Author Topic: O niewolnictwie kiedyś i dziś  (Read 1004 times)

Ardek

  • Guest
O niewolnictwie kiedyś i dziś
« on: (Tue) 08.04.2014, 21:07:16 »
O niewolnictwie kiedyś i dziś

Kiedyś handel niewolnikami był bardzo intratnym zajęciem. Niewolnictwo było jednym z filarów gospodarki starożytnego Rzymu, było mocno rozpowszechnione w krajach arabskich. Później wraz z rosnącym wpływem chrześcijaństwa, przynajmniej w Europie, zjawisko to powoli zanikało. Jednak powróciło, wraz z budową imperiów kolonialnych przez kraje europejskie.

Historia niewolnictwa związana jest również z uprawami roślin, które wymagają dużego nakładu pracy ludzkiej. Szczególnie ważne miejsce, wśród nich zajmowały plantacje trzciny cukrowej, z której produkowano zarówno cukier, jak i rum. W pewnym momencie największym producentem trzciny była portugalska Madera, do której trafiali liczni afrykańscy niewolnicy. Później byli oni potrzebni zwłaszcza na Karaibach, gdzie również zakładano plantacje, tej niezwykle cennej wówczas rośliny. Innymi roślinami, których uprawa przyczyniła się do wzrostu zjawiska niewolnictwa były: tytoń i bawełna. Z niewolnikami był jednak jeden problem. Mianowicie wielu z nich, w drodze z Afryki do miejsc swojej niewoli umierało z wycieńczenia, popełniało samobójstwa lub wzniecało bunty. Nawet w dzisiejszych czasach, gdy wszyscy ludzie są braćmi (?), w dalszym ciągu handel ludźmi jest niezwykle intratnym zajęciem, a wielkie fortuny zbijają na nim przestępcze organizacje. Według organizacji Free the Slaves na świecie żyje dzisiaj 27 milionów niewolników.

W przemyśle w krajach zachodniej Europy i USA nie potrzeba pracowników przymusowych, gdyż większość rzeczy produkuje się gdzieś w dalekich Indiach, czy Chinach, z dala od oczu Europejczyków, Amerykanów, Państwowej Inspekcji Pracy, czy czegoś podobnego. Wraz z rozwojem techniki, w rolnictwie, nie potrzeba już niewolników. Oczywiście w czasie zbiorów przydadzą się dodatkowe ręce do pracy. Są nimi pracownicy sezonowi z krajów środkowej i wschodniej Europy, którzy zakwaterowani w niespełniających żadnych norm barakach, za najniższą możliwą stawkę, zbierają jabłka, winogrona, pomidory, czy truskawki na polach całej Europy. Harują po kilkanaście godzin dziennie, zarówno, gdy pada deszcz, jak i w czasie upałów. Przecież nie dlatego, że chcą się opalić, a dlatego, że w ich krajach nie ma warunków do normalnego życia. Czy nam to czegoś nie przypomina?

Jednak ci przyjeżdżają na kilka miesięcy i wyjeżdżają, a przecież pracownicy są potrzebni również na stałe. Ktoś przecież musi przynieść basen Hansowi, czy innemu Johnowi. Przecież trzeba posegregować śmieci, pozmywać naczynia w restauracji, a tych prac nie chcą wykonywać nawet Murzyni, których pracowitość została zniszczona przez wszędobylski socjal. Być może, jakieś tęgie głowy zauważyły, że jest taki kraj w Europie, gdzie ludzie są pracowici, łatwo się asymilują. Płace są tam niskie, a podatki wysokie. Tak to nasza Polska. Jeśli tym ludziom, zamiast 1000 złotych, zapłacić 1000 funtów lub euro, to ci przyjadą na swój koszt i jeszcze będą przysyłać pieniądze do kraju, czym zachęcą do przyjazdu kolejnych. Tylko, jak zatrzymać tych ludzi na stałe, przecież większość z nich, chce przyjechać tylko, na chwilę i wrócić z kapitałem do Polski i tam układać swoją przyszłość?

Żeby, co roku liczba pracowników się zgadzała oraz, żeby ci, co przyjechali nie mieli do czego wracać, najlepiej byłoby umieścić na miejscu kogoś, kto przypilnuje, żeby obywatele tego kraju się nie wzbogacili. Może by tak uczynić ministrem finansów, w tym kraju syna brytyjskiego dyplomaty? Ten człowiek stanie się najważniejszą osobą w rządzie premiera, który, niczym wódz afrykańskiego plemienia za garść błyskotek, przehandluje, swoich rodaków. Wiele osób twierdzi, że pan Rostowski to leń i analfabeta ekonomiczny. W mojej opinii, niestety, ten człowiek wykonuje bardzo ciężką pracę, która coraz bardziej go męczy, czego świadectwem są wybuchy złości i nerwowe gesty. Kilka lat temu podczas przesłuchania w amerykańskim Kongresie, na temat wykorzystania środków rządowej pomocy, które miały zapobiec rozprzestrzenianiu się kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, zastępca sekretarza skarbu Neel Kashkari, spocony niczym pan Chlebowski, w trakcie składania wyjaśnień, na temat afery hazardowej, tłumaczył, że pracował w ostatnim czasie bardzo ciężko. Wtedy Dennis Kucinich zapytał: „nikt nie kwestionuje, że pracuje Pan ciężko, pytanie dla kogo Pan pracuje”? Myślę, że gdyby takie pytanie zadać ministrowi finansów naszego kraju, to ten zamilkłby podobnie, jak wówczas pan Kashkari, a odpowiedź w obu przypadkach powinna być podobna. W przypadku Rostowskiego trzy elementy układanki, to London School of Economics and Political Science, George Soros, grupa Bildenberg, które mówią nam, chyba bardzo wiele…

Ostatnio usłyszałem, że teraz jest lepiej, niż przed wiekami, bo nie musimy tyrać na polu swojego pana. Czy na pewno jest to prawda? Przecież w XVI wieku chłopi pracowali na polu pana 1-2 dni w tygodniu. Średnie dochody roczne kmiecia gospodarującego na powierzchni jednego łana, co odpowiada powierzchni 17-25 hektarów, wynosiły około 900 groszy. Dla porównania średnia cena konia to około 480 groszy, a woła 100 groszy, natomiast para butów kosztowała 10-20 groszy. Warto pamiętać, że wówczas buty nie były takiej jakości, jak dzisiejsza chińszczyzna. Nie dawano na nie gwarancji, bo dobry towar jej najzwyczajniej w świecie nie potrzebuje, a szewc przecież musiał dbać o swoją markę. Tak wiem, w późniejszych wiekach los chłopów był gorszy. Najważniejsze jest jednak pytanie, czemu nikt nie uczy dzieci w szkołach historii gospodarczej, czemu nie porównuje się zarobków i cen, które mogłyby ukazać, na co było stać naszych przodków w różnych wiekach? Może komuś zależy, żebyśmy nie odkryli smutnej prawdy, że my dzisiaj też nie jesteśmy wolnymi ludźmi?

Nasz pozorny dobrobyt jest wynikiem rozwoju techniki, dzisiaj również chłopa pańszczyźnianego stać byłoby na zakup ciągnika, czy kilkuletniego samochodu marki Audi i nie potrzebowałby żadnych dopłat z UE. Dziś nasze państwo wyzyskuje nas w większym stopniu, niż szlachcic kilka wieków temu chłopa i jest przy tym o wiele bardziej bezwzględne i skuteczne. Nawet niewolnik w Rzymie mógł zatrzymać 10% swoich dochodów! Pewnie również dzisiaj stać byłoby go na zakup kilkuletniego samochodu…

http://niepoprawni.pl/blog/6430/o-niewolnictwie-kiedys-i-dzis-0



Żydzi a handel niewolnikami - dr Dariusz Ratajczak


Gdybym miał sporządzić ranking najhaniebniejszych profesji wykonywanych przez setki i tysiące lat przez istoty ludzkie, bez wahania wskazałbym na handlarzy niewolników. Niemal słyszę już łaskawsze słowa "postępowców" stwierdzających, że niżej podpisany- niegdyś reakcyjny kłamca i "tak zwany historyk z Opola"- nawrócił się na jedynie słuszną ideologię. Błąd moi mili. Tym większy, że dzisiaj zajmę się sprawą nadzwyczaj drażliwą: dominacją przedstawicieli Wielce Czcigodnego- skądinąd- "Narodu Wybranego" w ogólnoświatowym handlu "żywym towarem". Żeby nie być posądzonym o stronniczość, niniejszy tekst opieram głównie na pracach historyków żydowskich.

Ponad 50 lat temu Jacob Marcus, być może najznamienitszy historyk żydowski połowy XX w., stwierdził w "Encyclopaedia Britannica" : " W wiekach ciemności (dla autora to średniowiecze- DR) handel zachodniej Europy pozostawał głównie w ich (Żydów-DR) rękach, szczególnie handel niewolnikami..." Wspierał tym samym nieco wcześniejszą uwagę S.Grayzela poczynioną w książce "Historia Żyda: od Wygnania Babilońskiego do końca II Wojny Światowej" (Filadelfia 1948): "Żydzi byli najważniejszymi handlarzami niewolników..."

Zauważali to dużo wcześniej chrześcijańscy pisarze starożytni i średniowieczni. Nie mogło być inaczej. Żydowscy handlarze, posiłkując się biciem i- nazwijmy rzecz eufemistycznie- molestowaniem seksualnym, dostarczali z Europy na Bliski Wschód tysiące urodziwych jasnowłosych kobiet i dzieci. Była to rynkowa odpowiedź na preferencje śniadych, kruczoczarnych i przede wszystkim bogatych klientów z Azji oraz północnej Afryki. Możemy tylko domyślać się co czuli wyrwani z ognisk domowych młodzi ludzie, jakie dramaty rozgrywały się na niewolniczych szlakach. Możemy również współczuć, chociaż uczucie to zwykle rezerwujemy dla ofiar znanych z autopsji lub opowiadań żywych świadków historii. Naturalna wybiórczość oraz skończoność ludzkiej pamięci zawsze wpędzają mnie w przygnębienie. Podobnież- okrutna anonimowość zbiorowego cierpienia ludzi żyjących w dawno minionych epokach. Jestem jednak realistą: dzisiaj oni- pojutrze my.

Przytoczone wyżej fakty nie mogą budzić większego poruszenia. Basen Morza Śródziemnego był przecież naturalnym rejonem działania żydowskich handlarzy "żywym towarem". Natomiast współczesne pokolenia wychowane na filmach "made in Hollywood", w których handlarzami czarnych nieszczęśników z Afryki są niezmiennie anglosaskie typy spod ciemnej gwiazdy (exemplum: "Amistad" Stevena Spielberga), za niespodziankę przyjmą twierdzenie, iż Żydzi- niezbyt przecież liczni w angielskich (brytyjskich) koloniach w Ameryce Północnej- dominowali również wśród handlarzy na amerykańskich trasach niewolniczych. Oddajmy w tym miejscu głos żydowskiemu historykowi Marcowi Raphaelowi ("Żydzi i judaizm w Stanach Zjednoczonych: historia dokumentalna", t.14, N. Jork 1983) : " Żydowscy kupcy odgrywali wiodącą rolę w handlu niewolnikami. Rzeczywiście we wszystkich amerykańskich koloniach, czy to francuskich (Martynika), brytyjskich lub holenderskich, żydowscy kupcy często dominowali. Twierdzenie to odnosi się także do kontynentu północnoamerykańskiego, gdzie w XVIII w. Żydzi uczestniczyli w "trójkątnym handlu" polegającym na tym, że niewolników przywożono z Afryki do Indii Zachodnich, tam wymieniano na melasę, którą następnie zabierano do Nowej Anglii, gdzie następowała wymiana na rum, który z kolei wywożono na sprzedaż do Afryki. Od 1750 r. do wczesnych lat 70-tych XVIII w., żydowski handel na kontynencie zdominowali Isaac Da Costa z Charlestonu, David Franks z Filadelfii i Aaron Lopez z Newport".

W Ameryce Północnej głównym punktem handlu niewolnikami był Newport (Rhode Island). Miasto to stanowiło "osiowe" centrum "trójkątnego biznesu". Stąd wywożono rum i melasę do Afryki, by powrócić z "żywym towarem" do Indii Zachodnich oraz kolonii na stałym lądzie. Zapewne nie jest dziełem przypadku, że Newport szczycił się najstarszą synagogą na kontynencie oraz największą i najlepiej prosperującą społecznością żydowską w amerykańskich koloniach Wielkiej Brytanii. Zarabiano ogromne pieniądze kosztem zdrowia i życia "hebanowego ładunku". Wspomniany mieszkaniec Newport Aaron Lopez, potomek portugalskich marranów, był w II połowie XVIII w. jednym z najpotężniejszych handlarzy niewolników w obu Amerykach. Jego licząca dziesiątki statków flota bez przerwy krążyła po wodach Atlantyku. Warunki, jakie zapewniano przewożonym pod pokładami niewolnikom wołały o pomstę do nieba. Z zachowanego sprawozdania z dwóch podróży statku "Cleopatra" (własność Lopeza) wynika, iż wojaży nie przeżyło 250 Murzynów. A mówimy tylko o jednym statku i zaledwie dwóch jego "kursach". Jeżeli nie nazwiemy tego ludobójstwem, to co to słowo właściwie oznacza?!

Żydzi zdominowali handel niewolnikami nie tylko w amerykańskich koloniach, ale i w całym Nowym Świecie. W fundamentalnej pracy autorstwa S.B.Liebmana " Żydowstwo Nowego Świata, 1492-1825: Requiem dla zapomnianych" (N.Jork 1982) czytamy: " Przypływali statkami z Afrykańczykami, których sprzedawano w niewolę. Handel niewolnikami był królewskim monopolem, a Żydów często mianowano królewskimi agentami ich sprzedaży... W całym regionie Karaibów flota handlowa była głównie żydowskim przedsięwzięciem. Statki były ich własnością, obsadzały je żydowskie załogi, żeglowały pod rozkazami żydowskich kapitanów". Inny żydowski badacz przeszłości, Arnold Aharon Wiznitzer (" Żydzi w kolonialnej Brazylii", 1960), dodaje nie bez pewnej dumy: " Kompania Zachodnioindyjska, która zmonopolizowała import niewolników z Afryki, sprzedawała ich na publicznych aukcjach za gotówkę. Tak się składało, że gotówkę przeważnie posiadali Żydzi. Kupcy, którzy pojawiali się na aukcjach byli prawie zawsze Żydami. Z powodu braku konkurencji mogli oni nabywać niewolników po niskich cenach ( a potem odstępować plantatorom na kredyt ściągany przy następnych zbiorach w cukrze- DR).... Jeżeli zdarzało się , że data danej aukcji pokrywała się z żydowskim świętem- odraczano ją. Tak było w piątek, 21 października 1644 r.".

Żydzi byli także posiadaczami niewolników w Ameryce Północnej. Wspomniany Jacob Marcus napisał w innej książce ("Żydowstwo Stanów Zjednoczonych. 1776-1985", Detroit 1989) : " Przez cały wiek XVIII, aż do początków XIX w., Żydzi na Północy mieli własnych czarnych służących (niewolników- DR) ; na Południu kilka plantacji żydowskich opierało się na pracy niewolniczej. W 1820 r. ponad 75% żydowskich rodzin z Charlestonu, Richmond i Savannah posiadało niewolników zatrudnionych w charakterze służby domowej ; ponad 40% żydowskich właścicieli gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych posiadało 1 lub więcej niewolników... Bardzo mało Żydów w USA protestowało z pobudek moralnych przeciwko...niewolnictwu". Dodam do tego wywodu tylko tyle, że mniej niż 10% pozostałych białych Amerykanów było w tym czasie posiadaczami niewolnej siły roboczej.

Solidne publikacje przedstawione powyżej były przede wszystkim adresowane do żydowskiego czytelnika zainteresowanego historią własnego narodu. Jednak w momencie gdy tematem zajęli się mniej lub bardziej "medialni" nie- Żydzi, rozpoczął się-trwający do dnia dzisiejszego- proces umniejszania, wręcz minimalizowania roli Żydów w haniebnym procederze handlu niewolnikami. Wyrazem tego trendu były liczne publiczne wypowiedzi żydowskich naukowców, wzmiankowany film "Amistad" oraz poświęcone mu artykuły na łamach "Time'a" czy "Newsweek'a". Natomiast słynna "Liga Antydefamacyjna" (ADL) zastosowała jedyną znaną jej taktykę wobec adwersarzy: oskarżenie o propagowanie antysemityzmu.
Przyznaję, że zupełnie tego nie rozumiem. Podobno historia jest tylko historią...
dr Dariusz Ratajczak, Internetowa Gazeta Katolików, 2003-05-20

http://www.naszawitryna.pl/
« Last Edit: (Fri) 25.07.2014, 06:58:34 by Anomalia »