Author Topic: Czy polska żywność jest jeszcze zdrowa?  (Read 1020 times)

Offline BladyMamut

  • Administrator
  • WyBudzony
  • *
  • Posts: 2 554
  • Reputacja: +12/-0
Czy polska żywność jest jeszcze zdrowa?
« on: (Sat) 12.04.2014, 00:57:49 »
Czy polska żywność jest jeszcze zdrowa?

Wybuchające co pewien okres paniki na europejskim rynku żywnościowym każą nam zwrócić baczniejszą uwagę na pewne aspekty tych zjawisk. Przypomnijmy chociażby chorobę szalonych krów czy ptasiej grypy. Zjawiska te każą się zastanowić nad problemem żywności we współczesnym świecie.
Przede wszystkim musimy uświadomić sobie, że podobne zjawiska, obserwowane nie tylko na rynku żywnościowym, ale i na rynku farmaceutycznym. To każe domyślać się, że nie małą rolę gra tutaj walka z konkurencją, zysk i w ogóle pieniądz. Zwykle po pewnym czasie panika, jakby sama z siebie zanika, wszystko wraca do normy, a spożycie wołowiny czy drobiu wraca do poprzedniego poziomu. Szaleństwo to nie mija bez skutku – ktoś traci, ktoś zyskuje: ustala się nowa geografia podziału rynków.
To aspekt handlowy, który wypada zasygnalizować. Ważniejszy wszelako jest aspekt biologiczny polskiego rynku żywnościowego.
Tutaj musimy dokonać podziału na żywność polską i importowaną. W dziale, który nazwalibyśmy umownie „żywność polska”, też należałoby wyróżnić żywność produkowaną wyłącznie z krajowych komponentów i żywność produkowaną w Polsce, ale z użyciem komponentów importowanych.
Żywności produkowanej w kraju i z krajowych składników mamy znikomy procent. Pod tym względem nawet z chlebem i w ogóle z pieczywem jest po prostu źle. Tutaj oszustwo goni oszustwo. Chleb pieczony na naturalnym zakwasie to rzadkość, a nawet i takie pieczywo jest jakby trochę podejrzane. Dajmy mu zresztą spokój, bo jego szkodliwość jest może znikoma, zajmijmy się powszechnie produkowanym chlebem.
Dzisiaj do pieczenie chleba, nawet nazywanego „żytnim” używa się mąki pszennej z niewielkim dodatkiem mąki żytniej. Nie używa się też do wypieku drożdży, lecz związków chemicznych zwanych rozpulchniaczami, które pod wpływem wysokiej temperatury wydzielają dużo gazu tworzącego w cieście puste bąble i bąbelki. Chleb pieczony na rozpulchniaczach, jako świeży, ma wygląd zachwycający. Kromka takiego chleba, po 24 godzinach ściśnięta w garści tworzy ciastowatą kluchę, która już nie wraca do poprzedniego stanu, nawet w znikomym procencie. Poza tym, ma zapach surowego ciasta. Bo też i jest to niewypieczone ciasto. Jego konsystencja jest nietrwała, zaskoczona działaniem wysokiej temperatury, utrwalona chwilowo. Rekordy biją słynne niegdyś „chrupiące bułeczki”, które sprzedawane są w niektórych sklepach, gorące, wprost z piekarników. Bułeczka taka zjedzona natychmiast ma nawet smak, ale po ostygnięciu, a nie daj Boże, przechowana przez parę godzin, zdradza swą prawdziwą konsystencję i jakość. Jest to na ogół kęs niewypieczonego, nadmuchanego rozpulchniaczami ciasta.
„Dzieki” różnym chemicznym wynalazkom pieczywo nasze, zarówno żyzanie jak i pszenne, już po paru godzinach czerstwieje. A powinno zachować świeżość przez: jeden dzień – pieczywo pszenne; przez 5 dni – pieczywo żytnie. Po spełnianiu tych norm możemy rozpoznać jakość pieczywa.
Pieczywo, jak wiadomo robi się z mąki, mąkę z ziarna zbóż (pomijamy różne nieodpowiedzialne mieszanki). Zboże rośnie na polu. A jakie jest pole, takie jest i ziarno a więc i chleb.
Gleba jest to żywa warstwa ziemi pokrywającej pole uprawne. Jeśli gleba jest zdrowa, zdrowy jest jej plon. Stan zdrowia gleby to pierwszy, decydujący czynnik determinujący stan zdrowia człowieka, to początek metabolizmu (przemiany materii) w organizmie rośliny, zwierząt – i końcu ludzi.
Rozwój i masowe pojawianie się chorób, które albo nie były spotykane, albo atakują populację ludzką na dużą skalę, mają swoją pierwszą przyczynę właśnie w glebie. Pierwszą, bo dalej przychodzą dalsze, z innych źródeł, które w synergicznie (we współdziałaniu) walnie przyczyniają się do powstawania nowotworów i chorób układu krążenia.
Zdrowie gleby niszczone jest przez szereg czynników. Wymieńmy najważniejsze: kwaśne deszcze, zatrute wody gruntowe przez przemysł i transport, chemiczne środki „ochrony” roślin, nawozy sztuczne. Glebę wyleczyć jest równie trudno jak człowieka. Są gleby zniszczone tak dogłębnie, że nawet po stu latach rekultywacji nie będą się jeszcze nadawały do czegokolwiek, może poza produkcją biomasy przerabianej na paliwa, a i to nie jest takei pewne.
Jak więc widać, odpowiedź na postawione w tytule pytanie nie jest prosta. Pewnym jest, że są w Polsce obszary uprawne mało zniszczone skażeniami i obszary – n.p. w rejonach przemysłowych, przy ruchliwych drogach – gdzie właściwie nie powinno się uprawiać roślin przetwarzanych w środki spożywcze przeznaczone dla ludzi, a nawet paszę zwierząt, bo to tylko pośrednie ogniwo przed stołem.


fakt występowania tej straszliwej zarazy był przez pewien czas ukrywany przez wielkich unijnych bossów. Jak długo? Trudno powiedzieć. Zapewne do momentu, kiedy już tego faktu nie sposób było dłużej ukrywać. Czy w tym czasie przeniknęła do naszego kraju zakażona wołowina, prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy. Inkubacja choroby trwa około dziesięciu lat. Nikomu niczego nikt nie zdoła po tym czasie udowodnić. Nikt więc nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. Z tego trzeba sobie zdać sprawę.
Trzeba sobie też zdać sprawę z faktu, że zakaz importu wołowiny z Unii Europejskiej jeszcze nas bynajmniej nie chroni. Nie ma zakazu importu zachodnich pasz, w których znajdują się sproszkowane odpady mięsno-kostne i to one są właśnie przenośnikiem choroby. Przy okazji warto zauważyć, że receptura tych pasz, a zwłaszcza technologia jej produkcji jest tajemnicą firmy ją wytwarzającej. Ile w niej jest hormonów, ile konserwantów, ile innych biologicznie czynnych substancji, których działanie nie jest nie tylko do końca zbadane, ale w ogóle nie zbadane - nie wiemy. Tak samo nie wiemy ile i jakich hormonów dodaje się do pasz dla przemysłowej produkcji kurczaków, kaczek, gęsi indyków i innego drobiu. Że pasze te są dosłownie „nabite” hormonami” nikt nawet tego nie ukrywa. Enigmatyczne opinie ”autorytetów” bynajmniej nie bezstronnych, stwierdzają ogólnikowo, iż „nie zauważono szkodliwego działania tychże hormonów”. Nie zauważono, bo nikt tego nie badał, a jeśli nawet badał, to wyniki nie przeniknęły do publicznej wiadomości. Nikt tego jakoś nie łączy z faktem, że normalnie żywione dziewczęta w wieku szesnastu lat ważą 70-90 kg a na ich udach i brzuchu występują rozstępy skórne jak u otyłych, ciężarnych trzydziestolatek. W ogóle występująca nagminnie otyłość, zwłaszcza młodzieży, nie wydaje się być skutkiem przekarmienia, ale przehormonizowania żywności. Jednakowoż wszystko to jest jeszcze mało ważne wobec tego, że nikt nie wie dlaczego właściwie w Polsce gwałtownie wzrasta zjawisko nadumieralności i to ludzi w sile wieku. Jaki w tym udział ma to, co znajdzie się na naszym polskim stole, a co TIR-ami długo wędruje przez całą Europę, lub statkami jeszcze dłużej z dale

--------------------

1. Nie jedz niczego, co nie ma właściwego dla swojej nazwy wyglądu.

2. Nie jedz produktów wątpliwej świeżości.

3. Unikaj produktów sprowadzanych z daleka.

4. Unikaj produktów, na których nie ma nazwy i adresu producenta, lub      nie może ich bez wahania wskazać sprzedawca.

5. Unikaj produktów, wobec których wymagana jest bezwzględna świeżość, a zostały zaspawane w foli. Produkty takie psują się błyskawicznie zachowując dobry wygląd.

---------------------

Zagrożenia dla ludności
 Afryki i Syberii


Wprowadzanie "nowoczesnego" typu amerykańskiego, farmerskiego rolnictwa w Afryce, jego nadmierna, gwałcąca naturę  chemizacja - nawozy sztuczne i daleko niebezpieczniejsze środki tzw. ochrony roślin, których w Afryce używa się znacznie więcej i częściej ze względu na szybszą i bujniejszą wegetację - spowodowały w niektórych rejonach zatrucie całych plemion czarnej ludności. "Po drodze" inne plemiona, utrzymujące się z połowu ryb pozbawiono żywności gdyż zatrucie rzek spowodowało tam zniszczenie wszelkiego życia w ich wodach.
Niestety, podobna sytuacja, choć z zupełnie innych przyxczyn, zdarzyła się i w okolicach Krasnojarska, gdzie elektrownia atomowa "K 26" zatruła wody Jenisieju.



Żywność i nie nasza

Organizm zdrowego, normalnego człowieka można przyrównać do skomplikowanej wielofunkcyjnej aparatury. Aparatura ta wytwarza co najmniej parę rodzajów energii, nieustannie zużywa się i nieustannie się odbudowuje. Poza nielicznymi organami, w organizmie ludzkim co siedem lat każda tkanka, komórka, cząsteczka, każdy atom jest wymieniony na nowy. Materiał budulcowy i energetyczny jest dostarczany z pożywieniem. Musi to być jednak nie byle jaki materiał, bo wtedy i budowa będzie byle jaka. Tutaj warto zaznaczyć, że pożywienie dobrej klasy, jeszcze nie oznacza pożywienia drogiego. Są bardzo drogie produkty spożywcze dla ludzkiego organizmu mało przydatne, a nawet szkodliwe.
Z jednej strony z pożywieniem wiążą się pewne psychiczne stereotypy, na przykład głód, lub nawet tylko niedostatek, wywołuje poczucie zagrożenia, poniżenia, nierzadko nawet paniki. Jest to uzasadnione, organizm sygnalizuje ogromne, śmiertelne zagrożenie. Niejako na drugim biegunie jest zasobność. Ze spożywaniem dobrego jadła łączy się przyjemność, nawet komfort psychiczny, w niektórych wypadkach wręcz rozkosz, zadowolenie z egzystencji. Choć nie samym chlebem człowiek żyje, życie człowieka bez chleba jest niemożliwe.
Postęp technologiczny wkroczył również w dziedzinę produkcji środków spożywczych. Na nasze stoły, bez naszej zgody, niezauważalnie weszła chemia i nie zamierza ustąpić. Jej entuzjaści demagogicznie powiadają: albo chemia, albo głód, innego wyboru nie ma. Nieprawda. W ogóle tego problemy nie można stawiać „albo-albo”. Przede wszystkim chemia od razu została przedawkowana i obecnie przynosi więcej szkody niż pożytku. Nie jest też prawdą, że wysoka technologia w rolnictwie i przemyśle wytwarzających żywność to tylko i wyłącznie chemia. Owszem, im wyższa technologia, tym mniej powinno być chemii, a więcej procesów naturalnych. Wraz z wprowadzeniem wysokiej technologii do produkcji artykułów spożywczych masowo wręcz włączyli się oszuści. W pogoni za zyskiem następuje masowe - nazwijmy to delikatnie - fałszowanie żywności. Na rynku buszują oszuści, wielcy i mali.
Żywność jest towarem kupowanym masowo, ale delikatnym i trudno się przechowującym. Od jej jakości zależy cena, wobec czego często żywność jest poddawana zabiegom, w wyniku których traci wiele na swej wartości odżywczej, a nierzadko staje się wręcz trucizną. I jest to proceder rzadko karany, bowiem ludzie na ogół nie zdają sobie sprawy z tego co jedzą.
Poza tym na stoły w każdym domu na całym globie weszła rzecz, która powinna pozostać daleko za progiem - polityka. Żywność stała się bronią strategiczną. Za pomocą której nie jeden naród zmuszany jest do posłuszeństwa wbrew jego własnym najżywotniejszym interesom.
Ale powróćmy do biologii. Biologiczna świadomość żywienia na całym świecie jest zatrważająco niska, Polska w tym wypadku również nie odbiega od normy. Niemal wszyscy ludzie uważają, że wystarczy aby przyjmowany pokarm był smaczny, świeży i pożywny, a wszystko jest w porządku. Otóż właśnie, współczesna technika jest w stanie sporządzić kotlet schabowy z wodorostów morskich, albo co gorsza z ropy naftowej i smakiem też mnie odbiegnie daleko i na pewno zaspokoi głód, ale...  Pozostaje nie wyjaśniony problem: czy wyjdzie to człowiekowi na zdrowie?
Współczesna żywność jest w najlepszym przypadku lepszą lub gorszą kompozycją naturalnego produktu i wchodzących z nim w reakcję chemicznych obcych substancji. Tych substancji w zasadzie w żywności w ogóle być nie powinno, gdyż na ogół nie znane jest do końca ich działanie na organizm ludzki. Chemia w wytwarzaniu żywności towarzyszy od samego początku procesu produkcyjnego. Gleba jest odkażana chemicznie, chemicznie jest ustalana jej kwasowość, nasiona przed siewem są chemicznie zaprawiane przeciwko grzybom i szkodnikom, roślina jest chemicznie chroniona przed chorobami i konkurującymi z nią chwastami, w końcu nasiono czy owoc jest jeszcze chemicznie „uszlachetniane” i chemicznie zwiększana jego trwałość, chemicznie też polepsza się jego wygląd a czasem nawet smak.
Wiele z tych zabiegów po prostu psuje żywność, w myśl zasady: nic za darmo, coś za coś. Za dobry wygląd  pomidorów zraszanych w supermarketach roztworem siarki płaci się ich fatalnym smakiem. Za wspaniałą urodę foliowanych ogórków płci kupujący, który w domu przekonuje się, że przyśpieszone zaparzeniem procesy gnilne czynią smak ogórka po prostu wstrętnym; itd, itd.
Możliwości oszustw i zniszczenia wartości odżywczej żywności jest nieskończenie wiele. Funkcjonuje wiele instytucji państwowych, które z urzędu powinny dbać o jakość trafiającej do handlu żywności. Istnieje też kilka instytucji społecznych o tym samym przeznaczeniu. Ale żadna z nich nie działa w kierunku poszerzenia społecznej świadomości w tej niesłychanie ważnej dla ludzkiego zdrowia dziedzinie.


----------------------------


W drażliwej sprawie żółtka

Ogólnie rozpowszechnione jest mniemanie, że żółtko jaja kurzego jest magazynem skoncentrowanego cholesterolu. Ulegając tej obiegowej opinii wielu ludzi, zwłaszcza na Zachodzie, aby uniknąć gwałtownej miażdżycy nie jada już żółtek lecz tylko samo białko. Czy mają rację? Rozważmy tę sprawę na chłodno.
Jajo kurze jest kompletnym "pakietem" na życie przyszłego organizmu. Wystarczy mu już tylko odpowiednia temperatura przez odpowiedni czas aby organizm ten rozwinął się i przybrał formę zdolną do samodzielnego życia i rozmnażania się. W tym "pakiecie" żółtko jest czymś w rodzaju "spakowanego" (używając terminologii komputerowej) zadatku na życie, zaś białko magazynem żywności dla tego zadatku. Oznacza to, że w żółtku i białku, razem wziętych, mamy komplet wysokowartościowych substancji niezbędnych dla życia. Owszem, jest wśród nich i cholesterol. Wszelako, cholesterol cholesterolowi nie równy. Jest zły cholesterol powodując u ludzi miażdżycę i cholesterol dobry niezbędny dla życia i bynajmniej miażdżycy nie powodujący. Tutaj sprawy nieco się komplikują, bo analogicznie: żółtko żółtku nie równe, jest żółtko dobre i złe. O tym właśnie warto coś niecoś powiedzieć, jak też i o tym, że teoria szkodliwości spożywania jaj nie jest tak całkowicie pozbawiona racji.
Od wielu już lat w Anglii i Ameryce zaczęto w sposób "przemysłowy" hodować kury. W tym czasie polskie kury, jak ostatnia ciemnota, chodziły sobie swobodnie po okólnikach dziobiąc co się im trafiło, a to ziarenko, a to robaczek, a to coś zielonego, jednym słowem wszystkiego po trochu co im o życia było potrzebne. Kury te znosiły, owszem, jaja, ale niezbyt dużo, raz w roku posłuszne instynktowi zaczynały wysiadywać jaja i wodzić kurczęta. To były normalne kury, normalny żywy organizm. Opinię miały za to fatalną, bo z Zachodu dochodziły wiadomości o kurach, które były prawdziwymi fabrykami jaj.
No właśnie, na Zachodzie, w pogoni za szybkim zyskiem zaczęto urządzać kurniki, które były prawdziwymi fabrykami jaj w skali masowej. Podwórzowe kury do takich "fabryk" się nie nadawały. Okazało się, że o hodowli przemysłowej nadają się tylko "uszlachetnione" kury rasy Leghorn. Są to białe kury z żółtymi łapami i wydatnym grzebieniem i tzw. dzwonkami czyli koralami. W wyniku serii "ulepszeń" kury ty pozbawiono instynktu kwoczenia i wysiadywania jaj a więc i posiadania potomstwa. Kura taka jest stosunkowo niewielka, waży około 1,6 kg (kogut 2,5 kg) i znosi do 300 jaj rocznie. Ich kurczęta lęgną się w inkubatorze z jaj pochodzących ze specjalnych, wyselekcjonowanych stad hodowlanych z kogutem. Ani kurczaki, ani potem kury nigdy nie przebywają na wolnym powietrzu, są wyjątkowo nieodporne na choroby, pozostają w ciasnej powierzchni, mniej więcej równej powierzchni kartki zeszytowego papieru, okrągłą dobę w ostro oświetlonych, przegrzanych pomieszczeniach.
Organizm takiej kury, pod względem biologicznym, wykazuje daleko posunięty proces degeneracji, żyje też wielokrotnie krócej niż kura podwórkowa. Kury te odpowiednio karmione paszami z dużą ilością hormonów, w wielu wypadkach także własnymi odchodami, dla odzysku wapnia i białka, które zawierają, po prostu sypią jajkami. Skorupka tych jaj jest biała, nieraz kredowo biała i słaba, a żółtko zawiera prawie wyłącznie zły cholesterol.
Niegdyś w Polsce, i w całej niemal Europie, istniała rasa kur zwana Karmazynami (w USA Rodajlendy), są jeszcze i dzisiaj, ważą więcej, ich upierzenie jest brązowe o złotawym odcieniu. Znoszą do 200 jaj rocznie i nie dają się hodować w sposób przemysłowy na małej przestrzeni, źle reagują na shormonizowaną karmę. Ich jaja mają skorupkę o barwie brązowawej a żółtko zawiera w większości tzw. dobry cholesterol oraz komplet koniecznych do życia człowieka składników, w tym - lecytynę potrzebną do trawienia tłuszczów, oraz cholinę absolutnie niezbędną dla prawidłowej pracy mózgu.

-------------------------

Ogórek kiszony hańba polskich stołów

Sprawą wołającą o pomstę do nieba stały się ogórki kiszone. Nie wszystkie ale 99% sprzedawanych w naszych sklepach spożywczych. Zjawisko pojawiło się we wczesnym PRL-u i trwa do dzisiaj.
Ogórek kiszony dzisiaj jest produktem straszliwie słonym, flakowatym, co wskazuje na wysoko zaawansowane procesy gnilne. W Polsce zmienił się ustrój, zmieniło się kilkanaście rządów, zmieniło się wiele produktów, ale ogórki kiszone zachowały swoją niejadalność. Dlaczego?
Tego nie wiemy. Natomiast na pocieszenie możemy naszym Czytelnikom pokrótce przedstawić powody opłakanego stanu polskiego ogórka kiszonego. Jest ich co najmniej kilka, ogólnych, bo poszczególni producenci dokładają swoje - na przykład kiszenie ogórków w betonowych basenach. Do tych powszechnych należy używanie złej, wodociągowej, chlorowanej wody. Taka woda do kiszenia ogórków się nie nadaje.
Sam proces kiszenia ogórka polega na fermentacji, w wyniku której powstaje kwas mlekowy. Otóż przy pewnym stężeniu kwasu mlekowego proces fermentacji powinien zostać zahamowany, ogórki nie mogą być przekwaszone. Tak samo nie mogą być przesolone. Przerwanie fermentacji i dalszego zakwaszania następuje przez obniżenie temperatury. Wtedy to beczka z ogórkami powinna znaleźć się w chłodnej, głębokiej piwnicy. Praktykowane było zatapianie beczek z ogórkami w głębokich stawach, gdzie zimą, pod lodem utrzymuje się stała temperatura + 4 st. C.
Nie wolno używać do kiszenia ogórków, powszechna dziś praktyka, beczek plastikowych, beczek po kapuście, beczek wyścielonych plastikowym workiem. Nie mamy pewności, czy folie pod wpływem aktywnego kwasu nie wchodzą w reakcje chemiczne, podejrzany smak ogórków świadczyłby, że tak.
Nie każdy ogórek nadaje się do kiszenia. Najlepsze są ogórki średniej wielkości, odpowiedniej odmiany, oczywiście gruntowe, wyrosłe na glebach wapiennych lub przynajmniej dobrze wapnowanych.
Powszechnie w kiszeniu "przemysłowym", z uwagi na koszta używa się zbyt małej ilości przypraw, zwłaszcza zasadniczych dodatków: kopru i czosnku.
Jednocześnie należy pamiętać; że nawet dobrze zakiszone ogórki mogą być popsute przez niewłaściwe przechowywanie w magazynie lub już w sklepie. Nikt nie bierze pod uwagę tak zasadniczego faktu, że po otwarciu beczki i pozostawienie jej w ciepłym pomieszczeniu, proces fermentacji gwałtownie rusza, ogórki przekwaszają się w ciągu kilkunastu godzin. Sklepy warzywnicze nie powinny być ogrzewane jak normalne pomieszczenia. Powinna w nich panować temperatura około 10 st. C. Temperatura wyższa jest potrzebna tylko dla komfortu sprzedawców, dla warzyw jest niekorzystna.
Kolejnym wykroczeniem popełnianym wobec ogórka jest sprzedawanie w supermarketach ogórków kiszonych zaspawanych w folii. Tu fermentacja trwa nadal, reakcje z folią także i jeszcze dochodzą fotochemiczne reakcje pod wpływem ostrego światła, ogórek przybiera barwę popielatoszarą i traci wartości smakowe.

-----------------------------------------

Hormony w produktach spożywczych

Od jakiegoś czasu trwają zabiegi organizacji konsumenckich i medycznych o to aby producenci byli zobowiązani oznaczać żywność wyprodukowaną przy pomocy preparatów hormonalnych. Jest to określenie enigmatyczne, bardzo mętne. Produkcja żadnej żywności nie może obejść się bez hormonów, bo bez nich życie istnieć nie może. Chodzi tu o co innego, konkretnie chodzi o żywność wyprodukowaną w nienaturalny sposób, z pomocą nienaturalnie dużego, normalnie nie występującego w przyrodzie stężenia hormonów, z których część, nadal w nienaturalnych ilościach do tego pożywienia się przedostała. Lobby producencko-handlowe usiłuje rozpowszechnić pogląd, że nie stwierdzono, że żywność taka jest szkodliwa. Ale też nikt nie stwierdza, że jest nieszkodliwa. Pewnym jest tylko jedno: żywność taka wywiera jakiś wpływ na organizm ludzi, nie znamy tylko jeszcze dokładnie jaki.
Niektórzy producenci oznaczenia takie wprowadzają. Jest pewna niechęć i opór konsumenta wobec takich produktów. Coraz częściej pojawiają się publikacje wskazujące na niepożądane skutki spożywania wysoko shormonizowanej żywności. Bezsporne jest przyśpieszenie procesów starzenia się. Podejrzewa się pewne zmiany mózgowe. Mówi się o nie zstępowaniu u chłopców w życiu płodowym jąder, a nawet o nie zstępowaniu jąder w ogóle. O nienaturalnie małych rozmiarach prącia u chłopców i o wywoływaniu otyłości już w wieku dziecięcym i młodzieńczym. Jeśli, choćby jeden z tych zarzutów został udowodniony - a potężne lobby producenckie raczej wyda miliony na to aby udowodnić, coś wręcz przeciwnego - to naturalną koleją rzeczy powinny wejść w życie ustawy zabraniające używania hormonów w pędzeniu roślin, czy przemysłowej, przyśpieszonej hodowli zwierząt rzeźnych.
Natura doskonaliła się miliardy lat. Od miliarda lat funkcjonują w organizmach żywych hormony. Ich funkcja jest ściśle w organizmie określona ale nauce niezbyt znana, nie znane są mechanizmy ich działania. W tej dziedzinie medycyna porusza się niemal po omacku, znając wynik działania ordynuje zastosowanie, nie zawsze z pożądanym skutkiem.
Od pewnego czasu człowiek zaczął psuć dzieło natury "ulepszając" ją w imię doraźnych korzyści. Te właśnie działania są najgroźniejsze. Każde takie "ulepszenie" to interwencja w sprawdzony, zamknięty układ. Nie tylko rozbicie, ale już samo rozregulowanie takiego układu może być groźne w skutkach. Ostatnim takim niesłychanie groźnym przykładem może być choroba szalonych krów, czyli gąbczaste zwyrodnienie mózgu. Na skutek interwencji chemicznej w żywy organizm pojawił się tajemniczy "czynnik zakaźny", nie wirus, nie bakteria, nie pasożyt ale niezniszczalny znanymi metodami dezynfekcyjnymi oddziałujący na system genetyczny czynnik, (nie ma żadnej pewności czy jeden), który może być przenoszony z organizmu do organizmu, w tym od zwierzęcia do człowieka.
To nowe dla człowieka niebezpieczeństwo wzbudziło falę niepokoju nie tylko w Europie. Powróciła kwestia hormonów w paszach dla zwierząt i w pokarmie człowieka. Przepychanki w tej dziedzinie trwają, tymczasem jeść trzeba a inna nieuleczalna choroba, choroba maksymalnego zysku, na którą dawno już zapadł człowiek, spycha na dalszy plan uczciwość i wszelkie hamulce.
Rozsądek nakazuje przyjęcie zasady, że skoro mająca większe niż człowiek doświadczenie przyroda nie zrobiła takiego wynalazku, to należy się do niego odnieść z maksymalną ostrożnością. Jednym słowem, hormony nie powinny mieć wstępu do pożywienia człowieka. Inną kwestią są hormony w medycynie. Nie są stosowane na powszechną skalę, i decyzja o ich użyciu zapada wobec konieczności ratowania się przed chorobą. Dyskusyjną sprawą jest już tzw. przedłużanie młodości przy pomocy kuracji hormonalnej.

-----------------------------------------------


NAWOZY SZTUCZNE,
DOBRODZIEJSTWO CZY PRZEKLEŃSTWO?


W tzw. wysoko rozwiniętych krajach od dziesięcioleci stosuje się duże ilości nawozów sztucznych, celem otrzymania wysokiego plonu uprawianych roślin. Nawozy sztuczne na ogół są syntetycznymi związkami chemicznymi ledwie paru pierwiastków. Natomiast uprawiane rośliny zawierają całą gamę pierwiastków występujących w przyrodzie, licząc ich tzw. śladowe ilości, prawie wszystkie.
Zbierając plon człowiek dokonuje rabunku gleby z tych pierwiastków. Stosując sztuczne nawożenie oddaje tylko część i to w dawkach wielokrotnie przewyższających potrzeby. Więc, po pierwsze: to co się zbiera nie równoważy tego co się zwraca w formie nawożenie; po drugie: wprowadza się do gleby szereg związków chemicznych w nadmiarze przez co zachwiana zostaje naturalna równowaga biologiczno-chemiczna gleby, a to przenosi się na organizmy roślinne, a poprzez nie na zwierzęta i człowieka. W rezultacie ziemia jest wyjaławiana a w organizmach żywych inicjowane procesy trudne do opanowania.
Na skutek nadmiernej chemizacji rolnictwa, wcześniej czy później musi nadejść moment, kiedy ziemia nie będzie w stanie niczego urodzić. Już dzisiaj w Ameryce, na wielkich obszarach stosuje się jako podstawowy zabieg uprawowy tylko bronowanie płytkie, bo warstwa gleby uprawnej, czyli wykazujących jako takie życie i nadającej się do rozwoju roślin, sięga tylko paru centymetrów. Głębiej jest już tylko martwa, zwyrodniała na skutek przedawkowania chemii, nie wiadomo jakiej sięgająca głębokości warstwa.
Od tysięcy lat człowiek uprawiał ziemię. Czerpał z niej wszystko, czego do życia potrzebował, ale i oddawał jej za to, prawie wszystko czego ona potrzebowała do życia. Bo gleba żyje, i tylko taka żyjąca gleba jest w stanie wydać zdrowy plon. Życiu gleby sprzyja nawożenie naturalne,  czyli takie, w którym są wszystkie potrzebne składniki, a zwłaszcza te, które są zabierane wraz ze sprzątanym plonem. Tylko wtedy ziemia nie jałowieje, a nawet w wyniku starannej uprawy wzrastają jej możliwości plonowania, czyli kultura gleby. Tutaj więc  mamy prawo postawić następujący wniosek: w imię biologicznego bezpieczeństwa człowieka i w ogóle życia na ziemi, wszelka uprawa powinna uwzględniać bilans, w którym ziemia otrzymuje przynajmniej tyle, ile się z niej pobiera.
Tu ktoś może postawić logiczne pytanie: przecież ziemia w ostatecznym rezultacie dostaje wszystko. Owszem, tak, ale Ziemia jako planeta. A i to zwrot jest w formie najgorszej z możliwych, bo w postaci najczęściej zepsutej, czyli w postaci związków nieprzydatnych lub szkodliwych. Nastąpiło bowiem przetworzenie związków organicznych i surowców, na takie związki, które nie tylko są naturze niepotrzebne, ale w ogóle mogą zagrażać życiu. W ten sposób większość zasobów wodnych świata została skażona. Podobnie rzecz ma się z obszarami uprawnymi. Niestety, z powietrzem także nie jest najlepiej. Człowiek, jako cząstka natury nie jest w stanie na dłuższą metę uciec od tego co popsuł, wcześniej czy później skutki nierozsądnej gospodarki go dopadną, raczej wcześniej.

Dlaczego żywność w Polsce zmieniła smak
SZYNKA Z GUTAPERKI


Mój znajomy, światowiec, w latach siedemdziesiątych bawił jakiś czas w Stanach. Zapytany co go przede wszystkim uderzyło w tym kraju, odpowiedział po prostu: plastikowe żarcie. Pomyślałem wówczas, że to wynik pakowania wszystkiego w plastik, że zmiana smaku następuje na zasadzie "z jakim przestajesz, takim się stajesz". "Wtedy my, w Polsce do pakowania żywności używaliśmy przede wszystkim papieru. Był to papier nader siermiężny, ale był to jednak papier, nie szkodził tak kiełbasie, śledziom czy kapuście jak dzisiaj plastik. Ale nie o tym chcę tutaj pisać.
Gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy nagle i cudownie zapełniły się nasze sklepy, a parę milionów ludzi poszło "na bezrobocie", nasze żarcie niepostrzeżenie stało się plastikowe. Przykładowo, weźmy naszą niemal narodową zakąskę, boczek. Wygląd ma przepiękny, komuna wyprodukować takiego boczku nie umiała (gdyby umiała, pewnie nigdy by nie zginęła), pięknie przerośnięty chudymi warstwami, gruby, więcej mięsa niż tłuszczu. Ale jak się temu bliżej przyjrzeć to widzimy na przekroju dziwne cętki, niewielkie spłaszczone pęcherzyki wypełnione bliżej nie zidentyfikowaną galaretowatą substancją. Co to? Ogólnie rzecz biorąc boczek, ale ani to mięso, ani tłuszcz. Furda taki drobiazg, gorzej, że boczek taki ani gotowany, ani wędzony, ani pieczony zawsze pozostaje jędrno-twardy i, niestety, nie ma smaku boczku. Gorzej w ogóle nie ma żadnego smaku. No nie ma i już, a jego cena trzyma się w okolicy ceny szynki.
No więc właśnie, przypatrzmy się szynce. Sprzedawana dzisiaj w Polsce szynka zbliża się gwałtownie do ideału plastikowego żarcia. Wygląd ma przepiękny, jak malowanie, bez śladu tłuszczu, choć bierz i kładź na wystawie. Brak jej tylko jednej rzeczy - smaku. Już po dwóch dniach w lodówce nie za bardzo daje się pogryźć, żuje się ją jak kauczuk, gutaperkę lub piankę poliuretanową. A i smak ma do tych specjałów bardzo, bardzo zbliżony.
Dlaczego? - z tym pytaniem zwrócimy się do producentów. A więc do następnego numeru.

----------------------------------------------

Zdrowy chleb domowy

Bardzo wielu ludzi gruntownie zdegustowanych pieczywem dostarczanym nam prze piekarnie, decyduje się na pieczenie chleba we własnym zakresie. Niektórym także dlatego, że marzy się im chleb domowego wypieku. Aby to marzenie spełniło się nie trzeba mieć pieca, wystarczy piekarnik lub zwykły prodiż. Oto trzy przepisy, na chleb razowy, bułeczki i chałkę.

Chleb razowy

W pół szklance ciepłej wody rozmieszać 10 dag drożdży, osłodzić łyżką cukru. Cukier jest w tym wypadku potrzebny nie do osłodzenia chleba lecz do rozmnożenia drożdży. W ciepłym miejscu drożdże powinny zacząć "rosnąć" w ciągu pół godziny. W tym czasie spokojnie przygotujemy ciasto. Dwie i pół szklanki mąki razowej, pszennej lub żytniej, drugie tyle mąki pszennej i ćwierć szklanki mąki kukurydzianej wymieszać razem. Dodać 1 szklankę mleka, ćwierć szklanki wody, dwie łyżki miodu, 1 łyżkę margaryny (może być olej), dwie łyżeczki cukru, nieco (może być łyżeczka) kminku, ale to nie jest konieczne. Można nieco osolić, chociaż nie koniecznie. Dodać rozmnożone drożdże i wyrobić ciasto, im dokładniej, tym lepiej, minimum to wyrobienie na gładko. Włożyć do dwu niewielkich, natłuszczonych brytfanek, przykryć czystą ściereczką, pozostawić w cieple do wyrośnięcia. Po wyrośnięciu włożyć do piekarnika, piec w temp. około 220 stopni, przez co najmniej 25 minut. Po tym czasie można nakłuć długim, gładkim  patyczkiem, czy jest upieczone. Oznaką upieczenie jest prawie suchy, nie oblepiony patyczek.

Bułeczki

W pół szklance ciepłej wody rozpuścić łyżeczkę cukru i 10 dag drożdży. Pozostawić w cieple pozwalając drożdżom rozmnożyć się, czyli wyrosnąć.
5 szklanek przesianej mąki pszennej, 3 łyżki margaryny(może być olej), 2 łyżki cukru, 2 łyżeczki płaskie soli, białko z jednego jajka, pół szklanki wody. Ciasto wymieszać, wyrabiać dokładnie dodając wyrośnięte drożdże. Po wyrobieniu, co najmniej 10 minut, przykryć czystą ściereczką i pozostawię w cieple do wyrośnięcia.
Formować małe bułeczki i układać niezbyt gęsto na otłuszczonej, posypanej mąką (najlepiej pono kukurydzianą) blasze. Blachę przykryć ściereczką i jeszcze pozostawić do wyrośnięcia. W pół szklance wody rozmieszać łyżkę mąki ziemniaczanej, zagotować, odstawić.
Wyrośnięte bułeczki wstawić do rozgrzanego piekarnika, piec w temperaturze 200 stopni przez 15 minut. Badać patyczkiem czy upieczone. Zaraz po upieczeniu posmarować przygotowanym krochmalem. Jeśli chce się otrzymać bułeczki z piękną brązową skórką, można je posmarować pozostałym, lekko ocukrzonym żółtkiem. Bułeczki można posypywać makiem.
Kto raz  upiekł takie bułeczki będzie o nich marzył przy każdym śniadaniu.

Chałka

Przygotować 10 dag drożdży rozpuszczonych w pół szklance ciepłej wody osłodzonej łyżeczką cukru. Pozostawić do wyrośnięcia
4-5 szklanek mąki przesiać, wyrabiać z drożdżami, 1 szklanką wody, czterema łyżkami oleju, dwoma łyżkami cukru, łyżeczką soli i czterema jajkami, z których pozostawić pół żółtka. Wyrabiać co najmniej 10 minut. Pozostawić do wyrośnięcia w cieple, co najmniej godzinę.
Po wyrośnięciu podzielić ciasto na trzy części. Spleść w warkocz, ułożyć na natłuszczonej, posypanej mąką blasze, pozostawić do wyrośnięcia. Można ciasto włożyć do dwóch niewielkich brytfanek pozostawiając miejsce do wyrośnięcia. Ciasto po wyrośnięciu powinno napełnić brytfanki ale nie powinno się z nich wylewać. Po wyrośnięciu przed pieczeniem, posmarować pozostałą połową lekko ocukrzonego żółtka.
Wstawić do nagrzanego piekarnika, piec pół godziny w temp. około 220 stopni. Tak świeżo upieczona chałka doskonale nadaje się na niedzielne śniadanie. Można ją podawać z białą kawą, z masłem, miodem, dżemem lub konfiturami.

Bułka drożdżowa

Pół kg mąki, 15 dag cukru, 10 dag  margaryny, 2 jajka, szklanka mleka, 3 dag drożdży, cukier waniliowy, sól.
Drożdże rozpuścić w pół szklance ciepłego mleka, pozostawić do wyrośnięcia. Jaja utrzeć z cukrem, wlać do mąki, dodać wyrośnięte drożdże, dodać cukier waniliowy, osolić. Ciasto wyrobić aż zacznie odstawać od rąk. Dodać rozpuszczoną margarynę i dalej wyrabiać. Po wyrobieniu odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Po podrośnięciu włożyć ciasto do brytfanki, powinno wypełniać ją tylko w połowie, i znów pozostawić do wyrośnięcia. Piec przez pół godziny w temp. 220 stopni. Zbadać patyczkiem czy upieczone.
Do pieczenia podanych tutaj "delicji" można używać prodiża. Pamiętajmy, że po podrośnięciu wypełniamy go tylko w połowie, lub nawet nieco mniej i pozostawiamy do wyrośnięcia, kiedy wyrośnie, również nie powinno wypełnić naczynia więcej niż w trzech czwartych. Czas pieczenia w prodiżu także jest porównywalny z piekarnikiem, plus 5 minut na rozgrzanie pokrywy.
I jeszcze jedna rada, zasadnicza - nie zrażać się, jeśli coś nie uda się za pierwszym razem, choć aby tu coś spartaczyć, naprawdę trzeba mieć duży antytalent kulinarny.

---------------------------------

Kawa i herbata

Obydwa te płyny mają ogromne znaczenie w naszym odżywianiu, ale nie wynika to bynajmniej z ich wartości odżywczych, które są niewielkie, lub nawet żadne, ale z pewnych już tradycji, wartości smakowych i zawartej w nich kofeiny. W herbacie jest jej 2-3,5g%, w kawie 0,8-2g%. Niemałą też rolę odgrywa aromat. Poza tym zawierają 3-6% soli mineralnych i witaminy z grupy B. Herbata jest bogata w fluor - 100 g suchej substancji zawiera 6-35 mg fluoru. Jak wykazują najnowsze badania nie jest to pierwiastek korzystny dla ludzkiego organizmu, choć wypisywano o nim niekończące się pochwały, jest oczywiście trujący, aktywny łatwo wchodzi w różne związki. Z pewnością nie jest pożądany w ludzkim organizmie.
W kawie i herbacie są ponadto garbniki, w herbacie 8-15g%, w kawie 3-7g%. Garbniki także nie są obojętne dla organizmu człowieka, owszem, bez nich herbata nie miałaby smaku, działają pobudzająco na ośrodkowy układ nerwowy, ponadto podnoszą ciśnienie. Zarówno kawa jak i herbata w zbyt wielkich ilościach prowadzą do wzmożonej drażliwości, bezsenności i obniżenia apetytu. Kobiety ciężarne i osoby z dolegliwościami sercowymi powinny ograniczyć spożycie zarówno kawy jak i herbaty. Umiarkowane picie kawy w godzinach porannych reguluje metabolizm węglowodanów i tłuszczów, co ma znaczenie, zwłaszcza w wieku starszym gdyż zapobiega otyłości, cukrzycy i miażdżycy.
Na temat kawy, ostatnio zwłaszcza ukazało się wiele dość alarmujących publikacji naukowych, m.in. pojawiło się podejrzenie, że jej nadużywanie może prowadzić do choroby Altzheimera. Tu podaje się przykład byłego prezydenta USA Raegana, który poił niesłychane ilości kawy i noszono ją za nim wszędzie w termosach.
I jeszcze słowo o herbacie. Istnieje wiele sposobów parzenia herbaty. Najczęściej parzy się esencję, rozlewa do filiżanek i rozcieńcza wrzątkiem. I tutaj popełniany jest wielki błąd. Herbata zaparzona powinna być zaraz gdy nabierze odpowiedniej mocy wypita. Zaparzona esencja herbaty nie może w zasadzie wystygnąć, a już w żadnym wypadku stać dłużej niż 4 godziny. Po tym czasie, na skutek zachodzących reakcji chemicznych jest toksyczna.

------------------------------------------

Życzenie komisarza

Starszy pan, bogaty właściciel luksusowej willi, umiera nagle. Okoliczności śmierci nie są do końca jasne, podejrzenie pada na jego żonę, którą zmarły ożenił się niezbyt dawno. Zjawia się u niej komisarz policji.
- Owszem, zabiłam go - odpowiada z całkowitą swobodą piękna pani. - Przecież wyszłam za niego tylko po to, by stać się właścicielką tej willi i majątku. Jak to zrobiłam? - och, w bardzo prosty sposób. Trzeba panu wiedzieć, że jestem znakomitą kucharką , a on lubił dobrze zjeść - jak każdy mężczyzna. Niczego mu nie żałowałam - wręcz przeciwnie - jak mogłam, podniecałam jego apetyt i zachcianki. Nie ma pan pojęcia, jakich cudów sztuki kulinarnej dokazywałam - nawet pan sobie nie wyobraża. Wysiłki moje nie były, oczywiście, daremne, widziałam, że wciąż tył, a oddech jego był coraz krótszy. No, a jeśli chodzi o inne przyjemności, miał również wszystko, czego zapragnął - sama mu podsuwałam moje najładniejsze przyjaciółki. Toteż w końcu musiało przyjść to, co było nieuniknione - a przyszło nawet wcześniej, niż się spodziewałam.
Komisarz przez chwilę milczał, walcząc z oszołomieniem. Powiódł spojrzeniem po luksusowo urządzonym  salonie, potem przeniósł wzrok na piękną wdowę. Nagłe zdecydowanie błysnęło w jego oczach. Wstał i ujął jej rękę składając na niej długi wymowny pocałunek. - Pragnę umrzeć - szepnął w rozmarzeniu.

Tę wielce pouczającą powiastkę zamieścił dawno, dawno temu „Przekrój”, jej streszczenie wydrukowała w swej cennej książce „Medycyna w walce ze starością” dr Kinga Wiśniewska-Roszkowska, skąd wzięliśmy ją my.



------------------------------------
Odchuczająca zupa

Potrzebne skladniki:
1. kapusta słodka, biała, mała główka,
2. seler naciowy, szt. 1,
3. por, większy szt. 1,
4. papryka zielona szt. 1,
5. cebule, duży 3 szt.
6. papryka czerwona szt. 1,
7. czosnek, duży ząbek lub 3 małe,
8. pomidory świeże 5 szt. lub słoik koncentratu.
-----
Wszystkie składniki prócz pomidorów poszatkować, zalać nie dużą ilością wody i gotować przez 10 minut. Po tym czasie dodać pomidory lub koncentrat i gotować jeszcze przez 10 minut. Zupa powinna być gęsta. Po ugotowaniu trochę posolić.
Jeść ile się chce, ale co najmniej raz na dzień.
W czasie diety pić:
- chude mleko 1/2 litra na dzień,
- do kawy i herbaty nie używać cukru,
- wodę mineralną nie gazowaną,
- soki owocowe bez cukru.
Kuracja odchudzająca powinna trwać do skutku a jej każdy cykl pełny tydzień. W tym czasie zachować następujący jadłospis:
1 dzień
zupa plus owoce.
2 dzień
zupa plus warzywa.
3 dzień
zupa, owoce, warzywa (bez bananów).
4 dzień
zupa, banany (do 6 szt.) dużo mleka chudego.
5 dzień
zupa, befsztyk, zielone warzywa.
6 dzień
zupa, befsztyk, gotowane chude mleko, pomidory.
7 dzień
zupa, ryż brązowy z warzywami.

W okresie kuracji odchudzającej, poza zupą, którą można jeść bez ograniczeń, inne produkty spożywać w ilościach umiarkowanych. Bezwzględnie nie wolno jeść fasoli i grochu. Należy też sporo pić.

------------------------------------------------

PALISZ? - PŁACISZ, ZDROWIE TRACISZ!

-------------------------------------------------

Eternit śmiertelne zagrożenie

W epoce Gierka Amerykanie wspaniałomyślnie, za kupę dolarów, sprzedali nam technologię produkcji deficytowego w Polsce eternitu. W tym czasie w USA wszedł przepis zabraniający produkcji i używania w budownictwie tego pokrycia dachowego gdyż, jak zbadano, włókna azbestu wchodzące w strukturę tego materiału, podczas naturalnego kruszenia, pod wpływem czynników atmosferycznych, unoszą się w powietrzu i przenikają do płuc człowieka, gdzie jak gdyby zakorzeniają się. Włókno takie może pozostawać w tkance płucnej przez lata, bez wyraźnej szkody dla organizmu, ale jest to rodzaj bomby zegarowej. Wystarczy, że obniży się odporność organizmu aby wokół takiego zagnieżdżonego włókna rozpoczął się gwałtowny proces rakowacenia tkanek. Ustalono bez wątpienia, że azbest ponosi odpowiedzialność za raka płuc. Prawdopodobnie współkomponując się z działaniem substancji smolistych w dymie papierosowym.
Azbest znajduje się też w okładzinach ciernych hamulców samochodowych, co wobec powszechności samochodu, zwłaszcza w miastach może być poważnym zagrożeniem zdrowia ludzkiego. Ale o tym, póki co jeszcze głośno się nie mówi.
Przez wiele lat w Polsce używano „niezniszczalnych” azbestowych rur wodociągowych.  Wycofano się z tego, ale ile takichrur leży w ziemi prowadząc wodę do budynków i całych  osiedli, nie wiadomo?
Po zakupie amerykańskiej licencji produlcji eternitu, polska wieś, jak długa i szeroka pokryła się dachami eternitowymi, a byłoby dla nas wszystkich lepiej, żeby pozostała pod strzechą, zresztą, jak się wkrótce okazała produkcja blachy dachowej wcale nie jest droższa od produkcji eternitu. Niedawno telewizja pokazała jak pewna gmina, w szczytnym działaniu na rzecz zdrowia ludności, zaczęła likwidować eternitowe dachy zastępując go innymi materiałami pokryciowymi. Chłopi boki zrywali patrząc jak spec-brygady, w białych kitlach i maskach na twarzy, zrosiwszy uprzednio eternitowy złom wodą, zbierają go na samochody. I trudno się temu dziwić. Niedawno chłop musiał wiele się nachodzić do różnych urzędów, a nawet dać łapówkę aby otrzymać przydział upragnionego eternitu.
A tak nawiasem: to gdzie ten potłuczony eternit się wywozi? Dotychczas taki złom chłopi wyrzucali po prostu na drogę, gdzie tłukły go koła wozów i samochodów na tzw. drobny mak ułatwiając jego wzbijanie się w postaci  kurzu w powietrze. Człowieku, będąc na wsi, weź głęboki oddech, ale koniecznie przez maskę.

------------------------------------------------

Kartofle po szwajcarsku

Danie lekkostrawne, dietetyczne, tanie. Porcja na jedną osobę, przygotowując na większą liczbę osób, odpowiednio zwiększyć.
Ćwierć kg ziemniaków, obrać, opłukać pokroić w kostkę, niewielka cebula, jedna marchew, 1/4 średniego selera (to bardzo ważny składnik, bez niego cała potrawa nie będzie miała smaku), 20 g masła lub łyżka oleju (najlepiej słonecznikowego lub sojowego), pieprz (może być ziołowy) oraz kwasek cytrynowy, jeśli nie ma naturalnego, może z tego dodatku zrezygnować. Jeśli ktoś specjalnie nie dba o dietetyczność potrawy jarzyny i cebulę pokrojone w paseczki osmażyć na maśle lub oleju. Jeśli się chce zachować delikatność i łatwostrawność potrawy, nie smażyć, wszystkie składniki wrzucić do garnka, lekko osolić, oblać niewielką ilością oleju i dobrze wymieszać aby zawartość „otoczyła” się tłuszczem. Dodać 1/3 szklanki wody, nie więcej! Przykryć szczelnie i postawić na niewielkim ogniu. Kiedy spod pokrywki zacznie wydobywać się para, co oznacza, że woda na dnie naczynia wrze, zmniejszyć ogień. Nie odkrywać, nie mieszać. Po 30 minutach potrawa jest gotowa. Można podawać z kefirem lub zsiadłym mlekiem. Clou tego dania polega na tym, że składniki nie są gotowane w temperaturze 100 st. C lecz znajdują się w parze, która ma temperaturę około 180 st. C. Można spróbować na własną rękę nieco modyfikować tę potrawę. Można na przykład dodać kilka plasterków dobrej kiełbasy, a na  wierzch położyć osolone liście słodkiej kapusty, która będzie później smaczną jarzyną do całego dania.

----------------------------------------

Sałatka z kapusty

Pół kg. kapusty czerwonej, 20 dag jabłek, jedna cebula, 3-4 łyżek oleju z oliwy, cukier, sól do smaku, cytryna, zielenina do przybrania.
Kapustę bardzo cienko poszatkować, zalać wrzątkiem, dodać sól i cukier, ugotować pod przykryciem na pół miękko, odcedzić, ostudzić. Cebulę obrać, pokroić w drobną kosteczkę. Opłukane jabłka zetrzeć na tarce o dużych otworach. Wszystko starannie wymieszać, przyprawić do smaku solą, cukrem, sokiem z cytryny i olejem. Ułożyć w salaterce, przybrać natką pietruszki. Podawać do smażonej ryby, mięsa, kotletów z ziemniaków.

Sałatka z brukselki

1kg gotowanej brukselki, 2 jabłka, 1 cebula, 1 por, 1 szklanka sosu majonezowego, 1 ząbek czosnku, sól, cukier, pieprz, śliwki z octu, pomidory lub czerwona papryka, 2-3 jaja na twardo.
Umyć jabłka, obrać, drobno posiekać, wymieszać z majonezem oraz z drobno posiekanym czosnkiem. Obraną cebulę i por drobno pokroić, wymieszać z brukselką. Sos połączyć z musztardą i przyprawić solą, cukrem i pieprzem, zalać sałatkę. Posypać posiekaną natką pietruszki, obłożyć dookoła ćwiartkami jaj i udekorować pomidorami lub czerwoną papryką połówkami śliwek.

Sałatka z pieczarek
50 dag pieczarek, 10 dag cebuli, 3 jajka, 4 łyżki majonezu, sok z cytryny, pieprz, sól, łyżka keczupu, natka pietruszki, liście sałaty.
Pieczarki umyć dokładnie, gotować przez 4 - 5 minut, odcedzić, skropić sokiem z cytryny. Cebulę pokroić w ćwierćkrążki, sparzyć wrzątkiem, wystudzić. Jaja ugotować na twardo, obrać. Pieczarki pokroić w cienkie paseczki, połączyć z cebulą i drobno posiekanymi jajkami, dodać 2 łyżki natki pietruszki, posolić, popieprzyć do smaku. Wymieszać sałatkę z połową majonezu, ułożyć w salaterce na liściach sałaty. Pozostałym majonezem oblać brzegi sałatki i ułożyć na nim gałązki pietruszki, Na wewnętrznym obrzeżu dekoracji z majonezu ułożyć cienki wałeczek keczupu. Środek udekorować cząstkami jajka.
Do sałatki podawać pieczywo i masło.

Z chomika ChomaChomicz
« Last Edit: (Thu) 01.01.1970, 02:00:00 by Guest »
“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.


Jeśli widzisz uszkodzony post - kliknij "Zgłoś do moderatora". Dziekuje