie, jeśli zostaniesz skazany?
—      Nie, mamo, nie wiem i nie obchodzi mnie to. Matka patrzyła na niego wstrząśnięta.
—      Uważam, że wszyscy zachowujecie się jak prowincjusze — odezwał się nagle Philip. — Zdaje się, że nikt przy tym stole nie patrzy na sprawę z szerszego, społecznego punktu widzenia. Nie zgadzam się z tobą, Lillian. Nie rozumiem, dlaczego twierdzisz, że ktoś próbuje wrobić Henry'ego i że racja jest po jego stronie. Uważam, że zawinił jak diabli. Mamo, mogę ci w bardzo prosty sposób wytłumaczyć, o co chodzi. W tej sprawie nie ma nic niezwykłego, sądy rozpatrują setki podobnych. Biznesmeni wykorzystują fakt, że kraj znajduje się w kryzysie, i próbują zrobić na tym pieniądze. Dla osobistego zysku łamią przepisy chroniące dobro wszystkich obywateli. Bogacą się dzięki spekulacji, pozbawiając biednych należnego im udziału w dobrach w czasach ogromnej klęski. Kierują się bezwzględną, grabieżczą, antyspołeczną polityką, u podłoża której leży zwykła samolubna chciwość. Wszyscy to wiemy i nie ma potrzeby niczego udawać. Moim zdaniem, to godne pogardy.
Mówił niedbale, od niechcenia, jakby tłumaczył grupce nastolatków rzecz oczywistą; w jego głosie była pewność człowieka, który wie, że jego stanowisko wyrasta z niekwestionowanych aksjomatów moralnych.
Rearden przyglądał mu się, jakby badał ujrzany po raz pierwszy przedmiot. Gdzieś w jego umyśle, niczym miarowy, łagodny, nieubłagany rytm, pobrzmiewał męski głos, mówiący: „Jakim prawem? Na mocy jakiego kodeksu? Na podstawie jakiej zasady?"
—      Philip — rzekł, nie podnosząc głosu — powiedz którąś z tych rzeczy jeszcze raz, a znajdziesz się na ulicy w tej chwili, nie mając nic oprócz tego garnituru i ewentualnych drobnych, które trzymasz w kieszeni.
Nie odpowiedział mu żaden głos, dźwięk ani ruch. Z ciszy, która zapadła, nie przebijało jednak zdumienie tamtych trojga. Na ich twarzach malował się wprawdzie pewien szok, ale nie był to szok wywołany nagłą eksplozją bomby, lecz szok ludzi, którzy wiedzieli, że bawią się zapalonym zapalnikiem. Nie wykrzykiwali, nie protestowali, nie pytali; wiedzieli, że mówi poważnie, i wiedzieli, co to oznacza. Lekkie uczucie mdłości dało mu odczuć, że zrozumieli to o wiele wcześniej niż on sam.
—      Ty chyba... nie wyrzuciłbyś na ulicę własnego brata, Henry? — zapytała w końcu matka. W jej głosie nie było żądania, lecz błaganie.
—      Wyrzuciłbym.
—      Ale to twój brat... Czy ten fakt nic dla ciebie nie znaczy?
—      Nie.
—      Może czasami posuwa się odrobinę za daleko, ale to tylko takie gadanie, nowoczesny slang. On nawet nie wie, co mówi.
—      Więc niech się dowie.
—      Nie bądź dla niego surowy... Jest od ciebie młodszy i... słabszy. On... Henry, nie patrz tak na mnie! Jeszcze cię takiego nie widziałam. Nie wolno ci go straszyć. Wiesz, że cię potrzebuje.
—      A czy on o tym wie?
—      Nie możesz tak surowo traktować człowieka, który cię potrzebuje. Do końca życia będzie cię gryzło sumienie.
—      O to się nie martw.
—      Musisz być życzliwy, Henry.
—      Nie jestem.
—      Musisz mieć trochę litości.
—      Nie mam.
—      Dobry człowiek potrafi wybaczać.
—      Ja nie.
—      Chyba nie chcesz, żebym pomyślała, że jesteś samolubny.
—      Jestem.
Philip wodził wzrokiem od jednego rozmówcy do drugiego. Wyglądał jak ktoś, kto był pewien, że stoi na twardej skale, gdy nagle odkrył, że ma pod stopami cienki lód, który właśnie zaczyna pękać.
—      Ale ja... — zaczął i umilkł. Jego głos brzmiał jak kroki człowieka badającego wytrzymałość lodu. — Chyba wolno mi mówić, co myślę?
—      W swoim własnym domu. Nie w moim.
—      Czy nie mam prawa mieć własnych poglądów?
—      Własnym kosztem. Nie moim.
—      Nie tolerujesz żadnych opinii z wyjątkiem swojej własnej?
—      Nie wtedy, gdy płacę rachunki.
—      Czy wszystko sprowadza się do pieniędzy?
—      Tak. Do faktu, że są to moje pieniądze.
—      Nie sądzisz, że należałoby wziąć po uwagę także wyż... — chciał powiedzieć „wyższe cele", ale zmienił zdanie — inne aspekty?
—      Nie.
—      Przecież nie jestem twoim niewolnikiem.
—      A ja jestem twoim?
—      Nie wiem, co... — Zamilkł. Wiedział, co Rearden ma na myśli.
—      Nie — rzekł Rearden. — Nie jesteś moim niewolnikiem. Możesz opuścić mój dom, kiedy tylko zechcesz.
—      Nie... nie to miałem na myśli.
—      A ja tak.
—      Nie rozumiem...
—      Czyżby?
—      Zawsze wiedziałeś, jakie mam... poglądy. Nigdy dotąd nie protestowałeś.
—      To prawda — rzekł z powagą Rearden. — Być może jestem ci winien wyjaśnienie, jeśli wprowadziłem cię w błąd. Nigdy nie próbowałem ci przypominać, że żyjesz z mojej jałmużny. Sądziłem, że sam powinieneś o tym pamiętać. Sądziłem, że każda istota ludzka, która przyjmuje po­moc innej, wie, że ofiarodawcą kieruje wyłącznie dobra wola, i odpłaca mu się swoją dobrą wolą. Teraz jednak widzę, że się myliłem. Otrzymując jedzenie za darmo, uznałeś, że na uczucia także nie trzeba zasługiwać. Uznałeś mnie za osobę, którą najbezpieczniej będzie opluwać, właśnie dlatego, że miałem cię w garści. Uznałeś, że nie będę ci o tym przypominał w obawie przed zranieniem twoich uczuć. Postawmy zatem sprawy jasno: jesteś odbiorcą zapomóg, którego kredyt dawno się wyczerpał. Wszelkie uczucia, jakie mogłem do ciebie żywić, dawno wygasły. Twój los i twoja przyszłość są mi najzupełniej obojętne. Nie mam powodu chcieć cię żywić. Jeśli odejdziesz z tego domu, nie będzie mnie obchodziło, czy głodujesz czy nie. Przedstawiłem ci twoje położenie i oczekuję, że będziesz o nim pamiętał, jeśli chcesz tu zostać. A jeśli nie — droga wolna.
Jedyną reakcją Philipa było lekkie wciśnięcie głowy w ramiona.
—      Nie wyobrażaj sobie, że mieszkanie tu sprawia mi przyjemność — odezwał się wysokim, nieprzyjemnym głosem, przywodzącym na myśl raczej automat niż istotę ludzką. — Jeśli sądzisz, że jestem szczęśliwy, mylisz się. Wszystko bym dał, żeby się stąd wyrwać. — Słowa, które wy­powiadał, można by uznać za wojownicze, ale w głosie była jakaś dziwna ostrożność. — Jeśli tak podchodzisz do sprawy, najlepiej będzie, kiedy odejdę. — Było to stwierdzenie, ale intonacja uczyniła z niego pytanie. Nie otrzymał odpowiedzi. — Nie musisz się martwić o moją przyszłość. Niepotrzebne mi niczyje przysługi. Sam sobie poradzę. — Mówił do Reardena, ale patrzył na matkę. Milczała, bojąc się poruszyć. — Zawsze chciałem żyć na własny rachunek. Zawsze chciałem mieszkać w Nowym Jorku, blisko wszystkich swoich przyjaciół. — Mówił coraz wolniej, wreszcie umilkł, by po chwili dodać refleksyjnie, jakby kierował te słowa do samego siebie: — Oczywiście, trudno by mi było utrzymać pozycję społeczną... To nie moja wina, że będę musiał się wstydzić z powodu nazwiska kojarzącego się z pewnym milionerem... Przez pierwszy rok czy dwa będę potrzebował pieniędzy, żeby się ustawić w sposób odpowiadający mojej...
—      Ode mnie ich nie dostaniesz.
—      Przecież cię o nie nie proszę, prawda? Nie wyobrażaj sobie, że nie mógłbym ich zdobyć gdzie indziej, gdybym zechciał! Nie wyobrażaj sobie, że nie mógłbym odejść! Gdyby chodziło tylko o mnie, odszedłbym w tej chwili. Ale mama mnie potrzebuje, a gdybym ją zostawił...
—      Nie tłumacz się.
—      Poza tym źle mnie zrozumiałeś, Henry. Nie zamierzałem cię obrażać. To nie było nic osobistego. Rozpatrywałem jedynie ogólną wizję polityczną z abstrakcyjnego, socjologicznego punktu widzenia, który...
—      Nie tłumacz się — rzekł Rearden. Patrzył Philipowi w twarz. Głowa tamtego była lekko opuszczona, oczy jednak patrzyły na Reardena. Były puste, jakby nic nie widziały; nie było w nich iskry podniecenia, żadnego osobistego uczucia ani buntu, ani żalu, ani wstydu, ani cierpienia; były po prostu dwoma zamazanymi owalami, nie zawierającymi odzewu na rzeczywistość ani próby jej zrozumienia, rozważenia, wydania sprawiedliwego sądu; owalami, w których widniała jedynie tępa, bezmyślna nienawiść. — Nie tłumacz się. Milcz.
W odrazie, która zmusiła Reardena do odwrócenia głowy, był jakiś skurcz litości. Przez moment miał ochotę chwycić brata za ramiona, potrząsnąć nim, krzyknąć: „Jak mogłeś upaść tak nisko?! Jak mogłeś osiągnąć stadium, w którym tylko tyle z ciebie zostało?! Dlaczego pozwoliłeś odejść czemuś tak wspaniałemu jak swoje własne życie?!..." Odwrócił głowę. Wiedział, że to na nic. Z pełną znużenia pogardą odnotował, że jego współbiesiadnicy milczą. Przez wszystkie minione lata w odpowiedzi na swoją troskę o nich otrzymywał jedynie pełne złośliwej wyższości wymówki. Gdzie się teraz podziała ich wyższość? Nadszedł moment, w którym powinni bronić swojego kodeksu sprawiedliwości — o ile sprawiedliwość w ogóle wchodziła w zakres ich kodeksu. Dlaczego teraz nie rzucali mu w twarz wszystkich tych oskarżeń o okrucieństwo i egoizm, które przyzwyczaił się akceptować niczym niemilknący chórek towarzyszący jego życiu? Co pozwalało im przez tyle lat to robić? Wiedział, że słowa, które słyszy w głowie, są kluczem do rozwiązania zagadki: przyzwolenie ofiary.
(...)

(...)
—      Wiesz, Dagny, Święto Dziękczynienia zostało ustanowione przez ludzi produktywnych w celu uczczenia ich dokonań.
Jego ręka z kieliszkiem powędrowała w kierunku portretu — Dagny — jego samego — wreszcie skierowała się ku budynkom miasta za oknem.
Przez ostatni miesiąc ludzie, którzy teraz wypełniali salę rozpraw, byli przygotowywani przez prasę na to, że zobaczą człowieka, który jest chciwym wrogiem społeczeństwa. Zamiast tego ujrzeli człowieka, który wynalazł metal Reardena.
Powstał na wezwanie sędziów. Miał szary garnitur, jasnoniebieskie oczy i jasne włosy — ale to nie barwy sprawiały, że jego postać wydawała się lodowato nieskazitelna, lecz fakt, iż garnitur miał w sobie kosztowną prostotę, z którą rzadko się w owych czasach obnoszono; należał do ascetycznego luksusu biura wielkiej korporacji, a postawa jego właściciela pochodziła z cywilizowanej epoki i nie pasowała do tego miejsca.
Zebrani wiedzieli z gazet, że ten człowiek jest wcieleniem zła, członkiem wyklętej kasty bezwzględnych bogaczy, więc — jako że sławili cnotę czystości, po czym pędzili na film reklamowany przez plakaty przedstawiające półnagą kobietę — przybyli tu, by mu się przyjrzeć: zło przynajmniej nie miało w sobie tej jałowej beznadziei banału, w który nikt nie wierzył i którego nikt nie śmiał kwestionować. Patrzyli na niego bez podziwu —już dawno zatracili zdolność do takiego uczucia —jedynie z ciekawością i mglistym poczuciem buntu przeciwko tym, którzy im powiedzieli, że mają obowiązek go nienawidzić.
Kilka lat wcześniej szydziliby z jego pewności siebie i obnoszenia się z bogactwem. Tego dnia jednak szare niebo za oknami sali rozpraw zapowiadało pierwszą śnieżycę długiej, mroźnej zimy; wyczerpywały się ostatnie źródła ropy w kraju, a kopalnie węgla nie potrafiły sprostać histerii związanej z gromadzeniem zapasów na zimę. Zebrani na sali pamiętali, że to właśnie ten proces pozbawił ich usług Kena Danaggera. Szerzyła się plotka, że produkcja Danagger Coal Company znacznie spadła w ciągu jednego miesiąca. Gazety twierdziły, że jest to stan chwilowy, spowodo­wany reorganizacją, którą rozpoczął kuzyn Danaggera po przejęciu firmy. W zeszłym tygodniu na pierwszych stronach gazet pojawiły się opowieści o katastrofie na placu budowy nowego osiedla mieszkaniowego: wadliwe stalowe dźwigary załamały się, zabijając czterech robotników. W gaze­tach nie wspomniano o tym, ale wszyscy wiedzieli, że stal została wyprodukowana przez Orren Boyle Associated Steel.
Siedzieli w sali rozpraw w niezręcznej ciszy, patrząc na wysoką, szarą sylwetkę nie z nadzieją — tracili już zdolność do odczuwania nadziei — lecz z beznamiętną neutralnością, z ledwo dostrzegalnym śladem znaku zapytania. Znak zapytania widniał na wszystkich szlachetnych hasłach, którymi od lat ich karmiono.
Gazety wykrzykiwały, że przyczyną kłopotów, w jakich znalazł się kraj, jest — co demonstruje niniejszy przykład — samolubna chciwość bogatych przemysłowców; że to właśnie ludzie pokroju Hanka Reardena są odpowiedzialni za malejącą produkcję żywności, spadającą temperaturę i pękające dachy; że gdyby nie ludzie, którzy łamią przepisy i mieszają szyki rządowi, kraj dawno już wyszedłby z kryzysu, i że ludziom pokroju Hanka Reardena chodzi wyłącznie o osobisty zysk. Tego ostatniego nie wyjaśniano, jak gdyby było oczywiste, że słowa „osobisty zysk" są synonimem naj straszliwszego zła.
Publiczność pamiętała, że niecałe dwa lata wcześniej te same gazety wykrzykiwały, iż powinno się zakazać produkcji metalu Reardena, bo jego producent przez swoją chciwość stwarza zagrożenie dla życia ludzkiego. Pamiętała, że ten człowiek w szarym garniturze jechał w kabinie pierwszej lokomotywy, jaka wyruszyła w trasę po szynach z jego metalu, i że teraz sądzi się go za zbrodniczą chęć wydarcia społeczeństwu partii metalu, który wcześniej mu zaoferował, kierując się równie zbrodniczą chciwością.
Zgodnie z procedurą ustanowioną przez rozporządzenia tego rodzaju spraw nie rozstrzygała ława przysięgłych, lecz zespół trzech sędziów mianowanych przez Biuro Planowania Gospodarczego i Zasobów Krajowych. Miało się to odbywać w sposób nieoficjalny i demokratyczny. Wyniesiono więc ze starej sali rozpraw w Filadelfii ławę sędziowską, zastępując ją stołem ustawionym na drewnianej platformie. Sala wyglądała dzięki temu, jakby odbywał się w niej wykład dla osób opóźnionych w rozwoju.
Jeden z sędziów, występujący jako prokurator, odczytał akt oskarżenia. — Może pan teraz wygłosić oświadczenie w swojej obronie — obwieścił.
Stojąc twarzą do platformy, Rearden odpowiedział bardzo wyraźnym, pozbawionym modulacji głosem:
—      Nie mam nic do powiedzenia.
—      A zatem... — Sędzia zająknął się; nie oczekiwał, że pójdzie tak łatwo. — A zatem zdaje się pan na łaskę sądu?
—      Nie uznaję prawa tego sądu do sądzenia mnie.
—      Co?
—      Nie uznaję prawa tego sądu do sądzenia mnie.
—      Ależ, panie Rearden, ten sąd został prawnie ustanowiony dla sądzenia tego rodzaju zbrodni.
—      Nie uznaję swoich działań za zbrodnię.
—      Przyznał się pan przecież do złamania przepisów kontrolujących sprzedaż pańskiego metalu.
—      Nie uznaję waszego prawa do kontrolowania sprzedaży mojego metalu.
—      Czy muszę panu mówić, że pańskie uznanie nie było nam potrzebne?
—      Nie. Jestem tego w pełni świadom i kieruję się tą świadomością.
Zauważył, że sala znieruchomiała. Zgodnie ze skomplikowanymi regułami spektaklu, który ci ludzie odgrywali przed sobą nawzajem, powinni uznać jego stanowisko za niezrozumiałą fanaberię, reagując na nie zdumieniem i szyderstwem. Oni jednak siedzieli nieruchomo. Rozumieli.
—      Chce pan przez to powiedzieć, że odmawia podporządkowania się prawu? — zapytał sędzia.
—      Nie. Podporządkowuję się prawu — w sensie dosłownym. Wasze prawo stwierdza, że moim życiem, pracą i własnością można dysponować bez mojej zgody. A zatem możecie zrobić ze mną, co chcecie, bez mojego udziału. Nie będę udawał, że się bronię, skoro żadna obrona nie jest moż­liwa. Nie zamierzam umacniać iluzji, że mamy do czynienia z uczciwym sądem.
—      Ależ, panie Rearden, prawo wyraźnie stwierdza, że należy dać panu możliwość przedstawienia swojego stanowiska i obrony swoich racji.
—      Więzień oddany pod sąd może się bronić jedynie wtedy, gdy istnieje obiektywna, uznawana przez jego sędziów zasada sprawiedliwości, gwarantująca mu nienaruszalne prawa, na które może się powołać. Prawo, na mocy którego mnie sądzicie, głosi, że nie istnieją zasady, nie posiadam praw i możecie ze mną zrobić, co wam się żywnie podoba. Proszę bardzo. Róbcie to.
—      Panie Rearden, prawo, które pan neguje, służy najwyższej zasadzie — zasadzie dobra publicznego.
—      Co to jest dobro publiczne? Kto się kryje pod określeniem „publiczny"? Były czasy, gdy uważano, że pojęcie dobra należy definiować jako system wartości moralnych i że nikomu nie wolno dążyć do własnego dobra, gwałcąc cudze prawa. Skoro teraz uważa się, że moi współbracia mogą złożyć mnie w ofierze w dowolnej formie w imię czegoś, co uważają za własne dobro — cokolwiek to jest — skoro wierzy się, że mogą zawładnąć moją własnością tylko dlatego, że jej potrzebują— cóż, tak samo postępuje złodziej. Różnica jest taka, że złodziej nie prosi mnie, bym usankcjonował jego czyn.
Pewna liczba krzeseł w bocznej nawie została zarezerwowana dla ważnych gości, którzy przybyli na proces z Nowego Jorku. Dagny siedziała bez ruchu, a jej twarz nie zdradzała nic poza uroczystym skupieniem kogoś, kto wie, iż słowa, którym się przysłuchuje, będą odtąd wyznaczać kurs jego życia. Obok niej siedział Eddie Willers. James Taggart nie przyjechał. Paul Larkin siedział przygarbiony, z twarzą wysuniętą do przodu jak pysk zwierzęcia; malował się na niej strach, z wolna przechodzący w zajadłą nienawiść. Siedzący obok niego pan Mowen miał w sobie więcej niewinności i mniej zrozumienia. Jego strach był bardziej zwyczajny, a oburzenie — szczere.
—      Boże, co on narobił! — szepnął do Larkina. — Jeszcze trochę i przekona cały kraj, że wszyscy biznesmeni są wrogami dobra publicznego!
—      Czy mamy rozumieć — zapytał sędzia — że stawia pan własne interesy ponad interesami społeczeństwa?
—      Uważam, że takie pytanie może paść jedynie w społeczeństwie ludożerców.
—      Co... co pan chce przez to powiedzieć?
—      Uważam, że nie istnieje konflikt interesów pomiędzy ludźmi, którzy nie żądają tego, na co nie zapracowali, i nie składają siebie nawzajem w ofierze.
—      Czy mamy rozumieć, że skoro społeczeństwo uważa za konieczne ograniczyć pańskie zyski, nie uznaje pan jego prawa do tego?
—      Ależ skąd, uznaję. Społeczeństwo może ograniczyć moje zyski w każdej chwili — przestając kupować mój produkt.
—      Mam na myśli... inne metody.
—      Każda inna metoda ograniczania zysku jest metodą grabieżcy — i tylko tak mogę ją traktować.
—      Panie Rearden, to chyba nie jest dobra linia obrony.
—      Powiedziałem już, że nie zamierzam się bronić.
—      Ależ to niesłychane! Czy zdaje pan sobie sprawę z powagi oskarżenia?
—      Nie zastanawiam się nad tym.
—      Czy zdaje pan sobie sprawę z możliwych konsekwencji swojej postawy?
—      W pełni.
—      Sąd uważa, że fakty przedstawione przez oskarżenie nie upoważniają go do pobłażliwości. Czy zdaje pan sobie sprawę, że mamy prawo wymierzyć panu niezmiernie surową karę?
—      Proszę bardzo?
—      Słucham?
—      Wymierzcie ją.
Trzej sędziowie popatrzeli na siebie, po czym ich rzecznik ponownie zwrócił się do Reardena.
—      To bezprecedensowe — rzekł.
—      To zupełnie nietypowe — dodał drugi sędzia. — Prawo wymaga, by wygłosił pan mowę obronną. W przeciwnym razie musi pan oświadczyć, że zdaje się na łaskę sądu.
—      Nie.
—      Ależ musi pan!
—      Chce pan powiedzieć, że mam to zrobić z własnej woli?
—      Tak.
—      Nic z tych rzeczy.
—      Ale prawo wymaga, by strona pozwanego była reprezentowana w protokole!
—      Chce pan przez to powiedzieć, że bez mojej pomocy procedura nie będzie zgodna z prawem?
—      No, nie... tak... to znaczy, protokół będzie niepełny.
—      Nie pomogę wam.
Trzeci i najmłodszy sędzia, występujący jako oskarżyciel, wykrzyknął niecierpliwie:
—      To żałosne i niesprawiedliwe! Chce pan, żeby wyglądało na to, że człowiek o pańskiej pozycji został skazany bez... — Umilkł. Gdzieś w głębi sali rozległ się przeciągły gwizd.
—      Chcę — rzekł z powagą Rearden — by niniejsza procedura wyglądała dokładnie na to, czym jest. Jeśli potrzebujecie mojej pomocy, by to ukryć — nie udzielę jej wam.
—      Ależ my właśnie dajemy panu szansę obrony, a pan ją odrzuca!
—      Nie pomogę wam w udawaniu, że mam jakąś szansę. Nie pomogę wam zachować pozorów działania zgodnego z prawem tam, gdzie nie uznaje się żadnych praw. Nie pomogę wam zachować pozorów racjonalności, biorąc udział w debacie, w której ostatecznym argumentem jest karabin. Nie pomogę wam udawać, że wymierzacie sprawiedliwość.
—      Ale prawo obliguje pana do dobrowolnej obrony! Gdzieś w głębi sali rozległ się śmiech.
—      W tym właśnie leży słabość waszej teorii, panowie — rzekł z powagą Rearden — a ja nie pomogę wam poradzić sobie z nią. Jeśli decydujecie się używać wobec ludzi przymusu, czyńcie to. Odkryjecie jednak, że dobrowolna współpraca ofiar jest wam o wiele bardziej niezbędna, niż w tej chwili sądzicie. A wasze ofiary powinny odkryć, że to ich zgoda — której nie możecie wymusić — umożliwia wam istnienie. Będę konsekwentny i podporządkuję się wam w sposób, jakiego żądacie. Zrobię wszystko, czego zażądacie — pod lufą karabinu. Jeśli skażecie mnie na więzienie, będziecie musieli przysłać uzbrojonych ludzi, by mnie tam powlekli — sam nie ruszę się z miejsca. Jeśli skażecie mnie na grzywnę, będziecie musieli zabrać mi siłą moją własność — sam jej nie oddam. Jeśli uważacie, że macie prawo mnie zmuszać, otwarcie używajcie broni. Nie pomogę wam zakamuflować charakteru waszych działań.
Najstarszy sędzia przechylił się przez stół i rzekł z lekką drwiną:
—      Mówi pan, jakby walczył o jakąś zasadę, panie Rearden, ale przecież tak naprawdę walczy pan tylko o swoją własność, prawda?
—      Oczywiście. Walczę o swoją własność. A czy pan wie, jaka zasada się za tym kryje?
—      Robi pan z siebie orędownika wolności, a chodzi panu jedynie o wolność robienia pieniędzy.
—      Oczywiście. Wszystko, czego pragnę, to wolność robienia pieniędzy. A czy pan wie, jaka wolność się za tym kryje?
—      Panie Rearden, chyba nie chce pan wzbudzić swoją postawą nieporozumień. Nie chce pan potwierdzić szeroko rozpowszechnionego mniemania, iż jest pan człowiekiem pozbawionym sumienia społecznego, nie troszczącym się o dobro innych i dbającym jedynie o osobisty zysk.
—      Pracuję wyłącznie dla osobistego zysku. Zarabiam.
W szeptach, które odezwały się w tłumie, nie było oburzenia, lecz zdumienie. Sędziowie milczeli. Rearden kontynuował spokojnie:
—      Nie, nie chcę wzbudzić moją postawą nieporozumień. Z radością przedstawię swoje stanowisko. Całkowicie się zgadzam z faktami, które przytaczają na mój temat gazety. Z faktami — ale nie z ich oceną. Pracuję wyłącznie dla osobistego zysku. Czerpię go ze sprzedaży ludziom potrzebnego im towaru, za który chcą i mogą zapłacić. Nie wytwarzam go dla nich własnym kosztem, a oni nie kupują go dla mnie swoim kosztem. Nie poświęcam własnych interesów na ich korzyść, a oni nie poświęcają swoich na moją. Prowadzimy interesy jak równy z równym, za obopólną zgodą i dla obopólnej korzyści — i jestem dumny z każdego grosza, jaki w ten sposób zarobiłem. Jestem bogaty i dumny z każdego grosza, jaki posiadam. Zbiłem fortunę własnym wysiłkiem, dzięki wolnej wymianie i za zgodą każdego człowieka, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia — od pracodawców, którzy mnie zatrudniali, gdy zaczynałem, poprzez tych, którzy teraz dla mnie pracują, po moich klientów. Odpowiem na wszystkie pytania, które boicie się otwarcie mi zadać. Czy zamierzam płacić moim pracownikom więcej, niż warte są dla mnie ich usługi? Nie. Czy zamierzam sprzedawać swój produkt po cenie niższej, niż moi klienci są gotowi za niego zapłacić? Nie. Czy zamierzam sprzedawać go ze stratą albo oddawać za darmo? Nie. Jeśli to jest złe, róbcie ze mną, co I chcecie, na swoich zasadach. Moje przedstawiłem. Zarabiam na życie, tak, jak musi to czynić każdy uczciwy człowiek. Odmawiam poczytania za winę faktu swojego istnienia i faktu, że muszę pracować, by na nie zarobić. Odmawiam poczytania za winę faktu, że potrafię to robić i że robię to i dobrze. Odmawiam poczytania za winę faktu, iż robię to lepiej niż większość ludzi — faktu, iż moja praca warta jest więcej niż praca moich konkurentów i że jest więcej ludzi gotowych mi płacić. Nie zamierzam przepraszać za swój talent, za swój sukces ani za swoje pieniądze. Jeśli to jest złe, ograbcie mnie. Jeśli społeczeństwo uważa, że szkodzi to jego interesom, niech mnie zniszczy. Taki jest mój kodeks — i nie uznaję żadnego innego. Mógłbym wam powiedzieć, że zrobiłem dla innych więcej dobrego, niż wy moglibyście dokonać w najśmielszych marzeniach — ale nie powiem tego, bo nie muszę się posługiwać pojęciem cudzego dobra, by usankcjonować swoje prawo do istnienia, ani też nie uważam cudzego dobra za usprawiedliwienie przejęcia mojej własności ani zniszczenia mi życia. Nie powiem, że celem mojej pracy było dobro innych — było nim moje własne dobro i gardzę ludźmi, którzy poświęcają swoje. Mógłbym wam powiedzieć, że nie służycie dobru publicznemu — że nie można osiągnąć niczyjego dobra poprzez poświęcenie kogoś innego — że gwałcąc prawa jednego człowieka, gwałcicie prawa wszystkich, a społeczeństwo złożone z istot pozbawionych praw jest skazane na zniszczenie. Mógłbym wam powiedzieć, że nie osiągniecie nic poza totalnym spustoszeniem — jak każdy grabieżca, któremu skończyły się ofiary. Mógłbym to powiedzieć, ale nie powiem. Nie rzucam bowiem wyzwania waszym praktykom, lecz waszym aksjomatom moralnym. Gdyby prawdą było, że ludzie mogą osiągnąć dobro poprzez składanie ofiar z innych ludzi i poproszono by mnie o poświęcenie się dla dobra stworzeń, które chcą przetrwać kosztem mojej krwi, gdyby mnie poproszono, abym służył interesom społeczeństwa, a te interesy nie byłyby moimi, nie brałyby ich pod uwagę i byłyby z nimi sprzeczne, odmówiłbym. Odrzuciłbym to jako najbardziej godne potępienia zło, walczyłbym z tym na wszelkie dostępne mi sposoby, walczyłbym z całą ludzkością o choćby jedną minutę swojego życia, z pełnym przekonaniem, że moja sprawa jest słuszna i że żywa istota ma prawo do istnienia. Nie chcę żadnych nieporozumień. Jeśli tak zwane społeczeństwo uważa, że jego dobro wymaga ofiar, mogę tylko powiedzieć: do diabła ze społeczeństwem, ja nie wezmę w tym udziału! Tłum wybuchł aplauzem. Rearden odwrócił się, bardziej zdumiony niż sędziowie. Widział roześmiane, dziko podniecone twarze błagające o pomoc, milczącą rozpacz, która teraz wyrwała się na wolność, gniew i oburzenie równe jego własnym, znajdujące ujście w szaleństwie wiwatów; patrzył na twarze przepełnione podziwem i nadzieją. Pomiędzy nimi można było dostrzec twarze młodzieńców o obwisłych wargach i niechlujnych dziewcząt, z gatunku tych, którzy kwitują gwizdami każde pojawienie się biznesmena w kronice filmowej. Nie przystępowali jednak do kontrataku. Milczeli.
Kiedy spoglądał na tłum, ludzie ujrzeli w jego twarzy coś, czego nie zdołały wywołać groźby sędziów — pierwsze oznaki emocji.
Dopiero po dłuższej chwili usłyszeli wściekłe bicie młotka o stół i wrzask jednego z sędziów:
—      ...bo każę opróżnić salę!
Odwracając się z powrotem do stołu, Rearden zahaczył wzrokiem o trybunę dla gości. Na moment
—      tak krótki, że dostrzegalny tylko dla niej — zatrzymał spojrzenie na twarzy Dagny, jakby chciał powiedzieć: „To działa". Wydawała się spokojna; tylko jej oczy były jakby za duże w stosunku do reszty twarzy. Eddie Willers uśmiechał się tym rodzajem uśmiechu, którym mężczyzna zastępuje łzy. Pan Mowen wydawał się oszołomiony. Paul Larkin miał wzrok utkwiony w podłodze. Twarz Bertrama Scuddera nie wyrażała nic; podobnie twarz Lillian. Ta ostatnia siedziała na brzegu ławki, założywszy nogę na nogę, w szalu z norek ciągnącym się od prawego ramienia po lewe biodro; siedziała nieruchomo, patrząc na Reardena.
Z mętliku miotających nim uczuć zdołał wyłowić odrobinę żalu i tęsknoty. Od początku sesji rozglądał się za pewną twarzą, mając nadzieję, że ją ujrzy, i pragnąc tego bardziej niż obecności na sali kogokolwiek innego. Francisco d'Anconia nie przybył jednak na rozprawę.
—      Panie Rearden — rzekł najstarszy sędzia, uśmiechając się przyjaźnie, z wymówką, i rozkładając ręce — z żalem stwierdzamy, że kompletnie nas pan nie zrozumiał. W tym cały kłopot — biznesmeni odmawiają nam swego zaufania i przyjaźni. Wydają się sądzić, że jesteśmy ich wro­gami. Dlaczego mówi pan o składaniu ofiar z ludzi? Dlaczego posuwa się pan do takich skrajności? Nie mamy zamiaru przejmować pańskiej własności ani niszczyć panu życia. Nie sądzę, byśmy szkodzili pańskim interesom. Jesteśmy w pełni świadomi pańskich wybitnych osiągnięć. Naszym celem było jedynie zrównoważenie obciążeń społecznych i powszechna sprawiedliwość. To przesłuchanie właściwie nie było pomyślane jako rozprawa, lecz jako przyjacielska dyskusja mająca na celu uzyskanie obustronnego porozumienia i współpracy.
—      Nie współpracuję, gdy trzyma się mnie na muszce karabinu.
—      Po co mówić o karabinach? Sprawa nie jest dość poważna, by dawać podstawy do takich skojarzeń. Mamy pełną świadomość faktu, że głównym winnym jest pan Danagger, który był prowodyrem tego wykroczenia, wywarł na pana presję i swoją ucieczką przyznał się do winy.
—      Nie. Uczyniliśmy to na mocy dwustronnego, dobrowolnego porozumienia.
—      Panie Rearden — rzekł drugi sędzia — być może nie podziela pan części naszych poglądów, musimy jednak pamiętać, że w gruncie rzeczy wszyscy dążymy do tego samego celu. Jest nim dobro ludzi. Zdajemy sobie sprawę, że do zlekceważenia szczegółów prawnych skłoniła pana kry­tyczna sytuacja kopalń węgla i kluczowe znaczenie paliwa dla dobra publicznego.
—      Nie. Skłoniła mnie do tego chęć zysku i osobisty interes. Ocenę wpływu mojego czynu na kopalnie węgla i dobro publiczne pozostawiam wam. Nie tym się kierowałem.
Pan Mowen rozglądał się dookoła w oszołomieniu.
—      Czy oni powariowali? — szepnął do Paula Larkina.
—      Och, zamknij się! — ofuknął go Larkin.
—      Jestem pewien, panie Rearden — rzekł najstarszy sędzia — że tak naprawdę ani pan, ani społeczeństwo nie wierzycie, iż chcemy pana złożyć w ofierze. Jeśli ktokolwiek hołduje takiemu mniemaniu, zrobimy wszystko, by dowieść, że nie ma racji.
Sędziowie udali się na posiedzenie. Nie debatowali długo. Powrócili na pogrążoną w złowieszczym milczeniu salę — i ogłosili, że Henry Rearden został ukarany grzywną w wysokości pięciu tysięcy dolarów w zawieszeniu.
Na sali wybuchł aplauz, przetykany tu i ówdzie szyderczymi chichotami. Aplauz dotyczył Reardena, chichoty — sędziów.
Rearden stał bez ruchu, nie zwracając się w stronę tłumu, prawie nieświadom aplauzu. Patrzył na sędziów. Na jego twarzy nie było triumfu ani uniesienia, jedynie głęboka zaduma, pełna gorzkiego zdziwienia, które było niemal strachem. Zobaczył bowiem, jak nieskończenie mały jest wróg wiodący świat ku destrukcji. Czuł się, jakby po latach podróży przez zniszczony krajobraz, ruiny wielkich fabryk, wraki potężnych lokomotyw i ciała niezłomnych ludzi dotarł do grabieżcy, spodziewając się, że zobaczy olbrzyma, a zamiast tego ujrzał szczura, gotowego rzucić się do ucieczki na pierwszy odgłos ludzkich kroków. Jeżeli to coś nas pokonało, pomyślał, wina leży po naszej stronie.
Z zadumy wyrwali go tłoczący się wokół ludzie. Odpowiadał uśmiechem na ich uśmiechy, na malującą się na ich twarzach rozgorączkowaną, tragiczną szczerość. Jego uśmiech miał posmak goryczy.
—      Niech pana Bóg błogosławi, panie Rearden! — powiedziała starsza kobieta w sfatygowanej chustce na głowie. — Czy potrafi nas pan uratować? Oni zjadają nas żywcem i nie ma co się oszukiwać, że chodzi im tylko o bogatych. Czy pan wie, co się z nami dzieje?
—      Panie Rearden — rzekł człowiek o wyglądzie robotnika fabrycznego — to bogacze nas zdradzają. Proszę powiedzieć tym bogatym draniom, którym tak zależy na tym, żeby się wszystkiego pozbyć, że oddając swoje pałace, pozbawiają nas środków do życia.
—      Wiem o tym — rzekł Rearden.
To nasza wina, myślał. Skoro my, utrzymujący świat w ruchu, my, dobroczyńcy ludzkości, pozwoliliśmy nazywać siebie złymi i bez szemrania znosiliśmy karę za swoje cnoty, jak mogliśmy oczekiwać, że na świecie zatriumfuje dobro — i jakie dobro?
Patrzył na ludzi wokół siebie. Tego dnia wiwatowali na jego cześć, podobnie jak wtedy, gdy jechał w kabinie lokomotywy na Linii Johna Galta. Ale jutro przyklasną nowemu zarządzeniu Wesleya Moucha i darmowemu osiedlu mieszkaniowemu Orrena Boyle'a, nie bacząc na to, że dźwigary pochodzące z jego fabryki pękają im nad głowami. Zrobią to, bo każe im się zapomnieć, jako grzech, powód, dla którego dziś wiwatują na cześć Hanka Reardena.
Dlaczego są gotowi uznać za grzeszne to, co w nich najwyższe? Dlaczego chcą zdradzić to, co w nich najlepsze? Co zmusza ich, by wierzyli, że ziemia jest siedliskiem zła, a rozpacz — ich naturalnym stanem? Nie potrafił określić przyczyny, wiedział jednak, że trzeba to zrobić. Wyobra­żał ją sobie jako wielki znak zapytania unoszący się na sali, a siebie widział jako tego, którego zadaniem jest odpowiedzieć na pytanie.
Oto prawdziwy wyrok, jaki na mnie wydano, pomyślał: muszę odkryć, jaka idea, jaki prosty, dostępny szaremu człowiekowi pomysł zmusił ludzkość do akceptacji doktryn wiodących ku autodestrukcji.
(...)

(...)
—      Pamięta pan, co mówiłem o pieniądzach i o ludziach próbujących odwrócić zasadę przyczyny i skutku? O ludziach, którzy usiłują zastąpić umysł zagarnianiem jego wytworów? Widzi pan, tylko człowiek, który sobą gardzi, próbuje nabrać szacunku do siebie poprzez przygody miłosne — co jest niewykonalne, bo seks nie jest przyczyną, lecz skutkiem i wyrazem poczucia własnej wartości.
—      Proszę to wyjaśnić.
—      Czy kiedykolwiek przyszło panu do głowy, że chodzi o to samo? Ludzie, którzy uważają, że bogactwo pochodzi ze źródeł materialnych i nie ma korzeni intelektualnych ani znaczenia intelektualnego, są tymi samymi, którzy sądzą — z tego samego powodu — iż seks jest zjawiskiem fizycznym, istniejącym niezależnie od ludzkiego umysłu, wyboru czy systemu wartości. Uważają, że to ciało stwarza potrzebę i dokonuje wyboru — tak jakby ruda żelaza sama, z własnej woli zmieniała się w szyny. Mówią, że miłość jest ślepa, że seks jest odporny na działanie umysłu i drwi z dzieł filozofów. W rzeczywistości jednak wybór obiektu pożądania jest wynikiem i sumą fundamentalnych przekonań człowieka. Niech mi pan powie, co człowiek uważa za pociągające seksualnie, a powiem panu, jaka jest jego filozofia życia. Niech mi pan pokaże kobietę, z którą sypia, a powiem panu, jak wysoko się ceni. Nieważne, jakie bzdury wpojono mu na temat bezinteresowności, seks jest najbardziej samolubnym ze wszystkich działań, czymś, co można robić wyłącznie dla własnej przyjemności — niech pan spróbuje sobie wyobrazić uprawianie go w duchu bezinteresownej dobroczynności! — czymś, co nie może się odbyć w poniżeniu, lecz jedynie w wywyższeniu siebie, w poczuciu, że jest się pożądanym i godnym pożądania. Seks jest aktem, który wymaga nie tylko nagiego ciała, lecz także nagiej duszy i akceptacji własnego ja jako kryterium wartości. Mężczyzna zawsze będzie pragnął kobiety będącej odzwierciedleniem jego najgłębszej wizji siebie, kobiety, której uległość pozwala mu na przeżywanie — lub udawanie — poczucia własnej wartości. Mężczyzna, który jest dumnie pewien swojej wartości, będzie pożądał najbardziej wartościowej kobiety, jaką potrafi znaleźć, kobiety podziwianej przez niego, najsilniejszej, najtrudniejszej do zdobycia — bo tylko z bohaterką, a nie z bezmózgą dziwką, może doświadczyć poczucia własnej wielkości. Nie pragnie... Co się stało? — zapytał, widząc wyraz twarzy Reardena, którego intensywność wykraczała daleko poza ramy abstrakcyjnej dyskusji.
—      Proszę mówić — rzekł w napięciu Rearden.
—      Nie pragnie nabrać wartości, pragnie ją wyrazić. Nie istnieje konflikt pomiędzy kryteriami, którymi kieruje się umysł, a pragnieniami ciała. Ale mężczyzna, który jest przekonany o swoim braku wartości, będzie pragnął kobiety, którą gardzi — bo będzie ona odbiciem jego ukrytego ja, zdolnym uwolnić go od rzeczywistości obiektywnej, w której jest oszustem, dając mu chwilowe złudzenie własnej wartości i chwilową ucieczkę od kodeksu moralnego, który go potępia. Proszę się przyjrzeć obrzydliwemu bałaganowi, który robi większość ludzi ze swego życia erotycznego, a potem plątaninie sprzeczności, którą nazywają swoją moralnością. Jedno wynika z drugiego. Miłość jest naszą odpowiedzią na najwyższe wartości. Nie może być niczym innym. Człowiek, który sprzeniewierzy się własnym wartościom i własnej wizji istnienia i będzie głosił, że miłość to nie radość z własnego ja, lecz jego negacja, że cnotą nie jest duma, lecz litość, ból, słabość lub poświęcenie, że największą miłość rodzi nie podziw, lecz chęć wsparcia, nie odzew na wartości, lecz na skazy — zostanie rozdarty na dwie części. Jego ciało nie będzie mu posłuszne, nie będzie reagować na wdzięki kobiety, którą rzekomo kocha, zamiast tego każąc mu pragnąć najnędzniejszej z możliwych dziwek. Ciało zawsze będzie się kierować żelazną logiką jego najgłębszych przekonań: jeśli człowiek uwierzył, że wady są zaletami, potępił własne istnienie jako zło, a zatem zło będzie go pociągać. Potępił siebie, więc będzie czuł, że tylko zepsucie może mu dawać radość. Zrównał cnotę z bólem, więc uzna, że jedynym źródłem przyjemności jest występek. A potem będzie wrzeszczał, że jego ciało odczuwa podłe pragnienia, których umysł nie potrafi pokonać, że seks jest grzechem, a prawdziwa miłość czystym stanem ducha. I będzie się zastanawiał, dlaczego miłość potrafi go jedynie nudzić, a seks — zawstydzać.
Patrząc gdzieś w bok, nie zdając sobie sprawy, że myśli na głos, Rearden mruknął powoli:
—      Przynajmniej... nigdy nie przyjąłem tej drugiej zasady... nigdy nie miałem poczucia winy w związku z zarabianiem pieniędzy.
Francisco nie zwrócił uwagi na pierwsze słowo. Uśmiechnął się.
—      A więc rozumie pan, że to to samo? — rzekł z zapałem. — Nie, pan nigdy nie przyjął żadnej części tej podłej dewizy. Nie potrafiłby jej pan sobie narzucić. Gdyby próbował pan potępić seks, okazałoby się, że nadal, wbrew swojej woli, postępuje pan w zgodzie z właściwym aksjomatem moralnym. Pragnąłby pan najdoskonalszej kobiety, jaką pan spotkał. Zawsze pragnąłby pan bohaterki. Nie byłby pan zdolny pogardzać sobą. Nie zdołałby pan siebie przekonać, że życie jest złem i że jest pan bezradnym stworzeniem, złapanym w sidła beznadziejnego wszechświata. Jest pan człowiekiem, który poświęcił swoje życie kształtowaniu materii zgodnie z zamiarami swojego umysłu. Nie może pan nie wiedzieć, że idea nie wyrażona w akcie fizycznym jest godną pogardy obłudą — a zatem jest nią także miłość platoniczna, i że akt fizyczny, za którym nie stoi idea, jest iluzją głupców — a zatem jest nią także seks pozostający w oderwaniu od systemu wartości człowieka. Pan z pewnością rozumie, że mamy do czynienia z tą samą kwestią. Rozumie to pańskie niezłomne poczucie własnej wartości. Nie potrafiłby pan pragnąć kobiety, którą pan pogardza.
Tylko człowiek, który sławi czystość miłości pozbawionej pożądania, jest zdolny do odczuwania czegoś tak niskiego jak pożądanie pozbawione miłości. Proszę jednak zauważyć, że większość ludzi to istoty rozdarte na pół, które wciąż rozpaczliwie przechylają się to na jedną stronę, to na drugą. Jedną skrajność stanowi człowiek, który nienawidzi pieniędzy, fabryk, drapaczy chmur i własnego ciała. Żywi nieokreślone uczucia wobec niewyobrażalnych kwestii, takich jak sens życia i coś, co nazywa cnotą, i rozdziera szaty z rozpaczy, bo kobieta, którą szanuje, nie wzbudza w nim żadnych uczuć, natomiast wzbudza je, w postaci nieodpartej żądzy, pierwsza lepsza dziwka. Tego człowieka określa się mianem idealisty. Z drugiej strony mamy człowieka zwanego praktycznym, a więc takiego, który gardzi zasadami, abstrakcjami, sztuką, filozofią i własnym umysłem. Zdobywanie dóbr materialnych uważa za jedyny cel życia i kpi sobie z potrzeby zastanawiania się nad ich źródłem i celem ich istnienia. Oczekuje, że będą mu sprawiały przyjemność — i zastanawia się, dlaczego im więcej zdobywa, tym mniej czuje. To właśnie taki człowiek spędza czas na uganianiu się za kobietami. Niech pan zwróci uwagę na potrójne oszustwo, jakiego dopuszcza się wobec siebie. Nie przyznaje się, że potrzebuje poczucia własnej wartości, bo kpi sobie z pojęcia wartości moralnych, a jednak odczuwa wobec siebie głęboką pogardę, wynikającą z poglądu, że jest tylko kawałkiem mięsa. Nie przyznaje się, ale wie, że seks jest hołdem składanym wartościom reprezentowanym przez drugą osobę; usiłuje więc poprzez to, co powinno być skutkiem, uzyskać to, co powinno być przyczyną. Próbuje czerpać poczucie własnej wartości z uległości kobiet, zapominając, że te, które wybiera, nie mają ani charakteru, ani zdania, ani zasad, ani wartości. Wmawia sobie, że chodzi mu o fizyczną przyjemność — tymczasem kobiety nudzą mu się po tygodniu albo po jednej nocy, nienawidzi prostytutek i uwielbia sobie wyobrażać, że uwodzi cnotliwe dziewczęta, które robią dla niego wyjątek. Tym, czego poszukuje, lecz nigdy nie znajduje, jest poczucie osiągnięcia. Jaką chwałę może przynieść zdobycie pozbawionego umysłu ciała? Oto pański kobieciarz. Czy ten opis pasuje do mojej osoby?
—      Jezu, nie!
—      A zatem może pan ocenić, nie pytając mnie o to, ile czasu poświęciłem w życiu uganianiu się za kobietami.
—      Cóż więc mają znaczyć te historie o .panu, które zapełniały pierwsze strony gazet przez ostatnie dwanaście, zdaje się, lat?
—      Wydałem mnóstwo pieniędzy na najbardziej ostentacyjnie wulgarne przyjęcia, jakie potrafiłem wymyślić, i poświęciłem mnóstwo czasu na pokazywanie się z właściwego pokroju kobietami. Co zaś do reszty... — Przerwał na chwilę, po czym rzekł: — Mam kilku przyjaciół, którzy o tym wiedzą, ale pan jest pierwszą osobą, której mówię o tym wbrew moim zasadom: nigdy nie spałem z żadną z tych kobiet. Nigdy nie tknąłem żadnej z nich.
—      Najbardziej nieprawdopodobne w tym wszystkim jest to, że panu wierzę.
Stojąca na podłodze lampa oświetliła fragmenty twarzy Francisca, gdy ten pochylił się do przodu. Na jego twarzy malował się wyraz niewinnego rozbawienia.
—      Jeśli zada pan sobie trud rzucenia okiem na te strony, zauważy pan, że ja nigdy niczego nie powiedziałem. To one zabiegały o to, by zostać bohaterkami artykułów sugerujących, że fakt, iż widziano je ze mną w restauracji, oznacza, iż mają ze mną wielki romans. Takim kobietom chodzi dokładnie o to samo, co łowcom kobiet: pragną czerpać poczucie własnej wartości z liczby i sławy zdobytych mężczyzn. Tyle że ich sposób jest odrobinę bardziej perwersyjny, bo szukają tej wartości nawet nie w rzeczywistym wydarzeniu, lecz w pozorach i zazdrości ze strony innych kobiet. Dałem więc tym dziwkom to, czego chciały — to, czego naprawdę chciały, bez kamuflażu mającego na celu ukrycie przed nimi charakteru ich pragnienia. Sądzi pan, że chciały spać ze mną lub z jakimkolwiek innym mężczyzną? Nie są zdolne do czegoś tak prawdziwego i uczciwego jak pożądanie. Pragnęły nakarmić swoją próżność i ja dostarczyłem im pokarmu. Dzięki mnie mogły się chwalić przed swoimi przyjaciółkami i oglądać siebie na stronach brukowców w roli wielkich uwodzicielek. Ale wie pan, to działa dokładnie tak samo jak to, co pan zrobił podczas procesu: jeśli chce się pokonać jakiekolwiek potworne oszustwo, należy mu się dosłownie podporządkować, nie dodając od siebie nic, co mogłoby ukryć jego charakter. Te kobiety to zrozumiały. Sprawdziły, czy fakt, iż ktoś zazdrości im osiągnięcia, którego w rzeczywistości nie dokonały, może być źródłem satysfakcji. Zamiast się dowartościować opowieściami o romansie ze mną, wpadły w jeszcze większy kompleks niższości. Wiedzą, że próbowały i poniosły klęskę. Jeśli zaciągnięcie mnie do łóżka jest ich oficjalnym kryterium wartości, wiedzą, że mu nie sprostały. Przypuszczam, że nienawidzą mnie bardziej niż jakiegokolwiek innego mężczyzny. Ale mój sekret jest bezpieczny — każda z nich sądzi, że jest jedyną, której się nie udało, więc będzie obstawała przy tym, że miała ze mną romans, i nigdy nikomu nie wyzna prawdy.
(...)

(...)
—      Oczywiście. Oddałeś mi wielką przysługę — ty, twoi chłopcy w Waszyngtonie i twoi chłopcy w Santiago. Zastanawiam się tylko, dlaczego żaden z was nie zadał sobie trudu poinformowania mnie o tym. Te rozporządzenia, które ktoś tu wprowadził kilka miesięcy temu, założyły kaganiec całemu przemysłowi miedziowemu tego kraju. W efekcie kraj musi nagle eksportować wielkie ilości miedzi. A gdzież indziej na świecie jest jeszcze jakakolwiek miedź poza miedzią d'Anconia? Widzisz zatem, że dałeś mi powód do wdzięczności.
—      Zapewniam cię, że nie miałem z tym nic wspólnego — pospieszył z deklaracją Taggart — a poza tym polityka gospodarcza naszego kraju nie jest zdeterminowana przez czynniki, które insynuujesz, ani...
—      Wiem, przez co jest zdeterminowana, James. Wiem, że sprawa zaczęła się od chłopców z Santiago, bo oni od wielu lat są na liście płac
d'Anconia — no, nie, „lista płac" to czcigodne słowo, bardziej ściśle będzie, jeśli powiem, że d'Anconia Copper od wieków płaci im za ochronę — czyż nie tak nazywają to wasi gangsterzy? Nasi chłopcy w Santiago nazywają to podatkami. Dostają swoją działkę od każdej sprzedanej tony miedzi d'Anconia. Mają więc osobisty interes w tym, żebym sprzedawał tyle ton, ile tylko się da. W świecie przeobrażającym się w republiki ludowe pozostał już tylko jeden kraj, w którym ludzie nie są zredukowani do żywienia się wykopywanymi w lesie korzonkami. Zatem jedynie tu jest jeszcze rynek. Chłopcy z Santiago chcieli ten rynek zmonopolizować. Nie wiem, co zaoferowali chłopcom z Waszyngtonu ani kto co komu sprzedał, ale wiem, że i ty maczałeś w tym palce, bo masz w swoich rękach sporą część akcji d'Anconia Copper. I z pewnością nie zmartwiłeś się pewnego ranka cztery miesiące temu, następnego dnia po wydaniu rozporządzeń, widząc gwałtowny wzrost akcji d'Anconia Copper na giełdzie. Właściwie zeskoczyły z taśmy perforowanej i uderzyły cię w twarz.
—      Kto ci dał jakiekolwiek podstawy do wymyślenia tak oburzającej historii?
—      Nikt. Nic o tym nie wiedziałem. Po prostu zobaczyłem tamtego ranka skok na taśmie. To mówiło wszystko, prawda? Poza tym chłopcy z Santiago tydzień później narzucili na miedź nowy podatek, mówiąc mi, że nie powinienem mieć im tego za złe, skoro moje akcje tak wzrosły. Po­wiedzieli, że działają w moim interesie. Co to pana obchodzi, mówią, sumując oba te wydarzenia, jest pan bogatszy niż przedtem. No i rzeczywiście. Byłem.
—      Po co mi to mówisz?
—      A dlaczego nie pozwalasz przypisać sobie zasługi, James? To nietypowe i sprzeczne z polityką, w której jesteś takim ekspertem. W epoce, w której ludzie żyją nie dzięki prawu, lecz dzięki przysługom, nie odrzuca się ludzkiej wdzięczności, lecz próbuje złapać na nią możliwie jak naj­więcej osób. Czy nie chcesz mieć mnie w gronie ludzi, którzy mają wobec ciebie zobowiązania?
—      Nie wiem, o czym mówisz.
—      Pomyśl, jaki prezent otrzymałem, nie dokładając żadnych starań. Nie konsultowano się ze mną, nie poinformowano mnie, nie pomyślano o mnie, wszystko zostało załatwione beze mnie — a ja muszę jedynie produkować miedź. To była wielka przysługa, James — i możesz być pewien, że się za nią odpłacę.
Francisco odwrócił się nagle, nie czekając na odpowiedź, i zaczął się oddala
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kim jest John Galt?
« Reply #1 on: (Mon) 17.02.2014, 17:35:13 »
(...)
—      Chce pan przez to powiedzieć, że życie na ziemi jest niepraktyczne? Nie zwrócił uwagi na to, czy Ferris mu odpowiedział. Nie słuchał go już. Widział workowatą twarz Orrena Boyle'a z małymi, świńskimi oczkami, miękką twarz pana Mowena z oczami uciekającymi od każdego mówcy i każdego faktu; widział ich jako małpy, uczące się naśladować ruchy mięśni potrzebne do wyprodukowania metalu Reardena, nierozumiejące i niezdolne pojąć tego, co się działo w laboratorium eksperymentalnym Rearden Steel w ciągu dziesięciu lat całkowitego oddania morder­czemu wysiłkowi. Nadanie przez nich nazwy Cudowny Metal wydawało się słuszne — dla nich te dziesięć lat i zdolność, dzięki której zaistniał metal Reardena, istotnie stanowiły cud. Tylko tak mogli postrzegać ten metal, będący produktem nieznanego, przedmiotem, którego natury nie dało się wyjaśnić, a jedynie zawładnąć nim, jak kamieniem czy chwastem. „Czy mamy pozwolić, by większość cierpiała niedostatek, podczas gdy garstka uprzywilejowanych zagarnia najlepsze towary i metody produkcji?"
Gdybym nie wiedział, że moje życie zależy od mojego umysłu i wysiłku — mówił bezgłośnie do szeregu ludzi zaludniających przeszłe wieki — gdybym moim najwyższym dążeniem moralnym nie uczynił włożenia całego wysiłku i całej potęgi umysłu w to, żeby się utrzymać i żyć jak naj­wygodniej, nie mielibyście z czego mnie ograbiać, żeby samemu mieć z czego żyć. Aby mnie szantażować, używacie nie moich przywar, lecz cnót — cnót, które sami za takie uznajecie, bo zależy od nich wasze życie, bo są wam potrzebne, gdyż nie chcecie zniszczyć moich osiągnięć, lecz je zagarnąć.
Przypomniał sobie głos żigolaka, mówiący: „Chcemy rządzić i wiemy, jak to robić. Wy byliście tylko drobnymi szulerami, ale my znamy prawdziwą sztukę". Nam nie chodziło o władzę — powiedział do duchowych przodków żigolaka — i nie żyliśmy z tego, czym gardziliśmy. Uwa­żaliśmy zdolność produkcyjną za cnotę — a za miarę nagrody wielkość tej cnoty. Nie korzystaliśmy z rzeczy, które uważaliśmy za złe — nie utrzymywaliśmy, że muszą istnieć złodzieje i rabusie, by mogły istnieć nasze domy i banki, ani że muszą istnieć mordercy, byśmy mogli się czuć bezpieczni. Wy zaś potrzebujecie produktów ludzkich umiejętności, utrzymując zarazem, że zdolności produkcyjne są samolubnym złem, a stopień wydajności człowieka zamieniacie w rozmiar jego strat. My żyliśmy, opierając się na tym, co uważaliśmy za dobre, a karaliśmy to, co postrzegaliśmy jako złe. Wy żyjecie na podstawie tego, co potępiacie, a karzecie to, o czym wiecie, że jest dobre.
Przypomniał sobie formułę kary, którą usiłowała mu zaaplikować Lillian — wtedy uznał ją za zbyt potworną, by uwierzyć — i ujrzał ją w całej rozciągłości, w postaci systemu filozoficznego, który rozplenił się na całym świecie. Wzór był następujący: cnota ofiary jako paliwo dla narzucanej jej kary — wynalezienie przez niego metalu Reardena jako przyczyna odebrania mu go — honor Dagny i wielkość ich uczucia jako narzędzie szantażu, który nie poskutkowałby w przypadku ludzi zepsutych — i, w Europejskich Republikach Ludowych, miliony ludzi trzymanych w niewoli przez własną chęć życia, przez energię, którą z nich pobierano w przymusowej pracy, przez zdolność do karmienia swoich panów, przez miłość do swoich dzieci, żon i przyjaciół, których brano jako zakładników — miłość, umiejętności i przyjemność jako pasza dla gróźb i przynęta dla wymuszeń, gdzie miłość i lęk są nieodłączne, ambicja wiąże się z konfiskatą, szantaż jest prawem, a ucieczka przed bólem, nie zaś dążenie do przyjemności, stanowi jedyny bodziec wysiłku i jedyną nagrodę za osiągnięcie — ludzi trzymanych w niewoli przez swoje siły witalne i całą radość, jakiej zdołali w życiu zaznać. Taki był kodeks tego świata, a kluczem do tego kodeksu było: przywiązać radość życia do koła tortur, tak by tylko ten, kto nie ma nic do zaoferowania, nie musiał się niczego obawiać, tak by cnoty umożliwiające życie i wartości nadające mu sens stały się środkami znisz­czenia, zmieniając to, co w człowieku najlepsze, w narzędzie jego cierpienia
—      a wtedy życie człowieka na ziemi stanie się niepraktyczne.
„Pański kodeks był kodeksem życia" — usłyszał głos człowieka, którego nie potrafił zapomnieć. „Czym zatem jest ich kodeks?"
Dlaczego świat się na to zgodził?, zastanawiał się. Jak to się stało, że ofiary zaakceptowały kodeks, który je winił za wolę istnienia...? I nagle zamarł, uderzony niespodziewaną myślą: czy i on nie był w przeszłości winien tej zdrady? Czyż nie godził się na potępienie? Dagny, pomyślał, i wielkość ich uczucia... szantaż, który nie zagraża ludziom zepsutym... Czyż i on nie nazwał tego zepsuciem? Czy nie on pierwszy obrzucił ją wszystkimi obelgami, których kanonadą straszy go teraz ta hołota? Czy nie uznał za winę największego szczęścia, jakiego zaznał w życiu?
„Pan, nie dopuszczający do najdrobniejszego zanieczyszczenia stopu metalu — mówił niezapomniany głos w jego głowie — pozwolił przeniknąć do swojego kodeksu moralnego czemuś takiemu?"
(...)

(...)
Akcepto­wałem ich kodeks i uwierzyłem, że wartości ducha muszą istnieć w formie bezsilnej tęsknoty, nie wyrażonej w działaniu, nie przełożonej na rzeczywistość, podczas gdy ciało musi żyć w biedzie i bezsensownym poniżeniu, a tych, którzy usiłują go używać, należy postrzegać jako prymitywne zwierzęta.
Złamałem ich kodeks, ale wpadłem w pułapkę, którą zastawili: pułapkę kodeksu ustanowionego po to, by go łamać. Nie byłem dumny ze swojego buntu, czułem się winny; nie ich przeklinałem, lecz siebie; nie potępiałem ich kodeksu, lecz życie — i ukrywałem swoje szczęście jako wstydliwy sekret. Powinienem był przeżywać je publicznie — mieliśmy do tego prawo — lub pojąć ją za żonę, którą naprawdę była. Ja jednak postrzegałem swoje szczęście jako zło i zmuszałem ją do znoszenia go jako hańby. To, co teraz chcą jej zrobić, ja zrobiłem pierwszy. Ja im to umożliwiłem. Zrobiłem to w imię litości dla najbardziej godnej pogardy kobiety, jaką znam. To też było częścią ich kodeksu. Wierzyłem, że człowiek ma obowiązki wobec drugiego, nawet jeśli nie otrzymuje nic w zamian. Wierzyłem, że moim obowiązkiem jest kochać kobietę, która nie daje mi nic, zdradza wszystkie wartości, jakim hołduję, i żąda szczęścia dla siebie kosztem mojego własnego. Wierzyłem, że miłość jest jakimś permanentnym darem, na który nie trzeba zasługiwać, gdy już raz się go otrzymało — tak jak oni wierzą, że bogactwo jest permanentną własnością, którą wystarczy zagarnąć i nie trzeba się już wysilać, by ją zachować. Wierzyłem, że miłość jest za darmo, że nie potrzeba na nią zasługiwać — tak jak oni wierzą, że mają prawo żądać dóbr, na które nie zapracowali. I tak jak wierzą, że ich potrzeba daje im prawo do mojej energii, wierzyłem, że jej nieszczęście daje jej prawo do mojego życia. Litość, nie poczucie sprawiedliwości, kazała mi dręczyć się przez dziesięć lat. Stawiałem litość ponad własnym sumieniem — oto kwintesencja mojej winy. Popełniłem zbrodnię, gdy powiedziałem do niej: „Według moich kryteriów trwanie w tym małżeństwie jest ohydnym oszustwem. Ale twoje kryteria są inne. Nie rozumiem ich i nigdy nie rozumiałem, ale zaakceptuję je".
Oto i one — tu, na moim biurku — kryteria, które zaakceptowałem, nie rozumiejąc ich; oto jej miłość do mnie — miłość, w którą nigdy nie wierzyłem, lecz próbowałem ją oszczędzić. Oto końcowy produkt tego, co niezasłużone. Uważałem, że mogę postępować niesprawiedliwie, dopóki tylko ja będę z tego powodu cierpiał. Ale nie ma usprawiedliwienia dla niesprawiedliwości. Oto moja kara za akceptację potwornego zła, jakim jest poświęcenie samego siebie. Sądziłem, że będę jedyną ofiarą. Zamiast tego oddałem najszlachetniejszą kobietę w ręce nąjpodl ej szych. Gdy człowiek kieruje się pychą i lekceważy sprawiedliwość, poświęca dobrych dla złych; ratując winnych przed cierpieniem, zmusza do niego niewinnych. Nie ma ucieczki przed sprawiedliwością, niczego we wszechświecie nie można otrzymać bez zapłaty, zarówno w sferze duchowej, jak i materialnej — a jeśli winni nie płacą, muszą to robić niewinni.
To nie mali, nędzni grabieżcy mnie zdradzili, lecz ja sam. Nie musieli mnie rozbrajać — sam pozbyłem się broni. Tę bitwę można toczyć jedynie z czystymi rękami, bo jedyną bronią wroga są skazy na naszym sumieniu — a ja zaakceptowałem kodeks, który kazał im uważać siłę własnych rąk za grzech i znamię.
(...)

(...)
—      Kiedy rabunków dokonuje się w świetle dnia i na mocy prawa, rekompensaty trzeba dokonywać w ukryciu.
(...)

(...)
—      Proszę się zastanowić, panie Rearden. W dzisiejszym świecie można być jednym z dwóch: łupieżcą, który ograbia bezbronne ofiary, albo ofiarą utrzymującą własnych oprawców. Ja nie chciałem być ani jednym, ani drugim.
—      Zagarnia pan dobra siłą, jak oni.
—      Tak. Otwarcie. Uczciwie, jeśli pan woli. Nie ograbiam ludzi, którzy są związani i zakneblowani, nie żądam od ofiar, by mi pomagały, nie mówię im, że robię to dla ich dobra. Ryzykuję życie przy każdym spotkaniu z ludźmi. Mają szansę użyć przeciwko mnie swoich armat i swoich umysłów w uczciwej bitwie. Uczciwej? Mam przeciw sobie zorganizowaną siłę, armaty, samoloty i okręty wojenne pięciu kontynentów. Jeśli chce pan wydać sąd moralny, panie Rearden, kto jest człowiekiem o wyższej moralności: ja czy Wesley Mouch?
—      Nie potrafię panu odpowiedzieć — odparł cicho Rearden.
—      Dlaczego jest pan tak wstrząśnięty? Ja tylko podporządkowuję się systemowi ustanowionemu przez innych. Skoro wierzą, że siła jest właściwym sposobem pertraktacji, daję im to, o co proszą. Skoro wierzą, że celem mojego życia jest im służyć, niech spróbują mnie do tego zmusić. Skoro wierzą, że mój umysł jest ich własnością, niech przyjdą i wezmą go sobie.
(...)

(...)
—      Głosowaliśmy na walnym zebraniu. Spadkobiercy Starnesa wygłosili wielkie przemówienia na temat planu. Nie był zbyt jasny, ale nikt o nic nie pytał. Nie wiedzieliśmy, jak będzie wyglądało jego wdrażanie, ale każdy sądził, że wszyscy inni wiedzą. Każdy, kto miał wątpliwości, czuł się winny i siedział cicho, żeby nie wyjść na jakiegoś potwora, bo Starnesowie twierdzili, że plan jest wcieleniem szlachetnego ideału, a każdy, kto mu się przeciwstawia, ma duszę mordercy i nie jest godny miana człowieka. Skąd mieliśmy znać prawdę? Przez całe życie słyszeliśmy od rodziców, nauczycieli i pastorów, dowiadywaliśmy się z każdej gazety, filmu i przemówienia, że właśnie to jest godne i sprawiedliwe. Być może istnieje więc jakieś usprawiedliwienie tego, co zrobiliśmy na zebraniu. W każdym razie poparliśmy plan i dostaliśmy go. Wie pani, jesteśmy w pewien sposób napiętnowani — wszyscy, którzy przetrwali pierwsze cztery lata planu w Samochodach Dwudziestego Wieku. Jak ludzie wyobrażają sobie piekło? Jako zło — czyste, nagie, uśmiechające się szyderczo zło, prawda? Cóż, to właśnie zobaczyliśmy i pomogliśmy zbudować... Myślę, że jesteśmy przeklęci i być może nigdy nie otrzymamy przebaczenia...
Wie pani, jak funkcjonował plan i co robił z ludźmi? Proszę spróbować nalewać do zbiornika wodę, kiedy na dnie jest rurka, która odprowadzają szybciej, niż pani nalewa, a każde wlane wiadro poszerzają o cal, i im ciężej pani pracuje, tym więcej się od pani wymaga — najpierw nosi pani wiadra przez czterdzieści godzin w tygodniu, potem czterdzieści osiem, potem pięćdziesiąt sześć — żeby zarobić na kolację dla sąsiada — na operację jego żony — na wyleczenie z odry jego dziecka
—      na wózek inwalidzki dla jego matki — na koszulę dla wujka — na naukę bratanka — na dziecko drugiego sąsiada — na nienarodzone dziecko trzeciego — na wszystkich wszędzie dookoła — bo należy im się od pani wszystko, od pieluszek po sztuczne szczęki — a pani musi tylko pracować, od wschodu do zachodu słońca, miesiąc po miesiącu, rok po roku, nie mając w perspektywie nic z wyjątkiem ich przyjemności, przez całe życie, bez wytchnienia, bez nadziei, bez końca... Od każdego według umiejętności, każdemu według potrzeb...
Mówili nam, że jesteśmy jedną wielką rodziną i musimy się trzymać razem. Ale nie stoi się razem przy palniku acetylenowym przez dziesięć godzin dziennie ani nie czuje się wspólnego głodu. Jak oszacować zdolności człowieka i czyją potrzebę zaspokoić najpierw? Kiedy wrzuci się wszystko do jednego wora, nie można pozwolić, żeby człowiek sam decydował, jakie są jego potrzeby, prawda? Gdyby tak było, mógłby na przykład stwierdzić, że potrzebuje jachtu — a jeśli dowodem na istnienie potrzeby mają być wyłącznie jego odczucia, mógłby nawet tego dowieść. Dlaczego nie? Skoro mnie nie wolno mieć samochodu, dopóki nie trafię do szpitala z przepracowania, zarabiając na wszystkich darmozjadów i dzikusów na świecie, dlaczego nie miałby żądać ode mnie jachtu, jeśli wciąż mam siłę pracować? Nie? Nie może? Albo dlaczego nie może zażądać, żebym się obywał bez śmietanki do kawy, dopóki on nie otynkuje sobie salonu...? No cóż... W każdym razie postanowiono, że nikt nie ma prawa sam określać swoich potrzeb ani umiejętności. Tak, uchwalili­śmy to na walnym zgromadzeniu, które odbywało się dwa razy do roku. Co innego można było zrobić? Wyobraża pani sobie, co się działo na takim zebraniu? Już po pierwszym odkryliśmy, że zmieniliśmy się w żebraków — nędznych, jęczących, pochlipujących żebraków, bo żaden z nas nie mógł rościć sobie prawa do pensji jako należnej mu zapłaty za pracę, nie miał praw ani zarobków, jego praca nie należała do niego, lecz do „rodziny", która nie miała obowiązku mu się odwdzięczać, a jedynym możliwym roszczeniem wobec niej była „potrzeba" — musiał więc błagać publicznie o zaspokojenie swoich potrzeb, jak żałosny sęp, przedstawiając listę problemów i nieszczęść, z połatanymi spodniami i katarem żony włącznie, w nadziei, że „rodzina" rzuci mu jałmużnę. Musiał wyliczać nieszczęścia, bo to one, nie praca, stały się walutą wymienialną. Zmieniło się to w rywalizację sześciu tysięcy żebraków, z których każdy wołał, że jego potrzeba jest większa niż potrzeba jego brata. Co innego można było zrobić? Wyobraża pani sobie, co się dalej działo, kto siedział cicho, zawstydzony, a komu dostawało się najwięcej?
Ale to nie wszystko. Na tym samym zebraniu odkryliśmy coś jeszcze. W ciągu pierwszego półrocza produkcja fabryki spadła o czterdzieści procent, uznano więc, że nie wszyscy pracują na miarę swoich umiejętności. Jak mogliśmy ustalić, kto tego nie robi? Zarządzono głosowanie, w którym „rodzina" miała wskazać najlepszych pracowników. Wybrańcy zostali następnie skazani na pół roku nadgodzin. Bezpłatnych — bo pieniędzy nie otrzymywało się za czas ani za pracę, lecz w zależności od potrzeb.
Czy muszę pani mówić, co się potem stało — i w co zaczęliśmy się przeistaczać, my, którzy niegdyś byliśmy ludźmi? Ukrywaliśmy swoje umiejętności, zwalnialiśmy tempo i pilnowaliśmy, żeby, broń Boże, nie pracować szybciej ani lepiej niż pozostali. Cóż mieliśmy robić, wiedząc, że za wysiłek otrzymamy od „rodziny" nie podziękowania i nagrody, lecz karę? Jeśli jakiś śmieć sknocił partię silników i przynosił firmie straty — przez niedbałość, bo wiedział, że nie musi się starać, czy też w wyniku zwykłej niekompetencji — my musielibyśmy to spłacić swoimi nockami i niedzielami. Więc ze wszystkich sił staraliśmy się nie być dobrzy.
Był tam jeden młody chłopak, pełen poświęcenia dla wspaniałego ideału, bez wykształcenia, ale z głową na karku. W pierwszym roku wymyślił system pracy zaoszczędzający firmie tysiące godzin roboczych. Przedłożył go „rodzinie", nie żądając nic w zamian — nie mógł nic żądać, ale nie miał o to pretensji. Powiedział, że robi to w imię ideału. Kiedy jednak obwołaliśmy go w głosowaniu jednym z najzdolniejszych i skazaliśmy na nocki, zamknął się i przestał myśleć. Ani mu było w głowie wyskakiwać z genialnymi pomysłami w następnym roku.
Cóż to nam zawsze mówili o dzikiej konkurencji w systemie zysków, gdzie ludzie rywalizują o to, kto wykona pracę lepiej od pozostałych? Nazywali ją dziką? Powinni zobaczyć, jak to jest, kiedy ludzie muszą rywalizować o to, kto będzie pracował najgorzej. Nie ma lepszego sposobu na zniszczenie człowieka niż postawienie go w sytuacji, w której musi się powstrzymywać od wykonywania dobrej roboty i wysilać, by robić wszystko jak najgorzej, dzień w dzień. To go wykończy szybciej niż alkohol, bezczynność czy zarabianie na życie rabunkami. Ale nie mieliśmy innego wyjścia jak tylko udawać niezdary. Niczego nie baliśmy się bardziej niż podejrzenia o posiadanie umiejętności. One były jak hipoteka, której do końca życia nie da się spłacić. A poza tym — po co mieliśmy pracować? Każdy wiedział, że dostanie swoją jałmużnę — tak zwany „zasiłek mieszkaniowo-żywnościowy" — niezależnie od tego, czy coś robi czy nie, a niczego więcej i tak nie mógł się spodziewać, choćby harował jak wół. Jeśli człowiek potrzebował nowego garnituru, mogli mu przyznać „zasiłek odzieżowy" pod warunkiem, że nikt akurat nie złamał nogi, nie wymagał operacji ani nie urodził kolejnego dziecka. A jeśli nie było dość pieniędzy na nowe garnitury dla wszystkich, nie dostawał ich nikt.
Był tam jeden człowiek, który przez całe życie ciężko pracował, żeby jego syn mógł pójść na studia. Chłopak ukończył szkołę średnią w drugim roku planu, ale „rodzina" nie chciała przyznać „zasiłku edukacyjnego". Powiedzieli, że będzie mógł pójść na studia dopiero wtedy, gdy firma za­robi dość pieniędzy, żeby wysłać na studia synów wszystkich pracowników — i że najpierw wszyscy musieliby ukończyć szkołę średnią, a na to też nie ma funduszy. Rok później ojciec chłopaka pobił się z kimś na noże w barze i zginął. Takie walki stawały się wtedy coraz częstsze. Był też starszy gość, wdowiec bez rodziny, którego pasjonowały płyty gramofonowe. Było to chyba jedyne, co kiedykolwiek miał z życia. W dawnych czasach rezygnował z posiłków, żeby sobie kupić jakieś nowe nagranie muzyki klasycznej. Nie dostał jednak zasiłku na płyty — nazywali to „luksusem osobistym". Ale na tym samym zebraniu Millie Bush, wrednej, brzydkiej ośmiolatce, która była czyjąś córką, przyznano złoty aparat na zęby — z puli na „potrzeby medyczne", bo psycholog zakładowy stwierdził, że biedne dziecko nabawi się kompleksu niższości, jeśli nie wyprostuje mu się zębów. Facet, który kochał muzykę, zaczął pić. Wpadł w taki ciąg, że nigdy nie bywał całkiem przytomny, ale jednej rzeczy najwyraźniej nie zapomniał. Którejś nocy, zataczając się po ulicy, zobaczył Millie Bush, zamachnął się pięścią i wybił jej wszystkie zęby. Wszyscy piliśmy. Jedni więcej, drudzy mniej. Proszę nie pytać, skąd braliśmy na to pieniądze. Kiedy wszystkie przyzwoite przyjemności są zakazane, zawsze znajdzie się sposób na zaznanie tych nieprzyzwoitych. Człowiek nie włamuje się po zmroku do sklepów ani nie wyciąga ludziom portfeli z kieszeni, żeby kupować symfonie czy sprzęt do wędkowania, ale robi to, jeśli chce się upić i zapomnieć. Sprzęt do wędkowania? Broń myśliwska? Aparaty fotograficzne? Rozrywki? Nie istniał „zasiłek rozrywkowy". Rozrywka została wykreślona pierwsza. Uważa się przecież, że to wstyd protestować, kiedy jest się proszonym o rezygnację z czegoś, co sprawia nam przyjemność. Nawet „zasiłek papierosowy" został ostatecznie ograniczony do dwóch paczek na miesiąc. Powiedzieli, że pieniądze są potrzebne na mleko dla dzieci. Dzieci były jedynym towarem, którego produkcja nie spadła, lecz wciąż rosła — pewnie dlatego, że ludzie nie mieli nic innego do roboty i że nie był to ich problem, tylko rodziny". Tak naprawdę największe szanse na chwilową podwyżkę dawały właśnie narodziny dziecka — albo ciężka choroba.
Szybko się zorientowaliśmy, jak sprawy wyglądają. Każdy, kto próbował grać uczciwie, musiał sobie wszystkiego odmawiać. Tracił ochotę na wszelkie przyjemności, bo kiedy wypalał tytoń albo żuł gumę wartą ćwierć dolara, zastanawiał się, czy przypadkiem ktoś bardziej nie potrzebował tych pieniędzy. Wstydził się każdego kęsa jedzenia, jaki przełknął, rozmyślając, kto musiał na niego ciężko pracować po godzinach, wiedząc, że nie ma prawa do tego jedzenia, pragnąc być oszukiwany, by nie być oszustem; być frajerem, by nie być pijawką. Nie żenił się ani nie pomagał krewnym, żeby nie obarczać „rodziny" dodatkowym ciężarem. Poza tym, jeśli pozostały w nim resztki poczucia odpowiedzialności, nie mógł się ożenić ani mieć dzieci, skoro nie był w stanie niczego planować, obiecać ani na nic liczyć. Ale dla nieodpowiedzialnych próżniaków był to raj. Płodzili dzieci, wpędzali dziewczęta w kłopoty, sprowadzali z całego kraju ubogich krewnych, ściągali każdą niezamężną ciężarną siostrę, byle tylko dostać „zasiłek wspierający", mieli więcej dolegliwości, niż lekarz mógł zakwestionować, niszczyli swoje ubrania, meble i domy, wiedząc, że „rodzina" za wszystko zapłaci. Znajdowali więcej sposobów na bycie „w potrzebie", niż normalny człowiek mógłby sobie kiedykolwiek wyobrazić. Wyrobili sobie specjalną umiejętność w tym kierunku — jedyną, jaką posiadali.
Niech nas Bóg ma w opiece! Czy wyobraża pani sobie, co się działo? Zrozumieliśmy, że prawo, zgodnie z którym każą nam żyć — nazywali je moralnym — jest tak skonstruowane, by karać tych, którzy go przestrzegają. Im bardziej próbowało się mu sprostać, tym bardziej się cierpiało; im bardziej się je omijało, tym cenniejsze otrzymywało się nagrody. Uczciwość jednego człowieka była niczym narzędzie pozostawione w rękach drugiego, nieuczciwego. Uczciwi płacili, nieuczciwi brali. Uczciwi tracili, nieuczciwi wygrywali. Jak długo człowiek może pozostać uczciwy w obliczu takich zasad? Początkowo byliśmy całkiem porządnymi ludźmi. Niewielu było wśród nas kombinatorów. Znaliśmy się na swojej pracy, byliśmy z niej dumni i pracowaliśmy dla najlepszej fabryki w kraju, w której stary Starnes zatrudniał samą śmietankę siły roboczej. Po roku funkcjonowania nowego planu w fabryce nie pozostał ani jeden uczciwy człowiek. To było piekło — piekło, którym zawsze straszyli nas kaznodzieje, ale nigdy nie spodziewaliśmy się go zobaczyć: plan nie tylko dał pole do popisu draniom, lecz zamienił w drani porządnych ludzi. I oni nazywali to ideałem moralnym!
Naszą motywacją do pracy miała być miłość bliźniego. Jakiego bliźniego? Darmozjadów, obiboków i sępów, którzy nas zewsząd otaczali? Co za różnica, czy oszukiwali, czy naprawdę byli niezdolni? Skoro przywiązano nas dożywotnio do poziomu ich niekompetencji, udawanej czy prawdziwej, jak długo mogło nam zależeć na dalszej pracy? Nie mieliśmy sposobu na poznanie ich prawdziwych umiejętności ani na kontrolowanie ich potrzeb, wiedzieliśmy tylko, że jesteśmy zwierzętami pociągowymi, harującymi po omacku w przedziwnym miejscu, w połowie przypomi­nającym szpital, a w połowie zagrodę — miejscu, w którym rządzi kalectwo, nieszczęścia, choroby
—      i mającymi przynosić ulgę każdemu, kogo ktoś uznał za potrzebującego.
Miłość bliźniego? To właśnie wtedy nauczyliśmy się nienawidzić swoich bliźnich. Nienawidziliśmy ich za każdy posiłek, który przełykali, za każdą drobną przyjemność, której zaznali, za nową koszulę, kapelusz żony, wycieczkę rodzinną, pomalowanie domu — bo było to okupione naszymi niedostatkami, wyrzeczeniami, głodem. Zaczęliśmy się nawzajem szpiegować w nadziei, że złapiemy drugiego na kłamstwie dotyczącym jego potrzeb i doprowadzimy do zmniejszenia mu „zasiłku" na następnym zebraniu. Mieliśmy informatorów, którzy donosili na ludzi — na przykład wtedy, kiedy którejś niedzieli ktoś przemycił dla swojej rodziny indyka, prawdopodobnie wygranego w karty. Zaczęliśmy się wtrącać w prywatne życie innych. Prowokowaliśmy kłótnie rodzinne, dążąc do wyrzucenia czyichś krewnych. Ilekroć jakiś facet znajdował sobie dziewczynę, zatruwaliśmy mu życie. Rozbiliśmy wiele związków. Nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek się żenił, bo oznaczałoby to więcej gęb do karmienia.
W dawnych czasach świętowaliśmy, gdy komuś urodziło się dziecko. Robiliśmy zrzutkę i pomagaliśmy mu zapłacić rachunek za szpital, jeśli akurat go przypiliło. W czasach planu, kiedy rodziło się dziecko, tygodniami nie odzywaliśmy się do rodziców. Dzieci stały się dla nas tym, czym dla rolników szarańcza. Dawniej pomagaliśmy człowiekowi, jeśli ktoś z jego domowników ciężko zachorował. W czasach planu... Opowiem pani jedną historię. Dotyczy matki człowieka, który pracował u nas od piętnastu lat. Była to miła starsza pani, pogodna i mądra, mówiła nam wszystkim po imieniu i lubiliśmy ją— dopóki to się nie stało. Pewnego dnia pośliznęła się na schodach do piwnicy i złamała nogę w biodrze. Wiedzieliśmy, co to oznacza w jej wieku. Lekarz zakładowy powiedział, że trzeba ją wysłać do szpitala w mieście, na drogie i długotrwałe leczenie. Starsza pani zmarła w noc poprzedzającą wyjazd. Nigdy nie ustalono przyczyn zgonu. Nie, nie wiem, czy ją zamordowano. Nikt tego nie powiedział. Nikt w ogóle nie chciał o tym rozmawiać. Wiem tylko — i nigdy nie zapomnę — że ja także łapałem się na myśli, iż byłoby lepiej, gdyby umarła. Tak właśnie — niech nam Bóg przebaczy! — wyglądało braterstwo, bezpieczeństwo i dobrobyt, który miał nam zapewnić plan!
Czy istniał jakikolwiek powód, dla którego ktoś miałby głosić takie potworności? Czy istniał ktokolwiek, kto coś na tym zyskiwał? Owszem: Starnesowie. Mam nadzieję, że nie wypomni mi pani, iż poświęcili swoją fortunę i podarowali nam fabrykę. My też daliśmy się na to nabrać. Tak, zrezygnowali z fabryki. Zysk jednak zależy od tego, co chce się zyskać; Starnesom zaś nie chodziło o nic, co można by kupić za pieniądze. Pieniądze są na to zbyt czyste i niewinne. Najmłodszy, Erie Starnes, był mięczakiem i nie miał nawet dość siły, by czegoś chcieć. Stanął na czele działu kreowania wizerunku publicznego, który nie robił nic, ale miał od tego odpowiednich ludzi, więc Starnes nie musiał nawet pokazywać się w biurze. Jego pensja — nie powinienem nazywać tego „pensją"; nikt z nas nie otrzymywał „pensji"; raczej jałmużna przyznawana w głosowaniu — była dość skromna. Dostawał około dziesięciu razy tyle co ja, ale nie były to kokosy. Erica nie interesowały pieniądze — nie wiedziałby, co z nimi robić. Spędzał czas na kręceniu się pomiędzy nami i pokazywaniu, jaki jest koleżeński i demokratyczny. Chciał być kochany i usiłował to osiągnąć wiecznym przypominaniem nam, że to on nam dał tę fabrykę. Nie znosiliśmy go. Gerald Starnes był dyrektorem produkcji. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, ile wynosiła jego działka
—      to znaczy jego jałmużna. Potrzeba by sztabu księgowych, by to obliczyć, i sztabu inżynierów, by prześledzić kanały, jakimi te pieniądze, rzekomo przeznaczone na wydatki firmy, trafiały do jego biura. Miał trzy samochody, cztery sekretarki i pięć telefonów. Urządzał przyjęcia z szampanem i kawiorem, na jakie nie mógłby sobie pozwolić żaden płacący podatki magnat. W ciągu jednego roku wydał więcej pieniędzy, niż wyniosły zyski jego ojca podczas ostatnich dwóch lat życia. Kiedyś znaleźliśmy w jego gabinecie stufuntową — zważyliśmy — stertę magazynów z artykułami o naszej fabryce i szlachetnym planie, przedstawiającymi Geralda Starnesa jako wielkiego bo­jownika o sprawy społeczne. Lubił przychodzić do warsztatów w stroju wieczorowym, świecąc spinkami do mankietów wielkości pięciocentówki i strzepując popiół z papierosów, gdzie popadło.
Każdy pozer, nie mogący się pochwalić niczym z wyjątkiem zawartości swojego portfela, jest nie do zniesienia, ale on przynajmniej nie ukrywa, że pieniądze należą do niego. Jeśli ktoś chce, może go podziwiać, ale zazwyczaj nikt tego nie robi. Kiedy jednak drań pokroju Geralda Starnesa urządza takie przedstawienie, twierdząc przy tym, że nie zależy mu na dobrach materialnych i że cały ten luksus nie ma służyć jemu, lecz dobru „rodziny", bo trzeba utrzymywać prestiż firmy i szlachetnego planu w oczach społeczeństwa, zaczyna się go nienawidzić jak psa. Ale jego siostra Ivy była gorsza. Ona naprawdę nie troszczyła się o dobra materialne. Dostawała tyle pieniędzy co my i paradowała w znoszonych butach na płaskim obcasie i zgrzebnych sukienkach, żeby tylko pokazać, jaka jest bezinteresowna. Była dyrektorem do spraw dystrybucji. To do niej należało zaspokajanie naszych potrzeb. Ona nas trzymała za gardła. Teoretycznie o podziale dóbr decydowało walne zgromadzenie — głos ludu. Kiedy jednak „ludem" jest sześć tysięcy wyjących gardeł, bez ładu i składu próbujących coś ustalić w grze pozbawionej reguł, w której można żądać wszystkiego, ale nie ma się prawa do niczego i każdy ma władzę nad wszystkimi z wyjątkiem siebie samego, „głos ludu" staje się głosem Ivy Starnes. Pod koniec drugiego roku zrezygnowaliśmy ze „zgromadzeń rodzinnych" — w imię „wydajności produkcji i oszczędności czasu", bo jedno zgromadzenie trwało dziesięć dni — i wszystkie petycje o zasiłek wysyłano bezpośrednio do gabinetu Ivy Starnes. Nie, nie wysyłano. Trzeba je było przedstawić osobiście. Sporządzała potem listę podziału, którą odczytywała nam na trwającym trzy kwadranse zebraniu, a my ją zatwierdzaliśmy. W programie przewidziano dziesięć minut na dyskusję i protesty, ale nie protestowaliśmy. Zdążyliśmy już zmądrzeć. Nikt nie może rozdzielić dochodów firmy pomiędzy tysiące ludzi, nie kierując się jakimś kryterium wartości człowieka. Kryterium panny Starnes było lizusostwo. Bezinteresowna? Jej ojciec nie mógłby bezkarnie potraktować najnędzniejszego robotnika tak, jak ona traktowała najbardziej wartościowych pracowników i ich żony. Miała blade oczy, zimne, wyłupiaste i martwe. Gdyby chciała pani wiedzieć, jak wygląda czyste zło, wystarczyło zobaczyć, jak błyszczały na widok człowieka, który kiedyś jej napyskował, a teraz usłyszał swoje nazwisko na liście osób nie mających otrzymać nic ponad pensję głodową. Wyraz tych oczu zdradzał prawdziwe motywy postępowania każdego, kto kiedykolwiek wygłaszał slogan: „Od każdego według umiejętności, każdemu według potrzeb".
Oto cały sekret. Początkowo zastanawiałem się, jak to możliwe, żeby wykształceni, kulturalni, sławni ludzie tego świata popełnili tak drastyczny błąd i wychwalali tę potworność jako cnotę, skoro wystarczyłoby wprowadzić to w czyn na pięć minut, by poznać skutki. Teraz już wiem, że to nie był błąd. Takich błędów nigdy nie popełnia się nieświadomie. Jeśli ludzie zaczynają nagle, bez wyraźnego powodu dążyć do jakiegoś straszliwego, niewykonalnego szaleństwa — to znaczy, że mają powód, tylko nie chcą go zdradzić. My też nie byliśmy bez winy, popierając plan na pierwszym zebraniu. Zrobiliśmy to nie tylko dlatego, że wierzyliśmy w brednie, którymi nas karmiono. Był jeszcze inny powód, ale brednie pomogły nam to ukryć przed kolegami i przed sobą. Brednie dały nam możliwość zrobienia cnoty z czegoś, do czego w innym wypadku wstydzilibyśmy się przyznać. Nie było na zebraniu ani jednego człowieka, któremu nie przyszłoby do głowy, że pod przykrywką szlachetnego planu uda mu się położyć łapę na pieniądzach zarobionych przez lepszych od niego. Nikt nie był dość bogaty ani dość zdolny, żeby nie myśleć, że dzięki planowi zawładnie częścią umysłu i majątku kogoś bogatszego i zdolniejszego. Myśląc o niezasłużonych zyskach, które chciał czerpać z ludzi stojących wyżej od niego, zapominał jednak o stojących niżej. Nie pomyślał, że oni także będą się chcieli obłowić jego kosztem. Robotnik, któremu przyszło do głowy, że jego potrzeba upoważnia go do posiadania limuzyny, skoro może ją mieć jego szef, zapominał, że każdy darmozjad i żebrak będzie się domagał lodówki, skoro on ją ma. Takie były nasze prawdziwe intencje, gdy głosowaliśmy, ale nie chcieliśmy o tym myśleć — a im mniej nam się to podobało, tym głośniej krzyczeliśmy o swojej miłości do dobra publicznego. Sami tego chcieliśmy. Kiedy się zorientowaliśmy, że niezupełnie o to nam chodziło, było już za późno. Byliśmy w pułapce. Nie mieliśmy dokąd pójść. Najlepsi pracownicy odeszli z fabryki w pierwszym tygodniu funkcjonowania planu. Straciliśmy wszystkich inżynierów, kierowników, bry­gadzistów i najbardziej wykwalifikowanych pracowników. Szanujący się człowiek nie pozwoli z siebie zrobić dojnej krowy. Niektórzy próbowali to znosić, ale długo nie wytrzymali. Ludzie uciekali z fabryki jak z siedliska zarazy, aż wreszcie zostali już tylko ci z potrzebami, lecz bez umiejętności.
Byłem wśród nielicznych, którzy zostali, mimo iż byli coś warci. Pracowaliśmy w Samochodach Dwudziestego Wieku zbyt długo, by uwierzyć, że już ich nie ma, i odejść. W dawnych czasach nikt nie odchodził. Potem było już za późno: żaden pracodawca by nas nie przyjął — i trudno się dziwić. Żadna szanująca się osoba ani firma nie chciała mieć z nami do czynienia. Wszystkie małe sklepiki, w których się zaopatrywaliśmy, szybko zaczęły wynosić się z miasta. Wkrótce pozostały tylko bary, kasyna i oszuści, którzy sprzedawali nam szmelc po kosmicznych cenach. Do­stawaliśmy coraz niższe zasiłki, a koszty utrzymania rosły. Lista potrzeb fabryki rosła, a lista klientów malała. Było coraz mniej zysku do podziału i coraz więcej ludzi. W dawnych czasach mówiono, że znak firmowy Samochodów Dwudziestego Wieku jest dla samochodu tym, czym dla złota próba. Nie wiem, co myśleli spadkobiercy Starnesa, jeśli w ogóle myśleli, przypuszczam jednak, że — jak wszyscy autorzy programów społecznych i jak dzicy — sądzili, że znak firmowy da im jakąś magiczną siłę, dzięki której staną się równie bogaci, jak przedtem ich ojciec. Kiedy nasi klienci zorientowali się, że nigdy nie realizujemy zamówienia na czas i nie zdarza nam się zbudować silnika, z którym wszystko byłoby w porządku, magiczny znak zaczął działać na odwrót: ludzie nie chcieli przyjąć silnika nawet za darmo, jeśli został wyprodukowany przed Samochody Dwudziestego Wieku. Skończyło się na tym, że pozostali nam wyłącznie klienci, którzy nie płacili i nie mieli zamiaru płacić. Ale Gerald Starnes, odurzony własnym rozgłosem, żądał z oburzeniem, żeby ludzie składali u nas zamówienia — nie dlatego, że jesteśmy dobrzy, lecz że jesteśmy w potrzebie.
Do tego czasu każdy głupek wioskowy zdążył zauważyć to, na co przymykały oko całe pokolenia profesorów. Co elektrowni po naszej potrzebie, skoro jej generatory stanęły, bo miały wadliwe silniki? Co przyjdzie z naszej potrzeby człowiekowi leżącemu na stole operacyjnym, kiedy zgasną światła? Pasażerowi samolotu, którego silniki zawiodły, gdy był w powietrzu? Czy byłoby dobre, słuszne i moralne, żeby właściciel elektrowni, chirurg i producent samolotu kupowali nasz produkt nie ze względu na jego zalety, lecz na naszą potrzebę?
A jednak taki właśnie porządek moralny chcieli na świecie zaprowadzić profesorowie, przywódcy i myśliciele. Jeśli w jednym małym miasteczku, gdzie wszyscy się znali, jego wdrożenie doprowadziło do czegoś takiego, czy wyobraża pani sobie, co by się stało, gdyby to zrobić w skali światowej? Co by było, gdyby musiała pani żyć i pracować, przykuta do wszystkich katastrof i symulacji na świecie? Pracować — a kiedy ktoś gdzieś zawiódł, pani musiałaby to nadrobić. Pracować bez szansy na awans, wiedząc, że pani posiłki, ubranie, dom i przyjemności uzależnione są od każdego oszustwa, głodu i zarazy na ziemi. Pracować bez szans na dodatkowy zarobek, dopóki wszyscy Kambodżanie nie mają co jeść, a wszyscy Patagończycy nie pokończyli studiów. Pracować za czek in blanco, dzierżony przez każde żyjące stworzenie, przez ludzi, których nigdy pani nie widziała i nie ma sposobu na poznanie rozmiarów ich talentu, lenistwa, niedbalstwa lub nieuczciwości ani prawa do zadawania pytań — może pani tylko pracować, pracować, pracować, pozwalając sobowtórom Ivy i Geralda decydować o tym, czyj żołądek pochłonie wysiłki, marzenia i dni pani życia. To ma być prawo moralne? Ideał moralny?
Cóż, wypróbowaliśmy go i poznaliśmy jego smak. Agonia trwała cztery lata — tyle upłynęło między pierwszym zebraniem a ostatnim — i zakończyła się w jedyny możliwy sposób: bankructwem. Na ostatnim zebraniu Ivy Starnes nadal próbowała mydlić nam oczy. W krótkim, wstrętnym, pokrętnym przemówieniu stwierdziła, że plan się nie powiódł, bo reszta kraju go nie przyjęła, że samolubny, chciwy świat zdławił naszą czcigodną wspólnotę i że ideał był zbyt szlachetny, by podła ludzka natura potrafiła go przyjąć. Wszyscy słuchali tego w milczeniu — tylko młody chłopak, który w pierwszym roku został ukarany za podsunięcie nam dobrego pomysłu, wstał, podszedł do stojącej na podium Ivy Starnes i splunął jej w twarz. Taki był koniec szlachetnego planu i Samochodów Dwudziestego Wieku.
(...)

(...)
Nie, sprawiedliwość nie przestała istnieć. Jakżeby mogła? Ludzie mogą przestać ją widzieć, a wtedy ona ich niszczy. Nie może jednak przestać istnieć, bo sprawiedliwość i istnienie są nierozerwalnie powiązane: sprawiedliwość jest aktem uznania tego, co istnieje... Tak, nadal uprawiam swój zawód. Piszę rozprawę na temat filozofii prawa. Wykażę w niej, że najstraszliwszym złem ludzkości, najbardziej destrukcyjnym i przerażającym spośród ludzkich wynalazków jest prawo nieobiektywne...
(...)

(...)
Istnieje tylko jeden rodzaj ludzi, którzy nigdy na przestrzeni dziejów nie zastrajkowali. Wszyscy inni zatrzymywali się, kiedy im się zachciało, i przedstawiali światu żądania, twierdząc, że są niezastąpieni — z wyjątkiem tych, którzy dźwigali świat na ramionach, trzymali go przy życiu, jako jedyną zapłatę otrzymując udrękę, nigdy jednak nie zostawili ludzkości na lodzie. Teraz przyszła kolej na nich. Niech świat odkryje, kim są, co robią i co się stanie, gdy odmówią działania. To strajk ludzi umysłu, panno Taggart. Umysł odmawia współpracy.
Nie poruszyła się; tylko palce jednej dłoni powoli przesunęły się z policzka na skroń.
—      Przez wszystkie epoki — mówił dalej Galt — umysł ludzki postrzegano jako zło, a ludzi, którzy brali na siebie odpowiedzialność patrzenia na świat oczyma żywej świadomości i wyciągania racjonalnych wniosków, obrzucano wszelkimi możliwymi obelgami — od heretyka poprzez materialistę po wyzyskiwacza — spotykały ich wszelkie możliwe represje — od wygnania przez pozbawienie praw wyborczych po konfiskatę majątku — i wszelkie możliwe męczarnie — od szyderstwa przez tortury po pluton egzekucyjny. A jednak tylko w takim stopniu, w jakim przetrwała myśl ludzka — w kajdanach, lochach, zaułkach, celach filozofów i warsztatach handlowców — mogła przetrwać ludzkość. Przez wszystkie wieki czczenia bezmyślności, jakąkolwiek stagnację ludzkość postanowiła znosić, jakąkolwiek brutalność praktykować —jedynie dzięki łasce ludzi, którzy rozumieli, że pszenicy potrzebna jest woda, by mogła wyrosnąć, że trzeba odpowiednio ułożyć kamienie, by zbudować juk, że dwa i dwa jest cztery, że tortury nie służą miłości, a niszczenie życiu — jedynie dzięki łasce tych ludzi pozostali nauczyli się przeżywać chwile, w których zapalała się w nich iskierka człowieczeństwa, i tylko suma tych chwil pozwalała im nadal żyć. To człowiek umysłu nauczył ich piec chleb, leczyć rany, kuć broń i budować więzienia, do których potem go wtrącali. Był to człowiek o nieograniczonej energii — i nieostroż­nej wielkoduszności — który wiedział, że przeznaczeniem ludzkości nie jest stagnacja, a jej naturalnym stanem niemoc, że najszlachetniejszą i najradośniejszą wartością człowieka jest geniusz jego umysłu — i w służbie tej miłości życia, którą samotnie odczuwał, pracował dalej, pracował za każdą cenę, dla tych, którzy go ograbiali, więzili, torturowali, ratując ich życie kosztem swojego. Taka była jego chwała i jego wina — pozwolił sobie wmówić, że jest winien swojej chwały, przyjąć rolę zwierzęcia ofiarnego i, skazany za grzech inteligencji, ginąć na ołtarzach barbarzyń­ców. Tragicznym żartem w historii ludzkości jest to, iż na każdym z ołtarzy wzniesionych przez ludzi składano zawsze człowieka, a czczono zwierzę. To atrybuty zwierzęce były przedmiotem chwały: bóstwo instynktu i bóstwo siły — mistycy i królowie — mistycy, którzy tęsknili za nieodpowiedzialną świadomością i rządzili za pomocą twierdzenia, że ich mgliste emocje są ważniejsze od rozumu, że wiedza atakuje nas znienacka i trzeba ją przyjmować, a nie kwestionować
—      i królowie, którzy rządzili za pomocą szponów i mięśni, podbijając i grabiąc, za jedyny atrybut władzy mając maczugę lub karabin. Obrońcy ludzkiej duszy troszczyli się o uczucia, obrońcy ciała
—      o żołądek, jedni i drudzy jednak zjednoczyli się przeciwko umysłowi. Ale nikt, nawet najpodlejsza istota ludzka, nie potrafi całkowicie zrezygnować z myślenia. Nikt nigdy nie wierzył w nieracjonalność: tym, w co wierzą, jest niesprawiedliwość. Gdy człowiek potępia umysł, czyni to dlatego, że dąży do czegoś, do czego umysł nie pozwoliłby mu się przyznać. Kiedy głosi sprzeczności, czyni to, bo wie, że ktoś weźmie na siebie ciężar niemożliwego i za cenę własnego cierpienia lub życia sprawi, że doktryna zadziała i przyniesie zyski temu, kto ją szerzy. Ceną każdej sprzeczności jest destrukcja. To ofiary umożliwiały istnienie niesprawiedliwości. To dzięki ludziom rozumu barbarzyńcy mogli rządzić. Motywem każdej doktryny potępiającej rozum jest zawład­nięcie rozumem. Motywem każdej doktryny głoszącej samopoświęcenie jest zawładnięcie umiejętnościami. Grabieżcy zawsze to wiedzieli. My nie. Nadszedł czas, żebyśmy to pojęli. Dziś zamiast Boga czy króla każe nam się czcić nagą, skrzywioną, bezmózgą postać Niekompetencji. Taki jest nowy ideał, dążenie i cel życia, a ludzie mają być nagradzani na podstawie tego, jak bardzo się do niego zbliżyli. Nazywają to epoką zwykłych ludzi — tytuł, do którego aspirować może każdy człowiek, w takim stopniu, w jakim udaje mu się nie wyróżniać z tłumu. Do rangi arystokraty wyniesie go wysiłek, którego nie podjął, uhonorują go za cnoty, którymi się nie wykazał, i zapłacą dobrami, których nie wyprodukował. Za to my — my, którzy musimy pokutować za grzech umiejętności — będziemy go utrzymywać i spełniać jego rozkazy, za jedyną nagrodę mając jego zadowolenie. Ponieważ mamy najwięcej do dania, będziemy mieć najmniej do powiedzenia. Ponieważ potrafimy lepiej myśleć, myślenie będzie nam zakazane. Ponieważ wiemy, co chcemy robić, nie będzie nam wolno robić tego, co chcemy. Będziemy pracować na podstawie rozporządzeń i regulacji tych, którzy sami pracować nie potrafią. Będą rozporządzali naszą energią, sami bowiem nie mają żadnej, i naszymi produktami, sami bowiem nie potrafią produkować. Twierdzi pani, że to niemożliwe? Że nie da się tego zrobić? Oni o tym wiedzą, ale pani nie — i liczą, że dzięki temu im się uda. Liczą, że będzie pani dalej pracować i karmić ich za cenę własnego nadludzkiego wysiłku, dopóki pani może — a gdy już pani padnie, znajdą sobie kolejną ofiarę. Każda kolejna ofiara wytrzyma jednak krócej i o ile pani, umierając, pozostawi im sieć kolei, pani ostatni potomek duchowy zostawi im bochenek chleba. W tej chwili jednak ich to nie martwi. Ich plan — podobnie jak plany wszystkich królewskich grabieżców przeszłości — obejmuje jedynie okres ich życia. W przeszłości zawsze im się udawało, bo jednemu pokoleniu nie mogło zabraknąć ofiar. Tym razem jednak tak nie będzie. Ofiary podjęły strajk. Strajkujemy przeciwko męczeństwu i przeciwko kodeksowi moralnemu, który się go domaga. Przeciwko tym, którzy uważają, że jeden człowiek musi żyć dla dobra innych. Przeciwko moralności kanibali, praktykowanej na poziomie ciała i ducha. Nie będziemy współpracować z ludźmi na warunkach innych niż nasze własne — a nasze warunki to kodeks moralny utrzymujący, że człowiek jest celem samym w sobie, a nie środkiem do celu innych. Nie zamierzamy im narzucać swojego kodeksu. Mają prawo wierzyć, w co chcą. Tym razem jednak będą musieli w to wierzyć i istnieć bez naszej pomocy — i raz na zawsze poznają sens swojej doktryny. Ta doktryna przetrwała wieki jedynie dzięki przyzwoleniu ofiar, dzięki ich akceptacji kary za złamanie kodeksu, którego praktykować się nie da. Ale przeznaczeniem tego kodeksu było łamanie go. Ten kodeks przynosi efekty nie dzięki tym, którzy go przestrzegają, lecz tym, którzy go łamią. Ta moralność trwa nie dzięki cnocie swoich świętych, lecz łasce grzeszników. Nie zamierzamy już być grzesznikami. Przestaliśmy łamać kodeks moralny. Zniszczymy go na zawsze dzięki metodzie, której nie potrafią się przeciwstawić: przestrzeganiu go. To właśnie robimy. W stosunkach z naszymi współbraćmi przestrzegamy ich norm co do joty i oszczędzamy im wszystkiego, co potępiają jako zło. A zatem umysł jest zły? Wycofaliśmy ze społeczeństwa dzieła naszych umysłów. Zdolności są samolubnym złem, nie pozostawiającym wyboru tym, którzy mają ich mniej? Wycofaliśmy się z rywalizacji i pozostawiliśmy pole do popisu niekompetentnym. Dążenie do bogactwa jest chciwością, źródłem wszelkiego zła? Już nie pragniemy zbijać fortun. Złem jest zarabianie więcej niż tyle, ile potrzeba, by przeżyć? Wykonujemy najbardziej przyziemne prace i wysiłkiem własnych mięśni wytwarzamy tylko tyle, ile wymagają nasze doraźne potrzeby, nie pozostawiając zbędnego grosza czy twórczej myśli, która mogłaby zaszkodzić światu. Złem są sukcesy, bo odnoszą je silni kosztem słabych? Przestaliśmy obarczać słabych swoimi ambicjami i pozwalamy im swobodnie prosperować bez nas. Złem jest bycie pracodawcą? Nie mamy do zaoferowania żadnej pracy. Złem jest posiadanie nieruchomości? Nie mamy nic. Złem jest czerpanie radości z życia na tym świecie? Nie szukamy żadnych przyjemności w ich świecie i — to najtrudniej nam było osiągnąć — tym, co obecnie odczuwamy wobec ich świata, jest uczucie uznane przez nich za idealne: obojętność — pustka — zero krzyżyk... Dajemy ludziom wszystko, czego przez wieki rzekomo pragnęli i co wychwalali jako cnotę. Teraz się przekonają, czy naprawdę tego pragną.
(...)

(...)
—      Tyle słyszeliśmy o strajkach — rzekł — i o zależności ludzi niezwykłych od zwykłych. Wykrzykiwano, że przemysłowiec jest pasożytem utrzymywanym przez pracowników, którzy tworzą jego bogactwo i umożliwiają życie w luksusie — i co by się z nim stało, gdyby odmówili pracy? W porządku. Zamierzam pokazać światu, kto jest zależny od kogo, kto kogo utrzymuje, kto jest źródłem bogactwa, kto umożliwia komu przetrwanie i co się stanie z kim, kiedy kto odmówi pracy.
Okna były już litymi ścianami ciemności, odbijającymi iskierki papierosów. Galt wziął jednego ze stolika. Kiedy go zapalał, w blasku zapałki zalśnił na moment w jego palcach złoty znak dolara.
—      Odszedłem i dołączyłem do niego — rzekł Hugh Akston — bo nie mogłem współpracować z ludźmi twierdzącymi, że bycie intelektualistą polega na negacji istnienia intelektu. Ludzie nie zatrudniają hydraulika, który próbuje dowodzić swojego profesjonalizmu poprzez twierdzenie, że hydraulika nie istnieje — najwyraźniej jednak tych samych kryteriów ostrożności nie uważa się za konieczne w odniesieniu do filozofów. Dowiedziałem się jednak od własnego ucznia, że ja sam to umożliwiam. Kiedy myśliciele uznają tych, którzy twierdzą, że myślenie nie istnieje, za współmyślicieli reprezentujących inną szkołę, sami doprowadzają do zniszczenia umysłu. Uznają podstawową przesłankę wroga, nadając szaleństwu sankcję rozumu. Podstawowa przesłanka jest pewnikiem, nie dopuszczającym współpracy z jej antytezą i nie tolerującym tolerancji. W ten sam sposób i z tego samego powodu, z jakiego bankier nie może przyjąć i puścić w obrót fałszywych pieniędzy, mając na względzie prestiż swego banku, i nie może tolerować roszczeń fałszerza jako zwykłej różnicy opinii, ja nie mogę obdarzać tytułem filozofa profesora Pritchetta ani rywalizować z nim o ludzkie umysły. Profesor Pritchett nie wnosi do filozofii nic z wyjątkiem deklaracji jej zniszczenia. Chce zarobić na ludzkiej zdolności rozumowania poprzez jej negację. Chce przybić pieczęć rozumu na planach swoich grabieżczych panów. Chce wykorzystać prestiż filozofii dla zniewolenia umysłów. Ten prestiż może jednak istnieć, tylko dopóki ja podpisuję czeki. Niech sobie radzi beze mnie. Niech on i ci, którzy powierzają mu umysły swoich dzieci, mają dokładnie to, czego żądają: świat intelektualistów pozbawionych intelektu i myślicieli utrzymujących, że nie potrafią myśleć. Zgadzam się na to. Podporządkowuję się. A kiedy zobaczą absolutną rzeczywistość świata pozbawionego terminów absolutnych, nie będzie mnie tam i nie ja zapłacę cenę za ich sprzeczności.
—      Profesor Akston odszedł, kierując się zasadą rozsądnej bankowości — rzekł Midas Mulligan. — Ja kierowałem się miłością. Miłość jest najwyższą formą uznania dla najwyższych wartości. Do odejścia skłonił mnie proces Hunsackera, w którym sąd nakazał mi honorować, jako podstawowe prawo do korzystania z funduszy moich deponentów, żądania osób przedstawiających dowody na to, że nie mają prawa niczego żądać. Kazano mi wręczyć zarobione przez ludzi pieniądze darmozjadowi, którego jedyne roszczenie stanowiła jego nieumiejętność ich zarobienia. Urodziłem się na farmie. Znałem wartość pieniądza. Miałem w życiu do czynienia z wieloma ludźmi. Patrzyłem, jak się rozwijają. Zrobiłem fortunę dzięki umiejętności rozpoznawania właściwych ludzi
—      takich, którzy nigdy nie błagają o zaufanie, nadzieję czy jałmużnę, lecz oferują fakty, dowody i zyski. Czy pani wie, że zainwestowałem w firmę Hanka Reardena, kiedy dopiero się rozwijał, krótko po tym, jak przebił się z Minnesoty do Pensylwanii i kupił hutę żelaza? Tak czy owak, kiedy patrzyłem
na rozporządzenie sądu na swoim biurku, doznałem wizji. Zobaczyłem — tak wyraźnie, że wszystko wokół zmieniło kształt — rozradowaną twarz i oczy młodego Reardena podczas naszego pierwszego spotkania. Potem zobaczyłem go leżącego u stóp ołtarza i broczącego wsiąkającą w ziemię krwią — na ołtarzu zaś stał Lee Hunsacker, z oczyma zaszłymi śluzem, skomląc, że nigdy nie dano mu szansy... Dziwne, jak proste stają się rzeczy, kiedy sieje wyraźnie zobaczy. Zamknięcie banku i odejście nie sprawiło mi trudności: po raz pierwszy w życiu dokładnie wiedziałem, po co żyję i co kocham.
Popatrzyła na sędziego Narragansetta.
—      Pan odszedł w wyniku tego samego procesu, prawda?
—      Tak — odparł. — Odszedłem, kiedy sąd apelacyjny anulował moją decyzję. Wybrałem swój zawód, bo chciałem służyć sprawiedliwości. Prawa, które kazano mi egzekwować, czyniły ze mnie jednak wykonawcę najpotworniejszej niesprawiedliwości, jaką można sobie wyobrazić. Kazano mi siłą gwałcić prawa bezbronnych ludzi, zwracających się do mnie o ochronę tych praw. Strony podporządkowują się wyrokowi sądu tylko dlatego, że wychodzą z założenia, iż istnieje obiektywna zasada postępowania, którą obie akceptują. Teraz zaś okazało się, że jednego człowieka ma ona obowiązywać, a drugiego nie —jeden ma się podporządkowywać przepisom, a drugi zgłaszać arbitralne widzimisię swojej potrzeby —prawo zaś stoi po stronie tego ostatniego. Sprawiedliwość miała polegać na wspieraniu tego, co nieusprawiedliwione. Odszedłem, bo nie mógłbym znieść, jak uczciwy człowiek zwraca się do mnie per „wysoki sądzie".
Powoli przesunęła wzrok na Richarda Halleya, jakby jednocześnie prosiła go, by opowiedział swoją historię, i bała się ją usłyszeć.
—      Wybaczyłbym ludziom moje niepowodzenia — rzekł Halley — nie mogłem natomiast wybaczyć im tego, jak postrzegali mój sukces. Nie czułem nienawiści, gdy mnie odtrącali. Skoro moja twórczość była czymś nowym, musiałem im dać czas, by przywykli. Jeśli szczyciłem się, że jestem pionierem, samotnie wspinającym się na odkryty przez siebie szczyt, nie miałem prawa narzekać, że inni zostają w tyle. Mówiłem to sobie przez te wszystkie lata — tylko czasem, nocą, kiedy nie potrafiłem już czekać ani wierzyć, krzyczałem: „Dlaczego?!", ale nie otrzymywałem od­powiedzi. Potem, tamtego wieczoru, gdy postanowili przyjąć mnie owacją, stałem przed nimi na scenie teatru, myśląc, że oto nadeszła chwila, na którą pracowałem, i pragnąc to czuć, ale nie czując nic. Widziałem wszystkie minione noce, słyszałem tamto „dlaczego?" i nadal nie miałem odpowiedzi, a ich oklaski wydawały się równie puste jak ich obojętność. Gdyby powiedzieli: „Przepraszamy za spóźnienie, dzięki, że pan zaczekał" — nie prosiłbym o nic więcej i dałbym im wszystko, co mogłem. Ale tym, co ujrzałem na ich twarzach i usłyszałem w głosach, gdy się tłoczyli by mi pogratulować, było coś, czego pochwałę słyszałem wielokrotnie z ust artystów, lecz nie wierzyłem, że istota ludzka może naprawdę tak myśleć. Wydawali się mówić, że nie są mi nic winni, że ich głuchota obarczyła mnie posłannictwem moralnym, że moim obowiązkiem było walczyć, cierpieć i znosić — dla ich dobra — szyderstwa, pogardę, niesprawiedliwość i męki, które oni postanowili mi zadać, znosić je, by ich nauczyć doceniać moją twórczość; że takie było ich prawo, a mój cel. Pojąłem wtedy naturę duchowego grabieżcy, zjawiska, którego dotąd nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić. Zobaczyłem, jak sięgają w głąb mojej duszy, tak jak sięgali do kieszeni Mulligana, próbując odebrać mi moje duchowe bogactwo, tak jak jemu próbowali odebrać majątek — i zobaczyłem bezczelną złośliwość miernot, chełpliwie eksponujących własną pustkę jako otchłań, którą mają wypełnić lepsi od nich — zobaczyłem ich pragnących, tak jak pragnęli się karmić pieniędzmi Mulligana, pochłonąć godziny, które strawiłem na pisaniu, i to, co mnie do niego skłaniało, próbując uzyskać szacunek dla siebie poprzez wydarcie ze mnie deklaracji, że to oni są celem mojej muzyki, a moje osiągnięcie nie zasługuje na uznanie z ich strony, lecz obliguje mnie do uznania dla nich... Tamtej nocy poprzysiągłem sobie, że już nigdy nie pozwolę im usłyszeć ani jednej nuty mojej muzyki. Kiedy wyszedłem z teatru — opuściłem go ostatni — ulice były puste. Jakiś człowiek, którego nigdy przedtem nie widziałem, czekał na mnie w świetle latarni. Nie musiał mi wiele mówić. Ale koncert, który mu zadedykowałem, nosi nazwę koncertu wyzwolenia. Popatrzyła na pozostałych.
—      Zdradźcie mi wasze powody — powiedziała stanowczo, jak ktoś, kto obrywa lanie, ale chce je znieść do końca.
—      Odszedłem, gdy państwo przejęło kontrolę nad medycyną— rzekł doktor Hendricks. — Czy pani wie, czego wymaga operacja mózgu? Jakich umiejętności i ilu lat pełnego pasji, bezlitosnego, potwornego poświęcenia trzeba, aby te umiejętności osiągnąć? Nie mogłem oddać tego w ręce ludzi, którzy zdobyli władzę jedynie w wyniku umiejętności wykrzykiwania oszukańczych uogólnień, dzięki czemu zostali wybrani, by móc siłą narzucać swoje zachcianki. Nie mogłem pozwolić, by mi narzucali cel moich długotrwałych studiów, warunki pracy, wybór pacjentów czy zarobki. Zauważyłem, że we wszystkich dyskusjach poprzedzających zniewolenie medycyny zajmowano się wszystkim z wyjątkiem życzeń lekarzy. Rozważano tylko „dobro" pacjentów, nie myśląc o tych, którzy mieli je zapewnić. To, że lekarz mógłby mieć jakieś prawa, pragnienia lub wybór, uznawano za rzecz samolubną i nieistotną — lekarz nie ma wybierać, mówiono, lecz „służyć". Ludziom, którzy chcieli pomagać chorym poprzez uniemożliwianie życia zdrowym, nie przyszło do głowy, że człowiek chcący pracować pod przymusem jest barbarzyńcą zbyt niebez­piecznym, by mu powierzyć nawet opiekę nad zwierzętami. Zawsze zadziwiało mnie samozadowolenie, z jakim ludzie uzurpują sobie prawo do zniewalania mnie, sprawowania kontroli nad moją pracą, poddawania mnie przymusowi, grzebania w moim sumieniu i tłamszenia mojego umysłu — czemu jednak spodziewają się zawierzyć, gdy będą leżeć na stole operacyjnym pod moimi rękami? Ich kodeks moralny nauczył ich, że bezpiecznie jest polegać na cnocie ofiar. Cóż, ja tę cnotę wycofałem. Niech się przekonają, jakich lekarzy wyszkoli ich system. Niech się przekonają, na salach operacyjnych i w oddziałach szpitalnych, że nie jest bezpiecznie powierzać życie ludziom stłamszonym. Nie jest bezpiecznie, jeśli ten człowiek czuje żal — a jeszcze mniej, jeśli należy do tych, którzy przyjmują to bez żalu.
—      Ja — rzekł Ellis Wyatt — odszedłem, bo nie chciałem służyć kanibalom za pokarm i kucharza jednocześnie.
—      Ja — rzekł Ken Danagger — odkryłem, że ludzie, z którymi walczę, są bezsilni. Niemrawi, pozbawieni celu, nieodpowiedzialni i nierozsądni — to nie ja ich potrzebowałem, nie oni mieli mi dyktować warunki, nie ja miałem się podporządkowywać żądaniom. Odszedłem, żeby i oni mogli to odkryć.
—      Ja — rzekł Quentin Daniels — odszedłem, bo jeśli można stopniować potępienie, naukowiec oddający umysł we władanie brutalnej siły popełnia najbardziej brzemienne w skutki morderstwo na świecie.
(...)


(...)
—      Te kobiety, za którymi się uganiałem — nigdy w to nie wierzyłaś prawda? Nigdy nie tknąłem żadnej z nich — myślę jednak, że zawsze o tym wiedziałaś. Odgrywałem rolę playboya, żeby nie wzbudzić podejrzeń grabieżców, gdy niszczyłem d'Anconia Copper na oczach całego świata. Posłużyłem się dżokerem w ich grze: mają walczyć z każdym człowiekiem posiadającym honor i ambicję, ale każdego zepsutego darmozjada uważają za przyjaciela. Myślą, że jest bezpieczny — bezpieczny! — tak postrzegają życie, ale już wkrótce się dowiedzą czy zło jest bezpieczne, a niekompetencja praktyczna...! Dagny, tamtej nocy, gdy zrozumiałem, że cię kocham, wiedziałem, że muszę odejść. To było wtedy, gdy weszłaś do mojego pokoju w hotelu, gdy zobaczyłem, jak wy­glądasz, kim jesteś i ile dla mnie znaczysz — i co cię czeka w przyszłości. Gdybyś znaczyła mniej, być może zdołałabyś na jakiś czas mnie zatrzymać. Ale to właśnie ty stałaś się ostatecznym argumentem, który kazał mi odejść. Tamtej nocy błagałem cię o pomoc — przeciwko Johnowi Galtowi. Wiedziałem jednak, że jesteś jego najsilniejszą bronią przeciw mnie, choć żadne z was nie mogło o tym wiedzieć. Byłaś wszystkim, czego on poszukiwał, za co kazał nam żyć i umrzeć, jeśli będzie trzeba... Byłem gotów, gdy nagle zadzwonił, żebym przyjechał do Nowego Jorku, tamtej wiosny. Wcześniej długo się nie odzywał. Zmagał się z tym samym problemem co ja. Rozwiązał go... Pamiętasz? Trzy lata nie kontaktowałem się z tobą. Dagny, kiedy przejąłem firmę po ojcu i zacząłem mieć do czynienia z całym systemem przemysłowym świata, zacząłem rozumieć cha­rakter zła, którego istnienie podejrzewałem, ale wydawało mi się to zbyt potworne, by było prawdą. Zobaczyłem sieć podatków, która przez wieki pokryła d'Anconia Copper jak pleśń, bezprawnie nas okradając — zobaczyłem rozporządzenia rządowe, mające na celu skrępowanie mnie, bo odnoszę sukcesy, i wspieranie moich rywali, bo są leniami i nieudacznikami — zobaczyłem związki zawodowe, które wygrywały każdy spór ze mną dzięki argumentowi, że jestem w stanie zapewnić im pracę — zobaczyłem, że pragnienie pieniędzy, których nie potrafi się zarobić, jest uważane za słuszne, ale posiadanie zarobionych uchodzi za niechlubną chciwość — zobaczyłem polityków, mrugających do mnie i mówiących, żebym się nie martwił, bo jeśli trochę ciężej popracuję, przechytrzę ich wszystkich. Patrząc dalej niż na doraźne zyski, dostrzegłem, że im ciężej pracuję, tym mocniej zaciskam pętlę na swoim gardle. Że moja energia jest wylewana do ścieków, że na żerujących na mnie pasożytach także ktoś żeruje, że dają się złapać we własną pułapkę — i że nie ma to powodu ani sensu; że kanały ściekowe świata odprowadzają jego krew do jakiejś wilgotnej mgły, w którą nikt nie ma odwagi się wedrzeć, zamiast wzruszać ramionami i mówić, że życie na ziemi jest cierpieniem. Potem zobaczyłem, że całą machiną przemysłową świata, z jej imponującym sprzętem, tysiąctonowymi piecami, kablami transatlantyckimi, wyłożonymi mahoniem biurami, giełdami papierów wartościowych, jarzącymi się światłami sygnalizacyjnymi, energią i bogactwem nie rządzą bankierzy i rady nadzorcze, lecz każdy nieogolony humanitarysta z piwiarni, o twarzy nabrzmiałej niechęcią, głoszący, że cnotę należy karać za to, że jest cnotą, że celem umiejętności jest służyć niekompetencji, że człowiek nie ma prawa istnieć inaczej jak tylko dla dobra innych... Wiedziałem o tym, ale nie potrafiłem znaleźć sposobu walki. John go znalazł. Tamtej nocy tylko my dwaj — Ragnar i ja — przybyliśmy na jego prośbę do Nowego Jorku. Powiedział nam, co musimy robić i do jakich ludzi dotrzeć. Odszedł z Samochodów Dwudziestego Wieku i mieszkał na strychu w biednej dzielnicy. Podszedł do okna i wskazał drapacze chmur. Powiedział, że musimy wygasić światła świata i kiedy pogasną już światła Nowego Jorku, będziemy wiedzieli, że spełniliśmy swoje zadanie. Nie prosił, żebyśmy od razu się przyłączyli. Kazał nam to przemyśleć i rozważyć wszystko, co to zrobi z naszym życiem. Dałem mu odpowiedź rankiem następnego dnia, a Ragnar kilka godzin później, po południu... To było po naszej ostatniej wspólnej nocy, Dagny. Nie mogłem uciec przed wizją tego, o co muszę walczyć. Była to twoja twarz tamtej nocy, sposób, w jaki mówiłaś o kolei, twoja twarz na urwisku nad Hudsonem, kiedy próbowaliśmy dostrzec sylwetkę Nowego Jorku. Musiałem cię uratować, usunąć ci z drogi przeszkody, pomóc ci znaleźć twoje miasto, nie pozwolić, żebyś się potykała, przedzierając się przez zatrutą mgłę, z oczyma utkwionymi w horyzoncie, wciąż wyglądając tak, jak wtedy, w blasku słońca — przedzierając się, by na końcu drogi znaleźć nie wieże miasta, lecz tłustego, rozmiękłego, bezmózgiego kalekę,
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kim jest John Galt?
« Reply #2 on: (Mon) 17.02.2014, 17:35:33 »
(...)
—      „Należymy do tych, którzy nie oddzielają wartości wyznawanych przez umysł od aktów dokonywanych przez ciało". Powiedziałaś to w dzisiejszej audycji. Ale wiedziałaś to już wtedy, tamtego ranka w domu Ellisa Wyatta. Wiedziałaś, że wszystkie obelgi, którymi cię obrzucam, są najpełniejszym wyznaniem miłości, jakie może uczynić człowiek. Wiedziałaś, że fizyczne pożądanie, które potępiałem jako nasz wspólny grzech, wcale nie jest fizyczne i nie pochodzi od ciała, lecz jest wyrazem najgłębszych wartości wyznawanych przez umysł, niezależnie od tego, czy ma się odwagę to pojąć czy nie. To dlatego się ze mnie śmiałaś, prawda?
—      Tak — szepnęła.
—      Powiedziałaś: „Nie chcę twojego umysłu, twojej woli, twojej istoty ani twojej duszy, dopóki to do mnie przychodzisz, by zaspokoić to najniższe ze swoich pragnień". Wiedziałaś, że to właśnie swój umysł, wolę, istotę i duszę oddaję ci poprzez owo pragnienie. Teraz, Dagny, aby tamten poranek mógł być tym, czym był, chcę ci powiedzieć: mój umysł, wola, istota i dusza należą do ciebie — dopóki żyję.
Patrzył prosto na nią i zobaczyła w jego oczach krótkotrwałą iskierkę, nie będącą uśmiechem, lecz niemal reakcją na jej milczący krzyk.
—      Pozwól mi skończyć, najdroższa. Chcę, żebyś wiedziała, jak dobrze wiem, o czym mówię. Ja, który myślałem, że z nimi walczę, przyjąłem najgorszy element doktryny naszych wrogów — i od tamtej pory płacę za to, i słusznie, także teraz. Przyjąłem zasadę, za pomocą której niszczą człowieka na samym początku drogi, zasadę mordercy: konflikt Pomiędzy umysłem a ciałem. Przyjąłem ją jak większość ich ofiar, nie wiedząc o tym, nie wiedząc nawet o istnieniu tej kwestii. Buntowałem się przeciwko ich doktrynie ludzkiej bezsilności i byłem dumny ze swojej zdolności myślenia, działania i pracy dla zaspokojenia swoich potrzeb. Nie wiedziałem jednak, że jest to cnota, nigdy nie zidentyfikowałem tego jako wartości moralnej, najwyższej wartości, tej, której należy bronić aż do śmierci, bo to ona umożliwia życie. Przyjąłem też karę za to, karę za cnotę, która znalazła się w rękach aroganckiego zła, aroganckiego jedynie dzięki mojej niewiedzy i uległości.
Przyjąłem ich obelgi, oszustwa i wymuszenia. Sądziłem, że mogę sobie pozwolić na ignorowanie ich — tych wszystkich bezsilnych mistyków, gadających o swoich duszach i niezdolnych zbudować sobie dachu nad głową. Sądziłem, że świat należy do mnie i że te niekompetentne gaduły nie stanowią zagrożenia dla mojej siły. Nie mogłem pojąć, dlaczego przegrywam wszystkie bitwy. Nie wiedziałem, że użyto przeciw mnie mojej własnej siły. Zajęty podbojem materii, ustąpiłem im na poziomie umysłu, myśli, zasad, praw, wartości i moralności. Przyjąłem, nieświadomie i bez walki, założenie, że idee nie mają wpływu na ludzkie życie, pracę, rzeczywistość, świat —jakby nie były dziełem rozumu, lecz mistycznej wiary, którą pogardzałem. To im wystarczyło. Oddałem wszystko, czego przeinaczeniu i zniszczeniu służy cała ich demagogia: ludzki rozsądek. Nie, oni nie potrafili zajmować się materią, wytwarzać pod dostatkiem produktów, ujarzmić ziemi. Nie musieli. Wystarczyło, że ujarzmili mnie.
Ja, który wiedziałem, że bogactwo jest tylko środkiem wiodącym do celu, wytwarzałem środek, a im pozwoliłem dyktować cel. Byłem dumny z umiejętności zaspokajania swoich potrzeb, a jednak pozwoliłem im dyktować system wartości, na podstawie którego je szacowałem. Kształtowałem materię, by służyła moim celom, lecz pozostał mi tylko stos stali i złota, bo wszystkie moje cele zostały zniweczone, pragnienia zdradzone, a dążenia do szczęścia pokrzyżowane. Podzieliłem się na dwie części, zgodnie z naukami mistyków, i prowadziłem interesy, opierając się na jednym systemie wartości, a żyłem, opierając się na drugim. Buntowałem się przeciwko grabieżczym próbom ustalania ceny i wartości mojej stali — pozwoliłem im jednak ustalać zasady moralne swojego życia. Buntowałem się przeciwko żądaniom niezasłużonego bogactwa — sądziłem jednak, że moim obowiązkiem jest przyznać niezasłużoną miłość żonie, którą gardziłem, niezasłużony szacunek matce, która mnie nienawidziła, i niezasłużone wsparcie bratu, który spiskował przeciwko mnie. Buntowałem się przeciwko niesprawiedliwemu uszczerbkowi finansowemu — akceptowałem jednak życie w niesprawiedliwym cierpieniu. Buntowałem się przeciw doktrynie, że moje umiejętności produkcyjne są grzechem — przyjmowałem jednak za taki swoją zdolność do przeżywania szczęścia. Buntowałem się przeciw teorii, że cnota jest jakąś bezcielesną, nieodgadniona cechą ducha — lecz pogardzałem tobą, tobą, moja najukochańsza, za pragnienia twojego i mojego ciała. Jeśli jednak ciało jest złem, są nim również ci, którzy dostarczają środków przetrwania, są nim wszelkie dobra materialne i ich twórcy — a jeśli wartości moralne są sprzeczne z naszym fizycznym istnieniem, słuszne jest, by nagrody były niezasłużone, cnota powinna się składać z tego, co niedokonane, zapłata nie powinna wynikać z osiągnięcia, a niższe zwierzęta, które potrafią wytwarzać, powinny służyć tym, których duchowa wyższość polega na cielesnej nieudolności.
Gdyby ktoś pokroju Hugh Akstona powiedział mi na początku mojej drogi, że przyjmując wyznawaną przez mistyków teorię seksu, przyjmuję ekonomiczną teorię grabieżców, roześmiałbym mu się w twarz. Teraz już nie zrobiłbym tego. Teraz widzę, jak męty zarządzają moją firmą, widzę, jak moi najwięksi wrogowie wzbogacają się dzięki osiągnięciom mojego życia, a co się tyczy jedynych dwóch osób, które w życiu kochałem, jedną śmiertelnie obraziłem, drugą zaś zhańbiłem w oczach świata. Uderzyłem w twarz człowieka, który był moim przyjacielem, obrońcą i nauczycie­lem, człowieka, który mnie oswobodził, pomagając nauczyć się tego, czego się nauczyłem. Kochałem go, Dagny, był moim bratem, synem, druhem, którego nigdy nie miałem — a ja wyrzuciłem go ze swego życia, bo nie chciał mi pomóc produkować dla grabieżców. Dałbym wszystko, by go odzyskać, ale nie mogę mu nic zaoferować i nigdy już go nie zobaczę, bo to ja będę wiedział, że nie mogę nic zrobić, by zasłużyć choćby na prawo błagania go o przebaczenie. Ale to, co zrobiłem tobie, najdroższa, jest jeszcze gorsze. To przeze mnie musiałaś wygłosić dzisiejsze oświadczenie, to ja doprowadziłem do tego jedyną kobietę, którą kiedykolwiek kochałem, w zamian za jedyne szczęście, jakiego w życiu doznałem. Nie mów mi, że sama to wybrałaś i przyjęłaś wszystkie konsekwencje, łącznie z dzisiejszym wieczorem — bo to ja miałem do zaoferowania tylko taki wybór. To, że grabieżcy zmusili cię do mówienia; że mówiłaś, by mnie pomścić i uwolnić, nie zmienia faktu, iż to ja umożliwiłem im zastosowanie tej taktyki. To nie swoimi poglądami na temat grzechu i hańby posłużyli się, by cię zhańbić, lecz moimi. Po prostu wprowadzili w życie to, w co wierzyłem i co powiedziałem w domu Ellisa Wyatta. To ja ukrywałem naszą miłość jako wstydliwy sekret — oni po prostu potraktowali ją w ten sam sposób. To ja fałszowałem rzeczywistość dla zachowania pozorów w ich oczach — oni tylko odebrali ją na mocy mojego upoważnienia.
Ludzie sądzą, że kłamca odnosi zwycięstwo nad ofiarą. Ja jednak nauczyłem się, że kłamstwo jest sprzeniewierzeniem się samemu sobie, bo rezygnuje się z własnej rzeczywistości na rzecz człowieka, którego się okłamuje, czyniąc go swoim panem i skazując się od tego momentu na udawanie takiej rzeczywistości, jakiej domagają się jego poglądy. I jeśli dzięki kłamstwu osiąga się doraźny cel, płaci się potem cenę niszczącą to, czemu owa zdobycz miała służyć. Człowiek, który okłamuje świat, jest od tej pory niewolnikiem świata. Kiedy postanowiłem ukrywać moją miłość do ciebie, zanegować ją przed ludźmi i żyć w kłamstwie, uczyniłem z niej własność publiczną — i publiczność słusznie się o nią upomniała. Nie miałem możliwości tego uniknąć ani cię uratować. Kiedy poddałem się grabieżcom i podpisałem akt darowizny, by cię chronić — nadal żyłem w udawanej rzeczywistości, bo nic innego mi nie pozostało — a prędzej pozwoliłbym im zabić nas oboje, niż zrobić to, czym grozili. Ale nie ma niewinnych kłamstw, jest tylko najpotworniejsza destrukcja, a niewinne kłamstwa najwierniej jej służą. Nadal udawałem, więc wynik był nieunikniony: zamiast cię ochronić, sprowadziłem na ciebie jeszcze większą udrękę, zamiast uratować twoją reputację, zmusiłem cię do wystawienia się na publiczną chłostę i biczowania się własną ręką. Wiem, że byłaś dumna z tego, co mówisz, a ja byłem dumny, słuchając cię — ale była to duma, którą powinienem czuć już dwa lata temu.
Nie, nie utrudniłaś mi sprawy, uwolniłaś mnie, uratowałaś nas oboje, odkupiłaś naszą przeszłość. Nie mogę cię prosić o przebaczenie, takie słowa już dawno się do nas nie odnoszą — a jedynym zadośćuczynieniem, jakie mogę ci ofiarować, jest fakt, że jestem szczęśliwy. Szczęście, najdroższa, nie cierpienie. Jestem szczęśliwy, że zobaczyłem prawdę, nawet jeśli teraz pozostała mi tylko ta wizja. Gdybym się poddał cierpieniu i obarczył cię jałowym żalem, że mój własny błąd zniszczył mi przeszłość, doszczętnie zdradziłbym i zaprzepaścił prawdę, z którą wtedy się minąłem. Ale jeśli pozostało mi jedynie umiłowanie prawdy, to im więcej straciłem w przeszłości, tym bardziej mogę być dumny z ceny, którą za to umiłowanie zapłaciłem. Wtedy szczątki nie staną się przytłaczającym mnie kopcem, lecz drabiną, na którą się wspiąłem, by więcej widzieć. Gdy zaczynałem, moja duma i wizja były jedynym, co posiadałem — i wszystko, co osiągnąłem, osiągnąłem dzięki nim. Obie są teraz większe. Teraz mam świadomość najwyższej wartości, której mi brakowało: prawa do dumy ze swojej wizji. Resztę muszę dopiero osiągnąć.
(...)

(...)
Znów odwróciła głowę, jego zaś ogarnął nagły niepokój, że temat, do którego przeszli, wcale nie jest bezpieczny; wolałby, żeby nie wyglądała, jakby miała przed oczami cały ten rok i ich małżeństwo... Nie bać się, tylko uczyć, myślała, przypominając sobie zdanie, które tak często sobie powtarzała, że było jak filar, wypolerowany na gładko przez bezradne brzemię jej ciała, filar podtrzymujący ją przez wszystkie minione lata. Próbowała powtarzać te słowa, ale jej dłonie ześlizgiwały się, jakby to ; było za mało, by odegnać strach — bo zaczynała rozumieć. Jeśli czegoś nie wiesz, nie trzeba się bać, tylko uczyć... Po raz pierwszy powiedziała to sobie oszołomiona samotnością podczas pierwszych tygodni małżeństwa. Nie rozumiała zachowania Jima, jego ponurego, sprawiającego wrażenie słabości gniewu ani wymijających, niezrozumiałych odpowiedzi na jej pytania, sprawiających wrażenie tchórzostwa; takie cechy były niemożliwe u Jamesa Taggarta, którego poślubiła. Mówiła sobie, że nie może potępiać, nie rozumiejąc; że nic o tym świecie nie wie; że ogrom jej niewiedzy powoduje błędną interpretację jego działań. Brała na siebie winę i brzemię wyrzutów sumienia — wbrew jakiejś posępnej, upartej pewności, że coś jest nie tak i że to, co czuje, jest strachem.
—      Muszę się nauczyć wszystkiego, co powinna wiedzieć i reprezentować sobą żona Jamesa Taggarta — wyjaśniła nauczycielce etykiety. Zabrała się do nauki z poświęceniem, dyscypliną i zapałem kadeta albo świeżo upieczonej zakonnicy. Tylko tak, myślała, mogę osiągnąć wyżyny, które on przede mną otworzył, i sprostać jego wyobrażeniu o mnie. Traktowała to jako swój obowiązek. I, nie chcąc przyznawać się sobie do tego, czuła także, że kiedy już wykona zadanie, odzyska swoje wyobrażenie o nim; że wiedza przywróci jej mężczyznę, którego ujrzała w noc jego zawodowego triumfu.
Nie rozumiała, dlaczego wybuchnął śmiechem, gdy powiedziała mu o swoich lekcjach. Nie mogła uwierzyć, że śmiech może brzmieć tak pogardliwie.
—      Dlaczego, Jim? — pytała. — Dlaczego? Z czego się śmiejesz? Nie wyjaśnił — niemal jakby sam fakt jego pogardy wystarczał i nie wymagał wyjaśnienia powodu.
Nie mogła go podejrzewać o złą wolę: przyjmował jej błędy z nad wyraz cierpliwą wielkodusznością. Wydawał się szczęśliwy, mogąc afiszować się z nią po najlepszych salonach miasta, i nigdy nie usłyszała od niego słowa wymówki za swoją niewiedzę, niezręczność, za te potworne momenty, kiedy milcząca wymiana spojrzeń pomiędzy gośćmi i zalewająca policzki fala ciepła informowały ją, że znów powiedziała coś niewłaściwego. Nie okazywał zażenowania, po prostu przyglądał jej się z lekkim uśmiechem. Pewnego razu, gdy wrócili do domu po takim wieczorze, był w szczególnie serdecznym nastroju. Próbuje ułatwić mi sprawę, myślała — i wdzięczność ponaglała ją do jeszcze pilniejszej nauki.
Oczekiwała nagrody, gdy na jednym z przyjęć, przeszedłszy jakąś niedostrzegalną przemianę, zaczęła nagle dobrze się bawić. Czuła, że może swobodnie postępować tak, jak jej się podoba, nie przejmując się etykietą, przekonana, że zasady weszły jej w nawyk — wiedziała, że przyciąga uwagę, lecz po raz pierwszy nie była to uwaga podszyta kpiną, lecz podziwem — szukano jej towarzystwa, była panią Taggart, przestała być obiektem dobroczynności obniżającym wartość Jima Taggarta, boleśnie tolerowanym ze względu na niego — śmiała się radośnie i widziała na twarzach otaczających ją osób uśmiechy i szacunek — i od czasu do czasu spoglądała na niego poprzez salę, promiennie, jak dziecko wręczające celujące świadectwo, błagając go, by był z niej dumny. Jim siedział samotnie w kącie, przyglądając jej się nieodgadnionym wzrokiem. W drodze do domu nie odzywał się do niej.
(...)

(...)
Wtedy zobaczyła odpowiedź. Zobaczyła tajną przesłankę ukrytą pod tymi słowami. Przy całym swoim hałaśliwym oddaniu epoce nauki, histerycznie technicznym żargonie, cyklotronach i promieniach dźwiękowych ci ludzie parli do przodu wiedzeni nie wizją horyzontów technicznych, lecz wizją formy istnienia wypartej przez przemysłowców: wizją grubego, niehigienicznego hinduskiego radży o pustych, w leniwym otępieniu wyzierających z nieruchomych warstw tłuszczu oczach, nie mającego nic do roboty z wyjątkiem bawienia się klejnotami na palcach i, od czasu do czasu, wbicia noża w ciało zagłodzonego, wykończonego pracą nad siły, przeżartego chorobami stworzenia, żeby mu odebrać kilka ziaren ryżu, a potem odebrać ryż setkom milionów podobnych stworzeń, by móc go zmienić w klejnoty.
Dotąd sądziła, że produkcja przemysłowa jest wartością, której nikt nie może zakwestionować; sądziła, że ci ludzie tak bardzo pragną odebrać innym fabryki, gdyż zdają sobie sprawę z ich wartości. Ona, dziecko rewolucji przemysłowej, nie mogła sobie wyobrazić, podobnie jak nie po­trafiłaby wierzyć w astrologię czy alchemię, tego, co ci ludzie wiedzieli w swoich sekretnych, ukrytych duszach, nie w formie myśli, lecz nieokreślonych pomyj, które nazywali instynktami i emocjami: że dopóki ludzie walczą o przetrwanie, zawsze będą produkowali dość, by osobnik z pałką mógł im to odebrać, pod warunkiem, że miliony będą gotowe się podporządkować — że im ciężej pracują i mniej mają, tym łatwiej panować nad ich duszami — że ludźmi, którzy żyją z poruszania dźwigniami na pulpitach elektrycznych niełatwo rządzić, tymi zaś żyjącymi z kopania ziemi gołymi rękoma łatwo — i że baron feudalny nie potrzebował fabryk sprzętu elektronicznego, by otumaniać się napojami pitymi z wyłożonych klejnotami pucharów
(...)

(...)
Jeśli, myślał, miłość polega na wyborze osoby mającej nieustannie znajdować się w centrum naszego zainteresowania, być sensem naszego życia — Lillian istotnie go kochała; o ile jednak dla niego miłość była celebrowaniem swojego ja i życia, dla osób nienawidzących życia i jednostkowości jedyną formą i ekwiwalentem miłości było dążenie do destrukcji. Lillian wybrała go z powodu jego najwyższych cnót — siły, pewności, dumy — tak jak się wybiera obiekt miłości, jako symbol sił witalnych człowieka — lecz jej celem było zniszczenie tych sił. Zobaczył ich podczas pierwszego spotkania: siebie, człowieka o gwałtownej energii i szalonej ambicji, człowieka sukcesu, płonącego ogniem własnych osiągnięć i rzuconego w środek pretensjonalnych popiołów nazywających siebie elitą intelektualną, wypalonych szczątków nie przetrawionej kultury, żywiących się echem cudzych umysłów, wyróżniających jedynie pogardą dla rozumu i pragnących jedynie władzy nad światem — ją, uczepioną tej elity, noszącą na ustach zużyty uśmiech jako wywyższającą niemoc i wychwalającą pustkę odpowiedź dla wszechświata — siebie, nieświadomego ich nienawiści, niewinnie kpiącego z oszukańczej pozy — ją, postrzegającą go jako niebezpieczeństwo dla ich świata, zagrożenie, wyzwanie, wymówkę. Pragnienie, które skłania nas do podboju imperiów, w niej przybrało postać pragnienia władzy nad nim. Postanowiła go złamać, jakby, nie mogąc mu dorównać, mogła pokonać tę niedogodność poprzez zniszczeje jego wartości, jakby jego wielkość miała się wtedy stać jej wielkością, jakby — zadrżał na tę myśl — wandal niszczący pomnik był większy niż artysta, który go zbudował, a morderca dziecka większy niż matka, która dała mu życie.
Przypomniał sobie, jak szydziła z jego pracy, huty, metalu, sukcesu, wspomniał jej pragnienie ujrzenia go choć raz pijanym, jej próby skłonienia go do niewierności, przyjemność, z jaką sobie wyobrażała, że zniżył się do poziomu jakiegoś ohydnego romansu, przerażenie, gdy odkryła, że ów romans nie był w istocie poniżeniem, lecz osiągnięciem. Jej linia ataku, która go tak konsternowała, była konsekwentna i prosta: pragnęła zniszczyć w nim poczucie własnej wartości, wiedząc, że człowiek wyrzekający się swojej wartości jest na łasce wszystkich; pragnęła przełamać jego czystość moralną, wstrząsnąć jego niezachwianą prawością za pomocą trucizny wyrzutów sumienia —jakby, gdyby się złamał, jego zepsucie miało usprawiedliwić jej własne.
W tym samym celu i z tych samych pobudek, dla tego samego zadowolenia, dla którego inni tworzą skomplikowane systemy filozoficzne, by niszczyć całe pokolenia, lub wprowadzają dyktatury, by niszczyć kraj, ona, nie mając żadnej broni z wyjątkiem kobiecości, obrała za cel zniszczenie jednego mężczyzny.
„Pański kodeks był kodeksem życia — wspomniał głos utraconego młodego mistrza — jaki zatem jest ich kodeks?"
(...)

(...)
—      Nie chcemy panu zabierać pańskiej własności! — zawołał Ferris. — Pan nas nie rozumie!
—      Właśnie zaczynam.
Rok temu, pomyślał, zastrzeliliby mnie; dwa lata temu skonfiskowaliby mi majątek; pokolenia temu ludzie ich pokroju mogli sobie pozwalać na luksus morderstw i przywłaszczeń, bo ich jedynym celem było bezpieczne udawanie wobec siebie i swoich ofiar, że chodzi im tylko o grabież. Teraz kończy im się czas, a ofiary skończyły się szybciej, niż przewidywały wszelkie prognozy, i grabieżcy będą wkrótce musieli stanąć twarzą w twarz z nagą rzeczywistością własnego celu.
—      Słuchajcie, chłopcy — rzekł znużonym głosem. — Wiem, czego chcecie. Chcecie pożreć moją hutę, a zarazem ją mieć. A ja chciałbym wiedzieć, co pozwala wam myśleć, że to możliwe?
—      Nie wiem, o co panu chodzi — oburzył się Mouch. — Powiedzieliśmy już, że nie chcemy pańskiej huty.
—      W porządku, sformułuję to bardziej precyzyjnie. Chcecie pożreć mnie, a zarazem mnie mieć. Jak zamierzacie to zrobić?
—      Nie wiem, jak może pan mówić takie rzeczy po tym, jak daliśmy panu wszelkie dowody, że jest pan niezmiernie ważny dla kraju, dla hutnictwa, dla...
—      Wierzę. To jeszcze utrudnia zagadkę. Uważacie, że jestem niezmiernie ważny dla kraju? Do diabła, uważacie mnie nawet za niezmiernie ważnego dla waszych własnych karków. Siedzicie tu i drżycie, bo wiecie, że jestem ostatnim człowiekiem, który jeszcze może wam uratować życie — i wiecie, że czas się kończy. A jednak proponujecie plan, który mnie zniszczy, plan żądający z idiotyczną prostolinijnością, bez ogródek, żebym pracował ze stratą, dostając za każdą odlaną tonę mniej, niż za nią zapłaciłem, i oddawał wam resztki swojego majątku, aż razem zdechniemy z głodu. Żaden człowiek ani żaden grabieżca nie może być aż tak irracjonalny. Przez wzgląd na swoje własne dobro — zapominając o kraju i o mnie — powiedzcie mi, na co liczycie? Zobaczył na ich twarzach spojrzenia mówiące „Mnie się upiecze" dziwne, ukradkowe i zarazem pełne urazy, jakby sugerowali, że to on coś przed nimi ukrywa.
—      Nie rozumiem, dlaczego obrał pan tak defetystyczną wizję sytuacji — rzekł ponuro Mouch.
—      Defetystyczną? Czy wy naprawdę oczekujecie, że pozostanę w branży po wprowadzeniu planu?
—      Ależ to tylko chwilowe!
—      Słyszał pan kiedyś o chwilowym samobójstwie?
—      Ależ to tylko na czas kryzysu! Dopóki kraj nie wydobrzeje!
—      Jak, waszym zdaniem, ma wydobrzeć? Odpowiedziało mu milczenie.
—      Jak, waszym zdaniem, mam produkować, skoro zbankrutuję?
—      Nie zbankrutuje pan. Zawsze pan będzie produkował — rzekł obojętnie Ferris, nie tonem pochwały czy przygany, lecz prostej konstatacji, tak jak innej osobie powiedziałby: „Zawsze będziesz do niczego". — Nic pan na to nie poradzi. Ma pan to we krwi. Albo, mówiąc bardziej naukowo: jest pan tak uwarunkowany.
Rearden wyprostował się na krześle, jakby usiłował znaleźć ukryty szyfr do zamka, i po tych słowach poczuł w środku lekkie stuknięcie, niczym odgadnięcie pierwszej cyfry.
—      To tylko kwestia przetrwania kryzysu — rzekł Mouch — dania ludziom wsparcia, szansy na nadrobienie strat.
—      A potem?
—      Potem wszystko się poprawi.
—      Jak?
Brak odpowiedzi.
—      Kto tego dokona?
—      Na Boga, panie Rearden, ludzie nie stoją z założonymi rękami! — wykrzyknął Holloway. — Robią coś, rozbudowują się, posuwają naprzód!
—      Jacy ludzie?
Holloway machnął ręką w nic niemówiącym geście.
—      Ludzie — rzekł.
—      Jacy ludzie? Ci, których nakarmicie ostatnimi ochłapami z Rearden Steel, nie dostając nic w zamian? Ci, którzy nadal będą konsumować więcej, niż produkują?
—      Warunki się zmienią.
—      Kto je zmieni? Brak odpowiedzi.
—      Czy zostało wam jeszcze coś do zagrabienia? Jeśli przedtem nie postrzegaliście istoty swojej polityki, niemożliwe, żebyście nadal jej nie dostrzegali. Rozejrzyjcie się wokół. Te wszystkie przeklęte republiki ludowe na całym świecie żyją jedynie z ochłapów, które dla nich wycisnęliście z tego kraju. Ale wy już nie macie na czym żerować ani u kogo żebrać. Na powierzchni ziemi nie ma już takiego kraju. Ten był największy i ostatni. Zrujnowaliście go. Wydoiliście do ostatniej kropli. Z całego utraconego na zawsze splendoru pozostałem tylko ja, ostatni relikt. Co zrobicie, wy i wasza planeta ludowa, gdy już mnie wykończycie? Na co macie nadzieję? Co widzicie przed sobą
—      oprócz szarego, nagiego, zwierzęcego głodu?
Nie odpowiedzieli. Nie patrzeli na niego. Na ich twarzach malowała się uparta uraza, jakby to on był kłamcą.
Potem Lawson rzekł miękko, z mieszaniną wyrzutu i pogardy:
—      Cóż, wy, biznesmeni, od lat przepowiadacie katastrofy, obwołując nimi wszystkie postępowe przedsięwzięcia i mówiąc nam, że zginiemy — ale nie zginęliśmy.
Próbował się uśmiechnąć, ale na widok uporczywego spojrzenia Reardena zmienił zamiar. Rearden poczuł kolejne stuknięcie w głowie, jakby znalazł kolejną cyfrę kodu otwierającego zamek. Pochylił się do przodu.
—      Na co wy liczycie? — zapytał zmienionym tonem, niskim, upartym, drążącym niczym wiertło.
—      Musimy tylko zyskać trochę czasu! — wykrzyknął Mouch.
—      Nie ma już czasu.
—      Wszystko, czego nam potrzeba, to szansa! — zawołał Lawson.
—      Nie ma już szans.
—      Musimy po prostu wydobrzeć! — wrzasnął Holloway.
—      Nie ma na to sposobu.
—      Tylko do czasu, aż nasza polityka zacznie się sprawdzać! — rzucił Ferris.
—      To, co irracjonalne, nigdy nie będzie się sprawdzać. — Milczeli. — Co was teraz może uratować?
—      Och, pan przecież coś zrobi! — wykrzyknął Taggart.
Wtedy — mimo iż było to zdanie, które słyszał przez całe życie — poczuł ogłuszający huk w środku, jakby ostatnia cyfra kodu wskoczyła na swoje miejsce i stalowe drzwi otwarły się z trzaskiem, zdradzając odpowiedź łączącą wszystkie elementy, wszystkie pytania i nie zagojone rany jego życia.
W ciszy, która zaległa po huku, zdawało mu się, że słyszy głos Francisca, pytający cicho w sali balowej tego budynku, lecz także tu i teraz, „Kto spośród ludzi obecnych na tej sali jest najbardziej winny?" Usłyszą odpowiedź, której wtedy udzielił: „Myślę, że... James Taggart?" i głos Francisca, mówiący z wymówką: „Nie, panie Rearden, nie James Taggart" — ale tu, w tym pokoju i w tej chwili, odpowiedź w jego umyśle brzmiała: „Ja nim jestem".
On, który przeklinał grabieżców za ich upartą ślepotę, sam był jej winny. Od pierwszego wymuszenia, na które się zgodził, od pierwszego rozporządzenia, któremu się podporządkował, pozwolił im wierzyć, że rzeczywistość można oszukać, że można żądać czegoś irracjonalnego i znajdzie się ktoś, kto w jakiś sposób pozwoli temu zaistnieć. Skoro zaakceptował ustawę o wyrównaniu szans, rozporządzenie 10-289, zasadę, że ludzie nie potrafiący mu dorównać umiejętnościami mają prawo nimi rozporządzać, że ludzie nie zarabiający mają czerpać zyski, a on, zarabiający, ponosić straty, że ludzie nie potrafiący myśleć mają wydawać rozkazy, a on, myślący, ma ich słuchać — czy ich wiara w to, że żyją w nieracjonalnym wszechświecie, była nielogiczna? On zbudował dla nich taki wszechświat. Czy nielogiczna była ich wiara, że ich zadaniem jest życzyć sobie — nie troszcząc się o realia — a jego zadaniem wypełniać ich życzenia w sposób, którego nie musieli znać ani nazywać? Oni, bezsilni mistycy, usiłujący uciec przed odpowiedzialnością rozsądku, wiedzieli, że on, racjonalista, podjął się spełniania ich zachcianek. Wiedzieli, że wręczył im czek in blanco na całą rzeczywistość — nie miał pytać „dlaczego?", a oni nie mieli pytać „jak?" — mieli żądać udziału w jego majątku, potem wszystkiego, co posiada, potem jeszcze więcej — niemożliwe? — nie, on coś zrobi!
Nie zdawał sobie sprawy, że zerwał się z krzesła i stoi, patrząc z góry na Jamesa Taggarta i widząc w jego bezkształtnej twarzy wyjaśnienie całego spustoszenia, jakie oglądał przez wiele lat swego życia.
—      Co się stało, panie Rearden? Co ja takiego powiedziałem? — pytał niespokojnie Taggart; Rearden jednak był poza zasięgiem jego głosu.
Patrzył na minione lata, olbrzymie wymuszenia, niewykonalne żądania, niewytłumaczalne zwycięstwa zła, niedorzeczne plany i niezrozumiałe cele głoszone w tomach bełkotliwej filozofii, rozpaczliwe zdumienie ofiar, sądzących, że za siłami niszczącymi świat kryje się jakaś złożona, nikczemna wiedza — podczas gdy to wszystko opierało się na jednym założeniu ukrytym za umykającymi oczami zwycięzców: on coś zrobi...! Upiecze nam się — on nam pozwoli — on coś zrobi...!
Wy, biznesmeni, przepowiadaliście, że zginiemy, ale nie zginęliśmy. To prawda, pomyślał. To nie oni byli ślepi na rzeczywistość, lecz on — ślepy na rzeczywistość, którą sam stworzył. Nie, oni nie zginęli, ale kto zginął? Kto zapłacił za ich przetrwanie? Ellis Wyatt... Ken Danagger... Francisco d'Anconia.
Sięgając po kapelusz i płaszcz, zauważył, że zebrani usiłują go zatrzymać, że na ich twarzach maluje się panika, a głosy krzyczą w oszołomieniu: „Co się stało, panie Rearden?", „Dlaczego?", „Ale dlaczego?", „Co myśmy takiego powiedzieli?", „Nie wychodzi pan!", „Nie może pan wyjść!", „Jeszcze za wcześnie!", „Jeszcze nie! O nie, nie teraz!"
Czuł się, jakby ich widział w tylnym oknie pędzącego ekspresu, stojących na torach, unoszących ręce w próżnych gestach i wykrzykujących niezrozumiałe dźwięki, coraz mniejszych i cichszych. Któryś z nich próbował go zatrzymać, gdy ruszył ku drzwiom. Rearden odepchnął go, nie brutalnie, lecz stanowczo, jak odsuwa się zasłonę wiszącą w przejściu, po czym wyszedł.
(...)

(...)
Gdzieś tam, myślał, jest matka chłopca, która z drżeniem obserwowała jego pierwsze kroki, z dokładnością jubilera odważała jego pierwsze słowa, nadgorliwie podporządkowywała się nowinkom naukowym dotyczącym diety i higieny niemowląt, by chronić przed zarazkami jego delikatne ciało — a potem wysłała go, by zmienił się w udręczonego neurotyka w rękach ludzi nauczających, że nie posiada umysłu i nie powinien nawet próbować myśleć. Gdyby go karmiła skażonymi odpadami, myślał, wsypała mu truciznę do jedzenia, byłoby to bardziej życzliwe i mniej śmiertelne.
Myślał o wszystkich żywych stworzeniach, szkolących swoje młode w sztuce przetrwania, kotach uczących kociaki polować, ptakach, które z uporczywym wysiłkiem uczą pisklęta fruwać — gdy tymczasem człowiek, żyjący dzięki swemu umysłowi, nie tylko nie uczy dziecka myśleć, ale za cel edukacji obiera destrukcję mózgu, przekonując je, że myśl jest zbędna i zła, zanim jeszcze zaczęło myśleć.
Pierwszy slogan, którym karmi się dziecko, jest początkiem serii wstrząsów mających na celu zatrzymanie jego silnika, zablokowanie świadomości. „Nie zadawaj tyle pytań" — „Dzieci i ryby głosu nie mają" — „Nie wymądrzaj się! Ma być tak, jak mówię!" — „Nie dyskutuj, tylko rób!" — „Nie próbuj zrozumieć, wierz!" — „Nie buntuj się, tylko dostosowuj!" — „Nie wychylaj się, płyń z prądem!" — „Nie walcz, idź na kompromis" — „Serce jest ważniejsze niż umysł!" — „Nie bądź taki mądry! Rodzice wiedzą lepiej!" — „Nie bądź taki mądry! Społeczeństwo wie lepiej!" — „Nie bądź taki mądry! Urzędnicy wiedzą lepiej!" — „Kimże jesteś, by protestować? Wszystkie wartości są względne!" — „Kimże jesteś, by chcieć uciec przed kulą zbira? Życie to iluzja!"
Ludzie drżeliby, widząc ptaka oskubującego z pierza swoje pisklę, a potem wypychającego je z gniazda, by walczyło o byt, pomyślał — a jednak sami właśnie to robią swoim dzieciom. Uzbrojony wyłącznie w pozbawione znaczenia formułki, ten chłopiec został rzucony w świat, by walczyć o życie, przez krótką chwilę kuśtykał i brnął po omacku, wydał oburzony, skonsternowany okrzyk protestu — i zginął w pierwszej próbie wzniesienia się na swoich okaleczonych skrzydłach. Kiedyś jednak istnieli inni nauczyciele — i to oni wychowali ludzi, którzy stworzyli ten kraj. Matki powinny na kolanach poszukiwać ludzi pokroju Hugh Akstona, pomyślał, znaleźć ich i błagać, by wrócili.
(...)
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kim jest John Galt?
« Reply #3 on: (Mon) 17.02.2014, 17:39:32 »
Całość monologu Johna Galta

—      Szanowni państwo — dobiegł z odbiornika męski głos, wyraźny, spokojny, nieprzejednany; głos, jakiego nie słyszano w eterze od lat — pan Thompson nie będzie dziś do państwa przemawiał. Jego czas się skończył. Ja przejąłem stery. Mieliście usłyszeć raport na temat kryzysu po­wszechnego. Usłyszycie go.Odpowiedziały mu trzy stłumione okrzyki rozpoznania, nikt jednak nie zdołał ich wyłowić spośród wrzasków tłumu. Jeden był okrzykiem triumfu, drugi — trwogi, trzeci — zdumienia. Trzy osoby rozpoznały mówiącego: Dagny, profesor Stadler i Eddie Willers. Nikt nie spojrzał na Eddiego Willersa, ale Dagny i Stadler popatrzeli na siebie. Jego twarz wykrzywiało najpotworniejsze przerażenie, jakiego widok można było znieść, Dagny zaś patrzyła na niego tak, jakby mówiący go spoliczkował.
—      Od dwunastu lat zadajecie pytanie: „Kim jest John Galt?" To on do was mówi. Jestem człowiekiem, który kocha swoje życie. Jestem człowiekiem, który nie poświęca swojej miłości ani swoich wartości. Jestem człowiekiem, który pozbawił was ofiar i w ten sposób zniszczył wasz świat, a jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego giniecie — wy, drżący ze strachu przed wiedzą — powiem wam to.
Tylko kierownik techniczny zdołał się ruszyć: podbiegł do telewizora i gorączkowo walczył z przyciskami. Ekran był jednak pusty: mówca wolał pozostać niewidzialny. Jedynie jego głos brzmiał w odbiornikach całego kraju — całego świata, pomyślał kierownik techniczny — spra­wiając wrażenie, jakby mówca siedział tu, w tym pomieszczeniu, i mówił nie do grupy, lecz do jednego człowieka. Nie był to ton, jakim przemawia się do zgromadzenia, lecz jakim przemawia się do umysłu.
—      Mówiono wam, że żyjemy w epoce kryzysu moralnego. Sami to mówiliście, na wpół z lękiem, na wpół z nadzieją, że te słowa nic nie znaczą. Krzyczeliście, że grzechy ludzkie niszczą świat, i przeklinaliście ludzką naturę za niechęć praktykowania żądanych przez was cnót. Ponieważ cnota w waszym mniemaniu polega na poświęceniu, z każdą kolejną katastrofą żądaliście większych poświęceń. W imię powrotu do moralności poświęcaliście wszystko, co uważaliście za zło odpowiedzialne za waszą ciężką sytuację. Poświęciliście sprawiedliwość na rzecz miłosierdzia. Poświęciliście niezależność na rzecz jedności. Poświęciliście rozum na rzecz wiary. Poświęciliście bogactwo na rzecz potrzeby. Poświęciliście poczucie własnej wartości na rzecz wyrzeczenia się siebie. Poświęciliście szczęście na rzecz obowiązku.
Zniszczyliście wszystko, co nazywaliście złem, i osiągnęliście to, co nazywaliście dobrem. Dlaczego zatem przeraża was widok otaczającego was świata? Ten świat nie jest produktem waszych grzechów, lecz waszej wizji cnót. To pełne i perfekcyjne urzeczywistnienie waszego ideału moralnego. Walczyliście o niego, marzyliście o nim i pragnęliście go, a ja — ja spełniłem wasze życzenie.
Wasz ideał miał nieprzejednanego wroga, którego zniszczeniu miał służyć wasz kodeks moralny. Usunąłem wam go z drogi. Usunąłem źródło całego zła, które stopniowo poświęcaliście. Zakończyłem waszą bitwę. Zatrzymałem wasz silnik. Usunąłem wam z drogi ludzki umysł. Twierdzicie, że ludzie nie żyją, opierając się na umyśle? Zabrałem tych, którzy to czynią. Twierdzicie, że umysł jest bezsilny? Zabrałem tych, dla których nie jest. Twierdzicie, że istnieją wyższe wartości niż umysł? Zabrałem tych, dla których takie nie istnieją.
Podczas gdy wy wlekliście na ołtarze ofiarne orędowników sprawiedliwości, niezależności, rozsądku, bogactwa i szacunku dla samych siebie — ja was pokonywałem, docierając do nich pierwszy. Opowiadałem im, na czym polega wasza gra i wasz kodeks moralny, bo sami byli zbyt niewinnie wspaniałomyślni, by to zrozumieć. Wskazywałem im, jak żyć na podstawie innej moralności — mojej. I to tę postanowili wybrać.
Wszyscy ludzie, którzy znikli, ludzie, których nienawidziliście, lecz baliście się utracić, odeszli za moją sprawą. Nie próbujcie nas znaleźć. Nie chcemy zostać znalezieni. Nie krzyczcie, że naszym obowiązkiem jest wam służyć. Nie poczuwamy się do takiego obowiązku. Nie krzyczcie, że nas potrzebujecie. Nie uważamy potrzeby za wystarczający powód. Nie krzyczcie, że do was należymy. Tak nie jest. Nie błagajcie nas o powrót: strajkujemy. My — ludzie umysłu.
Strajkujemy w proteście przeciwko samopoświęceniu. Strajkujemy w proteście przeciwko wierze w niezasłużone nagrody i nie nagradzane obowiązki. Strajkujemy w proteście przeciwko dogmatowi, że dążenie do osobistego szczęścia jest złem. Strajkujemy w proteście przeciwko doktrynie, że życie jest grzechem.
Istnieje różnica pomiędzy naszym strajkiem a tymi, które od wieków uskuteczniacie: nasz strajk nie polega na wysuwaniu żądań, lecz na ich spełnianiu. Zgodnie z waszą moralnością jesteśmy źli. Postanowiliśmy już dłużej wam nie szkodzić. Zgodnie z waszą ekonomią jesteśmy bezużyteczni. Postanowiliśmy już dłużej was nie wyzyskiwać. Zgodnie z waszą polityką jesteśmy niebezpieczni i trzeba nas trzymać w ryzach. Postanowiliśmy wam nie zagrażać i nie dać się dłużej trzymać w ryzach. Zgodnie z waszą filozofią jesteśmy tylko złudzeniem. Postanowiliśmy nie zaślepiać was dłużej i pozwolić wam widzieć rzeczywistość — rzeczywistość, której pragnęliście, i świat, jaki widzicie teraz: świat bez umysłu.
Daliśmy wam wszystko, czego od nas żądaliście, my, którzy zawsze dawaliśmy, lecz dopiero teraz to zrozumieliśmy. Nie zamierzamy przedstawiać wam żadnych żądań, negocjować warunków, osiągać kompromisu. Nie macie nam nic do zaoferowania. Nie jesteście nam potrzebni. Czy krzyczycie teraz, że to nie tego pragnęliście? Że nie bezmyślny, zrujnowany świat był waszym celem? Nie chcieliście, byśmy was opuścili? Zawsze wiedzieliście, o co wam chodzi, kanibale moralni. Ale wasza gra się skończyła, bo teraz my także to wiemy.
Poprzez wieki plag i katastrof spowodowanych przez wasz kodeks moralny krzyczeliście, że ten kodeks został złamany, że plagi były karą za jego złamanie, że ludzie są zbyt słabi i samolubni, by rozlać całą krew, jakiej on wymaga. Potępialiście ludzi, potępialiście życie, potępialiście ten świat, ale nigdy nie ośmieliliście się zakwestionować swojego kodeksu. Wasze ofiary brały na siebie winę i brnęły naprzód, w nagrodę za swoje męczeństwo wysłuchując waszych przekleństw, podczas gdy wy wykrzykiwaliście, że wasz kodeks jest szlachetny, tylko ludzka natura nie jest dość dobra, by go praktykować. I nie było nikogo, kto by wstał i zapytał: Dobry? Według jakich kryteriów? Chcieliście wiedzieć, kim jest John Galt. Jestem człowiekiem, który zadał to pytanie. Tak, żyjemy w epoce kryzysu moralnego. Tak, ponosicie karę za swoje zło. Ale to nie człowiek jest teraz sądzony i nie ludzka natura zostanie obarczona winą. Tym razem będzie to wasz kodeks moralny. Wasz kodeks moralny osiągnął apogeum, dotarł do ślepej uliczki na końcu swojej drogi. I jeśli chcecie dalej żyć, nie powrotu do moralności wam potrzeba — wam, którzyście nigdy jej nie znali — lecz jej odkrycia.
Nie słyszeliście o żadnych koncepcjach rzeczywistości z wyjątkiem mistycznych i społecznych. Uczono was, że moralność to kodeks postępowania narzucony wam przez kaprys — kaprys mocy nadprzyrodzonych lub społeczeństwa, mający służyć zamiarom bożym lub dobru sąsiada, za­dowoleniu władz z zaświatów lub z sąsiedztwa — ale nie waszemu życiu czy przyjemności. Uczono was, że znajdziecie przyjemność w niemoralności, waszym interesom najlepiej przysłuży się zło, a kodeksy moralne nie są dla was, lecz przeciwko wam, i nie służą ekspansji życia, lecz wy­sysaniu go.
Przez wieki bitwa o moralność toczyła się pomiędzy tymi, którzy twierdzili, że życie należy do Boga, i tymi, którzy twierdzili, że należy do sąsiadów — pomiędzy orędownikami doktryny, że dobro polega na poświęceniu się na rzecz duchów w niebie i orędownikami doktryny, że dobro polega na poświęceniu się na rzecz miernot na ziemi. Nie pojawił się nikt, kto by powiedział, że życie należy do was i że dobro polega na przeżywaniu go.
Obie strony zgadzały się, że moralność wymaga poświęcenia własnych interesów i umysłu, że to, co moralne, nie może być praktyczne, że moralność nie jest domeną rozumu, lecz wiary i siły. Obie zgadzały się, że moralność racjonalna jest niemożliwa, że dla rozumu nie istnieje podział na słuszne i niesłuszne — że rozum nie zajmuje się kwestiami moralności.
O cokolwiek jeszcze się spierali, łączyła ich nienawiść do ludzkiego umysłu. To właśnie jego miały wydrzeć i unicestwić wszystkie ich knowania. Wybierajcie teraz, czy ginąć, czy nauczyć się, że występować przeciwko umysłowi to występować przeciwko życiu.
Umysł ludzki jest podstawowym narzędziem przetrwania. Człowiek otrzymał życie, ale nie przetrwanie. Otrzymał umysł, lecz nie jego zawartość. Aby pozostać przy życiu, musi działać, a zanim będzie mógł działać, musi znać charakter i cel swoich działań. Nie może zdobywać pożywie­nia, nie wiedząc nic o nim ani o sposobach zdobywania go. Nie może wykopać rowu — ani zbudować cyklotronu — nie wiedząc nic o swoim celu ani środkach do jego osiągnięcia. Aby pozostać przy życiu, musi myśleć.
Myślenie jest jednak świadomym wyborem. Kluczem do tego, co tak lekkomyślnie nazywacie „naturą ludzką", tajemnicą poliszynela, którą znacie, lecz drżycie ze strachu przed ubraniem jej w słowa, jest fakt, iż
człowiek posiada wolną wolę. Rozum nie działa automatycznie, myślenie nie jest procesem mechanicznym, logicznych powiązań nie dokonuje się instynktownie. Funkcje waszych żołądków, płuc czy serca są automatyczne, funkcja umysłu — nie. W każdym momencie swego życia macie wolny wybór: możecie myśleć lub uchylać się od myślenia. Nie możecie jednak uciec przed swoją naturą, przed faktem, że waszym środkiem przetrwania jest właśnie rozum — a zatem dla was, istot ludzkich, „być albo nie być" jest pochodną „myśleć albo nie myśleć".

Istota obdarzona wolną wolą nie posiada automatycznego scenariusza zachowań. Potrzebuje kodeksu wartości, by kierował jej postępowaniem. „Wartością" jest to, czego zdobyciu i zachowaniu służą jej działania, „cnotą" — działania, poprzez które zdobywa to i zachowuje. „Wartość" wymaga odpowiedzi na pytanie: dla kogo i w odniesieniu do czego? Wymaga kryterium, celu i konieczności działania w obliczu wyboru. Tam, gdzie nie ma wyborów, niepotrzebne są wartości.
We wszechświecie istnieje tylko jeden fundamentalny wybór: istnieć lub nie istnieć — i dotyczy on tylko jednej kategorii bytów: istot żywych. Istnienie materii nieożywionej jest bezwarunkowe, istnienie życia — nie. To ostatnie zależy od konkretnych działań. Materia jest niezniszczalna; zmienia formy, ale nie może przestać istnieć. Jedynie żywy organizm nieustannie stoi przed wyborem: życie lub śmierć. Życie jest procesem samoistnego i samorodnego działania. Jeśli organizm nie sprosta temu zadaniu, umiera; pozostają jego składniki chemiczne, życie jednak przestaje istnieć. Jedynie koncepcja życia umożliwia istnienie koncepcji wartości. Jedynie dla żywego stworzenia coś może być dobre lub złe.
Roślina musi się żywić, by przeżyć; światło słoneczne, woda i potrzebne substancje chemiczne są wartościami, których zdobywanie wyznaczyła sobie za cel jej natura; jej życie jest kryterium wartości kierującym jej działaniami. Roślina nie ma wyboru — warunki, na które napotyka, są zmienne, ona jednak nie może sobie wybrać sposobu działania: działa automatycznie, by przedłużyć swoje życie; nie może dokonać aktu samozniszczenia.
Zwierzę posiada narzędzia służące zachowaniu życia; zmysły dostarczają mu automatycznego kodeksu zachowań i automatycznej wiedzy o tym, co jest dobre, a co złe. Nie ma możliwości poszerzenia tej wiedzy ani jej uniknięcia. W warunkach, w których jego wiedza okazuje się nie­wystarczająca, umiera. Dopóki jednak żyje, kieruje się tą wiedzą, automatycznie szukając bezpieczeństwa i nie mając wyboru, nie potrafiąc ignorować własnego dobra, wybrać zła i dążyć do autodestrukcji.
Człowiek nie posiada automatycznego kodeksu przetrwania. Tym, co odróżnia go od pozostałych istot żywych, jest konieczność działania w obliczu wyborów na podstawie wolnej woli. Nie posiada automatycznej świadomości tego, co jest dla niego dobre lub złe, od jakich wartości zależy jego życie i jakich wymaga działań. Mówicie o instynkcie samozachowawczym? Akurat tego istota ludzka nie posiada. „Instynkt" to nieomylny i automatyczny rodzaj wiedzy. Pragnienie nie jest instynktem. Pragnienie życia nie daje wam wiedzy potrzebnej, by je zachować. Ludzkie pragnienie życia też nie jest automatyczne: właśnie teraz grzeszycie po kryjomu jego brakiem. Wasz strach przed śmiercią nie wynika z miłości do życia i nie daje wam wiedzy potrzebnej do jego zachowania. Człowiek musi nabywać swoją wiedzę i podejmować działania na podstawie procesu myślenia, którego nie narzuca mu automatycznie natura. Człowiek posiada zdolność samozniszczenia — i nią właśnie kierował się przez większość swojej historii. Istota żywa, uważająca swoje środki przetrwania za zło, nie przeżyje. Roślina usiłująca poplątać własne korzenie czy ptak walczący o połamanie własnych skrzydeł nie pożyłyby długo. Historia człowieka jest jednak historią walki o wyparcie i zniszczenie umysłu.
Człowieka obwołano istotą rozumną, ale bycie rozumnym to kwestia wyboru — a alternatywa, którą mu oferuje jego natura, brzmi: istota rozumna lub dążące do samozagłady zwierzę. Człowiek musi być człowiekiem — z własnej woli; musi upatrywać w życiu wartość — z własnej woli; musi się nauczyć je zachowywać — z własnej woli; musi odkryć potrzebne do tego wartości i kierować się własnymi cnotami — z własnej woli.

System wartości przyjęty z własnej woli jest kodeksem moralnym.

Kimkolwiek jesteście, wy, którzy mnie teraz słuchacie, przemawiam do tego, co w was pozostało żywe, nie zepsute, do pozostałości tego, co ludzkie, do waszych umysłów, i mówię: moralność rozumna istnieje i to ona jest właściwa człowiekowi, a jej kryterium wartości stanowi ludzkie życie. Wszystko, co służy życiu istoty rozumnej, jest dobrem; to, co je niszczy, jest złem. Natura człowieka wymaga, by jego życie nie było życiem bezmózgiego bydlęcia, grabieżczego zbira ani żebrzącego mistyka, lecz życiem istoty myślącej — opartym nie na sile lub oszustwie, lecz na osiągnięciach — nie dążącym do przetrwania za wszelką cenę, gdyż istnieje tylko jedna cena, za którą można kupić przetrwanie: rozum.
Życie ludzkie stanowi kryterium moralności, lecz jej cel stanowi wasze własne życie. Jeśli waszym celem jest życie na ziemi, musicie wybierać swoje działania i wartości na podstawie kryterium właściwego człowiekowi — by zachować, przeżyć i cieszyć się bezcenną wartością, jaką jest wasze życie.
Ponieważ życie wymaga konkretnego sposobu postępowania, każdy inny sposób je zniszczy. Istota, dla której pobudką i celem działań nie jest jej własne życie, kieruje się pobudkami i kryteriami służącymi śmierci. Taka istota jest metafizycznym potworem, usiłującym zaprzeczyć i prze­ciwstawić się faktowi własnego istnienia, dążącym w zaślepieniu do autodestrukcji, niezdolnym do niczego z wyjątkiem bólu.
Szczęście jest zwycięstwem życia, ból — agentem śmierci. Szczęście jest stanem ducha wynikającym z realizacji własnych wartości. Moralność, która ośmiela się nakazywać wam znajdowanie szczęścia w wyrzeczeniu się go — każe wychwalać klęskę swoich wartości — jest bezczelną negacją moralności. Doktryna oferująca wam ideał w postaci roli zwierzęcia ofiarnego, dążącego do śmierci na cudzych ołtarzach, oferuje wam śmierć jako kryterium. Łaska rzeczywistości i jego własna natura czynią z człowieka — z każdego człowieka — cel sam w sobie. Człowiek żyje dla samego siebie, a osiągnięcie szczęścia jest jego najwyższym celem moralnym. Ale ani życia, ani szczęścia nie można osiągnąć poprzez pogoń za irracjonalnymi zachciankami. Tak jak człowiek posiada swobodę dążenia do przetrwania w dowolny sposób, lecz zginie, jeśli nie będzie żył w zgodzie z wymogami swojej natury, posiada też swobodę szukania szczęścia w bezmyślnych oszustwach, lecz znajdzie jedynie udrękę frustracji, jeśli nie będzie szukał szczęścia właściwego istocie ludzkiej. Celem moralności jest nauczenie was nie cierpienia i umierania, lecz radości i życia.
Przestańcie słuchać pasożytów z dotowanych szkół, którzy czerpią zyski z pracy cudzych umysłów i głoszą, że człowiek nie potrzebuje moralności, wartości ani kodeksu postępowania. Oni, pozujący na naukowców i twierdzący, że człowiek jest tylko zwierzęciem, nie przyznają mu nawet prawa istnienia, które przyznali najdrobniejszym insektom. Zgadzają się, że każda żywa istota zna sposób przetrwania, którego wymaga jej natura, nie utrzymują, że ryba może żyć bez wody, a pies bez węchu — lecz człowiek, mówią, najbardziej złożona z istot, może przetrwać w dowolny sposób, nie posiada tożsamości ani natury i nie istnieje żaden realny powód, dla którego nie miałby żyć, gdy zniszczono jego środki przetrwania, zdławiono umysł i oddano na pastwę ich rozkazów. Przestańcie słuchać przeżartych nienawiścią mistyków, pozujących na przyjaciół ludzkości i głoszących, że najwyższą cnotą, na jaką może się zdobyć człowiek, jest negacja wartości własnego życia. Czy mówią wam, że celem moralności jest okiełznanie instynktu samozachowawczego? To właśnie zachowanie życia wymaga od człowieka kodeksu moralnego. Jedynym człowiekiem pragnącym postępować moralnie jest ten, który pragnie żyć.
Nie, nie musicie żyć; to wasz podstawowy wybór; jeśli jednak decydujecie się na to, musicie żyć jak ludzie — opierając się na własnym umyśle.
Nie, nie musicie żyć jak ludzie; jest to akt wyboru moralnego. Nie możecie jednak żyć jako nic innego, możecie jedynie przybrać postać żywego trupa, którą obecnie macie możliwość zaobserwować w sobie i w otaczającym was świecie, postać tworu nie nadającego się do życia, nie będącego już człowiekiem, gorszego od zwierzęcia; tworu nie znającego nic z wyjątkiem bólu i brnącego przez lata w udręce bezmyślnej autodestrukcji.
Nie, nie musicie myśleć; to także akt wyboru moralnego. Ktoś jednak musiał myśleć, by utrzymać was przy życiu; jeśli postanawiacie nie spłacić długu, przenosicie deficyt na jakiegoś człowieka moralnego, oczekując od niego, że poświęci własne dobro, abyście wy mogli przetrwać ze swoim złem.
Nie, nie musicie być ludźmi; dziś jednak ci, którzy nimi są, odeszli. Pozbawiłem was środków przetrwania — waszych ofiar.
Jeśli chcecie wiedzieć, jak to zrobiłem i co im powiedziałem, aby ich skłonić do odejścia, właśnie się tego dowiadujecie. Powiedziałem im, w skróconej formie, to, co mówię tu dzisiaj. Byli to ludzie żyjący na podstawie mojego kodeksu, lecz nie wiedzący, jak ogromną cnotę ów kodeks reprezentuje. Ja im to pokazałem. Ofiarowałem im nie zmianę, lecz jedynie identyfikację ich własnych wartości.
My, ludzie umysłu, strajkujemy teraz przeciwko wam w imieniu podstawowego aksjomatu, będącego źródłem naszego kodeksu moralnego, podobnie jak źródłem waszego jest pragnienie ucieczki przed nim: aksjomatu, że istnienie istnieje.
Istnienie istnieje — i zrozumienie tego faktu łączy się z dwoma kolejnymi aksjomatami: że istnieje coś, co człowiek postrzega, i że istnieje człowiek posiadający świadomość, będącą zdolnością postrzegania tego, co istnieje.

Jeśli nic nie istnieje, nie może istnieć świadomość: świadomość, która nie ma być czego świadoma, stanowi sprzeczność samą w sobie. Świadomość świadoma jedynie samej siebie także jest sprzecznością: zanim zdołałaby zidentyfikować siebie jako świadomość, musiałaby być czegoś świadoma. Jeśli to, co —jak twierdzicie — postrzegacie, nie istnieje, to, co posiadacie, nie jest świadomością.
Jakąkolwiek posiadacie wiedzę, te dwie rzeczy — istnienie i świadomość — są aksjomatami, przed którymi nie możecie uciec, dwoma nierozkładalnymi, podstawowymi terminami, obecnymi w każdym podejmowanym przez was działaniu, w każdym elemencie waszej wiedzy i w jej sumie, od pierwszego promienia światła, dostrzeżonego w pierwszej chwili życia, po największy wybuch, jakiego moglibyście potrzebować na jego końcu. Niezależnie od tego, czy znacie tylko kształt kamyka czy strukturę Układu Słonecznego, aksjomaty pozostają takie same: że to istnieje i że wy o tym wiecie.


Istnieć, to znaczy być czymś, w odróżnieniu od nicości nieistnienia — być jednostką o konkretnej naturze, posiadającą konkretne cechy. Wieki temu pewien człowiek, będący — niezależnie od swoich błędów — największym z waszych filozofów, ustalił wzór definiujący koncepcję istnienia i zasadę wiedzy: A znaczy A. Każda rzecz jest tym, czym jest. Nigdy nie zrozumieliście znaczenia tego zdania. Pomogę wam je dokończyć: Istnienie jest tożsamością. Świadomość jest identyfikacją. Cokolwiek postanowicie wziąć pod lupę, czy to będzie przedmiot, cecha czy czyn, zasada tożsamości pozostaje taka sama. Liść nie może jednocześnie być kamieniem, nie może być jednocześnie cały czerwony i cały zielony, nie może marznąć i płonąć w tej samej chwili. A znaczy A. Albo, jeśli wolicie prostsze terminy: nie możecie jednocześnie zjeść ciastka i mieć go. Próbujecie zrozumieć, co złego dzieje się ze światem? Wszystkie katastrofy, które zrujnowały wasz świat, wynikały z usiłowań waszych przywódców, mających na celu zanegowanie faktu, iż A znaczy A. Całe zlo ukryte wewnątrz was, któremu panicznie boicie się stawić czoło, wynika z waszych własnych usiłowań zanegowania faktu, że A znaczy A. Celem waszych nauczycieli było zmusić was do zapomnienia, że człowiek jest człowiekiem.


Człowiek nie może przetrwać inaczej, jak tylko zdobywając wiedzę, a rozum jest jedynym środkiem jej zdobywania. Rozum to zdolność postrzegania, identyfikacji i integracji materiału dostarczanego przez zmysły. Zadaniem zmysłów jest dostarczenie człowiekowi dowodów istnienia, lecz ich identyfikacja jest zadaniem rozumu; zmysły mówią mu tylko, że coś jest, ale tego, co to jest, musi się dowiedzieć rozum.
Całe myślenie jest procesem identyfikacji i integracji. Człowiek dostrzega kolorową plamkę; integrując materiał dostarczony przez wzrok i dotyk, uczy się identyfikować ją jako konkretny przedmiot; uczy się identyfikować ten przedmiot jako stół; dowiaduje się, że stół zrobiony jest z drewna; potem, że drewno składa się z komórek, komórki z cząsteczek, a cząsteczki z atomów. Przez cały ten proces działalność umysłu polega na odpowiadaniu na jedno pytanie: co to jest?
Środkiem do zdobycia prawdziwych odpowiedzi jest logika, a logika opiera się na aksjomacie, że istnienie istnieje. Logika jest sztuką niesprzecznej identyfikacji. Sprzeczność nie może istnieć. Atom jest sobą, podobnie jak wszechświat; żaden nie może być sprzeczny z własną tożsamością; żadna część nie może być sprzeczna z całością. Żadna stworzona przez człowieka koncepcja nie jest ważna, jeśli nie włączył jej w całkowitą sumę swojej wiedzy, nie wywołując sprzeczności. Znaleźć sprzeczność, to przyznać się do błędu w myśleniu; pozostać przy niej, to wyrzec się umysłu i opuścić domenę rzeczywistości.
Rzeczywistością jest to, co istnieje; to, co nierzeczywiste, nie istnieje, jest jedynie negacją istnienia, stanowiącą zawartość świadomości człowieka w momencie, gdy ten usiłuje się wyrzec rozsądku. Prawda jest rozpoznaniem rzeczywistości, a rozum, jedyny środek służący człowiekowi do zdobywania wiedzy, jego jedynym kryterium prawdy.

Najbardziej niemoralnym pytaniem, jakie możecie teraz zadać, jest pytanie: czyj rozum? Odpowiedź brzmi: twój. Nieważne, jak rozległa lub jak skromna jest twoja wiedza, musisz ją zdobyć za pomocą własnego umysłu. Możesz rozporządzać wyłącznie własną wiedzą. Tylko do niej możesz sobie rościć prawo i prosić innych, by ją wzięli pod uwagę. Twój umysł jest dla ciebie jedynym sędzią prawdy — a jeśli inni różnią się od ciebie w ocenie, ostateczną instancją jest rzeczywistość. Jedynie umysł człowieka może przeprowadzić złożony, delikatny, kluczowy proces identyfikacji, jakim jest myślenie. Jedynie jego własny sąd może kierować tym procesem. Jedynie jego uczciwość moralna może kierować jego sądem.
Mówicie o „instynkcie moralnym", jakby to była jakaś osobna, przeciwna rozumowi cecha? To właśnie rozum człowieka jest narzędziem jego moralności. Proces rozumowania to proces ciągłego wyboru w odpowiedzi na pytanie: prawdziwe czy fałszywe? — słuszne czy niesłuszne? Czy należy zasiać ziarno w ziemi, by wyrosło? — słuszne czy niesłuszne? Czy należy zdezynfekować ranę, by uratować człowiekowi życie? — słuszne czy niesłuszne? Czy charakter elektryczności atmosferycznej pozwala na jej przetworzenie w energię kinetyczną? — słuszne czy niesłuszne? To odpowiedzi na takie pytania dały wam wszystko, co macie — a odpowiedzi pochodziły z umysłu ludzkiego, umysłu bez reszty oddanego temu, co słuszne.


Proces rozumowania jest procesem moralnym. Na każdym jego etapie możecie popełnić błąd i nie chroni was nic z wyjątkiem własnej surowości — możecie też próbować oszukiwać, preparować dowody i unikać wysiłku dociekań — jeśli jednak poświęcenie dla prawdy jest wyróżnikiem moralności, nie istnieje większa, szlachetniejsza, bardziej heroiczna forma poświęcenia niż postępowanie człowieka biorącego na siebie odpowiedzialność myślenia.
To, co nazywacie swoją duszą lub duchem, jest waszą świadomością, a to, co zwiecie „wolną wolą", jest wolnością waszego umysłu, mogącego wybrać, czy myśleć czy nie, jedyną wolą, jaką posiadacie, waszą jedyną wolnością, wyborem nadrzędnym w stosunku do wszystkich innych dokonywanych przez was wyborów, determinującym wasze życie i osobowość. Myślenie jest podstawową cnotą człowieka, z której wypływają wszystkie pozostałe. A jego podstawową przywarą, źródłem wszelkiego zła, jest ta nienazwana rzecz, którą robicie, choć za wszelką cenę próbujecie to ukryć: wymazywanie, świadome wyłączanie świadomości, odmowa myślenia — nie ślepota, lecz odmowa widzenia; nie niewiedza, lecz wypieranie wiedzy. Jest to akt rozregulowywania umysłu i wywoływania wewnętrznej mgły, by móc uciec od odpowiedzialności oceny — na podstawie milczącego założenia, że wystarczy odmówić identyfikacji czegoś, żeby to coś przestało istnieć, że A nie będzie równe A, jeśli tylko nie wydacie werdyktu w postaci słowa „jest". Brak myślenia jest aktem unicestwienia, pragnieniem zanegowania istnienia, usiłowaniem wymazania rzeczywistości. Istnienie jednak istnieje, rzeczywistości nie da się wymazać, to ona może wymazać tego, kto wymazuje. Odmawiając powiedzenia „jest", odmawiacie powiedzenia Jestem". Zawieszając własny sąd, negujecie istnienie własnej osoby. Gdy człowiek mówi: „Kimże ja jestem, by wiedzieć?", mówi: „Kimże jestem, by żyć?"
W każdym czasie i w każdej sytuacji waszym podstawowym wyborem moralnym jest: myśleć czy nie myśleć, istnieć czy nie istnieć, A czy nie A, jednostka czy zero.
W takim stopniu, w jakim człowiek jest racjonalny, u podłoża jego działań leży życie. W takim stopniu, w jakim jest irracjonalny, w podłoża jego działań leży śmierć.
Mówicie, że moralność jest zjawiskiem społecznym i że na bezludnej wyspie człowiek nie potrzebowałby jej? To właśnie tam potrzebowałby jej najbardziej. Niech spróbuje twierdzić, gdy nie ma ofiar, które by za to zapłaciły, że skała jest domem, piasek — odzieniem, pożywienie wpadnie mu do ust bez żadnego wysiłku z jego strony, że zbierze jutro plony, zjadając dziś nasiona
—      a rzeczywistość się go pozbędzie, tak jak na to zasłużył; rzeczywistość mu pokaże, że życie jest wartością, którą trzeba kupić, a myślenie jedyną walutą dostatecznie mocną, by je opłacić. Gdybym miał mówić waszym językiem, powiedziałbym, że jedynym przykazaniem moralnym człowieka jest: będziesz myślał. Ale „przykazanie moralne" to sprzeczność sama w sobie. Moralne jest to, co wybrane, a nie narzucone; to, co zrozumiane, a nie czynione z posłuszeństwa. Moralne jest to, co rozumne, a rozum nie akceptuje żadnych przykazań.
Moja moralność, moralność rozumu, zawiera się w jednym jedynym aksjomacie: istnienie istnieje
—      i w jednym jedynym wyborze: wyborze życia. Reszta jest ich pochodną. Aby żyć, człowiek musi przyjąć za nadrzędne i obowiązujące wartości swego życia trzy rzeczy: rozsądek — cel — posza­nowanie własnej wartości. Rozsądek jako jedyne narzędzie wiedzy — cel jako wybór szczęścia, do osiągnięcia którego ma mu służyć to narzędzie — poszanowanie własnej wartości jako niezłomną pewność, że jego umysł jest zdolny do myślenia, a jego osoba warta szczęścia, co znaczy: warta życia. Te trzy wartości implikują i wymagają obecności wszystkich ludzkich cnót, a wszystkie te cnoty odnoszą się do relacji między istnieniem a świadomością: racjonalność, niezależność, prawość, uczciwość, sprawiedliwość, produktywność i duma.


Racjonalność polega na uznaniu faktu, że istnienie istnieje, że nic nie może zmienić prawdy i nic nie może być ważniejsze od jej postrzegania, czyli od myślenia — że umysł jest jedynym sędzią wartości i jedynym przewodnikiem działań — że rozum jest pewnikiem nie dopuszczającym kompromisu — że ustępstwo na rzecz irracjonalności kaleczy świadomość jednostki i odwraca ją od zadania postrzegania ku zadaniu udawania rzeczywistości — że rzekomy skrót do wiedzy, którym jest wiara, jest jedynie zwarciem niszczącym umysł — że akceptacja mistycznego wymysłu jest pragnieniem unicestwienia istnienia i w efekcie niszczy ludzką świadomość. Niezależność polega na uznaniu faktu, że odpowiedzialność wydania sądu należy do ciebie i nic nie może ci pomóc jej uniknąć — że nikt nie może za ciebie myśleć ani przeżyć twojego życia — że najnikczemniejszym rodzajem upokorzenia i zniszczenia samego siebie jest podporządkowanie swojego umysłu cudzemu, akceptacja cudzego zwierzchnictwa nad swoim umysłem, przyjmowanie cudzych twierdzeń jako faktów, cudzych sloganów jako prawd, cudzych edyktów jako pośrednika pomiędzy własną świadomością a własnym istnieniem.

Prawość polega na uznaniu faktu, że nie można udawać własnej świadomości, uczciwość zaś na uznaniu faktu, że nie można udawać istnienia — że człowiek jest jednostką niepodzielną, złożoną z dwóch nierozłącznych atrybutów: materii i świadomości, i że nie może pozwolić na rozłam pomiędzy ciałem a umysłem, działaniem a myślą, życiem a przekonaniami — że, niczym sędzia nieczuły na opinię publiczną, nie może
poświęcać swoich przekonań na rzecz cudzych pragnień, nawet jeśli będą to błagania i groźby wykrzykiwane w jego kierunku przez całą ludzkość — że odwaga i pewność są koniecznością praktyczną, odwaga bowiem stanowi praktyczną formę wierności życiu — wierności własnej świadomości.


Uczciwość polega na uznaniu faktu, że to, co nierzeczywiste, jest nierzeczywiste i nie może mieć żadnej wartości, że ani miłości, ani sławy, ani pieniędzy nie zdobywa się za pomocą oszustwa — że próba zdobycia wartości poprzez oszukiwanie cudzych umysłów stanowi akt wynoszenia swoich ofiar ponad rzeczywistość, stwarzanie sytuacji, w której sam stajesz się pionkiem w rękach ich ślepoty, niewolnikiem ich bezmyślności i uników, podczas gdy ich inteligencja, rozumność i spostrzegawczość stają się wrogami, których musisz się bać i wystrzegać — że człowiek nie chce żyć jako istota uzależniona, szczególnie zaś uzależniona od cudzej głupoty, ani jako dureń czerpiący wartość z otumaniania innych durniów — że uczciwość nie jest obowiązkiem społecznym ani poświęceniem dla dobra innych, lecz najbardziej samolubną cnotą, jaką może praktykować człowiek: odmową poświęcenia rzeczywistości własnego istnienia na rzecz cudzych iluzji.

Sprawiedliwość polega na uznaniu faktu, że nie można oszukać ludzkiego charakteru, tak jak nie można oszukać natury; że trzeba oceniać innych ludzi równie sumiennie, jak ocenia się przedmioty nieożywione, z tym samym poszanowaniem prawdy, tym samym uczciwym spojrzeniem, w równie czystym i racjonalnym procesie identyfikacji — że każdego człowieka trzeba oceniać na podstawie tego, kim jest, i tak też traktować; że, tak jak nie płaci się za zardzewiały kawał złomu wyższej ceny niż za kawałek lśniącego metalu, nie stawia się nędznika ponad bohaterem — że twoja ocena moralna jest monetą, którą płacisz ludziom za ich cnoty lub przywary i zapłata owa wymaga od ciebie równie skrupulatnego podejścia jak transakcje finansowe — że odmowa płacenia pogardą za przywary jest aktem fałszerstwa moralnego, a odmowa płacenia podziwem za cnoty aktem sprzeniewierzenia — że troszczenie się o cokolwiek bardziej niż o sprawiedliwość jest dewaluacją waluty moralnej i defraudacją dobra na rzecz zła, bo tylko dobro może przegrać, a zło skorzystać na deficycie sprawiedliwości — a dnem szybu kończącego tę drogę, aktem bankructwa moralnego, jest karanie ludzi za ich cnoty i nagradzanie za przywary. Jest to upadek ku całkowitemu zepsuciu, czarna msza kultu śmierci, poświęcenie własnej świadomości w służbie destrukcji istnienia. Produktywność polega na akceptacji moralności, uznaniu faktu, że postanowiłeś żyć — że praca produkcyjna to proces, za pomocą którego świadomość człowieka kontroluje jego istnienie, ciągły proces zdobywania wiedzy i kształtowania materii tak, by służyła jego celom, nadawania idei fizycznej formy, przetwarzania ziemi na obraz i podobieństwo własnych wartości — że wszelka praca jest pracą twórczą, jeśli wykonuje ją myślący umysł, a żadna nie jest twórcza, jeśli wykonuje ją tępak, naśladujący w bezkrytycznym zamroczeniu rutynę, której nauczył się od innych — że twoja praca zależy od twojego wyboru, a wybór jest równie rozległy jak twój umysł, że nic więcej nie jest dla ciebie możliwe, a nic mniej nie jest ludzkie — że nieuczciwe zdobycie pracy, której nie potrafi sprostać twój umysł, oznacza stanie się przerażoną małpą, naśladującą cudze ruchy i kradnącą cudzy czas, a poprzestanie na pracy wymagającej mniej, niż potrafi twój umysł, oznacza wyłączenie swojego silnika i skazanie się na ruch innego rodzaju: rozpad — że twoja praca jest procesem realizacji swoich wartości, a utrata ambicji ich realizacji oznacza utratę woli życia — że twoje ciało jest maszyną, ale napędza ją twój umysł, i musisz jechać tak daleko, jak on cię zabierze, za cel swojej drogi obierając osiągnięcie — że człowiek pozbawiony celu jest maszyną staczającą się z górki, którą pierwszy lepszy głaz zepchnie do pierwszego lepszego rowu, człowiek dławiący własny umysł jest wyłączoną, rdzewiejącą powoli maszyną, człowiek pozwalający przywódcy wytyczyć swój cel jest wrakiem wleczonym na złomowisko, a człowiek obierający za swój cel innego człowieka jest autostopowiczem, którego nie zabierze żaden kierowca — że twoja praca jest celem twojego życia i musisz pędem mijać wszystkich zabójców, roszczących sobie prawo do zatrzymania cię; że wszelkie wartości, jakie znajdujesz poza pracą, każda inna wierność czy miłość, mogą być jedynymi podróżnymi biorącymi udział w twojej podróży i muszą podróżować w tym samym kierunku dzięki własnemu napędowi.

Duma polega na uznaniu faktu, że ty sam jesteś swoją najwyższą wartością i, jak wszystkie ludzkie wartości, i tę musisz zdobyć własnymi siłami — że ze wszystkich możliwych osiągnięć tym, które umożliwia pozostałe, jest stworzenie swojego własnego charakteru — że twój charakter, działania, pragnienia i emocje są produktami założeń, na jakich opiera się twój umysł — że, tak jak człowiek musi wytwarzać potrzebne mu wartości fizyczne, by zachować życie, musi zdobyć wartości charak­teru, które uczynią to życie wartym zachowania — że człowiek jest nie tylko istotą samodzielnie stwarzającą swoje bogactwo, lecz także samodzielnie stwarzającą swoją duszę — że życie wymaga poczucia własnej wartości, ale człowiek, nie posiadając wartości automatycznych, nie ma także automatycznego poszanowania własnej wartości i musi je zdobyć, kształtując swoją duszę na obraz i podobieństwo swojego ideału moralnego, na obraz i podobieństwo Człowieka, istoty rozumnej, z umiejętnością stworzenia której się narodził, ale musi ją stworzyć z własnej woli — ze podstawowym warunkiem poszanowania własnej wartości jest promienne samolubstwo duszy, pragnącej zawsze tego, co najlepsze, pośród wartości materialnych i duchowych, duszy dążącej przede wszystkim do własnej moralnej perfekcji, niczego nie ceniącej wyżej od siebie samej — i że dowodem osiągnięcia poszanowania własnej wartości jest dreszcz pogardy i bunt twojej duszy przeciwko roli zwierzęcia ofiarnego, przeciwko nikczemnej bezczelności każdej doktryny nawołującej do poświęcenia bezcennej wartości, jaką jest twoja świadomość, i niezrównanej chwały, jaką jest twoje istnienie, na rzecz ślepych uników i nieruchomego rozkładu innych. Czy już zaczynacie rozumieć, kim jest John Galt? Jestem kimś, kto wypracował sobie rzecz, o którą wy nie walczyliście, którą odrzuciliście, zdradziliście, skorumpowaliście, lecz nie zdołaliście całkowicie zniszczyć i ukrywacie teraz jako swój grzeszny sekret, trawiąc życie na przeprosinach składanych wszystkim profesjonalnym kanibalom, żeby tylko nie odkryto, że gdzieś w głębi siebie wciąż tęsknicie za powiedzeniem tego, co ja teraz mówię całej ludzkości —jestem dumny z własnej wartości i z faktu, że pragnę żyć.
To pragnienie — które podzielacie, lecz ukrywacie jako zło —jest jedyną pozostałością dobra w was, lecz trzeba się nauczyć na nie zasługiwać. Jedynym celem moralnym człowieka jest jego własne szczęście, ale może je osiągnąć tylko dzięki własnej cnocie. Cnota nie jest celem samym w sobie. Nie jest własną nagrodą ani ofiarną paszą, którą karmi się nagroda w postaci zła. Nagrodą cnoty jest życie — a celem i nagrodą życia jest szczęście.
Tak jak twoje ciało doświadcza dwóch podstawowych doznań, przyjemności i bólu, jako oznak własnego dobra lub krzywdy, barometru swojej podstawowej alternatywy: życie lub śmierć, twoja świadomość doświadcza dwóch podstawowych emocji, radości lub cierpienia, w odpowiedzi na tę samą alternatywę. Twoje emocje są wyceną tego, co rozszerza twoje życie lub mu zagraża, kalkulatorami dokonującymi rachunku strat i zysków. Nie masz wyboru w sprawie swojej zdolności odczuwania, czy coś jest dla ciebie dobre czy złe, ale to, co będziesz uważał za dobre lub złe, co będzie ci sprawiało rozkosz lub ból, co będziesz kochać, a czego nienawidzić, czego pragnąć, a czego się bać, zależy od twojego kryterium wartości. Emocje są wpisane w twoją naturę, ale ich zawartość dyktuje umysł Twoja zdolność odczuwania jest pustym silnikiem, a twoje wartości paliwem, którego dostarcza mu umysł. Jeśli wybierzesz mieszankę sprzeczności, zatrze silnik, spowoduje zardzewienie przekładni i zniszczy cię przy pierwszej próbie przemieszczenia się za pomocą maszyny, którą ty sam, kierowca, zepsułeś.
Jeśli twoim kryterium wartości jest to, co irracjonalne, a twoją koncepcją dobra to, co niemożliwe, jeżeli tęsknisz za nagrodami, na które nie zapracowałeś, za fortuną lub miłością, na którą nie zasługujesz, za luką w zasadzie przyczyny i skutku, za A zmieniającym się w nie-A w myśl twojej zachcianki, jeżeli pragniesz przeciwieństwa istnienia — osiągniesz je. Nie krzycz, gdy to nastąpi, że życie jest frustracją i że człowiek nie może osiągnąć szczęścia; sprawdź paliwo: przywiodło cię tam, gdzie chciałeś dotrzeć.


Szczęścia nie zdobywa się na rozkaz kaprysów emocjonalnych. Szczęście nie polega na zaspokajaniu irracjonalnych życzeń, którym ślepo próbujesz folgować. Szczęście to stan niesprzecznej radości, radości pozbawionej kary w postaci winy, radości nie ścierającej się z żadną z twoich wartości i nie działającej na rzecz twojej destrukcji, nie radości ucieczki od umysłu, lecz pełnego wykorzystania jego mocy, nie radości udawania rzeczywistości, lecz realizacji rzeczywistych wartości, nie radości pijaka, lecz producenta. Szczęście jest dostępne jedynie człowiekowi rozumnemu, człowiekowi dążącemu wyłącznie do racjonalnych celów, poszu­kującemu wyłącznie racjonalnych wartości i znajdującemu radość wyłącznie w racjonalnych działaniach.
Tak jak utrzymuję się przy życiu nie dzięki rabunkowi czy jałmużnie, lecz własnemu wysiłkowi, nie pragnę czerpać szczęścia z cudzej krzywdy lub przysług, lecz zapracować na nie własnym osiągnięciem. Tak jak nie uważam za cel swojego życia cudzej przyjemności, nie uważam swojej przyjemności za cel cudzego życia. Tak jak nie ma w moich wartościach sprzeczności, a w moich pragnieniach konfliktów, nie ma ofiar ani konfliktu interesów pomiędzy ludźmi rozumnymi, ludźmi nie pragnącymi tego, na co nie zapracowali, i nie patrzącymi na siebie nawzajem z pożądliwością kanibali, ludźmi nie składającymi ani nie przyjmującymi ofiar.


Symbolem stosunków pomiędzy takimi ludźmi, moralnym symbolem szacunku dla istot ludzkich, jest kupiec. My, żyjący na podstawie wartości, a nie z grabieży, jesteśmy kupcami, zarówno w sensie materialnym, jak i duchowym. Kupiec to człowiek, który zapracowuje na to, co otrzymuje, i nie daje ani nie bierze niezapracowanego. Kupiec nie prosi, by mu płacono za nieudane przedsięwzięcia lub kochano go za wady. Kupiec nie rozdaje swojego ciała jako paszy ani duszy jako jałmużny. Tak jak nie oddaje swojego dzieła inaczej niż w zamian za wartości materialne, nie oddaje wartości duchowych — miłości, przyjaźni, szacunku — inaczej niż w zamian za ludzkie cnoty, za swoją własną, egoistyczną przyjemność, otrzymywaną od ludzi, których może szanować. Mistyczne pasożyty, które na przestrzeni dziejów lżyły kupców i pogardzały nimi, sławiąc żebraków i grabieżców, znały sekretny motyw swoich szyderstw: kupiec należy do napawającej ich przerażeniem kategorii ludzi sprawiedliwych.
Pytacie, co jest moim obowiązkiem moralnym wobec bliźnich? Nic, z wyjątkiem obowiązku, jaki mam wobec samego siebie, przedmiotów materialnych i całego istnienia: racjonalności. Moje kontakty z ludźmi odbywają się w sposób wymagany przez moją i ich naturę: na podstawie rozumu. Nie chcę od nich niczego z wyjątkiem takich układów, w jakie pragną ze mną wchodzić z własnego wyboru. Mogę się porozumiewać jedynie z ich umysłami i jedynie w imię własnych interesów, gdy widzą, że nasze interesy są wspólne. Gdy tak nie jest, nie wchodzę w układ; pozwalam, by oni szli własną drogą, sam zaś nie zbaczam ze swojej. Wygrywam wyłącznie za pomocą własnej logiki i nie poddaję się niczemu z wyjątkiem logiki. Nie wyrzekam się rozsądku ani nie wchodzę w kontakty z ludźmi, którzy się go wyrzekają. Nie mam nic do zdobycia u głupców czy tchórzy, nie odnoszę korzyści z ludzkich przywar — głupoty, nieuczciwości czy strachu. Jedyną wartością, jaką człowiek może mi zaoferować, jest dzieło jego umysłu. Kiedy nie zgadzam się z człowiekiem ro­zumnym, pozwalam, by sędzią najwyższym była rzeczywistość; jeśli mam rację, on to zrozumie, jeśli się mylę, dostrzegę to; jeden z nas wygra, ale obaj skorzystamy.
W wielu kwestiach można się spierać, ale nie w jednej: jest nią akt zła, którego żadnemu człowiekowi nie wolno popełnić wobec innych, usankcjonować ani przebaczyć. Dopóki ludzie pragną wspólnie żyć, nikomu nie wolno zainicjować — słyszycie?, nikomu nie wolno rozpocząć — stosowania wobec innych fizycznej przemocy.
Umieszczanie pomiędzy człowiekiem a jego postrzeganiem rzeczywistości zagrożenia fizyczną destrukcją neguje i paraliżuje jego środki przetrwania; zmuszanie go do działania wbrew własnej opinii jest jak zmuszanie do przeciwstawiania się świadectwu własnych oczu. Każdy, kto w jakimkolwiek celu i zakresie inicjuje użycie siły, jest zabójcą kierującym się przesłaniem śmierci, dążącym nie tylko do morderstwa, lecz do zniszczenia ludzkiej zdolności życia. Nie otwierajcie ust, by mi powiedzieć, że wasz umysł przekonał was, iż macie prawo stosować przemoc wobec mojego. Przemoc i umysł są przeciwieństwami; moralność kończy się tam, gdzie zaczyna się pistolet. Kiedy głosicie, że ludzie są irracjonalnymi zwierzętami i jako takie próbujecie je traktować, określacie swój własny charakter i nie możecie już, podobnie jak żaden inny orędownik sprzeczności, chlubić się posiadaniem rozumu. Nie może istnieć „prawo" do niszczenia źródła praw, jedynego środka służącego odróżnianiu dobra od zła: umysłu.

Zmuszanie człowieka do porzucenia własnego umysłu i zastąpienia go waszą wolą, z pistoletem w miejsce sylogizmu, terrorem w miejsce dowodu i śmiercią jako koronnym argumentem jest próbą istnienia przeciwko rzeczywistości. Rzeczywistość żąda od człowieka, by działał w swoim własnym, racjonalnym interesie; wasz pistolet każe mu działać wbrew niemu. Rzeczywistość grozi człowiekowi śmiercią, jeśli nie będzie się kierował rozsądkiem; wy grozicie mu śmiercią, jeśli będzie. Umieszczacie go w świecie, w którym ceną życia jest wyrzeczenie się wszystkich wartości potrzebnych, by żyć — a gdy śmierć staje się siłą rządzącą i zwycięskim argumentem w ludzkim społeczeństwie, wy i wasz system możecie jedynie doprowadzić do powolnego umierania. Czy to będzie rozbójnik, żądający od podróżnego „pieniędzy albo życia", czy polityk, stawiający krajowi ultimatum „edukacja twoich dzieci albo życie", znaczenie tego ultimatum brzmi: „umysł albo życie" — a w przypadku człowieka żadne z nich nie jest możliwe bez drugiego. Jeżeli zło można stopniować, trudno powiedzieć, kto jest bardziej godny pogardy: barbarzyńca roszczący sobie prawo do przemocy nad cudzymi umysłami czy degenerat moralny, przyznający innym prawo do kierowania swoim. Oto aksjomat moralny nie podlegający dyskusji. Nie pertraktuję na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku. Nie dyskutuję z sąsiadami, którzy sądzą, że mogą mi zakazać myślenia. Nie udzielam przyzwolenia moralnego mordercy, któremu zachciało się mnie zabić. Gdy ktoś próbuje używać wobec mnie siły, odpowiadam mu siłą.

Siły można używać tylko jako odwetu i tylko przeciwko człowiekowi, który użył jej pierwszy. Nie, nie podzielam jego zła ani nie zniżam się do .ego pojęcia moralności; ja tylko daję mu to, co sam wybrał: zniszczenie, jedyne zniszczenie, jakie miał prawo wybrać: jego własne. On używa siły w celu zagarnięcia wartości, ja jedynie po to, by zniszczyć zniszczenie. Rabuś próbuje zdobyć bogactwo, zabijając mnie; ja nie bogacę się, zabijając rabusia. Nie poszukuję wartości za pomocą zła ani nie wyrzekam się swoich wartości na rzecz niego.

W imieniu wszystkich producentów, którzy utrzymywali was przy życiu, otrzymując w zamian wasze śmiertelne ultimatum, przedstawię wam teraz nasze: nasza praca albo wasze pistolety. Możecie wybrać którekolwiek, lecz nie możecie mieć obu. My nie podnosimy broni przeciw innym ani nie poddajemy się przemocy z ich strony. Jeśli pragniecie jeszcze kiedyś żyć w społeczeństwie uprzemysłowionym, będzie ono funkcjonować opierając się na naszych zasadach moralnych. Nasze zasady i nasza siła napędowa są antytezą waszej. Wy używacie jako swojej broni strachu i uśmiercacie człowieka w ramach kary za odrzucenie waszej moralności. My oferujemy mu życie w nagrodę za przyjęcie naszej.
Wy, czciciele zera, nigdy nie odkryliście, że uzyskanie życia nie jest równoznaczne z uniknięciem śmierci. Rozkosz to nie „brak bólu", inteligencja nie jest „brakiem głupoty", światło — „brakiem ciemności", istnienie — „brakiem nieistnienia". Nie buduje się poprzez powstrzymywanie się od burzenia; wieki siedzenia i czekania w takiej wstrzemięźliwości nie wzniosą dla was ani jednego dźwigara, od którego zburzenia moglibyście się powstrzymywać — i teraz już nie możecie powiedzieć do mnie, budowniczego: „Produkuj i karm nas w zamian za nieniszczenie twojej produkcji". Odpowiadam w imieniu waszych ofiar: gińcie w swojej otchłani i zabierzcie ją ze sobą. Istnienie nie jest negacją negacji. Zło, nie wartość, jest nieobecnością i negacją, zło jest bezsilne, a jego jedyną siłą jest ta, którą pozwalamy mu sobie wydrzeć. Gińcie, bo nauczyliśmy się, że zero nie może trzymać w zastawie życia.
Wy chcecie uciec przed bólem. My pragniemy osiągnąć szczęście. Wy istniejecie po to, by uniknąć kary. My po to, by zdobywać nagrody. Groźby nie wprawią nas w ruch, strach nie jest dla nas bodźcem. Nie chodzi nam o uniknięcie śmierci, lecz o przeżycie życia.
Wy, którzy zatraciliście pojęcie różnicy, wy, którzy twierdzicie, że strach i rozkosz są bodźcami o jednakowej mocy — i po cichu dodajecie, że strach jest bardziej „praktyczny" — nie pragniecie żyć, to tylko lęk przed śmiercią wciąż utrzymuje was przy potępionym przez was istnieniu. W panice ciskacie się w pułapce swoich dni, szukając wyjścia, które zamknęliście, miotając się między tym, co was ściga i co boicie się nazwać po imieniu, a koszmarem, który boicie się przyjąć do wiadomości, a im bardziej jesteście przerażeni, tym bardziej marzycie o jedynej rzeczy, jaka mogłaby was uratować: o myśleniu. Cel waszych zmagań polega na tym, by nie poznać, nie uchwycić, nie nazwać ani nie usłyszeć rzeczy, którą wam teraz powiem: wasza moralność jest moralnością śmierci.
Śmierć stanowi wasze kryterium wartości i cel i musicie biec bez końca, bo nie ma ucieczki przed tym, co was ściga i chce zniszczyć, ani przed świadomością, że ścigającym jesteście wy sami. Przestańcie wreszcie biec — nie ma dokąd uciec — stańcie nadzy, tacy, jakimi widzę was ja, choć wy sami śmiertelnie się tego boicie, i przyjrzyjcie się temu, co ośmielacie się nazywać kodeksem moralnym.
Początkiem waszej moralności jest potępienie, a celem, środkiem i końcem zniszczenie. Wasz kodeks zaczyna się od potępienia człowieka jako istoty złej, po czym żąda od niego czynienia dobra, które sam określa jako niewykonalne. Pierwszego dowodu cnoty, jakiego żąda się od czło­wieka, jest akceptacja „faktu" własnego zepsucia bez dowodu. Żąda, by od pierwszej chwili kierował się nie kryterium wartości, lecz kryterium zła, które stanowi on sam i za pomocą którego ma odtąd definiować dobro: dobrem jest to, czym on nie jest.
Nieważne, kto będzie czerpał zyski z jego odrzuconej chwały i udręczonej duszy, mistyczny Bóg i jego niezrozumiałe plany czy przechodzień, którego gnijące rany używane są jako niewytłumaczalne roszczenie wobec niego — nieważne, dobro nie polega na tym, by je rozumieć, obowiązkiem człowieka jest pełzać przez lata pokuty, odkupując swój grzech istnienia u pierwszego lepszego poborcy niezrozumiałych długów, jego jedynym kryterium wartości jest zero: dobrem jest to, co jest nieczłowiekiem.
Imię tego monstrualnego absurdu brzmi: Grzech pierworodny.
Grzech bez woli to policzek wymierzony moralności i bezczelna sprzeczność: to, co znajduje się poza możliwością wyboru, znajduje się poza obrębem moralności. Jeśli człowiek jest zły z natury, nie posiada woli i nie zmieni tego żadna siła; jeśli nie posiada woli, nie może być ani dobry, ani zły: robot jest pozbawiony moralności. Traktowanie jako grzechu człowieka faktu, wobec którego nie ma wyboru, jest kpiną z moralności. Traktowanie natury człowieka jako jego grzechu jest kpiną z natury. Karanie go za grzech popełniony przed narodzeniem jest kpiną ze sprawiedliwości. Uważanie go za winnego w kwestii, w której nie istnieje niewinność, jest kpiną z rozumu. Zniszczenie moralności, natury, sprawiedliwości i rozumu za pomocą jednego pojęcia jest niedoścignionym wręcz wyczynem zła. A przecież właśnie to leży u podstaw waszego kodeksu. Nie ukrywajcie się za tchórzliwym tłumaczeniem, że człowiek rodzi ię z wolną wolą, ale z „tendencją" do zła. Wolna wola obarczona tendencją jest jak gra obciążonymi kośćmi. Zmusza człowieka do zmagań, ponoszenia odpowiedzialności i płacenia za grę, ale tendencja, przed którą nie może uciec, dostaje fory. Jeśli ta tendencja stanowi jego wybór, nie może jej posiadać od urodzenia; jeśli nie stanowi jego wyboru, nie posiada wolnej woli.
Jaka jest natura winy, którą wasi nauczyciele nazywają grzechem pierworodnym? Jakie zło stało się udziałem człowieka, gdy utracił stan, który oni nazywają doskonałością? Ich mit głosi, że zjadł owoc z drzewa wiadomości — zdobył umysł i stał się istotą rozumną. Była to znajomość dobra i zła
—      stał się więc istotą moralną. Skazano go na zarabianie na chleb za pomocą pracy własnych rąk
—      stał się istotą produktywną. Skazano go na odczuwanie pożądania — uzyskał zdolność do rozkoszy seksualnych. Zło, za które go potępiają, to rozsądek, moralność, kreatywność i rozkosz — podstawowe wartości jego istnienia. To nie przywary ma wyjaśniać i potępiać ich mit o upadku człowieka, nie za błędy go wini, lecz za istotę jego ludzkiej natury. Kimkolwiek był ten robot z raju, żyjący bez umysłu, wartości i miłości — nie był człowiekiem.
Upadkiem człowieka, według waszych nauczycieli, było zdobycie cnót potrzebnych mu do życia. Według ich kryterium te cnoty stanowią jego grzech. Jego złem jest fakt bycia człowiekiem. Jego winą fakt życia.
Nazywają to moralnością miłosierdzia i doktryną miłości do człowieka.
Nie, mówią, nie głosimy, że człowiek jest zły, złem jest tylko obcy przedmiot: jego ciało. Nie, mówią, nie chcemy go zabić, chcemy tylko, by się pozbył ciała. Chcemy mu pomóc, mówią, by nie musiał czuć bólu — na kole tortur, do którego go przywiązali, kole rozciągającym go w dwóch przeciwnych kierunkach, kole doktryny rozdzielającej duszę i ciało.
Przecięli człowieka na pół, szczując jedną połowę na drugą. Nauczyli go, że jego ciało i świadomość są odwiecznymi wrogami, antagonistami o przeciwnych naturach, sprzecznych dążeniach i nie dających się pogodzić potrzebach, że korzyść jednego oznacza szkodę drugiego, że jego dusza należy do nadprzyrodzonego królestwa, lecz ciało jest więzieniem zła, przywiązującym ją do ziemi — i że dobro polega na pokonaniu ciała, osłabianiu go przez lata cierpliwych zmagań, robieniu podkopu wiodącego do cudownej wolności grobu.
Nauczyli człowieka, że jest beznadziejnym odmieńcem, zbudowanym z dwóch elementów, z których każdy symbolizuje śmierć. Ciało bez duszy jest trupem, dusza bez ciała widmem — a jednak taki właśnie jest ich obraz ludzkiej natury: jako pola bitewnego, na którym zmagają się trup i widmo, trup obarczony złą wolą i widmo obarczone wiedzą, że wszystko, co zna człowiek, nie istnieje, istnieje zaś tylko to, co nieznane.
Widzicie już, ignorowaniu jakiej ludzkiej właściwości miała służyć ta doktryna? Chodziło o zanegowanie ludzkiego umysłu, by spowodować rozpad człowieka. Raz wyrzekłszy się rozsądku, zdawał się na łaskę dwóch monstrów, których nie potrafił pojąć ani kontrolować: ciała napędzanego niewytłumaczalnymi instynktami i duszy napędzanej mistycznymi objawieniami — stawał się bierną ofiarą bitwy pomiędzy robotem a dyktafonem.
Teraz, gdy pełznie przez zgliszcza, po omacku szukając sposobu na przeżycie, wasi nauczyciele oferują mu pomoc w postaci moralności głoszącej, że nie znajdzie rozwiązania i nie ma szukać spełnienia na ziemi. Prawdziwym istnieniem, mówią, jest to, czego nie można dostrzec, a prawdziwą świadomością zdolność postrzegania tego, co nie istnieje; to zaś, że ktoś nie potrafi tego pojąć, dowodzi, że jego istnienie jest złe, a świadomość bezsilna.
Produktami rozdarcia pomiędzy duszą a ciałem są dwa rodzaje nauczycieli moralności śmierci: mistycy ducha i mistycy mięśni, których wy nazywacie spirytualistami i materialistami; ci, którzy wierzą w świadomość bez istnienia, i ci, którzy wierzą w istnienie bez świadomości. Jedni i drudzy żądają wyrzeczenia się umysłu, jedni na rzecz swoich objawień, drudzy — swoich odruchów. Nieważne, jak głośno demonstrują wzajemny antagonizm, ich kodeksy moralne są podobne i takież ich cele: w aspekcie materii — zniewolenie ludzkiego ciała, w aspekcie ducha — zniszczenie ludzkiego umysłu.
Dobrem, powiadają mistycy ducha, jest Bóg, istota, której jedyna definicja brzmi, że wyobrażenie go sobie wykracza poza możliwości człowieka; definicja ta okalecza świadomość człowieka i unieważnia jego koncepcję istnienia. Dobrem, powiadają mistycy mięśni, jest społeczeństwo — rzecz, którą definiują jako organizm nie posiadający kształtu fizycznego, nadistota nie zamieszkująca w nikim konkretnym, a zarazem zamieszkująca we wszystkich oprócz ciebie. Umysł ludzki, mówią mistycy ducha, musi się podporządkować woli Boga. Umysł ludzki, mówią mistycy mięśni, musi się podporządkować woli społeczeństwa. Kryterium wartości człowieka, mówią mistycy ducha, jest zadowolenie Boga, którego kryteria są poza zasięgiem ludzkiego zrozumienia i muszą być przyjęte na wiarę. Kryterium wartości człowieka, mówią mistycy mięśni, jest zado­wolenie społeczeństwa, którego kryteria nie podlegają ludzkiej ocenie i trzeba ich przestrzegać jako fundamentalnej zasady. Celem ludzkiego życia, mówią jedni i drudzy, jest przemiana w biernego zombi, służącego nieznanemu sobie celowi z przyczyn, których nie wolno mu kwestionować. Swoją nagrodę, mówią mistycy ducha, otrzyma w życiu pozagrobowym. Jego nagrodę, mówią mistycy mięśni, otrzymają na ziemi... jego prawnuki.
Egoizm — mówią jedni i drudzy —jest złem w człowieku. Dobrem w człowieku jest wyrzeczenie się osobistych pragnień, wyrzeczenie się siebie, uległość; dobrem w człowieku jest negacja własnego życia. Poświęcenie — wołają jedni i drudzy — jest istotą moralności, najwyższą dostępną człowiekowi cnotą.
Kimkolwiek jesteś ty, znajdujący się teraz w zasięgu mojego głosu, jeśli jesteś ofiarą, a nie zabójcą: przemawiam przy łożu śmierci twojego umysłu, na skraju ciemności, w której się pogrążasz, i jeśli wciąż masz siłę walczyć, by nie zgubić tych gasnących iskierek, niegdyś będących tobą, użyj jej teraz. Słowo, które cię zniszczyło, brzmi: „poświęcenie". Użyj resztek swoich sił, by pojąć jego znaczenie. Wciąż jeszcze żyjesz. Masz szansę.
„Poświęcenie" nie oznacza odrzucenia tego, co bezwartościowe, lecz tego, co najcenniejsze. „Poświęcenie" to nie odrzucenie zła na rzecz dobra, lecz dobra na rzecz zła. „Poświęcenie" to wyrzeczenie się tego, co ma dla ciebie wartość, na rzecz tego, co jej nie ma.
Jeśli wymieniasz centa na dolara, nie poświęcasz się; jeśli wymieniasz dolara na centa, czynisz to. Jeśli po latach zmagań osiągasz upragnioną pozycję, nie poświęcasz się; jeśli potem rezygnujesz z niej na rzecz rywala, czynisz to. Jeśli masz butelkę mleka i oddajesz ją swemu głodnemu dziecku, nie poświęcasz się; jeśli dajesz ją dziecku sąsiada, pozwalając własnemu umrzeć, czynisz to. Jeśli dajesz pieniądze na pomoc przyjacielowi, nie poświęcasz się; czynisz to, jeśli je dajesz bezwartościowemu obcemu. Jeśli dajesz przyjacielowi sumę, na którą możesz sobie pozwolić, nie poświęcasz się; jeśli dajesz mu pieniądze kosztem własnej niewygody, na podstawie tego rodzaju kryterium moralnego jest to cnotą tylko częściowo: pełnią cnoty poświęcenia byłoby oddanie mu pieniędzy kosztem swojej klęski.

Jeśli wyrzekasz się wszelkich osobistych pragnień i poświęcasz życie tym, których kochasz, nie osiągasz pełni cnoty: nadal zachowujesz swoją własną wartość, jaką jest twoja miłość. Jeśli poświęcasz życie przypadkowym nieznajomym, cnota jest większa. Jeśli zaś poświęcasz je na rzecz człowieka, którego nienawidzisz —jesteś najbardziej cnotliwą istotą pod słońcem. Poświęcenie to wyrzeczenie się jakiejś wartości. Pełne poświęcenie to pełne wyrzeczenie się wszystkich. Jeśli pragniesz osiągnąć pełnię cnoty, nie wolno ci pragnąć za twoje poświęcenie wdzięczności, pochwały, miłości, podziwu, szacunku dla siebie, a nawet dumy z własnej cnotliwości; najmniejszy ślad jakiejkolwiek zdobyczy umniejsza twoją cnotę. Jeśli ścieżka, którą podążasz, nie pozwala ci zbrukać życia żadną przyjemnością, nie przynosi wartości materialnych ani duchowych, zdobyczy, zysku ani nagrody — jeśli osiągnąłeś stan kompletnego zera, osiągnąłeś ideał moralnej perfekcji.
Powiedziano ci, że perfekcja moralna jest dla człowieka nieosiągalna — i według tego kryterium jest tak istotnie. Nie możesz jej osiągnąć, dopóki żyjesz, ale wartość twojego życia lub osoby mierzona jest tym, jak blisko udało ci się podejść do ideału zerowego, którym jest śmierć. Jeśli jednak zaczynasz jako beznamiętny tępak, warzywo oczekujące na zjedzenie, nie mając wartości do odrzucenia ani pragnień do wyrzeczenia się, nie zdobędziesz korony poświęcenia. Nie jest poświęceniem wyrzeczenie się tego, czego się wcale nie pragnie. Nie jest poświęceniem od­danie swojego życia innym, jeśli pragnie się śmierci. Aby osiągnąć cnotę poświęcenia, musisz chcieć żyć, kochać życie, pałać namiętnością do tej ziemi i całego splendoru, jaki możesz na niej osiągnąć — czuć każde cięcie noża, odcinającego cię od twoich pragnień i spuszczającego z ciała całą miłość. Ideałem, którego wymaga od ciebie moralność poświęcenia, nie jest zwyczajna śmierć, lecz śmierć w powolnych torturach.
Nie przypominajcie mi, że odnosi się to jedynie do życia doczesnego. Nie troszczę się o żadne inne. I wy także nie.
Jeśli chcecie uratować resztki swojej godności, nie nazywajcie swoich najlepszych postępków „poświęceniem": ten termin klasyfikuje was jako niemoralnych. Jeśli matka kupuje jedzenie dla swego głodnego dziecka, zamiast kupić sobie kapelusz, nie poświęca się: dziecko jest dla niej więcej warte niż kapelusz; jednak dla kobiety, dla której większą wartością jest kapelusz i wolałaby, żeby jej dziecko umarło, a karmi je jedynie z poczucia obowiązku, jest to poświęcenie. Jeśli człowiek ginie w wa
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kim jest John Galt?
« Reply #4 on: (Mon) 17.02.2014, 17:44:46 »
Zasada tożsamości nie pozwala ci zjeść ciastka i mieć go nadal. Zasada przyczyny i skutku nie pozwala ci zjeść ciastka, zanim je otrzymałeś. Ale jeśli utopisz obie zasady w otchłaniach swojego umysłu, jeśli będziesz udawać przed sobą i innymi, że nie widzisz — możesz próbować uzurpować sobie prawo do zjedzenia swojego ciastka dzisiaj, a jutro zabrania mi mojego, możesz głosić, że aby mieć ciastko, należy je zjeść, zanim się je upiekło, że aby wyprodukować, należy najpierw skonsumować, że wszyscy, którzy sobie czegoś życzą, mają do tego jednakowe prawo, bo nic z niczego nie wynika. To, co bezprzyczynowe w materii, prowadzi do tego, co niezasłużone w duchu. Kiedykolwiek buntujesz się przeciwko zasadzie przyczyny i skutku, kieruje tobą oszukańcze pragnienie, nie aby przed nią uciec, lecz gorzej: aby ją odwrócić. Pragniesz niezasłużonej miłości, jak gdyby miłość, czyli skutek, mogła ci nadać osobistą wartość, czyli przyczynę — pragniesz niezasłużonego podziwu, jak gdyby podziw, czyli skutek, mógł dać ci cnotę, czyli przyczynę — pragniesz niezasłużonego bogactwa, jak gdyby bogactwo, czyli skutek, mogło ci dać umiejętność, czyli przyczynę — błagasz o miłosierdzie, miłosierdzie, nie sprawiedliwość, jakby niezasłużone przebaczenie mogło wymazać przyczynę tego błagania. I dla tych drobnych, paskudnych krętactw popierasz doktryny swoich nauczycieli, kiedy już idą na całego, głosząc, że wydawanie — skutek — tworzy bogactwo — przyczynę; że narzędzia — skutek — tworzą inteligencję — przyczynę; że twoje pragnienia seksualne — skutek — tworzą twoje wartości filozoficzne — przyczynę. Kto płaci za tę orgię? Kto powoduje to, co nie ma powodu? Kim są ofiary, skazane na pozostanie nieznanymi i milczącą agonię, by nie zakłócić pozorów swego nieistnienia? My nimi jesteśmy — my, ludzie umysłu.
Jesteśmy przyczyną wszystkich wartości, których pożądacie, my, myślący, a zatem definiujący tożsamość i odkrywający ogniwa przyczyny i skutku. Nauczyliśmy was wiedzieć, mówić, produkować, pragnąć i kochać. Gdyby nie my, wy, którzy wyrzekliście się rozsądku, nie moglibyście realizować swoich pragnień ani nawet ich posiadać. Nie potrafilibyście pragnąć ubrań, których nie uszyto, samochodu, którego nie wynaleziono pieniędzy, których nie wymyślono, w zamian za dobra, które nie istnieją, podziwu niedoświadczonego przez ludzi, którzy nic nie zyskali, miłości należnej i właściwej tylko tym, którzy zachowują zdolność myślenia, wyboru i wartościowania.
Wy, wyskakujący jak dzikusy z dżungli swoich uczuć na Piątą Aleję naszego Nowego Jorku i obwieszczający, że chcecie zachować światło elektryczne, ale zniszczyć jego źródła — to z naszego bogactwa korzystacie, niszcząc nas, z naszych wartości, potępiając nas, z naszego języka, przecząc istnieniu umysłu.

Tak jak mistycy ducha wymyślili swoje niebo na obraz ziemi, pomijając nasze istnienie, i obiecali wam nagrody, cudem stworzone z nie-materii, współcześni mistycy mięśni pomijają nasze istnienie i obiecują wam niebo, w którym materia kształtuje się z własnej, bezprzyczynowej woli w nagrody pożądane przez nie-umysł.
Przez wieki mistycy ducha kazali sobie płacić za ochronę, czyniąc życie na ziemi nieznośnym, a potem żądając od was zapłaty za pocieszenie i ulgę; zakazując wszelkich cnót, które umożliwiają życie, a potem jadąc na grzbiecie waszego wstydu; obwieszczając, że produkcja i rozkosz są grze­chami, a potem zbierając od grzeszników okup. My, ludzie umysłu, byliśmy cichymi ofiarami tej doktryny, my, gotowi złamać ich kodeks moralny i dać się potępić za grzech rozumu — my, myślący i działający, podczas gdy oni pragnęli i modlili się — my, moralni rozbitkowie, szmuglujący życie, gdy zbrodnią było żyć — podczas gdy oni pławili się w chwale moralnej za cnotę pokonania chciwości i rozdawania w bezinteresownej dobroczynności dóbr materialnych wyprodukowanych przez — biała plama.
Teraz jesteśmy skuci i zmuszani do produkcji przez dzikusów, którzy nie identyfikują nas nawet jako grzeszników — dzikusów głoszących, że nie istniejemy, po czym grożących odebraniem nam życia, którego nie posiadamy, jeśli nie dostarczymy im dóbr, których nie produkujemy. Teraz oczekuje się od nas, że zapewnimy transport kolejowy i będziemy znali co do minuty czas przybycia pociągu na stację po drugiej stronie kontynentu, że będziemy kierować hutami żelaza i znać strukturę molekularną każdej kapki metalu w kablach waszych mostów i w kadłubach sa­molotów utrzymujących was w powietrzu — podczas gdy plemiona waszych groteskowych, małych mistyków mięśni biją się o trupa świata, bełkocząc nieludzkim głosem, że nie ma żadnych zasad, pewników, wiedzy ani umysłu.
Schodząc poniżej poziomu dzikusa, wierzącego, że wymawiane przez niego magiczne słowa mają moc zmieniania rzeczywistości, wierzą oni, że rzeczywistość można zmienić mocą słów, których nie wymawiają — a ich czarodziejską różdżką jest biała plama, utrzymywanie, że nic nie może zaistnieć, jeśli nie dadzą na to magicznego przyzwolenia.
Tak jak ich ciała żywią się kradzionymi dobrami, ich umysły karmią się kradzionymi pojęciami i głoszą, że uczciwość polega na odmowie przyjęcia do wiadomości, że się kradnie. Tak jak korzystają ze skutków, przecząc przyczynom, korzystają też z pojęć, przecząc korzeniom i istnieniu owych pojęć. Tak jak nie pragną budować, lecz zagarniać fabryki, nie pragną myśleć, lecz zagarnąć myśl ludzką.
Tak jak głoszą, że do kierowania fabryką potrzeba jedynie umiejętności przekładania dźwigni maszyn, i wymazują pytanie, kto stworzył fabrykę — głoszą też, że nie istnieją jednostki, a jedynie ruch, i wymazują fakt, że ruch zakłada istnienie rzeczy, która się porusza, a zatem bez pojęcia jednostki pojęcie ruchu nie może istnieć. Tak jak głoszą swoje prawo do konsumpcji tego, na co nie zapracowali, i wymazują pytanie, kto ma to wyprodukować — głoszą, że nie istnieje zasada tożsamości, że nie istnieje nic z wyjątkiem zmiany, i wymazują fakt, że zmiana zakłada istnienie rzeczy, która się zmienia, i tej, w którą się zmienia, a zatem bez zasady tożsamości pojęcie zmiany jest niemożliwe. Tak jak ograbiają przemysłowca, przecząc jego wartości, usiłują zawładnąć całym istnieniem, zaprzeczając, jakoby istniało.
„Wiemy, że nic nie wiemy" — trajkoczą, wymazując fakt, że to także jest wiedza — „Nie ma pewników" — trajkoczą, wymazując fakt, że wygłaszają pewnik — „Nie można dowieść, że się istnieje ani że się posiada świadomość" — trajkoczą, wymazując fakt, że dowód zakłada istnienie, świadomość i skomplikowany łańcuch wiedzy: istnienie czegoś, co ma być poznane, świadomości zdolnej do jego poznania i znajomości pojęć udowodnionego i nieudowodnionego. Kiedy dzikus, który nie nauczył się mówić, głosi, że istnienie wymaga dowodu, prosi cię o dowiedzenie tego poprzez nieistnienie — kiedy głosi, że dowodu wymaga świadomość, prosi o dowiedzenie tego poprzez nieświadomość — prosi, żebyś wyszedł w otchłań znajdującą się poza istnieniem i świadomością, by mu dowieść istnienia obu — prosi, żebyś stał się zerem, zdobywającym wiedzę na temat zera.
Kiedy głosi, że aksjomat można przyjąć lub odrzucić i nie decyduje się przyjąć aksjomatu, że istnieje, wymazuje fakt, że przyjął go poprzez wypowiedzenie tego zdania — że jedynym sposobem odrzucenia go jest zamknąć się, nie wygłaszać żadnych teorii i umrzeć.
Aksjomat to twierdzenie, które identyfikuje podstawę wiedzy i każdego dalszego odnoszącego się do niej twierdzenia, twierdzenie obecne we wszystkich innych, niezależnie od tego, czy ktoś chce je tam widzieć czy nie. Aksjomat to twierdzenie pokonujące oponentów za pomocą faktu, że muszą je zaakceptować i posługiwać się nim w każdym procesie zmierzającym do zaprzeczenia mu. Niech jaskiniowiec, który nie przyjmuje aksjomatu tożsamości, spróbuje przedstawić swoją teorię, nie posługując się tym pojęciem ani żadnym wywodzącym się od niego — niech istota człekokształtna nie przyjmująca do wiadomości istnienia rzeczowników, spróbuje wymyślić język bez rzeczowników, przymiotników czy czasowników — niech czarownik nie uznający postrzegania zmysłowego, spróbuje tego dowieść, nie posługując się danymi zdobytymi dzięki niemu — niech łowca głów nie uznający logiki, spróbuje tego dowieść, nie posługując się logiką— niech pigmej twierdzący, że drapacz chmur nie potrzebuje fundamentów, jeśli ma więcej niż pięćdziesiąt pięter, usunie fundamenty spod swojego budynku zamiast spod twojego — niech kanibal gderający, że wolny umysł był potrzebny, by stworzyć cywilizację przemysłową, lecz nie jest potrzebny, by ją zachować, otrzyma grot strzały i niedźwiedzią skórę, a nie katedrę na uniwersytecie. Myślicie, że cofają was w mroki średniowiecza? Cofają was w mroki, jakich jeszcze w historii nie było. Ich celem nie jest epoka przednaukowa, lecz przedjęzykowa. Zamierzają was pozbawić pojęcia, na którym opiera się ludzki umysł, życie i kultura — pojęcia rzeczywistości obiektywnej. Zidentyfikujcie rozwój ludzkiej świadomości, a poznacie cel ich doktryny.
Dzikus to istota, która nie pojęła, że A jest równe A i że rzeczywistość jest rzeczywista. Jego umysł zatrzymał się na poziomie niemowlęcia, w stanie, w którym występują już początki postrzegania zmysłowego, ale nie rozpoznaje się jeszcze konkretnych przedmiotów. To właśnie niemowlę odbiera świat jako ruchomą plamę pozbawioną poruszających się przedmiotów — a jego umysł rodzi się w dniu, w którym pojmuje, że smuga, która wciąż obok niego przelatuje, jest jego matką, a ten wir za nią to firanka, że są to dwie konkretne jednostki i żadna nie może się zmienić w drugą, że są tym, czym są — że istnieją. Dzień, w którym pojmuje, że materia nie posiada woli, jest dniem zrozumienia, że ono samo ją posiada. Tak rodzi się człowiek. Kiedy spostrzega, że odbicie, które widzi w lustrze, nie jest złudzeniem — jest prawdziwe, lecz nie jest nim; że miraż na pustyni nie jest złudzeniem — powietrze i promienie światła wywołujące go są prawdziwe, ale nie jest to miasto, lecz odbicie miasta — dzień, w którym pojmuje, że nie jest biernym odbiorcą wrażeń danej chwili, że zmysły nie dostarczają mu automatycznej wiedzy w oddzielnych, pozbawionych kontekstu odcinkach, lecz jedynie materiał na wiedzę, który jego umysł musi nauczyć się scalać — dzień, w którym pojmuje, że zmysły nie mogą go omamić, że obiekty fizyczne nie mogą działać bez przyczyny, że jego organy percepcji są fizyczne i nie posiadają woli ani mocy wymyślania czy zniekształcania, że materiał, którego mu dostarczają, jest pewnikiem, ale umysł musi się nauczyć go rozumieć, odkryć naturę, przyczyny i pełen kontekst tego materiału, zidentyfikować postrzegane rzeczy — jest dniem jego narodzin jako myśliciela i naukowca.

My jesteśmy ludźmi, którzy osiągają ten dzień; wy postanowiliście osiągnąć go częściowo; dzikus to ktoś, kto nie osiąga go nigdy.
Dla dzikusa świat jest miejscem niezrozumiałych cudów, gdzie materia nieożywiona może wszystko, on sam zaś nic. Jego światem nie jest nieznane, lecz irracjonalny koszmar: niepoznawalne. Wierzy, że obiekty fizyczne posiadają tajemniczą wolę, napędzaną bezprzyczynowymi, nieprzewidywalnymi kaprysami, podczas gdy on jest bezradnym pionkiem na łasce sił, nad którymi nie ma kontroli. Wierzy, że naturą rządzą demony, posiadające nieograniczoną władzę, i że rzeczywistość jest ich plastyczną zabawką, w której mogą w każdej chwili zmienić jego miskę zjedzeniem w węża, a żonę w żuka, A, którego nigdy nie odkrył, może być dowolnym nie-A, jakie wybiorą, a jego jedyną wiedzą jest to, że nie wolno mu dążyć do wiedzy. Nie może na nic liczyć, może jedynie chcieć — spędza więc życie na chceniu, na błaganiu demonów, by spełniły jego życzenia mocą swojej woli, dziękując im, kiedy to czynią, biorąc winę na siebie, gdy tego nie czynią, składając im ofiary na znak wdzięczności i pokuty, czołgając się na brzuchu w strachu i czci dla słońca, księżyca, wiatru, deszczu i każdego łotra, który ogłasza się wyrazicielem ich woli, pod warunkiem, że jego słowa są niezrozumiałe, a maska dostatecznie przerażająca — pragnie, błaga i czołga się, po czym umiera, pozostawiając wam, jako zapis swojej wizji świata, zdeformowanych, potwornych bożków, hybrydy człowieka, bestii i pająka, wcielenia świata, w którym nie istnieje A.

Taki jest stan intelektualny waszych nauczycieli i do takiego świata chcą was przywieść. Jeśli się zastanawiacie, w jaki sposób zamierzają to zrobić, wejdźcie do dowolnej sali uniwersyteckiej, a usłyszycie, jak profesorowie uczą wasze dzieci, że człowiek nie może być niczego pewien, że jego świadomość nie jest nic warta, że nie może poznać faktów ani praw istnienia, że jest niezdolny do poznania obiektywnej rzeczywistości. Jakie zatem jest jego kryterium wiedzy i prawdy? Jest nim to, w co wierzą inni, odpowiadają nauczyciele. Nie istnieje wiedza, mówią, tylko wiara: twoja wiara w to, że istniejesz, jest warta tyle samo co czyjaś wiara w to, że ma prawo cię zabić; naukowe aksjomaty są warte tyle samo co mistyczna wiara w objawienia; przekonanie, że generator może wytworzyć światło elektryczne, jest warte tyle samo co przekonanie, że może je wytworzyć królicza łapka pocałowana pod drabiną w pierwszy dzień miesiąca — prawda jest taka, jakiej chcą ludzie, a ludzie to wszyscy oprócz ciebie; rzeczywistością jest to, co ludzie nią obwołali; nie ma faktów obiektywnych, jedynie kaprysy — człowiek poszukujący wiedzy w laboratorium za pomocą probówek i logiki jest staroświeckim, przesądnym głupcem; prawdziwy naukowiec to ktoś, kto bada opinię publiczną — i gdyby nie samolubna chciwość producentów dźwigarów stalowych, żywotnie zainteresowanych zahamowaniem postępu nauki, dowiedzielibyście się, że Nowy Jork nie istnieje, bo ankieta przeprowadzona wśród całej ludności świata wykazałaby dobitnie, że jej przekonania zabraniają mu istnieć. Przez wieki mistycy ducha głosili, że wiara jest nadrzędna w stosunku do rozumu, lecz nie śmieli przeczyć istnieniu tego drugiego. Ich spadkobiercy, mistycy mięśni, dokończyli dzieło i zrealizowali ich marzenie: głoszą, że wszystko jest wiarą, i nazywają to buntem przeciwko wierze. Ich bunt przeciwko nie dowiedzionym twierdzeniom polega na głoszeniu, że niczego nie można dowieść; bunt przeciwko wiedzy nadprzyrodzonej na twierdzeniu, że wszelka wiedza jest niemożliwa; bunt przeciwko wrogom nauki na twierdzeniu, że nauka to przesąd; bunt przeciwko zniewoleniu umysłu na twierdzeniu, że umysł nie istnieje.

Jeśli wyrzekacie się zdolności postrzegania, jeśli akceptujecie zmianę kryteriów z obiektywnych na kolektywne i czekacie, aż ludzkość wam powie, co macie myśleć, wkrótce przed oczami, których się wyrzekliście, rozegra się kolejna zmiana: wasi nauczyciele staną się władcami kolektywu, a jeśli odmówicie podporządkowania im się, protestując, że nie są całą ludzkością, odpowiedzą: „Skąd wiesz, że nie jesteśmy? Jesteśmy, bracie? Skąd wziąłeś to staroświeckie słowo?" Jeśli wątpicie, że taki właśnie jest ich cel, zwróćcie uwagę, jak uporczywie mistycy mięśni starają się wymazać z waszej pamięci fakt, iż pojęcie „umysł" kiedykolwiek istniało. Zwróćcie uwagę na ich nowomowę, słowa o gumowym znaczeniu, nieokreślone określenia, za pomocą których usiłują obejść pojęcie myślenia. Twoja świadomość, mówią, składa się z „odruchów", „reakcji", „doświadczeń", „popędów" i „pragnień" — i odmawiają identyfikacji środków, za pomocą których zdobyli tę wiedzę, identyfikacji aktu jej przekazywania i aktu odbierania jej przez ciebie. Słowa potrafią cię „ocenić", mówią i odmawiają identyfikacji powodu, dla którego słowa potrafią cię zmienić — biała plama. Student czytający książkę rozumie ją dzięki procesowi — biała plama. Naukowiec pracujący nad wynalazkiem posługuje się — biała plama. Psycholog pomagający neurotykowi rozwiązać problem i rozwikłać konflikt czyni to za pomocą — biała plama. Przemysłowiec — biała plama — nie ma takiej osoby. Fabryka jest „zasobem naturalnym", jak drzewo, skała czy kałuża. Problem produkcji, mówią, został rozwiązany i nie zasługuje na badania ani troskę; waszym „odruchom" pozostał jedynie do rozwiązania promem dystrybucji. Kto rozwiązał problem produkcji? Ludzkość, odpowiadają. Jakie było rozwiązanie? Produkty istnieją. Skąd się wzięły? Skądś. Co się do tego przyczyniło? Przyczyny nie istnieją.
Głoszą, że każdy człowiek rodzi się upoważniony do istnienia bez pracy, niezależnie od praw kierujących rzeczywistością, ma więc prawo otrzymywać „podstawowy zasiłek" — żywność, ubiór, dach nad głową
— bez żadnych starań, jako coś prawnie mu należnego. Otrzymywać — od kogo? Biała plama. Każdy człowiek, obwieszczają, ma jednakowe prawo do korzystania z powstających na świecie dobrodziejstw techniki. Powstających — za czyją sprawą? Biała plama. Roztrzęsieni tchórze, po­zujący na obrońców przemysłowców, określają teraz cel ekonomii jako „dopasowanie nieograniczonych pragnień ludzkich do ograniczonej ilości dostarczanych dóbr". Dostarczanych — przez kogo? Biała plama. Intelektualni bandyci, pozujący na profesorów, drwią z dawnych myślicieli, twierdząc, że ich teorie społeczne opierały się na niepraktycznym założeniu, iż człowiek jest istotą rozumną — ponieważ jednak ludzie nie są rozumni, mówią, należy stworzyć system, który im umożliwi istnienie w takim stanie, co znaczy: w opozycji do rzeczywistości. Kto to umożliwi? Biała plama. Pierwsza lepsza miernota publikuje plany kontroli nad dobrami wytwarzanymi przez ludzkość — i niezależnie od tego, czy ktoś się zgadza ze statystykami czy nie, nikt nie kwestionuje jej prawa do narzucania swoich planów siłą. Narzucania — komu? Biała plama. Kobiety z pieniędzmi, na które nie zapracowały, podróżują dookoła świata i wracają, by nieść zacofanym narodom przesłanie, że świat „domaga się" wyższego standardu życia. Domaga się — od kogo? Biała plama.
By zaś uzasadnić różnicę między wioską w dżungli a Nowym Jorkiem, posuwają się do ohydy tłumaczenia postępu cywilizacyjnego — drapaczy chmur, mostów wiszących, silników elektrycznych, pociągów — twierdzeniem, że człowiek jest zwierzęciem wyposażonym w „instynkt produkcji narzędzi".
Zastanawiałeś się, co jest nie tak ze światem? Doktryna bezprzyczynowego i niezasłużonego osiągnęła apogeum. Wszystkie twoje gangi mistyków, ducha czy mięśni, walczą teraz o władzę nad tobą, gderając, że miłość rozwiąże wszystkie problemy twojego ducha, a bicz wszystkie problemy ciała — umysłu bowiem, jak sam się zgodziłeś, nie posiadasz Przyznając człowiekowi mniej godności niż bydłu, ignorując to, co mógłby im powiedzieć treser zwierząt — że żadnego zwierzęcia nie da się wytresować poprzez strach, że torturowany słoń raczej zmiażdży oprawcę, niż będzie dla niego pracował lub nosił jego ciężary — oczekują, że będzie dalej produkował lampy elektronowe, odrzutowce, silniki rozbijające atomy i teleskopy międzygwiezdne, otrzymując w nagrodę swoją porcję mięsa, a jako bodziec smagnięcie biczem po plecach.
Nie miej wątpliwości co do charakteru mistyków. Przez wszystkie wieki ich jedynym celem było okaleczenie twojej świadomości, a ich jedynym pragnieniem — pragnienie kierowania tobą przy użyciu siły.
Od rytuałów czarowników z dżungli, zniekształcających rzeczywistość do rozmiarów groteskowych absurdów, blokujących umysły swoich ofiar i przez wieki stagnacji utrzymujących ich w lęku przed nadprzyrodzonym — poprzez nadprzyrodzone doktryny średniowiecza, każące ludziom kulić się na zabłoconych podłogach nędznych chat w przerażeniu, że diabeł może skraść zupę, na którą pracowali osiemnaście godzin — po małego, obleśnego profesorka, zapewniającego, że twój mózg nie jest zdolny do myślenia, a ty nie masz środków postrzegania i musisz być ślepo posłuszny wszechmocnej woli siły nadprzyrodzonej, której na imię społeczeństwo — wszystko to jest tym samym działaniem w tym samym celu: zredukowania cię do postaci papki, która wyrzekła się zaufania do swojej świadomości.
Nie da się jednak tego zrobić bez twojej zgody. Jeśli na to pozwalasz, zasługujesz na to. Kiedy słuchasz kazania mistyka na temat bezsilności ludzkiego umysłu i zaczynasz wątpić we własną, nie jego, świadomość, kiedy pozwalasz, by twoim niestabilnym, półracjonalnym stanem wstrząsnęło pierwsze lepsze stwierdzenie, i dochodzisz do wniosku, że bezpieczniej jest zaufać jego pewności i wiedzy, kpisz z was obu: twoja zgoda jest jedynym źródłem jego pewności. Moc nadprzyrodzona, przed którą drży mistyk, niepoznawalny duch, którego czci, świadomość, którą uważa za wszechmocną — należą do ciebie.
Mistyk to ktoś, kto wyrzekł się własnego umysłu przy pierwszym zetknięciu z umysłami innych. Gdzieś w dzieciństwie, gdy jego pojmowanie rzeczywistości zderzyło się z cudzymi twierdzeniami, arbitralnymi rozkazami i sprzecznymi żądaniami, ogarnął go tak przemożny lęk przed nieza­leżnością, że wyrzekł się rozumu. Mając wybór między ,ja wiem" a „oni mówią", wybrał autorytet innych, wolał się podporządkować, niż zrozumieć, wolał wierzyć, niż myśleć. Wiara w nadprzyrodzoność zaczyna się od wiary w wyższość innych. Jego poddanie się przybrało formę uczucia, że musi ukryć swój brak zrozumienia, że inni posiadają jakąś tajemną wiedzę, której sam jest pozbawiony i że w jakiś niedostępny mu sposób potrafią tak zaczarować rzeczywistość, by odpowiadała ich życzeniom.
Od tej chwili, bojąc się myśleć, jest zdany na łaskę niezidentyfikowanych uczuć. Uczucia stają się jego jedynym przewodnikiem i jedyną pozostałością osobowości, trzyma się ich kurczowo — a jeśli myśli, to tylko o tym, jak ukryć przed sobą fakt, iż jego uczucia są koszmarem. Kiedy mistyk deklaruje, że czuje istnienie siły wyższej niż rozum, istotnie tak czuje, siłą tą nie jest jednak wszechwiedzący duch wszechświata, lecz świadomość każdego przechodnia, na rzecz którego wyrzekł się własnej. Mistykiem kieruje pragnienie robienia wrażenia, oszukiwania, schlebiania, okłamywania, zmuszania owej wszechmocnej cudzej świadomości. „Oni" są jego jedynym kluczem do rzeczywistości, czuje, że nie może istnieć inaczej niż tylko dzięki ujarzmieniu ich tajemnej siły i wymuszeniu na nich jakiejś nieokreślonej zgody. „Oni" są jego jedynymi organami postrzegania i, jak ślepiec uzależniony od wzroku psa, czuje, że musi ich trzymać na smyczy, by żyć. Panowanie nad cudzą świadomością staje się jego jedyną pasją; żądza władzy jest chwastem wyrastającym jedynie na pustkowiach porzuconego umysłu.
Każdy dyktator jest mistykiem, a każdy mistyk potencjalnym dyktatorem. Mistyk pragnie od ludzi posłuszeństwa, nie zgody. Chce, żeby się wyrzekli własnej świadomości na rzecz jego zapewnień, zarządzeń, życzeń, kaprysów — tak, jak on wyrzekł się swojej na rzecz ich własnej. Chce kierować ludźmi za pomocą wiary i siły — nie zadowala go ich zgoda, jeśli musi na nią zapracować faktami i rozsądkiem. Rozsądek jest wrogiem, którego śmiertelnie się boi, a zarazem uważa za niepewnego: rozsądek jest dla niego instrumentem oszustwa; czuje, że ludzie posiadają moc wyższą od rozsądku
—      i tylko ich bezprzyczynowa wiara lub wymuszone posłuszeństwo mogą mu dać jakieś poczucie bezpieczeństwa, dowód, że objął panowanie nad mistycznym darem, którego mu brakowało. Jego pragnieniem jest rządzić, nie przekonać: przekonanie wymaga aktu niezależności i domaga się uznania pewnika w postaci rzeczywistości obiektywnej; on zaś pragnie władzy nad rzeczywistością i nad ludzkim instrumentem jej postrzegania — umysłem — władzy umieszczenia swojej woli pomiędzy istnieniem a rzeczywistością, jak gdyby, godząc się na udawanie rzeczywistości, którą im każe udawać, ludzie mieli ją istotnie stworzyć.
Tak jak pasożytuje na materii, zagarniając bogactwo wytworzone przez innych, i na duchu, plądrując pomysły wymyślone przez innych, mistyk schodzi poniżej poziomu szaleńca, tworzącego własne zdeformowane rzeczywistości — do poziomu pasożyta szaleństwa, dążącego do deformacji stworzonej przez innych.
Istnieje tylko jeden stan spełniający jego pragnienie nieskończoności, bezprzyczynowości i braku tożsamości: śmierć. Jakiekolwiek niezrozumiałe przyczyny przypisywałby swoim nieprzekazywalnym uczuciom, każdy, kto odrzuca rzeczywistość, odrzuca istnienie — a uczuciami, które odtąd nim kierują, są nienawiść do wszystkich wartości ludzkiego życia i pragnienie wszelkiego zła zdolnego je zniszczyć. Mistyk rozkoszuje się spektaklem cierpienia, biedy, służalczości i terroru: te rzeczy dają mu poczucie triumfu, dowód zwycięstwa nad racjonalną rzeczywistością. Żadna inna jednak nie istnieje.
Nieważne, czyjemu dobru rzekomo służy — Boga czy bezcielesnego gargulca, którego nazywa „ludem"; nieważne, jaki ideał wynosi do nadprzyrodzonych rozmiarów — w rzeczywistości, na ziemi, jego ideałem jest śmierć, pragnieniem zabijanie, a jedyne, co go zadowala, zadawanie tortur. Destrukcja to jedyny cel, jaki kiedykolwiek osiągnęła doktryna mistyków i jedyny, jaki osiąga dziś, a jeśli dokonane przez nich spustoszenia nie zmusiły ich do zakwestionowania własnej doktryny, jeśli utrzymują że kieruje nimi miłość, lecz nie powstrzymuje ich stos trupów, to dlatego, że prawda na temat ich dusz jest gorsza niż ta ohydna wymówka, na którą się godzisz — wymówka, że cel uświęca środki i że potworności, których się dopuszczają, są środkami wiodącymi do szlachetniejszego celu. Prawda jest taka, że te potworności są ich celem.
Ty, dość zepsuty, by wierzyć, że możesz się przyzwyczaić do dyktatury mistyka i zadowolić go spełnianiem jego rozkazów, wiedz, że nie ma sposobu na to, by go zadowolić. Kiedy go posłuchasz, odwróci rozkazy; pragnie posłuszeństwa dla samego posłuszeństwa i zniszczenia dla samego zniszczenia. Ty, dość tchórzliwy, by wierzyć, że możesz się dogadać z mistykiem, przystając na jego wymuszenia — wiedz, że nie ma sposobu, by go kupić, bo przystanie tylko na jedną łapówkę
—      twoje życie — i weźmie je tym szybciej, im bardziej mu na to pozwalasz — a potworem, którego ma przekupić ta łapówka, jest ukryta biała plama w jego umyśle, każąca mu zabijać, by uciec przed świadomością, że to własnej śmierci pragnie.
Ty, dość niewinny, by wierzyć, że siły hulające swobodnie po dzisiejszym świecie kierują się pożądaniem rzeczy materialnych, wiedz, że walka mistyków o łupy jest jedynie zasłoną dymną, ukrywającą przed ich umysłami charakter ich pobudek. Bogactwo służy utrzymywaniu ludzkiego życia, a oni domagają się go, imitując żywe stworzenia, by udawać przed sobą, że pragną żyć. Ale to ich tarzanie się w zagrabionych dobrach nie jest radością, lecz ucieczką. Nie pragną zagarnąć twojej fortuny: pragną, byś ty ją stracił; nie pragną sukcesu, lecz twojej porażki; nie pragną życia, lecz twojej śmierci; nie pragną niczego, nienawidzą istnienia i wciąż uciekają, by się nie dowiedzieć, że sami są przedmiotem swojej nienawiści.
Ty, który nigdy nie pojąłeś natury zła i nazywasz ich „zbłąkanymi idealistami" — oby Bóg, którego wymyśliłeś, ci wybaczył! — wiedz, że to oni stanowią istotę zła, oni, słudzy antyżycia, pragnący pożreć świat, by wypełnić bezosobowe zero swoich dusz. Nie o twoje bogactwo im chodzi. Spiskują przeciwko umysłowi, a zatem: przeciwko ludzkiemu życiu.
Jest to spisek bez przywódcy ani kierunku, a drobni dranie, bogacący się na udręce tej czy innej ziemi, są przypadkowymi szumowinami, unoszącymi się na falach wielowiekowych ścieków, które przerwały tamę : i wylały się ze zbiornika nienawiści do rozsądku, logiki, umiejętności, osiągnięcia i radości, gromadzonej przez wszystkich skomlących antyludzi, głoszących wyższość „serca" nad rozumem.
Jest to spisek wszystkich, którzy nie pragną żyć, lecz chcą, aby „upiekło im się życie", wszystkich, którzy pragną odciąć maleńki skrawek rzeczywistości i czują więź uczuciową z każdym, kto zawzięcie odcina inny — spisek łączący więzami uniku wszystkich dążących do wartości „zero": profesora, który, nie potrafiąc myśleć, znajduje przyjemność w okaleczaniu cudzych umysłów; biznesmena, który, by chronić własną stagnację, znajduje przyjemność w krępowaniu talentu konkurentów; neurotyka, który, by bronić pogardy dla samego siebie, znajduje przyjemność w odbieraniu innym poszanowania własnej wartości; nieudacznika znajdującego przyjemność w pokonywaniu cudzych osiągnięć; miernoty znajdującej przyjemność w niszczeniu wielkości; eunucha znajdującego przyjemność w kastracji wszelkiej przyjemności — i wszystkich producentów ich intelektualnej amunicji, głoszących, że złożenie cnót w ofierze przeobrazi przywary w cnoty. Śmierć jest założeniem leżącym u źródła ich teorii i celem ich wszystkich działań — a wy jesteście ich ostatnimi ofiarami.
My, żywe bufory pomiędzy wami a naturą waszej doktryny, nie będziemy już was ratować przed skutkami waszych własnych wierzeń. Mamy już dość płacenia własnym życiem za wasze długi i za deficyt moralny nagromadzony przez poprzednie pokolenia. Żyliście w pożyczonym czasie — a ja jestem człowiekiem, który domaga się zwrotu pożyczki.
Jestem człowiekiem, którego istnienie miała wymazać biała plama wewnątrz was. Jestem człowiekiem, któremu nie chcieliście pozwolić ani żyć, ani umrzeć. Nie chcieliście, abym żył, bo baliście się wiedzieć, że dźwigam na swoich barkach zrzuconą przez was odpowiedzialność i że wasze życie jest w moich rękach; nie chcieliście, abym umarł, bo to wiedzieliście. Dwanaście lat temu, gdy pracowałem w waszym świecie, byłem wynalazcą. Wykonywałem zawód, który pojawił się w historii ludzkości ostatni i zniknie pierwszy, gdy ludzkość zejdzie do poziomu podludzi. Wynalazca to człowiek, który pyta wszechświat: „Dlaczego?" i nie pozwala, by cokolwiek stanęło między odpowiedzią a jego umysłem.
Jak człowiek, który odkrył zastosowanie pary, lub ten, który odkrył zastosowanie ropy, ja odkryłem źródło energii osiągalne od czasu narodzin ziemi, lecz dotąd stanowiące jedynie obiekt czci, trwogi i legend pozbawionych ciskającego gromy boga. Zbudowałem eksperymentalny model silnika, który przyniósłby fortunę mnie i tym, którzy by mnie wynajęli, zwiększyłby wydajność każdego urządzenia napędzanego elektrycznością i produktywność każdej godziny poświęcanej przez was zarabianiu na życie.

Potem, pewnego wieczoru, podczas zebrania w fabryce, otrzymałem za swoje osiągnięcie wyrok śmierci. Usłyszałem, jak troje pasożytów stwierdza, że mój mózg i życie stanowią jch własność, a moje prawo do istnienia jest uwarunkowane spełnieniem ich pragnień. Celem moich umiejętności, mówili, jest służba potrzebom tych, którzy ich nie posiadają. Nie mam prawa żyć — z racji mojej umiejętności życia; oni mają do tego pełne prawo — z racji swojej nieumiejętności. Wtedy zrozumiałem, co złego dzieje się ze światem, pojąłem, co niszczy ludzi i narody, i gdzie musi się rozegrać walka o życie. Zrozumiałem, że wrogiem jest odwrócona moralność, a jego jedyną siłą — moje przyzwolenie. Zrozumiałem, że zło jest bezsilne — że jest nim irracjonalność, ślepota, antyrzeczywistość — i że jedynym narzędziem jego triumfu jest gotowość dobra do służenia mu. Tak jak otaczające mnie pasożyty głosiły swoją bezradną zależność od mojego umysłu i oczekiwały ode mnie dobrowolnego oddania się w niewolę, której nie mogły mi narzucić; tak jak liczyły, że złożę siebie w ofierze, by mogły zrealizować swój plan — na całym świecie i w całej historii ludzkości, w każdej wersji i formie, od wymuszeń ze strony próżnujących krewnych po okrucieństwa państw praktykujących kolektywizm, ludzie dobrzy, zdolni, ludzie rozumu działają na rzecz własnego zniszczenia, przelewają w żyły zła krew własnej cnoty i pozwalają mu wlewać w swoje zabójczą truciznę, dając mu siłę przetrwania, a własnym wartościom pozostawiając bezradność śmierci. Zrozumiałem, że aby zło mogło pokonać człowieka cnotliwego, potrzebna jest jego własna zgoda i żadna krzywda uczyniona mu przez innych nie poskutkuje, jeśli on sam tej zgody nie udzieli. Zrozumiałem, że mogę położyć kres waszym postępkom, wymawiając w myślach jedno jedyne słowo. Wymówiłem je. Słowo to brzmiało: „Nie".
Odszedłem z fabryki. Odszedłem ze świata. Zająłem się ostrzeganiem waszych ofiar i dostarczaniem im metody i broni do walki z wami. Metodą była odmowa unikania odwetu. Bronią była sprawiedliwość.
Jeśli chcecie wiedzieć, co straciliście, kiedy odszedłem i kiedy ci, którzy przyłączyli się do strajku, opuścili wasz świat — stańcie na niezbadanym przez człowieka pustkowiu i zadajcie sobie pytanie, w jaki sposób i jak długo przetrwalibyście, odmawiając myślenia i nie mając nikogo, kto by was nauczył, co robić, a ile zdołałyby odkryć wasze umysły, gdybyście zdecydowali się myśleć — zadajcie sobie pytanie, do ilu niezależnych wniosków doszliście w życiu, a ile czasu spędziliście na wykonywaniu działań, których nauczyli was inni — zapytajcie siebie, czy potrafilibyście odkryć, jak uprawiać ziemię i hodować dla siebie żywność, wynaleźć koło, dźwignię, cewkę indukcyjną, generator, lampę elektronową — i wtedy zdecydujcie, czy ludzie uzdolnieni są wyzyskiwaczami, żyjącymi z owoców waszej pracy i okradającymi was z bogactwa, które wytwarzacie, i czy ośmielacie się wierzyć, że jesteście zdolni ich zniewolić. Niech wasze kobiety przyjrzą się kobiecie z dżungli o wyschniętej twarzy i obwisłych piersiach, ucierającej w misce posiłki, godzina za godziną, wiek za wiekiem — i zadadzą sobie pytanie, czy ich „instynkt wytwarzania narzędzi" zapewni im lodówki, pralki i odkurzacze, a jeśli nie, czy istotnie pragną zniszczyć tych, którzy to wszystko stworzyli, lecz nie dokonali tego dzięki „instynktowi".
Rozejrzyjcie się wokół wy, jaskiniowcy, dukający, że idee powstają dzięki środkom produkcji, a maszyna nie jest wytworem ludzkiej myśli, lecz mistyczną siłą, rodzącą ludzką myśl. Dla was nigdy nie nastała epoka przemysłu; do dziś trzymacie się kurczowo barbarzyńskiej moralności z czasów, w których praca mięśni niewolników zapewniała ludzkości nędzną egzystencję. Każdy mistyk zawsze tęsknił za niewolnikami, aby go chronili przed materialną rzeczywistością, przed którą drżał. Ale wy, w swoim groteskowym atawizmie, gapicie się tępo na drapacze chmur i kominy, marząc o zniewoleniu dostarczycieli materiałów — naukowców, wynalazców i przemysłowców. Domagając się publicznej własności środków produkcji, pragniecie publicznej własności umysłu. Ja nauczyłem strajkujących, że jedyną odpowiedzią, na jaką zasługujecie, jest: „Przyjdźcie i weźcie go sobie".
Głosicie, że nie potraficie ujarzmić sił materii nieożywionej, a chcecie ujarzmić umysły ludzi zdolnych do wyczynów dla was niewykonalnych. Głosicie, że nie możecie bez nas przetrwać, a chcecie nam dyktować warunki naszego przetrwania. Głosicie, że nas potrzebujecie, a posuwacie się do bezczelności twierdzenia, że macie prawo rządzić nami przy użyciu siły — i oczekujecie, że my, nie obawiający się tej fizycznej natury, która was napełnia przerażeniem, stchórzymy na widok pierwszego lepszego chama, który was namówił, żebyście mu dali szansę rządzenia nami. Chcecie zbudować społeczeństwo oparte na następujących zasadach: że nie macie kompetencji do kierowania własnym życiem, lecz posiadacie wystarczające, by kierować cudzym — że nie jesteście przygotowani do wolności, lecz możecie sprawować rządy absolutne — że nie jesteście zdolni zarobić na życie mocą własnej inteligencji, ale możecie oceniać polityków i przyznawać im nieograniczoną władzę nad nieznaną wam sztuką, niezrozumiałą dla was nauką, osiągnięciami, o których nie macie pojęcia, i gigantycznymi zakładami przemysłowymi, gdzie wy, na podstawie własnej definicji swoich umiejętności, nie nadawalibyście się do pracy nawet na stanowisku zastępcy smarowacza.

Ten bożek waszego kultu zera, ten symbol niemocy — urodzony pasożyt — jest waszym wyobrażeniem człowieka i kryterium wartości, na obraz którego usiłujecie przekształcić swoją duszę. „To ludzka rzecz!" — wołacie w obronie wszelkiego zepsucia, poniżając się do tego stopnia, że chcecie, by pojęcie „ludzki" oznaczało słabeusza, durnia, nędznika, kłamcę, niezdarę, tchórza i oszusta, podczas gdy odmawiacie prawa przynależności do rodzaju ludzkiego bohaterowi, myślicielowi, producentowi, wynalazcy, silnemu, dążącemu do celu, czystemu —jak gdyby rzeczą ludzką było „odczuwanie", ale nie myślenie; jak gdyby ludzka była klęska, lecz nie sukces; jak gdyby ludzkie było zepsucie, lecz nie cnota — jak gdyby człowiek kierował się przesłanką śmierci, a nie życia.
Chcąc nas pozbawić honoru, by potem móc pozbawić bogactwa, zawsze traktowaliście nas jak niewolników, nie zasługujących na uznanie moralne. Wychwalacie każde przedsięwzięcie określane jako niedochodowe, po czym potępiacie ludzi, dzięki dochodom których było ono moż­liwe. Uważacie, że „w interesie publicznym" leży każdy projekt na rzecz tych, którzy nie płacą — podczas gdy świadczenie usług tym, którzy płacą, do tej kategorii nie należy. „Pożyteczna dla społeczeństwa" jest każda jałmużna, handel natomiast jest dla społeczeństwa krzywdą. „Dobro publiczne" to dobro tych, którzy na nie nie zapracowali; tym, którzy zapracowali, dobro się nie należy. „Społeczeństwem" są dla was wszyscy, którzy nie zdołali osiągnąć żadnej cnoty ani wartości; każdy, kto ją osiągnął, każdy, kto wam dostarcza dóbr potrzebnych do przetrwania, przestaje być częścią społeczeństwa i rasy ludzkiej.
Jaka biała plama pozwoliła wam mieć nadzieję, że upiecze wam się to szambo sprzeczności, i planować je jako idealne społeczeństwo, skoro jedno „nie" waszych ofiar wystarczało do zburzenia całej tej konstrukcji? Co pozwala każdemu bezczelnemu żebrakowi obnażać swoje rany przed oczyma lepszych od siebie i tonem groźby prosić o pomoc? Podobnie jak on, wykrzykujecie, że liczycie na naszą litość, ale waszą sekretną nadzieją jest kodeks moralny, który was nauczył liczyć na nasz wstyd. Oczekujecie, że będziemy się czuli winni swoich cnót w obecności waszych przywar, ran i klęsk — winni, że żyjemy i cieszymy się życiem, które wy potępiacie, lecz błagacie, byśmy pomogli wam przeżyć.
Chcieliście wiedzieć, kim jest John Galt? Jestem pierwszym uzdolnionym człowiekiem, który odmówił uważania swoich zdolności za winę. Jestem pierwszym, który nie chce odprawiać pokuty za swoje cnoty ani pozwolić na wykorzystanie ich jako narzędzi zniszczenia swojej własnej osoby. Jestem pierwszym człowiekiem nie godzącym się na męczeństwo z rąk tych, którzy chcieliby, abym zginął w imię przywileju utrzymania ich przy życiu. Jestem pierwszym, który im powiedział, że ich nie potrzebuje i że dopóki nie nauczą się z nim pertraktować jak kupcy, oferując wartość za wartość, będą musieli istnieć bez niego, tak jak on będzie istniał bez nich; wtedy przekonają się, kto ma potrzeby, a kto umiejętności — i, jeśli ludzkie przetrwanie stanowi kryterium, na czyich warunkach nastąpi to przetrwanie.
Planowo i celowo uczyniłem to, co od zarania dziejów odbywało się na zasadzie biernego oporu. Zawsze istnieli ludzie, którzy strajkowali, w imię protestu i z rozpaczy, nie pojmując jednak znaczenia swoich działań. Człowiek wycofujący się z życia publicznego, by myśleć, lecz nie dzielić się swoimi myślami — człowiek postanawiający spędzić życie jako sługa, zachowując dla siebie żar swojego umysłu, nigdy nie nadając mu kształtu, wyrazu ani realnego wymiaru, odmawiając ofiarowania go światu, którym gardzi — człowiek pokonany przez odrazę, rezygnujący, nim zaczął, wolący rezygnację od uległości, pracujący na bardzo niskich obrotach, rozbrojony przez tęsknotę za ideałem, którego nie znalazł — wszyscy oni strajkują, strajkują przeciwko brakowi rozsądku, przeciwko waszemu światu i waszym wartościom. Nie znając jednak żadnych innych, własnych wartości, porzucają poszukiwania — w mrokach beznadziejnego oburzenia, słusznego bez znajomości tego, co słuszne, namiętnego bez znajomości pożądania, oddają wam władzę nad rzeczywistością i wyrzekają się bodźców swoich umysłów — po czym giną w gorzkim poczuciu daremności, jako buntownicy nie znający przedmiotu swego buntu i kochankowie, którzy nie odkryli miłości.
Haniebne czasy, które nazywacie mrokami średniowiecza, były epoką strajku inteligencji. Ludzie inteligentni zeszli wówczas pod ziemię i żyli nie odkryci, studiując potajemnie, po czym umierali, unicestwiając dzieła swoich umysłów; tylko garstka najdzielniejszych męczenników pozostała, by trzymać ludzkość przy życiu. Każdy okres rządów mistyków był epoką stagnacji i niedostatku, w której większość ludzi strajkowała przeciwko istnieniu, otrzymując za swoją pracę mniej, niż wystarczało na przeżycie, i nie pozostawiając władcom do zagrabienia nic z wyjątkiem ochłapów, odmawiając myślenia, odwagi, produkcji; właścicielem ich zysków i najwyższym autorytetem w kwestii prawdy był wówczas kaprys jakiegoś pozłacanego degenerata o władzy uświęconej prawem bożym lub siłą pałki. Droga historii ludzkości była drogą białych plam, biegnących przez jałową przestrzeń, wyżartą przez wiarę i przemoc, z kilkoma zaledwie chwilami blasku, następującymi wtedy, gdy uwolniona energia ludzi umysłu dokonywała cudów, na które wy gapiliście się, podziwialiście je i czym prędzej niszczyliście.
Tym razem to się wam nie uda. Gra mistyków dobiegła końca. Znikniecie we własnej nierzeczywistości — i dzięki niej. My, ludzie rozsądku, przetrwamy.
Wezwałem do strajku męczenników, którzy nigdy przedtem was nie opuścili. Dałem im broń, której przedtem nie mieli: świadomość ich moralnej wartości. Nauczyłem ich, że świat jest nasz, kiedykolwiek zechcemy się o niego upomnieć, ponieważ nasza moralność jest moralnością życia. Oni, wielkie ofiary, których dziełem były wszystkie cuda krótkiego lata ludzkości, oni, przemysłowcy, władcy materii, nie rozumieli charakteru swojego prawa. Nie wiedzieli, że do nich należy władza. Ja ich nauczyłem, że do nich należy chwała.
Wy, którzy macie czelność uważać nas za gorszych moralnie od pierwszego lepszego mistyka, nawiedzanego przez nadprzyrodzone wizje — wy, walczący jak sępy o zagrabione grosze, ale gardzący ludźmi zbijającymi majątek własną pracą — wy, gardzący biznesmenami, a podziwiający pseudoartystów — źródłem waszych kryteriów jest ten mistyczny miazmat, unoszący się z pierwotnych bagien, ten kult śmierci, który każe uznawać biznesmena za niemoralnego z racji faktu, że to on utrzymuje was przy życiu. Wy, twierdzący, że pragniecie się wznieść ponad prymitywne sprawy ciała, ponad rutynę realizacji czysto fizycznych potrzeb — kto jest zniewolony przez potrzeby fizyczne: Hindus harujący od świtu do zmroku przy ręcznym pługu za miskę ryżu czy Amerykanin jadący na traktorze? Kto jest władcą fizycznej rzeczywistości: człowiek śpiący na gwoździach czy ten, który śpi na materacu sprężynowym? Co jest narzędziem triumfu ducha ludzkiego nad materią: pełne zarazków chałupy nad brzegami Gangesu czy wyrastająca nad oceanem sylwetka Nowego Jorku? Jeśli nie poznacie odpowiedzi na te pytania — i nie nauczycie się stać na baczność w obliczu wytworów ludzkiego umysłu — niedługo już pożyjecie na tej ziemi, którą my kochamy i której nie pozwolimy wam zaprzepaścić. Nie prześliźniecie się po reszcie swoich dni. Przedstawiłem pokrótce zwykły bieg historii, żebyście mogli odkryć rodzaj zapłaty, którą mieliście nadzieję zrzucić na cudze barki. Ostatki waszych sił witalnych zostaną teraz wyssane, by dostarczyć czcicielom i nosicielom śmierci to, na co nie zapracowali. Nie udawajcie, że pokonała was podła rzeczywistość — pokonały was własne uniki. Nie udawajcie, że giniecie za szlachetny ideał — posłużycie jako pasza dla tych, którzy nienawidzą człowieka. Ale tym spośród was, którzy zachowali resztki godności i pragnienie miłości życia, daję szansę wyboru. Wybierajcie, czy chcecie zginąć za moralność, w którą nigdy nie wierzyliście i której nie praktykowaliście. Zatrzymajcie się na skraju autodestrukcji i przypatrzcie swoim wartościom i życiu. Dokonajcie przeglądu zawartości waszych umysłów.
Od dzieciństwa ukrywacie wstydliwy sekret, że nie czujecie pragnienia, by być moralnymi, nie chcecie dążyć do samozniszczenia, boicie się i nienawidzicie swojego kodeksu, ale nie ośmielacie się tego powiedzieć nawet samym sobie; że jesteście pozbawieni owych „moralnych instynktów", które rzekomo czują inni. Im mniej czuliście, tym głośniej obwieszczaliście swoją bezinteresowną miłość i oddanie innym, bojąc się, by nie odkryli waszego własnego ja, tego, które zdradziliście i trzymaliście w ukryciu, niczym trupa zamkniętego w szafie własnego ciała. A oni, będący zarazem oszukiwanymi i oszustami, słuchali i przyklaskiwali wam w obawie, że odkryjecie, iż ukrywają ten sam sekret. Wasze istnienie polega na wielkim udawaniu, odgrywaniu komedii przed sobą nawzajem, bo każdy czuje, że tylko on jest grzesznym wybrykiem natury, upatruje autorytet moralny w jakiejś niepoznawalnej sile, do której dostęp mają tylko inni, i udaje rzeczywistość na podstawie swojego wyobrażenia cudzych oczekiwań. Tylko niektórzy mają odwagę przerwać to błędne koło.
Nieważne, jaki niechlubny kompromis zawarliście ze swoją niepraktyczną doktryną, nieważne, jak nędzną równowagę między cynizmem a przesądem udaje wam się teraz utrzymywać, nie pozbyliście się korzeni, które stanowi śmiercionośna zasada: wiara, że moralność i praktyczność są przeciwieństwami. Od dzieciństwa uciekacie przed koszmarem wyboru, którego nigdy nie ośmieliliście się w pełni zidentyfikować. Jeśli to, co praktyczne — wszystko, co musicie robić, by istnieć, wszystko, co się sprawdza, odnosi sukces, osiąga cel, przynosi wam pożywienie i przy­jemność, przynosi wam korzyść, jest złe — a dobre, moralne jest to, co niepraktyczne, to, co się nie udaje, niszczy, blokuje, rani was i przynosi wam straty lub ból — wasz wybór jest wyborem między moralnością a życiem.
Jedynym rezultatem tej morderczej doktryny było pozbawienie życia moralności. Dorastaliście w wierze, że jedyny związek zasad moralnych z życiem polega na przeszkadzaniu i zagrażaniu mu z ich strony; że ludzkie istnienie jest pozbawioną moralności dżunglą, w której dopuszczalne jest wszystko. I w tej mgle odwróconych definicji, która osiadła na uśpionych umysłach, zapomnieliście, że grzechy potępiane przez waszą doktrynę to cnoty potrzebne do życia, i zaczęliście wierzyć, że rzeczywistym złem są praktyczne środki istnienia. Zapominając, że tym niepraktycznym „dobrem" było poświęcenie, wierzycie, że poszanowanie własnej wartości jest niepraktyczne; zapominając, że praktycznym „złem" była produkcja, wierzycie, że praktyczna jest grabież.
Kołysząc się jak bezradna gałązka na wietrze nie oznaczonego na mapach moralnego pustkowia, nie ośmielacie się być w pełni złymi ani w pełni żywymi. Kiedy jesteście uczciwi, czujecie urazę ze strony oszusta; kiedy oszukujecie, czujecie trwogę i wstyd; wasz ból wzmaga uczucie, że ból jest waszym stanem naturalnym. Litujecie się nad ludźmi, których podziwiacie, wierząc, że są skazani na klęskę; zazdrościcie tym, których nienawidzicie, wierząc, że są panami istnienia. Czujecie się bezradni wobec łotrów, wierząc, że zło musi zwyciężyć, bo moralność jest bezsilna, „niepraktyczna".
Moralność jest dla was widmowym strachem na wróble, na którego składają się obowiązek, nuda, kara i ból, skrzyżowaniem waszego pierwszego nauczyciela z podstawówki i poborcy podatkowego, stojącym na jałowym polu i wymachującym kijem, by odpędzić wasze przyjemności
—      a słowo „przyjemność" oznacza dla was mózg przesiąknięty alkoholem, bezmózgą dziwkę albo głupotę tumana stawiającego pieniądze na wyścigach zwierząt, bo przecież przyjemność nie może być moralna.
Jeśli zrozumiecie, w co naprawdę wierzycie, odkryjecie potrójne potępienie — siebie, życia i cnoty
—      kryjące się w groteskowym wniosku: wierzycie, że moralność to zło konieczne.
Czy zastanawiacie się, dlaczego żyjecie bez godności, kochacie bez ognia i umieracie bez oporu? Czy zastanawiacie się, dlaczego, gdziekolwiek spojrzycie, widzicie jedynie pytania bez odpowiedzi, dlaczego w waszym życiem targają nierozwiązywalne konflikty, dlaczego spędzacie je, W siedząc na irracjonalnych płotach, by uniknąć sztucznych wyborów, takich jak: dusza czy ciało, umysł czy serce, bezpieczeństwo czy wolność, prywatny zysk czy dobro społeczne?
Krzyczycie, że nie znajdujecie odpowiedzi? W jaki sposób mieliście nadzieję je znaleźć? Wyrzekacie się narzędzia percepcji — umysłu — a potem narzekacie, że wszechświat jest tajemnicą. Wyrzucacie klucz, a potem jęczycie, że wszystkie drzwi są przed wami zamknięte. Wyruszacie w poszukiwaniu irracjonalnego, a potem przeklinacie istnienie za to, że nie ma sensu. Płot, na którym przesiadujecie od dwóch godzin — słuchając moich słów i usiłując przed nimi uciec — jest tchórzowską formułką zawartą w zdaniu: „Nie posuwajmy się do skrajności!" Skrajnością, której zawsze staraliście się uniknąć, jest rozpoznanie faktu, iż rzeczywistość jest osta­teczna, A znaczy A, a prawda jest prawdziwa. Kodeks moralny, którego nie da się praktykować, kodeks domagający się niedoskonałości lub śmierci, nauczył was rozpuszczać wszystkie idee we mgle, nie pozwalać na jednoznaczne definicje, traktować każde pojęcie jako przybliżone i każdą regułę postępowania jako elastyczną, asekurować się w przypadku wszelkich zasad i iść na kompromis w przypadku wszelkich wartości, starając się zawsze „wypośrodkować". Wymuszając na was akceptację nadprzyrodzonych aksjomatów, wasz kodeks zmusił was do odrzucenia aksjomatu natury. Uniemożliwiając oceny moralne, odebrał wam zdolność formułowania racjonalnych opinii. Kodeks, który zabrania wam rzucić pierwszy kamień, zabronił wam definiować tożsamość kamieni i wiedzieć, kiedy i czy jesteście kamienowani.
Człowiek odmawiający wydania sądu, nie mówiący ani „tak", ani „nie", twierdzący, że nie istnieją pewniki, i wierzący, że uniknie odpowiedzialności, jest odpowiedzialny za całą krew przelewaną teraz na świecie. Rzeczywistość jest pewnikiem, istnienie jest pewnikiem, drobinka kurzu jest pew­nikiem i jest nim także ludzkie życie. To, czy żyjesz, czy umierasz, jest pewnikiem. To, czy masz kawałek chleba czy nie, jest pewnikiem. To, czy zjesz swój chleb, czy zje go grabieżca, także jest pewnikiem.
Każda sprawa ma dwa końce: jeden jest słuszny, a drugi niesłuszny; to, co pośrodku, jest jednak zawsze złe. Człowiek, który się myli, zachowuje jakiś szacunek dla prawdy, choćby poprzez przyjęcie odpowiedzialności wyboru. Człowiek środka jest natomiast sługusem, wymazującym prawdę na rzecz udawania, że nie istnieje żaden wybór ani wartości, chcącym przeczekać każdą bitwę, napić się krwi niewinnych albo czołgać na brzuchu do winnych, rozpraszającym sprawiedliwość poprzez posyłanie do więzienia zarówno rabusia, jak i obrabowanego, rozwiązującym konflikty poprzez nakazywanie myślicielowi i głupcowi spotkać się w pół drogi. W każdym kompromisie pomiędzy pożywieniem a trucizną zwycięzcą może być jedynie śmierć. Na każdym kompromisie pomiędzy dobrem a złem skorzystać może jedynie zło. W transfuzji krwi, osłabiającej dobro, by wzmocnić zło, osoba idąca na kompromis odgrywa rolę gumowej rurki. Wy, pół rozumni, pół tchórze, bawicie się w ciuciubabkę z rzeczywistością ale ofiarą, której zawiązaliście oczy, jesteście wy sami. Kiedy ludzie praktykują swoje cnoty w przybliżeniu, zło przybiera postać całkowitego; kiedy cnotliwi rezygnują z wierności sztywnym zasadom, przejmują ją dranie, fundując wam gorszący spektakl kulącego się, targującego, zdradliwego dobra i przekonanego o swojej wyższości bezkompromisowego zła. Tak jak poddaliście się mistykom mięśni, gdy wam powiedzieli, że niewiedza polega na przeświadczeniu o posiadaniu wiedzy, teraz poddajecie im się, gdy wrzeszczą, że niemoralność charakteryzuje się wyrażaniem sądów moralnych. Gdy wykrzykują, że pewność swojej racji jest samolubna, spieszycie z zapewnieniem, że niczego nie jesteście pewni. Gdy wołają, że opieranie się na swoich przekonaniach jest niemoralne, zapewniacie ich, że żadnych przekonań nie posiadacie. Kiedy rzezimieszki z Europejskich Republik Ludowych warczą, że jesteście winni nietolerancji, bo nie traktujecie swojego pragnienia życia i ich pragnienia zabicia was jako różnicy zdań — kulicie się i spieszycie z zapewnieniem, że nie jesteście nietolerancyjni wobec żadnych potworności. Kiedy jakiś bosy darmozjad w zatęchłej azjatyckiej dziurze wrzeszczy na was: „Jak śmiecie być bogaci?!" — korzycie się, błagacie go o cierpliwość i przyrzekacie, że pozbędziecie się wszystkiego. Znaleźliście się w ślepej uliczce zdrady, którą popełniliście, zgadzając się, że nie macie prawa istnieć. Kiedyś wierzyliście, że to „tylko" kompromis: godziliście się, że złem jest życie dla siebie, ale dobrem życie dla swoich dzieci. Potem godziliście się, że życie dla swoich dzieci jest samo­lubne, ale życie dla swojej społeczności moralne. Potem godziliście się, że życie dla swojej społeczności jest samolubne, ale życie dla kraju moralne. Teraz pozwalacie, by męty ze wszystkich zakątków świata pożerały ten najwspanialszy z krajów, godząc się, że życie dla własnego kraju jest samolubne i że waszym obowiązkiem moralnym jest życie dla świata. Człowiek, który nie ma prawa do życia, nie ma prawa do wartości i nie utrzyma ich.
Na końcu swojej drogi skutecznych zdrad, pozbawieni broni, pewności i honoru, popełniacie zdradę ostateczną, podpisując akt bankructwa intelektualnego: gdy mistycy mięśni z republik ludowych ogłaszają się panami rozumu i nauki, spieszycie ich zapewniać, że waszą fundamentalną zasadą jest wiara, podczas gdy rozsądek cechuje waszych niszczycieli. Walczącym o przetrwanie resztkom rozsądnej uczciwości w oszołomionych umysłach swoich dzieci mówicie, że nie macie racjonalnych argumentów na poparcie idei, które stworzyły ten kraj, że nie ma racjonalnego usprawiedliwienia dla wolności, własności, sprawiedliwości ani praw, że opierają się one na mistycznej intuicji i można je przyjąć jedynie na wiarę; że choć rozsądek i logika podpowiadają, iż wróg ma rację, wiara stoi ponad rozsądkiem. Mówicie im, że racjonalnie jest grabić, torturować, więzić, konfiskować i mordować, należy zaś opierać się pokusom logiki i trwać w dyscyplinie irracjonalności — że drapacze chmur, fabryki, radia i samoloty były produktami wiary i mistycznej intuicji, a głód, obozy koncentracyjne i plutony egzekucyjne są produktami racjonalnego sposobu życia — że rewolucja przemysłowa była rewoltą ludzi wiary przeciwko epoce rozsądku i logiki, znanej jako średniowiecze. Jednym tchem temu samemu dziecku, mówicie, że grabieżcy rządzący republikami ludowymi prześcigną ten kraj w produkcji, są bowiem przedstawicielami nauki, ale troszczenie się o dobra materialne jest złem i trzeba się wyrzec dostatku; mówicie, że ideały grabieżców są szlachetne, ale oni nie traktują ich poważnie, a wy tak; że waszym celem w walce z grabieżcami jest jedynie realizacja ich celów, których oni zrealizować nie mogą, lecz wy tak; i że sposobem na ich pokonanie jest uprzedzenie ich i rozdanie swojego majątku. Potem zastanawiacie się, dlaczego wasze dzieci przyłączają się do „ludowców" albo zostają na wpół oszalałymi przestępcami, dlaczego grabieżcy podchodzą coraz bliżej waszych drzwi — i winicie głupotę ludzką, twierdząc, że masy są pozbawione rozumu.
Wymazujecie ze świadomości otwarty, publiczny spektakl walki grabieżców z rozumem i fakt, że najkrwawsze zbrodnie dokonują się w imię kary za zbrodnię myślenia. Wymazujecie fakt, że większość mistyków mięśni zaczynała jako mistycy ducha, że wciąż przerzucają się z jednego na drugie, że ludzie nazywani przez ciebie materialistami i spirytualistami to tylko dwie połówki tej samej przepołowionej osoby, nieustannie poszukujące dopełnienia, lecz dążące do niego poprzez oscylowanie między niszczeniem ciała a niszczeniem duszy — że wyjeżdżają z waszych uczelni do obozów pracy w Europie, a potem staczają się w mistyczne szambo Indii, szukając ucieczki przed rzeczywistością i umysłem.
Wymazujecie to i trzymacie się kurczowo swojej obłudnej „wiary", żeby nie dopuścić do siebie wiedzy, że grabieżcy trzymają was na smyczy, którą jest wasz kodeks moralny — że to oni bezwarunkowo i nieprzerwanie praktykują moralność, której wy jesteście w połowie posłuszni, w połowie zaś uciekacie przed nią — że praktykują ją w jedyny sposób, w jaki można to czynić: zmieniając ziemię w piec ofiarny — że wasza moralność zabrania wam opierać im się w jedyny możliwy sposób: odmawiając złożenia siebie w ofierze i dumnie głosząc swoje prawo do istnienia — że aby walczyć z nimi do końca i mieć całkowitą słuszność, musicie odrzucić swoją moralność. Wymazujecie to, bo wasze poszanowanie własnej wartości jest nierozdzielnie związane z tą mistyczną „bezinteresownością", której nigdy nie mieliście ani nie praktykowaliście, ale udawaliście to przez tyle lat, że myśl ojej potępieniu przepełnia was trwogą. Żadna wartość nie jest wyższa od poszanowania własnej wartości, wy jednak zainwestowaliście ją w atrapy środków bezpieczeństwa — i teraz wasza moralność schwytała was w pułapkę, w której jesteście zmuszeni udawać szacunek dla siebie, walcząc po stronie credo autodestrukcji. Kpicie z samych siebie: potrzeba poszanowania własnej wartości, której nie potraficie wyjaśnić ani zdefiniować, jest częścią mojej moralności, nie waszej; jest to obiektywny symbol mojego kodeksu, mój dowód w waszych duszach.
Dzięki uczuciu, którego nie nauczył się identyfikować, lecz nosi w sobie od pierwszej świadomej chwili istnienia, od momentu odkrycia, że musi dokonywać wyborów, człowiek wie, że jego rozpaczliwa potrzeba poszanowania własnej wartości jest sprawą życia lub śmierci. Jako istota obdarzona świadomą wolą wie, że musi znać swoją wartość, by zachować życie. Wie, że musi mieć rację; mylić się w czynach, oznacza zagrożenie dla życia; mylić się w duchu, być złym, oznacza nieprzystosowanie do życia.
Każdy czyn człowieka musi być zamierzony; sam akt zdobywania lub zjadania pożywienia implikuje, że osoba, którą utrzymuje przy życiu, jest tego warta; każda przyjemność, do jakiej dąży, implikuje, że osoba dążąca do niej jest warta jej doznania. Nie ma wyboru w kwestii swojej potrzeby poszanowania własnej wartości, może jedynie wybrać kryteria, którymi ją mierzy. Popełnia śmiertelny błąd, używając owego narzędzia chroniącego życie w służbie autodestrukcji, wybierając kryterium sprzeczne z istnieniem i kierując szacunek dla własnej osoby przeciwko rzeczywistości.
Każda forma bezprzyczynowej wątpliwości, każde poczucie niższości i niedowartościowania jest w istocie ukrytym lękiem człowieka przed niezdolnością do poradzenia sobie z istnieniem. Ale im większy jego lęk, tym bardziej uporczywie trzyma się dławiących go morderczych doktryn. Żaden człowiek nie może przeżyć chwili, w której deklaruje się jako nieuleczalnie zły; jeśli mu się uda, następna chwila przyniesie szaleństwo lub samobójstwo. Jeśli wybrał kryterium irracjonalne, będzie próbował przed tym uciec, udając, uchylając się, wymazując; podstępem pozbawi się rzeczywistości, istnienia, szczęścia, umysłu — i, ostatecznie, poszanowania własnej wartości, uparcie walcząc o zachowanie jej złudzenia, by tylko nie odkryć jej braku. Strach przed stawieniem czoła jakiejś kwestii oznacza wiarę, że prawdą jest najgorsze.
Permanentnej winy nie zaszczepia w was żadna zbrodnia, którą popełniliście, żadne z waszych niepowodzeń, błędów czy wad, lecz biała plama, za pomocą której usiłujecie je wymazać — nie żaden grzech pierworodny ani nieznany wrodzony defekt, lecz świadomość faktu waszego pod­stawowego deficytu: zawieszenia umysłu, odmowy myślenia. Lęk i poczucie winy są waszymi chronicznymi uczuciami, są rzeczywiste i zasługujecie na nie, ale ich źródłem nie są żadne powierzchowne przyczyny, które wymyślacie, by ukryć prawdziwe, nie „egoizm", słabość czy niewiedza, lecz rzeczywiste i fundamentalne zagrożenie waszego istnienia: boicie się, bo porzuciliście swoje narzędzie przetrwania, i macie poczucie winy, bo wiecie, że uczyniliście to dobrowolnie.
Zdradziliście swoje ja, to znaczy swój umysł; poszanowanie własnej wartości oznacza poleganie na własnej umiejętności myślenia. Ego, którego poszukujecie, lecz nie potraficie wyrazić ani określić, to nie emocje ani mgliste marzenia, lecz wasz intelekt, ten sędzia najwyższego trybunału, pozbawiony przez was władzy na rzecz małych krętaczy zwanych „uczuciami". Potem czołgacie się przez noc, którą sami sobie zgotowaliście, w rozpaczliwym poszukiwaniu bezimiennego ognia, napędzani blednącą wizją ujrzanego i utraconego świtu.
Zwróćcie uwagę na uparcie powracającą w mitologiach legendę o raju, Atlantydzie lub jakimś królestwie doskonałości, które człowiek posiadał i utracił. Korzenie tej legendy tkwią nie w przeszłości rasy, lecz w przeszłości każdego człowieka. Nadal macie poczucie — nie tak konkretne jak wspomnienie, przypominające raczej tępy, niejasny ból beznadziejnej tęsknoty — że gdzieś w pierwszych latach dzieciństwa, zanim nauczyliście się uległości, wchłonęliście koszmar irracjonalności i zwątpiliście w wartość własnych umysłów, poznaliście radosną egzystencję niezależnej, rozumnej świadomości, stojącej w obliczu nieograniczonego wszechświata. Oto raj utracony, upragniony — i będący na wyciągnięcie ręki.
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Kim jest John Galt?
« Reply #5 on: (Mon) 17.02.2014, 17:45:02 »
Niektórzy z was nigdy nie będą wiedzieli, kim jest John Galt. Ale ci, którzy przeżyli choć jedną chwilę miłości do życia i dumy z bycia wartymi przeżywania go, ogarnęli tę ziemię jednym aprobującym spojrzeniem, byli ludźmi — a ja jestem po prostu człowiekiem, który wiedział, że tego stanu nie można zdradzić. Jestem człowiekiem, który wiedział, czego potrzeba, by nim być, i postanowił zawsze praktykować to, co wy praktykowaliście przez tę jedną chwilę. Możecie zrobić to samo. Tego wyboru — oddania się temu, co w człowieku najwyższe — dokonuje się poprzez akceptację faktu, że waszym najszlachetniejszym dokonaniem było odkrycie, iż dwa plus dwa równa się cztery.
Kimkolwiek jesteś — ty, stojący teraz sam na sam z moimi słowami mając za przewodnika jedynie własną uczciwość — nadal masz szansę być człowiekiem, ale musisz rozpocząć od zera, stanąć nagi w obliczu rzeczywistości i, odwracając kosztowny błąd historii, zadeklarować: „Jestem, więc myślę".
Zaakceptuj nieodwracalny fakt, że twoje życie zależy od twojego umysłu. Przyznaj, że wszystkie twoje zmagania, wątpliwości, oszustwa i uniki były desperacką próbą ucieczki przed odpowiedzialnością wolnej świadomości — dążeniem do automatycznej wiedzy, instynktownego działania, intuicyjnej pewności — i chociaż nazywałeś to tęsknotą do stanu anielskiego, w istocie dążyłeś do stanu zwierzęcego. Przyjmij za swój ideał moralny dążenie do bycia człowiekiem. Nie mów, że boisz się zaufać umysłowi, bo tak mało wiesz. Czy bezpieczniej jest ufać mistykom, odrzucając własną skromną wiedzę? Żyj i działaj w jej granicach i do końca życia ją rozwijaj. Wykup swój umysł z lombardu autorytetów. Zaakceptuj fakt, że nie jesteś wszechwiedzący, ale odgrywanie zombi nie zapewni ci wszechwiedzy — że twój umysł jest zawodny, ale pozbycie się go nie uczyni cię niezawodnym — że jeden własny błąd jest bezpieczniejszy niż dziesięć prawd przyjętych na wiarę, bo ten pierwszy pozostawia ci środki do naprawienia go, ostatnie zaś niszczą w tobie zdolność odróżnienia prawdy od błędu. W miejsce swojego marzenia o nieskończonej automatycznej wiedzy zaakceptuj fakt, że człowiek zdobywa wiedzę wyłącznie własnym wysiłkiem
—      i właśnie to wyróżnia go we wszechświecie, to jest jego naturą, moralnością i chwałą. Pozbądź się tej nieograniczonej zgody na zło, polegającej na twierdzeniu, że człowiek jest niedoskonały. Na podstawie jakiego kryterium skazujesz go na taki stan? Zaakceptuj fakt, że aby być moralnym, trzeba być doskonałym. Doskonałości nie mierzy się jednak mistycznymi przykaza­niami, nakazującymi czynić niemożliwe, a twojej postawy moralnej kwestiami nie podlegającymi wyborowi. Człowiek ma jeden podstawowy wybór: myśleć lub nie myśleć — i właśnie to jest miarą jego cnoty. Perfekcja moralna to niezłomna racjonalność — nie rozmiar twojej inteligencji, lecz pełne i bezustanne korzystanie z umysłu, nie rozmiar wiedzy, lecz koncepcja rozsądku jako wartości absolutnej. Naucz się dostrzegać różnicę między błędami a odstępstwami od moralności. Błąd nie jest skazą moralną, pod warunkiem, że jesteś gotów go naprawić; tylko mistyk może oceniać istoty ludzkie na podstawie kryterium nieosiągalnej, automatycznej wszechwiedzy. Natomiast odstępstwo od moralności to świadomy wybór działania, o którym wiesz, że jest złe, albo celowe uchylanie się od wiedzy, odwracanie wzroku i wyłączanie myślenia. Za to, czego nie wiesz, nie jesteś odpowiedzialny moralnie; to zaś, czego nie chcesz wiedzieć, jest rosnącym w twojej duszy rachunkiem hańby. Bierz konieczne poprawki na błędy; nie wybaczaj ani nie akceptuj żadnego odstępstwa od moralności. Pozwól wątpić tym, którzy dążą do wiedzy; traktuj zaś jak potencjalnych zabójców te okazy bezczelnego zepsucia, które wysuwają wobec ciebie roszczenia, głosząc, że nie mają ani nie potrzebują mieć po temu powodów, wystarczy, że „po prostu tak czują"
—      i tych kwitujących niezbity argument słowami: „To tylko logika", znaczącymi: „To tylko rzeczywistość". Jedyną płaszczyzną przeciwną rzeczywistości jest płaszczyzna śmierci. Zaakceptuj fakt, że osiągnięcie szczęścia jest jedynym celem moralnym twojego życia i że szczęście — a nie ból ani folgowanie bezmyślnym zachciankom — jest dowodem uczciwości moralnej, jest bowiem dowodem i wynikiem twojej lojalności wobec realizacji własnych wartości. Szczęście było odpowiedzialnością, przed którą drżałeś, wymagało racjonalnej dyscypliny wydającej się przerastać twoje możliwości — i niespokojna jałowość twoich czasów jest pomnikiem twojego uciekania przed wiedzą, że nie istnieje moralny substytut dla szczęścia i że nie ma bardziej nikczemnego tchórza niż człowiek rezygnujący z walki o radość, bojący się wyrażać swoje prawo do istnienia, pozbawiony odwagi i wierności życiu, którą posiada ptak albo kwiat rosnący ku słońcu. Pozbądź się ochronnych łachmanów tej przywary, którą nazywasz cnotą: pokory
—      naucz się cenić siebie, to znaczy: walczyć o swoje szczęście — i kiedy się nauczysz, że sumą wszystkich cnót jest duma, nauczysz się żyć jak człowiek.
Niech twoim pierwszym krokiem ku poszanowaniu własnej wartości będzie nauczenie się, aby traktować jako kanibala każdego, kto żąda od ciebie pomocy. Takie żądanie świadczy, że uważa on twoje życie za swoją własność — i o ile to roszczenie samo w sobie jest wstrętne, znacznie wstrętniejsze jest co innego: twoja zgoda. Pytasz, czy w takim razie należy kiedykolwiek komuś pomagać? Nie — jeśli uważa to za swoje
prawo i twój moralny obowiązek wobec niego. Tak —jeśli takie jest twoje własne pragnienie, oparte na osobistej przyjemności, jaką daje ci wartość danej osoby i jej zmagań. Cierpienie jako takie nie jest wartością, jest nią natomiast walka człowieka z cierpieniem. Jeśli postanawiasz pomóc komuś, kto cierpi, rób to tylko z uwagi na jego cnoty, na jego walkę o wyzdrowienie, potęgę jego rozumu, fakt, że cierpi niezasłużenie — wtedy twoje działanie pozostaje wymianą, a jego cnota jest zapłatą za twoją pomoc. Pomaganie człowiekowi pozbawionemu cnót, pomaganie mu tylko dlatego, że cierpi, akceptacja jego wad i potrzeb jako roszczenia jest natomiast akceptacją hipoteki zera na twoich wartościach. Człowiek nie posiadający cnót jest człowiekiem nienawidzącym istnienia i kierującym się przesłanką śmierci; pomaganie mu jest akceptacją jego zła i popieraniem jego destruktywnych działań. Hołd złożony zeru, choćby tylko w postaci grosza, którego braku nie odczujesz, albo życzliwego uśmiechu, na który nie zasłużyło, jest zdradą życia i wszystkich usiłujących je zachować. To właśnie te grosze i uśmiechy złożyły się na upadek waszego świata. Nie mówcie, że moja moralność jest zbyt trudna, żebyście ją mogli praktykować i że boicie się jej tak samo jak nieznanego. Wszystkie chwile życia, jakich zaznaliście, przeżyliście na podstawie wartości mojego kodeksu. Wy jednak dławiliście, negowaliście i zdradzaliście go. Poświęcaliście swoje cnoty na rzecz przywar, a najlepszych ludzi na rzecz najgorszych. Rozejrzyjcie się: to, co uczyniliście ze społeczeństwem, najpierw uczyniliście z własnymi duszami; jedno jest odbiciem drugiego. Ta ponura ruina, którą jest teraz wasz świat, to fizyczny kształt zdrady popełnionej wobec waszych wartości, przyjaciół, obrońców, przyszłości, kraju i siebie samych.
My — których teraz wzywacie, lecz nie otrzymacie już odpowiedzi — żyliśmy wśród was, ale nie chcieliście nas znać. Odmawialiście myślenia i widzenia, kim jesteśmy. Nie poznaliście się na wynalezionym przeze mnie silniku, skazując go, w swoim świecie, na los grata rdzewiejącego na złomowisku. Nie poznaliście się na bohaterze tkwiącym w waszych własnych duszach — i nie rozpoznawaliście mnie, gdy was mijałem na ulicach. Kiedy rozpaczliwie wzywaliście nieosiągalnego ducha, który — jak czuliście — opuścił wasz świat, nazywaliście go moim imieniem, ale tak naprawdę wzywaliście swoje własne zdradzone poszanowanie własnej wartości. Nie da się uleczyć jednego bez drugiego.
Kiedy odmówiliście należnego szacunku umysłowi ludzkiemu i usiłowaliście rządzić ludzkością za pomocą siły — ci, którzy się podporządkowali, byli pozbawieni umysłu; ci, którzy go mają, nie podporządkowują się. Geniusz produkcyjny przywdział więc w waszym świecie przebranie playboya i został niszczycielem bogactwa, woląc zniszczyć własną fortunę, niż pozwolić odebrać ją sobie siłą. Myśliciel, człowiek rozumu, został natomiast piratem, woląc bronić swoich wartości siłą, przeciwstawiając się waszej sile, niż żyć pod rządami przemocy. Czy mnie słyszycie, Francisco d'Anconia i Ragnarze Danneskjold, moi pierwsi przyjaciele, towarzysze broni, współbanici, w imieniu których i w hołdzie którym przemawiam?
To nasza trójka zaczęła to, co teraz kończę. To nasza trójka postanowiła pomścić ten kraj i uwolnić jego uwięzioną duszę. Ten najwspanialszy z krajów został zbudowany na podstawie mojej moralności — nienaruszalnej supremacji prawa człowieka do istnienia — ale wy baliście się to przyrżnąć i żyć według tej zasady. Gapiliście się na największe osiągnięcie wszechczasów, zagarnęliście jego skutek, a wymazaliście przyczynę. 'W obecności pomnika moralności ludzkiej, jakim jest fabryka, autostrada czy most — potępialiście ten kraj jako niemoralny, a jego postęp jako „chciwość" i przepraszaliście za wielkość tego kraju bożka pierwotnego głodu, bożka ginącej Europy, trędowatego, mistycznego darmozjada.
Ten kraj — wytwór rozsądku — nie zdołałby przetrwać, opierając się Ina moralności poświęcenia. Nie zbudowali go ludzie dążący do samounicestwienia ani ci wyciągający rękę po datki. Nie zniósłby mistycznego rozdziału między duszą a ciałem. Nie potrafiłby żyć na podstawie mistycznej doktryny, potępiającej tę ziemię jako złą, a tych, którzy odnoszą tu sukces, jako zepsutych. Ten kraj od samego początku stanowił zagrożenie dla odwiecznych rządów mistyków. W swojej młodzieńczej eksplozji pokazał niedowierzającemu światu, jak wielki potrafi być człowiek i jakie szczęście może osiągnąć na tym świecie. Możliwe było jedno albo drugie: Ameryka albo mistycy. Oni to wiedzieli, wy nie. Pozwoliliście im zarazić was kultem potrzeby, czyniąc z tego kraju olbrzyma o duszy żebrzącego karła, podczas gdy jego prawdziwą, żywą duszę zepchnięto do podziemia, by harowała i karmiła was w milczeniu, przemilczana, pozbawiona chwały, negowana — jego prawdziwą duszę: przemysłowca. Czy słyszysz mnie teraz, Hanku Rearden, największa ofiaro, jaką kiedykolwiek pomściłem?
Ani on, ani pozostali z nas nie wrócą, póki droga do odbudowy kraju nie będzie wolna — póki nie zmiecie się z naszej drogi szczątków moralności poświęcenia. System polityczny każdego kraju opiera się na jego systemie wartości. Odbudujemy system Ameryki na podstawie przesłanki moralnej, która była jej fundamentem, lecz wy traktowaliście ją jak grzeszne podziemie, gorączkowo uciekając przed konfliktem między nią a swoją mistyczną moralnością — przesłanki, że człowiek sam w sobie jest celem, a nie środkiem realizacji cudzych celów; że życie człowieka, jego wolność i szczęście należą do niego na mocy niezbywalnego prawa.
Wy, którzy zatraciliście pojęcie prawa i bezradnie miotacie się pomiędzy twierdzeniem, że prawa są darem Bożym, nadprzyrodzonym, przyjmowanym na wiarę, a twierdzeniem, że są one darem społeczeństwa i każdy jego kaprys może je złamać — wiedzcie, że źródłem ludzkich praw nie jest Bóg ani Kongres, lecz zasada tożsamości. A znaczy A. Człowiek jest człowiekiem. Prawa to warunki istnienia potrzebne ludzkiej naturze dla prawidłowego przetrwania. Jeśli człowiek ma żyć na ziemi, jego prawem jest posługiwanie się umysłem, działanie na podstawie własnego nieza­leżnego sądu, praca na rzecz swoich wartości i zachowywanie produktu tej pracy. Jeśli jego celem jest życie na ziemi, ma prawo żyć jako istota rozumna: natura zabrania mu być nierozumnym. Każda grupa, każda banda, każdy naród usiłujący zanegować ludzkie prawa nie ma racji, to znaczy: jest zły, to znaczy: występuje przeciwko życiu.
Prawa stanowią pojęcie moralne — a moralność jest sprawą wyboru. Ludzie mogą nie wybrać przetrwania ludzkiego jako kryterium swojej moralności i praw, ale nie mogą uciec przed faktem, że jego przeciwieństwem jest społeczeństwo kanibali, istniejące przez chwilę dzięki pożeraniu najlepszych spośród siebie i upadające jak przeżarte rakiem ciało, gdy zdrowi zostali zjedzeni przez chorych, a rozumni przez nierozumnych. Taki był los waszych społeczeństw na przestrzeni dziejów, wy jednak za wszelką cenę staraliście się uniknąć zrozumienia przyczyny. Jestem tu po to, by ją wyjaśnić: środkiem odwetu było prawo tożsamości, przed którym nie da się uciec. Tak jak nie może przeżyć człowiek pozbawiony rozumu, tak samo nie może przeżyć ich dwóch, dwa tysiące ani dwa miliardy. Tak jak nie może odnieść sukcesu człowiek rzucający wyzwanie rzeczywistości, nie może go odnieść naród, kraj ani planeta. A znaczy A. Reszta jest kwestią czasu, wspieranego przez ofiarność ofiar.
Tak jak nie może istnieć człowiek bez ciała, nie mogą istnieć prawa, gdy nie istnieje prawo przekładania ich na rzeczywistość — myślenia, pracy i zatrzymywania dla siebie jej produktów — to znaczy: prawo własności. Współcześni mistycy mięśni, oferujący wam złudny wybór między „prawami człowieka" a „prawem własności", jakby jedno mogło istnieć bez drugiego, czynią ostatnią groteskową próbę ożywienia doktryny antynomii między duszą a ciałem. Tylko duch może istnieć bez własności materialnej; tylko niewolnik może pracować bez prawa do zatrzymania produktu swoich wysiłków. Doktryna głosząca, że „prawa człowieka" są nadrzędne w stosunku do „prawa własności", oznacza po prostu, że niektóre jednostki mają prawo się bogacić kosztem innych; skoro kompetentni nie mają nic do zyskania u niekompetentnych, oznacza to prawo niekompetentnych do rozporządzania lepszymi od siebie i używania ich jako krów mlecznych. Każdy, kto uważa to za ludzkie i słuszne, nie ma prawa nosić miana człowieka. Źródłem prawa własności jest zasada przyczyny i skutku. Wszelka własność i wszystkie formy bogactwa są produktem ludzkiego umysłu i pracy. Tak jak nie mogą istnieć skutki pozbawione przyczyn, nie może istnieć bogactwo pozbawione źródła, którym jest inteligencja. Inteligencji nie można zmusić do pracy: ci, którzy potrafią myśleć, nie będą pracować pod przymusem; ci, którzy będą, wyprodukują niewiele więcej niż wart był bicz potrzebny do trzymania ich w ryzach. Produkty umysłu można otrzymywać jedynie na warunkach dyktowanych przez właściciela, w for­mie wymiany i dzięki dobrowolnej zgodzie. Każda inna polityka ludzi w stosunku do czyjejś własności jest polityką zbrodniarzy, niezależnie od ich liczby. Zbrodniarze to krótkowzroczne dzikusy, głodujące, gdy kończą im się łupy — tak jak dziś głodujecie wy, którzy wierzyliście, że zbrodnia może być „praktyczna", skoro wasz rząd uznał rabunek za legalny, a opieranie mu się za bezprawne.
Jedyną właściwą rolą rządu jest ochrona ludzkich praw, co oznacza ochronę człowieka przed fizyczną przemocą. Właściwy rząd jest policjantem, działającym jako środek samoobrony człowieka i jako taki może używać siły jedynie przeciwko tym, którzy użyli jej pierwsi. Jedynymi właściwymi formacjami rządowymi są: policja, broniąca was przed przestępcami, armia, broniąca was przed obcym agresorem, i sądy, broniące waszej własności i umów przed pogwałceniem lub oszustwem ze strony innych i rozstrzygające dysputy na podstawie racjonalnych zasad, na mocy obiektywnego prawa. Ale rząd inicjujący użycie siły przeciwko ludziom, którzy jej nie użyli, stosowanie zbrojnego przymusu wobec bezbronnych ofiar jest koszmarną, piekielną machiną, mającą na celu unicestwienie moralności: taki rząd odwraca swój jedyny cel moralny i z obrońcy zmienia się w najzacieklejszego wroga człowieka, z policjanta w zbrodniarza obdarzonego prawem używania przemocy wobec ofiar pozbawionych prawa do samoobrony. Taki rząd zastępuje moralność następującą zasadą zachowania społecznego: możesz robić sąsiadowi, co ci się podoba, pod warunkiem, że twój gang jest większy niż jego własny.
Tylko cham, głupiec lub tchórz może się zgodzić na istnienie na takich warunkach i podarować innym czek in blanco na swoje życie i umysł, zaakceptować pogląd, że inni mają prawo rozporządzać nim zgodnie ze swoim widzimisię, że wola większości jest wszechmocna, że siła mięśni i liczb może zastąpić sprawiedliwość, rzeczywistość i prawdę. My, ludzie umysłu, będący kupcami, nie zaś panami czy niewolnikami, nie przyjmujemy ani nie wystawiamy czeków in blanco. Nie współżyjemy ani nie współpracujemy z niczym, co nieobiektywne. Zanim człowiek się ucywilizował, nie miał pojęcia o obiektywnej rzeczywistości i wierzył, że naturą rządzą nieodgadnione demony. Nie było wtedy mowy o myśleniu, nauce czy produkcji. Dopiero kiedy odkryto, że natura stanowi konkretny, przewidywalny pewnik, ludzie mogli się oprzeć na swojej wiedzy, obrać kurs, zaplanować przyszłość i, krok po kroku, wyjść z jaskiń. Teraz oddaliście nowoczesny przemysł, z jego ogromną złożonością i precyzją naukową, z powrotem w ręce nieodgadnionych demonów — w ręce nieprzewidywalnych kaprysów małych, wstrętnych, ukrywających się biurokratów. Rolnik nie inwestuje pracy jednego lata, jeśli nie może ocenić szans na zbiory — wy zaś oczekujecie od gigantów przemysłu, którzy planują w kategoriach dekad, inwestują w kategoriach pokoleń i zawierają umowy na dziewięćdziesiąt dziewięć lat, że będą dalej funkcjonowali i produkowali, nie wiedząc, jaki kaprys którego przypadkowego urzędnika spadnie na nich w nieoczekiwanym momencie i pokrzyżuje wszystkie plany. Ludzie trudniący się pracą fizyczną i dorywczą żyją i planują z dnia na dzień. Im większy umysł, tym większy zasięg planu. Człowiek zdolny zaplanować jedynie prymitywny barak może budować na waszych ruchomych piaskach, zgarniać szybkie pieniądze i uciekać. Ten, który potrafi projektować drapacze chmur, nie zrobi tego. Nie poświęci też dziesięciu lat nieprzerwanych wysiłków tworzeniu nowego produktu, wiedząc, że bandy dzierżących stery władzy miernot obmyślają ustawy mające na celu skrępowanie go i doprowadzenie do upadku, jeśli zaś będzie z nimi walczył i zwycięży, zagarną jego nagrody i wynalazek.
Wyjrzyjcie poza tę chwilę, wy, którzy krzyczycie, że boicie się współzawodniczyć z ludźmi o wyższej inteligencji, że ich umysły są zagrożeniem dla waszego życia, że na wolnym rynku silni nie dają szansy słabym. Co określa wartość materialną waszego dzieła? Wyłącznie wysiłek produkcyjny umysłu — jeśli żyjecie na bezludnej wyspie. Im mniej wydajne myślenie, tym mniej przyniesie wam wasz fizyczny wysiłek — i moglibyście trawić całe życie na fizycznej rutynie, zbierając marne plony albo polując za pomocą łuku i strzał, niezdolni sięgnąć myślą ani odrobinę dalej. Ale żyjąc w rozumnym społeczeństwie, gdzie możliwa jest wolna wymiana, otrzymujecie nieocenioną premię: materialną wartość waszej pracy określa nie tylko wasz własny wysiłek, ale również wysiłek najlepszych umysłów produkcyjnych żyjących obok was.
Kiedy pracujecie w nowoczesnej fabryce, płaci się wam nie tylko za pracę fizyczną, ale także za cały geniusz produkcyjny, który umożliwił zaistnienie tej fabryki: za pracę przemysłowca, który ją wybudował; inwestora, który zaoszczędził pieniądze, by je postawić na niewypróbowane i nowe przedsięwzięcie; inżyniera, który zaprojektował maszyny, abyście wy mogli przesuwać ich dźwignie; wynalazcy, który wymyślił produkt, abyście wy mogli go produkować; naukowca, który odkrył zasady stosowane przy jego produkcji; filozofa, który nauczył ludzi, jak myśleć, i został za to przez was potępiony.
Maszyna, zamrożony kształt żywej inteligencji, jest siłą zwiększającą potencjał waszego życia poprzez zwiększenie produkcyjności waszego czasu. Gdybyście pracowali jako kowale w mistycznym średniowieczu, cały wasz potencjał zarobkowy mieściłby się w sztabie żelaza wyprodukowanej przez wasze ręce w wielodniowym wysiłku. Ile ton szyn dziennie produkujecie, pracując dla Hanka Reardena? Czy ośmielicie się twierdzić, że wielkość waszej płacy zależy wyłącznie od pracy fizycznej i że te szyny są produktem waszych mięśni? Wasze mięśnie są warte jedynie standardu życia tamtego kowala; reszta to podarunek od Hanka Reardena. Każdy człowiek może się wznieść tak wysoko, jak chce i jak jest zdolny, ale tylko zakres jego myślenia określa wysokość, na jaką się wzniesie. Praca fizyczna jako taka nie sięga poza daną chwilę. Człowiek zajmujący się wyłącznie nią konsumuje materialny ekwiwalent wartości swojego wkładu w proces produkcji i nie pozostawia nic więcej ani sobie, ani innym. Ale człowiek tworzący — w jakiejkolwiek dziedzinie racjonalnych przedsięwzięć — idee, człowiek odkrywający nową wiedzę, jest dobroczyńcą całej ludzkości. Produktami materialnymi nie można się dzielić, należą do jakiegoś ostatecznego konsumenta; jedynie ideami można się podzielić z nieograniczoną liczbą osób, wzbogacając je wszystkie bez żadnej straty dla siebie, zwiększając potencjał produkcyjny wykonywanej przez nich pracy. Człowiek o potężnym intelekcie ofiarowuje słabszym wartość własnego czasu, dając im możliwość pracy w stworzonych przez siebie zawodach, swój czas poświęcając zaś dokonywaniu dalszych odkryć. Jest to uczciwa wymiana z obopólną korzyścią: wśród ludzi pragnących pracować i nie oczekujących manny z nieba interesy umysłu są zawsze takie same, niezależnie od rozmiaru inteligencji.
W stosunku do włożonego wysiłku umysłowego twórca nowego wynalazku otrzymuje jedynie niewielki procent swojej wartości w formie zapłaty materialnej, niezależnie od tego, jaki zbije majątek, ile zarobi milionów. Ale człowiek pracujący jako stróż w fabryce wytwarzającej ów wynalazek otrzymuje olbrzymią zapłatę w stosunku do wysiłku umysłowego, jakiego wymaga od niego ta praca. To samo dotyczy wszystkich pośrednich szczebli, ludzi znajdujących się na wszystkich poziomach ambicji i umiejętności. Człowiek stojący na szczycie piramidy intelektualnej daje najwięcej tym, którzy znajdują się niżej od niego, nie dostaje jednak nic z wyjątkiem zapłaty materialnej, żadnej intelektualnej premii, którą mógłby dodać do wartości swojego czasu. Człowiek stojący na samym dole, który pozostawiony samemu sobie i swojej beznadziejnej niezdarności umarłby z głodu, nie daje nic tym, którzy stoją ponad nim, ale otrzymuje premię wszystkich ich umysłów. Taka jest natura „współzawodnictwa" pomiędzy silnymi i słabymi intelektualnie. Taki jest model „wyzysku", za który potępiliście silnych.
Taka była nasza funkcja i pełniliśmy ją z przyjemnością. O co prosiliśmy w zamian? Jedynie o wolność. Potrzebowaliśmy swobody, by funkcjonować — myśleć i pracować tak, jak chcemy — podejmować własne ryzyko i ponosić własne straty — zdobywać własne dochody i gromadzić własne fortuny — stawiać na wasz rozum, poddawać swoje produkty waszej ocenie w celu ubicia dobrowolnego targu, polegać na obiektywnej wartości swojej pracy i zdolności waszych umysłów do jej ujrzenia — liczyć na waszą inteligencję i uczciwość i pertraktować wyłącznie z waszymi umysłami. Taka była cena, wy jednak postanowiliście ją odrzucić jako zbyt wysoką. Zadecydowaliście, że niesprawiedliwe jest, abyśmy my, którzy was wyciągnęliśmy z lepianek i daliśmy wam nowoczesne mieszkania, radia, kina i samochody, mieli posiadać pałace i jachty — i uznaliście, że wy macie prawo do swoich pensji, ale my nie mamy prawa do swoich zysków; że nie chcecie już, abyśmy pertraktowali z waszymi umysłami, lecz z waszymi pistoletami. Nasza odpowiedź brzmiała: „Idźcie do diabła!" Przekleństwo zadziałało. Jesteście w piekle. Nie chcieliście rywalizować na poziomie inteligencji — rywalizujecie teraz na poziomie przemocy. Nie chcieliście pozwolić, by nagrody otrzymywało się za udaną produkcję — teraz toczycie wyścig o nagrody otrzymywane za udaną grabież. Nazywaliście samolubną i okrutną wymianę wartości za wartość — teraz zbudowaliście bezinteresowne społeczeństwo, funkcjonujące na zasadzie: grabież za grabież. Wasz system jest uprawomocnioną wojną domową, w której ludzie łączą się w gangi i walczą o władzę nad prawem, używanym potem jako pałka na wrogów, dopóki kolejna banda nie wydrze go poprzedniej i nie pogoni jej — przy czym wszystkie wznoszą protesty w imię służby nieokreślonemu dobru nieokreślonego społeczeństwa. Mówiliście, że nie widzicie różnicy pomię­dzy siłą ekonomiczną a polityczną, pomiędzy siłą pieniądza a siłą pistoletów — pomiędzy nagrodą a karą, kupnem a grabieżą, przyjemnością a strachem, życiem a śmiercią. Teraz zaczynacie ją widzieć.
Niektórzy z was mogą się usprawiedliwiać niewiedzą, ograniczonym umysłem i możliwościami. Najbardziej winni są jednak ci, którzy posiadali zdolność rozumienia, lecz woleli wymazać rzeczywistość, z cyniczną służalczością podporządkowując swoją inteligencję sile: ci nikczemni mistycy nauki, głoszący poświęcenie wobec „czystej wiedzy" — czystej, to znaczy nie mającej na tym świecie żadnego praktycznego celu — i rezerwujący swoją logikę dla materii nieożywionej w mniemaniu, że człowiek nie zasługuje na racjonalne traktowanie; gardzący pieniędzmi i sprzedający dusze za laboratoria istniejące dzięki grabieży. Ponieważ jednak nie istnieje coś takiego jak „wiedza niepraktyczna" ani działania „bezinteresowne", gardząc wykorzystaniem swojej nauki w służbie życia, pozwalają na jej wykorzystanie w służbie śmierci, bo tylko taki praktyczny cel mogą z niej mieć grabieżcy: do wynajdywania narzędzi przymusu i zabijania. To oni, intelektualiści próbujący uciec przed wartościami moralnymi, są przeklęci za życia; to oni popełnili nieprzebaczalny grzech.
Czy pan mnie słyszy, Robercie Stadler?
Ale to nie z nim pragnę rozmawiać. Mówię do tych spośród was, którzy zachowali choć odrobinę suwerennej duszy, nie zaprzedaną i nie podstemplowaną słowami: „...na polecenie innych". Jeśli w chaosie przyczyn, które skłoniły was dzisiaj do słuchania radia, mieściło się uczciwe, racjonalne pragnienie dowiedzenia się, co jest nie tak ze światem, to do was kieruję swoje słowa. Według zasad i kryteriów mojego kodeksu człowiek powinien dać racjonalną odpowiedź tym, których ona obchodzi i którzy czynią wysiłek w celu jej poznania. Ci, którzy wysilają się, by mnie nie zrozumieć, nie obchodzą mnie.
Mówię do każdego człowieka, pragnącego żyć i odzyskać honor swojej duszy. Teraz, kiedy znasz prawdę o swoim świecie, przestań popierać swoich niszczycieli. Zło jest możliwe wyłącznie dzięki twojej zgodzie na nie. Wycofaj ją. Wycofaj poparcie. Nie próbuj żyć na warunkach wroga ani wygrać w grze, w której on ustala reguły. Nie szukaj przychylności tych, którzy cię zniewolili, nie błagaj o jałmużnę tych, którzy cię obrabowali — nie staraj się o dotacje, pożyczki ani pracę — nie dołączaj do nich, by odzyskać to, co ci zabrali, poprzez obrabowywanie własnych sąsiadów. Nie można mieć nadziei na zachowanie życia, gdy się przyjmuje łapówki, udzielając zgody na jego zniszczenie. Nie staraj się o zysk, sukces ani bezpieczeństwo, oddając w zastaw swoje prawo do istnienia. Ten zastaw nigdy nie zostanie zwrócony; im więcej im zapłacisz, tym więcej będą żądać; im większe są wartości, do których dążysz lub które osiągasz, tym bardziej stajesz się wobec nich bezradny. Stosują system „niewinnego szantażu", używając jako broni nie twoich grzechów, lecz miłości do życia.
Nie próbuj odnosić sukcesu na warunkach grabieżców, nie wspinaj się po drabinie, gdy oni trzymają za linki. Nie pozwól ich rękom tknąć jedynej siły, która daje im władzę: twojego pragnienia życia. Zastrajkuj — tak jak ja. Korzystaj ze swego umysłu i talentu prywatnie, rozwijaj swoją wiedzę i umiejętności, ale nie dziel się swoimi osiągnięciami z innymi. Nie próbuj robić fortuny, kiedy grabieżca siedzi ci na grzbiecie. Zostań na najniższym szczeblu ich drabiny, zarabiaj tylko tyle, ile ci trzeba na przeżycie, ale dla nich nie zarób ani grosza. Skoro jesteś jeńcem, postępuj jak jeniec; nie pomagaj im w udawaniu, że jesteś wolny. Bądź milczącym, niezłomnym wrogiem, przed którymi drżą. Gdy cię zmuszają, bądź posłuszny — ale nie podporządkowuj się im z własnej woli. Nigdy nie rób ani kroku w ich kierunku, nie wyrażaj życzenia, prośby ani zamiaru. Nie wspieraj twierdzenia bandyty, że działa jako twój przyjaciel i dobroczyńca. Nie pomagaj tym, którzy cię więżą, udawać, że więzienie jest naturalnym stanem istnienia. Nie pomagaj im fałszować rzeczywistości. Ten fałsz jest jedynie tamą powstrzymującą ich potajemne przerażenie — przerażenie świadomością, że nie nadają się do życia. Usuń ją i pozwól im zatonąć; twoja zgoda jest ich jedynym kołem ratunkowym.
Jeśli masz okazję zniknąć na jakimś pustkowiu, gdzie cię nie dosięgną, zrób to, ale nie żyj jako bandyta, nie zakładaj współzawodniczących z nimi gangów; buduj swoje życie na podstawie zasad produkcji, wspólnie z tymi, którzy akceptują twój kodeks moralny i pragną walczyć o istnienie na ludzkich prawach. Nie masz szans zwyciężyć, opierając się na moralności śmierci ani na kodeksie wiary i siły; ustanów kryterium, które przyciągnie uczciwych: kryterium życia i rozsądku. Postępuj jak istota ludzka i dąż do stania się latarnią dla wszystkich spragnionych głosu uczciwości — opieraj się na własnych racjonalnych wartościach, nieważne, czy będziesz samotny pośród wrogów, z garstką wybranych przyjaciół czy zostaniesz założycielem skromnej społeczności u progu odrodzenia rodzaju ludzkiego.
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje