Author Topic: Intelektualiści i ekonomia  (Read 615 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 557
  • Reputacja: +12/-0
Intelektualiści i ekonomia
« on: (Sat) 05.04.2014, 21:01:25 »
Intelektualiści i ekonomia

Na początek kilka linijek wstępu do tekstu poniżej.  Kim są intelektualiści w tym tekscie?
Termin „intelektualista" odnosi się do zawodu - jest to więc osoba, która z racji swego wykonywanego zawodu zajmuje się przede wszystkim ideami. Będą to więc pisarze, pracownicy akademiccy etc.

Zdolność pojmowania i posługiwania się złożonymi ideami - taka formułka wystarcza do zdefiniowania intelektu.
Jednak to za mało, by objąć istotę inteligencji. Inteligencja to intelekt połączony z osądem oraz z ostrożnym i właściwym doborem odpowiednich czynników wyjaśniających daną teorię. Nie można też zapominać o poddawaniu wszystkich teorii, będących wynikiem takiego złożonego procesu myślowego, testom empirycznym po to, by sprawdzić ich prawdziwość. Tak by się to przedstawiało w formie prostego równania matematycznego: inteligencja minus osąd równa się intelekt. Natomiast mądrość jest dobrem najrzadszym ze wszystkich - jest ona umiejętnością łączenia intelektu, wiedzy, doświadczenia oraz osądu, a z tej mikstury ma się wyłonić spójne zrozumienie. Mądrość jest zastosowaniem się w stopniu maksymalnym do biblijnego napomnienia: „Ucząc się czegokolwiek, staraj się to zrozumieć. Mądrość wymaga od człowieka samodyscypliny oraz rozumienia realiów świata, włączając w to świadomość, że nasze doświadczenie oraz nasz rozum są z natury ograniczone. O ile przeciwieństwem intelektu jest umysłowa niemrawość lub powolność, to przeciwieństwem mądrości jest coś o wiele groźniejszego - głupota.

George Orwell swego czasu powiedział, że niektóre idee są tak głupie, że może w nie uwierzyć tylko intelektualista, bo żaden przeciętny zjadacz chleba nie może być aż takim skończonym głupcem. Historia dwudziestowiecznych intelektualistów była pod tym względem szczególnie haniebna. Prawie każdy dwudziestowieczny dyktator-ludobójca cieszył się poparciem intelektualistów, nie tylko we własnym kraju, ale też w obcych demokracjach, gdzie ludziom przysługiwało prawo mówienia tego, co chcą. Lenin, Stalin, Mao i Hitler mieli swoich miłośników, obrońców i apologetów pośród intelektualistów z zachodnich państw demokratycznych, których najwyraźniej nie obchodziło, że ci dyktatorzy mordowali członków swego własnego narodu na niespotykaną wcześniej skalę, nawet większą niż robiły to poprzednie reżimy.


Intelektualiści mądrzy i niemądrzy - Thomas Sowell

Quote
Trzeba pamiętać o niektórych hienach finansjery, które dwie trzecie swego życia spędziły na wydzieraniu tej fortuny z trzewi społeczeństwa, a jedną trzecią - na wpychaniu jej tam z powrotem.

Pomimo słownej wirtuozerii, przy użyciu której pisarz stworzył "obrazową" wizję, ani on, ani większość innych intelektualistów
nie raczyło zademonstrować, w jaki sposób społeczeństwo ucierpiało przez działalność Carnegiego, Forda, Rockefellera etc. Przecież wszyscy oni (i wielu innych) zbili fortuny na obniżaniu cen swoich produktów w porównaniu z cenami konkurencji. Niższe ceny sprawiły, że ich produkty znalazły się w zasięgu ręki i kieszeni większej liczby ludzi. Co więcej, przez to podniósł się standard życia, i dlatego właśnie sprzedawcy tych produktów mogli zbić fortuny; przybyło im klientów. Słowem, był to proces, który wygenerował majątek, a nie proces, w wyniku którego nieliczni wzbogacili się kosztem reszty.

Mimo to, negatywny obraz procesów rynkowych znajduje odzwierciedlenie w takich określeniach jak „baronowie-rozbójnicy czy „ekonomiczni rojaliści". Oczywiście nie usłyszymy nigdy odpowiedzi na pytanie: „Kogo ci rzekomi baronowie-rozbójnicy okradli, gdy obniżyli ceny swoich towarów?" albo „Jakim cudem zarabianie pieniędzy, częstokroć zaczynające się na bardzo niskim poziomie (a nawet, jak w przypadku np. J.C. Penney'a oraz F.W. Wo-olwortha, od zera) jest równoznaczne z dziedziczeniem władzy i fortuny, jak to się dzieje w przypadku rodziny królewskiej?" Problemem nie jest to, że odpowiedzi ze strony intelektualistów byłyby wyczerpujące bądź nie. Problemem jest to, że takich pytań najczęściej nikt nawet nie zadaje. W efekcie, opisana powyżej wizja służy jako substytut zarówno faktów, jak i pytań.

Nie chcę wysuwać sugestii, że w świecie biznesu wszyscy są czyści jak łza. Świętych nie spotyka się częściej w korporacyjnych gabinetach niż, dajmy na to, w biurach rządowych czy na czołowych campusach. Problemem nie jest tu indywidualne poczucie winy za popełnione czyny karygodne. Zarówno krytycy biznesu, jak i obrońcy biznesu, pytają o zalety lub wady alternatywnych procesów instytucjonalnych w służbie ekonomicznych interesów ogółu społeczeństwa. Intelektualiści w swojej krytyce procesów rynkowych kierują się ukrytą tezą, że są to procesy o sumie zerowej.

czyli takie, w których to, co jedni zyskują - inni tracą. Taką tezę rzadko wypowiada się na głos, jest ona jednak fundamentem tego, co mówią, intelektualiści. Być może najważniejszym zagadnieniem eko nomicznym lab zagadnieniem, wokół którego robi się najwięcej zamieszania - jest coś, co zwykło się nazywać „podział dochodu". Nazwa ta jest myląca i błędna, a jeszcze bardziej błędne są wnioski, do których w tym temacie dochodzi większość tzw. inteligencji.

Mityczny „podział dochodu"

Z jednej strony różnice w wysokości dochodów mogą być postrzegane w kategoriach empirycznych, a z drugiej strony - w kategoriach osądów moralnych. Większość współczesnych intelektualistów robi zarówno jedno, jak i drugie. Aby jednak ocenić prawdziwość i wartość konkluzji, do których dochodzą elity, najlepiej będzie kwestie empiryczne oraz kwestie moralne poddać ocenie oddzielnie, każdą z osobna, zamiast miotać się pomiędzy nimi, nie osiągając żadnej racjonalnej spójności.

Dowody empiryczne

Mając w zasięgu ręki taką masę danych statystycznych z Biura Spisowego i Urzędu Podatkowego USA (IRS) oraz innych licznych instytucji i projektów, można przypuszczać, że gołe fakty na temat różnic w dochodach są znane wszystkim w miarę dobrze poinformowanym ludziom, nawet jeśli każdy z nich ma odmienne zdanie co do tego, czy te różnice są wskazane i konieczne. Jednakże w rzeczywistości nawet najbardziej fundamentalne fakty poddawane s4 dyskusji — a różnice między rzekomymi faktami są prawie tak duże i tak poważne, jak różnice pomiędzy dochodami. Zarówno natężenie różnic w sferze dochodów, jak i trendy tego zróżnicowania, są postrzegane w zupełnie innych kategoriach przez ludzi o odmiennych poglądach na rzeczywistość, pomijając nawet to, co ci ludzie uznają za wskazane, jeśli chodzi o przyszłość.

Najczęstszym źródłem nieporozumień w kwestii dochodów jest powszechne mylenie kategorii statystycznych z rzeczywistymi ludźmi. W mediach i w świecie akademickim można usłyszeć wiele twierdzeń, jakoby bogaci nie tylko gromadzili coraz więcej pieniędzy, ale również coraz więcej udziałów we wszystkich światowych dochodach, tym samym poszerzając przepaść pomiędzy ludźmi na szczycie hierarchii a ludźmi na jej dnie. Prawie zawsze takie opinie oparte są na pewnym nieporozumieniu: kategoriom statystycznym, słupkom i wykresom przypisuje się ludzi z krwi i kości.

Dla przykładu, w New York Times mogliśmy przeczytać, że „w Ameryce rośnie przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi". Podobne wnioski pojawiły się w 2007 roku w artykule w Newsureeku, w którym autor opisał współczesność jako
Quote
„epokę, w której rośnie przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi oraz superbogatymi a zaledwie zamożnymi".
Na podobne głosy można się natknąć, czytając tak znane tytuły, jak Washington Post, oraz oglądając niezliczone ilości programów telewizyjnych. Felietonista Washington Post, Eugene Robinson, pisał:
Quote
„W tej chwili bogatym przybywa o wiele więcej pieniędzy niż biednym".
Dziennikarz Los AngeUs Times powtarza niczym echo:
Quote
„Rośnie przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi".
Profesor Andrew Hacker w swojej książce „Money" deklaruje:
Quote
„Mimo że wszyscy ludzie we wszystkich sektorach odczuli poprawę dzięki wyższemu dochodowi narodowemu, to i tak najbogatsze 5 procent społeczeństwa wyszło na tej poprawie 24 razy lepiej niż najbiedniejsze 5 procent społeczeństwa. A patrząc przez pryzmat udziałów posiadanych w łącznej sumie dochodu, grunt pod nogami straciło nie tylko 5 procent najbiedniejszych, ale i kolejne 3 procent ponad nimi."

Może się wydawać, że oba te radykalnie różniące się pomiędzy sobą zestawy statystyk nie mogą być prawdziwe jednocześnie. Jednak tym, co sprawia, że są one wzajemnie kompatybilne jest fakt, że ludzie z krwi i kości na przestrzeni czasu przemieszczają się z jednego Przedziału statystycznego do drugiego. Podatnicy będący w grupie najniższego dochodu w ciągu dekady podwoili swoje przychody, dzięki czemu wielu z nich odbiło się od dna. Z kolei, gdy dochody ludzi z samego szczytu drabiny dochodów, czyli z górnego 1 procenta skurczyły się o jedną czwartą, mogli oni po prostu spaść do niższego przedziału. Dane z amerykańskiego Urzędu Podatkowego mogą przez pewien okres czasu „śledzić" poszczególnych obywateli od momentu złożenia przez nich oświadczeń podatkowych, gdyż widnieją na nich indywidualne numery identyfikacji podatkowej (czyli numery ubezpieczenia socjalnego). Natomiast dane z Biura Spisowego i większości innych źródeł „śledzą" losy nie obywateli z krwi i kości, lecz słupków statystycznych, grup dochodowych, więc nie biorą pod uwagę tego, że prawdziwi ludzie przemieszczają się po drabinie dochodów w górę i w dół.

To właśnie z powodu podobnego materiału statystycznego, wskazującego na to, że poszerza się przepaść między „bogatymi' a „biednymi" (nazwy te określają raczej ludzi różniących się pod względem dochodów, a nie pod względem majątku, jak mogłyby błędnie implikować użyte w nich terminy „bogaci/biedni"), wielu pracowników mediów na podobnej zasadzie zaczęło sądzić, że poszerza się przepaść pomiędzy „superbogatymi" a „normalnie bogatymi". New York Times na pierwszej stronie opublikował artykuł pod krzykliwym tytułem: „Megabogaci zostawiają w tyle bogatych", w którym „mega-bogaczami" nazwano „ludzi z najwyższego 0,1 procenta ogółu podatników - czyli jedną tysięczną najbogatszych obywateli w kraju", oraz oświadczono, że „zostawili oni daleko w tyle nawet ludzi zarabiających setki tysięcy dolarów rocznie"
I znowu to samo - statystyczne wykresy zostały potraktowane jak ludzie z krwi i kości, którzy - jak już zauważyliśmy - przeskakują z jednej grupy do drugiej. Pomimo wzrostu dochodu górnych 0,1 procent podatników jako przedziału statystycznego, jednostki z tego przedziału, traktowane jako ludzie z krwi i kości, odnotowały w latach 1996-2005 spadek swoich dochodów o 50 procent. Niech więc nikogo nie dziwi, że ludzie, których dochody poleciały w dół aż o połowę, wypadają z przedziału tych „megabogatych". To, co dzieje się w danym okresie czasu z danymi z konkretnego przedziału dochodowego, to inna bajka niż to, co w tym samym czasie dzieje się z ludźmi, znajdującymi się w tym przedziale i w tym okresie. Jednak tzw. inteligencja wymachuje takimi danymi statystycznymi, gdyż idealnie pasują do ich wizji.

Za wieloma tymi danymi i liczbami, z powodu których inteligenci biją w swej retoryce na alarm, kryje się bardzo przyziemny fakt. Otóż większość ludzi rozpoczyna swoje kariery zawodowe od najniższego szczebla dochodowego, zarabiając tzw. pensje minimalne. Z upływem czasu, wraz ze zdobywaniem doświadczenia oraz podnoszeniem swoich umiejętności i kwalifikacji, ludzie zwiększają własną produktywność, co owocuje wzrostem zarobków, dzięki czemu lądują w coraz to wyższych przedziałach dochodowych. To nie są rzadko spotykane historie w stylu Horatio Algera. To jest zasada obejmująca miliony obywateli Stanów Zjednoczonych oraz innych krajów. Ponad trzy czwarte pracujących Amerykanów, których dochód znajdował się w najniższych 20 procentach w 1975 roku, w roku 1991 roku znalazło się w górnym przedziale 40 procent. Zaledwie 5 proc. tych, którzy początkowo znajdowali się w najniższym kwintylu dochodu, nadal było tam uwięzionych w 1991 roku. Natomiast 29 procent tych, którzy znajdowali się początkowo w kwincytu najniższym, awansowało do kwintyla najwyższego. Lecz dla intelektualistów, którzy przy użyciu słownej wirtuozerii tę ruchomą grupę ludzi, których dochody zmieniają się na lepsze na przestrzeni czasu, zamieniają w trwałą grupę pt. „biedni" nic nie znaczy.

Większość Amerykanów wpychanych do kategorii „biedni" nie nagrzewa tam długo miejsca. Podobne zjawisko zaobserwowano w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Nowej Zelandii i Grecji. Ponad Połowa wszystkich Amerykanów zarabiających minimalną pensję mieści się w przedziale wiekowym 16-24 lata, ale przecież nie mogą v nieskończoność mieścić się w tym przedziale, ciesząc się wieczną młodością. Problem w tym, że sama kategoria wiekowa jest trwała, więc nie przestaje dawać intelektualistom do rąk danych, które pasują do ich teorii.

Dzięki skupieniu się na słupkach, tabelkach i wykresach, zamiast na prawdziwych ludziach z krwi i kości, którzy przemieszczają się pomiędzy przedziałami dochodowymi, intelektualiści byli w stanie swoim talentem retorycznym stworzyć „problem wymagający rozwiązania". Wyczarowali sugestywną wizję „klas" cierpiących na „nierówność" oraz „niesprawiedliwość" w sferze dochodów, co jest rzekomo ubocznym skutkiem istnienia „barier" wzniesionych przez „społeczeństwo". Mało pociąga intelektualistów fakt, iż miliony ludzi najnormalniej w świecie z czasem „wylatuje" z najniższego kwintylu i pnie się w górę, grając na nosie „barierom", których istnienie zakłada wielu, a może i większość z nich.

Inteligenci za nic w świecie nie chcą używać swych zdolności intelektualnych do jasnego rozdzielenia kategorii statystycznych od prawdziwych ludzi z krwi i kości. Wolą używać swojej słownej wirtuozerii do stawiania znaku równości pomiędzy zmieniającymi się relacjami kategorii statystycznych a zmieniającymi się z czasem związkami pomiędzy realnymi ludźmi (tzw. bogaci i biedni), pomimo że dane zebrane na podstawie obserwacji obywateli diametralnie różnią się od danych zebranych na podstawie obserwacji przedziałów statystycznych, w których ludzie nie zagrzewają zbyt długo miejsca.

Mylenie słupków i wykresów z prawdziwymi ludźmi dodatkowo pogarsza zrozumienie pojęcia dochodu i majątku. Ludzie, których nazywa się „bogaczami" lub „superbogaczami", zostali tak zaszufladkowani przez media w oparciu o dochód, a nie majątek, pomimo że bycie bogatym oznacza przecież właśnie duży majątek. Oto fragment raportu amerykańskiej Izby Skarbowej: „Pośród ludzi z najwyższymi dochodami w 1996 roku, czyli w grupie górnego 1 procenta, jedynie co czwarty z nich nadal znajdował się w tej grupie w 2005"- Gdyby to byli naprawdę super-bogaci ludzie, to dlaczego trzy czwarte z nich po 10 latach wyparowało z tego przedziału?

Podobne pomylenie pojęć doprowadziło do wielu zarzutów pojawiających się w mediach i kręgach akademickich, że dochody Amerykanów przez lata utknęły w martwym punkcie lub rosły w bardzo powolnym tempie. Dla przykładu, w latach 1967-2005 wskaźnik median real household income — to znaczy, mediana dochodu pieniężnego gospodarstwa domowego po uwzględnieniu inflacji — wzrósł o 31 procent. W wybranych okresach realne dochody gospodarstw odnotowały nawet jeszcze mniejszy wzrost. I właśnie na te wybrane okresy czasu często powołuje się inteligencja, twierdząc, że dochód i standardy życia ogarnęła „stagnacja". Tymczasem w latach 1967-2005 realny dochód per capita wzrósł o całe 122 procent. Kiedy stagnacją nazywa się podwojenie dochodu, to nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia li tylko z oderwaną od rzeczywistości wirtuozerią słowną.

Wyjaśnienie przyczyny ogromnej rozbieżności pomiędzy trendami wzrostu w dochodach gospodarstw domowych a trendami wzrostu dochodów osób fizycznych jest bardzo proste. Otóż liczba osób w gospodarstwie domowym od lat spada. Dla przykładu, w 1966 roku amerykańskie Biuro Spisowe doniosło, że liczba gospodarstw domowych rośnie szybciej niż liczba ludzi. Konkluzja była następująca: „Główną przyczyną raptownego wzrostu liczby gospodarstw domowych jest rosnąca tendencja, szczególnie wśród nie spokrewnionych ze sobą jednostek, do nabywania i utrzymywania swoich własnych domów lub mieszkań, zamiast „pomieszkiwania" z rodziną lub wprowadzania się do już istniejących gospodarstw domowych jako lokatorzy, osób wynajmujących pokój etc." Całe to zjawisko ma swoje źródło w rosnących dochodach osób fizycznych. Pomimo tak oczywistych i ogólnie dostępnych faktów, z pozoru niekorzystne statystyki dotyczące gospodarstw domowych lub dochodów rodzinnych są szeroko przytaczane przez media i kręgi akademickie. Z drugiej strony, powszechnie ignorowane są statystyki nt. dochodu per capita, pomimo że gospodarstwa domowe różnią się pod względem wielkości, natomiast dochód per capita zawsze odnosi się do dochodu jednej jedynej fizycznej osoby. Stara bajka: intelektualiści uparcie cytują statystyki, które o wiele bardziej pasują do ich wizji Ameryki niż statystki przez nich gremialnie ignorowane.

Dane statystyczne odnośnie gospodarstw domowych bagatelizują wzrost standardu życia w Ameryce na przestrzeni lat, z drugiej strony demonizują stopień nierówności dochodowej, jako że w gospodarstwach domowych z niższym dochodem zazwyczaj jest po prostu mniej osób niż w gospodarstwach z dochodem wyższym. Ponad 39 milionów ludzi w gospodarstwach domowych ma dochód zaliczany do dolnych 20 procent, lecz z drugiej strony - aż 64 miliony ludzi w gospodarstwach domowych znajdują się w górnym kwintylu. Nie kryje się za tym żadne nadprzyrodzone zjawisko. Wystarczy wziąć pod uwagę liczbę samotnych matek z niskim dochodem mieszkających jedynie z dziećmi, bez ich ojca, oraz liczbę lokatorów z niskim dochodem mieszkających w hotelach, na stancjach etc. Nawet jeśli wszyscy ludzie, co do jednego, w całym kraju mieliby identyczny dochód, to i tak nadal istniałaby znaczące „nierówności" pomiędzy średnim dochodem tych gospodarstw, które obejmują 64 miliony ludzi, w porównaniu ze średnim dochodem gospodarstw, do których zaliczamy 39 milionów ludzi. Ta nierówność byłaby jeszcze większa, gdyby policzyć jedynie dochody ludzi dorosłych i pracujących, nawet gdyby wszyscy oni mieli identyczne dochody. W grupie górnych 5 procent gospodarstw domowych o najwyższych dochodach znajduje się więcej osób pracujących na pełny etat przez cały rok niż w dolnych 5 procent gospodarstw domowych o najniższych dochodach.

Wiele statystyk dotyczących dochodów wprowadza opinię publiczną w błąd w jeszcze innym sposób. Otóż pomija się dochód otrzymany w naturze - pod postacią kartek żywnościowych lub mieszkań dotowanych - który często przewyższa wartość dochodu . gotówce ludzi w niższych przedziałach. Dla przykładu, w 2001 roku transakcje gotówką lub w naturze złożyły się na ponad trzy czwarte łącznych zasobów ekonomicznych osób z dolnych 20 procent.

WZGLĘDY MORALNE

Mlenie przedziałów statystycznych z prawdziwymi ludźmi jest problemem nie tylko empirycznym, ale i moralnym. Można się bardzo martwić ekonomicznym losem ludzi z krwi i kości, lecz jest to zupełnie co innego niż bulwersowanie się lub bicie na alarm z powodu losu przedziałów statystycznych. Dla przykładu, bestseller Michaela Harringtona pt. „Druga Ameryka" opowiada o statystykach dochodowych w stylu iście dramatycznym, opłakując „cierpienie" biednych ludzi w Ameryce, dziesiątek milionów obywateli „okaleczonych duchem i ciałem", z powodu których nasz kraj powinien się za siebie wstydzić. Ludzie ci są rzekomo niewolnikami „zaklętego kręgu" i cierpią z powodu „wypaczenia woli i ducha, które jest konsekwencją życia w nędzy". Jednak faszerowanie danych statystycznych niepokojem moralnym w żaden sposób nie pomaga zrozumieć relacji pomiędzy ruchomymi grupami ludzi w przedziałach statystycznych a stojącymi w miejscu jak kołki w płocie słupkami statystycznymi, które upodobali sobie intelektualiści.

Być może dawniej tego pokroju retoryka miałaby rację bytu w Stanach Zjednoczonych, i nadal istnieją kraje, w których miałaby jakiś sens i odniesienie do realiów. Jednakże większość Amerykanów żyjących współcześnie poniżej progu ubóstwa jest właścicielami dóbr, które kiedyś (powiedzmy, jedno pokolenie wstecz) były wyznacznikiem standardu życia klasy średniej. Oto statystyki z roku 2001: trzy czwarte Amerykanów z dochodami poniżej oficjalnego progu ubóstwa posiada w swoich domach klimatyzację (w 1971 roku miało ją mniej niż połowa Amerykanów); 97 procent posiada telewizor kolorowy (w roku 1971 — mniej niż połowa); 73 procent posiada kuchenkę mikrofalową (w 1971 roku miało ją mniej niż 1 procent Amerykanów); 98 procent „biednych" posiada magnetowid lub odtwarzacz DVD (których nie miał nikt w 1971 roku). Ponadto 72 procent „biednych" posiada samochód. Owe dane nie wpłynęły jednak na treść retoryki inteligencji, mimo że wyraźnie odzwierciedlają zmiany, które zaszły w standardzie życia Amerykanów z dolnych sfer dochodowych.

Typowa dla mentalności wielu intelektualistów była książka Andrew Hackera, poświęcona bilionowi dolarów, który każdego roku staje się „osobistym dochodem Amerykanów". Hacker pisze:
Quote
„To, jak te pieniądze zostają rozdzielone, jest tematem mojej książki".
Problem w tym, że te pieniądze w ogóle nie zostają rozdzielone! One stają się dochodem wskutek zupełnie innych procesów. Sam termin „podział dochodu" jest tendencyjny - wrzuca nas w sam środek bajki, kiedy jakimś cudem pojawił się dochód lub majątek, więc zostaje już tylko pytanie, jak ten pyszny tort należy pokroić? W prawdziwym świecie historia przedstawia się nieco inaczej. W gospodarce rynkowej dochód większości ludzi jest rezultatem ich pracy, czyli dostarczania innym ludziom dóbr lub usług, nawet jeśli usługą jest po prostu wykonana praca. Każdy konsument tych dóbr lub usług płaci cenę adekwatną do ich wartości, przebierając w oferentach i ofertach, aby znaleźć optymalne połączenie dobrej jakości i dobrej ceny („dobrej" w opinii tego właśnie nabywcy).

Ten przyziemny, utylitarny proces różni się od wizji „podziału dochodu" przywoływanej przez reprezentantów inteligencji, którzy nasycają ją moralnym niepokojem. Gdyby rzeczywiście istniał jakiś dochód lub majątek, który spadałby nam niczym manna z nieba, to wtedy oczywiście rzeczą zrozumiałą byłoby zadać nacechowane moralnie pytanie: jaką część tego tortu każdy członek społeczeństwa winien otrzymać? Lecz majątek nie spada z nieba - majątek trzeba wyprodukować. Milionom ludzi pracujących płaci się adekwatnie do tego, jak wytwory ich pracy są subiektywnie oceniane przez miliony innych ludzi. Wobec tego trudno zrozumieć, na jakiej podstawie osoby trzecie mają odwagę twierdzić, że pewne dobra lub usługi są przeceniane lub niedoceniane - że przykładowo gotowanie powinno być bardziej cenione niż stolarstwo, lub że uchylanie się od pracy nie jest wystarczająco dobrze wynagradzane w porównaniu z garnięciem się do pracy. Z drugiej strony, nie ma nic zagadkowego w tym, dlaczego tysiąc razy więcej ludzi zapłaciłoby za to, by usłyszeć śpiew Pavarottiego niż śpiew pierwszej lepszej osoby z ulicy.

W sytuacji, gdy ludziom płaci się za to, co wytworzą, czymś normalnym jest to, że wynik pracy jednej osoby może być w oczach odbiorców lub nabywców wart tysiąc razy więcej niż wynik pracy itinej osoby. Chociażby dlatego, że tysiąc razy więcej ludzi jest bardziej zainteresowanych danym produktem lub usługą niż innymi towarami lub usługami. Lub nawet tym samym produktem lub udugą, lecz w wykonaniu kogoś innego. Przykładowo, gdy Tiger Woods z powodu kontuzji zmuszony był zrezygnować z gry na okres kilku miesięcy, oglądalność finałów głównych turniejów golfowych raptem spadła, w niektórych przypadkach nawet o 61 procent. Co przekłada się na straty z reklam (bo mniej widzów, to mniej reklam) idące w miliony dolarów.

Fakt, że efekry pracy jednej osoby mogą być tysiąc razy bardziej wartościowe niż efekty pracy innej osoby wcale nie musi oznaczać wartość tych pierwszych jest tysiąc razy większa niż tych drugich. Produktywność i wartość to dwie różne rzeczy. Na produktywność danej osoby, pomijając jej wkład w pracę, wpływa niezliczona ilość czynników. Oczywistym przykładem jest np. bycie odarowanym świetnym głosem wraz z przyjściem na świat. Inne przykłady: wychowywanie się w odpowiednim domu, gdzie wyznawane są odpowiednie zasady i wzorce postępowania; życie
w określonym geograficznie czy społecznie środowisku; urodzenie się ze zdrowym mózgiem, a nie z uszkodzonym podczas porodu etc. Wszystkie te rzeczy mogą mieć ogromny wpływ na zdolności wytwórcze danej osoby.

Ponadto osoby trzecie nie mają prawa w ciemno zgadywać, jak dana osoba oceni produktywność innej osoby. Trudno jest sobie nawet wyobrazić, jak wartość danej osoby może być trafnie oceniona przez drugiego człowieka, który nigdy nie był w skórze tej osoby. To, że osoba wychowana w okropnych warunkach domowych lub społecznych została przeciętnym, porządnym obywatelem pracującym jako przeciętny szewc, jest czymś jak najbardziej godnym pochwały i wcale nie w mniejszym stopniu, jak to, że ktoś wywodzący się z zamożnej, prestiżowej rodziny został świetnym neurochirurgiem.
Uwaga: nie jest to jednak równoznaczne ze stwierdzeniem, że naprawianie butów jest zajęciem tak samo wartościowym dla innych ludzi jak naprawianie mózgów. Stwierdzić, że wartość jakichś dwu typów działalności może być taka sama, to nie to samo, co powiedzieć, że produktywność też jest identyczna. Nie możemy również z punktu widzenia logicznego ani moralnego ignorować rozbieżności pomiędzy osobami, które pilnie potrzebują reperacji buta, a tymi, które pilnie potrzebują operacji mózgu. Innymi słowy, nie chodzi tu jedynie o proste porównanie wagi potrzeb jednego klienta i wagi potrzeb drugiego klienta, przy jednoczesnym ignorowaniu ogromnych rzesz ludzi, których dobrobyt zależy od tego, co dana jednostka (której są realnym lub potencjalnym klientem) wytwarza.

Jeśli ktoś preferuje taki rodzaj gospodarki, w której dochód jest odseparowany od produktywności (ilości, jakości i popularności wytworzonych i oferowanych dóbr oraz usług), to trzeba otwarcie opowiedzieć się za tego typu ekonomią. Jednak intelektualiści wolą co innego - chcą przeprowadzenia wielkich, fundamentalnych zmian opartych na słownej wirtuozerii użytej do ukazania całego problemu w takim świetle, że widzimy jedynie jeden zestaw statystyk nt. „podziału dochodu" z dnia dzisiejszego, któremu zostaje przeciwstawiony inny zestaw statystyk nt. „podziału dochodu" z dnia jutrzejszego.

Jeśli natomiast chodzi o pytanie natury moralnej, tzn., czy istnieje jakaś grupa ludzi, których można obwiniać za różnice w produktywności (i zarobkach) innych ludzi, to wszystko zależy od tego, ile dana grupa ludzi sprawuje (lub może posiadać) kontroli nad niezliczonymi czynnikami, które wywołują owe różnice w produktywności. Skoro, jak wiadomo, żaden człowiek nie panuje nad przeszłością, i wiele głęboko zakorzenionych kulturowych różnic ma swoje źródło właśnie w przeszłości, to ograniczenia naszych działań tu i teraz są ograniczeniami wywołanymi moralnymi niedostatkami poprzednich społeczeństw. Nie wolno również winy za statystyczne różnice pomiędzy danymi grupami ludzi automatycznie zwalać na bariery postawione przez społeczeństwo. W prawdziwym świecie istnieją bariery, tak samo jak istnieją nowotwory. Ale zdawanie sobie z tego sprawy wcale nie oznacza, że za wszystkie zgony - lub nawet większość zgonów - należy automatycznie obwiniać nowotwory. Podobnie za różnice ekonomiczne nie można bezrefleksyjnie obwiniać tzw. „barier". W miarę możliwości oraz w ramach okoliczności można dążyć do tego, by więcej ludzi miało możliwość lepszego życia. Można też dawać pomocną dłoń osobom, na drodze których stanęły zbyt wielkie przeszkody, aby mogły one wykorzystać swoje szanse. Tak naprawdę, wiele tego typu spraw udało się już załatwić, i nadal się to robi, szczególnie w państwie takim, jak Stany Zjednoczone, które są światowym filantropem numer jeden, nie tylko jeśli chodzi o datki pieniężne, lecz również pod względem liczby obywateli, którzy poświęcają swój czas na cele charytatywne. Poszczególne osoby oraz społeczeństwa można obarczać winą tylko wtedy, jeśli ułożymy,że to, czego jeszcze nie zrobiono, można było zrobić - nie zważając na koszty oraz ryzyko. Rzeczywistość jednak nie przystaje do idealistycznych wizji świata. Nie można również automatycznie zwalać winy za rozziew pomiędzy nieidealnym światem rzeczywistym a światem idealnym na istniejącą rzeczywistość. W końcu wizjonerzy też czasem się mylą.

Biedni jako konsumenci

Większość ludzi w niższych przedziałach dochodu nie zagrzewa tam miejsca. Mimo to, niektórym jednak nie udaje się awansować i wyrwać z „dołów". Niektóre dzielnice od wielu pokoleń są siedliskiem ludzi ubogich, bez względu na to, jak wiele osób zdołało się stamtąd wyprowadzić i wdrapać wyżej na drabinie dochodów. „Wolty rasowe", jakie miały miejsce w niektórych dzielnicach -np. Harlem był niegdyś zamieszkiwany przez żydowską społeczność klasy średniej - są jednym z przejawów takiej ekonomicznej mobilności. Dzielnice, w których dominują niskie dochody, posiadają własną specyfikę ekonomiczną. Jedną z ich najważniejszych cech jest to, że ceny w tych okolicach są wyższe niż w innych częściach miasta. Zarzuty intelektualistów co do tego, że „biedni płacą więcej", to często pełne pasji oskarżanie i potępianie osób, które od ludzi mających mniej w portfelu, żądają o wiele więcej niż od innych klientów. Przyjmuje się, że winą za te wysokie ceny należy obarczyć ludzi, którzy tych cen żądają, i że to wszystko jest przejawem paskudnych cech charakteru, takich jak „pazerność", „rasizm" etc. Ludziom, z gardeł których wydobywają się te oskarżenia, umyka pewien niuans. Mianowicie, że podmioty żądające wysokich cen nie są tymi samymi podmiotami, które te wysokie ceny narzucają i dyktują. Mylenie przejawów z przyczynami leży u podstaw wielu intelektualnych dyskusji na temat „problemów społecznych". W rozmaitych kontekstach ceny są często jedynie przejawem faktycznego stanu rzeczy, a nie jego przyczyną.

W dużej części biednych dzielnic chlebem powszednim jest wysoki i odsetek przestępczości, akty wandalizmu i przemocy, jak rówież brak ekonomicznych przesłanek dla korzyści skali, co pozwala wielkim sklepom sieciowym w zamożniejszych dzielnicach nakładać niższe ceny na produkty i zarabiać dzięki wysokim obrotom. Jednak tak przyziemne przyczyny nie dają intelektualistom okazji do popisania się swoją wiedzą specjalną ani okazania swej szlachetnej natury poprzez potępianie innych. Gdyby zyski sklepów w dzielnicach biednych (tzn. zamieszkiwanych przez osoby o niskich dochodach) były istotnie wyższe, to trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego krajowe sklepy sieciowe oraz liczne inne firmy unikają w takich miejscach otwierania swoich filii, przez co w efekcie często brakuje tam sklepów, które w dzielnicach zamożniejszych znajdują się niemal na każdym rogu.

Na podobnej zasadzie wielu intelektualistów, a może nawet większość z nich, ignoruje koszty udostępniania finansowych usług mieszkańcom dzielnic, w których przeważają niskie dochody. Wysokie oprocentowanie pożyczek oferowanych biednym obywatelom powoduje eksplozję ostrej krytyki i nagonki oraz żądania interwencji rządowej, aby położyć kres „wykorzystywaniu ludzi biednych" oraz narzucaniu oprocentowania, które jest „niedorzecznie wysokie". W takich przypadkach słowna wirtuozeria intelektualistów przejawia się tym, że podają wysokość oprocentowania w skali rocznej, podczas gdy w rzeczywistości w takich dzielnicach Pożyczek udziela się najczęściej na czas liczony w tygodniach lub nawet dniach, ponieważ są to pożyczki brane w nagłych, skrajnych przypadkach. Najczęściej są to pożyczki w wysokości kilkuset dolarów, udzielone na okres kilku tygodni, oprocentowanie wynosi około 15 dolarów od każdych 100 dolarów pożyczonych. Oprocentowanie to wzrasta do kwoty kilkuset dolarów tylko wtedy, gdy podliczymy je w skali roku - i właśnie te dane statystyczne wywołują sensację poruszenie w mediach i wśród polityków.

Konsekwencje takich publicznych oskarżeń rzadko kiedy stają się przedmiotem refleksji inteligencji, tzw. rzeczników praw konsumentów czy innych osób specjalizujących się w wywoływaniu sensacji i odsądzania od czci i wiary działalności biznesowych, o których wiedzą niewiele lub zgoła nic. Ekonomiczne konsekwencje interwencji rządowych mających ograniczyć wysokość rocznego oprocentowania pożyczek można zaobserwować w stanach, w których takie ograniczenia zostały narzucone i wprowadzone w życie. Po tym, jak w stanie Oregon wprowadzono limit wysokości rocznego oprocentowania wynoszący 36 procent, trzy czwarte punktów oferujących te krótkoterminowe spakowało się i zamknęło. Dlaczego? Jeśli przyjrzymy się faktom, to z łatwością zrozumiemy. Otóż przy maksymalnym rocznym oprocentowaniu wynoszącym 36 procent, te 15 dolarów oprocentowania przy każdych pożyczonych 100 dolarach, spadłoby do zaledwie półtora dolara w przypadku pożyczki na okres 2 tygodni. Suma ta nawet nie starczyłaby na opłacenie kosztów udzielenia takiej pożyczki, nie mówiąc już o pokryciu ryzyka straty wliczonego w każdą pożyczkę.

Jeśli chodzi o pożyczkobiorców z niskimi dochodami, o los których rzekomo martwią się elity moralne, odmawianie im tych 100 dolarów, niezbędnych w krytycznej sytuacji, czyni się w imię wspomnianych przed chwilą 15 dolarów. Dlaczego ta oparta na ustępstwach decyzja powinna być zakazana prawnie osobie, która znalazła się w takiej kiepskiej finansowo sytuacji (i która ma w niej najlepsze rozeznanie), oraz osobom, których ta sytuacja bezpośrednio dotyka, a zamiast tego przekazana osobom trzecim, które nie znajdują się w podobnej sytuacji oraz nie posiadają żadnego w tej materii rozeznania? Odpowiedzi na takie pytanie nikt nie udziela bo takiego pytania nikt nie zadaje. Intelektualistom, którzy postrzegają siebie jako jednostki „posiadające wiedzę" oraz pełne współczucia i miłosierdzia, nie przejdzie nawet przez myśl, że przeszkadzają w rzeczach, o których nie mają zielonego pojęcia  - a kosztami ich czynów obarczani są ludzie, którzy nie mieli tyle szczęścia, co oni.

Oto przykład. Redaktor New York Times potępił punkty oferujące tzw. „chwilówki", tak oto je opisując: „trzycyfrowe roczne oprocentowania to dojenie zdesperowanych ludzi" oraz „zbijanie kokosów pod płaszczykiem szlachetnego kapitalizmu". W owym artykule 36-procentową granicę oprocentowania pożyczek określono mianem „niezbędnej", gdyż dzięki niej można zapobiec „skandalicznemu wykorzystywaniu ludzi przez punktu oferujące krótkoterminowe pożyczki". Czy w ten sposób, publikując takie wypowiedzi, New York Times pomógł w jakikolwiek stopniu biednym, którym odebrano ostatnią deskę ratunku?

SYSTEMY EKONOMICZNE

Najbardziej fundamentalnym faktem w ekonomii - bez którego ekonomia by nie istniała - jest to, że wszystkie dodane do siebie potrzeby wszystkich ludzi przekraczają wielkość istniejących zasobów. Gdyby było inaczej, byłby to znak, że jesteśmy mieszkańcami Edenu, rajskiego ogrodu, w którym wszystko jest dostępne w nieograniczonych ilościach. Niestety, żyjemy w świecie rządzonym ekonomią, która operuje ograniczonymi (rzadkimi) zasobami oraz nieograniczonymi potrzebami. Z powodu tego immanentnego niedoboru (scarcity) - niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z systemem ekonomicznym kapitalizmu, socjalizmu, feudalizmu itp. - gospodarka musi nie tylko organizować produkcję, dystrybucję produktów. Gospodarka musi również, z racji swej istoty, uniemożliwiać ludziom pełne zaspokojenia swoich potrzeb. To znaczy, musi być przejawem immanentnego niedoboru, bez którego ekonomia zostałaby pozbawiona sensu, mimo że to nie ekonomia sama w sobie jest źródłem tego niedoboru.

W gospodarce rynkowej ceny są przejawem niedoboru poprzez konkurencyjne przetargi na zasoby oraz produkty, które są z natury niewystarczające, by zaspokoić potrzeby wszystkich. To wszystko może być oczywiste i jasne jak słońce, lecz zdarza się, że nawet najbardzleprenomowani intelektualiści, tacy jak np. filozof John Dewey, błędnie pojmują to zjawisko, obwiniając dany system ekonomiczny o tworzenie niedoboru, chociaż w istocie system go nie tworzy, a jedynie ujawnia. Dewey postrzegał istniejącą gospodarkę rynkową jako byt „podtrzymujący sztucznie wytworzony niedobór dla własnego zysku". George Bernard Shaw również uważał „ograniczanie produkcji" jako fundament kapitalizmu.

Zdaniem Johna Deweya, aby „urzeczywistnić potencjalną obfitość" w miejsce niedoboru, należałoby „przebudować instytucje". Widocznie jednak Dewey uznał za zbędne sprecyzować swoją alternatywną wizję ekonomicznych instytucji - tych instytucji, które w rzeczywistości przyniosły większą „obfitość" niż sądził. Tak jak w wielu innych przypadkach, kiedy ktoś z inteligencji głosi pogląd popularny wśród swoich kolegów oraz zgodny z ich ogólną wizją świata - mamy tu do czynienia z kompletnym brakiem rzeczywistych dowodów oraz logiki choćby w śladowych ilościach.

Podobnie pewien dwudziestowieczny historyk zanotował niby przelotem ten oto sąd:
Quote
„kapitalizm stworzył rzesze pracowników żyjących w nędzy".
Uznał jednak za zbyteczny szczegół, by swoje twierdzenie rozwinąć i podeprzeć dowodami. Z pewnością istniało wielu takich pracowników w czasach kiełkującego kapitalizmu, lecz ani ten konkretny historyk, ani większość intelektualistów nie pofatygowało się dowieść, że za tę biedę odpowiedzialny jest kapitalizm. Jeśli rzeczywiście wspomniani pracownicy byli zamożniejsi nim nastał kapitalizm, to ten fakt należy udowodnić, a dodatkowo wyjaśnić, dlaczego porzucili oni swój wcześniejszy, wyższy standard życia i poszli pracować za mniejsze pieniądze do kapitalisty. Jednak intelektualiści nie chcą nic udowadniać ani wyjaśniać. Ich koledzy po fachu też nie wymagają od nich wyjaśnień, bo przecież najważniejsze jest to, że tego typu zarzuty pasują idealnie do ich wizji świata.

Chaos kontra konkurencja

Wśród innych wyssanych z palca teorii ze sfery ekonomii, cieszących się popularnością w kręgach inteligenckich, znaleźć można również taki kwiatek: gdyby nie państwowe planowanie i rządowa kontrola, gospodarka pogrążyłaby się w chaosie. Ład wprowadzany przez świadomie kontrolowane procesy jest łatwiejszy do ogarnięcia i zrozumienia niż ład, który wyłania się z mieszaniny niezliczonych czynników nie podlegających kontroli. To jednak wcale nie oznacza, że ten pierwszy wariant jest bardziej powszechny, bardziej istotny lub gwarantuje bardziej pożądane skutki.

W brak kontroli nie jest wpisany ani chaos, ani przypadek losowy. W dziewiczym lesie flora i fauna nie rozprzestrzeniają się w sposób losowy ani chaotyczny. Pola uprawne usytuowane na zboczach gór różnią się pod względem systematyki, w zależności od wysokości terenu. Pewne gatunki drzew występują częściej na terenach położonych niżej, a inne na terenach położonych wyżej. Powyżej pewnej wysokości nie rosną już żadne drzewa, a na szczycie Mount Everestu nie uświadczymy żadnej roślinności. Wszystko to nie jest rzecz jasna efektem świadomej decyzji roślinności, lecz zależy od różnych wariacji okoliczności oraz otoczenia, a więc zależy od temperatury oraz rodzaju gleby. To jest rezultat pewnego procesu systemowego, którym rządzi pewna prawidłowość, a nie chaos! Życie zwierząt również jest uwarunkowane przez różnice  środowiskowe i mimo że zwierzęta, takie jak homo sapiens (w przeciwieństwie do roślinności), posiadają dar myślenia oraz wolną wolę, to myślenie oraz wola nie zawsze są czynnikami mającymi największy wpływ na nasze wyniki. To, że ryby żyją w wodzie, a ptaki w powietrzu, a nie na odwrót, nie jest ich świadomą decyzją, mimo że każdy osobnik ma do wyboru wiele zachowań w ramach środowiska, w którym funkcjonuje. Co więcej, od woli osobnika nie jest też zależne to, które zachowania przeżyją konfrontację z konkurencyjnymi zachowaniami eliminującymi pewne odruchy a innymi, pozwalającymi przetrwać i dalej występować, a które nie.

Słowem, pomiędzy indywidualną wolą a ogólnymi, osiąganymi wynikami znajdują się czynniki systemowe, które decydują o rym, co przetrwa, a co zginie i zniknie, dzięki czemu wytwarza się prawidłowość, a nie chaos.

 Wszystko to łatwo jest pojąć w świecie przyrody. Jednak różnica pomiędzy indywidualną, wolicjonalną przyczynowością a ograniczającą, systemową przyczynowością rzadko staje się obiektem zainteresowania przemawiających na temat ekonomii intelektualistów, chyba że akurat trafi się wśród nich jakiś ekonomista. Jednak wspomniane przed chwilą rozróżnienie znane jest ekonomistom od już ponad dwustu lat i nie jest ono dzieckiem światopoglądu czy ideologii. Analizę systemową można równie często spotkać u Karola Marksa, jak u Adama Smitha. Pojawiała się ona już w osiemnastowiecznej szkole francuskich ekonomistów zwanych fizjokratami, na długo przed tym, jak za ekonomię wzięli się Marks i Smith.

Nawet analogia pomiędzy ładem systemowym w naturze i w ekonomii została zasugerowana przez tytuł jednego z osiemnastowiecznych pism z nurtu fizjokratów, „L'Ordre Naturel"(z francuskiego: porządek naturalny) autorstwa Merciera de la Riviere. To właśnie fizjokraci ukuli termin „leseferyzm", później utożsamiany z Adamem Smithem, a oparty na przekonaniu, że niekontrolowana gospodarka nie charakteryzuje się chaosem lecz ładem, wyłaniającym się z systemowych interakcji pomiędzy ludźmi konkurującymi ze sobą i dostosowującymi się do siebie wzajemnie.

Rzecz jasna, Karol Marks mniej życzliwym okiem spoglądał na prawidłowości rządzące efektami konkurencji rynkowej niż robili to fizjokraci lub Adam Smith. Jednak sednem sprawy jest to, że on też analizował gospodarkę rynkową pod względem jej systemowych interakcji, a nie wyborów wolicjonalnych, nawet jeśli były to wybory dokonywane przez ekonomiczne elity, np. przez kapitalistów. Marks powiedział, że „konkurencja" przynosi skutki gospodarcze, które są „zupełnie niezależne od woli kapitalistów". Dlatego zdaniem Marksa, gdy, dajmy na to, stworzona zostaje nowa technologia zapewniająca tańszą produkcję, dzięki czemu kapitalista może obniżyć ceny swoich produktów, wdrożenie tej technologii wśród konkurencji zmusza go do obniżenia swoich cen.

Podobnie Marks analizuje wszelkie „kłopoty" w sferze gospodarki, załamania rynku lub, posługując się frazeologią marksistowską, „kryzysy" gospodarcze. Autor „Kapitału" wprowadził ostre rozróżnienie pomiędzy systemową a wolicjonalną przyczynowością:
Quote
Człowiekiem, który coś wytworzył, nie targa dylemat: sprzedać czy nie sprzedać. On musi sprzedać. Natomiast w przypadku kryzysu wytwórca nie jest w stanie sprzedać lub może sprzedać, ale po cenie nie pokrywającej jego kosztów produkcji, bez zysku lub ze stratą. Jaką zatem korzyść przynosi jemu czy nam to, że wyprodukował coś celem sprzedania tego? Powodem naszej troski jest odkrycie, co przeszkodziło mu w spełnieniu jego dobrych intencji.

Karol Marks ani w swojej teorii ekonomii, ani w swojej teorii historii nigdy nie twierdził, że produkt końcowy jest skutkiem
indywidualnego aktu woli - nawet woli elit. Jak to ujął jego współpracownik, Fryderyk Engels:
Quote
„Wola każdego człowieka blokowana jest przez resztę ludzi, przez co rezultat okazuje się czymś, czego nikt planował".
[/color]Ekonomia opiera się na wyłaniających się prawidłowościach i wzorach. Historyk Charles A. Beard usiłował wyjaśnić konstytucję Stanów Zjednoczonych przez pryzmat interesów gospodarczych jej autorów. Jednak wolicjonalne podejście nie było podejściem stosowanym przez ani Marksa ani Engelsa — mimo że niejednokrotnie myśl Bearda uznawano za marksistowską teorię historii.
Marks już wcześniej podobne teorie dyskredytował jako
Quote
„płytkie handlowanie anegdotami i sprowadzanie wszystkich wielkich wydarzeń do poziomu przyczyn błahych lub wynikających z chciwości."

Istotą problemu nie jest to, czy większość intelektualistów zgadza się z analizą systemową, czy to w odniesieniu do ekonomii, czy innej dziedziny. Wielu z nich nigdy nawet nie poświęciło ani odrobiny uwagi takowej analizie, a cóż dopiero mówić o skonfrontowaniu się z nią. Ci, którzy rozumują w kategoriach przyczynowości wolicjonalnej, dostrzegają chaos będący skutkiem sprzecznych indywidualnych decyzji, a remedium na to wszystko jest centralna kontrola procesów ekonomicznych. John Dewey powiedział, że niezbędne są „jasne i wyraźne plany", jeśli się chce „rozwiązać problem organizacji społecznej". W przeciwnym wypadku czeka nas „ciąg dalszy dyktatury przypadku, marnotrawstwa oraz biedy." Dla Deweya „bazowanie na inteligencji" jest alternatywą „dryfowania i improwizacji" — tzn. chaosu — a ci, którzy są „wrogo nastawieni do świadomego planowania społecznego" opowiadają się za „zatomizowanym indywidualizmem".

To właśnie ten często spotykany przypadek, kiedy intelektualiści w dyskusji z osobami o odmiennych poglądach przy użyciu słownej wirtuozerii ukazują ich argumenty jedynie jako zryw emocjonalny, w tym przypadku emocją jest wrogość wobec planowania społecznego. Ta wrogość jest rzekomo przejawem pozostałości po poglądach z minionej epoki, według których społeczeństwo może opierać się na „losowej współzależności skutków szerokiej gamy wysiłków odseparowanych od siebie jednostek, którymi nie kieruje żaden cel społeczny". Tak Dewey charakteryzuje osoby, z którymi się nie zgadzał. Dewey powiedział to w 1935 roku, ponad 150 lat po tym, jak francuscy fizjokraci napisali książki wyjaśniające, jak konkurencyjne rynki systematycznie koordynują ekonomiczne działania i alokację zasobów poprzez dostosowywanie się podaży i popytu do zmieniających się cen.

Z teoriami fizjokratów lub z pokrewnymi, bardziej wyrafinowanymi teoriami współczesnych ekonomistów, można się zgadzać lub nie zgadzać. Niemniej, na tego typu zaprezentowane argumenty wypadałoby jakoś odpowiedzieć. Niestety, są one gremialnie unikane, poprzez umniejszanie im i twierdzenie że to tylko „emocje" lub stosowanie argumentacji pozbawionej argumentów. Dla przykładu, profesor Oxfordu, Ronald Dworkin, zwyczajnie odrzucił argumenty przemawiające za przyczynowością systemową, nie tylkr w ekonomii, ale i w innych dziedzinach, określając je jako „naiwną wiarę w to, że etyka oraz ekonomia jest sterowana niewidzialną ręką, skutkiem czego indywidualne prawa oraz dobra ogólne zleją się w jedno, a prawo oparte na zasadach poprowadzi naród prosto w stronę nieskazitelnej utopii, gdzie każdemu będzie żyło się lepiej niż wcześniej". I znowu, zamiast logicznej lub popartej dowodami odpowiedzi serwuje się nam festiwal słownej wirtuozerii, która przeinacza argumentację przeciwnika. Co więcej, w czasach, gdy profesor Dworkin wypowiadał te słowa, istniało już wiele państw, których gospodarka była czysto rynkowa, a z drugiej strony istniały tez państwa, które nie uprawiały gospodarki rynkowej — zatem już wtedy dostępny był materiał do przeprowadzenia empirycznych porównań, m.in. krajów podzielonych, np. NRD kontra RFN czy Korea Północna kontra Korea Południowa. Lecz po co komu analityczne i empiryczne argumenty, skoro można kolejny raz popisać się słownym majstersztykiem.

Konkurencja rynkowa zmusza niezliczone ilości indywidualnych decyzji do życia w zgodzie ze sobą nawzajem, tak jak warunki transakcji zmuszone są do zmieniania się względem zmian w popycie i podaży, co z kolei kształtuje działania rynkowe. To nie jest kwestia „wiary" (jak twierdził Dworkin) ani ideologii (jak twierdził Dewey) - to kwestia biegłości ekonomicznej. Według Johna De-wey'a rynkiem rządzą biznesy, ale takie stanowisko nie jest nieodłączną częścią bycia ideologicznie po lewej stronie. Karol Marks był zdecydowanie lewicowcem, lecz różnica polega na tym, że on zagłębiał się w zagadnienia ekonomii, tak samo jak inni ludzie w ówczesnych czasach.

Na tej samej zasadzie co Marks, nie twierdził, że nie obarcza poszczególnych kapitalistów winą za to, co jego zdaniem było negatywnymi skutkami gospodarki rynkowej, tak samo Adam Smith nie przypisywał poszczególnych kapitalistom zasług za to, co jego zdaniem było pozytywnym skutkiem gospodarki rynkowej. Opisy biznesmenów w ujęciu Smitha były co najmniej tak niepochlebne jak u Marksa, mimo że Smith jest (słusznie zresztą) uznawany za patrona gospodarki wolnorynkowej. Zdaniem Smitha, dobroczynne skutki społeczne działań biznesmenów nie wchodzą „w zakres ich intencji".

Zarówno w czasach Adama Smitha, jak w czasach obecnych, czyli ponad 200 lat później, argumenty w obronie gospodarki wolnorynkowej bazują na systemowych efektach alokacji rzadkich (a więc niewystarczających dla wszystkich) zasobów, które mają alternatywne zastosowanie poprzez konkurencję rynkową. Niezależnie od tego, czy ktoś się z tymi konkluzjami zgadza, czy nie zgadza, z takim argumentem należy się zmierzyć - lub zrobić przed nim unik...

W przeciwieństwie do tego, co uważał Deweya i inni, systemowe argumenty są niezależne od wszelkich teorii na temat
zatomizowanego indywidualizmu". To nie są argumenty mówiące, że dobrobyt każdej jednostki dodaje się do dobrobytu ogółu społeczeństwa. Taki argument bowiem nie brałby pod uwagę interakcji systemowych, które są rdzeniem analizy ekonomicznej w wykonaniu Adama Smitha, Karola Marksa i innych ekonomistów. Nie będę się w tym miejscu na ten temat rozwodził, jako że są one wyczerpująco omówione w podręcznikach do ekonomii. Istotne jest natomiast to, że intelektualistom, dla których brak państwowego planowania lub rządowej kontroli jest jednoznaczny z pogrążeniem się w chaosie, rzadko chce się zmierzyć z tymi argumentami, wskutek czego mają oni błędne wyobrażenie o całym zagadnieniu, a przy tym przeinaczają argumenty osób, które mają odmienne poglądy.

Mimo często podkreślanej dychotomii pomiędzy chaosem a planowaniem, przez „planowanie" rozumie się w istocie tłamszenie planów milionów ludzi poprzez plan narzucony odgórnie przez rząd. Z kolei tak zwany „chaos" to systemowe interakcje, których istota, logika oraz konsekwencje rzadko są przedmiotem wnikliwych badań osób, które prostolinijnie sugerują, że „planowanie" w wykonaniu zastępczych decydentów jest bez dwóch zdań opcją lepszą. Herbert Croly, pierwszy redaktor New Republic i prominentna postać w epoce progresywizmu amerykańskiego, scharakteryzował koncepcję Thomasa Jeffersona nt. ograniczania władzy rządu jako „starą, fatalną w skutkach politykę dryfu bez celu". Hamilton na drugim biegunie postawił swoją własną teorię, wspominającą o „energicznym i inteligentnym wzmocnieniu narodowego dobra". Zdaniem Crolyego, niezbędny był „energiczny i bystry rząd centralny". Według tej koncepcji, rozwój znajduje się w rękach zastępczych decydentów, a nie milionów ludzi, którzy sami za siebie podejmują decyzje oraz wkładają własny wysiłek.

Pomimo teorii mówiącej, że w gospodarce rynkowej niedobór jest tworem sztucznym, wykreowanym w celu maksymalizacji
zysku, to właśnie niedobór jest jądrem każdej gospodarki - kapitalistycznej, socjalistycznej, feudalnej czy jakiejkolwiek. Zakładając, że takowy niedobór stanowi integralną część istoty sytemu  (każdego systemu), to musi on być w jakiś sposób przekazany każdemu człowiekowi. Innymi słowy, w każdej gospodarce bezsensowne jest produkowanie każdego produktu w takich ilościach, jak to jest tylko fizycznie możliwe, ponieważ musiałoby się to odbywać kosztem innych niewystarczających zasobów, których można użyć do produkcji innych dóbr, których podaż jest również z góry ograniczona do ilości mniejszych niż chcieliby ludzie.


Rynki gospodarek kapitalistycznych godzą te konkurencyjne żądania odnośnie zasobów dzięki modyfikowaniu cen zarówno na rynku dóbr konsumenckich, jak i na rynku zasobów używanych do produkcji owych dóbr. Z uwagi na ceny, nieopłacalne staje się dla producenta korzystanie z zasobów wtedy, gdy mają one większą wartość dla producenta-konkurenta, który również staje do walki (licytacji) o nie.

W przypadku wytwórcy indywidualnego punkt, poza którym korzystanie z większej ilości jakiegoś czynnika produkcji (np. grunt, siła robocza, maszyneria etc.) staje się nieopłacalne, jest w istocie punktem, który wyznacza limit produkcyjny tego wytwórcy, nawet jeśli fizycznie mógłby produkować więcej. Mimo że opłacalność i nieopłacalność są przejawem tego limitu, to nie są one jednak przyczyną tego limitu. Przyczyną jest niedobór (rzadkość) zasobów, będący integralną częścią każdego systemu ekonomicznego, niezależnie od tego, czy jest on oparty na profitach, czy nie.

Wytwarzanie jakiegoś dobra w ilościach większych, nie zważając na te limity, wcale nie jest gwarancją, że gospodarka będzie lepiej prosperować. Jest dokładnie odwrotnie - oznaczałoby to produkowanie nadmiaru jednego produktu kosztem deficytu innego produktu, który mógłby być wytwarzany z tych samych zasobów. Taki scenariusz był częstą i bolesną przypadłością państwowej gospodarki Związku Sowieckiego, gdzie niesprzedane dobra często piętrzyły się w magazynach, podczas gdy z powodu drastycznych braków ludzie sterczeli w kolejkach, aby zdobyć inne, potrzebne im dobra.

Jak na ironię, Marks i Engels na długo przed powstaniem Związku Sowieckiego przewidzieli gospodarcze konsekwencje cen dyktowanych przez państwo, a nie przez popyt i podaż - nawet pomimo tego, że sowieci twierdzili, iż stosują się do wytycznych Marksa. Przy okazji kolejnego wydania dzieła Marksa pt. „Nędza filozofii" z 1847 roku, Fryderyk Engels opisał ten problem w przedmowie. Zwrócił uwagę, że wahania cen
Quote
siłą uświadomiły indywidualnym producentom dóbr, jakich rzeczy i w jakiej ilości społeczeństwo potrzebuje lub nie". Engels pytał, jaką w przypadku braku tego mechanizmu „mielibyśmy gwarancję, że produkowana będzie odpowiednia ilość (a nie nadmiar) każdego dobra? Jaką mielibyśmy gwarancję, że nie będziemy cierpieć z powodu braku kukurydzy i mięsa, jednocześnie dławiąc się cukrem buraczanym i tonąc w spirytusie, albo że nie starczy dla nas spodni, żeby zakryć naszą nagość, podczas gdy zaleją nas miliony guzików?"
Różnica pomiędzy Marksem i Engelsem a innymi intelektualistami lewicowymi polega na tym, że Marks i Engels dokładnie studiowali ekonomię, a inni — zazwyczaj nie.

W sferze ekonomii perspektywa wolicjonalna zachęca inteligencję (a także polityków itp.) do popadania w histerię. Przykładowo, wysokie ceny są dla nich przejawem „pazerności", a niskie pensje oznaką braku „współczucia". Ideologie lubią używać ostrych słów, lecz sam fakt, że kimś kieruje lewicowa ideologia, nie wystarcza, by wytłumaczyć takie podejście. We wstępie do pierwszego tomu „Kapitału" Karol Marks napisał:
Quote
„Nie odmalowuję kapitalistów i kamieniczników w różowych barwach. Jednak moje stanowisko, nawet w mniejszym stopniu niż stanowiska innych, nie obarcza jednostek winą za relacje, których każdy w ramach społeczeństwa jest więźniem, niezależnie od tego, jak bardzo, we własnym mniemaniu, stawia się ponad nimi."

Mówiąc krótko, ówczesne ceny i pensje nie były dyktowane wolicjonalnie, lecz systemowo. Zrozumienie tej zasady nie zależało od tego, czy wyznaje się poglądy lewicowe, czy nie, tylko od tego, czy w ekonomi jest się biegłym, czy nie. Teorie głoszące wolicjonalne ustalanie cen w naszych czasach doprowadziło przynajmniej do kilkunastu śledztw w sprawie amerykańskich koncernów naftowych, a była to reakcja na deficyty paliwowe lub wzrost cen paliwa. Żadne z tych śledztw nie przedstawiło dowodów empirycznych mogących uzasadnić oskarżenia, które na pęczki pojawiały się w mediach i w polityce. Wielu ludziom trudno jest uwierzyć, że negatywne zjawiska gospodarcze nie są skutkiem czyjejś podłości i łajdactwa. Z drugiej strony, ludzie postrzegają pozytywne zjawiska gospodarcze (np. coraz niższe ceny komputerów, które są na coraz wyższym poziomie technologicznym) jako symptom „postępu" — postępu, który, ot tak, sam z siebie się przydarza.

W gospodarce rynkowej ceny są odzwierciedleniem faktycznego stanu rzeczy w sferze podaży i popytu oraz kosztów produkcji, które kryją się za podażą, oraz niezliczonych ilości indywidualnych preferencji i kompromisów, które kryją się za popytem. Postrzegając ceny jako jedynie arbitralne konstrukcje społeczne, niektórzy ludzie wyobrażają sobie, że istniejące ceny można zastąpić cenami kontrolowanymi przez państwo. Takie ceny miałyby odzwierciedlać mądrzejsze i zacniejsze idee, takie jak „cztery kąty na każdą kieszeń" czy „przystępna cena opieki medycznej". Wielowiekowa historia kontroli cen ze wszystkich stron świata ukazuje negatywne, a nawet destrukcyjne skutki traktowania cen jako jedynie arbitra, a nie jako symptomów oraz przejawów rzeczywistości, której nie da się kontrolować w takim stopniu, w jakim dałoby się kontrolować ceny.

Doświadczenia z przeszłości tego właśnie dowodzą i nic nie stoi na przeszkodzie, aby intelektualiści się o tym wszystkim dowiedzieli. Tzn. prawie nic, z wyjątkiem tego, że rzadko odczuwają oni potrzebę konsultowania się z historią lub jakimkolwiek innym procesem weryfikującym. Wystarcza im konsensus wśród kolegów po fachu, którzy mają podobne zapatrywania na sferę ekonomii.

Podstawowa różnica między transakcjami rynkowymi a skolektywizowanymi procesami decyzyjnymi polega na tym, że w przypadku rynku ludzie dostają wynagrodzenie adekwatne do wartości, jaką posiadają ich produkty i usługi zdaniem klientów i odbiorców. Klienci i odbiorcy mają bodźce, by szukać innych dostawców dóbr, którzy oferują je po niższych cenach. Na tej samej zasadzie osoby oferujące produkty i usługi mają bodźce, aby szukać klienteli, która będzie gotowa zapłacić im za ich produkty i usługi jak najwięcej. Lecz skolektywizowane procesy decyzyjne w rękach osób trzecich pozwalają siłą narzucać własne preferencje innym ludziom. Podejmując takie decyzje, nie ponoszą oni kosztów swoich czynów. Co więcej, biorą w swoje ręce ekonomiczne losy innych ludzi, ciesząc się równocześnie brakiem odpowiedzialności za konsekwencje tego procederu.

INTERWENCJE RZĄDOWE

Jednym ze skutków ubocznych „ekonomicznego analfabetyzmu", którym mogą się pochwalić intelektualiści, jest wizja „gry
 o sumie zerowej
" wcześniej wspomnianej gospodarki, w której zyski danej jednostki lub grupy są jednocześnie stratą innej jednostki lub grupy. Zdaniem Harolda Laski'ego,
Quote
„interesy kapitału i siły roboczej są nie do pogodzenia już u samych podstaw - do podziału jest pewna suma i każdy chce wziąć więcej niż inny chce oddać."
Rzadko aż tak otwarcie demonstruje się owo założenie. Zapewne nawet w zakątkach swoich umysłów aż tak otwarcie nie przyznają się do tego ludzie, których opinie i konkluzje potrzebą teorii o sumie zerowej jako fundamentu swego rozumowania.

Jednak ta szeroko rozpowszechniona teoria (która już zamienia się w doktrynę) mówiąca, że każdy musi się opowiedzieć za którąś ze stron polityki społecznej lub nawet decyzji sądowych, przymyka oko na fakt, że ekonomiczne transakcje będą mieć miejsce dopóty, dopóki obie strony dochodzą do porozumienia, że lepsze te transakcje niż ich brak.

Rzecz jasna, każda ze stron wolałaby, żeby wszystko odbywało się na ich warunkach. Jednak obie strony muszą wykazać chęć zaakceptowania pewnych obustronnych warunków. W przeciwnym  razie do żadnej transakcji nie dojdzie i nie będzie dochodziło. Rzecz wcale nie przedstawia się tak, jak twierdził Laski, czyli że sytuacja jest „nie do pogodzenia". Przeciwnie: dochodzi do porozumienia miliony razy w ciągu jednego dnia! Gdyby było inaczej, gospodarka nie mogłaby funkcjonować. Ba, nie mogłoby funkcjonować nawet społeczeństwo — bez ogromnej ilości decyzji zarówno ekonomicznych, jak i nie ekonomicznych o współpracy między ludźmi. I to mimo, iż interesy dwóch osób nigdy się ze sobą nie pokrywają. Nawet w rodzinie.

W przeciwieństwie do tego, co twierdzi Laski i wielu innych, nie istnieje żadna „suma do podziału", która spadła nam z nieba niczym manna. To właśnie współpraca pomiędzy kapitałem a siłą roboczą wytwarza majątek, który w innych warunkach by po prostu nie zaistniał, lub który obie strony zaprzepaściłyby, jeśli nie pogodziłyby swoich sprzecznych interesów już na samym początku procesu generowania tego majątku. Jest rzeczą absurdalną, w stylu stawiania wozu przed koniem, zaczynać analizę od „sumy do podziału" - tzn. od majątku - kiedy ten majątek może zostać zgromadzony jedynie po tym, jak kapitał i siła robocza pogodzą swoje sprzeczne żądania i dogadają się co do warunków współpracy (której produktem ma być majątek).
Brzydki nawyk wielu intelektualistów, aby w dużym stopniu ignorować przesłanki, bodźce oraz zahamowania kierujące pracą w pocie czoła nad majątkiem, ma wiele następstw, które mogą prowadzić do fałszywych wniosków. Nawet jeśli dzięki słownej wirtuozerii kamuflują te błędne wnioski przed innymi ludźmi, a n
« Last Edit: (Tue) 12.08.2014, 14:41:10 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje