Author Topic: Jaskinia Platona  (Read 1636 times)

Ardek

  • Guest
Jaskinia Platona
« on: (Sun) 06.04.2014, 13:22:05 »
Jaskinia Platona

Jeśli krytycznie zastanawiasz się nad otaczającym cię światem i tym w jaki sposób funkcjonuje, kto go zbudował i dokąd zmierza, to zdajesz sobie szybko sprawę że nic nie działa jak powinno, wszystko na powierzchni jest frontem dla czegoś kompletnie innego, a ci którzy tworzą system mają kompletnie inny obraz świata od tego jaki przedstawiono masom. Obecny system masowej manipulacji stworzył odmianę Jaskini Platona, która ma charakter labiryntu z tysiącami pokoi i fałszywych wyjść. Wszystko po to aby ci którzy rządzą światem byli pewni, że nigdy się nie wydostaniesz na powierzchnię, by zobaczyć świat ich oczami.

Jaskinia Platona. (7:52)
https://www.youtube.com/watch?v=SeHq_M2-YQc

Platon, PAŃSTWO (7, 514a-517a)

ALEGORIA JASKINI

SOKRATES: Wyobraź sobie ludzi żyjących w siedzibie podziemnej, jakby w jaskini, która z jednej strony jest otwarta rozlegle, całą szerokością, ku światłu. Wewnątrz niej od dzieciństwa, mając nogi i szyje w łańcuchach, muszą oni trwać w tym samym zawsze miejscu, a ponieważ pęta nie pozwalają im nawet odwrócić głowy, widzą jedynie to, co jest przed nimi. Światło na nich pada tylko od ognia, który płonie z tyłu, za ich plecami, daleko, wysoko. Między ogniem a więźniami tymi zobacz wysoką drogę, wzdłuż której zbudowano murek podobny do takiej przegrody, jaką kuglarze, by nad nią pokazywać kukiełki, stawiają między sobą a publicznością.

GLAUKON: Widzę to.

SOKRATES: Wyobraź też sobie, że drogą po tamtej stronie przegrody przechodzą jacyś ludzie, niosąc rozmaite przedmioty, które wyrastają ponad murek, a są to postacie ludzkie i zwierzęce, urobione w kamieniu, w drewnie i we wszelkiej innej materii. Z tych zaś, którzy je niosą, oczywiście jedni coś mówią, a drudzy milczą.

GLAUKON: Coś przedziwnego opisujesz, przedziwni to więźniowie.

SOKRATES: Są do nas podobni. Czy myślisz, że w swoim położeniu mogą oni cokolwiek z siebie samych albo z siebie nawzajem dostrzec oprócz cieni rzucanych przez ogień na tę ścianę jaskini, która jest przed nimi?

GLAUKON: Jakżeby mogli, skoro skazano ich na to, że przez całe życie mają głowę nieruchomą?

SOKRATES: A co się tyczy dostrzegania niesionych przedmiotów, czy nie to samo trzeba rzec? GLAUKON: Jakżeby inaczej?

SOKRATES: Gdyby więc dane im było z sobą rozmawiać, czy nie sądzisz, iż mówiąc o cieniach, jakie widzą, mniemaliby, że mówią o przedmiotach?

GLAUKON: Oczywiście.

SOKRATES: A gdyby tak echo, ilekroć się odezwie ktokolwiek z przechodzących drogą, odbiło się o głąb pieczary? Nie wydaje ci się, że musieliby to uznać za głos przechodzącego cienia?

GLAUKON: O, tak, na Zeusa!

SOKRATES: Nie można więc wątpić, że w oczach tych ludzi rzeczywistością byłyby cienie wytworzonych przedmiotów. GLAUKON: Nie można.

SOKRATES: Zastanów się teraz, czym byłoby dla nich wyzwolenie z więzów i uleczenie z niewiedzy. Gdyby to się mogło w naturalny sposób dokonać... Gdyby tak rozpętano jednego z więźniów i nagle zmuszono go, by powstał i odwrócił głowę, i szedł, i spojrzał w górę ku światłu... Jemu wszystko to zadawałoby ból, a olśnienie całkowicie przeszkodziłoby patrzeć na przedmioty, których cienie przedtem oglądał. Gdyby mu powiedziano, że wtedy widział to, co jest wyzute z rzeczywistości, teraz zaś, będąc bliżej rzeczy istniejących i zwracając się ku temu, co bardziej istnieje, lepiej widzi? I gdyby, pokazując mu każdy z przesuwających się przed nim przedmiotów, żądano, by mówił, co to jest? Czy nie myślisz, że czułby się zagubiony i mniemałby, iż przedmioty, jakie przedtem widział, są bardziej rzeczywiste od tych, które mu się teraz pokazuje?

GLAUKON: Z pewnością.

SOKRATES: A gdyby mu kazano spojrzeć w samo światło, czy nie sądzisz, że zabolałyby go oczy, że odwróciłby się i wolał znowu wpatrywać się w to, na co patrzeć jest w stanie, i uznałby, że jest to o wiele wyraźniejsze od wszystkiego, co przed nim odsłaniają teraz?

GLAUKON: Tak myślę.

SOKRATES: Gdyby go wyciągnięto siłą i powleczono na wysokie urwiska, i nie chciano wypuścić z rąk, ażby się wynurzył na światło słońca, czyż nie cierpiałby i nie oburzał się na to wleczenie, a gdyby już doszedł do tego światła, nie byłżeby nim tak oślepiony, że nie mógłby dostrzec żadnego z przedmiotów, jakie tu nazywamy rzeczywistymi?

GLAUKON: Nie mógłby, przynajmniej na razie.

SOKRATES: Myślę, że musiałby się dopiero przyzwyczaić do patrzenia na górny świat. Z początku najlepiej dostrzegałby cienie, następnie obrazy ludzi i innych przedmiotów odbite w wodzie, wreszcie same przedmioty. Po takich doświadczeniach, podnosząc wzrok ku światłu gwiazd i księżyca, łatwiej by nocą oglądał to, co jest na niebie, i samo niebo, niż za dnia słońce i jego blask.

GLAUKON: Bez wątpienia.

SOKRATES: W końcu, jak myślę, na samo słońce, już nie na jego odbicie w wodzie i nie na pozór słońca tam, gdzie go nie ma, lecz na takie, jakie jest ono samo w sobie, we własnym swoim miejscu, umiałby patrzeć.

GLAUKON: Z pewnością.

SOKRATES: Potem przez rozumowanie doszedłby do przeświadczenia, że ono, które tworzy i pory roku, i same lata, i wszystkim w świecie widzialnym rządzi, jest w pewien sposób także przyczyną wszystkiego, co oni tam w dole widzieli.

GLAUKON: Jasne, że musiałby dojść do takiego wniosku.

SOKRATES: Cóż więc? Czy nie zdaje ci się, że przypominając sobie miejsce, gdzie przedtem przebywał, jak też tamtejszą mądrość i postacie ówczesnych współwięźniów, gratulowałby sobie zmiany, a nad tamtymi się litował?

GLAUKON: I to jeszcze jak!

SOKRATES: Co się tyczy zaszczytów i pochwał, jakich mogli oni sobie wtedy wzajemnie udzielać, i nagród przyznawanych za najlepsze oko do śledzenia cieni przesuwających się po ścianie jaskini, za największą zdolność zapamiętywania, które zazwyczaj idą wcześniej, które później, które razem, i szczególną bystrość, gdy na podstawie takich spostrzeżeń przewiduje się, co ma nastąpić, czy myślisz, że to wszystko budziłoby w owym człowieku jakąkolwiek tęsknotę i że komukolwiek z tamtych w dole zazdrościłby zaszczytów i władzy? Czy raczej doświadczałby takiego uczucia, jakie wyraża Homer, i o wiele wolałby „na ziemi być najemnikiem u męża niebogatego" niż tak mniemać, jak się tam na dole mniema, i tak żyć, jak tam się żyje?

GLAUKON: Ja też myślę, że on w ogóle cokolwiek by przyjął, byle tylko nie mniemać i nie żyć tak, jak tam.

SOKRATES: Jeszcze jedno rozważ. Gdyby ten człowiek zszedł z powrotem na dół i usiadł na dawnym miejscu, czy zmrok nie zaćmiłby jego oczu, którymi dopiero co patrzał na słońce?

GLAUKON: Na pewno tak.

SOKRATES:

I gdyby mając oczy jeszcze zaćmione, dopóki nie przywykną one do zmroku, co wymagałoby sporego czasu, miał osądzać owe cienie i spierać się o nie z ludźmi, którzy nigdy nie przestali być więźniami, czy nie wzbudziłby śmiechu i nie mówiono by, że z tej wyprawy na górę wrócił ze wzrokiem zepsutym, a więc nie warto nawet próbować tam kiedykolwiek pójść. Gdyby zaś ktoś usiłował tych ludzi rozwiązać i tam wyprowadzić, to gdyby tylko mogli go dostać w swoje ręce i zabić, toby zabili.

GLAUKON: Z całą pewnością.

(Przekład: Z. Kubiak, w: tegoż, Literatura Greków i Rzymian, Świat Książki, Warszawa 1999, s. 246-251)
[img=center:2i6964b2]http://img13.imageshack.us/img13/9900/iqmh.jpg[/img]
Hipotetyczna wizja platońskiej jaskini

Wyobraźmy sobie olbrzymią, mroczną pieczarę, w której znajdują się ludzie skuci łańcuchami. Za ich plecami na zewnątrz w świetle słonecznego dnia, coś się dzieje. Ale ci ludzie nie są w stanie opuścić pieczary i obserwują tylko grę cieni pojawiających się przed ich oczyma. Po pewnym czasie przestają odczuwać ucisk kajdan ? zdaje im się, że widzą żywot wolny i niezależny. Cienie, z którymi obcują poczynają im się jawić jako cos, co istnieje realnie, co ma byt samodzielny, co stanowi rzeczywistość prawdziwą. Zdaniem Platona tak jest sytuacja człowieka, który żyje w świecie pozoru, prowadzi pustą egzystencję bez wartości i celu, jego wiedza jest uronieniem. Ale ów człowiek ma szansę wyzwolić się z kajdan wyjść na światło dnia może osiągnąć prawdę i radość swojego życia i właściwy sens ? wysiłkiem duszy, którą określał jak nieśmiertelną i należącą do świata wiecznego a nie zmiennego i przyobleka się w wiele ciał, wiedzie wiele ziemskich żywotów, ale przed i między nimi, gdy jest bezcielesna postrzega świat po tamtej stronie, cielesna śmierć nie jest, więc dla niej złem, ale powrotem do prawdziwego życia, czyli do świata idei, jej zasada jest arytmetyczna, podczas gdy zasada ciała jest geometryczna. Tą szansą jest filozofia. Platońska parabola przyrównuje ludzką egzystencję do bytowania więźniów ciemnej pieczarze, zawiera wielorakie sensy filozoficzne. Skupia się w niej cała problematyka myśli filozofa, jego koncepcja świata, człowieka i poznania. Jako istoty cielesne przynależymy do świata tworów materialnych. To właśnie ciało jest źródłem naszej ułomności, to ono stanowi łańcuch wiążący nas ze światem pozoru, albowiem rzeczywistość materialnych przedmiotów nie jest rzeczywistością prawdziwą. Przedmioty należące do świata zmysłów powstają, ulegają modyfikacji i giną. Są niedoskonałe. Doskonałość stanowi pełnię, jest ona ze swojej istoty wieczna i niezmienna, nie ma ograniczeń w czasie i przestrzeni. Ponad światem zmysłów istnieje byt prawdziwy, którego cechą jest pełnia i doskonałość. Jest to byt niematerialny sfera wiecznych i niezmiennych idei. Tylko idee istnieją naprawdę. Rzeczy cielesne powstają i przemijają, znajdują się między bytem i niebytem, istnieniem i nieistnieniem, są jedynie odbiciem. Nie mają egzystencji samoistnej, ich byt uzależniony jest od idei. Odciskając się w materialnym tworzywie idee stanowią źródło rzeczy. Ale tworzywo jest ulotne, ulega deformacji i rozkładowi. Dlatego rzeczy pozostają czymś ograniczonym niedostatecznym, złym, czyli godnym pogardy. Stanowisko Platona określamy mianem idealizmu obiektywnego. Idealizmu, ponieważ jest czymś duchowym obiektywnego, gdyż byt duchowy istnieje poza człowiekiem niezależnie od jego świadomości posiada samoistną egzystencję. To właśnie rzeczywistość duchowa jest właściwym celem człowieka i ten, kto ogranicza się do fizycznego bytowania zamyka się w świecie pozoru. Wiedzie żywot barbarzyńcy, biorąc cienie za to, co istnieje realnie przedkładając mniemanie na prawdą, a zło nad dobro. Nie przywiązuje się do świata rzeczy zmysłowych, panuje nad własnymi namiętnościami potrzebami, przezwyciężając swoją cielesną naturę. Trzeba ? podkreślał Platon ? całą duszą odwrócić się od świata zjawisk, które powstają i giną a skierować się do bytu rzeczywistego stałego i niezmiennego. Jako istoty cielesne winniśmy zabiegać o poznanie prawd ostatecznych i moralną doskonałość odnosząc swoją egzystencję do bytu wiecznego. Duszę ludzką Platon określa jako ideę tchnienia życiowego, które rozchodzi się we wszystkich kierunkach, przyrównuje ja do rydwanu zaprzężonego w parę koni. Woźnicę czyni rozumem a konie reprezentują dzielność i pożądliwość. Woźnica zazwyczaj panuje nad zaprzęgiem a cały rydwan zmierza do świata prawdy, którą sam tylko rozum, duszy kierownik oglądać może. Taką właśnie duszę, w której rozum dominuje posiada filozof. Prawdziwa mądrość platońska nie polega na świadomości wielu rzeczy.

Filozofem nie jest ten, kto interesuje się cielesną rzeczywistością, lecz ten, który dotyka tego, co zawsze takie samo i odwracając się od świata pozorów mogą zdobyć prawdziwą mądrość. Mądrość, bowiem to wiedza o tym, co istnieje naprawdę, co jest z samej istoty doskonałe. I dlatego właśnie filozofowie winni rządzić państwem. Celem państwa nie są przecież wartości materialne. Nie idzie o to, aby państwo było bogate, zasobne, potężne, aby obywatele mogli zaspokoić cielesne potrzeby; są to cele pozorne i nierzeczywiste. Państwo powinno przede wszystkim realizować wartości moralne i ideę dobra, na ty polega jego powołanie.
« Last Edit: (Tue) 19.05.2015, 17:16:38 by Anomalia »