Author Topic: Rewolucja źdźbła słomy  (Read 2751 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Rewolucja źdźbła słomy
« on: (Sat) 05.04.2014, 20:52:39 »
Rewolucja źdźbła słomy - Masanobu Fukuoki

Wstęp

Może to nie przypadek, że książka pt.: „Rewolucja źdźbła słomy" Masanobu Fukuoki ukazuje się teraz na polskim rynku wydawniczym. Chociaż napisana została ponad 30 lat temu w dalekiej Japonii, jej treść zamiast stracić, zyskała z czasem na wartości. Istnieje co najmniej kilka powodów uzasadniających powyższe stwierdzenie:
Narastający brak satysfakcji i radości z życia wśród ludzi uwikłanych w system cywilizacji konsumpcyjnej.
Niepohamowana żarłoczność tejże cywilizacji, która zmierza do całkowitej eksterminacji środowiska naturalnego, a co za
tym idzie, w konsekwencji zagraża nie tylko przyrodzie, lecz również samemu człowiekowi.
Zakłócenie systemu odpornościowego w organizmach ludzi i zwierząt (przede wszystkim hodowlanych), skąd coraz więcej chorób „cywilizacyjnych".
Rosnący efekt cieplarniany, którego oddziaływanie mogliśmy obserwować doskonale zimy (2006/2007 r.) zbliża nasze warunki klimatyczne do tych, które dawniej występowały w „ciepłych krajach". Efekt ten zakłóci metabolizm roślin tradycyjnie uprawianych na polskiej wsi. Z drugiej strony stworzy szansę zastosowania upraw uważanych przez nas za egzotyczne: oliwki, soja, a może nawet ryż i cytrusy.
Polskie rolnictwo (zwłaszcza obszary wschodnie) nie zostało jeszcze tak zniszczone nawożeniem chemicznym, jak to na Zachodzie Europy, czy w Japonii, dlatego wciąż mamy szansę bezpośrednio przestawić się na uprawy biologiczne unikając totalnej dewastacji gleby. Nie musimy powtarzać błędów rolnictwa przemysłowego, jakie popełniono na Zachodzie, w USA, czy byłym Związku Radzieckim.
Jakiekolwiek zmiany i konsekwencje niekontrolowanego rozwoju cywilizacyjnego spotkają nas w najbliższym dziesięcioleciu, pewnym jest, że bez „skazania się" na katastrofę, nie da się utrzymać na dotychczasowym poziomie dalszego wzrostu ekonomicznego gospodarki światowej.
Masanobu Fukuoka jest jednym z prekursorów „permakultury" - trwałej kultury nie zagrażającej życiu Planety. Termin „permakultura" stworzony został przez Billa Mollisona w latach 70-tych, autora obszernego dzieła poświęconego alternatywnemu, samowystarczalnemu gospodarowaniu („Permaculture, A Designers Mannual). Jako metoda eksperymentalna permakultura tworzy realną alternatywę wobec technicznej cywilizacji przemysłowej. Daje wizję życia wspólnotowego opartego na egalitarnych zasadach zgodnych z Prawami Natury. Powstające obecnie na całym świecie ekowioski i rolnicze wspólnoty, oparte o biologiczną produkcję żywności, oraz wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, są praktycznym dowodem na to, że idee autora książki „Rewolucja źdźbła słomy" nie są utopijne.
Okazuje się zatem, że można żyć w harmonijnych społecznościach, opartych na współpracy,
a nie na rywalizacji, dzielić radość z ludźmi, zwierzętami i całym otoczeniem zamiast osiągać złudne materialne cele (świat
„gadżetów" lub spreparowane „sztuczne" wirtualne życie).
Należy wyjaśnić, że książka ta jest zbiorem wypowiedzi Fukuoki zredagowanym
i przetłumaczonym przez jego „studentów" mieszkających z nim na farmie w latach 70-tych.
Trudność przekładu polegała na tym, że tekst nie jest tłumaczony z języka oryginalnego. Tłumacz ma nadzieję, że choć w części oddał żywą, bezpośrednią ekspresj ę wypowiedzi Masanobu Fukuoki oraz jego specyficzne poczucie humoru. Zamieszczamy również Wprowadzenie z wydania angielskiego napisane przez tłumacza i współwydawcę pierwszego wydania Larrego Korna.
Książka jest jeszcze ciekawa z innego powodu, poza merytorycznym. Ukazuje żywą osobowość człowieka „oświeconego", aktywnie zaangażowanego w życie i utrzymującego się dosłownie z pracy własnych rąk. Łamie to pewien stereotyp orientalnego „guru",
który jedynie poucza innych co mają myśleć i co mają robić, sam utrzymuj ąc się jedynie z „dotacji" wiernych uczniów.
Autor polskiego tłumaczenia wraz z rodziną wybrał życie na wsi, bliżej Natury, uprawia biologiczny ogród, stara się również zainspirować innych do wkroczenia na ścieżkę większej samowystarczalności, odpowiedzialności za siebie i swoje
otoczenie. Organizuje również warsztaty i spotkania permakultury. Dzięki temu znalazł szczerą motywację do tłumaczenia „Rewolucji źdźbła słomy".
Na koniec dziękuję Wojtkowi Zborowskiemu za inspirację i pomoc w wydaniu książki, oraz mojej partnerce Monice Podsiadłej za udział w opracowaniu tłumaczenia.
[align=right:1ekw6vyd]Andrzej Młynarczyk
[/align:1ekw6vyd]

Wstęp do indyjskiego wydania książki Rewolucja źdźbła słomy.
Partap C. Aggarwal
Pierwszy raz dowiedziałem się o książce Fukuoki „Rewolucja źdźbła słomy" z amerykańskiej gazety „Mother Earth News" w końcu roku 1983. chociaż artykuł był krótki, miał w sobie wielką siłę i jakąś magię. Spowodował we mnie niezaspokojone pragnienie, aby zdobyć tą książkę i j ą przeczytać.
Mieszkałem wtedy we wspólnocie Rasulia (Friends Rural Center, Rasulia, India) i nie było wokół, w pobliżu żadnej księgarni.
Wobec tego napisałem do przyjaciółki w Londynie. Odpowiedziała od razu, ale wysłała książkę zwykłą pocztą. Taka przesyłka z Londynu do Indii może trwać 6 miesięcy, wobec czego poprosiłem jeszcze innego przyjaciela, aby przysłał mi kopię książki pocztą lotniczą i ta przesyłka przyszła szybko.
Nigdy nie zapomnę, jak po odebraniu przesyłki z rąk listonosza od razu usiadłem w cieniu odosobnionego drzewa i czytałem ją aż do zmierzchu. Dzięki temu, że w naszej chacie nie musieliśmy rozpalać ognia tego popołudnia, nie musiałem robić przerwy w czytaniu książki.
Prawdę powiedziawszy skończyłem ją czytać w nocy, przed pójściem do łóżka. Następnego ranka cały czas wszystkim o niej opowiadałem. Wieczorem zaprosiłem grupę przyjaciół aby podzielić się swoim odkryciem i razem czytać. Skończyliśmy ją czytać w ciągu 6 wieczornych sesji. Wszyscy byli poruszeni. Książka trafiła do naszych serc. Zaczęliśmy dzielić się treścią książki z naszymi gośćmi, którzy okazali 100% zainteresowania.

Wprowadzenie do indyjskiego wydania
Larry Corn
W Południowej Japonii na wyspie Shikoku, blisko małej wioski znajduje się wyjątkowe miejsce i wyjątkowa góra. Na górze tej Masanobu Fukuoka rozwinął metodę naturalnych upraw, która może odwrócić wyniszczający potencjał światowego, nowoczesnego rolnictwa. Jego metoda nie wymaga użycia maszyn, ani chemikaliów, minimalizuje również potrzebę plewienia. Pan Fukuoka nie przekopuje swoich gruntów, nie używa też na polach spreparowanego kompostu. Na swoich polach nie przetrzymuje wody w sezonie wzrostu ryżu tak, jak od wieków czynili hodowcy ryżu na Wschodzie. Grunty na jego polach uprawnych nie są orane od ponad 30 lat, a wciąż wysokość zbiorów jest porównywalna z tymi, jakie osiągaj ą najbardziej produktywne farmy japońskie. Jego metody gospodarowania wymagają o wiele mniej pracy, niż inne. Nie potrzeba w nich spalać paliwa, przez co nie powoduj ą żadnego zanieczyszczenia środowiska.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Fukuoce, byłem sceptyczny. „Jak to jest możliwe, żeby uprawiać ryż i zimowy jęczmień corocznie, po prostu wyrzucając nasiona na powierzchnię nie zaoranego pola, a do tego osiągać wysokie plony? Musi być w tym coś więcej."
Od kilku lat mieszkałem wtedy z grupą przyjaciół na gospodarstwie w górach, na północ od Kioto. Używaliśmy tradycyjnych japońskich metod uprawy ryżu, żyta, jęczmienia, soi, a także warzyw.
Ludzie odwiedzający naszą farmę często opowiadali o projekcie Fukuoki. Żaden z nich nie pozostawał wystarczająco długo na jego farmie, aby opowiedzieć nam o detalach jego techniki, lecz to, co mówili, było naprawdę ekscytuj ące. Kiedy tylko następowała przerwa w naszych pracach, wędrowałem w inne części kraju, zatrzymując się na farmach i komunach biorąc udział w ich pracach.
Jedną z tych wycieczek poświęciłem na wizytę miejsca Fukuoki, aby zobaczyć rezultaty jego pracy na własne oczy i nauczyć się jak najwięcej. Nie wyobrażałem sobie zbytnio jak on wygląda, ale po wielu opowieściach o tym wielkim nauczycielu, byłem lekko zaskoczony widząc go ubranego w kalosze i strój roboczy, w jaki ubierają się inni zwykli japońscy farmerzy. Jednak jego rzadka, biała broda i pewne siebie zachowanie świadczyło, że spotkałem rzeczywiście wyj ątkową osobę.
Pozostałem na jego farmie kilka miesięcy już tego pierwszego razu, pracując na polach
i w cytrusowym sadzie. W czasie wieczornych dyskusji z innymi studentami, wolontariuszami powoli stawały się dla mnie jasne szczegóły naturalnych upraw i leżąca u ich podstaw filozofia gospodarza.
Sad Fukuoki znajduje się na zboczach góry wznoszącej się nad Zatoką Matsuyama. To jest właśnie „góra", na której adepci naturalnych upraw żyją i pracują. Większość z nich przyjeżdża tak jak ja, z plecakiem na ramionach, bez większych oczekiwań. Zostają na kilka dni lub tygodni, i z powrotem znikają u podnóża góry. Mieszka tu również bardziej stała grupa 4-5 osób, które pozostają na rok, lub dłużej. W ten sposób przebywało tu i pracowało bardzo wielu ludzi, mężczyzn i kobiet.
Nie ma tu nowoczesnych wygód. Wodę do picia przynosi się wiadrami ze strumienia, posiłki gotowane są na otwartym ogniu w chatkach, a wieczorem do oświetlenia służą świece i lampy naftowe.
Na górze rośnie wiele użytecznych, dzikich ziół i warzyw. Ryby, kraby i małże można łowić w pobliskich strumieniach, a oddalone o kilka mil Morze Wewnętrzne jest pełne jadalnych wodorostów.
Rytm prac zależy od pogody i sezonu. Dzień pracy zaczyna się około 8, później jest godzina przerwy na śniadanie (2, lub 3 godziny w czasie upalnego lata). Studenci wracają do swoich chatek przed zmierzchem.
Poza pracami rolniczymi są takie codzienne zajęcia jak: noszenie wody, rąbanie drewna opałowego, gałęzi, gotowanie, przygotowanie gorącej kąpieli, zajmowanie się gęśmi, karmienie kurczaków i zbieranie jajek. Trzeba też doglądać pszczelich uli, reperować stare,
a czasem wznosić nowe chatki, przygotowywać miso (pasta sojowa), oraz tofu (twarożek sojowy).
Pan Fukuoka przeznacza miesięcznie 10 tysięcy jenów (około 35 dolarów) na dodatkowe wydatki dla całej społeczności. Większa część z tej sumy jest przeznaczana na zakup sosu sojowego, oleju roślinnego, zapałek i innych niezbędnych rzeczy, których produkowanie
na małą skale jest nie praktyczne. Resztę swoich potrzeb studenci muszą zaspokajać polegaj ąc na zbiorach tego, co wyhodują, na tym, co jest osiągalne w najbliższym otoczeniu, lub na swojej pomysłowości. Nie bez przyczyny Fukuoka oferuje studentom tak proste, niemal prymitywne warunki, sam
z resztą żyje w ten sposób od wielu lat wierząc, że prostota życia budzi wrażliwość potrzebną rolnikowi do otwarcia się na Naturę.
W rejonie wyspy Shikoku ryż jest uprawiany w rozległych dolinach, a cytrusy na okalających wzgórzach. Farma Fukuoki zawiera 1,25 akrów pól ryżowych (około 1/2 ha) i 12,5 akra sadów cytrusowych. To wydaje się niewiele w skali Zachodniego rolnictwa, jednak wszystkie prace są tu wykonywane ręcznie z pomocą tradycyjnych narzędzi rolniczych. Wobec tego, utrzymanie tej relatywnie małej przestrzeni wymaga wielu rąk do pracy.
Fukuoka pracuje razem ze studentami na polach i w ogrodzie, lecz nikt dokładnie nie wie, kiedy pojawi się w danym miejscu. Ma on niezwykłą zdolność pojawiania się nagle w tych miejscach, gdzie studenci zupełnie go nie oczekują. Jest niezwykle energicznym człowiekiem, wciąż opowiadaj ącym o tym, lub owym.
Czasami zbiera studentów razem, aby porozmawiać na temat ich aktualnej pracy, często pokazuje w jaki sposób można ją wykonać łatwiej i szybciej. Innym razem opowiada o cyklu życia jakiegoś chwastu, lub chorobie grzybowej w sadzie, robiąc dygresję do swoich przeszłych doświadczeń.
Omawiając swoje sposoby upraw, uczy też fundamentalnych umiejętności niezbędnych dla rolnika. Podkreśla ważność odpowiedniego dbania o narzędzia i jest niestrudzony w demonstrowaniu ich użyteczności.
Jeżeli osoba nowoprzybyła spodziewa się, że „naturalne" uprawy polegają na tym, że my siedzimy w fotelu i patrzymy, a wszystko dookoła rośnie, Fukuoka szybko uświadamia, że jest wiele rzeczy, które trzeba wiedzieć i wykonać.
Mówiąc wprost, „naturalne" rolnictwo to jedynie polowanie i zbieractwo. Świadoma uprawa plonów stanowi kulturową innowację, która wymaga odpowiedniej wiedzy i stałego wysiłku. Fundamentalną różnicą pomiędzy uprawami Fukuoki a innymi, jest to, że współpracuje on
z Naturą, nie próbuje pobudzać jej stosując środki przymusu.
Wielu gości przybywa, by spędzić tu jedno popołudnie, mimo to, pan Fukuoka cierpliwie oprowadza ich po całym terenie. Bardzo często można go zobaczyć wspinającego się ścieżką w górę z grupą 10 lub 15 sapiących gości. Na początku nie było tak wielu odwiedzających. Całe lata, kiedy odkrywał swoją metodę, Fukuoka miał minimalny kontakt z otoczeniem.
Jako młody człowiek opuścił rodzinną wioskę i udał się do Yokohamy, gdzie po studiach otworzyła się dla niego kariera mikrobiologa. Stał się specjalistą do spraw chorób roślin
i przez kilka lat pracował w laboratorium jako inspektor rolniczy. Właśnie w tym czasie, będąc jeszcze dwudziestopięcioletnim młodym człowiekiem, Masanobu Fukuoka doświadczył samorealizacji, która stała się podstawą dla jego całego późniejszego życia i przewija się jako podstawowy temat tej książki. Porzucił swoj ą pracę naukową w mieście, powrócił do swojej rodzinnej wioski, aby potwierdzić praktycznie prawdziwość swoich doświadczeń.
Podstawowa idea przyszła do niego pewnego dnia, kiedy przemierzał ugór nie uprawiany przez lata. Nagle zobaczył zdrowe, kiełkujące ziarenka ryżu przebijające się przez gąszcz traw i chwastów.
Od tego momentu przestał utrzymywać wodę na swoim polu ryżowym. Przestał też wysiewać ryż na wiosnę, a zamiast tego wysiewał nasiona na jesieni, wrzucając je bezpośrednio na powierzchnię gleby, pomiędzy ubiegłoroczną słomę, która w naturalny sposób opadła
na glebę. Zamiast plewić pole, w celu pozbycia się chwastów nauczył się kontrolować ich ilość poprzez ściółkowanie słomą oraz uprawianie białej koniczyny.
Kiedy po pewnym czasie zauważył, że warunki gleby polepszyły się i zaczęła ona lepiej plonować, zabiegi uprawne ograniczył do minimum. Pozwolił w ten sposób na koegzystencję społeczności wielu roślin i zwierząt na swoich polach. Ponieważ większość ludzi z Zachodu, również rolników, nie ma większego poj ęcia
o płodozmianie ryżu i zimowego jęczmienia, a jest to temat często poruszany w książce, wydaje mi się stosownym powiedzieć kilka słów na temat tradycyjnego, japońskiego rolnictwa. Początkowo skiełkowany ryż był wsadzany
bezpośrednio w rozlewiskach rzek,
w sezonie deszczowym. Przystosowano też niektóre wzniesienia robiąc tarasy i zatrzymując w nich wodę górskich strumieni, nawet wówczas, kiedy sezon wylewu rzek już minął.
W metodzie tradycyjnej, używanej w Japonii do końca Drugiej Wojny Światowej sadzonki ryżu są umieszczane w specjalnie do tego przygotowanych rozsadnikach. Kompost
i naturalny nawóz jest rozsypywany na polu, które następnie jest nawadniane i gracowane do konsystencji płynnego błota.
Kiedy sadzonki mają około 8 cali wysokości są przenoszone ręcznie na pole. Pracując nieprzerwanie doświadczony rolnik może rozsadzić około 1,3 akra w ciągu dnia. Dlatego pracę tą przeważnie wykonuje wiele osób pracujących razem. Kiedy już sadzonki są wsadzone, pole jest lekko uprawiane motykami pomiędzy rzędami. Następnie ręcznie usuwa się chwasty i czasem zaściela.
Przez 3 miesiące pole pozostaje nawodnione. Woda stoi około 1 cala (2,5cm), lub więcej nad powierzchnią gruntu. Zbioru ryżu dokonuje się za pomocą sierpów. Dojrzały ryż jest związywany w wiązki i zawieszany na drewnianych lub bambusowych żerdziach na kilka tygodni, aby wysechł przed młóceniem. Od momentu przesadzania do zbiorów, praktycznie każdy cal pola jest ręcznie przepracowany co najmniej czterokrotnie. Kiedy zbiory ryżu są zakończone, pole znowu jest odchwaszczane, a powierzchnia gruntu jest formowana w podłużne pryzmy około stopy wysokości (ok. 30 cm) umożliwiające odpływ reszty wody. Ziarno ryżu lub jęczmienia jest zebrane na szczyt wzgórza i przykryte ziemią na okres zimowy.
Taka stała kolejność pracy była możliwa poprzez precyzyjnie ustawiony program i dbałość
o dobre nasycenie gleby organiczną materią bogatą w podstawowe składniki odżywcze.
Jest godnym podziwu, że używając tradycyjnych metod, japońscy rolnicy zbierali corocznie plony ryżu oraz zimowego jęczmienia na tym samym polu przez wieki, bez redukowania żyzności ziemi.
Chociaż pan Fukuoka dostrzega wiele zalet tradycyjnej metody, twierdzi, że aż tak wielki nakład pracy jest niepotrzebny. Sam mówi o swojej metodzie jako o „rolnictwie nie działania" i żartobliwie stwierdza, że dla „niedzielnego" rolnika możliwe jest wyhodowanie na cały rok wystarczającej ilości pożywienia dla jednej rodziny. Nie należy jednak rozumieć, że propagowany przez niego rodzaj rolnictwa nie wymaga w ogóle pracy.
Farma Fukuoki jest prowadzona w regularnym rytmie prac sezonowych. Wszystkie czynności muszą być wykonywane odpowiednio i z wrażliwością.
Jeśli rolnik zdecydował, że na danym skrawku ziemi wyhoduje ryż lub jarzyny, i posiał nasiona, powinien wziąć pełną odpowiedzialność za odpowiednią opiekę nad roślinami. Zakłócenie naturalnego ekosystemu, a potem pozostawienie go jest szkodliwe i nieodpowiedzialne.
Na jesieni Fukuoka wsiewa na pole ziarna ryżu, białej koniczyny i zimowego jęczmienia,
a następnie przykrywa je cienką warstwą słomy ryżowej. Jęczmień i koniczyna szybko kiełkują, podczas gdy nasiona ryżu leżą do wiosny. Podczas gdy zimowe zboża rozwijaj ą się i dojrzewają na polach, centrum aktywności stają się sady na zboczach góry.
Zbiór cytrusów trwa od połowy listopada aż do kwietnia. Zimowy jęczmień i żyto są zbierane w maju i rozkładane bezpośrednio na polu, na 7 do 10 dni. Następnie ziarna są młócone, oczyszczane z plew i składowane w workach do przechowania.
Praktycznie cała, nie ścinana słoma jest rozkładana z powrotem na polu jako ściółka. Następnie wpuszcza się na pole na krótki czas wodę podczas monsunowych deszczy
w czerwcu, aby osłabić rozrastającą się koniczynę i inne chwasty, również aby dać szansę ryżowi wykiełkować. Kiedy pole
jest osuszone koniczyna odrasta z powrotem i rozwija się pomiędzy góruj ącymi nad nią pędami ryżu.
Od tego momentu, aż do zbiorów, w przeciwieństwie do pracochłonnej metody tradycyjnej, jedyna praca jaką przewidział
na swym polu Fukuoka polega na wytyczeniu kanałów drenażowych i prostych ścieżek pomiędzy roślinami.
Ryż jest zbierany w październiku, kłosy są zawieszane, aby wyschły na żerdziach, a następnie młócone. Jesienny siew jest
zakończony w tym samym czasie co zbiory wczesnych odmian mandarynek.
Pan Fukuoka zbiera około 20 buszli (około 0,72metra sześciennego) ryżu z ćwierci akra (około 10 arów). Plon ten jest prawie taki sam, jak plon ryżu produkowanego mechanicznie, lub tradycyjną metodą japońską w jego regionie. Plon z zimowego jęczmienia często jest nawet wyższy niż mogą uzyskać tradycyjni, nowocześni rolnicy używaj ący orki i sztucznego nawożenia.
Wszystkie trzy metody upraw (naturalna, tradycyjna, chemiczna) uzyskują porównywalne zbiory, lecz różnią się znacznie w oddziaływaniu na ziemię uprawną.
Warstwa urodzajnej gleby na polach Fukuoki narasta z roku na rok. Po 30 latach, od kiedy przestał plewić swoje pola, zyskały one na zdrowej strukturze, urodzajności i zdolności zatrzymywania wody. Przy stosowaniu metody tradycyjnej żyzność gruntu utrzymuje się przez lata na prawie tym samym poziomie.
Rolnicy przykładają dużą wagę do odpowiednich proporcji wprowadzanych nawozów naturalnych i kompostu. Pola uprawiane mechanicznie i chemicznie szybko się wyjaławiaj ą i tracą swoją naturalną żyzność.
Jednym z większych odkryć metody Fukuoki jest to, że ryż może być uprawiany bez długiego nawadniania pola w czasie sezonu wzrostu. Tylko nieliczni ludzie słyszeli, że jest to w ogóle możliwe.
Nie tylko jest to możliwe, ale ryż „naturalny" nawet rozwija się lepiej. Łodygi roślin są mocne i dobrze ukorzenione. Zastosowana tu stara odmiana ryżu kleistego daje 250 - 300 ziaren z jednego kłosa.
Ściółkowanie podwyższa zdolność gleby do zatrzymywania wody. W wielu miejscach naturalna uprawa ryżu może zupełnie wyeliminować potrzebę nawadniania.
Ryż i inne wysoko plenne zboża mogą być w ten sposób uprawiane w miejscach, w których wcześniej ich nie stosowano. Na przykład obszary stepowe, albo łąki leśne mogą być produktywne bez obawy o ich erozję.
Stosując metodę naturalnych upraw można zrekultywować wyjałowione obszary, wcześniej uprawiane chemicznie i mechanicznie.
Zdarzają się rzecz jasna choroby i ataki szkodników na polach i w sadzie, ale zbiory nigdy nie są w znacznym stopniu
uszkodzone. Zmiany chorobowe zaznaczają się tylko na najsłabszych roślinach.
Sam Fukuoka twierdzi, że najlepszym leczeniem i kontrolą insektów jest po prostu uprawa
w warunkach zdrowego otoczenia. Drzewa owocowe w jego sadzie nie są przycinane dla wygodniejszego zbierania - przeciwnie - pozwala im się rozrastać do naturalnych rozmiarów. Zioła i jarzyny rozwijają się w sadzie pośród drzew przy minimalnej kontroli innych roślin. Na wiosnę nasiona kapusty, rzodkiewki, soi, buraków, marchewek, rzepy, dyniowatych, są mieszane razem i rozrzucane na otwartej przestrzeni pomiędzy drzewami, tuż przed jednym z dłużej trwającym monsunowym deszczem.
Taki rodzaj uprawy oczywiście nie wszędzie się uda. Dobrze się udaje w Japonii, gdzie jest klimat wilgotny, a monsunowe deszcze spadają obficie w ciągu wiosennych miesięcy.
Struktura gruntów na terenie sadów Fukuoki jest gliniasta. Wierzchnia warstwa gleby jest bogata w materię organiczną, pulchna, dobrze przyjmująca wodę. Struktura taka powstała
w rezultacie stałego pokrycia koniczyną i rozmaitymi roślinami, które rosną dziko przez wiele lat. „Chwasty" są wycinane wokół kiełkujących warzyw, lecz kiedy tylko jarzyny staną się silniejsze, pozostawia się wszystko naturalnemu rozwojowi Niektóre jarzyny nie są zbierane, dzięki czemu same się rozsiewają i po przetrwaniu w ten sposób około dwóch generacji, stają się silniejsze, mają ostrzejszy smak przypominający ich dzikich przodków. Wiele z tych warzyw wysiewa się i rozwija „dziko", bez ingerencji człowieka.
Nie tak dawno znów przybyłem na farmę Fukuoki i spacerowałem po nie uprawianej części sadu. Niespodziewanie potknąłem się o coś twardego w wysokiej trawie. Przystanąłem,
aby się lepiej przyjrzeć i znalazłem spory ogórek, a blisko niego dynię, która dojrzała pośród koniczyny. Od lat pan Fukuoka opisuje swoją metodę w książkach i czasopismach ogrodniczych, udzielał również wywiadów w radio telewizji. Jednak prawie nikt nie poszedł za jego przykładem. Ówczesne społeczeństwo japońskie podążało w kompletnie przeciwnym kierunku.
Po Drugiej Wojnie Światowej Amerykanie wprowadzili nowoczesne, chemiczne rolnictwo do Japonii. Pozwoliło ono japońskiemu farmerowi na produkcj ę takich samych plonów,
jak metodą tradycyjną, lecz czas i wkład pracy został zredukowany więcej niż o połowę. Wydawało się, że jest to spełnienie snów. Wystarczyła jedna generacja, aby prawie wszyscy odwrócili się od uprawy tradycyjnej.
Przez wieki rolnicy japońscy zaopatrywali ziemię w materię organiczną poprzez rotację zbiorów, a także przez dodawanie kompostu i naturalnych nawozów. Stosowali też nawozy zielone.
W momencie, kiedy te praktyki zostały zarzucone i zaakceptowano szybko działający nawóz sztuczny, warstwa żyznego humusu zanikła w ciągu jednej generacji. Struktura gleby pogorszyła się, zboża stały się słabe i uzależnione od chemicznych pokarmów. Mechaniczne rolnictwo redukujące nakład pracy ludzi i zwierząt podkopało zupełnie żyzność ziemi uprawnej. W ciągu przeszłych 40 lat pan Fukuoka ukazywał z determinacją degenerację ziemi i społeczeństwa japońskiego.
Japończycy bezmyślnie zaadoptowali amerykański model rozwoju przemysłowego
i rolniczego w swoim kraju. Populacja ludności zmniejszyła się od momentu, kiedy rolnicy zaczęli migrować ze wsi do wielkich centrów przemysłowych.
Sielska wieś, w której urodził się Masanobu Fukuoka, i gdzie ród Fukuoka trwał prawdopodobnie ponad 1000 lat, teraz graniczy z rozwijającymi się przedmieściami miasta Matsuyama. Przez jego pola ryżowe teraz prowadzi krajowa autostrada z wyrzucanymi na pobocza śmieciami i butelkami po sake.
Chociaż Fukuoka nie identyfikuje swojej filozofii z żadną religią czy organizacją, w jego terminologii i metodach nauczania można dostrzec silne wpływy Buddyzmu Zen i Taoizmu. Czasami również odwołuje się do Biblii i filozofii Judeochrześcijańskiej z jej teologią, aby zilustrować to, o czym aktualnie mówi, albo by zainicjować dyskusję.
Wierzy on, że naturalne rolnictwo bierze początki w sytuacji duchowego zdrowia ludzi, którzy się nim zajmują. Uważa, że uzdrawianie ziemi uprawnej i oczyszczanie ducha są tym samym procesem, a zatem proponuje prostą drogę życia blisko ziemi i upraw, w której ten proces może się dokonać.
Nie sądźmy, że Fukuoka zdąży całkowicie przełożyć swoj ą wizję na praktykę w ciągu swojego życia w obecnych warunkach. Nawet po czterdziestu latach eksperymentów jego techniki wciąż się rozwijają.
Jego największym wkładem w odwrócenie zagrożenia jakie niesie za sobą współczesna cywilizacja jest ukazanie, iż codzienny, indywidualny proces wprowadzenia równowagi duchowej może być zaczątkiem praktycznej transformacji całego świata.
Obecnie ludzie generalnie uświadomili już sobie długoterminowe zagrożenia spowodowane chemicznym rolnictwem i coraz
chętniej interesuj ą się alternatywnymi metodami upraw.
Pan Fukuoka pojawił się jako rzecznik rewolucji agrarnej w Japonii.
Od czasu pierwszej publikacji „Rewolucji źdźbła słomy" w październiku 1975 roku zainteresowanie naturalnymi uprawami rozszerza się w szybkim tempie wśród Japończyków. Pracowałem u pana Fukuoki około półtora roku, a potem wróciłem na stałe na moją farmę w pobliżu Kioto. Wszyscy przyjaciele z naszej społeczności byli zainteresowani wypróbowaniem nowych metod i stopniowo nasze ziemie zostały przestawione na uprawy naturalne.
Pomiędzy ryżem i jęczmieniemw tradycyjnym następstwie również wsiewamy pszenicę, proso, ziemniaki, kukurydzę i soj ę według metody Fukuoki. Wsiewając kukurydzę, a także inne zboża, które kiełkują powoli, robimy dziury w ziemi patykiem lub kawałkiem bambusa i wrzucamy do nich ziarna. Tak samo postępujemy z nasionami soji, lub obtaczamy je warstwą gliny i po wyschnięciu rozrzucamy na polu. Następnie ścinamy zielone pokrycie gruntu składającego się z chwastów, białej koniczyny i słomy. Koniczyna później odrasta, gdy przerośnie j ą już kukurydza i soja.
Pan Fukuoka osobiście udzielił nam pewnych rad, lecz musieliśmy też dostosować jego metodę do rodzaju naszych zbiorów i lokalnych warunków. Dochodziliśmy do tego metodą prób i błędów wiedząc od początku, że zajmie nam to więcej niż kilka sezonów. Jednak cieszymy się ze zmian w naszym postrzeganiu przyrody, a także ze zmian jakie zaszły na naszym obszarze po wprowadzeniu naturalnych metod. Przemiana w kierunku upraw naturalnych na naszej farmie stała się stałym procesem.

Spójrz na to zboże
Wierze, że wielka rewolucja może zacząć się od jednego źdźbła słomy. Na pierwszy rzut oka to źdźbło ryżu może wydać się komuś ulotne i bez znaczenia. Mało kto jest w stanie uwierzyć, że zapoczątkuje ono rewolucję. Lecz ja zrealizowałem znaczenie i siłę tego źdźbła. Dla mnie jego wielkie możliwości są realne. Spójrzcie na te pola żyta i jęczmienia,dają one plon około 22 buszli (0,80metra sześciennego) na 1 akr.
Oznacza to najwyższy plon w Prefekturze Ehime. Jeżeli porównamy to z najlepszymi zbiorami Prefektury Ehime, to oznacza, że osiągamy rekord zbiorów w całej Japonii. A trzeba dodać, że moje pola nie były orane przez 25 lat. Aby dokonać siewu po prostu rozrzucam nasiona żyta i jęczmienia na oddzielnych poletkach, gdzie ryż już dojrzewa. Po kilku tygodniach zbieram dojrzałe kłosy ryżu i rozścielam ryżową słomę z powrotem na pole nie ścinając jej. Podobnie jest z tym ryżem który wcześniej został wsiany. Tej zimy plon będzie zebrany około 20 maja. Na dwa tygodnie zanim zboże całkiem dojrzeje znowu wysiewam nasiona ryżu pomiędzy dojrzewające kłosy żyta i jęczmienia. Po tym, jak zimowy plon dojrzeje, kłosy zostaną ścięte rozkładam na polu słomę żyta i jęczmienia.
Uważam, że ta metoda siania razem zbóż i ryżu jest unikalna, lecz istnieje metoda jeszcze prostsza.
Jeśli przejdziemy na następne pola, to zobaczymy plony, które były posiane w tym samym czasie, co zimowy jęczmień. Całoroczne uprawy zostały zakończone na tym polu w dniu Nowego Roku. Możecie zauważyć, że na polach, miedzy zbożem rośnie biała koniczyna
i gdzieniegdzie chwasty. Koniczyna została wysiana w tym samych czasie, co nasiona ryżu, czyli wcześnie w październiku, krótko przed żytem i jęczmieniem. Nie obawiam się wysiewania chwastów, gdyż one łatwo zanikają. Zatem porządek upraw na tym polu jest następujący:
Na początku października koniczyna jest wsiewana pomiędzy ryż, natomiast zimowe zboża są wsiewane w środku miesiąca. Na początku listopada zbierany jest ryż, a następnie wsiewane są nasiona ryżu wiosennego, a słoma jest rozkładana na polu. Żyto i jęczmień, który teraz widzicie, wyrosły w ten sposób. Posiadając kilka akrów ziemi, 2 osoby mogą zrobić całą pracę w ciągu kilku dni. Wygląda na to, że jest to najprostsza metoda uprawiania zarazem ryżu i zimowych zbóż.
Moje metody zupełnie przeciwstawiają się nowoczesnym technikom upraw. Zatem całą naukową wiedzę i tradycyjne sposoby upraw można śmiało wyrzucić za okno.
W tego typu uprawie, jaką stosuję, nie potrzeba używać maszyn, nawozów naturalnych ani sztucznych, a jednak można uzyskać plon porównywalny, albo większy, niż ten na zwykłej, współczesnej Japońskiej farmie. Dowód na to macie przed swoimi oczami

1.2 Zupełnie nic
Ostatnio ludzie pytali mnie, jak do tego doszło, że od tylu już lat uprawiam ziemię w ten sposób . Z nikim do tej pory na ten temat nie rozmawiałem. Można powiedzieć, że nie było okazji mówić o tym.
Był to po prostu jakby szok, przebłysk, jedno krótkie doświadczenie, które stało się punktem startu. Doświadczenie to kompletnie zmieniło moje życie. Trudno dyskutować o treści tego przeżycia, ale jego najgłębszy sens można wyrazić takim zdaniem: „Cała ludzka wiedza jest nie przydatna, w niczym nie można znaleźć wewnętrznej wartości, a to wszystko, co robimy jest daremnym wysiłkiem bez znaczenia." Może to wyglądać niedorzecznie, ale ubierając przeżycie w słowa - właśnie tak mogę to wyrazić.
Ta „myśl" powstała nagle w mojej głowie, kiedy byłem jeszcze zupełnie młody. Nie byłem pewny wewnętrznie, czy całe ludzkie zrozumienie i idące za tym ludzkie wysiłki mają jakieś znaczenie, czy nie , ale kiedy próbowałem skonfrontować moją „myśl" z tym wszystkim
i próbować ją obalić, nie byłem w stanie tego dokonać.
Wszystkie konwencjonalne wierzenia i sposoby myślenia wypaliły się wewnątrz mnie.
Powszechnie uważa się, że nie ma nic wspanialszego, niż ludzka inteligencja oraz, że ludzkie istoty mają specjalne znaczenie w świecie, a ich działania i osiągnięcia odbite w różnych kulturach światowych są wspaniałe, i godne kontynuacji. Przynajmniej tak się powszechnie sądzi. Chociaż moje myślenie było przeciwne, nie byłem w stanie z nikim o tym rozmawiać. W końcu zdecydowałem nadać formę swoim poglądom i zastosować je w praktyce, a przez to wykazać czy byłem w błędzie, czy nie. Osiedlenie się na farmie, uprawianie ryżu, i zimowych zbóż dało mi podstawę do weryfikacji tego przeżycia z wczesnych lat młodości.
A czym właściwie było to doświadczenie, które zmieniło moje życie?
40 lat temu, kiedy miałem 25 lat pracowałem dla firmy Yokohama Customs Bureau w oddziale inspekcji upraw. Moim podstawowym zajęciem było sprawdzanie wchodzących
i schodzących z rynku roślin, czy nie są zakażone chorobotwórczymi insektami. Miałem wówczas sporo wolnego czasu dla siebie, który spędzałem w laboratorium pogłębiaj ąc swoje badania, jako specjalista patologii roślin.
Laboratorium było położone naprzeciwko Parku Yamate i miało widok z okien na port Yokohama. Dokładnie naprzeciwko budynku stał kościół katolicki, a na wschodzie była szkoła stuardes okrętowych. Miejsce było bardzo spokojne, doskonale sprzyjające pracy badawczej. Kierownikiem laboratorium patologii był Eiichi Kurosawa. Studiowałem wtedy patologię roślin pod kierunkiem Makoto Okera, nauczyciela w Wyższej Szkole Rolniczej Gifu. Praktyki odbywałem u Suehiko Igata, kierownika Rolniczego Centrum Doświadczalnego Prefektury Okayama.
Miałem wielkie szczęście być studentem profesora Kurosawy. Chociaż pozostał on niezbyt znany w świecie akademickim, był człowiekiem, który odseparował kulturę pleśni powodujących chorobę „bakanae" w uprawach ryżu. Również jako pierwszy wydzielił hormon wzrostu „gibberellin" z kultury tych pleśni. Jeśli mała dawka tego hormonu dostanie się do sadzonek ryżu powoduje, że słoma staje się bardzo wybujała. Jeśli dostarczymy tego hormonu w nadmiarze, słoma ryżu rośnie wówczas bardzo krótka. Nikt w Japonii nie zwrócił na to odkrycie większej uwagi, ale za oceanem rozpoczęto na te temat szeroko zakrojone badania. Wkrótce jakiś Amerykanin użył gibberellinu do wyhodowania winogron pozbawionych pestek.
Pana Kurosawę traktowałem jak ojca, a pod jego kierunkiem zbudowałem specjalny mikroskop poświęcając się
odkrywaniu chorób roślin cytrusowych, które powodują przedwczesne ich starzenie się. Wpatrując się w mikroskop obserwowałem mnogość kultur pleśni, krzyżowałem różne ich gatunki i tworzyłem nowe zespoły chorobowe. Byłem zafascynowany swoją pracą. Wymagała ona nieustannej koncentracji, ale były też momenty spowodowane wyczerpaniem, w których czułem się jakby pozbawiony świadomości. Oczywiście był to okres fermentu mojego młodego ducha i nie spędzałem całego czasu tylko w laboratorium. Miasto i port Yokohama były doskonałym miejscem, aby włóczyć się bez celu i miło spędzać czas.
Wówczas zdarzył się w moim życiu ciekawy epizod. Pewnego razu spacerując nadbrzeżem
z aparatem w ręku udało mi się zrobić zdjęcie pięknej kobiety. Sądząc, że zwróci uwagę na osobę fotografa, zaproponowałem, aby pozowała dla mnie. Pomogłem jej wsiąść na pokład zagranicznego statku cumującego tutaj i w tym czasie zrobiłem kilka ujęć. Na koniec poprosiła, abym odesłał jej kopie zdjęć, kiedy będą już gotowe. Kiedy zapytałem, gdzie wysłać zdjęcia odpowiedziała krótko: „ Do Ofuny". I znikła nie mówiąc nawet jak ma na imię.
Wkrótce wywołałem film i pokazałem odbitki przyjacielowi pytając, czy przypadkiem nie zna tej kobiety. Zaskoczony uniósł brwi i powiedział: „Przecież to Mieko Takamine, słynna gwiazda filmowa". Zatem niebawem wysłałem 10 powiększonych portretów na jej adres
w Ofuna. Po pewnym czasie odbitki wróciły do mnie pocztą opatrzone autografem. Jednakże brakowało jednej odbitki. Zastanawiając się nad tym stwierdziłem, że brakujące zdjęcie przedstawiało bliski profil, który mógł ujawnić niewielkie zmarszczki na jej twarzy. Rozbawiło mnie to i poczułem, że dotknąłem charakterystycznego punktu psychiki kobiety. Po pewnym czasie czując się niezdarny i odpychający zacząłem chodzić na kurs tańca
w dzielnicy Nankingai. Pewnego razu zauważyłem siedzącą tam, popularną piosenkarkę Noriko Awaya i zaprosiłem ją do tańca. Nigdy nie zapomnę tego tańca, ponieważ byłem tak przytłoczony przez jej potężne ciało, że nie mogłem nawet objąć ramionami jej pasa!
Poza tym byłem wtedy bardzo zajętym, szczęśliwym młodym człowiekiem, spędzającym całe dnie w stanie podziwu nad tubusem mikroskopu, który ukazywał mi cudowny mikro świat, tak podobny do makro świata nad nami w skali kosmicznej. Wieczorami, czy byłem aktualnie zakochany, czy nie, próbowałem dookoła różnych rozrywek tak, jak moi rówieśnicy.
Teraz widzę, że był to rodzaj bezcelowego życia przerzucającego mnie od prób odpoczynku do ponownego owładnięcia pracą i zauroczeniem pokoju laboratoryjnego. W konsekwencji tego trybu życia dostałem ostrego zapalenia płuc i wylądowałem w separatce na najwyższym piętrze Szpitala Policyjnego.
Zdarzyło się to zimą, a przez stłuczoną szybę okna wiatr nawiewał płatki śniegu do pokoju. Było mi ciepło pod warstwą kołder, ale moja twarz była lodowata. Pielęgniarka zmierzyła mi temperaturę i natychmiast znikła.
Chociaż był to pokój prywatnie opłacany nikt tutaj nie zaglądał. Poczułem, że wrzucono mnie tu jak do lodówki i nagle znalazłem się w świecie samotności i separacji. Skonfrontowałem się po raz pierwszy w życiu z lękiem przed śmiercią. Chociaż teraz wydaje mi się, że ten lęk był niepotrzebny. Wtedy brałem go na poważnie.
W końcu wyzdrowiałem i zostałem wypisany ze szpitala, lecz nie mogłem pozbyć się depresji. Gdzie znikło moje dotychczasowe zadowolenie z życia? Przedtem byłem zadowolony i beztroski, ale właściwie jakie były podstawy tego zadowolenia?
Teraz moja pewność dotycząca spraw życia i śmierci wypaliła się. Nie mogłem spać, nie mogłem też oddać się pracy. Nocn
wędrówki wzdłuż klifu i w pobliżu portu nie przynosiły ukojenia.
Podczas jednej z takich nocnych wędrówek, w końcu usiadłem wyczerpany na wzgórzu
z widokiem na port. Oparłem się o pień wielkiego drzewa i pozostałem tam w dziwnym stanie zawieszenia aż do świtu, ani śpiący, ani rozbudzony.
Pamiętam dokładnie, że był ranek 15 maja. Kiedy spojrzałem na budzący się port
w pierwszych promieniach słońca, ujrzałem też coś niespodziewanego. W momencie kiedy zawiała lekka bryza od klifu, poranne mgły nagle znikły i pojawiła się tuż przede mną wzlatująca nocna czapla, która wydała z siebie przenikliwy okrzyk. Niemal musnęła mnie skrzydłami!
Nagle moja depresja i całe pomieszanie ostatnich miesięcy odeszło. Wszystko czego poprzednio byłem pewien, wszystko w
co wierzyłem i co sobie wyobrażałem odleciało z tym porannym wiatrem. Poczułem, że coś zrozumiałem, było to poza
myśleniem, ale moje usta odruchowo wypowiedziały zdanie: „W tym świecie nic realnie nie istnieje".
Poczułem, że zrozumiałem pustkę. Zobaczyłem dokładnie, że wszystkie koncepcje do których byłem przywiązany,
wszystko, co mogłem racjonalnie powiedzieć o życiu i egzystencji, były to puste, spreparowane treści.
Mój duch stał się lekki i przejrzysty. Zacząłem tańczyć porwany radością. Słyszałem śpiew małych ptaszków ćwierkających
w drzewach i ujrzałem jakby po raz pierwszy w życiu przebijające się promienie wschodzącego słońca. Liście w zieloności
tańczyły i migotały. Poczułem, że znalazłem się w niebie na ziemi.
Wszystko to, co dotąd mnie więziło, wszystkie te agonie rozpuściły się jak sny i fantazje, a coś, co można nazwać „prawdziwą naturą" zostało objawione.
Mogę teraz z całą pewnością stwierdzić, że od momentu doświadczenia tego poranka moje całe życie kompletnie się zmieniło.
W konfrontacji z tym doświadczeniem pozostałem zasadniczo zwykłym, głupim człowiekiem, pozbawionym szans na zmiany.
Patrząc z zewnątrz, nie ma bardziej „odlotowego" faceta niż ja, ale też nie ma nic niezwykłego w moim życiu. Mimo wszystko wiem, że jedna rzecz pozostała nie zmieniona od tamtego czasu.
Spędziłem 30-40 lat sprawdzając i zastanawiając się nad tym, czy się pomyliłem, ale widzę, że ani razu nie przeciwstawiłem się swoim najgłębszym przekonaniom.
Realizacja, która się we mnie dokonała ma wielką wartość wewnętrznie, co nie znaczy, że nadaje mi jako osobie specjalnej wartości. Pozostałem prostym człowiekiem, po prostu, jak to się mówi - starym gawronem. Dla przypadkowego obserwatora mogę wydawać się aroganckim prostakiem. Cały czas powtarzam młodym ludziom, którzy pracują w moim
ogrodzie - nie próbujcie mnie naśladować. I naprawdę mnie złości, jeśli ktoś nie wziął sobie tego głęboko do serca. W
zamian proszę ich, żeby próbowali żyć prosto, blisko natury i żeby byli gotowi do codziennej pracy.
Zatem nie można doszukać się we mnie niczego oryginalnego, ale to, czego dotknąłem jest niezmiernie ważne.

1.3 Powrót na wieś
Następnego dnia po moim doświadczeniu, które opisałem, tj.16 maja złożyłem w pacy sprawozdanie wraz z rezygnacją. Moi przełożeni i przyjaciele byli zaskoczeni. Nie mieli pojęcia co mnie do tego skłoniło. Zorganizowali pożegnalne przyj ęcie dla mnie w restauracji niedaleko nadbrzeża, lecz atmosfera na tym przyjęciu była trochę dziwna. Jeszcze wczoraj ten młody człowiek, pozostający w dobrych stosunkach ze wszystkimi, który wyglądał na zadowolonego z pracy, poświęcał siebie karierze naukowej, nagle z niej zrezygnował. Na domiar wszystkiego jest szczęśliwie roześmiany!
Od tego dnia próbowałem innym coś zakomunikować: „Po tej stronie jest nabrzeże, po drugiej stronie jest przystań numer 4. Jeżeli myślisz, że życie jest po tej stronie, to śmierć jest po tamtej. Jeżeli chcesz zrozumieć czym jest śmierć, to musisz zrozumieć to od drugiej strony, i w tym przypadku dojdziesz do przekonania, że tam również jest życie. Życie i śmierć są jednym."
Kiedy usiłowałem to wytłumaczyć, wszyscy coraz bardziej martwili się o mnie: „Co on gada? Musiał oszaleć." Ich twarze stawały się pełne troski. Tylko ja byłem pełen pogody ducha i energii.
W tym czasie mój współlokator zaczął się poważnie o mnie obawiać i doradził, żebym zorganizował sobie spokojny wypoczynek poza miastem i wyspą. Tak więc wyjechałem. Byłem gotów wtedy wyjechać gdziekolwiek, tam gdzie mnie ktoś zaprosił.
Wsiadłem do autobusu i podróżowałem wiele mil wpatrując się w poszatkowane pola i małe wioski po drodze. Na którymś przystanku zobaczyłem nieduży napis: „Utopia". Niezwłocznie wysiadłem z autobusu pragnąc odszukać to miejsce. Tuż przy wybrzeżu była mała gospoda, przytulona do klifu, z której roztaczał się naprawdę przepiękny widok. Zatrzymałem się w tej gospodzie, gdzie spędzałem dnie buszuj ąc
w nadmorskich, wysokich trawach. Mogło to być kilka dni, tydzień, a nawet miesiąc, w każdym razie spędziłem tam trochę czasu.
Podczas mijających dni moje uniesienie zmalało i zacząłem się zastanawiać, co mi się tak naprawdę przydarzyło. Można powiedzieć, że w końcu wracałem do siebie.
Pojechałem do Tokio i zatrzymałem się tu na jakiś czas, nocując to tu, to tam, spacerując po parkach, zatrzymując ludzi na ulicach, i próbuj ąc do nich przemawiać.
Mój przyjaciel obawiał się o mnie i przyjechał zobaczyć jak mi się wiedzie. „Czy nie sądzisz, że żyjesz w jakimś świecie iluzji? - zapytał.
„Nie" - odpowiedziałem - „To ty żyjesz w świecie iluzji".
Obaj niezależnie od siebie pomyśleliśmy: „Ja mam rację, a ty żyjesz w świecie snu."
Kiedy mój przyjaciel obrócił się mówiąc „do widzenia", dodałem jeszcze coś w tym rodzaju: „Nie mów do widzenia. Niezgoda oznacza rozstanie."
Wyglądało na to, że mój przyjaciel stracił wszelką nadziej ę.
Wkrótce opuściłem Tokio poprzez dzielnicę Kansai i skierowałem się na południe do Kyushu. Byłem zadowolony z siebie dryfując, jak nadmorski wietrzyk z miejsca na miejsce. Dzieliłem się z wieloma ludźmi moim głębokim przekonaniem, że wszystko jest zmienne i bez znaczenia, a rzeczy, i działania wracaj ą do pustki.
To było zbyt wiele, lub zbyt mało, aby funkcjonować w codziennym świecie. Nie znajdowałem możliwości porozumienia się.
Byłem wówczas owładnięty koncepcją bezużyteczności, która jednak może przynieść wielką ulgę światu, widząc wyraźnie, że świat współczesny zmierza w szybkim tempie do samozniszczenia. Chciałem wtedy podzielić się swoim doświadczeniem ze wszystkimi
w całym kraju. W rezultacie wszędzie, gdzie się pojawiłem byłem ignorowany, jako rodzaj ekscentryka i tak znalazłem się z powrotem na wsi, na farmie mojego ojca.
Mój ojciec uprawiał wtedy mandarynki i przydzielił mi chatę na wzgórzu, gdzie zacząłem żyć w bardzo prosty i prymitywny sposób. Pomyślałem sobie, że jako hodowca cytrusów i zboża będę mógł zademonstrować prawdę, którą zrealizowałem, a zewnętrzny świat będzie mógł ją poznać. Zamiast silić się na setki filozoficznych objaśnień, czy nie lepiej będzie zademonstrować jak to działa w praktyce?
Zatem moja metoda upraw przez „nie działanie" zaczęła się z tą myślą. Było to w 13 roku rządów aktualnego Cesarza, czyli 1938.
Urządziłem się na wzgórzu i wszystko szło dobrze do momentu, w którym mój ojciec zaprowadził mnie pośród bogato owocujące drzewa. Nieco wcześniej poprzycinał je
„w formę odwróconych kubków sake", tak, żeby można było łatwo zrywać z nich owoce. Na skutek przycięcia gałęzie uległy zakażeniu, osłabione drzewka zaatakowały szkodniki i praktycznie cały sad podupadał.
Mój wniosek był taki, że plony dojrzewają same, a człowiek nie powinien zbytnio w nie ingerować. Byłem przekonany, że wszystko powinno być zostawione swojej naturze, ale
z drugiej strony, jeśli wszystko pozostawimy i nie będziemy w ogóle ingerować w uprawę, to też sprawy nie ułożą się najlepiej. To jest „porzucenie", a nie naturalne uprawianie.
Mój ojciec był zszokowany. Stwierdził, że musze z powrotem się zdyscyplinować, najlepiej znaleźć gdzieś jakieś zajęcie i wrócić, kiedy będę gotowy do „normalnego" gospodarowania. W tym czasie mój ojciec był liderem wioski, a reszta jej mieszkańców nie wiedziała jak się ustosunkować do jego ekscentrycznego syna, który nic nie wyniósł ze swojego wykształcenia w świecie i żył dalej tak, jakby nie opuścił rodzinnego wzgórza.
Z drugiej strony przerażała mnie perspektywa wcielenia do armii. W tym czasie rozpoczęta wojna stawała się coraz bardziej okrutna. Zdecydowałem, że będzie bezpieczniej zgodzić się z ojcem i podj ąć gdzieś pracę poza domem. W owym czasie wykształconych agrotechników było niewielu. Usłyszano o mnie w ośrodku badawczym Prefektury Kochi i zaoferowano mi stanowisko kierownika badań chorób roślin i insektów. Moja praca tam przedłużyła się na prawie 8 lat.
W instytucie objąłem nadzór nad badaniami naukowymi oraz nad produktywnością gospodarstw służącą zaspokajaniu potrzeb armii.
Podczas tych 8 lat zobaczyłem dokładnie różnice pomiędzy naukową i naturalną uprawą. Chemiczne uprawy, które wykorzystują produkty ludzkiej inteligencji zaczęto uważać za doskonałe. Ciągle zadawałem sobie pytanie: czy naturalne uprawy mogą być w zgodzie, czy nie, z osiągnięciami współczesnej nauki?
Kiedy wojna się skończyła, poczułem tak jak wszyscy powiew wolności i czując się zwolniony z moich obowiązków, powróciłem do rodzinnej wioski jeszcze raz wcielaj ąc się w rolę farmera.

1.4 Kultywacja upraw przez „nie robienie".
Przez ostatnich 30 lat praktycznie nie opuszczałem mojej farmy i miałem niewielki kontakt
z ludźmi spoza mojej małej, wioskowej społeczności. Przez te wszystkie lata trzymałem się ściśle metody „nie działania" w swoich uprawach.
Postępowanie w rozwoju jakiejś metody zwykle polega na postawieniu sobie pytań: „A może spróbować tego?", albo „Może spróbujemy tamtego?". W ten sposób zastępuje się jedną technologię następną. Tak działa współczesna agrikultura, jej jedynym rezultatem jest nakładanie coraz większej ilości pracy na farmera.
Moja droga była dokładnie przeciwna. Polegałem na przyjemnej, naturalnej drodze upraw, której rezultatem jest ułatwianie pracy, zamiast jej utrudniania: „A może nie robić tego?", „A dlaczego by nie robić tamtego?". Takie było moje myślenie.
Szybko doszedłem do konkluzji, że zbędne jest plewienie, dodawanie sztucznych nawozów, nie ma potrzeby przygotowywania kompostu, ani używania środków owadobójczych. Jeżeli się do tego zastosujesz, pozostaje kilka prostych zabiegów kultywacji, które są rzeczywiście konieczne.
Jedną z przyczyn dla której człowiek wprowadził jako niezbędne sztuczne techniki upraw jest to, że naturalna harmonia środowiska została już tak zniszczona przez wcześniejsze techniki, że wydaje się, że w inny sposób nie da się uzyskać odpowiednich plonów.
Ta linia myślenia odnosi się nie tylko do rolnictwa, ale także do innych aspektów życia współczesnych społeczeństw. Doktorzy i medycyna stały się niezbędne w sytuacji kiedy ludzie stworzyli chore środowisko.
Formalne wykształcenie nie ma większego znaczenia dla rozwoju jednostki, ale stało się niezbędne w technicznym społeczeństwie, w którym jedynie ludzie „wykształceni" maj ą możliwość przetrwania.
Pod koniec Drugiej Wojny Światowej wróciłem na gospodarstwo swego ojca i metodę naturalnych upraw zastosowałem również w ogrodzie cytrusów. Nie przycinałem drzewek
i pozostawiłem je samym sobie. Gałęzie stały się cieńsze, a drzewa zostały zaatakowane przez insekty i prawie 2 akry mandarynek zwiędły i wyschły. Wtedy postawiłem sobie pytanie: „Jak stosować naturalną metodę uprawy?". Następnie wykopałem czterysta chorych, przycinanych wcześniej drzew.
W końcu mogłem odpowiedzieć sobie na pytanie o odpowiednie postępowanie. Konsekwencją ciągłego przycinania drze1 jest to, że tracą one swoj ą naturalną formę
i witalność, wobec czego, przycinanie następnych ich pokoleń i stosowanie środków owadobójczych staje się niezbędne. Tak samo kiedy społeczność ludzka odcina się od życia zgodnego z Naturą edukacja dzieci staje się niezbędna. W Naturze formalna edukacja nie ma znaczenia. W wychowaniu dzieci wielu rodziców popełnia ten sam błąd, jaki i ja popełniłem w swoim ogrodzie.
Dla przykładu: uczenie dzieci muzyki jest tak niezbędne, jak przycinanie drzew w sadzie. Uszy dziecka spontanicznie łowią „muzykę": szum strumienia, skrzek żab w stawie, szum liści w lesie. Te wszystkie naturalne dźwięki są muzyką. Jednak kiedy różnorodne, zakłócające dźwięki dobiegają do dziecięcych uszu i wprowadzają zamęt, naturalne poczucie muzyki i harmonii degeneruje się. Jeżeli dalej się to kontynuuje dziecko nie będzie zdolne do słuchania śpiewu ptaków, albo szumu wiatru. Z tej przyczyny edukacja muzyczna traktowana jest jako niezbędna dla rozwoju dzieci.
Dziecko które wzrasta w ciszy może nie będzie w stanie zagrać popularnej melodii na skrzypcach, albo pianinie, ale nie wydaje mi się, by to umniejszało jego zdolność do słuchania prawdziwej muzyki, lub spontanicznego śpiewu. Kiedy serce jest przepełnione śpiewem, wtedy możemy powiedzieć, że dziecko jest obdarzone talentem muzycznym. Prawie wszyscy deklarują, że „Natura" jest czymś dobrym, ale tylko jednostki potrafią uchwycić różnicę pomiędzy naturalnym i nie naturalnym.
Jeśli nawet jeden nowy pęd jest wycięty w drzewie owocowym przez sekator, może wprowadzić taki zamęt w jego rozwoju, który jest nie do naprawienia. Gdy zaś drzewo wzrasta uzyskując swoj ą naturalna formę, gałązki układaj ą się tak, że liście korony powoduj ą regularny dostęp światła słonecznego. W wypadku zakłócenia naturalnej sekwencji rozwoju korony drzewa, gałęzie wchodzą
w konflikt nakładając się jedne na drugie i wydłużaj ą się nadmiernie, a liście zaczynają wyrastać tam, gdzie słońce nie dociera. To z kolei sprzyja rozwojowi insektów. Jeśli takie drzewo nie jest przycinane w następnych latach, pojawia się coraz więcej „dzikich" pędów.
Ludzkie istoty ze swoj ą skłonnością do działania wbrew Naturze nie są w stanie naprawić swoich zniszczeń, a kiedy te akumulują się, wymagają coraz więcej pracy. Kiedy wydaje się, że działania naprawcze udały się, ludzie nazywają to wielkimi osiągnięciami.
Sytuacja ta ciągle się powtarza. Przypomina to sytuację szaleńca który chodził po swoim dachu i porobił w nim dziury. Kiedy zaczęło padać i sufit zaczął przeciekać, on wściekły próbował naprawić szkody, zadowolony w końcu, że znalazł cudowne rozwiązanie.
Tak samo jest z naukowcami. Ślęczą nad książkami w dzień i w nocy, psują sobie wzrok, stają się krótkowzroczni. A kiedy ich zapytasz, nad czym u diabła pracują cały czas, okazuje się, że starają się wynaleźć doskonalsze szkła likwidujące krótkowzroczność.

1.5 Wracając do źródeł
Robię sobie przerwę w pracy w ogrodzie. Stoję oparty o długie drzewce mojej kosy
i spoglądam na wzgórza oraz wioskę w dolinie. Zastanawiam się, jak to się dzieje, że poglądy ludzi zmieniają się szybciej niż pory roku.
Podążam ścieżką, którą sam wybrałem: „naturalny sposób gospodarowania", który większość ludzi uznało za dziwny i interpretowało jako reakcję na gwałtowny rozwój nauki. Lecz to, co robię tutaj od dłuższego czasu jest po prostu próbą pokazania, że ludzkość tak naprawdę nic nie wie.
Ponieważ świat zmierza z ogromną energią w przeciwnym kierunku, może wydawać się, że ja zostałem wyrzucony poza czas, lecz wierzę głęboko, że właśnie droga którą podążam jest najbardziej rozsądna.
W ciągu ostatnich kilku lat wzrosła niepomiernie liczba ludzi, którzy zainteresowali się naturalną uprawą roślin. Wygląda na to, że rozwój naukowy osiągnął swój kres, a ludzie dochodzą do zrozumienia swoich błędów i czują, że przyszedł czas naprawy.
To, co było postrzegane jako prymitywne i wsteczne, teraz jest niespodziewanie traktowane jako o wiele praktyczniejsze od współczesnej nauki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, lecz ja uważam, że wcale takie nie jest. Rozmawiałem niedawno na ten temat z profesorem Iinuma z Uniwersytetu w Kioto. Tysiąc lat temu wszystkie uprawy w Japonii odbywały się bez orania. Dopiero licząc od epoki Tokugawa, czyli 300-400 lat temu wprowadzono metodę odwracania ziemi. Głęboka orka przyszła do Japonii wraz z Zachodnimi metodami uprawy ziemi. Powiedziałem, że następne pokolenia przewiduj ąc trudności, będą chciały wrócić do tradycyjnych metod upraw.
Z pozoru wydaje się, że zbiory na nie oranej ziemi to regresja do prymitywizmu, lecz po przeanalizowaniu tej metody przez uniwersyteckie laboratoria i centra doświadczalne, okazała się najprostszą, wystarczającą i odpowiadającą współczesnym wymogom. Chociaż ta metoda upraw przeciwstawia się współczesnej nauce pojawia się w awangardzie rozwoju rolnictwa. 20 lat temu prezentowałem w rolniczych magazynach swoj ą metodę bezpośredniego wsiewania zbóż i płodozmianu ryżu. Artykuły te i ich opracowania zostały opublikowane
w całej Japonii, również w radio i telewizji, lecz w tamtych czasach nikt nie zwrócił na nie większej uwagi.
Obecnie nagle sytuacja się odwróciła. Można powiedzieć, że naturalne rolnictwo stało się modne. Reporterzy, profesorowie
technicy laboratoryjni wciąż napływają, aby odwiedzić moje pola i chaty na górze.
Różni ludzie postrzegają to co się tu dzieje z różnych punktów widzenia, wyciągają swoje wnioski i wyjeżdżają. Ktoś może traktować to jako prymitywizm, inny, jako wstecznictwo, ktoś jeszcze inny jako szczyt osiągnięć rolniczych, a jeszcze inny, jako otwarcie drogi w przyszłość.
Generalnie ludzie ci są zainteresowani umieszczeniem mojego projektu w czasie i zastanawiają się, czy jest on „wyzwaniem przyszłości", czy też „pogrążeniem się
w przeszłości". Niektórzy tylko dostrzegają rzeczywiste znaczenie naturalnych upraw i tego, że wynika on z nieporuszonego, i niezmiennego centrum zharmonizowanych upraw.
Im bardziej ludzie czują się oddzieleni od Natury, tym bardziej zostają pozbawieni swojego centrum. Zdarza się, że siła odśrodkowa działa tak intensywnie, że człowiek z powrotem zaczyna pragnąć powrotu do Natury. Jeśli jednak będzie to jedynie neurotyczna reakcja, rzucenie się w lewo lub prawo, w zależności od okoliczności rezultatem znów jest nadmiar aktywności. Oryginalne centrum o którym mówię leży poza rzeczywistością relatywną, jest pomijane i nie rozpoznawane. Sądzę, że nawet hasło „powrotu do Natury" i wszelkie ekologiczne aktywności przeciwko zanieczyszczeniu planety - nie ważne jak wzniosłe - nie dotykają sedna rozwiązania, ponieważ są tylko odosobnionymi reakcjami na ekspansywny rozwój cywilizacji naszych czasów.
Prawdziwa Natura się nie zmienia, tylko wyobrażenia na jej temat wciąż zmieniaj ą się
z wieku na wiek. Naturalne uprawy, bez względu na czasy, są właściwym podej ściem do współpracy z Naturą.

1.6 Zasadniczy powód dla którego naturalne rolnictwo się nie rozwinęło.
Ponad 30 lat moja metoda uprawy ryżu i zimowych zbóż była wypróbowana we wszystkich strefach klimatycznych Japonii i różnych rodzajach środowiska. Testy te przeprowadzono prawie we wszystkich prefekturach i nie wykazały żadnych przeciwwskazań do powszechnego stosowania
Ktoś może więc zapytać dlaczego prawda ta nie została rozpowszechniona. Sądzę, że jednym z powodów jest ten, że świat tak się wyspecjalizował, że już nie jest w stanie wziąć „cokolwiek w Całości".
Przykładowo pewien ekspert od „szkodliwych" owadów z Centrum Doświadczalnego
w Kochi przybył, aby stwierdzić dlaczego na moich polach jest tak mało pasikoników, chociaż ja nie używam żadnych środków owadobójczych.
Na moich polach pająki swobodnie snuj ą swoje sieci, więc stają się naturalnymi wrogami szarańczaków i jest ich tyle samo, a może nawet mniej, niż na opryskiwanych polach Centrum Doświadczalnego.
Wtedy olśniła go prosta prawda, że jeśli pozostawi się na polach harmonijną symbiozę różnych grup owadów, to zostanie zachowana równowaga między nimi. Doszedł do wniosku, że jeżeli moja metoda byłaby powszechnie stosowana, zniknąłby problem szarańczy. Następnie wsiadł do swojego samochodu i wrócił do Kochi.
Jeśli jednak zapytacie czy specjaliści z różnych ośrodków zajmujący się nawozami oraz ochroną zbiorów przyjeżdżaj ą do mnie często - odpowiedź będzie negatywna. Wszelkie próby, usiłowania przedstawienia argumentów za naturalnym ogrodnictwem w centrach badawczych kończą się stwierdzeniem: „Przepraszamy, ale jest na to za wcześnie. Musimy przeprowadzić badania pod każdym kątem, zanim wydamy odpowiednią opinię." Oczywiście jasne jest, że wyciąganie tu wniosków zajęłoby lata.
Tego typu przypadki zdarzają się cały czas. Specjaliści i technicy rolniczy z całej Japonii przyjeżdżają na moją farmę. Każdy z nich, z punktu widzenia swojej specjalności dostrzega pozytywne wyniki - jeśli nie zadziwiające, lecz chociaż minęło już 6 lat od wizyty profesora, niewiele zrobiono na rzecz wdrażania badań.
W tym roku wydział rolniczy Uniwersytetu Kinki przysłał w ramach projektu dotyczącego naturalnych upraw kilku studentów, aby prowadzili tutaj badania. Decyzja ta może oznaczać krok w stronę zbliżenia, jednak mam przeczucie, że dwa następne kroki zostaną zrobione wstecz.
Różni specjaliści często stwierdzają: „Podstawowa idea tej metody jest w porządku, lecz czy nie byłoby wygodniej tutaj też użyć maszyn?", albo: „Czy plony nie byłyby jeszcze większe, gdybyście użyli nawozów i pestycydów?". Zawsze znajdują się ludzie, którzy szukaj ą kompromisu pomiędzy mechanicznymi, a naturalnymi uprawami. Jednak taki sposób myślenia kompletnie nie trafia w sedno.
Rolnik, który poszedł na kompromis przestaje być krytyczny w stosunku do podstawowych założeń naukowych metod. Naturalne rolnictwo jest łatwe, ale i wrażliwe. Oznacza też powrót do źródeł farmerstwa. Mały krok poza równowagę centrum z pewnością doprowadzi tylko na manowce.

Zobacz na:
Rozwiązania lokalne na globalny bałagan
<!-- l -->viewtopic.php?f=168&t=587<!-- l -->
Efektywne mikroorganizmy
<!-- l -->viewtopic.php?f=129&t=347<!-- l -->
Czym jest permakultura?
<!-- l -->viewtopic.php?f=168&t=586<!-- l -->
Tajemnica jednego hektara.
<!-- l -->viewtopic.php?f=168&t=529<!-- l -->
« Last Edit: (Sat) 29.11.2014, 12:35:39 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Re: Rewolucja źdźbła słomy
« Reply #1 on: (Sat) 05.04.2014, 20:54:16 »
2.1 Cztery podstawowe zasady naturalnych upraw.

Przespacerujcie się uważnie wśród moich pól. Motyle i ważki fruwają chmarami, pszczoły bzykają radośnie w kiściach kwiatów. Unieście opadłe liście, a zobaczycie owady, pająki, żaby, jaszczurki i wiele innych małych zwierząt buszujących chłodnym cieniu. Krety
i dżdżownice spulchniają powierzchnię ziemi. Tak funkcjonuje harmonijny ekosystem naturalnej uprawy. Społeczności owadów i roślin zachowują tutaj ustalone, zgodne relacje. Często bywa tak, że choroby zbóż atakują pola dookoła, a zostawiaj ą moje nietknięte.
A teraz spójrzcie przez moment na pola moich sąsiadów. Wszystkie chwasty zostały tam wytępione przez herbicydy i mechaniczną uprawę. Ziemne zwierzęta i owady są eksterminowane przez trucizny. Gleba została wypalona do czysta z organicznej materii
i mikroorganizmów przez chemiczne nawozy. Latem możecie zobaczyć na tych polach rolników pracujących w maskach gazowych i długich gumowych rękawicach.
Niektóre z tych ryżowych pól, które były uprawiane bezustannie przez około półtora tysiąca lat, teraz leżą odłogiem zupełn wyeksploatowane przez „nowoczesne" rolnictwo w ciągu jednego pokolenia.

Cztery zasady:
Pierwsza to zaprzestanie uprawiania gleby: nie orać, nie kopać, nie odwracać ziemi.
Przez setki lat rolnicy uważali, że oranie jest niezbędne, aby uzyskać zbiory. Jednak nie uprawianie gleby jest fundamentalną zasadą naturalnego rolnictwa. Ziemia uprawia się sama, naturalnie, poprzez penetrację w głąb gruntu korzeni roślin, aktywność mikroorganizmów, kretów i innych małych zwierząt ziemnych, dżdżownic oraz niezliczonych gatunków robaków.
Druga zasada: nie stosować nawozów chemicznych oraz sztucznie preparowanego kompostu. Ludzie ingerują w Naturę, lecz chociaż potem mocno próbują, nie potrafią uleczyć konsekwencji tej ingerencji. Współczesne, niewrażliwe praktyki rolnicze wyjaławiają ziemię z jej podstawowych składników pokarmowych, w skutek czego, z roku na rok zamienia się ona w jałowe tereny.
Jeżeli glebę zostawimy samą sobie, będzie nasycała się naturalnym nawozem, zgodnie z cyklami życia i umierania roślin oraz zwierząt.
Zasada trzecia: zaprzestanie plewienia oraz stosowania herbicydów przeciwko „chwastom". Chwasty odgrywaj ą ważną rolę w budowaniu zasobności pokarmowej ziemi
i harmonizowaniu jej biologicznych ekosystemów. Należy przyjąć, że chwasty powinny być kontrolowane, a nie zupełnie eliminowane.
Ściółkowanie słomą, okrywanie gleby białą koniczyną wsiewaną wraz z uprawami, efektywnie zapobiega nadmiernemu rozrostowi chwastów.
Zasada czwarta: eliminacja środków chemicznych.
Od czasu, kiedy zaczęto orać i chemicznie traktować ziemię, uprawiane rośliny stawały się coraz słabsze, a choroby roślin oraz nadmierne rozmnażanie się poszczególnych gatunków szkodliwych owadów stały się wielkim problemem w rolnictwie.
Natura rządząca się własnymi prawami znajduje się w doskonałej harmonii.
Owadzie szkodniki i choroby roślin były zawsze obecne, ale w naturalnych warunkach nie rozwijały się na skalę masową tak, żeby niezbędne było stosowanie chemicznych trucizn. Wrażliwym i odpowiednim rozwiązaniem wobec chorób i insektów jest uprawa mocnych roślin w zdrowym otoczeniu.
Jako nawozy Fukuoka uprawia rośliny strączkowe pokrywające ziemię, a także białą koniczynę, czasami je ścinaj ąc na „zielony nawóz". Pozostawia też ściętą słomę (np. ryżową) na swoich polach i dodaje niewielkie ilości naturalnego nawozu (ptasiego).
Fukuoka nie stosuje żadnych chemicznych nawozów, ani oprysków w swoich uprawach. Czasami na drzewach sadu stosuje emulsję z naturalnego oleju, aby ochronić je przed nadmierną inwazją insektów.

2.2 Nie obawiaj się chwastów
Wiele różnych gatunków chwastów rośnie pomiędzy zbożem i koniczyną na tych polach. Ryżowa słoma rozłożona poprzednio na polu została naturalnie skompostowana, zamieniła się w bogaty humus. Spodziewamy się zbiorów około 13 funtów (ok. 6kg) z akra.
Wczoraj byli u nas z wizytą profesor Kawase, specjalista w uprawie traw i profesor Hiroe, który poszukuje dawnych odmian upraw. Kiedy zobaczyli dorodny wzrost jęczmienia i zielony nawóz na moich polach, nazwali to przepięknym dziełem sztuki.
Jeden z moich sąsiadów rolników, który spodziewał się, że moje pola będą kompletnie zarośnięte chwastami, był zaskoczony znajdując jęczmień tak dorodnie wyrośnięty pośród wielu innych roślin.
Eksperci techniczni również przybyli tu, by zobaczyć jak koegzystują chwasty, koniczyna, zboża oraz rzeżucha. Odjechali kręcąc głowami w zadziwieniu.
20 lat temu, kiedy odważyłem się na niekontrolowany wzrost różnych roślin w moich ogrodach, na innych polach i w ogrodach w kraju nie znalazłbyś nawet źdźbła trawki.
Kiedy ludzie zobaczyli moje uprawy zrozumieli, że drzewa ogrodowe czują się dobrze i mogą swobodnie rosnąć wśród chwastów i traw.
W dzisiejszej Japonii normalnym widokiem jest sad porośnięty trawą, Niewiele jest już sadów, gdzie ziemia jest cały czas
uprawiana wokół drzew. Podobnie stało się z uprawami zbóż. Ryż, jęczmień oraz żyto mogą być naprzemiennie uprawiane
na tym samym polu, które jest pokryte koniczyną i chwastami przez cały rok.
Pozwólcie mi powtórzyć bardziej szczegółowo roczny program siewów i zbiorów na moich polach:
Na początku października wsiewana jest biała koniczyna i ziarna zimowych zbóż pomiędzy dojrzewające kłosy ryżu.
Koniczyna, jęczmień lub żyto kiełkuj ą i wyrastaj ą około 2 cali
(ok. 5cm) do czasu zbioru ryżu. Podczas zbioru ryżu kiełkujące nasiona zostają wdeptane
z powrotem do gruntu przez stopy żeńców, lecz zupełnie im to nie szkodzi. Kiedy kłosy ryżu są ścięte, ryżowa słoma jest po prostu rozkładana na polu (bez ścinania jej i wyrywania).
Ryż, który był wysiany na jesieni i zostawiony nie zakryty, narażony jest na zjedzenie przez myszy i ptaki, może także zgnić
nie zagłębiony w ziemi. Dlatego obtaczamy wszystkie nasionka ryżu warstewką gliny przez wysianiem.
Siew polega na wyrzucaniu ziaren z kosza, lub płachty przewiązanej przez ramię równomiernymi ruchami we wszystkie
strony.
Do ziaren dodaje się glinę w postaci drobnego proszku oraz nieco wody tak, że sama ona okleja ziarno. W ten sposób tworzą się grudki gliny wokół ziaren o grubości kilu milimetrów.
Jest też inny sposób na robienie osłon. Najpierw nasiona ryżu są moczone w wodzie, następnie wyciągane i mieszane z rzadką gliną ręcznie lub stopami. Następnie ta mieszanka jest przeciskana przez drobną metalową siatkę, aby podzielić ją na małe części. Te małe cząstki zostawiamy na dzień lub dwa do przesuszenia tak, aby można je było łatwo formować w kuleczki palcami. Dążymy do tego, aby jedno nasionko było w każdej kuleczce.
W ciągu jednego dnia można w ten sposób przygotować wystarczającą ilość nasion do siewu na wiele akrów pola. W zależności od warunków czasami przygotowuję w ten sposób nasiona innych zbóż i warzyw przed wysianiem.
Pomiędzy środkiem listopada, a środkiem grudnia jest dobry czas, aby wysiać przygotowane ziarno ryżu wśród wzrastającego j ęczmienia i żyta. Można to również zrobić na wiosnę.
Nie stosuj ę żadnych nawozów oprócz niewielkiej ilości odchodów kurczaków, które swobodnie żeruj ą i biegają po polach. Ptasi nawóz pomaga rozkładać się pozostawionej ryżowej słomie. W ten sposób zamknięty jest cykl rocznych zasiewów. W maju zbieramy zimowe zboża. Po ścięciu kłosów cała słoma jest rozkładana z powrotem na polu. Wtedy (w czasie deszczowej pory) też pozwalamy pozostawać wodzie na polu przez tydzień lub 10 dni. Woda powoduje, że chwasty i koniczyna osłabiaj ą się i częściowo butwieją, a ziarno ryżu kiełkuje wśród słomy.
W czerwcu i lipcu wystarcza wody deszczowej do nawadniania ryżu, lecz w sierpniu wpuszczamy kanałami świeżą wodę raz w tygodniu, ale nie pozwalamy jej zostawać. W tym czasie zbliża się jesienny zbiór ryżu. Tak przedstawia się coroczny cykl naprzemiennej, naturalnej uprawy ryżu i zimowych zbóż.
Siew i zbiory tak bliskie naturalnym warunkom, mogą być traktowane bardziej jak naturalny cykl wegetacji roślin, niż jak technika rolnicza.
Siew i jednoczesne rozłożenie słomy na jednym akrze pola zabiera rolnikowi tylko około dwóch godzin. Wyłączając czas pracy przy zbiorach, całą pracę przy uprawie zimowych zbóż może wykonać jedna osoba.
Jedynie dwie lub trzy osoby potrzebne są do wykonania całej pracy przy zastosowaniu tradycyjnych, ręcznych narzędzi na średniej wielkości polu przy uprawie ryżu. Prawdopodobnie nie ma prostszej, lżejszej i łatwiejszej metody na uprawę zbóż. Trzeba tylko rozrzucić ziarna i rozłożyć starą słomę, lecz dojście do takiej prostoty zajęło mi ponad 30 lat eksperymentów. Ten sposób uprawy jest odpowiedni dla warunków Wysp Japońskich, lecz uważam, że można go również z powodzeniem zaadoptować w innych rejonach świata i zastosować do uprawy różnych roślin.
W rejonach, gdzie woda nie jest tak łatwo dostępna można ryż zastąpić gryką, prosem, lub owsem. W zastępstwie białej koniczyny można zastosować inne gatunki, które mogą być bardziej przydatne jako rośliny pokrywające pole. Naturalne uprawy przybierają odpowiednią formę do odpowiedniego klimatu i warunków miejsca. Na początku przydatne jest częściowe plewienie, wprowadzanie kompostu lub naturalnych nawozów, lecz te zabiegi powinny być stopniowo redukowane z roku na rok. Najważniejszy jest tu stan umysłu rolnika, a nie jego możliwości techniczne.

2.3 Gospodarowanie słomą
Ścielenie pól słomą można uważać za nieistotne, ale w mojej metodzie upraw zbóż i ryżu jest zasadnicze. Łączy się ze wszystkimi fazami i aspektami uprawy. Osłania kiełkujące nasiona, jest naturalnym nawozem dla gleby, kontroluje wzrost chwastów, chroni przed wydziobywaniem ziaren przez wróble, limituje dostęp wody.
Uważam, że stosowanie ścielenia w teorii i praktyce we wszystkich rodzajach gospodarowania ma zasadniczą rolę. Ludziom niestety jest trudno to zrozumieć.
Rozścielanie słomy bez jej ścinania
W bazie eksperymentalnej Okayama obecnie próbuje się bezpośredniego wysiewu ryżu na 80% pól. Kiedy zasugerowałem, że powinni rozkładać słomę nie ściętą stwierdzili, że nie może to być dobre i rozkładali słomę ściętą poprzednio przez żniwiarkę.
Kilka lat temu odwiedziłem te eksperymentalne pola i stwierdziłem, że zostały podzielone na trzy sektory: w jednym stosowano ścielenie ściętą słomą, w drugim ścielono słomą nie ścinaną, a w trzecim nie stosowano w ogóle ścielenia. Eksperyment powtarza dokładnie to, co ja robiłem wiele lat temu, zanim doszedłem do tego, że najlepsze jest rozkładanie na polu słomy nie ściętej.
Pan Fujii, wykładowca w Wyższej Szkole Rolniczej Yasuki, w Prefekturze Shimane chciał wypróbować moją metodę i odwiedził moją farmę. Doradziłem mu, żeby również rozkładał nie ściętą słomę na swoich polach.
Po roku zawiadomił mnie, że eksperyment się nie udał. Po uważnym wysłuchaniu jego sprawozdania stwierdziłem, że układał słomę równo w jednej linii tak, jak często robi się to
w przydomowych ogrodach Japonii. Jeżeli robił to w ten sposób nasiona nie miały dobrych szans wzrostu. Podobnie jest ze słomą żyta i jęczmienia. Jeśli słoma zostanie ułożona w jednym kierunku
i zbyt ciasno, kiełkom nasion bardzo trudno jest się przez nią przedostać. Najlepiej jest po prostu rozpościerać słomę po skoszeniu kłosów we wszystkich kierunkach, koliście, naśladując jej naturalny sposób opadania.
Słoma ryżowa chroni zimowe zboża przed przemarznięciem, a rozkładająca się słoma zimowych zbóż daje doskonały podkład dla ryżu. Chciałbym, żeby to było dobrze zrozumiane. Jest szereg chorób roślin ryżu, które mogą zainfekować zbiory w przypadku, gdy świeża ryżowa słoma rozkładana jest na polu.
Jednak te choroby ryżu nie zarażają zimowych zbóż. Ryżowa słoma zostaje całkowicie skompostowana zanim wzejdą następnej wiosny kiełki ryżu. Tak więc świeża słoma ryżowa jest bezpieczna dla innych zbóż oraz gryki, a te z kolei mogą być użyte jako podkład dla ryżu. Generalnie świeża słoma zbóż, tj. pszeniczna, żytnia, jęczmienna nie powinna być używana jako ściółka dla tego samego gatunku, ponieważ może powodować ich choroby. Nie mniej jednak cała słoma po zebraniu kłosów powinna z powrotem wrócić do gleby.
Słoma wzbogaca glebę
Rozścielona słoma udoskonala strukturę gleby i wzbogaca ją w związki mineralne tak, że nie potrzebny jest dodatkowy nawóz. Łączy się to oczywiście z brakiem kultywacji (orania). Moje pola są prawdopodobnie jedynymi w Japonii, które nie były orane od ponad 20 lat, a jakość gleby polepsza się z sezonu na sezon.
Stwierdziłem, że powierzchnia pól bogata w humus wzrosła w ciągu tych lat o ponad 10 centymetrów. Ten przyrost gleby zawdzięczamy przede wszystkim temu, że powraca do niej wszystko poza zbieranym plonem.
Kompost nie jest potrzebny
Nie potrzeba przygotowywać kompostu. Nie mówię, że wcale, tylko, że nie potrzeba go specjalnie przygotowywać. Jeżeli pozostawimy rozłożoną słomę na powierzchni pola na wiosnę i zostanie dodany w sposób naturalny nawóz kurcząt i kaczek, to w ciągu 6 miesięcy kompletnie się ona rozłoży.
Rolnik stosuj ący zwykłą metodę przy przygotowywaniu kompostu pracuje jak szalony w upale szatkując słomę, dodając wodę i wapno, przewracając kompostową pryzmę,
a w końcu rozrzuca to na pole. W ten sposób nakłada na siebie cały ten wysiłek, ponieważ sądzi, że to najlepszy sposób. Ja wolałbym widzieć ludzi zaścielających swoje pola słomą, plewami lub wiórami pochodzącymi z tych właśnie pól. Podróżuj ąc pociągiem linią Tokaido w Zachodniej Japonii zauważyłem, że słomę zaczęto przycinać nieco wyżej, niż wtedy kiedy pierwszy raz zacząłem mówić o rozścielaniu jej nie ściętej. Muszę dać rolnikom kredyt zaufania. Jednak współcześni eksperci rolnictwa ciągle twierdzą, że najlepiej jest używać tylko część słomy na 1 akr. Dlaczego nie chcą dopuścić do zwrotu całej słomy z powrotem do ziemi?
Spoglądając z okna wagonu widzę, że rolnicy pozostawili słomę na polu ściętą w połowie, zaś reszta wymłóconej słomy gnije w stogach na deszczu. Jeżeli wszyscy rolnicy w Japonii zgodziliby się co do tego, żeby całą słomę zwracać ziemi, rezultatem byłoby fantastyczne jej zasilenie w kompost, a przez to znakomite, zdrowe zbiory.
Kiełkowanie
Przez setki lat hodowcy ryżu dokładnie przygotowywali grzędy, aby uzyskać silny i zdrowy plon. Niewielkie grzędki były wypielęgnowane tak, jak gdyby były rodzinnymi ołtarzami. Ziemia była uprawiona, posypywano ją piaskiem i popiołem ze spalonych ziaren, a na koniec rytuału odmawiane były modlitwy ofiarne.
Nie dziwię się więc, że inni rolnicy z mojej wsi widząc, że rzucam ziarna ryżu pomiędzy rosnące zboża uznali, że zwariowałem. Oczywiście nasiona kiełkuj ą bardzo dobrze w głęboko zaoranej ziemi, lecz kiedy przychodzi deszcz i ziemia zamienia się w błoto, nie można ani wejść na pole, ani też kontrolować wzrostu chwastów.
Metoda bez kultywacji pod tym względem jest lepsza, lecz z drugiej strony ściółka przyciąga wiele małych zwierząt tj. krety, ślimaki, myszy, które mogą zniszczyć nasiona. Rozwiązaniem jest stosowanie dla nasion osłon z gliny. Powszechną metodą jest rozrzucanie ziaren, a następnie przykrywanie ich glebą. Niestety, jeżeli gleba przykryje nasiona zbyt głęboko, wtedy zgniją.
Wcześniej wsiewałem nasiona w małe otwory, w gruncie albo specjalnych osłonach, lecz zarzuciłem stosowanie tej metody. Później stałem się bardziej leniwy i zamiast pracochłonnego robienia osłon nasion lub dziurek w glebie, rozrzucam nasiona wraz z glinianym proszkiem prosto na pole.
Okazuje się, że kiełkowanie najlepiej zachodzi na powierzchni, gdzie jest największy dostęp tlenu. Odkryłem, że nasiona wraz z ich glinianym okryciem, dodatkowo zaścielone słomą, kiełkuj ą bardzo dobrze, nawet w okresach dużych deszczów.
Słoma pomaga radzić sobie z chwastami i wróblami
Idealnie na jeden akr powinno wchodzić około 900 funtów (ok. 0,40tony) słomy jęczmiennej. Jeśli cała słoma jest rozkładana z powrotem na polu, to jego powierzchnia będzie kompletnie przykryta. Nawet bardzo kłopotliwe chwasty jak perz, który stanowi najtrudniejszy problem przy braku kultywacji, może być kontrolowany.
Wróble sprawiały mi wiele kłopotów. Bezpośredni siew nie będzie skuteczny, jeśli nie poradzimy sobie z ptakami zjadającymi ziarno. W wielu miejscach zrezygnowano z bezpośredniego siewu tylko z tego powodu.
Myślę, że wielu z was ma podobny problem z wróblami, więc dam wam pewne rady.
Na początku mojego gospodarowania zdarzało się, że kiedy obsiewałem pole, chmara wróbli przede mną skutecznie wyjadała ziarna tak, że nie mogłem dokończyć pracy. Próbowałem budować strachy i zakładać specjalne siatki, płoszyć ptaki brzęczącymi puszkami, ale żadna
z tych metod się nie sprawdzała. Jeżeli nawet jedna z nich pomagała, to nie dłużej niż przez rok czy dwa. Doświadczenie ukazało mi, że lepiej siać, kiedy poprzedni plon jest jeszcze na polu, nasiona są wtedy lepiej ukryte wśród traw i koniczyny. Do ukrycia nasion dobrze też służy rozłożona tuż po zbiorach ryżowa lub jęczmienna słoma jako ściółka. W czasie moich eksperymentów popełniłem wiele błędów, które przyczyniały się do niskich plonów. Prawdopodobnie poznałem więcej błędów jakie można popełnić w rolnictwie niż ktokolwiek inny w Japonii. Kiedy osiągnąłem po raz pierwszy sukces w naprzemiennej, naturalnej uprawie ryżu i zimowych zbóż poczułem taką radość, jaką musiał odczuć Kolumb odkrywając Amerykę.

2.4 Uprawa ryżu na suchym polu
Na początku sierpnia kłosy ryżu na polach moich sąsiadów są już dostatecznie wysokie, podczas gdy mój ryż ma tylko połowę tej wysokości.
Ludzie, którzy przybywają z wizytą pod koniec lipca są bardzo sceptyczni i pytają: „Panie Fukuoka, czy z tym ryżem
wszystko jest w porządku?"
„Jasne. Nie ma obaw" - odpowiadam.
Nie oczekuję, że mój ryż będzie miał dużą słomę i duże liście. Przeciwnie - dążę do tego, żeby rośliny były jak najmniej wybujałe.
Nie dążę do tego, żeby mój ryż był wysoki i nie przesadzam z nawożeniem. W ten sposób pozwalam roślinom osiągać ich naturalną formę.
U większości rolników ryżowa słoma osiąga 3 - 4 stopy (ok. 1metra) wysokości i posiada też imponujące liście. Sprawia wrażenie, że wyprodukuje wspaniały kłos, lecz najczęściej cała siła rośliny idzie wtedy w słomę. Zbyt dużo energii roślina poświęca na okres wegetatywnego wzrostu, a wtedy niewiele sił zostaje jej na wykształcenie ziarna. Przykładowo - jeśli wysoki, wybujały ryż, którego w proporcji słoma waży około 2 funtów (0,90kg), to ziarno z tego pokłosia będzie ważyć od 1 do 1,2 funta.
Niskie rośliny ryżu właśnie takie, jakie rosną na moich polach plonują w proporcji na 2 funty wagi słomy, 2 funty wagi ziarna. W sprzyjających warunkach moje rośliny produkują nawet 2, 4 funta ryżu na 2 funty słomy, czyli kłosy są o 20% cięższe od słomy.
Ryż na suchym polu nie rośnie zbyt wysoki. Do całej rośliny docierają promienie słońca ogrzewając zarówno jej podstawę, jak i najwyższe liście.
Jeden cal kłosa jest w stanie wyprodukować 6 ziaren ryżu. Trzy lub cztery niewielkie rośliny mogą wyprodukować więcej niż 100 ziaren.
Widziałem na swoim polu wysoko plonujące rośliny, które miały piękne kłosy po 250 do 300 ziaren na około 20 roślin. Jeżeli posiadasz wiele sadzonek, a nie próbujesz wyhodować z nich wysokich roślin, możesz wówczas osiągnąć bez problemu dobre plony. Ta sama zasada dotyczy innych zbóż, tj. pszenicy, żyta, prosa, jęczmienia, owsa, gryki.
Zazwyczaj ryż uprawia się utrzymując kilka cali wody na polu w okresie jego wzrostu. Metoda ta liczy sobie setki lat, dlatego farmerzy nawet nie zadają sobie pytania, czy można uprawiać ryż w inny sposób.
Oczywiście w przypadku mokrego pola rośliny są szybko pobudzane do wzrostu, ale tak dobrze nie plonują. Ryż najlepiej się czuje, kiedy woda w gruncie waha się pomiędzy 60%, a 80% chłonności gruntu.
Kiedy pole nie jest zbyt mocno nawodnione rośliny wykształcają mocniejszy system korzeniowy i są przez to odporne na ataki chorób oraz insektów.
Podstawową potrzebą nawodnienia pola jest łatwa eliminacja chwatów, z tego powodu, że tylko niektóre z nich mogą przetrwać w takich warunkach. Te chwasty, które przetrwały są usuwane ręcznie lub motykami. Tak się dzieje w metodzie tradycyjnej. Plewienie ryżowych pól zabiera wiele czasu tym bardziej, że trzeba je powtórzyć kilkakrotnie w ciągu każdego sezonu dojrzewania.
W czerwcu, w okresie monsunu utrzymuję wodę na polu około jednego tygodnia. Tylko nieliczne chwasty, które zwykle rosną na suchym gruncie mogą w tych warunkach przetrwać bez tlenu, również koniczyna.
Chodzi o to, by nie niszczyć koniczyny, tylko ja osłabić tak, żeby kiełki ryżu lepiej się urguntowały. Kiedy tylko woda zostaje odprowadzona, koniczyna z powrotem odrasta
i zaściela powierzchnię pola górując nad wzrastającym ryżem. Potem już w ogóle nie wpuszczam wody na pole. W pierwszej połowie sezonu uprawy w ogóle nie nawadniam pól. Nawet podczas bardzo suchych lat grunt pozostaje wilgotny pod warstwą butwiej ącej słomy i zielonego nawozu.
W sierpniu przed zbiorami lekko nawadniam pola, lecz wody na nich nie pozostawiam.
Jeśli zobaczysz plonujący ryż na moim polu, to od razu stwierdzisz, że jest zdrowy i dorodny. Od razu się czuje, że rośliny te nie były sztucznie rozsadzane oraz, że nie miały zbyt wiele wody, a także, co najważniejsze, nie dodane zostały żadne środki chemiczne. Każdy hodowca ryżu z łatwością to może stwierdzić oglądając ich system korzeniowy oraz zieloną część roślin.
Jeśli uda nam się doprowadzić roślinę do idealnej formy, będziemy już wiedzieć, jak ją uprawiać w szczególnych warunkach naszego pola.
Nie zgadzam się z profesorem Matsushima, że najlepiej jest, gdy czwarty liść ze szczytu rośliny jest najdłuższy. Czasami, kiedy jej drugi lub trzeci liść jest najdłuższy, można osiągnąć dobry rezultat. Jeżeli wzrost ryżu utrzymuje się w dobrej kondycji, kiedy jeszcze roślina jest młoda, a jej wzrost jest odpowiedni, to najwyższy, lub drugi liść często staje się najdłuższy i obiecuje dobre zbiory.
Teoria profesora Matsushimy wzięła się stąd, że używał do swojego eksperymentu sadzonek ryżu wyhodowanych na specjalnie nawożonych stanowiskach, a później rozsadzanych na polu, w przeciwieństwie do mojego ryżu, który był uprawiany w warunkach naśladujących naturalny cykl życia rośliny, podobnych do tych, jakie miała w stanie dzikim. Nie przesadzam roślin, czekam cierpliwie aż same urosną i dojrzeją. Zostawiam je w spokoju. Na początku moich prób sprawdzałem stare odmiany ryżu glutaminowego pochodzącego
z Południa. Każde nasionko tego ryżu może wyprodukować 12 kłosów, które mogą wydać aż 250 ziaren. Teoretycznie ta odmiana daje najwyższe plony i na niektórych obszarach moich pól zebrałem ponad 27 % buszli (prawie 1metr sześcienny) z akra.
Z punktu widzenia technicznego moja metoda wygląda na krótkoterminową i prowizoryczną. Ktoś mógłby powiedzieć, że jeśli będę kontynuował swój eksperyment, to wkrótce pojawią się kłopoty. Ja jednak uprawiam ryż swoim sposobem już ponad 20 lat, mimo to zbiory wzrastają, a ziemia z roku na rok staje się coraz bardziej żyzna.

2.5. Sady owocowe
Na zboczach wzgórza w pobliżu mojego domu hoduję kilka gatunków drzew cytrusowych. Krótko po Drugiej Wojnie Światowej, kiedy zaczynałem gospodarować, miałem 1 i % akra sadu cytrusowego i niecały akr pola ryżowego. Teraz sady pokrywają ponad 12 akrów.
Kiedy przyszedłem na to miejsce, przejąłem całe otoczenie wzgórza, które wcześniej było nie zagospodarowane. Z czasem oczyściłem je pracą własnych rąk. Wiele sosen, które tutaj rosły zostały wycięte, a ja karczując ich korzenie zasadzałem w te same miejsca sadzonki cytrusów, wykorzystując zarys dziur po korzeniach.
Sadzonki szybko zaczęły piąć się w górę, ale po pewnym czasie zostały przesłonięte przez stepowe trawy, perz, orlicę. Małe cytrusy zostały wkrótce pokryte bujną wegetacj ą innych roślin. Wyciąłem większość kiełkujących sosen, lecz pozostawiłem niektóre, aby utworzyły z czasem osłonę przeciw wiatrom. Następnie wyciąłem zbędne rośliny zarastające teren i posiałem koniczynę.
W końcu po sześciu, siedmiu latach młode cytrusy zaczęły owocować. Obkopałem drzewka i utworzyłem wokół nich rodzaj tarasów tak, że mój sad teraz różni się wyglądem od innych wokół. W swoim sadzie również zachowałem zasady: nie przekopywania gruntu, nie używania chemicznych nawozów, środków owadobójczych, ani tych przeciw chwastom.
Pierwszą interesującą sprawą na początku było to, że sadzonki zdominowały odrastające drzewka leśne, oraz to, że nie pojawiły się szkodliwe insekty.
Kiedy zarośla i odrastające leśne drzewka zostały usunięte, otoczenie stało się mniej dzikie i coraz bardziej przypominało sad.
Najlepiej jest pozwolić drzewom owocowym rozwijać swoją naturalną formę. Takie drzewa będą plonować co roku i nie będzie potrzeby ich podcinania. Ta sama zasada dotyczy wzrostu cedrów, sosen, czyli tych drzew, które mają centralny prosty pień i wyrastające dookoła gałęzie.
Oczywiście nie wszystkie gatunki cytrusów osiągają te same wysokości i rozmiary korony. Odmiany mandarynek Hassaku i Shadock wyrastają bardzo wysoko, zimowa odmiana Unshu jest niska i krępa, a wczesne odmiany Satsuma są niskie i zwarte, lecz każde z tych drzew ma pojedynczy, centralny pień.
Nie zabijaj owadzich drapieżników!
Sądzę, że wszyscy znają te najbardziej popularne owadzie „szkodniki", należy pamiętać, że mają one swoich naturalnych wrogów. Zatem nie potrzeba stosować pestycydów, aby je zwalczać.
Był czas, kiedy w Japonii pojawił się środek owadobójczy Fusol. Zostały zniszczone szkodniki, ale też wszystkie owady drapieżne, które były ich wrogami. Mimo to pojawiło się wiele innych problemów dla roślin hodowlanych. Wystąpiły nieoczekiwane plagi nowych gatunków szkodników, które nie miały żadnych naturalnych wrogów. To doświadczenie pokazało rolnikom, że niepotrzebne jest eliminowanie wszystkich owadów z upraw i może mieć ono groźne następstwa. Kiedy pojawiają się roztocza możemy użyć przeciwko nim oleju, który jest mniej niebezpieczny dla drapieżników owadzich. Używamy go w stanie wielkiego rozcieńczenia 200-400 razy do 1 części wody i rozpyla się go w środku lata. Nie będzie on jednak działać, jeśli wcześniej w czerwcu lub lipcu został użyty fosforanowy pestycyd, ponieważ łowcy owadów również zostaną wyeliminowani.
Nie doradzam używania specjalnych, tzw. organicznych spray'ów, czy rozcieńczonej soli, ani też nie jestem zwolennikiem sprowadzania żadnych drapieżnych owadów z zagranicy i zasiedlania ich w naszych ogrodach.
Drzewa atakowane są przez szkodniki wtedy, kiedy są słabe i pozbawiane sztucznie swej naturalnej formy (np. przez przycinanie). Jeśli drzewa rozwijaj ą się w nienaturalny sposób
i zostaną tak pozostawione, to ich gałęzie staną się splątane i łatwo narażone na atak owadów. Sam straciłem w ten sposób kilka akrów drzew cytrusowych.
Jeżeli drzewa są bardzo stopniowo i ostrożnie korygowane, mogą w końcu wrócić do swojej naturalnej formy. Wtedy stają się silniejsze i mniej podatne na szkodniki i choroby.
Jeżeli drzewko zasadzimy odpowiednio i od początku pozwolimy mu zachować naturalną formę, nie będzie żadnej potrzeby opryskiwania go czy przycinania.
Większość sadzonek drzew jest przycinanych od początku, a ich korzenie nie są układane prawidłowo zanim zostaną przesadzone do ogrodu. Właśnie to powoduje, że przycinanie musi być kontynuowane.
Na terenie swojego ogrodu próbowałem uprawiać różne gatunki drzew. Pośród nich znajduje się akacja Morishima. Drzewo to wegetuje cały rok i we wszystkich sezonach wypuszcza pąki. W pąkach tych rozmnażają się chętnie mszyce w wielkich ilościach. Wkrótce pojawiają się larwy biedronek, które zjadają mszyce. Dorosłe biedronki w poszukiwaniu pożywienia wędrują w dół gałęzi i pni, i unieszkodliwiają inne owady.
Uprawa sadów owocowych bez przycinania, nawożenia, czy użycia chemikaliów jest możliwa jedynie w warunkach naturalnego otoczenia.

2.6. Ogrody Ziemi
Zacznijmy od tego, że sztuczna uprawa gruntu wcale nie jest podstawowym warunkiem założenia ogrodu. Rzeczywiście, jeżeli użyjesz sztucznych nawozów, drzewa będą rosły większe, ale z roku na roku gleba będzie jałowieć. Nawóz chemiczny pozbawia ziemię witalności. Jeśli nawet jest stosowany przez jedną generację, gleba znacznie ucierpi. Nie ma mądrzejszej postawy w uprawach, jak naturalna.
20 lat temu powierzchnię tych wzgórz pokrywała stwardniała, czerwona glina, tak twarda, że nie można było nawet wbić w nią motyki. Właściwie wszystkie grunty dookoła były w podobnym stanie. Ludzie uprawiali ziemniaki dopóki ziemia nie przestawała rodzić, a następnie porzucali pola. Można powiedzieć, że zanim zacząłem uprawiać tu cytrusy i warzywa, pomogłem odtworzyć zasobność gleby. Opowiem wam teraz jak to się odbyło:
Tuż po Drugiej Wojnie Światowej nastała moda na głębokie, mechaniczne uprawy ogrodów cytrusowych. Kopano też głębokie doły i wrzucano w nie materię organiczną.
Po powrocie z ośrodka badawczego próbowałem robić to samo w swoim sadzie, lecz po kilku latach doszedłem do wniosku, że metoda ta jest nie tylko wyczerpuj ąca fizycznie, ale odnośnie wzbogacania gruntu jest praktycznie bezużyteczna.
Na początku zakopywałem trawy i paprocie, które znosiłem ze wzgórz. Ściąganie codziennie po 90 funtów 9ponad 40kilogramów) zielonej masy i więcej, było nie lada zadaniem,
a po 2, 3 latach, na skutek tego nawożenia wytworzyła się cienka warstwa humusu. Wgłębienia, jakie zostały po zakopywaniu trawy pozostały otwartymi dołami.
Następnie próbowałem zakopywać gałęzie. Wydaje się, że słoma jest najlepszym składnikiem dla budowy gleby, ale w momencie kiedy już pewna jej warstewka została zbudowana, to lepsze są drobne gałęzie. Dobrze jest jeśli te gałęzie z drzew są w bliskim zasięgu, ale dla kogoś, kto nie ma takich drzew w pobliżu, dobrze jest hodować je specjalnie w tym celu.
W moim sadzie pomiędzy cytrusami rosną również sosny i cedry, kilka grusz, brzoskwinie, japońskie wiśnie, a także inne lokalne gatunki.
Jednym z najbardziej interesujących drzew, chociaż nie jest to gatunek lokalny, jest akacja. Drzewo to jest twarde, kwiaty przyciągają pszczoły, a liście są dobre na paszę. Akacje odstraszają szkodliwe owady w sadzie, tworzą osłonę przeciw wiatrom, a bakterie rhizobium żyjące w ich korzeniach dostarczają azotu do gruntu. Drzewa te zostały przywiezione do Japonii z Australii jakiś czas temu i wyrastają szybciej
od innych drzew które widziałem w swoim życiu. W ciągu kilku miesięcy od posadzenia wypuszczają głęboko korzenie, a po 6, 7 latach osiągają już wysokość słupów telegraficznych. 6 - 10 drzew wystarczy na jednym akrze gruntu, aby zapewnić odpowiednią dawkę azotu.
Do pokrycia uzyskanej warstwy humusu zastosowałem mieszankę białej koniczyny oraz lucernę. Zajęło kilka lat zanim rośliny te się rozprzestrzeniły, aż w końcu pokryły wzgórza mojego sadu.
Posiałem też japońską białą rzodkiew. Korzenie tego silnego warzywa penetrują głęboko ziemię dostarczając organicznych
substancji i otwierając kanały dla cyrkulacji powietrza
i wody. Łatwo same się wysiewają, tak, że po jednokrotnym wysianiu można się nimi więcej nie zajmować. W chwili kiedy gleba staje się bogatsza, zaczynają wyrastać różne chwasty.
Po 7, 8 latach koniczyna praktycznie zanikła wśród różnych chwastów, tak, że pod koniec każdego lata ścinam kosą chwasty i wsiewam nasiona koniczyny.
W rezultacie tych działań, po 25 latach gleba w moich ogrodach stała się ciemna i bogata w życie, choć na początku była tylko twardą, czerwoną gliną.
Poprzez stosowanie zielonego nawożenia, nasadzania akacji, można doskonale poprawić jakość gruntu w sadzie i uniknąć mechanicznej oraz chemicznej kultywacji.
Moje sady otoczone akacjami dającymi osłonę od wiatru, z cytrusami w środku i zielonym pokryciem gruntu praktycznie rozwijają się same i zapewniaj ąc też odpowiednie zbiory.

2.7. Półdzika uprawa warzyw
Powiemy teraz o uprawie warzyw. Wystarczy skrawek ziemi na podwórku za domem, aby z powodzeniem hodować warzywa do kuchni, ale można też je uprawiać na otwartym nieużytku. W ogródku przydomowym wystarczy dodać w odpowiednim czasie organicznego kompostu i naturalnego nawozu do uprawy warzyw.
Prosta metoda uprawy kilku niezbędnych warzyw do kuchni w starożytnej Japonii doskonale odpowiadała naturalnemu stylowi życia. Dzieci bawiły się pod owocowymi drzewami
na podwórku, prosiaki biegały swobodnie zjadając odpadki z kuchni i ryły swobodnie w ziemi. Psy szczekały i bawiły się, a gospodarz wsiewał ziarna do bogatej gleby. Robaki
i insekty wzrastały razem z jarzynami, a kury wydziobywały je i znosiły jajka w ogrodzie, które następnie znajdowały dzieci.
Typowa wiejska rodzina w Japonii uprawiała w ten sposób warzywa jeszcze krótko
po Drugiej Wojnie. Uprawa tradycyjnych roślin we właściwym czasie zapobiegała ich chorobom, a sama gleba zachowywała zdrową kondycję, ponieważ wszystkie organiczne pozostałości wracały do niej z powrotem. Również stosowano płodozmian. Owadzie szkodniki były wydziobywane przez kury, a także zbierane ręcznie. W Południowym Shikoku wyhodowano rodzaj kurczaków, które zjadały robaki i owady wśród warzyw nie wydrapując przy tym korzeni, a także nie naruszając naziemnej części roślin.
Obecnie większość ludzi sądzi, że używanie zwierzęcego nawozu i odpadków z kuchni do upraw jest „prymitywne" i „nieczyste". Dziś ludzie oczekują „czystych" warzyw, dlatego hodowcy uprawiają je w szklarniach, często w ogóle nie używaj ąc do tego ziemi. Uprawy na żwirze lub piasku, lub hydroponiczne stają się coraz bardziej popularne. Warzywa są tu nawożone chemicznie, a światło słoneczne jest przefiltrowane przez szklane lub winylowe powłoki. To niesamowite, ale ludzie sądzą, że jarzyny uprawiane chemicznie są czyste i dobre do spożycia.
Właśnie pożywienie wyhodowane w zbalansowanej glebie, wśród działaj ących robaków i mikroorganizmów plus nawóz zwierzęcy jest najczystsze i najbardziej smaczne.
W uprawie „półdzikiej", używam wolnego kawałka ziemi, brzegu strumienia lub otwartego nieużytku. Po prostu wysiewam tam nasiona rozrzucając je i pozwalam, by warzywa rosły wśród chwastów. Uprawiam też swoje warzywa na zboczach gór w wolnych przestrzeniach pod drzewami cytrusowymi.
Ważną rzeczą jest wsiewać warzywa w odpowiednim czasie. Dla upraw wiosennych korzystnym czasem jest, gdy zginęły już zimowe chwasty, a wiosenne jeszcze się nie pojawiły. Dobrze jest też zaczekać na kilkudniowy deszcz. Trzeba skosić naziemne części chwastów i lekko spulchnić ziemię przed wysiewem. Nawet nie trzeba przykrywać nasion ziemią, wystarczy nasiona przykryć ściętymi trawami i chwastami, które ścięliśmy, co zapobiegnie wyjadaniu ich przez ptaki i kurczęta.
Zwykle przed wykiełkowaniem warzyw należy dwa, albo trzy razy ściąć chwasty, aby dać szansę warzywom i zapewnić im dostęp światła. Jeżeli ziemia jest pulchna, a chwasty
i koniczyna są niewielkie, można po prostu rzucić nasiona na glebę. Ptaki zjedzą niektóre z nich, ale wiele wykiełkuje.
Jeżeli zamierzasz siać w rzędach lub rowkach, możliwe, że wiele nasion zostanie zjedzone przez chrząszcze lub inne owady. Chodzą one po prostych liniach. Kurczaki również preferują ułożony rządek nasion, lubią też takie rzędy rozgrzebywać. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepiej jest rozrzucić nasiona w grupach.
Warzywa uprawiane w ten sposób są o wiele silniejsze, niż ludzie sądzą. Jeżeli wzejdą, zanim zdążą wyrosnąć chwasty, nie będą przez nie zdominowane.
Niektóre warzywa, jak szpinak lub marchew nie wschodzą zbyt łatwo, można namoczyć je przed wysianiem na dzień lub dwa. Następnie należy oblepić je osłonkami z gliny, co zapobiegnie też infekcjom.
Japońska rzepa i wiele odmian jesiennych warzyw liściowych może przetrwać nawet w czasie zimy. Niektóre z nich wysiewaj ą się same i wyrastają rok po roku.
Warzywa które same się wysiewają maj ą unikalny smak i wysoką wartość odżywczą.
Niesamowitym doświadczeniem jest dla mnie widzieć wiele gatunków warzyw rozwijających się tu i tam na zboczach wzgórz.
Japońska rzodkiew i rzepa rośnie pół na pół w ziemi i na powierzchni. „Dziko" rosnące marchewki i pietruszki często wyrastają krótkie i pękate z wieloma bocznymi korzeniami. Wierzę, że ich struktura i ostry, intensywny smak przypomina ich oryginalnych, dzikich poprzedników. Czosnek, mała cebula japońska, pory, raz wsiane, będą się reprodukować rok po roku.
Warzywa strączkowe najlepiej wsiewać na wiosnę. Generalnie rośliny strączkowe potrzebują do wykiełkowania dużo deszczu. Trzeba też zwrócić uwagę na ptaki i insekty.
Pomidory i bakłażany kiedy są młode nie są wystarczaj ąco silne, aby konkurować z chwastami, dlatego na początku muszą być wyhodowane w specjalnych pojemnikach,
a później wysadzane na grządki. Zamiast sadzonki wsadzać prosto do ziemi, można je po prostu położyć na powierzchni. Same się ukorzenią w odpowiednim czasie i powstaną nowe łodyżki, które będą silniejsze i lepiej zaowocują. Jeśli chodzi o ogórki, należy sadzonki lekko przykryć glebą. Wokół nich należy wycinać wyższe chwasty, ale kiedy już dobrze podrosną, nie potrzeba tego robić. Można położyć bambusowe tyczki, lub gałązki drzew, a ogórki same się wokół nich owiną. Gałęzie będą utrzymywać owoce nad ziemią, dzięki czemu nie będą one gnić i chorować. Ta sama metoda dotyczy roślin dyniowatych.
Ziemniaki są bardzo silną rośliną. Raz wsadzone będą odnawiały się w tym samym miejscu co roku i nigdy nie zdominują ich chwasty. Po prostu trzeba zostawić kilka w ziemi podczas zbiorów.
Jeżeli ziemia pod uprawę warzyw jest twarda, można wsadzić najpierw białą rzodkiew. Kiedy jej korzenie wzrastają, uprawiaj ą i zmiękczaj ą glebę, a po kilku sezonach w tym miejscu można siać inne warzywa korzeniowe i ziemniaki. Odkryłem, że biała koniczyna jest pomocna w trzymaniu na dystans innych chwastów. Rozwija się szybko i może odsunąć nawet takie mocne chwasty jak perz i mlecz.
Jeżeli koniczyna jest wsiana razem z warzywami, będzie stanowiła żywą ściółkę, użyźniaj ąc glebę, utrzymuj ąc ją w wilgoci i dobrym nasyceniu azotem.
Ważne jest, aby zarówno koniczynę, jak i warzywa wsiać w odpowiednim czasie. Odpowiednie będzie późne lato po żniwach. Rośliny dobrze ukorzeniają się podczas chłodnych miesięcy, dając szansę koniczynie wzrosnąć wcześniej niż trawy i chwasty następnej wiosny.
Dobrze jest też ściąć młodą koniczynę na wiosnę. Można też wsiewać ją w rzędy w odległości około 12 centymetrów. Kiedy koniczyna się ukorzeni, nie ma potrzeby wsiewać jej z powrotem przez 5 - 6 lat.
Podstawowym celem hodowania warzyw w półdziki sposób jest pozyskiwanie naturalnych zbiorów na obszarze, który w innym wypadku byłby nie uprawiany. Jeżeli w tej metodzie spróbujesz uprawiać ziemię mechaniczne, nie osiągniesz oczekiwanych rezultatów.
W większości przypadków rośliny zostaną zaatakowane przez owady i choroby. Jeżeli wiele rodzajów warzyw i ziół zmieszanych jest razem, pozwalamy im rosnąć
w naturalnych warunkach, niebezpieczeństwo zaatakowania przez insekty, a także choroby będzie minimalne. Zatem nie będzie trzeba używać żadnych sprayów, ani też zbierać owadów ręcznie.
Można uprawiać warzywa w każdym miejscu, zwłaszcza tam, gdzie dobrze rosną chwasty. Ważne jest wiedzieć, jakie są zasady wzrostu tych roślin i ich roczny cykl życia.
Występujące gatunki oraz wielkość chwastów powiedzą nam, jaki jest rodzaj gleby w danym miejscu i czego może jej brakować.
W moim owocowym sadzie uprawiam kapustę, pomidory, marchew, fasolę, rzepę, ogórki, buraki, pietruszkę, a także wiele różnych ziół pomiędzy nimi.

2.8 Dlaczego powinniśmy przestać używać środków chemicznych?

Aktualnie uprawy ryżu w Japonii znalazły się na rozdrożu. Rolnicy i specjaliści
są niezdecydowani, co wybrać. Kontynuować uciążliwe przesadzanie, czy stosować bezpośredni siew? - a w konsekwencji - czy uprawiać ziemię, czy jej nie uprawiać?
Przez ostatnie 20 lat twierdzę, że metoda bezpośredniego siewu i nie orania byłaby najlepsza. Ta naturalna metoda upraw ryżu szybko rozwija się w Prefekturze Okayama. Jednak są i tacy, którzy twierdzą, że odejście od upraw chemicznych w rolnictwie, biorąc pod uwagę wyżywienie całego narodu jest nie do pomyślenia. Twierdzą oni, że stosowanie środków chemicznych sprzyja kontrolowaniu trzech poważnych chorób ryżu: gniciu korzeni, pęcznieniu ziaren i bakteryjnemu zakażeniu liści.
Jeżeli jednak rolnicy zaprzestaliby stosowania słabych, „selekcjonowanych" odmian nasion, stosowania nitrogenów do gleby, oraz zredukowali nawadnianie pól tak, że wykształcałyby się silne korzenie roślin, to wyżej wymienione, wszystkie dolegliwości by znikły, a chemiczne opryski stałyby się niepotrzebne.
Na początku czerwony, gliniasty grunt na moich polach był słaby i nie nadający się zbytnio do uprawy ryżu. Moje uprawy regularnie dotyknięte były brązową skazą. Jednak z czasem, kiedy pola zostały nasycone naturalnym nawozem, brązowa skaza zaczęła zanikać. Teraz również inne choroby ustąpiły.
Podobnie jest ze szkodnikami owadzimi. Najważniejszą sprawą jest nie zabijać naturalnych owadzich drapieżników. Utrzymywanie pól przez dłuższy okres pod wodą lub nawadnianie ich zanieczyszczoną wodą może również doprowadzić do problemów ze szkodnikami. Na przykład zielone, ryżowe koniki polne żyjące wśród chwastów, zimą mogą stać się prawdziwą plagą. Jeżeli tak się dzieje, to uprawy narażone są na 20%-towe straty. A gdy środki chemiczne nie są stosowane, rozmnoży się wiele gatunków pająków, które będą kontrolować populację koników polnych. Pająki są na tyle wrażliwe, że każda najmniejsza ludzka ingerencja w naturalną uprawę może zakłócić ich rozwój. Większość ludzi sądzi, że jeśli nie będą stosować chemicznych nawozów i pestycydów, to plony ich upraw gwałtownie zmaleją.
Eksperci od owadów twierdzą, że w pierwszym roku nie stosowania środków owadobójczych może być ok. 5% strat w plonowaniu. Następne 5 % prawdopodobnie stracą nie używaj ąc nawozów chemicznych. Dotyczy to przypadku, kiedy pole ryżowe jest ciągle nawadniane. Straty w zbiorach mogą rzeczywiście w pierwszym roku osiągnąć około 10 %. Jednak siła odradzania się natury jest niewyobrażalna. Wkrótce po pierwszych latach strat plony mogą osiągnąć poprzedni rozmiar, a nawet go przewyższyć.
Kiedy pracowałem w Ośrodku Badawczym Kochi, prowadziłem eksperymenty w kierunku ochrony słomy przed roztoczami. Owady te wnikają do młodej słomy ryżowej powodując
z czasem jej załamanie. Przeciwdziałanie w tym wypadku jest proste. Należy oszacować jaki procent roślin na polu bieleje. Jeżeli nie przekracza 20% sytuacja nie jest groźna. Jeśli jednak ilość białych roślin przekracza 20%, grozi to załamaniem się całego pola uprawy. Aby tego uniknąć, jedno z pól eksperymentalnych zostało poddane opryskom chemicznym, drugie zaś pozostawione. Kiedy eksperyment się zakończył, po zbiorach okazało się, że nie opryskane pole i tak wydało większy plon, niż to poddane środkom owadobójczym. Trudno było mi w to uwierzyć i sądziłem najpierw, że w badaniach popełniono jakiś błąd. Jednak wyniki były prawidłowe. Okazało się, że roztocza zaatakowały tylko słabsze rośliny i w ten sposób przerzedziły uprawę ryżu. Wówczas silniejsze rośliny miały więcej przestrzeni do rozwoju
i większy dostęp do światła słonecznego docierającego do najniższych partii roślin. W efekcie te rośliny, które przetrwały, stały się silniejsze i wyprodukowały większe kłosy od tych, które zostały poddane środkom chemicznym. Kiedy gęstość roślin jest zbyt wielka, a szkodniki „nie przetrzebią" słabszych roślin, pole wygląda w całości zdrowo, ale w wielu przypadkach plon może być niższy.
Wiele stacji badawczych stosuje niezliczone środki chemiczne, ale tylko połowa raportów naukowych z ich stosowania jest składana. Oczywiście nie chodzi tutaj o intencje ukrycia czegokolwiek, lecz raczej o tendencyjną interpretację badań w prasie fachowej spowodowaną naciskiem korporacji chemicznych produkuj ących środki owadobójcze i nawozy. Raporty te, które rzekomo potwierdzają „skuteczność" stosowania środków chemicznych są preferowane, natomiast te raporty naukowe, które tej skuteczności zaprzeczaj ą, rzadko są publikowane.
Najtrudniejszą rzeczą jest namówić rolników do niestosowania herbicydów. Od starożytnych czasów farmerzy prowadzili „walkę wręcz" z chwastami. Oranie, gracowanie pomiędzy rowkami, rytuał przesadzania roślin - to wszystko miało jeden cel.
Zanim zaczęto stosowanie herbicydów, hodowca ryżu musiał codziennie przemierzyć wielokrotnie pole z motyką plewiąc chwasty w każdym sezonie. Dlatego łatwo zrozumieć jest, że herbicydy potraktowano jako błogosławieństwo. W moich uprawach, w oparciu o płodozmian, stosuję słomę i koniczynę jako naturalną ściółkę, oraz czasowe nawadnianie pól, w wyniku czego, łatwo pozbywam się nadmiaru chwastów, całkowicie eliminując ciężką pracę plewienia w upale, lub konieczność używania chemikaliów.

2.9 Ograniczenia metody naukowej
Zanim badacze staną się badaczami, wcześniej powinni stać się filozofami. Powinni odkryć jaki jest cel ludzkości i co ludzkość powinna tworzyć.
Doktorzy i specjaliści powinni najpierw sięgnąć do podstawowego poziomu, na którym funkcjonują ludzkie istoty w cyklu życia.
Zanim zastosowałem moje teorie w uprawie, eksperymentowałem przez szereg lat w wielu kierunkach, wciąż mając na celu ideę odkrycia metody bliskiej Naturze. Osiągałem to poprzez eliminację z rolnictwa wielu niepotrzebnych praktyk. Nowoczesnym metodom naukowym taka wizja nie przyświeca. Badania prowadzi się bez określenia kierunku, a każdy z badaczy dostrzega tylko jeden mały wycinek z nieskończonego spektrum naturalnych czynników, które mają znaczenie dla zbiorów. Dodatkowo te naturalne czynniki są różne dla wielu miejsc i odmienne każdego roku.
Ten sam akr ziemi rolnik powinien uprawiać każdego roku inaczej, w zależności od zmian pogody, rodzajów i liczebności owadów które występują, warunków glebowych, i wielu innych naturalnych czynników.
Natura jest wszędzie w stanie nieustannego ruchu. Warunki z roku na rok nie są identyczne. Naukowe badania dzielą Naturę na drobne cząstki i przeprowadzają eksperymenty, które nie respektują ani naturalnych praw, ani też podstawowych praktycznych zasad. Wyniki są odpowiedzią na reguły badań, a nie odpowiedzią na potrzeby rolników. Wielkim błędem jest sądzić, że mają na celu sukces i zdrowie rolników oraz społeczeństwa. Niedawno profesor Tsuno z Uniwersytetu Ehime napisał opasłą książkę na temat relacji metabolizmu roślin w uprawach ryżu. Profesor ten często przyjeżdża na moje pola, wykopuje dołki głębokie na kilka stóp, aby zbadać kondycję ziemi, przysyła studentów, aby badali kąt padania promieni słonecznych i cienia rzucanego przez rośliny, a także by zabierali części roślin do laboratorium analitycznego.
Często pytam profesora: „Czy jeśli pan wróci do siebie, to czy spróbuje pan naturalnej uprawy ryżu?". Odpowiada ze śmiechem: „Nie, to zostawiam panu. Moim celem jest prowadzić badania".
Tak to właśnie wygląda. Możesz studiować funkcje i metabolizm roślin, a także ich zdolność pobierania nawozów z ziemi, napisać książkę i dostać doktorat na akademii rolniczej, lecz nikt cię nie zapyta, czy twoja teoria sprawdza się w praktycznym powiększaniu zborów. Przykładowo, czy możesz wyjaśnić, jak wpływa na metabolizm rośliny temperatura 25C, jeśli na polu będą miejsca, gdzie temperatura będzie inna. A nawet, jeśli ta temperatura na polach Ehime występuje w tym roku, w następnym może znacznie spaść.
Wielkim błędem jest sądzić, że te wyrywkowe dane z metabolizmu roślin mogą przyczynić się do powiększenia zbiorów. Aby zrozumieć warunki upraw należy wziąć pod uwagę geografię oraz topografię miejsca, kondycję gleby, jej strukturę, spoistość, przepuszczalność wody, ekspozycję światła, relację pomiędzy owadami, rodzaj użytych nasion, metody kultywacji, oraz naprawdę nieskończoność zmieniających się z roku na rok czynników.
Jednoczesne prowadzenie naukową metodą testów, oraz uprawa w tym samym czasie są po prostu niemożliwe. Zanim dojdzie do opracowania wyników badań, warunki na polu już się zmieniły.
Obecnie można było usłyszeć o „Zielonej Rewolucji" oraz o „Ruchu na rzecz Dobrego Ryżu". Ponieważ metody te bazują na słabych, selekcjonowanych odmianach nasion, wymagają stosowania chemikaliów 8-10 razy w sezonie wzrostu. W ten sposób w krótkim czasie gleba zostaje wypalona do czysta z mikroorganizmów i organicznej materii. Skoro życie gleby jest zniszczone, to plony zostają całkowicie uzależnione od nawozów dodanych z zewnątrz w formie chemicznych substytutów.
Wydaje się, że wszystko może pój ść lepiej, kiedy rolnik zaaplikuje „naukowe" techniki,
ale to wcale nie oznacza, że nauka musi wkroczyć, ze względu na niewystarczającą ilość naturalnego nawozu. Oznacza to raczej, że ziemia została już wcześniej wyjałowiona, a naturalny nawóz został zniszczony przez substancje chemiczne.
Poprzez rozścielanie słomy, uprawę koniczyny, zwracanie glebie wszystkich organicznych składników zostaje ona wzbogacona w nawóz rok po roku tak, że można na tym samym polu sukcesywnie uprawiać ryż i zimowe zboża. Poprzez naturalne metody upraw pola, które wcześniej zostały osłabione kultywacją albo użyciem chemikaliów, mogą się z powrotem skutecznie zregenerować.

3.1 Głos jednego rolnika

Wśród współczesnych Japończyków panuje uzasadnione przekonanie o rozszerzającej się degradacji środowiska, a w rezultacie zanieczyszczeniu produkowanego pożywienia. Przeprowadzonych zostało wiele obywatelskich bojkotów oraz demonstracji przeciw lobby polityków i przemysłowców w produkcji rolniczej. Niestety cała ta aktywność przeprowadzana jest w sposób odbierający jej wszelkie znaczenie.
Zwracanie się przeciwko pewnym symptomom zanieczyszczenia jest podobne do określania symptomów choroby, podczas gdy jej przyczyna ukrywa się o wiele głębiej.
Przykładowo, dwa lata temu została zorganizowana konferencja przez Zarząd Rolniczego Centrum Badawczego i Radę Rolnictwa Organicznego, oraz NADA C.O. na temat pewnych aspektów zanieczyszczenia żywności. Konferencję prowadził pan Teruo Ichiraku., który jest szefem Japońskiego Stowarzyszenia Rolnictwa Organicznego, a także jednym z najbardziej wpływowych członków rządowej, rolniczej kooperatywy. Agencja ta sugeruje wielkość zbiorów oraz jakie nasiona w danym roku powinny być uprawiane, jak wiele powinno się zastosować nawozów i jakie chemikalia powinien używać każdy rolnik w Japonii.
Ponieważ zebrało się tam grono tak wpływowych i różnorodnych ludzi, przyłączyłem się
w nadziei, że po konferencji zostaną podjęte konstruktywne decyzje i zostaną one efektywnie wcielone w życie. Z punktu widzenia upublicznienia realnych efektów zanieczyszczenia żywności, konferencja miła dobry start. Niestety tak jak na innych tego typu spotkaniach, dyskusja uległa wypaczeniu, zmieniając się w serię zaawansowanych, technicznych raportów i osobistych przekonań na temat horroru zanieczyszczenia pożywienia. Właściwie nikt nie dotknął problemu na jego fundamentalnym poziomie.
Przykładowo, dyskutowano problem zatrucia tuńczyków rtęcią. Reprezentacja Departamentu Rybołówstwa przedstawiła, jak bardzo ten problem jest zaawansowany. W owym czasie
ta choroba ryb omawiana była codziennie w mediach, dlatego wszyscy słuchali z uwagą. Przedstawiający problem powiedział, że wskaźnik zawartości rtęci u tuńczyków jest ekstremalnie wysoki, nawet wśród tych, które są łowione w Morzu Arktycznym blisko Koła Podbiegunowego.
Jednak pewne laboratoria przebadały szczątki kilku tuńczyków z przed kilkuset lat i wbrew oczekiwaniom również stwierdzono w nich dużą zawartość rtęci. Ta niepewna konkluzja sugerowała, że rtęć jest niezbędna dla życia i rozwoju tych ryb. Ludzie na audytorium spoglądali na siebie z niedowierzaniem. Przecież przyczyną spotkania było określenie, jak radzić sobie z zanieczyszczeniem, które niszczy środowisko, a także jak je skorygować.
W zamian reprezentant Departamentu Rybołówstwa stwierdził, że rtęć jest niezbędna dla przetrwania tuńczyków. Właśnie to miałem na myśli mówiąc, że decydenci nie chcą dostrzegać podstawowych przyczyn zanieczyszczenia, a tylko widzą je w skrzywionej i sztucznej perspektywie. Poruszony tym wstałem i zasugerowałem, że powinniśmy wspólnie sformułować konkretny plan poradzenia sobie z zanieczyszczeniem.
Czy nie lepiej byłoby porozmawiać wprost o zaprzestaniu używania chemikaliów, które są bezpośrednia przyczyną zanieczyszczenia? Przykładowo ryż, warzywa oraz cytrusy mogą być uprawiane z powodzeniem bez chemikaliów. Stwierdziłem, że jest to osiągalne ponieważ postępuje tak od lat na swojej farmie.
Jednakże tak długo, jak rząd będzie sugerował użycie chemikaliów nikt nawet nie będzie chciał spróbować „czystej" uprawy.
Na konferencji byli obecni nie tylko członkowie Departamentu Rybołówstwa, ale także członkowie Ministerstwa Rolnictwa i Leśnictwa, a także Rolniczej Co-op.
Jeżeli oni, a także szef konferencji, pan Ichi Raku chcieliby naprawdę, aby coś się zmieniło, żeby farmerzy spróbowali
uprawiać ryż bez chemikaliów, to rzeczywiście mogłoby się coś zmienić.
Jest jednak jeden podstawowy problem. Jeśli uprawy byłyby naturalne, bez chemicznych nawozów i oprysków, a także bez użycia maszyn, przestałyby być potrzebne wielkie chemiczne zakłady, fabryki maszyn rolniczych, oraz cała rządowa rolnicza kooperatywa byłaby również zbędna.
Zmierzając wprost powiedziałem, że kooperatywy i nowoczesna polityka rolnicza zależą od wielkiego kapitału zainwestowanego w nawozy sztuczne i maszyny rolnicze. Porzucenie tego skomplikowanego systemu spowodowałoby kompletną zmianę w ekonomii i współczesnych społecznych strukturach. Dlatego sądzę, że pan Ichi Raku, a także rządowa kooperatywa nie mówią wprost o potrzebie konkretnych działań przeciwko zaprzestania zanieczyszczania środowiska. Po moim wystąpieniu szef konferencji stwierdził: „Panie Fukuoka, pan zakłóca konferencję swoimi uwagami." W ten sposób zamknął mi usta. I tak to właśnie wygląda.

3.2 Skromne rozwiązanie trudnego problemu

Zatem wygląda na to, że agencje rządowe nie mają zamiaru zatrzymać zanieczyszczenia. Drugim problemem jest to, że wszystkie aspekty zanieczyszczenia żywności muszą być rozwiązane równocześnie. Problem nie może być rozwiązany przez ludzi, którzy zajmują się tym, czy innym aspektem sprawy.
Dopóki świadomość każdego nie będzie dogłębnie zmieniona, zanieczyszczenie nie zniknie. Przykładowo, rolnicy sądzą, że zanieczyszczenie Morza Wewnętrznego ich nie dotyczy. Sądzą, że jest to sprawa Departamentu Rybołówstwa, którego zadaniem jest kontrolowanie zdrowia ryb, a także że należy to do zadań Rady Środowiska, która powinna kontrolować zanieczyszczenie Morza. Właśnie w tego typu myśleniu znajduje się problem.
Najczęściej używane nawozy sztuczne: siarczan amonu, mocznik, super fosforat i wapno, są rozsiewane w dużych ilościach, z czego tylko drobna część jest absorbowana przez rośliny. Reszta spływa do strumieni i rzek dostając się ewentualnie do Morza Wewnętrznego. Nitrogeny stają się pożywieniem dla alg i planktonu, który rozwijając się w nadmiarze powoduje zaczerwienienie wód.
Oczywiście ścieki przemysłowe i inne zatrute odpady również przyczyniają się do zanieczyszczenia wód, ale podstawową przyczyną zatrucia wód w Japonii są nawozy chemiczne. Zatem właśnie rolnicy muszą wziąć podstawową odpowiedzialność za stan Morza Wewnętrznego.
Odpowiedzialni są zarówno rolnicy którzy wsiewają chemikalia na swoje pola, korporacje które je produkują, jak również lokalni urzędnicy, którzy wierzą w dobro chemii i oferują techniczną pomoc w jej stosowaniu. Jeśli ci ludzie razem wzięci nie dostrzegą problemu głębiej, nie będziemy mogli nic poradzić w kwestii zanieczyszczenia wód.
W tej chwili tylko ci, którzy zostali najbardziej dotknięci problemem starają się aktywnie działać przeciw niemu. Tak jak rybacy blisko wyspy Mizushima występują przeciwko wielkim firmom wydobywczym, które rozlewaj ą ropę na morzu. Jeden z profesorów proponuje rozwiązać problem przez przekopanie kanału pod wyspą Shikoku, aby w ten sposób przepuścić czystszą wodę z oceanu do Morza Wewnętrznego. Takich pomysłów i akcji jest wiele, ale prawdziwego rozwiązania nigdy się w ten sposób nie uzyska. Faktem jest, że cokolwiek robimy w kierunku usunięcia zanieczyszczeń,
sytuacja staje się coraz gorsza. Im bardziej skomplikowane są badania, tym bardziej problem staje się skomplikowany. Przyjmijmy, że rura przebiegałaby przez wyspę Shikoku i woda byłaby nią pompowana z Pacyfiku do Morza Wewnętrznego. Możliwe, że to stopniowo oczyściłoby wody.
Lecz zastanówmy się, skąd bierze się elektryczność napędzaj ąca fabrykę, która wyprodukuje stalowe rury i ile trzeba energii, aby przepompowywać wodę do góry? Potrzebna by była elektrownia atomowa. Aby ją skonstruować należałoby zgromadzić tysiące ton cementu
i wszelkich innych przemysłowych materiałów, a także wybudować niezwykle kosztowną wieżę rozpadu uranowego. Kiedy stosujemy tego typu rozwiązania, tylko powiększamy problem tworząc drugą i trzecią generacj ę zanieczyszczenia, które mogą być jeszcze bardziej trudne do rozwiązania niż problem wyj ściowy, i jeszcze bardziej zagrażający środowisku. To tak, jak z zachłannym farmerem, który otwiera coraz to nowe kanały wodne,
aby nawodniły jego pole. Ziemia wokół zaczyna pękać i krawędzie tarasów niszczeją. Z tego powodu trzeba zastosować specjalne umocnienia. Kiedy już powstaną umocnienia można powiększyć kanały wodne. Niestety wzrastający poziom wody powoduje potencjalne zagrożenie, także wtedy, kiedy znowu krawędzie tarasu się osłabią, potrzebny będzie jeszcze większy wysiłek na ich rekonstrukcję.
Kiedy zdefiniujemy symptomy problemu powszechnie uważamy, że tylko właściwe pomiary
i badania rozwiążą sam problem. Tak się często dzieje. Inżynierowie postępują rutynowo i nie chce im się zastanawiać nad prawdziwymi przyczynami.
Wszystkie badania bazują na zbyt wąskiej definicji tego, co źle funkcjonuje. Wszelkie ludzkie badania i analizy pochodzą z
ograniczonych osądów i założeń naukowych.
Prawdziwe rozwiązanie nie może być w ten sposób odkryte.
Moje skromne rozwiązanie: ściółkowanie i uprawa koniczyny nie tworzy zanieczyszczeń. Jest również efektywne, ponieważ eliminuje źródło problemu.
Dopóki nie pozbędziemy się wiary w rozwiązania zaawansowane technologicznie, zanieczyszczenie będzie wzrastać.

3.3 Owoc ciężkich czasów.

Konsumenci zwykle sądzą, że nie przyczyniają się do wzrostu zanieczyszczenia produktów rolnych. Wielu poszukuje żywności, która nie byłaby produkowana chemicznie. Jednak prawda jest taka, że chemicznie konserwowana żywność jest sprzedawana jako odpowiedź na preferencje konsumenta, ponieważ konsumenci wybierają owoce duże, błyszczące, bez skaz, o regularnym kształcie. Aby usatysfakcjonować takie preferencje wynaleziono szereg chemikaliów, które w ogóle nie były używane jeszcze 5, czy 6 lat temu. W jaki sposób konsumenci znaleźli się w takiej sytuacji?
Ludzie zwykle mówią, że nie jest dla nich ważne, czy ogórki są proste lub bez skazy, i że nie muszą wcale wyglądać pięknie. Jednak jeśli zajrzysz na stragany w Tokio, zobaczysz, jak ceny towarów kształtowane są przez upodobania konsumentów. Jeżeli tylko owoce wyglądają troszkę lepiej, to są droższe o kilka centów. Jeśli zakwalifikowane jako małe lub średnie, to cena za funt może spaść nawet o połowę.
Konsumenci gotowi są zapłacić wysoką cenę za produkty pozasezonowe, które oczywiście wymagają chemikaliów i sztucznych warunków do wzrostu.
Przykładowo, mandarynki Unshu hodowane w szklarniach osiągały czasem cenę 10 i 20 razy wyższą niż te, które normalnie rosną w sezonie. Tak, jak zwykłe mandarynki kosztują około 10 - 15 centów za funt, te sztucznie hodowane osiągały cenę 80 centów, 1 dolara, a nawet 1,75 za funt. Zatem jeśli hodowca zainwestował tysiące dolarów w szklarnie, zakupił niezbędny opał i pracował ponad normę, może zrobić interes.
W naszych czasach uprawy owoców w szklarniach stały się coraz bardziej popularne. Aby zdobyć mandarynki tylko miesiąc wcześniej, ludzie z miasta gotowi są zapłacić ekstra cenę farmerom, którzy włożyli w to spory wysiłek i dużo zainwestowali.
Jeśli jednak zapytalibyśmy, czy jest ważne dla ludzi, aby mieć owoce miesiąc wcześniej niż zwykle, prawda jest taka, że to wcale nie jest istotne, a przecież cena jaką płacimy, nie jest tylko kwestią dodatkowych kosztów.
Przykładowo, chemiczny środek, który zabarwia nowalijki nie był używany jeszcze kilka lat temu. Przy użyciu tego środka owoc staje się w pełni zabarwiony na tydzień przed faktycznym dojrzewaniem. W zależności od tego, czy zostanie sprzedany tydzień wcześniej, czy później, jego cena może liczyć się podwójnie, lub spaść o połowę. Dlatego hodowcy dodają koloryzujących preparatów, a po zerwaniu owoców, dla przyspieszenia ich dojrzewania, dodatkowo umieszczają je w pomieszczeniu, do którego wpuszcza się gaz. Jednak kiedy owoc jest zerwany zbyt wcześnie, nie będzie dostatecznie słodki, dlatego trzeba dodać do niego sztucznych słodzików. Te sztuczne słodziki są generalnie zabronione, ale rozpylanie ich pomiędzy drzewami cytrusowymi nie jest bezprawne. Jeżeli tylko coś mieści się w kategorii
ogólnodostępnych środków chemicznych, prawie wszyscy bez skrupułów je używaj ą.
Owoce są następnie przekazywane do specjalnych sortowni. Aby oddzielić owoce większe od małych, każdy z nich musi przetoczyć się wiele setek metrów przez specjalne taśmy. Mandarynki są mechanicznie opłukiwane wodą wątpliwej jakości. Im większa jest sortownia, tym dłuższą drogę musi w niej przebyć owoc.
Po umyciu cytrusy są opryskiwane konserwantami i jeszcze raz są sztucznie koloryzowane. W końcu jako ostatnie „dotknięcie" aplikowana jest parafinowa powłoka, a owoc jest polerowany do „błysku". Tak, że w rezultacie owoce wychodzą jak z fabryki.
Zanim owoc trafia na stragany i pół
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje