Author Topic: DRANG NACH OSTEN  (Read 2184 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
DRANG NACH OSTEN
« on: (Fri) 04.04.2014, 13:22:27 »
DRANG NACH OSTEN

Źródło: halat.pl

Quote
Byliśmy nad Łabą.
Uchylono nas za Odrę.
Przemoc już się i tam ciśnie, gdzie nigdy German, chyba wędrowny, stopy swojej nie postawił.
Nauczony klęskami swoimi Polak...może znowu powróci do owych wieków Tacyta, gdy między Germanami a Sarmaty wzajemna bojaźń była granicą.
Nie lękali się nas Germanowie, lecz ani my onych, mając w ręku równie ostre szable i skuteczniej pisząc żelazem dzierżaw zakresy, niżeli z cyrklem i tablicami.
ks. bp. Adam Naruszewicz (1733-1796)

Przedmowa do przekładu "Germanii" Tacyta

Quote
Pierwsze wtargnięcie Germanów na ziemie słowiańskie
nastąpiło już w pierwszym tysiącleciu przed n. Ch.
i rozpoczęło pochód Germanów na wschód
ten wieczny odtąd "Drang nach Osten"
Włodzimierz Dzwonkowski
w dziele "Prahistorja ziem polskich"
(Słowiańszczyzna pierwotna. Początki polskiej kultury i organizacji)
Warszawa 1918

W tym samym dziele mapa
SŁOWIAŃSZCZYZNA ZACHODNIA I GERMANIA,
a w niej zaznaczone czerwonymi punktami
zachodnie granice osadnictwa słowiańskiego:
Hamburg, rzeka Ilmenawa, Brunszwik, góry Harcu,
Fulda,Wuerzburg, rzeka Wernica
oraz zakreślony czerwoną linią ciągłą  Limes Sorabicus,
przeprowadzony w r. 808-808 przez Karola Wielkiego
(granica oddzielająca jego monarchię od Słowiańszczyzny zachodniej)



duży format powyższej mapy z ozdobna ramką (pdf)



Józef Kisielewski
 "Ziemia gromadzi prochy"
Wydanie drugie, Księgarnia św. Wojciecha, Poznań, 1939
fragment

(...)
Było tak: pomiędzy Polską a Niemcami na samym początku naszych dziejów znajdował się szeroki, pionowy pas ziemi, od Bałtyku aż na południe, który stanowił jakby przedpole; ścierały się na nim, zmagały i brały za łby wpływy tych dwóch państw. Granica Polski w wieku jedenastym kończyła się na Ziemi Lubuskiej (szmat ziemi, gdzie się schodzi Warta z Odrą), granica cesarstwa niemieckiego kończyła się na rzece Łabie. Między tymi dwoma granicami, w pośrodku były różne państewka słowiańskie: na południu Łużyczanie, na północy przy Bałtyku Weleci, czyli Lutycy, a w pośrodku właśnie owo przedpole.

Jeśli kto od Poznania pociągnie prostą linię na zachód, spotka naprzód miasta: Frankfurt, Lebus, Berlin z przedmieściem Kopenick, następnie Brandenburg, a w końcu Magdeburg. Polska stała fortecą w Lubuszu, Niemcy stały fortecą w Magdeburgu. W pośrodku były państwa mniejsze, buforowe, jakby dziś powiedzieli wyznawcy idei federacyjnej.
Etnograficznie rzecz biorąc, te drobne ludy należały do grupy lutyckiej, były jej najbardziej południową odnogą, jak Chyżanie naprzeciw wyspy Rugii byli skrzydłem najbardziej północnym.
Owe ludy południowe mieszkały w dorzeczach niewielkich rzek Sprewy i Hoboli, od których wzięły swoje nazwy - Sprewian i Hobolan (albo Stodoran). Rozmaite dokonywały się tu przemiany i ugrupowania. W czasach, które nas obchodzą, to znaczy, od końca panowania Mieszka I do wieku dwunastego układ stosunków tutejszych już się zarysował wyraźnie: bliżej Polski istniało państewko Sprewian, w którym władał książę Jaksa, ze stolicą w Kopaniku (należał do niej teren dzisiejszego Berlina), i drugie bliżej Niemiec państewko Przybysława, który stolicę swą posiadał na wyspie nazywającej się naprzód Branibor, później Brennaburg, lub Brandenburg. O Berlinie, oczywiście, żadnej wieści.
Jak się łatwo domyślić, księstewko bliższe Niemcom, braniborskie, stało pod wpływem niemieckim; księstewko Jaksy było szczerze przywiązane do Polski i ku niej ciążyło.

I teraz fakt w historii tych stron nie zwykłej wagi. Jak wiadomo, dia ekspansji ku wschodowi tworzyli cesarze niemieccy tak zwane marchie. Marchia Północna (czyli Stara Marchia - Altmark) leżała na lewym brzegu Łaby, akurat naprzeciw Braniboru. Od roku 1134 władał tą marchią Albrecht hrabia z Ballenstiidtu, dla obyczajów swych i zachowania Niedźwiedziem zwany. Ten Albrecht Niedźwiedź, jakby w przeczuciu, że stworzy całą rodową dynastię, zwaną w dziejach dynastią askańską, niesłychanie był łakomy ziemi i potęgi.
On to drogami bardzo zawiłymi zdołał księcia Przybysława nakłonić, aby księstwo Braniboru po swej śmierci zapisał jego synowi. Gdy Przybysław rychło umarł, Niedźwiedź sam zajął Branibor.
Aneksja nie poszła gładko. Wystąpił bowiem ze słusznymi pretensjami Jaksa z Kopaniku, najbliższy krewny Przybysława. Wszak po wszelkim prawie boskim i ludzkim jemu się ta ziemia należała, jemu ci ludzie, którzy mówili językiem jego ojczyzny. Jaksa zawinął się koło uzyskania posiłków z Polski i zdobył na Niemcach Branibor. Trzymał go przez czas jakiś, ale w końcu musiał ustąpić przed silą przeważającą.

Teraz rozpoczyna się najsmutniejszy okres historii polskiej, ten okres, który zadecydował o całym przyszłym kierunku rozwojowym Polski: okres podziałów po śmierci Krzywoustego, czyli po prostu okres kłótni i sporów, okres podziału państwa na partie, koterie i rozłamy. Ziemia Lubuska przypadła w udziale Piastom śląskim. Byli wśród nich ludzie dzielni i z otwartą głową, jak Henryk Pobożny, ale byli i inni. Syn tegoż Henryka, Bolesław Rogatka, zniemczony do gruntu, przy tym lekkomyślnik i hulaka, jedna znajpaskudniejszych postaci w galerii ówczesnych książąt, naprzód połowę Ziemi Lubuskiej oddał arcybiskupstwu magdeburskiemu (1249), potem pozbył się całego tego terenu na rzecz następców Albrechta. Ziemia Lubuska utracona została w roku 1251. Straty szły kolejno w górę Odry: naprzód Pomorze Zachodnie, później Ziemia Lubuska, jeszcze tylko Śląsk był przy Polsce. Ale i on już niedługo zostaje stracony. Im dalej od pierwszych Piastów, tym mniej rozumie się doniosłość linii Odry.

Albrecht Niedźwiedź wyszedł ze Starej Marchii, utworzonej na lewym brzegu Łaby, czyli na ziemiach słowiańskich zdobytych przez Karola Wielkiego. Gdy Askańczycy zagarnęli Branibor, z tej nowej zdobyczy oraz części Ziemi Lubuskiej utworzono nową redutę wypadową: Średnią Marchię. Wraz z postępem zaboru przesuwał się punkt ciężkości tego nowego organizmu państwowego, który oto rósł jako szósta, nowa dzielnica cesarstwa. Stolicą posiadłości Askańczyków był naprzód Magdeburg, następnie na wiele stuleci stał się nią Brandenburg, od którego poszła nazwa całej prowincji. I tak słowiańska nazwa Branibor zasiliła słownik niemiecki nowym przekręceniem. Nie pierwszy raz.

O Berlinie w dalszym ciągu nie słychać. W dokumentach nazwa ta pojawia się po raz pierwszy w roku 1244. Wobec czego rocznicę należałoby przesunąć o dobre lat kilka. A i wtedy nawet miałoby się do czynienia z rocznicą dosyć wątpliwą, było to bowiem wówczas miasto i małe i nic nie znaczące, w każdym razie nieprzydatne na jubileuszowy wzór.
Przesuwanie na wschód odbywało się pomału. Na razie potęgą był Brandenburg. O wielkiej karierze Berlina zdecydował kierunek, jaki się począł motać z dwóch miejsc środkowej Europy: z Brandenburgii ku Prusom krzyżackim i na odwrót. Oba te ogniska niemieckiego ducha w podobnych znajdowały się warunkach, obydwa żyły tymi samymi celami, obydwa tak samo, w sposób najplugawszy użyły imienia bożego dla oszustwa. Czy można się dziwić, iż powstał pomysł, że się z tych dwóch podobnych sobie kawałków ziemi wyciągną ręce i splotą jednym, jednoczącym uściskiem. Nie zaraz to nastąpiło, ale nastąpiło: urosła na tym cała potęga Prus, uratowała się niemczyzna, która z powodu systemu feudalnego popadła już w zupełne rozbicie, i dokonało się odcięcie Polski od morza. Wszystko za jednym zamachem.

1319 - wymierają Askańczycy;
1415 - władzę obejmują Hohenzollernowie (burgrabiowie z Norymbergi);
1510 - Albrecht Hohenzollern zostaje W. Mistrzem Zakonu;
1525 - sekularyzacja Zakonu;
1618 - połączenie Brandenburgii z Prusami (zatwierdza Zygmunt III Waza).

I jeszcze jedno: poniżyło Brandenburg, a wywyższyło Berlin. z którego bliżej i łatwiej podać rękę ku Prusom Wschodnim. Lecz mimo wszystko długo, bardzo długo zostaje ten Berlin miastem małym, cherlawym, byle jak stawianym. Zaczyna róść dopiero od Fryderyków, którzy zagnieździli się w Poczdamie. Odtąd dopiero znaczenie jego się gruntuje. W przeciągu lat dwustu pięćdziesięciu wydyma się i obrasta tą obszerną brzydotą, przeciw której wystąpił kanclerz Hitler.
Wiadomo więc dziś z całą pewnością, że data roku 1937 datą jubileuszową nie jest; nie jest nią również data 1944, lecz jakaś daleko późniejsza. W ogóle miasta na tym terenie to sprawa osobna. Trzeba ją postawić tak, jak się miała naprawdę, a nie tak, jakby się ją chciało w Niemczech dzisiejszych widzieć.
Zdobywając nowe ziemie Niemcy zakładali na nich miasta.
Z kilku powodów: ażeby mieć punkty zaczepienia w niechętnych stronach. ażeby stwarzać ośrodki życia dla kolonistów z głębi kraju sprowadzanych, ażeby w tych miastach tworzyć administrację kościelną, ażeby wreszcie przeciwstawić się swoim prawem handlowym prawom handlowym słowiańskim.
Bo i taka walka toczyła się na zdobytych terenach, oprócz politycznej i religijnej: biło się prawo z prawem. Prawo 'magdeburskie z prawem słowiańskim. Trzeba to zaznaczyć: ziemie tutejsze, jak wszystkie zachodnie ziemie słowiańskie, były dostatnie, obfitujące w rozliczne dobro i bogactwo. Poza tym prowadziły ożywiony handel wymienny z szerokim światem. Jak wszędzie w Słowiańszczyźnie, były tu grody, a każdy gród miał obok siebie tak zwane "podgrodzie" (suburbium) przeznaczone właśnie na targi, na handel. Wszystko: organizacja rodowa, organizacja książęca i organizacja handlowa związane były razem, w jedną całość.
U Niemców inaczej. Niemcy zapożyczyli ustrój miejski, jak niemal wszystko, co przynosili, z tradycyj rzymskich (poprzez wpływy włosko-flandryjskie; Kolonia i Trewir to dawne obozy rzymskie), dodając trochę swojej feudalnej przymieszki. Było więc i osobne prawo dla miast, które w tych stronach państwa zwało się prawem magdeburskim. Dawało ono dużo przywilejów warstwie mieszczan, kupców i rzemieślników, którzy wyodrębniali się z ogółu ludności, posiadali własny samorząd i własne prawa.

W tych stronach było to prawo jeszcze jednym instrumentem politycznym. Występowało do walki z ładem zastanym. Opierając się na nim, zakładali Askańczycy na tutejszych terenach miasta: Spandawę, Przecław i Kolno (1237 - dziś Colln), która to ostatnia miejscowość dziś do granic wielkiego Berlina została włączona. Tym trybem Kiedyś i Berlin założony został.
W niedawnych jeszcze czasach głośno podtrzymywano opinię, że te wszystkie miasta, które za praniemieckie się uznaje, przez Niemców na pustkowiach zupełnych założone i wyhodowane zostały czyli że taka zasługa i takie dla cywilizacji znaczenie. Ale kilka dokładniejszych ostatnich odkryć wskazało, że we wszystkich nieomal wypadkach te rzekomo niemieckie nowości powstały na gruncie i w obrębie grodów oraz podgrodzi słowiańskich. Dość wskazać na Lubekę, pod której kamienną powłoką kryje się wspaniała słowiańska cywilizacja. Cywilizacja drewniana. Podobnie z Wołyniem [czyli Wolinem]. Zapadający się rynek tego za "urdeutsch" ogłoszonego miasteczka odkrył oczom wspaniałe miasto słowiańskie i poraził prawdą, że długo przedtem, nim ktokolwiek mową niemiecką tu zagadał - wielkie słowiańskie rozsiadło się miasto. Miasto i port.

Tak samo musiało być z miastami w Brandenburgii, tak samo, tylko o wiele później, z Berlinem. I nie wiadomo, czy warto tak te czasy z rozczuleniem wspominać. Obraz nie był znów tak bardzo rozgłosu godny. Te chude, szczupłe miasta były rzadkimi wyspami w wielkim słowiańskim morzu. Historia czyni jeszcze jeden błąd perspektywiczny, jak tyle innych: wspomina tylko o paru miastach, o kilku tysiącach kolonistów, a zapomina, a nic nie mówi o setkach tysięcy ludzi tych stron, którzy przecież nadawali przez stulecia charakter tutejszej ziemi i nadają jej ten charakter do dziś.

Nie, bynajmniej nie przesada!

Przed trzema laty przyjechała na kongres z Polski do Niemiec wycieczka polskich uczonych, mniejsza z tym, jakiej specjalności. Pewien sędziwy uczony niemiecki, tak sędziwy i tak prawego serca, że nie bał się żadnych prześladowań, w następujące powitalne-a najzupełniej prawdziwe i autentyczne odezwał się do Polaków słowa:
- Witajcie na ziemi, która jest ziemią waszych przodków. Witajcie wśród ludzi, którzy - kto wie - czy nie są tej samej, co wy krwi.
Ten stary pan wiedział, co mówi. Historia tych ziem od wieku  trzynastego do dziś dnia jest niczym innym, jak przerabianiem krwi słowiańskiej w krew niemiecką. Jeśli się w te sprawy głęboko i dobrze wmyślić, to można łatwo dojść do nowej a nagłej prawdy, że dzisiejsi mieszkańcy tych stron są w tej samej co najmniej mierze Słowianami, co Niemcami. Bo cóż nazwa?! Nazwa jest tylko przyodzieniem treści. A jeśli treść jest inna niż nazwa, jeśli. się z nią jawnie kłóci, cóż wart jest dźwięk?
W tym miejscu krótka dygresja, która jest równocześnie salutem i hołdem. Dziś jeszcze, w roku 1938, w roku Anschlussu i "obudzenia się wielkich Niemiec", pięć kilometrów od Berlina, w Spreewaldzie wieśniacy mówią słowiańskim językiem. Można ustanowić rocznicę 700-lecia Berlina, ale można być bezradnym wobec takiej prawdy: że trwanie narodu jest długie i niezmożone mimo prześladowań i sposobów takich, na jakie umiały się zdobyć Prusy.
A niedaleko od Berlina, w Spreewaldzie są ludzie, którzy mówią jeszcze po słowiańsku! Warto zanotować ten fakt na wieczną rzeczy pamiątkę. Może się zdarzyć, że systemy germanizacji zostaną ulepszone i że za lat kilkanaście Spreewald czyli "Błota Szprewiańskie" zamilkną, zgnębione ostatecznie, ale ta wiadomość powinna zostać: w roku wyjścia niniejszej książki z druku - mowa słowiańska w najbliższej okolicy Berlina jeszcze do cna nie wygasła!

Ten szlak zresztą w miarę oddalania się ku południowi tężeje i wzmaga się. Bowiem kilkadziesiąt kilometrów od Berlina przybiera nazwę Dolnych i Górnych Łużyc. Mocno to skupiona wyspa słowiańska, która zachowała do dziś dnia swój obyczaj, swój strój, swoją mowę. Mowę, która jest słowo w słowo podobna do kaszubszczyzny, do języka polskiego. Zachowały swój język i odmienność słowiańską zwłaszcza Łużyce Górne o sporej ilości katolików. Protestanckie Łużyce Dolne łatwiej ulegają germanizacji.

Gdyśmy w sierpniu roku zeszłego jechali od Frankfurtu do Drezna, kusiło nas, aby zwiedzić Łużyce. Ale Łużyce akurat od owego sierpnia rozpoczynały swoją nową żałobę. Którą to z rzędu?! Znowu padł rozkaz: Zlikwidować ten żywy wyrzut sumienia! Roznieść Łużyce! Zamknęły się szkoły łużyckie, zanikły domy ludowe, stanęły maszyny drukarskie, zapełniły się więzienia; wielu Łużyczan poszło do obozów koncentracyjnych, z których nie wyszli do dziś.

Jest ich w Niemczech 200.000. Wydawałoby się, że państwo, które cały swój program oparło na pojęciu narodu, powinno mieć szacunek i elita tego narodu, który wykazał taką wytrwałość, takie bohaterstwo ducha. Ale znać, że liczą się tylko bohaterstwa liczebnych nilrodów. Swojego narodu. Cudzych narodów - nie!
Gdym opowiadał w Polsce o tych 200.000, ktoś podał profekt: wymienić za polskich Niemców, nie dać zginąć szczepowi, który jest korzeniom naszego narodu najbliższy. Projekt, który powinien pójść pod rozwagę. Mogliśmy przyjąć po wojnie pół miliona rosyjskich Żydów, czemu nie moglibyśmy przygarnąć Łużyczan?
Ale jakkolwiek jest, jakkolwiek będzie, na słowo Łużyce powinien bić apel, powinna padać komenda "baczność".
Baczność! Prezentuj broń. Łużyce, lud, który za Chrobrego żył w granicach Polski, rozpoczął agonię.


Siedem stuleci temu, może o tej samej godzinie zbliżał się pod wały słowiańskiego grodziszcza Berlina inny pochód: Karol Boromeus Mueller na łaciatej chabecie zjawiał się we własnej kupieckiej osobie, aby nędzne paciorki i świecidła wymienić na bogactwa słowiańskiej ziemi.
(...)

1. W czworoboku o granicach: płd. brzeg Bałtyku - linia prosta od ujścia Łaby przez Czeski Las ku Dunajowi - Dunaj - Wisła trwa od końca neolitu wielka kultura rolnicza - prarodzic Słowiańszczyzny. Tu w II okresie epoki brązowej wyłania się jako zwarta i jednolita całość wybitnie rolnicza kultura cmentarzysk popielnicowych typu łużyckiego, z której wywodzimy się wraz z resztą Słowian.
2. Już od młodszej epoki brązowej poczynając uderzają w nas od zachodu przybyłe ze Skandynawii ludy koczownicze. Tym samym szlakiem idzie później poprzez całe wieki napór niemiecki.

3. Niektóre z tych ludów przejściowo zajmują nasze ziemie, ale opuszczają je niebawem, znęcone widokiem łupów i wygodniejszego życia na terytorium rozpadającego się cesarstwa rzymskiego.

S T Ą D     W N I O S K I

1. Na ziemiach tych siedzimy z górą ... cztery tysiące lat. Wyrośliśmy z kultury rolniczej, która przede wszystkim tworzy cywilizację, a nie z włóczęgi.  
2. Ziemie te zraszają dwie rzeki: Odra i Wisła. Rzeki te są odwiecznie nasze.  
3. Na ziemiach tych byliśmy, jesteśmy i będziemy.





Błyskawicznie spadł nalot niemczyzny (liczby ilustruja % Niemców)


Kartograficzne wydawnictwa niemieckie oraz niemiecka literatura polityczna wprowadziły ,pojęcie "Zwangsgrenzen" - granic wymuszonych. Z tysiąca kilometrów granicy polsko-niemieckiej na swoim wschodzie uznają Niemcy [w 1939r.] tylko kilkudziesięciokilometrowy odcinek między Kępnem a Lublińcem. Reszta to "Zwangsgrenzen".


SPÓR O GRANICĘ autor: Wacław Boratyński, poległ w 1939r.


Inne fragmenty dzieła na stronie CTTTRLKOQ -->[url=http://www.naszawitryna.pl" onclick="window.open(this.href);return false;]www.naszawitryna.pl[/url]

Wytępienie Polaków w wypowiedziach niemieckich mężów stanu

A notion of Ausrottung in German and extermination in English,
a well established goal of German policy against non-Germans:

"Haut doch die Polen, dass sie am Leben verzagen. Ich habe alles Mitgefuehl fuer ihre Lage, aber wir koennen, wenn wir bestehn wollen, nichts andres thun, als sie ausrotten; der Wolf kann nicht dafuer, dass er von Gott geschaffen ist, wie er ist, und man schiesst ihn doch dafuer todt, wenn man kann."
"Let's beat the Poles until they despair of life. I have all pity for their situation, but we can do nothing else, if we want to subsist, than to exterminate them; the wolf cannot help having been made by God as it is, and yet one shoots him dead for it when one can."
Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia. Współczuję sytuacji, w jakiej się znajdują. Jeżeli wszakże chcemy przetrwać, mamy tylko jedno wyjście - wytępić ich; wilk nic nie poradzi na to, że Bóg go stworzył jakim jest, a jednak do wilka strzela się, kiedy tylko można."
Otto von Bismarck, a letter of 26 March 1861 to his sister Malwine, written from St Petersburg, Russia, where Bismarck was Prussian Ambassador. Source: "Gesammelte Werke", XIV/I page 568, quoted in Hans Rothfels, "Bismarck, der Osten und das Reich", page 75.

"Ich bitte Sie, das, was ich Ihnen in diesem Kreise sage, wirklich nur zu hören und nie darüber zu sprechen. Es trat an uns die Frage heran: Wie ist es mit den Frauen und Kindern? – Ich habe mich entschlossen, auch hier eine ganz klare Lösung zu finden. Ich hielt mich nämlich nicht für berechtigt, die Männer auszurotten – sprich also, umzubringen oder umbringen zu lassen – und die Rächer in Gestalt der Kinder für unsere Söhne und Enkel groß werden zu lassen. Es mußte der schwere Entschluß gefaßt werden, dieses Volk von der Erde verschwinden zu lassen."
"I ask you that what I tell you in this circle you will really only hear and never talk about it. The question came up to us: What do to with the women and children? – I decided to find a very clear solution also in this respect. This because I didn’t consider myself entitled to exterminate the men – that is, to kill them or to have them killed – and to let the children grow up as avengers against our sons and grandsons. The difficult decision had to be taken to make this people disappear from the earth."
Heinrich Himmler's statement at his Poznan, Poland, speech on 6 October 1943.Source: Märthesheimer/Frenzel, Im Kreuzfeuer: Der Fernsehfilm Holocaust. Eine Nation ist betroffen, Fischer Taschenbuch Verlag GmbH Frankfurt am Main 1979, pages 112 to 114. Reference of quote: Heinrich Himmler, Geheimreden 1933 bis 1945, edited by Bradley F. Smith and Agnes F. Peterson, Berlin 1974, pages 169
Więcej tutaj

Der Krieg würde bis
zur völligen Vernichtung Polens geführt
mit größter Brutalität und ohne Rücksichten.

Hitler  
na odprawie dowódców formacji Wehrmacht
Obersalzberg, 22. sierpnia 1939
Naszą siłą jest nasza szybkość i brutalność.  Dżyngis Chan rzucił na śmierć miliony kobiet i dzieci świadomie i z lekkim sercem – historia widzi w nim tylko wielkiego założyciela państw. Nie ma znaczenia, co o mnie sądzi słaba cywilizacja zachodnioeuropejska. Wydałem rozkaz - i zastrzelę każdego, kto wyrazi choć jedno słowo krytyki - że celem wojny nie jest osiągnięcie jakiejś linii geograficznej, ale fizyczna eksterminacja  wrogów. Obecnie tylko na wschodzie umieściłem oddziały SS Totenkopf  (Z TRUPIĄ GŁÓWKĄ), dając im rozkaz nieugiętego i bezlitosnego zabijania kobiet i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy, bo tylko tą drogą zdobyć możemy potrzebną nam przestrzeń życiową.  Kto w naszych czasach jeszcze mówi o eksterminacji Ormian?


"Jak nie wiesz o co chodzi z Ormianami to zobacz na "Żydo-tureckie ludobójstwo na Ormianach"

Gustaf Kossinna
- według prof. Józefa Kostrzewskiego -
 nacjonalista niemiecki,
gloryfikator prahistorycznej kultury germańskiej
i prekursor narodowego socjalizmu,
był wysoko ceniony w Niemczech, zwłaszcza po zwycięstwie wyborczym
Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec (NSDAP).
Od 1933 do 1936 roku pojawiły się
3 wydania książki Kossinny "Die deutsche Vorgeschichte"

Wydanie siódme z 1936 r. (Ryc. 1.)
poprzedza przedmowa (Ryc. 2.)
z obszerną wypowiedzią przewodniczącego
Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec
i kanclerza Rzeszy Niemieckiej Adolfa Hitlera (Ryc. 3.),
w której uznano zasługi Kossinny
dla uzasadnienia parcia Niemców na wschód.

Fałszerstwa interpretacyjne
znalezisk archeologicznych
w wykonaniu Kossinny ilustruje Ryc. 4.,
a  Ryc. 5.  jego oddanie
niemal zrealizowanej przez Niemców pod wodzą Hitlera
idei powrotu Germanów do ich ojczystych siedzib nad Wisłą (sic!).

Tekst i ryciny na stronie
PROFESOR JÓZEF KOSTRZEWSKI
NAJBARDZIEJ WYBITNY POLSKI ARCHEOLOG
ODKRYWCA PRASŁOWIAŃSKIEGO BISKUPINA
WZÓR PATRIOTY, SPOŁECZNIKA I NAUKOWCA

Józef Kostrzewski
"Z mego życia. Pamiętnik", Ossolineum 1970



Historyczna nowa szkoła
Historyczna nowa szkoła
Swą metodę badań ścisłą,
Sprowadzoną hurtem z Niemiec,
Rozpowszechnia ponad Wisłą
I, nabywszy pogląd świeży,
Nowym łokciem dzieje mierzy.

(...)

I tak dalej... i tak dalej...
Coraz śmielsze wnioski przędzie
I, nicując dawne sądy,
Nie powstrzyma się w zapędzie,
Aż dowiedzie, że król Herod
Dobroczyńcą był dla sierot.

Adam Asnyk

Uzasadniane fałszywymi danymi  o zasięgu języka niemieckiego
rewindykacje terytorialne są dla Niemców
trwale przydatnym pretekstem napaści na państwa sąsiednie
w celu kradzieży cudzej własności, zwłaszcza ziemi
oraz czystek etniczych w formie ludobójstwa
dokonywanych w imię wyzwolenia Niemców spod urojonych prześladowań.
więcej: THE STRUGGLES FOR POLAND, PART 4

Richard Suchenwirth, "Deutsche Geschichte", Lipsk 1937


Ernst Frank, Sudetenland - Deutsches Land, Zgorzelec/Lipsk 1941


L'Illustration Paris, 2. lipca 1938r.


Niemiecki Atlas Szkolny 1942
Deutscher Schulatlas 1942

Europa jako przestrzeń życiowa w październiku 1942
Europa als Lebensraum, Oktober 1942

Rozbudowa Rzeszy Wielkoniemieckiej od 1933r.
Der Aufbau des Grossdetschen Reiches seit 1933

Jednostki administracyjne Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec
Die Gaueinteilung der NSDAP (Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei)



Felieton
29. czerwca 2007r.


Będąc zwykłymi ludźmi, nie umiemy przewidzieć przyszłości, nie za dobrze potrafimy zrozumieć znaczenia zdarzeń aktualnych, a o przeszłości wiemy tylko tyle, co powiedzą nam o niej inni.

Jeszcze gorzej bywa z oceną wypowiedzi i postępowania osób nawet nam bliskich, ale jednak odrębnych, a tym bardziej takich, których wprawdzie osobiście nie znamy, ale jesteśmy od nich zależni, W megaskali od decyzji osób aktualnie sprawujących władze zależy nie tylko teraźniejszość i bliska przyszłość milionów ludzi, lecz także losy narodu i państwa w nieodgadnionej perspektywie nadchodzących dziejów świata. Intencje każdego człowieka są zagadką i nigdy nie wiadomo, jak odnieść się do czyichś słów i czynów, dopóki po upływie wielu nieraz lat nie doczeka się ich odległych skutków. Długotrwałość procesów politycznych przekracza ludzkie możliwości obserwacji. Co to jest 60, 70, w najlepszym wypadku 80 lat świadomego życia, wobec zjawisk trwających po kilkaset i więcej lat. Możemy być świadkami tylko początkowego etapu jakiegoś ciągu zdarzeń. Dlatego rozsądek nakazuje korzystać z mądrości i doświadczenia, które zgromadziły nasze rodziny, a zwłaszcza rodzina rodzin, czyli w naród. Naród, jak każda rodzina, składa się z ludzi lojalnych i nielojalnych w stosunku do wyróżniającej tożsamości i wspólnoty interesów, gotowych do opowiedzenia się za wspólnym dobrem i obojętnych, a nawet wrogich, choćby deklarujących najszczersze oddanie wspólnocie. Żyjąc pod jednym niebem, jak pod jednym dachem, początkowo obcy sobie ludzie stają się z reguły coraz sobie bliżsi, lepiej się rozumieją, unikają zadrażnień, uzupełniają się, a w chwili zagrożenia nie wbijają obrońcom wspólnego domu noża w plecy, nie wysługują się wrogom, nie zagarniają mienia bohaterów, nie dopuszczają się zdrady. Kryterium lojalności musi być stale przywoływane w Polsce, której położenie i cechy charakteru rdzennych mieszkańców wręcz zapraszają obcych do korzystania z przyjaźni ziemi i ludzi.

Podczas drugiej wojny światowej zginął co piąty obywatel Polski, a co trzeci został dla Polski utracony. Gdyby nie druga wojna światowa, która odebrała Państwu Polskiemu 11 milionów 400 tysięcy obywateli, czyli 32,3%, w roku 2007 nasz kraj liczyłby o 27,5 miliona, czyli 41,7%, więcej obywateli niż obecne 38,5 miliona. Ostatnie wydarzenia polityczne wyraźnie dowodzą, że strata obywateli w żadnym razie nie ma znaczenia tylko historycznego, a jak najbardziej przekłada się na polityczno-gospodarczą teraźniejszość i najbliższą przyszłość. Należy często i wyraźnie powtarzać, że gdyby sojusz Niemiec, których spadkobiercą jest obecna Republika Federalna Niemiec i Sowietów, których następcą prawnym jest Federacja Rosyjska nie napadł na Polskę w 1939r., Polska liczyłaby obecnie 66 milionów ludzi. Cytowane z lubością w Polsce opinie polakożerczych środków masowego przekazu ukazujących się w Niemczech i innych krajach dziwnej koalicji propagandowej stwarzają wrażenie, że dla Europejczyków wypominanie Niemcom ich zbrodni wojennych jest przejawem polskiego nacjonalizmu. Nic bardziej fałszywego. Oto na stronach internetowy brytyjskiego dziennika Daily Mail w dniu 22. czerwca pojawił się sondaż opinii publicznej, w którym należało odpowiedzieć tak lub nie na pytanie redakcji: Czy Polska miała rację wypominając Niemcom nazistowską przeszłość? Dwóch na trzech biorących udział w sondażu Daily Mail odpowiedziało, że Polska miała rację wypominając Niemcom nazistowską przeszłość. Należy sądzić, że wynik sondażu byłby jeszcze bardziej miażdżący dla rzeczników czerpania korzyści z niedawnej eksterminacji ludności Polski, gdyby wszyscy Europejczycy wiedzieli, że część uciekinierów przed karą za  wywołanie wojny domaga się zwrotu pozostawionego za sobą mienia i w tym zakresie znajduje poparcie polityków Republiki Federalnej Niemiec zajmujących najwyższe stanowiska i w tym państwie i w strukturach europejskich. Czyli doktryną Niemiec usiłujących narzucić swoją wolę całemu kontynentowi jest praktyczny rewizjonizm i konstytucyjnie umocowane roszczenia terytorialne do 1/3 obszaru państwa sąsiedniego, czyli Polski. Dlaczego o tym Europejczycy nie wiedzą? Dlaczego ewidentne łamanie praw człowieka w Niemczech, w których nie wolno używać języka polskiego w rozmowie rodziców z dziećmi, jest zagłuszane socjalistycznym rykiem w Europarlamencie przypisujących nam wyimaginowane cechy i winy? Gdzie są ludzie wynagradzani za kreowanie wizerunku Polski i Polaków, a gdzie lojalność mniejszości niemieckiej w Polsce, która - bez wzajemności w Bundestagu - ma zapewnione dwa miejsca w Sejmie?

W związku z przypomnieniem Niemcom ich potwornej przeszłości, nawet w Polsce odezwały się szydercze głosy Polaków, że sięganie do doświadczeń drugiej wojny światowej jest równie kompromitujące, jak przypominanie złowieszczej roli Krzyżaków w naszej części Europy. No cóż. dla odparcia argumentacji świadomych i mimowolnych członków stronnictwa pruskiego warto jednak w kilku słowach przypomnieć wydarzenia sprzed niemal ośmiuset lat, których konsekwencje do dzisiaj, jak się okazuje, zagrażają Polakom zagładą. Na początku XIII wieku Hermann von Salza, wielki mistrz zakonu krzyżackiego, doszedł do wniosku, że pobyt w Palestynie jest zbyt niebezpieczny i zaczął szukać miejsca w Europie. Po krótkim pobycie na Węgrzech, skąd został wypędzony za nielojalność, w 1226r. Krzyżacy trafili na ziemię chełmińską zaproszeni przez Konrada Mazowieckiego namówionego przez Jadwigę, żonę Henryka Brodatego, a szwagierkę króla Węgier Andrzeja II, który to właśnie wypędził Krzyżaków za łamanie umów. Przyszła śląska święta nie wiedziała, że  następstwem jej rekomendacji, będzie sprowadzenie na Polaków i ludy nam najbliższe sprawców bezlitosnej grabieży, rozpasanego okrucieństwa,  mordowania kobiet i dzieci. Od roku 1308 do 1945, przez 637 lat Polacy masowo ginęli z rąk Krzyżaków i ich ideologicznych następców z łupieżcą Śląska Fryderykiem II, katem Polaków Bismarckiem i ludobójcą Hitlerem na czele. O tym na zachodzie Europy wielu słuchać nie chce. Widać wśród piewców tolerancji wykorzystywanej do propagandowych nagonek na Polskę nadal obowiązuje rasistowska zasada SLAVICA NON LEGUNTUR – pism słowiańskich nie czyta się.


dr Zbigniew Hałat


Zobacz na:
Ziemia gromadzi prochy - Józef Kisielewski
viewtopic.php?f=151&t=530
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Odp: DRANG NACH OSTEN
« Reply #1 on: (Fri) 10.04.2015, 21:53:01 »
O Gustafie Kossinnie i kossinizmie – wspomina profesor Józef Kostrzewski oraz kilka słów o samym profesorze (1885- 1969)

Ponieważ często mówimy o kossinizmie i neokossinizmie, a nieczęsto mamy okazję sięgnąć po źródła i wspomnienia osób które zetknęły się osobiście z pewnymi osobami i zjawiskami – jak i w tym przypadku – postanowiliśmy przypomnieć nie tylko postać samego Gustafa Kossinny (tak kazał się pisać ten zgermanizowany Słowianin – Gustaw Kosina), współtwórcy ideologii nazistowskiej, w bezpośredniej relacji jego ucznia – profesora Józefa Kostrzewskiego. Także ,z racji odkryć genetycznych dokonanych między 2008 – a 2010 rokiem, które potwierdzają racje i argumenty Józefa Kostrzewskiego – przypominamy i jego postać.

Niech ten artykuł posłuży wszystkim do refleksji: Miejmy własny sąd i opierajmy go na własnej WIEDZY, nie przyłączajmy się nigdy swoim głosem do wycia „watahy” i nie wygłaszajmy sądów ostatecznych z wyżyn OBIEKTYWNEJ WSZECHMĄDROŚCI. W dzisiejszych czasach weryfikacja takich sądów może być błyskawiczna – na co wskazuje ostatni zamieszczony tutaj materiał „Archeologia niezgody” – między jego publikacją w roku 2000 a obaleniem jego tezy, iż poglądy Kostrzewskiego są dzisiaj „folklorem naukowym” co nastąpiło dzięki rewelacjom GENETYKI w roku 2010, minęło tylko 10 lat. Takie jest tempo rozwoju współczesnej nauki.

ze strony WWW: http://www.halat.pl/jkostrzewski.html#


PROFESOR JÓZEF KOSTRZEWSKI (1885 – 1969) WYBITNY POLSKI ARCHEOLOG ODKRYWCA PRASŁOWIAŃSKIEGO BISKUPINA

Józef Kostrzewski „Z mego życia. Pamiętnik”, Ossolineum 1970 – wybór fragmentów –

I MŁODE LATA

Zachęcony przez przyjaciół, spisuję garść wspomnień z mego życia, posługując się w znacznej części pamięcią, ponieważ całą korespondencję bierną przechowywaną troskliwie od czasów gimnazjalnych, spaliłem w październiku 1939 r., nie chcąc, aby dostała się w ręce okupantów.
Urodziłem się dn. 25 lutego 1885 r. w Węglewie pod Pobiedziskami w ówczesnym powiecie gnieźnieńskim, obecnie zaś poznańskim. Matka moja Elżbieta z domu Brońkańska była córką powstańca z lat 1830-1831, urodzonego około r. 1810 w Lubczy Jarosławskiej, z ojca Szymona Cichockiego i matki Katarzyny z Piotrowskich. W chwili wybuchu powstania dziadek pracował w fabryce sukna gen. Zajączka w Opatówku w pow. kaliskim. Zgłosił się natychmiast jako ochotnik do pułku wolnych strzelców kaliskich, walczył pod Różanami, Ostrołęką i Rajgrodem i odbył kampanię litewską korpusu Giełguda, ale nie przeszedł wraz z resztą korpusu granicy pruskiej, lecz wrócił pod komendą pułkownika Józefa Zaliwskiego do Warszawy. Po upadku powstania wcielony do wojska rosyjskiego uciekł ze szpitala i ukrywał się po lasach aż do jesieni 1833 r., licząc wciąż na wznowienie walki zbrojnej. Uzyskawszy legitymację jakiegoś Bronka zmienił nazwisko na Brońkański i po wielu latach tułaczki w Małopolsce i na Sląsku osiadł w Ostrowie Wielkopolskim, gdzie otworzył pierwszy polski sklep kolonialny, ożenił się z Józefą Drygasówną z Kalisza i dochował się ośmiorga dzieci. Zmarł 18 VI 1884 r. w Ostrowie. Matka moja przed wyjściem za mąż przez kilka lat prowadziła gospodarstwo bratu swojemu, ks. Hieronimowi Brońkańskiemu, który był proboszczem w Węglewie. We wrześniu 1883 r. matka wyszła za mąż za Stanisława Kostrzewskiego, rolnika, syna Fabiana i Józefy z Turkowskich.
(…)
W grudniu 1905 r. ukazały się w miejscowej gazecie „Lech” dwa moje pierwsze artykuły dziennikarskie (oczywiście niepodpisane): 29 listopada (w numerze z dn. 1 grudnia) i Dobrowolna germanizacja (w numerze z 23 czy też 24 grudnia). Były to początki mojej działalności publicystycznej, szczególnie obfitej w czasie I wojny światowej i w okresie międzywojennym. W roku 1903 zetknąłem się po raz pierwszy z ruchem przeciwalkoholowym. Był to okres ruchów etycznych zainicjowany przez prof. dra Wincentego Lutosławskiego w Krakowie, który w r. 1902 stworzył tam towarzystwo, a raczej bractwo Eleusis, wymagające od członków poczwórnej wstrzemięźliwości, od alkoholu, tytoniu, kart i loterii. oraz rozpusty. Celem. tej organizacji było samowychowanie drogą opanowania nałogów, oparte na braterstwie, religijności i kulcie trzech wieszczów. Członkowie Eleusis nazywali się elsami i dzielili się na członków próbnych, zwyczajnych i wolnych. Członkowie próbni składali przyrzeczenie poczwórnej wstrzemięźliwości na okres jednego roku. Po roku próby Wydział towarzystwa mógł przyjąć członka próbnego na zwyczajnego, jeżeli w ciągu roku nie złamał przyrzeczenia. Członkowie wolni byli wybierani jednomyślnie przez Wydział spośród tych członków zwyczajnych, co położyli zasługi na polu działania towarzystwa. Z organizacją tą zaznajomiłem się dzięki przybyciu do Gniezna dwóch studentów z Krakowa, członków towarzystwa. Jeden z nich nazywał się Ludomił Czerniewski, nazwiska drugiego nie pamiętam. W mojej stancji, u pani Kuczkowskiej wygłosili oni w małym gronie wykłady o celach Eleusis i pozyskali na razie mnie i kolegę Kazimierza Łuczewskiego. Z kilku dalszymi kolegami z Poznania, Władysławem Marcinkowskim i Bogusławem Zielińskim, braćmi Seydlikami i z wymienionym wyżej Teodorem Kozubskim z Kędzierzyna i dwiema kuzynkami, Jadwigą Drożdżewską z Poznania i Marią Poturalską z Ostrowa, utworzyliśmy oddział wielkopoIski Eleusis. Jak widać ze składu członków, była to organizacja na wskroś demokratyczna.
Działalność nasza musiała być – rzecz jasna _ ze względów politycznych zakonspirowana. Nie dość bowiem ostrożna praca elsów śląskich naraziła ich w r. 1905 na prześladowania ze strony władz pruskich i spowodowała skazanie 23 członków Eleusis, to jest Joachima Sołtysa i jego towarzyszy, przez sąd w Gliwicach na kary więzienne od kilku miesięcy aż do sześciu lat. Wśród „gimnazjastów” gnieźnieńskich, a zapewne również w innych gimnazjach, istniał zwyczaj urządzania przez maturzystów tzw. fidułek pożegnalnych, przy czym wypijano beczkę piwa i nieraz upijano się. Przeciwko tym fidułkom zwracaliśmy się, zaznaczając, że uzyskawszy świadectwo dojrzałości umysłowej nie należy u progu życia samodzielnego manifestować swej niedojrzałości moralnej.
(…)

II. LATA UNIWERSYTECKIE

Wiosną 1907 r. zapisałem się na medycynę w uniwersytecie wrocławskim. Matka pragnęła, żebym został księdzem, do czego skłaniałem się pierwotnie sam, lecz moja miłość do Jadwigi przeważyła decyzję na korzyść medycyny. Kierowała mną też myśl poświęcenia się walce z chorobami społecznymi, przede wszystkim z alkoholizmem, paleniem tytoniu i chorobami wenerycznymi. W 1907 r. wziąłem udział w międzynarodowym kongresie przeciwalkoholowym w Sztokholmie. Delegacja polska na kongres składała się z blisko 20 osób. W skład jej wchodzili m. in. dr Zofia Daszyńska-Golińska, sędzia Jakub Glass z Warszawy, ks. prob. Kazimierz Niesiołowski z Pleszewa, organizator ruchu przeciwalkoholowego w ówczesnym zaborze pruskim. ks. prob. Mrugas z Niechanowa, ks. Nikodem Cieszyński z Poznania, student Władysław Marcinkowski i inni, których nazwisk nie pamiętam. Na koszta podróży zarobiłem sobie pisaniem korespondencji z kongresu w „Kurierze Poznańskim” i „Dzienniku Poznańskim”. W czasie kongresu jedna z referentek, dr Zofia Daszyńska-Golińska, zaznaczyła, że brutalność Prusaków w postępowaniu z Polakami tłumaczy się m. in. żłopaniem przez nich piwa, na co Niemcy uczestniczący w kongresie zareagowali protestem u kierownictwa kongresu i przypięciem w dniu następnym kokardek w barwach niemieckich.
(…)
W czasie studiów we Wrocławiu uczyłem dzieci języka i historii polskiej, m. in. dwóch chłopców szewca Kędzi, mieszkającego w piwnicy na ówczesnym placu Tauentziena, dziś plac Kościuszki. Wyjeżdżaliśmy też w niedzielę i święta z kolegami do wsi podwrocławskich, gdzie pracowali polscy robotnicy sezonowi, którym zawoziliśmy gazety i czasopisma polskie. Uczestniczyliśmy również w życiu miejscowej, dość licznej  kolonii polskiej, urządzając dla niej przedstawienia amatorskie. Wystawialiśmy m. in. trzecią część Dziadów, w których ja grałem rolę Żegoty. Przez dłuższy okres  pełniłem też funkcję bibliotekarza w tajnej studenckiej bibliotece polskiej, znajdującej się w mieszkaniu krawca Jarmuża przy dzisiejszej ulicy Odrzańskiej
(…)
Wróciwszy latem 1911 roku z Londynu spędziłem następne trzy lata na studiach prehistorii w Berlinie. Poza archeologią prahistoryczną musiałem studiować, podobnie jak wszyscy słuchacze wydziału filozoficznego, obowiązkowo filozofię, a ponadto jeszcze historię sztuki i archeologię klasyczną, określaną obecnie jako archeologia śródziemnomorska. Archeologia prahistoryczna bowiem nie mogła być wówczas jeszcze przedmiotem głównym przy doktoracie, nie ciesząc się jeszcze pełnią praw w stosunku do innych starszych nauk. Przyczynił się do tego również m. in. wojowniczy charakter prof. Kossinny, jedynego profesora prahistorii na obszarze Niemiec, który naraził się ostrym i zaczepnym tonem swych polemik kolegom na wydziale filozoficznym. Prof. dr Gustaf Kossinna, który pisał swe imię stale przez f, podobnie jak Skandynawowie, był doskonałym pedagogiem o ogromnej wiedzy i świetnym znawcą materiału wykopaliskowego i można się było u niego wiele nauczyć. Pochodził on, jak samo nazwisko wskazuje, ze zgermanizowanej rodziny mazurskiej i urodził się 28 IX 1858 r. w Tylży w ówczesnych Prusach Wschodnich.
(…)
Był to nacjonalista niemiecki, gloryfikator prahistorycznej kultury germańskiej i prekursor narodowego socjalizmu, który w Skandynawii dopatrywał się prakolebki wszystkich ludów europejskich, jakie miały wyroić się stamtąd w młodszej epoce kamiennej. Z entuzjazmem mówił o przodującej roli rasy nordyjskiej w pradziejach Europy, jakkolwiek sam był niskiego wzrostu i miał niewielki chyba zastrzyk krwi niemieckiej. Prof. A. Schliz nazwał go kiedyś w polemice z nim „der Germanist mit dem slawischen Namen”, Kossinna bowiem ukończył studium germanistyki i dopiero później poświęcił się prahistorii. Dziwi się też Kossinna, że Polacy piszą nazwisko jego często przez jedno n, co tłumaczy się po prostu pochodzeniem jego nazwiska z polskiego Kosina. Znany jest zaścianek szlachecki Kosiny na Mazowszu, a poza tym kilka osad zwanych Kosin na Pomorzu i wieś Kosina w Łańcuckiem. W r. 1909 założył Kossinna niemieckie towarzystwo prehistoryczne: Gesellschaft fuer Deutsche Vorgeschichte, którego nazwę zmienił w r. 1913 na Deutsche Gesellschaft fur Vorgeschichte;
(…)
Mimo, że Kossinna był bardzo przystępny i miał do uczniów swoich raczej stosunek starszego kolegi, to jednak dla cudzoziemców był nieraz brutalny, jak świadczy jego powiedzenie, kiedy mieliśmy przejść do omawiania wczesnośredniowiecznej kultury słowiańskiej: „jetzt werden wir die slawische Kultur oder vielmehr die slawische Unkultur behandeln” (teraz będziemy zajmować się kulturą, a właściwie brakiem kultury u Słowian), a trzeba dodać, że zdanie to wypowiedział w obecności dwóch Słowian: Bułgara Czilingirowa i mnie.
(…)
Wiosną 1919 r. opublikowałem barwną mapkę narodowościową ziem dotychczasowego zaboru pruskiego, ze statystyką narodowościową tej dzielnicy dla poparcia naszych żądań na kongresie pokojowym.
(…)
Statystyki zawarte w tej publikacji oparte były na urzędowych spisach ludności W Prusach, przeprowadzonych w roku 1910, uzupełnione znacznie korzystniejszą dla nas statystyką polskich dzieci szkolnych z r. 1911. Już od początku listopada 1918 r. pisałem artykuły w „Kurierze Poznańskim” na temat stosunków narodowościowych w Wielkopolsce i w Prusach Królewskich, polemizując z twierdzeniami niemieckimi o Poznańskiem jako terenie mieszanym narodowościowo, gdzie rzekomo niepodobna pociągnąć linii granicznej między terytorium z przewagą ludności polskiej i niemieckiej. Wykazałem w tych artykułach, że nawet tendencyjna statystyka niemiecka z 1910 r. nie może zaprzeczyć, że mimo zniemczenia zachodnich i północnych powiatów Poznańskie jako całość liczyło 67,46% ludności polskiej i że było niemniej polskie niż Westfalia niemiecka, w której w r. 1906 mieszkało blisko ćwierćmiliona Polaków, a poza tym liczni Holendrzy i Włosi. W dniu 22 grudnia ogłosiłem w „Kurierze Poznańskim” artykuł Gdańsk i Strasburg,, w którym zwracałem uwagę na analogie istniejące między obu tymi miastami i na konieczność równorzędnego ich potraktowania przez kongres pokojowy obradujący w Wersalu, bo skoro Francja żąda zwrotu Strasburga, liczącego w r. 1905 tylko 2,2% ludności francuskiej, to powinno się Polsce przyznać także Gdańsk, mający w 1910 r. 3,2% ludności polskiej, otoczony wsiami o przewadze ludności polskiej i związany historycznie z Polską.
Kiedy w połowie maja ogłoszono warunki pokojowe, w których zaproponowano stworzenie wolnego miasta Gdańska i poważne okrojenie naszych granic na zachodzie, dając Niemcom niejako premię za skuteczną akcję germanizacyjną i karząc Polskę za tolerancję naszych przodków, którzy zezwalali na masowe osiedlanie się obcych przybyszów u zachodnich naszych rubieży, budowali im zbory i szkoły, gwarantując im swobodę wyznania i języka, w artykule: Czy równa miara? zwróciłem uwagę na fakt oddania Czechom dawnej granicy historycznej mimo zamieszkiwania na tym obszarze kilku milionów Niemców i na odmienne potraktowanie Polski, której nie przywrócono j ej granic historycznych na zachodzie, pozostawiając ogromny szmat dawnych ziem Polski Niemcom. Wreszcie w artykule: Polonia irredenta z 1 czerwca 1919 r. zaznaczyłem, co następuje: „Jedno jest pewne. że naród nasz braci niewyzwolonych nigdy się nie wyrzecze i nie zapomni. Możemy chwilowo nie mieć sił i możności odzyskania nie przyznanych nam ziem kresowych, ale dążenia do połączenia ich z macierzą będzie świętym przykazaniem każdego Polaka i przyjdzie czas, że z bronią w ręku upomnimy się o kresy utracone. Narodowi, który w przeciągu tysiąclecia swych dziejów na zachodnich rubieżach ponosił same tylko straty terytorialne, cofając się stale pod systematycznym naporem nigdy nie nasyconej wrogiej potęgi, nie wolno już obecnie nic uronić ze swych praw i z historycznego stanu posiadania. Nie będziemy prawowali się z Niemcami o granice, które ongiś Bolesław Wielki mieczem wykreślił i słupami żelaznymi w Łabie i Sali oznaczał, ale granice z r. 1772 są minimum naszych żądań, od którego odstąpić nie możemy. Jeżeliby zaś kongres pokojowy mający ustalić nowe, sprawiedliwe zasady współżycia narodów i rządzenia światem miał w stosunku do Polski stanąć na stanowisku faktów dokonanych i sankcjonując gwałt oddać Niemcom  niejako w nagrodę za skuteczną robotę germanizacyjną – nasze kresy zniemczone, potrafimy stąd i dla siebie wysnuć odpowiednie wnioski. Nazbyt już długo Polska była błędnym rycerzem wśród narodów świata (the knight among nations), jak ją nazwał sympatyzujący z nami Amerykanin, przelewającym krew najlepszych synów za cudzą sprawę i liczącą w zamian na cudzą pomoc i sprawiedliwość. Czas nam realniej spojrzeć na sprawy tego świata i zrozumieć, że dziś jak zawsze – mimo szczytnych haseł – światem rządzi siła i że o tyle zdołamy zrealizować słuszne swe aspiracje narodowe, o ile siłą żądania swe poprzeć zdołamy”. Żyjąc dość długo zdołałem doczekać spełnienia się swych nadziei i dożyć, że w wyniku II wojny światowej sztandary polskie załopotały nie tylko nad Gdańskiem, lecz również nad Wrocławiem i Szczecinem.
(…)

V. MOJE WALKI Z NACJONALISTYCZNYMI POGLĄDAMI ARCHEOLOGÓW NIEMIECKICH

W r. 1925 rozpoczął Bolko von Richthofen systematyczną kampanię przeciwko moim poglądom na pradzieje Polski. W tym roku ogłosił on w czasopiśmie niemieckim ukazującym się w Poznaniu: „Deutsche Blaetter in Polen”, artykuł pod tytułem: Ist Posen urpolnisches Land?, w którym odmawia Wielkopolsce charakteru ziemi prapolskiej, a w r. 1926 w czasopiśmie „Der Oberschlesier” artykuł pt. Ist Oberschlesien urpolnisches Land? W obu wypadkach Richthofen wojuje z wiatrakami, bo w mych pracach chodziło mi tylko o p r a s ł o w i a ń s k i, a nie o prapolski charakter Polski w epoce brązu, kiedy o Polakach jeszcze mowy być nie mogło. Dopiero w początku r. 1927 zareagowałem na twierdzenia Richthofena w artykule O prawach naszych do Śląska w świetle pradziejów tej dzielnicy, zamieszczonym w roczniku II „Z otchłani wieków”, s. 1-9. Napiętnowałem tam tendencyjne wypowiedzi Kossinny o stanie kultury ludności słowiańskiej okresu rzymskiego, o której ten autor mówi, że „hołdowali oni już wówczas pewnego rodzaju bolszewizmowi, złagodzonemu jedynie przez niemożliwość zbierania się w większych gromadach i przez skrajny brak potrzeb. Dla Germanów, których zawsze, a przede wszystkim w czasie wojny, ożywia pragnienie prawa i ładu (!), byli oni przedmiotem wstrętu i ohydy”. Podałem też do wiadomości inne wprost zabawne twierdzenie tegoż archeologa, że kultura brązowa kończyła się na linii dawnej granicy prusko-rosyjskiej na Prośnie (?), a reszta Polski wraz z całą wschodnią Europą stanowiła w epoce brązu beznadziejną pustynię („eine trostlose Einoede”).[Całą absurdalność tego twierdzenia wykazała moja praca pt. Skarby i luźne znaleziska metalowe od eneolitu do wczesnego okresu żelaza z górnego i środkowego dorzecza Wisły i górnego dorzecza Warty, „Przegląd Archeologiczny”, t. XV: 1964, s. 1-133] Zwalczałem tam także błędne poglądy archeologów niemieckich na rzekomo odwieczne zaludnienie Śląska przez Germanów i zaznaczyłem, że o ile istotnie ludność germańska przebywała przelotnie na Śląsku, to nie ma ona większych praw do tej dzielnicy niż Cyganie, którzy również włóczą się po całej Europie. Gdyby zresztą ściśle przeprowadzić zasadę przyznawania danego kraju ludności, której przodkowie pierwsi na niej zamieszkiwali, to należałoby Niemcom odmówić prawa do Nadrenii i całych środkowych i południowych Niemiec, gdzie przed nimi mieszkali notorycznie przez długie wieki Celtowie i gdzie Niemcy są stosunkowo późnymi przybyszami.
Jeżeli na podstawie jedynej nazwy rzekomo ilirskiej Askaukalis zamieszczonej na mapie Ptolemeusza z II w. n.e., a umiejscowionej przez Kossinnę na Śląsku, miałoby się uznać ludność epoki brązu za ilirską, to na podstawie nazwy Calisia, identyfikowanej z dzisiejszą nazwą Kalisza, można by uznać tę ludność za słowiańską. Powoływałem się dalej na brak śladów dawnych nazw germańskich na Śląsku i zaznaczyłem, że nawet tam, gdzie ludność polska uległa germanizacji, o jej dawnym pobycie świadczą zachowane jeszcze w ogromnej ilości polskie nazwy miejscowe, dowodzące, że „polska brzmiała tam mowa od wieków, że polski osadnik zakładał owe Głogowy, Legnice, Wrocławie, Świdnice i tysiące innych osiedli, że polski wieśniak trzebił tu lasy i rozszerzał obszar ziemi ornej, że polski lud nadawał tej umiłowanej przez siebie ziemi nazwy, oznaczając nimi każde jezioro i rzekę, każdą strugę, łąkę czy błoto, każdy las czy wzgórek, a nawet oddzielne pola”. Wskazałem też na ciągłość hodowli tej samej rasy świń i na trwanie tego samego składu rasowego ludności od młodszej epoki kamienia aż do wczesnego średniowiecza. Przypomniałem też. o cynicznej wypowiedzi Fryderyka Wielkiego, kiedy go pytano, jak uzasadni grabież ziem polskich w pierwszym rozbiorze, na co odpowiedział: „A na co mam swoich historyków, oni już znajdą argumenty wskazujące moje prawa do tych ziem”. W odpowiedzi na ten artykuł ogłosił Richthofen w maju 1928 r. artykuł w bytomskiej „Ostdeutsche Morgenpost” pt. Oberschlesiens Urzeit auf Grund der Bodenfunde, w którym średniowiecznych kolonistów niemieckich nazywa reemigrantami niemieckimi (deutsche Ruckwanderer), jakkolwiek rzekomo germańscy prahistoryczni mieszkańcy Śląska pochodzili jego zdaniem ze Skandynawii, byli zatem przodkami Szwedów czy Duńczyków, a nie Niemców, a na dobitkę wymarli bezpotomnie w okresie wędrówek ludów, a poza tym twierdzi, że przeważająca część ludności Śląska czuje się Niemcami.
(…)
Oburza się też Richthofen na stwierdzenie przeze mnie, że badania archeologiczne były na Śląsku aż do plebiscytu zaniedbane i ożywiły się dopiero potem z powodów politycznych. Mogłem mu to udowodnić, powołując się na własne jego słowa z „Oberschlesische Volksstimme”, nr 195 z r. 1928, a poza tym przytoczyłem mu cały szereg wyjątków z niemieckiej literatury archeologicznej, wykazujących jaskrawe powiązanie badań archeologicznych w Niemczech z polityką.
(…)Wreszcie stwierdziłem, że niektórzy uczeni niemieccy nie cofają się przed świadomym kłamstwem, jak np. Volz, który w książce Der ostdeutsche Volksboden twierdzi, że „Kaszubi i Mazurzy, Górnoślązacy i Serbowie łużyccy mają kulturę niemiecką, są członkami narodu niemieckiego, Niemcami, jakkolwiek dawna ich gwara jeszcze nie zamilkła. Ich wola i świadomość narodowa jest niemiecka, co stale na nowo radośnie dokumentowali”. W końcu zaznaczyłem, że my Polacy nie potrzebujemy się wcale powoływać na argumenty archeologiczne wobec tego, że zarówno dowody historyczne, jak etnograficzne zbyt wyraźnie przemawiają na naszą korzyść. Może nam więc być z punktu widzenia politycznego obojętne, jaką narodowość reprezentowało zaludnienie prahistoryczne Polski czy ówczesnych Niemiec wschodnich, tym więcej że w najlepszym razie chodziło o Germanów pochodzenia skandynawskiego, a nie o przodków Niemców. Jednakże dopóki prahistorycy niemieccy będą zgłaszali pretensje do ziem polskich na podstawie badań archeologicznych, tak długo zmuszeni będziemy odpierać ich ataki bronią naukową.
Odpowiedź moja rozesłana szeroko do wszystkich znanych mi archeologów i slawistów europejskich uzyskała duży rozgłos. Prof. H. Begouen, wykładający prehistorię w uniwersytecie w Tuluzie, napisał mi, że Niemcy zapominają, iż gdy się splunie w powietrze, to ślina spadnie człowiekowi na nos (Lorsqu’on crache dans l’aire cela vous retombe sur le nez)
(…)
W latach 1928-1931 uprawiałem pobocznie nadal publicystykę. Zwracałem w swych artykułach zamieszczanych w „Kurjerze Poznańskim” uwagę na działalność mniejszości niemieckiej w Polsce, np. na nie znaną ogółowi pracę niemieckich organizacji studenckich, złączonych w Związku Stowarzyszeń Studentów Niemieckich w Polsce, wydającym osobne czasopismo: „Der Deutsche Hochschueler in Polen” i prowadzącym propagandę wśród ludności niemieckiej w Polsce. Zwracałem też uwagę na działalność gdańskiego Ostlandinstitutu, na przyjazną Polsce książkę autora angielskiego, piszącego pod pseudonimem Augur, Eagles Black and White, w której broni polskości Pomorza, docenia rolę Gdyni i pisze o pokrzywdzeniu Polski w traktacie wersalskim. Ośmieszałem takich gloryfikatorów przeszłości niemieckiej, jak Franz von Wendrin, który w swym dziele Odkrycie raju głosi takie jaskrawe nonsensy, jakoby Germanie istnieli już w epoce trzeciorzędu, że król germański Thorson założył 200 000 lat temu wszystkie większe miasta w Polsce, że Chrystus był królem germańskim i nigdy nie był w Palestynie, że Ameryka już przed 180 000 lat odkryta została przez Germanów. Pisałem też o tygodniku „Mazurski Przyjaciel Ludu” wydawanym w Szczytnie przez emerytowanego pastora Hensla i służącym germanizacji Mazurów, przepełnionym kłamstwami o prawiekowym zaludnieniu Pomorza i Prus Książęcych przez Germanów, o błogosławieństwach kultury niemieckiej i upadku kultury w Polsce od chwili odzyskania przez nią niepodległości. Zwracałem też uwagę na artykuł uczonego niemieckiego Fryderyka Lorentza o Kaszubach, zamieszczony w kwartalniku szczecińskim „Pommersche Heimatpflege”, pisałem o nastrojach antypolskich na XI zjeździe prehistoryków niemieckich w Królewcu, który zamienił się w manifestację polityczną, o trzeźwym głosie niemieckiego pacyfisty barona von Soden o stosunkach polsko-niemieckich,. żądającego wyrzeczenia się rewizjonizmu. Przypominałem też społeczeństwu o Polakach mieszkających w powiatach bytowskim i lęborskim na Pomorzu i o ludności polskiej na Łotwie.
W latach 1938-1939 zwracałem w licznych artykułach drukowanych w prasie poznańskiej uwagę na coraz groźniejsze niebezpieczeństwo niemieckie i tendencyjne wydawnictwa niemieckie. Zwróciłem m. in. uwagę na to, jak szkoła niemiecka realizuje (odprężenie polsko-niemieckie („Kurjer Poznański”, 426 z r. 1938), stwierdzając, że mimo tzw. odprężenia nic się w Niemczech nie zmieniło, że po dawnemu wpaja się tam w młodzież poczucie wyższości cywilizacyjnej Niemców nad Słowianami i innymi ludami na wschodzie Europy i nawraca się do tradycji Gerona, Henryka Lwa, Albrechta Niedźwiedzia, Krzyżaków, Fryderyka Wielkiego i Bismarcka. Mimo żądania od innych narodów rozbrojenia moralnego Niemcy uważają się nie tylko za uprawnione, lecz wprost za powołane w myśl odwiecznego swego posłannictwa do niesienia swej kultury na wschód i do narzucania jej „uszczęśliwianym” w ten sposób ludom „niższej rasy” chociażby gwałtem. Pisałem też o rozpoczętej w tym czasie w Niemczech akcji systematycznego masowego niemczenia polskich nazw miejscowości („Kurjer Poznański”, nr 582 z r. 1938), podkreślałem, że Polska powstała w dorzeczu Odry (tamże, nr 137 z r. 1939), prostowałem błędny pogląd o wikińskim początku Polski (tamże, nr 492 z r. 1938). Zaznaczałem, że w świetle badań niemieckiego profesora Partscha jeszcze w XIX wieku wsie polskie sięgały pod Wrocław i że dopiero w r. 1866 ustały ostatnie nabożeństwa polskie w powiatach oławskim i oleśnickim. Ośmieszałem też niemiecką „ścisłość” naukową (tamże, nr 254 z r. 1938) uwydatniającą się np. w pracy gdańskiego historyka R. Walthera o pochodzeniu nowych obywateli Gdańska, którzy uzyskali tam obywatelstwo w latach od r. 1710 do 1793. W pracy tej Pomorze, Ziemia Chełmińska i Warmia uznane zostały w XVIII w. za „Preussenland”, a Wielkopolska, nazwana Wartheland, wraz ze Śląskiem, Saksonią i Brandenburgią określone zostały jako Ostmitteldeutschland. W ten sposób udało się autorowi zredukować udział przybyszów z Polski do Gdańska do 90 osób, a resztę osób, tzn. 5695, uznać krótko za Niemców, jakkolwiek notorycznie olbrzymią większość emigrantów do Gdańska tworzyła ludność polska z ziem polskich sąsiadujących z Gdańskiem. W komunikatach Instytutu Śląskiego prostowałem też błędne poglądy archeologów niemieckich o odwiecznym zamieszkiwaniu Germanów na Śląsku (seria III, nr l) i ośmieszałem twierdzenia młodych archeologów wrocławskich o germańskiej przeszłości prahistorycznej Śląska (seria III, nr 31). Z prac naukowych wspomnę artykuł pt. Związki między najmłodszą fazą kultury łużyckiej a kulturą grobów jamowych okresu późnolateńskiego (Sprawozdania z czynności Polskiej Akademii Umiejętności, 1938) i artykuł O związkach między kulturą późnego okresu rzymskiego a kulturą staropolską okresu wczesnohistorycznego (tamże, 1939). Poza tym lata 1938-1939 wypełniły mi badania w Biskupinie, Gnieźnie i Poznaniu, przygotowanie drugiego sprawozdania z prac wykopaliskowych w Biskupinie, wydanego w r. 1938 oraz tomu zawierającego sprawozdanie z rozkopywań w Gnieźnie, który ukazał się na kilka dni przed wybuchem drugiej wojny światowej.
W r. 1938, kiedy zaostrzały się coraz bardziej stosunki polsko-niemieckie w związku ze sprawą Gdańska, młodzież akademicka w Poznaniu, głównie Kirył Sosnowski w porozumieniu z doc. Zygmuntem Wojciechowskim, zaprojektowała urządzenie wielkiej wystawy w Poznaniu, mającej wykazać odwieczny związek historyczny i gospodarczy Gdańska z Polską. Brałem udział w rozmowach na ten temat z drem Emilem Kipą, b. konsulem Rzeczypospolitej Polskiej w Hamburgu, a wówczas przedstawicielem Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie. Chodziło o poparcie tej akcji przez Ministerstwo. Niestety dr Kipa stanowczo się tej akcji sprzeciwił i pięknej inicjatywy młodzieży nie udało się urzeczywistnić.

IX OSTATNIE LATA

(…)
W r. 1958 ukazała się nakładem Komisji Archeologicznej Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk moja monografia Kultura łużycka na Pomorzu (stron 436) stanowiąca pierwsze opracowanie tego tematu, oparte na szczegółowych studiach w. muzeach pomorskich i dotychczasowej literaturze. Praca ta, wykazująca dominującą rolę prasłowiańskiej kultury łużyckiej w pradziejach naszej nadmorskiej dzielnicy, którą szowinistyczni badacze niemieccy sprzed II wojny zaludniali od IV okresu epoki brązu plemionami germańskimi, wywołała w trzy lata po jej ukazaniu się recenzj ę b. wicedyrektora Muzeum Szczecińskiego prof. dr. H. J. Eggersa z Hamburga, zamieszczoną w czasopiśmie „Archaeologia Geographica”, R. 8/9: 1960, s. 51-55. Autor na wstępie przypomina, że byłem uczniem Kossinny i insynuuje mi, że podzielam jego metodę badawczą. Jest to zarzut całkowicie niesłuszny, bo Kossinna przy wyznaczaniu zasięgu kultur prahistorycznych i określaniu ich charakteru etnicznego opierał się prawie wyłącznie na wyrobach brązowych, będących często przedmiotem handlu, natomiast ja opierałem się głównie na ceramice bez porównania silniej związanej z gruntem i na obrządku pogrzebowym, do którego tak wielką wagę przywiązuje Eggers. Poza tym, jakkolwiek grupę kulturową dobrze wyodrębnioną typologicznie i terytorialnie uważam za wyraz pewnej jednostki etnicznej, to jednak następujących po sobie kultur, o ile wykazują pewne związki z sobą i zajmują w przybliżeniu ten sam obszar, nie łączę koniecznie z odrębnymi ludami, lecz uważam za możliwe, że reprezentują one ten sam lud. Zresztą z pretensjami o hołdowanie metodom i hipotezom Kossinny powinien się był Eggers zwrócił do kilku swych rodaków z NRF, jak Otto Kleemann czy Wolfgang La Baume, którzy z uporem podtrzymują przebrzmiałe dawno teorie Kossinny o Ilirach północnych jako twórcach kultury łużyckiej i o odwiecznym zamieszkiwaniu ziem polskich przez Germanów.
Eggers przyznaje, że w III okresie epoki brązu Pomorze zaludnione było przez ludność niegermańską, wzbrania się jednak przyznać, że mieszkała tu ludność kultury łużyckiej, ponieważ brak tu starszej ceramiki guzowej. Ale brak jej tak samo w ziemi chełmińskiej, we wschodniej Wielkopolsce i dalej ku schodowi, gdzie notorycznie mieszkała ta sama ludność. Ponownie publikuje też swą bałamutną mapkę zalezisk grobowych z III okresu epoki brązu, na której opuścił szereg charakterystycznych typów kultury łużyckiej i dopiero w r. 1963 dał poprawniejszą jej wersję. W dalszym ciągu podtrzymuje też Eggers swą opinię o germańskim charakterze kultury Pomorza polskiego w IV okresie epoki brązu, jakkolwiek ogranicza obecnie osadnictwo germańskie tylko do pasa wzdłuż wybrzeża między Bałtykiem a moreną bałtycką. Ignorując fakt, że ceramikę łużycką znamy z Pomorza ze stu trzydziestu miejscowości, opiera swą opinię na występowaniu w grobach pomorskich IV okresu epoki brązu w 30 miejscowościach guzów podwójnych i przyborów toaletowych typu nordyjskiego, które zresztą tylko w trzech wypadkach występują razem w jednym grobie. Zresztą także obrządek pogrzebowy tego okresu odpowiada najzupełniej obyczajom pogrzebowym kultury łużyckiej. Na mapce IV okresu epoki brązu wykonanej przez uczennicę prof. Eggersa, dr Śliwę, groby z kilku przystawkami, jedyne uznawane przez Eggersa za groby kultury łużyckiej, oraz groby łużycko-nordyckie, wstydliwe określane jako groby mieszane, sięgają daleko poza morenę bałtycką, aż prawie do Bałtyku. Tak samo zastrzeżenie Eggersa co do łużyckiego charakteru grobów z V okresu epoki brązu oraz z wczesnego okresu żelaza łatwo można było odeprzeć. Za znaczny sukces uważam stwierdzenie Eggersa, że nie uważa już kultury w s c h o d n i opom.orskiej za germańską, bo widocznie przekonały go moje argumenty. Odpowiedziałem na tę recenzję w Pracach i Materiałach Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi, Seria Archeologiczna, nr 8, s. 15-129, przy czym redakcja ogłosiła moją odpowiedź równocześnie w tłumaczeniu niemieckim.
(…)
W r. 1958 napisałem też ocenę nowej książki prof. Kazimierza Moszyńskiego pt. Pierwotny zasięg języka prasłowiańskiego, Wrocław 1957, stanowiącą w znacznej mierze polemikę z poglądami neoautochtonistów, uznających Słowian za ludność tubylczą w dorzeczu Odry i Wisły. W szczególności autor polemizuje z poglądami prof. dra Tadeusza Lehra-Spławińskiego, wyrażonymi w jego książce O pochodzeniu i praojczyźnie Słowian wydanej w Poznaniu w r. 1945. Zasadniczo zaprzecza archeologom możliwości rozwiązywania zagadnień etnicznych, ponieważ „interpretacje archeologów potrafią się całkowicie wywracać pod wpływem drobnego nieraz dodatkowego odkrycia”. Nie potrzeba oczywiście prostować tego bezpodstawnego twierdzenia, wystarczy jedynie wskazać, jak ogromne rozbieżności panują w poglądach lingwistów w zakresie badań toponomastycznych, stanowiących przecież podstawę wniosków Moszyńskiego. Świadczy o tym chociażby fakt, że sam Moszyński, zdaniem którego w r. 1939 „żadnej wątpliwości nie może ulegać obca, niesłowiańskiego pochodzenia nazwa Donu, Dniepru, Dniestru” [K. M o s z y ń s ki, Kultura ludowa Słowian, t. III, z. 2 s. 1588], w 18 lat później uznał ją za „prasłowiańską, jeżeli nie protosłowiańską”. Co ciekawsze, swoją dawną interpretację nazw wodnych z rdzeniem Volg-, Bolg-, którą w r. 1939 określił jako „zupełnie nie obowiązującą i dość … fantastyczną próbę tymczasowego wytłumaczenia zagadki”, w omawianym obecnie dziele rozwinął i uzasadnił, aby na końcu dzieła oświadczyć, że „zupełnie się z tego wycofuje”. Odnosząc się sceptycznie do utożsamiania kultur archeologicznych z jednostkami etnicznymi zapomina, że w całym szeregu konkretnych przykładów możemy stwierdzić, że zasięgi dawnych kultur pokrywają się dość ściśle z zasięgami odpowiednich ludów. Wystarczy przypomnieć o odrębnych, bardzo charakterystycznych kulturach wytworzonych przez Scytów, Celtów, Hunów, Awarów, Madziarów czy Słowian wczesnośredniowiecznych. Sam Moszyński zresztą, o ile mu to potrzebne do argumentacji, nie waha się utożsamiać kultury celtyckiej w Polsce z Celtami, chociaż doszukuje się Celtów także tam, gdzie ich nigdy nie było.
Jak wiadomo, pierwotnie Moszyński wyprowadzał Słowian z Azji na podstawie rzekomych zgodności językowych słowiańskich i uralo-ałtajskich. Obecnie uważa, że te związki słowiańsko-ałtajskie mogły powstać przez wyemigrowanie części ludności mówiącej po słowiańsku z Podnieprza daleko na wschód, przy czym datę tej rzekomej wędrówki części Prasłowian do Azji ustala gdzieś na VI wiek n.e. Skoro było możliwe na podstawie tego samego materiału językowego przesunięcie czasu wzajemnych kontaktów z VII – VI w. przed n.e do VI wieku n.e., a więc o kilkanaście wieków później, i skoro równocześnie możliwe było interpretowanie tych kontaktów najpierw wędrówką wszystkich Słowian z Azji do Europy, a później cząstki ich w kierunku odwrotnym – z Europy do Azji, to stanowi to chyba najlepszy dowód, jak kruche są podstawy językowe wniosków zasłużonego etnografa. Przeciwko umieszczaniu ostatnio przez Moszyńskiego kolebki Prasłowian w pierwszych wiekach n.e. w dorzeczu środkowego Dniepru i na Wołyniu przemawiają następujące fakty:
1. Obszar ten wraz z dorzeczem górnego Dniestru zajmuje od końca II w. do V w. kultura czerniachowska, obejmująca sporo elementów gockich i sarmackich i której charakter czysto słowiański jest coraz bardziej kwestionowany przez licznych archeologów radzieckich.
2. Nie mamy dotąd żadnej możliwości nawiązania kultury czerniachowskiej do niewątpliwie słowiańskiej kultury wczesnośredniowiecznej na Ukrainie.
3. W wymienionym przez autora okresie, tzn. w V – VII w. n.e., w którym Słowianie mieli przesunąć się ze wschodu na zachód, nie mamy w Polsce, a tym bardziej na terenie zachodniej Słowiańszczyzny żadnych znalezisk, które można by łączyć ze znacznymi gromadami ludności przybyłej ze Wschodu, natomiast wykopaliska z tego czasu nawiązują wyraźnie do starszych miejscowych wykopalisk z okresu rzymskiego, świadcząc o nieprzerwanej ciągłości zaludnienia ziem polskich.
Wyraźna tendencyjność Moszyńskiego wyraża się tym, że nazwy typu Wisła i pokrewne występujące na Polesiu uznaje za słowiańskie, natomiast słowiańskie pochodzenie głównej rzeki polskiej podaje w wątpliwość. Tezę wschodniego pochodzenia Słowian mają popierać nawet takie szczegóły, jak dawna znajomość polowania z chartami u Słowian, z czym Słowianie mieli się zaznajomić pod wpływem Wschodu, jakkolwiek sceny polowań z chartami znamy w Polsce już z okresu halsztackiego, w obrębie kultury wschodniopomorskiej. Tezę wschodniego pochodzenia Słowian ma popierać także wspólna ze Scytami nazwa łuku, który zdaniem Moszyńskiego w okresie halsztackim nie miał znaczenia w zachodniej Europie, a także w Polsce. Tymczasem w grodziskach halsztackich w Polsce groty strzał występują w setkach okazów, widocznie więc łuk stanowił broń bardzo pospolitą wśród ludności kultury łużyckiej. Charakterystyczne jest, że Moszyński będąc etnografem posługuje się dla udowodnienia tezy o wschodnim pochodzeniu Słowian prawie wyłącznie materiałem językowym, jak gdyby nie miał zaufania do metod własnej nauki. [J. Ko s t r ze w s k i, Gdzie byla pierwotna siedziba Slowian? „Z otchłani wieków”, R. XXIV: ‚1958, s. 171, 176].

W tymże roku ogłosiłem w numerze 28 „Tygodnika Powszechnego” pt. Głos sumienia sprawozdanie z bardzo ciekawej książki niemieckiej wydanej pod pseudonimem Comte de Velan. Autor, syn generała pruskiego, właściciela wielkiego majątku ziemskiego na Pomorzu Zachodnim, opisuje w książce dzieje swego nawrócenia na katolicyzm, a poza tym podaje wiele ciekawych uwag o stosunkach słowiańsko-niemieckich ‚w przeszłości. Autor zdecydowanie potępia akcję podboju Słowiańszczyzny zachodniej przez Niemców, rozpoczętą przez Karola Wielkiego, potępia też politykę zaborczą Fryderyka Wielkiego. Wspominając o wysiedleńcach z Polski zaznacza autor trafnie, że głównym winowajcą tej nowoczesnej wędrówki narodów jest Adolf Hitler, który w swym obłędzie rasowym rozkazał przesiedlać całe grupy ludzkie, tzw. Volksdeutschów. Rozpoczęło się to już przed wojną w Tyrolu południowym… W czasie wojny doszli do tego Volksdeutsche z pogranicznych obszarów na wschodzie i na południowym wschodzie. A gdy następnie napadnięta Rosja wyparła napastników hitlerowskich poza własne granice, wówczas ewakuowano po prostu zasiedziałą ludność niemiecką ze wschodu, przy czym ewakuacja zamieniła się w bezładną ucieczkę w środku zimy. W ten okrutny sposób dostała się ze wschodu na zachód przeważna część „wysiedlonych”, którzy zatem wcale wysiedleńcami nie byli. Po zwycięstwie alianci wysiedlili pozostałą mniejszą część ludności niemieckiej ze wschodu (wraz z Niemcami sudeckimi).
Ogólna ilość emigrantów ze wschodu odpowiada (co za dziwny zbieg okoliczności) ilości robotników przymusowych, których Hitler uprowadził z ich ojczyzny i wbrew prawu narodów zmusił w hitlerowskich fabrykach zbrojeniowych do produkcji broni przeciwko ich własnym rodakom i wyswobodzicielom. Sam Hitler był tym, który chybionemu parciu na wschód nadał kierunek odwrotny i tym samym naprawił – z pewnością wbrew woli – dawną krzywdę wypraw krzyżowych przeciwko Słowianom oraz gwałtownej germanizacji i chrystianizacji słowiańskiego wschodu.
(…)

----------

Gustaf Kossinna – według cytowanego wyżej prof. Józefa Kostrzewskiego – nacjonalista niemiecki, gloryfikator prahistorycznej kultury germańskiej i prekursor narodowego socjalizmu był wysoko ceniony w Niemczech, zwłaszcza po zwycięstwie wyborczym Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec (NSDAP).
Od 1933 do 1936 roku pojawiły się 3 wydania ksiązki Kossinny „Die deutsche Vorgeschichte”

1. Auflage: 1912
2. Auflage: 1914
3. Auflage: 1921
4. Auflage: 1925
5. Auflage: 1933
6. Auflage: 1934
7. Auflage: 1936

Wydanie siódme z 1936 r. (Ryc. 1.)


poprzedza przedmowa (Ryc. 2.)


z obszerną wypowiedzią przewodniczącego Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec
i kanclerza Rzeszy Niemieckiej Adolfa Hitlera (Ryc. 3.), w której uznano zasługi Kossinny dla uzasadnienia parcia Niemców na wschód.




Fałszerstwa interpretacyjne znalezisk archeologicznych w wykonaniu Kossinny ilustruje Ryc. 4.,


a  Ryc. 5.  jego oddanie niemal zrealizowanej przez Niemców pod wodzą Hitlera idei powrotu Germanów do ich ojczystych siedzib nad Wisłą (sic!).


Fałszerstwa interpretacyjne Kossiny są dogmatem archeologii niemieckiej, powtarzanym z nieujawnionych przyczyn także w Polsce – wbrew stanowisku prof. Kostrzewskiego – przez niektórych archeologów i stanowiącym, również z nieujawnionych przyczyn, powód otwarcia w Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie pod patronatem prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Aleksandra Kwaśniewskiego oraz prezydenta Republiki Federalnej Niemiec Johannesa Raua wystawy „Wandalowie – strażnicy bursztynowego szlaku”
(Ryc. 6.)



Na rasistowskie przesłanki i podstawową rolę fałszerstw Kossinny dla „uzasadnienia” niemieckiego ludobójstwa w ramach czystek etnicznych na obszarach przez niego uznanych za pragermańskie
spadła zasłona milczenia.


O profesorze Kostrzewskim (1)
Instytut Prahistorii



Prof. Józef Kostrzewski 1885-1969
Pierwszy dyrektor Instytutu, Współzałożyciel Uniwersytetu Poznańskiego


Józef Kostrzewski (1885-1969), archeolog i muzeolog. W latach 1909-1914 studiował archeologię, m.in. w Berlinie u G. Kossinny. Od 1914 pracownik Muzeum imienia Mielżyńskich, 1923-1958 kierownik kolejnych instytucji przechowujących zbiory tego Muzeum, w tym od 1950 Muzeum Archeologicznego w Poznaniu. Od 1919 profesor i współorganizator uniwersytetu w Poznaniu, 1919-1939, 1945-1950 i 1956-1960 kierownik tamtejszego Instytutu Prehistorycznego, 1950-1956 na przymusowej emeryturze. Od 1928 członek PAU, od 1952 PAN.

Założył i redagował 1919-1969 Przegląd Archeologiczny, 1926-1939 Z otchłani Wieków, 1950-1969 obecne Fontes Archaeologici Posnanienses. 1920-1969 założył i kierował Polskim Towarzystwem Prehistorycznym (później Archeologicznym). 1934-1939 i po II wojnie światowej wraz z Z. Rajewskim przebadał Biskupin.

Aktywny w wielu dziedzinach archeologii, usystematyzował wiedzę dotyczącą zarówno poszczególnych epok, zwłaszcza brązu, okresu lateńskiego, wczesnego średniowiecza, jak i obszarów, m.in. Wielkopolski, Śląska, Pomorza. Najwybitniejszy przedstawiciel koncepcji autochtonistycznej, zakładającej obecność Słowian w Polsce jeszcze przed okresem wczesnego średniowiecza. Za najstarszą kulturę prasłowiańską uważał kulturę przedłużycką.

Autor m.in. prac: Wielkopolska w czasach przedhistorycznych (1913, wydanie 3: 1955), Die ostgermanische Kultur der Spätlatenezeit (1919), Prehistoria ziem polskich (wraz z R. Jakimowiczem i S. Krukowskim, 1939, reedycja 1948), Kultura prapolska (1947, wydanie 3: 1962), Zagadnienie ciągłości zaludnienia ziem polskich w pradziejach (1961), Pradzieje Polski (wraz z W. Chmielewskim, K. Jażdżewskim, 1965).

Opracowane na podstawie Popularnej Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Fogra.

-------

Archeolog pradziejowej Polski – Forum Akademickie

Pewne jest (…), że to właśnie prof. Józef Kostrzewski jest tym badaczem, co przez swój mozolny trud naukowy stał się jednym z najwybitniejszych twórców nowoczesnej
polskiej prahistorii, zajmującej dziś jedno z czołowych miejsc w prahistorii światowej.   Witold Hensel
   Poczet archeologów i konserwatorów archeologicznych środowiska poznańskiego
(Muzeum Archeologiczne w Poznaniu)

Józef Kostrzewski

--------

Badania Biskupina w latach1934-1939 (Muzeum Archeologiczne w Poznaniu)

Archeologia niezgody (Rzeczpospolita, 10 listopada 2000)

O profesorze Kostrzewskim (2)

Pewne jest (…), że to właśnie prof. Józef Kostrzewski jest tym badaczem, co przez swój mozolny trud naukowy stał się jednym z najwybitniejszych twórców nowoczesnej polskiej prahistorii, zajmującej dziś jedno z czołowych miejsc w prahistorii światowej.
Witold Hensel

Monika Szabłowska

Józef Kostrzewski urodził się w Węglewie, małej miejscowości w Poznańskiem. Stanisław, jego ojciec, był średnio zamożnym chłopem, matka Elżbieta z Brońskich zajmowała się gospodarstwem i, jak po latach wspomina badacz, „umacniała patriotycznego ducha w rodzinie”. Początkowo pobierał nauki zgodnie z wolą rodziców, podjął nawet studia medyczne w uniwersytecie we Wrocławiu, by spełnić ich oczekiwania. Jednak w 1909 r., wbrew wszystkim, poświęcił się studiom prehistorii i pozostał im wierny na zawsze. Wpierw udał się na Uniwersytet Jagielloński, lecz po roku wyjechał do Londynu, gdzie studiując pracował w British Museum. Tam też spotkał się z Wincentym Lutosławskim, założycielem stowarzyszenia Eleusis. Zafascynował się początkowo ideami filozofa, jednak po pewnym czasie odstąpił od towarzystwa, a propozycje Lutosławskiego, by spisał żywoty polskich świętych, Kostrzewski z uśmiechem wspominał po latach. W latach 1911-14 studiował w Berlinie, jednocześnie odbywając praktykę w dziale prehistorycznym Museum f?r Volkerkunde. Osobą znaczącą okazał się jego opiekun naukowy prof. Gustaf Kossinna, głoszący teorie wyższości germańskiej tradycji kulturowej, jedynej przyczyniającej się do postępu cywilizacji. Później Kostrzewski ostro wystąpi przeciwko nacjonalizmowi archeologów niemieckich. W 1914, prawie w przededniu wybuchu wojny, Kostrzewski otrzymał stopień doktora filozofii uniwersytetu berlińskiego. Wtedy też został kierownikiem Działu Prehistorii Muzeum Poznańskiego TPN, a dwa lata później podjął pracę na stanowisku asystenta w Muzeum Archeologicznym w Warszawie. Koniec wojny okazał się początkiem światowej kariery uczonego, dla którego badania archeologiczne stały się podstawą do udowodnienia tezy o prasłowiańskim rodowodzie zachodnich ziem Polski.

Spory rozgłos przyniosła Kostrzewskiemu już w 1912 książka Archeologia przedhistoryczna, jej rozwój, zadania i metody. Podjęte w latach 1918-19 zadania umocniły jego pozycję w świecie nauki. W 1918 habilitował się w Uniwersytecie Lwowskim. Wraz z grupą naukowców wystąpił z postulatem powołania uniwersytetu w Poznaniu. Od początków działalności uczelni z przerwami (lata II wojny światowej oraz pomiędzy 1950-55) do 1961 r. prowadził w niej wykłady z prehistorii i archeologii dziejowej Polski. W 1919 został profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Poznańskiego, jednocześnie kierownikiem Katedry Archeologii (do 1961).

Okres międzywojenny wypełniony był pracą dydaktyczną, naukową, badawczą. Kostrzewski prowadził i nadzorował prace wykopaliskowe w Biskupinie, Gnieźnie i Poznaniu. W swoich pracach przedstawił m.in. pełny zarys archeologii neolitu polskiego z dokładną charakterystyką typologiczno-chronologiczną kultur i grup przewodnich zabytków, zbadał groby jamowe i cmentarzyska okresu lateńskiego w Gołęcinie, kurhany i kręgi kamienne w Odrach, szczątki osad w wykopie torfowym w Biskupinie, udowodnił, iż ludy germańskie zamieszkiwały głównie obszar Pomorza.

W 1970 ukazały się wspomnienia Kostrzewskiego zatytułowane Z mego życia, w których opisując ten okres skoncentrował swoją uwagę na ostrej polemice, wręcz walce z nacjonalistycznymi koncepcjami archeologów niemieckich. Jego największym adwersarzem był Bolko von Richthofen, całkowicie podporządkowujący swoje teorie badawcze ideologii hitlerowskiej. W czasie II wojny światowej z tego powodu Kostrzewski musiał ukrywać się pod fałszywym nazwiskiem, gdyż dawny przeciwnik ponoć poszukiwał go, by zaopiekować się polskim uczonym dla dobra nauki. Sam badacz przeżył ten okres bardzo boleśnie. Uratował własne życie, lecz jak inni nie mógł nic zrobić dla młodszego syna, który zginął w obozie zagłady.

W 1945 powrócił do Poznania i od razu wznowił swoją działalność naukową, badawczą i muzealną. Otrzymał tytuł doktora honoris causa trzech uczelni: UJ (1947), uniwersytetu w Berlinie (1965) i Uniwersytetu Poznańskiego (1969). Był współzałożycielem Poznańskiego Towarzystwa Antropologicznego (1956), a w latach 1953–60 przewodniczącym Rady Naukowej Instytutu Historii Kultury Materialnej PAN. Nadal sprawował funkcję redaktora naczelnego „Przeglądu Archeologicznego” (1929-63) oraz „Fontes Archaeologici Posnanienses” (1950-59). Zawsze był aktywny na rzecz propagowania nauki polskiej w świecie.

Podobno kochał poezję Norwida i Słowackiego, był pracoholikiem i dobrym mówcą. Pozostawił po sobie ok. 700 publikacji w kilku językach, a z jego książek uczeni korzystają do dziś.

Znalezione na: https://bialczynski.wordpress.com/2010/12/29/15887/



Zobacz na:
Jednostronne teorie rozwoju społecznego
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1430.0

Znaczenie słów - patriotyzm , nacjonalizm , szowinizm - dawniej i dzisiaj / Docent Józef Kossecki
https://www.youtube.com/watch?v=UbmtFB0-T8c
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje