Author Topic: Jakich sztuczek używają sprzedawcy?  (Read 2832 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Jakich sztuczek używają sprzedawcy?
« on: (Fri) 04.04.2014, 10:41:00 »
Jakich sztuczek używają sprzedawcy?

Marketingowcy sterują nami jak chcą. Jeśli sok pomarańczowy ma wydawać się mniej kwaśny niż jest, wystarczy użyć mniej intensywnego koloru na opakowaniu. Jeśli kelnerka chce dostać większy napiwek, powinna musnąć przypadkiem wnętrze dłoni klienta. By podwoić sprzedaż w sklepie z damskimi ubraniami, wystarczy rozpylić zapach wanilii. Poznaj sztuczki sprzedawców, by nie pozostać bezbronnym. Szczególnie w przedświątecznym szale zakupów.

Czy da się zaprogramować mózg kupującego tak, aby w sklepie sięgnął po określony produkt? Jak najbardziej i mało tego, specjaliści od marketingu stosują tego typu zabiegi od lat. Jeśli komuś potrzebny jest dowód, warto zastanowić się, czy wyszliście kiedykolwiek z supermarketu tylko i wyłącznie z zaplanowanymi zakupami? No właśnie...
Tylko w Stanach Zjednoczonych rocznie na reklamy wydaje się 300 mld dolarów. 40 proc. z nich nie odnosi żadnego skutku, dlatego coraz częściej handlowcy odwołują się do neuromarketingu. Znając nasze reakcje na poszczególne produkty, wiedzą, jak przykuć naszą uwagę. A to odbija się na rachunku przy kasie, bo większość zakupów robimy pod wpływem emocji.

Daj się uwieść kolorom

Zdecydowana większość odbieranych przez nas bodźców dociera do naszej świadomości poprzez wzrok. Nic dziwnego zatem, że to na wizualnej części swoich produktów sprzedawcy chcą wypaść najlepiej. Dobór odpowiednich kolorów na opakowaniu nie może być przypadkowy, istnieje bowiem cała gama znaczeń i skojarzeń, które są przez nie reprezentowane.
Czerwień kojarzona jest z emocjami, miłością i erotyką. Jeśli produkt ma sugerować kuszący i uwodzicielski efekt, to będzie w purpurowym opakowaniu. Dlatego nie mamy czerwonych proszków do prania, ale za to całe morze dezodorantów i szamponów. Pomarańczowy to kolor innowacji, żywotności i energii. Kolor niebieski to z kolei zaufanie i odpowiedzialność, które na produktach kojarzą się ze skutecznością. Kolor żółty to świeżość i młodzieńcza siła. Wywołuje pozytywne nastawienie i ułatwia podejmowanie decyzji – to dlatego tak wiele tabliczek cenowych jest właśnie tego koloru. Zielony zaś to kolor nadziei i zdrowia.
Dzięki znajomości tych znaczeń handlowcy wiedzą, jak podnosić wyniki sprzedaży. Może to wywołać także efekt zniechęcenia. Jednego z duńskich producentów soku pomarańczowego, konsumenci zasypywali skargami na kwaśny smak. Krytyczne uwagi ustały dopiero wówczas, kiedy dział marketingowy koncernu zmniejszył intensywność barw pomarańczy na kartonie. Skala intensywności koloru ma ogromne znaczenie także dla światowego dostawcy owoców i warzyw, firmy Dole. Jej specjaliści zalecają ekspozycję owoców o barwie Pantone 12-0752.
Jak sprawić, aby owoce i warzywa wyglądały na świeże? Duńczycy przekonali się, że wystarczy dbać o to, aby zawsze były delikatnie zroszone wodą. Również skrzynki z nierozpakowanymi melonami, pozornie niedbale porzucone, sugerują, że towar dopiero co przyjechał do sklepu. Tego typu perswazje dały początek merchandisingowi, czyli działowi marketingu, odpowiedzialnemu za ekspozycję towarów na sklepowych półkach.

Twarzą w twarz z produktem

Istnieje szereg standardowych zachowań konsumenckich, które świetnie znają i wykorzystują właśnie merchandiserzy. Z badań wynika, że trzy czwarte wszystkich decyzji zakupowych zapada w miejscu sprzedaży, kiedy klient stoi twarzą w twarz z danym produktem. Łatwo się domyśleć, że powody, dla których zdecyduje się na konkretny zakup to w dużym stopniu efekt zabiegów marketingowych.
Jedną z podstawowych strategii zakupowych jest odpowiednia topografia produktów. Podobnie jak w przypadku kolorów, właściwe sąsiedztwo produktów, a także ich odległość od kasy nie może być dziełem przypadku. Niemiecki psycholog Nikolas Westerhoff zauważył, że klienci w supermarketach poruszający się od wejścia do kasy zgodnie z ruchem wskazówek zegara wydają więcej pieniędzy niż ci, którzy zwiedzają halę zakupów w przeciwnym kierunku. Kiedy patrzymy na półkę z produktami, zaczynamy od lewej strony – podobnie jak wtedy, gdy czytamy książkę lub gazetę. Dlatego tam wędrują produkty, na które mamy zwrócić uwagę w pierwszej kolejności.
Najbardziej pożądanym miejscem na ekspozycję są półki na wysokości wzroku i te na wyciągnięcie ręki. Towary zamieszczone na półkach poniżej 60 cm mają już o wiele mniejszą szansę na sprzedaż. Najbardziej pożądaną przestrzenią są natomiast miejsca przy kasie, na tzw. zakupy impulsowe (są to zazwyczaj rzeczy drobne: leki przeciwbólowe, gumy do żucia, baterie etc.). Niech nikt nie łudzi się, że to przypadek, że słodycze zawsze znajdują się na niższych półkach. Znudzone staniem w kolejce dziecko niemal zawsze zainteresuje się wystawionym asortymentem.
Czytaj dalej na stronie 2: Jak Cię wodzą za nos...
Ciąg dalszy artykułu...
Oczywiście wzrok to nie jedyny doradca w kwestii zakupów. W marketingowej układance istotną rolę odgrywają także pozostałe zmysły, choć niekoniecznie zdajemy sobie z tego sprawę.
April Crusco i Christopher Wetzel, para amerykańskich naukowców z USA, przeprowadziła swego czasu eksperyment, w którym dowodzili, że poprzez delikatny dotyk można zwiększyć efektywność sprzedażową, a także zachęcić klienta do wydania większej sumy. W dwóch restauracjach w Oksfordzie (Missisipi) poprosili kelnerki, aby przynosząc rachunek dotykały swoich klientów. Kelnerka wykonywała jeden z trzech manewrów. Albo w przelocie muskała wnętrze dłoni gościa, podając mu pieniądze, albo kładła mu dłoń na ramieniu lub też w ogóle go nie dotykała. Strategia bezdotykowa przyniosła najmniejsze napiwki, położenie dłoni na ramieniu zapewniało o 18 proc. większy napiwek, a muśnięcie dłoni zwiększało go o 37 proc.

Jak Cię wodzą za nos

O ile dotyk może być strategią ryzykowną, nie każdy przecież życzy sobie tak bliskiego kontaktu, o tyle zachęcanie do zakupów poprzez zapach już takie nie jest. Na zapachy reagujemy niemal instynktownie, dlatego łatwo jest nas przekonać do określonych produktów. Sklep Whole Foods na Manhattanie wita wszystkich klientów świeżo ściętymi kwiatami. W ten sposób każdy, kto do niego wchodzi, podświadomie zaczyna myśleć, że wszystkie produkty w sklepie są właśnie takie, jak te kwiaty - świeże i pachnące.
Eric Spangenberd z Washington State University w USA, wykazał, że rozpylenie zapachu wanilii w sklepie z damskimi ubraniami podwaja sprzedaż. W działach z męską odzieżą podobnie działa woń marokańskiej róży. Samsung rozpyla w swoich salonach charakterystyczny aromat żółtego melona, a w lobby sieci Westin wyczuć można delikatne perfumy o zapachu białej herbaty. Po co to wszystko? Zapach oddziałuje na zachowania konsumentów, wpływa na ich decyzje dotyczące zakupu towaru oraz sprawia, że klient dłużej pozostaje w miejscu sprzedaży, a co więcej, ma ochotę do niego wrócić. Potwierdzają to badania dr Anji Stohr z Uniwersytetu w Dresden.
Z przeprowadzonego w zeszłym roku raportu „Piramida Przyjemności Polaków” (na zlecenie firmy Lipton) wynika, że najprzyjemniejszym zapachem jest świeżo upieczony chleb (60 proc. ankietowanych). Respondenci wymieniali także zapach domowego ciasta (49,3 proc.), świeżo skoszonej trawy (44,9 proc.), zapach ulubionej herbaty (24,3 proc.)., zapach przyrządzanych konfitur (16,6 proc.) oraz zapach nowej książki (14,1 proc.).
Choć rynek aromamarketingu dopiero w Polsce raczkuje, to rozwija się błyskawicznie. Z usług wyspecjalizowanych firm korzysta dziś ponad 1,5 tys. odbiorców. Zapach może być rozprzestrzeniany na trzy sposoby: przez wentylację na terenie całego sklepu, przez rozpylenie mieszanki zapachowej pod wysokim ciśnieniem (tzw. wyspa zapachowa) lub z cartridge’a, w którym znajduje się specjalny materiał nasączony olejkiem (tzw. sucha dyfuzja).
Firmy prześcigają się w wymyślaniu unikatowych zapachów, które miałyby nas skłonić do określonych zakupów. W latach 90. Alan Hirsch przeprowadził badanie w dwóch kasynach w Las Vegas. Do wentylatora rozpylono delikatną woń, której składniki znane były tylko autorowi eksperymentu. W ciągu dwóch dni obroty obu kasyn wzrosły o 45 proc. Nigdy jednak nie ujawniono, co tak naprawdę zawierał ów zapach.

Zakupy w rytmie bijącego serca

Z każdym rokiem coraz prężniej rozwija się również audiomarketing, czyli wiedza o dostarczaniu odpowiedniej muzyki do konkretnych miejsc. Dobrze przygotowana oprawa muzyczna sklepu to zwiększenie obrotów o kolejne kilka procent. Według danych ZAIKS-u właściciele obiektów handlowych w Polsce wydali w 2010 r. 17 mln złotych na muzykę w swoich sklepach.
Ponad połowa konsumentów zostaje w sklepie dłużej, jeśli w zakupach towarzyszy im odpowiednia muzyka. Na tym nie koniec. Z badań, jakie rok temu przeprowadził TNS OBOP wynika, że 72 proc. badanych jest w stanie zapłacić więcej za usługę, jeśli podczas czasu spędzanego w salonach kosmetycznych, fryzjerskich czy w kawiarence towarzyszy im muzyka.
Czytaj dalej na stronie 3: Siła marki...
Ciąg dalszy artykułu...
Wiedzą o tym handlowcy i wykorzystują do swoich celów. Poprzez odpowiedni rodzaj muzyki można bowiem manipulować gustami konsumentów. Testy dowiodły, że muzyka, w której słychać 72 uderzenia basowe na minutę, podnosi sprzedaż nawet o 20 procent. Dlaczego? Bo odpowiada liczbie uderzeń serca zrelaksowanego człowieka.
Ciekawy eksperyment przeprowadził Adrian North z uniwersytetu w Leicester. Zauważył, że rodzaj muzyki może wpływać na wybór wina. Na jednym ze stoisk przez tydzień puszczane były tylko i wyłącznie francuskie piosenki, podczas gdy w drugim tygodniu muzyczną oprawę stanowiła niemiecka muzyka grana przez orkiestrę dętą. Efekt? W pierwszym tygodniu 83 proc. sprzedanych win stanowiły czerwone francuskie trunki, z kolei w drugim tygodniu 77 proc. stanowił niemiecki biały riesling.
W Polsce w branży audiomarketingu liczą się trzy firmy: IMS, Mood Media i TMM. Z ich usług korzystają m.in.: Statoil, Medicover, Smyk, Big Star i Coffee Heaven. Na początku stycznia Mood Media podpisał umowę z sieciami Levis (40 punktów handlowych) i Leroy Merlin (39 punktów). Średni koszt miesięcznego abonamentu za usługi audiomarketingowe waha się od 120 do 300 zł od punktu.

Siła marki

Pozostając jednak przy temacie wina, warto nawiązać do najważniejszej perswazji w marketingu – ugruntowanej pozycji marki. Gdy nie wiemy, co pijemy, drogie wino smakuje nam podobnie jak tanie. Ale gdy mózg zna cenę, większą przyjemność sprawia mu picie luksusowego trunku. Gdy znamy cenę wina, oszukujemy się, że to droższe musi być lepsze. Czy naprawdę musi?
Już w 1998 r. Frederick Brochet z uniwersytet w Bordeaux przeprowadził eksperyment, do którego zaprosił 54 specjalistów od wina, by dokonali degustacji i na kartkach pisali swoje opinie. Autor badania pokazał zebranym butelkę wina stołowego, nalał odrobinę do ich kieliszków, po czym zaczerpnął łyk i natychmiast wypluł z pogardą. Znawcy następnie skosztowali wina sami, po czym zanotowali swoje spostrzeżenia, określając wino bardzo słabymi notami. Naukowiec zaprezentował następnie butelkę znakomitego trunku. Pociągnął łyk, długo rozkoszował się smakiem, po czym mlasnął z podziwem. Noty pozytywne. Problem w tym, że w obydwu przypadkach było to to samo wino, rozlane do różnych butelek.
Na tym polega marketing. Firmy o ugruntowanej marce zarabiają na swojej opinii. I to nie mało. Znaczek Coca-Coli warty jest 70 mld dolarów, Apple’a – 21 mld dolarów, Nike – 13,7 mld dolarów, Adidasa – 5,5 mld dolarów, a Harley-Davidsona – ponad 3 mld dolarów (według raportu Best Global Brands 2010 firmy Interbrand). Mając do czynienia z jedną z nich nastawiamy się na dobrą usługę, nawet jeśli zdarzy się, że trafił nam się produkt wątpliwej jakości.

Sugestia kluczem do portfeli konsumentów

Dotyczy to wszystkich dziedzin. Od słynnego już konfliktu Coca-Coli z Pepsi, poprzez producentów kawy, proszków do prania, a na wodzie mineralnej skończywszy. Z tą ostatnią wiąże się zresztą zabawna opowieść, bo z rozróżnianiem smaków mają problem nawet sami producenci. W czasie szczytowej popularności francuskiej wody Perrier w Stanach Zjednoczonych, Bruce Nevins, jeden z członków zarządu, podczas wywiadu radiowego na żywo, został poproszony o wskazanie, do którego z siedmiu postawionych przed nim kubków z wodą wlano Perrier. Trafił za piątym razem.
O podobny test pokusiła się stacja telewizyjna ABC. Widzów programu „Good Morning America” poproszono o ocenę smaku kilku rodzajów niegazowanej wody stołowej. Niemal połowa biorących udział w tym badaniu wskazała jako najlepszą kranówkę.
Największym autorytetem w dziedzinie reklamy była i jest oczywiście telewizja. Na tyle dużym, że potrafi wzbudzić w ludziach nawet najdziwniejsze zachowania. 12 czerwca 1977 r. widzowie brytyjskiego programu Reports Extra, stali się uczestnikami eksperymentu. Po zakończonym serwisie informacyjnym zakomunikowano widzom, że będą świadkami nowej technologii - do studia wniesiono plastikowy stożek z wystającymi kablami. Miał on umożliwiać stacji przekazywanie zapachów za pomocą fal powietrza prosto do mieszkań telewidzów.
Zdecydowano się na zapach sielskiej wsi. Telefonia stała się rzeczywistością – wieszczyli prowadzący. Proszono widzów, by zgłosili telefonicznie, jeśli cokolwiek poczują. Ku zdziwieniu badaczy, w ciągu następnych 24 godzin stacja otrzymała 179 odpowiedzi na apel. Najwięcej ludzi twierdziło, że w ich salonach zapachniało polnym kwieciem, lawendą, jabłonią, owocami, ziemniakami, a nawet świeżo upieczonym chlebem. Niektórzy dowąchali się nawozu. Dwoje widzów oskarżyło stację o to, że przez transmisję dorobili się ataku alergii na pyłki. Tak właśnie działa neuromarketing.

Źródło: m.onet.pl



Zobacz na:
Korporacja
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=513.0
Fascynujący świat "poniżej poziomu radaru" czyli wpływ podprogowy.
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=511.0
Tajemnice korporacji
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=512.0
« Last Edit: (Thu) 16.04.2015, 23:07:12 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Jakich sztuczek używają sprzedawcy?
« Reply #1 on: (Tue) 27.05.2014, 15:22:45 »
Reklama - co to jest, jak tworzyć potrzebę
https://vimeo.com/96582693
« Last Edit: (Sun) 29.03.2015, 14:59:38 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Jakich sztuczek używają sprzedawcy?
« Reply #2 on: (Thu) 26.06.2014, 11:28:10 »
Talks - The Secrets of Food Marketing
https://www.youtube.com/watch?v=mKTORFmMycQ#t=26

eTalks - Sekrety Marketingu spożywczego - napisy PL
https://www.youtube.com/watch?v=rlKY6-PujcU
« Last Edit: (Sun) 29.03.2015, 14:59:23 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Jakich sztuczek używają sprzedawcy?
« Reply #3 on: (Tue) 01.07.2014, 20:22:50 »
Astroturf marketing: na Zachodzie zakazany, w Polsce się rozwija

Reklama przekroczyła niebezpieczną granicę. Zaczęła udawać prawdziwe informacje, mieszając fikcję z rzeczywistością. Już jedna trzecia opinii konsumentów w sieci to fałszywki. To grozi rozbiciem resztek społecznego zaufania.

Amerykanie nazywają to kładzeniem sztucznej trawy. Astroturf marketing (nazwa pochodzi od marki syntetycznej wykładziny przypominającej murawę) polega na przeprowadzaniu kampanii udających spontaniczne inicjatywy pojedynczych osób lub grup (ang. grassroot, co tłumaczy skojarzenie z trawą), które wyrażają poparcie lub sprzeciw wobec usług, produktów, idei, wydarzeń czy działalności partii i polityków. Taka kampania sprawia wrażenie niezależnej reakcji społecznej i ukrywa tożsamość rzeczywistych jej inicjatorów, a także ich prawdziwe intencje.

Ta metoda, której symbolem jeszcze kilka lat temu był uznawany za raczej niegroźny społecznie marketing szeptany, dziś stała się bronią masowej zagłady w rękach biznesu i grup interesów, zagrażającą internetowi jako forum wolnej, niezależnej i konstruktywnej debaty. Manipulowanie opinią publiczną przez podstawione osoby, a nawet całe z pozoru oddolne ruchy obywatelskie, stało się tak powszechne, że naukowcy biją na alarm. Profesor Bing Liu z Uniwersytetu w Illinois ocenia, że już jedna trzecia wszystkich opinii konsumentów w sieci to fałszywki. Z kolei Edward T. Walker, socjolog z Uniwersytetu w Kalifornii, w swojej książce „Demokracja do wynajęcia” ostrzega, że dziś zatrważająca większość przypadków organizowania się obywateli to efekt działań firm doradczych pracujących dla korporacji i organizacji wpływu.

Sytuacja stała się już tak groźna, że część państw zaczęło wprowadzać prawne zakazy „kładzenia sztucznej trawy”. W USA Federalna Komisja Handlu w przypadku stwierdzenia, że dana firma zleciła tego typu kampanię, może na nią nałożyć grzywnę, nawet 16 tys. dol. za każdy dzień jej trwania. Takie nielegalne działania ścigają też prokuratorzy. W zeszłym roku nowojorski śledczy Eric Schneiderman zmusił 19 koncernów do podpisania zobowiązania o niestosowaniu astroturfingu. Firmy wolały podpisać zakaz i zapłacić zaledwie kilkaset tysięcy dolarów, bo koszty przegranych w sądzie spraw poszłyby w miliony. W Wielkiej Brytanii podszywanie się pod konsumenta w przestrzeni publicznej grozi więzieniem.

W Polsce można podszywać się pod konsumenta
W Polsce panuje w tej dziedzinie wolnoamerykanka. Reklama wepchnęła się nawet do programów informacyjnych, a lokowanie produktu, skądinąd koszmarna nazwa product placement, w wydaniu polskim to bicie widza obuchem po głowie, gdzie reklamowany produkt gra główną rolę.

U nas obowiązuje jedynie unijna dyrektywa, że przekazy reklamowe w mediach muszą być wyraźnie oznaczone. Rozwój technologii i pomysłowość marketingowców uczyniły jednak to prawo martwym.

990 zł – tyle według podanego na stronie internetowej cennika kosztuje przykładowa oferta agencji reklamowej zajmującej się kreowaniem w polskiej sieci pozytywnego wizerunku firm, ich produktów czy usług. To cena na umieszczenie 5600 rzekomo spontanicznych komentarzy internautów na 800 forach dyskusyjnych. Posty pod wątkami dotyczącymi sfery działalności klienta agencji udają prawdziwe opinie, pisane są językiem internetu, z błędami, kolokwializmami, nawet wulgaryzmami. W zależności od profesjonalizmu wynajętych przez firmę reklamową szeptaczy – tak branża nazywa opłacanych internetowych dyskutantów – fikcyjne komentarze mogą do złudzenia przypominać te prawdziwe.

Nierzadko też inteligenta krytyka, nawet w niewybrednych słowach, daje lepszy efekt sprzedażowy niż prostackie wychwalanie. „Średnia cena jednego posta oscyluje pomiędzy 1,5 zł a 3 zł. W bazie wykonawców panują zasady rynkowe. Bardziej doświadczone osoby, które posiadają pozytywne opinie, cenią się wyżej niż osoby początkujące” – to cytat z oferty kolejnej firmy marketingowej, która tłumaczy potencjalnym klientom na swojej stronie internetowej, z jakimi kosztami muszą się liczyć, zamawiając u niej „cichą” kampanię.

Jednym z bardziej znanych przykładów „niestandardowego przekazu” jest niedawny trwający prawie pięć minut filmik z przekleństwami, wulgarny monolog pełen złorzeczenia na rząd, który – tu cytat – „wydymał Polaków na OFE”, w wykonaniu popularnego aktora Jacka Braciaka. Nagranie – jak zapewnia artysta grający m.in. Marka w serialu „Rodzinka.pl” – prywatne i nieopłacone przez żadną firmę ubezpieczeniową, obejrzało już około dwóch milionów internautów. Zapewne zupełnym przypadkiem jest to, że Braciak występuje też w reklamach ING Banku Śląskiego, który ma swój ING OFE. I zbiegiem okoliczności jest też niewątpliwie nagły wzrost liczby osób, które po pojawieniu się w sieci tego filmu, zawiadomiły ZUS, że jednak zostają w OFE. Branża reklamowa nie ma wątpliwości – to genialna ukryta reklama prywatnych funduszy emerytalnych, sprytnie omijająca zakaz ich promowania.

Innym przykładem podszywania się marketingowego przekazu pod prawdziwe wydarzenie jest historia pięknej Ukrainki Julii, studentki z kijowskiego Majdanu. Jej dramatyczny apel w lutym tego roku o pomoc dla protestujących przeciwko krwawemu reżimowi prezydenta Wiktora Janukowycza obejrzało kilkadziesiąt milionów internautów. Tymczasem analitycy z Centrum dla Badań nad Globalizacją „Global Research” odkryli, że za nagraniem stały amerykańskie władze.

Jednym z producentów klipu jest Larry Diamond, członek Council on Foreign Relations, wpływowego think tanku powiązanego z Departamentem Stanu USA. Ma on też według mediów powiązania z National Endowment for Democracy, organizacją podejrzewaną o wywoływanie zamachów stanu w krajach, które znalazły się w strefie interesów Waszyngtonu.

– Zjawisko przenikania reklamy do opinii publicznej jest znane od dawna. W totalitaryzmie propaganda obejmowała praktycznie wszystkie dziedziny życia. W czasach PRL frontem ideologicznym była nauka, kultura czy sztuka. Demokracje też stosują propagandę, tyle że jej formy są bardziej zawoalowane – podkreśla dr hab. Michał Gajlewicz, medioznawca ze Społecznej Akademii Nauk.

I nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie to, że wraz z rozwojem technologii rejestrowania rzeczywistości manipulację jest coraz trudniej wykryć, staje się ona przez to bardziej wiarygodna dla odbiorców. Kiedyś czarno-białe zdjęcia retuszowało się ołówkiem. Dziś zmiany w cyfrowych plikach są często trudne do wykrycia. Podobnie rzecz ma się ze słowami.

Dezinformacja to nie tylko reklama. Tajne służby
– Od wybuchu ukraińskiego kryzysu w polskim internecie bardzo aktywnie działają rosyjskie służby dezinformacyjne. Pod tekstami opisującymi sytuację u naszego wschodniego sąsiada na głównych portalach pojawiło się mnóstwo proputinowskich komentarzy. Są pisane stosunkowo poprawną polszczyzną, a nawet z uwzględnieniem specyficznych błędów rodzimego netu. Odkryto, że posty zamieszczają ludzie opłacani przez Moskwę. Dzienna stawka za taką pracę ma wynosić 36 dol. plus darmowy lunch – zauważa dr Gajlewicz. Zaznacza, że na polskich portalach znacznie łatwiej można zamieścić komentarz do informacji (często bez konieczności zarejestrowania się) niż na rosyjskich czy niemieckich.

Według naukowca wypieranie tradycyjnie pojmowanej reklamy przez działania public relations jest groźne, bowiem w ten sposób komunikacja perswazyjna wkracza na tereny dotąd z natury nieperswazyjne.

– To postać dywersji ma związek z jednej strony z możliwościami, jakie stwarza internet, z drugiej z ofensywą grupy zawodowej PR-owców, którzy negują skuteczność tradycyjnej reklamy. Uważają ją za przeżytek, bo taka reklama jest przekazem jednostronnym, a PR działaniem dialogowym. W przypadku opłacanych negatywnych komentarzy mamy do czynienia z czarnym PR sięgającym po metody dywersyjne, agresywne – dodaje medioznawca. Jest to zjawisko pokrewne temu, co kilkadziesiąt lat temu nazywano czarną propagandą.

Przypomina, że jeszcze 10 lat temu w reklamie erotyka pojawiała się rzadko i była subtelna, dziś w przekazach reklamowych pojawia się nie tylko erotyka, lecz także uprawiany jest seks. Kiedyś nie wypadało reklamować banków czy towarzystw ubezpieczeniowych w nieeleganckiej, zbyt frywolnej formie. To były instytucje zaufania społecznego. Teraz w reklamie na rzecz tych branż można spotkać cyrkowe fikołki, kpinę, mało wyszukany dowcip. Granice tego, co przyzwoite lub dozwolone, się przesunęły.

Trzy czwarte Amerykanów nie wierzy reklamie
Statystyki zdają się potwierdzać zdanie speców od PR. Według amerykańskiej firmy badawczej Lab42 aż 76 proc. amerykańskich konsumentów nie wierzy reklamie (sondażem objęto jesienią 2012 r. media elektroniczne, prasę i internet). Uznaje jej przekaz za co najmniej przesadzony. Zaledwie 2,8 proc. twierdzi, że reklamowe informacje są dokładne. Eksperci firmy z Chicago zbadali nawet, jakie branże mają z reklamami swoich produktów największy problem. Okazało się, że w przypadku środków na odchudzanie reklamie nie wierzy aż 90,4 proc. konsumentów, kosmetyków – 81 proc., alkoholi – 68 proc., usług finansowych – 65,5 proc., a samochodów – 65,4 proc. Stąd tak pilna potrzeba poszukania nowych form przekonywania konsumentów.

Polacy są na razie bardziej podatni od Amerykanów na przekaz reklamowy. Za nieprawdziwą uznaje reklamę 58 proc. z nas – tak przynajmniej wynika z badania „Stosunek Polaków do reklam” przeprowadzonego przez Centrum Badań nad Zachowaniami Ekonomicznymi dla serwisu PoZnajomosci.pl. 71,1 proc. twierdzi jednak, że w mediach jest za dużo reklam, a kupując produkty, kieruje się przede wszystkim opinią znajomych i rodziny.

Z drugiej strony z raportu European Trusted Brands z 2010 r. wynika, że Polacy należą do najbardziej ufających wiadomościom narodów Europy. Informacjom podanym w internecie ufało 72 proc. ankietowanych, przy średniej europejskiej 49 proc.

– Nauczyliśmy się odróżniać komunikaty perswazyjne od informacyjnych. Do tych pierwszych mamy dystans, od razu pojawia się wiele wątpliwości. Dlatego świat reklamy stara się obejść tę rafę negatywnej reakcji, podszywając się pod informacje – tłumaczy prof. Dariusz Doliński ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu.

Reklama zabierze nam zaufanie do świata?
Dopóki to zjawisko było stosunkowo rzadkie, psycholog nie widział większego zagrożenia. - Każdy z nas ma pewien stały poziom ustosunkowania do świata społecznego, systemu wartości. Jeśli mamy zaufanie do niego, to incydentalne zdarzenia nic nie zmienią. Jeśli jednak takie oszukańcze praktyki staną się normą, scenariusz destrukcji społecznej, upadku stanie się bardzo realny – ostrzega naukowiec z SWPS.

Niestety, do społecznej degeneracji i powszechnej utraty zaufania zbliżamy się wielkimi krokami. – Reklama jest dziś strefą wolną od prawdy – takie gorzkie słowa skierował do uczestników nowojorskiej konferencji Rady Samoregulacji Branży Reklamowej (The Advertising Self-Regulatory Council) w październiku 2013 r. amerykański krytyk marketingu Jonathan Salem Baskin, autor kilku bestsellerów o metodach biznesowych manipulacji.

W emocjonalnym wystąpieniu alarmował, że reklama przestała przekazywać informacje istotne dla konsumenta. – Tniemy i kroimy prawdę, nie mówiąc jej całej. W zależności od potrzeb albo ją w ogóle ignorujemy, albo upiększamy – stwierdził Baskin.

Psycholodzy wskazują w tym kontekście na mechanizm wstecznego kształtowania pamięci, czyli zmiany naszych doświadczeń i – wydawać by się mogło – utrwalonych opinii pod wpływem nowych, zmienionych informacji.

Prof. Andrzej Falkowski i dr Alicja Grochowska z SWPS w Warszawie opisują („Roczniki Psychologiczne”, Towarzystwo Naukowe KUL 2008) eksperyment przeprowadzony przez prof. Kathryn Braun z Uniwersytetu Iowa i prof. Elisabeth Loftus z Uniwersytetu Kalifornii, w którym osoby badane testowały smak czekoladki w zielonym opakowaniu. Następnie oglądały reklamę tej czekoladki, ale w niebieskim pudełku. 45 proc. badanych po obejrzeniu reklamy rozpoznało kolor opakowania czekoladki, którą jadły, jako niebieski zamiast zielonego. Podobne efekty zniekształcenia pamięci własnych ocen dał test, w którym uczestnicy mieli za zadanie ocenić film przedstawiony im jako wchodzący na ekrany, na podstawie trailera. Następnie przeczytali recenzje krytyków. Pamięć uprzednich ocen filmu po przeczytaniu opinii pozytywnej zmieniała się w kierunku oceny bardziej pozytywnej, a po przeczytaniu recenzji negatywnej – w kierunku negatywnej.

„Pamięć zdarzeń z dzieciństwa też może ulec zniekształceniu. Po obejrzeniu reklamy zachęcającej do odwiedzania Disneylandu i odwołującej się do pamięci autobiograficznej, na pytanie: Czy pamiętasz, jak w dzieciństwie podczas twojej wizyty w Disneylandzie uścisnąłeś dłoń Królika Bugsa?, 16 proc. badanych studentów odpowiedziało twierdząco (Królik Bugs jest postacią z Warner Bros. i nie występuje w Disneylandzie). Osoby te potrafiły nawet opisać szczegółowo okoliczności, w jakich to zdarzenie miało miejsce (Braun-LaTour i in., 2004)” – przytaczają wyniki badań naukowcy z warszawskiej SWPS. To pokazuje, jak komunikaty perswazyjne mogą łatwo zniekształcić pamięć nawet bardzo osobistych doświadczeń, jak ulegamy reklamie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

– Amerykański psycholog Carl Hovland po II wojnie światowej prowadził badania nad propagandą. Analizując wpływ źródła wiarygodności komunikatów na ich odbiór, odkrył efekt śpiocha, polegający na tym, że informacje pochodzące ze źródła mało wiarygodnego i tak są zapamiętywane, a z upływem czasu odbiorca zapomina o negatywnych konotacjach związanych z takim źródłem, zachowując w pamięci sam przekaz – opisuje prof. Dariusz Doliński.

Informacja ważniejsza od źródła
W eksperymencie Hovlanda dwóm grupom osób przekazano komunikat, że aspiryna powinna być na receptę, bo ludzie ją przedawkowują. Przy tym powoływano się na różne źródła – mało wiarygodne pismo „Cosmopolitan” i poważany naukowy „Lancet”. Ci od „Cosmo” nie za bardzo wierzyli w przekazane im informacje. Jednak po czterech tygodniach obie grupy były już jednakowo przekonane o prawdziwości komunikatu i potrzebie wprowadzenia recept.

– Pamiętamy samą informację bardziej niż jej źródło. Wiarygodność nie ma już takiego znaczenia. Żyjemy w świecie kreowania potrzeb. Im częściej widzimy logo, tym częściej kupujemy te produkty. Do tego zaufanie nie jest już konieczne – podsumowuje naukowiec z warszawskiej SWPS.

Potwierdza to tegoroczne badanie koncernu HTC przeprowadzone w 10 krajach. Ponad połowa ankietowanych sprawdza informacje codziennie, jest wręcz od nich uzależniona. Jest jednak ich tak wiele, że przestajemy rozróżniać tradycyjne formy komunikatów od np. wpisów na portalach społecznościowych. W efekcie dla 55 proc. konsumentów ważniejsza jest historia sama w sobie niż źródło jej pochodzenia.

Cywilizacja wychyla się w jałowym kierunku
– Reklama tylko się dostosowuje do ogólnoświatowego trendu. Cywilizacja jest jak wahadło, teraz wychylamy się w kierunku jałowości i prostoty – tłumaczy dr Michał Gajlewicz.

Źródeł braku moralności branży marketingu i reklamy naukowiec upatruje w upadku standardów całej światowej gospodarki.– W realnym socjalizmie, w systemach nakazowo-rozdzielczych pełno było lipy produkcyjnej. Dziś mamy kapitalizm, ale sytuacja się powtarza, bo na rynku zaczęły dominować Chiny z systemem totalitarnym, gdzie nie obowiązują zachodnie standardy organizacji i produkcji. To jak ma wyglądać reklama, skoro sam rynek jest zakłamany i brudny, jak rzetelnie reklamować kiepskiej jakości towary chińskie i innych tanich producentów? – zastanawia się medioznawca ze Społecznej Akademii Nauk.

Jedyną szansę na obronę przed atakiem manipulacji ze strony biznesu i powiązanych z nim mediów jest jego zdaniem edukacja.

– I nie chodzi tu o powszechne uczęszczanie do szkół, tylko o kontrolę poziomu nauczania. Stworzenie elitarnych placówek, gdzie dopuszczana będzie tylko najzdolniejsza, najbardziej inteligentna młodzież – zastrzega dr Gajlewicz. 

Rreklama będzie nas personalnie atakować z banerów
Na przechyle w stronę ilości, ciągłym zwiększaniu stopnia skolaryzacji – kontynuuje wykładowca – cierpi bowiem jakość. – Wielu z tych młodych ludzi nie nadaje się do studiowania. Nie powinni otrzymać dyplomu. Gdy podczas wykładu zapytałem swoich studentów w dniu kolejnej rocznicy lotu Gagarina, nikt nie znał ani roku, ani daty tego wydarzenia. Gdy zapytałem, kiedy wystrzelono na orbitę pierwszego satelitę, ktoś rzucił: lata 30. Mojej ironicznej uwagi, że Hitler chciałby mieć taką technologię przenoszenia broni, nikt nie zrozumiał. A gdy zapytałem, który kraj jako pierwszy wystrzelił satelitę, odpowiedzieli, że Stany Zjednoczone. Bo dla dzisiejszej młodzieży we wszystkim pierwsi byli Amerykanie – nie ukrywa rozczarowania wiedzą studentów Michał Gajlewicz.

Przy tak spłyconej wizji świata nie powstrzymamy oszukańczego trendu w reklamie. Wręcz przeciwnie, branża zwiera po kryzysie szyki i planuje kontratak. Z prognozy domu mediowego ZenithOptimedia Group w 2014 r. wydatki netto na reklamę w Polsce mają być wyższe o 1,8 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Ich łączna wartość ma wynieść 6,51 mld zł. Światowy rynek reklamy osiągnie na koniec roku wartość aż 537 mld dol.

Czekają nas też nowinki. Obok udawania prawdziwych informacji reklama będzie nas personalnie atakować z banerów na ulicach. Jak zapowiedziała na targach reklamy w 2012 r. firma ConQuest Consulting, zainstalowane na ogłoszeniowych słupach kamerki ze specjalnym oprogramowaniem mają wkrótce identyfikować podstawowe ludzkie emocje: szczęście, złość, smutek, strach, zaskoczenie i niesmak. Analizując nasz stan emocjonalny, komputer dobierze treść reklamy do naszego nastroju. I nawet już swobodnie nie będzie można na ulicy sobie pod nosem popsioczyć.

Drzewiecki
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna


http://m.forsal.pl
« Last Edit: (Sun) 29.03.2015, 14:59:01 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Jakich sztuczek używają sprzedawcy?
« Reply #4 on: (Mon) 08.08.2016, 01:57:20 »
Internetowa fabryka kłamstw

Pozytywny komentarz? Proszę bardzo, wystarczy 60 groszy. Bez zbędnych pytań, czy reklamowany produkt jest dobry, a nawet – czy istnieje. Szacuje się, że jedna trzecia opinii w sieci to produkowane za pieniądze fałszywki.

Lampę HairWit trzeba przyłożyć do łysej głowy i trzymać. Najlepiej codziennie po trzy kwadranse, bo wtedy fale QUVA dotrą do cebulek, pobudzą włos do wzrostu. HairWit to cud. Bezboleśnie pozwala pozbyć się bolesnego problemu – przecież łysy z powodu łysienia cierpi, ma niską samoocenę. Aby ją sobie podnieść, może zapłaci za lampę 2560 zł?

Cena jest z sufitu. A lampa nawet nie stamtąd – wymyśliliśmy ją. Nie ma na świecie ani jednego egzemplarzaHairWit, nie ma fal QUVA. Ale są w Polsce ludzie, którzy chętnie zarekomendują innym to, co nie istnieje.

Zgłaszamy się do dwóch agencji reklamowych i firmy, która ma specjalny serwis do prowadzenia w sieci marketingu szeptanego. Tylko w jednej dociekają: co to za lampa, jak działa, czy jest w sprzedaży? W dwóch pozostałych nie musimy mówić o lampie zbyt wiele. Tylko że dla łysych, że droga i że zależy nam na pochlebnych opiniach w internecie. Szybko przechodzimy do cennika usług.

– 600 złotych – proponują w kieleckiej agencji DirtyDot. Obiecują zaangażować „ambasadorów marki”, którzy wrzucą do sieci 100 opinii o produkcie. Komentarze mają być pisane różnym stylem, wysyłane z komputerów o różnych IP. Po przedłużeniu umowy na kolejny miesiąc do sieci trafi następne 100 opinii. Nie trzeba „ambasadorom” dostarczać lampy, nie będą testować. Obiecują, że opinie będą wrzucać metodycznie, na te portale i fora, które mogą zainteresować osoby potrzebujące lampy.

Firma Wake App z Olsztyna zamiast „ambasadorów” proponuje „agentów”. Jednak mechanizm ten sam: płacimy i możemy liczyć na pozytywne komentarze w sieci. Trzeba tylko najpierw zarejestrować się w serwisie prowadzonym przez tę firmę, opłacić abonament, wtedy udostępnią bazę „agentów” i aplikację, dzięki której można na bieżąco obserwować, jakie posty i gdzie zostały zamieszczone. Stawki za pozytywny post: od półtora złotego do nawet pięciu złotych. System – jak zapewniają w olsztyńskiej firmie – jest tak dopracowany, że klient może równocześnie mieć w sieci 25 kampanii swoich towarów i do każdej wykupić tysiąc pozytywnych komentarzy.

Chętnych, by pisać posty za pieniądze, jest w Polsce już tak wielu, że nie trzeba nawet korzystać z pośrednictwa agencji reklamowych. Wystarczy przejrzeć oferty na Oferia.pl: „Chętnie się podejmę…”, „Mogę zacząć od razu…”, „99 groszy za komentarz…”, „60 groszy za wpis…”. Obiecują posty modyfikować, ilustrować, wrzucać linki, żeby poprawiać pozycjonowanie w wyszukiwarce.

Dr Monika Kaczmarek-Śliwińska, ekspertka od komunikacji społecznej, która przez dwie ostatnie kadencje była w Radzie Etyki PR, z zawodowej ciekawości przygląda się opiniom konsumenckim w sieci. Więcej niż co trzeci wpis wydaje się jej podejrzany. Choć nie są to czyste pochwały, to jest coś takiego w stylu, sposobie przekazania informacji, co każe wątpić w ich prawdziwość. Zauważyła też regułę: – Wprowadza się jakiś element, który ma uwiarygodnić wpis. Wychodzą wtedy zdania w rodzaju: „Mnie się to nie sprawdziło, ale mojej koleżance bardzo pomogło”.

 

Nabijanie komentarzy

– Trzeba zmieniać styl pisania, czasem celowo robić błędy ortograficzne, pomijać interpunkcję. To nie może być oficjalne, poprawne pismo – Mateusz (ma umowę o dzieło w niewielkiej agencji na Dolnym Śląsku) tłumaczy, jak przygotowuje opinie na zlecenie klienta. Nazywa się to nabijaniem komentarzy. Ich agencja nabija najczęściej firmom z branż: ubezpieczenia i pożyczki. Także kancelariom prawnym, które w imieniu klienta walczą o odszkodowanie, licząc na wysoką prowizję.

– Mamy pisać, że prowizja była niska, wypłata pieniędzy szybka. Firmy czasami przesyłają nam jakiś wzorzec. Ostatnio mieliśmy dość nietypową sytuację. Tutaj, na lokalnym rynku, są dwie firmy ubezpieczeniowe – jedna nam zleciła pisanie pozytywnych opinii na swój temat i negatywnych na temat konkurencji. Konkurencja zorientowała się, że coś się dzieje i zgłosiła się do nas, by ratować sytuację – opłaciła wrzucanie pozytywnych komentarzy na swój temat i negatywnych na temat konkurencji – opowiada Mateusz.

Czasami trzeba się mocno nagłowić. – Nie może być tak, że się zakłada konto i w pierwszym poście zachwala jakąś firmę. Należy budować wiarygodność. Najlepiej, żeby na koncie było już co najmniej kilkanaście postów. Zakłada się takie konta z wyprzedzeniem, mamy kilkadziesiąt, w gotowości – tłumaczy.

No i trzeba dbać o to, żeby komentarze nie były letnie. Muszą być emocje. – Warto wrzucić jakiś wulgaryzm – tłumaczy Mateusz. Klient płaci i oczywiście chciałby mieć w sieci jak najwięcej lukru na swój temat, ale mu się wtedy tłumaczy, że potrzebne są też wpisy negatywne. Z jednego konta wrzuca się post, że firma godna polecenia, a z drugiego, że nie. I firmy godzą się na taką politykę, żeby uniknąć podejrzeń, że to wszystko zlecona akcja.

Fana kupię

– W wielu krajach ostro się to tępi. Są zakazy, kary. U nas jeszcze nie. U nas zawsze wszystko przychodzi później – narzeka Agata (była dziennikarka, prowadzi małą agencję, zajmuje się programowaniem kampanii, jest czasami podwykonawcą zleceń, które przyjmują duże agencje). – Oczywiście są zlecenia na pisanie komentarzy, nie biorę tego – mówi. – Szczególnie odkąd jest Facebook, wszyscy oszaleli. Firmy postanowiły mieć profile, zaczęły je zamawiać, chciały mieć fanów i lajki, więc zaczęły je kupować. Na Allegro tysiąc fanów można mieć za 30 zł.

– To już przestało mieć sens. Ale nadal się robi, bo klient chce widzieć, że ma fanów. I że ma więcej od konkurencji. Jeśli jest firma, którą polubiło tylko 300 osób, to coś chyba nie tak. Żyjemy w świecie liczb. Wszystkiego musi być mega- dużo. A już te komentarze wpisywane na zamówienie… Można się uśmiać – przyznaje Agata. – Czy normalny człowiek wpadłby na to, żeby wejść na profil jakiejś marki i napisać, że to jego ulubiona? Że odmieniła jego życie?

– Nie jesteśmy w stanie temu zapobiec – mówi o fałszywych opiniach w sieci Wiesław Gałązka, specjalista od wizerunku medialnego, wykładowca w Dolnośląskiej Szkole Wyższej. – Możemy jedynie próbować wykrywać, demaskować.

Tłumaczy, że wystarczy znać odrobinę psychologii, żeby wiedzieć, jak mało prawdopodobne jest, aby pod jakąś marką było dużo lukrowanych komentarzy. Ludzie, nawet ci najbardziej zadowoleni z tego, co sobie kupili, nie rzucają się, by zaraz wszystkich o tym informować. – Mówią na ogół najbliższym, w małym kręgu. Myślą: a niby dlaczego wszyscy mają mieć tak dobrze jak ja – dodaje Gałązka. Inaczej jest, gdy spotka ich coś złego, poczują się oszukani. Wtedy są rozżaleni, chcą swoją krzywdę nagłośnić, a sprawcę ukarać.

 Dobrze się składa

W serwisie Freelancer.com dajemy ogłoszenie: „Zlecę pisanie komentarzy na forach internetowych (branża medyczna). Możliwa długoterminowa współpraca”. Szybko zgłasza się 12 ochotników, którzy chcą polecać lampę HairWit. Mogą od razu.

Agnieszka (za 300 zł gotowa jest w ciągu dwóch tygodni wrzucić 200 postów) podpowiada, że dobre miejsce do pisania o męskim łysieniu to blogi o tematyce kobiecej. Wywoła się dyskusję o wypadaniu włosów i dalej już można polecieć: „Dziewczyny, mój facet też ma taki problem. Próbowaliśmy już chyba wszystkich możliwych specyfików, aż znajoma poleciła nam lampę HairWit. Na razie pomaga, włosów jest coraz więcej i wierzymy, że będzie tylko lepiej. Nie wiem, jak u was wygląda ta sytuacja, ale łysina dołowała mojego męża, musiałam coś zrobić, aby czuł się lepiej. Spróbujcie, naprawdę warto!”.

Część tych, którzy odpowiedzieli na nasze ogłoszenie, podpytujemy, czy byliby gotowi wrzucić do sieci trochę opinii na temat lekarza ginekologa z Krakowa. Mówimy, że młody, dopiero zaczyna, przydałoby mu się wsparcie w sieci. Iza (chce 3,5 zł za każdy wpis) obiecuje pochwalić ginekologa na 10 najpopularniejszych portalach dla lekarzy i pacjentów. Malwina deklaruje wrzucać nawet po 3 pochwały dziennie (1,8 zł za sztukę).

Nikt się też nie wzdraga, gdy prosimy o rozreklamowanie w sieci herbatki dla niemowląt – wymyślamy, że nazywa się Dream Tea, uprzedzamy, że zawiera Silene capensi – afrykański korzeń o działaniu psychoaktywnym, stosowany dawniej przez szamanów – i usypia dzieci w 10 minut. Nikt nie pyta, czy dostanie specyfik do spróbowania i nie docieka, dlaczego chcemy poić nim dzieci.

– Dobrze się składa, że tematem komentarzy ma być opieka nad dzieckiem – cieszy się jedna z ochotniczek. Zapewnia, że jest mamą niemowlaka i obiecuje zachęcić inne mamy do kupowania herbatki. W ciągu tygodnia zamierza założyć kilkanaście unikalnych kont tak, żeby każde wyglądało na rzeczywiste. Bo trzeba się uwiarygodnić, a dopiero później zacząć dyskusję ukierunkowaną na produkt. Gdyby nie było chętnych do dyskusji – będzie na forum dyskutować sama ze sobą.

Za dzień pracy chce 35 zł. Jest szybka. Chce wywołać temat tak: „Jestem mamą rocznej Oli, córcia to żywe srebro – jest wesoła i wszystko ją interesuje, jednak mam z nią spory problem, bo bardzo trudno ją uśpić. Próbowałam już chyba wszystkiego… Ostatnio sąsiadka mówiła o herbatkach pomagających w zasypaniu. Czy któraś z was coś o nich wie?”.

Oczywiście żadna nie wie, więc ona już zaplanowała, jak najlepiej samej sobie odpowiedzieć (pisząc oczywiście z innego konta) jako mama Kamilka: że synek miał kłopoty ze snem, trzeba go było nosić na rękach, a swoje już waży. Na szczęście ktoś z rodziny wypatrzył w aptece Dream Tea. Synek teraz zasypia bez ciągłego noszenia.

Z analizą gorzej

56 proc. Polaków szczerze wierzy w prawdziwość tego, co znajdują w sieci. Jesteśmy – jeśli o to chodzi – jednym z najbardziej ufających takim komentarzom narodów Europy. Z badań European Trusted Brands przeprowadzonych w 2012 r. wynika, że informacje w internecie wydają się nam bardziej wiarygodne niż te podawane w telewizji czy prasie. Tymczasem w większości krajów europejskich jest odwrotnie. W Niemczech internetowym treściom wierzy jedynie co czwarta osoba, w Austrii czy Francji – co trzecia.

– Tam jest większa ostrożność, ludziom włącza się system wczesnego ostrzegania, analizują, co w internecie może być prawdą, a co fałszem – tłumaczy dr Rafał Jaros, psycholog społeczny, szef Instytutu Nauk Społeczno-Ekonomicznych. – U nas z analizą jest gorzej. Dlatego wrzucanie fałszywych opinii jest tak groźne. Padają na podatny grunt.

W serwisie Opineo.pl (opinie o sklepach internetowych, produktach i usługach) co miesiąc pojawia się średnio 140 tysięcy komentarzy. W sumie jest ich ponad cztery miliony. – Robimy, co możemy, żeby ukrócić proceder dodawania sfałszowanych opinii, podnosimy poziom bezpieczeństwa – mówi Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska, która odpowiada w serwisie za PR i marketing. Nie da głowy, czy coś im czasami nie umknie.

Tak jak nie da głowy żaden, nawet najbardziej wyczulony moderator. Wiadomo, że w takim serwisie są i moderatorzy, i specjalne narzędzia do wyłapywania nieprawidłowości, a i tak znajdą się tacy, którzy spróbują przemycić fałszywki.

Kiedyś jeden ze sklepów chciał wrzucić 400 pozytywnych komentarzy na swój temat. – Najbardziej niepokojące – zdaniem Katarzyny Maciaszczyk-Sobolewskiej – są przypadki, gdy sklep próbuje fabrykować dużo pozytywów na swój temat, a jest nierzetelny, oszukuje klientów. – Na szczęście, co ma wisieć, nie utonie – przekonuje. – Poszkodowani klienci nie zostawią na sklepie suchej nitki. Prędzej czy później podzielą się z innymi negatywną opinią na jego temat.

– Mamy skrypty, które pozwalają z jednego IP wystawić lekarzowi tylko jedną opinię. I takie, które śledzą intensywność wpisywania komentarzy – mówi Jakub Pawluk, szef portalu RankingLekarzy.pl (250 tys. opinii). Mimo zabezpieczeń są próby nadużyć – jakiś lekarz dostaje nagle dużo negatywnych opinii albo wyjątkowo dużo pozytywnych, z podobnych numerów IP. Raz trzeba było usunąć z portalu całą placówkę – wszystkim pracującym tam lekarzom wpadało zadziwiająco dużo pozytywnych opinii. Trzy miesiące temu był kolejny podejrzany wysyp dobrych komentarzy. – Stała za tym wyspecjalizowana agencja ze Śląska. Umieszczała sfabrykowane opinie w ramach opłaty abonamentowej – wspomina Jakub Pawluk.

– Non stop dostaję takie propozycje – mówi Michał Feldman, psychiatra z warszawskiego Centrum Terapii DIALOG. I wyjmuje pismo „Nasza firma zajmuje się profesjonalnym marketingiem szeptanym w sieci”… – Obiecują: za 500 zł będziemy przez miesiąc pisali pozytywne komentarze waszym lekarzom, za 800 zł napiszemy też źle o waszej konkurencji.

Michał Feldman mówi, że gołym okiem widać, kto korzysta z takich ofert. Wystarczy przyjrzeć się profilom lekarzy w sieci. – Profile tych znanych, cenionych, z gigantycznym doświadczeniem mają najwyżej po kilkadziesiąt opinii. Nie zawsze pozytywnych, bo przecież nie ma lekarza, którego by lubili wszyscy pacjenci. Tymczasem profile lekarzy początkujących często są zalane rekomendacjami. To głupie wpisy, niewiarygodne. Ale pacjenci widzą tylko to, że jest ich dużo i że są pozytywne – mówi Feldman.

I może byłoby to śmieszne, gdyby nie było groźne. Michał Feldman zrobił eksperyment. Szukał recepcjonistki, ogłosił nabór, aplikowało prawie 500 chętnych: kobiety, mężczyźni, w różnym wieku, z różnym wykształceniem. Rozdał im formularze, prosząc, by wpisali, czym kierowaliby się, szukając dobrego psychiatry dla kogoś z rodziny. Ponad 60 proc. odpowiedziało, że opiniami na portalach.

– Opinia ma moc większą od reklamy, to widać w wielu badaniach – mówi Agata (była dziennikarka, która prowadzi agencję reklamową). – Dopóki wyniki badań się nie zmienią, mniej się będzie wydawać na reklamę, a więcej na opinie.

Zrodlo: http://m.newsweek.pl/polska/platne-komentarze-opinie-za-pieniadze-cena-za-post-newsweek-pl,artykuly,343000,1.html
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje