Author Topic: Blaski i cienie psychiatrii  (Read 1699 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 557
  • Reputacja: +12/-0
Blaski i cienie psychiatrii
« on: (Tue) 08.04.2014, 21:24:06 »
Źródło: http://www.kontestator.eu/artykuly_z_nexusa/nexus_012_blaski_i_cienie_psychiatrii.php

Bazująca rzekomo na naukowych podstawach psychiatria charakteryzuje się znikomą skutecznością leczenia chorób psychicznych i jednocześnie cieszy się wysokim statusem społecznym. Czy zasłużenie?


Coś złego dzieje się z twoim życiem: tracisz pracę, twoje małżeństwo rozpada się lub opuszcza cię kochanek. Pełen dobrych chęci przyjaciel lub krewny sugeruje ci, abyś zasięgnął porady psychiatry lub psychologa w celu uzyskania jakiejś pomocy. Ten pomysł wydaje ci się sensowny, gdyż w tym momencie nie czujesz się zbyt szczęśliwy. Może jednak przemyśl tę sprawę! Ta rada może wcale nie być taka dobra.

„Psychiatria" jest zdefiniowana jako „specjalistyczna gałąź medycyny zajmująca się diagnozą, leczeniem i zapobieganiem zaburzeniom umysłowym".Zgodnie z doniesieniami prasowymi Martin Bryant, uzbrojony bandyta, który spowodował masakrę w Port Arthur w Tasmanii, oceniany był przez czterech psychiatrów. Z tych konsultacji wynikły cztery różne diagnozy: jeden z psychiatrów orzekł, że jest to schizofrenia paranoidalna, inny, że psychopatia, trzeci zdiagnozował syndrom Aspergera, z kolei czwarty nie zgodził się z tą opcją i jednocześnie uchylił się od postawienia specjalistycznej diagnozy innej niż stwierdzenie, że Bryant nie ma syndromu Aspergera.

Przypuśćmy, że dam cztery próbki tej samej substancji czterem ekspertom w dziedzinie chemii analitycznej i że pierwszy uzna, iż dana substancja to siarczan miedzi, drugi, że cyjanowodór, trzeci, że chlorek sodowy, a czwarty, że czterofluorek ksenonu. czy w tej sytuacji poważnie traktowalibyśmy przypisywanie sobie przez chemię statusu nauki? Uznalibyśmy ją za pseudonaukę i wrzucili do tego samego naukowego śmietnika, co astrologię.

Zdziwienie budzi fakt, że psychiatria nadal uważa się za dyscyplinę naukową, kiedy jest rzeczą oczywistą, że nie stosuje ona metod naukowych. Jest rzeczą oczywistą, że w psychiatrii brak obiektywizmu, skoro diagnoza zależy od tego, kto ją postawił. Niestety dowody wskazują na to, że obie dyscypliny, psychiatria i psychologia, nie są bardziej naukowe niż astrologia czy numerologia, a mimo to obie nadal cieszą się wysokim statusem.

Prowadzenie badań nad psychiatrią nie jest w Australii łatwym zadaniem. Na przykład nie wydaje się, aby istniały jakieś specjalne statystyki dotyczące takich problemów jak liczba samobójstw popełnianych w zawodzie każdego roku. Ogólnie rzecz biorąc mamy do czynienia z niedostatkiem danych statystycznych opartych na danych miejscowych, tak więc musimy opierać się głównie na badaniach amerykańskich. Ten brak danych nie powinien nas zbytnio martwić, ponieważ zasady, jakimi rządzi się ta profesja, są takie same, zarówno w USA, jak i w Australii.

Ogół społeczeństwa wydaje się zawsze gotów do niekwestionowanego zaakceptowania każdej teorii, która sugeruje, że wszyscy jesteśmy jednostkami dysfunkcyjnymi, i że potrzebujemy jakiejś formy psychoterapii. Jest to pogląd propagowany przez pewnych psychoterapeutów. Jak logiczny jest ten pogląd? Przypuśćmy, że wszyscy jesteśmy nienormalni i potrzebujemy psychoterapii. Tak więc z definicji wynika, że wszyscy mamy fałszywy osąd, ale wobec tego, co z tymi, którzy sugerują, że wszyscy potrzebujemy psychoterapii. Jak mamy wiedzieć, czy ich osąd dotyczący reszty z nas jest słuszny? Ten paradoks jest jednym z wielu problemów logicznych, przed którymi staje psychiatria i psychologia.

Psychiatra Walter Afield mówi, że psychiatria dąży coraz bardziej do zdefiniowania zachowania, które nie było wcześniej uważane za patologię, jako choroby. Jak przykład przytacza swoje doświadczenia z niedawnej konferencji, w której brał udział, „gdzie rosyjscy psychiatrzy mówili o leczeniu problemów niedopasowania w małżeństwie w Ameryce, które w Rosji nazywa się po prostu pechem". Leczenie to zostało wprowadzone w USA w roku 1940 i używano go z niepohamowanym entuzjazmem. Literatura z tego okresu czyni mało wysiłków w celu ukrycia faktu, że psychiatrzy świadomie powodowali uszkodzenia mózgu lub stosowali elektrowstrząsy bardziej w celu jego uspokojenia niż leczenia.[/color]„Obniżenie inteligencji jest ważnym czynnikiem w procesie leczenia... W istocie niektóre z najlepszych wyników, jakie się otrzymuje, zdarzają się u tych osobników, u których redukujemy ją niemal do stanu niedorozwoju umysłowego. Niemożliwe jest wyobrażenie sobie tego stanu bez podstawy organicznej; muszą istnieć chociażby chwilowe zmiany organiczne w mózgu i leczenie jest związane z tymi organicznymi zmianami".[/quote]
„Zmiany, jakie widzi się podczas stosowania wstrząsówelektrycznych, są całkowicie zbieżne ze skutkami każdego silnego uszkodzenia mózgu, takiego jakie może na przykład wywołać uderzenie młotkiem w głowę. W następstwie jednostka jest oszołomiona, zagubiona i zdezorientowana, tak więc nie może rozumieć bieżących problemów".27[/quote]
Jedynie niewielu użytkowników ECT wyraża zadowolenie z tego procesu. Inni, jak na przykład rodziny pacjentów, mają odmienne zdanie. Jak Wiseman zauważa:
Quote
„[Oni] widzą osobę snującą się w mroku umysłowego zamroczenia, potulną i niepewną. Objawy te nie zostaną prawdopodobnie odnotowane w jej (sic) karcie chorobowej, ponieważ są to normalne «skutki uboczne». Odnotowane zostanie jedynie to, że depresja odpowiada na leczenie"33

Rosyjscy psychiatrzy wzdragali się przed użyciem ECT z następujących powodów:
Quote
Do niedawna, leczenie elektrowstrząsami stosowane było na szeroką skalę. Metoda ta wprowadza jednak toporną ingerencję w działanie organizmu i pociąga za sobą powstawanie dokładnie określonych krwawień w tkankach mózgu. Jej zastosowanie jest więc ograniczone do przypadków, w których wszystkie inne metody zawiodły. Kurs ECT powoduje utratę pamięci typu amnezji wstecznej(wydarzeń poprzedzających szok) lub następczej (wydarzeń następujących po szoku), która jest kliniczną manifestacją zmian, zarówno funkcjonalnych, jak i organicznych zachodzących w mózgu wskutek szoku elektrycznego".
„Zmiany, jakie widzi się podczas stosowania wstrząsów elektrycznych, są całkowicie zbieżne ze skutkami każdego silnego uszkodzenia mózgu, takiego jakie może na przykład wywołać uderzenie młotkiem w głowę".[/color]

Zwolennicy ECT twierdzą, że nowoczesna ECT nie powoduje uszkodzeń mózgu, i podkreślają stosowanie tlenu w czasie procesu. Jednak należy zauważyć, że dostarczanie tlenu podczas ECT może nie zapobiegać stałemu uszkodzeniu mózgu, ponieważ tlen jedynie przedłuża atak i neurony (komórki nerwowe) umierają, kiedy substancja, której używają jako paliwa, ulega wyczerpaniu. Śpiączka, która następuje, może wystąpić z powodu braku składników odżywczych nawet w obecności odpowiedniej ilości tlenu; tak więc każdy pozorny zysk wynikający z dostarczania tlenu staje się nieistotny wskutek późniejszego uszkodzenia mózgu przypisywanego brakowi składników odżywczych.38

Inny interesujący punkt zasługujący na podkreślenie, to fakt, że uszkodzeniu mózgu, jakie wynika ze zwiększonego ciśnienia krwi podczas ECT, nie zapobiega zastosowanie narkozy lub środków powodujących zwiotczenie mięśni, ponieważ uszkodzenie to powstaje wskutek ogromnego zapotrzebowania mózgu na tlen podczas ECT.„Ponieważ ani mózg, ani elektryczność nie zmieniły się od lat 30-tych, wynik jest stale ten sam: uszkodzenie mózgu"[/quote].
Mózg przez jakiś czas jest tak uszkodzony (nawet dzieci wiedzą, że elektryczność jest niebezpieczna dla nich i dla wszystkiego, co żyje), że pacjent jest zbyt zagubiony, aby wiedzieć lub pamiętać, co go martwi. Niestety, kiedy mózg zaczyna nieco dochodzić do siebie, problemy zwykle wracają, ponieważ elektryczność nie zrobiła nic w celu ich rozwiązania".[/quote]
Kiedy psychiatra przepisuje pacjentowi leki, zwykle nie mówi mu o skutkach ubocznych leczenia. Często nie tłumaczy się pacjentowi, że przyjmowanie leków psychotropowych jest leczeniem w nie większym stopniu niż upicie się, ponieważ jeśli ktoś ma problem, upicie się nie rozwiąże go. Nie tłumaczy się również pacjentowi, że leki, jakie dostaje, w wielu przypadkach powodują zaburzenia seksualne.[/color] Następujące informacje są wyciągiem z literatury medycznej dotyczącej leków psychotropowych.Senność, zamazane widzenie, suchość w ustach, wrażliwość na światło, podniecenie, zaburzenia seksualne, uszkodzenia oczu, niekontrolowane drżenie kończyn spowodowane nieodwracalnym uszkodzeniem systemu nerwowego, akatyzja (niezdolność do nieruchomego siedzenia, co może też być spowodowane leko pochodnymi psychozami).[/color]

•   Skutki Uboczne Słabych Środków Uspokajających
Senność, apatia, drażliwość, zaburzenia koordynacji mięśniowej, zmęczenie, depresja, niestrawność, zwiększona wrogość, złość, zmniejszenie pociągu seksualnego, uzależnienie.

•   Skutki Uboczne Leków Przeciwdepresyjnych
Palpitacje, zmęczenie, senność, zaburzenia seksualne, bezsenność, zachowania samobójcze, halucynacje, dziwaczne i agresywne zachowanie. Przedawkowanie ma działanie toksyczne na serce i leczenie jest trudne. Szczególna grupa środków przeciwdepresyjnych, inhibitory oksydazy monoaminowej(MAOI), może spowodować skutki śmiertelne; jeśli przyjmuje się je z produktami zawierającymi drożdże, może też powodować uszkodzenie wątroby, dezorientację, drżenia, halucynacje, konwulsje, wysypkę, podniecenie i bezsenność.

Rzadko wymienianym faktem dotyczącym leków psychiatrycznych jest to, że skutki uboczne tych leków same są „chorobą umysłową". Choroby te nazywa się „parkinsonizmem spowodowanym lekami neuroleptycznymi" i „złośliwym zespołem neuroleptycznym" i ich leczenie to przyjmowanie dalszych leków.

Prowadzone w roku 1985 na więźniach kanadyjskie badania nad efektami leków psychotropowych wykazały, że
Quote
„gwałtowne, agresywne incydenty zachodziły częściej, gdy więźniowie otrzymywali leki psychotropowe, niż kiedy ich nie otrzymywali".
Prozac jest najpopularniejszym na świecie lekiem przeciw depresyjnym. Sprzedaż samego tylko Prozacu przynosi na czysto jego producentom, firmie farmaceutycznej z Indianapolis, Eli Lily, 3 miliardy dolarów, co stanowi w przybliżeniu jedną trzecią jej rocznego dochodu.[/color]

W roku 1990 grupa rzeczników interesu publicznego zmusiła Eli Lily do przyznania, że w małej liczbie przypadków niektórzy pacjenci z depresją dokonywali prób samobójczych pod jego wpływem. Psychiatrzy często uważają, że są jedynymi osobami zdolnymi do prowadzenia i leczenia schizofrenii. Dowody z okresu drugiej wojny światowej stawiają to przekonanie pod znakiem zapytania. Kiedy francuski szpital dla umysłowo chorych znalazł się na drodze nadchodzącej armii niemieckiej, wszyscy pacjenci zostali odesłani do domu do krewnych, poza 153, o których sądzono, że są zbyt chorzy, aby opuścić szpital. Niemcy nadeszli wcześniej, niż się spodziewano, tak więc pacjenci musieli radzić sobie sami. Po wojnie powołano komisję w celu ustalenia losu tych opuszczonych pacjentów. Z tych, których odnaleziono, 37 procent porzuconych, nie leczonych i beznadziejnych przypadków dostosowało się do życia w społeczeństwie.[/color]Podobne badanie przeprowadzono na 118 schizofrenikach zwolnionych 20 do 25 lat temu ze szpitala Vermont State Hospital. Badanie wykazało, że przez najwidoczniej spontaniczne wyzdrowienie, przychodzące w większości przypadków dużo później po leczeniu, u 68 procent zniknęły wszystkie objawy schizofrenii[/color].
„Wyniki te potwierdziły podobne dane uzyskane w trzech europejskich badaniach i w innym badaniu amerykańskim, które przeprowadzono w ciągu ostatniej dekady, wykazując, że połowa lub więcej schizofreników w końcu wyzdrowiała lub stan ich znacznie się poprawił"[/quote].
Wiseman komentuje: „Co tragicznie pogarsza sprawę, to fakt, że jest to standardowe postępowanie psychiatrów pracujących w przekonaniu, że należy wszystkich schizofreników leczyć środkami powodującymi zmiany w umyśle i później utrzymywać podawanie im tych leków"56

Inne badanie skuteczności leczenia psychiatrycznego prowadzone było przez psychologa Hansa J. Eysencka na kilku tysiącach kobiet i mężczyzn, żołnierzy z zaburzeniami umysłowymi, przebywających w brytyjskich szpitalach. Ci, którzy leczeni byli psychoanalizą, wykazywali odsetek poprawy wynoszący 44 procenty. Ci, których leczono innymi formami psychoterapii, wykazywali poprawę w 64 procentach. Ci pacjenci, którzy nie przechodzili żadnej terapii, z wyjątkiem leczenia dolegliwości fizycznych, wykazywali poprawę w 72 procentach. Badanie Eysencka wykazało, że odsetek wyleczeń u nie leczonych neurotyków po roku od pojawienia się schorzenia wynosił 45 procent, a po dwóch latach - 70 procent. Po pięciu latach stan 90 procent tych chorych albo znacznie się poprawił, albo wrócili oni do pełnego zdrowia.„mania", „melancholia", „monomania" (irracjonalne skoncentrowanie na jednym przedmiocie), „porażenie postępujące" (kiła trzeciorzędowa - kiłowe zmiany w mózgu), „demencja", „dypsomania" (alkoholizm - napadowe opilstwo) i „epilepsja".[/b]zauważa, że psychiatria praktykuje zmiany definicji chorób. Przed powstaniem Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego choroba oznaczała możliwe do zaobserwowania zaburzenia ustroju: infekcję, raka narządu, zapalenie płuc. Psychiatrzy zapoczątkowali praktykę stwierdzania choroby, której istnienie przypuszczali, zamiast nadać nazwę obserwowanemu zachowaniu. W ten sposób powstało przekonanie, że pacjent musi być chory, ponieważ zachowuje się irracjonalnie. Tak więc uznali zachowanie za objaw i wywnioskowali, że musi on być spowodowany chorobą.75[/color]

Al Parides stwierdza:
Quote
„To, co zrobili, to medykalizacja wielu problemów, która nie ma przyczyn biologicznych".
choroby są fabrykowane[/color].„...rzeczywistość się nie zmieniła. Dziecko jest nadal takie same"[/quote].

Rochelle Macredie posiada dyplomy w dziedzinie Sztuki, Nauki i Prawa i praktykuje prawo kryminalne w sektorze publicznym Nowej Południowej Walii. Jest rzeczniczką medytacji transcendentalnej jako szybkiej i dobroczynnej metody pokonywania problemów i stresów, jakie niesie życie.

Przełożyła: Elżbieta Strózik

Przypisy:
1.   J.P. Chaplin, Dictionary of Psychology, Dell Publishing Co. NY, 1968, str. 388.
2.   The Australian Pocket Oxford Dictionary, Oxford University Press, UK, 1976.
3.   Wywiad z Walterem Afieldem z 11 stycznia 1994 roku cytowany w: B. Wiseman, Psychiatry, the Ultimate Betrayal, Freedom Publishing, Los Angeles, 1995, str. 33.
4.   Council on Scientific Affairs, American Medical Association, „Results and Implications of the AMA-APA Physician Mortality Project", Journal of the American Medical Association, vol. 257, nr 21, 5 czerwiec 1987. Odsetek samobójstw w ogólnej populacji jest oceniany na 12,3 na 100000, co różni się od 61 na 100 000 w przypadku psychiatrów.
5.   H.D. Cambell, The Prevalence and Ramifications of Psychopathology in Psychiatric Residents: An Overview", Am. Journal of Psychiatry, 139:11, listopad 1982, str. 1406. Jak podaje, Wieseman, wskaźnik dla osób w okresie residency wynosi 106 na 100000.
6.   Jak podaje Wieseman, połączone badanie przeprowadzone w roku 1987 przez American Medical Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne) i American Psychiatric Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatryczne) wykazało, że psychiatrzy mają najwyższy odsetek samobójstw i że kiedy badacze przeprowadzali wywiady z rodzinami, aby stwierdzić, jaki był powód samobójstwa, najczęściej podawano ucieczkę od cierpień psychicznych.
7.   B. Wiseman, Psychiatry, the Ultimate Betrayal, Freedom Publishing, Los Angeles, 1995.
8.   Jak wyżej.
9.   T. Maeder, „Wounded Healers", Atlantic Monthly, styczeń 1989, str. 38; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry...
10.   M. Kirsher, „What Makes Our Marriages Lousy", Medical Economics, 1 październik 1979; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry...
11.   W 1994 roku dr Norman Sartorius, Przewodniczący Światowego Stowarzyszenia Psychiatrycznego przemawiając na Europejskim Kongresie Psychiatrycznym w Danii, powiedział: „Psychiatrzy nie powinni dłużej uważać, że leczą chorych umysłowo, a w przyszłości chorzy umysłowo będą musieli nauczyć się żyć ze swoją chorobą".
12.   B. Wiseman,Psychiatry., str. 115.
13.   U. Cerletti, „Electroshock Therapy"; w: M. Arthur Shackler i inni, The Great Psychodynamic Therapies in Psychiatry: An Historical Reappraisal, Hoeber-Harper, Nowy Jork, 1956, str. 92-94; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry., str. 116.
14.   B. Wiseman,Psychiatry., str. 117.
15.   A. Myerson, polemika z F.E. Ebaugh i innymi, „Fatalities following electric convulsive therapy: a report of two cases with autopsy findings", Trans. Amer. Neurol. Assoc., 68:39, czerwiec 1942; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry., str. 117-118.
16.   B. Wiseman,Psychiatry., str. 119.
17.   Jak wyżej.
18.   B. Wiseman,Psychiatry., str. 119-120.
19.   Jak wyżej.
20.   L. Coleman, „Introduction" from L. Frank (ed.), The History of Shock Treatment, San Francisco, 1978, str. xiii; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry., str. 120-121.
21.   J. Easton-Jones, „Non-ECT", World Medicine, 1974, str. 24; omawiane w: B. Wiseman,Psychiatry., str. 128-129.
22.   Jak wyżej.
23.   Statistical Abstracts of the United States, US Department of Commerce, 1987, str. 79. W roku 1975 w USA zanotowano 27 063 samobójstw, a w roku 1980 - 26869.
24.   Dr V. Milstein i inni, „Does Electroconvulsive Therapy Prevent Suicide?", Convulsive Therapy 2, nr 1, 1986, str. 3-6.
25.   Statistical Abstracts of.
26.   A. Roy, „Risk Factors for Suicide in Psychiatric Patients", Archives of general Psychiatry, vol. 39, wrzesień 1982., str. 1093.
27.   B. Wiseman, Psychiatry. , str. 129.
28.   Jak wyżej, str. 130.
29.   Jak wyżej.
30.   Jak wyżej.
31.   D. Cauchon, „Stunningly quick results often fade just as fast", USA Today, 6 grudzień 1995.
32.   B. Finley, „Electroshock: quick fix or cure?, Denver Post, 21 październik 1990.
33.   Wywiad z Thomasem Szaszem, 17 wrzesień 1993; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry. , str. 131.
34.   A. Podnov, Psychiatry, 1969, str. 138-141.
35.   B. Wiseman, Psychiatry. , str. 136.
36.   B.J. Alpers, „The Brain Changes Associated with Electrical Shock Treatment: A Critical Review", The Lancet, listopad 1946; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry. , str. 137.
37.   B. Wiseman,Psychiatry., str. 138.
38.   Citizens Commission on Human Rights (CCHR), „Psychiatry Destroys Minds", booklet, CCHR, Kalifornia, 1997, str. 8.
39.   Jak wyżej.
40.   L. Coleman, z: A. Tame, „Shock Treatment", Penthouse, 1987.
41.   L. Coleman, z: Wstęp, Case Against ECT, CCHR, Los Angeles, str. i; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry. , str. 116.
42.   CCHR, „What They Don't Tell You About Psychiatric Drugs", Creating Racism: Psychiatry's Betrayal, Los Angeles, str. 12.
43.   D.G. Workman, D.G. Cunningham, „Effects of Psychotropic Drugs on Aggression in a Prison Setting", Canadian Family Physician, listopad 1975, str. 63-66; cytowane w: CCHR, Creating Racism.
44.   Robert Lusetich, „Do worry, be unhappy... depress the panic button on Prozac", The Australian, 1 grudzień 1997.
45.   Jak wyżej.
46.   Jak wyżej.
47.   Jak wyżej.
48.   Jak wyżej.
49.   Jak wyżej.
50.   K. Menninger, „The Course of Illness", Menninger Clinic Bulletin, vol. 25, nr 5, wrzesień 1961; cytowane w: B. Wiseman, Psychiatry., str. 37.
51.   P.M. Boffey, „Schizophrenia: Insights Fail to halt Rising Toll", New York Times, 16 marzec 1986, str. 1, 32.
52.   S. Peele, Diseasing America, Lexington Books, 1989, str. 16; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry. , str. 38.
53.   B. Wiseman, Psychiatry. , str. 38.
54.   „Schizophrenia", Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, III wydanie, uzupełnione, (DSM-III-R), American Psychiatric Association, Waszyngton, DC, 1987, str. 191.
55.   „Schizophrenia", Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, III wydanie, (DSM-III), American Psychiatric Association, Waszyngton, DC, 1980, str. 185.
56.   B. Wiseman, Psychiatry. , str. 38.
57.   J.V. Connell, Understanding Human Behavior: An Introduction to Psychology, Holt, Reinhart & Winston, Nowy Jork, str. 587, omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry. , str. 36.
58.   B.J. Ennis, Prisoners of Psychiatry: Mental Patients, Psychiatry and the Law, Harcourt Brace Jovanovich, Nowy Jork, 1972, str. 227; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry., str. 241.
59.   Jak wyżej.
60.   J. McCord, „A Thirty-Year Follow-Up of Treatment Effects", American Psychologist, marzec 1978; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry. , str. 35.
61.   J. McCord, „A Thirty-Year Follow-Up: Counselling Fails" .Science News, 28 listopad 1977; omawiane w: B. Wiseman, Psychiatry., str. 35.
62.   B. Wiseman, Psychiatry. , str. 349.
63.   Jak wyżej.
64.   Jak wyżej, str. 349-350.
65.   Jak wyżej, str. 350.
66.   Jak wyżej.
67.   Jak wyżej, str. 351.
68.   Jak wyżej.
69.   Jak wyżej.
70.   Jak wyżej, str. 353.
71.   Jak wyżej, str. 355.
72.   Jak wyżej, str. 357.
73.   The Encyclopedia of Insanity, vol. 294, nr 1761, luty 1997, str. 61-66.
74.   Jak wyżej, str. 61.
75.   B. Wiseman,Psychiatry., str. 357.
76.   Jak wyżej.
77.   Jak wyżej, str. 359.
78.   Jak wyżej.
79.   Jak wyżej, str. 359-360.
80.   Jak wyżej, str. 359.
81.   Jak wyżej, str. 359-360.
82.   Jak wyżej, str. 360.
83.   J.S. Brooks, I. Scarano, „Transcendental Meditation in the Treatment of Post-Vietnam Adjustment", Journal of Counselling and Development, vol. 65, 1985, str. 212-215.
84.   C.N» Alexander, „Ego Development, Personality and Behavioural Changes in Inmates Practising the Transcendental Meditation Technique or Participating in Other Programs: A cross-Sectional and longitudinal Study", Dissertation Abstracts International, 43:539B, 1982; oraz A. Abrams, L.M. Siegel, „The Transcendental Meditation Program and Rehabilitation in Falsom State Prison: A Cross-Variation Study", Justice and Bahaviour, 5:3-20, 1978.
« Last Edit: (Tue) 27.01.2015, 14:19:22 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 557
  • Reputacja: +12/-0
Re: Blaski i cienie psychiatrii
« Reply #1 on: (Tue) 08.04.2014, 21:24:48 »
„Narasta społeczny bunt przeciw biopsychiatrii”[/color], mówi Robert Whitaker w wywiadzie dla Nowej Debaty.



Zapraszamy do lektury wywiadu, jakiego specjalnie Nowej Debacie udzielił Robert Whitaker –  amerykański dziennikarz, historyk nauki, autor książek poświęconych psychiatrii.

Za swoją pracę Whitaker był wielokrotnie nagradzany, otrzymał m.in. George Polk Award for Medical Writing (1998) oraz National Association for Science Writers’ Award (1998). Wcześniej, w 1992 roku był stypendystą Massachusetts Institute of Technology w ramach programu „Knight Science Journalism Fellowships” przyznawanego dziennikarzom specjalizującym się w medycynie, naukach ścisłych i problematyce związanej ze środowiskiem naturalnym. W 1998 roku był współautorem serii artykułów dla dziennika „Boston Globe” na temat badań w psychiatrii, za którą nominowany był do Nagrody Pulitzera.

Jest autorem dwóch głośnych książek poświęconych współczesnej psychiatrii. W 2002 roku opublikował Mad in America: Bad Science, Bad Medicine, and the Enduring Mistreatment of the Mentally Ill. Whitaker skoncentrował się w niej na przyczynach, dla których schizofrenicy leczeni współcześnie w USA mają gorsze rokowania, niż pacjenci w krajach rozwijających się, a nawet chorzy w dziewiętnastowiecznych przytułkach. Autor dowiódł, że nowoczesne terapie psychiatryczne stosowane w przypadku ciężkich zaburzeń psychicznych to tak naprawdę „stare metody w nowych opakowaniach”, a ich rzekomą skuteczność wmówiły opinii publicznej wpływowe środowiska psychiatrów. Whitaker prześledził trzystuletnią historię „lekarstw na szaleństwo” stosowanych w USA od czasów kolonialnych po współczesne pokazując, że stosowane terapie służyły głównie „uciszaniu” pacjentów, przytępianiu ich umysłów, co jedynie oddalało perspektywę na powrót do „normalności”. W swojej pracy autor wykorzystał starą i nową literaturę medyczną, rządowe statystyki oraz dokumentację medyczną pacjentów. Na tej podstawie postawił ważne pytania o zasadność obowiązującej dziś definicji „niepoczytalności” oraz obrazu ludzkiego mózgu propagowanego przez nowoczesną psychiatrię.



W 2010 roku nakładem wydawnictwa Crown (wchodzącym w skład Random House) ukazała się druga książka Whitakera pt. Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America. Autor wyjaśnia w niej niewyjaśnione do tej pory zjawisko, dlaczego tylko w ostatnich 30 latach liczba osób z zaburzeniami psychicznymi w USA uległa potrojeniu? Dlaczego każdego dnia u 850 dorosłych Amerykanów i 250 dzieci diagnozuje się zaburzenia psychiczne uprawniające do pobierania zasiłku? Dlaczego, wbrew obietnicom, psychofarmakologiczna rewolucja lat 50-tych XX w., która zapoczątkowała epokę leków psychiatrycznych, nie tylko nie rozwiązała naszych problemów psychicznych, ale wręcz je pogłębiła? Rozwiązując tę zagadkę Whitaker omawia m.in. obowiązującą dziś wpsychiatrii teorię, że zaburzenia psychiczne są rezultatem nierównowagi chemicznej w mózgu, którą można skorygować farmakologicznie.  Na podstawie starej i nowej literatury medycznej pokazuje, że hipoteza ta nigdy nie miała i do dzisiaj nie ma potwierdzenia w dowodach naukowych, a źródeł tego, co określa się dzisiaj mianem współczesnej „epidemii chorób psychicznych”, należy upatrywać właśnie w masowym upowszechnieniu się leków psychiatrycznych. Autor przytacza liczne badania naukowe oraz obserwacje wykazujące, że długotrwałe przyjmowanie leków psychiatrycznych, zamiast poprawiać, pogarsza rokowania pacjentów i wpędzą ich w tzw. pułapkę lekową, z której – z biegiem czasu – coraz trudniej jest się wydostać. Można powiedzieć, że Anatomy of an Epidemic stanowi dogłębne studium obowiązującego dziś w psychiatrii biologicznego modelu chorób psychicznych (tzw. biopsychiatrii) – jego genezy, historii i wpływu, jaki od ponad 30 lat wywiera na ludzi nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie. Także w Europie i w Polsce.



W 2010 roku książka Anatomy of an Epidemic otrzymała nagrodę Investigative Reporters and Editors Award for Investigative Journalism. Książka została przyjęta z dużym uznaniem i pozytywnie zrecenzowana nawet w mediach głównego nurtu takich jak “New York Times”, “Scientific American”, “New Scientist” czy „Huffington Post”. Mamy nadzieję, że książka ta znajdzie niebawem polskiego wydawcę.

Whitaker jest również twórcą magazynu internetowego Mad In America, skupiającego specjalistów, dziennikarzy, badaczy, działaczy społecznych. Pismo omawia szeroko rozumiane problemy współczesnej psychiatrii, zarówno jej aspekty medyczne, jak i społeczne, historyczne oraz kulturowe. Oprócz tego Whitaker prowadzi swojego bloga w portalu „Psychology Today”. Pisuje też dla innych mediów (np. „Huffington Post„), a ostatnio dużo podróżuje wygłaszając prelekcje na uniwersytetach, konferencjach psychiatrycznych i innych wydarzeniach branżowych. Daje też wykłady dla grup pacjentów oraz rozmaitych organizacji społecznych. Napisał też powieść The Mapmaker’s Wife: A True Tale of Love, Murder, and Survival in the Amazon (2004) oraz książkę-reportaż pt. On the Laps of Gods: The Red Summer of 1919 and the Struggle for Justice That Remade a Nation (2009) dokumentujący masakrę na czarnej ludności w Hoop Spur, w stanie Arkansas, w 1919 roku.

Oto nasza rozmowa:
Jest Pan dziennikarzem i badaczem zajmującym się problematyką nauki oraz medycyny, pisze Pan też cieszące się dużą popularnością książki na ten temat. Jak zainteresował się Pan właśnie psychiatrią?

Okrężną drogą. W 1998 roku byłem współautorem serii artykułów dla gazety „Boston Globe” opisujących nadużycia, jakich dopuszczają się ośrodki badawcze na pacjentach leczących się psychicznie. Wówczas jeszcze myślałem, że będzie to jednorazowa przygoda dziennikarska z psychiatrią. Jednak w trakcie pracy nad tą serią natknąłem się na wyniki badań naukowych zadające kłam wielu opiniom, które, jeśli chodzi o psychiatrię, uznawałem wcześniej za „prawdziwe”. Na przykład, byłem przekonany, że psychiatria zrobiła spore postępy w leczeniu schizofrenii, tymczasem w jednym z badań wykonanych przez naukowców z Uniwersytetu Harvarda okazało się, współczesne terapie nie są wcale skuteczniejsze od metod stosowanych w pierwszej połowie XX w., czyli jeszcze zanim pojawiły się leki przeciwpsychotyczne. Zapoznałem się też z badaniami Światowej Organizacji Zdrowia, według których leczenie schizofrenii było skuteczniejsze w krajach rozwijających się (Indie, Nigeria, Kolumbia) aniżeli w Stanach Zjednoczonych i innych krajach rozwiniętych. Moja pierwsza książka pt. Mad in America była właśnie próbą wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska.

W swojej pracy pokazał Pan, że amerykańska psychiatria od 30 lat prezentuje sama siebie w fałszywym świetle, przekonując opinię publiczną, iż tzw. psychofarmakologiczna rewolucja w diagnozowaniu i leczeniu zaburzeń psychicznych okazała się wielkim sukcesem. W swojej najnowszej książce pt. Anatomy of an Epidemic przywołuje Pan znaną iluzję optyczną, w której obserwator – w zależności od tego, pod jakim kątem patrzy – może dostrzec zarówno starą, jak i młodą kobietę. Według Pana w opinii publicznej obraz „epoki psychofarmakologicznej” funkcjonuje wyłącznie jako „młoda kobieta”. Na czym polega fałsz tego obrazu? Na czym polega to złudzenie?

Rzeczywiście, wiedzą potoczną stał się pogląd, że pojawienie się w 1954 roku chlorpromazyny zapoczątkowało psychofarmakologiczną rewolucję, która przyniosła wielki przełom w leczeniu zaburzeń psychicznych za pomocą farmaceutyków. I trzeba dodać, że istotnie mamy dowody na to, iż leki te działają tzn. w krótkiej perspektywie czasowej łagodzą objawy. Zatem na obraz psychiatrii jako „młodej kobiety” składa się zarówno narracja historyczna, jak i krótkoterminowa skuteczność farmaceutyków.

Jednak w książce Anatomy of an Epidemic skupiłem się na następującym pytaniu: w jaki sposób leki psychiatryczne wpływają na przebieg zaburzeń psychicznych w długim okresie? I tutaj okazuje się, że w literaturze medycznej istnieją bezsprzeczne dowody, zgromadzone na przestrzeni ostatnich 50 lat, pokazujące, iż stosowane leki zwiększają przewlekłość zaburzeń i pogarszają u pacjentów zdolności funkcjonalne (np. zdolność do podjęcia pracy itp.). I na tym właśnie polega właśnie obraz psychiatrii jako „starej kobiety”, którego na pierwszy rzut oka nie widać.

Iluzją jest pogląd, że udało nam się osiągnąć wielki postęp, jeśli chodzi o leczenie zaburzeń psychicznych. Kiedy spojrzymy na długoterminowe efekty terapii psychofarmakologicznych, łatwo dostrzec, że tego postępu po prostu nie ma.

W ostatnich latach nawet w środowisku psychiatrycznym uważa się, że teoria nierównowagi chemicznej w mózgu – traktowana obecnie jako przyczyna zaburzeń psychicznych i stanowiąca fundament współczesnej biopsychiatrii – to metafora, czy wręcz mit. Nigdy nie udało się naukowo udowodnić, że jakiekolwiek zaburzenie psychiczne wywołane jest nierównowagą chemiczną w mózgu. Co więcej, rosną rozbieżności między tym, co naukowcy piszą w literaturze medycznej a tym, co media i reklamy leków promują jako naukowe fakty. Jakie są korzenie „chemicznej” teorii i na czym polegają jej fundamentalne słabości?

Teoria nierównowagi chemicznej powstała w latach 60-tych XX w.. Badacze postawili ją po tym, jak poznali działanie środków przeciwpsychotycznych i przeciwdepresyjnych. Odkryli oni, że antypsychotyki blokują aktywność dopaminergiczną w mózgu i na tej podstawie wysunęli teorię, że schizofrenia spowodowana musi być nadmiarem dopaminy w mózgu. W przypadku przeciwdepresantów ustalono, że zwiększają one poziom serotoniny oraz norepinefryny w szczelinie synaptycznej (tj. przestrzeni między neuronami).  Na tej podstawie postawiono hipotezę, że depresję wywoływać musi nienaturalnie niski poziom tych neuroprzekaźników w mózgu. I tutaj dotykamy fundamentalnej słabości chemicznej teorii zaburzeń psychicznych: opiera się ona na mechanizmach działania leków, a nie na odkryciach dokonanych u osób cierpiących na depresję bądź schizofrenię.

Można powiedzieć, że w latach 70-tych i wczesnych 80-ych środowisko naukowe zaczęło odwracać się od „teorii chemicznej”. Powód był taki, że, wbrew oczekiwaniom, u pacjentów ze zdiagnozowaną schizofrenią nie udało się potwierdzić nadaktywności dopaminy, natomiast u pacjentów ze zdiagnozowaną depresją nie udało się potwierdzić obniżonego poziomu serotoniny. Mimo to psychiatria podtrzymywała tę hipotezę w oczach opinii publicznej, ponieważ dzięki niej zyskiwała rangę równą innym dyscyplinom medycznym. Teoria ta zafunkcjonowała zatem jako metafora, dzięki której psychiatrzy zaczęli dysponować cudownymi środkami (magic bullets) podobnie jak, na przykład, lekarze chorób wewnętrznych.

W książce Anatomy of an Epidemic podkreśla Pan, że psychofarmakologiczna rewolucja – zapoczątkowana pojawieniem się w  latach 50-tych XX w. torazyny a następnie innych leków psychiatrycznych (antydepresantów, antypsychotyków, stymulantów i in.) – gruntownie zmieniła przebieg zaburzeń psychicznych oraz, co ważne, rokowania pacjentów. Na czym polega ta zmiana? Czy jest to zmiana na lepsze?

Po zaakceptowaniu medycznego modelu psychiatrii zaczęto propagować tezę, że ludzie borykający się z problemami psychicznymi mają „uszkodzony mózg”, zapadli na „chorobę” taką samą jak np. cukrzyca. Z tego powodu przestaliśmy poszukiwać przyczyn problemów psychicznych w czynnikach środowiskowych, w okolicznościach zewnętrznych, (które mogą mieć charakter przejściowy, epizodyczny), nabraliśmy natomiast przekonania, że zaburzenia te muszą być chroniczne. To bardzo pesymistyczny model – taki, który u pacjenta wywołuje poczucie bezsilność. Zabiera nadzieję, że człowiek jest w stanie, w taki czy inny sposób, przetrwać kryzys i odzyskać wewnętrzną równowagę. Panujący model wysyła do człowieka z problemami psychicznymi komunikat , że ma „uszkodzony mózg” i musi wobec tego do końca życia przyjmować leki.

Jeśli chodzi o rokowania pacjentów, to literatura medyczna nie pozostawia tutaj żadnych wątpliwości. Leki psychiatryczne w długiej perspektywie zwiększają przewlekłość zaburzeń psychicznych (schizofrenia, depresja, stany lękowe, choroba maniakalno-depresyjna) a także ograniczają pacjentom możliwości codziennego funkcjonowania. Trzeba zaznaczyć, że niektórzy ludzie całkiem nieźle sobie radzą na lekach nawet w długiej perspektywie, jednak, ogólnie rzecz ujmując, w długiej perspektywie leki pogarszają sytuację przyjmujących je osób.

Jaką rolę w upowszechnieniu biologicznego modelu zaburzeń psychicznych odegrały media oraz instytucje publiczne, w tym administracja rządowa, organizacje medyczne i uniwersytety?

W Stanach Zjednoczonych zidentyfikować można wiele podmiotów komercyjnych, środowisk akademickich i agend rządowych, które były w czołówce, jeśli chodzi o promocję biologicznego modelu psychiatrii. Stosunkowo łatwo jest wskazać te, które najmocniej wspierały obowiązującą narrację o psychiatrii.

W 1980 roku, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) opublikowało trzecią edycję swojej klasyfikacji zaburzeń psychicznych (DSM), w której ostatecznie zaakceptowało model biochemiczny i rozpoczęło jego promocję wśród Amerykanów. Ten model bardzo spodobał się firmom farmaceutycznym, ponieważ zakładał szeroko zakrojone stosowanie leków. Do tego, w latach 80-tych urosła w siłę organizacja pacjentów i ich rodzin pod nazwą National Alliance for the Mentally Ill (NAMI). Ważną rolę odgrywały w niej rodziny z dziećmi ze zdiagnozowaną schizofrenią. Środowiska te były jak najbardziej zainteresowane modelem biologicznym, ponieważ zgodnie z nim schizofrenia była chorobą, za którą nikt nie ponosił „winy”. Dzięki biopsychiatrii schizofrenię przestano traktować jako skutek traumatycznego przeżycia, błędów rodzicielskich czy czynników środowiskowych, stała się za to prostym problemem chemicznym. Z biegiem czasu NAMI przekształciło się w potężną grupę lobbingową z wyjątkowo skutecznym PR-em. Na to nałożył się fakt, że tutaj w USA kontrolę nad National Institute of Mental Heath (NIMH) (Krajowy Instytut ds. Zdrowia Psychicznego – przyp. tłum.) zdobyli psychiatrzy będący zwolennikami medycznego modelu psychiatrii. To ważne, ponieważ NIMH to agencja rządowa, która finansuje badania na polu psychiatrii. Tym samym, pod kierownictwem „biopsychiatrów”, stała się ona pierwszoplanowym propagatorem biologicznego paradygmatu zaburzeń psychicznych.

Powstał w ten sposób potężny czterogłos, którego wszyscy uczestnicy nucili tę samą melodię.  Jednak melodia ta powstała w oparciu o ideologię i interesy komercyjne, a nie bezstronne dowody naukowe. Koniec końców, Ameryce udało się eksportować model biologiczny do Europy i innych części świata.

W swoich książkach podkreśla Pan, że leki psychiatryczne, zamiast leczyć, pogłębiają zaburzenia psychiczne. Innymi słowy, środki te nie tylko są nieskuteczne, ale również stanowią siłę napędową tzw. epidemii zaburzeń psychicznych, z którą mamy dzisiaj do czynienia. Co więcej wykazuje Pan, że osoby, które zaczynają przyjmować leki, wpadają tzw. „pułapkę lekową”. Na czym ona polega? Czy Pańska krytyka ograniczona jest wyłącznie do leków starszej generacji (np. neuroleptyków), czy dotyczy również farmaceutyków najnowszej generacji?

Kiedy przeanalizujemy literaturę naukową dotyczącą długoterminowych wyników leczenia farmakologicznego, z łatwością dostrzeżemy, że leki psychiatryczne zwiększają przewlekłość  problemów psychicznych. Jest to szczególnie widoczne w przypadku tzw. zaburzeń afektywnych (depresja i choroba maniakalno-depresyjna). Co więcej, na przykład długotrwałe przyjmowanie antydepresantów typu SSRI przez pacjentów ze zdiagnozowanym zaburzeniem afektywnym zwiększa prawdopodobieństwo, że osoby te będą długotrwale niezdolne do normalnego, codziennego funkcjonowania.

Studiując wpływ leków psychiatrycznych na epidemię zaburzeń psychicznych, zauważymy, że stan znacznej części osób, które przyjmują antydepresanty typu SSRI w związku z wystąpieniem u nich łagodnej depresji, z czasem się pogorszy. Przyjmowane leki wywołają u nich nowe, ostrzejsze objawy, np. manię. To właśnie na podstawie literatury naukowej wiemy, że u pacjentów, u których wystąpił epizod depresyjny, przyjmowane przeciwdepresanty typu SRRI zwiększają ryzyko wystąpienia epizodów maniakalnych. A to zwykle skutkuje tym, że diagnozuje się u nich zaburzenie afektywne dwubiegunowe. Krótko mówiąc, z badań naukowych wiemy, że stosowanie leków psychiatrycznych tworzy „chorych przewlekle”

Jeśli chodzi o pułapkę lekową, to występuje ona zarówno w przypadku leków pierwszej jak i drugiej generacji. Sam mechanizm pułapki jest prosty. Powiedzmy, że ktoś zaczyna przyjmować antypsychotyk, który działa w ten sposób, że blokuje w mózgu receptory dopaminowe. W odpowiedzi mózg takiej osoby zwiększy liczbę tych receptorów w celu podtrzymania normalnej aktywności układu dopaminergicznego. I początkowo przyjmowany lek pomaga łagodzić objawy psychotyczne. Jednak kiedy zmiany kompensacyjne w mózgu już się dokonają, staje się on „nadwrażliwy” na dopaminę. A to z kolei zwiększa prawdopodobieństwo, że u osoby, która odstawi leki, wystąpi nawrót choroby. Natomiast jeśli ich nie odstawi, funkcjonowanie układu dopaminergicznego będzie stale się pogarszało.

Mamy zatem sytuację, w której przyjmowane leki początkowo pomagają, lecz w długiej perspektywie stanowią dla pacjenta pułapkę: z jednej strony trudno jest lek odstawić, z drugiej strony jego długotrwałe przyjmowanie pogarsza stan pacjenta. 

W swojej pracy odnotowuje Pan niepokojące zjawisko polegające na tym, że „plaga” zaburzeń psychicznych przenosi się na dzieci. Obserwujemy przy tym agresywną ekspansję farmakoterapii u coraz młodszych pacjentów (nawet dwulatki przyjmują dziś leki na zaburzenia afektywne dwubiegunowe). Niektórzy komentatorzy uważają, że zaburzenia psychiczne diagnozowane u dzieci nie są prawdziwe, ale stanowią fikcyjne schorzenia stworzone po tym, jak „nasycił się” rynek leków dla dorosłych. Jaka jest pańska opinia na ten temat? Czy uda nam się zbudować zdrowsze społeczeństwo podając leki coraz młodszym ludziom?

Nie ulega wątpliwości, że stosowanie leków u dzieci w USA, a w coraz większym zakresie także w Europie i innych  krajach, motywowane jest dążeniem firm farmaceutycznych do powiększenia rynku dla nowych antypsychotyków oraz innych kategorii leków psychiatrycznych. Na przykład w latach 60-tych i 70-tych XX w. badacze ustalili, że zaburzenia afektywne dwubiegunowe u dzieci (juvenile bipolar disorder) praktycznie nie występują. Jednak kiedy na rynku pojawiły się nowe, atypowe leki przeciwpsychotyczne, amerykańscy psychiatrzy, pod wpływem wybitnego autorytetu w dziedzinie psychiatrii Josepha Biedermana* z Massachusetts General Hospital w Bostonie, „odkryli”, że zaburzenie to zawsze występowało u dzieci i że należy je leczyć za pomocą właśnie tych nowych antypsychotyków.

Praktyka podawania coraz młodszym dzieciom lekarstw psychiatrycznych szykuje nam grunt pod medyczną katastrofę w przyszłości. Dzieci przyjmujące te środki doświadczają poważnych psychicznych, fizycznych, emocjonalnych i kognitywnych skutków ubocznych, a przecież brak jest dowodów, że leki te mają w długiej perspektywie jakiekolwiek efekty pozytywne. Należy podkreślić, że podawanie małym dzieciom lekarstw psychiatrycznych odbiera im „prawa do bycia dzieckiem”, uniemożliwia im normalne dorastanie. Pozbawia je środowiska, w którym ich mózgi i umysły mogłyby się kształtować bez ingerencji farmaceutyków. To fatalny błąd. Jestem zdania, że jako społeczeństwo spojrzymy kiedyś wstecz i nie będziemy umieli wyjść ze zdziwienia, jak mogliśmy do czegoś takiego doprowadzić.

Jeśli uznamy, że dzisiejsza epidemia zaburzeń psychicznych ma podłoże jatrogeniczne, to musimy zapytać o jakość i wiarygodność współczesnych badań medycznych. Czy te wszystkie istniejące instytucje, procedury, badania nie powinny gwarantować nam, że stosowane leki są zarówno skuteczne jak i bezpieczne? Jakie słabości dostrzega Pan w tym zakresie?

Dzisiejsze badania nad lekami mają wiele słabych stron. Przede wszystkim, aby otrzymać zgodę na wprowadzenie do użytku nowego leku w USA, producent musi jedynie wykazać, że jego produkt działa na dany objaw w krótkim okresie czasu. Podobnie jest zresztą w większości innych państw. Władze nie dysponują zatem narzędziami do oceny skuteczności i bezpieczeństwa nowych leków w długiej perspektywie. A przecież stosunek korzyści do strat w przypadku działania danego leku może być zupełnie inny w krótkiej perspektywie niż w długiej.

Inny problem polega na tym, że kiedy producenci leków finansują badania swoich własnych produktów, cały proces przestaje być z naukowego punktu widzenia uczciwy. Badania można zaprojektować w taki sposób, aby uzyskać oczekiwany rezultat; można zniekształcić interpretację rezultatów; można nie opublikować wyników niekorzystnych dla producenta. Z tego względu wiele z wykonywanych badań dotyczących krótkoterminowej skuteczności i bezpieczeństwa nowych leków jest niewiarygodnych.

Brakuje obecnie rzetelnych danych naukowych na temat prawdziwych skutków przyjmowania leków psychiatrycznych, tak długoterminowo jak i krótkoterminowo. Zamiast tego mamy nieuczciwą naukę, która pozuje na rzetelną i to ją właśnie przedstawia się jako źródło „dowodów” na skuteczność wprowadzanych do użycia farmaceutyków.

W książce Anatomy of an Epidemic opisuje Pan “komercyjne piękno” partnerstwa, jakie powstało w latach 80-tych między psychiatrią i przemysłem farmaceutycznym. Jak i dlaczego do niego doszło? Jakie są, Pana zdaniem, konsekwencje tego partnerstwa?

Pod koniec lat 70-tych psychiatria w Ameryce walczyła o przetrwanie. Funkcjonowały wówczas liczne środowiska i grupy oferujące rozmaite terapie psychologiczne – np. leczenie rozmową (talk therapies), terapie umysłu itp. – i psychiatria zmuszona była z nimi coraz mocniej konkurować. Przyjmując w latach 80-tych za obowiązujący medyczny model zaburzeń psychicznych, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) chciało w ten sposób przekonać opinię publiczną, że psychiatrzy to też lekarze. Był to ruch mający na celu podniesienie rangi psychiatrii i odróżnienie jej od innych środowisk zajmujących się leczeniem zaburzeń psychicznych.

Oczywistą konsekwencją przyjęcia modelu medycznego (biologicznego) było upowszechnienie się farmaceutyków. I naturalnie producenci leków z radością powitali ten kierunek. W efekcie oba środowiska (zinstytucjonalizowana psychiatria oraz przemysł farmaceutyczny) dostrzegły, że ich interesy finansowe są zbieżne. Kiedy to się dokonało, gwałtownie wzrosła  ilość pieniędzy, które różnymi kanałami popłynęły od firm farmaceutycznych do Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Dodatkowo producenci leków zaczęli masowo wynajmować psychiatrów pracujących na różnych uniwersytetach jako prelegentów, doradców, konsultantów. Skutek był taki, że zinstytucjonalizowana psychiatria i eksperci z ośrodków akademickich przestali być dla Amerykanów wiarygodnym źródłem informacji i rzetelnych danych na temat zagrożeń i korzyści wynikających z zażywania leków psychiatrycznych. Zaczęli przed oczyma Amerykanów malować fałszywy obraz zaburzeń psychicznych oraz działania farmaceutyków.

W swoich tekstach wspomina Pan, że w latach 70-tych psychiatria zaczęła stosować wewnętrzną cezurę, uciszając głosy psychiatrów i badaczy krytycznych wobec biologicznego modelu zaburzeń psychicznych. Co leżało u podstaw wprowadzenia tej cenzury? Jakie przybierała formy? Czy zjawisko to występuję również dzisiaj?

Najlepszą ilustracją tego zjawiska jest historia Lorena Moshera, który w latach 70-tych był szefem oddziału badań nad schizofrenią w ramach Krajowego Instytutu ds. Zdrowia Psychicznego (NIMH). Mosher był autorem „Projektu Soteria” polegającego na tym, że nowo diagnozowanych pacjentów leczono na schizofrenię w sposób „niemedyczny”, tj. w domu i z minimalnym zastosowaniem antypsychotyków. Po dwóch latach okazało się, że grupa ta była w lepszym stanie psychicznym niż pacjenci leczeni antypsychotykami w szpitalu. Takie wyniki mogły podkopać nadzieje, jakie opinia publiczna wiązała z lekami przeciwpsychotycznymi. Dodajmy, że środki te były „produktem”, który zinstytucjonalizowana psychiatra intensywnie promowała wśród Amerykanów. Eksperyment zakończył się tym, że Moshera usunięto z zajmowanego stanowiska, a jego zwolnienie było czytelnym ostrzeżeniem dla innych, że publikowanie rezultatów badań fundamentalnie niekorzystnych dla leków psychiatrycznych grozi złamaniem kariery.

Moim zdaniem prawdziwym motywem dla stosowania wewnętrznej cenzury jest chęć ochrony swojego branżowego interesu przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne oraz inne organy zinstytucjonalizowanej psychiatrii. Ochrona tego interesu wymaga, by  społeczeństwo wierzyło w skuteczność leków psychiatrycznych. I dlatego psychiatrzy, którzy naruszali tę wiarę, raczej nie mieli szans na zrobienie kariery w zawodzie.

Wewnętrzną cenzurę stosuje się również dzisiaj. Każdego psychiatrę akademickiego, który zasadniczo kwestionuje zalety stosowania leków psychiatrycznych, spotka wiele nieprzyjemności. Trudno mu będzie otrzymać dofinansowanie na badania, a już na pewno nie ma szans na objęcie żadnego z ważnych stanowisk w ramach Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Jeśli chodzi o Europę, to nie znam panujących tam warunków dostatecznie dobrze, ale jeśli by zapytać irlandzkiego psychiatrę Davida Healy’a, to z pewnością potwierdzi on istnienie cenzury także i w europejskiej psychiatrii. Również i tam kwestionowanie zalet wynikających ze stosowania leków psychiatrycznych niekorzystnie odbija się na rozwoju kariery, czego zresztą Healy osobiście doświadczył.

W swoich książkach opisuje Pan liczne przypadki pacjentów, którym często w młodym wieku postawiano diagnozę psychiatryczną a następnie zalecone przyjmowanie lekarstw. Czy dostrzega Pan jakieś wspólne elementy w historii tych wszystkich osób? Czy jest coś, co można by nazwać wspólnym doświadczeniem wszystkich ludzi zażywających leki psychiatryczne?

Tak.  Myślę, że jest pewne wspólne doświadczenie, jakie przeżywają osoby przyjmujące leki psychiatryczne. Przede wszystkim należy do nich początkowa ulga, jaką przynoszą farmaceutyki. Jednak po pewnym czasie uczucie ulgi znika, a kiedy to nastąpi, osoby takie zaczynają szukać innego lekarstwa, bądź kombinacji leków, która będzie dalej działać. I znowu, nowy lek lub kombinacja leków przynosi czasową ulgę, lecz ponownie ich skuteczność maleje. Pojawiają się przy tym coraz to nowe skutki uboczne, więc poszukiwania kolejnych, nowych środków rozpoczynają się na nowo. I tak ciągnie się to latami, może upłynąć nawet 10 lat, po których pacjent zaczyna się zastanawiać, dlaczego wciąż cierpi i nie są to już tylko zaburzenia psychiczne, ale również objawy będące skutkami ubocznymi przyjmowanych medykamentów.

W skrócie można powiedzieć, że pierwsza recepta na leki psychiatryczne jest furtką prowadzącą do długotrwałego przyjmowania tych środków. A kiedy to nastąpi, nie ma już łatwego sposobu, aby leki odstawić, czasem trzeba je brać do końca życia. I raczej nie sposób uchronić się przed rozmaitymi dolegliwościami, jakie temu towarzyszą.

W książce Anatomy of an Epidemic napisał Pan, że sposób, w jaki firma Eli Lilly wprowadziła na rynek prozac, stał się wzorem naśladowanym przez innych producentów. Czy mógłby Pan go scharakteryzować?

Na przykładzie historii prozacu widzimy model, w którym „nauka” służy wyłącznie do osiągania komercyjnego sukcesu. Schemat wygląda następująco: projektujemy badania nad lekiem w taki sposób, aby dały korzystne dla nas rezultaty; ukrywamy dane dotyczące działań niepożądanych; manipulujemy wynikami; następnie, kiedy lek zostanie już dopuszczony do użytku, opłacamy ekspertów będących „liderami opinii”, aby publicznie wychwalali jego zalety. Taki scenariusz umożliwia firmie farmaceutycznej przedstawienie – w oparciu o rzekome dowody naukowe – opinii publicznej nowego leku jako lepszego i bezpieczniejszego niż poprzednik. Zepsuta nauka (bad science) umożliwia dziś osiąganie dużych zysków.

Obecnie nie jest już tajemnicą, że od 20 lat firmy farmaceutyczne powtarzały ten sam wzór przy wprowadzaniu na rynek swoich produktów. W USA wiele z nich musiało zapłacić duże kary za tego typu praktyki. Wydaje się, że amerykańska opinia publiczna nie ufa już producentom leków psychiatrycznych, dzięki czemu w przyszłości producentom może być coraz trudniej stosować ten model dla osiągania sukcesów komercyjnych.

Od czasu do czasu media donoszą o samobójstwach bądź zabójstwach, których dokonują osoby znajdujące się pod wpływem leków psychiatrycznych. Zwyczajowo uważa się, że winna tych czynów jest choroba albo jej połączenie z alkoholem i/lub narkotykami. Jednak niektórzy psychiatrzy, w tym np. Peter Breggin, wskazują tu na możliwe działanie psychotropów, które wywołują u ludzi agresję. Często też, kiedy nagle umiera osoba znana, okazuje się, że w tle są leki psychiatryczne. Głośnym przykładem tego zjawiska była śmierć Whitney Houston, która przyjmowała xanax. Jaka jest Pana opinia na ten temat?

Moim zdaniem nie ma żadnych wątpliwości, że leki psychiatryczne odgrywają w takich przypadkach rolę. Czy środki typu SSRI wywołują myśli samobójcze lub chęć zabójstwa? Tak. Czy leki przeciwpsychotyczne wywołują skutek uboczny pod nazwą akatyzja (silny niepokój wewnętrzny), który prowadzi do zachowań agresywnych? Tak. Czy przedawkowanie benzodiazepinów grozi śmiercią? Tak. Można stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że leki psychiatryczne wywołują te wszystkie niepożądane działania.

Co jakiś czas słyszymy o różnych przełomowych odkryciach w psychiatrii, o nowych, cudownych lekarstwach. Co Pan sądzi o tych sukcesach? Czy odzwierciedlają rzeczywiste postępy psychiatrii, czy służą raczej temu, by zamaskować jej rzeczywistą porażkę?

Historia psychiatrii pełna jest doniesień o przełomowych odkryciach bądź to w formie nowych terapii, bądź to w formie nowych ustaleń dotyczących natury zaburzeń psychicznych. W latach 40-tych XX w. media rozpisywały się o takich cudownych sposobach leczenia jak wywoływanie konwulsji za pomocą metrazolu, wywoływanie śpiączki insulinowej, elektrowstrząsy czy lobotomia czołowa. Terapie te wypadły z łask w latach 50-tych, kiedy psychiatra ogłosiła odkrycie nowych cudownych leków na psychozy, depresję i lęki. Jednak już w latach 70-tych społeczeństwo zrozumiało, że leki reklamowane jako cudowne wcale cudowne nie są. Wówczas, wraz z pojawieniem się na rynku prozacu w 1987 roku, zaczęto przekonywać ludzi, że ta druga generacja leków jest bezpieczniejsza i skuteczniejsza niż pierwsza. Prozac miał powodować, że ludzie czują się „lepiej niż znakomicie”. Jednak dzisiaj, 20 lat później, wiemy już, że leki drugiej generacji nie są wcale lepsze od poprzedników.

I tak to się w biopsychiatrii toczy. Co jakiś czas ogłasza się przełomowe odkrycia, ale są one zwykle krótkotrwałe. I tak mijają lata, mamy już rok 2012 i nie tylko wciąż bardzo niewiele wiemy o biologicznej stronie zaburzeń psychicznych, ale stosujemy również terapie, które na dłuższą metę pogarszają stan pacjentów.

Mimo że biologiczny model zaburzeń psychicznych wciąż dominuje w medycynie i opinii publicznej, to niektóre media głównego nurtu przejawiają wobec niego rosnący sceptycyzm. Jako przykład podać można „New York Times”, na łamach którego Marcia Angell pozytywnie zrecenzowała Pańską książka, a także napisane w podobnym duchu książki Irvinga Kirsha pt. The Emperor’s New Drugs: Exploding the Antidepressant Myth oraz Daniela Carlata pt. Unhinged: The Trouble with Psychiatry—A Doctor’s Revelations About a Profession in Crisis. Dla „Huffington Post” często pisuje znany psychiatra, krytyk obowiązującego modelu, Peter Breggin, a niedawny odcinek popularnego programu „60 minutes”, emitowanego w stacji CBS, skrytykował skuteczność antydepresantów, która, jak się okazuje, nie jest większa od placebo. Czy można zatem mówić, że jesteśmy świadkami jakiejś fundamentalnej zmiany? Czy biopsychiatria traci grunt pod nogami, czy jest to zbyt daleko idący wniosek?

Myślę, że jesteśmy świadkami czegoś na wzór społecznego buntu wobec biopsychiatrii. Psychiatria promuje medyczny model zaburzeń psychicznych od 1980 roku, lecz jak dotąd nie udało się dzięki niemu zmniejszyć skali problemów psychicznych w społeczeństwie. Wręcz przeciwnie, w miarę jak społeczeństwa akceptują model biologiczny, ciężar związany z zaburzeniami psychicznymi rośnie. I to jest powód, dla którego psychiatria traci poparcie. Po 30 latach ludzie widzą, że biopsychiatria „nie działa”, nie pomaga im, więc to naturalne, że chcą wypróbować inne możliwości.

Jeśli biologiczny model diagnozowania zaburzeń psychicznych rzeczywiście jest porażką, to jaka jest, Pana zdaniem, alternatywa? Czy powinniśmy całkowicie zrezygnować z farmaceutyków, czy może są one jednak korzystne dla ściśle określonej kategorii pacjentów?

Myślę, że powinniśmy skoncentrować się na alternatywnych formach opieki nad ludźmi z problemami psychicznymi. Powinniśmy też w naszym podejściu uwzględnić następujące zasady: po pierwsze, psychiatria musi przejawiać więcej skromności, musi przyznać, że w rzeczywistość niewiele wiemy o „biologicznej” stronie zaburzeń psychicznych. Z tego względu nie powinniśmy oczekiwać pojawienia się „cudownych środków”, które nas uleczą.

Po drugie należy przyjąć taką pespektywę zaburzeń psychicznych, która nie będzie ich stygmatyzować. Należy pamiętać, że bycie człowiekiem oznacza również możliwość doświadczania problemów psychicznych. Towarzyszące im objawy (depresja, psychozy, manie, lęki) nie powinny być postrzegane jako choroby, należą bowiem do zbioru nietypowych nastrojów, emocji i stanów psychicznych składających się na całość ludzkiego doświadczenia.

Po trzecie, większy nacisk powinniśmy kłaść na pomoc psychologiczną. Co najbardziej pomaga ludziom cieszyć się dobrym zdrowiem? Zdrowa żywność, poczucie bezpieczeństwa, przyjaciele, sens życia, dobra praca. To właśnie tych rzeczy potrzebujemy najbardziej, żeby nasz umysł był zdrowy. Z tego względu każda terapia powinna koncentrować się na zapewnianiu osobom cierpiącym na problemy psychiczne tego typu wsparcia.

Nie sądzę, aby należało całkowicie zrezygnować z leków psychiatrycznych. Na krótką metę bywają przecież pomocne, i nie można zapominać, że są ludzie, którym pomagają nawet w długiej perspektywie czasowej. Psychiatria powinna zatem wypracować zasady stosowania leków psychiatrycznych ostrożniej i na ograniczoną skalę. Jednak uważam, że stosowanie farmaceutyków powinno być wyłącznie dodatkiem do opieki psychologicznej, nigdy zaś  podstawą leczenia.

Jaka przyszłość czeka, Pana zdaniem, biopsychiatrię? Czy psychiatria może w ogóle funkcjonować poza modelem biologicznym?

Psychiatria na pewno może funkcjonować poza modelem biologicznym. Mogłaby być dziedziną medycyny opracowującą kompleksowe, spersonalizowane i holistyczne programy pomocy osobom z zaburzeniami psychicznymi. Jednak jeśli będzie nadal koncentrować się wyłącznie na modelu redukcjonistycznym, wtedy jej przyszłość widzę w czarnych barwach. Już dziś większość absolwentów uczelni medycznych w USA unika psychiatrii, wybierając inne specjalizacje medyczne. To pokazuje, że również i oni nie widzą przed psychiatrią świetlanej przyszłości.

Pańska twórczość kwestionuje niemal wszystko, co na temat natury zaburzeń psychicznych i sposobów ich leczenia uważa większość psychiatrów, instytucji zajmujących się zdrowiem publicznym oraz ośrodków akademickich. Z jakim przyjęciem spotykają się Pana teksty w tych kręgach? Co chce Pan osiągnąć swoimi badaniami?

Jak łatwo się domyślić, moje książki wywołują gniew u wielu osób z tych środowisk. A ja chciałbym im przypomnieć, że jestem tylko posłańcem. Przecież w książce Anatomy of an Epidemic przedstawiłem to, co na temat długoterminowych efektów przyjmowania leków psychiatrycznych mówi nam oficjalna, mainstreamowa literatura medyczna. Kiedy się ją przeanalizuje dostatecznie dokładnie, wyłania się z niej obraz biopsychiatrii jako paradygmatu, który – jeśli chodzi o długoterminowe rezultaty – zawiódł. Można powiedzieć, że opisałem ich własne badania, przedstawiłem ich własne ustalenia.

Mimo dużych oporów, coraz więcej ludzi z tych środowisk, po przeczytaniu Anatomy of an Epidemic, zaczyna dostrzegać poruszane w niej problemy. W rezultacie zaczęta mnie zapraszać do wygłaszania wykładów o moich książkach. Na przykład w ostatnim roku wydziały medyczne zapraszały mnie na konsultacje, wygłaszałem liczne odczyty na konferencjach psychiatrycznych, miałem też wystąpienie na ogólnokrajowym zjeździe Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Tak więc, przynajmniej w niektórych środowiskach początkową niechęć zastępuje zaciekawienie problemami, które poruszam. Owocem tego są nawet dyskusje na temat ewentualnych zmian, jakie należałoby wprowadzić w obowiązujących terapiach psychiatrycznych.

Mam nadzieję, że moje książki pozwolą czytelnikom zapoznać się z tym, co na temat długoterminowych efektów zażywania leków psychiatrycznych ma do powiedzenia nauka. Liczę, że dzięki temu, zarówno w USA, jak i w innych krajach, uda się sprowokować dyskusję o tym, czy nie należałoby przemyśleć i zrewidować obowiązujący model opieki psychiatrycznej, skoncentrowany na farmakoterapii. Wydaje się, że przynajmniej w niektórych środowiskach taką debatę udało mi się wywołać.

Nad czym Pan obecnie pracuje? Czy zamierza Pan nadal zajmować się psychiatrią czy zajmie się Pan innymi tematami?

Dużo czasu w ostatnich dwóch latach spędziłem w podróży wygłaszając prelekcje o psychiatrii. Ponadto przekształciłem swoją stronę <!-- w -->www.madinamerica.com<!-- w --> w magazyn internetowy zajmujący się tymi zagadnieniami i przedsięwzięcie to stale się rozwija. Przez ostatni rok byłem stypendystą (fellow) w Safra Center for Ethics na Uniwersytecie Harvarda, dzięki czemu mogłem kontynuować badania poświęcone Amerykańskiemu Towarzystwu Psychiatrycznemu (APA) analizując, w jaki sposób przez ostatnie 30 lat instytucja ta promowała medyczny model psychiatrii. Być może niedługo o tym napiszę.

Oprócz tego, chodzi mi po głowie nowa książka, tym razem na temat tego, jak wychować zdrowe dziecko, co się nam dzisiaj w Ameryce nie bardzo udaje. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się rozpocząć nad nią pracę.

Dziękujemy za rozmowę.

Wersja po angielsku

Rozmawiali: Mateusz Rolik i Tomasz Gabiś. Maj-czerwiec, 2012. Przełożył: Mateusz Rolik, współpraca Tomasz Gabiś, Dominik Rozwadowski.

*Joseph Biederman, profesor psychiatrii na Uniwersytecie Harvarda, uważany był do niedawna za jednego z najbardziej znanych i wpływowych psychiatrów dziecięcych na świecie. Uchodzi za „odkrywcę” zaburzeń afektywnych dwubiegunowych u dzieci (wcześniej uważano, że nie występują one u dzieci). Wspólnie ze swoimi kolegami z Harvard Medical School oraz Massachusetts General Hospital, Thomasem Spencerem i Timothy Wilensem, najmocniej propagował diagnozowanie tych zaburzeń nawet u małych dzieci i leczenie ich za pomocą silnych antypsychotyków. Rekomendacje Biedermana doprowadziły do tego, że w ostatnich 15 latach liczba diagnoz stawianych małym pacjentom wzrosła w USA aż 40-krotnie. Towarzyszy temu agresywna ekspansja środków przecipsychotycznych (Biederman zalecał podawanie tych środków nawet dwulatkom.). Pierwotnie leki te stosowano wyłącznie w leczeniu schizofrenii i nie były dopuszczone do użytku u dzieci. W 2008 roku wyszło na jaw, że Biederman i jego koledzy zataili, iż w latach 2000 -2007 otrzymali od producentów leków antypsychotycznych w sumie 4.2 mln dolarów (sam Biederman zainkasował 1,6 mln). Według niektórych doniesień opartych na dokumentacji ujawnionej podczas prowadzonego dochodzenia, Biederman miał nawet z góry obiecywać firmie Johnson & Johnson, że jego badania dotyczące produkowanego przez tę firmę przeciwpsychotyku (risperdal) wykażą skuteczność tego środka u dzieci w wieku przedszkolnym. W sumie firma Johnson i Johnson przekazała 700 tys. dolarów na rzecz ośrodka badawczego kierowanego przez Biedermana, w którym prowadzono badania nad skutecznością m.in.risperdalu. Biedereman naturalnie zaprzeczył, że otrzymane dotacje miały jakikolwiek wpływ na wyniki jego pracy i na treść rekomendacji dotyczących diagnozowania i leczenia zaburzeń dwubiegunowych u dzieci. Mimo to został wraz z kolegami dyscyplinarnie ukarany za ukrywanie sytuacji konfliktu interesów, w jakiej się znajdował. Więcej na ten temat: nature.com, PharmaGossipWikipedia

Anatomy of a Global Epidemic: History, Science and the Long-term Effects of Psychiatric Medications
http://www.youtube.com/watch?v=RtM1R2CKB30

Robert Whitaker on Imagining A Different Future in Mental Health, Philadelphia May 6, 2012
http://www.youtube.com/watch?v=OTVfcekdoOI
« Last Edit: (Tue) 27.01.2015, 14:12:24 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 557
  • Reputacja: +12/-0
Re: Blaski i cienie psychiatrii
« Reply #2 on: (Tue) 08.04.2014, 21:25:12 »
Psychiatria i scjentologia, a „antypsychiatria”

Jak to jest, że każdy, kto wystąpi przeciwko metodom, stosowanym obecnie w psychiatrii, zaraz okrzyknięty zostaje scjentologiem, czyli sekciarzem, od którego trzeba się bezwarunkowo odwrócić i nie słuchać tego, co stara się zakomunikować?

Odkąd życie w bezpośredni sposób skonfrontowało mnie z psychiatryczno-państwowym przymusem, w czego efekcie pojawiły się moje pierwsze publikacje na ten temat, wciąż gdzieś dowiaduję się, że jestem anty-psychiatrą i... scjentologiem. Scjentologia to wiadomo: sekta... A „antypsychiatria”? To też niby wiadomo: sekta, która „tylko krytykuje psychiatrię i nie daje żadnej alternatywy w zamian...” Ale czy zastanawiamy się nad prawdziwością słów, tak wypowiedzianych wobec przeciwników psychiatrycznej przemocy?

Mówienie, że tzw. antypsychiatria „nie podaje rozwiązań” może wywodzić się tylko z tego, że nie zapoznajemy się z jej historią i bezmyślnie powtarzamy pomówienia, które w ramach swojej propagandy mocno w nas zakorzeniła propaganda psychiatryczna. Dzisiaj zupełną „normą” jest, że kiedy ktoś mówi „antypsychiatria” ma na myśli „scjentologia”! A przecież to kolejna, powtarzana bezmyślnie bzdura, wszczepiona nam przez psychiatrię.

Protestów z lat 60. i 70. minionego stulecia, w których masowo pojawiła się krytyka psychiatrii oraz stosowanych w niej metodach, nikt specjalnie już nie pamięta. Rozdział antypsychiatrii, bo tak nazywamy ówczesny ruch sprzeciwu, uznawany jest dzisiaj w opinii publicznej jako krótki, nic nie wnoszący poryw jakichś „nieodpowiedzialnych jednostek”, który nie tylko, że nie przedstawiał żadnych alternatyw, ale oprócz tego „utarło się mówić” (dzięki wciąż funkcjonującej manipulacji propagandy psychiatrycznej), że byli to (i są) niebezpieczni sekciarze. Społeczeństwo przytakuje, nie zastanawiając się zbytnio nad tematem, bo z dziada pradziada wiadomo, że Pan Doktor to mądry człowiek i wie, co mówi. Rzadko kto zagląda więc do prac tzw. anty-psychiatrów i nie zdaje sobie sprawy, że to właśnie dzięki tym protestom, i dzięki alternatywom przedstawionym przez ówczesnych krytyków psychiatrii, w wielu krajach zachodnich przeprowadzono w połowie lat 1970 „reformy”. Głośne wtedy na cały świat bębny antypsychiatrii ucichły nieco pod wpływem tych „przemian”, szybko jednak okazało się, że powołana wtedy do życia „psychiatria socjalna/społeczna”– choć miała odbiegać od psychiatrycznych metod (przymusu i faszerowania substancjami psychoaktywnymi) i stanowić dla osób dotkniętych wsparcie socjalne poza murami klinik– okazała się po wprowadzeniu przez psychiatrię być jedynie profanacją proponowanych przez tzw. anty-psychiatrów zmian, a ideę wykorzystano do poza klinicznej i już ciągłej kontroli, czy „pacjent” regularnie przyjmuje swój „chemiczny knebel” również wtedy, kiedy nie można mu tegoż podawać w zamknięciu i - w razie jego niezgody - pod przymusem.

Trzeba sobie przy tym jeszcze uzmysłowić (= również poprzez głębsze zainteresowanie się przekazami historycznymi), że substancje te są nowoczesną formą wcześniejszych stosów inkwizycyjnych, po których wycofaniu właśnie powstała psychiatria. Na początku „oferowała” ona co prawda również tylko tortury fizyczne, ale że oficjalnie miała już być „nauką”, a nie inkwizycyjnym mordowaniem, słowo „czarownica/mag” zamieniono na diagnozę „Histeria” i już można było dalej stosować inkwizycyjne metody na ludziach, którzy próbowali coś opowiedzieć o świecie pozazmysłowym, do którego religie uzurpowały sobie mieć wyłączność i nie tolerują innowierców od początku swojego istnienia, krwawo ich zwalczając. Trzeba tu zwrócić uwagę, do jakich rozmiarów się to dzisiaj rozrosło! W międzyczasie nikt nawet nie myśli o inkwizycji (dlatego powoli do łask znowu powracają średniowieczne egzorcyzmy, określane jako „postęp”), a psychiatria jest powszechnie uznawana za naukę.

Ale to oczywiście temat rzeka, więc wymaga osobnego omówienia. Kontynuacja na pewno wyraźnie zauważalna jest w dwóch kwestiach:
1.   Wtedy - torturowano, aby przyznano się do „czarów-marów”,

Dzisiaj - torturuje się, aby delikwent przyznał się do „choroby psychicznej”.

Pomijam oczywiście kolejny, warty szerszego opisu fakt, że oprócz kościelnych więźniów mamy jeszcze „dokooptowanych” wielokrotnie większą ilość pospolitych bandytów, kryminalistów, zwyrodnialców typu pedofile, bo oprócz „Histerii” wprowadzono setki kolejnych „diagnoz”, żeby wyraźnie przeszkodzić społeczeństwu w rozpoznaniu prawdziwych intencji tej typowo represyjnej instytucji.

2.   Wtedy - palono na stosie, żeby jak najszybciej się pozbyć innowierców.

Dzisiaj - katuje się ich chemicznie przez całe życie, które na skutek aplikowanych substancji kończy się wcześniej o 25 lat, niż u przeciętnego rówieśnika (Aderhold, 2009).

Warto zwrócić uwagę, że tak, jak wtedy tak i teraz chodzi o władzę i wymyśloną przez nią „wartość”: pieniądz. Instytucja-Inkwizycja, skoro już nie może palić na stosach, więzić i tak musi, bo przecież strzeże „własnej tajemnicy”, więc obwieściła masę kolejnych „diagnoz” po „histerii” i łapie kogo się da, jak tylko pojawia się podejrzenie o „innowierstwo” (brak chęci współpracy, dopasowania się do tego, co ustalono „normą” czy „wartością”, a co nie). Oczywiście dzisiaj mówi się o „chorobie psychicznej”, o „nauce” i o „leczeniu”, zamyka jednak tych ludzi we własnej sieci i jeszcze każe nam się sobie słono płacić za „usługi medyczne” twierdząc, że mamy do czynienia z „lekarzami medycyny” i „leczeniem”, a pieniądze pobierają za „chronienie nas” przed „niebezpiecznymi psychopatami”. To już w samej konstrukcji jest identyczne z tzw. mafijnym haraczem, choć oczywiście o bardziej wyrafinowanym sposobie realizacji!

Wracając jednak do „medycznego rozwoju” tej ludobójczej instytucji nie da się nie zauważyć, że zaraz po ich „unaukowieniu” i „diagnozach” pojawiły się „metody leczenia”. Po torturach fizycznych „naukowo” wprowadzono lobotomię (czyli brutalne, fizyczne uszkadzanie mózgu), za którą nadano sobie nawet Nagrodę Nobla, pojawiły się katorgi „szoków insulinowych”, „elektrowstrząsów” (nota bene: wymyślonych przez „naukowca psychiatrę” podczas odwiedzin w rzeźni, gdzie widząc elektryczne „szokowanie” świń przed ubojem pomyślał sobie: „...Uaaaauuu.... Jaki piękny „sposób” na... Schizofreników!” ...I to nie jest żart... W końcu, ponieważ każda z tych „metod” prędzej czy później demaskowana zostawała jako narzędzie śmiercionośne, wprowadzono w latach 50-tych ub. stulecia neuroleptyki, czyli: chemiczny środek zastępczy do lobotomii chirurgicznej, więc żaden to postęp, a kolejny manewr manipulacyjny, niejako nowelizacja działań instytucji ze względu na kolejną wpadkę.

Kontynuacja jest więc wyraźnie zauważalna i nielogiczne jest myślenie, że w przypadku psychiatrii mamy do czynienia z „nauką”, „dziedziną medycyny”... To, że nie mówi się już dzisiaj o prymitywnym, średniowiecznym wymuszaniu na zatrzymanych przyznania się do „czarów-marów”, a „naukowo” określa się to zawarciem tzw. compliance (przyznaniu się do „choroby psychicznej” i wyrażeniu „zgody” na wymyślone przez instytucję „leczenie”) naprawdę nie znaczy, że jest inaczej, niż od wieków. Metody są jedynie inne, ale cel – ten sam...

Oszustwo to zauważone zostało co prawda przez antypsychiatrię, tą wtedy jednak błyskawicznie okrzyknięto „sektą” i (o zgrozo!) to właśnie ją zaczęto pod wpływem takiej propagandy postrzegać jako „oszustwo”. Społeczeństwa znowu zaczęły wychwalać Pana Doktora i jego kolejną „nowoczesną metodę”, a za tak skonstruowanym parawanem uzdrawiania przetrzymywanych jest coraz więcej ludzi na całym świecie. Psychiatria socjalna, w wypadku której mówi się o ośrodkach otwartych, jest i w tej kwestii szczególną farsą, gdyż przebywający w niej „klienci” (bo tak będzie się ich tutaj nazywać!), muszą tam przebywać również na mocy nakazu z tą jedynie różnicą, że od godziny X do godziny Y. Ojcowie ruchu anty-psychiatrycznego i alternatywnych rozwiązań, domagający się wtedy radykalnych zmian w obchodzeniu się z osobami dotkniętymi, są dzisiaj w ramach dyskredytacji potocznie nazywani scjentologami i nic tu nie pomagają ich zaprzeczenia, że z kościołem tym (bo to jest dzisiaj już oficjalnie kościół, nie sekta) nie mają nic wspólnego.

Prof. Thomas Szasz, znakomity amerykański psychiatra węgierskiego pochodzenia, dziś 90-letnia ikona ruchu antypsychiatrii, zapytany o nią oraz o członkostwow kościele scjentologów i organizacji CCHR (Citizens Commission for Human Rights) powiedział w wywiadzie, udzielonym pani M. Kestler (Lichtblick99, 2003):

Energicznie bronię się przeciwko nazewnictwu antypsychiatria. Moja krytyka jest skierowana wyłącznie przeciwko przymusowi psychiatrycznemu. Taka samo-stygmatyzująca się etykieta „antypsychiatria” była wspólnym produktem Ronalda D. Lainga i Davida Coopera. Ale przecież byłoby totalnym nonsensem nazywanie medyka, który sprzeciwia się przymusowi leczenia w dziedzinie dermatologii, „anty-dermatologiem”, albo krytyka onkologii „anty-onkologiem”, czy też krytycznego okulistę „anty-okulistą”. Tak też nonsensem jest nazywanie krytyka przymusu psychiatrycznego „anty-psychiatrą”. Takie określenie pokazuje jedynie, że psychiatria definiuje się tylko i wyłącznie poprzez przymus, a nie zamiar leczenia. /.../

Nie jestem scjentologiem i nigdy nim nie byłem. Scjentologia to religia, a ja określam się i jestem przekonanym ateistą. Współtworzyłem CCHR (Citizens Commission for Human Rights) z tych samych motywów, dla jakich wiele lat wcześniej, razem z socjologiem Ervinem Goofmannem i profesorem prawa Georgem Alexandrem, powołałem do życia AAAIMH (American Association for the Abolition of Involontary Mental Hospitalization) . CCHR sama zwróciła się do mnie, gdyż chciała przyłączyć się do mojej walki przeciwko instytucji psychiatrii, a nie odwrotnie. To wsparcie chętnie przyjąłem, bo: wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Ale to oczywiście tylko w kontekście zwalczania mojego wroga, a nie w podejmowaniu innych celów. Ameryka i Wielka Brytania, Roosevelt i Churchill walczyli po jednej stronie przeciwko ZSRR i Stalinowi. Ale ani my, ani Brytyjczycy nie zostali stalinistami.  Poświęcam moją pracę od ponad pół wieku sprzeciwowi przeciwko psychiatrycznemu niewolnictwu, czyli zniesieniu sankcjonowanego przez państwo więzienia osób na bazie dominacji ochrony medycznej – praktyki, która w ostatnich dziesięcioleciach urosła do miana państwowego sankcjonowania przymusowego podawania narkotyków niewinnym ludziom. W walce przeciwko terapeutycznemu państwu bardzo chętnie przyjąłbym wsparcie ze strony Żydów, katolików i moslemów pomimo tego, że tak samo odrzucam ich pryncypia i praktyki, jak odrzucam te, stosowane przez scjentologów.

I tak od dziesięcioleci mamy z jednej strony do czynienia z całą armią ludzi, sprzeciwiających się przymusowi psychiatrycznemu i podważających psychiatryczne kłamstwa, a z drugiej z propagandą pro-psychiatryczną, która swoim monopolem informacyjnym szybko ich w świadomości społecznej deformuje, podpina pod scjentologów, czyli okrzykuje sekciarzami, pozbawiając tym samym autorytetu. Mało kto zda sobie przy tej okazji sprawę z tego, że w ten sposób nie tylko próbuje się eliminować przeciwników, ale tak konstytuowany prestiż zawodu i wciąż utrzymywana wiara w społeczeństwach, że w przypadku psychiatrii mamy do czynienia z dziedziną medycyny, pozwala na niezauważalny wręcz powrót tych starych „metod leczenia”, które zostały już kiedyś zdemaskowane jako czyste narzędzie tortur. Do „łask” powracają elektrowstrząsy, o których zaczyna się coraz głośniej mówić jako o... „czasami jedynym sposobie na uratowanie życia”. Dla zatarcia śladów z przeszłości zmieniono oczywiście nazwę na „terapia elektro-konwulsyjna” i dalej nikt nie zastanawia się, że jak to? W przypadku więźniów-terrorystów, torturowanych np. w Quantánamo elektrowstrząsy są torturą, wymuszającą zeznania, a w przypadku „pacjentów psychiatrii” to już nie tortury, a „terapia”? Czyżby aż tak niezauważalna dla mas stała się zbieżność, że „uratowanie życia” w przypadku pomówionych o „chorobę psychiczną” oznacza konkretnie wymuszenie tzw. „compliance”, czyli 2-członowej zgody pacjenta: co do diagnozy psychiatrycznej (przyznanie się do choroby) i co do metod leczenia, jakie proponuje „lekarz prowadzący”? Jedyną różnicą pomiędzy elektroszokiem z tamtych lat i stosowanym obecnie jest po pierwsze nazwa, a po drugie to, iż stosuje się go dzisiaj pod narkozą przy jednoczesnym użyciu środków rozluźniających mięśnie, które mają zniwelować „rzucanie” się ciała, przypominające napady padaczki. Sama „procedura” jest wciąż taka sama, a i dzisiaj każdy, kto będzie próbował protestować przeciwko stosowaniu tego rodzaju metod „leczenia”, natychmiast jest okrzyknięty „anty-psychiatrą”, czyli inaczej mówiąc „scjentologiem”. Bo - dziwnie rzecz biorąc – niepostrzeżenie jakoś tak się nam utrwaliło, że ludzie, występujący przeciwko psychiatrii, to... „na pewno scjentolodzy”. Czyli? Uwaga! Sekta! Uwaga! Zagrożenie! Uwaga! Nie należy ich słuchać! Itd...

Zanim więc ślepo opowiemy się po stronie psychiatrii, odpychając wszystko, co anty-psychiatryczne, zadajmy sobie pytanie: jak długo jeszcze będziemy pozwalać na kontynuację ludobójstwa, prowadzonego wtedy pod szyldem inkwizycji, a dzisiaj pod szyldem pseudonauki?

Źródło: <!-- w -->[url=http://www.eioba.pl]www.eioba.pl<!-- w -->[/url]
« Last Edit: (Tue) 27.01.2015, 14:12:45 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 557
  • Reputacja: +12/-0
Re: Blaski i cienie psychiatrii
« Reply #3 on: (Tue) 08.04.2014, 21:26:11 »
Kiedy zaczyna się choroba psychiczna?

Profesor Walas dał studentom do wypełnienia testy stosowane przy ocenie zdrowia psychicznego. 3/4 osób zakwalifikowało się do grupy autystyków, zamknięci w sobie, niechętni światu. Prosty test pokazał, że większość ze zgromadzonych uczniów to kandydaci na schizofreników. Profesor próbował rozwiać rosnącą konsternację studentów mówiąc, że uzyskane przez nich wyniki nic nie znaczą, bo nie daje się tych testów ludziom zdrowym. Andrzej Majer, główny bohater spektaklu Kuracja, zadaje więc pytanie – skąd wiadomo, że gdzie zaczyna się choroba psychiczna i komu można dać do wypełnienia testy? Odpowiedź była tak precyzyjna jak wymijająca: A kiedy według pana zaczyna się łysina?

Każdy z nas wie jakie zachowanie możemy uznać za normalne. Z jeszcze większą łatwością możemy ocenić aktywności innych osób jako nienormalne. Wychowując się w człowieczej społeczności uczymy się jej norm i zasad – stajemy się społecznie przystosowani. Każde odstępstwo od normy spotyka się z reakcją ciekawości, lecz im dane naruszenie norm większe, tym bardziej ciekawość staje się bardziej agresywna, przechodząc w strach, obrzydzenie, chęć odseparowania się. Po tym kontinuum poruszamy się z naturalną gracją. Problemy rozpoczynają się jednak, gdy nienormalność zaczynamy klasyfikować.

Kłopot z operacjonalizacją nienormalności idealnie oddają słowa Martina Seligmana (2003):
Quote
Czy istnieje jakaś jedna cecha, która odróżnia wszystkie przypadki nienormalności od tych, które nazywamy normalnymi? Nie umiemy znaleźć takiej cechy. (…) Nie ma takiego elementu, który występowałby we wszystkich przypadkach. Krótko mówiąc, nie da się precyzyjnie zdefiniować słowa „nienormalny”.

Pomimo tego, to jednak oceną stopnia nienormalności kierują się psychiatrzy przy kierowaniu ludzi na oddziały leczenia. W krótkiej analizie Seligman wyróżnia 7 elementów, na podstawie których subiektywnie stwierdzamy, że zachowanie danej osoby jest nienormalne: cierpienie, w psychicznym jego wymiarze; nieprzystosowanie, czyli brak funkcjonalnego wymiaru danego zachowania; irracjonalność, gdy nie spostrzegamy racjonalnego wyjaśnienia aktywności; nieprzewidywalność, brak kontroli; rzadkość i niekonwencjonalność zachowania; dyskomfort obserwatora, który wyczuwa łamanie przyjętych zasad; naruszanie norm, moralnych, kulturowych, naruszenie konwencji. Oceniamy nienormalność aktywności poprzez wyszukiwanie wszelkich podobieństw danej działalności a tymi 7 czynnikami (Lilienfeld, Marino, 1999). Uwidacznia się więc nam rodzaj rodzinnego podobieństwa – osoba może nie zachowywać się w sposób onieśmielający każdy z 7 elementów, jednak subiektywnie, gdy przekroczy się pewną granicę, zauważamy nienormalność – tak jak mimo, że syn nie jest klonem ojca, możemy ocenić ich pokrewieństwo doszukując się odpowiednich cech wspólnych. Subiektywne granice powinny być jednak określone metodologicznie, zwłaszcza w przypadku podejmowania arcyważnych decyzji o ludzkiej przyszłości.



Majer, będąc już psychiatrą, przeprowadza eksperyment. Wtajemniczając tylko dwóch kolegów po fachu trafia na obserwację na oddział psychiatryczny. Chce w ten sposób uzyskać wartościowe doświadczenia osobiste, lepiej poznać pacjentów, ich świat, drogę, którą muszą przejść do wyleczenia. „Chcę ich zrozumieć” – tymi słowami młody doktor rozpoczyna dość karkołomną próbę przejścia od roli lekarza do roli pacjenta. Pobyt w tak specyficznym środowisku dość wyraźnie zaznacza jednak granicę między racjonalnością metodyki badań kwestionariuszowych a emocjami, które królują na oddziale. Młody psychiatra decyduje się wejść do środowiska osób chorych psychicznie by poprzez racjonalną analizę głębiej zrozumieć sytuację i stan pacjentów. Jego silne przekonanie o powodzeniu związane jest z wiedzą i doświadczeniem. Doświadczenie jednak okazuje się być przeszkodą – Majer zna tylko rolę lekarza/obserwatora i nie jest w stanie wejść „w buty” chorych. Polegał na przeświadczeniu o własnych zdolnościach empatycznych, które to, razem z innymi konstruktami inteligencji emocjonalnej, zawiodły go.

Zależnie od przyjętego modelu inteligencji emocjonalnej składa się ona z różnych zdolności i umiejętności. Według twórców są to zdolności rozpoznawania i kierowania własnymi emocjami, rozpoznawania i kierowania emocjami innych osób oraz znajomość różnych stanów emocjonalnych i funkcjonalne wykorzystanie tej wiedzy (Salovey i Mayer, 1999). Podobnym podziałem może pochwalić się Goleman (1997): Znajomość własnych emocji, kierowanie emocjami, zdolność modulowania nastroju, zdolność motywowania siebie, rozpoznawania emocji innych osób oraz kierowanie emocjami innych.

Majer rzeczywiście chciał funkcjonalnie wykorzystać wiedzę o stanie emocjonalnym pacjentów – wiedza ta, w jego przeświadczeniu, wzbogaciłaby znacznie jego praktykę. Wpadł jednak w pułapkę obecną również w kwestionariuszach mierzących poziom inteligencji emocjonalnej. Wiedzę o swoim poziomie empatii czerpał ze swojego mniemania o sobie – z samoopisu, tak podatnego na świadome i nieświadome modyfikacje. Dlatego z taką krytyką (Śmieja, Orzechowski, 2008) spotyka się kwestionariusz INTE autorstwa Nicoli Schutte, gdzie w 33 pytaniach respondenci odnoszą się do przedstawionych twierdzeń np. „potrafię rozpoznać emocje ludzi po tonie głosu”. Terapeuci uzyskują w tej skali wyższe wyniki niż pacjenci, co, właśnie poprzez zastosowanie samoopisu, nie musi świadczyć o ich zwiększonych kompetencjach w tym wymiarze, lecz o odpowiadaniu zgodnie z ustaloną rolą. Dlatego głównym badanym aspektem jest raczej nie sama inteligencja emocjonalna, lecz superego i wiedza o społecznych normach.

Inny błąd można zauważyć w konstrukcji kwestionariuszy opartych na ocenie przedstawionego zachowania. Test TIE, autorstwa Śmieji, Orzechowskiego i Beauvale na ten przykład w pierwszej swojej części prosi respondentów o zastanowienie się, co przeżywają osoby opisane w scence. Druga część polega na wybraniu zachowania, które byłoby najskuteczniejsze w danej sytuacji. Oba te zadania świetnie nadają się do oceny znajomości norm i emocji, jednak omijają jeden bardzo ważny aspekt – irracjonalność zachowań emocjonalnych. Rzadko kiedy w trakcie kłótni analizujemy na chłodno nasze uczucia, rzadko kiedy w chwili emocjonalnego rozedrgania możemy pochwalić się racjonalną analizą sytuacji. Emocje mogą wychodzić poza świadomą kontrolę, a co ważniejsze, mogą mieć i nieświadome źródło. Większość modeli inteligencji emocjonalnej posiada jako składową panowanie nad własnymi emocjami czy modulowanie ich. Cechy te są nie do zmierzenia tego typu zadaniami.

Aspekt ten też był obcy dla doktora Majera, który polegając na swojej chłodnej analizie sytuacji i racjonalności przestał panować nad emocjami. Naturalnie przyjęta rola obserwatora wiązała się z odseparowaniem od innych pacjentów – to z kolei wiązało się z ich nastawieniem. O ile początki były spokojne (jak nazywanie Majera „tym zdrowym”), to w trakcie rozwoju sytuacji sam psychiatra zaczął odczuwać bardziej lub mniej zasadne lęki. Pacjenci wyczuwając jego odmienność zaczęli skupiać na nim niezdrową uwagę, co powoli wyzwalało w nim agresję. Szpital wymusił na nim brak racjonalności, jakby sytuacja stała się przysłowiową gumą do żucia, która przeszkadzała ochotnikom rozpoznawać emocje na zdjęciach odcinając dostęp do postrzegania swoich stanów w klasycznym eksperymencie Zajonca.

Właśnie to ostateczne zaistnienie w danym miejscu pozwoliło prawdziwie przetestować wartość kompetencji spod znaku inteligencji emocjonalnej. Nie sposób by było to sprawdzić za pomocą samoopisu czy oceny przedstawionej scenki. Znajomość zasad zachowania nie świadczy o wytrwałości w ich stosowaniu. Brak kontroli i umiejętności modulowania emocji musiał młodego psychiatrę zdziwić, skoro uważał, że empatia, jako jego narzędzie pracy, jest u niego nad wyraz rozwinięta. Co ciekawe, idąc dalej w subiektywnej ocenie przypadku, możemy znaleźć dodatkowe symptomy społecznego nieprzystosowania doktora. Jego była żona jest z nim na tyle skłócona, że gdy Majer ma problemy z wydostaniem się ze szpitala, ta nie potwierdza wersji o jego „normalności”. Nie pomaga mu też agresywność zachowania, czy nie mająca sensu próba ucieczki. Staje się bardziej nieprzystosowany do życia w społeczeństwie – staje się nienormalny?

Na przykładzie doktora można zaobserwować jak w chwili wyczerpanych zasobów człowiek traci kontrolę nad zachowaniem – racjonalność wycofuje się, pozostawiając bardziej pierwotne instynkty, które tym bardziej trudno zmierzyć. Niejednokrotnie dopiero po opadnięciu emocji dochodzi do nas pomysł na ciętą ripostę, po opadnięciu emocji jesteśmy w stanie przeanalizować sytuację. Dodatkowo, uczucia bez wyraźnego powodu, irracjonalne, są jednak potwierdzeniem obecności jakiegoś ich nieświadomego źródła. Patrząc na sprawę klasycznie, możemy mówić o id, które wymyka się spod kontroli ego i jego mechanizmów obronnych.



Wprowadzenie jeszcze jednego elementu do konstruktu na razie tak intensywnie dyskutowanego nie pomoże na chwilę obecną poprawić metodologii mierzenia inteligencji emocjonalnej. Jest to jednak aspekt znaczący, a pomijany przez istniejące już kwestionariusze. Wypełniane testy próbują połączyć wiedzę o emocjach z ich przeżywaniem, jednak tak jak udaje się to robić teoretycznie, tak koncepcja całkowicie nieskuteczna jest przy prostym ustosunkowywaniu się do przedstawionych pytań czy scenek. Trzeba także zaznaczyć, że za kontrolę nad emocjami w danych warunkach bardzo duży wpływ ma osobiste nastawienie. By dokładnie sprecyzować scenkę rodzajową w kwestionariuszu TIE tak, by była ona zbliżona do realnej sytuacji należałoby nie prezentować krótkich opowiadań, ale wręcz, jak zaznacza Magdalena Śmieja (2008), posługiwać się nowelkami.

Kłopot z diagnozowaniem łączy się bezpośrednio z problematycznością opisywanego konstruktu. W przypadku kwestionariuszy inteligencji emocjonalnej doszukujemy się najlepszego dopasowania modelu teoretycznego do grupujących pytania czynników kwestionariuszy. Dobrym przykładem są badania Mirosławy Leopold odnośnie kompetencji emocjonalnej, czyli nabytej w toku rozwoju umiejętności, o różnym stopniu nasilenia u różnych jednostek, istotnej dla funkcjonowania społecznego. Analiza treściowa literatury pozwoliła wyróżnić 13 głównych umiejętności kompetencji emocjonalnej. Analiza czynnikowa ukazała trzy główne czynniki wiążące grupy pytań: Wiedza i umiejętności wykorzystywane w relacjach z innymi; Wiedza i umiejętności budujące poczucie skuteczności emocjonalnej; Elementarne umiejętności kompetencji emocjonalnej. Inteligencja emocjonalna nie przedstawia jednak tak fundamentalnego znaczenia dla życia jednostki jak jej zdrowie psychiczne – zwłaszcza, że skoro istnieją takie trudności ze zdefiniowaniem nienormalności, to jaki przedstawić program leczenia?

Psychiatrzy z ośrodka prezentowanego w Kuracji raczej nie mają tego problemu – posiadają narzędzia leczenia i korzystają z nich, chociaż, jak przyznaje sam Majer, na zasadzie loterii. Nie znając dokładnie źródła problemu możemy zdać się tylko na metody niwelujące objawy. Niestety metody te są bardzo inwazyjne. Mogą, ale nie muszą pomóc chorym. Mogą, ale nie muszą powiększyć też problemu, tak jak to niestety stało się z głównym bohaterem spektaklu, który leżąc na łóżku musiał ćwiczyć ciągłość czasu.

Tak więc kłopot ze zbudowaniem teoretycznych konstruktów jest problemem rozciągającym się na trzy płaszczyzny. Pierwszą jest sama teoria – w chwili, gdy powstaje tyle części składowych ile zespołów badawczych trudno dojść do konsensusu ułatwiającego dalsze badania. W przypadku inteligencji emocjonalnej, twórcy chcieli zawrzeć jak najwięcej ludzkich cech, które wpływają na skuteczność zachowań społecznych wyłączając cechy związane z inteligencją. Tak szeroki wachlarz atrybutów, często mocno upraszczanych przez popularyzatorów tej teorii, czyni całą koncepcję trudną do sprecyzowania. Ogarnięcie wszystkich zmiennych coraz bardziej rozmywa główny sens teorii, który w sensownie opracowanej koncepcji wszystko spaja.

Drugą płaszczyzną jest określenie norm poprzez kwestionariusze. Mając niepewne podstawy teoretyczne segregowane analizą czynnikową zmienne grupujące są bardziej interpretowane pod teorię, niż do niej ściśle pasujące. To wiążę się z kolei z błędną oceną kompetencji badanych osób. Wszystkie te czynniki łączą się z trzecią płaszczyzną – terapią, a konkretnie władzą psychiatrów do jej nakazania. Przypadek doktora Majera pokazuje, że testy testami, ale to nastawienie społeczne względem zachowania jest miernikiem zdrowia. Parafrazując słowa Stalina, nie ważne jak wypełni się test, ważne kto interpretuje wyniki. Im bardziej rozmyty pierwotny konstrukt teoretyczny, tym trudniej o obiektywną analizę wyników. Im bardziej rozwodnione jest pojęcie normalności, tym bardziej polegamy na subiektywnym odczuciu, że ktoś jest chory.

Kot jest zamknięty w szczelnym pojemniku razem ze źródłem słabego promieniowania oraz detektorem poziomu radioaktywności który w chwili aktywowania uwalniającym truciznę. Po odczekaniu godziny mamy 50% szans na to, że kot jest martwy. Ten eksperyment myślowy Schrödingera służy ukazaniu tzw. superpozycji fizyki cząstek – kot, dopóki nie dokonamy organoleptycznego pomiaru funkcji życiowych, jest jednocześnie martwy i żywy. Jest mieszaniną wszystkich możliwych stanów, tak, jak jednocześnie chory i zdrowy był doktor Majer. Problem tkwi w tym, że kwestionariusze, przy niezobiektywizowanych konstruktach teoretycznych, nie są sprawdzeniem funkcji życiowych kota. Są jedynie przechyleniem szans ja którąś ze stron. Mając do wyboru proste i z reguły skuteczne leczenie decydujemy się na nie – w końcu nawet zdrowy pacjent może być chory. Doktor Majer może po prostu nie wiedzieć, że jest nienormalny.

Fragment spektaklu:
Kuracja Teatr telewizji
http://www.youtube.com/watch?v=nC3nKL9K6xE

Goleman, D. (1997). Inteligencja emocjonalna. Poznań: Media Rodzina of Poznań.
Leopold M. (2006). Elementy składowe kompetencji emocjonalnej, Czasopismo psychologiczne, 2, 191-204.
Lilienfeld, S.O., Marino, L. (1999). Essentialism revisited: Evolutionary theory and the concept od mental disorder. Journal of Abnormal Psychology, 108 (3): 400-411.
Mayer, J., Salovey, P. (1999). Rozwój emocjonalny a inteligencja emocjonalna (s. 23-74). Poznań: Rebis.
Seligman M.E., Walker E.F., Rosenhan D.L. (2003). Psychopatologia, Poznań, Zysk i S-ka.
Śmieja M., Orzechowski J. (2008). Inteligencja emocjonalna. Fakty, Mity, Kontrowersje, Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN.
Podpieranie się spektaklem Kuracja, Jacek Głębski, reżyseria: Wojciech Smarzowski, rok produkcji: 2001



Źródło: http://www.neurotyk.net/2010/06/kiedy-zaczyna-sie-choroba-psychiczna
« Last Edit: (Tue) 27.01.2015, 14:20:21 by BladyMamut »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 557
  • Reputacja: +12/-0
Re: Blaski i cienie psychiatrii
« Reply #4 on: (Tue) 08.04.2014, 21:26:26 »
komentarz znaleziony w sieci:

"A teraz mocny tekst o tym, jak w ramach prawa i “sztuki lekarskiej” można zrobić z człowieka roślinkę:
Leczenie psychiatryczne w szpitalu
1. etap pierwszy, czyli podanie leku neuroleptycznego w dużej dawce. Powoduje to gwałtowny spadek poziomu dopaminy i objawy choroby parkinsona, tzw “objawy pozapiramidowe”. Jest to oficjalny znak do zaprzestania podawania tego leku, nagle, w ciągu kilku dni.
2. diagnoza na tym etapie: zaburzenia depresyjne, ew. zaburzenia lękowo-depresyjne. Mózg takiego człowieka, po odstawieniu leku neuroleptycznego (punkt 1), jest bombardowany ogromną ilością dopaminy (czyli: pobudzany).
3. wtedy, diagnoza z punktu drugiego, jest przesłanką dla lekarzy, żeby włączyć ekstremalnie silny lek przeciwdepresyjny, który spowoduje dodatkowe pobudzenie – czyli klomipraminę (anafranil).
4. rezultaty włączenia leku przeciwdepresyjnego (pobudzającego) i jednoczesnego odstawienia leku neuroleptycznego (tłumiącego) to wciąż narastające pobudzenie, bezsenność, aż do objawów schizofrenii – wiadomo, z jednej strony mózg jest pobudzany dużymi ilościami dopaminy, a z drugiej strony, pobudza się go jeszcze bardziej lekiem antydepresyjnym.
5. na tym etapie zbiera się konsylium lekarskie i ustalona jest nowa diagnoza: schizofrenia paranoidalna. Rodzinie takiej osoby mówi się, że choroba dotąd była “utajona”, i że tylko przez przypadek ujawniła się w szpitalu, co jest nieprawdą.
6. tu następuje zmiana wektora leczenia, do tego z punktu pierwszego. Następuje odstawienie leku antydepresyjnego i podanie jeszcze silniejszego leku neuroleptycznego (patrz punkt 1) w megadawce.
7. diagnoza z punktu piątego (schizofrenia paranoidalna) jest przesłanką do włączenia drugiego i trzeciego leku neuroleptycznego, branych naraz w dużej dawce.
8. jaki jest rezultat tego wszystkiego:
-uszkodzenie mózgu;
-zaburzenie równowagi neuroprzekaźnikowej;
-objawy pozapiramidowe i z czasem rozwój choroby parkinsona;
-uzależnienie od leków neuroleptycznych;
-inne działania niepożądane: cukrzyca, znaczna otyłość, znaczny spadek aktywności i weny twórczej aż do katatonii, zaburzenia kardiologiczne, stygmatyzacja, rozwój pełnoobjawowej depresji ze względu na brak dopaminy, bezwolność i brak instynktu buntowniczego.
9. odpowiednio manipulując kombinacjami farmaceutyków, można wywołać złośliwy zespół neuroleptyczny, zespół serotoninowy – często kończące się zgonem, a także wywołać arytmię serca (wydłużenie odstępu QRS, QT, załamek U, torsades de pointes) – brak reakcji na nagłe pogorszenie samopoczucia – “bo przecież to świr, więc może od czasu do czasu źle się czuć, w kaftan go” – skutkuje zgonem.

To, co opisałem powyżej, jest w granicach polskiego i międzynarodowego prawa. Ba, nie jest to nawet sprzeczne z tzw “sztuką lekarską” – wystarczy odpowiednio “skrupulatnie” prowadzić kartę chorego."
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje