Author Topic: Pacjentyzm  (Read 1090 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Pacjentyzm
« on: (Tue) 08.04.2014, 21:16:51 »
Pacjentyzm to nie tylko bezrozumne nabywanie leków. Pacjentyzm to także, a raczej nade wszystko nabywanie wszelkiej pseudowiedzy, której celem jest spowodowanie potrzeby nabywania leków, a przy okazji także usług medycznych. Inaczej mówiąc: żeby się leczyć, trzeba wprzódy zachorować. Gdy już to nastąpi, a więc zachorują, pacjenci albo zdają się na lekarzy, którzy przeczytali mnóstwo książek o leczeniu chorób, ewentualnie sami biorą się za poszukiwanie i czytanie książek o leczeniu chorób. Pacjentyzm właśnie tym się charakteryzuje, iż przyjmuje jako coś normalnego niedorzeczną tezę, że nie ma skutku bez przyczyny; że nie musi się wiedzieć, jak zachorować. Po prostu się choruje, i już. Wtedy trzeba się już tylko leczyć, co dla pacjentów znaczy tyle samo, co dbać o zdrowie. Otóż nie! Nie ma skutku bez przyczyny! Żeby zachorować, potrzebna jest wiedza, jak to zrobić. Ktoś powie, że nigdzie taka wiedza nie jest dostępna. Bynajmniej. Tę wiedzę pacjent ma wtłaczaną do głowy już od najmłodszych lat.

Przez całe życie jesteśmy bombardowani papką informacyjną noszącą wszelkie znamiona chorobotwórczej. Można by z tego złożyć nie jedną książkę, ale setki, tysiące. Tak – tysiące książek trzeba przeczytać, żeby się w końcu pochorować. Gdyby przynajmniej człowiek zdał sobie sprawę, o czym naprawdę są te książki, ale gdzież tam. Już same tytuły są tyle samo mówiące, co zwodnicze: „Kącik zdrowia”, „Pij mleko, będziesz wielki”, „Pij co najmniej 3,5 litra wody codziennie”, „Unikaj tłuszczów zwierzęcych”, „Cukier to biała śmierć”, „Sól to biała śmierć”, „Cholesterol to twój wróg”, „Sport to zdrowie”, „Musisz jeść posiłki jak najbardziej zróżnicowane”, „Jedz pięć posiłków dziennie i o stałych porach”. To tylko niewielki przegląd literatury, którą powtarza się pacjentowi tyle razy, aż w końcu uwierzy, że te brednie mają na celu zachować jego zdrowie. A potem, gdy już zachoruje, nie wie, nawet nie zastanawia się dlaczego, tylko bierze się za czytanie innych książek – o leczeniu.

Źródło: bioslone.pl



Wynajdywacze chorób - jak robi się z nas pacjentów
http://www.youtube.com/watch?v=RcI0Zxz0mzY



Homo Patients

Zanim weźmiemy swoje zdrowie we własne ręce, najczęściej na własnej skórze musimy się przekonać, że to właśnie medycyna jest największym dla niego zagrożeniem. I w zasadzie nie ma co się dziwić, gdyż leczenie ludzi i sprzedawanie im leków jest po prostu zarabianiem pieniędzy na chorobach, więc nikt nie jest zainteresowany zdrowiem społeczeństwa, bo nie ma w tym żadnego interesu. Można zatem powiedzieć, że zdrowe społeczeństwo jest hamulcem rozwoju medycyny jako bardzo dochodowej branży, pod względem dochodowości ustępującej jedynie przemysłowi zbrojeniowemu. By zapewnić sobie stały i pewny rynek zbytu w przyszłości, farmaceutyczno-medyczne lobby postanowiło stworzyć na swoje potrzeby szczególny gatunek ludzi – Homo patiens; nabywców leków i usług medycznych. Przyjrzyjmy się kilku najbardziej spektakularnym przedsięwzięciom w dążeniu do realizacji tego planu.

[size=12][Pacjent (łac. Homo patiens) – specjalny gatunek człowieka, który dzięki indoktrynacji propagandy medycznej stał się bezwolnym nabywcą leków i usług medycznych. Pojawił się na początku XXI wieku jako zabezpieczenie przed niedoborem pacjentów grożącym bankructwem farmaceutyczno-medycznego kartelu, więc hodowla tego gatunku stała się priorytetem współczesnej medycyny.][/size]

Służba Zdrowia

Instytucję zajmującą się wyłącznie chorobami nazywa się... służbą zdrowia. Czy to pomyłka, czy sprytnie przemyślana intryga mająca na celu zakamuflowanie rzeczywistości? Ileż to ludzkich nieszczęść można by uniknąć, gdyby rzecz nazwać po imieniu – służba chorób. Wówczas wielu by się zastanowiło czy aby to jest ta instytucja, na którą powinni liczyć, jeśli zależy im na własnym zdrowiu. A tak... skoro lekarz jest przedstawicielem służby zdrowia to znaczy, że musi mieć odpowiednie kwalifikacje, by zajmować się zdrowiem swoich pacjentów, więc... można zaufać mu bez reszty i powierzyć swój najcenniejszy skarb – zdrowie własne, a także najbliższych. Zwłaszcza że samemu podstawowej wiedzy o zdrowiu się nie ma, bo niby skąd? Przecież nie uczą tego w żadnych szkołach. Naiwni sądzą, że na studiach medycznych jest taki przedmiot, ale go tam nie ma. Zresztą, do czego byłaby potrzebna wiedza o zdrowiu lekarzowi? Przecież jego zadaniem jest wypisywanie recept...

W rzeczywistości lekarz jest po prostu wykształconym dystrybutorem leków, tym skuteczniejszym, im większe zaufanie mają do niego ich nabywcy – pacjenci, natomiast w kwestii zdrowia lekarz jest absolutnym ignorantem. No, chyba że z własnej inicjatywy zechce pogłębić swoją wiedzę. Trzeba z satysfakcją odnotować, że takie przypadki zdarzają się coraz częściej. I nie chodzi tutaj o lekarzy „przekwalifikowanych” na tzw. medycynę alternatywną, lecz tych, którzy zrozumieli, że choroba nie wynika z niedoboru leków.

Podobnie kłamliwie nazwaną instytucją jest Ministerstwo Zdrowia, więc nie ma sensu przekonywać, iż w rzeczywistości jest to Ministerstwo Chorób i Dystrybucji Leków.

Inną ciekawą nazwą jest szpital, w którym, jak wiadomo, przebywają wyłącznie chorzy, ale wg definicji „Ministerstwa Zdrowia” jest czymś innym, bo: „Zakład opieki zdrowotnej jest wyodrębnionym organizacyjnie zespołem osób i środków majątkowych utworzonym i utrzymywanym w celu udzielania świadczeń zdrowotnych i promocji zdrowia.” Gdzie tu choroby i chorzy? Samo zdrowie...

Na pierwszy rzut oka takie fałszowanie nazewnictwa może się wydawać mało istotne, ale gdy weźmiemy pod uwagę cel nadrzędny medycyny, tj. stworzenie specjalnego gatunku człowieka – pacjenta całkowicie uzależnionego od leków oraz usług medycznych, to okazuje się, że utożsamianie leczenia ze zdrowiem ma swój sens, gdyż zapewnia farmaceutyczno-medycznemu lobby osiąganie coraz większych zysków. Bez pacjentów ten biznes po prostu szybko by zbankrutował, a tak... sami widzimy, jak jest.

Choroby

Kolejnym krokiem w kreowaniu ludzi na pacjentów są choroby. Zwykłe przeziębienie, nowotwór, czy też wrodzoną niezdolność do życia nazywa się tak samo – chorobami. A skoro tak – to są groźne dla naszego organizmu i należy z wszelkimi objawami chorobowymi walczyć. Tym sposobem przepisuje się ludziom leki blokujące objawy chorobowe także w przypadkach, gdy proces chorobowy przebiega prawidłowo, a więc wszelka interwencja w jego przebieg może jedynie zaszkodzić.

Nie informuje się społeczeństwa, że choroby infekcyjne są naturalnym procesem oczyszczania organizmu z toksyn, czyli ich wystąpienie jest korzystne dla naszego zdrowia, i w naszym interesie jest po prostu je odchorować, by oczyścić organizm z zalegających w nim toksyn i przy okazji, w sposób naturalny, nabyć odporność przeciwko drobnoustrojom, które je wywołują. W zamian za to zachęca się, a nierzadko wręcz przymusza ludzi do sztucznego nabywania odporności przy pomocy iniekcji zanieczyszczonymi substancjami, zwanymi szczepionkami.

Darmowe badania

To jest szczyt bezczelności koncernów farmaceutycznych z jednej strony i ludzkiej naiwności z drugiej. Darmowe badania – też coś! Jak to? Nikt nie płaci? Ależ płaci! Kto? Oczywiście... pacjenci.

Na ogół są to akcje nagłaśniane w środkach masowego przekazu, wykorzystujące strach jako główny atut. Same badania mają tyko jeden cel – wykryć nieprawidłowość. Następnie straszy się i tak już wystraszonego pacjenta, że jest źle, albo bardzo źle, a może być jeszcze gorzej, jeśli nie zastosuje drogich leków – oczywiście tej firmy, która te rzekomo darmowe badania „sponsoruje”.

Innymi słowy: (rzekomo) darmowe badania to tani i niezwykle skuteczny sposób nie tylko na zwiększenie zysków i tak już bardzo dochodowych koncernów farmaceutycznych. To także doskonały sposób na wykreowanie gatunku ludzi całkowicie uzależnionych od farmaceutyków, zdanych na wyniki badań, ci zaś te działania przyjmują (z wdzięcznością) jako przejaw czyjejś troski o ich zdrowie.

Lekarz rodzinny

W rzeczywistości lekarz rodzinny to rzecznik interesów biznesu medycznego sprytnie usytuowany w newralgicznym punkcie każdego społeczeństwa – rodzinie. Jego zadaniem jest nie tylko bezpośrednia dystrybucja leków i usług medycznych, ale także ważna rola dydaktyczna w wychowywaniu młodych członków rodziny na przykładnych pacjentów – nabywców leków i usług medycznych. Żaden inny biznes nie ma tak świetlanej przyszłości.

Autor: Józef Słonecki

Źródło: portal.bioslone.pl
« Last Edit: (Mon) 09.03.2015, 12:16:39 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Pacjentyzm
« Reply #1 on: (Sat) 08.08.2015, 02:29:13 »
Kilka uwag o państwie terapeutycznym



Analizując rolę medycyny we współczesnym świecie, należy spojrzeć na nią w kontekście tego, co za Thomasem Szaszem, nazywane bywa „państwem terapeutycznym”. W uproszczeniu, koncepcja ta określa system państwowych i związanych z państwem instytucji, które swoją legitymizację czerpią z zapewniania obywatelom zdrowia, a co za tym idzie zainteresowane są w medykalizacji coraz szerszej sfery ludzkiego życia – im więcej zachowań, stanów medycznych, dolegliwości uznanych zostanie za chorobę, tym większe możliwości działania i rozbudowy swoich wpływów i władzy mają aparaty zajmujące się zdrowiem. Używanie narkotyków, palenie papierosów, nadmierne jedzenie, kradzieże w sklepach (kleptomania), zachowania seksualne, uprzedzenia rasowe, poglądy polityczne, żałoba, nieśmiałość, nieposłuszeństwo obywatelskie, samobójstwo, ciąża, narodziny, starość, śmierć – praktycznie wszystko może zostać uznane za chorobę albo symptom choroby. Pojawiają się coraz to nowe choroby jak syndrom chronicznego zmęczenia, fobia socjalna, małe piersi u kobiet, dysfunkcjonalność seksualna, łysienie, nowe choroby dziecięce, jak „nadpobudliwość” czy deficyt uwagi.

W państwie terapeutycznym, którego początek w USA Thomas Szasz wiąże z medykalizacją narodzin w postaci motywowanego względami higienicznymi obrzezania męskich noworodków, politycy i urzędnicy w kitlach naukowców definiują, co jest chorobą i co należy robić, żeby ją „zwalczyć”. Jak pisał Sheldon Richman w swoim artykule „Zdrowie jest zdrowiem rządu” (ang. Health is the Health of the State, „Freedom Daily”, 2002), współczesna władza opiera się na „doktrynie, że wszystkie problemy są problemami zdrowotnymi i wszystkie problemy zdrowotne są sprawą rządu”. Narasta polityzacja zdrowia, medykalizacja polityki i problemów społecznych, państwo wykazuje wielkie zainteresowanie koncepcjami choroby i zdrowia, aparat państwowy przejmuje odpowiedzialność za zdrowie obywateli.

Jak pokazuje Thomas Szasz, od lat 50. ubiegłego wieku następuje w USA stały wzrost wydatków państwa na zdrowie – od 1960 do 1998 roku wydatki państwa w tej dziedzinie na głowę obywatela wzrosły ponad stukrotnie. Rośnie też liczba lekarzy i coraz bardziej rozrastają się instytucje zdrowia publicznego. Szasz uważa, że zachodzi transformacja USA z konstytucyjnej republiki w państwo terapeutyczne, gdzie medyczne symbole grają role symboli patriotycznych, a rządy prawa zastępowane są przez rządy medycznej władzy i „terapii”. W odwrocie jest dawna inspirowana socjalizmem legitymizacja państwa socjalnego, która zastępowana jest legitymizacją zdrowotną i medyczną. Nadchodzi, prorokuje Szasz, „farmakratyczna tyrania”.

Kiedy na przykład w 2004 roku rząd prezydenta Busha postanowił uznać „otyłość” za chorobę, to tego typu posunięcie natychmiast mobilizuje całość aparatu państwowego, gdyż w grę wchodzą: edukacja, prewencja, monitorowanie, kontrola, polityka żywieniowa, terapie, regulacje i przepisy prawne, służba zdrowia, finanse (kwestie podatkowe, refundowania kosztów) etc. Otyłość nie jest już sprawą osobistą jednostki, lecz podlega kontroli i interwencji państwa. Mówi się nawet o „epidemii otyłości”. Wprawdzie nie jest to realna epidemia, bo na razie nie odkryto żadnego wirusa, który powoduje otyłość, ale tak ma być traktowana – język modelu infekcyjnego choroby jest używany do opisywania stanu organizmu, w sposób oczywisty spowodowanego przez czynniki w dużej mierze zależne od samego człowieka (przy braku wirusa otyłości w odwodzie pozostaje zawsze „gen otyłości”).

Na przykład, różnego rodzaju definicje chorób zakaźnych i środki podejmowane dla zwalczania  ich „epidemii” należy widzieć w kontekście państwa terapeutycznego, dla którego nowa choroba infekcyjna i zakaźna jest znakomitym pretekstem do rozszerzenia swojej władzy. Ale państwo terapeutyczne pozostaje w ścisłym związku z tymi, którzy „produkują i sprzedają” terapie, czyli z przemysłem farmaceutycznym. Jeśli wokół jakiejś choroby zakaźnej zbuduje się ogromny międzynarodowy program pomocy, w którym beneficjenci są identyfikowalni, a donatorzy (podatnicy) anonimowi, zyski zogniskowane, koszty rozproszone, straty zsocjalizowane, to korporacje farmaceutyczne należą, co oczywiste, do beneficjentów – oprócz tego, że sprzedają swoje wyroby na rynku, to otrzymują olbrzymie zamówienia od rządów oraz innych instytucji i nie muszą się martwić tym, czy pacjentów stać na lekarstwa. Z punktu widzenia farmaceutycznej korporacji nowa choroba oznacza rozszerzenie rynku i nowe zyski. Interesy koncernów farmaceutycznych zbieżne są z interesami biurokracji ds. zdrowia publicznego, międzynarodowych i narodowych instytucji i organizacji. „Big Therapeutical Government”, „Big Biomedical Science” i „Big Business” tworzą jeden wielki symbiotyczny układ, dla którego człowiek jest „dwunożną wiązką diagnoz”, a medycyna technologiczno-farmakologiczna stanowi naturalne środowisko działania. Wspólnie zainteresowane są, jak to ujął, Thomas Szasz, w „nieograniczonej podaży pacjentów potrzebujących pomocy”.

Nie należy zapominać o podstawowym fakcie: dla koncernów farmaceutycznych rynkiem jest ciało człowieka, a także jego umysł, o tyle, o ile i umysł można „leczyć” środkami farmakologicznymi. Ciało staje się z jednej strony własnością państwa w zsocjalizowanym systemie medycyny państwa terapeutycznego, a równocześnie „dzierżawione” jest przez prywatne koncerny farmaceutyczne. Są one, tak samo jak funkcjonariusze państwa terapeutycznego, zainteresowane medykalizacją jak największego obszaru stanów ludzkiego ciała i umysłu, jak największej liczby ludzkich zachowań. Im większa medykalizacja życia codziennego, tym dla nich lepiej. Ich zyski zależą od kontynuacji i ekspansji chorób. Zatem pojawiają się nowe choroby, zwykłe dolegliwości zamieniają się w problemy medyczne, lekkie objawy w ciężkie, ryzyko występujące w życiu staje się chorobą. Z pomocą zaprzyjaźnionych mediów, które wywołują panikę i histerię na temat chorób, kreuje się jak największy zasięg zjawiska, rozszerza granice chorób, aby maksymalizować potencjalne rynki. Jak napisali Ray Moynihan, Iona Heath i David Henry w artykule opublikowanym pierwotnie na łamach „British Medical Journal” w 2002 roku („Selling sickness: the pharmaceutical industry and disease mongering”), dużo pieniędzy można wyciągnąć od zdrowych ludzi, którzy sądzą, że są chorzy”. Biznes farmaceutyczny działa tak jak każdy biznes – „tworząc nowe potrzeby i nowe pragnienia” – w tym przypadku trzeba przekonać ludzi, że są chorzy, a wtedy pojawi się u nich potrzeba kupienia nowego leku.

Wielki biznes farmaceutyczny, który od momentu wynalazku antybiotyków staje się ponadnarodowy (wcześniej działały małe, lokalne, ewentualnie narodowe firmy), jest dziś jedną z najbardziej zyskownych gałęzi przemysłu. Operuje zestandaryzowanymi dawkami – niezależnie od tego, gdzie na kuli ziemskiej żyje chory lub „chory” i kim jest, lek jest dla niego właściwy. Zasada „pill for every ill” jest podstawą jego działania. Zainteresowany jest medycyną, w której dominującą rolę odgrywają testy laboratoryjne opierające się na statystycznej, a nie absolutnej zgodności pomiędzy wynikami testu a danymi zaburzeniami w organizmie. W ten sposób tworzy się wielkie rynki, gdyż z jednej strony testy są coraz doskonalsze i wykrywają „stan chorobowy” u coraz większych grup ludzi, a z drugiej tak ustala się poziom jakiegoś wskaźnika choroby, np. cholesterolu, aby coraz więcej ludzi uznawanych było za chorych, a tym samym stawało się klientami firm farmaceutycznych.

Stworzyć wielki międzynarodowy, długoterminowy rynek leków – to jest zasadniczy cel marketingowej strategii koncernów farmaceutycznych. Tej strategii wszystko jest podporządkowane: testowanie, diagnozowanie, statystyki, badania naukowe, terapie etc. Thomas Szasz pisze, że definicje chorób i leczenia są dziś kontrolowane przez monopolistyczny sojusz establishmentu medycznego i państwa. W skład tego sojuszu wchodzi trzeci koalicjant, czyli korporacje farmaceutyczne, biofarmaceutyczne, biotechnologiczne etc.

Cytowani wyżej autorzy z „British Medical Journal” napisali, że wytwarza się nowa „konstrukcja choroby” z punktu widzenia korporacji farmaceutycznych, konstrukcja, która zbiega się z konstrukcją wytwarzaną przez biurokrację zdrowotną. Farmaceutyczne firmy aktywnie sponsorują definicje chorób i propagują je zarówno wśród lekarzy przepisujących leki, jak i wśród tych, którzy je zażywają.

O ile klasyczna nozologia, której celem była empiryczna słuszność i naukowa rzetelność, nie zajmowała się leczeniem chorób, o tyle nowa nozologia, której celem są polityczne i zawodowe profity, czyni możliwość terapii jednym z kryteriów choroby, a to leży przecież w polu najwyższego zainteresowania koncernów farmaceutycznych. Jeśli, pisze Szasz, jakiś lek czy terapia są klasyfikowane jako „leczenie”, przedmiot „leczenia” jako „pacjent”, jego zachowanie po leczeniu jako „poprawę”, wtedy ipso facto „ma on chorobę”. Szasz pisze, że reakcja na terapię staje się jednym z kryteriów diagnostycznych, np. popularność Prozacu jest traktowana jako dowód, że depresja jest powszechnym zjawiskiem; aprobata Prozacu i innych antydepresantów przez instytucje państwowe dowodzi, że depresja jest chorobą.

Ludwik Pasteur stwierdził, że kiedy zastanawia się nad chorobą, nigdy nie myśli o lekarstwie na nią. Jeśli „farmakrata” (funkcjonariusz państwa terapeutycznego albo badacz na usługach korporacji farmaceutycznych) zastanawia się nad chorobą, to nie myśli o niczym innym jak o lekarstwie. W klasycznej nozologii diagnoza była oddzielona od terapii, obecnie mamy okres przejściowy, w którym diagnoza i terapia zaczynają zlewać się ze sobą, na końcu tej drogi będzie sytuacja taka, w której terapia poprzedza diagnozę, innymi słowy, mamy terapię, na przykład nowe leki i poszukujemy dla nich choroby. Oczywiście może być też tak, że leki stosowane na pewne choroby znajdują zastosowanie przy innych chorobach. Stare leki (ich reprodukcje i rekombinacje) szukają dla siebie nowych zastosowań – tak było z antyrakowym lekiem AZT, który przez 30 lat nie był stosowany ze względu na swoją nieskuteczność w terapii antyrakowej, a potem „odkryto” chorobę, która była jakby dlań stworzona (AIDS) Tak też było w przypadku pierwszych leków psychiatrycznych, które pierwotnie stosowano w leczeniu infekcji i dopiero później – kiedy zauważono, że zmieniają one stan psychiczny pacjentów – dopasowano do nich choroby, dzięki czemu mogła dokonać się rewolucja psychofarmakologiczna, która dała początek biopsychiatrii oraz „chemicznej” teorii zaburzeń psychicznych (naukowcy przedstawiają dziś tę teorię już nie jako „biologiczną rzeczywistość”, lecz jako „metaforę”). Ta rosnąca przewaga terapii nad diagnozą ma, rzecz jasna, związek z obowiązującą ideologią medyczną, która nie traktuje zdrowia przede wszystkim jako czegoś, co zachowujemy dzięki temu, że żyjemy w pewien sposób, ale interpretuje je jako stan odbudowany dzięki terapii.

Francis Fukuyama powiedział: „Istnieją silne naciski, by rozszerzyć zakres sfery terapeutycznej. Przyczyną są względy czysto ekonomiczne, przede wszystkim naciski przemysłu farmaceutycznego. Odkąd firmy farmaceutyczne w Stanach Zjednoczonych uzyskały pozwolenie na reklamowanie Prozacu w telewizji, wymyśliły szereg nowych chorób. Jedynym powodem, dla którego ludzie się o nich dowiedzieli, było to, że firma chciała znaleźć dodatkowe zastosowania dla leku” (wywiad dla „Gazety Wyborczej”, 20-21 marca 2004).

Stworzono nową chorobę nazwaną „fobią socjalną” i powiększył się rynek dla antydepresantów – LaRoche już ma (miała?) anrovix czy coś w tym rodzaju dla zwalczania tej choroby. W 2003 roku FDA zaaprobowała lek xenical jako lekarstwo dla otyłych nastolatków, a w 2004 roku otyłość została przez rząd amerykański uznana za chorobę. Nowe choroby dziecięce jak „nadpobudliwość” czy „deficyt uwagi” (problem kształcenia dzieci ma być rozwiązywany dzięki lekom), są nieodłączne od terapii: ritalin zażywany jest przez miliony dzieci amerykańskich. Jak zauważył Francis Fukuyama (Koniec człowieka, wywiad dla „Polityki” 2004, nr 12) wokół ritalinu (nowych chorób dziecięcych) wytworzyła się koalicja: lekarze, którzy zwietrzyli nowy rynek na swoje usługi, przemysł farmaceutyczny oraz czynniki instytucjonalno-polityczne – nauczycielskie związki zawodowe, Ministerstwo Edukacji i Krajowy Instytut Zdrowia Psychicznego. Ten sam schemat działania występuje w przypadku wielu chorób.

Związki pomiędzy oboma tymi sektorami „biowładzy” są często przedstawiane w diametralnie odmienny sposób. Jedni uważają, że władza polityczna, instytucje i biurokratyczne struktury państwa terapeutycznego (także te międzynarodowe jak WHO) kontrolują działania przemysłu farmaceutycznego, bo to one aprobują leki określonych producentów, i kupują drogie, opatentowane leki produkowane przez największe korporacje, inni natomiast są skłonni uważać, że jest na odwrót, że to farmaceutyczne korporacje podporządkowały sobie instytucje i wintegrowały je w swoją strategię marketingową. Wydaje się, że oba te poglądy są zbyt skrajne i, jak to często bywa, „prawda leży pośrodku”.

Na przykład były sekretarz stanu Colin Powell stwierdził kiedyś, że dla zwalczenia epidemii AIDS potrzebne jest partnerstwo sektora publicznego i prywatnego. I to wydaje się właściwym ujęciem: partnerstwo, współpraca, kooperacja przy zawsze zdarzających się naturalnych sprzecznościach interesów. Tak jak zawsze to bywa w sojuszu występują napięcia i konflikty, walki koalicjantów i frakcji. Naukowcy badają i ustalają, instytucje aprobują, korporacje patentują, produkują zaaprobowane leki, dostają monopol i sprzedają leki, zarówno osobom prywatnym, jak i instytucjom państwowym i organizacjom międzynarodowym. Państwo terapeutyczne i korporacje farmaceutyczne są jak bracia syjamscy, nierozerwalnie ze sobą złączeni. Ono dąży do rozszerzenia swej władzy i zwiększenia środków, które rozdziela, one chcą maksymalizować zyski i zarazem mieć pewien udział we władzy. Oba elementy są wobec siebie komplementarne tworząc wspólnie system „biowładzy”, system, w którym kontroli podlega ciało człowieka, jego biologia i fizjologia, jego życiowe funkcje, zachowania, obyczaje, nałogi, które wcześniej pozostawały prywatną sprawą jednostki. Cały system buduje swoją legitymizację na zapewnieniu człowiekowi zdrowia, na zwalczaniu chorób, wykorzystując strach i nadzieję: dwa najpotężniejsze motory ludzkiego działania. Kwestia rozmaitych pandemii i epidemii chorób zakaźnych winna być widziana i wyjaśniana właśnie w tym kontekście. Choroba infekcyjna i zakaźna, jako „zagrożenie zdrowia publicznego”, unieważnia dzisiaj prawo człowieka do bycia chorym, gdyż tutaj chory człowiek jest zagrożeniem dla innych ludzi, więc jego choroba nie jest jego prywatną sprawą, ale sprawą publiczną, która wymaga politycznej, administracyjnej, a także farmakologicznej interwencji.

Przyjrzyjmy się jeszcze temu problemowi od strony korporacji farmaceutycznych, aby zobaczyć, jak „konstrukcja choroby” służy ich interesom, rozszerzeniu rynku i zwiększeniu zysków. Korporacje farmaceutyczne są ważnym czynnikiem przy powstawaniu i utrwalaniu „naukowych hipotez” biomedycznych, które nie powstają na drodze naukowego poszukiwania prawdy, ale w wyniku gry strukturalnych, instytucjonalnych konieczności i interesów oraz zgodnie z obowiązująca ideologią medyczną.

Wielki biznes farmaceutyczny i cały kompleks medyczno-przemysłowy działa w oparciu o materialistyczny, redukcjonistyczny i monokausalny model medycyny, w sporze pomiędzy „laboratorium” a „kliniką” bierze zawsze stronę laboratorium, mając do wyboru pomiędzy modelem infekcyjnym a intoksykacyjnym zawsze wybiera ten pierwszy. Na chorobie, której przyczyny tkwią w nadmiernym obciążeniu organizmu, np. w wyniku niezdrowego trybu życia, nie można wiele zarobić. Kardiologowie badają na przykład, czy w przypadku choroby wieńcowej przyczyną nie jest bakteria. Z punktu widzenia korporacji taki rezultat naukowych poszukiwań byłby bardzo korzystny, bo natychmiast wzrosłaby sprzedaż antybiotyków zabijających bakterię. W eseju „Choroba jako metafora. AIDS i jego metafory” (1989) Susan Sontag pisze, że kiedy prezydent Nixon wysuwał obietnice „pokonania raka”, miał na myśli przede wszystkim znalezienie lekarstwa na raka. Jeśli wirus powoduje raka, teraz trzeba na niego znaleźć lek, wyprodukować go, dostarczyć chorym – infekcyjny model raka z radością byłby przywitany przez korporacje farmaceutyczne.

Podobnie jak funkcjonariusze instytucji, korporacje nie są zainteresowane konkurencją teorii i hipotez, potrzebna jest im jedna „słuszna” teoria, taka, która prowadzi do jak największej liczby klientów i maksymalizacji zysków. Jest zatem rzeczą oczywistą, że z tego względu pewne teorie i hipotezy cieszyć się będą ich uznaniem i wsparciem, a inne nie.

Na przykład od dawna już toczy się spór na temat przydatności, skuteczności i szkodliwości rozmaitych szczepień. Ten spór toczyłby się na płaszczyźnie naukowej, gdyby nie to, że wynik sporu ma bardzo wymierne skutki. W 1980 roku sekretarz generalny WHO Halfdan Mahler stwierdził:
Quote
„Jeśli rocznie chcemy uratować 6 milionów dzieci przed śmiercią od gruźlicy, kokluszu, dyfterytu, odry, paraliżu dziecięcego, musimy zaszczepić rocznie 100-120 milionów dzieci”.
Oznacza to, że ktoś musi wyprodukować 100-120 milionów szczepionek rocznie, które ktoś inny zamawia i za które płaci.

W takiej sytuacji naukowa hipoteza, że być może szczepionki nie są żadnym ważnym czynnikiem przy zwalczaniu rozmaitych chorób, ma niewielkie szanse na to, żeby została uznana za słuszną, natomiast teza, że szczepienia są absolutnie konieczne, ma za sobą nie tylko argumenty naukowe, ale instytucję, która zamawia, zakupuje i rozdziela szczepionki oraz tych, którzy szczepionki produkują i sprzedają. Spór pomiędzy dwoma naukowymi hipotezami nie odbywa się w neutralnej przestrzeni, w której następuje wymiana racjonalnych argumentów, ale w przestrzeni, w której jedna ze stron ma o wiele większe szanse przeforsowania swoich (hipo)tez, bo za jej argumentacją stoją potężne interesy polityczne i finansowe, dla których wynik naukowego sporu nie jest obojętny. Dotyczy to setek innych przypadków – na przykład na wynik naukowego sporu na temat wartości mleka matki i zalet naturalnego karmienia czekają firmy produkujące sztuczne mleko i odżywki dla dzieci, i być może nie tylko biernie czekają, ale aktywnie starają się wpłynąć na ten spór. Naukowiec, który prezentuje tezę, że lepsze jest mleko sztuczne niż mleko matki, nie musi być posiadaczem ani jednej akcji którejś z firm produkujących sztuczne mleko, ale fakt, że jego naukowe wywody mogą zostać idealnie wkomponowane w „reklamowy dyskurs” takiej firmy, w jej strategię marketingową, że od niego w pewnym stopniu zależą zyski tej firmy, jest faktem znaczącym i powinien być brany pod uwagę.

Od kiedy zdrowie człowieka stało się sprawą publiczną – zagadnieniem, którym zajmują się  instytucje państwa  – spory dotyczące rozmaitych schorzeń i praktyk medycznych przestały być wyłącznie debatami naukowymi.  Nabrały również znaczenia politycznego – stały się sporami o zakres władzy podmiotów zajmujących się „zdrowiem publicznym”. Ponadto współczesna „debata o zdrowiu” jest automatycznie sporem o pieniądze, w tym o pieniądze dla korporacji farmaceutycznych, dla całego przemysłu biomedycznego i biofarmaceutycznego i wszystkich innych firm, które czerpią zyski z obowiązujących dziś hipotez i paradygmatów medycznych. Debaty naukowe na ich temat widzieć należy poprzez pryzmat ogólnej tendencji obserwowanej w ostatnich dwóch dziesięcioleciach, która polega na tym, że wielki biznes farmaceutyczny stosując najrozmaitsze metody, od jawnej korupcji po subtelny nacisk, stara się przejmować kontrolę i wpływać na wszystko, co określa jego zyski: system kształcenia lekarzy, instytucje edukacyjne i badawcze, badania biomedyczne, czasopisma naukowe, informacja medyczna, typy ekspertyz, diagnostyka, organizacja i finansowanie służby zdrowia, lekarze i ich obyczaje „receptowe” – wszystko wchodzi w zakres zainteresowania korporacji. Przemysł farmaceutyczny i przemysły pokrewne subsydiują badania biomedyczne, rozdzielają „granty”, fundują instytuty, katedry, profesury na uniwersytetach i w klinikach, gdzie testowane są leki i rozwijane terapie.

Korporacje farmaceutyczne sponsorują czasopisma medyczne, finansują suplementy do nich, w których drukuje się materiały ze sponsorowanych konferencji i kongresów – pismo nadaje tym materiałom wiarygodność, a potem prasa popularna przedstawia je jako naukowe. Szacuje się, że połowa artykułów pisanych w czasopismach medycznych napisana jest przez ghostwriterów pracujących dla agencji medycznych wynajmowanych przez korporacje. Agencje produkują artykuły do czasopism naukowych, w których zamiast autora widnieje dopisek „DU,” czyli „do ustalenia” – potem dopiero uczony z odpowiednią renomą daje swoje nazwisko, oczywiście za opłatą. Czasopisma medyczne stają się wehikułami propagandy i reklamy, zaciera się różnica pomiędzy artykułem naukowym i reklamą produktu. W wywiadzie udzielonym pismu „The Nation” (9 kwietnia 2001) John le Carré stwierdził, że „Big Pharma” jest zaangażowana w celowe „uwiedzenie” zawodu lekarskiego, kraj po kraju, na całym świecie, wydaje ona wielkie pieniądze, aby wpływać na opinie naukowe, wynajmować je i kupować. Jeśli się tego procesu nie zatrzyma, przewiduje autor Ze śmiertelnego zimna, to za kilka lat trudno będzie znaleźć opinię z dziedziny nauk medycznych, która nie byłaby opłacona.

W czerwcu 2002 roku redakcja „New England Journal of Medicine” oświadczyła, że nie może już przestrzegać zasady, iż autorzy piszący o terapiach i lekach nie mają finansowych powiązań z korporacjami, które te terapie i leki sprzedają. Powód: redakcja „NEJM” nie mogła znaleźć ekspertów, którzy nie mieliby takich powiązań.

W 2003 roku w Wielkiej Brytanii ujawniono, że naukowcy będący doradcami rządu w sprawach zdrowia i ochrony środowiska mają ścisłe związki z korporacjami farmaceutycznymi i biotechnologicznymi, np. ci, którzy doradzają, jakie leki mają być refundowane z budżetu państwa, zasiadają w radach konsultacyjnych i naukowych firm, są ich akcjonariuszami, dostają od nich „granty” na badania.

Zjawiska te wpisują się w szerszą tendencję zapoczątkowaną około drugiej połowy lat 70. zeszłego stulecia, kiedy mur pomiędzy światem akademickim a światem korporacji zaczyna być stopniowo burzony za pomocą ciężkich pieniędzy z korporacji farmaceutycznych i biotechnologicznych płynących do niedofinansowanych uniwersytetów, do badaczy (biologów, genetyków etc.), którzy dostrzegli szansę na zarobienie tylu pieniędzy, co ich koledzy w sektorze prywatnym. Od końca lat 70. możliwe stało się w USA patentowanie odkryć biologicznych, technik biologicznych czy bytów biologicznych i robienie pieniędzy na ideach biologicznych. Za prezydentury Ronalda Reagana weszły w USA w życie ustawy zezwalające uniwersytetom na patentowanie, także w celu odsprzedawania praw patentowych, tych odkryć, które zostały sfinansowane z budżetu Narodowego Instytutu Zdrowia, zaczęły powstawać małe spółki biotechnologiczne tworzone przez naukowców, prowadzące badania i sprzedające licencje. Co trzeci lek znajdujący się obecnie na rynku jest produkowany przez wielkie korporacje na podstawie licencji odkupionej od uniwersytetu lub małej spółki biotechnologicznej, zwykle powiązanej przynajmniej personalnie z uniwersytetem. Zawiązał się komercyjny sojusz pomiędzy ośrodkami badawczymi, uniwersytetami i korporacjami farmaceutycznymi, możliwe stają się wspólne patenty korporacji, osób prywatnych i instytucji akademickich. Znaczna część naukowców biomedycznych mających finansowe powiązania z przemysłem farmaceutycznym prowadzi badania, których zasadniczym celem jest zidentyfikowanie rynków chorób i zapewnienie największych zysków na tych rynkach dla producentów leków. Powstała grupa naukowców-przedsiębiorców, uniwersytety zaczynają działać na takich zasadach jak koncerny. Cel, jakim było poszukiwanie prawdy, podporządkowany zostaje innym celom – poszukiwaniu zysku i bogactwa. Utajnia się wyniki badań i odkryć, aby konkurencja się nie dowiedziała. Brytyjski filozof nauki John Ziman nazywa to nauką postakademicką, w której nie obowiązują: tradycyjna ciekawość, pragnienie rozszerzenia wiedzy naukowej, bezinteresowne poszukiwanie prawdy, swobodna dyskusja. Mamy do czynienia z marketingiem i reklamą zawoalowanymi jako nauka, co podważa samą ideę uniwersytetu. Wszystkimi tymi problemami powinni zająć się bioetycy, ale okazuje się, że ośrodki Etyki Biomedycznej też są finansowane przez korporacje!

W swoim artykule „Big Pharma, Bad Science” na łamach „The Nation” (25.07.2002) Nathan Newman stwierdził: „korupcja sięga od lekarzy przepisujących leki po komisje rządowe i uniwersyteckie ośrodki badawcze”. Newman uważa, że przemysł farmaceutyczny zamienił ośrodki uniwersyteckie w swoje filie. Redaktorka „New England Journal of Medicine” Marcia Angell pytała na łamach pisma w 2000 roku, „Czy akademicka medycyna jest na sprzedaż?”.
Pytanie chyba retoryczne. Profesor na Harvardzie Arnold Relman, były redaktor „New England Journal of Medicine”, który w 1980 roku dostrzegł powstanie „kompleksu medyczno-przemysłowego”, wypowiedział w 2002 roku ostre słowa:
Quote
„Akademickie instytucje tego kraju stały się płatnymi agentami przemysłu farmaceutycznego”.

Podobnie korporacje traktują lekarzy, których najistotniejszą funkcją ma być przepisywanie leków. Mają oni działać jako ostatnie ogniwo „łańcucha żywieniowego” w kompleksie medyczno-przemysłowym, być dystrybutorami produktów, dostawcami leków do klienta, akwizytorami jednej z najbardziej zyskownych gałęzi przemysłu na naszej planecie. W całym tym przedsięwzięciu uczestniczą związki i stowarzyszenia lekarzy, również sponsorowane przez korporacje.

Bez uwzględnienia powyższych aspektów, bez zrozumienia mechanizmów działania państwa terapeutycznego, dyskusja o roli medycyny we współczesnym świecie jest tylko debatą pozorną.

Tomasz Gabiś, Mateusz Rolik

Zrodlo: http://nowadebata.pl/2012/03/18/kilka-uwag-o-panstwie-terapeutycznym/

KSIĄŻKI I BROSZURY:
Angell Marcia, The Truth About the Drug Companies: How the Deceive Us and What to Do About It, Nowy Jork 2004;
Braithwaite John, Corporate Crime in the Pharmaceutical Industry, Londyn 1984;
Ehrenreich Barbara, John Ehrenreich, The American Health Empire: Power, Profits and Politics, Nowy Jork 1970;
Irving Kirsch,The Emperor’s New Drugs: Exploding the Antidepressant Myth, Basic Books 2010;
Hagerfors Anna-Maria, Thomas Michelsen, Giftexport – Pharmaka und Pestizide für die Dritte Welt, Reinbek 1984;
Illich Ivan, Medical Nemesis: the expropriation of health, Londyn 1975;
Krimsky Sheldon, Science in the Private Interests. Has the Lure of Profits Corrupted the Biomedical Research?, Lanham (Maryland) 2003;
Robert Whitaker, Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America, Broadway 2010;
Lanctot Guylaine, The Medical Mafia, Morgan (Vermont), 1995;
Marsa Linda, Prescription for Profits: How the Pharmaceutical Industry Bankrolled the Unholy Marriage Between Science and Business, Nowy Jork, 1997;
Monbiot George, The Corporate Takeover of Britain, Londyn 2000;
Moynihan Ray, To Much Medicine, Sydney 1998;
Nolan James L. jr, The Therapeutic State: Justifying Government at Century’s End, Nowy Jork 1998;
Payer Lynn, Disease-Mongers: How Doctors, Drug Companies and Insurers Are Making You Feel Sick, Hoboken (New Jersey) 1994;
Daniel Carlat: Unhinged: The Trouble with Psychiatry – A Doctor’s Revelations about a Profession in Crisis, 2010;
Riska Elianne, Power,Politics and Health: Forces Shaping American Medicine, Helsinki 1985;
Ruesch Hans, Die Pharma Story – der groβe Schwindel, Monachium 1990 (wyd. angielskojęzyczne: Hans Ruesch: Naked Empress or the Great Medical Fraud, Massagno/Lugano 1992);
Szasz Thomas, The Therapeutic State: Psychiatry in the Mirror of the Current Events, Buffalo 1984;
Szasz Thomas, Pharmacracy. Medicine and Politics in America, Westport (Kon.) 2001;
Robert Whitaker, Mad in America: Bad Science, Bad Medicine, and the Enduring Mistreatment of the Mentally Ill, Basic Books 2010 (drugie wydanie);
Taylor Richard, Medicine Out of Control – The Anatomy of a Malignant Technology, Melbourne 1979;
Walker Martin J., Dirty Medicine: Science, Big Business and the Assault on Natural Health Care, Londyn 1994; David Healy, Pharmageddon, University of California Press 2012;
Thomas Szasz, The Medicalization of Everyday Life: Selected Essays, Syracuse University Press 2007;
Peter Breggin, Medication Madness: A Psychiatrist Exposes the Dangers of Mood-Altering Medications, St. Martin’s Press 2008;
H. Gilbert Welch, Overdiagnosed: Making People Sick in the Pursuit of Health, Beacon Press 2011;

ARTYKUŁY, MATERIAŁY KONFERENCYJNE, WYWIADY:
Agnew Bruce, Body-Count Budgeting: New Pressure to Shift Funding Among Diseases, „The Journal of NIH Research”, czerwiec 1996.
Bell Gregory Boyd, Truth and Advertising: Are Pharmaceutical Ads Compromising Medical Journals?, „Eye” (Toronto), 28.09.1999.
Burnett Antony, Revealed: how drug firms „hoodwink” medical journals, „Observer”, 07.12.2003.
Burton Bob, Andy Rovell, Unhealthy Spin, „British Journal of Medicine”, 31.05.2003.
Carre John le, In the Place of Nations. Big Pharma’s dark underside, „The Nation”, 09.04.2001.
Curing the Therapeutic State. Thomas Szasz on the medicalization of American life [z Thomasem Szaszem rozmawia Jacob Sullum], „Reason”, lipiec 2000.
Doherty Brian, WHO Cares?, „Reason”, styczeń 2002.
Gehrmann Wolfgang, Die Einflussnahme der Pharmaindustrie auf politische Entscheidungen der Bundesregierung, „raum&zeit”, (2002), nr 117.
Horton Richard, The Dawn of McScience, „New York Review of Books”, 11.03.2004.
Lexchin Joel, Lisa Bero, Benjamin Djulbegovic, Otavio Clark, Pharmaceutical industry sponsorship and research outcome and quality: systematic review, „British Journal of Medicine”, 31.05.2003.
Mintzes Barbara, Direct to consumer advertising is medicalizing normal human experience, „British Journal of Medicine”, 13 .04.2002.
Moran Gordon, Silencing Scientists and Scholars in Other Fields. Power, paradigm controls, peer review and scholarly communication, „Continuum”, lato 1998.
Moynihan Ray, The making of a disease: female sexual dysfunction, „British Medical Journal”, 04.01.2003.
Moynihan Ray, Who pays the pizza? Redefining the relationship between doctors and drug companies, „British Medical Journal”, 31.05.2003.
Moynihan Ray, Iona Heath, David Henry, Selling sickness: the pharmaceutical industry and disease mongering, „British Medical Journal”, 13.04.2002.
Moynihan Ray, Richard Smith, Too much medicine? Almost certainly, „British Medical Journal”, 13.04.2002.
Newman Nathan, Big Pharma, Bad Science, „The Nation”, 25.07.2002.
Niklewicz Konrad, Tabletki (od) bólu głowy, „Gazeta Wyborcza”, 9-10.10.2004.
Olender Elżbieta, Wielkie grzechy wielkich korporacji, „Gazeta Wyborcza”, 9-10.10.2004.
P. JEN., K. D., AST, Tysiące przekupionych lekarzy, „Rzeczpospolita”, 27.05.2004.
Relman Arnold, The new medical-industrial complex, „The New England Journal of Medicine”, 1980, (303).
Relman Arnold, Marcia Angell, America’s other drug problem: how the drug industry distorts medicine and politics, „The New Republic”, 16.12.2002.
Richman Sheldon, Health is the Health of the State, „Freedom Daily”, lipiec 2002.
Smith Richard, Medical journals and pharmaceutical companies: uneasy bedfellows, „British Medical Journal”, 31.05.2003.
Szasz Thomas, Toward the Therapeutic State, „The New Republic”, 11.12.1965.
Szasz Thomas, Therapeutic Tyranny, „Omni”, marzec 1980.
Szasz Thomas, Building the Therapeutic State, „The Contemporary Psychology”, 27.04.1982.
Szasz Thomas, The Therapeutic State is a Modern Leviathan, „The Wall Street Journal” (edycja europejska), 11.01.1994.
Szasz Thomas, Diagnosis in the Therapeutic State, „Liberty”, wrzesień 1994.
Szasz Thomas, Routine Neonatal Circumcision: Symbol of the Birth of the Therapeutic State, „The Journal of Medicine and Philosophy”, 1996 (21).
Szasz Thomas, The Therapeutic State. The Tyranny of Pharmacracy, „The Independent Review”, wiosna 2001.
Walker Martin J., Totalitarian Science and Media Politics, „Continuum”, zima 1998-1999.

ŹRÓDŁA DODATKOWE:
http://www.nytimes.com/2009/09/11/business/11ghost.html
http://plaza.ufl.edu/rmelk/BestofBME/Publications/medforsale.pdf
http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJM200008173430712
http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJM200006223422509
http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJM200005183422024
http://www.nybooks.com/articles/archives/2011/jun/23/epidemic-mental-illness-why/?pagination=false
http://www.nybooks.com/articles/archives/2011/jul/14/illusions-of-psychiatry/
http://www.sciencedaily.com/releases/2011/08/110802180820.htm
http://www.sciencedaily.com/releases/2011/08/110809184144.htm
http://www.sciencedaily.com/releases/2011/10/111025210919.htm
http://www.plosmedicine.org/article/info:doi/10.1371/journal.pmed.1000335
http://bostonreview.net/BR35.3/angell.php
http://www.grassley.senate.gov/about/upload/Senator-Grassley-Report.pdf
http://www.medicinenet.com/script/main/art.asp?articlekey=150927
http://www.bmj.com/content/343/bmj.d6128
http://www.guardian.co.uk/science/2011/may/20/drug-companies-ghost-writing-journalism
http://www.plosmedicine.org/article/info:doi/10.1371/journal.pmed.0020124
http://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS0140-6736(06)67943-9/fulltext
http://www.tc.umn.edu/~ellio023/documents/sixproblems.pdf
http://theamericanscholar.org/flacking-for-big-pharma/

Zobacz na:
Nauka i religia
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1890.0
« Last Edit: (Sat) 08.08.2015, 02:32:00 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline Split!

  • Moderator Globalny
  • Sen świadomy
  • *
  • Posts: 97
  • Reputacja: +3/-0
Odp: Pacjentyzm
« Reply #2 on: (Fri) 21.08.2015, 21:19:48 »
Leczenie zdrowych ludz

Polskę obiegła niedawno informacja o rosnącej liczbie zatruć w wyniku przyjmowania leków, szczególnie wśród ludzi starszych. Odpowiedzialnością za występowanie polekowych działań niepożądanych obwinia się zwyczajowo samych pacjentów, którzy nieumiejętnie stosują różne specyfiki. Jednak wyjaśnienie takie jest niepełne i maskuje tylko głębszy problem różnych aspektów i konsekwencji postępującej medykalizacji ludzkiego życia. Po pierwsze, nachalny przekaz reklamowy jest dzisiaj taki, że leki nie tylko służą do leczenia konkretnych schorzeń, ale zapewniają też lepsze samopoczucie, warunkują realizację planów zawodowych oraz pozwalają prowadzić udane życie osobiste i rodzinne. Innymi słowy, nawet jeśli nie pomogą, to na pewno nie zaszkodzą. Siła takich komunikatów sprawia, że ludzie, a szczególnie osoby starsze, zaczynają w dobrej wierze traktować różne farmaceutyki jako nieodłączny składnik codziennej „zdrowej diety”. Po drugie, coraz więcej stanów fizjologicznych, emocjonalnych i psychicznych otrzymuje etykietkę „choroby” wymagającej leczenia, najczęściej farmakologicznego. Wskutek tego „na lekach” jest dziś coraz więcej zdrowych ludzi, którzy tak naprawdę nie potrzebują żadnych medykamentów.

Lekarz i autor bloga DrBriffa.com John Briffa w artykule pt. „British Medical Journal highlights unhealthy links between doctors and the drug industry” zwrocił uwagę na nasilającą się tendencję w środowisku medycznym do tego, żeby leczeniu poddawać osoby zdrowe. Najbardziej oczywistym przykładem jest obniżanie „podwyższonego cholesterolu” za pomocą środków farmakologicznych. Można być zdrowym, aktywnym fizycznie, mieć dobrą wagę, nie palić, stosować zdrową dietę, ale i tak lekarz może zalecić nam zażywanie „leków na cholesterol” jeśli przekroczymy ustanowione normy. Podobnie jak wielu innych badaczy i lekarzy (m.in.Uffe Ravnskov,  Malcolm McKendrick, Duane Graveline) Briffa przypomina, że cholesterol jest niezbędnym budulcem zdrowego organizmu, znajduje się w błonach komórkowych, warunkuje produkcję takich hormonów jak kortyzol, estrogen i testosteron. Od cholesterolu zależy w dużej mierze poprawna praca ludzkiego mózgu. Warto zauważyć, że amerykański Urząd ds. Kontroli Żywności i Leków (FDA) dopuścił nawet do użycia farmakologiczne suplementy „cholesterolowe”, które mają wspomagać leczenie problemów emocjonalnych i psychologicznych u dzieci.

Pomimo to, dzisiejsza medycyna zaleca obniżanie poziomu cholesterolu z pomocą tabletek u ludzi, którzy nie mają żadnych objawów chorobowych. I nie ma przy tym znaczenia fakt, że statyny (leki powszechnie stosowane na obniżenie poziomu cholesterolu) nie oferują korzyści zdrowotnych ludziom, którzy poza „podwyższonym cholesterolem” nigdy nie chorowali na serce. Ustaliła to niedawno międzynarodowa organizacja analizująca materiał badawczy na świecie o nazwie The Cochrane Collaboration. Z tego powodu badacze zalecają ostrożność w stosowaniu statyn prewencyjnie u osób, u których ryzyko wystąpienia chorób serca jest niskie.

To usilne pragnienie „medykalizacji” zdrowych ludzi nie kończy się na walce z cholesterolem, pisze Briffa. Wprowadza się coraz to nowe terminy określające stany „przedchorobowe”, które w coraz większym zakresie podlegają leczeniu farmakologicznemu, np. stan „przedcukrzycowy” i „przednadciśnieniowy” „przedosteoropozowy”. Niektórzy apelują o to, żeby posunąć się jeszcze dalej i leczeniu poddawać wszystkie osoby spełniające kryteria ustanowione dla różnych grup ryzyka. Tym sposobem niedługo można będzie leczyć ludzi, którzy mają podwyższone ryzyko znalezienia się w grupie ryzyka.

We wrześniu 2010 prestiżowe czasopismo „British Medical Journal” (BMJ) opublikowało felieton znanego dziennikarza Raya Moynihana pt. „Who benefits from treating hypertension” (pl. Kto zyskuje na leczeniu nadciśnienia) omawiający pozamedyczne aspekty leczenia „przednadciśnienia”, czyli stanu w którym ciśnienie krwi jest w górnej granicy „normy” i nie można go jeszcze sklasyfikować jako nadciśnienie. Chociaż wielu lekarzy nie postrzega tego stanu jako odrębne schorzenie, to jednak jest wielu zwolenników diagnozowania i leczenia „przednaciśnienia” na podstawie przypuszczenia, że terapia ta może zapobiec wystąpieniu pełnoobjawowego nadciśnienia i związanych z nim komplikacji zdrowotnych. Ten pogląd opiera się w części na wynikach badań z 2006 roku, w których u osób przyjmujących przez 2 lata lek o nazwie candesartan spadło ryzyko rozwoju nadciśnienia. Jednak, jak pokazał w swoim tekście Moynihan, 7 z 10 autorów badania miało związki z firmami farmaceutycznymi, a jeden z nich był nawet zatrudniony w firmie Astra-Zeneca, producenta badanego specyfiku. Dodatkowo, badanie to nie wykazało, czy leczenie przednadciśnienia zmniejsza ryzyko wystąpienia różnych chorób lub obniża śmiertelność. Innymi słowy w ogóle nie uwzględniło wpływu specyfiku na zdrowie badanych, koncentrując się jedynie wskaźnikach uważanych za tzw. parametry zdrowia.

Związki badaczy z przemysłem farmaceutycznym są o tyle istotne, że leczenie różnych „przedchorób” staje się dla tego biznesu nową „żyłą złota”, jak pisze Moynihan. Na przykład szacuje się, że tylko w USA 1/3 populacji (czyli aż 50 mln osób) cierpi na „przednadcisnienie”. W skali całego świata ta liczba byłaby wielokrotnie większa.

Moynihan pokazuje, że nie całe środowisko naukowo-medyczne akceptuje pojęcie przednadciśnienia i potrzebę jego terapii. Autor cytuje Curta Furberga, profesora zdrowia publicznego na Uniwersytecie Wake-Forest, który całą sprawę podsumowuje jako „sposób, w jaki firmy farmaceutyczne powiększają swój udział w rynku.” W latach 90-tych Furberg zasiadał w komisji odpowiedzialnej za opracowanie publicznych rekomendacji odnośnie leczenia nadciśnienia w USA. Nakłaniał innych członków komisji do ujawniania swoich powiązań z firmami farmaceutycznymi, próbując przeforsować stosowny zapis w prawie. Kiedy to się nie udało, Fruberg zrezygnował. W roku 2003 ogłoszono rekomendacje, które wprowadziły nową kategorię diagnostyczną „przednadciśnienia”. Wkrótce wyszło na jaw, że 11 z 12 członków komisji znajdowało się w sytuacji konfliktu interesów z uwagi na swoje powiązania z przemysłem farmaceutycznym.

Na koniec swojego artykułu Moynihan zauważa, że definicje chorób lub stanów „przedchorobowych” oraz zalecenia odnośnie ich terapii formułowane są przez najważniejszych przedstawicieli środowiska medycznego, którzy spotykają się przy okazji różnych konferencji i zjazdów finansowanych przez przemysł farmaceutyczny. Zdaniem prof. Furberga te relacje zaszły już za daleko. Moynihan stwierdza:

    „Bez wątpienia zapobieganie atakom serca, wylewom (…) leży w interesie wszystkich ludzi. Jednak ocena decyzji o „medykalizacji” miliardów zdrowych ludzi, u których diagnozuje się różne „przedchoroby”, powinna stać się przedmiotem szerokiej dyskusji otwartej na wiele różnych opinii. Dlatego warto zastanowić się, w jaki sposób tworzyć bardziej niezależne ciała eksperckie, które mogłyby prowadzić na ten temat dyskusję wolną od wpływów przemysłu farmaceutycznego”

Z kolei w artykule wstępnym tego samego wydania BMJ, zatytułowanym „Are we at risk of being at risk?”, Fiona Godlee, redaktor naczelny pisma, zastanawia się nad wyjściem z zaistniałej sytuacji:

    Czy nadszedł czas, żeby społeczeństwo zdobyło większy wpływ na określanie, kto jest chory a kto nie? Jeśli środowisko medycznie nie odzyska swojej niezależności od nacisków finansowych, moja odpowiedź brzmi „tak”.

Bliskie związki medycyny z przemysłem farmaceutycznym są powodem do głębokiego i uzasadnionego niepokoju. Tym bardziej że firmy te, motywowane logika biznesową nastawioną na maksymalizację zysków, propagują agresywną medykalizację i lobbują za ciągłym „uzupełnianiem” wykazu schorzeń o nowe „przedchoroby”, „zaburzenia” i „syndromy”. Niestety, jak pokazuje artykuł w BJM, środowisko medyczne zbyt często ulega tej presji i wychodzi naprzeciw oczekiwaniom firm farmaceutycznych.

Warto mieć na uwadze, że tendencja „mnożenia chorób” widoczna jest nie tylko w przypadku dolegliwości fizycznych, ale uwidacznia także z całą mocą się w psychiatrii. Wywiad z prof. Jackiem Wciórką z Instytutu Psychiatrii i Neurologii pt. „Płynna granica między chorobą a normalnością”, opublikowany w „Rzeczpospolitej”, porusza kwestie rosnących obaw amerykańskich psychiatrów o to, że nowe klasyfikacje zaburzeń psychicznych obejmują zachowania tak naprawdę normalne. W rezultacie tego nie tylko norma staje się chorobą, ale także choroba – z uwagi na swoją powszechność – staje się normą. Przytoczmy fragmenty tej interesującej rozmowy (nasze podkreślenia):

    Rz: Podziela pan obawy amerykańskich psychiatrów, że nowa klasyfikacja zaburzeń sprawi, iż choroba stanie się normą?

    Jacek Wciórka: Psychiatrzy od dłuższego czasu prowadzą dyskusję, czy medykalizacja ludzkich zachowań nie idzie za daleko. Problem wynika m.in. z trudności w określeniu, gdzie przebiega granica między dysfunkcyjnym sposobem bycia a zaburzeniem. W latach50. przeprowadzono badania wśród mieszkańców Manhattanu, z których wynikło, że nawet 90 proc. z nich zdradza zachowania nerwicowe. Każdy posiada jakąś cechę, która mu utrudnia życie. Osoby niezwykle wrażliwe często unikają kontaktu z innymi ludźmi, są bardziej wycofane. Nie oznacza to jednak choroby.

    Rz: Chyba że w ten sposób zostanie ona nazwana w dokumencie.

    Zgadzam się, że istnienie schematu diagnostycznego sprawia, iż jesteśmy skłonni częściej przykładać go do rzeczywistości. W tym sensie nowa klasyfikacja może przyczynić się do rozwoju epidemii pewnych zaburzeń, zwłaszcza w odniesieniu do osobowości, sposobu odżywiania i życia seksualnego. Wiele temu sprzyja. Lekarze mogą dzięki temu nazwać obszar swojej bezradności lub kompetencji. Pacjentom łatwiej znieść cierpienie, kiedy wiedzą, co im dolega. Nie mówiąc o firmach farmaceutycznych, dla których oznacza to powiększenie rynków zbytu.

    Rz: Ponoć stąd wzięła się epidemia ADHD.

    Rzeczywiście zespół ten rozpoznawany jest coraz częściej – dawniej u dzieci, teraz u dorosłych. Czasami zbyt pospiesznie. Przez stulecia nie znaliśmy tego rodzaju jednostki chorobowej, a ludzie z takimi problemami jakoś sobie radzili. Niektórzy sądzą, że są oni po prostu źle ułożeni.

    Źródłem niepokoju lekarzy jest też tzw. współchorobowość. A więc diagnozowanie u jednej osoby kilku, nawet do sześciu chorób. Mówi się, że to sztuczne mnożenie bytów. Z czego wynika? Ludzie chcą coraz bardziej dokładnie opisywać rzeczywistość. Stąd o ile w latach 40. i 50. XX wieku klasyfikacje chorób psychicznych liczyły kilkadziesiąt pozycji, o tyle teraz idą one w setki.

Jak widać doszliśmy do sytuacji, w której problem agresywnej medykalizacji ludzkiego życia staje się coraz bardziej poważny i ma już fundamentalny wpływ na życie milionów ludzi. Optymizmem napawa jednak fakt, że zjawisko to nie umyka uwadze niektórych naukowców, dziennikarzy i mediów, stając się dzięki temu przedmiotem coraz szerszej dyskusji. Jest zatem nadzieja, że opinie badaczy znajdujących się w sytuacji konfliktu interesów i zainteresowanych „mnożeniem schorzeń”  stracą z czasem na znaczeniu i nie grozi nam dalszy rozwój epidemii „chorób zdrowych ludzi.”

Mateusz Rolik

Źródło: http://nowadebata.pl/2011/02/05/leczenie-zdrowych-ludzi/

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Odp: Pacjentyzm
« Reply #3 on: (Mon) 30.10.2017, 13:48:30 »
"Zdrowe żywienie" to choroba psychiczna. - Jefferey Jaxen

Próbując ograniczyć masowe zmiany nawyków żywieniowych i reform, psychiatria dała zielone światło by uświadamiać ludzi co do nowego zagrożenia- "Ortoreksji", zdefiniowanej jako "patologiczna obsesja biologicznie czystego i zdrowego żywienia." Innymi słowy eksperci mówią, że nasze zapotrzebowanie na składniki odżywcze w zdrowym jedzeniu jest chorobą psychiczną, która musi być leczona.

CNN, Fast Company, Popular Science, oraz inne czołowe wydawnictwa zaczęły synchronicznie wprowadzać nowe pojęcie:
"Orthorexia nervosa jest przypisywana tym, którzy troszczą się o zdrowe żywienie. Charakteryzuje się zaburzeniami żywienia napędzanymi pragnieniem spożywania "czystych" lub "zdrowych" produktów spożywczych. Zdiagnozowani chorobą są nazbyt zajęci właściwościami odżywczymi tego co jedzą."
http://www.popsci.com/striving-perfect-diet-making-us-sick
http://www.cnn.com/2014/10/07/health/orthorexia/

W skrócie, jeśli odwrócisz się od niskiej jakości, ubogiego jedzenia zawierającego znane toksyczne, rakotwórcze dodatki i firm które mają bogatą historię oszustw oraz modus operandi "zysków ponad ludźmi", możesz cierpieć na chorobę psychiczną. Wisienką na torcie jest to, że jeśli masz pseudo-naukowe zaburzenie Ortoreksji, zostaną ci przepisane znane toksyczne, farmaceutyki, często z tego samego konglomeratu korporacji, których starasz się unikać chcąc się zdrowo odżywiać.

A co promują toksyczne fastfoody- zmutantowane jedzenie dla zmutantowanych klientów:

McDonald's Sick Mutant Baby Art Psyop Exposed
https://www.youtube.com/watch?v=NlAtE-IuPk8

Orthorexia jeszcze nie znalazła się w najnowszym wydaniu psychiatrycznej biblii Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM), ale jest powszechnie wrzucana do jednego worka razem z innymi zaburzeniami odżywiania.
http://www.prisonplanet.com/officials-declare-eating-healthy-a-mental-disorder.html

Źródło: http://www.prisonplanet.pl/kultura/quotzdrowe_zywieniequot_to,p1294130933
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje