Author Topic: Intelektualiści mądrzy i niemądrzy - Thomas Sowell  (Read 1799 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Intelektualiści mądrzy i niemądrzy - Thomas Sowell
« on: (Sat) 05.04.2014, 21:02:00 »
Intelektualiści mądrzy i niemądrzy - Thomas Sowell - fragmenty

Linki do innego fragmentu  Intelektualiści i ekonomia

(...)
Intelektualiści parający się procederem filtrowania faktów w interesie własnej wizji, odbierają innym ludziom prawo, które sami sobie uzurpują - tzn. prawo do patrzenia na świat takim, jakim on rzeczywiście jest, i do wyciąganie własnych wniosków. Posiadanie własnego zdania, lub wyrażanie własnego zdania, to coś diametralnie różnego od umyślnego blokowania informacji, aby nie docierały one do innych ludzi, żeby inni ludzie nie mogli na ich podstawie wyrobić sobie własnego zdania (zamiast, dajmy na to, cytować to co głosi inteligencja).

PRAWDA SUBIEKTYWNA

Prawda, czyli fakty empiryczne lub żelazna logika, jest wrogiem dogmatów. Jest też traktowana jako wróg przez małą, lecz rosnącą grupkę współczesnych intelektualistów, ponownie demonstrujących rozbieżność pomiędzy intelektualnymi standardami intelektualną interesownością i robienie samemu sobie dobrze. Intelektualiści nie tylko atakują określone prawdy albo ich unikają, lecz w wielu przypadkach zaprzeczają samej istocie prawdy.
 Kwestionowanie (i odrzucanie) prawdy jako decydującego kryterium jest czymś, co niektórzy robią jako proces dekonstrukcji albo adhoc jakby pojedynkowali się na ringu: „moja prawda" kontra  "twoja prawda" (tak jakby prawda była czymś, co każdy może posiadać na wyłączność), podczas gdy istota prawdy tkwi w komunikacji międzyludzkiej.
 Dla przykładu, kiedy podważono prawdziwość publikowanych relacji autorstwa Roberta Reicha (fragmenty jego książki skonfrontowano z materiałami filmowymi), bronił się on następująco:
Quote
„Moja percepcja jest dla mnie prawdą najwyższą".

I Gdyby prawda była - jak mówi Reich - subiektywna, to wtedy cała i jej istota byłaby zupełnie bezsensowna... Cóż, by chronić wyznawaną przez siebie wizję, będącą fundamentem tożsamości intelektualistów oraz ich roli społecznej, niektórzy posuną się nawet do I najgłupszego twierdzenia.

Pogląd, że rzeczywistość jest jedynie „konstrukcją społeczną", odznacza się wiarygodnością zaledwie powierzchowną. Ignoruje bo-I wiem procesy, które ową konstrukcję poddają próbie. Wiele z tego, co jest określane mianem „konstrukcji społecznych", to w rzeczywistości zjawiska będące efektem ewolucji społecznej, która trwała szmat czasu; zostały one zweryfikowane przez doświadczenie, a następnie zaakceptowane i zatwierdzone przez społeczeństwo. Liczni intelektualiści chcą tego typu rzeczy zastąpić czymś innym. Tyle, że to właśnie oni sami proponują konstrukcje, czyli coś, co zostało stworzone w danej chwili i w danym miejscu i nie zostało poddane procesowi weryfikacyjnemu. Ich zdaniem wystarczy, że takim „tworom" przyciasną myślący podobnie koledzy po fachu. Jeśli fakty, logika i procedury naukowe są wyłącznie arbitralną „konstrukcją społeczną", to jedyne, co można z nimi zrobić, to w pełni się zgodzić, przy czym taki konsensus to porozumienie pomiędzy kolegami-inteligentami.

W pewnym (ograniczonym) sensie, rzeczywistość faktycznie została skonstruowana przez istoty ludzkie. Nawet obraz otaczającego nas świata utworzony jest w naszych umysłach, dzięki dwóm malutkim plamkom światła wpadającym do naszych siatkówek. Obraz z tyłu naszych oczu zostaje przewrócony do góry nogami. Nasze mózgi odwracają go pod właściwym kątem i niwelują różnice pomiędzy obrazem z jednego oka i z drugiego - i tak oto postrzegamy świat w trzech wymiarach.

Nietoperze nie widzą świata w sposób taki jak ludzie, ponieważ posługują się echolokacją: wysyłają sygnały, które odbijają się od otoczenia i do nich wracają, przez co nietoperz zdobywa orientację  w przestrzeni. U niektórych stworzeń morskich percepcja odbywa się poprzez pola elektryczne wytwarzane i odbierane przez ich ciała. Jasne jest, że obrazy świata uzyskiwane przez rozmaite stworzenia za pomocą różnych mechanizmów różnią się od siebie. Jednak owe rozmaite metody percepcji nie są jakimiś luźnymi, pozbawionymi podstaw teoriami, lecz przedmiotem procesów weryfikacyjnych, na których opierają się sprawy tak poważne, jak życie i śmierć.

Patrzycie na lwa w klatce - obraz ten może być jedynie konstrukcją naszego umysłu. Jednakże wejście do klatki byłoby krokiem katastrofalnym w skutkach: błyskawicznie przekonalibyście się, że rzeczywistość nie jest jedynie obrazem w waszej głowie. Nietoperze nie rąbią głową o ściany podczas nocnych lotów, ponieważ odmienny od naszego obraz rzeczywistości istniejący w ich mozgach, też jest poddawany weryfikacji poprzez doświadczenie empi ryczne gromadzone w świecie, który istnieje naprawdę - poza sferą ich umysłu. Nietoperz nigdy nie wleci przez przypadek w szybę, jak to się czasem zdarza ptakom, kierującym się zmysłem wzroku.


Ten przykład uzmysławia różnice w istniejących systemach percepcji oraz istnienie rzeczywistości niezależnej od tych systemów.Nawet wizje świata nieco bardziej zanurzone w sferze abstrakcji często mogą podlegać weryfikacji empirycznej. Teorie Einsteina  z dziedziny fizyki, zupełnie nowatorskie w porównaniu do teorii jego poprzedników, jak pokazał chociażby przypadek Hiroszimy - nie były tylko i wyłącznie jego wymysłem; to nie był pojedynek prawda Einsteina kontra prawda kogoś' innego, tylko najprawdziwsza rzeczywistość, od której ludzie obecni w miejscu katastrofy tamtego tragicznego dnia nie mieli szansy uciec... Procesy weryfikacyjne są kluczowym, acz ignorowanym czynnikiem, który umożliwia wielu członkom elit intelektualnych postrzegać różnego rodzaju zjawiska społeczne, ekonomiczne lub naukowe jedynie jako subiektywne poglądy, pozwalając im podkładać w ich miejsce swoje własne, subiektywne zdanie na temat tego, co istnieje, oraz tego, co istnieć powinno.

Pokrewne z taktyką podkopywania idei obiektywnej prawdy jest podkopywanie standardów obowiązujących w rozmaitych dziedzinach, takich jak muzyka, sztuka i literatura. Dramatopisarz i laureat literackiej Nagrody Nobla, Harold Pinter, powiedział:
Quote
„Nie istnieją wyraźne granice pomiędzy tym, co rzeczywiste a nierzeczywiste, oraz tym, co prawdziwe i nieprawdziwe."

Nie tylko dramatopisarze są w stanie wyrazić taki sąd. Dla przykładu, znakomity brytyjski historyk Paul Johnson poczynił cenną obserwację, że powieściopi-sarz wtedy osiąga
Quote
„estetyczną dominację, kiedy osoby nie rozumiejące tego, co robi i sensu jego dzieła, są skłonne przepraszać za swój brak zrozumienia, zamiast obwiniać pisarza o nieudolne przeka-zywanie tego, co chce wyrazić".
Podobnie sytuacja wygląda wśród m-in. malarzy, rzeźbiarzy, poetów i kompozytorów. Wielu z nich utrzymuje się z podatników - tyle, że owi artyści nie chcą zadowalać Podatników ani nawet sprawiać, żeby ich dzieła zostały przez podatników zrozumiane. W niektórych przypadkach, wytwory „arty-styczne" tychże artystów będących na garnuszku państwa są niczym Wlęcej jak chłodną kalkulacją: mają szydzić, szokować lub szykanować publikę. Czasem jest trudno zaklasyfikować te ich „dzieła" przejaw Sztuki. Mimo to, jak kiedyś rzekł Will Rogers:
Quote
„Jeśli jesteś nikim, to zostań artystą - nikt ci nie udowodni, że nim nie jesteś!"
Jacques Barzun celnie powiedział, że artyści to
Quote
„najbardziej zatwardziali krytycy cywilizacji Zachodu".
Co jest zresztą zupełnie zrozumiałe - kiedy nie trzeba ponosić żadnych kosztów swoich czynów, to można sobie pofolgować.[/b]

WYNIOSŁOŚĆ I DRAMATYZM OŚWIECONYCH

Wyniosłość i dramatyzm odgrywają w karierach intelektualistów wyjątkowo ważne role, są wręcz nieuchronne. Mimo że myślenie jest podstawową działalnością intelektualisty, to przecież każdy z nas bez przerwy przeprowadza procesy myślowe. Jedynym usprawiedliwieniem lub racją bytu odrębnej klasy zwanej „intelektualiści" jest to, że z intelektualnego punktu widzenia są lepsi w myśleniu od reszty śmiertelników - są bardziej oryginalni, ich idee są bardziej złożone, oznaczają się wewnętrzną spójnością, a oni sami wielkim zapleczem wiedzy (a raczej: pewnego rodzaju wiedzy) oraz zgodnością z ideami akceptowanymi przez kręgi intelektualne, lecz niekoniecznie z konsekwencjami empirycznych dla innych ludzi.

Wyniosłość oświeconych

Żyjemy w epoce powszechnego dostępu do wyższego wykształcenia: wystarczy tylko zdawać kolejno wszystkie testy i egzaminy. Dlatego bycie w „czołówce" według różnych kryteriów często ma kluczowe znaczenie i może gwarantować dostęp do elitarnych uczelni, w murach których zaczynają kiełkować kariery intelektualistów, świetnie rokujących na przyszłość i z wielkimi szansami na sukces. Dlatego lekka obsesja na własnym punkcie, owa wyniosłość, to nie tylko osobiste dziwactwo, lecz także część grupowego poświadczenia wszystkich intelektualistów, jakim jest przechodzenie przez kolejne filtry intelektualne, od których aż roi się na drodze do tego „elitarnego kręgu". Nawet ci intelektualiści, którzy mogą poszczycić się nieco skromniejszym wykształceniem, też upajają się aurą czołowych intelektualistów. W rezultacie, święcie wierzą, że „intelektualiści" to bardzo wyjątkowa, (bez)cenna grupą ludzi, otoczona niezwykłą aurą.

Poczucie wyższości nie jest w kręgach elity uczuciem marginalnym; przeciwnie: intelektualiści zajechali tak daleko i tak wysoko właśnie dzięki swemu poczuciu wyższości.
Istotnie, często mogą się pochwalić większą wiedzą z jakiejś wąskiej dziedziny, w której się akurat specjalizują, ale to samo można powiedzieć o mistrzach szachowych, geniuszach muzycznych, programistach komputerowych, zawodowych sportowcach oraz ludziach parających się bardzo przyziemnymi zajęciami, których stopień skomplikowania mogą docenić tylko ci, którzy próbowali nauczyć się danego łachu. Fatalną pomyłką wielu przedstawicieli inteligencji jest stawianie znaku równości między ich specyficznym rodzajem wiedzy a wiedzą ogólną na temat światowych spraw - to znaczy, intelektualiści mieszają się w sprawy innych" ludzi, którzy mają o wiele większe pojęcie na dany temat niż intelektualista.
Stare porzekadło mówi, że głupiec lepiej umie założyć koszulę na siebie niż mędrzec założyć ją na głupca.
Intelektualiści są tak pochłonięci myśleniem, że ich wiedza specjalna przewyższa uśrednioną wiedzę specjalną milionów ludzi, że umyka ich uwadze o wiele istotniejszy takt: ich wiedza potoczna nie umywa się do wiedzy potocznej milionów ludzi. Jednakże w opinii wielu intelektualistów, przekazywanie mocy decyzyjnej z rąk mas do rąk ludzi takich jak oni oznacza Przekazywanie mocy decyzyjnej od głupszych do mądrzejszych. To Jest właśnie ten katastrofalny mit stojący za słowami i czynami intelektualistów, włączając w to ciągłe porażki planowania centralnego i innych form inżynierii społecznej, która koncentruje władzę w rękach ludzi z mniejszą ilością wiedzy ogólnej, za to z większą ilością założeń opartych na ich większej (niż przeciętnego człowieka) wiedzy specjalnej.
 


Jak już zostało powiedziane, w Związku Sowieckim centralni planiści mieli za zadanie ustalić 24 miliony cen. Jeśli pomiędzy tymi cenami miał zachodzić jakiś racjonalny związek, jeśli miały one odzwierciedlać względną rzadkość lub koszt poszczególnych dóbr i usług, zapotrzebowanie klientów na te 24 miliony dóbr i usług (uwzględniające konkurencję rynkową), a także alokowanie zasobów potrzebnych do ich produkcji oznaczało to mission impossible - słowem, była to bardzo skomplikowana sprawa. Nic dziwnego, że zadanie to przerastało każdy aparat centralnego planowania. Jednak w gospodarkach rynkowych dla milionów konsumentów i producentów zadanie to jest realne, ponieważ każdy z nich zajmuje się ograniczoną ilością cen związanych z ich osobistymi decyzjami, a koordynacja alokacji zasobów oraz dystrybucji produktów i usług na rynku odbywa się poprzez konkurencję cen na rynku.

Innymi słowy, miliony śmiertelników wie więcej niż mógłby wiedzieć jakikolwiek aparat centralnego planowania, nawet jeśli wszyscy planiści mieliby tytuły naukowe, a ludzie - nie. Ignorant z dyplomem to mimo wszystko ignorant. Jak na ironię, wielkim problemem dla intelektualistów, którzy rzekomo zjedli wszystkie rozumy, jest to, że brakuje m wiedzy do tego, by wykonać coś, na co się porywają. Mimo to, mają tupet twierdzić, że są w stanie zrobić więcej niż inni, i że ich dyplomy oraz dyplomy ich jednomyślnych kolegów załatwiają sprawę i dają im prawo do takich aroganckich roszczeń.
Niemniej, wraz z zawężaniem się specjalizacji akademickich Intelektualistów, coraz bardziej ewidentne się staje, że nawet najwybitniejsi uczeni w danej specjalizacji nie są w stanie ogarnąć umysłem wszystkich czynników, z których utkane są praktyczne problemy świata rzeczywistego, jako że wiele (a może i większość) owych czynników prawie zawsze wykracza poza horyzonty danej, jednej specjalizacji.   

Wymiar moralny postawy wyniosłej jest w kręgach inteligenckich swego rodzaju wabikiem. Okazje, by na drabinie moralności stanąć o szczebel wyżej niż inni ludzie (lub nawet całe społeczeństwa), są chętnie wykorzystywane w rozmaitych sytuacjach: czy gdy chodzi o przeciwstawianie się surowym karom dla kryminalistów, czy potępienie bombardowania Hiroszimy i Nagasaki bądź upieranie się przy stosowaniu Konwencji Genewskiej w przypadku terrorystów, którzy ani nie jej podpisali, ani nie są przez nią objęci. Podwójne standardy moralne (np. potępianie Stanów Zjednoczonych za działania, które w wykonaniu innych krajów - nierzadko w znacznie gorszym wydaniu - nie wywołują żadnych komentarzy i protestów) są bronione w oparciu o twierdzenie, że winniśmy mieć „wyższe standardy moralne". Dlatego przypadkowy komentarz, który może zostać odebrany jako „rasistowski", w amerykańskich mediach jest w stanie wywołać większą burzę niż ucinanie głów niewinnym ludzi przez terrorystów i rozpowszechnianie filmów z tych egzekucji na Bliskim Wschodzie, gdzie tłum jest żądny takich „widowisk".

Inteligencja rzadko kiedy okazuje troskę wywołaną kumulatywnym efektem takiego wypaczającego filtrowania informacji i komentarzy, którymi karmi potem dorosłych, ale i uczniów, poczynając od szkoły podstawowej, a kończąc na studiach. To, co nazywa się „wielokulturowością", rzadko kiedy jest prawdziwym obrazem poszczególnych krajów i narodów, zazwyczaj jest to ugrzeczniona, kolorowa laurka. O wiele częściej robi się szum wokół historii i teraźniejszości Stanów Zjednoczonych lub, ogólniej, wokół zachodniej cywilizacji. Kiedy z kolei dyskutuje się o Indiach lub innych krajach spoza cywilizacji zachodniej, ich wady albo się ignoruje, albo bagatelizuje.

Każde społeczeństwo jest narażone na rozmaite problemy, wewnątrz, na zewnątrz, dlatego wstrząsy nawiedzające społeczeństwa mają swoje konsekwencje. Jedną z nich jest np. obojętność czy niechęć wobec własnego społeczeństwa, gdy zagrażają mu irracjonalne żądania ze strony wrogich państw lub śmiertelne groźby. W rozdziale 7 zobaczymy, że taka niechęć może dać o sobie znać w sytuacji zagrożeń militarnych, co potencjalnym wrogom, takim jak np. Hitler, może dać przewagę nad rozdartym, nie popieranym przez obywateli państwem.

Dramatyzm oświeconych

A co takiego dramatycznego w wizji oświeconych? Wizja oświeconych skłania się ku rozwiązaniom i decyzjom dramatycznym i kategorycznym, np. do mnożeniu w nieskończoność rozmaitych „praw" i regulacji zamiast większej wolności, zamiast drobnych ustępstw i kompromisów. Jakiekolwiek by nie były zyski i straty opinii publicznej z wyniku obu tych stanowisk odnoszących się do sposobu podejmowania decyzji w konkretnych przypadkach, zyski dla oświeconych płyną z kategorycznych decyzji, które dosadnie i dramatycznie afirmują ich górnolotne wizje. Kompromisy takiej skali nie posiadają. Sprowadzają się do spraw mniejszej rangi, do mało efektownych sporów o to czy o tamto, o mniej czy o więcej. Wszystko to odbywa się na płaszczyźnie równości moralnej oświeconych oraz ich „niegodnych" adwersarzy. Zgroza! Dla oświeconych taka sytuacja jest oczywiście nie do przyjęcia; to pogwałcenie ich wizji.

To nazbyt przychylne nastawienie do decyzji kategorycznych bywa dla społeczeństwa brzemienne w skutkach. Bez względu na to, w jaki program polityczny się wierzy - jeśli wierzy się w niego kategorycznie — można łatwo przesadzić i uczynić go kontrproduktywnym. Instytucje, poprzez które podejmowane są decyzje, mają ogromne znaczenie, ponieważ część z nich grawituje w stronę decyzji o charakterze kategorycznym (categorical), inne o cząstkowym (incremental'). W stronę decyzji kategorycznych grawitują instytucje polityczne i wymiar sprawiedliwości, decyzje cząstkowe to rodzina i rynek, ustępstwa i kompromisy, sfera miłości (rodzina) albo bogactwa (rynek). Nietrudno zrozumieć, dlaczego oświeconym dla spełnienia ich wizji bardzo zależy na tym, by jak najwięcej decyzji człowieka zmienionych zostało w „prawa".


Są jeszcze inne przyczyny grawitowania oświeconych w stronę dramatyzmu.

Intelektualiści w sensie, w jakim tego terminu używamy, nie zajmują się wyłącznie matematyką, nauką, medycyną czy inżynierią, ich obszarem zainteresowań jest także język, literatura, historia czy psychologia. Rutynowa operacja chirurgiczna, która ocali czyjeś życie, to dla uratowanego, a także społeczeństwa, wydarzenie znaczące, choć na pewno nie spektakularne. Jednakże relacjonowanie zwykłych, mało spektakularnych zdarzeń nie daje przepustki do historii, do mediów. I chociaż dla publiki (o którą intelektualiści ciągle zabiegają) może być interesująca, nie jest na pewno czymś ważnym czy doniosłym. Intelektualista przekazujący tego typu powszednie, nieciekawe informacje nie ma szans na zdobycie uznania, rozgłosu czy wpływu (a wszystkich tych rzeczy, oczywiście, bardzo pragnie). Historia nabiera kolorów jedynie dzięki nieprzeciętnym osobowościom i/lub wiekopomnym wydarzeniom. W świecie dziennikarstwa funkcjonuje porzekadło „pies ugryzł człowieka to nie jest news" - lecz gdy człowiek pogryzie psa, ten przypadek newsem już by był! I tu, że tak powiem, leży ten pies pogrzebany. Podobnie w literaturze lub psychologii: jedynie wyjątkowy temat lub wyjątkowa teoria dodają prestiżu uczonemu, autorowi, artyście itd. lub dziedzinie jego działalności, twórczości etc.

I przeciwnie, lekarz, mimo iż w swej pracy trzyma się rutynowej praktyki medycznej, cieszy się szacunkiem i uznaniem. Jest kimś, kto ratuje zdrowie i ratuje życie bliźnich. Nie musi silić się na oryginalność lub traktować innych lekarzy z wyższością, aby mu jego pracę wynagrodzono, tak w kategoriach materialnych, jak i moralnych. Tymczasem w większości dziedzin działalności intelektualistów taki automatyczny, wysoki status nie funkcjonuje i nie istnieje. W tym świecie liczy się jedynie to, co nowe, niezwykłe, DRAMATYCZNE - i to właśnie dzięki takim dramatycznym dokonaniom intelektualista lub jego dziedzina mogą przykuć upragnioną uwagę otoczenia i zdobyć uznanie publiczności. Perfekcyjna znajomość danego zagadnienia, w świecie akademickim może mieć znaczenie niewielkie, do wielkiej kariery niezbędny jest jakiś oryginalny i osobisty wkład w rozwój danej dziedziny. Dlatego wśród akademików funkcjonuje przykazanie ,,publish or perish" - „publikuj albo zgiń!"

Proces, który z jednej strony, z wyjątkowych jednostek czyni intelektualistów, oraz który daje bodziec do demonstrowania swej wyjątkowości składa się na schemat, który Erie Hoffer skwitował tak: „Intelektualista czuje się źle w temperaturze pokojowej". Rzeczy przyziemne go nie interesują, nie rajcują, a poza tym nie dają pieniędzy Żyć z rzeczy przyziemnych mogą ludzie z dziedzin, w których przyziemna czynność czy umiejętność uznawane są powszechnie za coś - samo w sobie — ważnego, takie np. jak ratowanie ludzkiego zdrowia czy przedsiębiorczość gospodarcza. Z uwagi na proces, który wyróżnia i wynagradza tylko odpowiednich intelektualistów aktywnych i wyrazistych, łatwo zrozumieć, dlaczego skupiają swą uwagę na sprawach wyjątkowych, poprzez które mogą demonstrować swoją wyjątkowość, nie zaprzątając sobie głowy rzeczami, które - owszem - mogą być ważne dla zwykłych ludzi, lecz dla intelektualistów są zbyt szare i zwyczajne, aby były im do czegoś potrzebne.

Jak już zostało powiedziane w rozdziale 3., większość intelektualistów w stopniu niewielkim lub zerowym poświęca uwagę temu, co przyśpiesza lub hamuje gospodarkę, mimo iż koniec końców to właśnie zwiększona produkcja przychodzi z odsieczą masom pogrążonym w nędzy, nad losem których intelektualiści od wieków tak bardzo lamentują. Większość z tego, co w świecie rozwiniętym nazywane jest „biedą" nie tylko dawniej, ale i dziś, w większości krajów Trzeciego Świata uznano by za dowód prosperity. Jednakże współcześni intelektualiści takim zjawiskom poświęcają mało uwagi, skupiając ją za to na dystrybucji (spadającego jak manna z nieba) bogactwa narodowego, trafiającej do rozmaitych segmentów społeczeństwa, oraz metodom i skutkom redystrybucji istniejącego bogactwa, mimo że, historycznie rzecz biorąc, rosnący „tort gospodarczy" uczynił na rzecz zmniejszenia biedy znacznie więcej niż zmienianie właścicieli poszczególnych kawałków tego tortu oraz decydowanie, kto i jak duży (czy mały?) kawałek tego tortu otrzyma.

Nawet kraje, których przykład przywoływany jest specjalnie po to, by w trybie ekspresowym zmienić wielkość poszczególnych kawałków tortu do podziału,gdzie jednym kroimy więcej, drugim mniej - mam na myśli np. kraje komunistyczne - zrobiły o wiele mniej na rzecz zmniejszenia poziomu biedy wśród swych społeczeństw niż kraje, których programy polityczne po prostu ułatwiają pieczenie większego tortu - aby więcej ludzi mogło dostać większe kawałki. Jest zadaniem trudnym, a może nawet niemożliwym, wyjaśnienie powszechnego, acz tajemniczego braku zainteresowania intelektualistów tym tematem, a przecież jest to praktyczne generowanie bogactwa. W nieskończoność dyskutują i lamentują na temat biedy, gdy tymczasem jedyną rzeczą, jaka nas z biedy może wyleczyć, jest produkowanie większej ilości majątku. Niestety, problemy praktyczne, przyziemne, bez względu na swą istotę — w wizji oświeconych - nie są promowane w postaci bodźców, barier, w hamulcach czy nawykach.

W mniemaniu sporej części inteligencji rozwiązanie odwiecznego problemu biedy wymaga wielkiego wkładu intelektualnego -czyli, oczywiście, ich własnego udziału. Dla przykładu, H.G. Wells powiedział, że
Quote
„ucieczka ze ślepej uliczki gospodarki w stronę uniwersalnego bogactwa i społecznej sprawiedliwości wymaga ogromnego wkładu intelektualnego".
Tak samo stworzenie trwałego pokoju jest
Quote
„wielką, ciężką, trudną i skomplikowaną operacją spod znaku inżynierii umysłowej."

Wyzwania, które stawia prawdziwy świat, oraz wyzwania umysłowe, które Wells i inni zwykli traktować na równi z tymi pierwszymi, a także ich wzajemne proporcje, zależą od wstępnych założeń wizji społeczeństwa danej osoby. Ludzie wychodzący z odmiennych założeń dochodzą do odmiennych wniosków, tak jak w słowach George'a J. Stiglera przytoczonych już w pierwszym rozdziale:
Quote
„Wojna jest w stanie zrujnować cały kontynent lub wymordować całe po-kolenie, nie stając się jednak przyczynkiem do ani jednego nowego teoretycznego pytania".
Krótko mówiąc, nawet najstraszliwsze katastrofy świata rzeczywistego niekoniecznie muszą stanowić jakieś nowe wyzwanie intelektualne.[/color]

Po tym, jak pod koniec XX wieku rząd komunistycznych Chin postanowił pchnąć swoją gospodarkę w kierunku kapitalizmu, błyskawicznie rosnąca stopa wzrostu dochodu narodowego doprowadziła do tego, że w dzisiejszych Chinach każdego miesiąca jeden milion mieszkańców wychodzi z biedy. Oczywiście, każdy osoba autentycznie przejęta redukowaniem poziomu biedy na świecie byłaby nie tylko zadowolona, ale i ciekawa, jakim cudem dokonano takiego osiągnięcia? Mimo to prawie żaden z intelektualistów, od lat zaaferowanych kwestią głodu, nie zainteresował się na poważnie rzeczywistą redukcją nędzy w Chinach, Indiach i innych krajach, osiągniętą dzięki mechanizmom rynkowym. Poprawa sytuacji mieszkańców tych krajów nie nastąpiła tak, jak to przewidywali i preferowali intelektualiści. Pewnie dlatego starają się zjawiska te przemilczeć, jakby nigdy się nie wydarzyły.

I znowu, w tym przypadku manifestowane są postawy, a nie zasady - postawy wobec programów politycznych i instytucji
opartych na dominującej wizji intelektualistów, w opozycji do programów politycznych i instytucji, które przyniosły widoczne, namacalne rezultaty, nie odzwierciedlając jednak w najmniejszym stopniu wizji oświeconych.

Dziennikarze oraz inni ludzie piszący „dla ludu" stają w obliczu dodatkowych bodźców oraz hamulców; jak wytłumaczyć świat takimi słowami i kategoriami, aby zarówno oni, jak i czytelnicy, uznali obraz za zaspokajający ich potrzeby emocjonalne? Wiele problemów jest ukazywanych w niewłaściwym świetle, nie dlatego, że są zbyt skomplikowane dla większości ludzi, lecz dlatego, że przyziemne wyjaśnienie jest mniej emocjonujące niż wyjaśnienie, w którym roi się od czarnych charakterów, których można nienawidzić, oraz bohaterów, których można uwielbiać. Wyjaśnienie stawiające na ładunek emocjonalny może często być bardziej zawiłe od zwykłego, przyziemnego, zgodnego z faktami, które łatwo ustalić
i sprawdzić. To wszystko tyczy się szczególnie teorii spiskowych.


Klasycznym przykładem powszechnego preferowania emocjonujących wyjaśnień była reakcja amerykańskich mediów, polityków i większości opinii publicznej na zmiany w cenach paliwa - a w latach 1970. również na braki paliw na rynku. Żadne z tych wydarzeń nie wymagało wyższego poziomu skomplikowania niż byle podręcznik ekonomii. W rzeczy samej, nie trzeba aż takiego wyrafinowania, by pojąć, że nawet w przypadku tak standardowego produktu, jakim jest ropa naftowa, którą handluje się na gigantyczną skalę na rynku światowym, cena zależy od relacji popytu i podaży. Nawet firmy wielkie, znane w Stanach Zjednoczonych jako „Big Oil" mają znikomy lub zerowy wpływ na ceny ropy, których nie kontrolują. Nie trzeba stawać na głowie ani wymyślać rewolucyjnych hipotez, by uprzytomnić sobie wpływ, jaki na cenę ropy i deficyt w jej produkcji miała w latach 70. rządowa regulacja rynku paliw ropopochodnych. Od lat wiadomo, że kontrola cen doprowadziła do deficytu niezliczonej ilości produktów we wszystkich państwach świata, czy to w społeczeństwach współczesnych, czy w cesarstwie rzymskim albo starożytnym Babilonie <Więcej na ten temat w: Robert L. Schuettinger i Eamonn F. Butler „Forty Centuries of Wage and Price Controls: How Not to Fight Inflation" (Heritage Foundation, 1979 r.) lub w mojei własnej książce „Ekonomia dla każdego" (Fijorr Publishing, Warszawa 2007) rozdział 3. ">.

Jednakże, żadne z tych przyziemnych wyjaśnień nie zdobyło popularności i nie stało się tak dominujące w mediach i polityce, jak teoria o „pazerności" spółek naftowych. W jej rezultacie, przed sądami, trybunałami, komisjami kongresowymi postawiono kierownictwa wielu amerykańskich spółek naftowych. Ich praktyki potępione zostały w prasie i telewizji. Politycy głośno krzyczeli o konieczności „dobrania im się do skóry", inicjując wiele śledztw w spółkach naftowych, czemu akompaniowały krzykliwe tytuły na pierwszych stronach gazet i równie dramatyczne twierdzenia w telewizji. Późniejsza, mało efektowna informacja o umorzeniu większości spraw, jak to bywa w zwyczaju, pojawiała się na łamach gazet jako notka pisana małą czcionką, wciśnięta gdzieś pomiędzy inne artykuły. Tego typu wiadomości mają nie zwracać na siebie uwagi lub, co zdarza się równie często, w ogóle nie trafiają do mediów. Skoro emocjonalne katharsis już miało miejsce, to przyziemne konkluzje, że np. nie znaleziono dowodów wskazujących na jakikolwiek spisek czy zmowę rynkową spółek naftowych - przestają być efektownym, krzykliwym newsem.

Racją bytu intelektualistów jest to, że są rzekomo lepsi w myśleniu lub posiadają większą wiedzę niż reszta śmiertelników, lecz w rzeczywistości ich wyższość umysłowa jest wyższością w obrębie małego wycinka szerokiego spektrum ludzkich możliwości. To prawda, że intelektualiści są często wybitnymi fachowcami w swoich specjalizacjach - ale to samo można rzec w przypadku mistrzów szachowych, geniuszy muzycznych etc. Różnica polega na tym, że ci inni wyjątkowi ludzie rzadko kiedy wyobrażają sobie, że ich niezwykły talent w danej dziedzinie daje im prawo oceny, prawo wygłaszania kazań lub kierowania całym społeczeń-snyem. Wielu ludzi na przestrzeni lat oskarżało intelektualistów o brak zdrowego rozsądku. Lecz spodziewanie się po nich zdrowego rozsądku to zbyt wygórowane wymaganie - przecież ich życiową rolą jest bycie ponad takimi przyziemnymi rzeczami, jak zdrowy rozsądek, i mówieniu rzeczy, które różnią się od tego, co mówią wszyscy inni. Istnieje jednak ograniczona ilość autentycznej oryginalności, jaka przypada na statystyczną osobę. Po osiągnięciu pewnego poziomu, bycie kimś niezwykłym" może przerodzić się w pociąg do bezsensownych ekstrawagancji Iub sprytnych prób szydzenia i szokowania. Na polupolityki może to oznaczać Jzu-kanie dramatycznych „rozwiązań" ideologicznych zamiast roztropnych kompromisów. Nie tylko ruchy komunistyczne, ale też faszystowskie i nazistowskie, jak zanotował historyk Paul Johnson, miały słabość do intelektualistów:

Quote
Powiązania intelektualistów z przemocą zbyt często się zdarzają, by nazywać je aberracją. Czasem przybierają one postać podziwu dla „ludzi czynu", którzy stosują przemoc. Mussolini miał imponującą liczbę wielbicieli w kręgach intelektualnych, i bynajmniej nie tylko we Włoszech. W drodze na szczyty władzy Hitler był najbardziej popularny w campusach, jego atrakcyjność elektoralna w oczach studentów była nieporównanie większa niż w oczach „zwykłych ludzi". Zawsze miał wielkie poparcie wśród nauczycieli i profesorów uniwersyteckich. Wielu intelektualistów zostało wcielonych w wyższe kręgi partii nazistowskiej i brało udział w potwornych ekscesach SS. Dlatego też cztery Einsatzgruppen, czyli grupy operacyjne, które stanowiły grupę uderzeniową operacji Hitlera pt. Endlósung (tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej) we wschodniej Europie, zawierały wysoki odsetek absolwentów uniwersyteckich wśród oficerów. Dla przykładu, Otto Ohlendorf, przywódca Batalionu D, posiadał dyplom trzech uczelni oraz doktorat z prawoznawstwa. Stalin również posiadał całe legiony wielbicieli w kręgach intelektualnych, tak samo jak powojenni „mężowie przemocy", tacy jak Castro, Nasser czy Mao Tse Tung.

Podobna historia powtórzyła się na „polach śmierci" w Kambodży:

Quote
Straszliwe zbrodnie popełnione w Kambodży od kwietnia 1975 roku, które pochłonęły od 1/5 do 1/3 całości populacji, zostały zorganizowane przez grupę frankofońskich intelektualistów z klasy średniej, znanych jako Angka Leu („wyższy porządek"). W grupie ośmiu ich przywódców, pięciu z nich było nauczycielami, jeden był profesorem uniwersytetu, jeden urzędnikiem państwowym, a jeden ekonomistą.

Twierdzenie Erica Hoffera jakoby intelektualiści „źle czuli się w temperaturze pokojowej" znajduje potwierdzenie w wielu innych przykładach.

Abstrahując od tego, jak dramatyczna lub atrakcyjna może się wydawać dana wizja, koniec końców każdy z nas zmuszony jest żyć w świecie rzeczywistym. Kiedy rzeczywistość została już tak przefiltrowana, żeby pasowała do wizji, to te przefiltrowane informacje są mylącymi wskazówkami w podejmowaniu decyzji o nieubłaganej rzeczywistości, do której wszyscy musimy się dostosować, albowiem ona do nas się nie dostosuje.


Intelektualiści i prawo

Quote
Nauka jest zdolna do liniowego rozwoju i ewolucji, w przeciwieństwie do prawa, w którym w kółko powtarzają się te same wnioski oraz błędy.
Richard A. Epstein

Prawo jest jedną z aren, na której toczy się ideologiczny konflikt pomiędzy rozbieżnymi wizjami. Gospodarka wolnorynkowa bezwzględnie ogranicza rolę wizji intelektualistów, podobnie jak czyni to kurczowe trzymanie się litery prawa, szczególnie prawa konstytucyjnego. Dla wyznawców wizji (oświeconych), która wszechwiedzącej elicie powierza rolę zastępczych decydentów, podejmujących decyzję za ogół społeczeństwa, prawo jest czymś zupełnie innym niż dla wyznawców wizji (tragicznej), według której istotna wiedza znajduje się w posiadaniu milionów ludzi, tyle że każdy człowiek posiada zaledwie ułamek całości owej wiedzy.

Jeśli filarami prawa ma być wiedza, mądrość oraz cnota oświeconych decydentów (podejmujących decyzje w imieniu „ludu"), to łatwo sobie wyobrazić, że będą oni kształtować prawo na swoją modłę, tak aby było „sprawiedliwe", „pełne współczucia" lub kierujące się zasadami „sprawiedliwości społecznej". Jak wiadomo, wszystkie te terminy są wielką niewiadomą -  nie posiadają żadnej ścisłej definicji, poza tym znajdują się w rękach ludzi stosujących wirtuozerię słowną. Dlatego też ich wizja prawa jest niekompatybilna z takim prawem, jakiego pragną ludzie chcący widzieć w nim zestaw zasad, w oparciu o które miliony ludzi, dostosowując się do siebie nawzajem, mogą podejmować niezależne decyzje.

Nie może istnieć wiarygodna, ścisła litera prawa tam, gdzie sędziowie mogą narzucać prawo w takim kształcie, jaki im się podoba - naginając je wedle swoich poglądów na temat tego, co jest sprawiedliwe, pełne współczucia bądź w zgodzie ze społeczną sprawiedliwością. Każdy sędzia inaczej rozumie te terminy i inaczej się na nie zapatruje, zatem pomiędzy sędziami nie mogłoby być pełnej zgodności, co przeczy istocie prawa, które jest przecież niczym innym, jak zbiorem zasad, którym podlega każdy obywatel, mający pełny wgląd w sztywne, sprecyzowane przepisy. Amerykańska Konstytucja wyraźnie zabrania przepisów wprowadzanych ex post facto, chodzi o to, by obywatele nie mogli być karani lub sądzenia za czyny, które - zanim zostały dokonane — nie były w świetle prawa nielegalne. Natomiast sędziowie ferujący wyroki na podstawie swoich własnych przekonań odnośnie sprawiedliwości etc. w rezultacie tworzą prawo po fakcie - prawo, o którym obywatele nim objęci nie mogą mieć pojęcia.

W tym przypadku, jak i w wielu innych, fatalną pomyłką okazuje się wykraczanie poza swoje kompetencje. Sędziowie dysponują wiedzą specjalną oraz zdolnością ustalania tego, gdzie przebiega linia pomiędzy tym, co dopuszczalne, a tym, co karalne, jest to jednak co innego niż zgadywanka, jak obywatele mogą korzystają ze swobód, które - w ramach tychże ograniczeń - im przysługują. Niektórzy mogą, dajmy na to, wziąć na swoje barki obowiązki związane z małżeństwem, a mogą też zamieszkać razem, nie biorąc uprzednio ślubu. Jednak sędziowie, którzy przyznają „alimenty" < tzw. palimony - sumy płacone kobiecie, z którą się mieszkało (czyli tzw. common law wife), nawet jeżeli był to związek „na kocią łapę", bez formalnego ślubu i małżeństwa (przepis dotyczy tych stanów, w których obowiązuje common law) — przyp. tłum.> jednemu z partnerów po tym, jak rozpadł się ich związek, w rzeczywistości „wstecznie" narzucili obowiązki małżeńskie ludziom, którzy nie wzięli na siebie takich obowiązków, decydując się na zamieszkanie razem, ale bez formalnego ślubu.

Tego typu konsekwencje mogą mieć większy zasięg niż wyżej opisane przykłady. Im bardziej mgliste staje się prawo (wskutek decyzji sędziowskich zabarwionych ich przekonaniami), tym więcej procesów wytaczanych przez ludzi, którzy w świetle prawa pisanego prawa nie mają ku temu żadnego powodu, mogą mieć jednak możliwość siłowego dochodzenia ustępstw i korzyści od tych, których pozywają, którzy padają ofiarami wymyślnych interpretacji przepisów tego czy owego sędziego.

ZMIANA PRAWA

To oczywiste, że przepisy zmieniają się wraz ze społeczeństwem. Istnieje jednak fundamentalna różnica pomiędzy prawem zmienianym w wyniku głosów elektoratu oddanych na urzędników, którzy przeforsują zmiany legislacyjne, a następnie wprowadzą je w życie, czyniąc ogólnie znanymi, a przepisami zmienianymi indywidualnie przez sędziów, którzy raptem postawionych przed sądem ludzi informują, że obejmuje ich nowa interpretacja przepisów, która jest wytworem umysłu sędziego, który akurat trafił się biednemu obywatelowi.

Słynne powiedzenie sędziego Olivera Wendella Holmesa: „Istotą prawa nie jest logika; istotą prawa jest doświadczenie", jest częścią filozofii i etyki sędziowskiej. W jednym ze swoich uzasadnień w sprawie Sądu Najwyższego USA, Holmes powiedział:
Quote
Tradycja i nawyki społeczeństwa górują nad logiką... Powód, czyli strona w procesie, musi poczekać aż nastąpi zmiana w prawie, albo przynajmniej osiągnięty zostanie cywilizowany konsensus, zanim sąd obali zasady wprowadzone przez ustawodawców i podtrzymane prze wymiar sprawiedliowści.
[/b]

Holmes polegał bardziej na wielopokoleniowym doświadczeniu ludzkim, wcielonym w prawo niż na rozumowaniu intelektualistów, a jednak nie ukrywał, że niektórzy „wybitni intelektualiści" mieli swój wkład w rozwój prawa, chociaż ten ich wkład, zdaniem Holmesa, to „błahostka, w porównaniu z imponującym gmachem litery prawa". Według niego ewolucja systemowa prawa jest nie tyle kwestią intelektu, co kwestią mądrości (wydestylowanej z doświadczenia wielu pokoleń, a nie błyskotliwych założeń intelektualnych elit), wobec tego intelektualiści, chcący by ich rola w tworzeniu prawa była czymś więcej niż „błahostką", dochodzą do wniosku, że powinni wykreować nowe prawo, odzwierciedlające ich własne talenty i aspiracje.

To jest właśnie siłą napędową wyznawców wizji oświeconych od ponad dwustu lat. W XVIII wieku markiz de Condorcet kultywował inny pogląd na materię prawa niż np. Holmes, a jednocześnie bardziej zgodny z wizją XX-wiecznej inteligencji:
Quote
Przepisy są lepiej sformułowane i mniej mgliste niż wytwór będący wypadkową okoliczności i kaprysów losu; powinny być tworzone przez uczonych, a w przyszłości przez filozofów.

W drugiej połowie XX wieku koncepcja prawa jako tworu celowo kształtowanego w zgodzie z duchem czasów, czyli tak jak sobie tego życzą elity intelektualne, stała się na czołowych uczelniach prawniczych oraz pośród sędziów codziennością. Profesor Ronald Dworkin z uniwersytetu w Oxfordzie stał się ucieleśnieniem takiego stanowiska, kiedy odrzucił systemową ewolucję prawa jako „głupią wiarę" opartą na „chaotycznym i nie poddającym się żadnym zasadom biegu historii". W ten sposób procesy systemowe utożsamił z chaosem, tak samo jak robili to ludzie zalecający planowanie centralne zamiast systemowych interakcji rynkowych. W obu przypadkach chodziło o to, by elity narzuciły swoją wizję, unieważniając tym samym poglądy innych obywateli, ponieważ, jak powiedział Dworkin: „społeczeństwo równiejsze jest społeczeństwem lepszym, nawet jeśli jego przedstawiciele preferują nierówność".

W skrócie, owa wizja miała na celu narzucić społeczną i ekonomiczną równość poprzez polityczną nierówność, która pozwalałaby elitom odsuwać na dalszy plan to, czego pragnie ogół populacji. Pomimo opinii zawartej w postulacie Dworkina, jakoby większość ludzi wolała nierówność, nie wydaje się to prawdą. Ludzie po prostu zamiast dyktatu elit wolą wolność, którą dają im procesy systemowe, nawet jeśli w owe procesy wpisana jest pewna doza ekonomicznej nierówności.

Prawo jako zestaw zasad ogólnie znanych i egzekwowanych zgodnie z literą prawa, ogranicza zastępcze procesy decyzyjne, szczególnie jeśli mamy do czynienia z prawem konstytucyjnym, które nie ulega bieżącym modom oraz poglądom większości ludzi. Wyznawcy wizji oświeconych albo muszą siedzieć cicho i narzekać na te restrykcje, albo używać swoich talentów, w tym m.in. słownej wirtuozerii, by poluzować ograniczenia prawne ciążące na rządzie i urzędnikach. Jest to od dawna kurs, jaki obrali intelektualiści propagujący zastępcze procesy decyzyjne oraz urzędnicy rządowi chcący na jeszcze większą skalę wykorzystywać swoją władzę.

Konstytucja a sądy

Istnieje pewna liczba postaw, które wobec Konstytucji może przyjąć intelektualista i sędzia. W poszczególnych epokach istniały pewne wzorce oraz mody odnośnie interpretowania przepisów konstytucyjnych. Na początku XX wieku, w epoce progresywizmu w USA, wykształcił się wzorzec, który od tamtej pory jest dominujący. Najpierw zaczął funkcjonować wśród intelektualistów, potem na salach sądowych. Idee postępowców promowane były nie tylko przez takich erudytów w dziedzinie prawa, jak Roscoe Pound czy Louis Brandeis, lecz także przez dwóch prezydentów Stanów Zjednoczonych, którzy przez jakiś czas byli intelektualistami w takim sensie, że zarabiali pieniądze dzięki swej pracy intelektualnej. Mam na myśli Theodore'a Roosevelta oraz Woodrowa Wilsona. Roosevelt w swoich pamiętnikach tak wspominał o własnej prezydenckiej linii politycznej: „wyznaję teorię mówiącą, że władza wykonawcza jest ograniczana jedynie konkretnymi restrykcjami i zakazami opisanymi w Konstytucji lub narzucanymi przez Kongres w ramach jego mocy konstytucyjnej". Takie przekonanie beztrosko lekceważyło Dziesiątą Poprawkę, według której rząd mógł egzekwować jedynie te prawa, które nadawała mu Konstytucja; reszta praw przysługiwała albo władzom stanowym, albo ludowi.

Roosevelt postawił Dziesiątą Poprawkę na głowie, tak jakby prezydentowi przysługiwały wszystkie prawa - z wyjątkiem praw, których wyraźnie głowie państwa się odmawiało. Jak się okazało, nie było to li tylko czcze gdybanie. Pewnego razu Roosevelt rozkazał oddziałom wojskowym przejąć kopalnię, w której ogłoszono strajk.
Generałowi stojącemu na czele wojska powiedział takie oto słowa:
Quote
„Rozkazuję panu, aby zrobił to, nie zważając na żaden inny autorytet, żadne rozporządzenie sądowe ani cokolwiek innego, co nie jest moim rozkazem".
Kiedy indziej znowu nie chciał słuchać urzędnika Kongresu, przedstawiciela swojej macierzystej partii, który kwestionował poczynania prezydenta w świetle prawa konstytucyjnego. Oto relacja:
Quote
Roosevelt piekielnie się zdenerwował, potrząsnął Watsonem i krzyknął: To Konstytucja powinna służyć ludziom, a nie lud Konstytucji!

Taką oto mądrością Roosevelt werbalnie przeistoczył sam siebie w „lud", a Konstytucję w akt prawny, którego można przestrzegać albo traktować go per noga, tym samym kwestionując sens Konstytucji jako dokumentu trzymającego w ryzach zapędy rządu.

Woodrow Wilson nie popadał aż w taką histerię, lecz również irytowały go ograniczenia nakładane przez Konstytucję. Był pomysłodawcą teorii, która cieszyła się popularnością nawet wtedy, gdy jego prezydentura dobiegła końca. Będąc studentem Princeton, wspomniał o „starych, prostych czasach", gdy w 1787 roku uchwalono Konstytucję, pisząc: „każde pokolenie mężów stanu wymagało od Sądu Najwyższego, aby dopuszczał taką interpretację Konstytucji, jaka byłaby adekwatna do potrzeb dnia dzisiejszego". I dodał: „sala sądowa to forum głosu ludu", przez co mianował inny sektor rządowy jako substytut „ludu"; tak jak Roosevelt, zamienił Konstytucję w dokument doradczy, a rolę sądów widział w ustalaniu „adekwatności Konstytucji co do potrzeb i interesów narodu", zaś w sferze prawa do „sumienia" narodu. Słowem, żądał, aby sądy były zastępczymi twórcami programów politycznych, a nie po prostu specjalistami do prawa, egzekwującymi prawo stworzone przez innych ludzi. To, że sędziowie federalni, mianowani, a nie wybierani drogą elekcji, sprawujący swoją funkcję dożywotnio, powinni być „głosem ludu" jest kolejnym przykładem słownej wirtuozerii, mającej na celu uczynienie instytucji celowo odizolowanej od opinii popularnych w de facto aparat będący wyrazicielem owych opinii.

Wilson twierdził, że gdyby sądy „interpretowały Konstytucję, trzymając się litery prawa, tak jak niektórzy to zalecają", to Konstytucja stałaby się zgubnym „kaftanem bezpieczeństwa". Wilson użył kolejnego argumentu, który później był gremialnie powtarzany przez innych - zwracał bowiem uwagę na „zmianę", a mówiąc dokładnie: zmianę technologiczną.
Powiedział:
Quote
„W czasach, gdy uchwalono Konstytucję USA, nie było jeszcze kolei, nie istniały ani telegrafy, ani telefony".
Następne pokolenia chętnie powtarzały ten argument, wspominając o samolotach, komputerach czy innych cudach współczesnej techniki, i tak samo jak Wilson nikt nie pofatygował się, aby wyjaśnić, jakim cudem z powodu tych nowinek technologicznych sędziowie powinni zmienić swoją interpretację Konstytucji. Można sporządzić długą listę słynnych kontrowersyjnych decyzji Sądu Najwyższego USA, poczynając od spraw „Marbury kontra Madison" aż po „Roe kontra Wade", lecz wśród nich nie znalazłaby się (prawie) żadna sprawa, w której postęp technologiczny odgrywałby jakąkolwiek rolę.[/color]

Aborcja, modlitwa w szkole, aresztowania kryminalistów, segregacja rasowa, kara śmierci, symbole religijne na państwowych obiektach, wybiórcze liczenie głosów - wszystkie te zjawiska były doskonale znane autorom Konstytucji. Melodramatyczne apele nawołujące do „zmiany" to jedynie triumf słownej wirtuozerii, natomiast kompletna klapa, gdy chodzi o związek z jakąkolwiek rzeczywistą sprawą.

Tak zwana „zmiana" jest jedną z najmniej kontrowersyjnych reguł życia, bez względu na ideologiczne spektrum jej zwolenników. Nie ma wątpliwości, że przepisy, w tym czasem i Konstytucja, mogą wymagać pewnych zmian i poprawek. Zdano sobie z tego sprawę, gdy uruchomiono proces tworzenia nowych Poprawek. Tak jak w przypadku wszystkich innych procesów decyzyjnych, kluczowe pytanie - kompletnie przeoczone w retoryce na rzecz „zmian" - brzmi: Kto powinien o takiej zmianie decydować?

Istnieją ciała legislacyjne oraz rządowe ciała wykonawcze, nie wspominając o miriadach prywatnych instytucji, które reagują na zmiany, ponieważ tak są skonstruowane. Powtarzanie w nieskończoność, niczym mantra, słowa „zmiana" nie tłumaczy, dlaczego to niby sędziowie mieliby być osobami, które powinny wprowadzać zmiany. To kolejny przejaw argumentacji bez argumentu, bo przecież powtarzanie jakiejś formułki adinfinitum argumentem nie jest i być nie może.

„Trudności" zmiany prawa, a zwłaszcza trudność wprowadzenia poprawek do Konstytucji, przywoływane są czasami jako powód, dla którego sami sędziowie powinni mieć możliwość dokonywania zmian - być instrumentami zmian. Dla przykładu, wspomniany wcześniej Herbert Croly napisał w swej klasycznej już, bo pochodzącej z epoki progresywizmu książce"The Promise of American Life" m.in.: „Rząd cieszący się uznaniem i poparciem, po głębokim namyśle i długich dyskusjach powinien mieć możliwość podjęcia kroków, których - w opinii decydującej większości obywateli -wymaga dobro publiczne". I dodał: „Takiego warunku nie spełnia rząd działający w cieniu Konstytucji USA". Wielu innych wysunęło tezę, że Konstytucja jest materią trudną do modelowania. Jeśli jednak ludzie nie życzą sobie zmiany - nawet takiej, która w oczach inteligencji jest potrzebna, a nawet niezbędna - to nie można tego nazwać „trudnością". To się nazywa po prostu demokracja.

Poprawki dodawane są do Konstytucji dość rzadko, lecz fakt ten nie jest dowodem na „trudności" w dokonywaniu zmian ustawy zasadniczej. Tak samo jak większej trudności nie niesie ze sobą wstanie rano z łóżka i założenia jednego buta czerwonego, a drugiego zielonego. Zdarza się to nieczęsto, ale tylko dlatego, że ludzie po prostu nie chcą tego typu zdarzeń. Był okres, kiedy ludzie faktycznie chcieli zmian w Konstytucji, i wtedy, w latach 1913-1920 do Konstytucji USA doszły cztery poprawki.

W roku 1908 człowiek nazwiskiem Roscoe Pound, później znany jako dziekan wydziału prawa na Harvardzie, wypowiedział się na temat tego, że ludzie pragną „żywej konstytucji, poddającej się interpretacji sędziów". Pound apelował o „aktywizm sędziowski", o „sędziów - socjologów" i zadeklarował, że prawo „musi być ocenianie na podstawie rezultatów, jakie przynosi". „Mechaniczne prawoznawstwo" potępił za „fiasko w reagowaniu na ważkie potrzeby współczesności". Kiedy prawo staje się „zestawem zasad", to staje się „czymś, przeciw czemu obecnie protestują socjologowie - i robią to słusznie". Pound odmalował obraz „przepaści między myślą prawną a myślą potoczną" i apelował o to, by ta pierwsza dostosowała się do drugiej, tak aby uzyskać system prawny, który „jest zgodny z sumieniem społeczeństwa". Jednak ta ewidentnie populistyczna teoria koniec końców okazał się jedynie retoryczną zasłoną dymną, ponieważ Pound ostatecznie opowiedział się za prawem będącym „w rękach oświeconej, progresywnej kasty, której koncepcje wyprzedzają rozumowanie ogółu populacji, i których przywództwo wynosi myśl potoczną na wyższy poziom". Mówiąc krótko, Roscoe Pound był zwolennikiem tego, by oświecone elity zmieniły istotę prawa i nagięły je do „ważnych potrzeb współczesności", pomimo że opinia ta różniła się od opinii ludu (lub, jak chciał Pound, „wyprzedzała ją"; ludu, do którego „sumienia" prawo rzekomo powinno się dostosować. Zdaniem Pounda, prawo powinno również odzwierciedlać to tajemnicze, uparcie wspominane zjawisko znane jako „sprawiedliwość społeczna". Dla Pounda, tak jak i dla Woodrowa Wilsona, nie miało znaczenia to, co uważa i czego chce lud. Woli ludu używali wyłącznie jako wytrychu do propagowania „zmiany". Pound użalał się, że „Wciąż ględzimy o świętości mienia w świetle prawa" i z aprobatą cytował „rozwój prawa, które oddala się od dawnego indywidualizmu" - prawa, które „nie ogranicza się jedynie do prawa własności".

Dlatego też w roku 1907 i 1908 Roscoe Pound, przeskakując od interpretacji prawa do tworzenia programów społecznych, przedłożył zasady aktywizmu sędziowskiego, które mimo upływu ponad stu lat są wciąż dominujące. Wyprzedził nawet późniejszy zwyczaj powoływania się na prawo zagraniczne w celu usprawiedliwiania decyzji sądowych w zakresie prawa amerykańskiego, a był to obyczaj poszerzający przepaść między orzeczeniami sędziowskimi a trzema kwestiami: przepisami, w oparciu o które sąd podejmuje decyzje; kontrolą obywateli, którzy podlegają tym przepisom; Konstytucją Stanów Zjednoczonych.

w podobnym stylu wypowiadał się Louis Brandeis, wspominając o „rewolucyjnych zmianach", jakie miały miejsce w społeczeństwie, a na które sądy pozostają „zazwyczaj głuche i ślepe." Miał on na myśli między innymi to, że rządy stanowe powinny naprawić szkody wynikłe z bezrobocia i nadmiernej zdolności produkcyjnej". Brandeis nie pofatygował się poinformować nas, na jakiej podstawie sędzia mógłby przekroczyć swoje kompetencje i tworzyć programy ekonomiczne i społeczne. W artykule zatytułowanym „Żywe prawo", Brandeis napisał, że „zaczęliśmy tęsknić za sprawiedliwością społeczną, a nie prawną". Kto dokładnie zaczął odczuwać takie tęsknoty? Brandeis nie pofatygował się poinformować czytelnika, chociaż pochwały pod adresem Roscoe Pounda i innych teoretyków prawa i podobnie myślących sędziów mogą sugerować, że była to tęsknota elit intelektualnych za uzyskaniem szerszych wpływów poprzez kształtowanie decyzji sądowych. Brandeis, tak jak i Pound, cytował teorie i praktyki prawa zagranicznego jako powód, dlaczego amerykańscy sędziowie powinni pójść w tym właśnie kierunku. Powoływał się na „nauki społeczne", które rzekomo „zakwestionowały przekonanie, iż kradzież jest nie tyle winą społeczeństwa, co jednostki".

Brandeis twierdził, że sądy „wciąż ignorują nowo powstałe potrzeby społeczne" i że zamiast tego, osiadłszy na laurach i zapadłszy w stan letargu, stosują tak staroświeckie koncepcje jak „świętość własności prywatnej". Tak jak wielu z jego poprzedników i następców, Brandeis traktował prawo własności jako specjalny przywilej, przysługujący wybranym szczęśliwcom, a nie jako ograniczenie władzy polityków. Kulminacja progresywnej koncepcji odnośnie prawa do własności miała miejsce w 2005 roku, kiedy Sąd Najwyższy USA w sprawie „Kelo kontra New Londyn" orzekł, że politycy mogą przejmować własność prywatną - najczęściej mieszkania oraz biznesy klasy pracującej i klasy średniej — a następnie wręczać je innym prywatnym osobom, najczęściej deweloperom, którzy w to miejsce stawiają budynki dla bogatszych obywateli, wrzucających więcej kasy ( w podatkach) do kiesy polityków.

(...)

SKUTKI STAWIANIA NA„SKUTKI"

Fundamentalne prawa jednostek, jakie gwarantuje im Konstytucja Stanów Zjednoczonych oraz tradycje prawne jeszcze starsze niż Konstytucja, mogą zostać zaprzepaszczone w wyniku decyzji sądowych, obliczonych na konkretne „skutki społeczne" (social results), zgodne z aktualnie dominującą wizją. Jeśli chodzi o mgliste określenie „sprawiedliwość społeczna", aby nie było ono li tylko bełkotem, powinno chyba oznaczać, że zwykła sprawiedliwość już nie wystarcza. W związku z czym, albo musi być o coś uzupełniona, albo wyparta takim rodzajem sprawiedliwości, który oparty jest na upragnionych skutkach społecznych. Władza prawa - „rządy prawa, a nie człowieka" - to antyteza „sprawiedliwości społecznej" obliczonej na konkretne rezultaty, ponieważ owe rezultaty dobierane są wedle preferencji osób, którym zajmowane stanowisko, zamiast stosować przepisy uznane powszechnie, które obowiązują zarówno obywateli, jak i sędziów, pozwala osiągać doraźnie pożądane rezultaty.

Najlepszym przykładem prawa nastawionego na skutki były najprawdopodobniej ustawy Komitetu Ocalenia Publicznego oraz Komitetu Bezpieczeństwa Powszechnego, uchwalane w latach 90. XVIII wieku, a więc w okresie rewolucji, we Francji. Ich autorami byli przedstawiciele i wysłannicy Konwentu Narodowego, wybrani po to, by chodzili po kraju i pacyfikowali wszelkie przejawy oporu. Posiadali przy tym upoważnienie do działania „ponad wszystkimi istniejącymi prawami i organami władzy".

Quote
Mogli aresztować, kogo chcieli, tworzyć sądy rewolucyjne, przeprowadzać procesy, wydawać wyroki śmierci, ścinać na gilotynie. Mogli anulować, naciągać lub ograniczać moc prawną każdego przepisu. Mogli na każdy temat wydawać oświadczenia i dekrety. Mogli zmieniać ceny, rekwirować dobra, konfiskować nieruchomości, zbierać podatki. Mogli przeprowadzać czystki w każdym istniejącym organie państwowym lub, jeśli im się tak podobało, kompletnie je rozwiązywać, zastępując komitetami, które sami powołali do życia.
[/color]

Był to przykład najbardziej skrajnego systemu prawa zorientowanego na rezultaty. Nikt w dzisiejszych czasach nie zaleca powołania tego typu Komitetów, jednakże generalnie jest to kierunek, w jakim zdaniem wielu osób sądy powinny pójść, kierunek podkreślający wyższość skutków nad zasadami. Niektórzy sędziowie faktycznie mianują ludzi — określanych jako „masters" — aby wprowadzali w życie i nadzorowali programy i działanie zakładów karnych, szkół lub innych rządowych instytucji, a nawet kazali prawodawcom stanowym podnosić podatki.

Kierowanie się skutkami wydaje się wątpliwe zwłaszcza w sądzie, gdzie nie ma instytucjonalnych mechanizmów monitorowania tego, jakie są skutki decyzji sądowych, gdyż skutki wyroków sądowych rozchodzą się po całym społeczeństwie inaczej niż wyobrażają to sobie sami sędziowie. W rzeczy samej, niektóre „skutki" odnoszą dokładnie odwrotny skutek niż zamierzony przez decyzję sędziowską.

Ciężar dowodu

Prawdopodobnie najbardziej fundamentalną cechą amerykańskiej tradycji prawnej jest wymóg, by ciężar dowodu (burden ofproof) spoczywał w sprawach karnych na oskarżycielu, a na w sprawach cywilnych na oskarżonych. Niemniej, obsesja na punkcie „skutków" doprowadziła do tego, że obecnie w niektórych arbitralnie dobieranych kategoriach procesów zrzuca się ciężar dowodu na oskarżonego (wymóg udowodnienia własnej niewinności). Ta zasada, a raczej brak zasady, pojawiła się w prawie antytrustowym, a następnie została aplikowana w sprawach dotyczących praw obywatelskich.

Dla przykładu, Robinson-Patman Act uznał nielegalność dyskryminacji „cenowej", robiąc jednak w pewnych warunkach wyjątek. Jeśli przeciwko biznesowi wniesiona zostanie oparta na domniemaniu faktycznym, „że różne ceny zostały narzucone różnym klientom", oskarżona firma musi udowodnić, że różnice te wzięły się z różnych warunków prowadzenia biznesu, a więc i kosztu obsługi, co wpłynęło na zarzucane nierówności cenowe. Pozornie prosty termin: „koszt" kryje w sobie trudności i niuanse, nad którymi księgowi, ekonomiści i prawnicy mogliby się spierać do końca świata. Zatem może się okazać, że ani oskarżający, ani oskarżony nie są w stanie niczego udowodnić w sposób rozstrzygający. Oskarżony albo przegrywa, albo uwzględniając niemożność udowodnienia własnej niewinności, zawiera ugodę pozasądową na wynegocjowanych warunkach.
Problemem w tego typu sprawach jest zrzucenie ciężaru dowodu niewinności na oskarżonego, co jest sprzeczne z wielowiekowymi tradycjami prawnymi.


Obliczona na skutki zasada obciążania ciężarem dowodowym strony oskarżonej, pojawia się ponownie w sprawach sądowych dotyczących praw obywatelskich. W tym przypadku też wystarczy sprawa typu prima facie, oparta na przykład na przekonaniu, że mniejszości kobiet czy innych grup wśród pracowników danego przedsiębiorstwa znajdują się w deficycie. W ten sposób ciężar dowodzenia przerzuca się na pracodawcę, który musi udowodnić, że nie kieruje się dyskryminacją5. Zwalniających równocześnie od ciężaru dowodowego tych, którzy zakładają, że podział osiągnięć zawodowych lub wynagrodzeń wśród grup rasowych czy jakichś innych jest pod nieobecność dyskryminacji równy lub losowy, mimo iż istnieje ogromny materiał dowodowy, z przeszłości i teraźniejszy, dowodzący nierównomiernych osiągnięć wśród jednostek, grup i narodów.

Pracodawca, który zatrudnia, opłaca oraz awansuje pracowników bez względu na rasę lub płeć, albo nie jest w stanie odeprzeć zarzutów o dyskryminację, albo musi w tym celu ponieść ogromne koszty. Dla przykładu, Equal Employment Opportunity Comis-sion (czyli Komisja Równych Szans w Zatrudnieniu, w skrócie EEOC) wniosła w 1973 roku sprawę o dyskryminację płciową przeciwko sieci sklepów handlowych Sears. Oskarżenie oparte było wyłącznie na statystykach. Komisja nie była nawet w stanie znaleźć jednej kobiety, pracującej w jednym z setek sklepów Searsa, dawniej lub obecnie, by potwierdziła przed sądem, że padła ofiarą dyskryminacji. A mimo to, sprawa ta ciągnęła się w sądach przez bite 15 lat, kosztowała sieć Searsa aż 20 milionów dolarów, zanim okręgowy sąd apelacyjny ostatecznie wydał wyrok korzystny dla firmy.

Niewielu pracodawców stać na tak ogromne koszty procesowe, mało który może sobie pozwolić na antyreklamę, która później przez wiele lat nad nimi wisi, stąd większość z nich zawiera ugodę pozasądową na warunkach, jakie uda im się wywalczyć. Te ugody są następnie cytowane m.in. w mediach, jako dowód na powszechność dyskryminacji. Przypomnijmy: wszystko to zaczęło się w dniu, w którym zrodził się obyczaj obciążania oskarżonego ciężarem dowodu. Gdyby ciężar dowodzenia położono na Equal Employment Opportunity Comission, sprawa pewnie nie trwałaby długo. W przypadku Searsa EEOC nie znalazła ani jednej kobiety, która by zeznała, że padła ofiarą dyskryminacji. Wszystko oparte było jedynie na statystykach, które nie pasowały do przekonania, że w przypadku braku dyskryminacji, wszystkie grupy byłyby (bo „powinny" być) reprezentowane proporcjonalnie.

Podobna sprawa, która zawędrowała aż do Sądu Najwyższego, i również trwała 15 lat, zakończyła się werdyktem na korzyść oskarżonego pracodawcy. Werdykt został następnie unieważniony, ponieważ Kongres w międzyczasie zatwierdził nową ustawę, która przywróciła proceder obciążania ciężarem dowodu stronę pozwaną. W tej sprawie oskarżoną była firma Wards Cove Packing Company ze stanu Waszyngton i Oregon, która miała na Alasce filię, produkującą ryby w konserwach. Firma werbowała kadrę zarządzającą tam, gdzie znajdowała się jej główna siedziba, a siłę roboczą tam, gdzie łowiono ryby. W efekcie w biurach, waszyngtońskim i w Oregonie, przeważała biała kadra zarządzająca, na Alasce zaś nie biała siła robocza. Ten statystyczny fakt stał się podstawą zarzutu o dyskryminację-Okręgowy sąd apelacyjny zarzuty podtrzymał, lecz Sąd Najwyższy je oddalił, odraczając sprawę do czasu ponownego rozważenia. Wywołało to burzę krytyki w mediach i kręgach akademickich.

Reporterka New York Times, Linda Greenhouse, stwierdziła, że werdykt w sprawie „Wards Cove kontra Atonio" przeniósł ciężar dowodu z pracodawców na pracowników, „będących ofiarami dyskryminacji w miejscu pracy". Dziennikarka wyjaśniała całą sprawę raczej w kategoriach grup społecznych oraz ich skutków społecznych, a nie zasad prawnych i prawnych kategorii, które od wieków głoszą, że ciężar dowodu spoczywał na oskar
« Last Edit: (Mon) 28.07.2014, 14:10:33 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 560
  • Reputacja: +12/-0
Re: Intelektualiści mądrzy i niemądrzy - Thomas Sowell
« Reply #1 on: (Sat) 05.04.2014, 21:03:44 »
DRUGA WOJNA ŚWIATOWA

Intelektualiści w okresie międzywojennym


Pierwsza wojna światowa wzmocniła tendencje autorytarne zarówno wśród przedstawicieli inteligencji, jak i u polityków, ośmieszając i niszcząc, popularne w kręgach intelektualnych, myślenie o wojnie, wyobrażanie sobie, że jest ona dla ojczyzny środkiem dobroczynnym i krzepiącym społeczeństwo, a na arenie międzynarodowej okazją do promocji programów postępowych. Wprawdzie wielu intelektualistów oklaskiwało militarny interwencjonizm Woodrow Wilsona w Ameryce Łacińskiej i w Europie, to jednak bezprecedensowa skala zniszczenia oraz koszmar, jaki przyniosła ze sobą I wojna światowa, sprawiły, że niemal cała śmietanka intelektualna Zachodu zmieniła swoją postawę o 180 stopni, skutkiem czego przechrzcili się na pacyfistów. Nic w tym dziwnego. Pacyfizm stał się postawą powszechną wśród zwykłych zjadaczy chleba, tworząc w ówczesnych demokracjach potężny kapitał polityczny.

Wprawdzie krwawy konflikt europejski wybił intelektualistom wojnę z głowy, mimo to oświeceni nadal byli przekonani, że ich
poglądy dotyczące „wojny i pokoju" są o niebo lepsze, mądrzejsze i trafniejsze niż poglądy opinii publicznej. Z powodu piekła wojny pacyfizm zyskał wielką popularność, jego równie skutecznym promotorem była reakcja ludzi na to piekło, zwłaszcza reakcja inteligencji, zwłaszcza inteligencji francuskiej, która spośród demokracji zachodnich najbardziej ucierpiała wskutek konfliktu zbrojnego. Oto nagie fakty na temat żniwa, jakie wojna zebrała we Francji:


Quote
Około 1 400 000 Francuzów straciło życie; ponad 1 000 000 zostało sparaliżowanych, zdeformowanych, okaleczonych, przeszło amputacje, zostało na zawsze inwalidami. W pejzaż codzienności wpisali się ludzie na wózkach inwalidzkich, chodzący o kulach, z luźnymi, pustymi rękawami w miejscu, w którym powinni mieć nogę lub rękę. Ogromna liczba ludzi została ranna: połowa z 6 500 000 ludzi, którzy przeżyli wojnę, miała rany i okaleczenia. Około 1 100 000 osób z najbardziej widocznymi ranami lub ubytkami nazywano „mutiles" — „kaleki", lub też, ujmując rzecz eufemistycznie: inwalidzi.

Na froncie zachodnim większość krajów walczyła na własnym terytorium, dlatego liczba strat wojennych Francji była niesłychana. Podczas I wojny światowej zabito ponad jedną czwartą wszystkich Francuzów w wieku 18-27 lat. Co więcej, ostatni strzał na polu bitwy Europy wcale nie oznaczał, że koszty liczone w finansach i ludziach nagle przestały rosnąć. Mimo że wojna nie zmieniła we Francji proporcji liczby kobiet do liczby mężczyzn, ogromna liczba ofiar wojennych wśród młodych Francuzów sprawiła, że w latach 30. liczba kobiet w wieku 20-40 lat była o milion wyższa niż populacja mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym. Wskutek tego ponad milion kobiet w kwiecie wieku nie miało szansy spełnić się w życiu w roli matki i małżonki. W latach 30. we Francji urodziło się mniej dzieci niż odnotowano zgonów ludzi.

Wiara obywateli w rząd francuski również obróciła się wniwecz: ludzie, którzy z pobudek patriotycznych zainwestowali w obligacje, pomagając w finansowaniu wydatków wojennych, po zakończeniu wojny dostrzegli nagle, że inflacja zmieniła te obligacje w jakieś śmieszne papiery, płacące groszowe dywidendy, skutkiem czego wielu obywateli straciło oszczędności całego życia. W efekcie, żaden inny kraj nie był aż tak podatny na pacyfizm oraz demoralizację, i tak się składa, że w obu tych dziedzinach francuska inteligencja przodowała.

Powieści antywojenne oraz pamiętniki weteranów wojennych stały się w powojennej Francji bardzo popularne. Przekład powieści antywojnennego klasyka, autora „Na zachodzie bez zmian", sprzedał się w ciągu zaledwie 10 dni w nakładzie 72 tysięcy egzemplarzy, a do świąt Bożego Narodzenia sprzedaż osiągnęła 450 tysięcy. L'Humanité publikowało powieść w odcinkach, a Vie intellectuelle rozpływało się w zachwytach nad książką Remarque'a. W 1938 roku, a więc w roku spełnienia zachcianek Hitlera w Monachium, Echo de la Nievre pisało: „wszystko, tylko nie wojna!" Po-wieściopisarz Jean Giono, znany z krytycznego stosunku do rządu francuskiego, również nawoływał do przyjęcia warunków Hitlera w Monachium. Bardzo podobne tendencje obserwowało się w Wielkiej Brytanii okresu międzywojennego:

Quote
Na przełomie lat 20. i 30. nastroje pacyfistyczne wzmocnione zostały przez wysyp pamiętników i powieści opisujących koszmar Wielkiej Wojny. „Death of a Hero" Richarda Alding-tona i „Memoirs of a Fox-hunting Man" Siegfireda Sassoona ukazały się w 1928 roku. W 1929 roku opublikowano"Go-odbye to Ali That" Roberta Gravesa, „Pożegnanie z bronią" Ernesta Hemingwaya oraz „Na zachodzie bez zmian" Ericha Marii Remarque'a. Ekranizacja tej ostatniej w reżyserii Lewisa Milestona zrobiła na widzach wielkie wrażenie.

Pomijając książki antywojenne opisujące koszmar I wojny światowej, w Wielkiej Brytanii w okresie międzywojennym opublikowano ponad 80 powieści na temat przyszłych wojen.

Jednym z bardziej niezwykłych znamion lat 20. XX wieku był ferment wśród intelektualistów wszystkich narodów promujący ideę porozumienia między narodami i publicznego wyrzeczenia się wojen. Oto jak opisał to prominentny intelektualista brytyjski, Harold Laski:
„Piekło, które zgotował nam światowy konflikt, przekonało chyba elity naszego pokolenia, że abolicja wojny jest jedyną rozsądną alternatywą".
W Stanach Zjednoczonych, John Dewey nazwał ludźmi
Quote
„głupimi i ograniczonymi przez nawyki umysłu"
tych, którzy sceptycznie zapatrywali się na międzynarodowy ruch na rzecz wyrzeczenia się wojny, który doprowadził do Paktu Paryskiego w 1928 roku. Zdaniem Deweya, argumenty przeciwko odrzuceniu wojny mogły płynąć wyłącznie ze strony
Quote
„ludzi, którzy wierzą w wojnę jako system".
W przypadku Łaskiego, Deweya i innych, nie chodziło o konflikt dwóch różnych stanowisk wobec wojny i pokoju, lecz o konflikt „oświeceni kontra ciemnogród" - ci drudzy oczywiście byli traktowani z najwyższą pogardą, jako osoby, z którymi nawet nie warto dyskutować.[/color]

Bycie pacyfistą w latach międzywojennych było rzeczą cenioną i „szlachetną". Slogany pacyfistyczne stanowiły bilet wstępu do elitarnych towarzystw. W 1935 roku na zgromadzeniu brytyjskiej Partii Pracy ekonomista Roy Harrod usłyszał, jak jedna z kandydatek nawołuje, by Wielka Brytania rozbroiła się i „dała przykład innym państwom". W tamtym czasie było to zresztą bardzo popularne przekonanie. Reakcja Roya Harroda oraz riposta, którą wywołała, ukazuje ducha tamtych czasów:

Quote
Czy naprawdę uważasz, że nasz przykład natchnie Hitlera i Mussoliniego do rozbrojenia? - zapytałem. Och, Roy! - powiedziała moja koleżanka. - Czy nie ma już w tobie ani krzty idealizmu?
[/b]

Pacyfizm był rozpatrywany w kategoriach osobistych, a nie politycznych. Dla przykładu, J.M. Murry powiedział: „Chodzi o to, by mężczyźni i kobiety dawali świadectwo". Jednak np. Margery South, również pacyfistka, sprzeciwiała się temu, że pacyfizm staje się doktryną emocjonalną, która „ma za cel sprzyjać odnowie duchowej jednostek, a nie zapobieganiu wojnom". Dlatego, także wizja oświeconych kręciła się wokół nich samych, a nie wokół jakiejś ważnej sprawy. Podobnie jak Margery Smith, John Maynard Keynes również sprzeciwiał się temu, by narodową politykę opierać na „wewnętrznej potrzebie zbawienia własnej duszy

Biorąc pod uwagę osobisty wkład i interes, jaki pacyfiści mieli w lansowanej przez siebie doktrynie, nie powinno nikogo dziwić, że osoby posiadające na temat wojny i pokoju (i nie tylko) zdanie odmienne traktowane były z agresją, jak osobiści wrogowie lub jednostki zagrażające oświeconym. Zamiast z nimi dyskutować -demonizowano ich. Jak już wspomniałem w rozdziale 4., Bertrand Russell twierdził, iż człowiek przeciwny pacyfizmowi to ktoś, kto
Quote
„czerpie przyjemność z wojny i nienawidzi świata wolnego od konfliktów zbrojnych".
[/b]
W podobnym tonie H.G.Wells mówił o zastępach
Quote
„istot ludzkich, które zdecydowanie lubią wojnę, wiedzą że lubią wojnę, pragną wojny i szukają wojny".
[/b]

Kinglsey Martin, wieloletni redaktor wpływowego pisma New Statesman, w podobnym stylu pisał w 1931 roku o Winstonie Churchillu, jako o człowieku, którego umysł „jest ograniczony i naznaczony militaryzmem". Ta psychologiczna diagnoza wyjaśniała, dlaczego Churchill popiera „mobilizację armii francuskiej i marynarki brytyjskiej, by szła pełną parą". Osoby, które inaczej zapatrywały się na kwestie wojny i pokoju, Kingsley Martin traktował jako jednostki z defektami psychicznymi, a nie jako partnerów do dyskusji:
Quote
Posiadanie zagranicznego wroga gotowego do ataku pozwala nam nienawidzić z czystym sumieniem! Tylko w czasie wojny możemy wziąć urlop od moralności. Wszystkie wartości, które wpoiły nam matki, wszystkie moralne hamulce narzucone nam przed edukację i społeczeństwo mogą zostać wtedy odrzucone. Usprawiedliwione stają się ciosy poniżej pasa, obowiązkiem jest kłamać, a zabijanie nie jest morderstwem.

Mówiąc krótko, aksjomatem staje się założenie, że oponent jest jednostką podrzędną i nie warto nawet z nim dyskutować. Kinglsey Martin nie był w swym przeświadczeniu osamotniony. Koledzy Churchilla w parlamencie byli równie negatywnie nastawieni.

Takie poglądy nie były przypadłością jedynie intelektualistów brytyjskich i amerykańskich. Francuska inteligencja odgrywała istotną rolę w promowaniu pacyfizmu w okresie międzywojennym. Nawet zanim podpisany został Traktat Wersalski, renomowany pisarz francuski, Romain Rolland (laureat nagrody Grand Prix de Littérature, honorowy członek Rosyjskiej Akademii Nauk, laureat niemieckiej nagrody im. Goethego, a przede wszystkim laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury), napisał manifest, w którym nawoływał intelektualistów wszystkich krajów, by przeciwstawili się militaryzmowi i nacjonalizmowi oraz propagowali idee pokoju. W 1926 roku prominentni intelektualiści różnych narodowości podpisali głośną w świecie petycję na rzecz
Quote
„uczynienia konkretnych kroków w kierunku kompletnego rozbrojenia oraz de-militaryzacji umysłów mieszkańców cywilizowanych krajów".
[/b]
Petycję podpisali m.in. H.G. Wells i Bertrand Russell w Anglii, a we Francji Romain Rolland i Georges Duhamel. W petycji zawarto apel o zakaz rekrutacji do wojska, aby „uwolnić świat od ducha militaryzmu". Za tymi propozycjami kryło się brzemienne założenie, że zarówno fizyczne, jak i umysłowe rozbrojenie jest czynnikiem niezbędnym do utrzymania pokoju na świecie. Ani w owej petycji, ani w żadnych innych twierdzeniach wyrażających tę postawę, nie znajdziemy ani słowa na temat niepokoju związanego z tym, że gdyby dany kraj faktycznie zdecydował się na rozbrojenie, to wystawiłby się po prostu na pastwę losu oraz naraził na niebezpieczeństwo ze strony tych krajów, które nie zdjęłyby mundurów i nie wyrzuciły karabinów. Co więcej, rozbrojenie zachęca te kraje do wojny, ponieważ poprzez rozbrojenie przeciwnika wydaje się ona atrakcyjniejsza, bo łatwiej ją wygrać. Dla przykładu, Hitler zakazał w Niemczech publikacji antywojennego klasyka, „Na zachodzie bez zmian", ponieważ nie życzył sobie żadnego rozbrojenia - ani fizycznego, ani moralnego. Jednocześnie bacznie śledził modę na propagowanie rozbrojenia w zachodnich demokracjach i na jej podstawie planował strategię swojej agresji.

Ówcześni pacyfiści nie dostrzegali w innych narodach potencjalnych wrogów; dla nich wrogiem była sama wojna. Broń, militaria oraz ich producenci (modnym w tamtym okresie określaniem - a zarazem tytułem bestsellera Engelbrechta z 1934 roku - było „handlarze śmierci", czyli merchants ofdeath) również postrzegani byli jako wrogowie. W 1935 roku John Dewey powiedział: „handlarze śmierci zarabiają, tyją i puchną". Romain Rolland powiedział, że „zbijają fortunę na masakrze". H.G. Wells utrzymywał, że „broń i sprzęt wojenny ślepo żywiły się rozwojem przemysłu, aż w końcu stały się potwornym zagrożeniem dla społeczeństwa". Harold Laski pisał o „niegodziwości zbrojenia". Aldous Huxley w przypływie obłędnej weny opisywał okręty wojenne jako „odrażające" insekty, „wielkie robactwo", które „przykucnęło na wodzie, ich trujące pancerze rozrośnięte i przepoczwarzone w narzędzia zniszczenia, porośnięte karabinami i działami, pory ich skóry to wyrzutnie rakietowe". Dodał: „To ludzie stworzyli tego gigantycznego, odrażającego insekta - tylko po to, by przyniósł śmierć innym ludziom".

Pacyfiści nie dostrzegali w sile militarnej „straszaka" wobec siły zbrojnej innych narodów, a jedynie widzieli ją jako źródło złego wpływu na społeczeństwo. Dla przykładu, J.B. Priestley powiedział:
Quote
„powinniśmy być wyczuleni na każdy przyrost w uzbrojeniu",
między innymi z powodu tego, że „rozbuchany wyścig zbrojeniowy wywołuje strach". Ponadto:
Quote
„Kiedy dany naród uzbroi się po zęby, to już nie ma odwrotu - musi się bawić w wojnę. A zabawę w wojnę dzieli tylko mały kroczek od toczenia prawdziwej wojny".

Słynny pisarz E.M. Forster (autor m.in. „Drogi do Indii") wyznał, że był „w szoku", gdy odkrył, iż jego akcje w brytyjskiej korporacji Imperial Chemical były udziałami w firmie, która mogła być producentem broni wojennej, chociaż wtedy akurat (1934 rok) „nie była to firma produkująca broń"; Forster czym prędzej sprzedał swoje udziały.
Rok później powiedział:
Quote
„W ubiegłym tygodniu głosowałem na laburzystów; powodowała mną nadzieja, że uzbroją nasz kraj niewystarczająco, czyli - mówiąc językiem bardziej wyszukanym - powstrzymają nas od wzięcia udziału w wyścigu zbrojeniowym, gdy będzie już pewne, że katastrofa czai się gdzieś za rogiem".

Tego typu poglądy, tzn. określanie mianem wroga broni, a nie ludzi z wrogich krajów, nie były nie tylko trendami panującymi wśród intelektualistów, lecz służyły również za podstawę polityki narodowej oraz międzynarodowych umów, począwszy od Traktatu Waszyngtońskiego z 1921-22 roku pomiędzy krajami mogącymi poszczycić się najsilniejszą marynarką wojenną; umowa ta miała na celu wprowadzenie ograniczeń liczby i rozmiarów okrętów wojennych. Takie akurat traktaty intelektualiści, m.in. John Dewey, przywitali z entuzjazmem. W 1928 roku podpisano słynny Pakt Paryski, zakazujący wojny. „Odstawmy strzelby, karabiny maszynowe, działa!" - mówił minister spraw zagranicznych Francji, Aristide Briand. W liście do redakcji New Republic Romain Rolland apelował:
Quote
„Zjednoczmy się wszyscy przeciwko wspólnemu wrogowi! Giń, wojno!"
Po paru latach Georges Duhamel, z perspektywy czasu spoglądając na międzywojennych francuskich pacyfistów (łączenie z samym sobą), podsumował ich stanowisko, które polega na nie dostrzeganiu w innych narodach możliwości stania się wrogiem:

Quote
Przez ponad 12 lat Francuzi myślący podobnie jak ja - a było ich wielu! - stawali na głowie, by zapomnieć wszystko, co wiedzieli na temat Niemiec. Rzecz jasna, było to szalenie nierozważne, ale wypływało z naszego szczerego pragnienia równowagi i współpracy. Chcieliśmy zapomnieć. A co chcieliśmy zapomnieć? Sporo koszmarnych rzeczy...

To właśnie tuż po zakończeniu I wojny światowej zrodził się pogląd, że wrogiem nie są inne narody, tylko sama wojna - tak samo jak zrodziła się idea mówiąca, że patriotyzm musi zostać zastąpiony internacjonalizmem, a przyświecać ma mu wizja pokoju.   

W swoim przemówieniu do nauczycieli w roku 1919 Anatol France nawoływał do wpajania dzieciom pacyfizmu oraz internacjonalizmu. Wyjaśniał:
Quote
„Poprzez kształtowanie dzieci, kształtujecie przyszłość. Nauczyciel musi nauczyć dziecko kochać pokój oraz jego owoce; musi nauczyć dziecko nienawidzić wojny; musi wyrzucić z programu edukacji wszystko, co wznieca nienawiść do obcych, a nawet nienawiść do wczorajszych wrogów"
. France deklarował:
Quote
„albo będziemy obywatelami świata, albo nasza cywilizacja przepadnie!"
W ciągu kolejnych dwóch dekad taki światopogląd we francuskich szkołach stał się dominujący.

To właśnie szkoły odegrały kluczową rolę w propagowaniu pacyfizmu we Francji. Mówiąc dokładniej, rolę taką odgrywały związki zawodowe nauczycieli, które zaczęły organizować kampanie w latach 20., mające na celu oprotestowanie powojennych podręczników, w których w pozytywnym świetle pokazywano francuskich żołnierzy, walecznych obrońców ojczyzny przed niemieckim na- jeźdźcą. Tego typu podręczniki zostały określone jako „agresywne i wojownicze" - co było werbalną taktyką, słownym trikiem, który do dziś dnia pozostaje cechą charakterystyczną oświeconych. Zasada była prosta: chodziło o zredukowanie poglądów odmiennych od poglądów pacyfistów do poziomu tylko i wyłącznie emocji, tak jakby w tym przypadku tylko zadziorność czy bitność była odpowiedzialna za odparcie ataków Niemców lub za oddawanie czci tym, którzy poświęcili swe życie w imię ojczyzny. Wiodący francuski związek nauczycieli, Syndicat National des Instituteurs (SN), zainicjował kampanię wymierzoną w podręczniki przepełnione „duchem bojowości", które postrzegane były jako „zagrożenie dla organizacji pokoju". Jako że nacjonalizm uznawany był za jedną z przyczyn wojny, internacjonalizm lub „bezstronność" narodów miały być wartościami promowanymi w podręcznikach szkolnych. Co prawda, nie była to otwarta krytyka patriotyzmu, lecz taktyka osłabienia poczucia obowiązku wobec tych, którzy polegli, broniąc ojczyzny; w dłuższej linii członkowie kolejnych pokoleń mieli już zaprzestać naśladowania swoich bohaterskich ojców czy dziadków, gdyby zaszła taka potrzeba.[/color]

Aktywiści apelujący o przepisanie podręczników do historii nazywali swoją misję „rozbrojeniem moralnym", będącym uzupełnieniem rozbrojenia militarnego, które było postrzegane przez wiele osób jako gwarant pokoju. George Lapierre, jeden z przywódców związku SN, sporządził listę podręczników, które należy usunąć ze szkół. W roku 1929 już mógł pochwalić się sukcesem: wszystkie „wojownicze" książki zostały albo usunięte z programu szkolnego, albo przepisane bądź zastąpione innymi. Francuscy wydawcy, przerażeni groźbą stracenia udziałów w ogromnym rynku podręczników szkolnych, ugięli się pod żądaniami związkowców i przepisali książki o pierwszej wojnie światowej tak, by odzwierciedlały postawę „bezstronną" oraz promowały pacyfizm.

W rezultacie, do niedawna wspaniała, epicka historia francuskiego wojska, które heroicznie broniło Verdun, została nagle ukazana z innej perspektywy. Co prawda w walce poległo mnóstwo Francuzów, lecz w nowych podręcznikach znalazła się opowieść o koszmarnym cierpieniu wszystkich bez wyjątku żołnierzy, którzy tam byli, wywołanym przez pociski, trujący gaz, odmrożenia itd. Wszystko ukazane zostało w upragnionym duchu bezstronności:
Quote
„Wyobraźcie sobie życia tych żołnierzy - Francuzów, Aliantów, wrogów."

Mówiąc krótko, mężowie, którzy do niedawna byli wielbieni jako heroiczni patrioci z powodu tego, że oddali swe życie w rozpaczliwiej walce z najeźdźcą ojczyzny, teraz zostali werbalnie zredukowani do miana ofiar - i zrównani z ofiarami po stronie wroga. W tamtym okresie ceremonie odsłaniania pomników upamiętniających żołnierzy, którzy polegli w bitwie, czasami zamieniały się w akcje promocyjne idei pacyfistycznych.

Jedną z osób, która przestrzegała przez „rozbrojeniem moralnym", był marszałek Philippe Pétain, bohater bitwy pod Verdun, który w 1934 roku powiedział, że francuscy nauczyciele „wychowują naszych synów na ignorantów, gardzących ojczyzną". Lata później, podczas drugiej wojny światowej, jedna z wiadomości wysłanych francuskim żołnierzom brzmiała: „Pamiętajcie o Marnie! Pamiętajcie o Verdun!" Lecz słowa te trafiały do pokolenia, które nauczono, że Marna i Verdun nie są miejscami uświęconymi krwią francuskich żołnierzy, patriotów-bohaterów, lecz miejscami, gdzie poległo wielu żołnierzy, wielu narodowości, również po stronie wroga - i wszyscy oni byli takimi samymi ofiarami.

Zachowanie Francji w czasie II wojny światowej różniło się diametralnie od jej postawy w trakcie I wojny światowej, kiedy to Francuzi przez cztery długie lata walczyli z agresorami niemieckimi, ponosząc przy tym masę ofiar w ludziach - nawet większe państwa, takie jak Stany Zjednoczone, nie poniosły tylu ofiar we wszystkich wojnach, w których brały udział, co poniosła Francja w Wielkiej Wojny. A mimo to w II wojnie światowej Francja poddała się w 1940 roku zaledwie po 6 tygodniach stawiania oporu. W tamtej chwili gorzkiej porażki przewodniczącemu związku nauczyciel powiedziano: „To wy jesteście częściowo odpowiedzialni za tę klęskę". Charles de Gaulle, François Mauriac oraz wielu innych Francuzów zrzucało winę za swą upokarzającą klęskę na brak „woli narodu" lub, generalnie, na zgniliznę moralną.

Biała flaga Francji, tak szybko zawieszona, zaskoczyła większość świata, lecz Winston Churchill jeszcze w 1932 roku rzekł:
Quote
„Francja, uzbrojona po zęby, ma serce przeżarte pacyfizmem."
[/b]
Hitler wcale nie był zdumiony poddaniem się Francji - przeciwnie: nawet to przewidział. Po błyskawicznym zwycięstwie w Polsce na jesieni 1939 roku, Hitler ponaglił swoich generałów, by opracowali plan inwazji na Francję, którą chciał przeprowadzić jak najprędzej.
 Generałowie przeanalizowali rozmaite czynniki militarne  i logistyczne, po czym oświadczyli, że plan podbicia Francji może zostać zrealizowany nie wcześniej niż w 1941, a nawet 42 roku -aby w ogóle istniały jakieś szanse na powodzenie akcji. Hitler dał im jednak czas tylko do wiosny 1940 roku. I wtedy właśnie zaczął się atak na Francję. Nazistowscy generałowi opierali swe analizy na obiektywnych czynnikach, z kolei Hitler na czymś zupełnie innym. On oparł swe analizy na samych Francuzach.[/color]

Hitler utrzymywał, że ówczesna Francja ma niewiele wspólnego z Francją, która z takim zacięciem przez cztery lata walczyła pod-czas pierwszej wojny światowej; twierdził, że Francuzi Anno Domini 1940 są wyprani z siły charakteru i determinacji, które są niezbędne, by zwyciężyć - przewidywał, że Francuzi załamią się i poddadzą. I tak mniej więcej faktycznie się stało. Wojskowi przywódcy, zarówno francuscy, jak i niemieccy, brali pod uwagę czynniki obiektywne, takie jak ilość i jakość uzbrojenia, jaką dysponowali Francuzi oraz Brytyjczycy (którzy przewyższali siłę militarną Niemców), i doszli do wniosku, że Francuzi mają większe szanse na zwycięstwo. Jednak Hitler już dużo wcześniej przestudiował opinię publiczną oraz opinię rządową we Francji i Wielkiej Brytanii; przysłuchiwał się i przyglądał słowom i czynom polityków i pacyfistów. Agresja na Francję zaczęła się wtedy, kiedy się zaczęła, tylko dlatego, że przy tej dacie - pozornie szalonej - uparł się przywódca nazistów, ignorując rady swoich czołowych generałów. Dziesiątki lat później, badania uczonych francuskich, jak i niemieckich,  wieńczyły te same wnioski, do których dochodzili wojskowi przy- ^ wódcy (po obu stronach barykady) w 1940 roku - to znaczy, że czynniki militarne wskazywały na zwycięstwo Francuzów. A już na pewno nic nie wskazywało na to, że tak łatwo i szybko się poddadzą. Trudno powiedzieć, co było przyczyną tego totalnego francuskiego fiaska: przypadek i błędne sądy, które są częścią rzeczywistości wojennej, czy może fundamentalna erozja morale, patriotyzmu i determinacji, której ofiarą padli Francuzi?

Niemniej, nie ma żadnych wątpliwości, że to samo niezdecydowanie, którym naznaczone były reakcje polityczne Francuzów na groźby ze strony Niemców w latach poprzedzających II wojnę światową, dało o sobie znać podczas samej wojny. Wojny, która zaczęła się trwającą wiele miesięcy (wrzesień 1939 - maj 1940) „dziwną wojną" - fr. dróle de guerre, ang. phoney war. Francuzi dysponowali wtedy nieporównywalnie większą siłą militarną niż Niemcy na zachodnim froncie (większość nazistowskich sił zbrój- «Sinych była skupiona na wschodzie, walcząc z Polską) - a mimo to Francja nie zrobiła NIC. Niemiecki generał odpowiedzialny za obronę delikatnego frontu zachodniego powiedział: „Każdy dzień spokoju na Zachodzie jest dla mnie jak dar od Boga". W pierwszych dniach wojny, kiedy niemieckie wojska zgromadzone były na froncie wschodnim, jeden z podległych mu generałów powiedział, że gdyby Francuzi zdecydowali się na uderzenie, to oni, Niemcy na zachodnim froncie, nie mieliby szans bronić się dłużej niż przez jeden dzień. Nawet cywil, korespondent zagraniczny William L. Shirer, był wprost zdumiony, gdy obserwował bierność i inercję Francuzów podczas tej „dziwnej wojny" oraz ich niezdecydowanie i niezdarność, kiedy wreszcie Niemcy zaatakowali w 1940 roku.

W okresie międzywojennym Francja stanowiła najbardziej dramatyczny przykład „rozbrojenia moralnego", lecz istniały też inne kraje, gdzie w kręgach inteligenckich furorę robiła taka postawa. Brytyjscy pacyfiści również podobnie przedstawiali wojnę jako rezultat narodowych emocji bądź złych postaw, a nie jako chłodne kalkulacje agresywnych przywódców, którym przyświecał interes i zysk.
W 1931 roku w artykule na łamach New Statesman and Nation Kingsley Amis pisał, że
Quote
„współczesna wojna jest produktem ignorancji i idealizmu, a nie rozmyślnego zła".
Dlatego, według pisarza, w celu zapobiegania wojnom potrzebne jest
Quote
„wychowanie nowego pokolenia, które miałoby zakodowane w głowie, że patriotyzm wojskowy to przestarzała cnota"
, ponieważ branie udziału w jakiejś przyszłej wojnie byłoby czymś,
Quote
„co przynosi człowiekowi hańbę i przekreśla go jako członka społeczeństwa".
Bertrand Russell zdefiniował patriotyzm jako
Quote
„gotowość do zabijania i bycia zabitym z trywialnych powodów".
[/b]

W 1932 roku brytyjski pisarz Beverley Nicholas publicznie ogłosił, że jest zwolennikiem pokoju za wszelką ceną, a potem napisał książkę pt."Cry Havoc!", która stała się jedną z biblii pacyfizmu tamtej dekady. W 1933 roku studenci z uniwersytetu w Oxfordzie publicznie złożyli przysięgę, że nie będą walczyć w obronie swej ojczyzny. To, co zostało nazwane „przysięgą oxfordzką", w mig rozprzestrzeniło się po innych brytyjskich uniwersytetach oraz odbiło się echem wśród intelektualistów, takich jak Cyril Joad oraz A.A. Milne (autor „Kubusia Puchatka"), we Francji zareagował m.in. Andre Gide, który chwalił „odważnych studentów z Oxfordu". Joad powiedział, że „najlepszym sposobem na zapewnienie pokoju jest unikać wszelkich okoliczności sprzyjających wojnie". Nawoływał do „intensywnej kampanii na rzecz zachęcenia jak największej liczby młodych ludzi, by oświadczyli, że odmówią walki w jakiejkolwiek wojnie między narodami".

Joad był jedną z osób, która naturalistycznie opisywała koszmar i masakrę wojny, chociaż Winston Churchill przestrzegał Brytanię: „nie da się uniknąć wojny poprzez rozwodzenie się nad jej piekłem". Na Wyspach, podobnie jak we Francji, patriotyzm był uznawany za przyczynę wybuchu wojny. Dla przykładu, H.G. Wells
zadeklarował, iż jest przeciwko „nauczaniu historii w duchu patriotyzmu, który podtrzymuje trującą tradycję wywoływania wojen". Dla niego patriotyzm był reliktem przeszłości, który powinien zostać zastąpiony „ideą kosmopolitycznego obowiązku". J.B. Prie-stley podobnie się zapatrywał na patriotyzm: „to strasznie potężna siła, głównie używana w celu służeniu złu". Do redakcji The Times of London w 1936 roku przyszedł list, podpisany przez tak prominentnych intelektualistów, jak Aldous Huxley, Rebecca West oraz Leonard Woolf, którzy apelowali o „szerzenie ducha kosmopolityzmu", a „pisarzy z całego świata" prosili o „pomaganie wszystkim narodom poczuć solidarność międzynarodową". W tym czasie Hitler obserwował trendy społeczne i intelektualne w Wielkiej Brytanii i we Francji, snując swoje plany o zwycięstwie.

Pacyfiści w latach 30. XX wieku przechodzili samych siebie w przejawach słownej wirtuozerii, dzięki której umniejszali zagrożenia wpisane w ich ideologię, podczas gdy Hitler po zęby uzbrajał na wielką skalę swój naród i propagował wśród Niemców patriotyzm, który w krajach demokratycznych być dławiony. Bertrand Russell odwołał się do wydarzeń z 1793 roku, kiedy to William Godwin utrzymywał, że kraj nie stanowiący zagrożenia militarnego i naród nie prowokujący innych nie może zostać zaatakowany.
Według Russella, gdyby Wielka Brytania zredukowała swoje wojsko,
Quote
„to nie bylibyśmy dla nikogo zagrożeniem i nikt nie miałby powodu wytoczyć nam wojny".
Tak oto rozwinął swoją myśl:

Quote
Sugerując rozbrojenie, rzeczą naturalną jest spodziewać się, że inne kraje poszłyby naszym śladem, lecz i tak dotknąłby nas koszmar, który charakteryzuje inwazje wojenne. To jest błąd, jak pokazał przykład Danii. Prawdopodobnie, gdybyśmy nie posiadali ani sił zbrojnych, ani nie bylibyśmy Imperium, obce państwa zostawiłyby nas w spokoju. A jeśli nie, to powinniśmy poddać się bez walki, aby nie pobudzać ich furii.

Zdaniem Russella, jeśli by zadeklarować, że „jesteś gotowy złożyć broń i poddać się bez walki oraz zawierzyć w szczęście, inni ludzie nie będą mieli powodu bać się ciebie oraz nienawidzić, przez co odeszłaby im ochota na atak." Źródłem tej konkluzji było oświadczenie lorda Russella: „W przypadku większości cywilizowanych ludzi furię wywołuje stawianie oporu przez drugiego człowieka." Dlatego strach przed nadciągającą wojną powinien prowadzić do „obustronnego rozbrojenia". Takie rozumowanie nie było specjalnością jedynie Bertranda Russella oraz jego rodaków. We Francji w książce autorstwa przywódcy francuskiej partii socjalistycznej, Leona Bluma (który potem został premierem), znajdujemy takie oto słowa:

Quote
Jeśli naród decyduje się na rozbrojenie, to przestaje być jakimkolwiek rzeczywistym zagrożeniem, ponieważ zdobyty w ten sposób moralny prestiż sprawiłby, że nikt nie ważyłby się go zaatakować. Inne kraje poszłyby w ślady kraju, który postawił na rozbrojenie.
Innym elementem światopoglądu pacyfistów lat 30. zarówno we Francji, jak i Wielkiej Brytanii, było to, że, ich zdaniem, nawet wojenne zwycięstwo nie zrobiłoby żadnej prawdziwej różnicy. Zdaniem Bertranda Russella: „zwycięstwo byłoby tak samo destrukcyjne dla świata, jak i klęska." Z powodu trzymania krótko spanikowanego w okresie wojny ludu, „wybuchu anarchii można by uniknąć jedynie poprzez dyktaturę wojskową, która nie musiałaby mieć charakteru tymczasowego", zatem rezultatem wygranej wojny byłoby „zastąpienie niemieckiego Hitlera Hitlerem angielskim". King-sley Martin podobnie postrzegał nową wojnę jako batalię, z której „nikt nie może wyjść obronną ręką" oraz twierdził, że „wojna byłaby ostatecznym końcem cywilizacji". Francuski powieściopisarz Jean Giorno pytał, co by mogło się stać, gdyby Niemcy napadły na Francję. Twierdził, że Francuzi staliby się Niemcami.
Quote
„Wolałbym być żywym Niemcem niż martwym Francuzem."
Literatka Simone Weil myślała podobnie, pytając:
Quote
„dlaczegóż to niby niemiecka hegemonia miałaby być gorsza niż francuska hegemonia?"

Dwa lata po tym, jak padło to retoryczne pytanie, nazistowski podbój Francji oraz hegemonia Hitlera stały się czymś realnym i bolesnym. W wyniku kapitulacji Francji, Simone Weil, posiadająca korzenie żydowskie (mimo że była praktykującą chrześcijanką), uciekła z Francji w obawie przez ludobójstwem i zginęła w Anglii w czasie wojny. Georges Lapierre, który był przywódcą ruchu na rzecz wyeliminowania „wojowniczych" podręczników z francuskich szkół, wstąpił do podziemnego ruchu oporu, lecz został schwytany i zmarł w obozie koncentracyjnym w Dachau. Weil i Lapierre zdążyli nieco zmienić swoje poglądy pod naciskiem wojny, lecz stało się to za późno, by oszczędzili sobie i swojej ojczyźnie konsekwencji idei, które propagowali. Natomiast Jean Giorno zaczął kolaborować z nazistami. Nie on jedyny, jeśli chodzi o francuskie kręgi intelektualne.

Rozpowszechnione wśród brytyjskiej inteligencji mrzonki pacyfistyczne w okresie międzywojennym odbiły się echem na arenie politycznej, m.in. wśród przywódców Partii Pracy:

Quote
W czerwcu 1933 roku, przy okazji wyborów uzupełniających w East Fulham, kandydat labourzystów otrzymał wiadomość od przywódcy partii, George'a Lansburyego: „Zamknąłbym wszystkie punkty rekrutacyjne. Rozwiązałbym armię oraz rozbroił siły lotnicze. Wyrzucił do kosza cały straszliwy sprzęt wojenny i powiedział światu w twarz: „nie wysilajcie się!"". Clement Attlee, który był następcą Lansburyego na stanowisku przywódcy Partii Pracy, oświadczył w Izbie Gmin 21 grudnia 1933 roku: „Sprzeciwiamy się zbrojeniu narodu, i nie ugniemy się w swoim stanowisku". Labourzyści konsekwentnie głosowali i perorowali przeciw remilitaryzacji aż do dnia wybuchu wojny.

Dwa lata później Attlee powiedział: „Naszą polityką nie jest szukać bezpieczeństwa poprzez remilitaryzację, tylko poprzez rozbrojenie". Harold Laski jeszcze w 1937 roku mówił: „Czy naprawdę powinniśmy wspierać reakcyjny rząd w remilitaryzacji narodu z powodu, do którego nie chcą się otwarcie przyznać?" Opozycja Partii Pracy wobec gotowości bojowej nie zmieniła się ani na jotę do momentu, gdy członkowie partii wywodzący się z klasy robotniczej i reprezentowani przez związki zawodowe zaczęli przeważać w szeregach partii nad intelektualistami, reprezentowanymi przez Łaskiego i jemu pokrewnych zwolenników doktryny oporu wobec obrony militarnej.

W 1938 roku artykuł w New Statesman and Nation krytykował postawę związków zawodowych, opowiadając się za remilitaryzacją i rezygnując z kompromisu „coś za coś" w postaci wpływu na politykę zagraniczną rządu lub zmuszenia rządu do „ograniczenia dochodów przemysłu zbrojeniowego". Mówiąc krótko, zdaniem intelektualistów popierających Partię Pracy remilitaryzacja była tylko kwestią ideologiczną - nawet zaledwie rok przed wybuchem drugiej wojny światowej - a nie sprawą życia i śmierci własnego narodu.

Bardzo podobne poglądy antymilitarne i antyzbrojeniowe głosiła inteligencja amerykańska. John Dewey, Upton Sinclair oraz Jane Addams byli jednymi z osób, które podpisały manifest z 1930 roku przeciwko szkoleniu wojennemu przeprowadzanemu wśród młodzieży. W 1934 roku Oswald Garrison Villard apelował o „zredukowanie armii USA o jedną trzecią i zwolnienie połowy rezerwistów na dowód naszej dobrej woli". Tego typu poglądy wywierały wpływ na ludzi trzymających władzę. Kiedy administracja Roosevelta obcięła budżet armii, pomiędzy generałem Douglasem MacArthurem a prezydentem doszło do ostrej konfrontacji;
MacArthur złożył rezygnację i był tak wściekły, że gdy opuścił budynek Białego Domu, z nerwów aż zwymiotował na schodach.

W takiej atmosferze okresu międzywojennego, międzynarodowe konferencje i porozumienia na rzecz rozbrojenia, w których państwa wyrzekały się wojny, stały się w zachodnich demokracjach zjawiskiem bardzo popularnym. Jednak, podobnie jak w odniesieniu do przepisów regulujących posiadanie broni, prawdziwe pytanie brzmi: Czy traktaty ograniczające zasoby wojenne ograniczają także arsenały państw, które nie przestrzegają prawa, czy to międzynarodowego, czy państwowego? Zarówno Japonia, jak i Niemcy, gwałcili porozumienia, które uprzednio podpisywali, produkując m.in. jeszcze większe okręty wojenne niż zezwalały na to traktaty i większe niż te, którymi dysponowały marynarki wojenne Wielkiej Brytanii i Ameryki.

Nie dotrzymywanie warunków traktatów regulujących produkcję broni nie było czymś przypadkowym. Tego rodzaju umowy są z natury jednostronne. Przywódcy krajów demokratycznych odczuwają większą presję, by podpisać takie porozumienia, niż dyktatorzy, którzy są w stanie kontrolować, dławić lub ignorować opinię publiczną. W systemach demokratycznych intelektualiści ze świata mediów i campusów nie przejmują się analizowaniem szczegółów traktatów rozbrojeniowych; wolą świętować sam symboliczny akt ich podpisywania, oraz „rozładowanie napięcia", które dzięki nim ma miejsce - tak jakby emocjonalne katharsis było w stanie ułaskawić rządy państwa zwariowane na punkcie agresji militarnej! Dlatego intelektualiści, tacy jak John Dewey, bili brawo Traktatowi Waszyngtońskiemu (1921-1922), a redakcja The Times of London wychwalała traktaty morskie pomiędzy Anglią i Niemcami (1935) jako „wspaniały przejaw relacji pomiędzy Anglią a Niemcami", „empatyczne wyrzeczenie się wrogich zamiarów wobec Anglii" oraz „rozsądną decyzję Herr Hitlera".

Z drugiej strony, zwolennicy tej wizji otwarcie potępiali przywódców własnego kraju, którzy odmawiali pójścia na kompromis niezbędny do zawarcia takich umów. Warunki takich porozumień zawsze otwarcie faworyzują te państwa, w których inteligencja nie może otwarcie krytykować swego rządu. Dodatkowo akty pogwałcenia takich porozumień przez państwa będące agresorami są zazwyczaj bardziej tolerowane przez państwa demokratyczne, które wstydzą się przyznać przed swoimi obywatelami, że dały się nabrać na podpisanie świstka papieru, który przez drugą stronę został potraktowany jak śmieć - szczególnie, że owe porozumienia są zawsze nagłaśniane i kreowane niemal na święta narodowe.

Inteligencja nie musi nawracać politycznych przywódców na ideologię pacyfistyczną, aby móc wywierać wpływ na politykę rządową. Przywódcy krajów demokratycznych zawsze muszą się liczyć z wyborami, a atmosfera, w której przebiegają elekcje, jest czymś, czemu politycy chcący utrzymać siebie i swoją partię przy władzy muszą się podporządkować. Dlatego, mimo że tajna niemiecka remilitaryzacja, gwałcąca warunki traktatów, zaczęła się jeszcze zanim Hitler doszedł do władzy w 1933 roku, było to tylko tajemnicą poliszynela - do „sekretu" nie przyznawał się rząd niemiecki, a mieszkańcom Zachodu nic się na ten temat nie mówiło; przywódcy państw demokratycznych otrzymywali na ten temat informacje dzięki raportom służb wywiadowczych.

Dla przykładu, Stanley Baldwin, przywódca brytyjskiej Partii Konserwatywnej i późniejszy premier kraju, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje - jednocześnie był świadomy reperkusji politycznych, jakie by na siebie ściągnął, gdyby głośno powiedział o procesie remilitaryzacyjnym zainicjowanym w Niemczech. W odpowiedzi na przemowę w Izbie Gmin w 1936 roku Winstona Churchilla (ówcześnie był on jeszcze tzw. back bencherem), który krytykował rząd za to, że wplątał się w „jednostronne rozbrojenie i że armii brytyjskiej „brakuje niemal każdego rodzaju broni, która jest niezbędna do toczenia nowoczesnej wojny", premier Baldwin zabierając głos, cofnął się do roku 1933, do czasu wyborów:

Quote
Załóżmy, że jeździłbym po całym kraju i głosił, że Niemcy znowu się zbroją, i że my także musimy się zbroić - czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach uważa, że takie wypowiedzi spotkałyby się z entuzjazmem obywateli naszej pokojowej demokracji? Nie przychodzi mi do głowy nic, co byłoby większym gwarantem mojej przegranej w wyborach.

Winston Churchill nawet 12 lat później, pisząc swoją 6-to-mową, monumentalną historię drugiej wojny światowej, nadal był zniesmaczony zacytowaną wypowiedzią Baldwina:

Quote
To była doprawdy odrażająca szczerość. Naga prawda o jego motywach. Premier przyznający się do tego, że nie spełnił swojego obowiązku wobec bezpieczeństwa narodowego tylko dlatego, że bał się przegrać wybory - to zdarzenie bezprecedensowe w historii naszego parlamentu. Pan Baldwin oczywiście pozostał nieporuszony swoim haniebnym przywiązaniem do władzy. W 1936 roku skwapliwie przyznał, że chciałby przejść już na emeryturę. Obawiał się, że po dojściu do władzy socjalistów, zrobią oni jeszcze mniej niż zamierzał uczynić jego gabinet. Wszystkie te deklaracje i głosy przeciwko obronie naszej ojczyzny są udokumentowane.

W tej sytuacji (tak jak w wielu innych), wpływ inteligencji na bieg wydarzeń nie zależał od tego, czy udało im się przekonać osoby dzierżące władzę. Wystarczyło, że dostatecznie przekonali opinię publiczną, by osoby znajdujące się u władzy zaczęły się trząść ze strachu przed utratą stołka, jeśli pójdą pod prąd dominującej wizji - w tym przypadku pacyfizmowi. Gdyby Baldwin stracił władzę, to przejęliby ją ludzie, którzy zamieniliby pacyfistyczne mrzonki w rzeczywistość, co mogłoby mieć katastrofalne skutki dla Wielkiej Brytanii. Jak wiadomo, ojczyzna Brytyjczyków cudem nie została najechana i podbita w 1940 roku, i to tylko dzięki temu, że wyprodukowane w ostatniej chwili myśliwskie samoloty przechwytujące zestrzeliły bombowce nazistów podczas podniebnych walk, które miały być preludium uderzenia wojsk niemieckich zmobilizowanych w pobliżu kanału La Manche. Gdyby w 1930 roku dorwali się do władzy pacyfiści z Partii Pracy, być może historia potoczyłaby się inaczej i Wielka Brytania by nie przeżyła.

Przywódcy francuscy również niechętnie ostrzegali swój naród przez grożącym im niebezpieczeństwem. Może nawet sami przed sobą nie chcieli się przyznać, że takowe zagrożenie istnieje. Mimo że minister spraw zagranicznych Aristide Briand był świadom tego, jaką popularność podczas wyborów w 1930 roku w Niemczech zdobyli naziści, i jakie stanowi to zagrożenie dla jego narodu, podobnie jak angielski premier Baldwin nie był gotowy publicznie bić na alarm:

Quote
Briand pozostał niewzruszony; „Hitler nie zajdzie daleko" - uspokajał prasę, robiąc wszystko, co w jego mocy, by informacje na temat zbrojących się Niemiec nie przeciekły do opinii publicznej. Parady i demonstracje niemieckiej prawicy były „we francuskich kronikach filmowych kompletnie ignorowane", wspomina amerykański attache wojskowy.
[/b]

Jeszcze zanim Hitler doszedł do władzy, agentom francuskiego wywiadu udało się odkryć i spenetrować tajne niemieckie operacje zbrojeniowe. Jednakże ani prasa, ani politycy nie chcieli mówić ludziom tego, czego ci nie chcieli słyszeć — szczególnie po piekle I wojny światowej, przez jakie lud francuski przeszedł. Nawet w 1932 roku, gdy ilość głosów oddanych na nazistów była niepokojąco liczna, co zapewniło Hitlerowi udział w rządzie, Francja przymykała oczy na zbliżające się zagrożenie:

Quote
W wyborach do parlamentu niemieckiego naziści stali się najliczniej reprezentowaną partią w Reichstagu, lecz na Francuzach nie zrobiło to żadnego wrażenia. Prezydent Hindenburg zobowiązał generała von Scheichera, aby ten dał odpór malarzowi pokojowemu o zapędach demagogicznych. Gazety lewicowe i prawicowe świętowały „żałosny koniec hitleryzmu" (L'Ouvre, 1 stycznia 1933 r.), oraz „zmierzch ruchu Hitlera" (Paris-Soir, również z 1 stycznia 1933 r.). „Niemiecki Boulanger jest już poza burtą!" - radowano się na łamach L'Echo de Paris (7 listopad 1932 r.), zapominając o tym, jak wierny prawu był ten dziewiętnastowieczny francuski generał - populista. Socjalistyczne pismo Populaire oraz rojalistyczne Action française były zgodne: Hitler stracił władzę. Tymczasem pod koniec stycznia 1933 roku generał Schleicher złożył rezygnację - i mimo wszystko - demagog doszedł do władzy. Pewien pacyfista zadedykował swoją najnowszą książkę „Pokój na ziemi" Adolfowi Hitlerowi.

Tak jak w innych momentach historii i innych okolicznościach, warto odnotować wszystkowiedzący, potępieńczy ton, jaki przyjęła prasa, co jest zwykle skutkiem samouwielbienia uprawianego przez inteligencję.

To prawda, że Francuzi wzdrygali się przez powtórzeniem się koszmaru, jaki zafundowała im I wojna światowa. Niemniej, uparte przymykanie oczu i zatykanie uszu na rosnące niebezpieczeństwo czyhające po drugiej stronie Renu osiągnęło poziom absurdu. Jednym z pierwszych przejawów tego absurdu było świętowanie Paktu Paryskiego (Pakt Brianda-Kelloga) z 1928 roku, zakazującego wojny. Pakt spotkał się z niemalże chóralną aprobatą ze strony francuskiej prasy. Nietrudno skłonić pokojowo nastawionych ludzi do potępienia wojny, jednakże działanie takie niesie ze sobą ogromne ryzyko, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie proponuje się żadnych metod obrony przed wrogimi narodami.

Francuzi nie chcieli słyszeć złego słowa o Niemcach. Nawet dzieło Hitlera, „Mein Kampf", w którym zostały podane jak na tacy wrogie zamiary wobec Francji, nie dotarło w ręce inteligencji, nie mówiąc o zwykłych ludziach, ponieważ sąd francuski zakazał pełnego tłumaczenia książki Hitlera - jedynie okrojona wersja była dostępne nielicznym zainteresowanym. Pod koniec lat 30., kiedy nastąpiła fala emigracji z Niemiec do Francji, uchodźcy przynosili ze sobą historie o piekle życia w reżimie faszystowskim. Nie dos'ć, że ich relacje były gremialnie odrzucane, to z racji tego, że wielu z nich było Żydami, fala uchodźców wywołała falę antysemityzmu, opartą na przeświadczeniu, że Żydzi chcieli jedynie sprowokować konflikt pomiędzy Francją a Niemcami. Antysemityzm szerzył się nie tylko wśród ludu, lecz też w środowisku intelektualistów.

Na Wyspach inteligencja również miała opory przed uświadomieniem sobie prawdziwej natury reżimu nazistowskiego oraz zagrożenia, jakie stanowi on dla zachodnich demokracji. Wpływowa gazeta Manchester Guardian pisała, że pomimo radykalnej ideologii nazistowskiej, panowie ci (po objęciu władzy) zachowują się jak „zwykli politycy". The Daily Herald, wówczas gazeta o największym zasięgu na terenie Wielkiej Brytanii, szydziła z Hitlera, nazywając go „klaunem" i wróżyła mu karierę innych kanclerzy Niemiec, którzy utrzymali się na stołku jedynie kilka tygodni. The Daily Telegraph również wieścił „koniec Hitlera" oraz to, że przed końcem roku 1932 skończy się jego kariera i słuch o nim przepadnie. Harold Laski przyłączył się do tego chóru; pisząc w 1932 roku, że
Quote
„ruch hitlerowski czasy świetności ma już za sobą"
i że Hitler jest
Quote
„tanim konspiratorem, a nie natchnionym rewolucjonistą; tworem przypadku, a nie twórcą losów świata".
[/color]

Najbardziej wpływowa brytyjska gazeta, The Times of London, uważała Hitlera za „polityka umiarkowanego", przynajmniej w porównaniu z innymi jego kolegami z partii. Po dojściu Hitlera i nazistów do pełnej władzy w Niemczech w 1933 roku, redakcja The Times była wyjątkowo oporna, gdy chodziło o informowanie czytelników o represyjnym charakterze ich rządów oraz zagrożeniu, jakie stanowią one dla świata. Reportaże korespondentów tej gazety były cenzurowane, modyfikowane, a nawet odrzucane, o ile tylko pokazywały prawdziwą, surową rzeczywistość życia pod butem Hitlera. Korespondenci protestowali, lecz bezskutecznie; niektórzy zrywali współpracę z redakcją na znak protestu przeciwko cenzurowaniu ich reportaży krytycznych wobec reżymu nazistowskiego. Na polecenie redakcji niektórych dziennikarzy, szczególnie krytycznych wobec Hitlera, odwoływano z Niemiec, byle z dala od centrum tamtejszych wydarzeń, by The Times mógł spokojnie popierać politykę ustępstw wobec Niemiec, realizowaną przez premiera Nevil-le'a Chamberlain. Redaktor naczelny The Times, Geoffrey Dawson, tak oto bez ogródek pisał do jednego z korespondentów w Genewie:

Quote
Noc w noc wylewam wiadra potu, by wyciąć z gazety wszystko, co mogłoby zranić ich (Niemców) wrażliwość... Zawsze uważałem, że najważniejszym filarem światowego pokoju są nasze rozsądne stosunki z Niemcami.
[/color]

Jest to doskonały przykład tego, jakich szkód może dokonać inteligencja, gdy wykracza poza granice swoich kompetencji (w tym . przypadku: dziennikarskiej powinności zbierania i przekazywania informacji) kierowana pragnieniem odgrywania większej roli we wpływaniu na wydarzenia (w tym przypadku dzięki filtrowaniu wiadomości tak, aby pasowały do ich wizji).


(...)
Z racji tego, że Niemcy objęte restrykcjami Traktatu Wersalskiego dysponowały stosunkowo skromną armią, w początkowym okresie łamania warunków traktatu przez Niemców, Francja wciąż niepomiernie górowała nad nimi militarnie i mogła w razie czego sama interweniować, przerywając proces budowania nazistowskiej machiny wojennej. Hitler miał pełną tego świadomość; niemieccy generałowie drżeli na myśl o takim scenariuszu.

Decydującym krokiem, bez którego agresja niemiecka byłaby niemożliwa, było ulokowanie wojsk w rejonie przemysłowym Niemiec, Nadrenii. Aby zaatakować inne kraje, Niemcy najpierw musiały zabezpieczyć własny przemysł. Hitler zdawał sobie sprawę, jak istotne jest zabezpieczenie Nadrenii, i to pomimo ryzyka, jakim była ta operacja, biorąc pod uwagę ówczesną dysproporcję pomiędzy siłami niemieckimi a francuskimi:

Quote
Paul Schmidt, tłumacz Hitlera, usłyszał z ust Ftihrera: „Czterdzieści osiem godzin po wprowadzeniu wojsk do Nadrenii, to w całym moim dotychczasowym życiu najbardziej stresujący i nerwowy okres. Gdyby żabojady wkroczyły wtedy do Nadrenii, musielibyśmy z niej uciekać z podkulonym ogonem. Nasze ówczesne zasoby nie pozwoliłyby nam nawet na umiarkowany opór.

Stawka była ogromna - albo zagraniczne podboje, albo żałosny upadek reżimu nazistowskiego. Hitler później wspominał:
Quote
„Nasza ucieczka z Nadrenii byłaby dla nas katastrofą".
Postawił jednak wszystko na chwiejność Francuzów i wygrał. W wyniku tego straciło życie dziesiątki milionów ludzi. Mimo to operacja przeprowadzona w Nadrenii, podobnie jak wcześniejsze posunięcia Hitlera, w oczach brytyjskiej inteligencji uważana była za abstrakcyjną kwestię dotyczącą abstrakcyjnych państw. Po tym, jak Hitler postawił swoje oddziały w Nadrenii, w prasie brytyjskiej powtarzano bez końca jedno i to samo zdanie:
Quote
„Hitler i jego wojska przespacerowały się jedynie do swego własnego ogródka."
Podobne stanowisko zajęła prasa francuska. Pomimo wyższości militarnej Francuzów, brak woli politycznej ich sparaliżował, uniemożliwiając wykorzystanie owej wyższości militarnej do powstrzymania Hitlera przed remilitaryzacją Nadrenii:

Quote
W całej Francji nie udało się znaleźć choćby wzmianki o tym, że ludność akceptuje czy choćby nawet toleruje operację remilitaryzacji Nadrenii. Tygodnik satyryczny Le Canard enchainé wyraził powszechną opinię, pisząc: „Niemcy najechały...same na siebie!" Przywódcy komunistyczni, znajdujący się rzekomo w awangardzie opozycji wobec nazizmu, apelowali, by nie dopuścić, by „plaga wojny znowu nas dotknęła", domagając się, by naród zjednoczył się „przeciwko tym, którzy chcą nas prowadzić na rzeź". Rzecznik socjalistów „wszelką reakcję, która mogłaby wywołać wojnę" nazwał „niedopuszczalną", dodając, że nawet wzmocnienie Linii Maginota odebrałoby jak „prowokację i zaczepkę". Prawicowe dzienniki Le Matin oraz Le Jour pisały na swych lamach, że jedynym beneficjantem konfliktu zbrojnego z Niemcami byłaby komunistyczna Rosja.

Tego typu głosy rozbrzmiewały nie tylko we Francji. Kiedy francuski minister spraw zagranicznych, Pierre-Etienne Flandin, spotkał się z brytyjskim premierem Stanleyem Baldwinem, by prosić go o polityczne wsparcie operacji, jaką Francja mogłaby ewentualnie przeprowadzić w reakcji na hitlerowską remilitaryzację Nadrenii (a wówczas Francja mogła sama uporać się z Niemcami, bowiem dysponowała wystarczającą siłą militarną), Baldwin miał powiedział:
Quote
„Może i ma pan rację, panie Flandin, jeśli jednak istnieje choćby jeden procent szansy, że taka operacja może wywołać wojnę, nie mam prawa poświęcać swego kraju."
Tego rodzaju rozumowanie było w tamtym okresie powszechne, tak jakby inercja i brak reakcji nie niosły ze sobą zagrożenia. Z perspektywy czasu ewidentne jest, że brak reakcji zachodnich demokracji wobec ciągłych prowokacji Hitlera zachęcił tego ostatniego do coraz śmielszych kroków w kierunku wojny. Hitler był przeświadczony, że przywódcy zachodnich demokracji są zbyt bojaźliwi, by w porę zareagować. Jeśli w ogóle zareagują...[/color]

Stało się to wyjątkowo czytelne w obliczu innych międzynarodowych kryzysów, które doprowadziły do II wojny światowej. Hitler już nieco wcześniej zrozumiał, jak kiepskim wrogiem są kraje Zachodu - zaczął tak myśleć, przyglądając się nieefektywnej i anemicznej reakcji Zachodu na inwazję Etiopii w wykonaniu Mus-soliniego w 1935 roku. Potem była wspomniana remilitaryzacja Nadrenii w 1936 roku, której nie towarzyszyły żadne polityczne protesty. Kolejnym przykładem była reakcja (a raczej jej brak), gdy nazistowskie Niemcy i faszystowskie Włochy wtrąciły się w 1936 roku do hiszpańskiej wojny domowej. Dwa lata później Niemcy zaanektowały Austrię - i znowu kraje demokratyczne nie kiwnęły palcem. Wszystko to zaowocowało pogardą Hitlera dla zachodnich przywódców oraz przekonaniem, że gdy wreszcie uderzy i wywoła wojnę, to też ich będzie jedynie stać na czcze gadanie.

Kryzysem, który dał Hitlerowi stuprocentową pewność, był kryzys wywołany jego żądaniem przyłączenia do Niemiec czechosłowackiego Kraju Sudetów, krainy znajdującej się tuż przy granicy niemieckiej, którą zamieszkiwali głównie ludzie z niemieckim rodowodem. W czasie konferencji monachijskiej w 1938 roku Francja, Wielka Brytania oraz Włochy zgodziły się na to, by Hitler zaanektował czeskie Sudety, pozostawiając Czechosłowację na pastę losu — i to wbrew warunkom umowy o wzajemnej pomocy militarnej zawartej między Francją a Czechosłowacją. Siła oddziaływania inteligencji przejawia się nie tylko w zdolności do wywoływania strachu u tych, którzy stają w opozycji do jej programów i poglądów, lecz również w umiejętnością wywoływania „klimatu opinii" nagradzającego przywódców działających w zgodzie z wizją inteligencji. Żaden przywódca w dziejach demokracji nie cieszył się bardziej powszechnym i entuzjastycznym poparciem ze strony opinii publicznej, prasy oraz członków partii, tak opozycyjnych, co i partii macierzystej, niż brytyjski premier, Neville Chamber-lain w czasie, gdy powrócił z Układu Monachijskiego w 1938 roku, chwaląc się porozumieniem zawartym z Hitlerem i twierdząc, że jego skutkiem będzie „czas pokoju". Mniej niż rok później wybuchła największa i najkrwawsza wojna w dziejach ludzkości.

Francuska prasa postrzegała każde kolejne żądanie Hitlera w izolacji (perspektywa racjonalizmu krótkodystansowego), a nie jako kolejny odcinek jednej i tej samej historii. To samo było, gdy Hitler zażądał aneksji Sudetów; redakcja Je Suis Partout zadała wtedy Francuzom pytanie:
Quote
„Czy powinni dać się zabić za prezydenta Czech, wolnomularza, Beneśa?"
[/b]
Natomiast, gdy w 1939 roku Hitler zapragnął zaanektować Gdańsk, redakcja L'Ouvre na pierwszej stronie gazety napisała bykiem:
Quote
„Czy musimy umierać za Gdańsk?"
[/b]
W tamtym okresie znakiem rozpoznawczym inteligencji i szczytem wyrafinowania stało się to właśnie pytanie:
Quote
„Po co zdychać za Gdańsk?"
W rzeczywistości jednak był to jedynie przejaw słownej wirtuozerii, polegającej na tym, że formułuje się pytania tak, by wymusić pożądaną odpowiedź — niezależnie od tego, jakie są za i przeciw danej sytuacji.[/color]

W przeciwieństwie do idei racjonalizmu krótkodystansowego, zadawane pytanie nie powinno brzmieć: czy warto umierać za Nadrenię, Czechosłowację, Austrię czy Gdańsk, lecz czy pytający dostrzegają w działaniach Hitlera prawidłowość, która układa się w śmiertelne niebezpieczeństwo. W 1939 roku ludność francuska osiągnęła wyższy poziom zrozumienia sytuacji niż niektórzy przedstawiciele inteligencji. Ankieta przeprowadzona w 1939 roku wykazała, że 76 procent Francuzów opowiadało się za użyciem siły w celu obrony Gdańska. Francuski premier Edouard Daladier ponoć
Quote
„narzekał, że gdziekolwiek nie pójdzie, na miasto czy do bistro, na jego widok ludzie zaczynają wołać: „Prowadź nas! Pójdziemy za tobą!"
[/b]

Mimo wszystko, takie nastawienie pojawiło się za późno - zaledwie na parę miesięcy przed wybuchem wojny. Dominujący wówczas pacyfizm oraz jego polityczne konsekwencje zaprowadziły Francję w ślepą uliczką. Kraj był osamotniony. Stał w obliczu wojny, bez potencjalnych sojuszników, ponieważ wcześniej rzucił ich na pożarcie (niemieckim) wilkom, w nadziei, że Hitler oszczędzi Francuzom swego gniewu. Jak już wspomniałem w rozdziale 2., Niemcy najechali Francję w 1940 roku, korzystając m.in. z czołgów wyprodukowanych w Czechosłowacji - tej samej, do której Francuzi odwrócili się plecami.

Wybuch wojny

Państwa osi w II wojnie światowej, a więc Niemcy, Włochy i Japonia, nie dysponowały zasobami militarnymi (i były tego świadome) mogącymi równać się z łączną siłą militarną krajów demokratycznych, w tym m.in. Wielkiej Brytanii, Francji oraz Stanów Zjednoczonych. Ich ewentualny sukces militarny opierał się na założeniu, że po pierwsze, zachodnie demokracje nie zdążą na czas zmobilizować się i dać odporu ich atakom (a trzeba przypomnieć, że przez pierwsze trzy lata wojny państwa osi skutecznie siały zniszczenie w Europie, krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa), po drugie na tym, że nie będą miały dość hartu ducha, aby w obliczu serii krwawych klęsk lub w najlepszym przypadku ucieczki z pola bitwy - zarówno w Europie, jak i Azji - walczyć do chwili, aż ich zasoby zbrojne wzrosną wystarczająco, by zachodnie demokracje mogły wreszcie zmobilizować się przeciw nazistom i przeprowadzić udany kontratak.

Ta strategia państw osi prawie wypaliła. A raczej: cudem wzięła w łeb. Dopiero w listopadzie 1942 roku, trzy lata po tym, jak Wielka Brytania przystąpiła do drugiej wojny światowej, brytyjski premier, Winston Churchill, mógł powiedzieć po bitwie pod El Alamein w Północnej Afryce: „Wreszcie jakaś odmiana. Wreszcie odnieśliśmy zwycięstwo." Do tego momentu wojna dla Brytyjczyków była jednym pasmem porażek, zarówno w Europie, jak i w Azji. Gdy w 1940 roku zaledwie po 6 tygodniach walk Francja ogłosiła kapitulację, a Luftwaffe przeprowadziła serię nalotów bombowych na Londyn i inne brytyjskie miasta, niewielu Brytyjczyków wierzyło w to, że przeżyją. Amerykanie również dopiero w 1942 roku odnieśli pierwsze zwycięstwo. Pokonanie na Midway silniejszych od siebie Japończyków możliwe było dzięki niesamowitemu szczęściu, jakie dopisało Amerykanom.

Intelektualiści odegrali istotną rolę w doprowadzeniu Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych do takiej rozpaczliwej sytuacji, dzięki swoim pacyfistycznym i antynacjonalistycznym protestom i naciskom w okresie międzywojennym.
W październik  1938 roku, miesiąc po Układzie Monachijskim, na mniej niż rok przed wybuchem wojny, wpływowe brytyjskie pismo New State-sman and Nation nazwało remilitaryzację jedynie „nieskuteczną i bezsensowną formą dotowania gałęzi przemysłu, który w żaden inny sposób nie potrafi spożytkować swego kapitału." To samo pismo deklarowało: „nie odzyskamy szacunku dla samych siebie dzięki potrojeniu liczby naszych samolotów". Jeszcze w lutym  1939   roku, parę miesięcy przez wybuchem wojny, redakcja New Statesman and Nation pisała o „międzynarodowym, obłąkańczym wyścigu zbrojnym", kwestionując pieniądze zarobione przez „producentów samolotów i amunicji", których rząd torysów określał mianem „przyjaciół". My teraz już wiemy, że to właśnie dzięki owym samolotom i amunicji Wielka Brytania cudem przetrwała naloty nazistowskie, które miały miejsce rok później, i to mimo rozpowszechnionego w 1940 roku poglądu, że Wielka Brytania nie przetrwa, nie przeżyje. Jak pokazuje historia, długie lata retoryki pacyfistycznej i antyzbrojeniowej spowodowały, że potrzebny był  „cud", by Wielka Brytania nie legła w gruzach.

To właśnie intelektualiści doprowadzili do sytuacji militarnej słabości oraz politycznego niezdecydowania w krajach demokratycznych, dzięki czemu w oczach państw osi wygranie wojny wydawało się czymś stosunkowo łatwym. Intelektualiści nie tylko przyczynili się do wybuchu najbardziej niszczycielskiej wojny w dziejach ludzkości, lecz także spowolnili proces dozbrojenia i unowocześnienia sił zbrojnych (ich metodą było demonizowanie producentów i dostawców broni, których nazywali „handlarzami śmierci"), skutkiem  czego - z braku żołnierzy i uzbrojenia - amerykańskie i brytyjskie wojska ponosiły w czasie wojny klęska za klęską. Jedynie dzięki desperackim wysiłkom na polach bitwy oraz w fabrykach broni, armie te uniknęły totalnej klęski, a następnie odbiły się od dna i w końcu zwyciężyły. Wojenne straty (w ludziach i w majątku) będące konsekwencją przedwojennych kazań pacyfistycznych i krucjat antymilitarnych w wykonaniu inteligencji były zatrważające. Gdyby Hitler i jego sprzymierzeńcy wygrali drugą wojnę światową, cena, jaką poniosłaby ludzkość, byłaby wręcz niewyobrażalna. My, współcześni, zapomnieliśmy już, że zachodnie demokracje cudem  uniknęły totalnej katastrofy, jaką byłoby zwycięstwo Hitlera. Co gorsza, zapomnieliśmy, dlaczego zachodnie demokracje w ogóle znalazły się w tak beznadziejnej sytuacji. W dzisiejszych czasach inteligencja lansuje te same poglądy i postawy, jakie lansowała inteligencja międzywojenna, przez co znowu zbliżamy się do tego samego punktu krytycznego. Nie mamy żadnej pewności, że tym razem również „cudem", dzięki szczęściu lub Opatrzności, unikniemy katastrofy.


ROZDZIAŁ 8

Intelektualiści a wojna: historia lubi się powtarzać

Quote
Bojaźliwy świat Zachodu wciąż nie wymyślił niczego, dzięki czemu mógłby się przeciwstawić nagłemu i niespodziewanemu odrodzeniu się barbarzyństwa; może tylko iść na ustępstwa i uśmiechać się.
[/b]
Aleksander Sołżenicyn

Co prawda od czasów dr
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje